niedziela, 4 sierpnia 2013

Pięć dni z życia - dzień drugi

Dzień drugi
Pogoda nad morzem była fatalna i Teresa miała serdecznie dość tych wakacji. Dzieciaki
nudziły się zgodnie ze słowami piosenki "w czasie deszczu dzieci się nudzą". Teresa już
zupełnie nie miała pomysłu na zagospodarowanie im czasu, zwłaszcza, że nadmorska
mieścina nie przewidziała w swej infrastrukturze całkowitego braku pogody.
Teresa wysłuchawszy kolejnej prognozy pogody przewidującej nadal deszcz i  zimno,
postanowiła wrócić do domu dwa dni wcześniej. Pomyślała, że te ostatnie dwa dni
urlopu wykorzysta w domu na porządki, pranie, zakupy. Żadna to wprawdzie atrakcja,
ale rzecz potrzebna.
Jak pomyślała tak i zrobiła. Bagaż i dzieciaki zapakowała do samochodu i wyruszyła do
domu. Podróż minęła szybko, był środek tygodnia i ruch na szosie  nie był duży.
Na miejsce dotarła około godziny trzynastej. Zaparkowała pod  domem, dzieciom dała
klucze od mieszkania, a sama zaczęła wyciągać walizki.
Obładowana niczym juczna mulica ruszyła  do domu. Gdy dotarła na "swoje" piętro
zobaczyła, że drzwi od jej mieszkania są otwarte, a dzieci są  gdzieś w głębi.
Postawiła  walizki, zamknęła drzwi  i ruszyła w stronę sypialni. Widok, który ujrzała
pozostał jej przed oczami na wiele, wiele lat. W uchylonych drzwiach sypialni stały
dzieci i wpatrywały się w jej wnętrze. A tam, na jej małżeńskim  łożu, jej mąż kopulował
z jakąś kobietą, która miała długie, bardzo ciemne włosy.
Teresa wydała z siebie jakiś nieartykułowany dzwięk, zagarnęła dzieci, zatrzasnęła drzwi
i tak jak stała wypadła z mieszkania - bez torebki, dokumentów, kluczy, pieniędzy.
Jej okrzyk sprawił , że wiarołomny mąż się ocknął i wyskoczył z pokoju. Za drzwiami
natknął się na zapłakane dzieciaki, walizki i torebkę żony.
Następnym razem zobaczył swą żonę dopiero na sprawie rozwodowej, w kilka lat pózniej.
Jedna myśl i jej realizacja  zmieniły całkowicie życie  Teresy i jej dzieci.

sobota, 3 sierpnia 2013

Pięć dni z życia

Jestem dziwnie pewna, że każdy człowiek ma w swym życiorysie dni, które nadały
kierunek jego przyszłym dniom. I nie mam tu na myśli tak dramatycznych chwil jak
śmierć kliniczna lub sam fakt naszych narodzin.
Czasami, jeśli się nad tym nie zastanowimy to nawet nie wiemy, że takie dni  były w
naszym  życiu .
                                              ****
Dzień pierwszy.
Dorota siedziała przed lustrem wpatrując się uważnie we własne odbicie, Z dezaprobatą
spoglądała na swe włosy, które były mieszanką włosów rodziców- kolor nijaki, czyli
polski blond, cienkie i niezbyt gęste po tacie oraz proste jak druty po mamie.
Reszta twarzy też nie wzbudzała jej entuzjazmu  - małe oczy, zbyt blisko osadzone, kolor
też bliżej nieokreślony, ni to szare ni zielone, spory nos. Usta - no w zasadzie były niezłe,
cenione zwłaszcza przez pewnego młodzieńca.
Dota, bo tak ją wołały koleżanki, wstała i dokładnie obejrzała swą sylwetkę w lustrze.
Po ostatnim pobycie w szpitalu wyraznie schudła - sukienka wręcz na niej wisiała. Ale
była nawet z tego zadowolona, bo figura prezentowała się w lustrze  bardzo dobrze.
Szkoda tylko, że nogi w kostkach ani odrobinę nie zrobiły się cieńsze. Matka ma  takie
nogi, pomyślała z niechęcią.
Dorotko! śniadanie na stole- usłyszała głos ciotki. Podniosła się z krzesła i pomału
poczłapała do kuchni. Rana pooperacyjna jeszcze się nie zagoiła całkowicie, chodząc
miała wrażenie, że zawartość brzucha wyleci poprzez niezagojone miejsce na podłogę.
Podtrzymywała to miejsce jedną ręką - był to odruch  znacznie silniejszy od zdrowego
rozsądku i zapewnień lekarza, że nic nie wyleci, bo w środku wszystko zrośnięte, a ona
ma "zwykłe uczulenie" na nierozpuszczalne szwy i stąd rana się nie goi.
Z powodu niezagojonej rany nadal nie chodziła do szkoły, a była w klasie maturalnej.
Na samą myśl o maturze Dota dostawała dreszczy. Nie lubiła szkoły, nauka nie była jej
ulubionym zajęciem, a zwłaszcza przedmioty ścisłe. Miała ogromne braki ze szkoły
podstawowej, które zamiast znikać,  pogłębiały się. Ale w domu nikt nie wpadł na myśl
by coś z tym fantem zrobić. Zresztą nie wiadomo kto miał o tym pomyśleć  - rodzice
byli rozwiedzeni i bardzo zajęci sobą. Ojciec miał już drugą rodzinę i mieszkał w innym
mieście, matka mieszkała z pewnym panem, z którym usiłowała ułożyć sobie życie, a Dota
 wylądowała u dalekiej kuzynki swej matki. Ciotka również była po rozwodzie i wcale nie
dążyła do następnego małżeństwa. Nie czuła się samotna odkąd zamieszkała u niej Dota.
W kuchni, obok szklanki herbaty i kanapek stało pudełko w kolorowym papierze ,
ozdobione wielką kokardą. Ciotka chwyciła Dotę w objęcia, wycałowała życząc
jej wszystkiego najlepszego z okazji urodzin i pokazując na pudełko dodała- a to ode mnie.
Dota pomału zaczęła otwierać pudełko. Przecięła sznurek, by nie rozwiązywać kokardy,
chciała ją zachować. Z natury była sentymentalną osóbką.
W pudełku była kartka, na niej życzenia z okazji osiemnastych urodzin. Pod spodem leżała
koperta,  a w niej książeczka PKO z kilkoma tysiącami złotych na koncie.
Książeczka była wystawiona  na Dotę, pieniądze można było z niej wybierać na hasło.
Pod kopertą leżało płaskie pudełko ze skórzanym wieczkiem, a w środku był srebrny
naszyjnik, bransoletka i pierścionek.  Dota była bardzo wzruszona i jednocześnie zachwycona.
Natychmiast wystroiła się w komplet biżuterii, poczłapała do najbliższego lustra by ponapawać
się własnym widokiem i dopiero potem zabrała się za śniadanie.
Dorotko, pomożesz mi ucierać ciasto?- zapytała ciotka. Z pewnością dziś pod wieczór
wpadnie twoja mama, więc trzeba coś upiec. Dota zerknęła na ciotkę i wyszeptała - mam
nadzieję, że sama, bez tego  swego amanta. Ciotka nic nie odpowiedziała, ale Dota wiedziała,
że ciotce też się ten pan nie podoba.
Ciasto wyszło pięknie, tym razem prodiż grzał równo, polewa czekoladowa rozłożyła się
 równomiernie, wisienki z domowych konfitur  ozdobiły wierzch i ciasto wyglądało niemal
jak prawdziwy tort. Tyle tylko, że nikt w tym domu nie lubił tortów.
Wieczorem przyszła matka Doty. Wyglądała na dość zmęczoną i skwaszoną. Wyściskała
córkę, wręczyła prezent, którym była najprawdziwsza "mała czarna",  a więc  sukienka dla
dorosłych kobiet. Razem zjadły kolację, a po niej ciasto imitujące tort.
Gdy na stole pozostało już tylko ciasto i bakalie, które uwielbiała Dota, matka zapaliła
papierosa i spoza zasłony dymu rozpoczęła swe expose z okazji urodzin.
Matka zapewniła Dotę, że bardzo ją kocha i wyraziła nadzieję,że oczywiście z wzajemnością.
Że wobec prawa Dota jest pełnoletnia co daje jej pewne przywileje, ale jednocześnie nakłada
obowiązek podejmowania przemyślanych decyzji dotyczących jej życia i że ona, matka, od tej
chwili przestaje nią kierować - niech Dota sama wybiera swą drogę życiową. Nikt jej nic
nie bedzie zabraniał ani zakazywał, jeśli jej decyzje będą zgodne z prawem i ogólnie przyjętymi
zasadami współżycia społecznego. Oczywiście  nadal może mieszkać u ciotki, lub przeprowadzić
się do niej. Ona i ojciec nadal będą łożyć na jej utrzymanie, dopóki będzie się uczyć...
W pokoju zaległa dziwna cisza - niemal było słychać krążenie  krwi w żyłach trzech kobiet.
Po chwili Dota  zapytała: czy ty to mówisz poważnie czy to jakaś podpucha?
Matka zapewniła ją, że mówi jak najbardziej poważnie- przecież właśnie Dota od dziś jest
pełnoletnia. A jeśli przez te 18 lat nie udało się jej włożyć do głowy córki życiowej mądrości-
to trudno, ale nic na to nie poradzi. Albo materia tak oporna, albo ona beztalencie pedagogiczne.
Gdy przed północą  matka się z nimi żegnała, Dota powiedziała - nie wrócę w tym roku już do
szkoły. I jeszcze nie jestem pewna, czy kiedykolwiek tam wrócę. Zacznę pracować.
Matka Doty wyszła bez słowa. Chyba nie takiej decyzji córki się spodziewała.
A Dota  dopiero w kilka lat pózniej zrozumiała, że ten dzień w dużym stopniu wpłynął na jej życie.

sobota, 27 lipca 2013

Dziwne

Ocknął się w jasno oświetlonej sali. Zupełnie nie mógł pojąć gdzie jest. Czuł, że unosi
się w powietrzu, pod sufitem. Przeraził się, że zaraz spadnie z hukiem na podłogę.
Zupełnie zdesperowany zerknął w dół  -zobaczył kilka osób w zielonych fartuchach,
skupionych nad jakimś stołem. Nie mógł zbyt dokładnie  zobaczyć nad czym się
pochylają i co robią, bo  widok zasłaniała mu duża lampa.
Bał się poruszyć, by jednak nie zlecieć na dół, ale gdy tylko pomyślał,że byłoby dobrze
przesunąć się nieco w bok i trochę niżej- natychmiast tak się stało.
O rany, przecież to sala operacyjna - pomyślał wielce zdumiony. Co ja tu robię? Skąd
się tu wziąłem? I kto tam leży na stole? Ojej, ile ma rurek podłączonych!
Zawisł tuż nad pochylonymi nad leżącym człowiekiem  lekarzami.
Spojrzał na twarz leżącego na stole i  czym prędzej odleciał z powrotem pod sufit.
Na stole leżał  ktoś o jego twarzy. Był bardzo blady, w ustach tkwiła jakaś rura,  z boku
szyi było krwawe rozcięcie i jeden z lekarzy coś z tego rozcięcia wyciągał, a może coś
w nie wkładał. Na klatce piersiowej było mnóstwo małych elektrod, podłączonych do
jakiegoś urządzenia, które wydawało cichutkie piski a na ekranie ukazywały się różne
wykresy.
Na widok krwi zrobiło mu się słabo, był pewien, że zaraz zleci lekarzom na głowy.
W tym momencie przy stole zrobił się ruch i jemu, leżącemu na stole, lekarze przyłożyli
elektrody do klatki piersiowej, rozległ się trzask  a leżące na stole ciało podskoczyło lekko
do góry.
Po chwili powtórzono tę czynność, a on poczuł, że spada w dół, wprost na to leżące na stole
ciało. Poczuł ból i jęknął.
Wrócił   -  powiedział anastezjolog. Kończcie, drugi raz może się nie udać.
Lekarze gorączkowo wzięli się do pracy.  Po jakimś  czasie poczuł, że znów jest w górze.
I znów lekarze podłączyli defibrylator, ale serce tym razem definitywnie odmówiło
współpracy.
Tkwił pod sufitem, zupełnie nie wiedząc co ma ze sobą zrobić.
Z obojętnością spoglądał na swe niedawne ciało, które teraz doprowadzano "do porządku"-
zaszyto rozcięcia, odłączono wszystkie rurki,  ciało owinięto dwoma prześcieradłami,
opatrzono kartką z imieniem i nazwiskiem oraz godziną zgonu. Towarzyszył sam sobie aż
do kostnicy.
Wiedział już, że nie żyje, ale nadal nie wiedział co było przyczyną jego śmierci i co ma
teraz ze sobą zrobić.
Przycupnął w rogu sufitu i zapadł chyba w drzemkę.
Obudziło go potrząsanie za ramię. Otworzył oczy, ale nikogo nie  zobaczył, choć czuł
dotknięcie.
Co jest?- pomyślał z lekka spanikowany.
 No rusz się -usłyszał tuż obok siebie głos  - czekają na  ciebie.
Kto, gdzie czekają? W niebie?
No chyba z Księżyca spadłeś - odpowiedział niewidoczny głos. W jakim niebie?
W resetowni  na ciebie czekają. Daj rękę, poprowadzę cię.
Nie pożegnałem się z nikim, pewnie im przykro z tego powodu -poskarżył się cichutko.
Tak zawsze jest, gdy się odchodzi nagle, nie ty jeden jesteś w takiej sytuacji. No chodz,
lecimy bo już pózno.
Po dość długim locie, gdy już Ziemia wyglądała jak mała niebieska piłka, wlecieli w
gęstą mgłę.
W tej mgle nagle otwarły się przed nimi drzwi z grubego, mlecznego szkła.
W środku było chyba  pełno takich jak on - ludzi? dusz?energii? Nikogo wprawdzie nie
widział, ale czuł, że korytarz jest pełen.
Idz  za innymi - powiedział do niego ten, który go tu sprowadził. I nie bój się, to nie boli.
Przed zresetowaniem będziesz miał kilka chwil radości i różnych wzruszeń.  No to cześć!
Szedł wolno przed siebie wzdłuż mlecznych ścian, aż  wszedł do jakiejś sali. Była to
bardzo duża sala.
Wzdłuż ścian  stały fotele, przy każdym z nich stał jakiś mleczny cień. Poczuł, że ktoś go
chwyta za ramię i sadza na fotelu.
Na głowę założono mu kask , w którego wnętrzu było mnóstwo maleńkich elektrod.
Siedział kompletnie zdezorientowany , czując mrowienie pod kaskiem.
A teraz uważaj - przypatrz się dobrze. Zobaczysz całe swoje życie, od ostatniego dnia życia
do pierwszego.
Zapamiętaj dobrze to wszystko, co zle zrobiłeś, byś nie popełniał więcej takich błędów.
I przed jego oczami zaczął się przesuwać film - dzień po dniu, tak jak każdy z nich przeżył.
Na zmianę śmiał się i płakał, a często było mu zwyczajnie wstyd, że robił takie rzeczy, które
innym sprawiały kłopot lub ból. Gdy projekcja dobiegła końca poczuł, że kask mu zdjęto,
a on już nie czuje by miał ręce, nogi, tułów. I nic nie pamiętał.
Czuł się tak szczęśliwy jak w chwili, gdy przyszedł na świat.
W kilka godzin pózniej zagniezdził się w miękkim , cichym i bezpiecznym miejscu,
by po dziewięciu  miesiącach ponownie wrócić na  świat.

sobota, 25 maja 2013

Po prostu życie - cz.VII

Chyba większość  kobiet w  odmiennym stanie przeżywa huśtawkę nastrojów. Jakby na to nie
spojrzeć cały organizm bierze udział w hodowli małego człowieczka.
Kobiece hormony wariują, a w rytm ich działania zmieniają się myśli i nastroje, nie mówiąc już
o smakach i apetytach na dziwne rzeczy.
Lilka, jak już wiecie, była bardzo wrażliwą osobą. Od chwili wyjazdu z domu rodzinnego cały
czas bardzo tęskniła za mamą , bratem,  kuzynkami. Za tymi chwilami, gdy wszyscy spotykali
się w wielkiej, wspólnej kuchni, za wspólnie szykowanymi miejscowymi przysmakami, wesołymi
posiadami przy blinach. Wspominała rzewnie nawet zupę rybną, za którą wtedy nie przepadała.
A najbardziej brakowało jej tego rodzinnego ciepła i serdeczności, które dawały poczucie
bezpieczeństwa.
Z przykrością zauważyła,  że polskie kobiety wcale nie są dla siebie serdeczne. Rozumiała,
że jest tu "obca",  więc i traktowana bardziej oficjalnie, ale nie zauważyła, by polskie kobiety
pomagały sobie wzajemnie. Podobnie jak i  Rosjanki nie miały łatwego życia - praca , dom,
dzieci, zakupy. To na głowach kobiet były sprawy domu, mężczyzni się takimi sprawami
 nie zajmowali.
Dziwiło ją jeszcze coś - większość Polaków chodziła do Kościoła. Naiwnie spodziewała się,
że skoro jest to kraj tak bardzo katolicki, to ci wszyscy chodzący regularnie do kościoła,
słuchający co niedzielę nauk głoszonych z ambony, będą choć trochę dla bliznich milsi, bardziej
wrażliwi na krzywdę, która się dzieje obok.
Lilka nie potrafiła przejść obojętnie obok staruszki, która z trudem dzwigała ciężką od zakupów
siatkę,  w szkole, gdy zauważyła, że jedna z dziewcząt nigdy nie jada drugich śniadań, zaraz się
tym zainteresowała.Zorganizowała akcje pomocy dla uczennic z rodzin gorzej sytuowanych.
Co dziwniejsze, nie zyskała wcale poklasku reszty ciała pedagogicznego - za plecami
okrzyknięto  ją  "nawiedzoną społecznicą".
Niezbyt udany dowcip Wacława sprawił, że Lilka jeszcze bardziej zaczęła tęsknić za matką
i rodziną, coraz mocniej zaczęła odczuwać swój brak "umocowania w rodzinie".
Postanowiła, że napisze podanie o bezpłatny urlop i w ostatnim miesiącu ciąży pojedzie do
matki- tam urodzi dziecko i spędzi przysługujący jej urlop macierzyński.
Wacław się nieco na to krzywił, ale z drugiej strony miał teraz w biurze okres reorganizacji,
często musiał znacznie dłużej pracować, przynosił do domu teczkę pełną papierów  i do
póznej nocy nad nimi ślęczał.
I choć zapewniał Lilkę trzy razy dziennie , że cieszy się z tego, że zostanie ojcem, Lilka wcale
nie była pewna, że tak jest naprawdę.
Ona sama z lękiem myślała o tym, jak sobie poradzi z maleństwem w tym mikroskopijnym
mieszkaniu.  O tym, by przestała pracować i zajęła się tylko wychowywaniem dziecka raczej
mogła zapomnieć -  nie utrzymaliby się z jednej pensji Wacka.
Podanie Lilki dyrekcja rozpatrzyła pozytywnie. I pewnego lutowego wieczoru Wacek odwiózł
Lilkę na dworzec i usadowił w pociągu jadącym do Moskwy. I choć była to podróż długa i
męcząca, Lilka była w radosnym nastroju - wreszcie miała zobaczyć mamę i resztę rodziny.
W przedziale miała starszą Rosjankę, która z miejsca zaczęła się Lilką opiekować. Dopilnowała,
by Lilka koniecznie zjadła coś przed zaśnięciem, kazała konduktorowi przynieść koniecznie
zapasowy koc, by przypadkiem Lilka nie zmarzła w nocy.
c.d.n.

czwartek, 23 maja 2013

Po prostu życie- cz.VI

Ten wieczór Lilka spędzała sama. Wacek wyjechał w delegację służbową, miał wrócić za 2 dni.
Bardzo nie lubiła takich samotnych wieczorów - nie mieli telefonu, choć ich podanie o przyznanie
im numeru już bardzo długo leżało w Urzędzie Telekomunikacji. Wacek dołączył do niego krótkie
pismo ze swojej instytucji, popierające jego podanie. Ale takich pisemek popierających wnioski
petentów było sporo i na nikim nie robiły już najmniejszego wrażenia.
Lilka zrobiła sobie herbatę i wyciągnęła z domowych zapasów malutki słoiczek z konfiturą z róży.
Dostała kilka takich malutkich słoiczków od starej ciotki Wacka.
Staruszka czuła wielką sympatię do Lilki i ilekroć się spotykały, zawsze miała dla niej jakiś drobny
prezent. Na powitanie, gdy pierwszy raz pojechali do cioci Eweliny, staruszka dała Lilce bardzo
ładny komplet starej biżuterii - bransoletkę, pierścionek i broszkę. Były to turkusy oprawione
w srebro. Ciocia Ewelina twierdziła, że dostała to kiedyś od swego  ojca a teraz postanowiła,
że będzie to własnością Lilki. Poprosiła też, by Lilka koniecznie zachowała tę biżuterię dla swego
przyszłego dziecka.A jeśli nie będzie miała córki a tylko syna, to przekaże to swej synowej lub
wnuczce.
Popijając herbatę i delektując się konfiturą Lilka wyciągnęła z pudełka ten komplet. Patrzyła
z rozrzewnieniem na pięknie rzezbione srebro- było go bardzo dużo i każda z tych ozdób
była bardzo ciężka.  Pierścionek i bransoletka  były dla Lilki za duże, ale jubiler, którego
prosiła o zmniejszenie obwodów nie chciał tego zrobić, twierdząc, że przy tym zabiegu można
łatwo uszkodzić oprawę. Wg niego była to biżuteria  o charakterze zabytkowym i z całą
pewnością pochodziła z Bliskiego Wschodu.
Wacek się trochę z niej podśmiewał, że została właścicielką klejnotów rodowych niewiadomego
pochodzenia.
Oglądając i zachwycając się,  zwłaszcza bransoletką, Lilka myślała jednocześnie o tym, że
rośnie w niej nowe życie. Ciekawe  - chłopiec czy dziewczynka? Czy będzie to dziecko obdarzone
jakimś specjalnym talentem? Może będzie miało po swym dziadku piękny głos? A może zdolności
manualne po babci? A może będzie miało talent pisarski i napisze to wszystko, czego nie napisała
Lilka? Rozpatrując te wszystkie możliwości Lilka brała pod uwagę tylko swoją najbliższą rodzinę-
tak jakby Wacek i jego rodzina nie istnieli. Nie było w tym nic dziwnego, jedyną osobą, która
zaakceptowała Lilkę była stara ciotka Wacława,  ze strony jego ojca, Ewelina.
Rano Lilka postanowiła zjeść tylko kawałek chleba z wędliną, nie robić nic na ciepło, żeby nie
powtórzyły się mdłości z poprzedniego poranka.
Nie mogła się wprost doczekać powrotu Wacka z delegacji. Postanowiła, że wyjdzie po niego na
dworzec.
Prawdę mówiąc Wacek się  bardziej zdziwił, niż ucieszył,  gdy ją zobaczył na dworcu. Nie był
zadowolony z wyników swej podróży, spodziewał się, że załatwi więcej spraw i miał głowę
nabitą służbowymi sprawami.
Lilka,widząc, że  mąż jest raczej w kiepskim nastroju postanowiła, że nowinę przekaże mu
następnego dnia.
Ale po kolacji, gdy już szli spać nie wytrzymała i zaczęła płakać.
A gdy się Wacek zaczął wypytywać co się stało, zanosząc się od  szlochu powiedziała, że jest
w ciąży.
"A z kim, kochanie? Jeśli ze mną, to wszystko w porządku"- zażartował dziwacznie.
W mniemaniu Wacka, jego odzywka była bardzo zabawna, ale Lilka nie dostrzegła w niej nic
zabawnego.
c.d.n.

sobota, 18 maja 2013

Po prostu życie - cz.V

Lilka dobrze pamięta ten dzień  - właśnie wrzuciła na patelnię jajka, by zrobić śniadanie, gdy nagle
żołądek podleciał jej do gardła i musiała ruszyć biegiem do toalety. Wróciła blada i roztrzęsiona ale
gdy podeszła do kuchenki i spojrzała na zawartość patelni, żołądek znów usiłował zmienić swą
lokalizację.
Wymordowana torsjami, głodna i pewna, że to jest zatrucie pokarmowe, pojechała do pracy.
Jej wygląd nieco zaniepokoił koleżanki z jej pokoju, a jedna z nich wyraziła przypuszczenie, że to
może wcale nie jest zatrucie pokarmowe a po prostu ciąża. Bo gdyby się czymś zatruła, to już w nocy miałaby pierwsze objawy niedyspozycji, no a atak mdłości na widok jajecznicy to z pewnością nie ma
nic wspólnego z zatruciem.
Perspektywa ciąży wcale a wcale nie ucieszyła Lilki. Jeszcze podczas studiów  wieczorowych zmieniła
pracę, odeszła ze szkoły i została przyjęta do jednej z central handlu zagranicznego.
Bardzo się jej dobrze tu pracowało, zarabiała znacznie lepiej i nie bez znaczenia był fakt, że po pracy
nie musiała dzwigać do domu  uczniowskich zeszytów ani poprawiać klasówek czy też prac domowych.
W szkole dość szybko zrozumiała, że naucza języka, którego niemal nikt nie chciał się dobrowolnie
uczyć. Jej najlepsza uczennica, która zawsze najlepiej pisała i mówiła po rosyjsku powiedziała jej
w jakimś przypływie szczerości, że ona uczy się  tego języka dlatego, że należy znać język swych
wrogów i że z tego powodu chodzi również na poza szkolny kurs niemieckiego.
Wybierając taki, a nie inny kierunek studiów, Lilka wcale nie planowała pracy w szkolnictwie. Miała
 bardzo ambitne plany zostania pisarką lub dziennikarką. I może, gdyby na jej drodze nie stanął
Wacław, marzenia te spełniłyby się.
W ciągu dnia pracy Lilka wypiła tylko gorzką herbatę, torsje się nie powtórzyły, więc Lilka doszła
do wniosku, że to jednak zatrucie.
Ale słowa koleżanki, o ewentualnej ciąży krążyły gdzieś z tyłu jej głowy i nie dawały spokoju.
W drodze do domu mijała Spółdzielnię Lekarską i postanowiła wstąpić, by zapisać się do
specjalisty. Okazało się, że lekarz może ją przyjąć nawet zaraz. Nie  namyślając się długo Lilka
zdecydowała się na wizytę, tym bardziej że można było przed wizytą skorzystać z łazienki.
Bo kiedyś Spółdzielnie Lekarskie bywały nawet dość eleganckie, myślano również o tych
pacjentkach, które musiały tu przyjść "z marszu".
Tej wizyty Lilka z pewnością nie zapomni do końca swych dni. W gabinecie  był lekarz i młoda
pielęgniarka. Pielęgniarka zaprowadziła ją do łazienki obdarzając przy okazji jakimś wielkim
zwojem czegoś w rodzaju ligniny, prosząc by owinęła się tym jak spódnicą, gdy już będzie
gotowa do badania. A lekarz - no cóż- 190 cm wzrostu, ciemnowłosy, jasnooki, ciemna oprawa
oczu i rzęsy długie i gęste- wprost niesamowite. I taki piękny chłopak ogląda kobiety głównie
z odwrotnej perspektywy - pomyślała Lilka.
Na szczęście lekarz był nie tylko urodziwy ale i  kompetentny zawodowo a do tego delikatny
i taktowny. Po chwili Lilka zupełnie zapomniała, że ogląda ją bardzo przystojny mężczyzna, jego
płeć przestała być istotna.
Wg niego Lilka była najprawdopodobniej w 7 tygodniu ciąży. Bardzo długo wypytywał ją
o przebyte dotąd choroby, warunki życia, sposób odżywiania a nawet o stosunki rodzinne.
Zmieszanie i skrępowanie Lilki gdzieś odpłynęło, co jakiś czas lekarz prosił pielęgniarkę by
pewne rzeczy zapisała w karcie Lilki. Po skończonym  wywiadzie pielęgniarka objęła Lilkę
serdecznie i odprowadziła do łazienki, by się ubrała.
Lilką targały dwa uczucia - radość i wielki niepokój. Nie była jeszcze przygotowana na
macierzyństwo - nie wyobrażała sobie  dziecka w tym mikroskopijnym mieszkaniu, a blok
zakładowy, w którym mieli obiecane mieszkanie miał tzw. "poślizg", nie było wiadomo kiedy
zostanie oddany do użytku. Poza tym nie chciała rzucać pracy, a jednocześnie nie chciała oddać
dziecka do żłobka.
I taka pełna sprzecznych uczuć dotarła do domu.
c.d.n.

wtorek, 14 maja 2013

Po prostu życie - cz.IV

Lilka  nic nie powiedziała mężowi o tym, co ją spotkało ze strony teściowej.
Pomyślała,  że działanie pod wpływem impulsu nie jest dobre. Jednocześnie zaczęła naciskać
Wacka, by jak najszybciej pozałatwiać wszystkie formalności,by mogła wyrobić sobie dowód
osobisty, by wreszcie mogła poszukać dla siebie pracy. Z jednej pensji nie mieli cienia szansy
na wynajęcia jakiegoś pokoju.
Był koniec lat pięćdzieiątych ub. wieku i choć naprawdę w stolicy wybudowano już bardzo wiele
nowych domów, głód mieszkaniowy nadal był potężny. Nie było to nic dziwnego -wystarczy sobie
uświadomić, że w chwili wyzwolenia Warszawa była jednym, wielkim morzem ruin.
Wynajęcie samodzielnego mieszkania w ogóle nie wchodziło w grę - takich mieszkań po prostu nie
było. Można było jedynie szukać "pokoju przy rodzinie". Miało się wtedy własny pokój, można było
w pewnym wymiarze korzystać z kuchni ( najczęściej bez gotowania  obiadów), łazienka i wc były
oczywiście wspólne. Czynsz za wynajem nie był niski, obejmował zazwyczaj zawyżony koszt
mediów. Do tego bardzo niechętnie wynajmowano pokoje młodym małżeństwom, najczęściej
zaznaczając na samym początku rozmowy, że "mowy nie ma o dzieciach - możecie państwo
mieszkać tylko do chwili rozwiązania".
Z dokumentami Lilki nie było większych problemów, a w kuratorium ucieszyli się, że będą mieli
"prawdziwą rusycystkę". Od nowego roku szkolnego miała podjąć pracę w jednym z liceów.
Ten czas, który pozostał do września, Lilka przeznaczyła na intensywną naukę języka polskiego.
Najwięcej kłopotu sprawiała jej polska ortografia. Spędzała wiele czasu w bibliotece uniwersyteckiej,
gdzie miała dobre warunki do pracy. Gdy Wacław kończył swą pracę przychodził po nią, razem szli do najbliższego baru mlecznego na obiad, potem  podmiejską kolejką wracali do domu.
W sierpniu Lilka zaczęła pracę w szkole. Trochę była stremowana na pierwszym spotkaniu kadry
nauczycielskiej. Czuła na sobie lustrujące spojrzenia swych przyszłych koleżanek.
Liceum było żeńskie i być może dlatego w obsadzie nauczycielskiej było zaledwie dwóch mężczyzn-
jeden był w wieku przedemerytalnym i uczył matematyki, drugi za to młody, przystojny i prowadził
zajęcia z Przysposobienia Wojskowego. W ogóle przeważały nauczycielki w wieku średnim,
z całą pewnością dobrze powyżej czterdziestki. Bez wątpienia Lilka była najmłodsza, kilka lat od
niej starsza była jedna z polonistek, chemiczka i anglistka.
Pierwsza lekcja przyprawiła Lilkę o lekki smutek. Opowiedziała dziewczętom krótko o sobie,
o tym, że jest  dzieckiem Polki i Rosjanina, że urodziła się we Lwowie,  że wtedy było to polskie
miasto i że wojna sprawiła, że choć urodzona w Polsce ma obywatelstwo ZSRR.
A potem zapytała się, czy któraś z panienek lubi może język rosyjski.
W klasie zaległa głucha cisza a twarze dziewcząt wyrażały zdumienie - jak można lubić rosyjski?
Lilka odebrała te ciszę bardzo osobiście, a prawda wyglądała tak, że gdyby zadać takie  pytanie
dotyczące każdego innego przedmiotu, sytuacja wyglądałaby tak samo.
Lilka bardzo starała się by dziewczyny polubiły ten język. Nie była zachwycona podręcznikiem
do rosyjskiego - czytanki były raczej nudnawe, więc wymyśliła, że będzie prowadziła na lekcji
scenki rodzajowe- pierwszą taką lekcją była wizyta u fryzjera. Śmiechu było co niemiara, bo
zakres znanych panienkom słówek rosyjskich nie był zbyt duży.
Na koniec każdej lekcji Lilka podawała dziewczynom temat następnej scenki, prosiła by
wynalazły w słowniku słowa, których użycie będzie niezbędne na lekcji.
Dziewczęta polubiły Lilkę i nawet ten rosyjski już nie był takim złym przedmiotem.
Wyszła na wierzch stara prawda - lubisz nauczyciela - polubisz przedmiot , którego uczy.
W pazdzierniku firma, w której pracował Wacław , a która gwarantowała mu zakładowe mieszkanie, wreszcie zaczęła się wywiązywać ze swych zobowiązań.
Nie było to wprawdzie samodzielne mieszkanie, ale kawalerka w wielorodzinnej willi. Był to miły,
słoneczny pokój z dużą wnęką kuchenną. Była też mikroskopijna łazienka, a raczej wc, w którym
znajdowała się umywalka. No i była bieżąca woda- zimna i ciepła. Duża łazienka z porządną wanną
była wspólna. Ale i tak warunki były znacznie lepsze niż w "chatce  Baby Jagi".
Matka Wacława była wielce obrażona, że młodzi wyprowadzają się - głównym zmartwieniem było
"co ludzie powiedzą? pomyślą, że  was wygnałam".  Lilka nic na to nie powiedziała, bo i po co?
Wacek popatrzył na matkę i powiedział : "a może przyjdzie komuś na myśl, że trudno mieszkać
w takich warunkach w sześć osób; ojciec przeputał pieniądze, które dostał ze spadku na dom i to
nie ty nas wygnałaś a lekkomyślność ojca".
W nowym domu Lilka odżyła. Postanowiła zrobić dodatkowy fakultet by z czasem zmienić pracę
na lepiej płatną. Złożyła dokumenty na studia wieczorowe do SGPiS na handel zagraniczny.
W ciągu trzech lat zrobiła studia i tuż przed obroną magisterki zorientowała się, że zostanie matką.
c.d.n