Julita jest już w wieku emerytalnym. Widać po niej, że była kiedyś bardzo ładną
kobietą. Ma naturalnie czarne włosy, teraz poprzeplatane cienkimi nitkami siwizny,
jej ciemno brązowe oczy zachowały nadal młodzieńczy blask a do tego figury
można jej pozazdrościć.
Za mąż wyszła młodo, ale nie był to udany związek.
Jej mąż miał naturę "niebieskiego ptaka" a poza tym bardzo pojemne serce - wciąż
telefonowały do niego jakieś dziewczyny a on często znikał z domu - czasem nawet
na kilka dni.
Po kilku dość ostrych starciach Julita wystawiła do przedpokoju mężowskie rzeczy
starannie spakowane w dwie walizki. Gdy wrócił do domu "nie wiadomo skąd",
spokojnym głosem poprosiła by zabrał swoje rzeczy i opuścił mieszkanie, które
należało do rodziców Julity. Została sama i wreszcie odczuła wielki spokój.
Przestała się zamartwiać gdzie i z kim jej mąż szaleje.
Spokojnie skończyła studia i dostała propozycję pracy na swej macierzystej uczelni.
Rozwód dostała szybko, dzieci nie było, majątku wspólnego też nie, więc już
na drugiej rozprawie małżeństwo zostało rozwiązane.
Julita doszła do wniosku, że ona to się nie nadaje zapewne do małżeństwa i zajęła
się karierą zawodową.
W niedługim czasie poznała na jakimś uczelnianym spędzie nieco nieśmiałego,
tykowatego młodego człowieka, który podobnie jak ona pozostał na uczelni, tyle tylko,
że był absolwentem archeologii.
Okazało się, że mają bardzo wiele wspólnych zainteresowań, podobne upodobania
kulinarne, oglądają z przyjemnością te same filmy, bawią ich te same dowcipy.
Wkrótce zostali parą. Julita nie dążyła do małżeństwa, na razie miała dosyć jednego
związku. Poza tym nie miała za grosz ochoty na dziecko, o czym niemal na
"dzień dobry" poinformowała Alka. Alek też nie miał ochoty na dziecko, ale
miał ochotę pozostać z Julitą na zawsze. W dwa lata pózniej wzięli ślub.
Gdy nadeszły czasy Solidarności a potem wszelkie przemiany gospodarcze, okazało
się, że nie ma zupełnie chętnych na studiowanie filologii rosyjskiej. Praca Julity
stała pod znakiem zapytania, więc Julita postanowiła czym prędzej zmienić profil
językowy i ostro zabrała się za angielski. Postanowiła wyjechać na studia językowe
do Anglii. Trochę pieniędzy pożyczyli od rodziców Alka, Julita sprzedała całą
swą biżuterię po babci i wyjechała do Anglii, do Hastings. Postanowiła, że zarobi
pieniądze na swe studia pracując . O pomoc w znalezieniu pracy poprosiła panią,
u której zamieszkała. Nie była to ciekawa ani lekka praca - pani mgr została
sprzątaczką. Wpierw właścicielka domku pouczyła ją jak ma sprzątać by zadowolić
tutejsze panie domów, poza tym doradziła jakich środków ma używać a nawet
naraiła jej pierwszych klientów. Po dwóch sprzątaniach Julita zwątpiła w sens tego
pomysłu - była śmiertelnie zmęczona - i fizycznie i psychicznie. Pół nocy
przepłakała, ale postanowiła jednak wytrwać. Udało się jej zapisać na taki kurs,
na którym zajęcia odbywały się popołudniami.
Rano sprzątała , potem lunch, i wykłady do wieczora. W soboty i niedziele niewiele
wypoczywała, bo powtarzała to wszystko, czego nauczyła się w tygodniu.
Po trzech miesiącach przestała mieć jakiekolwiek trudności w posługiwaniu się
językiem angielskim. Zresztą nie był to dla niej całkiem obcy język, uczyła się go
przecież w Polsce. Pod koniec pobytu postarała się o zezwolenie na pozostanie
w Anglii dłużej, by ukończyć cały kurs i zdać egzamin.
Justyna cały czas pracowała, a nabrała takiej wprawy w sprzątaniu, że potrafiła
wysprzątać jednego dnia nawet 3 domy.
Najbardziej dokuczała jej tęsknota za Alkiem, ale gdy z nim rozmawiała starała
się nie rozklejać.
Julita osiągnęła swój cel - zdała w Anglii egzamin, który upoważniał ją do
nauczania języka angielskiego.
Wróciła do Polski straszliwie wychudzona, ale z całkiem dobrze wyrobionymi
mięśniami. Przywiozła dwa trofea - jeden to dyplom, a drugi - zestaw bardzo
fikuśnych szczotek. I wiecie co, widziałam te szczotki wiszące w ich domku
na podmiejskiej działce.
Teraz Julita jest na wcześniejszej emeryturze i w ramach podreperowania kasy
udziela prywatnie lekcji angielskiego.
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
środa, 23 października 2013
piątek, 11 października 2013
Portrety kobiet - Karolina
Karolina jest mieszkanką jednej z podtatrzańskich miejscowości. Z ulgą przyjęła fakt,
że wreszcie skończyła liceum. Wreszcie skończyły się meczące dojazdy do szkoły.
Karolina chciała się uczyć dalej. Ale aby się uczyć, trzeba mieć pieniądze. Nie da się
ukryć- studia to spory koszt - trzeba wynająć mieszkanie, trzeba przecież jeść, trzeba
mieć pieniądze na podręczniki, trzeba też kupić nieco nowych ciuchów i mieć jakieś
pieniądze na niewielkie rozrywki, choćby na kino lub teatr. Dużo w życiu tych "trzeba".
W domu rodzice wcale nie byli zachwyceni tymi pomysłami - dochody z wynajmu
turystom pokoi i prowadzenie dla nich całodziennego wyżywienia nie przynosiły
regularnych zysków. Były "puste" miesiące, gdy nikogo nie gościli i nic nie zarabiali.
"Wybij sobie studia z głowy i idz do pracy" - ten tekst ciągle słyszała w domu.
"A najlepiej znajdz sobie bogatego męża" - ten tekst padał z ust babci i doprowadzał
Karolinę do szału.
Karolina pojechała do Krakowa by tam szukać pracy. Ale pracy dla dziewcząt po
maturze nie było.
Spotkała za to dziewczynę (Jadżkę) ze sąsiedniej miejscowości, która wybierała się do
Niemiec, by tam zacząć pracę "na czarno" jako sprzątaczka. Jej ciotka od lat jezdziła
regularnie do Bawarii. Miała już krąg pracodawców, którzy byli bardzo zadowoleni z jej
pracy.
Postanowiła teraz pomóc nieco swej młodej kuzynce, by ta zarobiła też trochę pieniędzy
i Jadżka za dwa dni wylatywała do Monachium. Trochę się bała, bo tak prawdę mówiąc
zupełnie nie znała języka. Ale na początku miała pomagać swej ciotce, która twierdziła,
że z całą pewnością Jadzia przez trzy miesiące nauczy się podstawowych zwrotów i po
tym czasie będzie mogła już pracować samodzielnie.
Jadzia, która bardzo lubiła Karolinę, powiedziała, że jeśli wszystko będzie dobrze, to ona
ściągnie tam Karolinę.A tymczasem niech Karolina postara się nauczyć choć trochę
niemieckiego - jest sporo samouczków, więc z pewnością da radę.
Było lato, turyści dopisali, więc Karolina miała pełne ręce roboty - musiała pomagać
w kuchni, sprzątać cały dom, więc jak zwykle nie miała wakacji, do czego zresztą była
przyzwyczajona. Za naukę niemieckiego brała się dopiero póznym wieczorem.
Nie liczyła za bardzo na to, że Jadzia załatwi jej jakąś pracę w Niemczech-przecież ona
była tam po raz pierwszy. Była pewna, że na nic się jej paszport nie przyda.
Lato tego roku było piękne, we wrześniu nadal było sporo gości, zwłaszcza tych z małymi
dziećmi. Karolina wciąż czekała na list, ale pewnego dnia zamiast listu do jej domu
zawitała mama Jadzi. Wpierw się upewniła, czy Karolina nadal ma zamiar wyjechać
do Niemiec, potem zamknęła się z mamą Karoliny w kuchni i długo o czymś rozmawiały.
Wreszcie mama Jadzi wyszła i przy okazji wetknęła Karolinie w rękę list od Jadzi, która z
oszczędności zapakowała dwa listy w jedną kopertę.
List był krótki - Jadzia była zadowolona,prosiła by Karolina jak najszybciej przyjechała,
a właściwie przyleciała do Monachium, jest praca, mieszkać będą razem i niech Karolina
zatelefonuje do niej i poda datę i godzinę przylotu.
Najwięcej sprzeciwu wobec postanowienia wyjazdu zgłaszał ojciec Karoliny. Po wielu
dyskusjach, nie zawsze spokojnych powiedział - " a rób co sobie chcesz, tylko wiedz, że
jak wrócisz z brzuchem to nie licz, że będę Cię wraz z bachorem utrzymywał".
Karolinie było bardzo przykro, że ojciec tak widzi sprawę, że nie trafiają mu do przekonania
tłumaczenia Karoliny, że chce zarobić na studia, że nie spieszy się jej do posiadania dzieci,
do wyjścia za mąż też nie. Chłopak Karoliny był zasmucony, ale dobrze rozumiał jej
decyzję. On w pazdzierniku zaczynał studia w Krakowie.
Z ciężkim sercem pakowała swe rzeczy, załatwiała bilety, wymieniała swe niewielkie
oszczędności na euro. Matka, w tajemnicy przed mężem, dała Karolinie pieniądze na bilety
lotnicze i 100 euro.
Z duszą na ramieniu Karolina pojechała do Warszawy- stamtąd miała bezpośredni lot do
Monachium.
Podróż minęła bezboleśnie, na lotnisku czekała na nią Jadzia. Karolinie aż kręciło się
w głowie z nadmiaru nowych wrażeń.
Pierwszy dzień spędziła na tworzeniu rozkładu dnia - spisywała adresy, dokładnie drogę,
nr linii autobusowych lub metra oraz to co miała w danym miejscu robić. Przygotowała
też sobie strój roboczy, by nie paradować po ulicy w tym samym ubraniu, w którym
sprzątała.
Karolina szybko wpadła w rytm nowych obowiązków. Najczęściej sprzątała po dwa
mieszkania dziennie, czasem trzy. Raz w tygodniu miała tylko jedno mieszkanie do sprzątania
ale dochodziło do tego prasowanie- lubiła tam chodzić, bo właścicielka mieszkania była Polką,
więc nie było bariery językowej. Karolina należała raczej do rozmownych dziewczyn, więc
była szczęśliwa, że może swobodnie rozmawiać. Często sprzątała puste mieszkania, ich
właściciele byli w pracy, a ona miała do nich klucze. Należność za usługę zostawiali w
widocznym miejscu, często z kartką, na której pisali co chcą by zrobiła następnym razem.
Przez 2 lata Karolina pracowała w Monachium w cyklu trzymiesięcznym.Zupełnie niezle
opanowała niemiecki, bardzo dobrze poznała miasto, doskonale wiedziała gdzie ma robić
zakupy, by nie wydać zbyt dużo pieniędzy.
Rozpoczęła studia, ale zawsze w czasie wakacji wracała do Niemiec, by podreperować swój
budżet. Ze względów "oszczędnościowych" w Krakowie zamieszkała wspólnie ze swym
chłopakiem- byli parą jeszcze w czasach liceum. Oczywiście ani jego ani jej rodzina o tym
nie wiedziała. Po cichu wzięli również ślub cywilny - nie chcieli żadnego wystawnego
ślubu i wesela. Bo doskonale wiedzieli, że obie rodziny stanęłyby na głowach byle tylko
wyprawić huczne wesele, takie na 300 osób. Postanowili, że Karolina rozejrzy się za
jakąś pracą dla swego męża w Monachium - oczywiście tylko w czasie wakacji.
I udało się - jej męża zatrudnił pewien architekt przy wykończeniowych pracach
wnętrzarskich.
Mariusz znacznie wcześniej skończył studia niż Karolina, a ponieważ praca u tego
architekta podobała mu się i dawała całkiem niezłe zarobki, postanowił przekonać
Karolinę by zamieszkali w Monachium. Zdobył odpowiednie zezwolenia i założył własną
firmę, choć nieco się tego bał.
Nadal dostawał zlecenia od swego dotychczasowego pracodawcy, pomału zleceń było
coraz więcej. Karolina skończyła studia (anglistykę) i dołączyła do męża.
Często udaje się jej robić tłumaczenia - zarobki nie są regularne, ale niezłe.
I wiecie co - obie rodziny do dziś nie wiedzą, że ich jedynacy są od kilku lat po ślubie.
Pytałam Karolinę dlaczego nie starała się o kredyt na studia - wytłumaczyła mi, że
na wsi nie bierze się kredytów - nie ma pieniędzy, to trzeba je zarobić, a żadna praca nie
hańbi. Masz pieniądze - budujesz, realizujesz swoje cele. Nie masz pieniędzy - działanie
ustaje. I dlatego domy buduje się długo, jeszcze dłużej je mebluje. Wiedzę też często
zdobywa się na raty, studiuje z przerwami - najważniejsze to wytrwać.
że wreszcie skończyła liceum. Wreszcie skończyły się meczące dojazdy do szkoły.
Karolina chciała się uczyć dalej. Ale aby się uczyć, trzeba mieć pieniądze. Nie da się
ukryć- studia to spory koszt - trzeba wynająć mieszkanie, trzeba przecież jeść, trzeba
mieć pieniądze na podręczniki, trzeba też kupić nieco nowych ciuchów i mieć jakieś
pieniądze na niewielkie rozrywki, choćby na kino lub teatr. Dużo w życiu tych "trzeba".
W domu rodzice wcale nie byli zachwyceni tymi pomysłami - dochody z wynajmu
turystom pokoi i prowadzenie dla nich całodziennego wyżywienia nie przynosiły
regularnych zysków. Były "puste" miesiące, gdy nikogo nie gościli i nic nie zarabiali.
"Wybij sobie studia z głowy i idz do pracy" - ten tekst ciągle słyszała w domu.
"A najlepiej znajdz sobie bogatego męża" - ten tekst padał z ust babci i doprowadzał
Karolinę do szału.
Karolina pojechała do Krakowa by tam szukać pracy. Ale pracy dla dziewcząt po
maturze nie było.
Spotkała za to dziewczynę (Jadżkę) ze sąsiedniej miejscowości, która wybierała się do
Niemiec, by tam zacząć pracę "na czarno" jako sprzątaczka. Jej ciotka od lat jezdziła
regularnie do Bawarii. Miała już krąg pracodawców, którzy byli bardzo zadowoleni z jej
pracy.
Postanowiła teraz pomóc nieco swej młodej kuzynce, by ta zarobiła też trochę pieniędzy
i Jadżka za dwa dni wylatywała do Monachium. Trochę się bała, bo tak prawdę mówiąc
zupełnie nie znała języka. Ale na początku miała pomagać swej ciotce, która twierdziła,
że z całą pewnością Jadzia przez trzy miesiące nauczy się podstawowych zwrotów i po
tym czasie będzie mogła już pracować samodzielnie.
Jadzia, która bardzo lubiła Karolinę, powiedziała, że jeśli wszystko będzie dobrze, to ona
ściągnie tam Karolinę.A tymczasem niech Karolina postara się nauczyć choć trochę
niemieckiego - jest sporo samouczków, więc z pewnością da radę.
Było lato, turyści dopisali, więc Karolina miała pełne ręce roboty - musiała pomagać
w kuchni, sprzątać cały dom, więc jak zwykle nie miała wakacji, do czego zresztą była
przyzwyczajona. Za naukę niemieckiego brała się dopiero póznym wieczorem.
Nie liczyła za bardzo na to, że Jadzia załatwi jej jakąś pracę w Niemczech-przecież ona
była tam po raz pierwszy. Była pewna, że na nic się jej paszport nie przyda.
Lato tego roku było piękne, we wrześniu nadal było sporo gości, zwłaszcza tych z małymi
dziećmi. Karolina wciąż czekała na list, ale pewnego dnia zamiast listu do jej domu
zawitała mama Jadzi. Wpierw się upewniła, czy Karolina nadal ma zamiar wyjechać
do Niemiec, potem zamknęła się z mamą Karoliny w kuchni i długo o czymś rozmawiały.
Wreszcie mama Jadzi wyszła i przy okazji wetknęła Karolinie w rękę list od Jadzi, która z
oszczędności zapakowała dwa listy w jedną kopertę.
List był krótki - Jadzia była zadowolona,prosiła by Karolina jak najszybciej przyjechała,
a właściwie przyleciała do Monachium, jest praca, mieszkać będą razem i niech Karolina
zatelefonuje do niej i poda datę i godzinę przylotu.
Najwięcej sprzeciwu wobec postanowienia wyjazdu zgłaszał ojciec Karoliny. Po wielu
dyskusjach, nie zawsze spokojnych powiedział - " a rób co sobie chcesz, tylko wiedz, że
jak wrócisz z brzuchem to nie licz, że będę Cię wraz z bachorem utrzymywał".
Karolinie było bardzo przykro, że ojciec tak widzi sprawę, że nie trafiają mu do przekonania
tłumaczenia Karoliny, że chce zarobić na studia, że nie spieszy się jej do posiadania dzieci,
do wyjścia za mąż też nie. Chłopak Karoliny był zasmucony, ale dobrze rozumiał jej
decyzję. On w pazdzierniku zaczynał studia w Krakowie.
Z ciężkim sercem pakowała swe rzeczy, załatwiała bilety, wymieniała swe niewielkie
oszczędności na euro. Matka, w tajemnicy przed mężem, dała Karolinie pieniądze na bilety
lotnicze i 100 euro.
Z duszą na ramieniu Karolina pojechała do Warszawy- stamtąd miała bezpośredni lot do
Monachium.
Podróż minęła bezboleśnie, na lotnisku czekała na nią Jadzia. Karolinie aż kręciło się
w głowie z nadmiaru nowych wrażeń.
Pierwszy dzień spędziła na tworzeniu rozkładu dnia - spisywała adresy, dokładnie drogę,
nr linii autobusowych lub metra oraz to co miała w danym miejscu robić. Przygotowała
też sobie strój roboczy, by nie paradować po ulicy w tym samym ubraniu, w którym
sprzątała.
Karolina szybko wpadła w rytm nowych obowiązków. Najczęściej sprzątała po dwa
mieszkania dziennie, czasem trzy. Raz w tygodniu miała tylko jedno mieszkanie do sprzątania
ale dochodziło do tego prasowanie- lubiła tam chodzić, bo właścicielka mieszkania była Polką,
więc nie było bariery językowej. Karolina należała raczej do rozmownych dziewczyn, więc
była szczęśliwa, że może swobodnie rozmawiać. Często sprzątała puste mieszkania, ich
właściciele byli w pracy, a ona miała do nich klucze. Należność za usługę zostawiali w
widocznym miejscu, często z kartką, na której pisali co chcą by zrobiła następnym razem.
Przez 2 lata Karolina pracowała w Monachium w cyklu trzymiesięcznym.Zupełnie niezle
opanowała niemiecki, bardzo dobrze poznała miasto, doskonale wiedziała gdzie ma robić
zakupy, by nie wydać zbyt dużo pieniędzy.
Rozpoczęła studia, ale zawsze w czasie wakacji wracała do Niemiec, by podreperować swój
budżet. Ze względów "oszczędnościowych" w Krakowie zamieszkała wspólnie ze swym
chłopakiem- byli parą jeszcze w czasach liceum. Oczywiście ani jego ani jej rodzina o tym
nie wiedziała. Po cichu wzięli również ślub cywilny - nie chcieli żadnego wystawnego
ślubu i wesela. Bo doskonale wiedzieli, że obie rodziny stanęłyby na głowach byle tylko
wyprawić huczne wesele, takie na 300 osób. Postanowili, że Karolina rozejrzy się za
jakąś pracą dla swego męża w Monachium - oczywiście tylko w czasie wakacji.
I udało się - jej męża zatrudnił pewien architekt przy wykończeniowych pracach
wnętrzarskich.
Mariusz znacznie wcześniej skończył studia niż Karolina, a ponieważ praca u tego
architekta podobała mu się i dawała całkiem niezłe zarobki, postanowił przekonać
Karolinę by zamieszkali w Monachium. Zdobył odpowiednie zezwolenia i założył własną
firmę, choć nieco się tego bał.
Nadal dostawał zlecenia od swego dotychczasowego pracodawcy, pomału zleceń było
coraz więcej. Karolina skończyła studia (anglistykę) i dołączyła do męża.
Często udaje się jej robić tłumaczenia - zarobki nie są regularne, ale niezłe.
I wiecie co - obie rodziny do dziś nie wiedzą, że ich jedynacy są od kilku lat po ślubie.
Pytałam Karolinę dlaczego nie starała się o kredyt na studia - wytłumaczyła mi, że
na wsi nie bierze się kredytów - nie ma pieniędzy, to trzeba je zarobić, a żadna praca nie
hańbi. Masz pieniądze - budujesz, realizujesz swoje cele. Nie masz pieniędzy - działanie
ustaje. I dlatego domy buduje się długo, jeszcze dłużej je mebluje. Wiedzę też często
zdobywa się na raty, studiuje z przerwami - najważniejsze to wytrwać.
czwartek, 10 października 2013
Portrety kobiet - Halina
Bohaterkami moich postów najczęściej są kobiety i wcale tego nie zamierzam
zmieniać.
To na kobietach spoczywa spoczywa zawsze najwięcej obowiązków domowych,
to one noszą w sobie pokój dziecinny niemal zawsze gotowy na przyjęcie
nowego lokatora, to one tworzą ciepło domowego ogniska.
Więc i tym razem będzie o kobiecie.
Halina
Jest niewysoką szatynką o pięknych ciemnobrązowych oczach okolonych
długimi czarnymi rzęsami i ładnie wykrojonymi brwiami. Sprawia wrażenie
bardzo kruchej i delikatnej.
Za mąż wyszła wcześnie, w rok po ślubie na świecie pojawiła się córeczka.
Marzenia Haliny o szczęśliwym życiu małżeńskim szybko się skończyły.
Mąż Haliny coraz częściej wracał do domu pijany, robił awantury.
Wprawdzie w chwilach trzezwości zapewniał ją o swej miłości i obiecywał
poprawę, ale dłużej niż jednego dnia bez alkoholu nie wytrzymywał.
Gdy stracił pracę i nie miał pieniędzy na wódkę, zaczął wynosić z domu różne
rzeczy na handel.
Halina zostawiła dziecko pod opieką swej matki, sama wyruszyła do pracy.
Jej mąż staczał się coraz szybciej, codziennie robił awantury a gdy Halina nie
dawała pieniędzy na wódkę zaczął ją bić. Pewnego dnia, gdy kolejny raz
Halina odmówiła mu pieniędzy wpadł we wściekłość- pobił ją dotkliwie a na
koniec wyrzucił przez okno dwuletnią wówczas córeczkę.
Dziecko wylądowało szczęśliwie na rosnących pod oknami krzakach, ale
było całe podrapane. A Halina pierwszy raz wezwała milicję i karetkę
pogotowia - obie z dzieckiem były zakrwawione i wymagały pomocy.
I Halina wreszcie złożyła w sądzie papiery rozwodowe.
Co dziwniejsze, spotkała się z potępieniem ze strony własnej matki, sióstr
i oczywiście teściowej.
Rozwód otrzymała bardzo szybko. Wróciła wraz z dzieckiem do swego domu
rodzinnego.
Rok pózniej spotkała na swej drodze młodszego nieco od siebie chłopaka.
Był w niej zakochany po uszy, nalegał by szybko zalegalizować ich związek,
opiekował się małą.
Jedna z sióstr Haliny kilka lat wcześniej wyjechała do Polski. Była absolwentką
germanistyki, ale nie mogła znalezć pracy w swoim kraju. Szybko znalazła
pracę w Polsce - jako sprzątaczka. W niedługim czasie znalazła też miłość swego
życia.
I choć rodzina chłopaka mocno protestowała ( bo to Ukrainka, wiadomo przecież
co oni zrobili Polakom) wzięli ślub. Marina dość szybko wrosła w polskie realia,
a swą dobrocią przekonała wreszcie teściów do siebie. A może i dlatego,że
płynęła w niej odrobina polskiej krwi? Jedna z babek była Polką, mieszkającą
od kilku pokoleń na Ukrainie. Marina ściągnęła do Polski Halinę - bez trudu
Halina znalazła pracę - też jako sprzątaczka.
Do podjęcia tej pracy Halina podeszła dość filozoficznie - w domu przecież też
musiała sprzątać, ale nie dostawała za to pieniędzy. Tu był zarobek naprawdę niezły,
jak na ukraińskie kryteria. Zwłaszcza, że znalezienie pracy wcale nie było łatwe
i proste.Jej mąż pracował dorywczo, a Halina zaczęła systematycznie wyjeżdżać
do pracy w Polsce. Urodziła drugie dziecko, co trochę przyhamowało dopływ
gotówki. Teraz do pracy wyjeżdżał na kilka miesięcy jej mąż- ale on do Rosji.
Dzięki swej ciężkiej pracy dorobili się wreszcie własnego domu.
Oboje zastanawiają się nad przeprowadzką do Polski i czekają aż wreszcie Ukraina
wstąpi do UE.
Aktualny mąż Haliny nie pije- ma inny nałóg - uwielbia lody i słodycze.
zmieniać.
To na kobietach spoczywa spoczywa zawsze najwięcej obowiązków domowych,
to one noszą w sobie pokój dziecinny niemal zawsze gotowy na przyjęcie
nowego lokatora, to one tworzą ciepło domowego ogniska.
Więc i tym razem będzie o kobiecie.
Halina
Jest niewysoką szatynką o pięknych ciemnobrązowych oczach okolonych
długimi czarnymi rzęsami i ładnie wykrojonymi brwiami. Sprawia wrażenie
bardzo kruchej i delikatnej.
Za mąż wyszła wcześnie, w rok po ślubie na świecie pojawiła się córeczka.
Marzenia Haliny o szczęśliwym życiu małżeńskim szybko się skończyły.
Mąż Haliny coraz częściej wracał do domu pijany, robił awantury.
Wprawdzie w chwilach trzezwości zapewniał ją o swej miłości i obiecywał
poprawę, ale dłużej niż jednego dnia bez alkoholu nie wytrzymywał.
Gdy stracił pracę i nie miał pieniędzy na wódkę, zaczął wynosić z domu różne
rzeczy na handel.
Halina zostawiła dziecko pod opieką swej matki, sama wyruszyła do pracy.
Jej mąż staczał się coraz szybciej, codziennie robił awantury a gdy Halina nie
dawała pieniędzy na wódkę zaczął ją bić. Pewnego dnia, gdy kolejny raz
Halina odmówiła mu pieniędzy wpadł we wściekłość- pobił ją dotkliwie a na
koniec wyrzucił przez okno dwuletnią wówczas córeczkę.
Dziecko wylądowało szczęśliwie na rosnących pod oknami krzakach, ale
było całe podrapane. A Halina pierwszy raz wezwała milicję i karetkę
pogotowia - obie z dzieckiem były zakrwawione i wymagały pomocy.
I Halina wreszcie złożyła w sądzie papiery rozwodowe.
Co dziwniejsze, spotkała się z potępieniem ze strony własnej matki, sióstr
i oczywiście teściowej.
Rozwód otrzymała bardzo szybko. Wróciła wraz z dzieckiem do swego domu
rodzinnego.
Rok pózniej spotkała na swej drodze młodszego nieco od siebie chłopaka.
Był w niej zakochany po uszy, nalegał by szybko zalegalizować ich związek,
opiekował się małą.
Jedna z sióstr Haliny kilka lat wcześniej wyjechała do Polski. Była absolwentką
germanistyki, ale nie mogła znalezć pracy w swoim kraju. Szybko znalazła
pracę w Polsce - jako sprzątaczka. W niedługim czasie znalazła też miłość swego
życia.
I choć rodzina chłopaka mocno protestowała ( bo to Ukrainka, wiadomo przecież
co oni zrobili Polakom) wzięli ślub. Marina dość szybko wrosła w polskie realia,
a swą dobrocią przekonała wreszcie teściów do siebie. A może i dlatego,że
płynęła w niej odrobina polskiej krwi? Jedna z babek była Polką, mieszkającą
od kilku pokoleń na Ukrainie. Marina ściągnęła do Polski Halinę - bez trudu
Halina znalazła pracę - też jako sprzątaczka.
Do podjęcia tej pracy Halina podeszła dość filozoficznie - w domu przecież też
musiała sprzątać, ale nie dostawała za to pieniędzy. Tu był zarobek naprawdę niezły,
jak na ukraińskie kryteria. Zwłaszcza, że znalezienie pracy wcale nie było łatwe
i proste.Jej mąż pracował dorywczo, a Halina zaczęła systematycznie wyjeżdżać
do pracy w Polsce. Urodziła drugie dziecko, co trochę przyhamowało dopływ
gotówki. Teraz do pracy wyjeżdżał na kilka miesięcy jej mąż- ale on do Rosji.
Dzięki swej ciężkiej pracy dorobili się wreszcie własnego domu.
Oboje zastanawiają się nad przeprowadzką do Polski i czekają aż wreszcie Ukraina
wstąpi do UE.
Aktualny mąż Haliny nie pije- ma inny nałóg - uwielbia lody i słodycze.
niedziela, 15 września 2013
Trudna miłość- cz.3
Po wizycie u wróżki Tomek nie mógł dojść do siebie. W to, że może nigdy nie będą
mieli dzieci to wierzył, przecież tak się zdarza. Natomiast nie mógł zaakceptować myśli,
że jego los można było wyczytać w gwiazdach, ktorych już dawno nie ma, a my widzimy
tylko ich odbicie. Odbicie tego, czego już nie ma... to przecież idiotyczne dla trzezwo
myślącego człowieka. Prędzej uwierzyłby, gdyby wróżka coś wyczytała z jego dłoni.
Kiedyś wyczytał, że niektóre choroby genetyczne zmieniają układ charakterystycznych
linii wnętrza dłoni i chiromancja to nie takie bzdury jakby się wydawało.
Ale astrologia, numerologia, wpływ imienia na życie - bzdury i tyle.
W dwa dni pózniej, dobra koleżanka z działu personalnego wyjawiła mu w wielkiej
tajemnicy, że ktoś z zarządu dziwił się, że pracują dwie osoby o tym samym nazwisku
w jednym oddziale.
Tomek aż zaniemówił - co za zbieg okoliczności- przecież już od dawna są małżeństwem.
Marta przyjęła jego nazwisko, więc co w tym dziwnego. Ale już zapaliła mu się w głowie
czerwona żaróweczka. Jeszcze tego samego dnia zadzwonił do kolegi, który stosunkowo
niedawno chciał go widzieć w swojej firmie. Postanowił zmienić pracę nim ktoś zechce
się pozbyć Marty lub jego. On bez trudu mógł znalezć pracę, Marta mogła mieć z tym
trudności - prawników jest wszak jak mrówek w lesie.
To nie był dobry dzień - wpierw Tomek powiedział Marcie, że chce zmienić pracę , nie
mówiąc o prawdziwej przyczynie. Jakoś to łyknęła.
Dał słowo koleżance, że nic nikomu nie powie, dotyczyło to również Marty. Potem, gdy
na stole wylądowały lody, które zawsze Martę wprawiały w dobry nastrój, postanowił
przeprowadzić z nią poważną rozmowę.
Powiedział, że jeśli w ciągu 2 lat nie przyjdzie na świat ich dziecko, to jego zdaniem
powinni zgłosić się do kolejki adopcyjnej.
Dziecko to jest dziecko, nieważne kto spłodził i urodził, ważne kto miał serce i wychował.
Marta oświadczyła, że po jej trupie - ona chce mieć własne dziecko, a nie cudze, które
być może spłodziła para pijaków i dziecko będzie debilne.
I wtedy Tomek powiedział, że w takim razie, niech ona zajdzie w ciążę z kimś innym, bo
on, jak widać, nie jest w stanie dać jej dziecka. On da temu dziecku taką miłość jakby to
było jego, bo on ją kocha, więc dziecko też pokocha.
Stanowczo było za mało lodów na stole - Marta rzuciła się na Tomka z pięściami, krzycząc,
że on chce z niej zrobić jakąś dziwkę. W chwilę potem po pokoju latał blond-tajfun zrzucając
z półek książki, wazony, zdjęcia ze ścian. Wyleciały też ubrania Marty z szafy i ze dwie walizki.
Marta zebrała ciuchy do walizek, wykrzyczała na koniec, że teraz Tomek może sobie wziąć
inną kobietę, ona składa papiery rozwodowe. Tomek zaczął się śmiać, że teraz to sobie
znajdzie kobietę samotną z co najmniej z dwójką dzieci. Ale rozwścieczona Marta chyba tego
nie usłyszała. Porwała zapakowane walizki i wybiegła z mieszkania. Po kilku sekundach
Tomek usłyszał, że otwierają się drzwi wejściowe, coś łomotnęło dzwięcznie o podłogę,
a drzwi się znów zatrzasnęły. Ogłuszony i przerażony wybuchem Marty Tomek wyjrzał do
przedpokoju - na podłodze leżał pęk kluczy- od ich mieszkania, piwnicy i samochodu.
Marta rzeczywiście złożyła papiery w sądzie. Miała wielu znajomych w tej branży, udało się
wyznaczyć szybki termin rozprawy. W trzy miesiące pózniej Tomek był rozwodnikiem.
W tym samym czasie zmienił pracę i na "dzień dobry" zaliczył trzytygodniowy pobyt na
szkoleniu w Wielkiej Brytanii. Miał tyle pracy i nowych różnych zajęć, że nawet nie miał
czasu pomyśleć nad tym, co się stało.
Pousuwał starannie wszystkie rzeczy będące własnością Marty i odesłał je do teściów.
Odbył poważną, męską rozmowę z teściem, który był niepocieszony, że małżeństwo się
rozpadło, ale dobrze znał własną córkę i wiedział, że do łatwych we współżyciu to ona
nie należy.
Mniej więcej w rok po rozwodzie, gdy Tomek wrócił z pracy, w swoim mieszkaniu zastał
Martę. Miała po prostu trzeci komplet kluczy od ich mieszkania. Twierdziła, że zupełnie
o tym zapomniała, a gdy odnalazła postanowiła go oddać. I przy okazji sprawdzić, czy
Tomek znalazł sobie kobietę z dwójką dzieci.
Marta niemal do rana oddawała Tomkowi klucze od mieszkania.
Znów było istne wariactwo i pełen luz. Rano Tomek zadzwonił do firmy, że przyjdzie
dopiero po południu, bo się bardzo zle czuje, czymś się chyba zatruł. To był już piątek,
więc szef zwolnił go z przyjścia tego dnia do pracy.
W niedzielę Marta wyskoczyła do domu po kilka ciuchów i kosmetyki.
Po trzech dniach spędzonych w łóżku, pełnych wyznań i seksu,postanowili spróbować
jeszcze raz.
Ponownie wzięli ślub- tym razem tylko cywilny, tylko oni i świadkowie.
I znów zaczęło się co miesięczne wyczekiwanie na to, co wykaże tester. I znów były
zgrzyty, teraz dodatkowo o to, że Tomek wyjeżdża w delegacje w dni płodne Marty.
Ale Tomek nie miał zamiaru z tego powodu zmieniać pracy.
Marta znów się wyprowadziła, ale regularnie dzwoniła do Tomka, sprawdzając, czy nadal
jest sam. Czasami wpadała bez zapowiedzi i znów było szaleństwo i luz, ale jakoś
dziecka nie było nadal.
Tomek pomału dojrzewa do rozwodu - nie odpowiada mu ta sytuacja. Ostatnio zdał sobie
sprawę, że z Martą łączy go tylko seks, ponadto czuje się jak jakiś rozpłodowiec,
dopuszczany do samicy w okresie rui. Nadal ma "plan awaryjny" - ożenić się z kobietą,
która ma małe dzieci i wychowuje je samotnie.
Co myśli o tym wszystkim Marta - nie wiadomo.
Twierdzi, że kocha Tomka i nadal wierzy, że jednak będzie miała z nim dziecko. Na razie
niemal całą pensję wydaje na przeróżnych energoterapeutów, uzdrawiaczy itp.
Do wróżki, u której był Tomek nie trafiła, bo nie wierzy we wróżby.
Oboje są przygnębieni, bo już nie kwalifikują się na sponsorowany przez NFZ program
in vitro (wiek).
Dziesiąta rocznica pierwszego ich ślubu nie była obchodzona uroczyście. Wprawdzie
zaprosili na obiad swych świadków i rodziców, ale radości na ich twarzach nie było.
To dość trudna sprawa, gdy oddzielnie zle a ze sobą- chyba jeszcze gorzej.
mieli dzieci to wierzył, przecież tak się zdarza. Natomiast nie mógł zaakceptować myśli,
że jego los można było wyczytać w gwiazdach, ktorych już dawno nie ma, a my widzimy
tylko ich odbicie. Odbicie tego, czego już nie ma... to przecież idiotyczne dla trzezwo
myślącego człowieka. Prędzej uwierzyłby, gdyby wróżka coś wyczytała z jego dłoni.
Kiedyś wyczytał, że niektóre choroby genetyczne zmieniają układ charakterystycznych
linii wnętrza dłoni i chiromancja to nie takie bzdury jakby się wydawało.
Ale astrologia, numerologia, wpływ imienia na życie - bzdury i tyle.
W dwa dni pózniej, dobra koleżanka z działu personalnego wyjawiła mu w wielkiej
tajemnicy, że ktoś z zarządu dziwił się, że pracują dwie osoby o tym samym nazwisku
w jednym oddziale.
Tomek aż zaniemówił - co za zbieg okoliczności- przecież już od dawna są małżeństwem.
Marta przyjęła jego nazwisko, więc co w tym dziwnego. Ale już zapaliła mu się w głowie
czerwona żaróweczka. Jeszcze tego samego dnia zadzwonił do kolegi, który stosunkowo
niedawno chciał go widzieć w swojej firmie. Postanowił zmienić pracę nim ktoś zechce
się pozbyć Marty lub jego. On bez trudu mógł znalezć pracę, Marta mogła mieć z tym
trudności - prawników jest wszak jak mrówek w lesie.
To nie był dobry dzień - wpierw Tomek powiedział Marcie, że chce zmienić pracę , nie
mówiąc o prawdziwej przyczynie. Jakoś to łyknęła.
Dał słowo koleżance, że nic nikomu nie powie, dotyczyło to również Marty. Potem, gdy
na stole wylądowały lody, które zawsze Martę wprawiały w dobry nastrój, postanowił
przeprowadzić z nią poważną rozmowę.
Powiedział, że jeśli w ciągu 2 lat nie przyjdzie na świat ich dziecko, to jego zdaniem
powinni zgłosić się do kolejki adopcyjnej.
Dziecko to jest dziecko, nieważne kto spłodził i urodził, ważne kto miał serce i wychował.
Marta oświadczyła, że po jej trupie - ona chce mieć własne dziecko, a nie cudze, które
być może spłodziła para pijaków i dziecko będzie debilne.
I wtedy Tomek powiedział, że w takim razie, niech ona zajdzie w ciążę z kimś innym, bo
on, jak widać, nie jest w stanie dać jej dziecka. On da temu dziecku taką miłość jakby to
było jego, bo on ją kocha, więc dziecko też pokocha.
Stanowczo było za mało lodów na stole - Marta rzuciła się na Tomka z pięściami, krzycząc,
że on chce z niej zrobić jakąś dziwkę. W chwilę potem po pokoju latał blond-tajfun zrzucając
z półek książki, wazony, zdjęcia ze ścian. Wyleciały też ubrania Marty z szafy i ze dwie walizki.
Marta zebrała ciuchy do walizek, wykrzyczała na koniec, że teraz Tomek może sobie wziąć
inną kobietę, ona składa papiery rozwodowe. Tomek zaczął się śmiać, że teraz to sobie
znajdzie kobietę samotną z co najmniej z dwójką dzieci. Ale rozwścieczona Marta chyba tego
nie usłyszała. Porwała zapakowane walizki i wybiegła z mieszkania. Po kilku sekundach
Tomek usłyszał, że otwierają się drzwi wejściowe, coś łomotnęło dzwięcznie o podłogę,
a drzwi się znów zatrzasnęły. Ogłuszony i przerażony wybuchem Marty Tomek wyjrzał do
przedpokoju - na podłodze leżał pęk kluczy- od ich mieszkania, piwnicy i samochodu.
Marta rzeczywiście złożyła papiery w sądzie. Miała wielu znajomych w tej branży, udało się
wyznaczyć szybki termin rozprawy. W trzy miesiące pózniej Tomek był rozwodnikiem.
W tym samym czasie zmienił pracę i na "dzień dobry" zaliczył trzytygodniowy pobyt na
szkoleniu w Wielkiej Brytanii. Miał tyle pracy i nowych różnych zajęć, że nawet nie miał
czasu pomyśleć nad tym, co się stało.
Pousuwał starannie wszystkie rzeczy będące własnością Marty i odesłał je do teściów.
Odbył poważną, męską rozmowę z teściem, który był niepocieszony, że małżeństwo się
rozpadło, ale dobrze znał własną córkę i wiedział, że do łatwych we współżyciu to ona
nie należy.
Mniej więcej w rok po rozwodzie, gdy Tomek wrócił z pracy, w swoim mieszkaniu zastał
Martę. Miała po prostu trzeci komplet kluczy od ich mieszkania. Twierdziła, że zupełnie
o tym zapomniała, a gdy odnalazła postanowiła go oddać. I przy okazji sprawdzić, czy
Tomek znalazł sobie kobietę z dwójką dzieci.
Marta niemal do rana oddawała Tomkowi klucze od mieszkania.
Znów było istne wariactwo i pełen luz. Rano Tomek zadzwonił do firmy, że przyjdzie
dopiero po południu, bo się bardzo zle czuje, czymś się chyba zatruł. To był już piątek,
więc szef zwolnił go z przyjścia tego dnia do pracy.
W niedzielę Marta wyskoczyła do domu po kilka ciuchów i kosmetyki.
Po trzech dniach spędzonych w łóżku, pełnych wyznań i seksu,postanowili spróbować
jeszcze raz.
Ponownie wzięli ślub- tym razem tylko cywilny, tylko oni i świadkowie.
I znów zaczęło się co miesięczne wyczekiwanie na to, co wykaże tester. I znów były
zgrzyty, teraz dodatkowo o to, że Tomek wyjeżdża w delegacje w dni płodne Marty.
Ale Tomek nie miał zamiaru z tego powodu zmieniać pracy.
Marta znów się wyprowadziła, ale regularnie dzwoniła do Tomka, sprawdzając, czy nadal
jest sam. Czasami wpadała bez zapowiedzi i znów było szaleństwo i luz, ale jakoś
dziecka nie było nadal.
Tomek pomału dojrzewa do rozwodu - nie odpowiada mu ta sytuacja. Ostatnio zdał sobie
sprawę, że z Martą łączy go tylko seks, ponadto czuje się jak jakiś rozpłodowiec,
dopuszczany do samicy w okresie rui. Nadal ma "plan awaryjny" - ożenić się z kobietą,
która ma małe dzieci i wychowuje je samotnie.
Co myśli o tym wszystkim Marta - nie wiadomo.
Twierdzi, że kocha Tomka i nadal wierzy, że jednak będzie miała z nim dziecko. Na razie
niemal całą pensję wydaje na przeróżnych energoterapeutów, uzdrawiaczy itp.
Do wróżki, u której był Tomek nie trafiła, bo nie wierzy we wróżby.
Oboje są przygnębieni, bo już nie kwalifikują się na sponsorowany przez NFZ program
in vitro (wiek).
Dziesiąta rocznica pierwszego ich ślubu nie była obchodzona uroczyście. Wprawdzie
zaprosili na obiad swych świadków i rodziców, ale radości na ich twarzach nie było.
To dość trudna sprawa, gdy oddzielnie zle a ze sobą- chyba jeszcze gorzej.
sobota, 14 września 2013
Trudna miłość - cz .2
Nie tak sobie wyobrażał Tomek wizytę u wróżki. Spodziewał się ubranej na
kolorowo Cyganki, pokoju bez okien zawieszonego kotarami, stolika nakrytego
jakąś aksamitną lub jedwabną materią , drżącego płomyka świecy, stojącej na
podstawce szklanej kuli i drzemiącego czarnego kota.
Nic z tego - w pokoju dominowało duże biurko, na którym stały dwa drewniane
zamknięte pudełka, leżał jakiś notatnik i.....laptop.
Za biurkiem siedziała skromnie ubrana kobieta, w wieku zupełnie nie określonym.
Wyglądała tak zwyczajnie jak urzędniczka w jakimś biurze.
Tomkowi rzuciły się w oczy jej szczupłe ręce, na obu przegubach miała sporo
bransoletek, na palcach pierścienie- duże, z kamieniami bardzo ozdobnie
oprawionymi.
Z lekkim ociąganiem się i zapewne dość niepewną miną podszedł do biurka.
Kobieta uniosła się lekko ze swojego krzesła, gestem zapraszając go by usiadł
naprzeciw niej.
A jak pan ma na imię?- zapytała.
Tomek - odpowiedział, zastanawiając się czy i nazwisko musi podać.
"No tak - Tomasz- czyli niewierny Tomasz. Ale nie dlatego ,że zdradza ale że nie
wierzy. Nie wierzy, a jednak przyszedł do wróżki, więc sprawa pewnie
poważna" - powiedziała półgłosem.
Tomek uśmiechnął się, jego skrępowanie powoli mijało.
Czy zna pan swoją dokładną datę urodzenia, miejsce i godzinę z dokładnością do
piętnastu minut? Zajrzymy w pana horoskop a potem popytamy się kart. Pan będzie
zadawał pytania, ja będę rozkładała karty i powiem panu co one mówią.
Tomek podał swoje dane,oprócz dokładnej godziny narodzin, wiedział tylko, że był
to pózny wieczór.
Wróżka wklepała wszystkie dane do komputera, potem jeszcze coś tam wpisywała.
A może napije się pan dobrej herbaty? To chwilę jednak potrwa.
Tomek podziękował. Wróżka wstała, przeprosiła go na chwilę i zostawiła samego
w pokoju.
Miał straszną ochotę wyjść stąd, ale postanowił jednak zostać.
Po chwili wróżka wróciła ze szklanką herbaty, zerknęła w komputer i włączyła
drukarkę.
Drukarka trochę poskrzeczała i powarczała, potem wypluła kilka stron zapisanych
jakimiś kołami, w które były wrysowane kwadraty i przy każdej linii było pełno
cyferek.
No proszę, - powiedział Tomek z przekąsem-to teraz tak wygląda wróżenie?
Wróżka uśmiechnęła się łagodnie i wytłumaczyła, że to co wypluła z siebie drukarka
to nie jest żadna wróżba, ale układ planet w chwili jego przyjścia na świat i to jest jego
horoskop, a na jego podstawie ona opowie mu czego się o nim właśnie dowiedziała.
I zaczęła opowiadac Tomkowi o tym, jaki on jest, zapytała się jeszcze o datę urodzin
jego żony i na zakończenie powiedziała, że jego wizyta z całą pewnością jest związana
z kłopotami małżeńskimi.
Przy okazji doradziła, by się rozejrzał za zmianą pracy, bo w ciągu najbliższego
kwartału dostanie wymówienie, ale znajdzie pracę bardziej zgodną ze swoimi studiami
i zainteresowaniami, że wygląda na to, że będzie jakiś czas przebywał za granicą.
I że jego małżeństwo jest pod wpływem Saturna a to zle rokuje.
Tomek słuchał tego wszystkiego ze ściśniętym żołądkiem, zastanawiając się skąd
"ta baba" go zna. Był mocno zdziwiony, skąd ona tyle o nim wie- o jego charakterze,
sposobie rozwiązywania problemów, a nawet to, że kocha psy , ale własnego nie ma.
"A teraz proszę, by pan zadawał pytania dotyczące przyszłości. Wiem ,że pan nie wierzy,
by karty mogły dać jakąś odpowiedz, ale skoro już pan jest, to rozłóżmy karty".
Z jednego z pudełek wyjęła talię dziwnych kart i poprosiła o pytanie.
Tomek wpierw zapytał o swoje małżeństwo. Wróżka rozłożyła karty i zaczęła mówić:
"jesteście parą, którą nie potrafi ani być ze sobą razem ani oddzielnie ;kłócicie się ciągle,
prawda? nie umiecie się z sobą porozumieć, a jednocześnie żyć bez siebie nie możecie"
A kiedy będziemy mieli dziecko? - zapytał Tomek.
Wróżka ponownie rozłożyła karty. Popatrzyła uważnie na Tomka i powiedziała :
"przepraszam pewnie zadam panu ból, ale wy chyba straciliście małe dziecko.Tak mi to
wychodzi w kartach. Ale drugiego dziecka ja tu nie widzę".
Ponownie rozłożyła karty. Tomek wpatrywał się w nią intensywnie.
Kobieta popatrzyła na Tomka, wzięła go za rękę i powiedziała:
"Nie będziecie nigdy mieli dziecka, z jakiegoś powodu, zapewne ważnego, nie będziecie
mieli wspólnego dziecka. Każde z was w innym związku pewnie tak".
Zebrała delikatnie karty i włożyła je do pudełka.
Tomek siedział jak zamurowany. Wreszcie wydusił z siebie: "Czy pani mnie zna?
A może zna pani kogoś z mojej rodziny?"
Wróżka uśmiechnęła się i powiedziała- "teraz pana w jakimś sensie znam - znam pana
horoskop, znam pytania , które pana nurtują, wiem,że ma pan na imię Tomasz. Ale
tego nikt poza mną nie będzie wiedział, tajemnica zawodowa mnie obowiązuje".
Tomek wstał, a wtedy wróżka poprosiła, by jeszcze na moment usiadł. Bo ona, chce mu
coś powiedzieć- już nie jako wróżka, ale jako zwyczajna, doświadczona kobieta.
"To nie jest odosobniony przypadek, że dwoje zdrowych pod względem rozrodczym
ludzi nie może począć dziecka- być może, że są oboje nosicielami jakiegoś genu, dziś
jeszcze nie odkrytego, który spowodowałby jakąś ciężką chorobę dziecka. I w ten sposób
Natura chroni ludzi, by nie przychodziły na świat takie właśnie dzieci.
W krajach, gdzie metody in vitro są już od lat stosowane, plemniki i komórki jajowe są
badane pod względem genetycznym, by wykluczyć szkodliwe mutacje genowe, ale się
o tym głośno nie mówi".
Wręczyła Tomkowi wydruk jego horoskopu, odebrała honorarium i odprowadziła do
drzwi.
Tomek wyszedł jak ogłuszony. To było nieco za wiele - nikomu przecież nie mówił,
że idzie do wróżki, z nikim nie omawiał swych trosk związanych z brakiem dziecka,
nikomu nie żalił się, że Marta chwilami jest nie do wytrzymania. Więc skąd ona to
wszystko wiedziała?
Wyciągnął z kieszeni kartkę z wydrukiem horoskopu, dokładnie ją podarł i wrzucił
do mijanego kosza.
Postanowił, że te wizytę zachowa w tajemnicy przed Martą.
c.d.n.
kolorowo Cyganki, pokoju bez okien zawieszonego kotarami, stolika nakrytego
jakąś aksamitną lub jedwabną materią , drżącego płomyka świecy, stojącej na
podstawce szklanej kuli i drzemiącego czarnego kota.
Nic z tego - w pokoju dominowało duże biurko, na którym stały dwa drewniane
zamknięte pudełka, leżał jakiś notatnik i.....laptop.
Za biurkiem siedziała skromnie ubrana kobieta, w wieku zupełnie nie określonym.
Wyglądała tak zwyczajnie jak urzędniczka w jakimś biurze.
Tomkowi rzuciły się w oczy jej szczupłe ręce, na obu przegubach miała sporo
bransoletek, na palcach pierścienie- duże, z kamieniami bardzo ozdobnie
oprawionymi.
Z lekkim ociąganiem się i zapewne dość niepewną miną podszedł do biurka.
Kobieta uniosła się lekko ze swojego krzesła, gestem zapraszając go by usiadł
naprzeciw niej.
A jak pan ma na imię?- zapytała.
Tomek - odpowiedział, zastanawiając się czy i nazwisko musi podać.
"No tak - Tomasz- czyli niewierny Tomasz. Ale nie dlatego ,że zdradza ale że nie
wierzy. Nie wierzy, a jednak przyszedł do wróżki, więc sprawa pewnie
poważna" - powiedziała półgłosem.
Tomek uśmiechnął się, jego skrępowanie powoli mijało.
Czy zna pan swoją dokładną datę urodzenia, miejsce i godzinę z dokładnością do
piętnastu minut? Zajrzymy w pana horoskop a potem popytamy się kart. Pan będzie
zadawał pytania, ja będę rozkładała karty i powiem panu co one mówią.
Tomek podał swoje dane,oprócz dokładnej godziny narodzin, wiedział tylko, że był
to pózny wieczór.
Wróżka wklepała wszystkie dane do komputera, potem jeszcze coś tam wpisywała.
A może napije się pan dobrej herbaty? To chwilę jednak potrwa.
Tomek podziękował. Wróżka wstała, przeprosiła go na chwilę i zostawiła samego
w pokoju.
Miał straszną ochotę wyjść stąd, ale postanowił jednak zostać.
Po chwili wróżka wróciła ze szklanką herbaty, zerknęła w komputer i włączyła
drukarkę.
Drukarka trochę poskrzeczała i powarczała, potem wypluła kilka stron zapisanych
jakimiś kołami, w które były wrysowane kwadraty i przy każdej linii było pełno
cyferek.
No proszę, - powiedział Tomek z przekąsem-to teraz tak wygląda wróżenie?
Wróżka uśmiechnęła się łagodnie i wytłumaczyła, że to co wypluła z siebie drukarka
to nie jest żadna wróżba, ale układ planet w chwili jego przyjścia na świat i to jest jego
horoskop, a na jego podstawie ona opowie mu czego się o nim właśnie dowiedziała.
I zaczęła opowiadac Tomkowi o tym, jaki on jest, zapytała się jeszcze o datę urodzin
jego żony i na zakończenie powiedziała, że jego wizyta z całą pewnością jest związana
z kłopotami małżeńskimi.
Przy okazji doradziła, by się rozejrzał za zmianą pracy, bo w ciągu najbliższego
kwartału dostanie wymówienie, ale znajdzie pracę bardziej zgodną ze swoimi studiami
i zainteresowaniami, że wygląda na to, że będzie jakiś czas przebywał za granicą.
I że jego małżeństwo jest pod wpływem Saturna a to zle rokuje.
Tomek słuchał tego wszystkiego ze ściśniętym żołądkiem, zastanawiając się skąd
"ta baba" go zna. Był mocno zdziwiony, skąd ona tyle o nim wie- o jego charakterze,
sposobie rozwiązywania problemów, a nawet to, że kocha psy , ale własnego nie ma.
"A teraz proszę, by pan zadawał pytania dotyczące przyszłości. Wiem ,że pan nie wierzy,
by karty mogły dać jakąś odpowiedz, ale skoro już pan jest, to rozłóżmy karty".
Z jednego z pudełek wyjęła talię dziwnych kart i poprosiła o pytanie.
Tomek wpierw zapytał o swoje małżeństwo. Wróżka rozłożyła karty i zaczęła mówić:
"jesteście parą, którą nie potrafi ani być ze sobą razem ani oddzielnie ;kłócicie się ciągle,
prawda? nie umiecie się z sobą porozumieć, a jednocześnie żyć bez siebie nie możecie"
A kiedy będziemy mieli dziecko? - zapytał Tomek.
Wróżka ponownie rozłożyła karty. Popatrzyła uważnie na Tomka i powiedziała :
"przepraszam pewnie zadam panu ból, ale wy chyba straciliście małe dziecko.Tak mi to
wychodzi w kartach. Ale drugiego dziecka ja tu nie widzę".
Ponownie rozłożyła karty. Tomek wpatrywał się w nią intensywnie.
Kobieta popatrzyła na Tomka, wzięła go za rękę i powiedziała:
"Nie będziecie nigdy mieli dziecka, z jakiegoś powodu, zapewne ważnego, nie będziecie
mieli wspólnego dziecka. Każde z was w innym związku pewnie tak".
Zebrała delikatnie karty i włożyła je do pudełka.
Tomek siedział jak zamurowany. Wreszcie wydusił z siebie: "Czy pani mnie zna?
A może zna pani kogoś z mojej rodziny?"
Wróżka uśmiechnęła się i powiedziała- "teraz pana w jakimś sensie znam - znam pana
horoskop, znam pytania , które pana nurtują, wiem,że ma pan na imię Tomasz. Ale
tego nikt poza mną nie będzie wiedział, tajemnica zawodowa mnie obowiązuje".
Tomek wstał, a wtedy wróżka poprosiła, by jeszcze na moment usiadł. Bo ona, chce mu
coś powiedzieć- już nie jako wróżka, ale jako zwyczajna, doświadczona kobieta.
"To nie jest odosobniony przypadek, że dwoje zdrowych pod względem rozrodczym
ludzi nie może począć dziecka- być może, że są oboje nosicielami jakiegoś genu, dziś
jeszcze nie odkrytego, który spowodowałby jakąś ciężką chorobę dziecka. I w ten sposób
Natura chroni ludzi, by nie przychodziły na świat takie właśnie dzieci.
W krajach, gdzie metody in vitro są już od lat stosowane, plemniki i komórki jajowe są
badane pod względem genetycznym, by wykluczyć szkodliwe mutacje genowe, ale się
o tym głośno nie mówi".
Wręczyła Tomkowi wydruk jego horoskopu, odebrała honorarium i odprowadziła do
drzwi.
Tomek wyszedł jak ogłuszony. To było nieco za wiele - nikomu przecież nie mówił,
że idzie do wróżki, z nikim nie omawiał swych trosk związanych z brakiem dziecka,
nikomu nie żalił się, że Marta chwilami jest nie do wytrzymania. Więc skąd ona to
wszystko wiedziała?
Wyciągnął z kieszeni kartkę z wydrukiem horoskopu, dokładnie ją podarł i wrzucił
do mijanego kosza.
Postanowił, że te wizytę zachowa w tajemnicy przed Martą.
c.d.n.
piątek, 13 września 2013
Trudna miłość
Tomek odruchowo uskoczył w bok. No, zabiłaby mnie tym talerzem- pomyślał.
Spojrzał na Martę. Stała nadal z uniesioną ręką, spięta, z oczami pełnymi łez.
Bez słowa wyszedł do przedpokoju, wziął z wieszaka kurtkę i wyszedł, cicho
zamykając za sobą drzwi.
Do tego, że Marta w złości ciskała o podłogę tym, co akurat trzymała w ręce, już
się przyzwyczaił. Ale po raz pierwszy talerz poleciał w jego stronę.
Szedł szybko ze wzrokiem utkwionym w chodnik, wtargnął na jezdnię na czerwonym
świetle zmuszając kierowców do nagłego hamowania.
Kretyn!- usłyszał od kogoś stojącego na skraju chodnika.
Kretyn - niczym echo powtórzył Tomek w myśli. Kretyn, bo ciągle ją kocham i żyć
bez niej nie mogę.
Byli od dziesięciu lat małżeństwem. Kłótnie wybuchały właściwie od samego
początku. Marta bardzo łatwo wpadała w złość. Chwilami zachowywała się jak mały
rozkapryszony dzieciak. Gdy któregoś dnia nie mogła otworzyć słoika z dżemem to
grzmotnęła nim o podłogę. Tak gwałtownego zetknięcia z podłożem słoik nie
wytrzymał, a jego zawartość rozprysnęła się po podłodze i frontach stojących szafek.
W dziesięć minut pózniej Marta sprzątała kuchnię z lekka pochlipując.
Tomek wciąż się zastanawiał co go trzyma przy Marcie. Wrócił myślami do dnia,
w którym ją zobaczył po raz pierwszy.
Był maj, piękna pogoda i piknik integracyjny dla kilku oddziałów firmy, w której
pracował.
Na tarasie restauracji urządzono parkiet i spora część młodych ludzi podrygiwała w rytm
muzyki. Starsi pracownicy okupowali stoliki sącząc piwo , żując warkoczyki ostrego
sera lub smażonego na smalcu chleba.
Tomek nie za bardzo lubił tańczyć, piwa nie pił, bo chciał się wieczorem zerwać z tego
integracyjnego spędu i nie bardzo wiedząc co ma ze sobą począć, stał w pobliżu tarasu
patrząc się na tańczących. W pewnej chwili jego wzrok padł na niewysoką, szczuplutką
blondynkę w krótkiej białej sukience z golfem. Stała przodem do Tomka, tyłem do swego
partnera i kołysała do rytmu biodrami. Chyba jej gorąco w tym golfie- pomyślał Tomek.
Nieznajoma doskonale widziała, że Tomek wlepia w nią oczy i puściła do niego oko.
Tomek należał raczej do nieśmiałych facetów i trochę się zmieszał. I nagle, ta mała
blondynka podeszła do niego, chwyciła za rękę i wciągnęła na parkiet.
Jestem Marta, a ty?
Tomek P.- grzecznie przedstawił się Tomek, przebierając nogami do rytmu. Pierwszy raz
w życiu poczuł się idiotycznie. Marta odwróciła głowę do chłopaka, który stał za nią i
powiedziała: "no to już możesz iść, dziękuję za towarzystwo".
"Ty chyba nie przepadasz za tańcem" ni to stwierdziła ni to spytała Marta. Nim Tomek
zdążył odpowiedzieć chwyciła go za rękę i pociągnęła do kawiarni.
I wtedy Tomek zobaczył, że ta dziwna, intrygująca go dziewczyna z tyłu jest goła - a tak
dokładnie to z tyłu był na górze golfowy kołnierz, poniżej niego gołe plecy poprzecinane
cienkimi sznureczkami, zakończenie tyłu kreacji stanowiła krótka spódniczka. A to wszystko
było osadzone na bardzo zgrabnych nogach obutych w niebotycznej wysokości szpilki.
W całym swym trzydziestoletnim życiu Tomek jeszcze nie był tuż obok tak dziwnie a
jednocześnie tak ponętnie odzianej dziewczyny. Jej obecność wyraznie mu działała na
zmysły - z trudem utrzymywał ręce z dala od niej. Zamówili kawę i Tomek powiedział, że
za godzinę lub dwie wraca do miasta. Marta uśmiechnęła się i zapytała, czy w takim
razie może się z nim zabrać. Umówili się za godzinę na parkingu. Gdy zjawiła się tam
w zupełnie normalnym stroju, czyli spodniach i zwykłej bluzce, Tomek niemal jej nie poznał.
Do dziś nie wie jak wtedy dojechał do miasta bez wypadku. Siedząca obok Marta podniecała
go niesamowicie. Zaproponował, by wpadli do niego na krótko, on tylko wyprowadzi psa,
da mu jedzenie i gdzieś się razem wybiorą.
Nigdzie się nie wybrali - wyprowadzili sunię, Tomek dał jej pełną miskę jedzenia i zupełnie niespodziewanie wylądował z Martą na kanapie. To była wariacka noc - nie znali się wcale,
ale oboje starali się odgadnąć pragnienie partnera i je zaspokoić. Wariactwo i pełen luz - tak
Tomek myślał o ich pierwszej miłosnej nocy.
Rok pózniej wzięli ślub. Tomek miał trzydzieści dwa lata, Marta o dwa lata więcej. To był
dziwny związek - łączył ich chyba tylko seks.
Każde z nich miało zupełnie inne zainteresowania, słuchali zupełnie innej muzyki, lubili
zupełnie różne potrawy, inaczej spędzali czas wolny od pracy.
Półtora roku po ślubie Marta poroniła ośmiotygodniową ciążę. Była załamana i wściekła.
Nie pomagały zapewnienia Tomka, że to się każdemu może zdarzyć, że nadal ją kocha, że
przecież porobią Marcie wszystkie badania i odkryją co było przyczyną poronienia i że
przecież znów będą się starać o dziecko.
Marta doskonale wiedziała, że Tomek bardzo lubi dzieci, że marzy o własnym dziecku, że
ma z dziećmi świetny kontakt. Widziała jak Tomek bawi się ze swoją malutką siostrzenicą,
ile ma cierpliwości i delikatności w obcowaniu z dzieckiem i jak mała ciągle do niego się
wyrywa.
Porobiła wszystkie możliwe badania - nikt nie wiedział czemu nastąpiło poronienie. Jest
pani w 100% zdrową kobietą, proszę się uspokoić, z pewnością będzie pani miała dziecko,
zapewniali ją lekarze.
Ale czas mijał, a Marta nie zachodziła w ciążę. Wytworzyła się dziwna sytuacja - za ten stan
rzeczy winili się oboje. Tomek podejrzewał,że coś z nim nie jest w porządku, Marta winiła
siebie.
Tomek porobił wszystkie możliwe badania - wszystko było w najlepszym porządku.
Nie dowierzał, porobił wszystkie ponownie w innej klinice. Badania wypadły dobrze.
Postanowiono zastosować inseminację. Czterokrotna próba nie dała żadnego rezultatu.
Marta szalała z rozpaczy. Tomek robił kolejne badania, Marta odwiedzała gabinety medycyny
naturalnej,wydawała majątek na różne zabiegi uzdrawiające. Efekt zerowy, a czas mijał.
Pewnego dnia Tomek, niczym rozhisteryzowana kobieta, poszedł do wróżki. Sam nie wiedział
po co, bo nie wierzył ani w to, co mówią karty ani w horoskopy.
c.d.n.
Spojrzał na Martę. Stała nadal z uniesioną ręką, spięta, z oczami pełnymi łez.
Bez słowa wyszedł do przedpokoju, wziął z wieszaka kurtkę i wyszedł, cicho
zamykając za sobą drzwi.
Do tego, że Marta w złości ciskała o podłogę tym, co akurat trzymała w ręce, już
się przyzwyczaił. Ale po raz pierwszy talerz poleciał w jego stronę.
Szedł szybko ze wzrokiem utkwionym w chodnik, wtargnął na jezdnię na czerwonym
świetle zmuszając kierowców do nagłego hamowania.
Kretyn!- usłyszał od kogoś stojącego na skraju chodnika.
Kretyn - niczym echo powtórzył Tomek w myśli. Kretyn, bo ciągle ją kocham i żyć
bez niej nie mogę.
Byli od dziesięciu lat małżeństwem. Kłótnie wybuchały właściwie od samego
początku. Marta bardzo łatwo wpadała w złość. Chwilami zachowywała się jak mały
rozkapryszony dzieciak. Gdy któregoś dnia nie mogła otworzyć słoika z dżemem to
grzmotnęła nim o podłogę. Tak gwałtownego zetknięcia z podłożem słoik nie
wytrzymał, a jego zawartość rozprysnęła się po podłodze i frontach stojących szafek.
W dziesięć minut pózniej Marta sprzątała kuchnię z lekka pochlipując.
Tomek wciąż się zastanawiał co go trzyma przy Marcie. Wrócił myślami do dnia,
w którym ją zobaczył po raz pierwszy.
Był maj, piękna pogoda i piknik integracyjny dla kilku oddziałów firmy, w której
pracował.
Na tarasie restauracji urządzono parkiet i spora część młodych ludzi podrygiwała w rytm
muzyki. Starsi pracownicy okupowali stoliki sącząc piwo , żując warkoczyki ostrego
sera lub smażonego na smalcu chleba.
Tomek nie za bardzo lubił tańczyć, piwa nie pił, bo chciał się wieczorem zerwać z tego
integracyjnego spędu i nie bardzo wiedząc co ma ze sobą począć, stał w pobliżu tarasu
patrząc się na tańczących. W pewnej chwili jego wzrok padł na niewysoką, szczuplutką
blondynkę w krótkiej białej sukience z golfem. Stała przodem do Tomka, tyłem do swego
partnera i kołysała do rytmu biodrami. Chyba jej gorąco w tym golfie- pomyślał Tomek.
Nieznajoma doskonale widziała, że Tomek wlepia w nią oczy i puściła do niego oko.
Tomek należał raczej do nieśmiałych facetów i trochę się zmieszał. I nagle, ta mała
blondynka podeszła do niego, chwyciła za rękę i wciągnęła na parkiet.
Jestem Marta, a ty?
Tomek P.- grzecznie przedstawił się Tomek, przebierając nogami do rytmu. Pierwszy raz
w życiu poczuł się idiotycznie. Marta odwróciła głowę do chłopaka, który stał za nią i
powiedziała: "no to już możesz iść, dziękuję za towarzystwo".
"Ty chyba nie przepadasz za tańcem" ni to stwierdziła ni to spytała Marta. Nim Tomek
zdążył odpowiedzieć chwyciła go za rękę i pociągnęła do kawiarni.
I wtedy Tomek zobaczył, że ta dziwna, intrygująca go dziewczyna z tyłu jest goła - a tak
dokładnie to z tyłu był na górze golfowy kołnierz, poniżej niego gołe plecy poprzecinane
cienkimi sznureczkami, zakończenie tyłu kreacji stanowiła krótka spódniczka. A to wszystko
było osadzone na bardzo zgrabnych nogach obutych w niebotycznej wysokości szpilki.
W całym swym trzydziestoletnim życiu Tomek jeszcze nie był tuż obok tak dziwnie a
jednocześnie tak ponętnie odzianej dziewczyny. Jej obecność wyraznie mu działała na
zmysły - z trudem utrzymywał ręce z dala od niej. Zamówili kawę i Tomek powiedział, że
za godzinę lub dwie wraca do miasta. Marta uśmiechnęła się i zapytała, czy w takim
razie może się z nim zabrać. Umówili się za godzinę na parkingu. Gdy zjawiła się tam
w zupełnie normalnym stroju, czyli spodniach i zwykłej bluzce, Tomek niemal jej nie poznał.
Do dziś nie wie jak wtedy dojechał do miasta bez wypadku. Siedząca obok Marta podniecała
go niesamowicie. Zaproponował, by wpadli do niego na krótko, on tylko wyprowadzi psa,
da mu jedzenie i gdzieś się razem wybiorą.
Nigdzie się nie wybrali - wyprowadzili sunię, Tomek dał jej pełną miskę jedzenia i zupełnie niespodziewanie wylądował z Martą na kanapie. To była wariacka noc - nie znali się wcale,
ale oboje starali się odgadnąć pragnienie partnera i je zaspokoić. Wariactwo i pełen luz - tak
Tomek myślał o ich pierwszej miłosnej nocy.
Rok pózniej wzięli ślub. Tomek miał trzydzieści dwa lata, Marta o dwa lata więcej. To był
dziwny związek - łączył ich chyba tylko seks.
Każde z nich miało zupełnie inne zainteresowania, słuchali zupełnie innej muzyki, lubili
zupełnie różne potrawy, inaczej spędzali czas wolny od pracy.
Półtora roku po ślubie Marta poroniła ośmiotygodniową ciążę. Była załamana i wściekła.
Nie pomagały zapewnienia Tomka, że to się każdemu może zdarzyć, że nadal ją kocha, że
przecież porobią Marcie wszystkie badania i odkryją co było przyczyną poronienia i że
przecież znów będą się starać o dziecko.
Marta doskonale wiedziała, że Tomek bardzo lubi dzieci, że marzy o własnym dziecku, że
ma z dziećmi świetny kontakt. Widziała jak Tomek bawi się ze swoją malutką siostrzenicą,
ile ma cierpliwości i delikatności w obcowaniu z dzieckiem i jak mała ciągle do niego się
wyrywa.
Porobiła wszystkie możliwe badania - nikt nie wiedział czemu nastąpiło poronienie. Jest
pani w 100% zdrową kobietą, proszę się uspokoić, z pewnością będzie pani miała dziecko,
zapewniali ją lekarze.
Ale czas mijał, a Marta nie zachodziła w ciążę. Wytworzyła się dziwna sytuacja - za ten stan
rzeczy winili się oboje. Tomek podejrzewał,że coś z nim nie jest w porządku, Marta winiła
siebie.
Tomek porobił wszystkie możliwe badania - wszystko było w najlepszym porządku.
Nie dowierzał, porobił wszystkie ponownie w innej klinice. Badania wypadły dobrze.
Postanowiono zastosować inseminację. Czterokrotna próba nie dała żadnego rezultatu.
Marta szalała z rozpaczy. Tomek robił kolejne badania, Marta odwiedzała gabinety medycyny
naturalnej,wydawała majątek na różne zabiegi uzdrawiające. Efekt zerowy, a czas mijał.
Pewnego dnia Tomek, niczym rozhisteryzowana kobieta, poszedł do wróżki. Sam nie wiedział
po co, bo nie wierzył ani w to, co mówią karty ani w horoskopy.
c.d.n.
sobota, 7 września 2013
Święta Celina - cz.IX
Nie wiem czemu, ale odkąd "poszłam na swoje" wiecznie byłam pod kreską czasową-
dni uciekały jak szalone, wiecznie miałam za mało czasu, ciągle jakieś zaległości
w pracach domowych i życiu towarzyskim.
Byłam już tak tym wszystkim skołowana, że nawet nie dotarło do mnie, że już od dawna
nie telefonowała do mnie Celina. Przyznam się, że nie tęskniłam do spotkania z nią, bo
wcale nie byłam napalona na udzielanie jej porad.
Właśnie kończyłam dławienie się śniadaniem, które jadłam stojąc przy szafie pancernej,
w której jednocześnie układałam dokumenty, gdy otworzyły się drzwi i w nich
zobaczyłam...Marka. Był z jednym z naszych branżystów. Na szczęście moja koleżanka
widząc, że jeszcze jem, przejęła ich pod swoje skrzydła. Marek najwyrazniej w świecie
chciał wyjechać na kontrakt za granicę.
Panowie otrzymali potrzebne dokumenty, podziękowali i wyszli. A ja nie dałam po sobie
poznać, że znam Marka.
Zaczęłam się tylko zastanawiać, czy Celina o tym wie. W dwa dni pózniej zadzwoniła
Celina, prosząc o spotkanie. Jak zwykle spotkałyśmy się po pracy.
Zaraz po przywitaniu Celina spojrzała na mnie z wyrzutem i zaraz zaczęła mnie
strofować, że nawet nie odezwałam się do Marka. Wytłumaczyłam jej spokojnie, że
Marek przyszedł nie do mnie, ale do działu, w którym pracuję, a interesantów obsługuje
ta z pracownic, która akurat jest wolna. Ja byłam zajęta aż dwiema czynnościami więc
trudno bym wszystko rzuciła i pognała załatwiać sprawy Marka dlatego bo go znam.
No a jeżeli bardzo im zależało bym to ja wydała mu papiery, to trzeba było wcześniej
zadzwonić, że przyjdzie. Pocieszyłam ją tylko,że od teraz to on będzie częstym gościem
i w naszej Centrali i w dziale, w którym pracuję.
Celina chwilę jeszcze pomilczała, wreszcie jakoś przebolała, że Marka potraktowałam
jak każdego innego interesanta i nie doczekawszy się mojego pytania z gatunku
"a co u Ciebie ?" zaczęła oowiadać, że Marek podjął decyzję o wyjezdzie z dwóch
powodów- mieszkanie, w którym mieszkali nie było jego, ale jego kuzyna, który je
"wypożyczył " Markowi, a teraz wrócił z b.długiego kontraktu z zagranicy. Kontraktu
już nie udało się przedłużyć, więc oni będą musieli się wyprowadzić.
Kuzyn podsunął Markowi pomysł, by on postarał się o podpisanie kontraktu o pracę
za granicą. Wprawdzie każdy płacił spory haracz naszemu państwu, ale i tak
"wychodził na swoje finansowo"; poza tym ściągnąłby do siebie Celinę, przez czas
trwania kontraktu mieliby gdzie mieszkać, a w międzyczasie pewnie będzie już ich
mieszkanie wybudowane. Poza tym zarobione dewizy pozwolą na zakup spółdzielczego
mieszkania własnościowego, które z reguły można było szybciej otrzymać.
Drugim powodem były jego stosunki z byłą żoną - ona nadal utrudniała jego kontakt
z dzieckiem, więc kuzyn bywały w świecie wymyślił, że ona pewnie nie będzie robiła
Markowi kłopotów w kwestii wyjazdu, o ile dostanie zabezpieczenie finansowe.
Poza tym pan psycholog z AA uważał, że taka całkowita zmiana otoczenia i oddalenie
problemu związanego z synkiem, z całą pewnością wpłynie na Marka pozytywnie.
Upewniłam się tylko, czy Celina zdaje sobie sprawę, że pojadą do "dzikiego" kraju,
gdzie klimat nie za bardzo służy europejskim kobietom, że musi liczyć się z tym, że
będzie bez pracy, bo nie wiadomo, czy jej się uda gdzieś zatrudnić, że stosunki pomiędzy
Polakami przebywającymi na kontraktach są wredne, że pełno jest donosów i plotek,
które obrzydzają codzienność.
Nie pytałam co dalej z jej ewentualną ciążą, odniosłam bowiem wrażenie, że sprawa
zeszła na plan dalszy.
Załatwianie wszelkich spraw związanych z kontraktem trwało niemal rok. Była żona
początkowo nie chciała wyrazić zgody na wyjazd Marka. Z pomocą znów przyszedł
kuzyn Marka, który przejął jego obowiązki alimentacyjne,a była żona łaskawie wyraziła
zgodę na jego osobę jako płatnika. Gdy wreszcie podpisała zgodę , Marek mógł
otrzymać paszport na wyjazd i przejść cały dość skomplikowany cykl szczepień
ochronnych.
Celina dość dzielnie zniosła wyjazd Marka - na szczęście kontrahent stosunkowo szybko
przysłał dla niej bilet. Najwięcej problemu było z mieniem przesiedleńczym- firma
specjalizująca się w tej dziedzinie uważała, że do jej obowiązków należy tylko i jedynie
poinformowanie klienta jakiej wielkości musi być bagaż i w co zapakowany, na kiedy
i na jaki statek dostarczony - sobie pozostawili tylko wystawienie faktury.
Biedna Celina uszarpała się setnie z całym ich wyposażeniem domowym - musiała
znalezć ludzi do wykonania skrzyń, znalezć tragarzy, transport do Gdyni.
I pewnego pięknego dnia odprowadziłam Celinę na lotnisko - leciała przez Rzym do
Ghany.
Po dwóch latach pobytu Markowi przedłużono kontrakt o następne dwa lata, Celinie
udało się załapać pracę w jakiejś francuskiej firmie.
Wiadomości przesyłała mi poprzez powracających lub przyjeżdżających na urlop
do Polski specjalistów.
Gdy minęły następne dwa lata kontraktu Celina mi napisała, że oni już nie wrócą do
Polski. Markowi udało się załatwić sobie prywatny kontrakt w jakiejś innej firmie,
a po jego zakończeniu oni wyemigrują do Kanady, mają już promesę wizy
I rzeczywiście tak zrobili. W Kanadzie, po dość intensywnym leczeniu Celina
urodziła blizniaki, pareczkę.
Jak pamiętacie kuzyn Marka przejął jego obowiazki alimentacyjne- z czasem
zaprzyjaznił się z byłą żoną Marka i zaczął być u niej częstym gościem.
Zabierał ją i dziecko na jakieś imprezy plenerowe aż doszedł do wniosku, że jest to
kobieta w sam raz dla niego.
Napisał do Marka, że skoro już przejął jego obowiązki alimentacyjne, to będzie
prościej gdy przejmie również dziecko i jego byłą żonę.
Marek nie miał nic przeciwko temu. Trochę się to wydawało Celinie dziwne, ale
wtedy Marek przyznał się, że jego ostatni wyskok alkoholowy miał związek z tym,
że jego"była" powiedziała, że wie na 100%, że dziecko nie jest jego, bo ona jest
pewna, że dziecko urodziło się miesiąc wcześniej niż powinno, a wcale nie było pod
względem medycznym wcześniakiem. Pewnie był efektem ubocznym pożegnania
z poprzednim chłopakiem.
Marek był pod ręką, zresztą wolała Marka, więc gdy się zorientowała, że jest w ciąży-
wyszła za Marka.
Celina z Markiem nadal mieszkają w Kanadzie, choć czasami zastanawiają się nad
zamieszkaniem w Europie, gdzieś w cieplejszym klimacie.
Ale wtedy byliby daleko od dzieci, które nie wyobrażają sobie opuszczenia Kanady.
Jak widzicie, życie pisze bardzo dziwne scenariusze.
dni uciekały jak szalone, wiecznie miałam za mało czasu, ciągle jakieś zaległości
w pracach domowych i życiu towarzyskim.
Byłam już tak tym wszystkim skołowana, że nawet nie dotarło do mnie, że już od dawna
nie telefonowała do mnie Celina. Przyznam się, że nie tęskniłam do spotkania z nią, bo
wcale nie byłam napalona na udzielanie jej porad.
Właśnie kończyłam dławienie się śniadaniem, które jadłam stojąc przy szafie pancernej,
w której jednocześnie układałam dokumenty, gdy otworzyły się drzwi i w nich
zobaczyłam...Marka. Był z jednym z naszych branżystów. Na szczęście moja koleżanka
widząc, że jeszcze jem, przejęła ich pod swoje skrzydła. Marek najwyrazniej w świecie
chciał wyjechać na kontrakt za granicę.
Panowie otrzymali potrzebne dokumenty, podziękowali i wyszli. A ja nie dałam po sobie
poznać, że znam Marka.
Zaczęłam się tylko zastanawiać, czy Celina o tym wie. W dwa dni pózniej zadzwoniła
Celina, prosząc o spotkanie. Jak zwykle spotkałyśmy się po pracy.
Zaraz po przywitaniu Celina spojrzała na mnie z wyrzutem i zaraz zaczęła mnie
strofować, że nawet nie odezwałam się do Marka. Wytłumaczyłam jej spokojnie, że
Marek przyszedł nie do mnie, ale do działu, w którym pracuję, a interesantów obsługuje
ta z pracownic, która akurat jest wolna. Ja byłam zajęta aż dwiema czynnościami więc
trudno bym wszystko rzuciła i pognała załatwiać sprawy Marka dlatego bo go znam.
No a jeżeli bardzo im zależało bym to ja wydała mu papiery, to trzeba było wcześniej
zadzwonić, że przyjdzie. Pocieszyłam ją tylko,że od teraz to on będzie częstym gościem
i w naszej Centrali i w dziale, w którym pracuję.
Celina chwilę jeszcze pomilczała, wreszcie jakoś przebolała, że Marka potraktowałam
jak każdego innego interesanta i nie doczekawszy się mojego pytania z gatunku
"a co u Ciebie ?" zaczęła oowiadać, że Marek podjął decyzję o wyjezdzie z dwóch
powodów- mieszkanie, w którym mieszkali nie było jego, ale jego kuzyna, który je
"wypożyczył " Markowi, a teraz wrócił z b.długiego kontraktu z zagranicy. Kontraktu
już nie udało się przedłużyć, więc oni będą musieli się wyprowadzić.
Kuzyn podsunął Markowi pomysł, by on postarał się o podpisanie kontraktu o pracę
za granicą. Wprawdzie każdy płacił spory haracz naszemu państwu, ale i tak
"wychodził na swoje finansowo"; poza tym ściągnąłby do siebie Celinę, przez czas
trwania kontraktu mieliby gdzie mieszkać, a w międzyczasie pewnie będzie już ich
mieszkanie wybudowane. Poza tym zarobione dewizy pozwolą na zakup spółdzielczego
mieszkania własnościowego, które z reguły można było szybciej otrzymać.
Drugim powodem były jego stosunki z byłą żoną - ona nadal utrudniała jego kontakt
z dzieckiem, więc kuzyn bywały w świecie wymyślił, że ona pewnie nie będzie robiła
Markowi kłopotów w kwestii wyjazdu, o ile dostanie zabezpieczenie finansowe.
Poza tym pan psycholog z AA uważał, że taka całkowita zmiana otoczenia i oddalenie
problemu związanego z synkiem, z całą pewnością wpłynie na Marka pozytywnie.
Upewniłam się tylko, czy Celina zdaje sobie sprawę, że pojadą do "dzikiego" kraju,
gdzie klimat nie za bardzo służy europejskim kobietom, że musi liczyć się z tym, że
będzie bez pracy, bo nie wiadomo, czy jej się uda gdzieś zatrudnić, że stosunki pomiędzy
Polakami przebywającymi na kontraktach są wredne, że pełno jest donosów i plotek,
które obrzydzają codzienność.
Nie pytałam co dalej z jej ewentualną ciążą, odniosłam bowiem wrażenie, że sprawa
zeszła na plan dalszy.
Załatwianie wszelkich spraw związanych z kontraktem trwało niemal rok. Była żona
początkowo nie chciała wyrazić zgody na wyjazd Marka. Z pomocą znów przyszedł
kuzyn Marka, który przejął jego obowiązki alimentacyjne,a była żona łaskawie wyraziła
zgodę na jego osobę jako płatnika. Gdy wreszcie podpisała zgodę , Marek mógł
otrzymać paszport na wyjazd i przejść cały dość skomplikowany cykl szczepień
ochronnych.
Celina dość dzielnie zniosła wyjazd Marka - na szczęście kontrahent stosunkowo szybko
przysłał dla niej bilet. Najwięcej problemu było z mieniem przesiedleńczym- firma
specjalizująca się w tej dziedzinie uważała, że do jej obowiązków należy tylko i jedynie
poinformowanie klienta jakiej wielkości musi być bagaż i w co zapakowany, na kiedy
i na jaki statek dostarczony - sobie pozostawili tylko wystawienie faktury.
Biedna Celina uszarpała się setnie z całym ich wyposażeniem domowym - musiała
znalezć ludzi do wykonania skrzyń, znalezć tragarzy, transport do Gdyni.
I pewnego pięknego dnia odprowadziłam Celinę na lotnisko - leciała przez Rzym do
Ghany.
Po dwóch latach pobytu Markowi przedłużono kontrakt o następne dwa lata, Celinie
udało się załapać pracę w jakiejś francuskiej firmie.
Wiadomości przesyłała mi poprzez powracających lub przyjeżdżających na urlop
do Polski specjalistów.
Gdy minęły następne dwa lata kontraktu Celina mi napisała, że oni już nie wrócą do
Polski. Markowi udało się załatwić sobie prywatny kontrakt w jakiejś innej firmie,
a po jego zakończeniu oni wyemigrują do Kanady, mają już promesę wizy
I rzeczywiście tak zrobili. W Kanadzie, po dość intensywnym leczeniu Celina
urodziła blizniaki, pareczkę.
Jak pamiętacie kuzyn Marka przejął jego obowiazki alimentacyjne- z czasem
zaprzyjaznił się z byłą żoną Marka i zaczął być u niej częstym gościem.
Zabierał ją i dziecko na jakieś imprezy plenerowe aż doszedł do wniosku, że jest to
kobieta w sam raz dla niego.
Napisał do Marka, że skoro już przejął jego obowiązki alimentacyjne, to będzie
prościej gdy przejmie również dziecko i jego byłą żonę.
Marek nie miał nic przeciwko temu. Trochę się to wydawało Celinie dziwne, ale
wtedy Marek przyznał się, że jego ostatni wyskok alkoholowy miał związek z tym,
że jego"była" powiedziała, że wie na 100%, że dziecko nie jest jego, bo ona jest
pewna, że dziecko urodziło się miesiąc wcześniej niż powinno, a wcale nie było pod
względem medycznym wcześniakiem. Pewnie był efektem ubocznym pożegnania
z poprzednim chłopakiem.
Marek był pod ręką, zresztą wolała Marka, więc gdy się zorientowała, że jest w ciąży-
wyszła za Marka.
Celina z Markiem nadal mieszkają w Kanadzie, choć czasami zastanawiają się nad
zamieszkaniem w Europie, gdzieś w cieplejszym klimacie.
Ale wtedy byliby daleko od dzieci, które nie wyobrażają sobie opuszczenia Kanady.
Jak widzicie, życie pisze bardzo dziwne scenariusze.
Subskrybuj:
Posty (Atom)