Swoje przygotowania do ślubu Tosia zaczęła od.....wizyty u lekarza.
Wybrała poradnię Towarzystwa Planowania Rodziny, bo koleżanki bardzo pochlebnie wyrażały się
o personelu tej Poradni. Była nieco stremowana, skrępowana, ale pani w rejestracji widząc jej
zmieszanie wybrała dla niej lekarza, który słynął z delikatności i wysokiej kultury.
Gdy weszła do gabinetu zastała tam pana w średnim wieku i bardzo ładną, młodą pielęgniarkę.
Lekarz założył jej kartę zdrowia, przepytał dokładnie o wszystkie przebyte choroby, nawet o te
z okresu dzieciństwa, zbadał, przepytał ją ze stanu wiadomości na temat współżycia, wyjaśnił
kilka spraw, dał kilka porad typowo "technicznych", doradził odnośnie antykoncepcji, poza
tym przykazał, by przed podjęciem decyzji o dziecku oboje z mężem przebadali się dokładnie.
Tosia była zachwycona wizytą, o wiele rzeczy się dopytała, tak by nie mieć żadnych wątpliwości.
Potem pielęgniarka wydała jej w sąsiednim gabinecie środki polecone przez lekarza i
przeszkoliła w ich użyciu.
Tosia i Króliczek zastanawiali się co z mieszkaniem - Króliczek miał małe, dwupokojowe
mieszkanie z ciemną kuchnią, w samym centrum miasta, Tosia należała od roku do spółdzielni
mieszkaniowej, ale trudno było przewidzieć kiedy spółdzielnia wywiąże się z planów
budowlanych, tym bardziej, że była to tzw, spółdzielnia typu lokatorskiego.
Króliczek twierdził, że choć jego mieszkanie jest maleńkie, to przecież mogą zamieszkać na razie
u niego, a Tosia będzie nadal wpłacać pieniądze do spółdzielni, będzie nadal zameldowana u
rodziców, a gdy dostanie mieszkanie to bez trudu zamienią dwa mieszkania na jedno.
I zaproponował Tosi, by wreszcie obejrzała jego mieszkanie, przecież musi wiedzieć gdzie i jak
będzie mieszkać. Tym razem , ku zaskoczeniu Króliczka, Tosia zgodziła się bez protestu.
Króliczek zaproponował w związku z tym najbliższą sobotę, bo twierdził, że ma lekki bałagan
w domu.
W sobotę po pracy (wtedy o wolnych sobotach to tylko słyszeliśmy) pojechali do mieszkania
Króliczka. W mieszkaniu wszystko lśniło i błyszczało.Na stole w większym pokoju stały
w wazonie kwiaty, w malutkiej sypialni pościel była wyraznie nowiutko kupiona, na jednej
z poszewek tkwiła nawet metka.
Mieszkanie było naprawdę malutkie, pomiędzy pokojem a kuchnią było duże okno, którego
jedna część była otwarta i gdy Króliczek zrobił kawę, podał ją po prostu przez okno do
pokoju.
Okno "na świat" było nieco dziwne, bo były to drzwi balkonowe bez balkonu, a z lewej ich
strony, było nieduże okno, mniej więcej 1/3 wysokości drzwi balkonowych. Wyglądało
to nieco dziwnie i mało zabawnie.
Kuchnia była maciupka, podobnie łazienka i przedpokój. W sypialni pod oknem stał tapczan,
regal i szafa. Pomiędzy łazienką i sypialnią była szafa w ścianie.
Tosia czuła się dziwnie w tym ciasnym mieszkaniu, była przyzwyczajona do większych pokoi.
Ale Króliczek robił wszystko, by odwrócić jej uwagę od mieszkania, a jego zwinne dłonie
bez przerwy ją dotykały, pieściły, tuliły, namawiały na więcej.
I wtedy Tosia opowiedziała Króliczkowi o swojej wizycie u lekarza i o tym, że nie ma zamiaru
mieć szybko dzieci, podzieliła się z nim swą nowo nabytą wiedzą, którą postanowili przekuć
w czyn.
Do domu rodzinnego Tosia z trudem zdążyła dotrzeć przed północą.
c.d.n.
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
poniedziałek, 1 kwietnia 2013
niedziela, 31 marca 2013
Nudne życie, cz.V
Wreszcie nadszedł dla Tosi koniec nauki w szkole. Tak prawdę mówiąc to sama nie wiedziała co ma
dalej robić.
Szkoła wprawdzie mogła pomóc w otrzymaniu pracy w wyuczonym zawodzie, ale Tosia nie
miała ochoty zostać krawcową do końca życia.
Ojciec Tosi postanowił, że do chwili ukończenia 21 roku życia Tosia może jeszcze nie pracować, więc
niech idzie na kurs maszynopisania lub na kurs kreślarski.
Tosia wybrała kurs kreślarski i zaczęła swe zmagania z kalką i tuszem. Po 3 miesiącach całkiem niezle kreśliła, a po ukończeniu kursu bez trudu dostała etat kreślarki w biurze projektów.
To było bardzo duże biuro projektów, było wiele pracowni, a w każdej sporo projektantów i
kreślarek. Zarobki wprawdzie nie powalały swą wysokością, ale w końcu była to jej pierwsza praca,
wszystkie kreślarki zarabiały bardzo podobnie. Nie była też za bardzo zapracowana, zawsze znalazła
czas na zjedzenie drugiego śniadania w biurowym bufecie i pogawędkę z koleżankami na korytarzu.
Po pracy spotykała się z koleżankami niemal codziennie, czasami dołączali do nich koledzy.
Tosia była właściwie zachwycona tym trybem życia, jej rodzice nieco mniej , bo nie mieli już nad nią
kontroli. Dziewczę wychodziło z domu rano, wracało póznym wieczorem.
Rodzice zaczęli zastanawiać się nad wydaniem córki za mąż. Ojciec był zdania, że najlepiej by było
znalezć kandydata wśród znajomych . I najlepiej by to był już ustatkowany młodzieniec, najlepiej
z 7 do 10 lat starszy od niej, już pracujący, inżynier, prawnik lub lekarz.
Zaczął się bardzo śmieszny okres w życiu rodziny - niemal w każdą niedzielę albo do nich
przychodzili na kawę i ciasto znajomi rodziców ze swymi dorosłymi dziećmi, albo oni wędrowali
do kogoś w ramach rewizyty. Po każdym takim spotkaniu rodzice głośno omawiali walory
ewentualnych kandydatów. Tosia była zdegustowana, bo wcale się jej do ślubu nie spieszyło,
poza tym jakoś nikt jej jak dotąd nie przyprawił o szybsze bicie serca.
Pewnego wrześniowego dnia do pracowni, w której pracowała Tosia przyjęto nowego pracownika.
Był świeżo po magisterce, trafił do pracowni projektującej budynki szpitalne. Jego rysunki miały
trafiać do Tosi.
"Nowy" był bardzo miły, miał czarne oczy, czarne włosy i był przerazliwie chudy. Miał ładne ręce, szczupłe palce pianisty i pomimo swych 180 cm wzrostu robił wrażenie bardzo kruchego. Dziewczyny od razu
dały mu przezwisko "Króliczek".
Jego chudość podkreślał dodatkowo czarny sweter i czarne, wąziutkie spodnie.
Ilekroć przynosił Tosi któryś ze swych rysunków za każdym razem przepraszał, że jej przeszkadza, dopytywał się, gdzie może ten rysunek zostawić, ile czasu to zajmie, prosił by jeśli coś nie będzie dla niej
jasne powiedziała mu o tym.
Był miłym wyjątkiem na tle innych projektantów, którzy mieli dość niemiły zwyczaj traktowania kreślarek
jak coś pośredniego pomiędzy kreślarką, sekretarką a służącą. Gdy któraś nie mogła się zorientować w rysunku każdy się na kreślarkę wydzierał.
Poza tym wydawało im się, że do obowiązków kreślarki należy dbanie o ich wygody w pracy.
Nowemu Tosia wyraznie wpadła w oko - ciągle się do niej uśmiechał, zjawiał się w bufecie w tym czasie
co i ona, starał się usiąść z nią przy jednym stoliku a po kilku tygodniach "podchodów" zaproponował spotkanie po pracy.
W krótkim czasie wzrosła częstotliwość tych spotkań, zaczęli się dość regularnie spotykać i nawet
tego nie ukrywali.
Króliczek - to była dobra ksywka - delikatny, drobny, dotykiem swych szczupłych palców przyprawiał Tosię o drżenie.Poza tym Króliczki są chutliwe i wcale tego nie ukrywał. Ale Tosia nie dała się namówić
"na chatę", choć Króliczek obiecywał, że uszanuje jej wolę w tym względzie.
Pewnego dnia, po pracy, zupełnie niespodzianie, zabrała go do siebie do domu, by go przedstawić
rodzicom. Zaskoczenie było obustronne , ale Tosia wykombinowała sobie, że gdy obie strony nie będą
z góry na takie spotkanie przygotowane to będzie ciekawiej, poza tym bardziej naturalnie.
Króliczek, choć bardzo zaskoczony, stanął na wysokości zadania. Został przez rodziców Tosi
dokładnie "przepytany na okoliczność", na koniec oświadczył, że darzy Tosię uczuciem i chciałby się
z nią ożenić, jeśli tylko ona go pokocha. Tosię zatkało z wrażenia, a przecież to miało nie ją zatkać
a rodziców i jego.
W następnym tygodniu, w niedzielę pojechali do rodziców Króliczka - rodzina Króliczka też nie została
wcześniej poinformowana o tym, z kim Króliczek przyjedzie. Jego rodzice i młodsze rodzeństwo
bystro przyglądali się Tosi, zaskoczeni wyraznie faktem, że Króliczek przywiózł ze sobą dziewczynę, a na dodatek jest to jego przyszła żona. Tosia cały czas czuła się nieszczególnie, bo mama Króliczka wciąż
przewiercała ją wzrokiem. Gdy się już żegnali , Tosi nagle "odbiło", podeszła do swej przyszłej teściowej
i coś jej szepnęła do ucha, po czym natychmiast wyszła.
Króliczek umierał z ciekawości, ale Tosia dopiero w Warszawie przyznała się co powiedziała jego matce.
A powiedziała : "nie jestem w ciąży, proszę się nie martwić".
Tym sposobem narzeczeństwo Tosi i Króliczka stało się faktem i rodzice Tosi rozpoczęli przygotowania
do wydania córki za mąż. Postanowiono, że ślub będzie w czasie wakacji, w sierpniu.
c.d.n.
dalej robić.
Szkoła wprawdzie mogła pomóc w otrzymaniu pracy w wyuczonym zawodzie, ale Tosia nie
miała ochoty zostać krawcową do końca życia.
Ojciec Tosi postanowił, że do chwili ukończenia 21 roku życia Tosia może jeszcze nie pracować, więc
niech idzie na kurs maszynopisania lub na kurs kreślarski.
Tosia wybrała kurs kreślarski i zaczęła swe zmagania z kalką i tuszem. Po 3 miesiącach całkiem niezle kreśliła, a po ukończeniu kursu bez trudu dostała etat kreślarki w biurze projektów.
To było bardzo duże biuro projektów, było wiele pracowni, a w każdej sporo projektantów i
kreślarek. Zarobki wprawdzie nie powalały swą wysokością, ale w końcu była to jej pierwsza praca,
wszystkie kreślarki zarabiały bardzo podobnie. Nie była też za bardzo zapracowana, zawsze znalazła
czas na zjedzenie drugiego śniadania w biurowym bufecie i pogawędkę z koleżankami na korytarzu.
Po pracy spotykała się z koleżankami niemal codziennie, czasami dołączali do nich koledzy.
Tosia była właściwie zachwycona tym trybem życia, jej rodzice nieco mniej , bo nie mieli już nad nią
kontroli. Dziewczę wychodziło z domu rano, wracało póznym wieczorem.
Rodzice zaczęli zastanawiać się nad wydaniem córki za mąż. Ojciec był zdania, że najlepiej by było
znalezć kandydata wśród znajomych . I najlepiej by to był już ustatkowany młodzieniec, najlepiej
z 7 do 10 lat starszy od niej, już pracujący, inżynier, prawnik lub lekarz.
Zaczął się bardzo śmieszny okres w życiu rodziny - niemal w każdą niedzielę albo do nich
przychodzili na kawę i ciasto znajomi rodziców ze swymi dorosłymi dziećmi, albo oni wędrowali
do kogoś w ramach rewizyty. Po każdym takim spotkaniu rodzice głośno omawiali walory
ewentualnych kandydatów. Tosia była zdegustowana, bo wcale się jej do ślubu nie spieszyło,
poza tym jakoś nikt jej jak dotąd nie przyprawił o szybsze bicie serca.
Pewnego wrześniowego dnia do pracowni, w której pracowała Tosia przyjęto nowego pracownika.
Był świeżo po magisterce, trafił do pracowni projektującej budynki szpitalne. Jego rysunki miały
trafiać do Tosi.
"Nowy" był bardzo miły, miał czarne oczy, czarne włosy i był przerazliwie chudy. Miał ładne ręce, szczupłe palce pianisty i pomimo swych 180 cm wzrostu robił wrażenie bardzo kruchego. Dziewczyny od razu
dały mu przezwisko "Króliczek".
Jego chudość podkreślał dodatkowo czarny sweter i czarne, wąziutkie spodnie.
Ilekroć przynosił Tosi któryś ze swych rysunków za każdym razem przepraszał, że jej przeszkadza, dopytywał się, gdzie może ten rysunek zostawić, ile czasu to zajmie, prosił by jeśli coś nie będzie dla niej
jasne powiedziała mu o tym.
Był miłym wyjątkiem na tle innych projektantów, którzy mieli dość niemiły zwyczaj traktowania kreślarek
jak coś pośredniego pomiędzy kreślarką, sekretarką a służącą. Gdy któraś nie mogła się zorientować w rysunku każdy się na kreślarkę wydzierał.
Poza tym wydawało im się, że do obowiązków kreślarki należy dbanie o ich wygody w pracy.
Nowemu Tosia wyraznie wpadła w oko - ciągle się do niej uśmiechał, zjawiał się w bufecie w tym czasie
co i ona, starał się usiąść z nią przy jednym stoliku a po kilku tygodniach "podchodów" zaproponował spotkanie po pracy.
W krótkim czasie wzrosła częstotliwość tych spotkań, zaczęli się dość regularnie spotykać i nawet
tego nie ukrywali.
Króliczek - to była dobra ksywka - delikatny, drobny, dotykiem swych szczupłych palców przyprawiał Tosię o drżenie.Poza tym Króliczki są chutliwe i wcale tego nie ukrywał. Ale Tosia nie dała się namówić
"na chatę", choć Króliczek obiecywał, że uszanuje jej wolę w tym względzie.
Pewnego dnia, po pracy, zupełnie niespodzianie, zabrała go do siebie do domu, by go przedstawić
rodzicom. Zaskoczenie było obustronne , ale Tosia wykombinowała sobie, że gdy obie strony nie będą
z góry na takie spotkanie przygotowane to będzie ciekawiej, poza tym bardziej naturalnie.
Króliczek, choć bardzo zaskoczony, stanął na wysokości zadania. Został przez rodziców Tosi
dokładnie "przepytany na okoliczność", na koniec oświadczył, że darzy Tosię uczuciem i chciałby się
z nią ożenić, jeśli tylko ona go pokocha. Tosię zatkało z wrażenia, a przecież to miało nie ją zatkać
a rodziców i jego.
W następnym tygodniu, w niedzielę pojechali do rodziców Króliczka - rodzina Króliczka też nie została
wcześniej poinformowana o tym, z kim Króliczek przyjedzie. Jego rodzice i młodsze rodzeństwo
bystro przyglądali się Tosi, zaskoczeni wyraznie faktem, że Króliczek przywiózł ze sobą dziewczynę, a na dodatek jest to jego przyszła żona. Tosia cały czas czuła się nieszczególnie, bo mama Króliczka wciąż
przewiercała ją wzrokiem. Gdy się już żegnali , Tosi nagle "odbiło", podeszła do swej przyszłej teściowej
i coś jej szepnęła do ucha, po czym natychmiast wyszła.
Króliczek umierał z ciekawości, ale Tosia dopiero w Warszawie przyznała się co powiedziała jego matce.
A powiedziała : "nie jestem w ciąży, proszę się nie martwić".
Tym sposobem narzeczeństwo Tosi i Króliczka stało się faktem i rodzice Tosi rozpoczęli przygotowania
do wydania córki za mąż. Postanowiono, że ślub będzie w czasie wakacji, w sierpniu.
c.d.n.
niedziela, 17 lutego 2013
Nudne życie, cz.IV
Odzieżówka wielce rozczarowała Tosię. Nic jej się tam nie podobało. Ani nauka teorii ani zajęcia praktyczne. Idąc do tej szkoły myślała, że będzie mogła projektować jakieś ubrania, ale to była
po prostu nauka szycia. Jakoś nie pomyślała o tym, że gdy pozna taniki kroju i szycia to bedzie
mogła wtedy, na własny użytek, coś ciekawego zaprojektować i uszyć.
W domu Tosia nic nie opowiadała o szkole, zresztą tak naprawdę nikogo to nie interesowało.
Mama Tosi powielała sposób wychowania wg takiego wzoru, jaki wyniosła z własnego domu.
A podstawą było wpojenie dziecku szacunku dla ojca i matki oraz dziadków, nauczenie
dobrych manier. W przypadku dziewczynek należało je przygotować do roli dobrej gospodyni.
Ponadto królowało przekonanie, że nie należy dziecka chwalić, bo to wypaczy mu charakter.
Uważano też, że zawsze trzeba podkreślać, że to co dziecko nawet dobrze zrobiło mogło
przecież wykonać lepiej. I tym sposobem rosły zastępy dziewcząt, które miały zaniżone
poczucie własnej wartości. Ale w ramach domowego przygotowania dziewcząt do życia nie
mieściło się uświadomienie dziewczyny o czekających ją zmianach hormonalnych ani o tym,
że istnieje coś takiego jak życie płciowe.
Mama nie pozwalała Tosi na spotykanie się z kolegami, za każdym razem powtarzając, że
jeszcze jest na to za młoda, a zresztą chłopcy chcą od dziewcząt "tylko jednego".
Tosia długo nie wiedziała o co chodzi, bo na pytanie "czego chcą chłopcy od dziewcząt" nie
otrzymała konkretnej odpowiedzi, lecz wymijającą - dowiesz się w swoim czasie.
Nie wiadomo, kiedy ten czas miał dla Tosi nadejść - pierwsza miesiączka była dla niej
pełnym zaskoczeniem- była pewna, że jest ciężko chora i lada moment umrze.
Na domiar złego moment ten nastąpił w szkole i Tosia wystraszona niemiłosiernie pobiegła
do gabinetu lekarskiego. Na szczęście był to czas, gdy w każdej szkole był gabinet lekarski,
w którym cały dzień urzędowała pielęgniarka. To ona uspokoiła Tosię, wytłumaczyła jej
co i jak, poszła poza tym do wychowawczyni i zwolniła Tosię ze szkoły.
W domu dziewczyna nie mogła się doczekać powrotu mamy z pracy. I choć dowiedziała
się skąd to krwawienie i dlaczego, bardzo bała się, że matka będzie się na nią gniewać.
Na szczęście matka się nie pogniewała, potwierdziła słowa pielęgniarki, zapisała coś
w swoim specjalnym notesiku, a potem poinformowała Tosię, że od teraz tym bardziej
musi unikać spotkań z kolegami, a jeśli już się spotka, to nie wolno jej się z nimi
całować.
Tosię bardzo to zaniepokoiło, bo pomimo zakazów spotykała się czasem z jednym
chłopakiem, który bardzo się jej podobał i już kilka razy całowali się w kinie i w parku,
gdy nie było nikogo w pobliżu.
W drugiej klasie swej zawodówki Tosia wreszcie dowiedziała się, czego to chłopcy zawsze
chcą od dziewcząt- oczywiście uświadomiły ją koleżanki, naśmiewając się, że taka "zielona"
z niej dziewczyna. Niektóre z dziewczyn twierdziły, że one już poznały smak seksu.
Niektóre marzyły by wyjść za mąż , oczywiście z miłości, inne patrzyły na nie z pogardą
i wymownie stukały się palcem po czole. Tosia jeszcze nie myślała o zamążpójściu, na
razie z trudem przebijała się poprzez niewiele interesującą ją naukę.
c.d.n.
po prostu nauka szycia. Jakoś nie pomyślała o tym, że gdy pozna taniki kroju i szycia to bedzie
mogła wtedy, na własny użytek, coś ciekawego zaprojektować i uszyć.
W domu Tosia nic nie opowiadała o szkole, zresztą tak naprawdę nikogo to nie interesowało.
Mama Tosi powielała sposób wychowania wg takiego wzoru, jaki wyniosła z własnego domu.
A podstawą było wpojenie dziecku szacunku dla ojca i matki oraz dziadków, nauczenie
dobrych manier. W przypadku dziewczynek należało je przygotować do roli dobrej gospodyni.
Ponadto królowało przekonanie, że nie należy dziecka chwalić, bo to wypaczy mu charakter.
Uważano też, że zawsze trzeba podkreślać, że to co dziecko nawet dobrze zrobiło mogło
przecież wykonać lepiej. I tym sposobem rosły zastępy dziewcząt, które miały zaniżone
poczucie własnej wartości. Ale w ramach domowego przygotowania dziewcząt do życia nie
mieściło się uświadomienie dziewczyny o czekających ją zmianach hormonalnych ani o tym,
że istnieje coś takiego jak życie płciowe.
Mama nie pozwalała Tosi na spotykanie się z kolegami, za każdym razem powtarzając, że
jeszcze jest na to za młoda, a zresztą chłopcy chcą od dziewcząt "tylko jednego".
Tosia długo nie wiedziała o co chodzi, bo na pytanie "czego chcą chłopcy od dziewcząt" nie
otrzymała konkretnej odpowiedzi, lecz wymijającą - dowiesz się w swoim czasie.
Nie wiadomo, kiedy ten czas miał dla Tosi nadejść - pierwsza miesiączka była dla niej
pełnym zaskoczeniem- była pewna, że jest ciężko chora i lada moment umrze.
Na domiar złego moment ten nastąpił w szkole i Tosia wystraszona niemiłosiernie pobiegła
do gabinetu lekarskiego. Na szczęście był to czas, gdy w każdej szkole był gabinet lekarski,
w którym cały dzień urzędowała pielęgniarka. To ona uspokoiła Tosię, wytłumaczyła jej
co i jak, poszła poza tym do wychowawczyni i zwolniła Tosię ze szkoły.
W domu dziewczyna nie mogła się doczekać powrotu mamy z pracy. I choć dowiedziała
się skąd to krwawienie i dlaczego, bardzo bała się, że matka będzie się na nią gniewać.
Na szczęście matka się nie pogniewała, potwierdziła słowa pielęgniarki, zapisała coś
w swoim specjalnym notesiku, a potem poinformowała Tosię, że od teraz tym bardziej
musi unikać spotkań z kolegami, a jeśli już się spotka, to nie wolno jej się z nimi
całować.
Tosię bardzo to zaniepokoiło, bo pomimo zakazów spotykała się czasem z jednym
chłopakiem, który bardzo się jej podobał i już kilka razy całowali się w kinie i w parku,
gdy nie było nikogo w pobliżu.
W drugiej klasie swej zawodówki Tosia wreszcie dowiedziała się, czego to chłopcy zawsze
chcą od dziewcząt- oczywiście uświadomiły ją koleżanki, naśmiewając się, że taka "zielona"
z niej dziewczyna. Niektóre z dziewczyn twierdziły, że one już poznały smak seksu.
Niektóre marzyły by wyjść za mąż , oczywiście z miłości, inne patrzyły na nie z pogardą
i wymownie stukały się palcem po czole. Tosia jeszcze nie myślała o zamążpójściu, na
razie z trudem przebijała się poprzez niewiele interesującą ją naukę.
c.d.n.
czwartek, 14 lutego 2013
Nudne życie, cz.III
Tosi było smutno, nudno i ciężko po wyjezdzie Heli. Hela należała do opiekuńczych dziewcząt,
z niebywałą cierpliwością pomagała we wszystkim młodszej siostrze.
Narodziny mlodszej siostry były dla Heli wielkim, aczkolwiek radosnym wydarzeniem. Z wielką
powagą pomagała przy jej pielęgnacji, szybko nauczyła się ją przewijać, pilnowała gdy Tosia
raczkowała a potem uczyła się chodzić, często sama ją karmiła, opowiadając przy tym bajki,
bo mała była strasznym niejadkiem. Gdy Tosia poszła do szkoły Hela pomagała jej przy odrabianiu
lekcji, zwłaszcza że Tosia była dość roztrzepana i nie zawsze wszystko pamiętała.
Po wyjezdzie Heli Tosine stopnie w szkole wyraznie się pogorszyły. Mama Tosi uważała, że mało
istotne są stopnie, że najważniejsze, to umiejętność czytania i pisania, reszta sama przyjdzie z czasem, stosownie do potrzeb. Tosia twierdzi, że dla mamy było najważniejsze by dziecko było zawsze
czyste i zadbane, dobrze odżywione i....posłuszne. No i pracowite. Dość wcześnie nauczyła
Tosię jak należy sprzątać, zmywać, a nawet gotować. Zawsze przy tym mówiła: "domem ma
rządzić kobieta. To, jaki będzie twój dom będzie zależeć od ciebie. Trzeba sobie znalezć
dobrego męża, żeby pieniądze do domu przynosił, żeby nie pił i nie włóczył się z kolegami."'
A ojciec Tosi powtarzał w kółko: "wydamy cię za porządnego człowieka, takiego co cię nie
skrzywdzi, będzie szanował, będzie już miał pracę i mieszkanie. A zresztą pewnie niedługo
pojedziemy wszyscy do Heli i tam wyjdziesz za mąż."
Tosia tylko zgrzytała zębami gdy słuchała tych pogaduszek. Wcale a wcale nie chciała
nigdzie wyjeżdżać, nawet do Heli, bo wiedziała, że musiałaby się szybko nauczyć obcego
języka, a sama myśl o nauce była dla Tosi przykrością. Z trudem przechodziła z klasy
do klasy, nawet zdarzyło się jej "zimować" w piątej klasie, gdy doszedł do nauki język
rosyjski i chemia. Cyrylica zupełnie nie wchodziła jej do głowy, równie dobrze mogłyby to być
znaki pisma klinowego lub pismo chińskie. A chemia - no klęska całkowita. Gdy pod koniec roku
szkolnego okazało się , że będzie powtarzać klasę, w domu nieco zawrzało - oczywiście według
taty była to wina matki, bo zamiast siedzieć z dzieckiem w domu poszła do pracy. Matka
z kolei winiła ...Helę, bo to ona "rozpuściła" Tosię odrabiając z nią lekcje i ciągle wszystko
sprawdzając.
Tosia powtórzyła piątą klasę, a córka sąsiadki pomagała jej w nauce chemii i rosyjskiego.
Wstydziła się Tosia, że powtarza klasę, ale całkiem dobrze jej to zrobiło. W szóstej już
miała lepsze stopnie a na zakończenie podstawówki nawet sporo czwórek.
Po ukończeniu podstawówki postanowiono, że najlepiej będzie posłać ją do którejś ze
szkół zawodowych - jej szkoła wskazywała na szkołę gastronomiczną, rodzice byli
skłonni posłać ją do "handlówki",a ona sama chciała iść do technikum odzieżowego.
Dziś już mało kto pamięta, że kiedyś szkoła podstawowa trwała siedem lat, potem
można było iść albo do trzyletniej szkoły zawodowej, albo do pięcioletniego technikum,
albo do czteroletniego liceum ogólnokształcącego lub kierunkowego - medycznego lub
nauczycielskiego.
Po wielu naradach zapisano Tosię do odzieżówki , ale trzyletniej, zasadniczej. Bo po jej
ukończeniu mogła przecież jeszcze iść do technikum odzieżowego.
c.d.n.
z niebywałą cierpliwością pomagała we wszystkim młodszej siostrze.
Narodziny mlodszej siostry były dla Heli wielkim, aczkolwiek radosnym wydarzeniem. Z wielką
powagą pomagała przy jej pielęgnacji, szybko nauczyła się ją przewijać, pilnowała gdy Tosia
raczkowała a potem uczyła się chodzić, często sama ją karmiła, opowiadając przy tym bajki,
bo mała była strasznym niejadkiem. Gdy Tosia poszła do szkoły Hela pomagała jej przy odrabianiu
lekcji, zwłaszcza że Tosia była dość roztrzepana i nie zawsze wszystko pamiętała.
Po wyjezdzie Heli Tosine stopnie w szkole wyraznie się pogorszyły. Mama Tosi uważała, że mało
istotne są stopnie, że najważniejsze, to umiejętność czytania i pisania, reszta sama przyjdzie z czasem, stosownie do potrzeb. Tosia twierdzi, że dla mamy było najważniejsze by dziecko było zawsze
czyste i zadbane, dobrze odżywione i....posłuszne. No i pracowite. Dość wcześnie nauczyła
Tosię jak należy sprzątać, zmywać, a nawet gotować. Zawsze przy tym mówiła: "domem ma
rządzić kobieta. To, jaki będzie twój dom będzie zależeć od ciebie. Trzeba sobie znalezć
dobrego męża, żeby pieniądze do domu przynosił, żeby nie pił i nie włóczył się z kolegami."'
A ojciec Tosi powtarzał w kółko: "wydamy cię za porządnego człowieka, takiego co cię nie
skrzywdzi, będzie szanował, będzie już miał pracę i mieszkanie. A zresztą pewnie niedługo
pojedziemy wszyscy do Heli i tam wyjdziesz za mąż."
Tosia tylko zgrzytała zębami gdy słuchała tych pogaduszek. Wcale a wcale nie chciała
nigdzie wyjeżdżać, nawet do Heli, bo wiedziała, że musiałaby się szybko nauczyć obcego
języka, a sama myśl o nauce była dla Tosi przykrością. Z trudem przechodziła z klasy
do klasy, nawet zdarzyło się jej "zimować" w piątej klasie, gdy doszedł do nauki język
rosyjski i chemia. Cyrylica zupełnie nie wchodziła jej do głowy, równie dobrze mogłyby to być
znaki pisma klinowego lub pismo chińskie. A chemia - no klęska całkowita. Gdy pod koniec roku
szkolnego okazało się , że będzie powtarzać klasę, w domu nieco zawrzało - oczywiście według
taty była to wina matki, bo zamiast siedzieć z dzieckiem w domu poszła do pracy. Matka
z kolei winiła ...Helę, bo to ona "rozpuściła" Tosię odrabiając z nią lekcje i ciągle wszystko
sprawdzając.
Tosia powtórzyła piątą klasę, a córka sąsiadki pomagała jej w nauce chemii i rosyjskiego.
Wstydziła się Tosia, że powtarza klasę, ale całkiem dobrze jej to zrobiło. W szóstej już
miała lepsze stopnie a na zakończenie podstawówki nawet sporo czwórek.
Po ukończeniu podstawówki postanowiono, że najlepiej będzie posłać ją do którejś ze
szkół zawodowych - jej szkoła wskazywała na szkołę gastronomiczną, rodzice byli
skłonni posłać ją do "handlówki",a ona sama chciała iść do technikum odzieżowego.
Dziś już mało kto pamięta, że kiedyś szkoła podstawowa trwała siedem lat, potem
można było iść albo do trzyletniej szkoły zawodowej, albo do pięcioletniego technikum,
albo do czteroletniego liceum ogólnokształcącego lub kierunkowego - medycznego lub
nauczycielskiego.
Po wielu naradach zapisano Tosię do odzieżówki , ale trzyletniej, zasadniczej. Bo po jej
ukończeniu mogła przecież jeszcze iść do technikum odzieżowego.
c.d.n.
niedziela, 10 lutego 2013
Nudne życie, cz.II
Łatwo powiedzieć mam dość tego kraju - chce wyjechać i już - ale z realizacją takich zachcianek
nie było łatwo.Po pierwsze był problem dokąd wyjechać - powojenna Europa z trudem dzwigała
się ze zniszczeń wojennych. A do Ameryki, która wszystkim jawiła się niczym El Dorado, wcale
nie było łatwo.
Na razie trzeba było zapewnić rodzinie byt,a mama Tosi nie pracowała, ponieważ jej mąż na to nie
pozwalał.
"Nie po to kobieta wychodzi za mąż, by pracować zawodowo. Kobieta ma się zajmować domem
i dziećmi. Chcę mieć tę świadomość, że gdy jestem w pracy dzieci są dopilnowane, zadbane,
a gdy wracam do domu to czeka na mnie ugotowany, gorący obiad".
Takie expose tata Tosi wygłaszał za każdym razem, gdy jej mama mówiła, że powinna pójść do
jakiejś pracy, bo dzieci już przecież spore i nie wymagają ciągłej opieki, a pieniędzy ciągle wszak
brakuje.
Z uwagi na córki przeprowadzili się do Warszawy i zamieszkali we wspólnym domu z dziadkami
Tosi. Był to naprawdę niewielki domek, drewniak bez podstawowych wygód. Nie było bieżącej
wody, kanalizacji i bardzo długo nie było też elektryczności.
Tosia dobrze zapamiętała odrabianie lekcji przy lampie naftowej, niemiły zapach lampy karbidowej,
noszenie wody ze studni, kąpiele w balii, palenie w piecach, przynoszenie węgla z komórki, gotowanie
na kuchni węglowej.
Zimą dziewczynki spały w jednym pokoju z rodzicami, bo łatwiej było ogrzać jeden pokój niż dwa.
Babcia zimą spała w kuchni , by zaoszczędzić węgla.
Gdy nadchodziły ciepłe dni babcia wracała do swojej części domu, a dziewczynki spały w oddzielnym pokoju.
Pewną wiosną, mniej więcej 3 lata po zakończeniu wojny, do taty Tosi przyszedł list z PCK.
Poszukiwała go siostra jego pierwszej żony, która w czasie okupacji została wywieziona na roboty do
Niemiec. Poznała tam mężczyznę za którego wyszła za mąż i razem zamieszkali w Belgii.
Prosiła, by przysłać do nich Helę, starszą siostrę Tosi, a oni się nią zaopiekują, będzie miała u nich
lepsze życie niż w powojennej Polsce.
Tata Tosi zobaczył nagle przysłowiowe światełko w tunelu. Postanowił, że jeżeli tylko Hela zechce
to niech jedzie do ciotki do Belgii. A potem on znajdzie sposób by dołączyć do niej z resztą rodziny.
Załatwiania było okropnie dużo i pewnie gdyby nie pomoc kogoś z PCK cała akcja spaliłaby
na panewce. Ciotka opłaciła podróż i niemal po roku Hela wyruszyła w podróż.
Długo w Belgii nie była, bo ciotka z mężem planowali przeprowadzkę do Stanów - nowy wujek
miał tam kuzyna, który go zaprosił do siebie i zapewnił mu pracę.
Każdy list od Heli był czytany po 100 razy, każdy jego akapit omawiamy po wielekroć i po
każdym liście tata zapewniał żonę i córkę, że jeszcze trochę, a dołączą do Heli.
Tymczasem mama Tosi, pomimo żywych protestów swego męża poszła do pracy . W domku
wreszcie zainstalowano elektryczność, a w końcu tata Tosi otrzymał służbowe mieszkanie.
Nie było duże, dwa pokoje z kuchnią , ale miało podstawowe wygody, tzn. kanalizację, gaz
i elektryczność. Nie było wprawdzie łazienki, ale była przynajmniej toaleta.
c.d.n.
nie było łatwo.Po pierwsze był problem dokąd wyjechać - powojenna Europa z trudem dzwigała
się ze zniszczeń wojennych. A do Ameryki, która wszystkim jawiła się niczym El Dorado, wcale
nie było łatwo.
Na razie trzeba było zapewnić rodzinie byt,a mama Tosi nie pracowała, ponieważ jej mąż na to nie
pozwalał.
"Nie po to kobieta wychodzi za mąż, by pracować zawodowo. Kobieta ma się zajmować domem
i dziećmi. Chcę mieć tę świadomość, że gdy jestem w pracy dzieci są dopilnowane, zadbane,
a gdy wracam do domu to czeka na mnie ugotowany, gorący obiad".
Takie expose tata Tosi wygłaszał za każdym razem, gdy jej mama mówiła, że powinna pójść do
jakiejś pracy, bo dzieci już przecież spore i nie wymagają ciągłej opieki, a pieniędzy ciągle wszak
brakuje.
Z uwagi na córki przeprowadzili się do Warszawy i zamieszkali we wspólnym domu z dziadkami
Tosi. Był to naprawdę niewielki domek, drewniak bez podstawowych wygód. Nie było bieżącej
wody, kanalizacji i bardzo długo nie było też elektryczności.
Tosia dobrze zapamiętała odrabianie lekcji przy lampie naftowej, niemiły zapach lampy karbidowej,
noszenie wody ze studni, kąpiele w balii, palenie w piecach, przynoszenie węgla z komórki, gotowanie
na kuchni węglowej.
Zimą dziewczynki spały w jednym pokoju z rodzicami, bo łatwiej było ogrzać jeden pokój niż dwa.
Babcia zimą spała w kuchni , by zaoszczędzić węgla.
Gdy nadchodziły ciepłe dni babcia wracała do swojej części domu, a dziewczynki spały w oddzielnym pokoju.
Pewną wiosną, mniej więcej 3 lata po zakończeniu wojny, do taty Tosi przyszedł list z PCK.
Poszukiwała go siostra jego pierwszej żony, która w czasie okupacji została wywieziona na roboty do
Niemiec. Poznała tam mężczyznę za którego wyszła za mąż i razem zamieszkali w Belgii.
Prosiła, by przysłać do nich Helę, starszą siostrę Tosi, a oni się nią zaopiekują, będzie miała u nich
lepsze życie niż w powojennej Polsce.
Tata Tosi zobaczył nagle przysłowiowe światełko w tunelu. Postanowił, że jeżeli tylko Hela zechce
to niech jedzie do ciotki do Belgii. A potem on znajdzie sposób by dołączyć do niej z resztą rodziny.
Załatwiania było okropnie dużo i pewnie gdyby nie pomoc kogoś z PCK cała akcja spaliłaby
na panewce. Ciotka opłaciła podróż i niemal po roku Hela wyruszyła w podróż.
Długo w Belgii nie była, bo ciotka z mężem planowali przeprowadzkę do Stanów - nowy wujek
miał tam kuzyna, który go zaprosił do siebie i zapewnił mu pracę.
Każdy list od Heli był czytany po 100 razy, każdy jego akapit omawiamy po wielekroć i po
każdym liście tata zapewniał żonę i córkę, że jeszcze trochę, a dołączą do Heli.
Tymczasem mama Tosi, pomimo żywych protestów swego męża poszła do pracy . W domku
wreszcie zainstalowano elektryczność, a w końcu tata Tosi otrzymał służbowe mieszkanie.
Nie było duże, dwa pokoje z kuchnią , ale miało podstawowe wygody, tzn. kanalizację, gaz
i elektryczność. Nie było wprawdzie łazienki, ale była przynajmniej toaleta.
c.d.n.
sobota, 9 lutego 2013
Nudne życie
Podobno każdy chce mieć barwne, ciekawe życie. Ale tak naprawdę życie to nie obrazek,
który możemy dość dowolnie pomalować. Bo jesli chcemy to możemy słońce namalować żółtą
farbą, albo, jeśli nam coś strzeli do głowy, zrobić je zielone lub niebieskie w różowe paski.
To nasz wybór i nikomu nic do tego. Obrazek jest dla nas, nie musi się komuś podobać.
W życiu zawsze od czegoś i kogoś jesteśmy zależni.
Ktoś kiedyś powiedział, że każdy jest kowalem własnego losu. Osobiście uważam, że nie do
końca jest to prawda. Są sprawy, których nie przeskoczysz -geny i z reguły to wszystko, co
wyniesiesz z rodzinnego domu, lub miejsca, które tę rolę spełniało.
Tosia urodziła się jeszcze przed wojną. W dniu wybuchu wojny miała niecałe 2 lata. Oprócz
niej w domu była jeszcze starsza o 7 lat córka jej ojca z pierwszego małżeństwa.
Ojciec Tosi był sąsiadem jej dziadków i gdy owdowiał, często korzystał z pomocy sąsiadki
przy opiece nad swą małą córeczką. Najczęściej małą zajmowała się mama Tosi.
Osamotniony mężczyzna zaprzyjaznił się z mamą Tosi, a po jakimś czasie zakochał się w niej
i oświadczył. Był 10 lat starszy od swej młodziutkiej sąsiadki, ale ani ona , ani jej rodzice
nie widzieli w tym nic złego. Był miłym, kulturalnym i delikatnym człowiekiem.
Bardzo kochał swą drugą żonę i obie dziewczynki , szanował swych teściów.
Wybuch wojny zdemolował tę rodzinną idyllę - ojciec Tosi, podobnie jak tysiące innych
ojców, dostał powołanie do wojska. I podobnie jak większość ojców łudził się, że wojna
zakończy się szybko i najdalej w grudniu się zakończy.
W pewnym sensie jego oczekiwania się ziściły - wrócił przed końcem roku do domu -
chory, wychudzony, powłóczący poranioną nogą. Nigdy nie odzyskał sprawności tej
nogi. Na szczęście mieszkali poza granicami ówczesnej Warszawy, więc mieli rzadszy
kontakt z okupantem niż mieszkańcy centrum stolicy. Udało mu się, z racji dyplomu
inżyniera mechanika i całkiem niezłej znajomości języka niemieckiego, dostać zatrudnienie
na kolei - został maszynistą parowozu.
Praca ta, jak każda, miała swe dobre i złe strony - dobrą był fakt, że miał kontakt z wsią,
na której mógł zaopatrywać rodzinę w jedzenie. Złą stroną były niemieckie kontrole pociągów
i ryzyko, że jacyś nasi partyzanci postanowią uszkodzić tory lub wysadzić je tuż przed
nadjeżdżającym pociągiem.
Gdy wojna się skończyła ojciec Tosi pozostał w tym zawodzie. Wojna się skończyła, ale wcale
nie było łatwiej żyć w wyniszczonym wojną kraju, rządzonym teraz przez "władzę ludową".
Jakis życzliwy człowiek doniósł na ojca Tosi, że ten z całą pewnością współpracował
z Niemcami, bo świetnie się z nimi potrafił dogadać w ich języku. Kilka razy był wzywany do
UB, był przesłuchiwany i poznał luksusy aresztu. Ale w końcu został "oczyszczony"
z podejrzeń - jego oskarżyciel został przez kogoś uciszony na zawsze - wpadł biedak
pod tramwaj.
Ale ojciec Tosi miał już dość - opanowała go jedna myśl - wyemigrować. Byle dalej od tego
kraju, gdzie sąsiad na sąsiada donosił.
c.d.n.
który możemy dość dowolnie pomalować. Bo jesli chcemy to możemy słońce namalować żółtą
farbą, albo, jeśli nam coś strzeli do głowy, zrobić je zielone lub niebieskie w różowe paski.
To nasz wybór i nikomu nic do tego. Obrazek jest dla nas, nie musi się komuś podobać.
W życiu zawsze od czegoś i kogoś jesteśmy zależni.
Ktoś kiedyś powiedział, że każdy jest kowalem własnego losu. Osobiście uważam, że nie do
końca jest to prawda. Są sprawy, których nie przeskoczysz -geny i z reguły to wszystko, co
wyniesiesz z rodzinnego domu, lub miejsca, które tę rolę spełniało.
Tosia urodziła się jeszcze przed wojną. W dniu wybuchu wojny miała niecałe 2 lata. Oprócz
niej w domu była jeszcze starsza o 7 lat córka jej ojca z pierwszego małżeństwa.
Ojciec Tosi był sąsiadem jej dziadków i gdy owdowiał, często korzystał z pomocy sąsiadki
przy opiece nad swą małą córeczką. Najczęściej małą zajmowała się mama Tosi.
Osamotniony mężczyzna zaprzyjaznił się z mamą Tosi, a po jakimś czasie zakochał się w niej
i oświadczył. Był 10 lat starszy od swej młodziutkiej sąsiadki, ale ani ona , ani jej rodzice
nie widzieli w tym nic złego. Był miłym, kulturalnym i delikatnym człowiekiem.
Bardzo kochał swą drugą żonę i obie dziewczynki , szanował swych teściów.
Wybuch wojny zdemolował tę rodzinną idyllę - ojciec Tosi, podobnie jak tysiące innych
ojców, dostał powołanie do wojska. I podobnie jak większość ojców łudził się, że wojna
zakończy się szybko i najdalej w grudniu się zakończy.
W pewnym sensie jego oczekiwania się ziściły - wrócił przed końcem roku do domu -
chory, wychudzony, powłóczący poranioną nogą. Nigdy nie odzyskał sprawności tej
nogi. Na szczęście mieszkali poza granicami ówczesnej Warszawy, więc mieli rzadszy
kontakt z okupantem niż mieszkańcy centrum stolicy. Udało mu się, z racji dyplomu
inżyniera mechanika i całkiem niezłej znajomości języka niemieckiego, dostać zatrudnienie
na kolei - został maszynistą parowozu.
Praca ta, jak każda, miała swe dobre i złe strony - dobrą był fakt, że miał kontakt z wsią,
na której mógł zaopatrywać rodzinę w jedzenie. Złą stroną były niemieckie kontrole pociągów
i ryzyko, że jacyś nasi partyzanci postanowią uszkodzić tory lub wysadzić je tuż przed
nadjeżdżającym pociągiem.
Gdy wojna się skończyła ojciec Tosi pozostał w tym zawodzie. Wojna się skończyła, ale wcale
nie było łatwiej żyć w wyniszczonym wojną kraju, rządzonym teraz przez "władzę ludową".
Jakis życzliwy człowiek doniósł na ojca Tosi, że ten z całą pewnością współpracował
z Niemcami, bo świetnie się z nimi potrafił dogadać w ich języku. Kilka razy był wzywany do
UB, był przesłuchiwany i poznał luksusy aresztu. Ale w końcu został "oczyszczony"
z podejrzeń - jego oskarżyciel został przez kogoś uciszony na zawsze - wpadł biedak
pod tramwaj.
Ale ojciec Tosi miał już dość - opanowała go jedna myśl - wyemigrować. Byle dalej od tego
kraju, gdzie sąsiad na sąsiada donosił.
c.d.n.
sobota, 2 lutego 2013
Dziwne lustro, cz.VII
W ciągu kilku następnych dni Jaga chodziła jak zaczadzona. Niemal codziennie widywała się z Bogdanem.
Gdy ją obejmował i przytulał, przestawała natychmiast myśleć - było jej cudownie, beztrosko. Marzyła,
by było tak zawsze.
Wybrała się do adwokata, złożyła pozew rozwodowy, o czym powiedziała oczywiście Bogdanowi.
Zapytał się jej tylko, czy aby wszystko dobrze przemyślała, by lawina wydarzeń, które potem
mogą nastąpić, nie zrobiła jej krzywdy. Ale Jaga była pewna, że to najlepsze rozwiązanie, choć
doskonale wiedziała, że nie ma własnego mieszkania, a to, w którym mieszkali jest mieszkaniem
służbowym Alberta. Była zdecydowana wrócić do rodzinnego miasta, tam podjąć pracę na całym
etacie i wynająć jakiś nieduży pokój.
Bogdan jej powiedział, że on wtedy wystąpi o przeniesienie służbowe, by być blisko niej, ale nim on dostanie przeniesienie to może upłynąć wiele miesięcy, poza tym nie wiadomo jak długo będzie trwała sprawa rozwodowa, a dopóki się nie zakończy, nie będą mogli razem wynająć mieszkania.
Ale do Jagi niewiele z tego dotarło.
Gdy tylko Albert wrócił z delegacji, siłą powstrzymała się, by mu zaraz "na dzień dobry" nie powiedzieć
o tym, że ona złożyła pozew o rozwód. Zrobiła to następnego popołudnia.
Albert popatrzył na nią jak na wariatkę. Spokojnie poprosił o wyjaśnienia. Jaga zaczęła wyliczankę -
było w niej o tym, że ma dość jego popijania, póznych powrotów i wpychania się do jej łóżka gdy jest
nietrzezwy, że nie wierzy w jego miłość do niej i dzieci, skoro nie chce zaprzestać tych pijackich spotkań,
było i o tym, że na samą myśl o zbliżeniu z nim robi się jej niedobrze, że żałuje, że zamiast usunąć tę pierwszą ciążę zdecydowała się na ślub. Na koniec wytoczyła najcięższy argument - kocha innego i
zdradziła go z innym.
Albert słuchał tego wszystkiego w milczeniu, potem powiedział - "ja nie dam ci rozwodu, mamy
dwoje dzieci, czy pomyślałaś o nich? nie dopuszczę do tego, by ktoś obcy wychowywał moich synów.
A to, że mnie zdradziłaś nie ma wielkiego znaczenia - to tylko fizyczna strona zagadnienia."
Potem ubrał się i wyszedł z mieszkania- nawet drzwiami nie trzasnął- pozostawiając Jagę w stanie
całkowitego osłupienia.
Przez następne 3 dni nie rozmawiali ze sobą. Czwartego dnia, gdy Jaga była w pracy, około
południa przyjechał do niej dowódca Alberta. Prosił by natychmiast z nim pojechała do jednostki,
bo jej mąż ma jakieś złe zamiary. Pobrał broń, a potem zamknął się w swoim gabinecie. Na pytanie
magazyniera, czy idzie na strzelnicę, Albert zaprzeczył i powiedział - nie, po co? Po prostu mi broń potrzebna.
Wyglądał na tyle dziwnie, że magazynier pobiegł zaraz do przełożonego.Dowódca wiedział, że Albert
ma u siebie w sejfie ostrą amunicję. Ruszył czym prędzej do gabinetu Alberta, zapukał, ale Albert powiedział, żeby mu teraz nie przeszkadzać, bo musi coś przemyśleć.
Dowódca przyjaznil się prywatnie z Bogdanem i zapewne wiedział o romansie i o tym, że Jaga
chce rozwodu . Skojarzył wszystko razem i pojechał po Jagę.
Po drodze zastanawiali się jak wejść do gabinetu. Jaga wymyśliła, że naciśnie klamkę i gdy drzwi
będą nadal zamknięte, przez drzwi powie, że trzeba natychmiast jechać do dzieci, bo młodszy synek
miał wypadek I tak właśnie zrobiła. Albert otworzył drzwi z klucza, dowódca wyminął go i pędem
wpadł do gabinetu.
Na biurku leżała załadowana broń i list, który Albert pisał do Jagi. Dowódca porwał broń i szybko
opuścił gabinet.
Jaga była bliska omdlenia. Powiedziała Albertowi, że jeżeli nie przeszkadza mu fakt, że go zdradziła, ona wycofa pozew rozwodowy. Ma tylko jedną prośbę - żeby jak najszybciej stąd wyjechali.
Nie zobaczyła się już z Bogdanem - nie miała na to siły i odwagi. Wysłała tylko do niego list, w którym
wyraziła nadzieję, że on zrozumie, że w tej sytuacji nie mogła podjąć innej decyzji - nie mogłaby nigdy
być szczęśliwa z kimkolwiek, wiedząc, że to z jej powodu Albert targnął się na swe życie.
Wszystkie te wydarzenia nadszarpnęły zdrowie Jagi. Z początku dopadła ją depresja, potem powróciła
silna anemia i Jaga znów wiele tygodni chorowała. Albert musiał zacząć udzielać się w domu, spotkania z kolegami były już tylko sporadyczne.
Albert nigdy nie wspomniał o tym, że Jaga miała romans.Pogodził się nawet z faktem, że od tamtego
czasu byli "białym małżeństwem". Jaga nie zastanawiała się czy miał w związku z tym jakieś romanse -
nawet jeśli miał to był na tyle dyskretny, że ona nic o tym nie wiedziała.
Jaga nigdy więcej nie widziała się z Bogdanem, nie korespondowała też z nim, nigdy nie rozmawiała ze
swymi ówczesnymi znajomymi na jego temat. Nie wie nawet czy on jeszcze żyje.
Swoje małżeństwo Jaga określa w ten sposób - "razem zle i bez siebie niedobrze".
Dziwne lustro wisi teraz na ścianie w pokoju Jagi. Często zasiada przed nim i czeka na to, co w nim
zobaczy.
Ale lustro jakoś odmawia współpracy - wciąż widać w nim tylko starą, zmęczoną kobietę.
Gdy ją obejmował i przytulał, przestawała natychmiast myśleć - było jej cudownie, beztrosko. Marzyła,
by było tak zawsze.
Wybrała się do adwokata, złożyła pozew rozwodowy, o czym powiedziała oczywiście Bogdanowi.
Zapytał się jej tylko, czy aby wszystko dobrze przemyślała, by lawina wydarzeń, które potem
mogą nastąpić, nie zrobiła jej krzywdy. Ale Jaga była pewna, że to najlepsze rozwiązanie, choć
doskonale wiedziała, że nie ma własnego mieszkania, a to, w którym mieszkali jest mieszkaniem
służbowym Alberta. Była zdecydowana wrócić do rodzinnego miasta, tam podjąć pracę na całym
etacie i wynająć jakiś nieduży pokój.
Bogdan jej powiedział, że on wtedy wystąpi o przeniesienie służbowe, by być blisko niej, ale nim on dostanie przeniesienie to może upłynąć wiele miesięcy, poza tym nie wiadomo jak długo będzie trwała sprawa rozwodowa, a dopóki się nie zakończy, nie będą mogli razem wynająć mieszkania.
Ale do Jagi niewiele z tego dotarło.
Gdy tylko Albert wrócił z delegacji, siłą powstrzymała się, by mu zaraz "na dzień dobry" nie powiedzieć
o tym, że ona złożyła pozew o rozwód. Zrobiła to następnego popołudnia.
Albert popatrzył na nią jak na wariatkę. Spokojnie poprosił o wyjaśnienia. Jaga zaczęła wyliczankę -
było w niej o tym, że ma dość jego popijania, póznych powrotów i wpychania się do jej łóżka gdy jest
nietrzezwy, że nie wierzy w jego miłość do niej i dzieci, skoro nie chce zaprzestać tych pijackich spotkań,
było i o tym, że na samą myśl o zbliżeniu z nim robi się jej niedobrze, że żałuje, że zamiast usunąć tę pierwszą ciążę zdecydowała się na ślub. Na koniec wytoczyła najcięższy argument - kocha innego i
zdradziła go z innym.
Albert słuchał tego wszystkiego w milczeniu, potem powiedział - "ja nie dam ci rozwodu, mamy
dwoje dzieci, czy pomyślałaś o nich? nie dopuszczę do tego, by ktoś obcy wychowywał moich synów.
A to, że mnie zdradziłaś nie ma wielkiego znaczenia - to tylko fizyczna strona zagadnienia."
Potem ubrał się i wyszedł z mieszkania- nawet drzwiami nie trzasnął- pozostawiając Jagę w stanie
całkowitego osłupienia.
Przez następne 3 dni nie rozmawiali ze sobą. Czwartego dnia, gdy Jaga była w pracy, około
południa przyjechał do niej dowódca Alberta. Prosił by natychmiast z nim pojechała do jednostki,
bo jej mąż ma jakieś złe zamiary. Pobrał broń, a potem zamknął się w swoim gabinecie. Na pytanie
magazyniera, czy idzie na strzelnicę, Albert zaprzeczył i powiedział - nie, po co? Po prostu mi broń potrzebna.
Wyglądał na tyle dziwnie, że magazynier pobiegł zaraz do przełożonego.Dowódca wiedział, że Albert
ma u siebie w sejfie ostrą amunicję. Ruszył czym prędzej do gabinetu Alberta, zapukał, ale Albert powiedział, żeby mu teraz nie przeszkadzać, bo musi coś przemyśleć.
Dowódca przyjaznil się prywatnie z Bogdanem i zapewne wiedział o romansie i o tym, że Jaga
chce rozwodu . Skojarzył wszystko razem i pojechał po Jagę.
Po drodze zastanawiali się jak wejść do gabinetu. Jaga wymyśliła, że naciśnie klamkę i gdy drzwi
będą nadal zamknięte, przez drzwi powie, że trzeba natychmiast jechać do dzieci, bo młodszy synek
miał wypadek I tak właśnie zrobiła. Albert otworzył drzwi z klucza, dowódca wyminął go i pędem
wpadł do gabinetu.
Na biurku leżała załadowana broń i list, który Albert pisał do Jagi. Dowódca porwał broń i szybko
opuścił gabinet.
Jaga była bliska omdlenia. Powiedziała Albertowi, że jeżeli nie przeszkadza mu fakt, że go zdradziła, ona wycofa pozew rozwodowy. Ma tylko jedną prośbę - żeby jak najszybciej stąd wyjechali.
Nie zobaczyła się już z Bogdanem - nie miała na to siły i odwagi. Wysłała tylko do niego list, w którym
wyraziła nadzieję, że on zrozumie, że w tej sytuacji nie mogła podjąć innej decyzji - nie mogłaby nigdy
być szczęśliwa z kimkolwiek, wiedząc, że to z jej powodu Albert targnął się na swe życie.
Wszystkie te wydarzenia nadszarpnęły zdrowie Jagi. Z początku dopadła ją depresja, potem powróciła
silna anemia i Jaga znów wiele tygodni chorowała. Albert musiał zacząć udzielać się w domu, spotkania z kolegami były już tylko sporadyczne.
Albert nigdy nie wspomniał o tym, że Jaga miała romans.Pogodził się nawet z faktem, że od tamtego
czasu byli "białym małżeństwem". Jaga nie zastanawiała się czy miał w związku z tym jakieś romanse -
nawet jeśli miał to był na tyle dyskretny, że ona nic o tym nie wiedziała.
Jaga nigdy więcej nie widziała się z Bogdanem, nie korespondowała też z nim, nigdy nie rozmawiała ze
swymi ówczesnymi znajomymi na jego temat. Nie wie nawet czy on jeszcze żyje.
Swoje małżeństwo Jaga określa w ten sposób - "razem zle i bez siebie niedobrze".
Dziwne lustro wisi teraz na ścianie w pokoju Jagi. Często zasiada przed nim i czeka na to, co w nim
zobaczy.
Ale lustro jakoś odmawia współpracy - wciąż widać w nim tylko starą, zmęczoną kobietę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)