poniedziałek, 17 grudnia 2012

Dylemat

Zofia z trudem otworzyła oczy -jak zwykle od niemal 10 lat miała za sobą koszmarną noc.
Na ogół po przebudzeniu wstawała na chwilę, szła do  toalety, potem łykała te leki, które
musiała brać przed śniadaniem i na chwilę jeszcze wracała do łóżka. Czasem udawało jej się
jeszcze podrzemać.
Ale dziś  musiała się zebrać szybciej, bo jutro wypadała kolejna rocznica śmierci męża, a ona
postanowiła pojechać  na cmentarz dziś, by uporządkować grób nim jutro zjawi się tam razem
z synem, synową i wnuczką.
Na szczęście na cmentarz miała tylko kilka przystanków autobusem, a grób  był niedaleko od
wejścia, ale i tak taka wyprawa była dla niej bardzo męcząca.
Bolał ją kręgosłup, nogi odmawiały posłuszeństwa i dręczyły zawroty głowy. Sześć lat choroby
jej męża w widoczny sposób odbiły się na jej zdrowiu.
Gdy jeszcze żył, będąc świadkiem jego wielkich cierpień, modliła się, by wreszcie one ustały.
Sama też już była u kresu sił .
Zofia przeleciała we wspomnieniach te sześć  lat - wpierw 5 operacji w ciągu pół roku,
codzienne wizyty w szpitalu, lęk przed tym co zastanie, jego widok wychudzonego, obolałego
ale usiłującego udawać, że wszystko jest dobrze. A potem, już w domu, ciagłe opatrunki,
odleżyny, bóle, które nie dawały mu spać. I te ostatnie 4 tygodnie znów  w szpitalu - wiedziała,
że lada moment nastąpi koniec, ale gdy nastąpił była jednak zaskoczona.
Pogrzeb i wszystko co było z nim związane przeszło jakby obok - syn z synową wszystko
załatwiali - ona tylko pozawiadamiała telefonicznie wszystkich przyjaciół i znajomych.
Było jej obojętne jak ma wyglądać pogrzeb i związane z nim sprawy.
Zofii wydawało się, że gdy wszystko ucichnie, ona wreszcie choć jedną noc prześpi spokojnie,
bez zaglądania do sąsiedniego pokoju, nasłuchiwania czy mąż nie jęczy.
Ale  sześć lat ciągłego stresu nie przeszło bez śladu. Każdego wieczoru stawał jej przed oczami
mąż,  przypominały się wszystkie etapy jego choroby, a gdy zasnęła budziła się przerażona,
bo była pewna, że mąż  się w drugim pokoju dusi i ją wzywa.
Nie było to wcale nic dziwnego, przecież byli razem 50 lat - całe swe dorosłe życie była u jego
boku. Razem studiowali,  większość życia zawodowego pracowali w tej samej firmie.
Zofia niespiesznie zjadła śniadanie, przeczekała  aż skończą się godziny  porannego szczytu
komunikacyjnego i wybrała się na  cmentarz.
Przed bramą stały kioski z kwiatami, wiankami, zniczami itp. przydatnymi  na cmentarzu
rzeczami.
Zakupiła dużą, chryzantemową wiązankę, dwa duże znicze i dwa  małe i pomaleńku poszła w
stronę grobu.
Gdy dochodziła do "swojej" alejki zobaczyła obok grobu męża jakąś kobietę. Przez chwilę
wydawało  się jej, że tamta stoi przy sąsiednim grobie, ale podchodząc bliżej zobaczyła, że ta
kobieta myje płytę grobu jej męża. Skrapiała ją jakimś płynem  ze spryskiwacza, następnie starannie
czyściła. Obok leżał wieniec z różowych gozdzików. Było ich mnóstwo, zielonego jodłowego
podkładu prawie nie było widać.
Zofia, zżerana ciekawością i zdziwieniem podeszła bliżej. Kobieta na nią zerknęła, usunęła wieniec
z sąsiedniego grobu i przeprosiła, że tak się  rozłożyła na sąsiednim grobie.
Nic nie szkodzi- odpowiedziała Zofia.  To piękny wieniec, te gozdziki mają niespotykany
kolor, jeszcze takich nie widziałam.
Kobieta uśmiechnęła się leciutko i odpowiedziała:
Takie same kupiłam dla mamy,  oboje lubili  te gozdziki. Tylko jedna kwiaciarnia ma w takim
kolorze. Musiałam je  wcześniej zamówić. 
Zofia poczuła, że ziemia się jej usuwa spod nóg. Nabrała jednak sporo powietrza, oparła się o
krzyż na  sąsiednim grobie i zapytała:
A pani mamusia też tu blisko leży?
Nie, mama jest pochowana w Krakowie, tam mieszkam. Tu leży tylko mój ojciec, a ja
spełniam ostatnia wolę mojej mamy. Umarła w styczniu.Obiecałam jej, że będę dbała
o grób ojca, gdy ona odejdzie.
Zofii wszystko zawirowało przed oczami . Bała się, że za chwilę zemdleje. Z trudem wyrzuciła
z siebie słowa:
Pytam się, bo pani sprząta grób mojego męża, a do tego mówi pani,  że jest to  pani ojciec.
Zupełnie tego nie rozumiem.
Zofia przysiadła na płycie grobu męża. Kobieta uśmiechnęła się smutno.
Bo rzeczywiście był moim biologicznym ojcem, ale nie mężem mojej mamy. Jestem owocem
chwilowego zauroczenia . Mąż mojej mamy nie był moim ojcem, ożenił się  z nią gdy już byłam
na świecie.  Specjalnie przyjechałam dzień wcześniej na ten grób, zeby nikogo z rodziny
ojca  nie spotkać.
Kobieta skończyła mycie płyty, ułożyła wieniec, pozbierała do torebki brudne ściereczki.
Potem podeszła do Zofii i zapytała  czy może jej  w czymś pomóc.
Zofia   spojrzała na nią wrogo, wstała z płyty i zataczając się lekko odeszła stamtąd nie zostawiwszy  kwiatów i zniczy.
Do domu dotarła pół żywa. Zastanawiała się co ma teraz zrobić- powiedzieć wszystko synowi? On
ogromnie kochał ojca,  uważał go za człowieka cnót wszelkich, a tu taka historia.
Resztę dnia Zofia przepłakała, a nocą postanowiła, że nie pójdzie  następnego dnia na grób męża.
A synowi powie,  że się bardzo zle czuje- była to zresztą prawda - ta wiadomość o tym, że jej mąż
miał nieślubną córkę wytrąciła ją z równowagi.
Bolało ją to,  że tyle lat mąz tak skrupulatnie ukrywał przed nią fakt i owoc zdrady. Teraz dopiero
uświadomiła sobie, że był taki czas, gdy jej mąż był na 2 miesiące oddelegowany do oddziału w
Krakowie, a potem bardzo często jezdził tam  w delegacje.
Miała do niego ogromne zaufanie i przez myśl jej nawet nie przemknęło, że coś złego się w tym
Krakowie wydarzyło. Ona też jezdziła często w delegacje służbowe, w Krakowie też bywała
służbowo. To ,  że  tamta młoda kobieta przyjechała na grób Jerzego  wypełniając wolę swej
matki,  świadczyło o tym,   że do samego końca utrzymywali ze sobą kontakt.
Zofia  jest  teraz podwójnie udręczona  - z jednej strony ma piekielny żal do męża, że ją zdradził,
z drugiej - brak jej  Jerzego. I wciąż się zastanawia czy ma powiedzieć wszystko synowi.
Bo przecież to ani nie wróci Jerzemu życia ani nie ukoi jej bólu.

piątek, 7 grudnia 2012

Banalne

Marzena   siedziała na tapczanie i oglądała zdjęcia, które wypadły z szafy, gdy wyciągała z niej swą torbę podróżną. Na zdjęciach był jej mąż w otoczeniu  kilku osób. Z całą pewnościa były to zdjęcia z wycieczek
które pilotował jej mąż. Niemal z każdej wycieczki przywoził masę zdjęć. Marzena  już  miała je odłożyć 
na półkę, ale gdy pochyliła się, by resztę zdjęć podnieść z podłogi, jej wzrok zatrzymał się na jednym zdjęciu- była na nim naga kobieta   w pozie z obrazu  "narodziny Wenus".
Marzena zaczęła teraz przeglądać pozostałe zdjęcia - na jednych zdjęciach były  powiększone fragmenty ciała tej kobiety , na  innych ona  w różnych pozach niczym  ze "świerszczyka" dla panów. Ostatnie zdjęcie przykuło  wzrok  Marzeny - kobieta siedziała na ich małżeńskim łóżku w jej lizesce ( którą kiedyś  Marzena sama zrobiła szydełkiem) i z figlarnym uśmiechem pokazywała jedną pierś.
Marzena przesegragowała  zdjęcia, odłożyła na bok wszystkie zdjęcia nagiej kobiety, resztę schowała do
szafy. Czuła, że za chwilę wybuchnie płaczem - ze złości i żalu. Zapaliła nerwowo papierosa, podeszła do okna i szeroko je otworzyła. Chłodne powietrze przyniosło ulgę. I teraz Marzenie wszystko zaczęło się układać w logiczną całość.
Kilka miesięcy temu, pomiędzy jednym wyjazdem a drugim, mąż  zrobił jej dziką awanturę i kazał jej
iść natychmiast do lekarza, bo ona "przyniosła do domu"  z basenu, na który regularnie chodziła, jakąś infekcję. Marzena wprawdzie go przekonywała , że  nic jej nie dolega, ale ten z uporem maniaka
wysyłał ją do ginekologa. Następnego dnia poszła do lekarza, który dał jej skierowanie na badania i kazał
przyjść z wynikami. Badania nie wykazały żadnej infekcji, ale w międzyczasie ukochany mąż wyjechał w kolejną  podróż, więc Marzena nie mogła o tym z nim porozmawiać.
A było o czym porozmawiać, bo lekarz objaśnił jej, że skoro mąż zarzuca jej przyniesienie do domu jakiejś  infekcji, to prawdopodobnie  sam ma dolegliwości i zrzucając na nią winę  usiłuje zamaskować fakt, że
gdzieś podłapał którąś z chorób przenoszonych drogą płciową. Lekarz doradził również Marzenie by ona zażądała od męża wyników jego badań i nie podejmowała życia  płciowego dopóki nie zobaczy jego
wyników badań, że są prawidłowe.
Ale nie miała okazji o tym z mężem porozmawiać, bo ten pojechał jako pilot wycieczki i rezydent do Włoch i miał wrócić dopiero w końcu września.
Marzena miała 36 lat, wyglądała świetnie, była naprawdę bardzo ładna i zgrabna i wielu mężczyzn pożerało ją wzrokiem. Od dwunastu lat była żoną Zygmunta , dzieci nie mieli, bo on wcale ich nie chciał.
W tej nowej sytuacji  Marzena była nawet zadowolona, że nie mają  dziecka. Własnego mieszkania też
nie mieli, to w którym mieszkali było mieszkaniem jej siostry, a oni mieli tu tylko meldunek tymczasowy.
Marzena zaczęła pakować rzeczy swego męża  w pudła. Gdy już wszystko spakowała (a było tych pudeł kilkanaście) wezwała taksówkę  bagażową, poprosiła dozorcę by pomógł jej w zniesieniu tego do
taksówki i cały majdan wywiozła do swej teściowej.Teściowa mało nie dostała  zawału i z początku nie
chciała Marzenie w jej opowieść uwierzyć. Wtedy Marzena wyciągnęła z torebki zdjęcia. Teściowa
rozpłakała się, a Marzena powiedziała,  że wystąpi o rozwód.
Po powrocie do  domu zawezwała  ślusarza, który wymienił zamki w drzwiach zewnętrznych. Następnego
dnia udała się do adwokata.
W trzy dni potem jej siostra, będąc właścicielką mieszkania wymeldowała Zygmunta, podając jako jego miejsce zamieszkania adres  rodziców Zygmunta, u których był on zresztą zameldowany na stałe.
Gdy Zygmunt wrócił z Włoch, już wiedział, że czeka go rozwód.
Małżeństwo zostało rozwiązane po jednym posiedzeniu sądu.
Rok pózniej Marzena poznała bardzo miłego chłopaka - chłopaka, bo był on 10 lat od niej młodszy.
Po roku znajomości  Przemek poprosił ją o rękę. Marzena  nie bardzo wierzyła w związek z tak młodym człowiekiem, ale jednak wzięli ślub. Zresztą była już wtedy w ciąży, a Przemek bardzo chciał i jej i tego
dziecka. Dziś  ich córka ma 18 lat, różnicy wieku pomiędzy małżonkami nie widać, a Przemek jest
wielce troskliwym mężem i świetnym ojcem.


















sobota, 1 grudnia 2012

...i że cię nie opuszczę aż do....

...spłacenia kredytu. Chyba właśnie tak powinna brzmieć współczesna przysięga małżeńska -
myślał Piotr  spacerując uliczkami podmiejskiego osiedla domków jednorodzinnych. Dochodziła
już 23,30,  a on, na samą myśl o powrocie do domu dostawał gęsiej skórki. Idąca przy jego nodze
suka już chyba miała dość spaceru.
Piotr po raz drugi w swym życiu przeżywał tzw. "kryzys małżeński". Od poprzedniego minęło 15 lat.
Ale wtedy był  te drobne 15 lat młodszy i do tego zakochany, wręcz zafascynowany inną kobietą.
Był zdecydowany rozejść się z Olą  dopóki jego romans był platoniczny, nie chciał  Oli tak zwyczajnie
zdradzać. To pewnie brzmi śmiesznie, ale właśnie tak wtedy myślał Piotr.
Pewnego dnia, gdy byli w  domu sami powiedział Oli wprost , że chce ją prosić o rozwód, jest
uczuciowo zaangażowany w inną kobietę, nie chce  jej ot tak, zwyczajnie zdradzać, chce być
wolnym człowiekiem. Olę wielce rozśmieszyło to- wpierw wybuchła nerwowym śmiechem, potem
zaczęła wrzeszczeć, że nigdy, przenigdy nie da mu rozwodu, że przecież przysięgał przed ołtarzem, że przecież mają dzieci (to co , że jedno już dorosłe a drugie będzie pełnoletnie za kilka miesięcy) więc
powinien o tym pamietać i wreszcie, gdzieś na samym końcu dorzuciła, że nie może od niej odejść,
bo ona go kocha. Po wykrzyczeniu tego wszystkiego wyszła do drugiego pokoju i zaczęła do kogoś
telefonować.
Piotr, nie bardzo wiedząc co ma zrobić, wyszedł z domu. Z pobliskiej budki telefonicznej zadzwonił
do obiektu swych uczuć i poinformował ją,  że poprosił żonę o rozwód i opowiedział jaka była jej
reakcja. Obiekt jego uczuć, pani Ela, była właśnie  w trakcie rozwodu. Jej mąż nie robił z tego
powodu najmniejszej tragedii, zreszta tak naprawdę był jej drugim mężem, wspólnych dzieci nie mieli,
a nastoletnie dzieci p. Eli wcale go nie interesowały.
Nie wiem co tak bardzo ujęło Piotra w osobie  pani Eli - nie była wcale atrakcyjną młódką, urodą
też raczej nie olśniewała, ale niewątpliwie miała podejście do mężczyzn. Pracowała razem z Piotrem
już 4 lata, od dwóch lat mieli wspólną firmę przynosząca dobre  zyski. Pani Ela zawsze podkreślała,
że to głównie zasługa Piotra, choć dla postronnych wcale nie było to takie pewne.
Pani Ela czym prędzej umówiła się z Piotrem w siedzibie  ich firmy, by mogli swobodnie rozmawiać.
Piotr był bardzo zaniepokojony i zdenerwowany, a pani Ela tak umiejętnie go pocieszała , że stan
platonicznej miłości minął  bezpowrotnie. Niewątpliwie pani Ela miała walory ukryte, nie mniej
wielce Piotra pociągające. Od tego wieczoru Piotr rzucił się  na oślep w ten romans.
W domu Ola w pierwszej kolejności zadzwoniła do....rodziców Piotra, by  ich poinformować, że
Piotr domaga się rozwodu  i prosząc ich, by oni wpłynęli na niego, by nie rozbijał małżeństwa.
Zaraz potem zadzwoniła do znajomego księdza prosząc by wszelkimi sposobami ratował ich
małżeństwo, bo chyba diabeł opętał  jej męża. Poza tym poinformowała  o wszystkim  dzieci,
 twierdząc, że tatuś przestał ich wszystkich kochać, więc niech dzieci modlą się, by tatuś jednak
wrócił  na łono rodziny.
Rodzice Piotra odcięli się od całej sprawy, twierdząc, że Piotr to przecież dorosły człowiek, na
dodatek matka Piotra powiedziała Oli, że wina za rozpad związku zawsze jest gdzieś pośrodku,
więc Ola może powinna zastanowić się, dlaczego nagle Piotr zaangażował się  gdzie indziej.
Nie  mniej matka Piotra zatelefonowała do niego i poprosiła, by się dobrze zastanowił co robi i
jednocześnie powiedziała, że jest wielce rozczarowana jego postępowaniem.
A znajomy ksiądz wziął sprawę w swe ręce. Niemal cała parafia modliła się w intencji powrotu
męża marnotrawnego na łono rodziny. Ksiądz stał się codziennym gościem w domu Oli i
Piotra, prowadząc  wspólne modlitwy.
Zrozpaczony, udręczony tym wszystkim Piotr poinformował o wszystkim panią  Elę , a ta 
poprosiła o rozwiązanie spółki w trybie natychmiastowym - nie czuła się na siłach  by walczyć
o duszę Piotra. Ukoronowaniem walki o Piotra było wysłanie Oli z Piotrem  na rekolekcje
dla rozpadających się małżeństw. Gdzieś mniej więcej po pół roku pracy nad Piotrem ten
wrócił  duchem na łono rodziny, bo ciałem to właściwie był cały czas.
W dwa lata pózniej na świat przyszło trzecie dziecko, więc postanowili wybudować domek.
Piotr wziął wysoki kredyt na domek, nowy samochód, nowe meble. Pracował bardzo dużo,
ale firma, prowadzona teraz tylko przez niego jakoś gorzej funkcjonowała.
A Ola zaczęła mieć coraz kosztowniejsze potrzeby  - wyjazdy  na zagraniczne wczasy,
prywatne przedszkole dla dziecka, potem prywatna katolicka szkoła , wyjazdy dziecka
na drogie zagraniczne zimowiska, szkółka tenisowa , jazda konna. Ola wprawdzie wróciła
do pracy, ale pieniędzy było wciąż mało, choć czasem rodzice Piotra dorzucali po kilka tysięcy
złotych.
Ola zrobiła się niemożliwa, kontrolując każdy krok Piotra, dziwiąc się kiedy wracał z pracy
pózno, wyliczając w jakim czasie powinien dojechać z pracy do domu.
I teraz, gdy najmłodsze dziecko ma już 13 lat, starsze dzieci już dawno wyfrunęły z domu,
Piotr chce wystąpić o separację. Nie czuje się na siłach  by mieszkać z Olą pod  jednym
dachem. Nie jest w nikim zakochany, nie ma żadnej pani  "na boku", ma pięćdziesiąt kilka
lat i marzy o tym, by być samym - bez ciągłego gderania Oli, jej telefonów sprawdzających
gdzie się aktualnie znajduje itp.
I gdyby nie ten piekielny kredyt, wziąłby rozwód, ale sam nie dałby rady go spłacić.
Ciężkie życie kredytobiorcy, prawda? Ale przynajmniej suka "wyspacerowana"  jak należy.

niedziela, 18 listopada 2012

Migawka III

Bogdan był bardzo miłym, porządnym chłopakiem. Gdy był kilkuletnim dzieckiem, jego ojciec popełnił samobójstwo. Pan E. był dyrektorem dużego zakładu przemysłowego, należącego  wówczas do
kluczowych i przez to zakład był pod specjalnym nadzorem. Były to czasy dość głębokiego PRL-u
i naprawdę niewiele było trzeba by znależć się w więzieniu.
Z tamtego okresu Bogdan tylko zapamiętał, że  wieczorem ktoś do ojca zatelefonował, ojciec ubrał się i mimo bardzo póżniej pory pojechał do zakładu.
A on i jego 2 lata młodszy brat zostali zaprowadzeniu do swego stryja, który mieszkał w sąsiednim domu.
 Rano przyszła po nich zapłakana matka i powiedziała tylko, że  ojciec nie  żyje.
Szczegóły tego tragicznego wydarzenia poznał, gdy już był w technikum.
Osoba, która telefonowała wieczorem to był zastępca pana E., który stwierdził, że w sejfie brak jest
bardzo ważnej dokumentacji wyrobu, który właśnie  miał wejść w najbliższym czasie do produkcji.
Dokumentacja była opatrzona wszelkimi możliwymi znakami i stopniami tajności i brak jej był na owe czasy
istna tragedią - dyrektor mógł być posądzony o  wrogie działanie wobec ojczyzny,  czyli  sprzedanie
dokumentacji któremuś z wrogich państw, np. Stanom  Zjednoczonym.
Pan E, doskonale wiedział, że z całą pewnością owe "wrogie państwa" już od pewnego czasu produkują
ten ich nowy wyrób, tyle tylko, że pewnie w mniej  skomplikowany sposób.
Poszukiwania w gabinecie i w sejfie nie dały żadnego rezultatu i pan E. wrócił zrozpaczony do domu.
Powiedział  żonie, że zaginęła tajna dokumentacja, a on zawiadomił w związku z tym odpowiednie
służby i musi się liczyć z tym, że trafi do więzienia. Postanowił przygotować się na wizytę milicji i  UB, więc poszedł do łazienki przygotować podręczne drobiazgi.
 Gdy w kilka godzin pózniej przyjechali oczekiwani goście, pan E. wisiał martwy w toalecie.
Byli naprawdę wstrząśnięci, zwłaszcza, że wpierw pojechali do zakładu, gdzie przerzucili wszystko
"do góry nogami"  i..... znalezli dokumentację w jednej z  szaf, w której leżały jawne dokumenty.
Te tajne były pod nimi upchnięte.
 Na zawsze pozostało zagadką, kto i dlaczego tam schował dokumentację.
Matka Bogdana rok spędziła w zakładzie dla nerwowo chorych, chłopcami opiekował się stryj.
Bogdan  skończył technikum, wyjechał do Krakowa na studia politechniczne. Pilnie studiował,
 nie był bywalcem studenckich klubów ani zabaw. Na tym samym wydziale studiowała pewna
 dziewczyna. Nie była  ładna ani zgrabna, miała jedną nogę sporo krótszą, co spowodowało, że
z czasem kręgosłup się mocno wykrzywił i utworzył się garb. Ale była to bardzo miła i zdolna
dziewczyna, uczyła się świetnie i Bogdan  często z nią rozmawiał, wymieniał się notatkami,
czasem chodził  na kawę lub na Planty. Lubił ją, a przede wszystkim było mu jej okropnie żal.
Gdy byli na trzecim roku studiów dziewczyna zaprosiła go w którąś niedzielę do swoich
rodziców na imieniny swej matki. Bogdan nie za bardzo miał ochotę tam jechać, ale  ona tak
gorąco prosiła, że w końcu się zgodził.
Rodzice dziewczyny mieli spore gospodarstwo ogrodnicze, bardzo duży dom, dużo hektarów
 ziemi uprawnej i byli bardzo sympatyczni. Ojciec dziewczyny był wyraznie ucieszony, ze córka
przyjechała z chłopakiem. Oprowadzał Bogdana po gospodarstwie, opowiadał co gdzie rośnie,
jakie osiąga zyski z produkcji, opowiadał o planach na przyszłość. Bogdan miło spędził
dzień a na pożegnanie został zaopatrzony w jedzenie  co najmniej na tydzień i ojciec odwiózł
ich do Krakowa. Od tej pory przynajmniej raz na miesiąc bywał gościem w podkrakowskiej
wsi.
Oboje bardzo szybko napisali swe prace magisterskie i jako pierwsi z tego roku je obronili.
Gdy bronił swej pracy, na ławce koło ich wydziału czekała dziewczyna razem ze swymi rodzicami.
Wszyscy razem pojechali na uroczysty obiad.  Po obiedzie  ojciec dziewczyny poprosił Bogdana
o chwilę rozmowy na osobności.
Bez ogródek powiedział mu, że  chce z nim "ubić interes" - niech Bogdan ożeni się z jego  córką,
 a będzie miał wszystko - mieszkanie w Krakowie, samochód a do tego kawałek ziemi.
Bogdana zatkało - lubił dziewczynę, przyjaznił się z nią, ale nie kochał.
Tłumaczył to ojcu dziewczyny w sposób taktowny, ale ten miał jeden argument - ona Cię kocha do szaleństwa, złamiesz jej serce gdy się teraz przestaniecie widywać.
Bogdan wił się  jak piskorz, ale ojciec powiedział, żeby nad tym spokojnie pomyślał, bo przecież
skoro się lubią, to gdy będą razem i miłość przyjdzie. On też się  żenił z rozsądku, nie z miłości,
 a z czasem pokochał żonę i nie wyobraża sobie  życia bez niej.
Bogdan wrócił do Krakowa zupełnie zdezorientowany.
Fakt, lubił dziewczynę, zaprzyjaznili się bardzo, ale nie była to chyba miłość. Bogdan nawet nie
wiedział jak to miłość wygląda, bo przez całe technikum i studia jakoś nie zakochał się w  żadnej dziewczynie. Wydarzenia z dzieciństwa jednak miały duży wpływ na jego młodość.
Bogdan ożenił się z dziewczyną.  Wszyscy jego znajomi, dalsza rodzina nie mogli się nadziwić,
że wziął za żonę tak nieciekawą osobę.
W pięć lat po ślubie, gdy na świecie już było dziecko, Bogdan  popełnił samobójstwo. Wśród
jego papierów znaleziono list do żony - pisał w nim, że poznał co to miłość, bo zakochał się
w innej kobiecie. I że nie  umie dokonać wyboru, więc...odchodzi.
No cóż,  widać takie geny.

wtorek, 13 listopada 2012

Migawka II

Zofia i Jan byli oboje bardzo urodziwi.  Na swym ślubie Zosia wyglądała wręcz zachwycająco,
dziewczyny skręcały się z zazdrości. Suknię ufundowała Zośce stara ciotka, która  wiele lat
mieszkała w  zachodniej Europie i stamtąd ją przywiozła.
Suknia była z  wzorzystej żorżety w bladoróżowe i blado niebieskie kwiaty, podkreślająca
smukłą sylwetkę Zosi. Włosy miała  Zosia upięte wysoko, ozdobione sztucznymi kwiatami takimi
samymi jak  na sukni, w ręce trzymała jedną, białą różę. Jan był w garniturze szaro-perłowym.
Wyglądali pięknie i robili wrażenie szczęśliwych.
W opinii większości znajomych należeli oboje do  szczęściarzy. Zosia zaraz po studiach
podjęła pracę w handlu zagranicznym i w krótkim czasie dochrapała się całkiem dobrego
stanowiska. Jan był bardzo zdolnym konstruktorem, kilka swych projektów opatentował, a przede wszystkim udało mu się je  wdrożyć do produkcji, więc  miał z tego profity.
W kilka lat po  ślubie urodziła się dziewczynka, niedługo po niej chłopczyk. Dzieciaki były
 ładne,  miłe, grzeczne. W szkole oboje nie mieli  problemów, przez wszystkie lata szkolne mieli
świadectwa "z czerwonym paskiem".
Oczywiście taki sielski obraz rodziny nie każdemu się podobał -  no bo jak to - dzieciaki nie dość,
że  ładne to do tego mądre i grzeczne. To podejrzane i denerwujące, jak dla  naszych rodaków.
Córka, gdy tylko skończyła studia, spakowała manatki i wyprowadziła się z domu rodziców
w drugi koniec Polski, nie podając adresu.
Zosia odchorowała ten krok córki. Jan tylko wzruszył ramionami - "jest dorosła, ma wolny
wybór".
Junior nie miał na ten temat zdania . Był na studiach i w jakimś klubie studenckim poznał
śliczną dziewczynę. Junior był okrutnie zakochany, świata poza swą wybranką nie widział,  ale
nie zaniedbywał studiów.
Wreszcie pewnego zimowego dnia przyprowadził Ewelinę do  swego domu by rodzice mogli
poznać ów cud. Ewelina  spodobała się Zosi i Janowi. Miała  właśnie urlop  dziekański,
bo ktoś jej obiecał pracę w Anglii. Ale  Junior i jego rodzice serdecznie odradzali jej wyjazd,
a Jan załatwił jej nawet pracę w  firmie swego znajomego.Ewelina stała się częstym gościem
w domu Zosi i Jana.
Junior postanowił się ożenić z Eweliną, a  plan ten zyskał poklask jego rodziców.   Odkupili
mieszkanie od starej ciotki, wyremontowali je i po ślubie młodzi mieli tam zamieszkać,
 a ciotka  - z  rodzicami Juniora. Była już bardzo stara i potrzebowała opieki, więc była to
transakcja dobra dla obu stron.
Przygotowania do ślubu szły pełną parą, Junior był bardzo  zalatany. Pewnego dnia, gdy już niemal
dotarł na uczelnię, okazało się że nie wziął swego projektu, który miał tego dnia złożyć.
Klnąc brzydko sam siebie, wrócił do domu. Gdy wszedł do mieszkania zdziwiły go odgłosy
dobiegające z pokoju  ojca. Drzwi były uchylone, więc je otworzył szeroko. Jego oczom
ukazał się niesamowity obrazek - jego ojciec zabawiał się w jednoznaczny sposób z kobietą.
 -Przepraszam tato- powiedział Junior- ale drzwi były otwarte więc....nie dokończył zdania,
bo spoza ramienia ojca  wyjrzała twarz Eweliny. Junior zmartwiał, a dziewczyna z cichym
okrzykiem uciekła do łazienki.
Jan obejrzał się przez ramię i wydusił z siebie : "musiałem ją mieć  przed tobą !"
Junior rzucił się w stronę ojca z pięściami. Ale Jan był od niego znacznie silniejszy, cięższy,
wyższy i odepchnął Juniora,  powalając go na podłogę.
Tymczasem Ewelina ubrała się i cichutko wymknęła  z mieszkania.
Oczywiście do ślubu nie doszło. Junior zamieszkał w mieszkaniu ciotki, ani on  ani Jan nie wyjaśnili
Zosi całej sytuacji.
Junior w krótkim czasie wpadł w alkoholizm upijał się codziennie, do tego zaczął  ćpać. Po kilku
miesiącach  Zosi udało się dowiedzieć od syna co się stało.
Zmusiła Jana do opłacania synowi kuracji odwykowej.  Walka o Juniora trwała kilka lat. Dziś
czterdziestoletni  Junior wygląda na lat  sześćdziesiąt, nie może  znalezć pracy, nie  skończył
studiów.
Praktycznie  Junior jest na utrzymaniu rodziców, którzy nadal mieszkają razem, bo jak twierdzi Zosia, 
tylko w ten sposób ma szansę pilnowania by Jan  płacił na syna.
Z córką nadal nie mają kontaktu, a  Zosia podejrzewa, że córka wyprowadziła się z domu
właśnie przez Jana.
A Jan - nie ukrywa wcale, że  jest stałym bywalcem pań z agencji towarzyskich.


niedziela, 4 listopada 2012

Migawki

Migawka I

"Łasiczka" siedziała skulona za gęstwiną krzaków malin. Głowę  miała  mocno opuszczoną , dotykając nią do objętych kurczowo kolan. Kołysała  się miarowo w tył i w przód, wzdrygając się ilekroć dobiegało
głośne wołanie-   Łasiczkaaaa, Łasiczkaaa, choooodz!
Nie widziała mnie, mocno zaciśnięte oczy, zacięta mina i cała jej postawa sygnalizowały, że nie chce nikogo widzieć ani słyszeć, chce by ją pozostawiono w spokoju.
 Wycofałam się cichutko i poszłam w stronę domku letniskowego, z którego dobiegał płacz dziecka.. Na ganku  stała Maria i co jakiś czas wołała córkę.
Nie ma jej na terenie - skłamałam z pełną świadomością- pewnie pobiegła do lasu. Przewietrzy się trochę, odpocznie od dziecka i wróci.
A czemu mała płacze? - zapytałam uprzejmie, choć tak naprawdę wcale nie byłam ciekawa.
Albo głodna, albo chce pić, albo  trzeba zmienić pieluchę - zawyrokowała Maria.
No to zobacz,  przecież to wszystko leży w zakresie Twoich możliwości - warknęłam niemile, bo bardzo mnie denerwował płacz małej.
Maria spojrzała na mnie jak na idiotkę.
" Ale to Baśki dziecko, do jasnej cholery, to ona powinna przy nim
siedzieć, pilnować, karmić, poić, przewijać"- wrzasnęła.
No ale każda matka może być chyba zmęczona takim ciągłym siedzeniem z dzieckiem, więc....  Nie dokończyłam zdania.
Maria popatrzyła na mnie i wysyczała:
"ty nic a nic nie rozumiesz, ona wcale się nie zajmuje dzieckiem. Nie wiem co się stało, przecież tak bardzo chciała dziecka. Tyle lat, systematycznie starała się o to dziecko, za każdym poronieniem wpadała w histerię i czarną rozpacz. Ilekroć udawało się jej być w ciąży, szalała z radości.  Tym razem  udało się i Baśka całą
ciążę była w euforii. Rozmawiała z własnym brzuchem, szykowała pokoik dla dziecka, razem z mężem
robili  do niego zakupy, zgromadziła wszelakiego dobra  jakby na  świat miały przyjść sześcioraczki.
Przez pierwsze trzy miesiące było nawet całkiem dobrze - potem zaczęła kombinować, by choć trochę mniej czasu spędzać z dzieckiem. Wpierw zaczęła chodzić na gimnastykę - chciała szybko wrócić do formy. Przychodziłam, siedziałam z małą, a Baśka  coraz dłużej siedziała na tej gimnastyce. W dni, gdy nie ćwiczyła robiła zakupy - oczywiście bez dziecka. Potrafiła stać w sklepie koło domu 3 godziny gadając z ekspedientką, a ja na górze dostawałam obłędu. Gdy tylko jej mąż wracał do domu, Baśka czekała by zjadł i wymykała się z domu pod różnymi pretekstami - a to musi iść do dentysty, a to do kosmetyczki, czasem
wmawiała mu, że ja się zle czuję i ona musi iść do mnie.
Wybrałam się z nią na tę działkę by nie byłaby tu sama z dzieckiem, no ale to nie znaczy, że ona będzie tylko czytać a ja  mam wszystko koło dziecka robić i jeszcze szykować dla nas obu jedzenie. Ona tylko na zakupy jezdzi. I zapowiedziała, że od sierpnia wraca do pracy. A dziecko albo odda do żłobka, albo znajdzie jakąś opiekunkę."
Wszystko to Maria opowiadała przewijając małą, potem usadowiła ją na moich kolanach i zabrała się za pranie pieluch.
"Łasiczka" była niewiele młodsza ode mnie, tak ze 3 lata,  a ja nawet nie myślałam o dziecku - raczej byłam skłonna w ogóle nie  "bawić się  w te klocki".  Nie mogłam pojąć jak można wpierw  z uporem maniaka raz za razem zachodzić w ciążę, a gdy już jest dziecko - tak od niego uciekać.
Siedem lat póżniej sama urodziłam dziecko. Zdecydowałam się wcale nie dlatego, że rozpierał mnie instynkt
macierzyński - zdecydowałam się na dziecko, bo stanęłam pod ścianą-  albo teraz, albo ze względów
medycznych wcale.
Pamiętałam historię Łasiczki", bałam się, że może ja też będę uciekać przed dzieckiem skoro nawet tak bardzo  go nie  pragnęłam
 Ale psychika ludzka jest wciąż tajemnicą.Lata spędzone z małą w domu były dla mnie cały czas radosne, nigdy nie miałam ochoty uciec od niej choćby na  pięć minut.
A wracając do "Łasiczki"- dwa lata pózniej rozeszła się z mężem, mała wychowywała się u Marii a ona
wyjechała na stałe z Polski. Mieszka w Paryżu, nie wyszła za mąż.

poniedziałek, 22 października 2012

Dlaczego?

Dlaczego nie mogę wyjść za  mąż? Dlaczego każdy związek mi się rozwala? Dlaczego każdy facet
wpierw jest słodki jak miód, a potem nie dzwoni, unika rozmowy ? Dlaczego nikt mnie nie kocha?
Takie właśnie pytania zaprzątały od dłuższego czasu głowę Justyny. Miała już 46 lat i bardzo, bardzo
chciała znalezć kogoś, z kim mogłaby się razem zestarzeć.
Całe dorosłe życie Justyny było jednym, wielkim czekaniem na miłość, a raczej na kogoś, kto ją
pokocha.
Justyna jest naprawdę ładną kobietą - zgrabna , o regularnych rysach, niezbyt wysoka , ma gęste
włosy, ostatnio w kolorze kasztanowym., ładne, ciemno  brązowe oczy.
Ukończyła  studia humanistyczne, osiągnęła magiczne  literki mgr przed imieniem i nazwiskiem.
Ma nawet własne M 3,  jest  niemal samowystarczalna.
Niemal - bo często miewa okresy, gdy jest  bez pracy, a wtedy korzysta z pomocy swych
rodziców, którzy  najchętniej wzięliby jedynaczkę z powrotem do siebie do domu i nadal się nią
opiekowali.
Całe swe życie odkładali pieniądze na posag dla Justyny,  kupili jej mieszkanie, a cenna biżuteria
"rodowa" czeka już na  nią. Bo rodzina Justyny była ongiś bogata i choć w okresie powojennym
 stracili  kilka domów, pozostały różne kawałki ziemi, która dzięki temu, że była w różnych
miejscach - ocalała. Dziadek Justyny  dał w dzierżawę kilka poletek, sam zostawił sobie kawałek
pola niedaleko Warszawy. Z czasem zajął się ogrodnictwem., a prowadzona przez niego szklarnia
i kawałek pola kalafiorów dawały dobre zyski. Nie da się ukryć, że pierwsze dwie przyczepy
pełne młodych kalafiorów  pokrywały koszt  średnio wypasionego mercedesa.
Przed śmiercią dziadek sprzedał ziemię, a wszystkie   pieniądze  ze sprzedaży zamienił na dolary i
założył Justynie konto dolarowe w Banku.
Justyna prowadziła dość spokojny tryb zycia, co jakiś czas zakochując się na śmierć i życie w którymś
ze znajomych panów.
Co jakiś czas  rodzice,  ciotki, znajome rodziców, dowiadywały się, że Justyna lada moment wyjdzie
 za mąż. Że tym razem to jest właśnie  ten jeden, jedyny, który ma takie same zainteresowania jak
Justynka,  wszędzie razem chodzą, co tydzień są na rodzinnym obiedzie u rodziców Justyny, żyć
bez siebie nie mogą, są w siebie zapatrzeni,  już planują ślub, cały czas trzymają się za ręce.
Idylla trwała przeważnie  około pół roku, czasem nawet dłużej,  a potem coraz rzadziej się
słyszało o danym kandydacie na męża, wreszcie wszystko cichło,  a Justyna chodziła wielce
przygnębiona. Mama Justyny wszystkim tłumaczyła,  że to była pomyłka, że ten człowiek
absolutnie nie nadawał się na męża. Co prawda nigdy nie mówiła dlaczego się nie nadawał, a przez
grzeczność nikt się nie dopytywał.
Mama Justyny uważa, ze teraz nie ma dobrych, poważnych kandydatów do zamążpójścia. Jest
bardzo rozczarowana i...obrażona, że nikt nie docenił wdzięków fizycznych i intelektualnych jej
córki.
Justyna też nie umie rozwiązać tej zagadki.
Od   miesiąca Justyna zaczęła się spotykać z kolejnym panem, ale o tym fakcie nie poinformała
tym razem swej mamy, ale mnie. Nie bardzo wiem  dlaczego, bo ja też nie wiem, dlaczego
jej  każdy związek "przemija z wiatrem".
Ale poradziłem Justynie, by poszła do psychologa . To chyba dobra rada.Ciekawa jestem czy pójdzie.