Marzena siedziała na tapczanie i oglądała zdjęcia, które wypadły z szafy, gdy wyciągała z niej swą torbę podróżną. Na zdjęciach był jej mąż w otoczeniu kilku osób. Z całą pewnościa były to zdjęcia z wycieczek
które pilotował jej mąż. Niemal z każdej wycieczki przywoził masę zdjęć. Marzena już miała je odłożyć
na półkę, ale gdy pochyliła się, by resztę zdjęć podnieść z podłogi, jej wzrok zatrzymał się na jednym zdjęciu- była na nim naga kobieta w pozie z obrazu "narodziny Wenus".
Marzena zaczęła teraz przeglądać pozostałe zdjęcia - na jednych zdjęciach były powiększone fragmenty ciała tej kobiety , na innych ona w różnych pozach niczym ze "świerszczyka" dla panów. Ostatnie zdjęcie przykuło wzrok Marzeny - kobieta siedziała na ich małżeńskim łóżku w jej lizesce ( którą kiedyś Marzena sama zrobiła szydełkiem) i z figlarnym uśmiechem pokazywała jedną pierś.
Marzena przesegragowała zdjęcia, odłożyła na bok wszystkie zdjęcia nagiej kobiety, resztę schowała do
szafy. Czuła, że za chwilę wybuchnie płaczem - ze złości i żalu. Zapaliła nerwowo papierosa, podeszła do okna i szeroko je otworzyła. Chłodne powietrze przyniosło ulgę. I teraz Marzenie wszystko zaczęło się układać w logiczną całość.
Kilka miesięcy temu, pomiędzy jednym wyjazdem a drugim, mąż zrobił jej dziką awanturę i kazał jej
iść natychmiast do lekarza, bo ona "przyniosła do domu" z basenu, na który regularnie chodziła, jakąś infekcję. Marzena wprawdzie go przekonywała , że nic jej nie dolega, ale ten z uporem maniaka
wysyłał ją do ginekologa. Następnego dnia poszła do lekarza, który dał jej skierowanie na badania i kazał
przyjść z wynikami. Badania nie wykazały żadnej infekcji, ale w międzyczasie ukochany mąż wyjechał w kolejną podróż, więc Marzena nie mogła o tym z nim porozmawiać.
A było o czym porozmawiać, bo lekarz objaśnił jej, że skoro mąż zarzuca jej przyniesienie do domu jakiejś infekcji, to prawdopodobnie sam ma dolegliwości i zrzucając na nią winę usiłuje zamaskować fakt, że
gdzieś podłapał którąś z chorób przenoszonych drogą płciową. Lekarz doradził również Marzenie by ona zażądała od męża wyników jego badań i nie podejmowała życia płciowego dopóki nie zobaczy jego
wyników badań, że są prawidłowe.
Ale nie miała okazji o tym z mężem porozmawiać, bo ten pojechał jako pilot wycieczki i rezydent do Włoch i miał wrócić dopiero w końcu września.
Marzena miała 36 lat, wyglądała świetnie, była naprawdę bardzo ładna i zgrabna i wielu mężczyzn pożerało ją wzrokiem. Od dwunastu lat była żoną Zygmunta , dzieci nie mieli, bo on wcale ich nie chciał.
W tej nowej sytuacji Marzena była nawet zadowolona, że nie mają dziecka. Własnego mieszkania też
nie mieli, to w którym mieszkali było mieszkaniem jej siostry, a oni mieli tu tylko meldunek tymczasowy.
Marzena zaczęła pakować rzeczy swego męża w pudła. Gdy już wszystko spakowała (a było tych pudeł kilkanaście) wezwała taksówkę bagażową, poprosiła dozorcę by pomógł jej w zniesieniu tego do
taksówki i cały majdan wywiozła do swej teściowej.Teściowa mało nie dostała zawału i z początku nie
chciała Marzenie w jej opowieść uwierzyć. Wtedy Marzena wyciągnęła z torebki zdjęcia. Teściowa
rozpłakała się, a Marzena powiedziała, że wystąpi o rozwód.
Po powrocie do domu zawezwała ślusarza, który wymienił zamki w drzwiach zewnętrznych. Następnego
dnia udała się do adwokata.
W trzy dni potem jej siostra, będąc właścicielką mieszkania wymeldowała Zygmunta, podając jako jego miejsce zamieszkania adres rodziców Zygmunta, u których był on zresztą zameldowany na stałe.
Gdy Zygmunt wrócił z Włoch, już wiedział, że czeka go rozwód.
Małżeństwo zostało rozwiązane po jednym posiedzeniu sądu.
Rok pózniej Marzena poznała bardzo miłego chłopaka - chłopaka, bo był on 10 lat od niej młodszy.
Po roku znajomości Przemek poprosił ją o rękę. Marzena nie bardzo wierzyła w związek z tak młodym człowiekiem, ale jednak wzięli ślub. Zresztą była już wtedy w ciąży, a Przemek bardzo chciał i jej i tego
dziecka. Dziś ich córka ma 18 lat, różnicy wieku pomiędzy małżonkami nie widać, a Przemek jest
wielce troskliwym mężem i świetnym ojcem.
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
piątek, 7 grudnia 2012
sobota, 1 grudnia 2012
...i że cię nie opuszczę aż do....
...spłacenia kredytu. Chyba właśnie tak powinna brzmieć współczesna przysięga małżeńska -
myślał Piotr spacerując uliczkami podmiejskiego osiedla domków jednorodzinnych. Dochodziła
już 23,30, a on, na samą myśl o powrocie do domu dostawał gęsiej skórki. Idąca przy jego nodze
suka już chyba miała dość spaceru.
Piotr po raz drugi w swym życiu przeżywał tzw. "kryzys małżeński". Od poprzedniego minęło 15 lat.
Ale wtedy był te drobne 15 lat młodszy i do tego zakochany, wręcz zafascynowany inną kobietą.
Był zdecydowany rozejść się z Olą dopóki jego romans był platoniczny, nie chciał Oli tak zwyczajnie
zdradzać. To pewnie brzmi śmiesznie, ale właśnie tak wtedy myślał Piotr.
Pewnego dnia, gdy byli w domu sami powiedział Oli wprost , że chce ją prosić o rozwód, jest
uczuciowo zaangażowany w inną kobietę, nie chce jej ot tak, zwyczajnie zdradzać, chce być
wolnym człowiekiem. Olę wielce rozśmieszyło to- wpierw wybuchła nerwowym śmiechem, potem
zaczęła wrzeszczeć, że nigdy, przenigdy nie da mu rozwodu, że przecież przysięgał przed ołtarzem, że przecież mają dzieci (to co , że jedno już dorosłe a drugie będzie pełnoletnie za kilka miesięcy) więc
powinien o tym pamietać i wreszcie, gdzieś na samym końcu dorzuciła, że nie może od niej odejść,
bo ona go kocha. Po wykrzyczeniu tego wszystkiego wyszła do drugiego pokoju i zaczęła do kogoś
telefonować.
Piotr, nie bardzo wiedząc co ma zrobić, wyszedł z domu. Z pobliskiej budki telefonicznej zadzwonił
do obiektu swych uczuć i poinformował ją, że poprosił żonę o rozwód i opowiedział jaka była jej
reakcja. Obiekt jego uczuć, pani Ela, była właśnie w trakcie rozwodu. Jej mąż nie robił z tego
powodu najmniejszej tragedii, zreszta tak naprawdę był jej drugim mężem, wspólnych dzieci nie mieli,
a nastoletnie dzieci p. Eli wcale go nie interesowały.
Nie wiem co tak bardzo ujęło Piotra w osobie pani Eli - nie była wcale atrakcyjną młódką, urodą
też raczej nie olśniewała, ale niewątpliwie miała podejście do mężczyzn. Pracowała razem z Piotrem
już 4 lata, od dwóch lat mieli wspólną firmę przynosząca dobre zyski. Pani Ela zawsze podkreślała,
że to głównie zasługa Piotra, choć dla postronnych wcale nie było to takie pewne.
Pani Ela czym prędzej umówiła się z Piotrem w siedzibie ich firmy, by mogli swobodnie rozmawiać.
Piotr był bardzo zaniepokojony i zdenerwowany, a pani Ela tak umiejętnie go pocieszała , że stan
platonicznej miłości minął bezpowrotnie. Niewątpliwie pani Ela miała walory ukryte, nie mniej
wielce Piotra pociągające. Od tego wieczoru Piotr rzucił się na oślep w ten romans.
W domu Ola w pierwszej kolejności zadzwoniła do....rodziców Piotra, by ich poinformować, że
Piotr domaga się rozwodu i prosząc ich, by oni wpłynęli na niego, by nie rozbijał małżeństwa.
Zaraz potem zadzwoniła do znajomego księdza prosząc by wszelkimi sposobami ratował ich
małżeństwo, bo chyba diabeł opętał jej męża. Poza tym poinformowała o wszystkim dzieci,
twierdząc, że tatuś przestał ich wszystkich kochać, więc niech dzieci modlą się, by tatuś jednak
wrócił na łono rodziny.
Rodzice Piotra odcięli się od całej sprawy, twierdząc, że Piotr to przecież dorosły człowiek, na
dodatek matka Piotra powiedziała Oli, że wina za rozpad związku zawsze jest gdzieś pośrodku,
więc Ola może powinna zastanowić się, dlaczego nagle Piotr zaangażował się gdzie indziej.
Nie mniej matka Piotra zatelefonowała do niego i poprosiła, by się dobrze zastanowił co robi i
jednocześnie powiedziała, że jest wielce rozczarowana jego postępowaniem.
A znajomy ksiądz wziął sprawę w swe ręce. Niemal cała parafia modliła się w intencji powrotu
męża marnotrawnego na łono rodziny. Ksiądz stał się codziennym gościem w domu Oli i
Piotra, prowadząc wspólne modlitwy.
Zrozpaczony, udręczony tym wszystkim Piotr poinformował o wszystkim panią Elę , a ta
poprosiła o rozwiązanie spółki w trybie natychmiastowym - nie czuła się na siłach by walczyć
o duszę Piotra. Ukoronowaniem walki o Piotra było wysłanie Oli z Piotrem na rekolekcje
dla rozpadających się małżeństw. Gdzieś mniej więcej po pół roku pracy nad Piotrem ten
wrócił duchem na łono rodziny, bo ciałem to właściwie był cały czas.
W dwa lata pózniej na świat przyszło trzecie dziecko, więc postanowili wybudować domek.
Piotr wziął wysoki kredyt na domek, nowy samochód, nowe meble. Pracował bardzo dużo,
ale firma, prowadzona teraz tylko przez niego jakoś gorzej funkcjonowała.
A Ola zaczęła mieć coraz kosztowniejsze potrzeby - wyjazdy na zagraniczne wczasy,
prywatne przedszkole dla dziecka, potem prywatna katolicka szkoła , wyjazdy dziecka
na drogie zagraniczne zimowiska, szkółka tenisowa , jazda konna. Ola wprawdzie wróciła
do pracy, ale pieniędzy było wciąż mało, choć czasem rodzice Piotra dorzucali po kilka tysięcy
złotych.
Ola zrobiła się niemożliwa, kontrolując każdy krok Piotra, dziwiąc się kiedy wracał z pracy
pózno, wyliczając w jakim czasie powinien dojechać z pracy do domu.
I teraz, gdy najmłodsze dziecko ma już 13 lat, starsze dzieci już dawno wyfrunęły z domu,
Piotr chce wystąpić o separację. Nie czuje się na siłach by mieszkać z Olą pod jednym
dachem. Nie jest w nikim zakochany, nie ma żadnej pani "na boku", ma pięćdziesiąt kilka
lat i marzy o tym, by być samym - bez ciągłego gderania Oli, jej telefonów sprawdzających
gdzie się aktualnie znajduje itp.
I gdyby nie ten piekielny kredyt, wziąłby rozwód, ale sam nie dałby rady go spłacić.
Ciężkie życie kredytobiorcy, prawda? Ale przynajmniej suka "wyspacerowana" jak należy.
myślał Piotr spacerując uliczkami podmiejskiego osiedla domków jednorodzinnych. Dochodziła
już 23,30, a on, na samą myśl o powrocie do domu dostawał gęsiej skórki. Idąca przy jego nodze
suka już chyba miała dość spaceru.
Piotr po raz drugi w swym życiu przeżywał tzw. "kryzys małżeński". Od poprzedniego minęło 15 lat.
Ale wtedy był te drobne 15 lat młodszy i do tego zakochany, wręcz zafascynowany inną kobietą.
Był zdecydowany rozejść się z Olą dopóki jego romans był platoniczny, nie chciał Oli tak zwyczajnie
zdradzać. To pewnie brzmi śmiesznie, ale właśnie tak wtedy myślał Piotr.
Pewnego dnia, gdy byli w domu sami powiedział Oli wprost , że chce ją prosić o rozwód, jest
uczuciowo zaangażowany w inną kobietę, nie chce jej ot tak, zwyczajnie zdradzać, chce być
wolnym człowiekiem. Olę wielce rozśmieszyło to- wpierw wybuchła nerwowym śmiechem, potem
zaczęła wrzeszczeć, że nigdy, przenigdy nie da mu rozwodu, że przecież przysięgał przed ołtarzem, że przecież mają dzieci (to co , że jedno już dorosłe a drugie będzie pełnoletnie za kilka miesięcy) więc
powinien o tym pamietać i wreszcie, gdzieś na samym końcu dorzuciła, że nie może od niej odejść,
bo ona go kocha. Po wykrzyczeniu tego wszystkiego wyszła do drugiego pokoju i zaczęła do kogoś
telefonować.
Piotr, nie bardzo wiedząc co ma zrobić, wyszedł z domu. Z pobliskiej budki telefonicznej zadzwonił
do obiektu swych uczuć i poinformował ją, że poprosił żonę o rozwód i opowiedział jaka była jej
reakcja. Obiekt jego uczuć, pani Ela, była właśnie w trakcie rozwodu. Jej mąż nie robił z tego
powodu najmniejszej tragedii, zreszta tak naprawdę był jej drugim mężem, wspólnych dzieci nie mieli,
a nastoletnie dzieci p. Eli wcale go nie interesowały.
Nie wiem co tak bardzo ujęło Piotra w osobie pani Eli - nie była wcale atrakcyjną młódką, urodą
też raczej nie olśniewała, ale niewątpliwie miała podejście do mężczyzn. Pracowała razem z Piotrem
już 4 lata, od dwóch lat mieli wspólną firmę przynosząca dobre zyski. Pani Ela zawsze podkreślała,
że to głównie zasługa Piotra, choć dla postronnych wcale nie było to takie pewne.
Pani Ela czym prędzej umówiła się z Piotrem w siedzibie ich firmy, by mogli swobodnie rozmawiać.
Piotr był bardzo zaniepokojony i zdenerwowany, a pani Ela tak umiejętnie go pocieszała , że stan
platonicznej miłości minął bezpowrotnie. Niewątpliwie pani Ela miała walory ukryte, nie mniej
wielce Piotra pociągające. Od tego wieczoru Piotr rzucił się na oślep w ten romans.
W domu Ola w pierwszej kolejności zadzwoniła do....rodziców Piotra, by ich poinformować, że
Piotr domaga się rozwodu i prosząc ich, by oni wpłynęli na niego, by nie rozbijał małżeństwa.
Zaraz potem zadzwoniła do znajomego księdza prosząc by wszelkimi sposobami ratował ich
małżeństwo, bo chyba diabeł opętał jej męża. Poza tym poinformowała o wszystkim dzieci,
twierdząc, że tatuś przestał ich wszystkich kochać, więc niech dzieci modlą się, by tatuś jednak
wrócił na łono rodziny.
Rodzice Piotra odcięli się od całej sprawy, twierdząc, że Piotr to przecież dorosły człowiek, na
dodatek matka Piotra powiedziała Oli, że wina za rozpad związku zawsze jest gdzieś pośrodku,
więc Ola może powinna zastanowić się, dlaczego nagle Piotr zaangażował się gdzie indziej.
Nie mniej matka Piotra zatelefonowała do niego i poprosiła, by się dobrze zastanowił co robi i
jednocześnie powiedziała, że jest wielce rozczarowana jego postępowaniem.
A znajomy ksiądz wziął sprawę w swe ręce. Niemal cała parafia modliła się w intencji powrotu
męża marnotrawnego na łono rodziny. Ksiądz stał się codziennym gościem w domu Oli i
Piotra, prowadząc wspólne modlitwy.
Zrozpaczony, udręczony tym wszystkim Piotr poinformował o wszystkim panią Elę , a ta
poprosiła o rozwiązanie spółki w trybie natychmiastowym - nie czuła się na siłach by walczyć
o duszę Piotra. Ukoronowaniem walki o Piotra było wysłanie Oli z Piotrem na rekolekcje
dla rozpadających się małżeństw. Gdzieś mniej więcej po pół roku pracy nad Piotrem ten
wrócił duchem na łono rodziny, bo ciałem to właściwie był cały czas.
W dwa lata pózniej na świat przyszło trzecie dziecko, więc postanowili wybudować domek.
Piotr wziął wysoki kredyt na domek, nowy samochód, nowe meble. Pracował bardzo dużo,
ale firma, prowadzona teraz tylko przez niego jakoś gorzej funkcjonowała.
A Ola zaczęła mieć coraz kosztowniejsze potrzeby - wyjazdy na zagraniczne wczasy,
prywatne przedszkole dla dziecka, potem prywatna katolicka szkoła , wyjazdy dziecka
na drogie zagraniczne zimowiska, szkółka tenisowa , jazda konna. Ola wprawdzie wróciła
do pracy, ale pieniędzy było wciąż mało, choć czasem rodzice Piotra dorzucali po kilka tysięcy
złotych.
Ola zrobiła się niemożliwa, kontrolując każdy krok Piotra, dziwiąc się kiedy wracał z pracy
pózno, wyliczając w jakim czasie powinien dojechać z pracy do domu.
I teraz, gdy najmłodsze dziecko ma już 13 lat, starsze dzieci już dawno wyfrunęły z domu,
Piotr chce wystąpić o separację. Nie czuje się na siłach by mieszkać z Olą pod jednym
dachem. Nie jest w nikim zakochany, nie ma żadnej pani "na boku", ma pięćdziesiąt kilka
lat i marzy o tym, by być samym - bez ciągłego gderania Oli, jej telefonów sprawdzających
gdzie się aktualnie znajduje itp.
I gdyby nie ten piekielny kredyt, wziąłby rozwód, ale sam nie dałby rady go spłacić.
Ciężkie życie kredytobiorcy, prawda? Ale przynajmniej suka "wyspacerowana" jak należy.
niedziela, 18 listopada 2012
Migawka III
Bogdan był bardzo miłym, porządnym chłopakiem. Gdy był kilkuletnim dzieckiem, jego ojciec popełnił samobójstwo. Pan E. był dyrektorem dużego zakładu przemysłowego, należącego wówczas do
kluczowych i przez to zakład był pod specjalnym nadzorem. Były to czasy dość głębokiego PRL-u
i naprawdę niewiele było trzeba by znależć się w więzieniu.
Z tamtego okresu Bogdan tylko zapamiętał, że wieczorem ktoś do ojca zatelefonował, ojciec ubrał się i mimo bardzo póżniej pory pojechał do zakładu.
A on i jego 2 lata młodszy brat zostali zaprowadzeniu do swego stryja, który mieszkał w sąsiednim domu.
Rano przyszła po nich zapłakana matka i powiedziała tylko, że ojciec nie żyje.
Szczegóły tego tragicznego wydarzenia poznał, gdy już był w technikum.
Osoba, która telefonowała wieczorem to był zastępca pana E., który stwierdził, że w sejfie brak jest
bardzo ważnej dokumentacji wyrobu, który właśnie miał wejść w najbliższym czasie do produkcji.
Dokumentacja była opatrzona wszelkimi możliwymi znakami i stopniami tajności i brak jej był na owe czasy
istna tragedią - dyrektor mógł być posądzony o wrogie działanie wobec ojczyzny, czyli sprzedanie
dokumentacji któremuś z wrogich państw, np. Stanom Zjednoczonym.
Pan E, doskonale wiedział, że z całą pewnością owe "wrogie państwa" już od pewnego czasu produkują
ten ich nowy wyrób, tyle tylko, że pewnie w mniej skomplikowany sposób.
Poszukiwania w gabinecie i w sejfie nie dały żadnego rezultatu i pan E. wrócił zrozpaczony do domu.
Powiedział żonie, że zaginęła tajna dokumentacja, a on zawiadomił w związku z tym odpowiednie
służby i musi się liczyć z tym, że trafi do więzienia. Postanowił przygotować się na wizytę milicji i UB, więc poszedł do łazienki przygotować podręczne drobiazgi.
Gdy w kilka godzin pózniej przyjechali oczekiwani goście, pan E. wisiał martwy w toalecie.
Byli naprawdę wstrząśnięci, zwłaszcza, że wpierw pojechali do zakładu, gdzie przerzucili wszystko
"do góry nogami" i..... znalezli dokumentację w jednej z szaf, w której leżały jawne dokumenty.
Te tajne były pod nimi upchnięte.
Na zawsze pozostało zagadką, kto i dlaczego tam schował dokumentację.
Matka Bogdana rok spędziła w zakładzie dla nerwowo chorych, chłopcami opiekował się stryj.
Bogdan skończył technikum, wyjechał do Krakowa na studia politechniczne. Pilnie studiował,
nie był bywalcem studenckich klubów ani zabaw. Na tym samym wydziale studiowała pewna
dziewczyna. Nie była ładna ani zgrabna, miała jedną nogę sporo krótszą, co spowodowało, że
z czasem kręgosłup się mocno wykrzywił i utworzył się garb. Ale była to bardzo miła i zdolna
dziewczyna, uczyła się świetnie i Bogdan często z nią rozmawiał, wymieniał się notatkami,
czasem chodził na kawę lub na Planty. Lubił ją, a przede wszystkim było mu jej okropnie żal.
Gdy byli na trzecim roku studiów dziewczyna zaprosiła go w którąś niedzielę do swoich
rodziców na imieniny swej matki. Bogdan nie za bardzo miał ochotę tam jechać, ale ona tak
gorąco prosiła, że w końcu się zgodził.
Rodzice dziewczyny mieli spore gospodarstwo ogrodnicze, bardzo duży dom, dużo hektarów
ziemi uprawnej i byli bardzo sympatyczni. Ojciec dziewczyny był wyraznie ucieszony, ze córka
przyjechała z chłopakiem. Oprowadzał Bogdana po gospodarstwie, opowiadał co gdzie rośnie,
jakie osiąga zyski z produkcji, opowiadał o planach na przyszłość. Bogdan miło spędził
dzień a na pożegnanie został zaopatrzony w jedzenie co najmniej na tydzień i ojciec odwiózł
ich do Krakowa. Od tej pory przynajmniej raz na miesiąc bywał gościem w podkrakowskiej
wsi.
Oboje bardzo szybko napisali swe prace magisterskie i jako pierwsi z tego roku je obronili.
Gdy bronił swej pracy, na ławce koło ich wydziału czekała dziewczyna razem ze swymi rodzicami.
Wszyscy razem pojechali na uroczysty obiad. Po obiedzie ojciec dziewczyny poprosił Bogdana
o chwilę rozmowy na osobności.
Bez ogródek powiedział mu, że chce z nim "ubić interes" - niech Bogdan ożeni się z jego córką,
a będzie miał wszystko - mieszkanie w Krakowie, samochód a do tego kawałek ziemi.
Bogdana zatkało - lubił dziewczynę, przyjaznił się z nią, ale nie kochał.
Tłumaczył to ojcu dziewczyny w sposób taktowny, ale ten miał jeden argument - ona Cię kocha do szaleństwa, złamiesz jej serce gdy się teraz przestaniecie widywać.
Bogdan wił się jak piskorz, ale ojciec powiedział, żeby nad tym spokojnie pomyślał, bo przecież
skoro się lubią, to gdy będą razem i miłość przyjdzie. On też się żenił z rozsądku, nie z miłości,
a z czasem pokochał żonę i nie wyobraża sobie życia bez niej.
Bogdan wrócił do Krakowa zupełnie zdezorientowany.
Fakt, lubił dziewczynę, zaprzyjaznili się bardzo, ale nie była to chyba miłość. Bogdan nawet nie
wiedział jak to miłość wygląda, bo przez całe technikum i studia jakoś nie zakochał się w żadnej dziewczynie. Wydarzenia z dzieciństwa jednak miały duży wpływ na jego młodość.
Bogdan ożenił się z dziewczyną. Wszyscy jego znajomi, dalsza rodzina nie mogli się nadziwić,
że wziął za żonę tak nieciekawą osobę.
W pięć lat po ślubie, gdy na świecie już było dziecko, Bogdan popełnił samobójstwo. Wśród
jego papierów znaleziono list do żony - pisał w nim, że poznał co to miłość, bo zakochał się
w innej kobiecie. I że nie umie dokonać wyboru, więc...odchodzi.
No cóż, widać takie geny.
kluczowych i przez to zakład był pod specjalnym nadzorem. Były to czasy dość głębokiego PRL-u
i naprawdę niewiele było trzeba by znależć się w więzieniu.
Z tamtego okresu Bogdan tylko zapamiętał, że wieczorem ktoś do ojca zatelefonował, ojciec ubrał się i mimo bardzo póżniej pory pojechał do zakładu.
A on i jego 2 lata młodszy brat zostali zaprowadzeniu do swego stryja, który mieszkał w sąsiednim domu.
Rano przyszła po nich zapłakana matka i powiedziała tylko, że ojciec nie żyje.
Szczegóły tego tragicznego wydarzenia poznał, gdy już był w technikum.
Osoba, która telefonowała wieczorem to był zastępca pana E., który stwierdził, że w sejfie brak jest
bardzo ważnej dokumentacji wyrobu, który właśnie miał wejść w najbliższym czasie do produkcji.
Dokumentacja była opatrzona wszelkimi możliwymi znakami i stopniami tajności i brak jej był na owe czasy
istna tragedią - dyrektor mógł być posądzony o wrogie działanie wobec ojczyzny, czyli sprzedanie
dokumentacji któremuś z wrogich państw, np. Stanom Zjednoczonym.
Pan E, doskonale wiedział, że z całą pewnością owe "wrogie państwa" już od pewnego czasu produkują
ten ich nowy wyrób, tyle tylko, że pewnie w mniej skomplikowany sposób.
Poszukiwania w gabinecie i w sejfie nie dały żadnego rezultatu i pan E. wrócił zrozpaczony do domu.
Powiedział żonie, że zaginęła tajna dokumentacja, a on zawiadomił w związku z tym odpowiednie
służby i musi się liczyć z tym, że trafi do więzienia. Postanowił przygotować się na wizytę milicji i UB, więc poszedł do łazienki przygotować podręczne drobiazgi.
Gdy w kilka godzin pózniej przyjechali oczekiwani goście, pan E. wisiał martwy w toalecie.
Byli naprawdę wstrząśnięci, zwłaszcza, że wpierw pojechali do zakładu, gdzie przerzucili wszystko
"do góry nogami" i..... znalezli dokumentację w jednej z szaf, w której leżały jawne dokumenty.
Te tajne były pod nimi upchnięte.
Na zawsze pozostało zagadką, kto i dlaczego tam schował dokumentację.
Matka Bogdana rok spędziła w zakładzie dla nerwowo chorych, chłopcami opiekował się stryj.
Bogdan skończył technikum, wyjechał do Krakowa na studia politechniczne. Pilnie studiował,
nie był bywalcem studenckich klubów ani zabaw. Na tym samym wydziale studiowała pewna
dziewczyna. Nie była ładna ani zgrabna, miała jedną nogę sporo krótszą, co spowodowało, że
z czasem kręgosłup się mocno wykrzywił i utworzył się garb. Ale była to bardzo miła i zdolna
dziewczyna, uczyła się świetnie i Bogdan często z nią rozmawiał, wymieniał się notatkami,
czasem chodził na kawę lub na Planty. Lubił ją, a przede wszystkim było mu jej okropnie żal.
Gdy byli na trzecim roku studiów dziewczyna zaprosiła go w którąś niedzielę do swoich
rodziców na imieniny swej matki. Bogdan nie za bardzo miał ochotę tam jechać, ale ona tak
gorąco prosiła, że w końcu się zgodził.
Rodzice dziewczyny mieli spore gospodarstwo ogrodnicze, bardzo duży dom, dużo hektarów
ziemi uprawnej i byli bardzo sympatyczni. Ojciec dziewczyny był wyraznie ucieszony, ze córka
przyjechała z chłopakiem. Oprowadzał Bogdana po gospodarstwie, opowiadał co gdzie rośnie,
jakie osiąga zyski z produkcji, opowiadał o planach na przyszłość. Bogdan miło spędził
dzień a na pożegnanie został zaopatrzony w jedzenie co najmniej na tydzień i ojciec odwiózł
ich do Krakowa. Od tej pory przynajmniej raz na miesiąc bywał gościem w podkrakowskiej
wsi.
Oboje bardzo szybko napisali swe prace magisterskie i jako pierwsi z tego roku je obronili.
Gdy bronił swej pracy, na ławce koło ich wydziału czekała dziewczyna razem ze swymi rodzicami.
Wszyscy razem pojechali na uroczysty obiad. Po obiedzie ojciec dziewczyny poprosił Bogdana
o chwilę rozmowy na osobności.
Bez ogródek powiedział mu, że chce z nim "ubić interes" - niech Bogdan ożeni się z jego córką,
a będzie miał wszystko - mieszkanie w Krakowie, samochód a do tego kawałek ziemi.
Bogdana zatkało - lubił dziewczynę, przyjaznił się z nią, ale nie kochał.
Tłumaczył to ojcu dziewczyny w sposób taktowny, ale ten miał jeden argument - ona Cię kocha do szaleństwa, złamiesz jej serce gdy się teraz przestaniecie widywać.
Bogdan wił się jak piskorz, ale ojciec powiedział, żeby nad tym spokojnie pomyślał, bo przecież
skoro się lubią, to gdy będą razem i miłość przyjdzie. On też się żenił z rozsądku, nie z miłości,
a z czasem pokochał żonę i nie wyobraża sobie życia bez niej.
Bogdan wrócił do Krakowa zupełnie zdezorientowany.
Fakt, lubił dziewczynę, zaprzyjaznili się bardzo, ale nie była to chyba miłość. Bogdan nawet nie
wiedział jak to miłość wygląda, bo przez całe technikum i studia jakoś nie zakochał się w żadnej dziewczynie. Wydarzenia z dzieciństwa jednak miały duży wpływ na jego młodość.
Bogdan ożenił się z dziewczyną. Wszyscy jego znajomi, dalsza rodzina nie mogli się nadziwić,
że wziął za żonę tak nieciekawą osobę.
W pięć lat po ślubie, gdy na świecie już było dziecko, Bogdan popełnił samobójstwo. Wśród
jego papierów znaleziono list do żony - pisał w nim, że poznał co to miłość, bo zakochał się
w innej kobiecie. I że nie umie dokonać wyboru, więc...odchodzi.
No cóż, widać takie geny.
wtorek, 13 listopada 2012
Migawka II
Zofia i Jan byli oboje bardzo urodziwi. Na swym ślubie Zosia wyglądała wręcz zachwycająco,
dziewczyny skręcały się z zazdrości. Suknię ufundowała Zośce stara ciotka, która wiele lat
mieszkała w zachodniej Europie i stamtąd ją przywiozła.
Suknia była z wzorzystej żorżety w bladoróżowe i blado niebieskie kwiaty, podkreślająca
smukłą sylwetkę Zosi. Włosy miała Zosia upięte wysoko, ozdobione sztucznymi kwiatami takimi
samymi jak na sukni, w ręce trzymała jedną, białą różę. Jan był w garniturze szaro-perłowym.
Wyglądali pięknie i robili wrażenie szczęśliwych.
W opinii większości znajomych należeli oboje do szczęściarzy. Zosia zaraz po studiach
podjęła pracę w handlu zagranicznym i w krótkim czasie dochrapała się całkiem dobrego
stanowiska. Jan był bardzo zdolnym konstruktorem, kilka swych projektów opatentował, a przede wszystkim udało mu się je wdrożyć do produkcji, więc miał z tego profity.
W kilka lat po ślubie urodziła się dziewczynka, niedługo po niej chłopczyk. Dzieciaki były
ładne, miłe, grzeczne. W szkole oboje nie mieli problemów, przez wszystkie lata szkolne mieli
świadectwa "z czerwonym paskiem".
Oczywiście taki sielski obraz rodziny nie każdemu się podobał - no bo jak to - dzieciaki nie dość,
że ładne to do tego mądre i grzeczne. To podejrzane i denerwujące, jak dla naszych rodaków.
Córka, gdy tylko skończyła studia, spakowała manatki i wyprowadziła się z domu rodziców
w drugi koniec Polski, nie podając adresu.
Zosia odchorowała ten krok córki. Jan tylko wzruszył ramionami - "jest dorosła, ma wolny
wybór".
Junior nie miał na ten temat zdania . Był na studiach i w jakimś klubie studenckim poznał
śliczną dziewczynę. Junior był okrutnie zakochany, świata poza swą wybranką nie widział, ale
nie zaniedbywał studiów.
Wreszcie pewnego zimowego dnia przyprowadził Ewelinę do swego domu by rodzice mogli
poznać ów cud. Ewelina spodobała się Zosi i Janowi. Miała właśnie urlop dziekański,
bo ktoś jej obiecał pracę w Anglii. Ale Junior i jego rodzice serdecznie odradzali jej wyjazd,
a Jan załatwił jej nawet pracę w firmie swego znajomego.Ewelina stała się częstym gościem
w domu Zosi i Jana.
Junior postanowił się ożenić z Eweliną, a plan ten zyskał poklask jego rodziców. Odkupili
mieszkanie od starej ciotki, wyremontowali je i po ślubie młodzi mieli tam zamieszkać,
a ciotka - z rodzicami Juniora. Była już bardzo stara i potrzebowała opieki, więc była to
transakcja dobra dla obu stron.
Przygotowania do ślubu szły pełną parą, Junior był bardzo zalatany. Pewnego dnia, gdy już niemal
dotarł na uczelnię, okazało się że nie wziął swego projektu, który miał tego dnia złożyć.
Klnąc brzydko sam siebie, wrócił do domu. Gdy wszedł do mieszkania zdziwiły go odgłosy
dobiegające z pokoju ojca. Drzwi były uchylone, więc je otworzył szeroko. Jego oczom
ukazał się niesamowity obrazek - jego ojciec zabawiał się w jednoznaczny sposób z kobietą.
-Przepraszam tato- powiedział Junior- ale drzwi były otwarte więc....nie dokończył zdania,
bo spoza ramienia ojca wyjrzała twarz Eweliny. Junior zmartwiał, a dziewczyna z cichym
okrzykiem uciekła do łazienki.
Jan obejrzał się przez ramię i wydusił z siebie : "musiałem ją mieć przed tobą !"
Junior rzucił się w stronę ojca z pięściami. Ale Jan był od niego znacznie silniejszy, cięższy,
wyższy i odepchnął Juniora, powalając go na podłogę.
Tymczasem Ewelina ubrała się i cichutko wymknęła z mieszkania.
Oczywiście do ślubu nie doszło. Junior zamieszkał w mieszkaniu ciotki, ani on ani Jan nie wyjaśnili
Zosi całej sytuacji.
Junior w krótkim czasie wpadł w alkoholizm upijał się codziennie, do tego zaczął ćpać. Po kilku
miesiącach Zosi udało się dowiedzieć od syna co się stało.
Zmusiła Jana do opłacania synowi kuracji odwykowej. Walka o Juniora trwała kilka lat. Dziś
czterdziestoletni Junior wygląda na lat sześćdziesiąt, nie może znalezć pracy, nie skończył
studiów.
Praktycznie Junior jest na utrzymaniu rodziców, którzy nadal mieszkają razem, bo jak twierdzi Zosia,
tylko w ten sposób ma szansę pilnowania by Jan płacił na syna.
Z córką nadal nie mają kontaktu, a Zosia podejrzewa, że córka wyprowadziła się z domu
właśnie przez Jana.
A Jan - nie ukrywa wcale, że jest stałym bywalcem pań z agencji towarzyskich.
dziewczyny skręcały się z zazdrości. Suknię ufundowała Zośce stara ciotka, która wiele lat
mieszkała w zachodniej Europie i stamtąd ją przywiozła.
Suknia była z wzorzystej żorżety w bladoróżowe i blado niebieskie kwiaty, podkreślająca
smukłą sylwetkę Zosi. Włosy miała Zosia upięte wysoko, ozdobione sztucznymi kwiatami takimi
samymi jak na sukni, w ręce trzymała jedną, białą różę. Jan był w garniturze szaro-perłowym.
Wyglądali pięknie i robili wrażenie szczęśliwych.
W opinii większości znajomych należeli oboje do szczęściarzy. Zosia zaraz po studiach
podjęła pracę w handlu zagranicznym i w krótkim czasie dochrapała się całkiem dobrego
stanowiska. Jan był bardzo zdolnym konstruktorem, kilka swych projektów opatentował, a przede wszystkim udało mu się je wdrożyć do produkcji, więc miał z tego profity.
W kilka lat po ślubie urodziła się dziewczynka, niedługo po niej chłopczyk. Dzieciaki były
ładne, miłe, grzeczne. W szkole oboje nie mieli problemów, przez wszystkie lata szkolne mieli
świadectwa "z czerwonym paskiem".
Oczywiście taki sielski obraz rodziny nie każdemu się podobał - no bo jak to - dzieciaki nie dość,
że ładne to do tego mądre i grzeczne. To podejrzane i denerwujące, jak dla naszych rodaków.
Córka, gdy tylko skończyła studia, spakowała manatki i wyprowadziła się z domu rodziców
w drugi koniec Polski, nie podając adresu.
Zosia odchorowała ten krok córki. Jan tylko wzruszył ramionami - "jest dorosła, ma wolny
wybór".
Junior nie miał na ten temat zdania . Był na studiach i w jakimś klubie studenckim poznał
śliczną dziewczynę. Junior był okrutnie zakochany, świata poza swą wybranką nie widział, ale
nie zaniedbywał studiów.
Wreszcie pewnego zimowego dnia przyprowadził Ewelinę do swego domu by rodzice mogli
poznać ów cud. Ewelina spodobała się Zosi i Janowi. Miała właśnie urlop dziekański,
bo ktoś jej obiecał pracę w Anglii. Ale Junior i jego rodzice serdecznie odradzali jej wyjazd,
a Jan załatwił jej nawet pracę w firmie swego znajomego.Ewelina stała się częstym gościem
w domu Zosi i Jana.
Junior postanowił się ożenić z Eweliną, a plan ten zyskał poklask jego rodziców. Odkupili
mieszkanie od starej ciotki, wyremontowali je i po ślubie młodzi mieli tam zamieszkać,
a ciotka - z rodzicami Juniora. Była już bardzo stara i potrzebowała opieki, więc była to
transakcja dobra dla obu stron.
Przygotowania do ślubu szły pełną parą, Junior był bardzo zalatany. Pewnego dnia, gdy już niemal
dotarł na uczelnię, okazało się że nie wziął swego projektu, który miał tego dnia złożyć.
Klnąc brzydko sam siebie, wrócił do domu. Gdy wszedł do mieszkania zdziwiły go odgłosy
dobiegające z pokoju ojca. Drzwi były uchylone, więc je otworzył szeroko. Jego oczom
ukazał się niesamowity obrazek - jego ojciec zabawiał się w jednoznaczny sposób z kobietą.
-Przepraszam tato- powiedział Junior- ale drzwi były otwarte więc....nie dokończył zdania,
bo spoza ramienia ojca wyjrzała twarz Eweliny. Junior zmartwiał, a dziewczyna z cichym
okrzykiem uciekła do łazienki.
Jan obejrzał się przez ramię i wydusił z siebie : "musiałem ją mieć przed tobą !"
Junior rzucił się w stronę ojca z pięściami. Ale Jan był od niego znacznie silniejszy, cięższy,
wyższy i odepchnął Juniora, powalając go na podłogę.
Tymczasem Ewelina ubrała się i cichutko wymknęła z mieszkania.
Oczywiście do ślubu nie doszło. Junior zamieszkał w mieszkaniu ciotki, ani on ani Jan nie wyjaśnili
Zosi całej sytuacji.
Junior w krótkim czasie wpadł w alkoholizm upijał się codziennie, do tego zaczął ćpać. Po kilku
miesiącach Zosi udało się dowiedzieć od syna co się stało.
Zmusiła Jana do opłacania synowi kuracji odwykowej. Walka o Juniora trwała kilka lat. Dziś
czterdziestoletni Junior wygląda na lat sześćdziesiąt, nie może znalezć pracy, nie skończył
studiów.
Praktycznie Junior jest na utrzymaniu rodziców, którzy nadal mieszkają razem, bo jak twierdzi Zosia,
tylko w ten sposób ma szansę pilnowania by Jan płacił na syna.
Z córką nadal nie mają kontaktu, a Zosia podejrzewa, że córka wyprowadziła się z domu
właśnie przez Jana.
A Jan - nie ukrywa wcale, że jest stałym bywalcem pań z agencji towarzyskich.
niedziela, 4 listopada 2012
Migawki
Migawka I
"Łasiczka" siedziała skulona za gęstwiną krzaków malin. Głowę miała mocno opuszczoną , dotykając nią do objętych kurczowo kolan. Kołysała się miarowo w tył i w przód, wzdrygając się ilekroć dobiegało
głośne wołanie- Łasiczkaaaa, Łasiczkaaa, choooodz!
Nie widziała mnie, mocno zaciśnięte oczy, zacięta mina i cała jej postawa sygnalizowały, że nie chce nikogo widzieć ani słyszeć, chce by ją pozostawiono w spokoju.
Wycofałam się cichutko i poszłam w stronę domku letniskowego, z którego dobiegał płacz dziecka.. Na ganku stała Maria i co jakiś czas wołała córkę.
Nie ma jej na terenie - skłamałam z pełną świadomością- pewnie pobiegła do lasu. Przewietrzy się trochę, odpocznie od dziecka i wróci.
A czemu mała płacze? - zapytałam uprzejmie, choć tak naprawdę wcale nie byłam ciekawa.
Albo głodna, albo chce pić, albo trzeba zmienić pieluchę - zawyrokowała Maria.
No to zobacz, przecież to wszystko leży w zakresie Twoich możliwości - warknęłam niemile, bo bardzo mnie denerwował płacz małej.
Maria spojrzała na mnie jak na idiotkę.
" Ale to Baśki dziecko, do jasnej cholery, to ona powinna przy nim
siedzieć, pilnować, karmić, poić, przewijać"- wrzasnęła.
No ale każda matka może być chyba zmęczona takim ciągłym siedzeniem z dzieckiem, więc.... Nie dokończyłam zdania.
Maria popatrzyła na mnie i wysyczała:
"ty nic a nic nie rozumiesz, ona wcale się nie zajmuje dzieckiem. Nie wiem co się stało, przecież tak bardzo chciała dziecka. Tyle lat, systematycznie starała się o to dziecko, za każdym poronieniem wpadała w histerię i czarną rozpacz. Ilekroć udawało się jej być w ciąży, szalała z radości. Tym razem udało się i Baśka całą
ciążę była w euforii. Rozmawiała z własnym brzuchem, szykowała pokoik dla dziecka, razem z mężem
robili do niego zakupy, zgromadziła wszelakiego dobra jakby na świat miały przyjść sześcioraczki.
Przez pierwsze trzy miesiące było nawet całkiem dobrze - potem zaczęła kombinować, by choć trochę mniej czasu spędzać z dzieckiem. Wpierw zaczęła chodzić na gimnastykę - chciała szybko wrócić do formy. Przychodziłam, siedziałam z małą, a Baśka coraz dłużej siedziała na tej gimnastyce. W dni, gdy nie ćwiczyła robiła zakupy - oczywiście bez dziecka. Potrafiła stać w sklepie koło domu 3 godziny gadając z ekspedientką, a ja na górze dostawałam obłędu. Gdy tylko jej mąż wracał do domu, Baśka czekała by zjadł i wymykała się z domu pod różnymi pretekstami - a to musi iść do dentysty, a to do kosmetyczki, czasem
wmawiała mu, że ja się zle czuję i ona musi iść do mnie.
Wybrałam się z nią na tę działkę by nie byłaby tu sama z dzieckiem, no ale to nie znaczy, że ona będzie tylko czytać a ja mam wszystko koło dziecka robić i jeszcze szykować dla nas obu jedzenie. Ona tylko na zakupy jezdzi. I zapowiedziała, że od sierpnia wraca do pracy. A dziecko albo odda do żłobka, albo znajdzie jakąś opiekunkę."
Wszystko to Maria opowiadała przewijając małą, potem usadowiła ją na moich kolanach i zabrała się za pranie pieluch.
"Łasiczka" była niewiele młodsza ode mnie, tak ze 3 lata, a ja nawet nie myślałam o dziecku - raczej byłam skłonna w ogóle nie "bawić się w te klocki". Nie mogłam pojąć jak można wpierw z uporem maniaka raz za razem zachodzić w ciążę, a gdy już jest dziecko - tak od niego uciekać.
Siedem lat póżniej sama urodziłam dziecko. Zdecydowałam się wcale nie dlatego, że rozpierał mnie instynkt
macierzyński - zdecydowałam się na dziecko, bo stanęłam pod ścianą- albo teraz, albo ze względów
medycznych wcale.
Pamiętałam historię Łasiczki", bałam się, że może ja też będę uciekać przed dzieckiem skoro nawet tak bardzo go nie pragnęłam
Ale psychika ludzka jest wciąż tajemnicą.Lata spędzone z małą w domu były dla mnie cały czas radosne, nigdy nie miałam ochoty uciec od niej choćby na pięć minut.
A wracając do "Łasiczki"- dwa lata pózniej rozeszła się z mężem, mała wychowywała się u Marii a ona
wyjechała na stałe z Polski. Mieszka w Paryżu, nie wyszła za mąż.
"Łasiczka" siedziała skulona za gęstwiną krzaków malin. Głowę miała mocno opuszczoną , dotykając nią do objętych kurczowo kolan. Kołysała się miarowo w tył i w przód, wzdrygając się ilekroć dobiegało
głośne wołanie- Łasiczkaaaa, Łasiczkaaa, choooodz!
Nie widziała mnie, mocno zaciśnięte oczy, zacięta mina i cała jej postawa sygnalizowały, że nie chce nikogo widzieć ani słyszeć, chce by ją pozostawiono w spokoju.
Wycofałam się cichutko i poszłam w stronę domku letniskowego, z którego dobiegał płacz dziecka.. Na ganku stała Maria i co jakiś czas wołała córkę.
Nie ma jej na terenie - skłamałam z pełną świadomością- pewnie pobiegła do lasu. Przewietrzy się trochę, odpocznie od dziecka i wróci.
A czemu mała płacze? - zapytałam uprzejmie, choć tak naprawdę wcale nie byłam ciekawa.
Albo głodna, albo chce pić, albo trzeba zmienić pieluchę - zawyrokowała Maria.
No to zobacz, przecież to wszystko leży w zakresie Twoich możliwości - warknęłam niemile, bo bardzo mnie denerwował płacz małej.
Maria spojrzała na mnie jak na idiotkę.
" Ale to Baśki dziecko, do jasnej cholery, to ona powinna przy nim
siedzieć, pilnować, karmić, poić, przewijać"- wrzasnęła.
No ale każda matka może być chyba zmęczona takim ciągłym siedzeniem z dzieckiem, więc.... Nie dokończyłam zdania.
Maria popatrzyła na mnie i wysyczała:
"ty nic a nic nie rozumiesz, ona wcale się nie zajmuje dzieckiem. Nie wiem co się stało, przecież tak bardzo chciała dziecka. Tyle lat, systematycznie starała się o to dziecko, za każdym poronieniem wpadała w histerię i czarną rozpacz. Ilekroć udawało się jej być w ciąży, szalała z radości. Tym razem udało się i Baśka całą
ciążę była w euforii. Rozmawiała z własnym brzuchem, szykowała pokoik dla dziecka, razem z mężem
robili do niego zakupy, zgromadziła wszelakiego dobra jakby na świat miały przyjść sześcioraczki.
Przez pierwsze trzy miesiące było nawet całkiem dobrze - potem zaczęła kombinować, by choć trochę mniej czasu spędzać z dzieckiem. Wpierw zaczęła chodzić na gimnastykę - chciała szybko wrócić do formy. Przychodziłam, siedziałam z małą, a Baśka coraz dłużej siedziała na tej gimnastyce. W dni, gdy nie ćwiczyła robiła zakupy - oczywiście bez dziecka. Potrafiła stać w sklepie koło domu 3 godziny gadając z ekspedientką, a ja na górze dostawałam obłędu. Gdy tylko jej mąż wracał do domu, Baśka czekała by zjadł i wymykała się z domu pod różnymi pretekstami - a to musi iść do dentysty, a to do kosmetyczki, czasem
wmawiała mu, że ja się zle czuję i ona musi iść do mnie.
Wybrałam się z nią na tę działkę by nie byłaby tu sama z dzieckiem, no ale to nie znaczy, że ona będzie tylko czytać a ja mam wszystko koło dziecka robić i jeszcze szykować dla nas obu jedzenie. Ona tylko na zakupy jezdzi. I zapowiedziała, że od sierpnia wraca do pracy. A dziecko albo odda do żłobka, albo znajdzie jakąś opiekunkę."
Wszystko to Maria opowiadała przewijając małą, potem usadowiła ją na moich kolanach i zabrała się za pranie pieluch.
"Łasiczka" była niewiele młodsza ode mnie, tak ze 3 lata, a ja nawet nie myślałam o dziecku - raczej byłam skłonna w ogóle nie "bawić się w te klocki". Nie mogłam pojąć jak można wpierw z uporem maniaka raz za razem zachodzić w ciążę, a gdy już jest dziecko - tak od niego uciekać.
Siedem lat póżniej sama urodziłam dziecko. Zdecydowałam się wcale nie dlatego, że rozpierał mnie instynkt
macierzyński - zdecydowałam się na dziecko, bo stanęłam pod ścianą- albo teraz, albo ze względów
medycznych wcale.
Pamiętałam historię Łasiczki", bałam się, że może ja też będę uciekać przed dzieckiem skoro nawet tak bardzo go nie pragnęłam
Ale psychika ludzka jest wciąż tajemnicą.Lata spędzone z małą w domu były dla mnie cały czas radosne, nigdy nie miałam ochoty uciec od niej choćby na pięć minut.
A wracając do "Łasiczki"- dwa lata pózniej rozeszła się z mężem, mała wychowywała się u Marii a ona
wyjechała na stałe z Polski. Mieszka w Paryżu, nie wyszła za mąż.
poniedziałek, 22 października 2012
Dlaczego?
Dlaczego nie mogę wyjść za mąż? Dlaczego każdy związek mi się rozwala? Dlaczego każdy facet
wpierw jest słodki jak miód, a potem nie dzwoni, unika rozmowy ? Dlaczego nikt mnie nie kocha?
Takie właśnie pytania zaprzątały od dłuższego czasu głowę Justyny. Miała już 46 lat i bardzo, bardzo
chciała znalezć kogoś, z kim mogłaby się razem zestarzeć.
Całe dorosłe życie Justyny było jednym, wielkim czekaniem na miłość, a raczej na kogoś, kto ją
pokocha.
Justyna jest naprawdę ładną kobietą - zgrabna , o regularnych rysach, niezbyt wysoka , ma gęste
włosy, ostatnio w kolorze kasztanowym., ładne, ciemno brązowe oczy.
Ukończyła studia humanistyczne, osiągnęła magiczne literki mgr przed imieniem i nazwiskiem.
Ma nawet własne M 3, jest niemal samowystarczalna.
Niemal - bo często miewa okresy, gdy jest bez pracy, a wtedy korzysta z pomocy swych
rodziców, którzy najchętniej wzięliby jedynaczkę z powrotem do siebie do domu i nadal się nią
opiekowali.
Całe swe życie odkładali pieniądze na posag dla Justyny, kupili jej mieszkanie, a cenna biżuteria
"rodowa" czeka już na nią. Bo rodzina Justyny była ongiś bogata i choć w okresie powojennym
stracili kilka domów, pozostały różne kawałki ziemi, która dzięki temu, że była w różnych
miejscach - ocalała. Dziadek Justyny dał w dzierżawę kilka poletek, sam zostawił sobie kawałek
pola niedaleko Warszawy. Z czasem zajął się ogrodnictwem., a prowadzona przez niego szklarnia
i kawałek pola kalafiorów dawały dobre zyski. Nie da się ukryć, że pierwsze dwie przyczepy
pełne młodych kalafiorów pokrywały koszt średnio wypasionego mercedesa.
Przed śmiercią dziadek sprzedał ziemię, a wszystkie pieniądze ze sprzedaży zamienił na dolary i
założył Justynie konto dolarowe w Banku.
Justyna prowadziła dość spokojny tryb zycia, co jakiś czas zakochując się na śmierć i życie w którymś
ze znajomych panów.
Co jakiś czas rodzice, ciotki, znajome rodziców, dowiadywały się, że Justyna lada moment wyjdzie
za mąż. Że tym razem to jest właśnie ten jeden, jedyny, który ma takie same zainteresowania jak
Justynka, wszędzie razem chodzą, co tydzień są na rodzinnym obiedzie u rodziców Justyny, żyć
bez siebie nie mogą, są w siebie zapatrzeni, już planują ślub, cały czas trzymają się za ręce.
Idylla trwała przeważnie około pół roku, czasem nawet dłużej, a potem coraz rzadziej się
słyszało o danym kandydacie na męża, wreszcie wszystko cichło, a Justyna chodziła wielce
przygnębiona. Mama Justyny wszystkim tłumaczyła, że to była pomyłka, że ten człowiek
absolutnie nie nadawał się na męża. Co prawda nigdy nie mówiła dlaczego się nie nadawał, a przez
grzeczność nikt się nie dopytywał.
Mama Justyny uważa, ze teraz nie ma dobrych, poważnych kandydatów do zamążpójścia. Jest
bardzo rozczarowana i...obrażona, że nikt nie docenił wdzięków fizycznych i intelektualnych jej
córki.
Justyna też nie umie rozwiązać tej zagadki.
Od miesiąca Justyna zaczęła się spotykać z kolejnym panem, ale o tym fakcie nie poinformała
tym razem swej mamy, ale mnie. Nie bardzo wiem dlaczego, bo ja też nie wiem, dlaczego
jej każdy związek "przemija z wiatrem".
Ale poradziłem Justynie, by poszła do psychologa . To chyba dobra rada.Ciekawa jestem czy pójdzie.
wpierw jest słodki jak miód, a potem nie dzwoni, unika rozmowy ? Dlaczego nikt mnie nie kocha?
Takie właśnie pytania zaprzątały od dłuższego czasu głowę Justyny. Miała już 46 lat i bardzo, bardzo
chciała znalezć kogoś, z kim mogłaby się razem zestarzeć.
Całe dorosłe życie Justyny było jednym, wielkim czekaniem na miłość, a raczej na kogoś, kto ją
pokocha.
Justyna jest naprawdę ładną kobietą - zgrabna , o regularnych rysach, niezbyt wysoka , ma gęste
włosy, ostatnio w kolorze kasztanowym., ładne, ciemno brązowe oczy.
Ukończyła studia humanistyczne, osiągnęła magiczne literki mgr przed imieniem i nazwiskiem.
Ma nawet własne M 3, jest niemal samowystarczalna.
Niemal - bo często miewa okresy, gdy jest bez pracy, a wtedy korzysta z pomocy swych
rodziców, którzy najchętniej wzięliby jedynaczkę z powrotem do siebie do domu i nadal się nią
opiekowali.
Całe swe życie odkładali pieniądze na posag dla Justyny, kupili jej mieszkanie, a cenna biżuteria
"rodowa" czeka już na nią. Bo rodzina Justyny była ongiś bogata i choć w okresie powojennym
stracili kilka domów, pozostały różne kawałki ziemi, która dzięki temu, że była w różnych
miejscach - ocalała. Dziadek Justyny dał w dzierżawę kilka poletek, sam zostawił sobie kawałek
pola niedaleko Warszawy. Z czasem zajął się ogrodnictwem., a prowadzona przez niego szklarnia
i kawałek pola kalafiorów dawały dobre zyski. Nie da się ukryć, że pierwsze dwie przyczepy
pełne młodych kalafiorów pokrywały koszt średnio wypasionego mercedesa.
Przed śmiercią dziadek sprzedał ziemię, a wszystkie pieniądze ze sprzedaży zamienił na dolary i
założył Justynie konto dolarowe w Banku.
Justyna prowadziła dość spokojny tryb zycia, co jakiś czas zakochując się na śmierć i życie w którymś
ze znajomych panów.
Co jakiś czas rodzice, ciotki, znajome rodziców, dowiadywały się, że Justyna lada moment wyjdzie
za mąż. Że tym razem to jest właśnie ten jeden, jedyny, który ma takie same zainteresowania jak
Justynka, wszędzie razem chodzą, co tydzień są na rodzinnym obiedzie u rodziców Justyny, żyć
bez siebie nie mogą, są w siebie zapatrzeni, już planują ślub, cały czas trzymają się za ręce.
Idylla trwała przeważnie około pół roku, czasem nawet dłużej, a potem coraz rzadziej się
słyszało o danym kandydacie na męża, wreszcie wszystko cichło, a Justyna chodziła wielce
przygnębiona. Mama Justyny wszystkim tłumaczyła, że to była pomyłka, że ten człowiek
absolutnie nie nadawał się na męża. Co prawda nigdy nie mówiła dlaczego się nie nadawał, a przez
grzeczność nikt się nie dopytywał.
Mama Justyny uważa, ze teraz nie ma dobrych, poważnych kandydatów do zamążpójścia. Jest
bardzo rozczarowana i...obrażona, że nikt nie docenił wdzięków fizycznych i intelektualnych jej
córki.
Justyna też nie umie rozwiązać tej zagadki.
Od miesiąca Justyna zaczęła się spotykać z kolejnym panem, ale o tym fakcie nie poinformała
tym razem swej mamy, ale mnie. Nie bardzo wiem dlaczego, bo ja też nie wiem, dlaczego
jej każdy związek "przemija z wiatrem".
Ale poradziłem Justynie, by poszła do psychologa . To chyba dobra rada.Ciekawa jestem czy pójdzie.
środa, 3 października 2012
cz. X
Czas pędził do przodu jak szalony. Darek znów musiał wyjechać na szkolenie, tym razem za ocean
i to na całe dwa miesiące.
Dzwonił niemal codziennie, dopytywał się co Iza porabia, jak się czuje, podpytywał o to,czy aby na
pewno je regularnie obiady, narzekał, że tęskni już za powrotem do kraju.
Kilka dni przed powrotem do Polski, Darek przysłał Izie trzy róże, każdą w innym kolorze.
Pachniała tylko ta żółta, czerwona i biała, choć piękne, zupełnie nie pachniały. Zamiast kartki
Darek napisał maila: "rok temu Cię poznałem, pamiętasz jeszcze? Jeśli tak, przyjdz po mnie na
lotnisko."
Trudno nie pamiętać - pomyśjała Iza. Wyglądałam z całą pewnościa jak potwór, dobrze , że mu
chociaż mieszkania nie zanieczyściłam. Jak ja mogłam się tak spić tymi drinkami?
Zaczęła przypominać sobie tamten dzień i Darka, który chyba był bardzo zaskoczony takim obrotem sprawy.Chyba nikt nie byłby zachwycony, gdyby nagle obca, zalana w trupa dziewczyna wylądowała
mu w łóżku. Przypomniało się jej, że Darek gdzieś wyszedł, a ona została, by pospać i "dojść do siebie".
Pojechała na lotnisko po Darka. Przywitał się bardzo serdecznie, co chwilę ją obejmował w taksówce.
Pojechali wpierw do mieszkania Darka, by zostawić walizki i by się mógł nieco ogarnąć po podróży.
Iza proponowała, by może jednak troche odpoczął, ale Darek nie chciał.
Szkoda czasu, mam tyle do nadrobienia, powiedział. Zaczekaj chwilę, zaraz będę gotowy.
Iza usiadła na wersalce i wzrok jej padł na sporej wielkości plakat. O, - pomyślała- to ten sam,
który wtedy zobaczyłam, sądząc po kolorach. Przyjrzała się mu uważniej - na plakacie, w żółtej
koszulce stał obok roweru jakiś kolarz.
Gdy Darek wrócił z łazienki, zapytała wskazując na plakat- interesujesz się kolarstwem?
Darek uśmiechnął się i odpowiedział - kolarstwem nie, ani trochę, ale tym człowiekiem. To Armstrong.
Równie dobrze mógłby powiedzieć Izie, że to Marsjanin, Iza zupełnie nie interesowała się sportem.
Wyraz twarzy Izy wskazywał, że nie ma pojęcia o co chodzi.
Darek usiadł obok Izy, objął ją ramieniem i zaczął mówić :
"Muszę ci coś ważnego powiedzieć. Każde z nas ma swego mola, który go gryzie, ale ja już swego
pokonałem. Tobie brak pewności siebie, sama siebie nie doceniasz, ale to pewnie uda nam się zmienić, to zależy od nas, ciebie i mnie. A ja, trzy lata temu, byłem podobnie jak teraz na szkoleniu. W czasie
brania prysznica odkryłem w pachwinie twardy, niebolesny guzek.Tak twardy, jakby był ze szkła lub
drewna, spory, zupełnie jak orzech laskowy. Poczekałem dwa dni, a on nie zniknął. Poszedłem do
lekarza i dostałam skierowanie na kilka badań - tomografię komputerową i badania krwi. Gdy
postawiono diagnozę wpadłem w panikę. To był nowotwór jądra. A guzek to był tak bardzo zmieniony
węzeł chłonny. Za dwa dni byłem już po operacji. Usunięto jądro i kilka węzłów chłonnych.
Wróciłem do Polski z wypisem ze szpitala, pełnym rozpoznaniem, skierowaniem na dalsze leczenie.
Dostałem chemię. Po pół roku badanie wykazało, ze jeszcze jakis węzeł chłonny jest powiększony.
Znów znalazłem się pod nożem, węzeł usunięto, przebadano. I choć nie było w nim komórek rakowych.,
zaordynowano mi kolejną chemię, tak na wszelki wypadek.
Co pół roku miałem badania i wg lekarza już nic więcej się złego nie wydarzyło.
Ale ja wpadłem w depresję, jedyne co mi chodziło po głowie, to ta choroba nowotworowa, jej skutki, możliwość nawrotu lub przerzutów.
Przestałem się czuć pełnowartościowym facetem, bałem się kontaktów z kobietami. Doszedłem do
wniosku, że nie mam prawa jakiejkolwiek kobiecie zawracać głowę swą osobą.
Bo nie wiadomo, czy będę mieć dzieci, to raz , a poza tym może jednak nie powinienem, bo po co
obciążać dzieci jakimś wadliwym genem?
O mojej chorobie wie tylko Majka, to ona dała mi ten plakat. Bo Armstrong pokonał raka, a potem kilka razy wygrał wielki Tour de France.
Przeraziłem się , gdy zorientowałem się, że mi się podobasz, że Cię lubię. Bałem się powiedzieć, że
nie jestem pewien swej sprawności, że nie wiadomo, czy mimo wszystko nie zachoruję, że może jednak
nie wszystko jest tak, jak to widzą nasi lekarze.
Byłem teraz na badaniach w tej klinice, w której byłem wtedy operowany. Trochę mnie to nadszarpnęło
finansowo, ale badania wykazały, że naprawdę wszystko jest w porządku. Pod każdym względem, jeśli
idzie o stronę rozrodczą. Bo na to, że się w Tobie zakochałem, nic mi nie poradzili, lekarstw nie dali.
A teraz, moja miła, wszystko zależy od ciebie."
Iza siedziała nieruchomo, niemal ogłuszona cichym głosem Darka. Z nadmiaru wrażeń rozpłakała
się, a Darek ją tulił i uspakajał, niepewny co te łzy oznaczają.
Epilog
W kilka miesięcy pózniej Darek i Iza byli na ślubie jego byłej żony. W następnym miesiącu odbył się
ich ślub, a Milan wyraził chęć zamieszkania do czasu swej pełnoletności u Darka i Izy. Iza dość nagle
została matką dużego, bo kilkunastoletnego dziecka. Jakoś poradziła sobie z tym faktem.
Wspólnego dziecka nie posiadają, wcale im się do niego nie spieszy. Darek w dalszym ciągu
regularnie chodzi na badania, za każdym razem oboje umierają z niepokoju, jaki będzie wynik.
i to na całe dwa miesiące.
Dzwonił niemal codziennie, dopytywał się co Iza porabia, jak się czuje, podpytywał o to,czy aby na
pewno je regularnie obiady, narzekał, że tęskni już za powrotem do kraju.
Kilka dni przed powrotem do Polski, Darek przysłał Izie trzy róże, każdą w innym kolorze.
Pachniała tylko ta żółta, czerwona i biała, choć piękne, zupełnie nie pachniały. Zamiast kartki
Darek napisał maila: "rok temu Cię poznałem, pamiętasz jeszcze? Jeśli tak, przyjdz po mnie na
lotnisko."
Trudno nie pamiętać - pomyśjała Iza. Wyglądałam z całą pewnościa jak potwór, dobrze , że mu
chociaż mieszkania nie zanieczyściłam. Jak ja mogłam się tak spić tymi drinkami?
Zaczęła przypominać sobie tamten dzień i Darka, który chyba był bardzo zaskoczony takim obrotem sprawy.Chyba nikt nie byłby zachwycony, gdyby nagle obca, zalana w trupa dziewczyna wylądowała
mu w łóżku. Przypomniało się jej, że Darek gdzieś wyszedł, a ona została, by pospać i "dojść do siebie".
Pojechała na lotnisko po Darka. Przywitał się bardzo serdecznie, co chwilę ją obejmował w taksówce.
Pojechali wpierw do mieszkania Darka, by zostawić walizki i by się mógł nieco ogarnąć po podróży.
Iza proponowała, by może jednak troche odpoczął, ale Darek nie chciał.
Szkoda czasu, mam tyle do nadrobienia, powiedział. Zaczekaj chwilę, zaraz będę gotowy.
Iza usiadła na wersalce i wzrok jej padł na sporej wielkości plakat. O, - pomyślała- to ten sam,
który wtedy zobaczyłam, sądząc po kolorach. Przyjrzała się mu uważniej - na plakacie, w żółtej
koszulce stał obok roweru jakiś kolarz.
Gdy Darek wrócił z łazienki, zapytała wskazując na plakat- interesujesz się kolarstwem?
Darek uśmiechnął się i odpowiedział - kolarstwem nie, ani trochę, ale tym człowiekiem. To Armstrong.
Równie dobrze mógłby powiedzieć Izie, że to Marsjanin, Iza zupełnie nie interesowała się sportem.
Wyraz twarzy Izy wskazywał, że nie ma pojęcia o co chodzi.
Darek usiadł obok Izy, objął ją ramieniem i zaczął mówić :
"Muszę ci coś ważnego powiedzieć. Każde z nas ma swego mola, który go gryzie, ale ja już swego
pokonałem. Tobie brak pewności siebie, sama siebie nie doceniasz, ale to pewnie uda nam się zmienić, to zależy od nas, ciebie i mnie. A ja, trzy lata temu, byłem podobnie jak teraz na szkoleniu. W czasie
brania prysznica odkryłem w pachwinie twardy, niebolesny guzek.Tak twardy, jakby był ze szkła lub
drewna, spory, zupełnie jak orzech laskowy. Poczekałem dwa dni, a on nie zniknął. Poszedłem do
lekarza i dostałam skierowanie na kilka badań - tomografię komputerową i badania krwi. Gdy
postawiono diagnozę wpadłem w panikę. To był nowotwór jądra. A guzek to był tak bardzo zmieniony
węzeł chłonny. Za dwa dni byłem już po operacji. Usunięto jądro i kilka węzłów chłonnych.
Wróciłem do Polski z wypisem ze szpitala, pełnym rozpoznaniem, skierowaniem na dalsze leczenie.
Dostałem chemię. Po pół roku badanie wykazało, ze jeszcze jakis węzeł chłonny jest powiększony.
Znów znalazłem się pod nożem, węzeł usunięto, przebadano. I choć nie było w nim komórek rakowych.,
zaordynowano mi kolejną chemię, tak na wszelki wypadek.
Co pół roku miałem badania i wg lekarza już nic więcej się złego nie wydarzyło.
Ale ja wpadłem w depresję, jedyne co mi chodziło po głowie, to ta choroba nowotworowa, jej skutki, możliwość nawrotu lub przerzutów.
Przestałem się czuć pełnowartościowym facetem, bałem się kontaktów z kobietami. Doszedłem do
wniosku, że nie mam prawa jakiejkolwiek kobiecie zawracać głowę swą osobą.
Bo nie wiadomo, czy będę mieć dzieci, to raz , a poza tym może jednak nie powinienem, bo po co
obciążać dzieci jakimś wadliwym genem?
O mojej chorobie wie tylko Majka, to ona dała mi ten plakat. Bo Armstrong pokonał raka, a potem kilka razy wygrał wielki Tour de France.
Przeraziłem się , gdy zorientowałem się, że mi się podobasz, że Cię lubię. Bałem się powiedzieć, że
nie jestem pewien swej sprawności, że nie wiadomo, czy mimo wszystko nie zachoruję, że może jednak
nie wszystko jest tak, jak to widzą nasi lekarze.
Byłem teraz na badaniach w tej klinice, w której byłem wtedy operowany. Trochę mnie to nadszarpnęło
finansowo, ale badania wykazały, że naprawdę wszystko jest w porządku. Pod każdym względem, jeśli
idzie o stronę rozrodczą. Bo na to, że się w Tobie zakochałem, nic mi nie poradzili, lekarstw nie dali.
A teraz, moja miła, wszystko zależy od ciebie."
Iza siedziała nieruchomo, niemal ogłuszona cichym głosem Darka. Z nadmiaru wrażeń rozpłakała
się, a Darek ją tulił i uspakajał, niepewny co te łzy oznaczają.
Epilog
W kilka miesięcy pózniej Darek i Iza byli na ślubie jego byłej żony. W następnym miesiącu odbył się
ich ślub, a Milan wyraził chęć zamieszkania do czasu swej pełnoletności u Darka i Izy. Iza dość nagle
została matką dużego, bo kilkunastoletnego dziecka. Jakoś poradziła sobie z tym faktem.
Wspólnego dziecka nie posiadają, wcale im się do niego nie spieszy. Darek w dalszym ciągu
regularnie chodzi na badania, za każdym razem oboje umierają z niepokoju, jaki będzie wynik.
Subskrybuj:
Posty (Atom)