Pyza odłożyła słuchawkę telefonu i zamarła.To, co ukrywała z takim trudem na dnie świadomości, to czego tak się bała, właśnie się zmaterializowało. W głowie czuła pustkę, siedziała wpatrując się niewidzącym wzrokiem w aparat telefoniczny, ale ten milczał. Wreszcie powlokła się do okna, otworzyła je szeroko, do pokoju wtargnęło zimne, poranne powietrze. Pyzą targnął zimny dreszcz. Drżąc z zimna stała i patrzyła się w dal. Wreszcie zamknęła okno i usiadła przy biurku. I co teraz? Co mam zrobić?Co muszę wpierw zrobić?
Otworzyła szufladę biurka i zaczęła przeglądać jej zawartość. Nigdy dotąd nie otwierała tej szuflady, bo
wiedziała, że Makuka trzyma tu swoje dokumenty, zdjęcia i stare listy. W głębi szuflady leżała duża, brązowa koperta z napisem WAŻNE! Pyza przez chwilę na nią patrzyła, w końcu otworzyła i wysypała zawartość na biurko. Znalazła dokumenty dotyczące prawa własności mieszkania, z których wynikało, że w dziale prawnym Spółdzielni mieszkaniowej są dokumenty potwierdzające jej prawo do dziedziczenia tego mieszkania w razie śmierci Makuki. Była też książeczka oszczędnościowa ze sporą kwotą. Na końcu było upowazżienie wystawione na nią i kartka, że to pieniądze na pogrzeb. Znalazła też list, w którym były wskazówki dotyczące pochówku.
Pyzą wstrząsnął dreszcz. Zastanawiała się co ma zrobić - dzwonić do matki czy nie? A może do ojca też powinna zadzwonić? Cały czas zastanawiając się co ma zrobić, zaczęła się ubierać i bez śniadania wyruszyła do szpitala. Po drodze uświadomiła sobie, że jej wkroczenie w pełnoletność przyszło w samą porę, bo teraz to już nikt nic jej nie może nakazać, tyle tylko, że nie ma pieniędzy na życie i opłacenie mieszkania.
W szpitalu otrzymała dokumenty, popatrzyła ostatni raz na wymizerowaną twarz ciotki, zabrała jej rzeczy i
powędrowała do domu. Idąc nie mogła się nadziwić, że pomimo śmierci ciotki słońce świeci, autobusy
i tramwaje nadal jeżdżą, ludzie rozmawiają i spieszą się zajęci własnymi sprawami. Miała wrażenie, że śni zły sen. W żołądku czuła zimny ucisk, w głowie całkowitą pustkę, w której klekotało się jedno pytanie - co
dalej?, co dalej?
W domu usiadła obok telefonu i nadal zadawała sobie jedno i to samo pytanie - co dalej. Kilka razy chciała zadzwonić do matki, ale ilekroć już miała wybrać numer, odkładała słuchawkę z powrotem. Wreszcie dotkliwe ssanie w żołądku przypomniało jej o śniadaniu. Jedząc śniadanie zastanawiała się jak to jest, że ona je to śniadanie, choć ciotka nie żyje. Sprzątnęła po śniadaniu i postanowiła zadzwonić do Andrzeja - jakby
nie było znali się jeszcze z podstawówki, a on znał dobrze jej sytuację rodzinną. Zaczekała do wczesnego
popołudnia, by chłopak był już w domu. Miała szczęście, Andrzej mógł przyjść niemal natychmiast.
I wtedy Pyza przekonała się, że często obcy ludzie są naprawdę serdeczni i uczynni i mogą bardzo pomóc.
Andrzej opowiedział wszystko swoim rodzicom, łącznie z tym, że w podstawówce byli "parą", a teraz są
po prostu przyjaciółmi. Rodzice chłopaka przyjechali oboje do Pyzy, zaoferowali swą pomoc w załatwianiu
wszystkich spraw związanych z pogrzebem, z pełnym zrozumieniem odnieśli się do niechęci Pyzy by włączyć
do sprawy rodziców Pyzy. Nic Pyzie nie mówiąc ojciec Andrzeja poszedł do jej szkoły, opowiedział co się stało, wytłumaczył bardzo długą nieobecność Pyzy w szkole, załatwił wszystko, by mogła bez problemu
wrócić do nauki. Skontaktował się nawet z prawnikiem, by zapewnić Pyzie pomoc w wydębieniu od jej ojca alimentów.
Pyza gdy już załatwiła wszystkie formalności związane z pogrzebem, zawiadomiła swą matkę i ojca o dacie
i godzinie pogrzebu. Przy okazji wysłuchała od obojga, że jest wariatką i wrednym dzieckiem.
Po pogrzebie powiedziała rodzicom, że wprawdzie jest pełnoletnia już od miesiąca, ale nie ma pieniędzy na życie i mieszkanie, więc prosi by umożliwili jej skończenie szkoły pokrywając te wydatki. Powiedziała też,
że w tej sprawie zgłosi się do nich adwokat. Rodziców zatkało całkowicie. Oboje byli śmiertelnie
obrażeni. Na pogrzebie był też Andrzej z rodzicami, a ojciec chłopaka powiedział, że chcą Pyzę namówić
by pomieszkała jakiś czas w ich domu, nim trochę okrzepnie. Odbył też rozmowę z ojcem Pyzy, ale o czym mówili żaden z mężczyzn dziewczynie nie powiedział.
c.d.n.
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
sobota, 23 czerwca 2012
piątek, 22 czerwca 2012
257. Sztuka wyboru
Po wakacjach Pyza rozpoczęła naukę w siódmej klasie.To były czasy, gdy szkoła podstawowa miała 7 klas, dzieci nie chorowały na ADHD i na wszelkiego rodzaju dysleksje, uczniów do odpowiedzi niektórzy
nauczyciele wywoływali numerem, który był przypisany do danego nazwiska na liście w dzienniku klasowym, nikt nie zapowiadał kartkówek i rzadko kiedy klasówkę. I nikt nie robił z tego powodu żadnego "hallo". Wiadomo było, że nauczyciel ma nauczać, a uczeń ma się zachowywać przyzwoicie i uczyć się.
Klasa siódma była dość trudnym momentem w życiu każdego dziecka, bo trzeba było
podjąć decyzję do jakiej szkoły pójdzie dziecko po podstawówce a do tego wszystkiego był to okres burzy hormonalnej, przeróżnych buntów i pierwszych okropnie głębokich miłości.
W klasie zapanowała moda na "chodzenie ze sobą". Było to dość zabawne zjawisko, bo owo "chodzenie" czasem trwało 2, 3 dni lub tydzień, rzadko kiedy dłużej. Poza tym zapanowała moda na "prywatki urodzinowe". Wprawdzie rodzice osoby organizującej byli zawsze w pokoju obok, niemniej dzieciaki miały dla siebie kilka godzin na tańce. Przebojem sezonu było tango "La comparsita", które na każdej prywatce było ostatnim tangiem wieczoru. Nie da się ukryć, że z czasem płyta była niezle zdarta.
Pyza balowała intensywnie - uwielbiała taniec i naprawdę było jej obojętne co tańczyła, najważniejsze by
partnerem był chłopak, z którym zaczęła chodzić na samym początku roku szkolnego. Chodzili razem do kina, na spacery i spotykali się na wszystkich prywatkach. Na przerwach oboje starali się być w jednej grupie. Pyza była wyraznie zakochana, ale twierdziła, że to tylko przyjazń.
O tym, że się w kinie całowali nie powiedziała żadnej "najlepszej przyjaciółce". I o tym, że Andrzej powiedział, że ją kocha też nie.
I pewnie dlatego udało im się przetrwać aż do końca szkoły.
Skończyła się podstawówka, klasa się "rozleciała" po różnych liceach. Pyza trafiła do żeńskiego liceum, choć planowała iść do zupełnie innej szkoły. Chciała przynajmniej trafić do klasy z językiem francuskim, a trafiła
do klasy z łaciną. Drugim językiem w każdej klasie był język rosyjski. Rosyjski to nawet Pyza lubiła, za to nienawidziła łaciny. W ogóle nie była zachwycona swoją szkołą - to było dziwne doświadczenie - same dziewczyny dookoła. Szkoła była "z tradycją" i nauczyciele wzywając którąś z uczennic do odpowiedzi
przed nazwiskiem dodawali słówko "panna". Pyzę to śmieszyło niebywale. Na zabawy szkolne zapraszano
chłopców z zaprzyjaznionego liceum męskiego. Raz udało się Pyzie przemycić Andrzeja. Gdy następnym razem ta sztuka się nie udała, Pyza przestała bywać na szkolnych zabawach.
Wkrótce Pyza zaczęła mieć większe zmartwienia niż szkolne zabawy , szkoła i randki. Jej ukochana
Makuka czuła się coraz gorzej, bardzo się postarzała i Pyza musiała w domu przejąć sporo jej obowiązków.
Te wszystkie kłopoty zle na nią wpłynęły - bardzo opuściła się w nauce, zawaliła pierwszą klasę licealną.
Oczywiście zawaliła łacinę, a że matematyka też jej jakoś nie szła i była to słabiutka trójka, podjęto decyzję
by powtarzała pierwszą klasę.
Pyza była zrozpaczona - trochę to było za dużo dla niej. Ale wiedziała, że nie nikt jej w tej sytuacji nie pomoże - oboje rodzice mieli już własne życie od dawna i Pyza wcale ich nie interesowała. Co innego gdyby chciała zamieszkać na stałe z ojcem lub matką, zostawiając Makukę samą, lub w jakimś domu
opieki. Pyza nadal chodziła do szkoły, sprzątała w domu, robiła zakupy, prała, pomagała w gotowaniu
obiadu.
Gdy Pyza była w dziesiątej klasie Makuka była już u kresu sił - Pyza przestała chodzić do szkoły spedzając
całe dnie w szpitalu. Pewnego ranka, o czwartej , obudził ją telefon. Dzwonili ze szpitala, że Makuka nie żyje.
c.d.n.
nauczyciele wywoływali numerem, który był przypisany do danego nazwiska na liście w dzienniku klasowym, nikt nie zapowiadał kartkówek i rzadko kiedy klasówkę. I nikt nie robił z tego powodu żadnego "hallo". Wiadomo było, że nauczyciel ma nauczać, a uczeń ma się zachowywać przyzwoicie i uczyć się.
Klasa siódma była dość trudnym momentem w życiu każdego dziecka, bo trzeba było
podjąć decyzję do jakiej szkoły pójdzie dziecko po podstawówce a do tego wszystkiego był to okres burzy hormonalnej, przeróżnych buntów i pierwszych okropnie głębokich miłości.
W klasie zapanowała moda na "chodzenie ze sobą". Było to dość zabawne zjawisko, bo owo "chodzenie" czasem trwało 2, 3 dni lub tydzień, rzadko kiedy dłużej. Poza tym zapanowała moda na "prywatki urodzinowe". Wprawdzie rodzice osoby organizującej byli zawsze w pokoju obok, niemniej dzieciaki miały dla siebie kilka godzin na tańce. Przebojem sezonu było tango "La comparsita", które na każdej prywatce było ostatnim tangiem wieczoru. Nie da się ukryć, że z czasem płyta była niezle zdarta.
Pyza balowała intensywnie - uwielbiała taniec i naprawdę było jej obojętne co tańczyła, najważniejsze by
partnerem był chłopak, z którym zaczęła chodzić na samym początku roku szkolnego. Chodzili razem do kina, na spacery i spotykali się na wszystkich prywatkach. Na przerwach oboje starali się być w jednej grupie. Pyza była wyraznie zakochana, ale twierdziła, że to tylko przyjazń.
O tym, że się w kinie całowali nie powiedziała żadnej "najlepszej przyjaciółce". I o tym, że Andrzej powiedział, że ją kocha też nie.
I pewnie dlatego udało im się przetrwać aż do końca szkoły.
Skończyła się podstawówka, klasa się "rozleciała" po różnych liceach. Pyza trafiła do żeńskiego liceum, choć planowała iść do zupełnie innej szkoły. Chciała przynajmniej trafić do klasy z językiem francuskim, a trafiła
do klasy z łaciną. Drugim językiem w każdej klasie był język rosyjski. Rosyjski to nawet Pyza lubiła, za to nienawidziła łaciny. W ogóle nie była zachwycona swoją szkołą - to było dziwne doświadczenie - same dziewczyny dookoła. Szkoła była "z tradycją" i nauczyciele wzywając którąś z uczennic do odpowiedzi
przed nazwiskiem dodawali słówko "panna". Pyzę to śmieszyło niebywale. Na zabawy szkolne zapraszano
chłopców z zaprzyjaznionego liceum męskiego. Raz udało się Pyzie przemycić Andrzeja. Gdy następnym razem ta sztuka się nie udała, Pyza przestała bywać na szkolnych zabawach.
Wkrótce Pyza zaczęła mieć większe zmartwienia niż szkolne zabawy , szkoła i randki. Jej ukochana
Makuka czuła się coraz gorzej, bardzo się postarzała i Pyza musiała w domu przejąć sporo jej obowiązków.
Te wszystkie kłopoty zle na nią wpłynęły - bardzo opuściła się w nauce, zawaliła pierwszą klasę licealną.
Oczywiście zawaliła łacinę, a że matematyka też jej jakoś nie szła i była to słabiutka trójka, podjęto decyzję
by powtarzała pierwszą klasę.
Pyza była zrozpaczona - trochę to było za dużo dla niej. Ale wiedziała, że nie nikt jej w tej sytuacji nie pomoże - oboje rodzice mieli już własne życie od dawna i Pyza wcale ich nie interesowała. Co innego gdyby chciała zamieszkać na stałe z ojcem lub matką, zostawiając Makukę samą, lub w jakimś domu
opieki. Pyza nadal chodziła do szkoły, sprzątała w domu, robiła zakupy, prała, pomagała w gotowaniu
obiadu.
Gdy Pyza była w dziesiątej klasie Makuka była już u kresu sił - Pyza przestała chodzić do szkoły spedzając
całe dnie w szpitalu. Pewnego ranka, o czwartej , obudził ją telefon. Dzwonili ze szpitala, że Makuka nie żyje.
c.d.n.
czwartek, 21 czerwca 2012
256. Przypływ ojcowskich uczuć
Gdy Pyza już kończyła podstawówkę, tatuś przypomniał sobie, że ma córkę. Przysłał list, w którym zażądał, by określonego dnia wsadzić Pyzę w pociąg pospieszny, bo on wynajął dla swej żony i dla Pyzy pokój
w Międzybrodziu k. Porąbki, gdzie obie spędzą 2 miesiące wakacji.
Makuka rada-nierada wykupiła bilet, spakowała Pyzę i niemal nadała ją jak paczkę, obdarzając na drogę drugim śniadaniem i dobrymi radami. Pyzie najbardziej z tej całej imprezy podobał się fakt, że jedzie sama, bez opieki. Zaopatrzyła się na drogę w prasę, czyli w "Filipinkę" i "Przekrój".
Trochę się denerwowała, czy tata rzeczywiście będzie czekał na dworcu i czy go pozna.
W Katowicach rzeczywiście tata był na dworcu, nawet go poznała, a że z pociągu wysiadła tylko jedna samotna dziewczynka, tata też ją poznał.
W drodze do domu tata wyjaśnił Pyzie, że następnego dnia ona wyjeżdża na kolonie letnie do Skawy koło Rabki, ale nie będzie jej tam zle, bo jedzie również bratanica cioci Halinki, nieco starsza od Pyzy, więc we dwie dadzą sobie radę. Pyza poczuła jak w żołądku zagnieżdża się jej kawałek lodu. Na osłodę tej nieszczególnie radosnej wiadomości tata powiedział, że gdy wróci z kolonii to pojedzie razem z ciocią Haliną do Międzybrodzia.
Wprawdzie ta kolonia była w innej stronie Polski niż poprzednia, niestety warunki bytowe były równie nieciekawe - spanie w dużej sali w dwadzieścia osób, brak toalety, koszmarna łazienka, czyli koryta metalowe z kranami, raz na tydzień ciepła woda. Panie opiekunki codziennie przeganiały dzieciarnię do Rabki, do której niby nie było daleko bo zaledwie 3 km, ale taki spacer w kurzu i upale wcale nie był miły.
W Rabce Pyza zaopatrywała się w herbatniki, którymi się żywiła, bo jedzenie też było dość kiepskie.
Była w grupie najstarszych dzieci, wszystkie dziewczynki były od niej o rok starsze.
Było to jakieś bardzo burzowe lato, codziennie po obiedzie była burza i silny deszcz do wieczora, aż kopki siana, które stały na sąsiadującym z budynkiem polu, pływały swobodnie popychane wiatrem.
Wreszcie minęły 4 tygodnie i Pyza wlądowała w domy taty. Po upraniu kolonijnych ciuchów, rozpoczęło się
pakowanie na wyjazd do Międzybrodzia. Okazało się, że w to samo miejsce jedzie przyjaciółka cioci razem ze swymi trzema córkami. Wreszcie pewnego dnia podjechała pod dom ciężarówka, która zabrała wszystkie "bambetle" i wszystkich chętnych na wyjazd.
Gdy przyjechali na miejsce Pyza dostała wytrzeszczu oczu - zajechali w tym Międzybrodziu na wiejskie, mocno zaniedbane podwórko, w nos bił smród z gnojówki, z obory dochodziło porykiwanie krów, po podwórku dreptały kury i kaczki. Obok stodoły dojrzała znienawidzoną "sławojkę". O Boże - za co to?
zapytała Pyza w myślach. Oczywiście odpowiedzi nie było.
Tata pomógł im wypakować rzeczy, zaniósł na pięterko , wytłumaczył Pyzie jak ma nabierać wodę w studni i jak ma trafić do zakładowego ośrodka wypoczynkowego, z którego będzie codziennie przynosiła obiad dla cioci. Śniadania i kolacje miały sobie robić we własnym zakresie. Poza tym ma być miła dla cioci i jej
we wszystkim pomagać, bo ciocia ma rany na nogach, więc nie może dużo chodzić i stać.
Tym sposobem Pyza stała się Kopciuszkiem ale bez szansy trafienia na bal do pałacu. Najgorsze było to codzienne chodzenie po obiady, bo one mieszkały przy szosie, a ośrodek był na szczycie góry, pod którą mieszkały. Gdy padał deszcz droga byłą istną mordęgą, bo porośnięte trawą zbocze było bardzo śliskie.
Wyciąganie wody ze studni było istnym koszmarem.Pyza nie była w stanie trzymając korbę prawą ręką sięgnąć lewą wiadro pełne wody i postawić je na cembrowinie, by nalać z niego do własnego wiadra.
Więc nabierała tylko pół wiadra, przez co musiała dwa razy pokonywać drogę na pięterko.
Pyzie podobały się tam dwie rzeczy - piec do pieczenia chleba i latające całymi dniami szybowce.
Bo mieszkały naprzeciw góry Żar, na której szczycie był aeroklub. Gdy tylko nie musiała usługiwać
ciotce to siadała na łące nad zagrodą i patrzyła na szybowce. Wszystkie dzieci musiały co kilka dni chodzić na jagody i maliny. Dzieci gospodarzy prowadziły " miastowych" na polanę na szczycie sąsiedniej góry o nazwie Rogal. Szczyt góry był polaną porośniętą krzewami jagód. Pyza nigdy więcej nie widziała takiej ilości jagód w jednym miejscu. Tata odwiedził je jeden raz i nawet łaskawie poszedł wraz z Pyzą i dziećmi do ośrodka wczasowego po obiad. W drodze na dół zauważył, że Pyza jest smutna i bardzo wychudzona, więc wyraził z tego powodu swe wielkie niezadowolenie. Gdy tata dawał Pyzie reprymendę,że nie je, że zle wygląda, Pyza zacisnęła tylko zęby i pomyślała: "więcej mnie nie zobaczysz, bo ja do ciebie nie przyjadę!"
c.d.n.
w Międzybrodziu k. Porąbki, gdzie obie spędzą 2 miesiące wakacji.
Makuka rada-nierada wykupiła bilet, spakowała Pyzę i niemal nadała ją jak paczkę, obdarzając na drogę drugim śniadaniem i dobrymi radami. Pyzie najbardziej z tej całej imprezy podobał się fakt, że jedzie sama, bez opieki. Zaopatrzyła się na drogę w prasę, czyli w "Filipinkę" i "Przekrój".
Trochę się denerwowała, czy tata rzeczywiście będzie czekał na dworcu i czy go pozna.
W Katowicach rzeczywiście tata był na dworcu, nawet go poznała, a że z pociągu wysiadła tylko jedna samotna dziewczynka, tata też ją poznał.
W drodze do domu tata wyjaśnił Pyzie, że następnego dnia ona wyjeżdża na kolonie letnie do Skawy koło Rabki, ale nie będzie jej tam zle, bo jedzie również bratanica cioci Halinki, nieco starsza od Pyzy, więc we dwie dadzą sobie radę. Pyza poczuła jak w żołądku zagnieżdża się jej kawałek lodu. Na osłodę tej nieszczególnie radosnej wiadomości tata powiedział, że gdy wróci z kolonii to pojedzie razem z ciocią Haliną do Międzybrodzia.
Wprawdzie ta kolonia była w innej stronie Polski niż poprzednia, niestety warunki bytowe były równie nieciekawe - spanie w dużej sali w dwadzieścia osób, brak toalety, koszmarna łazienka, czyli koryta metalowe z kranami, raz na tydzień ciepła woda. Panie opiekunki codziennie przeganiały dzieciarnię do Rabki, do której niby nie było daleko bo zaledwie 3 km, ale taki spacer w kurzu i upale wcale nie był miły.
W Rabce Pyza zaopatrywała się w herbatniki, którymi się żywiła, bo jedzenie też było dość kiepskie.
Była w grupie najstarszych dzieci, wszystkie dziewczynki były od niej o rok starsze.
Było to jakieś bardzo burzowe lato, codziennie po obiedzie była burza i silny deszcz do wieczora, aż kopki siana, które stały na sąsiadującym z budynkiem polu, pływały swobodnie popychane wiatrem.
Wreszcie minęły 4 tygodnie i Pyza wlądowała w domy taty. Po upraniu kolonijnych ciuchów, rozpoczęło się
pakowanie na wyjazd do Międzybrodzia. Okazało się, że w to samo miejsce jedzie przyjaciółka cioci razem ze swymi trzema córkami. Wreszcie pewnego dnia podjechała pod dom ciężarówka, która zabrała wszystkie "bambetle" i wszystkich chętnych na wyjazd.
Gdy przyjechali na miejsce Pyza dostała wytrzeszczu oczu - zajechali w tym Międzybrodziu na wiejskie, mocno zaniedbane podwórko, w nos bił smród z gnojówki, z obory dochodziło porykiwanie krów, po podwórku dreptały kury i kaczki. Obok stodoły dojrzała znienawidzoną "sławojkę". O Boże - za co to?
zapytała Pyza w myślach. Oczywiście odpowiedzi nie było.
Tata pomógł im wypakować rzeczy, zaniósł na pięterko , wytłumaczył Pyzie jak ma nabierać wodę w studni i jak ma trafić do zakładowego ośrodka wypoczynkowego, z którego będzie codziennie przynosiła obiad dla cioci. Śniadania i kolacje miały sobie robić we własnym zakresie. Poza tym ma być miła dla cioci i jej
we wszystkim pomagać, bo ciocia ma rany na nogach, więc nie może dużo chodzić i stać.
Tym sposobem Pyza stała się Kopciuszkiem ale bez szansy trafienia na bal do pałacu. Najgorsze było to codzienne chodzenie po obiady, bo one mieszkały przy szosie, a ośrodek był na szczycie góry, pod którą mieszkały. Gdy padał deszcz droga byłą istną mordęgą, bo porośnięte trawą zbocze było bardzo śliskie.
Wyciąganie wody ze studni było istnym koszmarem.Pyza nie była w stanie trzymając korbę prawą ręką sięgnąć lewą wiadro pełne wody i postawić je na cembrowinie, by nalać z niego do własnego wiadra.
Więc nabierała tylko pół wiadra, przez co musiała dwa razy pokonywać drogę na pięterko.
Pyzie podobały się tam dwie rzeczy - piec do pieczenia chleba i latające całymi dniami szybowce.
Bo mieszkały naprzeciw góry Żar, na której szczycie był aeroklub. Gdy tylko nie musiała usługiwać
ciotce to siadała na łące nad zagrodą i patrzyła na szybowce. Wszystkie dzieci musiały co kilka dni chodzić na jagody i maliny. Dzieci gospodarzy prowadziły " miastowych" na polanę na szczycie sąsiedniej góry o nazwie Rogal. Szczyt góry był polaną porośniętą krzewami jagód. Pyza nigdy więcej nie widziała takiej ilości jagód w jednym miejscu. Tata odwiedził je jeden raz i nawet łaskawie poszedł wraz z Pyzą i dziećmi do ośrodka wczasowego po obiad. W drodze na dół zauważył, że Pyza jest smutna i bardzo wychudzona, więc wyraził z tego powodu swe wielkie niezadowolenie. Gdy tata dawał Pyzie reprymendę,że nie je, że zle wygląda, Pyza zacisnęła tylko zęby i pomyślała: "więcej mnie nie zobaczysz, bo ja do ciebie nie przyjadę!"
c.d.n.
255. Lata względnej stabilizacji
Otrzymane u taty prezenty Pyza włożyła do pudełka po butach, przewiązała wstążką, którą zawiązała na supełek i schowała do swojej szafy.
Nie było jej przykro, że mieszkanie Makuki nie jest ani duże ani tak ładnie umeblowane jak u taty, czasami tylko żałowała, że nie ma w domu psa. Raz nawet nieśmiało zapytała się, czy mogłyby mieć psa, ale Makuka wytłumaczyła jej, że to za duży kłopot, bo z psem to trzeba przecież kilka razy dziennie wychodzić na spacer, pies wymaga specjalnego pokarmu, pies często choruje no i one mieszkają w takim miejscu, że tak naprawdę to nie ma gdzie tego psa wyprowadzać. Pyza bardzo była rozczarowana.
Nie wiadomo kiedy Pyza nauczyła się czytać. Pyza miała bardzo dobra pamięć wzrokową i widząc jeden wyraz i znając jego brzmienie, potrafiła w tekście wynależć wyrazy wyglądające tak samo. Makuka pokazała małej kilka liter, potem najprostsze wyrazy, potem mała wciąż się domagała nowych i nowych, w końcu potrafiła wyłowić w tekście znane litery i przeczytać krótkie wyrazy. W "Świerszczyku" całkiem płynnie czytała wierszyki., a miała niecałe 5 lat. Z liczeniem było gorzej, cyferki jakoś nie wchodziły do głowy. Różne ciocie cieszyły się, że dziecko takie bystre, nikt nie sądził, że nic dobrego z tych umiejętności
nie wyniknie.
Matka Pyzy była dumna z osiągnięć córki i postanowiła, że w takim razie Pyza pójdzie do szkoły, gdy tylko będzie miała 6 lat. Makuka była temu przeciwna, bo Pyza była jeszcze bardzo dziecinna, nie radziła sobie dobrze wśród dzieci, nie lubiła z nimi razem szaleć na podwórku, wolała iść na spacer z Makuką do parku.
Ale w tym wypadku Makuka, która wprawdzie wciąz opiekowała się dzieckiem, nie miała nic do gadania. Dziecko było przysądzone matce i to ona decydowała o tym co dla dziecka dobre. W tamtych czasach nikt
nie wyrywał dzieci z rąk matek, które nie za bardzo wywiązywały się ze swej roli. Właściwie tylko ojciec
dziecka miał szansę wnieść do sądu sprawę o ograniczenie praw matki wobec dziecka, ale pan N. nie był tym zainteresowany. Jedenaście miesięcy pod jednym dachem z córką nie obudziło w nim uczuć ojcowskich.
Gdy tylko Pyza skończyła 6 lat, jej matka zapisała ją do szkoły, uzasadniając decyzję tym, że dziecko już potrafi czytać, więc szkoda marnować każdej chwili. Sama zakupiła dla małej tornister i wszystkie potrzebne podręczniki i inne szkolne akcesoria.
Od pierwszego dnia Pyza znienawidziła swoją szkołę - była przerażona ilością dzieci .W jednym budynku mieściły się trzy szkoły. Każda ze szkół funkcjonowała na zmiany, Pyzy szkoła - na trzy.W klasie było aż
42 uczniów, większość z nich to były siedmiolatki. Lekcje WF odbywały się na podwórku lub na szkolnym korytarzu. Pyza się w szkole niesamowicie nudziła - na lekcjach nie było jej zdaniem nic ciekawego, pisanie po całej stronie jednej i tej samej literki doprowadzało ją do płaczu, a dukanie dzieci po literce wyzwalało
złośliwy śmiech. Do szkoły chodziła na godz. 15,00, do domu wracała już po zmroku, więc przychodziła po nią Makuka. Inne dzieci mieszkały tuż obok szkoły, więc nikt ich nie przyprowadzał i nie zabierał do domu. Pyza była rozdarta wewnętrznie - z jednej strony cieszyła się , że nie wędruje sama, z drugiej - bardzo się tego wstydziła. Ten pierwszy rok zaważył na całym stosunku Pyzy do szkoły - nigdy jej nie polubiła, nie
nawiązała z nikim przyjażni. Przeważnie nie była zainteresowana tym czego się uczyła, niemniej wiedzę
ogólną miała bardzo dobrą, bo czytała mnóstwo książek znacznie wykraczających poza wiadomości szkoły
podstawowej.
To były czasy, gdy szkoły organizowały dla uczniów kolonie letnie. Po ukończeniu pierwszej klasy Pyza została wysłana z dziećmi ze swojej klasy na kolonie letnie.Warunki były kiepskie, dzieci były zakwaterowane w szkole, nie było lazienek ani toalet, jedzenie było wg Pyzy paskudne .
Pyza przepłakała łaskawie całe cztery tygodnie tej frajdy, a w domu zapowiedziała, że nigdy w życiu na żadne kolonie letnie nie pojedzie.
Ale, jak mówi stare porzekadło, "nigdy nie mów nigdy".
c.d.n.
Nie było jej przykro, że mieszkanie Makuki nie jest ani duże ani tak ładnie umeblowane jak u taty, czasami tylko żałowała, że nie ma w domu psa. Raz nawet nieśmiało zapytała się, czy mogłyby mieć psa, ale Makuka wytłumaczyła jej, że to za duży kłopot, bo z psem to trzeba przecież kilka razy dziennie wychodzić na spacer, pies wymaga specjalnego pokarmu, pies często choruje no i one mieszkają w takim miejscu, że tak naprawdę to nie ma gdzie tego psa wyprowadzać. Pyza bardzo była rozczarowana.
Nie wiadomo kiedy Pyza nauczyła się czytać. Pyza miała bardzo dobra pamięć wzrokową i widząc jeden wyraz i znając jego brzmienie, potrafiła w tekście wynależć wyrazy wyglądające tak samo. Makuka pokazała małej kilka liter, potem najprostsze wyrazy, potem mała wciąż się domagała nowych i nowych, w końcu potrafiła wyłowić w tekście znane litery i przeczytać krótkie wyrazy. W "Świerszczyku" całkiem płynnie czytała wierszyki., a miała niecałe 5 lat. Z liczeniem było gorzej, cyferki jakoś nie wchodziły do głowy. Różne ciocie cieszyły się, że dziecko takie bystre, nikt nie sądził, że nic dobrego z tych umiejętności
nie wyniknie.
Matka Pyzy była dumna z osiągnięć córki i postanowiła, że w takim razie Pyza pójdzie do szkoły, gdy tylko będzie miała 6 lat. Makuka była temu przeciwna, bo Pyza była jeszcze bardzo dziecinna, nie radziła sobie dobrze wśród dzieci, nie lubiła z nimi razem szaleć na podwórku, wolała iść na spacer z Makuką do parku.
Ale w tym wypadku Makuka, która wprawdzie wciąz opiekowała się dzieckiem, nie miała nic do gadania. Dziecko było przysądzone matce i to ona decydowała o tym co dla dziecka dobre. W tamtych czasach nikt
nie wyrywał dzieci z rąk matek, które nie za bardzo wywiązywały się ze swej roli. Właściwie tylko ojciec
dziecka miał szansę wnieść do sądu sprawę o ograniczenie praw matki wobec dziecka, ale pan N. nie był tym zainteresowany. Jedenaście miesięcy pod jednym dachem z córką nie obudziło w nim uczuć ojcowskich.
Gdy tylko Pyza skończyła 6 lat, jej matka zapisała ją do szkoły, uzasadniając decyzję tym, że dziecko już potrafi czytać, więc szkoda marnować każdej chwili. Sama zakupiła dla małej tornister i wszystkie potrzebne podręczniki i inne szkolne akcesoria.
Od pierwszego dnia Pyza znienawidziła swoją szkołę - była przerażona ilością dzieci .W jednym budynku mieściły się trzy szkoły. Każda ze szkół funkcjonowała na zmiany, Pyzy szkoła - na trzy.W klasie było aż
42 uczniów, większość z nich to były siedmiolatki. Lekcje WF odbywały się na podwórku lub na szkolnym korytarzu. Pyza się w szkole niesamowicie nudziła - na lekcjach nie było jej zdaniem nic ciekawego, pisanie po całej stronie jednej i tej samej literki doprowadzało ją do płaczu, a dukanie dzieci po literce wyzwalało
złośliwy śmiech. Do szkoły chodziła na godz. 15,00, do domu wracała już po zmroku, więc przychodziła po nią Makuka. Inne dzieci mieszkały tuż obok szkoły, więc nikt ich nie przyprowadzał i nie zabierał do domu. Pyza była rozdarta wewnętrznie - z jednej strony cieszyła się , że nie wędruje sama, z drugiej - bardzo się tego wstydziła. Ten pierwszy rok zaważył na całym stosunku Pyzy do szkoły - nigdy jej nie polubiła, nie
nawiązała z nikim przyjażni. Przeważnie nie była zainteresowana tym czego się uczyła, niemniej wiedzę
ogólną miała bardzo dobrą, bo czytała mnóstwo książek znacznie wykraczających poza wiadomości szkoły
podstawowej.
To były czasy, gdy szkoły organizowały dla uczniów kolonie letnie. Po ukończeniu pierwszej klasy Pyza została wysłana z dziećmi ze swojej klasy na kolonie letnie.Warunki były kiepskie, dzieci były zakwaterowane w szkole, nie było lazienek ani toalet, jedzenie było wg Pyzy paskudne .
Pyza przepłakała łaskawie całe cztery tygodnie tej frajdy, a w domu zapowiedziała, że nigdy w życiu na żadne kolonie letnie nie pojedzie.
Ale, jak mówi stare porzekadło, "nigdy nie mów nigdy".
c.d.n.
środa, 20 czerwca 2012
254. Pyza u swego taty, c.d.
Pyza miała u taty swój własny pokój, tzw. gościnny. Ale nie za bardzo lubiła ten pokój, bo był taki zwyczajny- dziwny tapczan z oparciami z dwóch stron, szafa, bielizniarka, biblioteczka, nieduży stolik- ciocia Halina mówiła na niego pomocnik- krzesło, a jedna ze ścian była obwieszona obrazami. Tylko jeden się Pyzie podobał- na stole leżały przepiękne żółte róże. Na pozostałych obrazach były głównie konie , jacyś wojskowi i sceny z polowania. Ten obraz to się nawet Pyzie podobał, bo było na nim dużo psów, ale żaden nie był tak ładny jak Kora. Pokój babuni też się Pyzie nie podobał, bo były tu głównie szafy, stół, krzesła , fotel i babuni łóżko. Ale Pyza z chęcią tu przychodziła, bo babunia miała niezwykłe wprost rzeczy, które Pyza dzień w dzień z przejęciem oglądała. Przede wszystkim babunia miała duże, blaszane pudełko z przeróżnymi guzikami. Były różnych kształtów, wielkości i oczywiście przeróżnych kolorów. W innych pudełkach też kryły się "skarby" - kolorowe kordonki , szpulki z kolorowymi nićmi, poduszeczki z igłami, nożyczki z ozdobnymi uchwytami, a niektóre takie malutkie, z bardzo ostrymi końcami - takie małe jakby
dopasowane do dziecinnej rączki. W osobnym pudełku były różnokolorowe koraliki. Koraliki były dość duże, cylindryczne i bardzo się Pyzie podobały. Pewnego dnia babunia wyciągnęła pudełko z koralikami,
postawiła je przed Pyzą i powiedziała, że teraz zrobi z tych koralików podstawkę pod dzbanek, a Pyza jej w tym pomoże, bo będzie podawała koraliki. Pyza była oczywiście zachwycona.
Nie da się ukryć, że mała najwięcej czasu spędzała w kuchni, bo tam była ulubiona sunia, poza tym ciocia Halina chciała ją mieć na oku. Czasami ciocia Halina bawiła się z Pyzą w gotowanie dla lalek. To było prawdziwe gotowanie, bo kuchenka dla lalek była miniaturą prawdziwej kuchni - w środku palił się prawdziwy płomień, a w lalczynych garnuszkach można było nawet coś ugotować, bo każdy był wielkości filiżanki. Ta kuchenka to była zabawka cioci Halinki jeszcze z rodzinnego domu.
W mieszkaniu taty było jedno pomieszczenia, którego Pyza bardzo nie lubiła, tak było dziwne. Była to łazienka. Była bardzo duża, z dużym oknem a wanna była wpuszczana w podłogę. Pyza bardzo się zawsze bała, że do niej niechcący wpadnie. Poza tym łazienka to było miejsca niemiłe, bo zawsze przy kąpieli Pyzie myto głowę, a tego to Pyza bardzo nie lubiła.
Pyza często myślała o swojej cioci, która została w domu, do którego było bardzo, bardzo daleko. Ale nigdy nic na ten temat nie mówiła, tym bardziej , że nikt w domu taty nie wspominał o Makuce. A mała coraz bardziej tęskniła . Wieczorami często płakała i nawet uszyta przez babunię śliczna, różowa nocna koszulka z wyhaftowanymi kwiatkami nie poprawiła dziecku humoru.
Pewnego dnia nadszedł list. Bardzo ważny, bo częśc tego listu była adresowana do Pyzy. To Makuka
napisała informację, że już czuje się znacznie lepiej i najdalej za miesiąc będzie już mogła nadal opiekować się Pyzą.
Pyza było gotowa by wracać natychmiast, z trudem pogodziła się z faktem, że jeszcze musi trochę tu pomieszkać.
Pan N. nie podjął próby zachęcenia małej by z nim została. Doszedł do wniosku, że skoro dziecko nie
przyzwyczaiło się do nich przez 11 miesięcy, to pewnie nigdy się nie przyzwyczai.
A Pyza nie odstępowała teraz Kory, tłumacząc psu, że będzie nadal sunię kochać. Całe dnie spędzała
z sunią na jej posłaniu.
W przeddzień wyjazdu Pyza wręcz biegała po mieszkaniu, pomagając cioci Halinie składać swoje ubrania i pakować do walizki. Od babuni dostała koraliki do robienia podstawek, małą, okrągłą poduszeczkę z haftem, dwie małe serwetki, uszyty przez babunię becik dla lalki i nowe ubranka lalki oraz drugą nocną koszulkę, tym razem białą, też ozdobioną haftem.
Od cioci Halinki dostała na drogę buziaka a najdłużej Pyza żegnała się z sunią, która zlizywała z buzi
dziecka słone łzy.
Matki cioci Haliny, Pyza nie spotkała już nigdy, Kory też nie, a ojca i ciocię Halinkę zobaczyła dopiero 10 lat pózniej.
Pisać dalej?
dopasowane do dziecinnej rączki. W osobnym pudełku były różnokolorowe koraliki. Koraliki były dość duże, cylindryczne i bardzo się Pyzie podobały. Pewnego dnia babunia wyciągnęła pudełko z koralikami,
postawiła je przed Pyzą i powiedziała, że teraz zrobi z tych koralików podstawkę pod dzbanek, a Pyza jej w tym pomoże, bo będzie podawała koraliki. Pyza była oczywiście zachwycona.
Nie da się ukryć, że mała najwięcej czasu spędzała w kuchni, bo tam była ulubiona sunia, poza tym ciocia Halina chciała ją mieć na oku. Czasami ciocia Halina bawiła się z Pyzą w gotowanie dla lalek. To było prawdziwe gotowanie, bo kuchenka dla lalek była miniaturą prawdziwej kuchni - w środku palił się prawdziwy płomień, a w lalczynych garnuszkach można było nawet coś ugotować, bo każdy był wielkości filiżanki. Ta kuchenka to była zabawka cioci Halinki jeszcze z rodzinnego domu.
W mieszkaniu taty było jedno pomieszczenia, którego Pyza bardzo nie lubiła, tak było dziwne. Była to łazienka. Była bardzo duża, z dużym oknem a wanna była wpuszczana w podłogę. Pyza bardzo się zawsze bała, że do niej niechcący wpadnie. Poza tym łazienka to było miejsca niemiłe, bo zawsze przy kąpieli Pyzie myto głowę, a tego to Pyza bardzo nie lubiła.
Pyza często myślała o swojej cioci, która została w domu, do którego było bardzo, bardzo daleko. Ale nigdy nic na ten temat nie mówiła, tym bardziej , że nikt w domu taty nie wspominał o Makuce. A mała coraz bardziej tęskniła . Wieczorami często płakała i nawet uszyta przez babunię śliczna, różowa nocna koszulka z wyhaftowanymi kwiatkami nie poprawiła dziecku humoru.
Pewnego dnia nadszedł list. Bardzo ważny, bo częśc tego listu była adresowana do Pyzy. To Makuka
napisała informację, że już czuje się znacznie lepiej i najdalej za miesiąc będzie już mogła nadal opiekować się Pyzą.
Pyza było gotowa by wracać natychmiast, z trudem pogodziła się z faktem, że jeszcze musi trochę tu pomieszkać.
Pan N. nie podjął próby zachęcenia małej by z nim została. Doszedł do wniosku, że skoro dziecko nie
przyzwyczaiło się do nich przez 11 miesięcy, to pewnie nigdy się nie przyzwyczai.
A Pyza nie odstępowała teraz Kory, tłumacząc psu, że będzie nadal sunię kochać. Całe dnie spędzała
z sunią na jej posłaniu.
W przeddzień wyjazdu Pyza wręcz biegała po mieszkaniu, pomagając cioci Halinie składać swoje ubrania i pakować do walizki. Od babuni dostała koraliki do robienia podstawek, małą, okrągłą poduszeczkę z haftem, dwie małe serwetki, uszyty przez babunię becik dla lalki i nowe ubranka lalki oraz drugą nocną koszulkę, tym razem białą, też ozdobioną haftem.
Od cioci Halinki dostała na drogę buziaka a najdłużej Pyza żegnała się z sunią, która zlizywała z buzi
dziecka słone łzy.
Matki cioci Haliny, Pyza nie spotkała już nigdy, Kory też nie, a ojca i ciocię Halinkę zobaczyła dopiero 10 lat pózniej.
Pisać dalej?
wtorek, 19 czerwca 2012
253. Pyza poznaje własnego ojca
Dla Pyzy nastały lepsze czasy. Makuka zajmowała się dziewczynką troskliwie, zadbała o straszliwie zniszczone paznokcie, chodziła z dzieckiem do parku na spacery, uczyła wierszyków i piosenek
stosownych do wieku. Ale pewnego dnia Makuka zachorowała i okazało się , że musi iść do szpitala na dłuższy pobyt i nie wiadomo, czy od razu po powrocie będzie się mogła opiekować dziewczynką. Lekarz popędzał, zresztą starsza pani zle się czuła, ale chciała przede wszystkim zapewnić dziecku należytą opiekę.
Skontaktowała się z ojcem dziewczynki, który mieszkał w innej części Polski, opisała jak wyglądała opieka matki nad dzieckiem i poprosiła, by ojciec wziął dziecko na jakiś czas do siebie. Pan N. nie wykazał
wielkiego entuzjazmu, ale jego żona nie miała nic przeciwko wzięciu dziecka na jakiś czas. Była dość srogo
doświadczona przez los, w czasie wojny straciła męża a w czasie tułaczki straciła małą, 8-miesięczną
córeczkę. Dziecko dostało silnej biegunki i zmarło wskutek odwodnienia, a Halina ( bo tak miała na imię )
nie mogła już niestety mieć więcej dzieci, co nie było problemem dla ojca Pyzy. On już miał dziecko,
następnego nie chciał.
I tak oto, pewnego dnia przyjechał obcy dla Pyzy mężczyzna, a Makuka wytłumaczyła dziecku, że to jest tata, że teraz Pyza pojedzie ze swoim tatusiem pociągiem do jego domu i że będzie tam przez jakiś czas mieszkać. Pyza i tata przyglądali się sobie uważnie. Pan N. wyszeptał do Makuki : "ależ ona podobna do matki, to okropne!". "Do ciebie też", zauważyła starsza pani. "Nie mógłbys nikomu wmówić, że to nie twoje dziecko".
Pyzie podobał się tata, zaufała mu. Trochę się martwiła, że nie pojedzie z nią również Makuka, ale skoro
Makuka tak zarządziła, to widocznie tak miało być. Miała do niej wielkie zaufanie.
Następnego dnia tata w jedną rękę wziął walizkę, w drugą małą rączkę Pyzy i pojechali na dworzec.
Podróż była bardzo długa, pociąg wlókł się straszliwie, jechali niemal cały dzień. Lokomotywa sapała, gwizdała, produkowała kłęby czarnego dymu, a zmęczona Pyza kilka razy się zdrzemnęła.
Tata opowiadał Pyzie o tym, że w domu czekają na nich dwie panie - jego żona i jej matka i...pies.
Tak prawdę mówiąc Pyza bała się psów, o czym poinformowała swego tatę. A tata przekonywał małą,
że to łagodna sunia i że on wytłumaczy psu, że Pyzę trzeba lubić i nie wolno jej straszyć.
Wszystko się kiedyś kończy, więc i podróż dobiegła końca. Z dworca nie było do domu daleko.Zmęczoną Pyzę tata wniósł na trzecie piętro. Gdy otworzył drzwi mieszkania postawił walizkę i wciąż trzymając Pyzę
na rękach, zawołał psa: "Kora, chodz tu!" Do przedpokoju wszedł duży, ciemnorudy pies, przyjaznie machając długim ogonem. Tata postawił Pyzę na podłodze, przyciągnął do niej psa i kazał by Pyza dała swą rączkę psu do polizania. Pyza z duszą na ramieniu wyciągnełęa rączkę, sunia uważnie obwąchała
tę śmieszną małą rękę, popatrzyła na swego pana i w końcu polizała lekko drżącą rączynę. A potem,
przez nikogo nie zachęcana, polizała małą po policzku. Pyza stała jak skamieniała, ale tata jej powiedział, że właśnie Kora ją polubiła i teraz zawsze będzie jej pilnować i bronić. I dopiero wtedy przedstawił Pyzę
swej żonie i teściowej.
Nowa ciocia podobała się Pyzie. Starszą panią Pyza nazywała babunią i też ją lubiła.
Ale tak naprawdę z całej tej trójki pokochała sunię - piękną jedwabistą seterkę irlandzką. Najchętniej
siedziała w kuchni na jej posłaniu, głaskała ją, przytulała, a czasem zasypiała przytulona do boku suni.
Ciocia Halina nie była tym zachwycona, ale jej matka powiedziała, że widocznie dziecko tęskni za
swoją dotychczasową opiekunką i dlatego tak się zachowuje.
Pyzie bardzo podobało się mieszkanie taty. Były to cztery b. duże pokoje z bardzo ładnymi meblami.
Podziw dziecka budziła sypialnia - podwójne małżeńskie łoże było nakryte jedwabną narzutą łososiową, na której leżała druga narzuta, z cienkiej, haftowanej organzy. A na wezgłowiu łóżka leżały przeróżne małe ozdobne poduszki, niektóre z ażurowym haftem, inne haftowane w białe kwiatki. A wśród poduszeczek siedziało istne cudo - piękna lalka z długimi włosami ułożonymi w loki, w bardzo ładnej, długiej sukience.
Niestety nie wolno było bawić się tą lalką bo była to bardzo stara lalka z porcelany.
Poza tym w sypialni stało ogromne akwarium, w którym pływały czerwono-złote rybki z pięknymi dużymi ogonami. To były welonki, jak mówił tata. Akwarium było pełne różnych roślin, a rybki pływały pomiędzy sztucznymi tunelami. Niektóre tunele służyły im również za domki, tak mówił tata.
Drugim pokojem, który budził zachwyt Pyzy była jadalnia. Na podłodze leżał mięciutki dywan, ciemno czerwony, pod oknem stały dwa olbrzymie skórzane fotele, a między nimi stał mały stoliczek. Na stoliku
stały ustawione w piramidkę cztery popielniczki. Każda z popielniczek miała inny wzór karciany.
Pyza uwielbiała zwijać się w kłębek na którymś z foteli, czasem nawet zasypiała, gdy dorośli siedzieli przy dużym stole razem z gośćmi. W jadalni stała też nieduża serwantka pełna ślicznych małych filiżanek i porcelanowych figurek, różnych ozdobnych dzbanuszków i miseczek, ażurowych koszyczków , a wszystko to było z porcelany. Zachwyt Pyzy budziła baletnica stojąca na jednej nodze oraz ażurowy koszyczek., w którym leżały miniaturowe porcelanowe jabłuszka.
c.d.n.
stosownych do wieku. Ale pewnego dnia Makuka zachorowała i okazało się , że musi iść do szpitala na dłuższy pobyt i nie wiadomo, czy od razu po powrocie będzie się mogła opiekować dziewczynką. Lekarz popędzał, zresztą starsza pani zle się czuła, ale chciała przede wszystkim zapewnić dziecku należytą opiekę.
Skontaktowała się z ojcem dziewczynki, który mieszkał w innej części Polski, opisała jak wyglądała opieka matki nad dzieckiem i poprosiła, by ojciec wziął dziecko na jakiś czas do siebie. Pan N. nie wykazał
wielkiego entuzjazmu, ale jego żona nie miała nic przeciwko wzięciu dziecka na jakiś czas. Była dość srogo
doświadczona przez los, w czasie wojny straciła męża a w czasie tułaczki straciła małą, 8-miesięczną
córeczkę. Dziecko dostało silnej biegunki i zmarło wskutek odwodnienia, a Halina ( bo tak miała na imię )
nie mogła już niestety mieć więcej dzieci, co nie było problemem dla ojca Pyzy. On już miał dziecko,
następnego nie chciał.
I tak oto, pewnego dnia przyjechał obcy dla Pyzy mężczyzna, a Makuka wytłumaczyła dziecku, że to jest tata, że teraz Pyza pojedzie ze swoim tatusiem pociągiem do jego domu i że będzie tam przez jakiś czas mieszkać. Pyza i tata przyglądali się sobie uważnie. Pan N. wyszeptał do Makuki : "ależ ona podobna do matki, to okropne!". "Do ciebie też", zauważyła starsza pani. "Nie mógłbys nikomu wmówić, że to nie twoje dziecko".
Pyzie podobał się tata, zaufała mu. Trochę się martwiła, że nie pojedzie z nią również Makuka, ale skoro
Makuka tak zarządziła, to widocznie tak miało być. Miała do niej wielkie zaufanie.
Następnego dnia tata w jedną rękę wziął walizkę, w drugą małą rączkę Pyzy i pojechali na dworzec.
Podróż była bardzo długa, pociąg wlókł się straszliwie, jechali niemal cały dzień. Lokomotywa sapała, gwizdała, produkowała kłęby czarnego dymu, a zmęczona Pyza kilka razy się zdrzemnęła.
Tata opowiadał Pyzie o tym, że w domu czekają na nich dwie panie - jego żona i jej matka i...pies.
Tak prawdę mówiąc Pyza bała się psów, o czym poinformowała swego tatę. A tata przekonywał małą,
że to łagodna sunia i że on wytłumaczy psu, że Pyzę trzeba lubić i nie wolno jej straszyć.
Wszystko się kiedyś kończy, więc i podróż dobiegła końca. Z dworca nie było do domu daleko.Zmęczoną Pyzę tata wniósł na trzecie piętro. Gdy otworzył drzwi mieszkania postawił walizkę i wciąż trzymając Pyzę
na rękach, zawołał psa: "Kora, chodz tu!" Do przedpokoju wszedł duży, ciemnorudy pies, przyjaznie machając długim ogonem. Tata postawił Pyzę na podłodze, przyciągnął do niej psa i kazał by Pyza dała swą rączkę psu do polizania. Pyza z duszą na ramieniu wyciągnełęa rączkę, sunia uważnie obwąchała
tę śmieszną małą rękę, popatrzyła na swego pana i w końcu polizała lekko drżącą rączynę. A potem,
przez nikogo nie zachęcana, polizała małą po policzku. Pyza stała jak skamieniała, ale tata jej powiedział, że właśnie Kora ją polubiła i teraz zawsze będzie jej pilnować i bronić. I dopiero wtedy przedstawił Pyzę
swej żonie i teściowej.
Nowa ciocia podobała się Pyzie. Starszą panią Pyza nazywała babunią i też ją lubiła.
Ale tak naprawdę z całej tej trójki pokochała sunię - piękną jedwabistą seterkę irlandzką. Najchętniej
siedziała w kuchni na jej posłaniu, głaskała ją, przytulała, a czasem zasypiała przytulona do boku suni.
Ciocia Halina nie była tym zachwycona, ale jej matka powiedziała, że widocznie dziecko tęskni za
swoją dotychczasową opiekunką i dlatego tak się zachowuje.
Pyzie bardzo podobało się mieszkanie taty. Były to cztery b. duże pokoje z bardzo ładnymi meblami.
Podziw dziecka budziła sypialnia - podwójne małżeńskie łoże było nakryte jedwabną narzutą łososiową, na której leżała druga narzuta, z cienkiej, haftowanej organzy. A na wezgłowiu łóżka leżały przeróżne małe ozdobne poduszki, niektóre z ażurowym haftem, inne haftowane w białe kwiatki. A wśród poduszeczek siedziało istne cudo - piękna lalka z długimi włosami ułożonymi w loki, w bardzo ładnej, długiej sukience.
Niestety nie wolno było bawić się tą lalką bo była to bardzo stara lalka z porcelany.
Poza tym w sypialni stało ogromne akwarium, w którym pływały czerwono-złote rybki z pięknymi dużymi ogonami. To były welonki, jak mówił tata. Akwarium było pełne różnych roślin, a rybki pływały pomiędzy sztucznymi tunelami. Niektóre tunele służyły im również za domki, tak mówił tata.
Drugim pokojem, który budził zachwyt Pyzy była jadalnia. Na podłodze leżał mięciutki dywan, ciemno czerwony, pod oknem stały dwa olbrzymie skórzane fotele, a między nimi stał mały stoliczek. Na stoliku
stały ustawione w piramidkę cztery popielniczki. Każda z popielniczek miała inny wzór karciany.
Pyza uwielbiała zwijać się w kłębek na którymś z foteli, czasem nawet zasypiała, gdy dorośli siedzieli przy dużym stole razem z gośćmi. W jadalni stała też nieduża serwantka pełna ślicznych małych filiżanek i porcelanowych figurek, różnych ozdobnych dzbanuszków i miseczek, ażurowych koszyczków , a wszystko to było z porcelany. Zachwyt Pyzy budziła baletnica stojąca na jednej nodze oraz ażurowy koszyczek., w którym leżały miniaturowe porcelanowe jabłuszka.
c.d.n.
poniedziałek, 18 czerwca 2012
252. Przez przypadek Pyza zmienia miejsce pobytu
Pyza, siedząc sama w domu bardzo się nudziła. Obrazki w swoich książeczkach znała już na pamięć, treść również. Z nudów obgryzała paznokcie i nawet moczenie czubków palców w jakiejś gorzkiej miksturze nic nie pomagało.
Ale pewnego dnia wzrok Pyzy powędrował na kuchenne okno, pod którym był zamontowany blat, na którym mama często sadzała Pyzę, by popatrzyła sobie przez okno. Wprawdzie mamy w domu nie było, ale Pyza przyciągnęła stołek i z jego pomocą wdrapała się na blat. Przytuliła czoło do szyby i wpatrywała się w bawiące się na podwórku dzieci. Ale z trzeciego piętra niezbyt dobrze je widziała. Jej wzrok padł na lufcik, który był nie na górze okna, a na dole.
Ale zameczek był zabezpieczony mocno zasupłanym sznurowadłem. Pyza usiadła przy lufciku i zaczęła cierpliwie rozwiązywać supełki. Długo to trwało, paluszki nie chronione paznokciami bolały, ale Pyza była uparta. Po jakimś czasie udało się jej pokonać wszystkie supełki. Szczęśliwa, otworzyła lufcik i położyła się na blacie na brzuchu, wychylając głowę przez lufcik. Dzieci już nie było, na podwórku urzędowała pani dozorczyni wymachując energicznie miotłą. Pyza patrzyła wychylona przez okno i wtedy zaczął kropić deszcz. Pani dozorczyni oderwała wzrok od zamiatanego podwórka i spojrzała w górę, by ocenić, czy niebo mocno zachmurzone.
I wtedy , w oknie mieszkania na trzecim pietrze zobaczyła dziecięca główkę. W pierwszej chwili zamarła, a potem zaczęła krzyczeć do Pyzy : "w tej chwili złaz stamtąd, idz do środka, złaz stamtąd natychmiast!"
I nawet zaczęła grozić miotłą. Pyza wycofała się z lufcika i porządnie go zamnkęła na klamkę.
Zeszła nawet z podokiennego blatu i zajęła się swoim misiem. Nie przepadała za nim, był ciężki, sztywny i miał szorstkie, krótkie futerko. Ale intrygowało ją bardzo co też miś ma w środku. Mama powiedziała kiedyś, że miś ma w środku trociny, ale co to są te trociny?
Gdy Pyza była zajęta dochodzeniem tego, co miś ma w środku, na dole dział się następny przypadek, który miał zasadnicze znaczenie dla dalszego losu Pyzy.
Pani dozorczyni zamiatała chodnik przed wejściem do budynku, cała jeszcze w nerwach, bo ogromnie się
zdenerwowała tym, że Pyza wychylała się z okna. I wtedy, po drugiej stronie ulicy zobaczyła cioteczną
babkę dziewczynki, która dziwnym trafem szła do niedaleko mieszkającej znajomej. Niewiele myśląc dozorczyni do niej podbiegła i opowiedziała całe zdarzenie.
Powinniście przy okazji wiedzieć, że mama Pyzy z całego serca nie lubiła swej ciotki, Józefy, za to Pyza ją wprost uwielbiała, co denerwowało mamę Pyzy. Na domiar złego dziewczynka mówiła na ciotkę "Makuka", a starsza pani była tym zachwycona. Świetnie się z Pyzą rozumiały, gdy przychodziła do dziewczynki zawsze przynosiła jakąś książeczkę lub zabawkę, uczyła ją dziecięcych piosenek, bo repertuar
Pyzy budził w niej niechęć i zdziwienie. Pyza bezbłędnie śpiewała "Czerwone maki", "Uliczkę w Barcelonie"
oraz jakąś kabaretową piosenkę z refrenem "Jam nie artystka, jam szarlatanka". Może i nic dziwnego, skoro
mama zabierała małą do kabaretu. Pyzie bardzo się podobały występy, szybko chwytała słowa i melodię.
A znajomi mamy zaśmiewali się do łez gdy Pyza prezentowała im swój repertuar.
Pani Józefa zdenerwowała się, nawet nie poszła już do znajomej, ale wróciła do domu, by się nad całą
sprawą zastanowić.
Za dwa dni była niedziela i wtedy pani Józefa przyszła z wizytą do swej siostrzenicy i Pyzy. Zaproponowała, że zajmie się dziewczynką, ale tylko i wyłącznie u siebie w domu, jeśli mała z nią zamieszka. Pyza, gdy
usłyszała, że będzie mieszkać z ukochaną Makuką zaczęła się szybciutko pakować. To był jej szczęśliwy dzień. A wszystko przez splot przypadków- przecież przypadkiem zaczął padać deszcz, przypadkiem pani dozorczyni zerknęła w niebo i zobaczyła Pyzę w oknie i przypadkiem tego dnia przechodziła tędy pani
Józefa.
c.d.n
Ale pewnego dnia wzrok Pyzy powędrował na kuchenne okno, pod którym był zamontowany blat, na którym mama często sadzała Pyzę, by popatrzyła sobie przez okno. Wprawdzie mamy w domu nie było, ale Pyza przyciągnęła stołek i z jego pomocą wdrapała się na blat. Przytuliła czoło do szyby i wpatrywała się w bawiące się na podwórku dzieci. Ale z trzeciego piętra niezbyt dobrze je widziała. Jej wzrok padł na lufcik, który był nie na górze okna, a na dole.
Ale zameczek był zabezpieczony mocno zasupłanym sznurowadłem. Pyza usiadła przy lufciku i zaczęła cierpliwie rozwiązywać supełki. Długo to trwało, paluszki nie chronione paznokciami bolały, ale Pyza była uparta. Po jakimś czasie udało się jej pokonać wszystkie supełki. Szczęśliwa, otworzyła lufcik i położyła się na blacie na brzuchu, wychylając głowę przez lufcik. Dzieci już nie było, na podwórku urzędowała pani dozorczyni wymachując energicznie miotłą. Pyza patrzyła wychylona przez okno i wtedy zaczął kropić deszcz. Pani dozorczyni oderwała wzrok od zamiatanego podwórka i spojrzała w górę, by ocenić, czy niebo mocno zachmurzone.
I wtedy , w oknie mieszkania na trzecim pietrze zobaczyła dziecięca główkę. W pierwszej chwili zamarła, a potem zaczęła krzyczeć do Pyzy : "w tej chwili złaz stamtąd, idz do środka, złaz stamtąd natychmiast!"
I nawet zaczęła grozić miotłą. Pyza wycofała się z lufcika i porządnie go zamnkęła na klamkę.
Zeszła nawet z podokiennego blatu i zajęła się swoim misiem. Nie przepadała za nim, był ciężki, sztywny i miał szorstkie, krótkie futerko. Ale intrygowało ją bardzo co też miś ma w środku. Mama powiedziała kiedyś, że miś ma w środku trociny, ale co to są te trociny?
Gdy Pyza była zajęta dochodzeniem tego, co miś ma w środku, na dole dział się następny przypadek, który miał zasadnicze znaczenie dla dalszego losu Pyzy.
Pani dozorczyni zamiatała chodnik przed wejściem do budynku, cała jeszcze w nerwach, bo ogromnie się
zdenerwowała tym, że Pyza wychylała się z okna. I wtedy, po drugiej stronie ulicy zobaczyła cioteczną
babkę dziewczynki, która dziwnym trafem szła do niedaleko mieszkającej znajomej. Niewiele myśląc dozorczyni do niej podbiegła i opowiedziała całe zdarzenie.
Powinniście przy okazji wiedzieć, że mama Pyzy z całego serca nie lubiła swej ciotki, Józefy, za to Pyza ją wprost uwielbiała, co denerwowało mamę Pyzy. Na domiar złego dziewczynka mówiła na ciotkę "Makuka", a starsza pani była tym zachwycona. Świetnie się z Pyzą rozumiały, gdy przychodziła do dziewczynki zawsze przynosiła jakąś książeczkę lub zabawkę, uczyła ją dziecięcych piosenek, bo repertuar
Pyzy budził w niej niechęć i zdziwienie. Pyza bezbłędnie śpiewała "Czerwone maki", "Uliczkę w Barcelonie"
oraz jakąś kabaretową piosenkę z refrenem "Jam nie artystka, jam szarlatanka". Może i nic dziwnego, skoro
mama zabierała małą do kabaretu. Pyzie bardzo się podobały występy, szybko chwytała słowa i melodię.
A znajomi mamy zaśmiewali się do łez gdy Pyza prezentowała im swój repertuar.
Pani Józefa zdenerwowała się, nawet nie poszła już do znajomej, ale wróciła do domu, by się nad całą
sprawą zastanowić.
Za dwa dni była niedziela i wtedy pani Józefa przyszła z wizytą do swej siostrzenicy i Pyzy. Zaproponowała, że zajmie się dziewczynką, ale tylko i wyłącznie u siebie w domu, jeśli mała z nią zamieszka. Pyza, gdy
usłyszała, że będzie mieszkać z ukochaną Makuką zaczęła się szybciutko pakować. To był jej szczęśliwy dzień. A wszystko przez splot przypadków- przecież przypadkiem zaczął padać deszcz, przypadkiem pani dozorczyni zerknęła w niebo i zobaczyła Pyzę w oknie i przypadkiem tego dnia przechodziła tędy pani
Józefa.
c.d.n
Subskrybuj:
Posty (Atom)