Wiesz Mirek - Michalina spojrzała poważnie na Mirka- wg mnie to porozmawialiśmy
dziś sporo, udało się nam nawet ustalić kilka ważnych rzeczy i dzięki temu jutro będzie
nam łatwiej robić ustalenia odnośnie nowego produktu. I wybacz, nie interesuje mnie czy
ja ci się podobam czy też nie. Nie lubię być podrywana to raz, a po drugie to życie mnie
nauczyło, że przyjaznie i romanse nawiązywane w pracy zawsze dla którejś ze stron zle
się kończą. I dlatego z nikim w pracy się nie przyjaznię, bez względu na płeć.
A to, że mówimy sobie po imieniu to też nie ma żadnego znaczenia - niemal ze wszystkimi
jestem w naszym biurze po imieniu- właściwie tylko z dyrekcją i kadrową nie.
Mirek wlepiał w nią swe przejrzyste oczy i siedział jak skamieniały- przez moment miała
wrażenie że on nie za bardzo wie co ona do niego mówi. Poczuła się dziwnie, ale w tej
chwili Mirek wstał i cicho powiedział - zaraz wyjdę, ale ty chyba nie zauważyłaś, że my
nie pracujemy w jednej firmie, choć podlegamy tej samej jednostce nadrzędnej.
Poza tym, chcę ci zaproponować byśmy do Warszawy pojechali moim samochodem,
pożyczyłem od ojca terenówkę, więc nie powinno być zle, mimo śniegu.
I jeszcze jedna sprawa - nastaw się na to, że chyba nie będzie jutro łatwo ani prosto -
ci z Bydgoszczy są nastawieni na "nie", oni nie chcą zmian w normach. Więc te wszystkie
ustalenia mogą się ciągnąć godzinami. A wiem to wszystko od jednego z kumpli, który
tu pracuje. Bo ja, w przeciwieństwie do ciebie, przyjaznię się z wieloma osobami, bez
względu na płeć.
No to miłych snów ci życzę, do jutra.
Zebrał swoje notatki , podszedł do drzwi i z ręką już na klamce odwrócił się Michaliny i...uśmiechnął.
Smarkacz, pomyślała Michalina. Zawodowo niezły, jak na świeżo upieczonego inżyniera,
sporo wie choć pracuje w branży niecały rok.
Następny dzień był upiorny - uzgodnienia szły jak po grudzie pod górkę, wszyscy się
kłócili, w sali było czarno od dymu papierosowego i nawet częste wietrzenie niewiele
pomagało. Michalina z trudem ukrywała swą wściekłość. Uparła się, że muszą dziś
wszystko ustalić, w razie całkowitego braku porozumienia zrobić protokół rozbieżności
i niech się potem obie dyrekcje ze sobą użerają. Bydgoszczanie dzwonili kilka razy
do swego zakładu, co oczywiście powodowało przerwy w rozmowach, ale pomału
rozmowy nabierały konkretnego kształtu. Około godziny 16-tej, gdy już wszyscy byli
nie tylko zmęczeni ale i głodni, przerwali pracę i wybrali się samochodami do Giżycka
na obiad . Ustalono, że następnego dnia wszystko zostanie zapisane i podpisane.
Na świecie tymczasem zapanowała zima - było biało a szosa nie za bardzo odśnieżona-
jak co roku "zima zaskoczyła drogowców". Na przystankach autobusowych stały grupki
zmarzniętych ludzi, czekających na próżno na autobus. Niektórzy starali się łapać
okazję.
Przy obiedzie nikt już nie rozmawiał na tematy służbowe, starali się szybko zjeść by jak
najprędzej wrócić do hotelu. Zapewne każdy chciał jeszcze przejrzeć notatki by wyłapać
wszystkie niuanse.
Michalina usiłowała się połączyć z domem, ale Romka nie było ani w domu ani w pracy.
Nagrała się więc na sekretarkę w jego biurze, że prawdopodobnie wróci następnego dnia
wieczorem lub w najgorszym wypadku pojutrze przed południem.
Do hotelu wszyscy wrócili w lepszych nastrojach, Michalina jeszcze rozmawiała z jednym
ze swych oponentów, w końcu wszyscy rozeszli się do swych pokoi.
Michalina była naprawdę bardzo zmęczona, bolała ją głowa, więc szybko położyła się do
łóżka. Ze zmęczenia nie mogła zasnąć.
Po raz pierwszy od chwili wyjścia za mąż zaczęła się zastanawiać co Romek robi gdy jej
nie ma w Warszawie. Nigdy dotąd o tym nie myślała i nie wypytywała co robił w czasie
gdy był sam. Uzmysłowiła sobie, że ona też nie opowiadała mu nigdy co robiła gdy on
wyjeżdżał służbowo. A jezdził dość często do różnych krajów europejskich. Oczywiście
po powrocie opowiadał swe wrażenia, zawsze przywoził pocztówki i różne prezenty.
Porównywali również swe wrażenia z Czechosłowacji i Rosji. Bo Michalina jak dotąd
bywała służbowo tylko w tych krajach. Trochę zazdrościła Romkowi wojaży do Europy
Zachodniej, ale pod względem finansowym znacznie lepiej wypadały delegacje do
"KaDeeLi. Z każdego wyjazdu przywoził sporo prezentów i po rozliczeniu delegacji
zawsze zostawały mu ich waluty, które skrupulatnie odkładał na subkonto w banku.
Przydawały się, gdy wyjeżdżali na wakacje do Bułgarii lub na Węgry.
Michalina zaczęła się zastanawiać dokąd się wybiorą latem. Marzyła o wyjezdzie do
Jugosławii-oglądała sporo folderów i bardzo jej się tam podobało.
Pogrążona w marzeniach o urlopie w słonecznej Jugosławii spokojnie zasnęła.
Następnego dnia rozmowy szczęśliwe dobiegły końca, wszystko zostało ustalone,
zapisane, podpisane.
O godzinie 13-tej Michalina była spakowana - postanowiła skorzystać z propozycji
Mirka, zwłaszcza, że razem z nimi miał jeszcze jechać jeden z inżynierów z Krakowa.
Panowie zapewniali Michalinę,że w najgorszym razie ona będzie siedziała za kierownicą
a oni we dwóch będą pchać terenówkę.
Okazało się, że szosa była całkiem niezle odśnieżona i droga minęła zupełnie bez żadnych
niemiłych niespodzianek.
Po drodze zatrzymali się na obiad - miejsce Mirek wybrał na podstawie ilości ciężarówek
zaparkowanych przed zajazdem- kierowcy ciężarówek dobrze wiedzieli gdzie można
dobrze zjeść i się nie zatruć.
Mirek odwiózł ją pod dom, szarmancko zaniósł jej torbę pod bramę i śmiejąc się cicho
powiedział - no to wiem teraz również gdzie mieszkasz.
Michalina uśmiechnęła się blado, powiedziała "cześć" i weszła do budynku. Winda znów
była zepsuta, na szczęście mieszkali na 2 piętrze.
Romek był w domu, na biurku w pokoju noszącym dumne miano gabinetu, który miał
dwa na dwa metry, leżał stos papierów- znak, że Romek znów się szykował do wyjazdu.
Twierdził, że jeśli musi coś starannie przygotować to może to zrobić tylko w domu, bo
w pracy ciągle mu ludzie przeszkadzają.
Oczywiście lodówka była znów niemal pusta, więc Michalina zarządziła wspólne
wyjście do Delikatesów. Nie chciała sama targać zakupów - była bardzo zmęczona.
Po drodze Romek powiedział, że tym razem poleci aż do USA i że to bardzo a bardzo
ważny wyjazd. I że ma w związku z tym okropnie dużo pracy. Całą drogę opowiadał
o tym wyjezdzie, a Michalinie przyszło na myśl, że nawet słowem się nie zapytał
czy jej się wszystko udało załatwić.
c.d.n.
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
środa, 26 lutego 2014
wtorek, 25 lutego 2014
Przeklęte szkolenie- cz.III
Michalina była bardzo zadowolona, że szkolenie się skończyło. Nie lubiła przebywać
sama z dala od domu.
Przejrzała szybko nikłą zawartość lodówki - nie zostawało nic innego jak wyjść do
osiedlowego sklepu po zakupy. Właściwie to szkolenie miało jeden pozytywny dla
niej aspekt - przez tydzień nie musiała gotować. Bo Michalina nie tyle nie lubiła
gotować co wymyślać co ma ugotować. Wprawdzie Romek nie był kapryśnym
stołownikiem - ale ona doskonale znała kuchnię jego matki, która uważała, że należy
gotować codziennie a nie raz na dwa lub trzy dni i potem tylko odgrzewać. Wciąż
pamiętała minę teściowej gdy się przyznała, że ona gotuje na dwa lub trzy dni.
Teściowa mogła sobie pozwolić na luksus gotowania codziennie, ponieważ nie
pracowała zawodowo.
Gdy wróciła z zakupów zrobiła sobie ciepłą kąpiel w pachnącej, seledynowej soli.
Gdy tak leżała rozkoszując się ciepłem i zapachem, znów przed oczami stanął jej
"ten nowy" , jego przejrzyste dziwne oczy. Poczuła wręcz fizyczną chęć zobaczenia
go. Jednocześnie zdawała sobie sprawę, że to jakaś dziecinada, wręcz głupota, bo
tak naprawdę to on się jej nawet nie podobał. A jednak myśli o nim spowodowały
lekkie podniecenie. Zerknęła na łazienkowy zegar, szybko umyła się i wyskoczyła
z wanny. W chwili gdy wychodziła z łazienki do domu wrócił Romek. Szybko
wylądowali w sypialni i Michalina pomyślała - tego mi właśnie brakowało.
Nowy tydzień w pracy zaczęła sprawozdaniem ze szkolenia i wnioskami z niego.
Szef był zadowolony, koleżanki wyraznie zawiedzione, że nic ciekawego pod
wzgledem towarzyskim na tym szkoleniu się nie działo. Michalina stwierdziła, że
nawet jeśli się działo, to ona o tym nie wie - wykorzystała ten pobyt na relaks
z książką.
Pracy miała wciąż sporo, ich ośrodek badawczy wdrażał nowe technologie, musiała
opracować kilka norm branżowych i czekał ją jeszcze wyjazd na 2 lub 3 dni do
zakładu produkcyjnego w okolicy Giżycka. Gdyby to był okres letni, wyjazd byłby
w pewnym sensie atrakcyjny - już kilka razy tam była. Okolica była bardzo ładna i
po pracy można było pójść nad jezioro, posiedzieć nad wodą lub wypożyczyć kajak.
Raz nawet jeden z inżynierów zorganizował krótki rejs swoją żaglówką.
Michalinie tak się tam podobało, że jeden z urlopów spędziła wraz mężem w pobliskim
ośrodku wczasowym.Wraz z przyjaciółmi wynajęli Omegę i codziennie pływali po
Niegocinie. Dobrze, że w czasie studiów Romek zdobył patent żeglarski.
Odwlekała ten wyjazd służbowy jak tylko długo się dało, ale w końcu musiała jechać.
Romek proponował by wzięła samochód, ale Michalina nie za bardzo lubiła sama
jezdzić w daleką trasę. Upewniła się czy jest wolny pokój w przyzakładowym hotelu,
kupiła bilet na dalekobieżny, przyspieszony autobus, zapakowała nieco ciepłych ubrań
i pojechała. Im bliżej celu tym gorsza była pogoda. Padał śnieg z deszczem i Michalina
bardzo cieszyła się , że nie wzięła jednak samochodu.
Przyjechała na miejsce już po południu, więc tylko zadzwoniła do zakładu, że będzie
następnego dnia rano. Nie opłacało się iść do zakładu na niecałą godzinę. Rozpakowała
się i poszła do bufetu na kawę. Bufetowa, która od lat była ta sama, poinformowała ją,
że zima w tym roku będzie obrzydliwa, że na pewno tej nocy już chwyci mróz bo rano
było znacznie cieplej, a w ciągu dnia temperatura zaczęła spadać, że zaraz pewnie przyjdą
jeszcze inni goście bo już drugi dzień "na zakładzie" są ludzie z Bydgoszczy i Krakowa.
Zaproponowała jako obiad bigos lub pyzy. Michalina wybrała pyzy z surówką, zjadła,
wypiła kawę i poszła do swego pokoju.
Zabrała się za dokumenty, by jak najwięcej przygotować teraz, potem tylko nanieść do
tekstu uzgodnione dane i popołudniowym autobusem wrócić do domu.
W dwie godziny pózniej usłyszała delikatne pukanie do drzwi. Proszę- powiedziała nieco
zdziwiona. Drzwi otworzyły się a w progu stanął właściciel przezroczystych oczu.
Czy mogę na chwilę wejść? - zapytał w progu. Michalina skinęła głową i powiedziała- ale
tylko na krótko, bo ja jestem zajęta - szykuję dokumenty na jutro. Mirosław wsunął się do
pokoju i delikatnie zamknął za sobą drzwi. W lewej ręce trzymał jakąś teczkę.
"Bo ja właśnie w sprawie tych norm przyszedłem. Chciałem się poradzić odnośnie izolacji".
Michalina przysunęła mu krzesło i razem zagłębili się w dokumentacji. Po dwóch godzinach
uzgodnili wspólne stanowisko.
Michalina zaproponowała by wypili herbatę, zwłaszcza, że w pokoju nie było zbyt ciepło.
Mirek podszedł do kaloryfera i stwierdził, że jest on po prostu za bardzo przykręcony. Przy
okazji wyjrzał przez okno i aż jęknął - za oknem gęsto padał śnieg, pokrywając wszystko
białym puchem. Michalina też podeszła - widok był naprawdę piękny - śnieg padał równo,
dużymi płatkami, dekorując drzewa, krzewy, płoty i parkany.
No to mało zabawnie się porobiło- stwierdziła Michalina- jeśli tak będzie padało całą noc
to będą kłopoty na drodze. Dobrze, że nie wzięłam samochodu.
Usiedli przy herbacie, Michalina wyciągnęła tabliczkę czekolady, połamała na kawałki,
ułożyła na spodeczku. Siedzieli naprzeciw siebie i patrzyli na siebie w milczeniu.
Muszę Ci coś powiedzieć -zaczął Mirek- tylko się na mnie nie obraz. Od tamtego pobytu
na szkoleniu ciągle Cię wspominam. Jesteś nie tylko fajną babką pod takim kobiecym
względem, jesteś też świetna zawodowo i nie zadzierasz z tego powodu nosa.
A co to znaczy "pod kobiecym względem"? - zapytała Michalina.
Mirek się uśmiechnął - no, po prostu podobasz mi się. Wiedziałem, że będziesz tutaj,
więc się postarałem o tę delegację. Pomyślałem, że tu mam większe szanse na rozmowę
z Tobą prywatnie niż gdybym przyjechał do Warszawy.
A wiesz, że jestem mężatką? -zapytała. No jasne, przeprowadziłem wywiad, ale chyba fakt,
że jesteś mężatką nie przeszkadza ci w rozmowie. Nie namawiam cię do grzechu, nie mam
zamiaru gwałcić, chcę tylko porozmawiać- uśmiech nie schodził mu z twarzy.
Cwaniak - pomyślała Michalina.
c.d.n.
sama z dala od domu.
Przejrzała szybko nikłą zawartość lodówki - nie zostawało nic innego jak wyjść do
osiedlowego sklepu po zakupy. Właściwie to szkolenie miało jeden pozytywny dla
niej aspekt - przez tydzień nie musiała gotować. Bo Michalina nie tyle nie lubiła
gotować co wymyślać co ma ugotować. Wprawdzie Romek nie był kapryśnym
stołownikiem - ale ona doskonale znała kuchnię jego matki, która uważała, że należy
gotować codziennie a nie raz na dwa lub trzy dni i potem tylko odgrzewać. Wciąż
pamiętała minę teściowej gdy się przyznała, że ona gotuje na dwa lub trzy dni.
Teściowa mogła sobie pozwolić na luksus gotowania codziennie, ponieważ nie
pracowała zawodowo.
Gdy wróciła z zakupów zrobiła sobie ciepłą kąpiel w pachnącej, seledynowej soli.
Gdy tak leżała rozkoszując się ciepłem i zapachem, znów przed oczami stanął jej
"ten nowy" , jego przejrzyste dziwne oczy. Poczuła wręcz fizyczną chęć zobaczenia
go. Jednocześnie zdawała sobie sprawę, że to jakaś dziecinada, wręcz głupota, bo
tak naprawdę to on się jej nawet nie podobał. A jednak myśli o nim spowodowały
lekkie podniecenie. Zerknęła na łazienkowy zegar, szybko umyła się i wyskoczyła
z wanny. W chwili gdy wychodziła z łazienki do domu wrócił Romek. Szybko
wylądowali w sypialni i Michalina pomyślała - tego mi właśnie brakowało.
Nowy tydzień w pracy zaczęła sprawozdaniem ze szkolenia i wnioskami z niego.
Szef był zadowolony, koleżanki wyraznie zawiedzione, że nic ciekawego pod
wzgledem towarzyskim na tym szkoleniu się nie działo. Michalina stwierdziła, że
nawet jeśli się działo, to ona o tym nie wie - wykorzystała ten pobyt na relaks
z książką.
Pracy miała wciąż sporo, ich ośrodek badawczy wdrażał nowe technologie, musiała
opracować kilka norm branżowych i czekał ją jeszcze wyjazd na 2 lub 3 dni do
zakładu produkcyjnego w okolicy Giżycka. Gdyby to był okres letni, wyjazd byłby
w pewnym sensie atrakcyjny - już kilka razy tam była. Okolica była bardzo ładna i
po pracy można było pójść nad jezioro, posiedzieć nad wodą lub wypożyczyć kajak.
Raz nawet jeden z inżynierów zorganizował krótki rejs swoją żaglówką.
Michalinie tak się tam podobało, że jeden z urlopów spędziła wraz mężem w pobliskim
ośrodku wczasowym.Wraz z przyjaciółmi wynajęli Omegę i codziennie pływali po
Niegocinie. Dobrze, że w czasie studiów Romek zdobył patent żeglarski.
Odwlekała ten wyjazd służbowy jak tylko długo się dało, ale w końcu musiała jechać.
Romek proponował by wzięła samochód, ale Michalina nie za bardzo lubiła sama
jezdzić w daleką trasę. Upewniła się czy jest wolny pokój w przyzakładowym hotelu,
kupiła bilet na dalekobieżny, przyspieszony autobus, zapakowała nieco ciepłych ubrań
i pojechała. Im bliżej celu tym gorsza była pogoda. Padał śnieg z deszczem i Michalina
bardzo cieszyła się , że nie wzięła jednak samochodu.
Przyjechała na miejsce już po południu, więc tylko zadzwoniła do zakładu, że będzie
następnego dnia rano. Nie opłacało się iść do zakładu na niecałą godzinę. Rozpakowała
się i poszła do bufetu na kawę. Bufetowa, która od lat była ta sama, poinformowała ją,
że zima w tym roku będzie obrzydliwa, że na pewno tej nocy już chwyci mróz bo rano
było znacznie cieplej, a w ciągu dnia temperatura zaczęła spadać, że zaraz pewnie przyjdą
jeszcze inni goście bo już drugi dzień "na zakładzie" są ludzie z Bydgoszczy i Krakowa.
Zaproponowała jako obiad bigos lub pyzy. Michalina wybrała pyzy z surówką, zjadła,
wypiła kawę i poszła do swego pokoju.
Zabrała się za dokumenty, by jak najwięcej przygotować teraz, potem tylko nanieść do
tekstu uzgodnione dane i popołudniowym autobusem wrócić do domu.
W dwie godziny pózniej usłyszała delikatne pukanie do drzwi. Proszę- powiedziała nieco
zdziwiona. Drzwi otworzyły się a w progu stanął właściciel przezroczystych oczu.
Czy mogę na chwilę wejść? - zapytał w progu. Michalina skinęła głową i powiedziała- ale
tylko na krótko, bo ja jestem zajęta - szykuję dokumenty na jutro. Mirosław wsunął się do
pokoju i delikatnie zamknął za sobą drzwi. W lewej ręce trzymał jakąś teczkę.
"Bo ja właśnie w sprawie tych norm przyszedłem. Chciałem się poradzić odnośnie izolacji".
Michalina przysunęła mu krzesło i razem zagłębili się w dokumentacji. Po dwóch godzinach
uzgodnili wspólne stanowisko.
Michalina zaproponowała by wypili herbatę, zwłaszcza, że w pokoju nie było zbyt ciepło.
Mirek podszedł do kaloryfera i stwierdził, że jest on po prostu za bardzo przykręcony. Przy
okazji wyjrzał przez okno i aż jęknął - za oknem gęsto padał śnieg, pokrywając wszystko
białym puchem. Michalina też podeszła - widok był naprawdę piękny - śnieg padał równo,
dużymi płatkami, dekorując drzewa, krzewy, płoty i parkany.
No to mało zabawnie się porobiło- stwierdziła Michalina- jeśli tak będzie padało całą noc
to będą kłopoty na drodze. Dobrze, że nie wzięłam samochodu.
Usiedli przy herbacie, Michalina wyciągnęła tabliczkę czekolady, połamała na kawałki,
ułożyła na spodeczku. Siedzieli naprzeciw siebie i patrzyli na siebie w milczeniu.
Muszę Ci coś powiedzieć -zaczął Mirek- tylko się na mnie nie obraz. Od tamtego pobytu
na szkoleniu ciągle Cię wspominam. Jesteś nie tylko fajną babką pod takim kobiecym
względem, jesteś też świetna zawodowo i nie zadzierasz z tego powodu nosa.
A co to znaczy "pod kobiecym względem"? - zapytała Michalina.
Mirek się uśmiechnął - no, po prostu podobasz mi się. Wiedziałem, że będziesz tutaj,
więc się postarałem o tę delegację. Pomyślałem, że tu mam większe szanse na rozmowę
z Tobą prywatnie niż gdybym przyjechał do Warszawy.
A wiesz, że jestem mężatką? -zapytała. No jasne, przeprowadziłem wywiad, ale chyba fakt,
że jesteś mężatką nie przeszkadza ci w rozmowie. Nie namawiam cię do grzechu, nie mam
zamiaru gwałcić, chcę tylko porozmawiać- uśmiech nie schodził mu z twarzy.
Cwaniak - pomyślała Michalina.
c.d.n.
poniedziałek, 24 lutego 2014
Przeklęte szkolenie - cz.II
Po dwóch godzinach czytania Michalinie oczy zamykały się same. Odłożyła
książkę, zgasiła światło, umościła się wygodnie w łóżku, zamknęła oczy i...
zupełnie niespodziewanie wróciła pamięcią do minionych godzin.
Przed oczami stanął jej nowo poznany Mirosław, a tak dokładnie to jego niebywale
jasne, nieomal bezbarwne oczy. Nigdy jeszcze nie widziała takich oczu. A do tego
jego spojrzenie - takie przenikliwe, jakby starał się przejrzeć jej myśli.
I te jego blond włosy - na co facetowi tyle włosów na głowie? Taka ozdoba
należy się wszak kobietom. Jej by się takie włosy przydały, ale oczywiście nie
taki blond - mogłyby być ciemno kasztanowe. A tak poza tym to nie ma w nim
nic ciekawego, straszny chudzielec. I jaką ma kościstą dłoń, palce jak patyki.
Tylko te oczy takie zupełnie niezwykłe, intrygujące. Wyglądają jak szklane.
No, dosyć tego rozmyślania- skarciła samą siebie, trzeba spać, jutro pobudka
o 6,30, przecież muszę jeszcze rano umyć włosy, żeby jakoś wyglądać.
Michalina uważała, że włosy są jej bardzo słabą stroną - było ich nie za wiele,
a do tego były cienkie i miały tendencję do kręcenia się w wybraną przez
siebie, a nie przez Michalinę, stronę. Na zdjęciach z dzieciństwa wglądała jak
amorek, krótkie włosy całe w loczkach. Z czasem mniej się zwijały w loczki.
Przez dwadzieścia kilka lat katowała je uczesaniem w kucyk. Niedawno
fryzjerka namówiła ją na obcięcie włosów. Niech wreszcie odpoczną od
gumki i klamry.
Mężowi bardzo podobało się nowe uczesanie Michaliny i z niekłamaną
przyjemnością rozburzał palcami jej krótką fryzurkę.
Mąż Michaliny, Romek, był od niej tylko nieco starszy, rocznikowo to dwa
lata, licząc miesiącami - półtora roku. Był bardzo przystojnym mężczyzną i
często jej koleżanki dyskutowały o tym za jej plecami, dziwiąc się, że taki
przystojny facet ożenił się z tak mało interesującą pod względem urody osobą.
Romek był mężczyzna dostrzegającym w kobiecie o wiele więcej niż ładną
buzię i figurę. Należał do tych nielicznych, którzy lubili kobiety inteligentne,
o szerokich zainteresowaniach, jednym słowem - mądre.
Denerwowały go dziewczyny wiecznie się wdzięczące do otoczenia, robiące
słodkie minki - określał je mianem "słodkich idiotek". A Michalina nie robiła
nigdy słodkich minek. Nie była ponuraczką, ale jednocześnie nigdy nie była
"duszą towarzystwa", miała poczucie humoru i lubiła tańczyć. Romek nie był
nigdy miłośnikiem tej rozrywki, więc ze spokojem znosił sytuacje, gdy jego
żona szalała na parkiecie z innymi. Nie miał natury psa ogrodnika.
Zresztą oboje uważali swój związek za bardzo udany - każde z nich miało
własne zainteresowania i obszar, do którego partner nie usiłował się wepchnąć.
Darzyli się wzajemnie bardzo dużym zaufaniem i uczuciem. Nie było tu nigdy
wzajemnego wypytywania się i dociekania dlaczego któreś z nich wróciło
z pracy 2 godziny pózniej niż zwykle. Poza tym zgodnie twierdzili, że nie są
zupełnie zainteresowani posiadaniem dzieci.
Michalina spokojnie znosiła pytania swoich rodziców i teściów kiedy wreszcie
doczekają się wnuków. Nie robiły też na niej wrażenia ponaglania, że to już
ostatni dzwonek, by decydować się na dziecko, bo Michalina właśnie ukończyła
trzydzieści lat.
Wszelkim indagacjom Michalina położyła kres podczas ostatniego rodzinnego
spędu, gdy któraś z jej starych ciotek zapytała słodkim głosikiem "a kiedy będzie
z nami nowy członek rodziny?". Michalina przełknąwszy kęs szynki powiedziała
dość głośno - "uważam to pytanie cioci za bardzo niestosowne, nie pomyślała
ciocia, że może jedno z nas po prostu jest bezpłodne?" Przy stole zapadła cisza,
którą po kilku długich sekundach przerwała mama Michaliny pytaniem kto jej
pomoże przynosić z kuchni następną potrawę.
Rano, tak jak zaplanowała umyła włosy i całkiem niezle udało się jej je uczesać.
Na szczęście deszcz nie padał, ale dzień był dość ponury.
Śniadanie zjadła szybko, żałując, że nie było szwedzkiego stołu. Lubiła tę formę
podawania posiłków, no ale to w końcu nie były wczasy, więc trudno narzekać.
Uczestnicy szkolenia uzgodnili z prowadzącymi, że bardziej wszystkim pasują
trzy godziny przerwy w ciągu dnia, w czasie której będzie też obiad, a potem
zajęcia do samej kolacji. Nie bardzo było co robić po kolacji, właściwie wszyscy
znikali w swoich pokojach.
Jakoś się tak utarło, że Michalina wraz z trzema znajomymi panami siedziała
podczas posiłków przy jednym stoliku. Wszystkie rozmowy sprowadzały się
właściwie do tematów zawodowych - Mirosław, znacznie młodszy od reszty
towarzystwa najczęściej milczał. Był dopiero rok po studiach i niewiele miał do
powiedzenia w tej branży. Poza tym był chemikiem, specjalistą od tworzyw
sztucznych. Siedział cały czas vis a vis Michaliny, a gdy coś mówiła wlepiał
w nią swe bezbarwne oczy.
Dwaj znajomi z Krakowa byli od Michaliny starsi wiekiem, a tym samym i stażem
pracy i bardzo niezadowoleni z tego szkolenia - twierdzili, że szkoda było na nie
pieniędzy, bo o tym wszystkim jest cała masa literatury anglo i niemiecko
języcznej. Michalina rozejrzała się po sali i powiedziała, że jednak jest tu sporo
bardzo młodych ludzi, więc chyba jednak nie był to głupi pomysł by zorganizować
takie szkolenie. Kilka lat temu, gdy zaczynała pracę byłaby zadowolona z takiego
szkolenia, bo jednak wiedza wyniesiona tylko ze studiów to trochę zbyt mało,
a czytanie z pełnym zrozumieniem obcej literatury fachowej szło opornie, bo
lektoraty z języka angielskiego nie przygotowywały do znajomości języka
technicznego. Mirosław spojrzał na nią z wdzięcznością.
W piątek zajęcia kończyły się około 13-tej. Krakowianie przyjechali samochodem,
więc zaproponowali Michalinie, by jechała razem z nimi, bo przecież i tak jadą
przez Warszawę, więc ją podrzucą w dowolne miejsce miasta.
W związku z tym Michalina zatelefonowała do męża i powiedziała, że wróci sama,
bo znajomi ją zabiorą samochodem.
Wysiadła w centrum miasta, wielce zadowolona, że wraca do domu.
c.d.n.
książkę, zgasiła światło, umościła się wygodnie w łóżku, zamknęła oczy i...
zupełnie niespodziewanie wróciła pamięcią do minionych godzin.
Przed oczami stanął jej nowo poznany Mirosław, a tak dokładnie to jego niebywale
jasne, nieomal bezbarwne oczy. Nigdy jeszcze nie widziała takich oczu. A do tego
jego spojrzenie - takie przenikliwe, jakby starał się przejrzeć jej myśli.
I te jego blond włosy - na co facetowi tyle włosów na głowie? Taka ozdoba
należy się wszak kobietom. Jej by się takie włosy przydały, ale oczywiście nie
taki blond - mogłyby być ciemno kasztanowe. A tak poza tym to nie ma w nim
nic ciekawego, straszny chudzielec. I jaką ma kościstą dłoń, palce jak patyki.
Tylko te oczy takie zupełnie niezwykłe, intrygujące. Wyglądają jak szklane.
No, dosyć tego rozmyślania- skarciła samą siebie, trzeba spać, jutro pobudka
o 6,30, przecież muszę jeszcze rano umyć włosy, żeby jakoś wyglądać.
Michalina uważała, że włosy są jej bardzo słabą stroną - było ich nie za wiele,
a do tego były cienkie i miały tendencję do kręcenia się w wybraną przez
siebie, a nie przez Michalinę, stronę. Na zdjęciach z dzieciństwa wglądała jak
amorek, krótkie włosy całe w loczkach. Z czasem mniej się zwijały w loczki.
Przez dwadzieścia kilka lat katowała je uczesaniem w kucyk. Niedawno
fryzjerka namówiła ją na obcięcie włosów. Niech wreszcie odpoczną od
gumki i klamry.
Mężowi bardzo podobało się nowe uczesanie Michaliny i z niekłamaną
przyjemnością rozburzał palcami jej krótką fryzurkę.
Mąż Michaliny, Romek, był od niej tylko nieco starszy, rocznikowo to dwa
lata, licząc miesiącami - półtora roku. Był bardzo przystojnym mężczyzną i
często jej koleżanki dyskutowały o tym za jej plecami, dziwiąc się, że taki
przystojny facet ożenił się z tak mało interesującą pod względem urody osobą.
Romek był mężczyzna dostrzegającym w kobiecie o wiele więcej niż ładną
buzię i figurę. Należał do tych nielicznych, którzy lubili kobiety inteligentne,
o szerokich zainteresowaniach, jednym słowem - mądre.
Denerwowały go dziewczyny wiecznie się wdzięczące do otoczenia, robiące
słodkie minki - określał je mianem "słodkich idiotek". A Michalina nie robiła
nigdy słodkich minek. Nie była ponuraczką, ale jednocześnie nigdy nie była
"duszą towarzystwa", miała poczucie humoru i lubiła tańczyć. Romek nie był
nigdy miłośnikiem tej rozrywki, więc ze spokojem znosił sytuacje, gdy jego
żona szalała na parkiecie z innymi. Nie miał natury psa ogrodnika.
Zresztą oboje uważali swój związek za bardzo udany - każde z nich miało
własne zainteresowania i obszar, do którego partner nie usiłował się wepchnąć.
Darzyli się wzajemnie bardzo dużym zaufaniem i uczuciem. Nie było tu nigdy
wzajemnego wypytywania się i dociekania dlaczego któreś z nich wróciło
z pracy 2 godziny pózniej niż zwykle. Poza tym zgodnie twierdzili, że nie są
zupełnie zainteresowani posiadaniem dzieci.
Michalina spokojnie znosiła pytania swoich rodziców i teściów kiedy wreszcie
doczekają się wnuków. Nie robiły też na niej wrażenia ponaglania, że to już
ostatni dzwonek, by decydować się na dziecko, bo Michalina właśnie ukończyła
trzydzieści lat.
Wszelkim indagacjom Michalina położyła kres podczas ostatniego rodzinnego
spędu, gdy któraś z jej starych ciotek zapytała słodkim głosikiem "a kiedy będzie
z nami nowy członek rodziny?". Michalina przełknąwszy kęs szynki powiedziała
dość głośno - "uważam to pytanie cioci za bardzo niestosowne, nie pomyślała
ciocia, że może jedno z nas po prostu jest bezpłodne?" Przy stole zapadła cisza,
którą po kilku długich sekundach przerwała mama Michaliny pytaniem kto jej
pomoże przynosić z kuchni następną potrawę.
Rano, tak jak zaplanowała umyła włosy i całkiem niezle udało się jej je uczesać.
Na szczęście deszcz nie padał, ale dzień był dość ponury.
Śniadanie zjadła szybko, żałując, że nie było szwedzkiego stołu. Lubiła tę formę
podawania posiłków, no ale to w końcu nie były wczasy, więc trudno narzekać.
Uczestnicy szkolenia uzgodnili z prowadzącymi, że bardziej wszystkim pasują
trzy godziny przerwy w ciągu dnia, w czasie której będzie też obiad, a potem
zajęcia do samej kolacji. Nie bardzo było co robić po kolacji, właściwie wszyscy
znikali w swoich pokojach.
Jakoś się tak utarło, że Michalina wraz z trzema znajomymi panami siedziała
podczas posiłków przy jednym stoliku. Wszystkie rozmowy sprowadzały się
właściwie do tematów zawodowych - Mirosław, znacznie młodszy od reszty
towarzystwa najczęściej milczał. Był dopiero rok po studiach i niewiele miał do
powiedzenia w tej branży. Poza tym był chemikiem, specjalistą od tworzyw
sztucznych. Siedział cały czas vis a vis Michaliny, a gdy coś mówiła wlepiał
w nią swe bezbarwne oczy.
Dwaj znajomi z Krakowa byli od Michaliny starsi wiekiem, a tym samym i stażem
pracy i bardzo niezadowoleni z tego szkolenia - twierdzili, że szkoda było na nie
pieniędzy, bo o tym wszystkim jest cała masa literatury anglo i niemiecko
języcznej. Michalina rozejrzała się po sali i powiedziała, że jednak jest tu sporo
bardzo młodych ludzi, więc chyba jednak nie był to głupi pomysł by zorganizować
takie szkolenie. Kilka lat temu, gdy zaczynała pracę byłaby zadowolona z takiego
szkolenia, bo jednak wiedza wyniesiona tylko ze studiów to trochę zbyt mało,
a czytanie z pełnym zrozumieniem obcej literatury fachowej szło opornie, bo
lektoraty z języka angielskiego nie przygotowywały do znajomości języka
technicznego. Mirosław spojrzał na nią z wdzięcznością.
W piątek zajęcia kończyły się około 13-tej. Krakowianie przyjechali samochodem,
więc zaproponowali Michalinie, by jechała razem z nimi, bo przecież i tak jadą
przez Warszawę, więc ją podrzucą w dowolne miejsce miasta.
W związku z tym Michalina zatelefonowała do męża i powiedziała, że wróci sama,
bo znajomi ją zabiorą samochodem.
Wysiadła w centrum miasta, wielce zadowolona, że wraca do domu.
c.d.n.
niedziela, 23 lutego 2014
Przeklęte szkolenie
Michalina był zła jak osa, gdy szef wytypował ją na szkolenie. Szkolenie miało
być ok. 30 km od Warszawy, dojazd miał sobie zorganizować każdy sam na
własną rękę. Była połowa pażdziernika, za oknem siąpił jesienny deszcz, niebo
zaciągnięte było czarnymi chmurami. A szkolenie miało być w letnim ośrodku
nad jeziorem.
Na dole woda, na górze woda a pośrodku szkolenie w psich budach, mruczała
ze złością, pakując torbę. Szkolenie miało trwać aż 5 dni. Starała się wziąć jak
najmniej rzeczy, zastanawiała się tylko nad kaloszami. Znała ten ośrodek i
doskonale wiedziała, że na terenie nie było chodników, więc z domków do
głównego pawilonu, gdzie była kuchnia, stołówka i sala konferencyjna trzeba
będzie wędrować po błocie, więc lepiej jednak wziąć kalosze.
Mąż odwiózł ją na dworzec autobusowy i obiecał, że w piątek przyjedzie po
nią do ośrodka.
Autobus tę zawrotną odległość pomiędzy stolicą a ośrodkiem nad jeziorem
pokonał w godzinę. Z ulgą wysiadła z wlokącego się autobusu.
Do przejścia miała około 700 metrów. Gdy ostatnim razem tu była wydawało
się jej, że ośrodek był znacznie bliżej szosy, no ale wtedy byli tu samochodem.
Dobrze, że chociaż deszcz nie padał. Zerknęła na zegarek - była dopiero
dziewiąta, a szkolenie miało się rozpocząć dopiero o 12 w południe.
Jako osoba przezorna przyjechała wcześniej by zakwaterować się jak najbliżej
głównego pawilonu, jako że ośrodek zajmował spory teren i niektóre domki
stały dość daleko od głównego pawilonu.
W recepcji bez trudu załatwiła sobie domek o właściwej lokalizacji - było
zaledwie kilka osób. Gdy już załatwiła formalności w recepcji i szła się
rozpakować, zaczęły podjeżdżać samochody.
W domku obejrzała czy wszystko działa, włączyła elektryczny czajnik i
zrobiła sobie przywiezioną kawę, pogryzając do niej wafelki czekoladowe.
Przed dwunastą poszła do pawilonu. W holu już stali "kursanci"- wśród
nich zobaczyła kilka znajomych twarzy. Jak zwykle przeważała płeć męska,
po prostu w tym zawodzie mało było kobiet. Niewiele kobiet kończyło
politechnikę, a zwłaszcza wydział elektryczny.
Po 3 godzinach wykładów, na których jak na razie nie dowiedziała się niczego
nowego, zaproszono wszystkich do jadalni na obiad.
Prezentem od organizatora było wolne pierwsze popołudnie szkolenia.
Michalina nawet się ucieszyła - wzięła ze sobą książkę i kilka kolorowych
czasopism- w myślach już widziała siebie otuloną kocem, zagłębioną
w lekturze.
Po obiedzie podeszli do niej znajomi z Krakowa. Zaczęli rozmowę, a po
chwili dołączył do nich jeszcze jeden mężczyzna. Koledzy go przedstawili,
"nowy" skłonił się niemal w pas i stwierdził, że bardzo się cieszy, że może
ją poznać osobiście, bo jak dotychczas to zna ją tylko z niektórych jej
artykułów zamieszczonych w prasie fachowej.
Nowy miał na imię Mirosław, szopę blond włosów, nieprawdopodobnie
jasne oczy, właściwe bez żadnego koloru i wielce przenikliwe spojrzenie.
Plany Michaliny jakimś cudem uległy radykalnej zmianie i czas do kolacji
spędziła na rozmowie z krakowskimi znajomymi.
Po kolacji panowie proponowali partyjkę brydża, ale karty nie były ulubioną
rozrywką Michaliny, więc skłamała, że nieco boli ją głowa więc pójdzie
się położyć.
Panowie szarmancko odprowadzili ją do domku, zwłaszcza, że było to po
drodze.
Michalina wychodząc z domku przezornie włączyła piec akumulacyjny,
więc w środku panowało miłe ciepło.
Postanowiła, że położy się wcześnie do łóżka i poczyta przed zaśnięciem.
c.d.n.
być ok. 30 km od Warszawy, dojazd miał sobie zorganizować każdy sam na
własną rękę. Była połowa pażdziernika, za oknem siąpił jesienny deszcz, niebo
zaciągnięte było czarnymi chmurami. A szkolenie miało być w letnim ośrodku
nad jeziorem.
Na dole woda, na górze woda a pośrodku szkolenie w psich budach, mruczała
ze złością, pakując torbę. Szkolenie miało trwać aż 5 dni. Starała się wziąć jak
najmniej rzeczy, zastanawiała się tylko nad kaloszami. Znała ten ośrodek i
doskonale wiedziała, że na terenie nie było chodników, więc z domków do
głównego pawilonu, gdzie była kuchnia, stołówka i sala konferencyjna trzeba
będzie wędrować po błocie, więc lepiej jednak wziąć kalosze.
Mąż odwiózł ją na dworzec autobusowy i obiecał, że w piątek przyjedzie po
nią do ośrodka.
Autobus tę zawrotną odległość pomiędzy stolicą a ośrodkiem nad jeziorem
pokonał w godzinę. Z ulgą wysiadła z wlokącego się autobusu.
Do przejścia miała około 700 metrów. Gdy ostatnim razem tu była wydawało
się jej, że ośrodek był znacznie bliżej szosy, no ale wtedy byli tu samochodem.
Dobrze, że chociaż deszcz nie padał. Zerknęła na zegarek - była dopiero
dziewiąta, a szkolenie miało się rozpocząć dopiero o 12 w południe.
Jako osoba przezorna przyjechała wcześniej by zakwaterować się jak najbliżej
głównego pawilonu, jako że ośrodek zajmował spory teren i niektóre domki
stały dość daleko od głównego pawilonu.
W recepcji bez trudu załatwiła sobie domek o właściwej lokalizacji - było
zaledwie kilka osób. Gdy już załatwiła formalności w recepcji i szła się
rozpakować, zaczęły podjeżdżać samochody.
W domku obejrzała czy wszystko działa, włączyła elektryczny czajnik i
zrobiła sobie przywiezioną kawę, pogryzając do niej wafelki czekoladowe.
Przed dwunastą poszła do pawilonu. W holu już stali "kursanci"- wśród
nich zobaczyła kilka znajomych twarzy. Jak zwykle przeważała płeć męska,
po prostu w tym zawodzie mało było kobiet. Niewiele kobiet kończyło
politechnikę, a zwłaszcza wydział elektryczny.
Po 3 godzinach wykładów, na których jak na razie nie dowiedziała się niczego
nowego, zaproszono wszystkich do jadalni na obiad.
Prezentem od organizatora było wolne pierwsze popołudnie szkolenia.
Michalina nawet się ucieszyła - wzięła ze sobą książkę i kilka kolorowych
czasopism- w myślach już widziała siebie otuloną kocem, zagłębioną
w lekturze.
Po obiedzie podeszli do niej znajomi z Krakowa. Zaczęli rozmowę, a po
chwili dołączył do nich jeszcze jeden mężczyzna. Koledzy go przedstawili,
"nowy" skłonił się niemal w pas i stwierdził, że bardzo się cieszy, że może
ją poznać osobiście, bo jak dotychczas to zna ją tylko z niektórych jej
artykułów zamieszczonych w prasie fachowej.
Nowy miał na imię Mirosław, szopę blond włosów, nieprawdopodobnie
jasne oczy, właściwe bez żadnego koloru i wielce przenikliwe spojrzenie.
Plany Michaliny jakimś cudem uległy radykalnej zmianie i czas do kolacji
spędziła na rozmowie z krakowskimi znajomymi.
Po kolacji panowie proponowali partyjkę brydża, ale karty nie były ulubioną
rozrywką Michaliny, więc skłamała, że nieco boli ją głowa więc pójdzie
się położyć.
Panowie szarmancko odprowadzili ją do domku, zwłaszcza, że było to po
drodze.
Michalina wychodząc z domku przezornie włączyła piec akumulacyjny,
więc w środku panowało miłe ciepło.
Postanowiła, że położy się wcześnie do łóżka i poczyta przed zaśnięciem.
c.d.n.
sobota, 22 lutego 2014
Zemsta ( ale nie autorstwa Fredry)
Usłyszałam dziś przedziwną historię. Wpadła do mnie koleżanka w bardzo kiepskim
nastroju. Pytam co się stało, a ona mi na to: "rozwodzimy się".
Szczęka mi opadła na podłogę i spojrzałam na nią z niedowierzaniem, bo już kilka lat
temu obchodziła z mężem 50-lecie ślubu.
Chrzanisz, odparowałam łagodnie. Pokłóciliście się? Tym razem koleżanka spojrzała
na mnie dziwnym wzrokiem.
My? nie skąd. Poczułam się jak uczestnik skeczu "dialogi na 4 nogi".
No to dlaczego się rozwodzicie? Czułam, że moja cierpliwość się kończy.
Ale to nie my się rozwodzimy, to Młodszy. Aha - udałam , że rozumiem.
Pognałam do kuchni, zrobiłam herbatę z melisy i poprosiłam, by spokojnie opowiedziała
o co biega.
Danuśka klapnęła z westchnieniem i rzuciła w przestrzeń - "on jest debil, wiesz?"
Nie wiedziałam. Zawsze mi się wydawał dość inteligentnym facetem.
No bo, zaczęła Danuśka, Młodszy zdradził ze 3 lata temu swoją żonę. I zaczęło go gryzć
sumienie, więc po dość długim czasie wyznał swej żonie, że ją zdradził.
Nie obeszło się bez awantury, bo się synowa z lekka zdenerwowała, ze dwa tygodnie
ze sobą nie rozmawiali, ale przecież nie można ze sobą nie rozmawiać gdy się ma
dwoje dzieci a do tego wspólnie prowadzi się firmę.
Młodszemu wydawało się, że wszystko wróciło do normy, w ramach przeprosin kupił
żonie b. ładne kolczyki i bransoletkę i jakoś codzienne sprawy toczyły się jak przed aferą.
W pół roku pózniej żona powiedziała Młodszemu, że w ramach wyrównywania krzywd,
ona też go zdradziła - nie dlatego, że miała na to ochotę, ale po prostu chciała się zemścić.
I to zemściła się kilka razy, z różnymi panami, bo czuła przy tym wielką satysfakcję.
I teraz ona rozumie powiedzenie "zemsta jest rozkoszą bogów" i że są w zasadzie
skwitowani. No i ma nadzieję, że Młodszy nie ma o to do niej żalu, bo gdyby on jej nie
zdradził, to ona by się nie mściła.
Młodszy nie uwierzył, więc nawet awantury nie zrobił. Zaproponował jedynie by się
zaczęła leczyć u psychiatry, bo tylko osoba chora psychicznie może się w ten sposób
zachowywać i takie brednie opowiadać.
Rzecz w tym, że ona wcale nie bredziła, mówiła szczerą prawdę. W dwa miesiące
pózniej poprosiła Młodszego, by się wyprowadził i zabrał swoje rzeczy, bo ona nie
ma ochoty nadal z nim siedzieć pod jednym dachem, a on od samego początku był tu
jedynie gościem, bo dom jest własnością jej rodziców i jej brata. Może zabrać ze sobą
elektronikę, czyli odbiornik TV, wieżę i płyty, bo ona tego i tak nie słucha.
Była tak miła, że pozwoliła mu pozostać do czasu aż sobie znajdzie jakieś lokum, ale
miał opuścić ich sypialnię.
Przez jakiś czas były różne przepychanki słowne między nimi , przy okazji okazało się,
że "mściwa kobieta" dość dokładnie uszczupliła wspólne konto bankowe.
Młodszy w sądzie wniósł sprawę o przyznanie dzieci jemu, ale sąd sprawę oddalił, bo
on nie ma wszak mieszkania, więc gdzie te dzieci będzie wychowywał?
Oczywiście dzieci zostają z nią. Pierwsza sprawa już była i za kilka dni będzie następna
i z całą pewnością sąd orzeknie rozwód, zresztą Młodszy stwierdził, że on już też nie
chce z nią być, skoro to taka "dziwka".
Debil, skończony debil, zdradził - no trudno, ale po jaką cholerę o tym jej mówił?!?!-
powtarzała w kółko Danuśka.
No właśnie - po co wyznał? Na co liczył?- na rozgrzeszenie? Żona to nie ksiądz.
nastroju. Pytam co się stało, a ona mi na to: "rozwodzimy się".
Szczęka mi opadła na podłogę i spojrzałam na nią z niedowierzaniem, bo już kilka lat
temu obchodziła z mężem 50-lecie ślubu.
Chrzanisz, odparowałam łagodnie. Pokłóciliście się? Tym razem koleżanka spojrzała
na mnie dziwnym wzrokiem.
My? nie skąd. Poczułam się jak uczestnik skeczu "dialogi na 4 nogi".
No to dlaczego się rozwodzicie? Czułam, że moja cierpliwość się kończy.
Ale to nie my się rozwodzimy, to Młodszy. Aha - udałam , że rozumiem.
Pognałam do kuchni, zrobiłam herbatę z melisy i poprosiłam, by spokojnie opowiedziała
o co biega.
Danuśka klapnęła z westchnieniem i rzuciła w przestrzeń - "on jest debil, wiesz?"
Nie wiedziałam. Zawsze mi się wydawał dość inteligentnym facetem.
No bo, zaczęła Danuśka, Młodszy zdradził ze 3 lata temu swoją żonę. I zaczęło go gryzć
sumienie, więc po dość długim czasie wyznał swej żonie, że ją zdradził.
Nie obeszło się bez awantury, bo się synowa z lekka zdenerwowała, ze dwa tygodnie
ze sobą nie rozmawiali, ale przecież nie można ze sobą nie rozmawiać gdy się ma
dwoje dzieci a do tego wspólnie prowadzi się firmę.
Młodszemu wydawało się, że wszystko wróciło do normy, w ramach przeprosin kupił
żonie b. ładne kolczyki i bransoletkę i jakoś codzienne sprawy toczyły się jak przed aferą.
W pół roku pózniej żona powiedziała Młodszemu, że w ramach wyrównywania krzywd,
ona też go zdradziła - nie dlatego, że miała na to ochotę, ale po prostu chciała się zemścić.
I to zemściła się kilka razy, z różnymi panami, bo czuła przy tym wielką satysfakcję.
I teraz ona rozumie powiedzenie "zemsta jest rozkoszą bogów" i że są w zasadzie
skwitowani. No i ma nadzieję, że Młodszy nie ma o to do niej żalu, bo gdyby on jej nie
zdradził, to ona by się nie mściła.
Młodszy nie uwierzył, więc nawet awantury nie zrobił. Zaproponował jedynie by się
zaczęła leczyć u psychiatry, bo tylko osoba chora psychicznie może się w ten sposób
zachowywać i takie brednie opowiadać.
Rzecz w tym, że ona wcale nie bredziła, mówiła szczerą prawdę. W dwa miesiące
pózniej poprosiła Młodszego, by się wyprowadził i zabrał swoje rzeczy, bo ona nie
ma ochoty nadal z nim siedzieć pod jednym dachem, a on od samego początku był tu
jedynie gościem, bo dom jest własnością jej rodziców i jej brata. Może zabrać ze sobą
elektronikę, czyli odbiornik TV, wieżę i płyty, bo ona tego i tak nie słucha.
Była tak miła, że pozwoliła mu pozostać do czasu aż sobie znajdzie jakieś lokum, ale
miał opuścić ich sypialnię.
Przez jakiś czas były różne przepychanki słowne między nimi , przy okazji okazało się,
że "mściwa kobieta" dość dokładnie uszczupliła wspólne konto bankowe.
Młodszy w sądzie wniósł sprawę o przyznanie dzieci jemu, ale sąd sprawę oddalił, bo
on nie ma wszak mieszkania, więc gdzie te dzieci będzie wychowywał?
Oczywiście dzieci zostają z nią. Pierwsza sprawa już była i za kilka dni będzie następna
i z całą pewnością sąd orzeknie rozwód, zresztą Młodszy stwierdził, że on już też nie
chce z nią być, skoro to taka "dziwka".
Debil, skończony debil, zdradził - no trudno, ale po jaką cholerę o tym jej mówił?!?!-
powtarzała w kółko Danuśka.
No właśnie - po co wyznał? Na co liczył?- na rozgrzeszenie? Żona to nie ksiądz.
czwartek, 20 lutego 2014
Skąd się biorą życiowe mądrości?
Z tego co pamiętam, to zawsze jako dziecko miałam w domu "tyły". Ciągle były
jakieś afery, ze mną w roli głównej. Niemal wszystko psułam, bo musiałam
zobaczyć co jest w środku. Były to czasy, gdy po pierwsze niemal nie było zabawek,
a te co były nie grzeszyły urodą. Ofiarą mej niezdrowej ciekawości padały misie,
z których wypadały trociny, prawdziwe drewniane wiórki. Lalki też przeważnie miały
miękkie korpusy , także wypełnione trocinami, ale znacznie drobniejszymi. Bez trudu
rozpruwałam ich ubranka, a potem zszyte na okrętkę korpusy.
Celuloidowe lalki miały zawsze mocno nadwyrężone stawy barkowe i biodrowe,
bo zaglądałam do ich wnętrza mocno odciągając gumki. Po kilkunastu takich
odciąganiach kończyn od tułowia, lalczyne rączki i nóżki smętnie zwisały.
Ogólnie zawsze miałam dość dzikie pomysły - kiedyś wykończyłam dość szybko
piękną palmę, bo podlewałam ją roztworem tajemniczych tabletek - jedne były
bardzo żółte, drugie bordowe i obie wspaniale puchły w zetknięciu z wodą.
Oczywiście mnie najbardziej interesowało zjawisko "puchnięcia" tych tabletek,
a roztwór wylewałam do doniczki z palmą, bo gdybym poszła z tym do kuchni,
zaraz by się wydało, że zainteresowały mnie te tabletki.
Kiedyś, gdy zostałam sama w domu, obrałam z łupin chyba ze 2 kg cebuli, która
leżała rozłożona na jakimś papierze by przeschła, bo miała być przechowywana
przez zimę. Narobiłam się przy tym okrutnie, bo cebule były dość drobne, a nagrodą
za ten trud była koszmarna awantura.
Jak większość dzieci funkcjonowałam głównie na podsłuchu -dość wcześnie załapałam,
że jeśli dorośli mówią coś szeptem, lub wtedy gdy myślą, że dziecko śpi, to należy
taką wiadomość dobrze zapamiętać.
Natomiast to wszystko, co mówiono do mnie bezpośrednio jakoś mnie omijało
i niezbyt do mnie trafiało.
Gdy wreszcie zaczęłam sama czytać, co było nim zaczęłam chodzić do szkoły,
zaczęłam czytać niemal wszystko, oprócz gazet. Do gazety zrażał mnie paskudny
zapach farby drukarskiej. Najmniej mnie interesowały książeczki dla dzieci. I tym
sposobem przeczytałam libretta niemal wszystkich oper i operetek. Libretta operetek
były dla mnie o tyle milsze, że zawierały słowa najbardziej znanych arii operetkowych,
a te znałam niezle, bo dziadek był wielbicielem operetek.
Najbardziej pod słońcem lubiłam jednak podczytywać książki, które dziadek wypożyczał
z biblioteki. Do dziś pamiętam, że pierwszą tak podczytywaną książką była "Dag córka
Kasi", autorstwa Lillian Seymour-Tułasiewicz. Czytałam z zapartym tchem, i w krótkim
czasie dotarłam do miejsca, w którym czytał dziadek . I wtedy niechcący przełożyłam
dziadkowi zakładkę w złe miejsce. Wydało się, że podczytuję dziadkową lekturę, ale
tym razem nie było afery - dziadek stwierdził, że mogę ją czytać, a jeśli czegoś nie będę
rozumiała, mam się zapytać. I zapytałam - a gdzie jest ta Ameryka?
Póznym wieczorem, z podsłuchu dowiedziałam się, że jak na taką upartą i nieznośną
istotę to jestem całkiem mądre dziecko. A czytanie jeszcze nikomu nie zaszkodziło.
A potem dostałam od dziadka "Heroje czyli klechdy greckie o bohaterach".
Książkę napisał w końcu XIX w. Charles Kingsley. Utonęłam w niej całkowicie.
Te pierwsze, jak je nazywałam "prawdziwe książki" przeczytałam oczywiście po raz drugi
gdy miałam już znacznie więcej lat - i też mi się podobały.
Bardzo lubiłam słuchać opowieści babci o jej młodych latach, o nieznanych mi zupełnie
pradziadkach, o różnych babcinych kuzynkach i ich losach.
Dopiero wiele lat pózniej "załapałam", że każda taka opowieść niosła w swej treści jakiś
morał. Generalnie każda z opowieści świadczyła o tym, że cokolwiek robimy w życiu ma
to swoje konsekwencje. I dlatego nim się podejmie jakąś decyzję trzeba się wpierw nad
nią dobrze zastanowić. A często trzeba myśleć bardzo szybko. Poza tym trzeba umieć
uczyć się również na cudzych błędach, bo na naukę na własnych błędach może nam
po prostu życia nie starczyć.
Tępiono we mnie tzw. instynkt stadny - to, że inni lecą coś zobaczyć, to wcale nie świadczy
o tym, że rzecz jest warta obejrzenia. Wpierw trzeba się dowiedzieć o co chodzi i pomyśleć
czy warto dołączyć do tłumu. A w ogóle tłumu należy unikać, bo tłum trudno opanować.
Jeszcze nic dobrego nie przydarzyło się komuś w tłumie, niezależnie od tego gdzie to było.
I tu była opowieść jak w tłumie na Jasnej Górze babciny brat zagubił swą małą córkę. Nim
się odnalazła omal zawału nie dostał.
Babcia zawsze, od najwcześniejszych lat wkładała mi do głowy dwie rzeczy- jedną
dotyczącą śmierci, a pózniej drugą, dotyczącą posiadania własnych dzieci.
Po pierwsze - wszystko co żyje, od chwili pierwszego dnia życia uparcie dąży do śmierci i
nic ani nikt tego nie zmieni. Trzeba to przyjmować naturalnie, jako część rzeczywistości.
Gdy wszystko idzie po kolei, że wpierw odchodzą ci najstarsi, to wszystko jest normalne,
nie jest tragedią - tragedia jest wtedy, gdy rodzice muszą odprowadzać na cmentarz
własne dzieci.
Co do dzieci- trzeba pamiętać, że dzieci powołujemy do życia nie dla siebie a dla świata.
I choć w naszym sercu dziecko, nawet b. dorosłe zawsze jest dzieckiem, następuje chwila,
gdy ono musi stać się zupełnie oddzielnym bytem, a ten, którego dziecko wybierze na
swego najbliższego partnera w życiu, powinien być ważniejszy dla niego niż ojciec i matka.
Po prostu trzeba w pewnej chwili drugi raz odciąć pępowinę i zdjąć znad dziecka ochronny
parasol.
Jest jedna rzecz, której nie udało się babci mnie nauczyć - pomimo próśb i łajań, kar i
awantur pozostałam bałaganiarą pierwszej wody. Dostaję wręcz bólu głowy na widok
wszystkiego poukładanego "pod sznurek". Gdy coś robię wokół mnie wygląda jakby tajfun
przeleciał przez pokój- bo wszystko musi być pod ręką. Gdy skończę - pochowam, ale nie
wyrobiłabym, gdybym bez przerwy coś musiała zamykać, chować, wyjmować.
jakieś afery, ze mną w roli głównej. Niemal wszystko psułam, bo musiałam
zobaczyć co jest w środku. Były to czasy, gdy po pierwsze niemal nie było zabawek,
a te co były nie grzeszyły urodą. Ofiarą mej niezdrowej ciekawości padały misie,
z których wypadały trociny, prawdziwe drewniane wiórki. Lalki też przeważnie miały
miękkie korpusy , także wypełnione trocinami, ale znacznie drobniejszymi. Bez trudu
rozpruwałam ich ubranka, a potem zszyte na okrętkę korpusy.
Celuloidowe lalki miały zawsze mocno nadwyrężone stawy barkowe i biodrowe,
bo zaglądałam do ich wnętrza mocno odciągając gumki. Po kilkunastu takich
odciąganiach kończyn od tułowia, lalczyne rączki i nóżki smętnie zwisały.
Ogólnie zawsze miałam dość dzikie pomysły - kiedyś wykończyłam dość szybko
piękną palmę, bo podlewałam ją roztworem tajemniczych tabletek - jedne były
bardzo żółte, drugie bordowe i obie wspaniale puchły w zetknięciu z wodą.
Oczywiście mnie najbardziej interesowało zjawisko "puchnięcia" tych tabletek,
a roztwór wylewałam do doniczki z palmą, bo gdybym poszła z tym do kuchni,
zaraz by się wydało, że zainteresowały mnie te tabletki.
Kiedyś, gdy zostałam sama w domu, obrałam z łupin chyba ze 2 kg cebuli, która
leżała rozłożona na jakimś papierze by przeschła, bo miała być przechowywana
przez zimę. Narobiłam się przy tym okrutnie, bo cebule były dość drobne, a nagrodą
za ten trud była koszmarna awantura.
Jak większość dzieci funkcjonowałam głównie na podsłuchu -dość wcześnie załapałam,
że jeśli dorośli mówią coś szeptem, lub wtedy gdy myślą, że dziecko śpi, to należy
taką wiadomość dobrze zapamiętać.
Natomiast to wszystko, co mówiono do mnie bezpośrednio jakoś mnie omijało
i niezbyt do mnie trafiało.
Gdy wreszcie zaczęłam sama czytać, co było nim zaczęłam chodzić do szkoły,
zaczęłam czytać niemal wszystko, oprócz gazet. Do gazety zrażał mnie paskudny
zapach farby drukarskiej. Najmniej mnie interesowały książeczki dla dzieci. I tym
sposobem przeczytałam libretta niemal wszystkich oper i operetek. Libretta operetek
były dla mnie o tyle milsze, że zawierały słowa najbardziej znanych arii operetkowych,
a te znałam niezle, bo dziadek był wielbicielem operetek.
Najbardziej pod słońcem lubiłam jednak podczytywać książki, które dziadek wypożyczał
z biblioteki. Do dziś pamiętam, że pierwszą tak podczytywaną książką była "Dag córka
Kasi", autorstwa Lillian Seymour-Tułasiewicz. Czytałam z zapartym tchem, i w krótkim
czasie dotarłam do miejsca, w którym czytał dziadek . I wtedy niechcący przełożyłam
dziadkowi zakładkę w złe miejsce. Wydało się, że podczytuję dziadkową lekturę, ale
tym razem nie było afery - dziadek stwierdził, że mogę ją czytać, a jeśli czegoś nie będę
rozumiała, mam się zapytać. I zapytałam - a gdzie jest ta Ameryka?
Póznym wieczorem, z podsłuchu dowiedziałam się, że jak na taką upartą i nieznośną
istotę to jestem całkiem mądre dziecko. A czytanie jeszcze nikomu nie zaszkodziło.
A potem dostałam od dziadka "Heroje czyli klechdy greckie o bohaterach".
Książkę napisał w końcu XIX w. Charles Kingsley. Utonęłam w niej całkowicie.
Te pierwsze, jak je nazywałam "prawdziwe książki" przeczytałam oczywiście po raz drugi
gdy miałam już znacznie więcej lat - i też mi się podobały.
Bardzo lubiłam słuchać opowieści babci o jej młodych latach, o nieznanych mi zupełnie
pradziadkach, o różnych babcinych kuzynkach i ich losach.
Dopiero wiele lat pózniej "załapałam", że każda taka opowieść niosła w swej treści jakiś
morał. Generalnie każda z opowieści świadczyła o tym, że cokolwiek robimy w życiu ma
to swoje konsekwencje. I dlatego nim się podejmie jakąś decyzję trzeba się wpierw nad
nią dobrze zastanowić. A często trzeba myśleć bardzo szybko. Poza tym trzeba umieć
uczyć się również na cudzych błędach, bo na naukę na własnych błędach może nam
po prostu życia nie starczyć.
Tępiono we mnie tzw. instynkt stadny - to, że inni lecą coś zobaczyć, to wcale nie świadczy
o tym, że rzecz jest warta obejrzenia. Wpierw trzeba się dowiedzieć o co chodzi i pomyśleć
czy warto dołączyć do tłumu. A w ogóle tłumu należy unikać, bo tłum trudno opanować.
Jeszcze nic dobrego nie przydarzyło się komuś w tłumie, niezależnie od tego gdzie to było.
I tu była opowieść jak w tłumie na Jasnej Górze babciny brat zagubił swą małą córkę. Nim
się odnalazła omal zawału nie dostał.
Babcia zawsze, od najwcześniejszych lat wkładała mi do głowy dwie rzeczy- jedną
dotyczącą śmierci, a pózniej drugą, dotyczącą posiadania własnych dzieci.
Po pierwsze - wszystko co żyje, od chwili pierwszego dnia życia uparcie dąży do śmierci i
nic ani nikt tego nie zmieni. Trzeba to przyjmować naturalnie, jako część rzeczywistości.
Gdy wszystko idzie po kolei, że wpierw odchodzą ci najstarsi, to wszystko jest normalne,
nie jest tragedią - tragedia jest wtedy, gdy rodzice muszą odprowadzać na cmentarz
własne dzieci.
Co do dzieci- trzeba pamiętać, że dzieci powołujemy do życia nie dla siebie a dla świata.
I choć w naszym sercu dziecko, nawet b. dorosłe zawsze jest dzieckiem, następuje chwila,
gdy ono musi stać się zupełnie oddzielnym bytem, a ten, którego dziecko wybierze na
swego najbliższego partnera w życiu, powinien być ważniejszy dla niego niż ojciec i matka.
Po prostu trzeba w pewnej chwili drugi raz odciąć pępowinę i zdjąć znad dziecka ochronny
parasol.
Jest jedna rzecz, której nie udało się babci mnie nauczyć - pomimo próśb i łajań, kar i
awantur pozostałam bałaganiarą pierwszej wody. Dostaję wręcz bólu głowy na widok
wszystkiego poukładanego "pod sznurek". Gdy coś robię wokół mnie wygląda jakby tajfun
przeleciał przez pokój- bo wszystko musi być pod ręką. Gdy skończę - pochowam, ale nie
wyrobiłabym, gdybym bez przerwy coś musiała zamykać, chować, wyjmować.
środa, 19 lutego 2014
Iga - cz. 2
Drugiego dnia pobytu w "rezydencji Pana Artysty", świtkiem koło południa, Pan Artysta
doszedł do wniosku, że musi skoczyć na Krupówki nieco popracować.
Iga miała zostać w domu, odpocząć i czekać na niego.
Ledwo się za nim zamknęły drzwi Iza ruszyła do porządkowania pracowni. Nie było to
łatwe zadanie, bo tu mieszkał ARTYSTA, a nie zwykły człowiek, a więc popularne
środki czystości a nawet zwykłe ściereczki nie były mu znane, jako coś zupełnie mu
nieprzydatnego.
Ale Iga była wszak kobietą, a rzecz powszechnie wiadoma, że kobieta zawsze da sobie
radę - taki to gatunek biologiczny. Jeden ze swoich ręczniczków zamieniła w trzy
ściereczki, a swe pachnące mydełko toaletowe w środek czyszczący.
Gdy tak szalała w pracowni, ktoś wszedł do domu. Po chwili w drzwiach pracowni
stanął jakiś zapyziały osobnik, ni to góral ni to ceper i ze zdumieniem spoglądał na Igę,
która w majtkach i staniku myła stół.
A pan czego tu szuka? - zapytała niezbyt grzecznym tonem, zdając sobie sprawę ze swego
niezbyt kompletnego odzienia.
Znaczy Pana Artysty nie ma - całkiem przytomnie skonstatował przybysz. No to mu pani
powie, że byłem, Wojtek jestem. Iga kiwnęła głową na znak zrozumienia, a "Wojtek" się
szybko wycofał. Daleko nie odszedł, rozsiadł się wygodnie na ławce pod oknem sypialni.
W dwie godziny pózniej ławka opustoszała.
Około piątej po południu dotarł do domu Pan Artysta. Był w dobrym humorze, bo trafili
mu się "zagranicznicy", którzy przeliczali złotówki na dolary jeden do jednego. Zrobił
aż 5 portretów za dolary, oraz całkiem sporo za złotówki. Z tej radości zrobił nawet
zakupy do domu - kilka torebek zupek w proszku, trzy różne słoiki gotowych drugich
dań, pieczywo, masło, żółty ser no i oczywiście wino.
Porządek i czystość w pracowni nie rzuciły Pana Artysty na kolana. Oooo, zrobiłaś
porządki - skwitował rzeczywistość. Miałem sprzątnąć, ale nie złożyło się, zresztą ja
tu nie przyjmuję często kobiet i właściwie cały dzień, jeśli tylko nie pada jestem poza
domem.
Wojtek tu był - poinformowała go Iga. Mówił coś? -zainteresował się Pan Artysta. Nie,
nic nie mówił, posiedział trochę na ławce pod oknem a potem zniknął - odparła Iga.
Iga, która wiecznie się odchudzała, nie wpadła w zachwyt nad zakupami, które zrobił
Pan Artysta. Jedynym jadalnym wg niej produktem był ser. Żółty ser i czerwone wino
stanowiły jej zestaw kolacyjny i śniadaniowy. Resztę dnia i wieczór spędzili tym razem
w pracowni, a sen ich zmorzył na wersalce.
Rano Pan Artysta zarządził wycieczkę w góry - bo cóż może być piękniejszego niż
łażenie po górach z dziewczyną! Pójdziemy do doliny Małej Łąki, potem w górę na
Przysłop Miętusi i zejdziemy na Ornak. A tam zobaczymy co dalej.
Tylko wez dobre buty i grube skarpety, długie spodnie i kurtkę - wydawał Idze polecenia.
Na szczęście Iga miała wibramy i porządne wełniane skarpety. Pan Artysta rwał w górę
niczym górska kozica, Iga ledwie za nim nadążała. Na Przysłopie Mętusim Pan Artysta
zszedł ze szlaku i po 200 metrach znalezli się obok szałasu zrobionego z gałęzi. Tu
odpoczniemy- zadecydował . A czyj to szałas? -zainteresowała się Iga. Pewnie drwali-
oni tu prowadzili ścinkę jesienią. Nie marudz, siadaj na mojej kurtce - zarządził.
Po tym odpoczynku Iga czuła, że każdy centymetr jej skóry na plecach był podrapany i
wcale nie była pewna, czy było to cudowne doznanie, choć Pan Artysta był wielce
usatysfakcjonowany. Na Ornak doczłapała się resztką sił. Była tak zmęczona, że nieśmiało
zaproponowała, by może zostali tu na noc. Na szczęście był wolny pokój, który Iga
wykupiła, co Pan Artysta przyjął z zadowoleniem. Popołudnie spędziła na obserwowaniu
Pana Artysty, który robił szkic pejzażu. Bo Pan Artysta nie rozstawał się ze szkicownikiem.
Następnego dnia Iga została pognana na Kominy Tylkowe. W drodze na Kominy nie było
co prawda żadnego szałasu, ale na hali nie było żywego ducha nie licząc latających i
głośno bzyczących stworzeń. Pan Artysta zrobił Idze kilka szkiców na łonie przyrody i
oznajmił, że będzie to cykl "łono kobiety na łonie przyrody". Oczywiście nagie łono Igi
wywołało łatwy do przewidzenia skutek - ten facet miał niespożyty zasób sił.
Gdy wracali Drogą pod Reglami do Zakopanego, Pan Artysta oświadczył się Idze.Według
niego Iga była wymarzoną partnerką. Z żadną kobietą nie było mu tak dobrze, żadnej
tak dotąd nie pożądał, żadnej nie chciał malować ani być z którąś na stałe. A gdy nagle
przyklęknął i poprosił, by za niego wyszła , Iga doszczętnie straciła resztkę rozumu.
Nawet plecy podrapane igliwiem przestały jej dokuczać i odpowiedziała "TAK".
W 45 dni pozniej zostali małżeństwem. Na ślubie było kilku kolegów Pana Artysty oraz
najbliższa przyjaciółka Igi, która do ostatniej chwili starała się przemówić jej do rozsądku.
Daremny to był trud, małżeństwo zostało zawarte. Iga pojechała do swego rodzinnego
miasta by: 1. wziąć urlop dziekański, 2. poinformować rodziców, że jest już mężatką,
3. zabrać z domu swoje rzeczy.
Pierwsze i trzecie zadanie nie nastręczyły żadnych trudności, ale rodzice stwierdzili, że
może zapomnieć, że ma rodziców.
Iga wróciła nieco podłamana do Zakopanego. Tu czekał ją kolejny zimny prysznic.Trzeba
było poszukać innego lokum, a Pan Artysta musiał się przyznać, że owe pół domu nie było
jego własnością.
Znalezli starą, opuszczoną chatę w Kościelisku. Jej właściciele wybudowali nowy, elegancki
dom, a chatę zamierzali rozebrać. Była to typowa, góralska chata z pięknego drewna. Iga
pożyczyła od swej starej ciotki pieniądze i wynajęła chałupę na trzy lata. Pan Artysta wraz
z Igą i swymi kolegami doprowadzili obiekt do stanu używalności. Iga, ku zmartwieniu Pana
Artysty, załatwiła sobie pracę w dużym domu wczasowym, czynnym cały rok.
W kilka miesięcy pożniej stwierdziła, że jest w ciąży. Jej pierwszym odruchem była chęć
usunięcia ciąży, ale Pan Artysta był tak dumny z faktu, że "zmajstrował dziecko", że takie
rozwiązanie nie wchodziło w grę.
Ciąża była dla organizmu Igi sporym wyzwaniem, a w 7 miesiącu okazało się, że nie tylko
należy natychmiast wydobyć dziecko ale i usunąć macicę. Tym ostatnim faktem Iga nie
bardzo się zasmuciła - nie wyobrażała sobie, by zgodziła się na następną ciążę.
Poza tym zaczęło do niej docierać, że Pan Artysta nie był łatwym do codziennego życia
partnerem. Coraz częściej w jego pracowni zjawiali się jacyś dziwni "kolesie", niektórzy
nocowali tam po kilka dni a do tego wszyscy brudzili a Iga wciąż sprzątała.
Gdy Iga zwracała Panu Artyście uwagę, że to jest przecież ich wspólny dom, ten wpadał
we wściekłość - to byli jego koledzy, pracownia była jego i on ma prawo gościć każdego.
Nadal jego profesja przynosiła grosze, to Iga zarabiała na wszystkie wydatki.
Po kolejnej awanturze, gdy goście Pana Artysty zarzygali dokumentnie sień, Iga zagroziła
Panu Artyście rozwodem.
W trzy tygodnie pózniej, z pomocą swej przyjaciółki wróciła do domu rodzinnego.
Mała istotka całkowicie podbiła serca dziadków. Iga podjęła kroki rozwodowe.
Wystąpiła też o pozbawienie Pana Artysty praw rodzicielskich.
Jeśli ktoś myśli, że z tego doświadczenia wyciągnęła jakieś wnioski to się grubo myli.
W kilka lat pozniej zafascynował ją jakiś norweski muzyk , młodszy od niej z 10 lat. Iga
wylądowała na dwa lata w Norwegii, zostawiając dziecko u dziadków. Potem był znów jakiś
artysta plastyk , ale dość krótko. W chwili gdy się poznałyśmy Iga hołubiła jakiegoś
zapoznanego kompozytora.
Oczywiście z zaciekawieniem i nieco opadniętą szczęka wysłuchałam opowiadań Igi, ale
nie nawiązałam z nią współpracy.
Jak dla mnie była zbyt niepewnym partnerem.
doszedł do wniosku, że musi skoczyć na Krupówki nieco popracować.
Iga miała zostać w domu, odpocząć i czekać na niego.
Ledwo się za nim zamknęły drzwi Iza ruszyła do porządkowania pracowni. Nie było to
łatwe zadanie, bo tu mieszkał ARTYSTA, a nie zwykły człowiek, a więc popularne
środki czystości a nawet zwykłe ściereczki nie były mu znane, jako coś zupełnie mu
nieprzydatnego.
Ale Iga była wszak kobietą, a rzecz powszechnie wiadoma, że kobieta zawsze da sobie
radę - taki to gatunek biologiczny. Jeden ze swoich ręczniczków zamieniła w trzy
ściereczki, a swe pachnące mydełko toaletowe w środek czyszczący.
Gdy tak szalała w pracowni, ktoś wszedł do domu. Po chwili w drzwiach pracowni
stanął jakiś zapyziały osobnik, ni to góral ni to ceper i ze zdumieniem spoglądał na Igę,
która w majtkach i staniku myła stół.
A pan czego tu szuka? - zapytała niezbyt grzecznym tonem, zdając sobie sprawę ze swego
niezbyt kompletnego odzienia.
Znaczy Pana Artysty nie ma - całkiem przytomnie skonstatował przybysz. No to mu pani
powie, że byłem, Wojtek jestem. Iga kiwnęła głową na znak zrozumienia, a "Wojtek" się
szybko wycofał. Daleko nie odszedł, rozsiadł się wygodnie na ławce pod oknem sypialni.
W dwie godziny pózniej ławka opustoszała.
Około piątej po południu dotarł do domu Pan Artysta. Był w dobrym humorze, bo trafili
mu się "zagranicznicy", którzy przeliczali złotówki na dolary jeden do jednego. Zrobił
aż 5 portretów za dolary, oraz całkiem sporo za złotówki. Z tej radości zrobił nawet
zakupy do domu - kilka torebek zupek w proszku, trzy różne słoiki gotowych drugich
dań, pieczywo, masło, żółty ser no i oczywiście wino.
Porządek i czystość w pracowni nie rzuciły Pana Artysty na kolana. Oooo, zrobiłaś
porządki - skwitował rzeczywistość. Miałem sprzątnąć, ale nie złożyło się, zresztą ja
tu nie przyjmuję często kobiet i właściwie cały dzień, jeśli tylko nie pada jestem poza
domem.
Wojtek tu był - poinformowała go Iga. Mówił coś? -zainteresował się Pan Artysta. Nie,
nic nie mówił, posiedział trochę na ławce pod oknem a potem zniknął - odparła Iga.
Iga, która wiecznie się odchudzała, nie wpadła w zachwyt nad zakupami, które zrobił
Pan Artysta. Jedynym jadalnym wg niej produktem był ser. Żółty ser i czerwone wino
stanowiły jej zestaw kolacyjny i śniadaniowy. Resztę dnia i wieczór spędzili tym razem
w pracowni, a sen ich zmorzył na wersalce.
Rano Pan Artysta zarządził wycieczkę w góry - bo cóż może być piękniejszego niż
łażenie po górach z dziewczyną! Pójdziemy do doliny Małej Łąki, potem w górę na
Przysłop Miętusi i zejdziemy na Ornak. A tam zobaczymy co dalej.
Tylko wez dobre buty i grube skarpety, długie spodnie i kurtkę - wydawał Idze polecenia.
Na szczęście Iga miała wibramy i porządne wełniane skarpety. Pan Artysta rwał w górę
niczym górska kozica, Iga ledwie za nim nadążała. Na Przysłopie Mętusim Pan Artysta
zszedł ze szlaku i po 200 metrach znalezli się obok szałasu zrobionego z gałęzi. Tu
odpoczniemy- zadecydował . A czyj to szałas? -zainteresowała się Iga. Pewnie drwali-
oni tu prowadzili ścinkę jesienią. Nie marudz, siadaj na mojej kurtce - zarządził.
Po tym odpoczynku Iga czuła, że każdy centymetr jej skóry na plecach był podrapany i
wcale nie była pewna, czy było to cudowne doznanie, choć Pan Artysta był wielce
usatysfakcjonowany. Na Ornak doczłapała się resztką sił. Była tak zmęczona, że nieśmiało
zaproponowała, by może zostali tu na noc. Na szczęście był wolny pokój, który Iga
wykupiła, co Pan Artysta przyjął z zadowoleniem. Popołudnie spędziła na obserwowaniu
Pana Artysty, który robił szkic pejzażu. Bo Pan Artysta nie rozstawał się ze szkicownikiem.
Następnego dnia Iga została pognana na Kominy Tylkowe. W drodze na Kominy nie było
co prawda żadnego szałasu, ale na hali nie było żywego ducha nie licząc latających i
głośno bzyczących stworzeń. Pan Artysta zrobił Idze kilka szkiców na łonie przyrody i
oznajmił, że będzie to cykl "łono kobiety na łonie przyrody". Oczywiście nagie łono Igi
wywołało łatwy do przewidzenia skutek - ten facet miał niespożyty zasób sił.
Gdy wracali Drogą pod Reglami do Zakopanego, Pan Artysta oświadczył się Idze.Według
niego Iga była wymarzoną partnerką. Z żadną kobietą nie było mu tak dobrze, żadnej
tak dotąd nie pożądał, żadnej nie chciał malować ani być z którąś na stałe. A gdy nagle
przyklęknął i poprosił, by za niego wyszła , Iga doszczętnie straciła resztkę rozumu.
Nawet plecy podrapane igliwiem przestały jej dokuczać i odpowiedziała "TAK".
W 45 dni pozniej zostali małżeństwem. Na ślubie było kilku kolegów Pana Artysty oraz
najbliższa przyjaciółka Igi, która do ostatniej chwili starała się przemówić jej do rozsądku.
Daremny to był trud, małżeństwo zostało zawarte. Iga pojechała do swego rodzinnego
miasta by: 1. wziąć urlop dziekański, 2. poinformować rodziców, że jest już mężatką,
3. zabrać z domu swoje rzeczy.
Pierwsze i trzecie zadanie nie nastręczyły żadnych trudności, ale rodzice stwierdzili, że
może zapomnieć, że ma rodziców.
Iga wróciła nieco podłamana do Zakopanego. Tu czekał ją kolejny zimny prysznic.Trzeba
było poszukać innego lokum, a Pan Artysta musiał się przyznać, że owe pół domu nie było
jego własnością.
Znalezli starą, opuszczoną chatę w Kościelisku. Jej właściciele wybudowali nowy, elegancki
dom, a chatę zamierzali rozebrać. Była to typowa, góralska chata z pięknego drewna. Iga
pożyczyła od swej starej ciotki pieniądze i wynajęła chałupę na trzy lata. Pan Artysta wraz
z Igą i swymi kolegami doprowadzili obiekt do stanu używalności. Iga, ku zmartwieniu Pana
Artysty, załatwiła sobie pracę w dużym domu wczasowym, czynnym cały rok.
W kilka miesięcy pożniej stwierdziła, że jest w ciąży. Jej pierwszym odruchem była chęć
usunięcia ciąży, ale Pan Artysta był tak dumny z faktu, że "zmajstrował dziecko", że takie
rozwiązanie nie wchodziło w grę.
Ciąża była dla organizmu Igi sporym wyzwaniem, a w 7 miesiącu okazało się, że nie tylko
należy natychmiast wydobyć dziecko ale i usunąć macicę. Tym ostatnim faktem Iga nie
bardzo się zasmuciła - nie wyobrażała sobie, by zgodziła się na następną ciążę.
Poza tym zaczęło do niej docierać, że Pan Artysta nie był łatwym do codziennego życia
partnerem. Coraz częściej w jego pracowni zjawiali się jacyś dziwni "kolesie", niektórzy
nocowali tam po kilka dni a do tego wszyscy brudzili a Iga wciąż sprzątała.
Gdy Iga zwracała Panu Artyście uwagę, że to jest przecież ich wspólny dom, ten wpadał
we wściekłość - to byli jego koledzy, pracownia była jego i on ma prawo gościć każdego.
Nadal jego profesja przynosiła grosze, to Iga zarabiała na wszystkie wydatki.
Po kolejnej awanturze, gdy goście Pana Artysty zarzygali dokumentnie sień, Iga zagroziła
Panu Artyście rozwodem.
W trzy tygodnie pózniej, z pomocą swej przyjaciółki wróciła do domu rodzinnego.
Mała istotka całkowicie podbiła serca dziadków. Iga podjęła kroki rozwodowe.
Wystąpiła też o pozbawienie Pana Artysty praw rodzicielskich.
Jeśli ktoś myśli, że z tego doświadczenia wyciągnęła jakieś wnioski to się grubo myli.
W kilka lat pozniej zafascynował ją jakiś norweski muzyk , młodszy od niej z 10 lat. Iga
wylądowała na dwa lata w Norwegii, zostawiając dziecko u dziadków. Potem był znów jakiś
artysta plastyk , ale dość krótko. W chwili gdy się poznałyśmy Iga hołubiła jakiegoś
zapoznanego kompozytora.
Oczywiście z zaciekawieniem i nieco opadniętą szczęka wysłuchałam opowiadań Igi, ale
nie nawiązałam z nią współpracy.
Jak dla mnie była zbyt niepewnym partnerem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)