Nie tak sobie wyobrażał Tomek wizytę u wróżki. Spodziewał się ubranej na
kolorowo Cyganki, pokoju bez okien zawieszonego kotarami, stolika nakrytego
jakąś aksamitną lub jedwabną materią , drżącego płomyka świecy, stojącej na
podstawce szklanej kuli i drzemiącego czarnego kota.
Nic z tego - w pokoju dominowało duże biurko, na którym stały dwa drewniane
zamknięte pudełka, leżał jakiś notatnik i.....laptop.
Za biurkiem siedziała skromnie ubrana kobieta, w wieku zupełnie nie określonym.
Wyglądała tak zwyczajnie jak urzędniczka w jakimś biurze.
Tomkowi rzuciły się w oczy jej szczupłe ręce, na obu przegubach miała sporo
bransoletek, na palcach pierścienie- duże, z kamieniami bardzo ozdobnie
oprawionymi.
Z lekkim ociąganiem się i zapewne dość niepewną miną podszedł do biurka.
Kobieta uniosła się lekko ze swojego krzesła, gestem zapraszając go by usiadł
naprzeciw niej.
A jak pan ma na imię?- zapytała.
Tomek - odpowiedział, zastanawiając się czy i nazwisko musi podać.
"No tak - Tomasz- czyli niewierny Tomasz. Ale nie dlatego ,że zdradza ale że nie
wierzy. Nie wierzy, a jednak przyszedł do wróżki, więc sprawa pewnie
poważna" - powiedziała półgłosem.
Tomek uśmiechnął się, jego skrępowanie powoli mijało.
Czy zna pan swoją dokładną datę urodzenia, miejsce i godzinę z dokładnością do
piętnastu minut? Zajrzymy w pana horoskop a potem popytamy się kart. Pan będzie
zadawał pytania, ja będę rozkładała karty i powiem panu co one mówią.
Tomek podał swoje dane,oprócz dokładnej godziny narodzin, wiedział tylko, że był
to pózny wieczór.
Wróżka wklepała wszystkie dane do komputera, potem jeszcze coś tam wpisywała.
A może napije się pan dobrej herbaty? To chwilę jednak potrwa.
Tomek podziękował. Wróżka wstała, przeprosiła go na chwilę i zostawiła samego
w pokoju.
Miał straszną ochotę wyjść stąd, ale postanowił jednak zostać.
Po chwili wróżka wróciła ze szklanką herbaty, zerknęła w komputer i włączyła
drukarkę.
Drukarka trochę poskrzeczała i powarczała, potem wypluła kilka stron zapisanych
jakimiś kołami, w które były wrysowane kwadraty i przy każdej linii było pełno
cyferek.
No proszę, - powiedział Tomek z przekąsem-to teraz tak wygląda wróżenie?
Wróżka uśmiechnęła się łagodnie i wytłumaczyła, że to co wypluła z siebie drukarka
to nie jest żadna wróżba, ale układ planet w chwili jego przyjścia na świat i to jest jego
horoskop, a na jego podstawie ona opowie mu czego się o nim właśnie dowiedziała.
I zaczęła opowiadac Tomkowi o tym, jaki on jest, zapytała się jeszcze o datę urodzin
jego żony i na zakończenie powiedziała, że jego wizyta z całą pewnością jest związana
z kłopotami małżeńskimi.
Przy okazji doradziła, by się rozejrzał za zmianą pracy, bo w ciągu najbliższego
kwartału dostanie wymówienie, ale znajdzie pracę bardziej zgodną ze swoimi studiami
i zainteresowaniami, że wygląda na to, że będzie jakiś czas przebywał za granicą.
I że jego małżeństwo jest pod wpływem Saturna a to zle rokuje.
Tomek słuchał tego wszystkiego ze ściśniętym żołądkiem, zastanawiając się skąd
"ta baba" go zna. Był mocno zdziwiony, skąd ona tyle o nim wie- o jego charakterze,
sposobie rozwiązywania problemów, a nawet to, że kocha psy , ale własnego nie ma.
"A teraz proszę, by pan zadawał pytania dotyczące przyszłości. Wiem ,że pan nie wierzy,
by karty mogły dać jakąś odpowiedz, ale skoro już pan jest, to rozłóżmy karty".
Z jednego z pudełek wyjęła talię dziwnych kart i poprosiła o pytanie.
Tomek wpierw zapytał o swoje małżeństwo. Wróżka rozłożyła karty i zaczęła mówić:
"jesteście parą, którą nie potrafi ani być ze sobą razem ani oddzielnie ;kłócicie się ciągle,
prawda? nie umiecie się z sobą porozumieć, a jednocześnie żyć bez siebie nie możecie"
A kiedy będziemy mieli dziecko? - zapytał Tomek.
Wróżka ponownie rozłożyła karty. Popatrzyła uważnie na Tomka i powiedziała :
"przepraszam pewnie zadam panu ból, ale wy chyba straciliście małe dziecko.Tak mi to
wychodzi w kartach. Ale drugiego dziecka ja tu nie widzę".
Ponownie rozłożyła karty. Tomek wpatrywał się w nią intensywnie.
Kobieta popatrzyła na Tomka, wzięła go za rękę i powiedziała:
"Nie będziecie nigdy mieli dziecka, z jakiegoś powodu, zapewne ważnego, nie będziecie
mieli wspólnego dziecka. Każde z was w innym związku pewnie tak".
Zebrała delikatnie karty i włożyła je do pudełka.
Tomek siedział jak zamurowany. Wreszcie wydusił z siebie: "Czy pani mnie zna?
A może zna pani kogoś z mojej rodziny?"
Wróżka uśmiechnęła się i powiedziała- "teraz pana w jakimś sensie znam - znam pana
horoskop, znam pytania , które pana nurtują, wiem,że ma pan na imię Tomasz. Ale
tego nikt poza mną nie będzie wiedział, tajemnica zawodowa mnie obowiązuje".
Tomek wstał, a wtedy wróżka poprosiła, by jeszcze na moment usiadł. Bo ona, chce mu
coś powiedzieć- już nie jako wróżka, ale jako zwyczajna, doświadczona kobieta.
"To nie jest odosobniony przypadek, że dwoje zdrowych pod względem rozrodczym
ludzi nie może począć dziecka- być może, że są oboje nosicielami jakiegoś genu, dziś
jeszcze nie odkrytego, który spowodowałby jakąś ciężką chorobę dziecka. I w ten sposób
Natura chroni ludzi, by nie przychodziły na świat takie właśnie dzieci.
W krajach, gdzie metody in vitro są już od lat stosowane, plemniki i komórki jajowe są
badane pod względem genetycznym, by wykluczyć szkodliwe mutacje genowe, ale się
o tym głośno nie mówi".
Wręczyła Tomkowi wydruk jego horoskopu, odebrała honorarium i odprowadziła do
drzwi.
Tomek wyszedł jak ogłuszony. To było nieco za wiele - nikomu przecież nie mówił,
że idzie do wróżki, z nikim nie omawiał swych trosk związanych z brakiem dziecka,
nikomu nie żalił się, że Marta chwilami jest nie do wytrzymania. Więc skąd ona to
wszystko wiedziała?
Wyciągnął z kieszeni kartkę z wydrukiem horoskopu, dokładnie ją podarł i wrzucił
do mijanego kosza.
Postanowił, że te wizytę zachowa w tajemnicy przed Martą.
c.d.n.
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
sobota, 14 września 2013
piątek, 13 września 2013
Trudna miłość
Tomek odruchowo uskoczył w bok. No, zabiłaby mnie tym talerzem- pomyślał.
Spojrzał na Martę. Stała nadal z uniesioną ręką, spięta, z oczami pełnymi łez.
Bez słowa wyszedł do przedpokoju, wziął z wieszaka kurtkę i wyszedł, cicho
zamykając za sobą drzwi.
Do tego, że Marta w złości ciskała o podłogę tym, co akurat trzymała w ręce, już
się przyzwyczaił. Ale po raz pierwszy talerz poleciał w jego stronę.
Szedł szybko ze wzrokiem utkwionym w chodnik, wtargnął na jezdnię na czerwonym
świetle zmuszając kierowców do nagłego hamowania.
Kretyn!- usłyszał od kogoś stojącego na skraju chodnika.
Kretyn - niczym echo powtórzył Tomek w myśli. Kretyn, bo ciągle ją kocham i żyć
bez niej nie mogę.
Byli od dziesięciu lat małżeństwem. Kłótnie wybuchały właściwie od samego
początku. Marta bardzo łatwo wpadała w złość. Chwilami zachowywała się jak mały
rozkapryszony dzieciak. Gdy któregoś dnia nie mogła otworzyć słoika z dżemem to
grzmotnęła nim o podłogę. Tak gwałtownego zetknięcia z podłożem słoik nie
wytrzymał, a jego zawartość rozprysnęła się po podłodze i frontach stojących szafek.
W dziesięć minut pózniej Marta sprzątała kuchnię z lekka pochlipując.
Tomek wciąż się zastanawiał co go trzyma przy Marcie. Wrócił myślami do dnia,
w którym ją zobaczył po raz pierwszy.
Był maj, piękna pogoda i piknik integracyjny dla kilku oddziałów firmy, w której
pracował.
Na tarasie restauracji urządzono parkiet i spora część młodych ludzi podrygiwała w rytm
muzyki. Starsi pracownicy okupowali stoliki sącząc piwo , żując warkoczyki ostrego
sera lub smażonego na smalcu chleba.
Tomek nie za bardzo lubił tańczyć, piwa nie pił, bo chciał się wieczorem zerwać z tego
integracyjnego spędu i nie bardzo wiedząc co ma ze sobą począć, stał w pobliżu tarasu
patrząc się na tańczących. W pewnej chwili jego wzrok padł na niewysoką, szczuplutką
blondynkę w krótkiej białej sukience z golfem. Stała przodem do Tomka, tyłem do swego
partnera i kołysała do rytmu biodrami. Chyba jej gorąco w tym golfie- pomyślał Tomek.
Nieznajoma doskonale widziała, że Tomek wlepia w nią oczy i puściła do niego oko.
Tomek należał raczej do nieśmiałych facetów i trochę się zmieszał. I nagle, ta mała
blondynka podeszła do niego, chwyciła za rękę i wciągnęła na parkiet.
Jestem Marta, a ty?
Tomek P.- grzecznie przedstawił się Tomek, przebierając nogami do rytmu. Pierwszy raz
w życiu poczuł się idiotycznie. Marta odwróciła głowę do chłopaka, który stał za nią i
powiedziała: "no to już możesz iść, dziękuję za towarzystwo".
"Ty chyba nie przepadasz za tańcem" ni to stwierdziła ni to spytała Marta. Nim Tomek
zdążył odpowiedzieć chwyciła go za rękę i pociągnęła do kawiarni.
I wtedy Tomek zobaczył, że ta dziwna, intrygująca go dziewczyna z tyłu jest goła - a tak
dokładnie to z tyłu był na górze golfowy kołnierz, poniżej niego gołe plecy poprzecinane
cienkimi sznureczkami, zakończenie tyłu kreacji stanowiła krótka spódniczka. A to wszystko
było osadzone na bardzo zgrabnych nogach obutych w niebotycznej wysokości szpilki.
W całym swym trzydziestoletnim życiu Tomek jeszcze nie był tuż obok tak dziwnie a
jednocześnie tak ponętnie odzianej dziewczyny. Jej obecność wyraznie mu działała na
zmysły - z trudem utrzymywał ręce z dala od niej. Zamówili kawę i Tomek powiedział, że
za godzinę lub dwie wraca do miasta. Marta uśmiechnęła się i zapytała, czy w takim
razie może się z nim zabrać. Umówili się za godzinę na parkingu. Gdy zjawiła się tam
w zupełnie normalnym stroju, czyli spodniach i zwykłej bluzce, Tomek niemal jej nie poznał.
Do dziś nie wie jak wtedy dojechał do miasta bez wypadku. Siedząca obok Marta podniecała
go niesamowicie. Zaproponował, by wpadli do niego na krótko, on tylko wyprowadzi psa,
da mu jedzenie i gdzieś się razem wybiorą.
Nigdzie się nie wybrali - wyprowadzili sunię, Tomek dał jej pełną miskę jedzenia i zupełnie niespodziewanie wylądował z Martą na kanapie. To była wariacka noc - nie znali się wcale,
ale oboje starali się odgadnąć pragnienie partnera i je zaspokoić. Wariactwo i pełen luz - tak
Tomek myślał o ich pierwszej miłosnej nocy.
Rok pózniej wzięli ślub. Tomek miał trzydzieści dwa lata, Marta o dwa lata więcej. To był
dziwny związek - łączył ich chyba tylko seks.
Każde z nich miało zupełnie inne zainteresowania, słuchali zupełnie innej muzyki, lubili
zupełnie różne potrawy, inaczej spędzali czas wolny od pracy.
Półtora roku po ślubie Marta poroniła ośmiotygodniową ciążę. Była załamana i wściekła.
Nie pomagały zapewnienia Tomka, że to się każdemu może zdarzyć, że nadal ją kocha, że
przecież porobią Marcie wszystkie badania i odkryją co było przyczyną poronienia i że
przecież znów będą się starać o dziecko.
Marta doskonale wiedziała, że Tomek bardzo lubi dzieci, że marzy o własnym dziecku, że
ma z dziećmi świetny kontakt. Widziała jak Tomek bawi się ze swoją malutką siostrzenicą,
ile ma cierpliwości i delikatności w obcowaniu z dzieckiem i jak mała ciągle do niego się
wyrywa.
Porobiła wszystkie możliwe badania - nikt nie wiedział czemu nastąpiło poronienie. Jest
pani w 100% zdrową kobietą, proszę się uspokoić, z pewnością będzie pani miała dziecko,
zapewniali ją lekarze.
Ale czas mijał, a Marta nie zachodziła w ciążę. Wytworzyła się dziwna sytuacja - za ten stan
rzeczy winili się oboje. Tomek podejrzewał,że coś z nim nie jest w porządku, Marta winiła
siebie.
Tomek porobił wszystkie możliwe badania - wszystko było w najlepszym porządku.
Nie dowierzał, porobił wszystkie ponownie w innej klinice. Badania wypadły dobrze.
Postanowiono zastosować inseminację. Czterokrotna próba nie dała żadnego rezultatu.
Marta szalała z rozpaczy. Tomek robił kolejne badania, Marta odwiedzała gabinety medycyny
naturalnej,wydawała majątek na różne zabiegi uzdrawiające. Efekt zerowy, a czas mijał.
Pewnego dnia Tomek, niczym rozhisteryzowana kobieta, poszedł do wróżki. Sam nie wiedział
po co, bo nie wierzył ani w to, co mówią karty ani w horoskopy.
c.d.n.
Spojrzał na Martę. Stała nadal z uniesioną ręką, spięta, z oczami pełnymi łez.
Bez słowa wyszedł do przedpokoju, wziął z wieszaka kurtkę i wyszedł, cicho
zamykając za sobą drzwi.
Do tego, że Marta w złości ciskała o podłogę tym, co akurat trzymała w ręce, już
się przyzwyczaił. Ale po raz pierwszy talerz poleciał w jego stronę.
Szedł szybko ze wzrokiem utkwionym w chodnik, wtargnął na jezdnię na czerwonym
świetle zmuszając kierowców do nagłego hamowania.
Kretyn!- usłyszał od kogoś stojącego na skraju chodnika.
Kretyn - niczym echo powtórzył Tomek w myśli. Kretyn, bo ciągle ją kocham i żyć
bez niej nie mogę.
Byli od dziesięciu lat małżeństwem. Kłótnie wybuchały właściwie od samego
początku. Marta bardzo łatwo wpadała w złość. Chwilami zachowywała się jak mały
rozkapryszony dzieciak. Gdy któregoś dnia nie mogła otworzyć słoika z dżemem to
grzmotnęła nim o podłogę. Tak gwałtownego zetknięcia z podłożem słoik nie
wytrzymał, a jego zawartość rozprysnęła się po podłodze i frontach stojących szafek.
W dziesięć minut pózniej Marta sprzątała kuchnię z lekka pochlipując.
Tomek wciąż się zastanawiał co go trzyma przy Marcie. Wrócił myślami do dnia,
w którym ją zobaczył po raz pierwszy.
Był maj, piękna pogoda i piknik integracyjny dla kilku oddziałów firmy, w której
pracował.
Na tarasie restauracji urządzono parkiet i spora część młodych ludzi podrygiwała w rytm
muzyki. Starsi pracownicy okupowali stoliki sącząc piwo , żując warkoczyki ostrego
sera lub smażonego na smalcu chleba.
Tomek nie za bardzo lubił tańczyć, piwa nie pił, bo chciał się wieczorem zerwać z tego
integracyjnego spędu i nie bardzo wiedząc co ma ze sobą począć, stał w pobliżu tarasu
patrząc się na tańczących. W pewnej chwili jego wzrok padł na niewysoką, szczuplutką
blondynkę w krótkiej białej sukience z golfem. Stała przodem do Tomka, tyłem do swego
partnera i kołysała do rytmu biodrami. Chyba jej gorąco w tym golfie- pomyślał Tomek.
Nieznajoma doskonale widziała, że Tomek wlepia w nią oczy i puściła do niego oko.
Tomek należał raczej do nieśmiałych facetów i trochę się zmieszał. I nagle, ta mała
blondynka podeszła do niego, chwyciła za rękę i wciągnęła na parkiet.
Jestem Marta, a ty?
Tomek P.- grzecznie przedstawił się Tomek, przebierając nogami do rytmu. Pierwszy raz
w życiu poczuł się idiotycznie. Marta odwróciła głowę do chłopaka, który stał za nią i
powiedziała: "no to już możesz iść, dziękuję za towarzystwo".
"Ty chyba nie przepadasz za tańcem" ni to stwierdziła ni to spytała Marta. Nim Tomek
zdążył odpowiedzieć chwyciła go za rękę i pociągnęła do kawiarni.
I wtedy Tomek zobaczył, że ta dziwna, intrygująca go dziewczyna z tyłu jest goła - a tak
dokładnie to z tyłu był na górze golfowy kołnierz, poniżej niego gołe plecy poprzecinane
cienkimi sznureczkami, zakończenie tyłu kreacji stanowiła krótka spódniczka. A to wszystko
było osadzone na bardzo zgrabnych nogach obutych w niebotycznej wysokości szpilki.
W całym swym trzydziestoletnim życiu Tomek jeszcze nie był tuż obok tak dziwnie a
jednocześnie tak ponętnie odzianej dziewczyny. Jej obecność wyraznie mu działała na
zmysły - z trudem utrzymywał ręce z dala od niej. Zamówili kawę i Tomek powiedział, że
za godzinę lub dwie wraca do miasta. Marta uśmiechnęła się i zapytała, czy w takim
razie może się z nim zabrać. Umówili się za godzinę na parkingu. Gdy zjawiła się tam
w zupełnie normalnym stroju, czyli spodniach i zwykłej bluzce, Tomek niemal jej nie poznał.
Do dziś nie wie jak wtedy dojechał do miasta bez wypadku. Siedząca obok Marta podniecała
go niesamowicie. Zaproponował, by wpadli do niego na krótko, on tylko wyprowadzi psa,
da mu jedzenie i gdzieś się razem wybiorą.
Nigdzie się nie wybrali - wyprowadzili sunię, Tomek dał jej pełną miskę jedzenia i zupełnie niespodziewanie wylądował z Martą na kanapie. To była wariacka noc - nie znali się wcale,
ale oboje starali się odgadnąć pragnienie partnera i je zaspokoić. Wariactwo i pełen luz - tak
Tomek myślał o ich pierwszej miłosnej nocy.
Rok pózniej wzięli ślub. Tomek miał trzydzieści dwa lata, Marta o dwa lata więcej. To był
dziwny związek - łączył ich chyba tylko seks.
Każde z nich miało zupełnie inne zainteresowania, słuchali zupełnie innej muzyki, lubili
zupełnie różne potrawy, inaczej spędzali czas wolny od pracy.
Półtora roku po ślubie Marta poroniła ośmiotygodniową ciążę. Była załamana i wściekła.
Nie pomagały zapewnienia Tomka, że to się każdemu może zdarzyć, że nadal ją kocha, że
przecież porobią Marcie wszystkie badania i odkryją co było przyczyną poronienia i że
przecież znów będą się starać o dziecko.
Marta doskonale wiedziała, że Tomek bardzo lubi dzieci, że marzy o własnym dziecku, że
ma z dziećmi świetny kontakt. Widziała jak Tomek bawi się ze swoją malutką siostrzenicą,
ile ma cierpliwości i delikatności w obcowaniu z dzieckiem i jak mała ciągle do niego się
wyrywa.
Porobiła wszystkie możliwe badania - nikt nie wiedział czemu nastąpiło poronienie. Jest
pani w 100% zdrową kobietą, proszę się uspokoić, z pewnością będzie pani miała dziecko,
zapewniali ją lekarze.
Ale czas mijał, a Marta nie zachodziła w ciążę. Wytworzyła się dziwna sytuacja - za ten stan
rzeczy winili się oboje. Tomek podejrzewał,że coś z nim nie jest w porządku, Marta winiła
siebie.
Tomek porobił wszystkie możliwe badania - wszystko było w najlepszym porządku.
Nie dowierzał, porobił wszystkie ponownie w innej klinice. Badania wypadły dobrze.
Postanowiono zastosować inseminację. Czterokrotna próba nie dała żadnego rezultatu.
Marta szalała z rozpaczy. Tomek robił kolejne badania, Marta odwiedzała gabinety medycyny
naturalnej,wydawała majątek na różne zabiegi uzdrawiające. Efekt zerowy, a czas mijał.
Pewnego dnia Tomek, niczym rozhisteryzowana kobieta, poszedł do wróżki. Sam nie wiedział
po co, bo nie wierzył ani w to, co mówią karty ani w horoskopy.
c.d.n.
sobota, 7 września 2013
Święta Celina - cz.IX
Nie wiem czemu, ale odkąd "poszłam na swoje" wiecznie byłam pod kreską czasową-
dni uciekały jak szalone, wiecznie miałam za mało czasu, ciągle jakieś zaległości
w pracach domowych i życiu towarzyskim.
Byłam już tak tym wszystkim skołowana, że nawet nie dotarło do mnie, że już od dawna
nie telefonowała do mnie Celina. Przyznam się, że nie tęskniłam do spotkania z nią, bo
wcale nie byłam napalona na udzielanie jej porad.
Właśnie kończyłam dławienie się śniadaniem, które jadłam stojąc przy szafie pancernej,
w której jednocześnie układałam dokumenty, gdy otworzyły się drzwi i w nich
zobaczyłam...Marka. Był z jednym z naszych branżystów. Na szczęście moja koleżanka
widząc, że jeszcze jem, przejęła ich pod swoje skrzydła. Marek najwyrazniej w świecie
chciał wyjechać na kontrakt za granicę.
Panowie otrzymali potrzebne dokumenty, podziękowali i wyszli. A ja nie dałam po sobie
poznać, że znam Marka.
Zaczęłam się tylko zastanawiać, czy Celina o tym wie. W dwa dni pózniej zadzwoniła
Celina, prosząc o spotkanie. Jak zwykle spotkałyśmy się po pracy.
Zaraz po przywitaniu Celina spojrzała na mnie z wyrzutem i zaraz zaczęła mnie
strofować, że nawet nie odezwałam się do Marka. Wytłumaczyłam jej spokojnie, że
Marek przyszedł nie do mnie, ale do działu, w którym pracuję, a interesantów obsługuje
ta z pracownic, która akurat jest wolna. Ja byłam zajęta aż dwiema czynnościami więc
trudno bym wszystko rzuciła i pognała załatwiać sprawy Marka dlatego bo go znam.
No a jeżeli bardzo im zależało bym to ja wydała mu papiery, to trzeba było wcześniej
zadzwonić, że przyjdzie. Pocieszyłam ją tylko,że od teraz to on będzie częstym gościem
i w naszej Centrali i w dziale, w którym pracuję.
Celina chwilę jeszcze pomilczała, wreszcie jakoś przebolała, że Marka potraktowałam
jak każdego innego interesanta i nie doczekawszy się mojego pytania z gatunku
"a co u Ciebie ?" zaczęła oowiadać, że Marek podjął decyzję o wyjezdzie z dwóch
powodów- mieszkanie, w którym mieszkali nie było jego, ale jego kuzyna, który je
"wypożyczył " Markowi, a teraz wrócił z b.długiego kontraktu z zagranicy. Kontraktu
już nie udało się przedłużyć, więc oni będą musieli się wyprowadzić.
Kuzyn podsunął Markowi pomysł, by on postarał się o podpisanie kontraktu o pracę
za granicą. Wprawdzie każdy płacił spory haracz naszemu państwu, ale i tak
"wychodził na swoje finansowo"; poza tym ściągnąłby do siebie Celinę, przez czas
trwania kontraktu mieliby gdzie mieszkać, a w międzyczasie pewnie będzie już ich
mieszkanie wybudowane. Poza tym zarobione dewizy pozwolą na zakup spółdzielczego
mieszkania własnościowego, które z reguły można było szybciej otrzymać.
Drugim powodem były jego stosunki z byłą żoną - ona nadal utrudniała jego kontakt
z dzieckiem, więc kuzyn bywały w świecie wymyślił, że ona pewnie nie będzie robiła
Markowi kłopotów w kwestii wyjazdu, o ile dostanie zabezpieczenie finansowe.
Poza tym pan psycholog z AA uważał, że taka całkowita zmiana otoczenia i oddalenie
problemu związanego z synkiem, z całą pewnością wpłynie na Marka pozytywnie.
Upewniłam się tylko, czy Celina zdaje sobie sprawę, że pojadą do "dzikiego" kraju,
gdzie klimat nie za bardzo służy europejskim kobietom, że musi liczyć się z tym, że
będzie bez pracy, bo nie wiadomo, czy jej się uda gdzieś zatrudnić, że stosunki pomiędzy
Polakami przebywającymi na kontraktach są wredne, że pełno jest donosów i plotek,
które obrzydzają codzienność.
Nie pytałam co dalej z jej ewentualną ciążą, odniosłam bowiem wrażenie, że sprawa
zeszła na plan dalszy.
Załatwianie wszelkich spraw związanych z kontraktem trwało niemal rok. Była żona
początkowo nie chciała wyrazić zgody na wyjazd Marka. Z pomocą znów przyszedł
kuzyn Marka, który przejął jego obowiązki alimentacyjne,a była żona łaskawie wyraziła
zgodę na jego osobę jako płatnika. Gdy wreszcie podpisała zgodę , Marek mógł
otrzymać paszport na wyjazd i przejść cały dość skomplikowany cykl szczepień
ochronnych.
Celina dość dzielnie zniosła wyjazd Marka - na szczęście kontrahent stosunkowo szybko
przysłał dla niej bilet. Najwięcej problemu było z mieniem przesiedleńczym- firma
specjalizująca się w tej dziedzinie uważała, że do jej obowiązków należy tylko i jedynie
poinformowanie klienta jakiej wielkości musi być bagaż i w co zapakowany, na kiedy
i na jaki statek dostarczony - sobie pozostawili tylko wystawienie faktury.
Biedna Celina uszarpała się setnie z całym ich wyposażeniem domowym - musiała
znalezć ludzi do wykonania skrzyń, znalezć tragarzy, transport do Gdyni.
I pewnego pięknego dnia odprowadziłam Celinę na lotnisko - leciała przez Rzym do
Ghany.
Po dwóch latach pobytu Markowi przedłużono kontrakt o następne dwa lata, Celinie
udało się załapać pracę w jakiejś francuskiej firmie.
Wiadomości przesyłała mi poprzez powracających lub przyjeżdżających na urlop
do Polski specjalistów.
Gdy minęły następne dwa lata kontraktu Celina mi napisała, że oni już nie wrócą do
Polski. Markowi udało się załatwić sobie prywatny kontrakt w jakiejś innej firmie,
a po jego zakończeniu oni wyemigrują do Kanady, mają już promesę wizy
I rzeczywiście tak zrobili. W Kanadzie, po dość intensywnym leczeniu Celina
urodziła blizniaki, pareczkę.
Jak pamiętacie kuzyn Marka przejął jego obowiazki alimentacyjne- z czasem
zaprzyjaznił się z byłą żoną Marka i zaczął być u niej częstym gościem.
Zabierał ją i dziecko na jakieś imprezy plenerowe aż doszedł do wniosku, że jest to
kobieta w sam raz dla niego.
Napisał do Marka, że skoro już przejął jego obowiązki alimentacyjne, to będzie
prościej gdy przejmie również dziecko i jego byłą żonę.
Marek nie miał nic przeciwko temu. Trochę się to wydawało Celinie dziwne, ale
wtedy Marek przyznał się, że jego ostatni wyskok alkoholowy miał związek z tym,
że jego"była" powiedziała, że wie na 100%, że dziecko nie jest jego, bo ona jest
pewna, że dziecko urodziło się miesiąc wcześniej niż powinno, a wcale nie było pod
względem medycznym wcześniakiem. Pewnie był efektem ubocznym pożegnania
z poprzednim chłopakiem.
Marek był pod ręką, zresztą wolała Marka, więc gdy się zorientowała, że jest w ciąży-
wyszła za Marka.
Celina z Markiem nadal mieszkają w Kanadzie, choć czasami zastanawiają się nad
zamieszkaniem w Europie, gdzieś w cieplejszym klimacie.
Ale wtedy byliby daleko od dzieci, które nie wyobrażają sobie opuszczenia Kanady.
Jak widzicie, życie pisze bardzo dziwne scenariusze.
dni uciekały jak szalone, wiecznie miałam za mało czasu, ciągle jakieś zaległości
w pracach domowych i życiu towarzyskim.
Byłam już tak tym wszystkim skołowana, że nawet nie dotarło do mnie, że już od dawna
nie telefonowała do mnie Celina. Przyznam się, że nie tęskniłam do spotkania z nią, bo
wcale nie byłam napalona na udzielanie jej porad.
Właśnie kończyłam dławienie się śniadaniem, które jadłam stojąc przy szafie pancernej,
w której jednocześnie układałam dokumenty, gdy otworzyły się drzwi i w nich
zobaczyłam...Marka. Był z jednym z naszych branżystów. Na szczęście moja koleżanka
widząc, że jeszcze jem, przejęła ich pod swoje skrzydła. Marek najwyrazniej w świecie
chciał wyjechać na kontrakt za granicę.
Panowie otrzymali potrzebne dokumenty, podziękowali i wyszli. A ja nie dałam po sobie
poznać, że znam Marka.
Zaczęłam się tylko zastanawiać, czy Celina o tym wie. W dwa dni pózniej zadzwoniła
Celina, prosząc o spotkanie. Jak zwykle spotkałyśmy się po pracy.
Zaraz po przywitaniu Celina spojrzała na mnie z wyrzutem i zaraz zaczęła mnie
strofować, że nawet nie odezwałam się do Marka. Wytłumaczyłam jej spokojnie, że
Marek przyszedł nie do mnie, ale do działu, w którym pracuję, a interesantów obsługuje
ta z pracownic, która akurat jest wolna. Ja byłam zajęta aż dwiema czynnościami więc
trudno bym wszystko rzuciła i pognała załatwiać sprawy Marka dlatego bo go znam.
No a jeżeli bardzo im zależało bym to ja wydała mu papiery, to trzeba było wcześniej
zadzwonić, że przyjdzie. Pocieszyłam ją tylko,że od teraz to on będzie częstym gościem
i w naszej Centrali i w dziale, w którym pracuję.
Celina chwilę jeszcze pomilczała, wreszcie jakoś przebolała, że Marka potraktowałam
jak każdego innego interesanta i nie doczekawszy się mojego pytania z gatunku
"a co u Ciebie ?" zaczęła oowiadać, że Marek podjął decyzję o wyjezdzie z dwóch
powodów- mieszkanie, w którym mieszkali nie było jego, ale jego kuzyna, który je
"wypożyczył " Markowi, a teraz wrócił z b.długiego kontraktu z zagranicy. Kontraktu
już nie udało się przedłużyć, więc oni będą musieli się wyprowadzić.
Kuzyn podsunął Markowi pomysł, by on postarał się o podpisanie kontraktu o pracę
za granicą. Wprawdzie każdy płacił spory haracz naszemu państwu, ale i tak
"wychodził na swoje finansowo"; poza tym ściągnąłby do siebie Celinę, przez czas
trwania kontraktu mieliby gdzie mieszkać, a w międzyczasie pewnie będzie już ich
mieszkanie wybudowane. Poza tym zarobione dewizy pozwolą na zakup spółdzielczego
mieszkania własnościowego, które z reguły można było szybciej otrzymać.
Drugim powodem były jego stosunki z byłą żoną - ona nadal utrudniała jego kontakt
z dzieckiem, więc kuzyn bywały w świecie wymyślił, że ona pewnie nie będzie robiła
Markowi kłopotów w kwestii wyjazdu, o ile dostanie zabezpieczenie finansowe.
Poza tym pan psycholog z AA uważał, że taka całkowita zmiana otoczenia i oddalenie
problemu związanego z synkiem, z całą pewnością wpłynie na Marka pozytywnie.
Upewniłam się tylko, czy Celina zdaje sobie sprawę, że pojadą do "dzikiego" kraju,
gdzie klimat nie za bardzo służy europejskim kobietom, że musi liczyć się z tym, że
będzie bez pracy, bo nie wiadomo, czy jej się uda gdzieś zatrudnić, że stosunki pomiędzy
Polakami przebywającymi na kontraktach są wredne, że pełno jest donosów i plotek,
które obrzydzają codzienność.
Nie pytałam co dalej z jej ewentualną ciążą, odniosłam bowiem wrażenie, że sprawa
zeszła na plan dalszy.
Załatwianie wszelkich spraw związanych z kontraktem trwało niemal rok. Była żona
początkowo nie chciała wyrazić zgody na wyjazd Marka. Z pomocą znów przyszedł
kuzyn Marka, który przejął jego obowiązki alimentacyjne,a była żona łaskawie wyraziła
zgodę na jego osobę jako płatnika. Gdy wreszcie podpisała zgodę , Marek mógł
otrzymać paszport na wyjazd i przejść cały dość skomplikowany cykl szczepień
ochronnych.
Celina dość dzielnie zniosła wyjazd Marka - na szczęście kontrahent stosunkowo szybko
przysłał dla niej bilet. Najwięcej problemu było z mieniem przesiedleńczym- firma
specjalizująca się w tej dziedzinie uważała, że do jej obowiązków należy tylko i jedynie
poinformowanie klienta jakiej wielkości musi być bagaż i w co zapakowany, na kiedy
i na jaki statek dostarczony - sobie pozostawili tylko wystawienie faktury.
Biedna Celina uszarpała się setnie z całym ich wyposażeniem domowym - musiała
znalezć ludzi do wykonania skrzyń, znalezć tragarzy, transport do Gdyni.
I pewnego pięknego dnia odprowadziłam Celinę na lotnisko - leciała przez Rzym do
Ghany.
Po dwóch latach pobytu Markowi przedłużono kontrakt o następne dwa lata, Celinie
udało się załapać pracę w jakiejś francuskiej firmie.
Wiadomości przesyłała mi poprzez powracających lub przyjeżdżających na urlop
do Polski specjalistów.
Gdy minęły następne dwa lata kontraktu Celina mi napisała, że oni już nie wrócą do
Polski. Markowi udało się załatwić sobie prywatny kontrakt w jakiejś innej firmie,
a po jego zakończeniu oni wyemigrują do Kanady, mają już promesę wizy
I rzeczywiście tak zrobili. W Kanadzie, po dość intensywnym leczeniu Celina
urodziła blizniaki, pareczkę.
Jak pamiętacie kuzyn Marka przejął jego obowiazki alimentacyjne- z czasem
zaprzyjaznił się z byłą żoną Marka i zaczął być u niej częstym gościem.
Zabierał ją i dziecko na jakieś imprezy plenerowe aż doszedł do wniosku, że jest to
kobieta w sam raz dla niego.
Napisał do Marka, że skoro już przejął jego obowiązki alimentacyjne, to będzie
prościej gdy przejmie również dziecko i jego byłą żonę.
Marek nie miał nic przeciwko temu. Trochę się to wydawało Celinie dziwne, ale
wtedy Marek przyznał się, że jego ostatni wyskok alkoholowy miał związek z tym,
że jego"była" powiedziała, że wie na 100%, że dziecko nie jest jego, bo ona jest
pewna, że dziecko urodziło się miesiąc wcześniej niż powinno, a wcale nie było pod
względem medycznym wcześniakiem. Pewnie był efektem ubocznym pożegnania
z poprzednim chłopakiem.
Marek był pod ręką, zresztą wolała Marka, więc gdy się zorientowała, że jest w ciąży-
wyszła za Marka.
Celina z Markiem nadal mieszkają w Kanadzie, choć czasami zastanawiają się nad
zamieszkaniem w Europie, gdzieś w cieplejszym klimacie.
Ale wtedy byliby daleko od dzieci, które nie wyobrażają sobie opuszczenia Kanady.
Jak widzicie, życie pisze bardzo dziwne scenariusze.
środa, 4 września 2013
Świeta Celina- cz.VIII
Minęły chyba ze dwa miesiące gdy znów do mnie zadzwoniła Celina. Znów było to spotkanie
"teraz -zaraz", czyli zamiast do domu musiałam iść na spotkanie z Celiną.
Marek poprzedniego dnia wrócił do domu wyraznie "pod wpływem" procentów.
Nie awanturował się, właściwie cały czas milczał, szybko zniknął w sypialni i na tym się
dzień zakończył. Tego dnia rano wybrał się tylko do lekarza, a Celina ewakuowała się z domu
do pracy w czasie jego nieobecności. A teraz, nie wiedząc co ma robić, postanowiła się
poradzić mnie.Wierzcie mi, nie byłam z tego powodu szczęśliwa i choć mi było jej żal,
to uderzyłam nieco poniżej pasa mówiąc, że przecież widziały gały co brały.
A jeśli już była na tyle głupia, że wiedząc o jego nałogu wyszła za niego, to powinna była
się do tego przygotować, mieć opracowaną całą strategię postępowania z nałogowcem.
Zawsze uważałam i nadal uważam, że pomiędzy wielką dobrocią a głupotą jest bardzo
cienka linia i bardzo łatwo ją przekroczyć.
Często kierowani "dobrym sercem" pomagamy komuś, kto na to zupełnie nie zasługuje a tylko
nas wykorzystuje.
Ja naprawdę nie wiedziałam, co ona ma w tym przypadku zrobić - bo ja z całą pewnością
nie związałabym się z kimś, o kim wiedziałabym, że pije.
Na jej pytanie "co teraz mam zrobić" odpowiedziałam, że powinna skontaktować się
z najbliższym klubem AA i tam prosić o radę. Podobno mieli tam różne grupy wsparcia,
spotkania z psychologami i tp. atrakcje.
A gdy Mareczek będzie już trzezwy i całkowicie pełny świadomości, to niech mu powie, że
nie będzie dziecka, jeśli on będzie popijał, nawet tylko trochę.
Nie musi mu robić awantury, ale spokojniutko może przecież mu to powiedzieć. Bo każdy
krzyk jest objawem bezsilności i bezradności. To co się powie cichym głosem, bez histerii,
znacznie większe robi wrażenie i bardziej w umysł delikwenta zapada.
Za dwa dni zatelefonowała do mnie, że ma spotkanie z psychologiem w klubie AA.
Pochwaliłam dziewczynę i przez kilka tygodni był spokój.
Po tych porannych mierzeniach temperatury wyszło Celinie, że ma niewydolność ciałka
żółtego, ale na szczęście można to było poprawić przyjmując odpowiedni lek. No niestety
lek był drogi i chyba nie zawsze w 100% pomagał. Bo mogło i tak być, że nie tylko "słabe"
ciałko żółte było winowajcą. I znów padło pytanie "co ma zrobić - brać te tabletki czy nie?
Spokojnie wytłumaczyłam dziewczynie, że ja nie znam odpowiedzi na jej pytanie bo:
to nie ja mam chęć na dziecko, to nie ja mam męża alkoholika, a sprawa posiadania lub nie
dziecka jest sprawą obojga kandydatów na rodziców. To ona i Marek muszą wspólnie
podjąć decyzję czy ona ma się poddać leczeniu czy też nie. Niech się razem nad tym
zastanowią , nie muszą decyzji podejmować natychmiast, ale muszą ją podjąć razem.
Prawdę mówiąc nie bardzo mogłam pojąć, że w tak prostych w gruncie rzeczy sprawach
Celina ciągle potrzebuje porady. Byłam przyzwyczajona do wielkiej samodzielności działania
i z chwilą wyjścia z domu wszystkie decyzje podejmowałam sama lub z mężem.
I bardzo nie lubiłam, gdy ktoś z rodziny udzielał mi tzw. "dobrych rad". Z czasem dotarło
do wszystkich, że jestem taka Zosia-samosia i miałam spokój.
c.d.n.
"teraz -zaraz", czyli zamiast do domu musiałam iść na spotkanie z Celiną.
Marek poprzedniego dnia wrócił do domu wyraznie "pod wpływem" procentów.
Nie awanturował się, właściwie cały czas milczał, szybko zniknął w sypialni i na tym się
dzień zakończył. Tego dnia rano wybrał się tylko do lekarza, a Celina ewakuowała się z domu
do pracy w czasie jego nieobecności. A teraz, nie wiedząc co ma robić, postanowiła się
poradzić mnie.Wierzcie mi, nie byłam z tego powodu szczęśliwa i choć mi było jej żal,
to uderzyłam nieco poniżej pasa mówiąc, że przecież widziały gały co brały.
A jeśli już była na tyle głupia, że wiedząc o jego nałogu wyszła za niego, to powinna była
się do tego przygotować, mieć opracowaną całą strategię postępowania z nałogowcem.
Zawsze uważałam i nadal uważam, że pomiędzy wielką dobrocią a głupotą jest bardzo
cienka linia i bardzo łatwo ją przekroczyć.
Często kierowani "dobrym sercem" pomagamy komuś, kto na to zupełnie nie zasługuje a tylko
nas wykorzystuje.
Ja naprawdę nie wiedziałam, co ona ma w tym przypadku zrobić - bo ja z całą pewnością
nie związałabym się z kimś, o kim wiedziałabym, że pije.
Na jej pytanie "co teraz mam zrobić" odpowiedziałam, że powinna skontaktować się
z najbliższym klubem AA i tam prosić o radę. Podobno mieli tam różne grupy wsparcia,
spotkania z psychologami i tp. atrakcje.
A gdy Mareczek będzie już trzezwy i całkowicie pełny świadomości, to niech mu powie, że
nie będzie dziecka, jeśli on będzie popijał, nawet tylko trochę.
Nie musi mu robić awantury, ale spokojniutko może przecież mu to powiedzieć. Bo każdy
krzyk jest objawem bezsilności i bezradności. To co się powie cichym głosem, bez histerii,
znacznie większe robi wrażenie i bardziej w umysł delikwenta zapada.
Za dwa dni zatelefonowała do mnie, że ma spotkanie z psychologiem w klubie AA.
Pochwaliłam dziewczynę i przez kilka tygodni był spokój.
Po tych porannych mierzeniach temperatury wyszło Celinie, że ma niewydolność ciałka
żółtego, ale na szczęście można to było poprawić przyjmując odpowiedni lek. No niestety
lek był drogi i chyba nie zawsze w 100% pomagał. Bo mogło i tak być, że nie tylko "słabe"
ciałko żółte było winowajcą. I znów padło pytanie "co ma zrobić - brać te tabletki czy nie?
Spokojnie wytłumaczyłam dziewczynie, że ja nie znam odpowiedzi na jej pytanie bo:
to nie ja mam chęć na dziecko, to nie ja mam męża alkoholika, a sprawa posiadania lub nie
dziecka jest sprawą obojga kandydatów na rodziców. To ona i Marek muszą wspólnie
podjąć decyzję czy ona ma się poddać leczeniu czy też nie. Niech się razem nad tym
zastanowią , nie muszą decyzji podejmować natychmiast, ale muszą ją podjąć razem.
Prawdę mówiąc nie bardzo mogłam pojąć, że w tak prostych w gruncie rzeczy sprawach
Celina ciągle potrzebuje porady. Byłam przyzwyczajona do wielkiej samodzielności działania
i z chwilą wyjścia z domu wszystkie decyzje podejmowałam sama lub z mężem.
I bardzo nie lubiłam, gdy ktoś z rodziny udzielał mi tzw. "dobrych rad". Z czasem dotarło
do wszystkich, że jestem taka Zosia-samosia i miałam spokój.
c.d.n.
poniedziałek, 2 września 2013
Święta Celina- cz.VII
Wpatrywałam się w Celinę i gorączkowo zastanawiałam się jak z tego wszystkiego
wybrnąć. Mogłam jej opowiedzieć o moim kuzynie (siostrzeńcu mojej babci),
który aktualnie marnował życie swoje i swej żony pijąc coraz więcej i częściej.
I o tym, że jedno z dzieci, poczęte w okresie, gdy on był po dłuższym ciągu alkoholowym,
ma duże trudności z nauką i o tym, jakie męki przechodziła jego żona gdy czekała na
jego powrót i jak za którymś razem został pobity ( z tego powodu stracił słuch w jednym
uchu) i okradziony. I o tym, jakim jest miłym, dobrym, mądrym i ciepłym człowiekiem
wtedy, gdy nie pije.
Co z tego, że był zdolny, bardzo dobrze wykształcony, miał tytuł doktora habilitowanego,
był profesorem zwyczajnym, był znany nie tylko w Polsce. I dobrze wiedział, że jest
alkoholikiem i nikt ani nic pomagało. Doszedł do etapu picia w samotności, "do lustra".
Mogłam to wszystko powiedzieć, a jednak nie powiedziałam. Bo to tylko słowa- moje
słowa przeciwko jej ślepej wierze, że miłość pokona wszystkie trudności, że jej uczucie
i troska i dziecko uleczą Marka.
Pomyślałam, że musi być okrutnie zdesperowana, skoro zadzwoniła do mnie, osoby która
nie była z nią zaprzyjazniona i prosi o to bym była świadkiem na jej ślubie.
I choć miałam chęć odmówić - nie odmówiłam ... Ślub miał być prawie za dwa miesiące,
wesela nie było w planach, więc nawet nie musiałam szykować sobie jakiejś okazjonalnej
kreacji.
Ślub był w jednym ze śródmiejskich USC - Celina wyglądała naprawdę ładnie - miała
zwiewną sukienkę w kolorze szmaragdowym, Marek był w jasno szarym garniturze.
Tworzyli bardzo ładną parę , ale mnie dręczyło na ile będzie to para szczęśliwa.
Po ślubie pomaszerowaliśmy dziarsko na wspólny obiad do "Bazyliszka" - na obiad bez
kropli alkoholu. Menu Celina ustaliła po konsultacji ze mną - to ja wymogłam na niej, by nie
podawać żadnego alkoholu - nawet powitalnego kieliszka szampana. Raptem było nas
wszystkich dziesięcioro, więc można było bez trudu rozmawiać, a świadek Marka okazał
się bardzo miłym człowiekiem a do tego "duszą towarzystwa" - opowiadał mnóstwo
dowcipów i wszyscy skręcaliśmy się ze śmiechu.
Następnego dnia rano nowożeńcy pojechali na dwutygodniowy urlop do....Bułgarii.
Życząc im wspaniałego pobytu szepnęłam Celinie - pamietaj, ani kropli jakiegokolwiek
alkoholu.
W trzy tygodnie pózniej zadzwoniła do mnie Celina i znów wybrałyśmy się na szybką
kawę. Była niesamowicie opalona, wyglądała na szczęśliwą. Marek faktycznie nie pił,
więc Celina wytknęła mi, że niepotrzebnie przewidywałam najgorsze, że mój wrodzony
pesymizm tym razem był zbyteczny.
Rozstałyśmy się, obiecując dzwonić do siebie. Celina wiedziała, że mam w pracy wieczny
młyn, a po pracy raczej konam ze zmęczenia niż z chęci spotkań towarzyskich.
Czas szybko mijał i następne spotkanie z Celiną miałam w trzy miesiące pózniej. Była
nieco spięta i smutna. Po pięciu minutach intensywnego mieszania kawy, nabrała
powietrza i wyrzuciła z siebie: "wciąż nie jestem w ciąży, może coś ze mną nie tak?
I to na pewno jest moja wina, bo przecież Marek ma dziecko".
Parsknęłam śmiechem. A skąd wiesz, że to na pewno jego dziecko? Czy wiesz, że
w Europie nawet 10% mężczyzn wychowuje nie swoje pod względem genetycznym dzieci
i nic o tym nie wiedzą? A poza tym to byłaś już u specjalisty? Co wiesz o sobie, swoich możliwościach rozrodczych? Zaburzeń jest wbrew pozorom sporo, choc nie zawsze je
widać na pierwszy rzut oka. Czasem trzeba porobić sporo badań by sprawdzić, czy
wszystko jest w porządku.
Celina spojrzała mi przepraszająco w oczy i spytała: "ty też masz takie kłopoty? Bo
przecież wciąż nie masz dziecka".
Fakt, nie miałam - z dwóch bardzo różnych powodów - socjalnych, tzn. nie mieliśmy
swojego własnego mieszkania, a potem okazało się, że ze względów zdrowotnych
przez minimum 4 lata nie mogę mieć dziecka. Okres karencji już wprawdzie minął,
mieszkanie mieliśmy odebrać "na dniach", ale mnie minęła chęć posiadania dziecka.
Celina patrzyła na mnie zdumiona. W jej oczach byłam zapewne dziwolągiem - jak
można nie chcieć dziecka?
Stanęło na tym, że dałam jej adres mojego prywatnego specjalisty oglądającego
kobiety z odwrotnej perspektywy.
Zadzwoniła za 3 tygodnie -lekarz kazał jej zacząć się martwić po upływie roku lub
nawet półtora. A tymczasem miała sobie mierzyć temperaturę, codziennie rano o
tej samej godzinie, przez trzy miesiące i wszystko pilnie zapisywać, a potem wyniki
mu przedstawić.
Paskudna jestem i byłam zawsze, bo pomyślałam - mam trzy miesiące spokoju od
problemów Celiny.
Ogromnie się pomyliłam.
c.d.n.
wybrnąć. Mogłam jej opowiedzieć o moim kuzynie (siostrzeńcu mojej babci),
który aktualnie marnował życie swoje i swej żony pijąc coraz więcej i częściej.
I o tym, że jedno z dzieci, poczęte w okresie, gdy on był po dłuższym ciągu alkoholowym,
ma duże trudności z nauką i o tym, jakie męki przechodziła jego żona gdy czekała na
jego powrót i jak za którymś razem został pobity ( z tego powodu stracił słuch w jednym
uchu) i okradziony. I o tym, jakim jest miłym, dobrym, mądrym i ciepłym człowiekiem
wtedy, gdy nie pije.
Co z tego, że był zdolny, bardzo dobrze wykształcony, miał tytuł doktora habilitowanego,
był profesorem zwyczajnym, był znany nie tylko w Polsce. I dobrze wiedział, że jest
alkoholikiem i nikt ani nic pomagało. Doszedł do etapu picia w samotności, "do lustra".
Mogłam to wszystko powiedzieć, a jednak nie powiedziałam. Bo to tylko słowa- moje
słowa przeciwko jej ślepej wierze, że miłość pokona wszystkie trudności, że jej uczucie
i troska i dziecko uleczą Marka.
Pomyślałam, że musi być okrutnie zdesperowana, skoro zadzwoniła do mnie, osoby która
nie była z nią zaprzyjazniona i prosi o to bym była świadkiem na jej ślubie.
I choć miałam chęć odmówić - nie odmówiłam ... Ślub miał być prawie za dwa miesiące,
wesela nie było w planach, więc nawet nie musiałam szykować sobie jakiejś okazjonalnej
kreacji.
Ślub był w jednym ze śródmiejskich USC - Celina wyglądała naprawdę ładnie - miała
zwiewną sukienkę w kolorze szmaragdowym, Marek był w jasno szarym garniturze.
Tworzyli bardzo ładną parę , ale mnie dręczyło na ile będzie to para szczęśliwa.
Po ślubie pomaszerowaliśmy dziarsko na wspólny obiad do "Bazyliszka" - na obiad bez
kropli alkoholu. Menu Celina ustaliła po konsultacji ze mną - to ja wymogłam na niej, by nie
podawać żadnego alkoholu - nawet powitalnego kieliszka szampana. Raptem było nas
wszystkich dziesięcioro, więc można było bez trudu rozmawiać, a świadek Marka okazał
się bardzo miłym człowiekiem a do tego "duszą towarzystwa" - opowiadał mnóstwo
dowcipów i wszyscy skręcaliśmy się ze śmiechu.
Następnego dnia rano nowożeńcy pojechali na dwutygodniowy urlop do....Bułgarii.
Życząc im wspaniałego pobytu szepnęłam Celinie - pamietaj, ani kropli jakiegokolwiek
alkoholu.
W trzy tygodnie pózniej zadzwoniła do mnie Celina i znów wybrałyśmy się na szybką
kawę. Była niesamowicie opalona, wyglądała na szczęśliwą. Marek faktycznie nie pił,
więc Celina wytknęła mi, że niepotrzebnie przewidywałam najgorsze, że mój wrodzony
pesymizm tym razem był zbyteczny.
Rozstałyśmy się, obiecując dzwonić do siebie. Celina wiedziała, że mam w pracy wieczny
młyn, a po pracy raczej konam ze zmęczenia niż z chęci spotkań towarzyskich.
Czas szybko mijał i następne spotkanie z Celiną miałam w trzy miesiące pózniej. Była
nieco spięta i smutna. Po pięciu minutach intensywnego mieszania kawy, nabrała
powietrza i wyrzuciła z siebie: "wciąż nie jestem w ciąży, może coś ze mną nie tak?
I to na pewno jest moja wina, bo przecież Marek ma dziecko".
Parsknęłam śmiechem. A skąd wiesz, że to na pewno jego dziecko? Czy wiesz, że
w Europie nawet 10% mężczyzn wychowuje nie swoje pod względem genetycznym dzieci
i nic o tym nie wiedzą? A poza tym to byłaś już u specjalisty? Co wiesz o sobie, swoich możliwościach rozrodczych? Zaburzeń jest wbrew pozorom sporo, choc nie zawsze je
widać na pierwszy rzut oka. Czasem trzeba porobić sporo badań by sprawdzić, czy
wszystko jest w porządku.
Celina spojrzała mi przepraszająco w oczy i spytała: "ty też masz takie kłopoty? Bo
przecież wciąż nie masz dziecka".
Fakt, nie miałam - z dwóch bardzo różnych powodów - socjalnych, tzn. nie mieliśmy
swojego własnego mieszkania, a potem okazało się, że ze względów zdrowotnych
przez minimum 4 lata nie mogę mieć dziecka. Okres karencji już wprawdzie minął,
mieszkanie mieliśmy odebrać "na dniach", ale mnie minęła chęć posiadania dziecka.
Celina patrzyła na mnie zdumiona. W jej oczach byłam zapewne dziwolągiem - jak
można nie chcieć dziecka?
Stanęło na tym, że dałam jej adres mojego prywatnego specjalisty oglądającego
kobiety z odwrotnej perspektywy.
Zadzwoniła za 3 tygodnie -lekarz kazał jej zacząć się martwić po upływie roku lub
nawet półtora. A tymczasem miała sobie mierzyć temperaturę, codziennie rano o
tej samej godzinie, przez trzy miesiące i wszystko pilnie zapisywać, a potem wyniki
mu przedstawić.
Paskudna jestem i byłam zawsze, bo pomyślałam - mam trzy miesiące spokoju od
problemów Celiny.
Ogromnie się pomyliłam.
c.d.n.
niedziela, 1 września 2013
Święta Celina- cz.VI
Im bliżej było do spotkania się z Celiną, tym większe zaciekawienie budziło ono
we mnie.
Bo co tu ukrywać - raczej trudno powiedzieć byśmy były zaprzyjaznione - ot po
prostu znajoma twarz z poprzedniej pracy, więc skąd ten pęd do spotkania ze mną?
Spotkałyśmy się tym razem w znacznie milszym lokalu - nie w kawiarni ale w
restauracji- byłyśmy obie bez obiadu, a poza tym w tej restauracji nie wolno było
palić, co było wtedy nawet miłym zaskoczeniem.
"Wiesz, wychodzę za mąż - spokojnym głosem oznajmiła mi Celina. I mam do ciebie
prośbę- czy mogłabyś zostać moim świadkiem?"
Niewiele brakowało a zakrztusiłabym się kartoflem. Nie dlatego, że ona wychodziła
za mąż, ten stan rzeczy nie był wtedy rzadkością, ale zaskoczyła mnie jej prośba.
Zwoje mózgowe zaczęły mi się wręcz przegrzewać z natłoku myśli - nie za bardzo
wiedziałam co mam odpowiedzieć. Nie była przecież moją bardzo bliską koleżanką.
By zyskać na czasie zapytałam głupawo - a za kogo, jeśli można wiedzieć?
"Znasz go, to Marek G". Tak samo dobrze jak ciebie- wypaliłam bez zastanowienia.
Odechciało mi się jeść . Odstawiłam talerz i poprosiłam kelnera o kawę. Celina pomału
kończyła swój obiad.
Jak zwykle kilka łyków kawy doprowadziło mój mózg do stanu normalności.
Powiedziałam, że nie ma sprawy, mogę świadkować, ale czy ona zdążyła na tyle poznać
Marka, że chce sobie z nim ułożyć życie? Facet "z odzysku", obciążony alimentami to
średnio dobra partia. Do tego ma kiepskie układy z byłą żoną, a to zawsze będzie się
kładło cieniem na jego aktualnym życiu małżeńskim. No i do tego jakiś chorowity z
niego egzemplarz, co nie rokuje dobrze na przyszłość. Może to jakiś genetyczny defekt?
Celina zrobiła nieco smutną minę i powiedziała , że to wcale nie były jakieś choroby,
Marek po prostu się upijał ilekroć miał scysję z żoną o widzenie dziecka. A pił na umór,
więc nie nadawał się przez kilka dni do pracy.
Ale odkąd są razem, ani razu nie pił, nawet wtedy, gdy nie mógł zobaczyć dziecka. A są
razem od pół roku.
I Marek poprosił ją, by za niego wyszła. by jak najprędzej postarali się o dziecko.
To bardzo porządny i dobry chłopak, tylko bardzo nieszczęśliwy. Ale on, jako rozwodnik
nie może wziąć ślubu kościelnego, więc jej rodzina nie akceptuje tego małżeństwa, a jej
siostra odmówiła "świadkowania", więc ona prosi mnie o tę przysługę. Drugim świadkiem
będzie kolega Marka.
Zatkało mnie - miałam ochotę walnąć ją w tę dobrze ostrzyżoną główkę by oprzytomniała
i zaczęła racjonalnie myśleć. Facet jest alkoholikiem, a to , że od kilku miesięcy nie pił
wcale nie dawało żadnych gwarancji, że pewnego pięknego dnia, gdy znów go sytuacja
przerośnie nie zacznie od nowa pić.
A może ten jego rozwód był właśnie z tego powodu? Może była żona miała dość powrotów
do domu zalanego w trupa Marka? I może dlatego nie chciała by Marek widywał się z
synkiem? Może już były sytuacje, w których straciła do niego zaufanie?
Wszystko to wyłuszczyłam spokojnie Celinie, choć wszystko się we mnie z lekka gotowało.
Celina wpatrywała się we mnie z przerażeniem. Co jakiś czas cichutko mi przerywała
słowami "mylisz się".
W końcu, bliska łez wydusiła z siebie: " Ale ja go kocham, muszę go uratować, nie mogę
zostawić samego. Małżeństwo go zmieni, poczuje się bezpieczny i kochany. Będziemy
mieć dziecko, na pewno będzie dobrze, nie tak jak mówisz.
A może chcesz z nim porozmawiać? On Cię lubi, z pewnością nie będzie miał nic przeciwko
takiej rozmowie".
Czułam się idiotycznie - nagle zostałam włączona w coś, na co wcale nie miałam ochoty.
Nie należę do tych co lubią zbawiać świat i nie za bardzo wiedziałam po co miałabym
rozmawiać z Markiem? Co miałam mu powiedzieć? że wiem ,że on jest zagrożony nawrotem
choroby alkoholowej? Czy może wysłać go do klubu AA?
A może lepiej skierować Celinę do grupy rodzin alkoholików? niech posłucha jak to jest być
żoną lub dzieckiem alkoholika.
c.d.n.
we mnie.
Bo co tu ukrywać - raczej trudno powiedzieć byśmy były zaprzyjaznione - ot po
prostu znajoma twarz z poprzedniej pracy, więc skąd ten pęd do spotkania ze mną?
Spotkałyśmy się tym razem w znacznie milszym lokalu - nie w kawiarni ale w
restauracji- byłyśmy obie bez obiadu, a poza tym w tej restauracji nie wolno było
palić, co było wtedy nawet miłym zaskoczeniem.
"Wiesz, wychodzę za mąż - spokojnym głosem oznajmiła mi Celina. I mam do ciebie
prośbę- czy mogłabyś zostać moim świadkiem?"
Niewiele brakowało a zakrztusiłabym się kartoflem. Nie dlatego, że ona wychodziła
za mąż, ten stan rzeczy nie był wtedy rzadkością, ale zaskoczyła mnie jej prośba.
Zwoje mózgowe zaczęły mi się wręcz przegrzewać z natłoku myśli - nie za bardzo
wiedziałam co mam odpowiedzieć. Nie była przecież moją bardzo bliską koleżanką.
By zyskać na czasie zapytałam głupawo - a za kogo, jeśli można wiedzieć?
"Znasz go, to Marek G". Tak samo dobrze jak ciebie- wypaliłam bez zastanowienia.
Odechciało mi się jeść . Odstawiłam talerz i poprosiłam kelnera o kawę. Celina pomału
kończyła swój obiad.
Jak zwykle kilka łyków kawy doprowadziło mój mózg do stanu normalności.
Powiedziałam, że nie ma sprawy, mogę świadkować, ale czy ona zdążyła na tyle poznać
Marka, że chce sobie z nim ułożyć życie? Facet "z odzysku", obciążony alimentami to
średnio dobra partia. Do tego ma kiepskie układy z byłą żoną, a to zawsze będzie się
kładło cieniem na jego aktualnym życiu małżeńskim. No i do tego jakiś chorowity z
niego egzemplarz, co nie rokuje dobrze na przyszłość. Może to jakiś genetyczny defekt?
Celina zrobiła nieco smutną minę i powiedziała , że to wcale nie były jakieś choroby,
Marek po prostu się upijał ilekroć miał scysję z żoną o widzenie dziecka. A pił na umór,
więc nie nadawał się przez kilka dni do pracy.
Ale odkąd są razem, ani razu nie pił, nawet wtedy, gdy nie mógł zobaczyć dziecka. A są
razem od pół roku.
I Marek poprosił ją, by za niego wyszła. by jak najprędzej postarali się o dziecko.
To bardzo porządny i dobry chłopak, tylko bardzo nieszczęśliwy. Ale on, jako rozwodnik
nie może wziąć ślubu kościelnego, więc jej rodzina nie akceptuje tego małżeństwa, a jej
siostra odmówiła "świadkowania", więc ona prosi mnie o tę przysługę. Drugim świadkiem
będzie kolega Marka.
Zatkało mnie - miałam ochotę walnąć ją w tę dobrze ostrzyżoną główkę by oprzytomniała
i zaczęła racjonalnie myśleć. Facet jest alkoholikiem, a to , że od kilku miesięcy nie pił
wcale nie dawało żadnych gwarancji, że pewnego pięknego dnia, gdy znów go sytuacja
przerośnie nie zacznie od nowa pić.
A może ten jego rozwód był właśnie z tego powodu? Może była żona miała dość powrotów
do domu zalanego w trupa Marka? I może dlatego nie chciała by Marek widywał się z
synkiem? Może już były sytuacje, w których straciła do niego zaufanie?
Wszystko to wyłuszczyłam spokojnie Celinie, choć wszystko się we mnie z lekka gotowało.
Celina wpatrywała się we mnie z przerażeniem. Co jakiś czas cichutko mi przerywała
słowami "mylisz się".
W końcu, bliska łez wydusiła z siebie: " Ale ja go kocham, muszę go uratować, nie mogę
zostawić samego. Małżeństwo go zmieni, poczuje się bezpieczny i kochany. Będziemy
mieć dziecko, na pewno będzie dobrze, nie tak jak mówisz.
A może chcesz z nim porozmawiać? On Cię lubi, z pewnością nie będzie miał nic przeciwko
takiej rozmowie".
Czułam się idiotycznie - nagle zostałam włączona w coś, na co wcale nie miałam ochoty.
Nie należę do tych co lubią zbawiać świat i nie za bardzo wiedziałam po co miałabym
rozmawiać z Markiem? Co miałam mu powiedzieć? że wiem ,że on jest zagrożony nawrotem
choroby alkoholowej? Czy może wysłać go do klubu AA?
A może lepiej skierować Celinę do grupy rodzin alkoholików? niech posłucha jak to jest być
żoną lub dzieckiem alkoholika.
c.d.n.
sobota, 31 sierpnia 2013
Święta Celina- cz.V
Przez Celiną, Kaśkę i Marka nauczyłam się robienia na drutach czapki ściegiem
pętelkowym. Tym sposobem dołączyłam do grona młodych kobiet paradujących
w czapce z pętelkami. Ale nauka szybko poszła w las, dziś już nie potrafię zrobić
nic takim ściegiem.
Śmiertka, gdy już nauczyła Kaśkę, potem i mnie tego dziwnego ściegu, w wielkiej
tajemnicy "puściła farbę" na temat Marka. Najwięcej wiedziała o jego chorobie,
bo przecież oglądała każde jedno zwolnienie lekarskie a poza tym miała wykaz
numerów statystycznych chorób. Co z tego, że lekarz wpisywał tylko numer
choroby - każdy dział kadr miał wykaz numerów chorób. Wychodziło na to, że
Marek wciąż miał jakieś dolegliwości układu trawiennego - a to dolegliwości
wątroby, a to zapalenie trzustki lub błony śluzowej żołądka lub inne dolegliwości
gastryczne.
Marek był podobno już po rozwodzie, żona już się od niego wyprowadziła i
ponoć nie pozwalała Markowi widywać się z dzieckiem bez jej obecności, więc
Marek walczył o prawo zabierania dziecka na spacery i do siebie na niedzielę
przynajmniej raz w miesiącu. Chłopiec miał już cztery lata, więc obecność matki
w trakcie "widzeń" chyba nie była konieczna.
"Banalna sprawa- powiedziała Kaśka- facet samotny, zimne puste łóżko, stos
koszul do prania i prasowania, więc zapewne poszuka sobie szybko kogoś.
A Celina, ze swą pasją do pomagania innym wpasuje się w tę rolę szybko".
Kaśka , która już dobiegała czterdziestki, poczuła się nagle powołana do ochrony
Celiny przed Markiem. Usiłowałam jej wytłumaczyć, że to raczej nie jest jej
sprawa, że Celina to już duża, pełnoletnia dziewczynka i ma prawo robić ze swym
życiem co się jej podoba i z kim się jej podoba, a nam nic do tego.
My poinformowałyśmy przecież Celinę, że Marek jakiś dziwnie chorowity i że ma
skomplikowaną sytuację rodzinną. Co Celina z tym zrobi to już nie nasza sprawa.
Gdy po powrocie do pracy Marek przyszedł do biblioteki, Kaśka pod pretekstem
pokazania mu jakiegoś nowego czasopisma, zaciągnęła go między regały.
Jak potem twierdziła powiedziała mu tylko, że Celina jest jeszcze bardzo młoda i
byłoby dobrze, żeby Marek nie narażał jej na jakieś rozczarowania, bo szkoda
dziewczyny.
Co naprawdę powiedziała- nie wiem, ale Marek wyszedł stamtąd wyraznie zły-
poszedł do czytelni , porwał w objęcia czasopisma, wypełnił kartę i zabrał je do siebie.
Kaśka była z siebie wyraznie dumna .
Po wyjściu Marka powiedziała mi, że to dowód na to, że miał wobec Celiny nieczyste
zamiary, więc się dlatego wyniósł.
Pomyślałam tylko, że może nic dziwnego, że Kaśka wciąż jeszcze nie znalazła
chętnego który by z nią był na stałe.
Marek wpadał jednak co parę dni do nas, buszował w katalogowych fiszkach , sporo
czasu spędzał w czytelni i ciągle nas obdarzał jakimiś zleceniami - a to potrzebował
norm, których aktualnie u nas nie było, a to jakieś kopie "na cito", a że byłam tu
tylko "personelem" Kaśki, narobiłam się setnie.
Pewnego pięknego dnia spotkałam koleżankę, która naraiła mi nową pracę - była
znacznie lepiej płatna od dotychczasowej i bliżej mego miejsca zamieszkania.
Po sześciu latach wynudzania się w bibliotece wyprawiłam "kawę pożegnalną" dla
zaprzyjaznionych ze mną osób, wyściskałam się z Kaśką i jeszcze kilkoma osobami,
odebrałam od Śmiertki życzenia powodzenia w nowym miejscu i zapewnienie, że
w każdej chwili mogę tu wrócić, Celinie i Kaśce zostawiłam kontakt do mojej nowej
pracy i z wielka ulgą wyszłam tego dnia z Biura., pozostawiając ten grajdoł zawsze
pełen plotek, śmiesznych układów i romansów.
W nowym miejscu wpadłam w niesamowity kocioł - pracy było naprawdę bardzo,
bardzo dużo, a od maja do końca listopada w dziale, w którym pracowałam był
kłopot by znalezć czas na pójście do toalety. Nawet w czasie naszej oficjalnej
przerwy śniadaniowej musiałyśmy się zamykać na klucz bo interesanci zupełnie
nie zauważali olbrzymiej kartki z czerwonymi dużymi literami, na której jak byk
stało, że od godz.11,00 do 11,30 jest przerwa.
Na jakiś czas urwał mi się kontakt z dziewczynami z poprzedniej pracy, zresztą nie
wiem czemu, ale nie tęskniłam za nimi.
Mniej więcej po 7 lub 8 miesiącach zadzwoniła do mnie Celina. Jak zwykle nie
miałam czasu rozmawiać, tłum się kłębił przy barierce, kolejka stała pod drzwiami,
więc tylko szybciutko umówiłam się z nią na kawę po pracy.
Spotkałyśmy się w dość obskurnej śródmiejskiej kafejce, szarobrązowej od dymu,
ale kawę dawali tam dobrą. I pyszne, chrupiące rurki z kremem, dziś już takich nie ma.
Po prostu kiedyś , w czasach PRLu nikt nie dodawał tyle chemii do śmietany ani do
mąki.
Celina wyglądała ładnie, miała dobrze i modnie ostrzyżone włosy, przestała być
nijaka- bo taką właśnie ją zapamiętałam z poprzedniej pracy. Okazało się, że ona
też zmieniła pracę, pracowała nawet całkiem niedaleko mojej centrali.
Ponieważ to spotkanie był ad hoc, po szybkim wypiciu kawy zakończyłyśmy spotkanie
i umówiłyśmy się za dłuższe pogaduchy za dwa dni.
"Bo dziś nic nie mówiłam, że będę pózniej w domu, a nie chcę by się mój denerwował"-
powiedziała Celina.
To zupełnie jak ja- odpowiedziałam.
Zapłaciłyśmy za swoje kawy z rurkami, cmoknęłyśmy powietrze w pobliżu naszych
policzków i każda z nas pożeglowała w swoją stronę.
Dopiero w domu do mnie dotarło, że Celina użyła wyrażenia "mój" o kimś, kto na nią
czekał w domu. Chyba nadmiar pracy obniżał wyraznie moją bystrość umysłu.
c.d.n.
pętelkowym. Tym sposobem dołączyłam do grona młodych kobiet paradujących
w czapce z pętelkami. Ale nauka szybko poszła w las, dziś już nie potrafię zrobić
nic takim ściegiem.
Śmiertka, gdy już nauczyła Kaśkę, potem i mnie tego dziwnego ściegu, w wielkiej
tajemnicy "puściła farbę" na temat Marka. Najwięcej wiedziała o jego chorobie,
bo przecież oglądała każde jedno zwolnienie lekarskie a poza tym miała wykaz
numerów statystycznych chorób. Co z tego, że lekarz wpisywał tylko numer
choroby - każdy dział kadr miał wykaz numerów chorób. Wychodziło na to, że
Marek wciąż miał jakieś dolegliwości układu trawiennego - a to dolegliwości
wątroby, a to zapalenie trzustki lub błony śluzowej żołądka lub inne dolegliwości
gastryczne.
Marek był podobno już po rozwodzie, żona już się od niego wyprowadziła i
ponoć nie pozwalała Markowi widywać się z dzieckiem bez jej obecności, więc
Marek walczył o prawo zabierania dziecka na spacery i do siebie na niedzielę
przynajmniej raz w miesiącu. Chłopiec miał już cztery lata, więc obecność matki
w trakcie "widzeń" chyba nie była konieczna.
"Banalna sprawa- powiedziała Kaśka- facet samotny, zimne puste łóżko, stos
koszul do prania i prasowania, więc zapewne poszuka sobie szybko kogoś.
A Celina, ze swą pasją do pomagania innym wpasuje się w tę rolę szybko".
Kaśka , która już dobiegała czterdziestki, poczuła się nagle powołana do ochrony
Celiny przed Markiem. Usiłowałam jej wytłumaczyć, że to raczej nie jest jej
sprawa, że Celina to już duża, pełnoletnia dziewczynka i ma prawo robić ze swym
życiem co się jej podoba i z kim się jej podoba, a nam nic do tego.
My poinformowałyśmy przecież Celinę, że Marek jakiś dziwnie chorowity i że ma
skomplikowaną sytuację rodzinną. Co Celina z tym zrobi to już nie nasza sprawa.
Gdy po powrocie do pracy Marek przyszedł do biblioteki, Kaśka pod pretekstem
pokazania mu jakiegoś nowego czasopisma, zaciągnęła go między regały.
Jak potem twierdziła powiedziała mu tylko, że Celina jest jeszcze bardzo młoda i
byłoby dobrze, żeby Marek nie narażał jej na jakieś rozczarowania, bo szkoda
dziewczyny.
Co naprawdę powiedziała- nie wiem, ale Marek wyszedł stamtąd wyraznie zły-
poszedł do czytelni , porwał w objęcia czasopisma, wypełnił kartę i zabrał je do siebie.
Kaśka była z siebie wyraznie dumna .
Po wyjściu Marka powiedziała mi, że to dowód na to, że miał wobec Celiny nieczyste
zamiary, więc się dlatego wyniósł.
Pomyślałam tylko, że może nic dziwnego, że Kaśka wciąż jeszcze nie znalazła
chętnego który by z nią był na stałe.
Marek wpadał jednak co parę dni do nas, buszował w katalogowych fiszkach , sporo
czasu spędzał w czytelni i ciągle nas obdarzał jakimiś zleceniami - a to potrzebował
norm, których aktualnie u nas nie było, a to jakieś kopie "na cito", a że byłam tu
tylko "personelem" Kaśki, narobiłam się setnie.
Pewnego pięknego dnia spotkałam koleżankę, która naraiła mi nową pracę - była
znacznie lepiej płatna od dotychczasowej i bliżej mego miejsca zamieszkania.
Po sześciu latach wynudzania się w bibliotece wyprawiłam "kawę pożegnalną" dla
zaprzyjaznionych ze mną osób, wyściskałam się z Kaśką i jeszcze kilkoma osobami,
odebrałam od Śmiertki życzenia powodzenia w nowym miejscu i zapewnienie, że
w każdej chwili mogę tu wrócić, Celinie i Kaśce zostawiłam kontakt do mojej nowej
pracy i z wielka ulgą wyszłam tego dnia z Biura., pozostawiając ten grajdoł zawsze
pełen plotek, śmiesznych układów i romansów.
W nowym miejscu wpadłam w niesamowity kocioł - pracy było naprawdę bardzo,
bardzo dużo, a od maja do końca listopada w dziale, w którym pracowałam był
kłopot by znalezć czas na pójście do toalety. Nawet w czasie naszej oficjalnej
przerwy śniadaniowej musiałyśmy się zamykać na klucz bo interesanci zupełnie
nie zauważali olbrzymiej kartki z czerwonymi dużymi literami, na której jak byk
stało, że od godz.11,00 do 11,30 jest przerwa.
Na jakiś czas urwał mi się kontakt z dziewczynami z poprzedniej pracy, zresztą nie
wiem czemu, ale nie tęskniłam za nimi.
Mniej więcej po 7 lub 8 miesiącach zadzwoniła do mnie Celina. Jak zwykle nie
miałam czasu rozmawiać, tłum się kłębił przy barierce, kolejka stała pod drzwiami,
więc tylko szybciutko umówiłam się z nią na kawę po pracy.
Spotkałyśmy się w dość obskurnej śródmiejskiej kafejce, szarobrązowej od dymu,
ale kawę dawali tam dobrą. I pyszne, chrupiące rurki z kremem, dziś już takich nie ma.
Po prostu kiedyś , w czasach PRLu nikt nie dodawał tyle chemii do śmietany ani do
mąki.
Celina wyglądała ładnie, miała dobrze i modnie ostrzyżone włosy, przestała być
nijaka- bo taką właśnie ją zapamiętałam z poprzedniej pracy. Okazało się, że ona
też zmieniła pracę, pracowała nawet całkiem niedaleko mojej centrali.
Ponieważ to spotkanie był ad hoc, po szybkim wypiciu kawy zakończyłyśmy spotkanie
i umówiłyśmy się za dłuższe pogaduchy za dwa dni.
"Bo dziś nic nie mówiłam, że będę pózniej w domu, a nie chcę by się mój denerwował"-
powiedziała Celina.
To zupełnie jak ja- odpowiedziałam.
Zapłaciłyśmy za swoje kawy z rurkami, cmoknęłyśmy powietrze w pobliżu naszych
policzków i każda z nas pożeglowała w swoją stronę.
Dopiero w domu do mnie dotarło, że Celina użyła wyrażenia "mój" o kimś, kto na nią
czekał w domu. Chyba nadmiar pracy obniżał wyraznie moją bystrość umysłu.
c.d.n.
Subskrybuj:
Posty (Atom)