W chwili gdy droga życiowa Pechowca przecięła moją ścieżkę, dziecko miało już
z 5 lat, a Pechowiec nadal usiłował jakoś wybrnąć z tej kwadratury koła.
Pechowcowa już pracowała, ale b. często bywała na zwolnieniu lekarskim, przez co
często zmieniała miejsce pracy. Pechowiec porzucił pół etatu, by częściej bywać
w domu.
Nadal czekali na spółdzielcze mieszkanie, dzieckiem zajmowała się kolejna niania, bo
wbrew rzewnym wspomnieniom niektórych osób, miejsce w przedszkolu Pechowcom
nie przysługiwało. Nie dość, że Pechowcowa nie była samotną matką to razem mieli,
zdaniem władz, zbyt wysokie dochody. Przedszkola prywatne właściwie nie istniały, no
chyba że nielegalnie.
Najwięcej mnie złościło,że Pechowiec wciąż zadawał mi pytanie co on ma z tym fantem,
czyli ze swą sytuacją rodzinną zrobić. Odżegnywałam się od odpowiedzi, bo jako
dziecię z rozbitej rodziny byłam przeciwniczką rozwodów. Z drugiej strony widziałam,
że Pechowiec "stracił serce" do swej żony, trwał w tym związku z uwagi na dziecko.
Ale Pechowiec zatruwał mi tak skutecznie życie, że w końcu na zadane pytanie
odpowiedziałam pytaniem: " a możesz mi wyjaśnić dlaczego się z nią ożeniłeś? bo wg
mnie, tak na zdrowy rozum to nie kamuflowała swych wad- od początku wiedziałeś, że to
wielce zabawowa dziewczyna. Wytłumacz mi, jak taki inteligentny facet mógł się tak
wrobić?" Pechowiec z godzinę milczał, wreszcie wysapał - "masz rację, jestem kretynem.
Ale, jak każdy młody facet byłem zainteresowany głównie seksem, a tego to ona mi
nigdy nie odmawiała- nie miała złych nastrojów, które by wykluczały seks, była chętna
o każdej porze dnia i nocy. Bo przeważająca większość młodych facetów przynajmniej
raz na pół godziny myśli o seksie".
A teraz? - zapytałam niezbyt delikatnie. " Teraz to chyba będę musiał iść do seksuologa,
chyba grozi mi impotencja. Jakoś mi to nie w głowie".
Porozbierałam zagadnienie na części pierwsze, tłumacząc, że to wszystko normalne ale
Pechowiec jednak postanowił iść do specjalisty.
Za tydzień zatelefonował do mnie, mówiąc, że on naprawdę jest kretynem, a ja miałam
rację i że niepotrzebnie wydał 100zł na wizytę, bo lekarz powiedział mu to samo co ja.
W międzyczasie Pechowiec wychodził ze skóry, żeby przyspieszyć termin otrzymania
mieszkania. Zwróciłam mu uwagę, że w chwili otrzymania mieszkania będzie musiał swą
żonę też tam zameldować i jeśli potem wniesie sprawę o rozwód, trzeba będzie mieszkanie
dzielić.
Pechowiec trzy dni myślał, ja nic się nie wypowiadałam o rozwodzie, ale matka Pechowca
namówiła go, by jednak się rozwiódł i koniecznie walczył o przyznanie mu dziecka.
W końcu rozwodził się z alkoholiczką, więc dla normalnie myślących ludzi sprawa była
wygrana. Ale sądy rodzinne w Polsce zawsze działały w dość zastanawiający sposób -
pomimo zeznań wielu świadków, łącznie z opinią lekarza, dziecko przyznano matce.
Decyzję sąd uzasadnił płcią dziecka oraz faktem , że matka pozwanej zobowiązała się do
sprawowania opieki nad dzieckiem oraz do monitorowania poczynań swej córki.
Team Pechowca był zadziwiony wyrokiem niepomiernie, on sam początkowo załamany.
Nie wiem jak to jest, ale każdy "kawaler z odzysku" ma spore wzięcie u pań. Bardzo mnie to
dziwi, bo wg mnie zawsze wina leży po obu stronach i rozwód jest dowodem, że obie strony
mogą mieć potem kłopoty w kolejnym życiu we dwoje.
Pechowiec zaczął być podrywany przez niektóre panie. To było średnio zabawne, bo każdą
ze swych "wielbicielek" przedstawiał memu mężowi i mnie.
U swej byłej żony bywał raz w tygodniu i zabierał dziecko na różne spacery. Była żona jakoś
wcale nie zmieniła swych upodobań do nadużywania procentów, choć nie siedziała sama
w domu z dzieckiem.
Pechowiec, zapewne z wdzięczności, że ma obok siebie ludzi, którzy zawsze go wysłuchają,
bywał u nas niemal codziennie. Byłam w tym czasie w stanie odmiennym, a samochód
mieliśmy otrzymać dopiero za jakiś czas, więc Pechowiec robił za taksówkę. Dostąpił nawet
zaszczytu zawiezienia mnie do szpitala i przyjechania po mnie. Przynajmniej wracałam
dzięki temu w pozycji leżącej, co był niezłe, bo urodziłam w niedzielę a wracałam już
w czwartek, zaraz po zdjęciu szwów.
W dwa lata pózniej pechowiec poznał bardzo miłą i fajną dziewczynę. I......ożenił się.
Miałam nadzieję, że będzie to trwały związek, ale myliłam się. Pechowiec wymyślił sobie,
że w świetle przeróżnych dziwacznych przepisów PRL-u najlepiej będzie, gdy wezmą
rozwód. Nie wiem jakich użył argumentów, ale w chwili gdy Pechowcowa nr 2 była w zaawansowanej ciąży, wnieśli zgodnie sprawę o rozwód.
Mnie tłumaczył, że tym sposobem będą mogli utrzymać dwa mieszkania , ona bez trudu
dostanie wtedy miejsce w przedszkolu dla dziecka i jeszcze jakieś ulgi.
Popukałam go w czółko (coraz wyższe), wzruszyłam ramionami i poprosiłam by swoje
sprawy omawiał raczej z żoną niż ze mną.
Ale Pechowca trudno było się pozbyć. A może łączyło nas zbyt wiele spraw? Np. wakacje - Pechowiec brał dwójkę swych dzieci i razem jezdzilismy na wakacje - wynajmowaliśmy
cały dom, na plaży ja się mogłam spokojnie wylegiwać, Pechowcowa nr 2 była w tym
czasie w sanatorium, a Pechowiec cudownie zabawiał trójkę dzieciaków. Dzieciaki go
uwielbiały, moja mówiła do niego oczywiście wujku, jego dzieci nam "wujkowały i
ciotkowały".
W drugim miesiącu wakacji jego miejsce zajmowała Pechowcowa nr 2.
Mój mąż uczestniczył w tym wszystkim raptem 2 tygodnie, bo drugie dwa tygodnie
zostawiał sobie na zimowy wyjazd.
Ale dawałyśmy sobie radę , obie byłyśmy zmotoryzowane i samodzielne z natury.
Nie pytałam nigdy Pechowcowej nr2, dlaczego zgodziła się na taki niewydarzony układ.
A że nie był to najlepszy układ pod słońcem okazało się mniej więcej po trzech latach.
Pechowiec poznał kolejną panią- tym razem rozwódkę z dwójką dzieci.
I powstał baaardzo dziwny układ - Pechowiec miał już dość luzne układy ze swą żoną nr 2,
która dość niespodziewanie podjęła decyzję wyjazdu do Anglii, ale bez dziecka.
Nie ma problemu, orzekł Pechowiec i wziął dziecko do siebie. Dość szybko ożenił się
z panią rozwódką, tak więc była kolejna pani Pechowcowa, nr 3 i jej dwójka dzieci.
Teraz mieszkanie okazało się nieco za małe, więc je sprzedał i zakupił dom pod Warszawą.
Dom, w którym wiecznie było pełno ludzi, bo : pomieszkiwało tam dziecię Pechowca
z jego pierwszego małżeństwa, (bo jej matka zapiła się na śmierć w międzyczasie),
dziecko z drugiego związku, dwójka dzieci trzeciej pani Pechowcowej, a w drodze było
kolejne dziecko - wspólne Pechowca i Pechowcowej nr 3.
Na wszystkie święta przybywało jeszcze dodatkowo kilka osób: była żona nr 2, były mąż
żony nr 3, rodzice Pechowca i babcia najstarszego dziecka Pechowca.
Z czasem dołączyła jeszcze druga żona byłego męża pani Pechowcowej nr 3 oraz
przyjaciel pani Pechowcowej nr 2.
Tylko raz dałam się nabrać na takie wspólne święta- po godzinie nie bardzo wiedziałam
jak mam na imię - w sumie było siedmioro dzieci w wieku różnym, kupa dorosłych i
dwa psy.
Czterdziesto metrowy salon ledwo wszystkich mieścił i z ulgą stamtąd wyszliśmy po
kilku godzinach.
Rozluzniłam kontakty z Pechowcem. Dzwonił do mnie tylko w sprawach podbramkowych
- gdy zmarł jego ojciec, potem matka.
Po15 latach ciszy w eterze znów zadzwonił - "ratuj, Pechowcowa nr 3 się znarowiła".
Wcale się jej nie dziwię, cały dom, wszystkie dzieci i ich kłopoty były wciąż na
jej głowie.
A Pechowiec? Właśnie poznał 20 lat młodszą panią i...tokuje.
Baby są jednak głupie, ot co.
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
niedziela, 9 lutego 2014
sobota, 8 lutego 2014
Pechowiec.
Pechowiec to nasz przyjaciel, choć być może bardziej mój niż mego męża. Znamy się
od tak dawna, że aż strach napisać ile to lat minęło. Można to określic, że znam go
dłużej niż własne dziecko.
Pechowca poznałam w pracy. Wpadło do pokoju "coś" płci męskiej, o bardzo rzadkich,
lekko kręcących się blond włosach i strasznie niebieskich oczach, wysokie i jakby nieco
z nadwagą. Ów osobnik był wielce uśmiechnięty, wyraznie przyjacielsko nastawiony do
otoczenia. Przedstawił się z imienia ( a właściwie dwóch imion) i nazwiska i oznajmił,
że będzie mi pomagał w miarę swych możliwości w czasie międzynarodowej imprezy,
która przez najbliższe trzy tygodnie miała być w naszej firmie. Mam mu tylko wydawać
polecania, a on będzie starał się wszystko wykonać.
Przyznam się szczerze, że zupełnie niczym facet jestem w kontaktach międzyludzkich
wzrokowcem. Pechowiec przedstawiał sobą zewnętrznie wszystko to, co mnie u facetów
przyprawiało o mdłości - duży, pulchnawy blondyn z niebieskimi oczami, łysiejący a do
tego głośny. I palący.
Pechowiec jakoś nie zraził się ani moim wrogim spojrzeniem ani brakiem mego
entuzjazmu, przeszedł do ataku, czyli zaproponował bym mu mówiła po imieniu, bo tak
łatwiej się współpracuje. Zapomniał mi nawet powiedzieć, że zna b. dobrze mego męża.
Współpraca układała się nam całkiem niezle, bo Pechowiec był raczej przedsiębiorczym
człowiekiem, a mnie z kolei zawsze lepiej się pracowało z facetami niż kobietami.
Chyba głównie dlatego, że oni nie ulegali hormonalnym zmianom nastrojów. A ja miałam
to szczęście, że byłam tak samo niemiła przez cały miesiąc, bez fluktuacji na plus czy
minus.
Te trzy tygodnie dały nam w kość niezle. W ostatniej chwili się okazało, że niektórzy
goście mieli zjechać dwa dni wcześniej niż zapowiadali a miejsca w hotelu oczywiście
nie było.
Stołeczna baza hotelowa była naprawdę wtedy wielce uboga i znalezienie nagle miejsc
dla pięciu osób graniczyło z cudem.
Gdy nagle wypłynęła ta sprawa, Pechowiec oświadczył - " to wszystko przeze mnie,
ja po prostu jestem pechowcem, zawsze coś mi się musi na głowę zwalić; jak nie
w domu to w pracy".
Wyjaśniłam mu, że to raczej mnie zleciało na głowę a nie jemu, a potem zaczęłam
obdzwaniać wszystkie możliwe hotele w mieście. Po dwóch godzinach poddałam się,
zadzwoniłam do Pechowca i oświadczyłam, że zero szans, więc niech rusza w kurs
po mieście i znajdzie jakis przyzwoity hotel robotniczy- trudno, dwa dni jakoś
przetrwają w hotelu robotniczym. Ewentualnie niech zajrzy na kwatery prywatne.
Od własnego męża dowiedziałam się, że Pechowiec jest z tego gatunku osobników,
którzy wywaleni drzwiami wracają oknem, a im sprawa trudniejsza i bardziej
beznadziejna tym lepiej.
Pechowiec załatwił nawet prawdziwy hotel - nie wiem jak to zrobił, ale zrobił. Byłam
tak tym zachwycona, że dałam się zaprosić na kawę.
Przy okazji chciałam się dowiedzieć na czym jego pech polega. Bo przedsiebiorczość
i pech raczej nie chodzą pod rękę.
Pechowiec pochodził z niezbyt odległego od stolicy miasta wojewódzkiego, z tak
zwanej "dobrej rodziny". Studia zrobił na Politechnice Warszawskiej i w końcu tu został.
Zaraz po studiach ożenił się - i to był jego pierwszy pech. Dziewczę było z natury wesołe,
typu "wino, mężczyzna i taniec", co właściwie nie przeszkadzało Pechowcowi, dopóki
nie byli małżeństwem. Ponieważ nie mieli własnego mieszkania Pechowiec tłumaczył
dziewczynie, która bardzo parła do ślubu, że owszem, mogą się pobrać, ale nie mogą
sobie pozwolić na dzieci, bo nie mają własnego mieszkania . Pechowiec wynajmował
kawalerkę, czyli pokój z wnęką kuchenną w przedpokoju i bardzo mini łazienką. Na
domiar złego w samym centrum miasta. Do spółdzielni mieszkaniowej oczywiście
należał (jak niemal każdy z nas w tamtych czasach), ale mieszkanie miało być w bliżej
niekreślonej przyszłości.
Przyszła pani Pechowcowa kiwała ze zrozumieniem głową, podjęła nawet trud udania
się do przychodni "K" by wyszkolić się w zakresie antykoncepcji, którą nawet jeszcze
przed ślubem zaczęła stosować. Zapomniała tylko raz, w noc poślubną. A właściwie
to Pechowiec zapomniał jej przypomnieć, żeby zastosowała owe cuda ówczesnej
antykoncepcji. Zwykły pech. Równo w 9 miesięcy pózniej został szczęśliwym ojcem.
Tak naprawdę Pechowiec lubił dzieci, ale poczuł się oszukany, żeby nie powiedzieć
wykorzystany. No ale "zakasał rękawy", postarał się jeszcze o pół etatu, by żonie i
dziecku zapewnić jak najlepsze warunki.
Pechowcowa nie pracowała zawodowo, zajęła się wychowywaniem dziecka, w czym
jej pomagały: mama, babcia oraz młoda sąsiadka również posiadająca dziecko, ale już
dwuletnie.
Pechowiec wpadł w tzw. małżeństwo hotelowe - wychodził z domu bladym świtem,
wracał najczęściej około godz. dwudziestej pierwszej. Zjadał kolację, popatrzył na
dziecinę śpiącą w łóżeczku i szedł spać. Życie rodzinne ograniczało się właściwie do
sobotniego popołudnia, wolnej raz w miesiącu soboty no i do niedziel.
Bardzo długo nie domyślał się, że Pechowcowa...pije. Coraz częściej zdarzało się, że
gdy wracał do domu żona spała "jak zabita". Dopiero gdy natknął się na butelkę
z resztką wódki, coś mu zaczęło w głowie świtać. Bo czego jak czego, ale wódki to
pechowiec nie pijał. Wino z wyższej półki i owszem, koniak - też bywało, czasem piwo,
ale tak naprawdę to nawet nie miał kiedy pić, bo jezdził codziennie samochodem.
Przy najbliższej okazji przeprowadził śledztwo. Pechowcowa nieco kręciła, twierdziła,
że butelka w stanie pół pełnym była własnością sąsiadki, że sobie chlapnęły po dwa
kieliszki z okazji urodzin sąsiadki, a piły tu, bo łatwiej było pilnować dzieci w małym
pokoju.
Nagle Pechowiec zrobił się bardzo dociekliwy - w kilka dni potem zerwał się z pracy i
niespodzianie wpadł do domu. Mieszkanie było puste- ani żony ani dziecka. Około
godziny piętnastej w zamku zachrobotał klucz i do domu weszła droga teściowa
z dzieckiem. Ucieszyła się, że zięć w domu, bo spieszyła się do własnego domu i każde
zaoszczędzone 15 minut było cenne. Z jej słów wynikało, że Pechowcowa powinna
wrócić za 15 lub 20 minut, bo przecież pracę ma bliziutko.
Pechowcowi aż szczęka ze zdziwienia opadła, bo nie wiedział nic o jakiejkolwiek pracy
swej ukochanej żony, ale nie drążył dalej tematu. Teściowa wdzięcznie zrobiła dziecku
"pa, pa, buziaczki" i zniknęła za drzwiami.
Za pół godziny rzeczywiście wróciła do domu Pechowcowa. Była w świetnym humorze,
z wyraznymi kolorkami na twarzy, lekko maślanymi oczkami i głupawym uśmiechem.
Pechowiec poprosił by ubrała dziecko, bo muszą zaraz jechać do jej matki. Pechowcowa
nawet się trochę dziwiła po co, ale Pechowiec wykazując się sprytem powiedział, że
dowie się na miejscu.
Do teściowej dojechali zaledwie w 15 minut. Na ich widok teściowej z lekka odebrało
mowę. Pechowiec zaprowadzil dziecko do pokoju babci swej żony i poprosił by się nim
przez jakiś czas zajęła.
A potem "śledztwo zostało wdrożone". Atmosfera była coraz gorętsza, bo w końcu wyszło
na to, że teściowa już od dawna kryła córkę przed Pechowcem. Oczywiście okazało się,
że Pechowcowa nigdzie nie pracowała, a czas spędzała na spotkaniach ze swymi dawnymi
koleżankami- jeżeli spotkanie miało być poza domem, odwoziła dziecko do matki i wtedy
zajmowała się nim babcia-staruszka, a potem matka odwoziła dziecko do domu.
Teściowa Pechowca miała do niego pretensję, że to przez niego jej kochana córka wpadła
w nałóg, bo ....była skazana na siedzenie z dzieckiem w domu, więc nic dziwnego, że
zaczęła pić. I dopiero wtedy przypomniało się Pechowcowi, że gdy jeszcze przed ślubem
balowali, Pechowcowa całkiem sporo wina potrafiła wypić.
Pechowiec bez słowa poszedł do babci po dziecko, ubrał je i pojechał do swego mieszkania.
W ciągu godziny spakował rzeczy dziecka i zawiózł je do swego miasta rodzinnego i dał
matce pod opiekę.
Z grubsza wyjaśnił co się stało, wypił mocną kawę i wrócił nocą do Warszawy.
c.d.n.
od tak dawna, że aż strach napisać ile to lat minęło. Można to określic, że znam go
dłużej niż własne dziecko.
Pechowca poznałam w pracy. Wpadło do pokoju "coś" płci męskiej, o bardzo rzadkich,
lekko kręcących się blond włosach i strasznie niebieskich oczach, wysokie i jakby nieco
z nadwagą. Ów osobnik był wielce uśmiechnięty, wyraznie przyjacielsko nastawiony do
otoczenia. Przedstawił się z imienia ( a właściwie dwóch imion) i nazwiska i oznajmił,
że będzie mi pomagał w miarę swych możliwości w czasie międzynarodowej imprezy,
która przez najbliższe trzy tygodnie miała być w naszej firmie. Mam mu tylko wydawać
polecania, a on będzie starał się wszystko wykonać.
Przyznam się szczerze, że zupełnie niczym facet jestem w kontaktach międzyludzkich
wzrokowcem. Pechowiec przedstawiał sobą zewnętrznie wszystko to, co mnie u facetów
przyprawiało o mdłości - duży, pulchnawy blondyn z niebieskimi oczami, łysiejący a do
tego głośny. I palący.
Pechowiec jakoś nie zraził się ani moim wrogim spojrzeniem ani brakiem mego
entuzjazmu, przeszedł do ataku, czyli zaproponował bym mu mówiła po imieniu, bo tak
łatwiej się współpracuje. Zapomniał mi nawet powiedzieć, że zna b. dobrze mego męża.
Współpraca układała się nam całkiem niezle, bo Pechowiec był raczej przedsiębiorczym
człowiekiem, a mnie z kolei zawsze lepiej się pracowało z facetami niż kobietami.
Chyba głównie dlatego, że oni nie ulegali hormonalnym zmianom nastrojów. A ja miałam
to szczęście, że byłam tak samo niemiła przez cały miesiąc, bez fluktuacji na plus czy
minus.
Te trzy tygodnie dały nam w kość niezle. W ostatniej chwili się okazało, że niektórzy
goście mieli zjechać dwa dni wcześniej niż zapowiadali a miejsca w hotelu oczywiście
nie było.
Stołeczna baza hotelowa była naprawdę wtedy wielce uboga i znalezienie nagle miejsc
dla pięciu osób graniczyło z cudem.
Gdy nagle wypłynęła ta sprawa, Pechowiec oświadczył - " to wszystko przeze mnie,
ja po prostu jestem pechowcem, zawsze coś mi się musi na głowę zwalić; jak nie
w domu to w pracy".
Wyjaśniłam mu, że to raczej mnie zleciało na głowę a nie jemu, a potem zaczęłam
obdzwaniać wszystkie możliwe hotele w mieście. Po dwóch godzinach poddałam się,
zadzwoniłam do Pechowca i oświadczyłam, że zero szans, więc niech rusza w kurs
po mieście i znajdzie jakis przyzwoity hotel robotniczy- trudno, dwa dni jakoś
przetrwają w hotelu robotniczym. Ewentualnie niech zajrzy na kwatery prywatne.
Od własnego męża dowiedziałam się, że Pechowiec jest z tego gatunku osobników,
którzy wywaleni drzwiami wracają oknem, a im sprawa trudniejsza i bardziej
beznadziejna tym lepiej.
Pechowiec załatwił nawet prawdziwy hotel - nie wiem jak to zrobił, ale zrobił. Byłam
tak tym zachwycona, że dałam się zaprosić na kawę.
Przy okazji chciałam się dowiedzieć na czym jego pech polega. Bo przedsiebiorczość
i pech raczej nie chodzą pod rękę.
Pechowiec pochodził z niezbyt odległego od stolicy miasta wojewódzkiego, z tak
zwanej "dobrej rodziny". Studia zrobił na Politechnice Warszawskiej i w końcu tu został.
Zaraz po studiach ożenił się - i to był jego pierwszy pech. Dziewczę było z natury wesołe,
typu "wino, mężczyzna i taniec", co właściwie nie przeszkadzało Pechowcowi, dopóki
nie byli małżeństwem. Ponieważ nie mieli własnego mieszkania Pechowiec tłumaczył
dziewczynie, która bardzo parła do ślubu, że owszem, mogą się pobrać, ale nie mogą
sobie pozwolić na dzieci, bo nie mają własnego mieszkania . Pechowiec wynajmował
kawalerkę, czyli pokój z wnęką kuchenną w przedpokoju i bardzo mini łazienką. Na
domiar złego w samym centrum miasta. Do spółdzielni mieszkaniowej oczywiście
należał (jak niemal każdy z nas w tamtych czasach), ale mieszkanie miało być w bliżej
niekreślonej przyszłości.
Przyszła pani Pechowcowa kiwała ze zrozumieniem głową, podjęła nawet trud udania
się do przychodni "K" by wyszkolić się w zakresie antykoncepcji, którą nawet jeszcze
przed ślubem zaczęła stosować. Zapomniała tylko raz, w noc poślubną. A właściwie
to Pechowiec zapomniał jej przypomnieć, żeby zastosowała owe cuda ówczesnej
antykoncepcji. Zwykły pech. Równo w 9 miesięcy pózniej został szczęśliwym ojcem.
Tak naprawdę Pechowiec lubił dzieci, ale poczuł się oszukany, żeby nie powiedzieć
wykorzystany. No ale "zakasał rękawy", postarał się jeszcze o pół etatu, by żonie i
dziecku zapewnić jak najlepsze warunki.
Pechowcowa nie pracowała zawodowo, zajęła się wychowywaniem dziecka, w czym
jej pomagały: mama, babcia oraz młoda sąsiadka również posiadająca dziecko, ale już
dwuletnie.
Pechowiec wpadł w tzw. małżeństwo hotelowe - wychodził z domu bladym świtem,
wracał najczęściej około godz. dwudziestej pierwszej. Zjadał kolację, popatrzył na
dziecinę śpiącą w łóżeczku i szedł spać. Życie rodzinne ograniczało się właściwie do
sobotniego popołudnia, wolnej raz w miesiącu soboty no i do niedziel.
Bardzo długo nie domyślał się, że Pechowcowa...pije. Coraz częściej zdarzało się, że
gdy wracał do domu żona spała "jak zabita". Dopiero gdy natknął się na butelkę
z resztką wódki, coś mu zaczęło w głowie świtać. Bo czego jak czego, ale wódki to
pechowiec nie pijał. Wino z wyższej półki i owszem, koniak - też bywało, czasem piwo,
ale tak naprawdę to nawet nie miał kiedy pić, bo jezdził codziennie samochodem.
Przy najbliższej okazji przeprowadził śledztwo. Pechowcowa nieco kręciła, twierdziła,
że butelka w stanie pół pełnym była własnością sąsiadki, że sobie chlapnęły po dwa
kieliszki z okazji urodzin sąsiadki, a piły tu, bo łatwiej było pilnować dzieci w małym
pokoju.
Nagle Pechowiec zrobił się bardzo dociekliwy - w kilka dni potem zerwał się z pracy i
niespodzianie wpadł do domu. Mieszkanie było puste- ani żony ani dziecka. Około
godziny piętnastej w zamku zachrobotał klucz i do domu weszła droga teściowa
z dzieckiem. Ucieszyła się, że zięć w domu, bo spieszyła się do własnego domu i każde
zaoszczędzone 15 minut było cenne. Z jej słów wynikało, że Pechowcowa powinna
wrócić za 15 lub 20 minut, bo przecież pracę ma bliziutko.
Pechowcowi aż szczęka ze zdziwienia opadła, bo nie wiedział nic o jakiejkolwiek pracy
swej ukochanej żony, ale nie drążył dalej tematu. Teściowa wdzięcznie zrobiła dziecku
"pa, pa, buziaczki" i zniknęła za drzwiami.
Za pół godziny rzeczywiście wróciła do domu Pechowcowa. Była w świetnym humorze,
z wyraznymi kolorkami na twarzy, lekko maślanymi oczkami i głupawym uśmiechem.
Pechowiec poprosił by ubrała dziecko, bo muszą zaraz jechać do jej matki. Pechowcowa
nawet się trochę dziwiła po co, ale Pechowiec wykazując się sprytem powiedział, że
dowie się na miejscu.
Do teściowej dojechali zaledwie w 15 minut. Na ich widok teściowej z lekka odebrało
mowę. Pechowiec zaprowadzil dziecko do pokoju babci swej żony i poprosił by się nim
przez jakiś czas zajęła.
A potem "śledztwo zostało wdrożone". Atmosfera była coraz gorętsza, bo w końcu wyszło
na to, że teściowa już od dawna kryła córkę przed Pechowcem. Oczywiście okazało się,
że Pechowcowa nigdzie nie pracowała, a czas spędzała na spotkaniach ze swymi dawnymi
koleżankami- jeżeli spotkanie miało być poza domem, odwoziła dziecko do matki i wtedy
zajmowała się nim babcia-staruszka, a potem matka odwoziła dziecko do domu.
Teściowa Pechowca miała do niego pretensję, że to przez niego jej kochana córka wpadła
w nałóg, bo ....była skazana na siedzenie z dzieckiem w domu, więc nic dziwnego, że
zaczęła pić. I dopiero wtedy przypomniało się Pechowcowi, że gdy jeszcze przed ślubem
balowali, Pechowcowa całkiem sporo wina potrafiła wypić.
Pechowiec bez słowa poszedł do babci po dziecko, ubrał je i pojechał do swego mieszkania.
W ciągu godziny spakował rzeczy dziecka i zawiózł je do swego miasta rodzinnego i dał
matce pod opiekę.
Z grubsza wyjaśnił co się stało, wypił mocną kawę i wrócił nocą do Warszawy.
c.d.n.
sobota, 2 listopada 2013
Dzień Zaduszny
Taka dziwna ze mnie osoba, że nie jeżdżę 1 i 2 listopada na cmentarz.
Z dwóch powodów - pierwszy to bardzo nie lubię wszelakich świąt na gwizdek.
Drugi powód - zle się czuję w tłumie, który niestety zalewa wtedy warszawskie
nekropolie. Pomijam już kwestię dojazdu na większość cmentarzy.
Porzadkuję groby wcześniej, znicze zapalam dwa dni wcześniej.
Gdy byłam dzieckiem jezdziłam zawsze z dziadkami dzień wcześniej na
Powązki Wojskowe - na groby powstańców. Wprawdzie nie leżał tam nikt
z rodziny ani dziadek nie był wojskowym, ale zapalaliśmy tam zawsze znicz.
Dziadkowi bardzo się ten cmentarz podobał - gdy został na nim pochowany
dziadka bliski kolega, dziadek po powrocie z cmentarza powiedział, że on
chciałby być też pochowany na tym cmentarzu - "to takie miłe, wesołe
miejsce, jest przestronnie, dużo słońca i taki porządek".
Dziadek i babcia byli dla mnie najważniejszymi osobami na świecie -
zastępowali mi rodziców od 4 roku życia. Mówiłam do Nich - mamo, tato.
Nie byłam sierotą, oboje rodzice żyli, tylko ja im nie byłam do szczęścia potrzebna.
Dziadek był "Człowiekiem Renesansu". Urodził się pod Poznaniem (dziś jest to
dzielnica Poznania).W wieku 14 lat wyjechał do szkoły, potem pojechał do
Wiednia na studia ekonomiczne, zwane wówczas handlowymi.
Pamiętam z dzieciństwa dziadkowe opowieści o Wiedniu - nigdzie indziej nie było
tak wspaniale jak w Wiedniu. Tam było wszystko naj, naj - kawa, cukiernie, teatr,
opera, koncerty, no i atmosfera. Pierwszą pracę dostał w Dyrekcji Polskich Kółek
Rolniczych.
Po wybuchu I wojny światowej Dyrekcja Kółek Rolniczych została przeniesiona
do Lwowa a we lwowskiej filii pracowała pewna malutka, fertyczna panienka,
która skradła mu serce.
Tak naprawdę byli swymi przeciwieństwami w wielu sprawach - dziadek był
otwarty na świat i ludzi, typowy ekstrawertyk, wyrozumiały, tolerancyjny, bardzo
uzdolniony muzycznie i manualnie. Sam nauczył się gry na skrzypcach, dobrze
rysował, wszystko potrafił w domu zrobić.
Babcia za to była introwertyczką, mało towarzyska a do tego miała naturę prymuski
(same piąteczki od dołu do góry przez cały okres nauki), poza tym była fanatyczką
porządku, czystości i obowiązkowości.
W marcu 1916 roku stanęli na "ślubnym kobiercu" - wojna szalała, był naprawdę
potężny głód, więc ślub był skromny, wesela ani podróży poślubnej nie było.
We Lwowie mieszkali do 1932 roku - dziadek dostał bardzo intratną propozycję
pracy w Warszawie i wraz z dwójką dzieci zjechali do stolicy. Jedno z dzieci to
był mój ojciec.
Dziadek nauczył mnie wielu rzeczy - gdy cokolwiek w domu naprawiał zawsze
mi tłumaczył i pokazywał jak to się robi. Jego hobby to było konstruowanie
lampowych aparatów radiowych, nawet obudowę sam robił. To dziadek nauczył
mnie robienia zabawek choinkowych i mebelków lalczynych z pudełek po zapałkach.
Pomagałam dziadkowi gdy robił wino - wyciągałam specjalnym haczykiem pestki
z owoców róży. A wszystko to robiliśmy ku utrapieniu babci, bo zawsze przy tym
było trochę nieporządku. Gdy wyjeżdżałam z babcią na wakacje, zawsze na dwa
miesiące, dziadek wyżywał się w kuchni - robił przetwory owocowe na zimę, za co
zawsze dostawał burę zamiast podziękowania.
Poza wakacjami w każdą niedzielę gdzieś mnie dziadek zabierał - gdy nie było
pogody zwiedzaliśmy muzea, gdy nie padało robiliśmy dalekie spacery. A jesienią
jezdziliśmy obowiązkowo do lasu, ale nie zbieraliśmy grzybów. Uczył mnie
rozpoznawania drzew i ptasich głosów.
Wyobrazcie sobie, że nigdy nie jezdziła z nami na te spacery babcia. Chciała od
nas nieco odpocząć - wtedy tego nie rozumiałam i byłam rozżalona. Przecież
w trójkę byłoby milej!
Dziadek odszedł wcześniej - byłam już wtedy dorosła, ale nie mogłam zupełnie
zrozumieć dlaczego nadal świeci słońce, dzień toczy się nadal, a w zakładzie
pogrzebowym dopytują się mnie o jakąś poszewkę na poduszkę - czy ma być
z falbanką czy bez. Pracownica zakładu skakała przede mną demonstrując różne
wzory- a mnie naprawdę było wszystko jedno.
Pochowaliśmy dziadka na Cmentarzu Wojskowym - część miejsc była tzw.
komunalna.Mankamentem był fakt, że nie można było zarezerwować sąsiedniego
miejsca dla babci.
Ale ponieważ byłam wtedy bardzo zdeterminowana - udała mi się ta sztuka -
wykupiłam sąsiedni grób. Kosztowało mnie to jeden spacer po tym cmentarzu
z jego ówczesnym dyrektorem i wypicie jednego wyjątkowo obrzydliwego likieru
miętowego w jego gabinecie . Po każdym łyku czułam jak żołądek podchodził mi
do gardła. Dobrze, że mogłam to popijać kawą.
Babcia przeżyła dziadka trzynaście lat. Przeżyła również mego ojca, który
zmarł na serce w 49 wiośnie życia.
Spoglądam dookoła - jakoś tak pusto się robi - nie ma dziadków, moi rodzice też
odeszli, odeszły różne ciotki, wujkowie, odeszły też niektóre moje koleżanki
skoszone chorobą, moi teściowie, brat i bratowa męża.
Ale w jakiś sposób są wszyscy nadal ze mną. Napisałam dla córki krótką historię
naszej rodziny, razem zrobiłyśmy nawet drzewko genealogiczne. Zrobiłam album
rodzinny, w którym najstarsze zdjęcia są z XIX wieku - jest on dodatkiem
do rodzinnej historii.
Przeglądam często te zdjęcia i myślę sobie - no cóż teraz moja kolej.
I wcale mnie to nie przeraża ani nie boli.
Z dwóch powodów - pierwszy to bardzo nie lubię wszelakich świąt na gwizdek.
Drugi powód - zle się czuję w tłumie, który niestety zalewa wtedy warszawskie
nekropolie. Pomijam już kwestię dojazdu na większość cmentarzy.
Porzadkuję groby wcześniej, znicze zapalam dwa dni wcześniej.
Gdy byłam dzieckiem jezdziłam zawsze z dziadkami dzień wcześniej na
Powązki Wojskowe - na groby powstańców. Wprawdzie nie leżał tam nikt
z rodziny ani dziadek nie był wojskowym, ale zapalaliśmy tam zawsze znicz.
Dziadkowi bardzo się ten cmentarz podobał - gdy został na nim pochowany
dziadka bliski kolega, dziadek po powrocie z cmentarza powiedział, że on
chciałby być też pochowany na tym cmentarzu - "to takie miłe, wesołe
miejsce, jest przestronnie, dużo słońca i taki porządek".
Dziadek i babcia byli dla mnie najważniejszymi osobami na świecie -
zastępowali mi rodziców od 4 roku życia. Mówiłam do Nich - mamo, tato.
Nie byłam sierotą, oboje rodzice żyli, tylko ja im nie byłam do szczęścia potrzebna.
Dziadek był "Człowiekiem Renesansu". Urodził się pod Poznaniem (dziś jest to
dzielnica Poznania).W wieku 14 lat wyjechał do szkoły, potem pojechał do
Wiednia na studia ekonomiczne, zwane wówczas handlowymi.
Pamiętam z dzieciństwa dziadkowe opowieści o Wiedniu - nigdzie indziej nie było
tak wspaniale jak w Wiedniu. Tam było wszystko naj, naj - kawa, cukiernie, teatr,
opera, koncerty, no i atmosfera. Pierwszą pracę dostał w Dyrekcji Polskich Kółek
Rolniczych.
Po wybuchu I wojny światowej Dyrekcja Kółek Rolniczych została przeniesiona
do Lwowa a we lwowskiej filii pracowała pewna malutka, fertyczna panienka,
która skradła mu serce.
Tak naprawdę byli swymi przeciwieństwami w wielu sprawach - dziadek był
otwarty na świat i ludzi, typowy ekstrawertyk, wyrozumiały, tolerancyjny, bardzo
uzdolniony muzycznie i manualnie. Sam nauczył się gry na skrzypcach, dobrze
rysował, wszystko potrafił w domu zrobić.
Babcia za to była introwertyczką, mało towarzyska a do tego miała naturę prymuski
(same piąteczki od dołu do góry przez cały okres nauki), poza tym była fanatyczką
porządku, czystości i obowiązkowości.
W marcu 1916 roku stanęli na "ślubnym kobiercu" - wojna szalała, był naprawdę
potężny głód, więc ślub był skromny, wesela ani podróży poślubnej nie było.
We Lwowie mieszkali do 1932 roku - dziadek dostał bardzo intratną propozycję
pracy w Warszawie i wraz z dwójką dzieci zjechali do stolicy. Jedno z dzieci to
był mój ojciec.
Dziadek nauczył mnie wielu rzeczy - gdy cokolwiek w domu naprawiał zawsze
mi tłumaczył i pokazywał jak to się robi. Jego hobby to było konstruowanie
lampowych aparatów radiowych, nawet obudowę sam robił. To dziadek nauczył
mnie robienia zabawek choinkowych i mebelków lalczynych z pudełek po zapałkach.
Pomagałam dziadkowi gdy robił wino - wyciągałam specjalnym haczykiem pestki
z owoców róży. A wszystko to robiliśmy ku utrapieniu babci, bo zawsze przy tym
było trochę nieporządku. Gdy wyjeżdżałam z babcią na wakacje, zawsze na dwa
miesiące, dziadek wyżywał się w kuchni - robił przetwory owocowe na zimę, za co
zawsze dostawał burę zamiast podziękowania.
Poza wakacjami w każdą niedzielę gdzieś mnie dziadek zabierał - gdy nie było
pogody zwiedzaliśmy muzea, gdy nie padało robiliśmy dalekie spacery. A jesienią
jezdziliśmy obowiązkowo do lasu, ale nie zbieraliśmy grzybów. Uczył mnie
rozpoznawania drzew i ptasich głosów.
Wyobrazcie sobie, że nigdy nie jezdziła z nami na te spacery babcia. Chciała od
nas nieco odpocząć - wtedy tego nie rozumiałam i byłam rozżalona. Przecież
w trójkę byłoby milej!
Dziadek odszedł wcześniej - byłam już wtedy dorosła, ale nie mogłam zupełnie
zrozumieć dlaczego nadal świeci słońce, dzień toczy się nadal, a w zakładzie
pogrzebowym dopytują się mnie o jakąś poszewkę na poduszkę - czy ma być
z falbanką czy bez. Pracownica zakładu skakała przede mną demonstrując różne
wzory- a mnie naprawdę było wszystko jedno.
Pochowaliśmy dziadka na Cmentarzu Wojskowym - część miejsc była tzw.
komunalna.Mankamentem był fakt, że nie można było zarezerwować sąsiedniego
miejsca dla babci.
Ale ponieważ byłam wtedy bardzo zdeterminowana - udała mi się ta sztuka -
wykupiłam sąsiedni grób. Kosztowało mnie to jeden spacer po tym cmentarzu
z jego ówczesnym dyrektorem i wypicie jednego wyjątkowo obrzydliwego likieru
miętowego w jego gabinecie . Po każdym łyku czułam jak żołądek podchodził mi
do gardła. Dobrze, że mogłam to popijać kawą.
Babcia przeżyła dziadka trzynaście lat. Przeżyła również mego ojca, który
zmarł na serce w 49 wiośnie życia.
Spoglądam dookoła - jakoś tak pusto się robi - nie ma dziadków, moi rodzice też
odeszli, odeszły różne ciotki, wujkowie, odeszły też niektóre moje koleżanki
skoszone chorobą, moi teściowie, brat i bratowa męża.
Ale w jakiś sposób są wszyscy nadal ze mną. Napisałam dla córki krótką historię
naszej rodziny, razem zrobiłyśmy nawet drzewko genealogiczne. Zrobiłam album
rodzinny, w którym najstarsze zdjęcia są z XIX wieku - jest on dodatkiem
do rodzinnej historii.
Przeglądam często te zdjęcia i myślę sobie - no cóż teraz moja kolej.
I wcale mnie to nie przeraża ani nie boli.
środa, 30 października 2013
Cudowne lata - cz.IV
Achtopol i nie tylko
Spędziwszy tak miły urlop w Słonecznym Brzegu, postanowiliśmy znów
pojechać do Bułgarii a ponadto połączyć ten wyjazd z:
a/ wizytą u znajomych Bułgarów w Sofii,
b/ wycieczką do Turcji.
Plan był niemal genialny: wpierw mąż, ja i jeden z kolegów polecimy na kilka
dni do Sofii, bo nas Bułarzy zaprosili, potem pojedziemy pociągiem nad morze do
Achtopola, który leży wszak "rzut beretem" od granicy tureckiej i stamtąd autobusem
pojedziemy do Stambułu.
W Achtopolu mieliśmy się spotkać z przyjaciółmi, którzy mieli tam przyjechać wcześniej,
pobyć do najbliższego autobusu kursującego do Turcji i razem tam pojechać. Potem znów
mieliśmy posiedzieć z tydzień w Achtopolu i wracać samolotem z Burgas do domu.
Jak zwykle miałam kilka zadziwień - pierwsze już zaraz po przylocie do Sofii - gdy
wyszliśmy z hali przylotów i podeszlismy do samochodu, którym przyjechał po nas
Paweł (Bułgar), ten nagle wyjął z teczki wycieraczki samochodowe, które sprawnie
zainstalował, wyjaśniając nam, że pozostawienie założonych grozi ich utratą.
Dom, w którym mieszkał Paweł razem z matką, żoną, dwoma synkami , psem i papużką
był prześliczny i otoczony ładnym ogrodem.
Zadziwienie drugie - dom był rozległy, w suterenie miał ogromną kuchnię i pięknie
urządzoną "mechanę" czyli coś w rodzaju salonu urządzonego na ludowo. Na tym samym
poziomie była "łazienka" i wc, takie dwa w jednym. I była to jedyna łazienka i wc na
cały dom, w którym jakby nie było mieszkało stale pięć osób.
Pojęcie "dwa w jednym" dobrze oddawało sytuację, pomieszczenie było bowiem wielkości
zwykłej toalety, wyposażonej dodatkowo w malutką umywalkę i prysznic. Działający
prysznic mył przy okazji miskę klozetową i tradycyjne wiaderko z pokrywką, podłogę
z otworem odpływowym, lustro,umywalkę. Na szczęście nie sięgał strumieniem do drzwi,
na których wisiały ręczniki.
Sofia bardzo mi się podobała, a najwięcej ekspozycja ikon. Zadziwienie - robią wystawę
w jakimś muzeum, ale toalet brak, a ja po serwowanych przez starszą panią gorących
bułeczkach ociekających oliwą, miałam sensacje jelitowe.
Zostaliśmy zawiezieni na górę Witosza do restauracji, chyba o nazwie "Siedem Kotów".
Ilość jedzenia i picia (głównie koniaki przeróżne) przeraziła mnie. Mieliśmy spróbować
wszystkich tu serwowanych dań. W połowie kolacji czułam, że moja wątroba usiłuje uciec
przez ramię.
Chyba wyglądałam nieszczególnie, bo Paweł wyprowadził mnie na zewnątrz i dopytywał
się troskliwie co mi jest. Przyznałam się, że od rana jestem "padnięta" i naprawdę nie
mogę już ani kęsa zjeść ani wypić kropli alkoholu. A na to Paweł - "szkoda, ale jak
wrócimy do domu to zjesz bułeczkę, mama już nowe upiekła i dam ci ziółek". Na samą
myśl o tych bułeczkach żołądek miałam w gardle.
Dwa dni pózniej opuściliśmy Sofię i pojechaliśmy do Burgas. Stamtąd autobusem 90 km
do Achtopola. Z trudem znalezliśmy kwaterę, którą nam zarezerwował Paweł.
Niestety robił to na odległość i zamiast zarezerwować dwa pokoje, dla nas jeden i drugi
dla kolegi, powiedział tylko,że przyjadą trzy osoby. Pokój był wprawdzie bardzo duży, ale
stały w nim trzy łóżka. Innego pokoju nie było.
Achtopol był kurortem dla tubylców- miał tylko jedną restaurację, która była czynna od
godz.19,30. W ramach obiado-kolacji serwowano w niej głównie "swinskij kotlet"
i rzeczywiście był świńśki - zimny w tłustej panierce do tego frytki miękkie i zimne.
Za to piwo ciepłe było, jak twierdzili chłopcy. Plaża średnio ładna.
I tu spotkała nas niespodzianka -z Achtopola nie można się było dostać do Turcji - trzeba
było pojechać do Burgas i tam zapolować na autobus. Ale to była tylko jedna nowina-
druga była nieco gorsza - mąż koleżanki nie dostał paszportu "na cały świat" a tylko na
"demoludy" i mieliśmy jechać my dwie i mój mąż. Nie ukrywam, że był to wyjazd raczej
handlowy niż turystyczny byliśmy obładowani ( a głównie Danka) towarem.
Wiozła kilkanaście kryształów, jej skórzana waliza ważyła chyba tonę.
My mieliśmy: lornetkę, aparat fotograficzny i jeden nieduży wazon kryształowy.
Udało się nam dojechać cało i zdrowo do Turcji,ale o tym to może kiedyś oddzielnie
napiszę.
Przy okazji nauczyłam się wtedy, że :
nie należy jezdzic do miejscowości, które w "demoludach" są dla tubylców, bo nie mają
odpowiedniej infrastruktury - kwatery marne, nie ma gdzie zjeść, zero atrakcji.
Spędziwszy tak miły urlop w Słonecznym Brzegu, postanowiliśmy znów
pojechać do Bułgarii a ponadto połączyć ten wyjazd z:
a/ wizytą u znajomych Bułgarów w Sofii,
b/ wycieczką do Turcji.
Plan był niemal genialny: wpierw mąż, ja i jeden z kolegów polecimy na kilka
dni do Sofii, bo nas Bułarzy zaprosili, potem pojedziemy pociągiem nad morze do
Achtopola, który leży wszak "rzut beretem" od granicy tureckiej i stamtąd autobusem
pojedziemy do Stambułu.
W Achtopolu mieliśmy się spotkać z przyjaciółmi, którzy mieli tam przyjechać wcześniej,
pobyć do najbliższego autobusu kursującego do Turcji i razem tam pojechać. Potem znów
mieliśmy posiedzieć z tydzień w Achtopolu i wracać samolotem z Burgas do domu.
Jak zwykle miałam kilka zadziwień - pierwsze już zaraz po przylocie do Sofii - gdy
wyszliśmy z hali przylotów i podeszlismy do samochodu, którym przyjechał po nas
Paweł (Bułgar), ten nagle wyjął z teczki wycieraczki samochodowe, które sprawnie
zainstalował, wyjaśniając nam, że pozostawienie założonych grozi ich utratą.
Dom, w którym mieszkał Paweł razem z matką, żoną, dwoma synkami , psem i papużką
był prześliczny i otoczony ładnym ogrodem.
Zadziwienie drugie - dom był rozległy, w suterenie miał ogromną kuchnię i pięknie
urządzoną "mechanę" czyli coś w rodzaju salonu urządzonego na ludowo. Na tym samym
poziomie była "łazienka" i wc, takie dwa w jednym. I była to jedyna łazienka i wc na
cały dom, w którym jakby nie było mieszkało stale pięć osób.
Pojęcie "dwa w jednym" dobrze oddawało sytuację, pomieszczenie było bowiem wielkości
zwykłej toalety, wyposażonej dodatkowo w malutką umywalkę i prysznic. Działający
prysznic mył przy okazji miskę klozetową i tradycyjne wiaderko z pokrywką, podłogę
z otworem odpływowym, lustro,umywalkę. Na szczęście nie sięgał strumieniem do drzwi,
na których wisiały ręczniki.
Sofia bardzo mi się podobała, a najwięcej ekspozycja ikon. Zadziwienie - robią wystawę
w jakimś muzeum, ale toalet brak, a ja po serwowanych przez starszą panią gorących
bułeczkach ociekających oliwą, miałam sensacje jelitowe.
Zostaliśmy zawiezieni na górę Witosza do restauracji, chyba o nazwie "Siedem Kotów".
Ilość jedzenia i picia (głównie koniaki przeróżne) przeraziła mnie. Mieliśmy spróbować
wszystkich tu serwowanych dań. W połowie kolacji czułam, że moja wątroba usiłuje uciec
przez ramię.
Chyba wyglądałam nieszczególnie, bo Paweł wyprowadził mnie na zewnątrz i dopytywał
się troskliwie co mi jest. Przyznałam się, że od rana jestem "padnięta" i naprawdę nie
mogę już ani kęsa zjeść ani wypić kropli alkoholu. A na to Paweł - "szkoda, ale jak
wrócimy do domu to zjesz bułeczkę, mama już nowe upiekła i dam ci ziółek". Na samą
myśl o tych bułeczkach żołądek miałam w gardle.
Dwa dni pózniej opuściliśmy Sofię i pojechaliśmy do Burgas. Stamtąd autobusem 90 km
do Achtopola. Z trudem znalezliśmy kwaterę, którą nam zarezerwował Paweł.
Niestety robił to na odległość i zamiast zarezerwować dwa pokoje, dla nas jeden i drugi
dla kolegi, powiedział tylko,że przyjadą trzy osoby. Pokój był wprawdzie bardzo duży, ale
stały w nim trzy łóżka. Innego pokoju nie było.
Achtopol był kurortem dla tubylców- miał tylko jedną restaurację, która była czynna od
godz.19,30. W ramach obiado-kolacji serwowano w niej głównie "swinskij kotlet"
i rzeczywiście był świńśki - zimny w tłustej panierce do tego frytki miękkie i zimne.
Za to piwo ciepłe było, jak twierdzili chłopcy. Plaża średnio ładna.
I tu spotkała nas niespodzianka -z Achtopola nie można się było dostać do Turcji - trzeba
było pojechać do Burgas i tam zapolować na autobus. Ale to była tylko jedna nowina-
druga była nieco gorsza - mąż koleżanki nie dostał paszportu "na cały świat" a tylko na
"demoludy" i mieliśmy jechać my dwie i mój mąż. Nie ukrywam, że był to wyjazd raczej
handlowy niż turystyczny byliśmy obładowani ( a głównie Danka) towarem.
Wiozła kilkanaście kryształów, jej skórzana waliza ważyła chyba tonę.
My mieliśmy: lornetkę, aparat fotograficzny i jeden nieduży wazon kryształowy.
Udało się nam dojechać cało i zdrowo do Turcji,ale o tym to może kiedyś oddzielnie
napiszę.
Przy okazji nauczyłam się wtedy, że :
nie należy jezdzic do miejscowości, które w "demoludach" są dla tubylców, bo nie mają
odpowiedniej infrastruktury - kwatery marne, nie ma gdzie zjeść, zero atrakcji.
wtorek, 29 października 2013
Cudowne lata- cz. III
Wycieczka do Rumunii
Wycieczka była autokarem, a do tego jednodniowa. Do dziś pamiętam taki
widok - z okna widać winnicę. Na środku stoi dość wysoka górka o płaskim
szczycie. Na nim jest umieszczony ckm, siedzą przy nim dwaj żołnierze,
każdy z lornetką. Pełna konsternacja z naszej strony - pilotka spokojnie
nas informuje,że każda winnica i sad są tak strzeżone- one należą do
Państwowych Gospodarstw, a paskudny lud pracy kradnie na potęgę, więc
należy majątku pilnować.
Constanca - bardzo ładny budynek Kasyna, dużo zieleni, ale my jedziemy
do Mamai. To rzut beretem, dziś Mamaia jest dzielnicą Constancy.
Idziemy na plażę - niestety dojście na plażę jest spowite smrodem ludzkich
odchodów. Nikt nie wpadł na pomysł zrobienia toalet, więc turyści sikają
i nie tylko, w okolicznych krzakach.
Idziemy nad samo morze - wiatr wieje od morza i tu nie śmierdzi.
Plaża nawet całkiem ładna, ludzi mało. Rozpakowujemy tu suchy prowiant,
który dostaliśmy na drogę, zjadamy i wszyscy chcą już stąd odjeżdżać.
Bułgarska pilotka namawia nas, byśmy jeszcze na chwilę wpadli do
Constancy- może ktoś chce zakupić jakieś pamiątki? Panie rolniczki nagle
przypominają sobie, że przecież trzeba kupić jakieś procenty, więc niemal
wszyscy idziemy do dużego monopolowego sklepu.
Wchodzimy i mnie z miejsca wkopuje w podłogę. Patrzę jak zaczarowana
na ścianę przed sobą - na półkach stoją przeróżne butelki - na każdej półce
inny trunek. Do tego każdy "napitek" jest rozlany do przeróżnych butelek.
Zaczyna się od butelki 3/4 litra, kończy na buteleczce wysokości 6 cm.
Do tego butelki nie tylko są różnej wielkości - one są też różnych kształtów.
Stoję jak wryta i podziwiam tę różnorodność kształtów. Zawartość mnie
wcale nie interesuje. Wszyscy kupują jakieś koniaki a ja, kompletna świrówa,
kupuję maleńką, prześliczną buteleczkę.......likieru różanego. Patrzyli się
na mnie dziwnie, a mąż....no cóż zniósł to dzielnie. Zapytał tylko, czy wiem,
co za świństwo kupuję.
Wracając wpadliśmy jeszcze do Eforii i jakiegoś budującego się kurortu.
Ten wieczór spędziliśmy w hotelowym barze, bratając się z czeskim drwalem.
Po wypiciu jednej "krwawej Mary" wycofałam się stamtąd ukradkiem,
przesuwając się wzdłuż ściany, bo tak mi się dziko kręciło w głowie. Nie wiem
co to był za drink- czegoś tak mocnego jeszcze w życiu nie piłam.
Obudziły mnie jęki mego męża, który w łazience tulił w objęciach muszlę,
usiłując za jej pośrednictwem porozmawiać z Bogiem. Jeszcze nigdy nie
widziałam i nie słyszałam by co kilka sekund wzywał Boga na pomoc.
Była czarna noc, ale nie sprawdzałam godziny.
Rano okazało się, że mamy z Teresą dzień bez mężów - obaj leżeli jak trupki.
Do tego Marek wypił jeszcze strzemiennego z drwalem w jego pokoju i wpadł
na genialny pomysł, że do pokoju wróci owym długim balkonem.
Nim trafił do właściwego pokoju, zbudził kilka osób.
A drwal przywitał nas radośnie na śniadaniu dopytując się gdzie są nasi mężowie.
Warna i okolice.
Pojechaliśmy dwoma mikrobusami na wycieczkę do Warny. Zwiedziliśmy
w wariackim tempie mauzoleum Władysława Warneńczyka i zaraz nas powiezli
do skalnego monastyru Aładża.
Gdy wyjeżdżaliśmy spod tego mauzoleum, kierowca busika wyraznie wparował
pod prąd w ulicę jednokierunkową. Tłumaczył nam, że tak jest bliżej i szybciej.
Zapewne nie zawsze.
Monastyr Aładża jest starutki, został wykuty w skale w XIII wieku. Niestety nie
obejrzałam tego zabytku - zostałam z kierowcą naszego busika na parkingu,
bo do monastyru trzeba się było przejść po wertepach w górę, a ja od tego spaceru
do Bałcziku odczuwałam, że "mam kolano".
Pan kierowca zwierzył mi się, że ogromnie się spieszy z powrotem do Albeny,
bo gdy nas odwiezie musi jeszcze raz jechać do Warny, tym razem odebrać jakichś
turystów.
Gdy nasi wrócili z monastyru, kierowca powiedział, że pojedziemy do Albeny
górską drogą, bo na niej jest mniejszy ruch. Droga była wąska i bardzo kręta.
Zdawałam sobie sprawę ,że jedziemy bardzo szybko a nawet za szybko.
Nasz pilot siedzący obok kierowcy był dziwnie milczący i strasznie blady.
W pewnej chwili zerknęłam na prędkościomierz i zamarłam, nie wierząc własnym
oczom - wskazywał 130 km/godz. Chwilami miałam wrażenie, że polecimy
busikiem na skróty, wprost do widocznej chwilami z daleka Albeny.
Gdy dojechaliśmy na miejsce mimo wszystko bez wypadku, powiedziałam kierowcy
że ma zle w głowie, choć niewątpliwie umie jezdzić.
Niedaleko naszego hotelu był sad brzoskwiniowy. Pod drzewami leżały brzoskwinie
i spokojnie dogorywały. Nikt ich nie zbierał. Dowiedzieliśmy się, że one za wcześnie
dojrzały, niezgodnie z planem i teraz nie ma kto ich zbierać i jeśli chcemy, to możemy
te spady sobie zebrać. Oni i tak zbierają tylko te, które są jeszcze na drzewie. Nawet
dali nam duże mocne torby, byśmy mieli w co zbierać.
Oczywiście codziennie chodziliśmy "na dzierżawę" i zbieraliśmy te brzoskwinie- były
bardzo dojrzałe, pyszne, pachnące, rozpływały się w ustach.
A nam regularnie podawali do stołu twarde, niedojrzałe.
Mało rzeczy tak mnie rozśmieszyło jak to, że brzoskwinie powinny dojrzewać zgodnie
z planem.
Dwa tygodnie minęły szybko, trzeba było wracać do Polski. Wracaliśmy tym samym
pociągiem, w tym samym wagonie, tylko konduktor był inny. Przed granicą bułgarsko-
rumuńską, zupełnie nie wiadomo skąd w wagonie pojawiła się ......Lusia.
Może była na wyposażeniu tego pociągu?
A w moim bagażu nadal tkwiły perłowe szminki i krem nivea - też miały wczasy.
W Bułgarii byłam potem jeszcze trzy razy. Następny raz wylądowałam tam w 1974 roku,
tym razem w Słonecznym Brzegu.
Był to baaardzo udany pobyt - byliśmy "całą bandą", czyli w cztery pary. Bawiliśmy się
wspaniale. Nie da się ukryć, że Bułgaria była bardzo miłym miejscem gdy albo było
się na leciutkim rauszu albo odpoczywało się po wieczornych balangach.
Tym razem nic mnie nie wprawiało w osłupienie, za to naśmiałam się jak nigdy dotąd.
Rok pózniej pojechaliśmy na prywatną kwaterę do Achtopola - zarówno wybór miejsca
jak i sposobu zamieszkania były niewypałem.
c.d.n.
Wycieczka była autokarem, a do tego jednodniowa. Do dziś pamiętam taki
widok - z okna widać winnicę. Na środku stoi dość wysoka górka o płaskim
szczycie. Na nim jest umieszczony ckm, siedzą przy nim dwaj żołnierze,
każdy z lornetką. Pełna konsternacja z naszej strony - pilotka spokojnie
nas informuje,że każda winnica i sad są tak strzeżone- one należą do
Państwowych Gospodarstw, a paskudny lud pracy kradnie na potęgę, więc
należy majątku pilnować.
Constanca - bardzo ładny budynek Kasyna, dużo zieleni, ale my jedziemy
do Mamai. To rzut beretem, dziś Mamaia jest dzielnicą Constancy.
Idziemy na plażę - niestety dojście na plażę jest spowite smrodem ludzkich
odchodów. Nikt nie wpadł na pomysł zrobienia toalet, więc turyści sikają
i nie tylko, w okolicznych krzakach.
Idziemy nad samo morze - wiatr wieje od morza i tu nie śmierdzi.
Plaża nawet całkiem ładna, ludzi mało. Rozpakowujemy tu suchy prowiant,
który dostaliśmy na drogę, zjadamy i wszyscy chcą już stąd odjeżdżać.
Bułgarska pilotka namawia nas, byśmy jeszcze na chwilę wpadli do
Constancy- może ktoś chce zakupić jakieś pamiątki? Panie rolniczki nagle
przypominają sobie, że przecież trzeba kupić jakieś procenty, więc niemal
wszyscy idziemy do dużego monopolowego sklepu.
Wchodzimy i mnie z miejsca wkopuje w podłogę. Patrzę jak zaczarowana
na ścianę przed sobą - na półkach stoją przeróżne butelki - na każdej półce
inny trunek. Do tego każdy "napitek" jest rozlany do przeróżnych butelek.
Zaczyna się od butelki 3/4 litra, kończy na buteleczce wysokości 6 cm.
Do tego butelki nie tylko są różnej wielkości - one są też różnych kształtów.
Stoję jak wryta i podziwiam tę różnorodność kształtów. Zawartość mnie
wcale nie interesuje. Wszyscy kupują jakieś koniaki a ja, kompletna świrówa,
kupuję maleńką, prześliczną buteleczkę.......likieru różanego. Patrzyli się
na mnie dziwnie, a mąż....no cóż zniósł to dzielnie. Zapytał tylko, czy wiem,
co za świństwo kupuję.
Wracając wpadliśmy jeszcze do Eforii i jakiegoś budującego się kurortu.
Ten wieczór spędziliśmy w hotelowym barze, bratając się z czeskim drwalem.
Po wypiciu jednej "krwawej Mary" wycofałam się stamtąd ukradkiem,
przesuwając się wzdłuż ściany, bo tak mi się dziko kręciło w głowie. Nie wiem
co to był za drink- czegoś tak mocnego jeszcze w życiu nie piłam.
Obudziły mnie jęki mego męża, który w łazience tulił w objęciach muszlę,
usiłując za jej pośrednictwem porozmawiać z Bogiem. Jeszcze nigdy nie
widziałam i nie słyszałam by co kilka sekund wzywał Boga na pomoc.
Była czarna noc, ale nie sprawdzałam godziny.
Rano okazało się, że mamy z Teresą dzień bez mężów - obaj leżeli jak trupki.
Do tego Marek wypił jeszcze strzemiennego z drwalem w jego pokoju i wpadł
na genialny pomysł, że do pokoju wróci owym długim balkonem.
Nim trafił do właściwego pokoju, zbudził kilka osób.
A drwal przywitał nas radośnie na śniadaniu dopytując się gdzie są nasi mężowie.
Warna i okolice.
Pojechaliśmy dwoma mikrobusami na wycieczkę do Warny. Zwiedziliśmy
w wariackim tempie mauzoleum Władysława Warneńczyka i zaraz nas powiezli
do skalnego monastyru Aładża.
Gdy wyjeżdżaliśmy spod tego mauzoleum, kierowca busika wyraznie wparował
pod prąd w ulicę jednokierunkową. Tłumaczył nam, że tak jest bliżej i szybciej.
Zapewne nie zawsze.
Monastyr Aładża jest starutki, został wykuty w skale w XIII wieku. Niestety nie
obejrzałam tego zabytku - zostałam z kierowcą naszego busika na parkingu,
bo do monastyru trzeba się było przejść po wertepach w górę, a ja od tego spaceru
do Bałcziku odczuwałam, że "mam kolano".
Pan kierowca zwierzył mi się, że ogromnie się spieszy z powrotem do Albeny,
bo gdy nas odwiezie musi jeszcze raz jechać do Warny, tym razem odebrać jakichś
turystów.
Gdy nasi wrócili z monastyru, kierowca powiedział, że pojedziemy do Albeny
górską drogą, bo na niej jest mniejszy ruch. Droga była wąska i bardzo kręta.
Zdawałam sobie sprawę ,że jedziemy bardzo szybko a nawet za szybko.
Nasz pilot siedzący obok kierowcy był dziwnie milczący i strasznie blady.
W pewnej chwili zerknęłam na prędkościomierz i zamarłam, nie wierząc własnym
oczom - wskazywał 130 km/godz. Chwilami miałam wrażenie, że polecimy
busikiem na skróty, wprost do widocznej chwilami z daleka Albeny.
Gdy dojechaliśmy na miejsce mimo wszystko bez wypadku, powiedziałam kierowcy
że ma zle w głowie, choć niewątpliwie umie jezdzić.
Niedaleko naszego hotelu był sad brzoskwiniowy. Pod drzewami leżały brzoskwinie
i spokojnie dogorywały. Nikt ich nie zbierał. Dowiedzieliśmy się, że one za wcześnie
dojrzały, niezgodnie z planem i teraz nie ma kto ich zbierać i jeśli chcemy, to możemy
te spady sobie zebrać. Oni i tak zbierają tylko te, które są jeszcze na drzewie. Nawet
dali nam duże mocne torby, byśmy mieli w co zbierać.
Oczywiście codziennie chodziliśmy "na dzierżawę" i zbieraliśmy te brzoskwinie- były
bardzo dojrzałe, pyszne, pachnące, rozpływały się w ustach.
A nam regularnie podawali do stołu twarde, niedojrzałe.
Mało rzeczy tak mnie rozśmieszyło jak to, że brzoskwinie powinny dojrzewać zgodnie
z planem.
Dwa tygodnie minęły szybko, trzeba było wracać do Polski. Wracaliśmy tym samym
pociągiem, w tym samym wagonie, tylko konduktor był inny. Przed granicą bułgarsko-
rumuńską, zupełnie nie wiadomo skąd w wagonie pojawiła się ......Lusia.
Może była na wyposażeniu tego pociągu?
A w moim bagażu nadal tkwiły perłowe szminki i krem nivea - też miały wczasy.
W Bułgarii byłam potem jeszcze trzy razy. Następny raz wylądowałam tam w 1974 roku,
tym razem w Słonecznym Brzegu.
Był to baaardzo udany pobyt - byliśmy "całą bandą", czyli w cztery pary. Bawiliśmy się
wspaniale. Nie da się ukryć, że Bułgaria była bardzo miłym miejscem gdy albo było
się na leciutkim rauszu albo odpoczywało się po wieczornych balangach.
Tym razem nic mnie nie wprawiało w osłupienie, za to naśmiałam się jak nigdy dotąd.
Rok pózniej pojechaliśmy na prywatną kwaterę do Achtopola - zarówno wybór miejsca
jak i sposobu zamieszkania były niewypałem.
c.d.n.
poniedziałek, 28 października 2013
Cudowne lata- cz.II
Albena.
Hotel w Albenie rzeczywiście był nowiutki. Stał na wysokim brzegu, właściwie nad Albeną.
Wszystkie pokoje miały balkony, a raczej jeden dłuuuugi balkon podzielony barierkami,
których wysokość nie przekraczała 70 cm.
Każdy pokój miał własną łazienkę, a w niej standardowo : wannę , umywalkę z lustrem,
wc i zamykany kubełek. Na drzwiach łazienki wisiała informacja, że nie wolno zużytego
papieru toaletowego wrzucać do muszli - należy go wrzucać do owego kubełka.
Z trudem pozbierałam szczękę z kolan - takiego rozwiązania jeszcze nie spotkałam.
Z balkonu roztaczał się widok na połyskujące w dole morze, zbiorowisko hoteli, plażę,
park i stojące na zboczu kobiety, polewające przez cały dzień trawniki. Czasem miałam
wrażenie, że one tam rosną, niczym drzewa.
Do plaży prowadziła niewyobrażalna ilość schodków. Na szczęście były dość wygodne.
W hotelu była restauracja oraz bar z bajeczną wprost ilością alkoholu, sądząc po ilości
stojących butelek. Bar był otwarty od godz. dwudziestej do drugiej w nocy.
Karmili nas tam chyba niezle, w każdym razie ani razu nie miałam żadnych dolegliwości
ze strony mojej zrujnowanej (przez WZW typuB) wątroby.
Wokół hotelu widać było jeszcze sporo pozostałości po budowie. Z jednego boku stała
drewniana budka, przed nią zbity z sękatych desek stół i dość wąskie dwie ławy.
Po dwóch dniach okazało się, że jest to kiosk z alkoholem. Panowie rolnicy-spółdzielcy
od razu zaanektowali go dla siebie. Zaraz po śniadaniu zajmowali ławy i prowadzili
degustację. Nazwali to miejsce "Boży Dar". Nie chodzili na plażę, nie jezdzili na żadne
wycieczki - "Boży Dar" stał się im całym światem na czas pobytu w Bułgarii.
Bezbłędnie opanowali sztukę trafiania do hotelu "w stanie wskazującym", nawet nie
mylili pokoi.
Plaża w Albenie był ładna,szeroka, dno morza piaszczyste. I wcale mnie nie martwiło,
że to był nawieziony piach. Grunt, że woda była ciepła, a słońce grzało wspaniale.
Z tego pobytu zapamiętałam zaledwie kilka wydarzeń , które były przerywnikami
w przysmażaniu ciał.
Postanowiliśmy wybrać się do Bałcziku, by sprawdzić jak on wygląda naprawdę.
Pomysł był świetny, tylko realizacja jego nieco dała nam w kość.
Wybraliśmy się w piątkę Teresa z Markiem, nasz pilot i my. Postanowiliśmy dojść do
Bałcziku brzegiem morza. Jak zwykle lazłam obładowana - torba a w niej: ręczniki,
sukienka plażowa, portfel, dokumenty, dermosan, klapki. Reszta towarzystwa
patrzyła na mnie jak na dziwoląga - przecież idziemy plażą, po co ci to wszystko???
I po co mnie tym świństwem smarujesz- dodatkowo jęczał mój mąż, gdy go
wecowałam dermosanem. Sama też się wypaćkałam tym paskudztwem.
Za Albeną plaża zredukowała się do wąskiej ścieżki pod samą ścianą klifu.
Tu , co kilka metrów plażowali nudyści - przeważali mocno starsi panowie w towarzystwie
sporo młodszych pań. Bardzo nas śmieszył ten widok - wszystkie panie miały "kostiumy"
utworzone z sino-różowej opalenizny. Wszystkie latami pozbawiane dostępu słońca
części skóry mocno reagowały na naświetlanie. Panowie też mieli takie zabawne slipki.
Teresa co chwilę szturchała mnie łokciem , szepcząc: "zobacz, zobacz".
Tak naprawdę to nie było na co popatrzeć - widok był raczej żałosny. Kojarzył mi się
z wiszącymi, wyschniętymi i sczerniałymi małymi kawałkami suchej kiełbasy. Teresa
też miała takie skojarzenie. Nasi panowie natomiast zastanawiali się jak te dziewczyny
wytrzymają potem w bieliznie.
Chwilami ścieżka znikała, bo morze wbijało się klinem w ścianę góry - szliśmy po kolana
w wodzie, trzymając się jedną ręką ściany. Słońce grzało jak piec hutniczy, wypalając
w tych maleńkich zatoczkach powietrze. Brodziliśmy w wodzie i brak nam było
powietrza, a gorąco wręcz nas powalało. Wreszcie doczłapaliśmy się do miejsca, w którym
ścieżka znów się pojawiła i odbijała w górę. Idąc nią trafiliśmy wprost do ogrodów Królowej
Marii. Kiedyś, kiedyś, teren ten był włączony do Rumunii. Rumuńska królowa, Maria
Koburg, będąc w Bałcziku przejazdem zachwyciła się tym miejscem i kazała wznieść tu
swą letnią siedzibę, którą otaczał duży ogród. Ogród słynie główne z tego, że rośnie tutaj
250 gatunków rozmaitych kaktusów. I właśnie tym ogrodem spacerowaliśmy w strojach
plażowych, "na dziko", bez biletów wstępu. Zwiedzających prawie nie było, wszyscy
siedzieli gdzieś na dole, na plaży.
Nikt nas nie zaczepiał, a my, zmordowani tym spacerem (szosą z Albeny do Bałcziku
jest 12 km) postanowiliśmy już nic nie zwiedzać , znalezć przystanek autobusowy i
wrócić jak najszybciej do Albeny. Żadne z nas nie pisało się już na powrót brzegiem morza.
Przesnuliśmy się przez Bałczik , który nie wywarł na nas pozytywnego wrażenia - byliśmy
zadowoleni, że trafiliśmy niechcący do Albeny.
Plaża w Bałcziku nas nie zachwyciła,większość domów bezgłośnie wołała o remont.
Na placyku w pobliżu szosy stał jakiś autobus, kierowca drzemał z głową na kierownicy.
Zapytaliśmy się , czy dojedziemy do Albeny- kierowca przecząco pokręcił głową mówiąc
"za Warna, za Warna".
Zatkało nas - skoro jedzie "za Warnę" to przecież musi przez Albenę przejeżdżać - tu nie
było innej drogi!
Za chwilę do kompletu doszedł jeszcze konduktor, który wykrzyknął "za Warna" i zaprosił
nas do środka. My z Teresą zdążyłyśmy się na tym przystanku z lekka przyodziać, nasi
panowie nadal paradowali z gołymi torsami i dopiero konduktor im wytłumaczył na migi,
że muszą się ubrać - nie wolno jechać bez koszuli. Sprawę rozwiązały ręczniki, które
"niepotrzebnie" ze sobą targałam.
Bardzo ładnie nasi panowie wyglądali w ręcznikach, zwłaszcza mąż Teresy w różowym.
W ogóle z językiem bułgarskim to były same śmieszne historie. Jechaliśmy raz ichnim
pekaesem do Warny. Tłok był niemiłosierny, jechali różni turyści oraz tubylcy. Tubylcy
najczęściej ubrani w kożuszane kamizelki, w grubych swetrach, turyści niemal nadzy.
Jedziemy, jedziemy, w pewnej chwili rozlega się głos konduktorki - "trifon zarezan" i
natychmiast zabrzmiały trzy dzwonki.
Po dłuższej chwili dojechaliśmy do jakiegoś przystanku, kilka osób wysiadło, kilka
wsiadło, jedziemy dalej.
Mój wszystko wiedzący mąż mówi do mnie- "prosty ten bułgarski, kazała trzy razy
zadzwonić i ktoś zadzwonił, to pewnie był przystanek na żądanie".
Za kilka dni pojechaliśmy na wycieczkę do Rumunii- jechał nasz pilot i pilotka bułgarska.
Bardzo miła i wesoła dziewczyna. Opowiadała nam sporo o każdej mijanej miejscowości.
W pewnej chwili zapytała, czy znamy legendę o Trifonie Zarezan. W tym momencie
dałam mojemu mężowi kuksańca, z trudem utrzymywałam poważny wyraz twarzy.
Na najbliższym postoju pośmiałam się do woli z tego, jaki to prosty język, ten bułgarski.
c.d.n.
Hotel w Albenie rzeczywiście był nowiutki. Stał na wysokim brzegu, właściwie nad Albeną.
Wszystkie pokoje miały balkony, a raczej jeden dłuuuugi balkon podzielony barierkami,
których wysokość nie przekraczała 70 cm.
Każdy pokój miał własną łazienkę, a w niej standardowo : wannę , umywalkę z lustrem,
wc i zamykany kubełek. Na drzwiach łazienki wisiała informacja, że nie wolno zużytego
papieru toaletowego wrzucać do muszli - należy go wrzucać do owego kubełka.
Z trudem pozbierałam szczękę z kolan - takiego rozwiązania jeszcze nie spotkałam.
Z balkonu roztaczał się widok na połyskujące w dole morze, zbiorowisko hoteli, plażę,
park i stojące na zboczu kobiety, polewające przez cały dzień trawniki. Czasem miałam
wrażenie, że one tam rosną, niczym drzewa.
Do plaży prowadziła niewyobrażalna ilość schodków. Na szczęście były dość wygodne.
W hotelu była restauracja oraz bar z bajeczną wprost ilością alkoholu, sądząc po ilości
stojących butelek. Bar był otwarty od godz. dwudziestej do drugiej w nocy.
Karmili nas tam chyba niezle, w każdym razie ani razu nie miałam żadnych dolegliwości
ze strony mojej zrujnowanej (przez WZW typuB) wątroby.
Wokół hotelu widać było jeszcze sporo pozostałości po budowie. Z jednego boku stała
drewniana budka, przed nią zbity z sękatych desek stół i dość wąskie dwie ławy.
Po dwóch dniach okazało się, że jest to kiosk z alkoholem. Panowie rolnicy-spółdzielcy
od razu zaanektowali go dla siebie. Zaraz po śniadaniu zajmowali ławy i prowadzili
degustację. Nazwali to miejsce "Boży Dar". Nie chodzili na plażę, nie jezdzili na żadne
wycieczki - "Boży Dar" stał się im całym światem na czas pobytu w Bułgarii.
Bezbłędnie opanowali sztukę trafiania do hotelu "w stanie wskazującym", nawet nie
mylili pokoi.
Plaża w Albenie był ładna,szeroka, dno morza piaszczyste. I wcale mnie nie martwiło,
że to był nawieziony piach. Grunt, że woda była ciepła, a słońce grzało wspaniale.
Z tego pobytu zapamiętałam zaledwie kilka wydarzeń , które były przerywnikami
w przysmażaniu ciał.
Postanowiliśmy wybrać się do Bałcziku, by sprawdzić jak on wygląda naprawdę.
Pomysł był świetny, tylko realizacja jego nieco dała nam w kość.
Wybraliśmy się w piątkę Teresa z Markiem, nasz pilot i my. Postanowiliśmy dojść do
Bałcziku brzegiem morza. Jak zwykle lazłam obładowana - torba a w niej: ręczniki,
sukienka plażowa, portfel, dokumenty, dermosan, klapki. Reszta towarzystwa
patrzyła na mnie jak na dziwoląga - przecież idziemy plażą, po co ci to wszystko???
I po co mnie tym świństwem smarujesz- dodatkowo jęczał mój mąż, gdy go
wecowałam dermosanem. Sama też się wypaćkałam tym paskudztwem.
Za Albeną plaża zredukowała się do wąskiej ścieżki pod samą ścianą klifu.
Tu , co kilka metrów plażowali nudyści - przeważali mocno starsi panowie w towarzystwie
sporo młodszych pań. Bardzo nas śmieszył ten widok - wszystkie panie miały "kostiumy"
utworzone z sino-różowej opalenizny. Wszystkie latami pozbawiane dostępu słońca
części skóry mocno reagowały na naświetlanie. Panowie też mieli takie zabawne slipki.
Teresa co chwilę szturchała mnie łokciem , szepcząc: "zobacz, zobacz".
Tak naprawdę to nie było na co popatrzeć - widok był raczej żałosny. Kojarzył mi się
z wiszącymi, wyschniętymi i sczerniałymi małymi kawałkami suchej kiełbasy. Teresa
też miała takie skojarzenie. Nasi panowie natomiast zastanawiali się jak te dziewczyny
wytrzymają potem w bieliznie.
Chwilami ścieżka znikała, bo morze wbijało się klinem w ścianę góry - szliśmy po kolana
w wodzie, trzymając się jedną ręką ściany. Słońce grzało jak piec hutniczy, wypalając
w tych maleńkich zatoczkach powietrze. Brodziliśmy w wodzie i brak nam było
powietrza, a gorąco wręcz nas powalało. Wreszcie doczłapaliśmy się do miejsca, w którym
ścieżka znów się pojawiła i odbijała w górę. Idąc nią trafiliśmy wprost do ogrodów Królowej
Marii. Kiedyś, kiedyś, teren ten był włączony do Rumunii. Rumuńska królowa, Maria
Koburg, będąc w Bałcziku przejazdem zachwyciła się tym miejscem i kazała wznieść tu
swą letnią siedzibę, którą otaczał duży ogród. Ogród słynie główne z tego, że rośnie tutaj
250 gatunków rozmaitych kaktusów. I właśnie tym ogrodem spacerowaliśmy w strojach
plażowych, "na dziko", bez biletów wstępu. Zwiedzających prawie nie było, wszyscy
siedzieli gdzieś na dole, na plaży.
Nikt nas nie zaczepiał, a my, zmordowani tym spacerem (szosą z Albeny do Bałcziku
jest 12 km) postanowiliśmy już nic nie zwiedzać , znalezć przystanek autobusowy i
wrócić jak najszybciej do Albeny. Żadne z nas nie pisało się już na powrót brzegiem morza.
Przesnuliśmy się przez Bałczik , który nie wywarł na nas pozytywnego wrażenia - byliśmy
zadowoleni, że trafiliśmy niechcący do Albeny.
Plaża w Bałcziku nas nie zachwyciła,większość domów bezgłośnie wołała o remont.
Na placyku w pobliżu szosy stał jakiś autobus, kierowca drzemał z głową na kierownicy.
Zapytaliśmy się , czy dojedziemy do Albeny- kierowca przecząco pokręcił głową mówiąc
"za Warna, za Warna".
Zatkało nas - skoro jedzie "za Warnę" to przecież musi przez Albenę przejeżdżać - tu nie
było innej drogi!
Za chwilę do kompletu doszedł jeszcze konduktor, który wykrzyknął "za Warna" i zaprosił
nas do środka. My z Teresą zdążyłyśmy się na tym przystanku z lekka przyodziać, nasi
panowie nadal paradowali z gołymi torsami i dopiero konduktor im wytłumaczył na migi,
że muszą się ubrać - nie wolno jechać bez koszuli. Sprawę rozwiązały ręczniki, które
"niepotrzebnie" ze sobą targałam.
Bardzo ładnie nasi panowie wyglądali w ręcznikach, zwłaszcza mąż Teresy w różowym.
W ogóle z językiem bułgarskim to były same śmieszne historie. Jechaliśmy raz ichnim
pekaesem do Warny. Tłok był niemiłosierny, jechali różni turyści oraz tubylcy. Tubylcy
najczęściej ubrani w kożuszane kamizelki, w grubych swetrach, turyści niemal nadzy.
Jedziemy, jedziemy, w pewnej chwili rozlega się głos konduktorki - "trifon zarezan" i
natychmiast zabrzmiały trzy dzwonki.
Po dłuższej chwili dojechaliśmy do jakiegoś przystanku, kilka osób wysiadło, kilka
wsiadło, jedziemy dalej.
Mój wszystko wiedzący mąż mówi do mnie- "prosty ten bułgarski, kazała trzy razy
zadzwonić i ktoś zadzwonił, to pewnie był przystanek na żądanie".
Za kilka dni pojechaliśmy na wycieczkę do Rumunii- jechał nasz pilot i pilotka bułgarska.
Bardzo miła i wesoła dziewczyna. Opowiadała nam sporo o każdej mijanej miejscowości.
W pewnej chwili zapytała, czy znamy legendę o Trifonie Zarezan. W tym momencie
dałam mojemu mężowi kuksańca, z trudem utrzymywałam poważny wyraz twarzy.
Na najbliższym postoju pośmiałam się do woli z tego, jaki to prosty język, ten bułgarski.
c.d.n.
niedziela, 27 października 2013
Cudowne lata
Tytuł zapożyczony z pewnego amerykańskiego serialu.
A "lata cudowne", bo byliśmy młodzi, jeszcze bezdzietni, a więc i obowiązki
nie były zbyt dokuczliwe.
Były wczesne lata siedemdziesiąte dwudziestego wieku. Dokuczał nam jedynie
brak własnego mieszkania. Oczywiście byliśmy członkami spółdzielni
mieszkaniowej i wciąż czekaliśmy na cud w postaci mieszkania.
Po kolejnym urlopie spędzonym nad zimnym i mokrym od deszczu Bałtykiem,
postanowiliśmy wybrać się nad jakiś cieplejszy akwen.
Mniej zorientowanych pragnę poinformować, że najbardziej dostępnym wtedy
ciepłym morzem było Morze Czarne - nikomu się nawet nie śniły wyjazdy do
Tajlandii, na Dominikanę czy też na Mauritius.
Przejrzeliśmy oferty jednego z Biur Podróży, a pewnie było ich wtedy z pięć
na krzyż i zdecydowaliśmy, że pojedziemy na zbiorową wycieczkę do
Bułgarii, miejscem pobytu miał być Bałczik.
Dostępny folder zachwalał Bałczik jako piękny kurort usytuowany na wysokim
nadmorskim brzegu, z zabytkowymi domami i piękną plażą.
Podróż miała być pociągiem "pospiesznym", w wagonach z kuszetkami. Czas
przejazdu - 26 godzin. Stwierdziliśmy, że da się jakoś przeżyć tę podróż,
zresztą cena tej wycieczki była dzięki tej podróży łatwiejsza do strawienia.
Zwierzyłam się koleżankom w pracy, że wybieram się do Bułgarii - życzliwe
dziewczyny, które już były w Bułgarii, zasypały mnie dobrymi radami.
Kazały mi zakupić kilka tubek tłustego paskudztwa o nazwie "Dermosan" by
się tym smarować, chroniąc skórę przed oparzeniem słonecznym. Ponadto
miałam zakupić z dziesięć sztuk szminek perłowych, dużo pudełeczek kremu
Nivea, ze 2 komplety pościeli, ze 2 kapy na łóżko i koniecznie jakieś dżinsy.
Miałam to wszystko zakupić po to, by to sprzedać na miejscu, albo jeszcze
lepiej w Rumunii, do której była przewidziana w programie jednodniowa
wycieczka autokarem.
Słuchałam tych rad z opadniętą szczęka i wytrzeszczonymi oczami. Przyrzekłam
dziewczynom,że z pewnością to wszystko zakupię, po czym zakupiłam
jedynie Dermosan i 3 sztuki szminki perłowej firmy Celia. Sama jej używałam
i miałam jak najlepsze o niej zdanie.
Nadszedł wreszcie dzień wyjazdu - zatelepaliśmy się na dworzec, spotkaliśmy
przydzielonego nam pilota ( na jego widok wszystkim paniom zmiękły nogi
w okolicy pachwin), pod jego przewodem zajęliśmy miejsca w zarezerwowanym
dla wycieczki wagonie i "ekspress" ruszył.
W przedziale miałam jedną równie młodą jak ja osobniczkę, która była świeżo
upieczoną mężatką w podróży poślubnej oraz ze 4 panie w wieku tak zwanym
trolejbusowym (w Warszawie trolejbusy miały numery od 50 do 100) .
Owe panie były członkiniami wycieczki zbiorowej z jakiejś spółdzielni rolniczej.
Panie się oczywiście ze sobą znały i były nie pierwszy raz na takim wyjezdzie.
Słuchałyśmy z Teresą (bo takie miała imię młoda mężatka) co też one wiozą na
handel - każda miała ze sobą co najmniej dwie wypchane walizy a w środku
multum wszelakiego dobra w postaci pościeli, żakardowych kap, pudełek kremu
Nivea, dżinsowych spodni i jakichś spódnic. Obydwie z Teresą wyglądałyśmy
przy nich jak niedowarzone sieroty, bo każda z nas miała po jednej walizce na
parę. I obie miałyśmy w sumie 10 szminek perłowych oraz 2 pudełeczka kremu.
Nasz wspaniały pociąg wlókł się niesamowicie, podejrzewam, że "ekspress"
to była jego ksywka, nadana przez kogoś złośliwego.
Pokonywanie kolejnych granic wprawiało "rolniczki" w wielki popłoch, nas
oczywiście nie. Śmiałyśmy się, że jedziemy jak na deportację, bo wagon był
zamknięty, nie można było z niego wydostać się ani na peron ani przejść do
innego wagonu. Rolę "wagonu restauracyjnego" pełnił jeden przedział, w którym
był konduktor -kierownik naszego wagonu, jego pomocnik oraz..... Lusia.
Lusia jechała na gapę i bez dokumentów podróży. Swą podróż opłacała w dość
osobliwy sposób - świadcząc obu kolejarzom wiadome usługi.
W pewnych godzinach przedział pełnił rolę bufetu, w pozostałych był zamknięty.
Zastanawiałyśmy się z Teresą, gdzie oni chowali Lusię na czas kontroli granicznej.
Teresa podejrzewała, że może wystawiali ją na dach.
Rumunię, przez którą nasz ekspress jechał z obłędną prędkością 5 km/godz
a do tego wciąż przystawał, pokonywaliśmy niemal cały dzień. Wzdłuż torów
stali rumuńscy żołnierze z bronią gotową do strzału. Konduktor kazał nam
pozamykać okna, "bo oni się na żartach nie znają".
Wszystkim pokończył się już prowiant zabrany z domu, w "bufecie" zostało tylko
ciepławe piwo i jakieś herbatniki, do tego w wagonie było gorąco i duszno.
Podobno ci rumuńscy żołnierze pilnowali robotników naprawiających tory
kolejowe. Wszyscy byliśmy zdziwieni i nieco zaniepokojeni, bo widzieliśmy
tylko tych żołnierzy- żadnych robotników w pobliżu nie było.
Wszystko ma swój koniec - nawet podróż "ekspressem" - po 42 godzinach
przyjechaliśmy do Warny. Stąd mieliśmy autokarem dojechać na miejsce.
Stoimy pod dworcem stoimy, czekamy i czekamy na autokar, wszyscy
umęczeni, głodni i zli.
Pilot wycieczki pognał do jakiejś informacji i zabronił się rozchodzić.
Po powrocie poinformował nas, że autokar już po nas jedzie, ale nie zawiezie
nas do Bałcziku a do Albeny.
Po prostu w Bałcziku zaczął się remont domów, w których mieliśmy być
rozlokowani, a w Albenie właśnie niedawno oddano do użytku nowiutki hotel.
Byliśmy wszyscy już zupełnie zrezygnowani i wściekle zmęczeni - byle
wreszcie napić się czegoś zimnego i coś zjeść. No i Albena była bliżej od Warny
niż Bałczik.
c.d.n.
A "lata cudowne", bo byliśmy młodzi, jeszcze bezdzietni, a więc i obowiązki
nie były zbyt dokuczliwe.
Były wczesne lata siedemdziesiąte dwudziestego wieku. Dokuczał nam jedynie
brak własnego mieszkania. Oczywiście byliśmy członkami spółdzielni
mieszkaniowej i wciąż czekaliśmy na cud w postaci mieszkania.
Po kolejnym urlopie spędzonym nad zimnym i mokrym od deszczu Bałtykiem,
postanowiliśmy wybrać się nad jakiś cieplejszy akwen.
Mniej zorientowanych pragnę poinformować, że najbardziej dostępnym wtedy
ciepłym morzem było Morze Czarne - nikomu się nawet nie śniły wyjazdy do
Tajlandii, na Dominikanę czy też na Mauritius.
Przejrzeliśmy oferty jednego z Biur Podróży, a pewnie było ich wtedy z pięć
na krzyż i zdecydowaliśmy, że pojedziemy na zbiorową wycieczkę do
Bułgarii, miejscem pobytu miał być Bałczik.
Dostępny folder zachwalał Bałczik jako piękny kurort usytuowany na wysokim
nadmorskim brzegu, z zabytkowymi domami i piękną plażą.
Podróż miała być pociągiem "pospiesznym", w wagonach z kuszetkami. Czas
przejazdu - 26 godzin. Stwierdziliśmy, że da się jakoś przeżyć tę podróż,
zresztą cena tej wycieczki była dzięki tej podróży łatwiejsza do strawienia.
Zwierzyłam się koleżankom w pracy, że wybieram się do Bułgarii - życzliwe
dziewczyny, które już były w Bułgarii, zasypały mnie dobrymi radami.
Kazały mi zakupić kilka tubek tłustego paskudztwa o nazwie "Dermosan" by
się tym smarować, chroniąc skórę przed oparzeniem słonecznym. Ponadto
miałam zakupić z dziesięć sztuk szminek perłowych, dużo pudełeczek kremu
Nivea, ze 2 komplety pościeli, ze 2 kapy na łóżko i koniecznie jakieś dżinsy.
Miałam to wszystko zakupić po to, by to sprzedać na miejscu, albo jeszcze
lepiej w Rumunii, do której była przewidziana w programie jednodniowa
wycieczka autokarem.
Słuchałam tych rad z opadniętą szczęka i wytrzeszczonymi oczami. Przyrzekłam
dziewczynom,że z pewnością to wszystko zakupię, po czym zakupiłam
jedynie Dermosan i 3 sztuki szminki perłowej firmy Celia. Sama jej używałam
i miałam jak najlepsze o niej zdanie.
Nadszedł wreszcie dzień wyjazdu - zatelepaliśmy się na dworzec, spotkaliśmy
przydzielonego nam pilota ( na jego widok wszystkim paniom zmiękły nogi
w okolicy pachwin), pod jego przewodem zajęliśmy miejsca w zarezerwowanym
dla wycieczki wagonie i "ekspress" ruszył.
W przedziale miałam jedną równie młodą jak ja osobniczkę, która była świeżo
upieczoną mężatką w podróży poślubnej oraz ze 4 panie w wieku tak zwanym
trolejbusowym (w Warszawie trolejbusy miały numery od 50 do 100) .
Owe panie były członkiniami wycieczki zbiorowej z jakiejś spółdzielni rolniczej.
Panie się oczywiście ze sobą znały i były nie pierwszy raz na takim wyjezdzie.
Słuchałyśmy z Teresą (bo takie miała imię młoda mężatka) co też one wiozą na
handel - każda miała ze sobą co najmniej dwie wypchane walizy a w środku
multum wszelakiego dobra w postaci pościeli, żakardowych kap, pudełek kremu
Nivea, dżinsowych spodni i jakichś spódnic. Obydwie z Teresą wyglądałyśmy
przy nich jak niedowarzone sieroty, bo każda z nas miała po jednej walizce na
parę. I obie miałyśmy w sumie 10 szminek perłowych oraz 2 pudełeczka kremu.
Nasz wspaniały pociąg wlókł się niesamowicie, podejrzewam, że "ekspress"
to była jego ksywka, nadana przez kogoś złośliwego.
Pokonywanie kolejnych granic wprawiało "rolniczki" w wielki popłoch, nas
oczywiście nie. Śmiałyśmy się, że jedziemy jak na deportację, bo wagon był
zamknięty, nie można było z niego wydostać się ani na peron ani przejść do
innego wagonu. Rolę "wagonu restauracyjnego" pełnił jeden przedział, w którym
był konduktor -kierownik naszego wagonu, jego pomocnik oraz..... Lusia.
Lusia jechała na gapę i bez dokumentów podróży. Swą podróż opłacała w dość
osobliwy sposób - świadcząc obu kolejarzom wiadome usługi.
W pewnych godzinach przedział pełnił rolę bufetu, w pozostałych był zamknięty.
Zastanawiałyśmy się z Teresą, gdzie oni chowali Lusię na czas kontroli granicznej.
Teresa podejrzewała, że może wystawiali ją na dach.
Rumunię, przez którą nasz ekspress jechał z obłędną prędkością 5 km/godz
a do tego wciąż przystawał, pokonywaliśmy niemal cały dzień. Wzdłuż torów
stali rumuńscy żołnierze z bronią gotową do strzału. Konduktor kazał nam
pozamykać okna, "bo oni się na żartach nie znają".
Wszystkim pokończył się już prowiant zabrany z domu, w "bufecie" zostało tylko
ciepławe piwo i jakieś herbatniki, do tego w wagonie było gorąco i duszno.
Podobno ci rumuńscy żołnierze pilnowali robotników naprawiających tory
kolejowe. Wszyscy byliśmy zdziwieni i nieco zaniepokojeni, bo widzieliśmy
tylko tych żołnierzy- żadnych robotników w pobliżu nie było.
Wszystko ma swój koniec - nawet podróż "ekspressem" - po 42 godzinach
przyjechaliśmy do Warny. Stąd mieliśmy autokarem dojechać na miejsce.
Stoimy pod dworcem stoimy, czekamy i czekamy na autokar, wszyscy
umęczeni, głodni i zli.
Pilot wycieczki pognał do jakiejś informacji i zabronił się rozchodzić.
Po powrocie poinformował nas, że autokar już po nas jedzie, ale nie zawiezie
nas do Bałcziku a do Albeny.
Po prostu w Bałcziku zaczął się remont domów, w których mieliśmy być
rozlokowani, a w Albenie właśnie niedawno oddano do użytku nowiutki hotel.
Byliśmy wszyscy już zupełnie zrezygnowani i wściekle zmęczeni - byle
wreszcie napić się czegoś zimnego i coś zjeść. No i Albena była bliżej od Warny
niż Bałczik.
c.d.n.
Subskrybuj:
Posty (Atom)