Tosi było smutno, nudno i ciężko po wyjezdzie Heli. Hela należała do opiekuńczych dziewcząt,
z niebywałą cierpliwością pomagała we wszystkim młodszej siostrze.
Narodziny mlodszej siostry były dla Heli wielkim, aczkolwiek radosnym wydarzeniem. Z wielką
powagą pomagała przy jej pielęgnacji, szybko nauczyła się ją przewijać, pilnowała gdy Tosia
raczkowała a potem uczyła się chodzić, często sama ją karmiła, opowiadając przy tym bajki,
bo mała była strasznym niejadkiem. Gdy Tosia poszła do szkoły Hela pomagała jej przy odrabianiu
lekcji, zwłaszcza że Tosia była dość roztrzepana i nie zawsze wszystko pamiętała.
Po wyjezdzie Heli Tosine stopnie w szkole wyraznie się pogorszyły. Mama Tosi uważała, że mało
istotne są stopnie, że najważniejsze, to umiejętność czytania i pisania, reszta sama przyjdzie z czasem, stosownie do potrzeb. Tosia twierdzi, że dla mamy było najważniejsze by dziecko było zawsze
czyste i zadbane, dobrze odżywione i....posłuszne. No i pracowite. Dość wcześnie nauczyła
Tosię jak należy sprzątać, zmywać, a nawet gotować. Zawsze przy tym mówiła: "domem ma
rządzić kobieta. To, jaki będzie twój dom będzie zależeć od ciebie. Trzeba sobie znalezć
dobrego męża, żeby pieniądze do domu przynosił, żeby nie pił i nie włóczył się z kolegami."'
A ojciec Tosi powtarzał w kółko: "wydamy cię za porządnego człowieka, takiego co cię nie
skrzywdzi, będzie szanował, będzie już miał pracę i mieszkanie. A zresztą pewnie niedługo
pojedziemy wszyscy do Heli i tam wyjdziesz za mąż."
Tosia tylko zgrzytała zębami gdy słuchała tych pogaduszek. Wcale a wcale nie chciała
nigdzie wyjeżdżać, nawet do Heli, bo wiedziała, że musiałaby się szybko nauczyć obcego
języka, a sama myśl o nauce była dla Tosi przykrością. Z trudem przechodziła z klasy
do klasy, nawet zdarzyło się jej "zimować" w piątej klasie, gdy doszedł do nauki język
rosyjski i chemia. Cyrylica zupełnie nie wchodziła jej do głowy, równie dobrze mogłyby to być
znaki pisma klinowego lub pismo chińskie. A chemia - no klęska całkowita. Gdy pod koniec roku
szkolnego okazało się , że będzie powtarzać klasę, w domu nieco zawrzało - oczywiście według
taty była to wina matki, bo zamiast siedzieć z dzieckiem w domu poszła do pracy. Matka
z kolei winiła ...Helę, bo to ona "rozpuściła" Tosię odrabiając z nią lekcje i ciągle wszystko
sprawdzając.
Tosia powtórzyła piątą klasę, a córka sąsiadki pomagała jej w nauce chemii i rosyjskiego.
Wstydziła się Tosia, że powtarza klasę, ale całkiem dobrze jej to zrobiło. W szóstej już
miała lepsze stopnie a na zakończenie podstawówki nawet sporo czwórek.
Po ukończeniu podstawówki postanowiono, że najlepiej będzie posłać ją do którejś ze
szkół zawodowych - jej szkoła wskazywała na szkołę gastronomiczną, rodzice byli
skłonni posłać ją do "handlówki",a ona sama chciała iść do technikum odzieżowego.
Dziś już mało kto pamięta, że kiedyś szkoła podstawowa trwała siedem lat, potem
można było iść albo do trzyletniej szkoły zawodowej, albo do pięcioletniego technikum,
albo do czteroletniego liceum ogólnokształcącego lub kierunkowego - medycznego lub
nauczycielskiego.
Po wielu naradach zapisano Tosię do odzieżówki , ale trzyletniej, zasadniczej. Bo po jej
ukończeniu mogła przecież jeszcze iść do technikum odzieżowego.
c.d.n.
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
czwartek, 14 lutego 2013
niedziela, 10 lutego 2013
Nudne życie, cz.II
Łatwo powiedzieć mam dość tego kraju - chce wyjechać i już - ale z realizacją takich zachcianek
nie było łatwo.Po pierwsze był problem dokąd wyjechać - powojenna Europa z trudem dzwigała
się ze zniszczeń wojennych. A do Ameryki, która wszystkim jawiła się niczym El Dorado, wcale
nie było łatwo.
Na razie trzeba było zapewnić rodzinie byt,a mama Tosi nie pracowała, ponieważ jej mąż na to nie
pozwalał.
"Nie po to kobieta wychodzi za mąż, by pracować zawodowo. Kobieta ma się zajmować domem
i dziećmi. Chcę mieć tę świadomość, że gdy jestem w pracy dzieci są dopilnowane, zadbane,
a gdy wracam do domu to czeka na mnie ugotowany, gorący obiad".
Takie expose tata Tosi wygłaszał za każdym razem, gdy jej mama mówiła, że powinna pójść do
jakiejś pracy, bo dzieci już przecież spore i nie wymagają ciągłej opieki, a pieniędzy ciągle wszak
brakuje.
Z uwagi na córki przeprowadzili się do Warszawy i zamieszkali we wspólnym domu z dziadkami
Tosi. Był to naprawdę niewielki domek, drewniak bez podstawowych wygód. Nie było bieżącej
wody, kanalizacji i bardzo długo nie było też elektryczności.
Tosia dobrze zapamiętała odrabianie lekcji przy lampie naftowej, niemiły zapach lampy karbidowej,
noszenie wody ze studni, kąpiele w balii, palenie w piecach, przynoszenie węgla z komórki, gotowanie
na kuchni węglowej.
Zimą dziewczynki spały w jednym pokoju z rodzicami, bo łatwiej było ogrzać jeden pokój niż dwa.
Babcia zimą spała w kuchni , by zaoszczędzić węgla.
Gdy nadchodziły ciepłe dni babcia wracała do swojej części domu, a dziewczynki spały w oddzielnym pokoju.
Pewną wiosną, mniej więcej 3 lata po zakończeniu wojny, do taty Tosi przyszedł list z PCK.
Poszukiwała go siostra jego pierwszej żony, która w czasie okupacji została wywieziona na roboty do
Niemiec. Poznała tam mężczyznę za którego wyszła za mąż i razem zamieszkali w Belgii.
Prosiła, by przysłać do nich Helę, starszą siostrę Tosi, a oni się nią zaopiekują, będzie miała u nich
lepsze życie niż w powojennej Polsce.
Tata Tosi zobaczył nagle przysłowiowe światełko w tunelu. Postanowił, że jeżeli tylko Hela zechce
to niech jedzie do ciotki do Belgii. A potem on znajdzie sposób by dołączyć do niej z resztą rodziny.
Załatwiania było okropnie dużo i pewnie gdyby nie pomoc kogoś z PCK cała akcja spaliłaby
na panewce. Ciotka opłaciła podróż i niemal po roku Hela wyruszyła w podróż.
Długo w Belgii nie była, bo ciotka z mężem planowali przeprowadzkę do Stanów - nowy wujek
miał tam kuzyna, który go zaprosił do siebie i zapewnił mu pracę.
Każdy list od Heli był czytany po 100 razy, każdy jego akapit omawiamy po wielekroć i po
każdym liście tata zapewniał żonę i córkę, że jeszcze trochę, a dołączą do Heli.
Tymczasem mama Tosi, pomimo żywych protestów swego męża poszła do pracy . W domku
wreszcie zainstalowano elektryczność, a w końcu tata Tosi otrzymał służbowe mieszkanie.
Nie było duże, dwa pokoje z kuchnią , ale miało podstawowe wygody, tzn. kanalizację, gaz
i elektryczność. Nie było wprawdzie łazienki, ale była przynajmniej toaleta.
c.d.n.
nie było łatwo.Po pierwsze był problem dokąd wyjechać - powojenna Europa z trudem dzwigała
się ze zniszczeń wojennych. A do Ameryki, która wszystkim jawiła się niczym El Dorado, wcale
nie było łatwo.
Na razie trzeba było zapewnić rodzinie byt,a mama Tosi nie pracowała, ponieważ jej mąż na to nie
pozwalał.
"Nie po to kobieta wychodzi za mąż, by pracować zawodowo. Kobieta ma się zajmować domem
i dziećmi. Chcę mieć tę świadomość, że gdy jestem w pracy dzieci są dopilnowane, zadbane,
a gdy wracam do domu to czeka na mnie ugotowany, gorący obiad".
Takie expose tata Tosi wygłaszał za każdym razem, gdy jej mama mówiła, że powinna pójść do
jakiejś pracy, bo dzieci już przecież spore i nie wymagają ciągłej opieki, a pieniędzy ciągle wszak
brakuje.
Z uwagi na córki przeprowadzili się do Warszawy i zamieszkali we wspólnym domu z dziadkami
Tosi. Był to naprawdę niewielki domek, drewniak bez podstawowych wygód. Nie było bieżącej
wody, kanalizacji i bardzo długo nie było też elektryczności.
Tosia dobrze zapamiętała odrabianie lekcji przy lampie naftowej, niemiły zapach lampy karbidowej,
noszenie wody ze studni, kąpiele w balii, palenie w piecach, przynoszenie węgla z komórki, gotowanie
na kuchni węglowej.
Zimą dziewczynki spały w jednym pokoju z rodzicami, bo łatwiej było ogrzać jeden pokój niż dwa.
Babcia zimą spała w kuchni , by zaoszczędzić węgla.
Gdy nadchodziły ciepłe dni babcia wracała do swojej części domu, a dziewczynki spały w oddzielnym pokoju.
Pewną wiosną, mniej więcej 3 lata po zakończeniu wojny, do taty Tosi przyszedł list z PCK.
Poszukiwała go siostra jego pierwszej żony, która w czasie okupacji została wywieziona na roboty do
Niemiec. Poznała tam mężczyznę za którego wyszła za mąż i razem zamieszkali w Belgii.
Prosiła, by przysłać do nich Helę, starszą siostrę Tosi, a oni się nią zaopiekują, będzie miała u nich
lepsze życie niż w powojennej Polsce.
Tata Tosi zobaczył nagle przysłowiowe światełko w tunelu. Postanowił, że jeżeli tylko Hela zechce
to niech jedzie do ciotki do Belgii. A potem on znajdzie sposób by dołączyć do niej z resztą rodziny.
Załatwiania było okropnie dużo i pewnie gdyby nie pomoc kogoś z PCK cała akcja spaliłaby
na panewce. Ciotka opłaciła podróż i niemal po roku Hela wyruszyła w podróż.
Długo w Belgii nie była, bo ciotka z mężem planowali przeprowadzkę do Stanów - nowy wujek
miał tam kuzyna, który go zaprosił do siebie i zapewnił mu pracę.
Każdy list od Heli był czytany po 100 razy, każdy jego akapit omawiamy po wielekroć i po
każdym liście tata zapewniał żonę i córkę, że jeszcze trochę, a dołączą do Heli.
Tymczasem mama Tosi, pomimo żywych protestów swego męża poszła do pracy . W domku
wreszcie zainstalowano elektryczność, a w końcu tata Tosi otrzymał służbowe mieszkanie.
Nie było duże, dwa pokoje z kuchnią , ale miało podstawowe wygody, tzn. kanalizację, gaz
i elektryczność. Nie było wprawdzie łazienki, ale była przynajmniej toaleta.
c.d.n.
sobota, 9 lutego 2013
Nudne życie
Podobno każdy chce mieć barwne, ciekawe życie. Ale tak naprawdę życie to nie obrazek,
który możemy dość dowolnie pomalować. Bo jesli chcemy to możemy słońce namalować żółtą
farbą, albo, jeśli nam coś strzeli do głowy, zrobić je zielone lub niebieskie w różowe paski.
To nasz wybór i nikomu nic do tego. Obrazek jest dla nas, nie musi się komuś podobać.
W życiu zawsze od czegoś i kogoś jesteśmy zależni.
Ktoś kiedyś powiedział, że każdy jest kowalem własnego losu. Osobiście uważam, że nie do
końca jest to prawda. Są sprawy, których nie przeskoczysz -geny i z reguły to wszystko, co
wyniesiesz z rodzinnego domu, lub miejsca, które tę rolę spełniało.
Tosia urodziła się jeszcze przed wojną. W dniu wybuchu wojny miała niecałe 2 lata. Oprócz
niej w domu była jeszcze starsza o 7 lat córka jej ojca z pierwszego małżeństwa.
Ojciec Tosi był sąsiadem jej dziadków i gdy owdowiał, często korzystał z pomocy sąsiadki
przy opiece nad swą małą córeczką. Najczęściej małą zajmowała się mama Tosi.
Osamotniony mężczyzna zaprzyjaznił się z mamą Tosi, a po jakimś czasie zakochał się w niej
i oświadczył. Był 10 lat starszy od swej młodziutkiej sąsiadki, ale ani ona , ani jej rodzice
nie widzieli w tym nic złego. Był miłym, kulturalnym i delikatnym człowiekiem.
Bardzo kochał swą drugą żonę i obie dziewczynki , szanował swych teściów.
Wybuch wojny zdemolował tę rodzinną idyllę - ojciec Tosi, podobnie jak tysiące innych
ojców, dostał powołanie do wojska. I podobnie jak większość ojców łudził się, że wojna
zakończy się szybko i najdalej w grudniu się zakończy.
W pewnym sensie jego oczekiwania się ziściły - wrócił przed końcem roku do domu -
chory, wychudzony, powłóczący poranioną nogą. Nigdy nie odzyskał sprawności tej
nogi. Na szczęście mieszkali poza granicami ówczesnej Warszawy, więc mieli rzadszy
kontakt z okupantem niż mieszkańcy centrum stolicy. Udało mu się, z racji dyplomu
inżyniera mechanika i całkiem niezłej znajomości języka niemieckiego, dostać zatrudnienie
na kolei - został maszynistą parowozu.
Praca ta, jak każda, miała swe dobre i złe strony - dobrą był fakt, że miał kontakt z wsią,
na której mógł zaopatrywać rodzinę w jedzenie. Złą stroną były niemieckie kontrole pociągów
i ryzyko, że jacyś nasi partyzanci postanowią uszkodzić tory lub wysadzić je tuż przed
nadjeżdżającym pociągiem.
Gdy wojna się skończyła ojciec Tosi pozostał w tym zawodzie. Wojna się skończyła, ale wcale
nie było łatwiej żyć w wyniszczonym wojną kraju, rządzonym teraz przez "władzę ludową".
Jakis życzliwy człowiek doniósł na ojca Tosi, że ten z całą pewnością współpracował
z Niemcami, bo świetnie się z nimi potrafił dogadać w ich języku. Kilka razy był wzywany do
UB, był przesłuchiwany i poznał luksusy aresztu. Ale w końcu został "oczyszczony"
z podejrzeń - jego oskarżyciel został przez kogoś uciszony na zawsze - wpadł biedak
pod tramwaj.
Ale ojciec Tosi miał już dość - opanowała go jedna myśl - wyemigrować. Byle dalej od tego
kraju, gdzie sąsiad na sąsiada donosił.
c.d.n.
który możemy dość dowolnie pomalować. Bo jesli chcemy to możemy słońce namalować żółtą
farbą, albo, jeśli nam coś strzeli do głowy, zrobić je zielone lub niebieskie w różowe paski.
To nasz wybór i nikomu nic do tego. Obrazek jest dla nas, nie musi się komuś podobać.
W życiu zawsze od czegoś i kogoś jesteśmy zależni.
Ktoś kiedyś powiedział, że każdy jest kowalem własnego losu. Osobiście uważam, że nie do
końca jest to prawda. Są sprawy, których nie przeskoczysz -geny i z reguły to wszystko, co
wyniesiesz z rodzinnego domu, lub miejsca, które tę rolę spełniało.
Tosia urodziła się jeszcze przed wojną. W dniu wybuchu wojny miała niecałe 2 lata. Oprócz
niej w domu była jeszcze starsza o 7 lat córka jej ojca z pierwszego małżeństwa.
Ojciec Tosi był sąsiadem jej dziadków i gdy owdowiał, często korzystał z pomocy sąsiadki
przy opiece nad swą małą córeczką. Najczęściej małą zajmowała się mama Tosi.
Osamotniony mężczyzna zaprzyjaznił się z mamą Tosi, a po jakimś czasie zakochał się w niej
i oświadczył. Był 10 lat starszy od swej młodziutkiej sąsiadki, ale ani ona , ani jej rodzice
nie widzieli w tym nic złego. Był miłym, kulturalnym i delikatnym człowiekiem.
Bardzo kochał swą drugą żonę i obie dziewczynki , szanował swych teściów.
Wybuch wojny zdemolował tę rodzinną idyllę - ojciec Tosi, podobnie jak tysiące innych
ojców, dostał powołanie do wojska. I podobnie jak większość ojców łudził się, że wojna
zakończy się szybko i najdalej w grudniu się zakończy.
W pewnym sensie jego oczekiwania się ziściły - wrócił przed końcem roku do domu -
chory, wychudzony, powłóczący poranioną nogą. Nigdy nie odzyskał sprawności tej
nogi. Na szczęście mieszkali poza granicami ówczesnej Warszawy, więc mieli rzadszy
kontakt z okupantem niż mieszkańcy centrum stolicy. Udało mu się, z racji dyplomu
inżyniera mechanika i całkiem niezłej znajomości języka niemieckiego, dostać zatrudnienie
na kolei - został maszynistą parowozu.
Praca ta, jak każda, miała swe dobre i złe strony - dobrą był fakt, że miał kontakt z wsią,
na której mógł zaopatrywać rodzinę w jedzenie. Złą stroną były niemieckie kontrole pociągów
i ryzyko, że jacyś nasi partyzanci postanowią uszkodzić tory lub wysadzić je tuż przed
nadjeżdżającym pociągiem.
Gdy wojna się skończyła ojciec Tosi pozostał w tym zawodzie. Wojna się skończyła, ale wcale
nie było łatwiej żyć w wyniszczonym wojną kraju, rządzonym teraz przez "władzę ludową".
Jakis życzliwy człowiek doniósł na ojca Tosi, że ten z całą pewnością współpracował
z Niemcami, bo świetnie się z nimi potrafił dogadać w ich języku. Kilka razy był wzywany do
UB, był przesłuchiwany i poznał luksusy aresztu. Ale w końcu został "oczyszczony"
z podejrzeń - jego oskarżyciel został przez kogoś uciszony na zawsze - wpadł biedak
pod tramwaj.
Ale ojciec Tosi miał już dość - opanowała go jedna myśl - wyemigrować. Byle dalej od tego
kraju, gdzie sąsiad na sąsiada donosił.
c.d.n.
sobota, 2 lutego 2013
Dziwne lustro, cz.VII
W ciągu kilku następnych dni Jaga chodziła jak zaczadzona. Niemal codziennie widywała się z Bogdanem.
Gdy ją obejmował i przytulał, przestawała natychmiast myśleć - było jej cudownie, beztrosko. Marzyła,
by było tak zawsze.
Wybrała się do adwokata, złożyła pozew rozwodowy, o czym powiedziała oczywiście Bogdanowi.
Zapytał się jej tylko, czy aby wszystko dobrze przemyślała, by lawina wydarzeń, które potem
mogą nastąpić, nie zrobiła jej krzywdy. Ale Jaga była pewna, że to najlepsze rozwiązanie, choć
doskonale wiedziała, że nie ma własnego mieszkania, a to, w którym mieszkali jest mieszkaniem
służbowym Alberta. Była zdecydowana wrócić do rodzinnego miasta, tam podjąć pracę na całym
etacie i wynająć jakiś nieduży pokój.
Bogdan jej powiedział, że on wtedy wystąpi o przeniesienie służbowe, by być blisko niej, ale nim on dostanie przeniesienie to może upłynąć wiele miesięcy, poza tym nie wiadomo jak długo będzie trwała sprawa rozwodowa, a dopóki się nie zakończy, nie będą mogli razem wynająć mieszkania.
Ale do Jagi niewiele z tego dotarło.
Gdy tylko Albert wrócił z delegacji, siłą powstrzymała się, by mu zaraz "na dzień dobry" nie powiedzieć
o tym, że ona złożyła pozew o rozwód. Zrobiła to następnego popołudnia.
Albert popatrzył na nią jak na wariatkę. Spokojnie poprosił o wyjaśnienia. Jaga zaczęła wyliczankę -
było w niej o tym, że ma dość jego popijania, póznych powrotów i wpychania się do jej łóżka gdy jest
nietrzezwy, że nie wierzy w jego miłość do niej i dzieci, skoro nie chce zaprzestać tych pijackich spotkań,
było i o tym, że na samą myśl o zbliżeniu z nim robi się jej niedobrze, że żałuje, że zamiast usunąć tę pierwszą ciążę zdecydowała się na ślub. Na koniec wytoczyła najcięższy argument - kocha innego i
zdradziła go z innym.
Albert słuchał tego wszystkiego w milczeniu, potem powiedział - "ja nie dam ci rozwodu, mamy
dwoje dzieci, czy pomyślałaś o nich? nie dopuszczę do tego, by ktoś obcy wychowywał moich synów.
A to, że mnie zdradziłaś nie ma wielkiego znaczenia - to tylko fizyczna strona zagadnienia."
Potem ubrał się i wyszedł z mieszkania- nawet drzwiami nie trzasnął- pozostawiając Jagę w stanie
całkowitego osłupienia.
Przez następne 3 dni nie rozmawiali ze sobą. Czwartego dnia, gdy Jaga była w pracy, około
południa przyjechał do niej dowódca Alberta. Prosił by natychmiast z nim pojechała do jednostki,
bo jej mąż ma jakieś złe zamiary. Pobrał broń, a potem zamknął się w swoim gabinecie. Na pytanie
magazyniera, czy idzie na strzelnicę, Albert zaprzeczył i powiedział - nie, po co? Po prostu mi broń potrzebna.
Wyglądał na tyle dziwnie, że magazynier pobiegł zaraz do przełożonego.Dowódca wiedział, że Albert
ma u siebie w sejfie ostrą amunicję. Ruszył czym prędzej do gabinetu Alberta, zapukał, ale Albert powiedział, żeby mu teraz nie przeszkadzać, bo musi coś przemyśleć.
Dowódca przyjaznil się prywatnie z Bogdanem i zapewne wiedział o romansie i o tym, że Jaga
chce rozwodu . Skojarzył wszystko razem i pojechał po Jagę.
Po drodze zastanawiali się jak wejść do gabinetu. Jaga wymyśliła, że naciśnie klamkę i gdy drzwi
będą nadal zamknięte, przez drzwi powie, że trzeba natychmiast jechać do dzieci, bo młodszy synek
miał wypadek I tak właśnie zrobiła. Albert otworzył drzwi z klucza, dowódca wyminął go i pędem
wpadł do gabinetu.
Na biurku leżała załadowana broń i list, który Albert pisał do Jagi. Dowódca porwał broń i szybko
opuścił gabinet.
Jaga była bliska omdlenia. Powiedziała Albertowi, że jeżeli nie przeszkadza mu fakt, że go zdradziła, ona wycofa pozew rozwodowy. Ma tylko jedną prośbę - żeby jak najszybciej stąd wyjechali.
Nie zobaczyła się już z Bogdanem - nie miała na to siły i odwagi. Wysłała tylko do niego list, w którym
wyraziła nadzieję, że on zrozumie, że w tej sytuacji nie mogła podjąć innej decyzji - nie mogłaby nigdy
być szczęśliwa z kimkolwiek, wiedząc, że to z jej powodu Albert targnął się na swe życie.
Wszystkie te wydarzenia nadszarpnęły zdrowie Jagi. Z początku dopadła ją depresja, potem powróciła
silna anemia i Jaga znów wiele tygodni chorowała. Albert musiał zacząć udzielać się w domu, spotkania z kolegami były już tylko sporadyczne.
Albert nigdy nie wspomniał o tym, że Jaga miała romans.Pogodził się nawet z faktem, że od tamtego
czasu byli "białym małżeństwem". Jaga nie zastanawiała się czy miał w związku z tym jakieś romanse -
nawet jeśli miał to był na tyle dyskretny, że ona nic o tym nie wiedziała.
Jaga nigdy więcej nie widziała się z Bogdanem, nie korespondowała też z nim, nigdy nie rozmawiała ze
swymi ówczesnymi znajomymi na jego temat. Nie wie nawet czy on jeszcze żyje.
Swoje małżeństwo Jaga określa w ten sposób - "razem zle i bez siebie niedobrze".
Dziwne lustro wisi teraz na ścianie w pokoju Jagi. Często zasiada przed nim i czeka na to, co w nim
zobaczy.
Ale lustro jakoś odmawia współpracy - wciąż widać w nim tylko starą, zmęczoną kobietę.
Gdy ją obejmował i przytulał, przestawała natychmiast myśleć - było jej cudownie, beztrosko. Marzyła,
by było tak zawsze.
Wybrała się do adwokata, złożyła pozew rozwodowy, o czym powiedziała oczywiście Bogdanowi.
Zapytał się jej tylko, czy aby wszystko dobrze przemyślała, by lawina wydarzeń, które potem
mogą nastąpić, nie zrobiła jej krzywdy. Ale Jaga była pewna, że to najlepsze rozwiązanie, choć
doskonale wiedziała, że nie ma własnego mieszkania, a to, w którym mieszkali jest mieszkaniem
służbowym Alberta. Była zdecydowana wrócić do rodzinnego miasta, tam podjąć pracę na całym
etacie i wynająć jakiś nieduży pokój.
Bogdan jej powiedział, że on wtedy wystąpi o przeniesienie służbowe, by być blisko niej, ale nim on dostanie przeniesienie to może upłynąć wiele miesięcy, poza tym nie wiadomo jak długo będzie trwała sprawa rozwodowa, a dopóki się nie zakończy, nie będą mogli razem wynająć mieszkania.
Ale do Jagi niewiele z tego dotarło.
Gdy tylko Albert wrócił z delegacji, siłą powstrzymała się, by mu zaraz "na dzień dobry" nie powiedzieć
o tym, że ona złożyła pozew o rozwód. Zrobiła to następnego popołudnia.
Albert popatrzył na nią jak na wariatkę. Spokojnie poprosił o wyjaśnienia. Jaga zaczęła wyliczankę -
było w niej o tym, że ma dość jego popijania, póznych powrotów i wpychania się do jej łóżka gdy jest
nietrzezwy, że nie wierzy w jego miłość do niej i dzieci, skoro nie chce zaprzestać tych pijackich spotkań,
było i o tym, że na samą myśl o zbliżeniu z nim robi się jej niedobrze, że żałuje, że zamiast usunąć tę pierwszą ciążę zdecydowała się na ślub. Na koniec wytoczyła najcięższy argument - kocha innego i
zdradziła go z innym.
Albert słuchał tego wszystkiego w milczeniu, potem powiedział - "ja nie dam ci rozwodu, mamy
dwoje dzieci, czy pomyślałaś o nich? nie dopuszczę do tego, by ktoś obcy wychowywał moich synów.
A to, że mnie zdradziłaś nie ma wielkiego znaczenia - to tylko fizyczna strona zagadnienia."
Potem ubrał się i wyszedł z mieszkania- nawet drzwiami nie trzasnął- pozostawiając Jagę w stanie
całkowitego osłupienia.
Przez następne 3 dni nie rozmawiali ze sobą. Czwartego dnia, gdy Jaga była w pracy, około
południa przyjechał do niej dowódca Alberta. Prosił by natychmiast z nim pojechała do jednostki,
bo jej mąż ma jakieś złe zamiary. Pobrał broń, a potem zamknął się w swoim gabinecie. Na pytanie
magazyniera, czy idzie na strzelnicę, Albert zaprzeczył i powiedział - nie, po co? Po prostu mi broń potrzebna.
Wyglądał na tyle dziwnie, że magazynier pobiegł zaraz do przełożonego.Dowódca wiedział, że Albert
ma u siebie w sejfie ostrą amunicję. Ruszył czym prędzej do gabinetu Alberta, zapukał, ale Albert powiedział, żeby mu teraz nie przeszkadzać, bo musi coś przemyśleć.
Dowódca przyjaznil się prywatnie z Bogdanem i zapewne wiedział o romansie i o tym, że Jaga
chce rozwodu . Skojarzył wszystko razem i pojechał po Jagę.
Po drodze zastanawiali się jak wejść do gabinetu. Jaga wymyśliła, że naciśnie klamkę i gdy drzwi
będą nadal zamknięte, przez drzwi powie, że trzeba natychmiast jechać do dzieci, bo młodszy synek
miał wypadek I tak właśnie zrobiła. Albert otworzył drzwi z klucza, dowódca wyminął go i pędem
wpadł do gabinetu.
Na biurku leżała załadowana broń i list, który Albert pisał do Jagi. Dowódca porwał broń i szybko
opuścił gabinet.
Jaga była bliska omdlenia. Powiedziała Albertowi, że jeżeli nie przeszkadza mu fakt, że go zdradziła, ona wycofa pozew rozwodowy. Ma tylko jedną prośbę - żeby jak najszybciej stąd wyjechali.
Nie zobaczyła się już z Bogdanem - nie miała na to siły i odwagi. Wysłała tylko do niego list, w którym
wyraziła nadzieję, że on zrozumie, że w tej sytuacji nie mogła podjąć innej decyzji - nie mogłaby nigdy
być szczęśliwa z kimkolwiek, wiedząc, że to z jej powodu Albert targnął się na swe życie.
Wszystkie te wydarzenia nadszarpnęły zdrowie Jagi. Z początku dopadła ją depresja, potem powróciła
silna anemia i Jaga znów wiele tygodni chorowała. Albert musiał zacząć udzielać się w domu, spotkania z kolegami były już tylko sporadyczne.
Albert nigdy nie wspomniał o tym, że Jaga miała romans.Pogodził się nawet z faktem, że od tamtego
czasu byli "białym małżeństwem". Jaga nie zastanawiała się czy miał w związku z tym jakieś romanse -
nawet jeśli miał to był na tyle dyskretny, że ona nic o tym nie wiedziała.
Jaga nigdy więcej nie widziała się z Bogdanem, nie korespondowała też z nim, nigdy nie rozmawiała ze
swymi ówczesnymi znajomymi na jego temat. Nie wie nawet czy on jeszcze żyje.
Swoje małżeństwo Jaga określa w ten sposób - "razem zle i bez siebie niedobrze".
Dziwne lustro wisi teraz na ścianie w pokoju Jagi. Często zasiada przed nim i czeka na to, co w nim
zobaczy.
Ale lustro jakoś odmawia współpracy - wciąż widać w nim tylko starą, zmęczoną kobietę.
piątek, 1 lutego 2013
Dziwne lustro, cz.VI
Jaga posłała mu błagalne, a może wręcz rozpaczliwe spojrzenie. Bogdan objął ją i korzystając z jej
milczenia dodał: "nie jestem dobry w uwodzeniu kobiet, resztę tego, co z nami będzie, zostawiam
w twoich rękach. Wszystko co będzie dalej musi być twoim świadomym wyborem, a nie kwestią
przypadku, jak twoje małżeństwo. A teraz powiedz mi o czym chciałaś ze mną porozmawiać".
Jaga wyjaśniła, że chce porozmawiać o tym, co i jak ma zacząć załatwiać, bo chce się z Albertem
rozejść. Jedynym spoiwem są dzieci, ale ona wcale nie jest przekonana, że to wystarczające na dalsze
lata. Choć niewątpliwie chłopcy bardzo ojca kochają i z całą pewnością rozwód będzie dla nich
wstrząsem.
Najbliższą godzinę Bogdan wyjaśniał jej różne problemy związane z rozwodem, dopytywał się czy będzie miała jakieś oparcie w rodzinie i nie kreślił jakiegoś różowego scenariusza - bo każdy rozwód nie ma szans
by odbyć się "w białych rękawiczkach" gdy są dzieci, mąż nie zdradza, nie ma w domu awantur ani
przemocy.
Tego dnia wieczorem Albert pokazał jej list, który nadesłała jego matka - zapraszała ją i dzieci do siebie
na cały miesiąc. Ale Jaga w żadnym wypadku nie chciała rezygnować z pracy, a tegoroczny urlop juz
wykorzystała.Postanowili, że odwiozą dzieci do jego matki i albo zgodzi się ona, by zostały u niej same, albo
zabiorą je z powrotem do domu. W trzy pózniej zawiezli dzieci do babci - Jaga musiała wysłuchać
tyrady na temat, jakie to okropne są teraz matki, że powinna zrezygnować z pracy i siedzieć w domu
z dziećmi. W końcu teściowa zgodziła się, by dzieci zostały.
Następnego dnia Albert zatelefonował do niej z pracy, że jeszcze tego samego dnia wyjeżdża na 10 dni
służbowo w drugi koniec Polski. Jaga zwolniła się z pracy, by jeszcze szybko przygotować mu koszule na delegację - były uprane, ale nie zdążyła ich jeszcze uprasować. Pomogła mu się spakować, zrobiła na
drogę kanapki.
Gdy za Albertem zamknęły się drzwi odetchnęła głęboko i zabrała się za sprzątanie. Była to jej ulubiona
czynność - jednocześnie z porządkowaniem mieszkania porządkowała swe myśli.
A musiała naprawdę sporo uporządkować we własnej głowie.
Niemal dochodziła północ, gdy zadzwoniła do Bogdana. Niewątpliwie zabrzmiało to nieco teatralnie, gdyż zamiast zwyczajowego "dobry wieczór" powiedziała - "nic się nie stało, ale chcę być z Tobą, przemyślałam to.Jeśli możesz, przyjedz jutro po mnie wieczorem do ośrodka."
I Bogdan przyjechał po nią wieczorem do ośrodka - "przemeblował" sobie cały następny dzień pracy
biorąc delegację do sąsiedniej jednostki. Nim przyjechał po Jagę wpadł uporządkować domek
letniskowy, który był wspólną własnością jego i siostry oraz zapełnił lodówkę. Okna wprawdzie były
niezbyt czyste, ale przecież nie mieli zamiaru przez nie wyglądać.
Jaga wsiadła do samochodu i nawet nie zapytała dokąd ją Bogdan wiezie - ona po prostu chciała być z nim.
Zdziwiła się, gdy w krótkim czasie stanęli przed jakimś domem. Nigdy tu nie byli. Bogdan wprowadził samochód do garażu i wyjaśnił, że jest to wspólny domek jego i siostry.
Razem przygotowali coś do jedzenia - Jaga była głodna i zmęczona po całym dniu pracy. Zjedli kolację
w mało romantycznej, choć funkcjonalnej kuchni, potem przeszli do saloniku. Bogdan usadził Jagę na kanapie, przyniósł poduszkę i pled, położył jej nogi na swych kolanach i zaczął delikatnie masować stopy.
Wiedział, że z całą pewnością Jaga dużo tego dnia stała w recepcji i masaż z pewnością sprawi jej
ulgę. Po kilkunastu minutach Jaga przyciągnęła do siebie Bogdana. W chwilę potem wylądowali w sypialni.
Cała ta noc i następny poranek były dla Jagi całkowitym zadziwieniem. Po raz pierwszy w życiu, pomimo
już sześcioletniego stażu małżeńskiego, doznała rozkoszy. Nie sądziła, że kontakt dwóch ciał może
dostarczyć tylu zachwycających doznań. Zasypiała i budziła się w ramionach Bogdana, który co jakiś czas scałowywał jej bezgłośnie płynące łzy. Nie dopytywał się, czemu płacze, domyślał się wszystkiego.
Niewiele tej nocy mówili - ona drżała pod jego dłonią, on dokładał wszelkich starań by odgadnąć co może
ja uszczęśliwić.
c.d.n
milczenia dodał: "nie jestem dobry w uwodzeniu kobiet, resztę tego, co z nami będzie, zostawiam
w twoich rękach. Wszystko co będzie dalej musi być twoim świadomym wyborem, a nie kwestią
przypadku, jak twoje małżeństwo. A teraz powiedz mi o czym chciałaś ze mną porozmawiać".
Jaga wyjaśniła, że chce porozmawiać o tym, co i jak ma zacząć załatwiać, bo chce się z Albertem
rozejść. Jedynym spoiwem są dzieci, ale ona wcale nie jest przekonana, że to wystarczające na dalsze
lata. Choć niewątpliwie chłopcy bardzo ojca kochają i z całą pewnością rozwód będzie dla nich
wstrząsem.
Najbliższą godzinę Bogdan wyjaśniał jej różne problemy związane z rozwodem, dopytywał się czy będzie miała jakieś oparcie w rodzinie i nie kreślił jakiegoś różowego scenariusza - bo każdy rozwód nie ma szans
by odbyć się "w białych rękawiczkach" gdy są dzieci, mąż nie zdradza, nie ma w domu awantur ani
przemocy.
Tego dnia wieczorem Albert pokazał jej list, który nadesłała jego matka - zapraszała ją i dzieci do siebie
na cały miesiąc. Ale Jaga w żadnym wypadku nie chciała rezygnować z pracy, a tegoroczny urlop juz
wykorzystała.Postanowili, że odwiozą dzieci do jego matki i albo zgodzi się ona, by zostały u niej same, albo
zabiorą je z powrotem do domu. W trzy pózniej zawiezli dzieci do babci - Jaga musiała wysłuchać
tyrady na temat, jakie to okropne są teraz matki, że powinna zrezygnować z pracy i siedzieć w domu
z dziećmi. W końcu teściowa zgodziła się, by dzieci zostały.
Następnego dnia Albert zatelefonował do niej z pracy, że jeszcze tego samego dnia wyjeżdża na 10 dni
służbowo w drugi koniec Polski. Jaga zwolniła się z pracy, by jeszcze szybko przygotować mu koszule na delegację - były uprane, ale nie zdążyła ich jeszcze uprasować. Pomogła mu się spakować, zrobiła na
drogę kanapki.
Gdy za Albertem zamknęły się drzwi odetchnęła głęboko i zabrała się za sprzątanie. Była to jej ulubiona
czynność - jednocześnie z porządkowaniem mieszkania porządkowała swe myśli.
A musiała naprawdę sporo uporządkować we własnej głowie.
Niemal dochodziła północ, gdy zadzwoniła do Bogdana. Niewątpliwie zabrzmiało to nieco teatralnie, gdyż zamiast zwyczajowego "dobry wieczór" powiedziała - "nic się nie stało, ale chcę być z Tobą, przemyślałam to.Jeśli możesz, przyjedz jutro po mnie wieczorem do ośrodka."
I Bogdan przyjechał po nią wieczorem do ośrodka - "przemeblował" sobie cały następny dzień pracy
biorąc delegację do sąsiedniej jednostki. Nim przyjechał po Jagę wpadł uporządkować domek
letniskowy, który był wspólną własnością jego i siostry oraz zapełnił lodówkę. Okna wprawdzie były
niezbyt czyste, ale przecież nie mieli zamiaru przez nie wyglądać.
Jaga wsiadła do samochodu i nawet nie zapytała dokąd ją Bogdan wiezie - ona po prostu chciała być z nim.
Zdziwiła się, gdy w krótkim czasie stanęli przed jakimś domem. Nigdy tu nie byli. Bogdan wprowadził samochód do garażu i wyjaśnił, że jest to wspólny domek jego i siostry.
Razem przygotowali coś do jedzenia - Jaga była głodna i zmęczona po całym dniu pracy. Zjedli kolację
w mało romantycznej, choć funkcjonalnej kuchni, potem przeszli do saloniku. Bogdan usadził Jagę na kanapie, przyniósł poduszkę i pled, położył jej nogi na swych kolanach i zaczął delikatnie masować stopy.
Wiedział, że z całą pewnością Jaga dużo tego dnia stała w recepcji i masaż z pewnością sprawi jej
ulgę. Po kilkunastu minutach Jaga przyciągnęła do siebie Bogdana. W chwilę potem wylądowali w sypialni.
Cała ta noc i następny poranek były dla Jagi całkowitym zadziwieniem. Po raz pierwszy w życiu, pomimo
już sześcioletniego stażu małżeńskiego, doznała rozkoszy. Nie sądziła, że kontakt dwóch ciał może
dostarczyć tylu zachwycających doznań. Zasypiała i budziła się w ramionach Bogdana, który co jakiś czas scałowywał jej bezgłośnie płynące łzy. Nie dopytywał się, czemu płacze, domyślał się wszystkiego.
Niewiele tej nocy mówili - ona drżała pod jego dłonią, on dokładał wszelkich starań by odgadnąć co może
ja uszczęśliwić.
c.d.n
czwartek, 31 stycznia 2013
Dziwne lustro,cz.V
Obecność Bogdana wywołała u Jagi mieszane uczucia - z jednej strony ucieszyła się, bo
nikogo znajomego tu nie było, z drugiej strony zdziwiła się nieco jego obecnością oraz
tym, że w ramach powitania przekazał jej pozdrowienia i list od Alberta.
Z obecności Bogdana najwięcej ucieszyły się dzieci - bo Bogdan dał się bez trudu namówić
na budowanie zamku - już pierwszego dnia wybudowali wspólnie piękny zamek z czterema
wieżami, głęboką fosą i wysokimi murami dookoła.
Jaga za to usypała plażowy grajdoł, otoczyła go parawanem i wypoczywała zerkając co jakiś
czas w stronę brzegu, gdzie Bogdan formował "zamek", chłopcy donosili mokry piach i wodę,
a dokoła nich gromadziło się coraz więcej dzieciaków.
Miała chwilę spokoju, więc wyciągnęła list od męża - Albert zawsze pisał piękne i czułe listy-
szkoda, że czułe słowa wychodziły tylko spod jego pióra. W kontaktach bezpośrednich nigdy
ich nie używał. Na końcu listu obiecywał, że być może wpadnie do nich w sobotę wieczorem,
na jeden dzień.
Pogoda była cały czas świetna, Bogdan z anielską cierpliwością codziennie poprawiał
piaskowy zamek,. popołudniami zabierał Jagę i dzieci na spacery do lasu, czasami zapraszał
na lody albo grał z innymi wczasowiczami w siatkówkę , na próżno namawiając Jagę na
udział w grze.
Albert nie przyjechał do nich na niedzielę - Jaga się nawet nie dziwiła - dobrze wiedziała, że
w sobotę wypadały imieniny dowódcy i chyba jeszcze ze trzech jego kolegów.
Cieszyła się, że nie ma jej w tym czasie w domu - przynajmniej nie musiała oglądać własnego
męża w stanie upojenia alkoholowego, ani też nie musiała iść na przyjęcie do dowódcy.
Czternaście dni pobytu nad morzem minęło niepostrzeżenie. Bogdan pomógł Jadze zapakować
się do autobusu. On jeszcze zostawał dwa dni, zresztą wracał samochodem.
Gdy dojechała z dziećmi na miejsce, Albert nie oczekiwał ich na dworcu autobusowym.
Chwilę postali i poczekali, ale czas uciekał, Albert nie nadchodził, dzieci były głodne i
zmęczone, więc wzięła taksówkę i pojechała do domu.
W domu też nie było Alberta, a lodówka była pusta., w szafce był kawałek bułki i jakieś
stare herbatniki. Jaga wpadła do sąsiadki, pożyczyła jajka , trochę masła i kawałek chleba,
zrobiła dzieciom kolację, wykąpała je i ułożyła do łóżek.
Powoli narastała w niej złość. Po dziesiątej wieczorem przyszedł do domu Albert - był
nieco zawiany, przepraszał, że nie przyjechał po nią na dworzec, ale był z kolegami
w sąsiedniej miejscowości i nie miał czym dojechać, więc wracał ze wszystkimi,
służbowym samochodem.
Jaga popatrzyła tylko na niego, pokiwała głową i poszła do pokoju dzieci, zabierając
ze wspólnego łóżka swą poduszkę i kołdrę.
W domu znów nastały ciche dni, Jaga powróciła do pracy. I pozornie życie toczyło się
utartym torem. Ale Jaga cały czas wspominała ten urlop, z wdzięcznością myślała o tym, że
dzięki Bogdanowi mogła nieco odpocząć, bo to on głównie zajmował się na plaży dziećmi.
Pomału Bogdan zajmował w jej myślach coraz więcej miejsca, a Albert ....coraz częściej
zastanawiała się nad rozwodem.
Gdy spotkała się z Bogdanem, poprosiła by pojechali nad sąsiednie jezioro, bo chce z nim
o czymś porozmawiać, a tam nikt im nie będzie przeszkadzał. Pomyślała, że wypyta Bogdana
dokładnie o wszystko co jest związane ze sprawą rozwodową , bo Bogdan był z wykształcenia
prawnikiem, a poza tym przecież już brał rozwód.
Gdy tylko dojechali nad jezioro i usiedli w swym ulubionym miejscu , Bogdan poprosił,
by Jaga przez chwilę nic nie mówiła i pozwoliła wpierw jemu coś ważnego powiedzieć.
Jaga z przerażeniem pomyślała, że pewnie Bogdana przenoszą i serce w niej zamarło.
A Bogdan powiedział tylko kilka słów : "kocham cię, jestem tego pewny, chcę byś o tym
wiedziała".
cd.n.
nikogo znajomego tu nie było, z drugiej strony zdziwiła się nieco jego obecnością oraz
tym, że w ramach powitania przekazał jej pozdrowienia i list od Alberta.
Z obecności Bogdana najwięcej ucieszyły się dzieci - bo Bogdan dał się bez trudu namówić
na budowanie zamku - już pierwszego dnia wybudowali wspólnie piękny zamek z czterema
wieżami, głęboką fosą i wysokimi murami dookoła.
Jaga za to usypała plażowy grajdoł, otoczyła go parawanem i wypoczywała zerkając co jakiś
czas w stronę brzegu, gdzie Bogdan formował "zamek", chłopcy donosili mokry piach i wodę,
a dokoła nich gromadziło się coraz więcej dzieciaków.
Miała chwilę spokoju, więc wyciągnęła list od męża - Albert zawsze pisał piękne i czułe listy-
szkoda, że czułe słowa wychodziły tylko spod jego pióra. W kontaktach bezpośrednich nigdy
ich nie używał. Na końcu listu obiecywał, że być może wpadnie do nich w sobotę wieczorem,
na jeden dzień.
Pogoda była cały czas świetna, Bogdan z anielską cierpliwością codziennie poprawiał
piaskowy zamek,. popołudniami zabierał Jagę i dzieci na spacery do lasu, czasami zapraszał
na lody albo grał z innymi wczasowiczami w siatkówkę , na próżno namawiając Jagę na
udział w grze.
Albert nie przyjechał do nich na niedzielę - Jaga się nawet nie dziwiła - dobrze wiedziała, że
w sobotę wypadały imieniny dowódcy i chyba jeszcze ze trzech jego kolegów.
Cieszyła się, że nie ma jej w tym czasie w domu - przynajmniej nie musiała oglądać własnego
męża w stanie upojenia alkoholowego, ani też nie musiała iść na przyjęcie do dowódcy.
Czternaście dni pobytu nad morzem minęło niepostrzeżenie. Bogdan pomógł Jadze zapakować
się do autobusu. On jeszcze zostawał dwa dni, zresztą wracał samochodem.
Gdy dojechała z dziećmi na miejsce, Albert nie oczekiwał ich na dworcu autobusowym.
Chwilę postali i poczekali, ale czas uciekał, Albert nie nadchodził, dzieci były głodne i
zmęczone, więc wzięła taksówkę i pojechała do domu.
W domu też nie było Alberta, a lodówka była pusta., w szafce był kawałek bułki i jakieś
stare herbatniki. Jaga wpadła do sąsiadki, pożyczyła jajka , trochę masła i kawałek chleba,
zrobiła dzieciom kolację, wykąpała je i ułożyła do łóżek.
Powoli narastała w niej złość. Po dziesiątej wieczorem przyszedł do domu Albert - był
nieco zawiany, przepraszał, że nie przyjechał po nią na dworzec, ale był z kolegami
w sąsiedniej miejscowości i nie miał czym dojechać, więc wracał ze wszystkimi,
służbowym samochodem.
Jaga popatrzyła tylko na niego, pokiwała głową i poszła do pokoju dzieci, zabierając
ze wspólnego łóżka swą poduszkę i kołdrę.
W domu znów nastały ciche dni, Jaga powróciła do pracy. I pozornie życie toczyło się
utartym torem. Ale Jaga cały czas wspominała ten urlop, z wdzięcznością myślała o tym, że
dzięki Bogdanowi mogła nieco odpocząć, bo to on głównie zajmował się na plaży dziećmi.
Pomału Bogdan zajmował w jej myślach coraz więcej miejsca, a Albert ....coraz częściej
zastanawiała się nad rozwodem.
Gdy spotkała się z Bogdanem, poprosiła by pojechali nad sąsiednie jezioro, bo chce z nim
o czymś porozmawiać, a tam nikt im nie będzie przeszkadzał. Pomyślała, że wypyta Bogdana
dokładnie o wszystko co jest związane ze sprawą rozwodową , bo Bogdan był z wykształcenia
prawnikiem, a poza tym przecież już brał rozwód.
Gdy tylko dojechali nad jezioro i usiedli w swym ulubionym miejscu , Bogdan poprosił,
by Jaga przez chwilę nic nie mówiła i pozwoliła wpierw jemu coś ważnego powiedzieć.
Jaga z przerażeniem pomyślała, że pewnie Bogdana przenoszą i serce w niej zamarło.
A Bogdan powiedział tylko kilka słów : "kocham cię, jestem tego pewny, chcę byś o tym
wiedziała".
cd.n.
poniedziałek, 28 stycznia 2013
Dziwne lustro, cz.IV
Jaga bardzo przeżyła swój pierwszy dzień w pracy. Czuła się jak dziecko, które po raz pierwszy
przydreptało do szkoły. Ale pod koniec swego dnia pracy była zadowolona.
Wprawdzie głównie urzędowała na zapleczu recepcji, ale wcale jej to nie przeszkadzało.
Natomiast jej praca przeszkadzała Albertowi. Nie za bardzo wiadomo dlaczego, bo tak
naprawdę to tylko dwie niedziele w miesiącu Jaga spędzała w pracy, w sumie nie było jej w domu
tyko pięć i pół godziny. A jeśli była pogoda to Albert mógł przyjechać z dziećmi do ośrodka, gdzie
był duży plac zabaw dla dzieci a część jeziora miała wydzielony dla maluchów brodzik.
Jaga nie przyznała się mężowi, że pracę załatwił jej Bogdan. Ale gdy powiedziała, gdzie będzie
pracować Albert powiedział ; "o, a wiesz kto jest kierownikiem tego interesu? - szwagier tego
Bogdana, co Cię tak obtańcowywał". Jaga udała wielkie zdziwienie, choć już o tym wiedziała.
Wiedziała również, że Bogdan jest rozwodnikiem, że ma syna, którego nigdy nie widuje, że
marzy już o wyjściu z wojska, bo mierzą go panujące tu stosunki. Bo wojsko było bardzo
specyficzną instytucją - nie tylko stopień był tu ważny - układy kumplowsko-pijackie były znacznie
ważniejsze.
Bogdanowi podobało się, że Jaga nie dała się wepchnąć do "kółka rodzin wojskowych",
bo większość żon swych kolegów uważał za dość głupawe istoty.
Żonaty był krótko, raptem dwa lata. Jego małżeństwo też było "przymusowym ochotnictwem", a on
wcale nie był pewny, czy był na 100% ojcem tego dziecka. Wiedział, że ta dziewczyna w tym samym
czasie spotykała się i z innymi mężczyznami, no ale nie złapał jej z nikim w sytuacji "in flagranti".
Że nie był pierwszym to wiedział, ale w sumie dziewczyna była całkiem do rzeczy, więc się ożenił
gdy mu powiedziała, że jest w ciąży.
A po ślubie nawet prawie nie mieszkali razem, bo przez większą część ciąży ona przebywała w szpitalu
na oddziale patologii ciąży, a gdy już urodziła to zamieszkała w domu swoich rodziców, gdzie z pewnością było jej wygodniej niż w jego służbowym mieszkaniu. Gdy w końcu zamieszkali razem szybko doszli do wniosku, że ten związek jest jedną, wielką omyłką.
A małżeństwo Jagi też się chwiało w posadach - Albert coraz więcej czasu spędzał z kolegami
gęsto popijając. Gdy Jaga zwracała mu na to uwagę to mówił, że przecież nie chodzi na dziwki, a tylko siedzi z kolegami. Gdy mu tłumaczyła, że daje zły przykład dzieciom, twierdził, że gdy wraca to dzieci już
śpią, więc o niczym nie wiedzą.
Sytuacja była patowa, najczęściej w domu były tzw. "ciche dni", a Jaga nie za bardzo wiedziała co
ma dalej robić. Nie było awantur - to fakt, ale miłości też nie.
Jaga kilka razy wspomniała o rozwodzie, bo nie chciała dłużej znosić tej sytuacji - za każdym razem
Albert padał na kolana, przepraszał, obiecywał poprawę, nawet kilka dni siedział w domu, ale
zawsze w końcu lądował z kolegami, bo była okazja - imieniny, urodziny, awans.
Mniej więcej raz w miesiącu Jaga spotykała się z Bogdanem na kawie, lub jechali samochodem do
sąsiedniej miejscowości na obiad. Każde spotkanie coraz bardziej zbliżało ją do Bogdana, który stał się
jej powiernikiem.
I ani się Jaga zorientowała jak minął rok jej pracy. Albert załatwił wczasy w wojskowym ośrodku, ale
w ostatniej chwili wstrzymano mu urlop i Jaga pojechała sama z dziećmi.
Gdy trzeciego dnia pobytu wychodziła z dziećmi na plażę, w holu spotkała....Bogdana.
Była zdziwiona ale i zadowolona. Nikogo tu nie znała. Na dodatek Bogdan załatwił sobie pokój obok i
miejsce przy tym samym stoliku sześcioosobowym.
c.d.n.
przydreptało do szkoły. Ale pod koniec swego dnia pracy była zadowolona.
Wprawdzie głównie urzędowała na zapleczu recepcji, ale wcale jej to nie przeszkadzało.
Natomiast jej praca przeszkadzała Albertowi. Nie za bardzo wiadomo dlaczego, bo tak
naprawdę to tylko dwie niedziele w miesiącu Jaga spędzała w pracy, w sumie nie było jej w domu
tyko pięć i pół godziny. A jeśli była pogoda to Albert mógł przyjechać z dziećmi do ośrodka, gdzie
był duży plac zabaw dla dzieci a część jeziora miała wydzielony dla maluchów brodzik.
Jaga nie przyznała się mężowi, że pracę załatwił jej Bogdan. Ale gdy powiedziała, gdzie będzie
pracować Albert powiedział ; "o, a wiesz kto jest kierownikiem tego interesu? - szwagier tego
Bogdana, co Cię tak obtańcowywał". Jaga udała wielkie zdziwienie, choć już o tym wiedziała.
Wiedziała również, że Bogdan jest rozwodnikiem, że ma syna, którego nigdy nie widuje, że
marzy już o wyjściu z wojska, bo mierzą go panujące tu stosunki. Bo wojsko było bardzo
specyficzną instytucją - nie tylko stopień był tu ważny - układy kumplowsko-pijackie były znacznie
ważniejsze.
Bogdanowi podobało się, że Jaga nie dała się wepchnąć do "kółka rodzin wojskowych",
bo większość żon swych kolegów uważał za dość głupawe istoty.
Żonaty był krótko, raptem dwa lata. Jego małżeństwo też było "przymusowym ochotnictwem", a on
wcale nie był pewny, czy był na 100% ojcem tego dziecka. Wiedział, że ta dziewczyna w tym samym
czasie spotykała się i z innymi mężczyznami, no ale nie złapał jej z nikim w sytuacji "in flagranti".
Że nie był pierwszym to wiedział, ale w sumie dziewczyna była całkiem do rzeczy, więc się ożenił
gdy mu powiedziała, że jest w ciąży.
A po ślubie nawet prawie nie mieszkali razem, bo przez większą część ciąży ona przebywała w szpitalu
na oddziale patologii ciąży, a gdy już urodziła to zamieszkała w domu swoich rodziców, gdzie z pewnością było jej wygodniej niż w jego służbowym mieszkaniu. Gdy w końcu zamieszkali razem szybko doszli do wniosku, że ten związek jest jedną, wielką omyłką.
A małżeństwo Jagi też się chwiało w posadach - Albert coraz więcej czasu spędzał z kolegami
gęsto popijając. Gdy Jaga zwracała mu na to uwagę to mówił, że przecież nie chodzi na dziwki, a tylko siedzi z kolegami. Gdy mu tłumaczyła, że daje zły przykład dzieciom, twierdził, że gdy wraca to dzieci już
śpią, więc o niczym nie wiedzą.
Sytuacja była patowa, najczęściej w domu były tzw. "ciche dni", a Jaga nie za bardzo wiedziała co
ma dalej robić. Nie było awantur - to fakt, ale miłości też nie.
Jaga kilka razy wspomniała o rozwodzie, bo nie chciała dłużej znosić tej sytuacji - za każdym razem
Albert padał na kolana, przepraszał, obiecywał poprawę, nawet kilka dni siedział w domu, ale
zawsze w końcu lądował z kolegami, bo była okazja - imieniny, urodziny, awans.
Mniej więcej raz w miesiącu Jaga spotykała się z Bogdanem na kawie, lub jechali samochodem do
sąsiedniej miejscowości na obiad. Każde spotkanie coraz bardziej zbliżało ją do Bogdana, który stał się
jej powiernikiem.
I ani się Jaga zorientowała jak minął rok jej pracy. Albert załatwił wczasy w wojskowym ośrodku, ale
w ostatniej chwili wstrzymano mu urlop i Jaga pojechała sama z dziećmi.
Gdy trzeciego dnia pobytu wychodziła z dziećmi na plażę, w holu spotkała....Bogdana.
Była zdziwiona ale i zadowolona. Nikogo tu nie znała. Na dodatek Bogdan załatwił sobie pokój obok i
miejsce przy tym samym stoliku sześcioosobowym.
c.d.n.
Subskrybuj:
Posty (Atom)