Można wspólnie zjeść z kimś beczkę soli a i tak się go do końca nie pozna -
stwierdziła smętnie Majka.
Marka, swego męża, znała od pierwszej klasy liceum. Całe liceum siedzieli w jednej
ławce - tak posadziła ich zaraz pierwszego dnia wychowawczyni. Majka była
nawet zadowolona - ona była dobra z przedmiotów humanistycznych, on natomiast
był najlepszy w klasie z matematyki. Pomagali sobie wzajemnie, Majka czasem
pisała dwa wypracowania z języka polskiego (jedno oczywiście dla Marka), Marek
dyskretnie podpowiadał Majce na klasówkach z matematyki i fizyki.
Do matury uczyli się razem , oboje bez problemów ukończyli liceum.
Marek rozpoczął studia na politechnice, Majka na uniwersytecie.
Na pierwszym roku studiów ich kontakt ograniczał się do rozmów telefonicznych -
obojgu brakowało czasu.
Pod koniec pierwszego roku postanowili, że się jednak muszą zobaczyć, bo
jednak nie o wszystkim dawało się opowiedzieć przez telefon.
Nie widzieli się niemal rok i oboje byli zaskoczeni zmianami, które w nich zaszły.
Majki warkocze gdzieś się ulotniły, za to czoło zakrywała grzywka i półdługie
włosy okalały jej delikatną twarz. Oczy były podkreślone delikatnie cienką, czarną
kreską, zgrabność nóg podkreślały wysokie obcasy, mini spódniczka prowokowała
do zastanawiania się jak też jej właścicielka wygląda w stroju bikini.
Marek był wyraznie zaskoczony jej wyglądem - nagle dostrzegł w niej kobietę!
On też się zmienił - przybyło mu przez ten rok ponad 10 cm wzrostu, wyraznie było
widać, że omija z daleka fryzjera, a owal twarzy podkreślał niewielkiej długości zarost.
Zmiany w wyglądzie Marka zostały przez Majkę ocenione pozytywnie. Co chwilę
się sobie wzajemnie przyglądali , w końcu zgodnie doszli do wniosku, że rok to jednak
"kawał czasu", więc nic dziwnego, że inaczej teraz wyglądają.
Zaczęli się dość regularnie spotykać. Ale Marek zmienił się nie tylko zewnętrznie -
czasami bywał w kiepskim nastroju, często milczący, jakby nieobecny. Majka usiłowała
dowiedzieć się przyczyny tych złych nastrojów, ale Marek nie dawał żadnych odpowiedzi-
najczęściej winił za ten nastrój zmęczenie nauką, niewyspaniem, czasem jakąś infekcją.
Gdy Majka zaczęła pisać pracę magisterską, Marek zaproponował by zamieszkali razem,
a najlepiej by się pobrali. Majka zgodziła się, w końcu znali się już bardzo długo.
Prawdę mówiąc nie była pewna, czy aby na pewno go kocha, ale z drugiej strony była
z nim bardzo zżyta i nie za bardzo wyobrażała sobie kogoś innego przy swym boku.
Ślub był skromny i cichy, nie było typowego wesela, ale zaprosili swych przyjaciół
na potańcówkę na działce. Było miło i wesoło, wszyscy się znakomicie bawili.
Początkowo zamieszkali w mieszkaniu rodziców Marka, którzy przeprowadzili się
do swego letniego siedliska pod miastem.
Oboje byli na etapie pisania swych prac magisterskich - Majka skończyła pierwsza i
dość szybko ją obroniła. Zaczęła szukać pracy, trudno przecież żyć na koszt rodziców.
Markowi pisanie szło dość opornie, chwilami nie mógł się dogadać ze swym promotorem,
poza tym zaczął pracować, więc praca magisterska posuwała się bardzo pomału do
przodu.
Wszystko to sprawiło, że Marek obronił swą pracę dopiero dwa lata pózniej.
Przez moment zastanawiali się nad sprawą posiadania dziecka, ale wstrzymywał ich brak
własnego mieszkania.
Poza tym Marek znów miał okresy bardzo złych nastrojów, krytykował wszystko co robiła
Majka- wszystko było zle- to co gotowała, to co robiła, to co mówiła. Takie złe nastroje
trwały najczęściej 3, 4 dni, potem coś Markowi "przeskakiwało" i znów było między nimi
dobrze.
Do tych złych nastrojów psychicznych dołączyły również dolegliwości fizyczne- bóle głowy,
brak apetytu, osłabienie. Majka była przerażona- Marka wyraznie atakowała jakaś choroba.
Marek stwierdził, że jest przemęczony, zwolnił się z pracy i podjął nową w innej firmie,
ale tylko w wymiarze pół etatu.
Początkowo zmiana ta była korzystna - Marek poweselał, znacznie mniej zatruwał Majce
życie swymi narzekaniami.
Majka była pewna, że te wszystkie dolegliwości Marka mają podłoże psychiczne.
Udało się jej namówić męża na wizytę u psychiatry. Przez kilka lat Marek chodził na
psychoterapię. Niestety wszystkie te zajęcia niewiele poprawiały stan jego zdrowia.
Właściwie to było nawet gorzej - Marek miewał silne ataki depresji, w czasie ich trwania
całymi dniami leżał w półśnie, prawie nie jadł, nie chciał z Mają rozmawiać.
W końcu Marek trafił do szpitala - było to o tyle dobre, że porobiono mu wiele badań,
podawano silne antydepresanty. Badania wykazały, że Marek miał zmiany w mózgu
typowe dla choroby Aspergera.
Ze szpitala Marek wyszedł w nieco lepszej formie i......zażądał rozwodu.
Decyzję uzasadniał tym, że jego choroba jest związana w jakiś sposób z Majką- dopóki
nie byli małżeństwem, on czuł się dobrze, nie miał takich ostrych dolegliwości.
Tłumaczenia Majki, że jego choroba nie ma nic wspólnego z małżeństwem zupełnie nie
trafiały do Marka. I tak, po 8 latach małżeństwa, nastąpił rozwód.
Majka przeżyła to bardzo boleśnie, długo nie mogła się po tym pozbierać.
Teraz pomaleńku zaczyna ogarniać całą sytuację, ale ród męski omija z daleka.
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
czwartek, 3 kwietnia 2014
sobota, 22 marca 2014
cz.III
Wiesia pławiła się w ciszy, spokoju i miłości. Olaf już dość długo był wdowcem i
bardzo był spragniony kobiecej obecności.
Gdy dowiedział się szczegółów historii Jasia i Tosi bardzo był tym przejęty. Wiesia
kilka razy upewniała się, czy aby na pewno Olaf jest "pełnej krwi Szwedem"-
był bardzo ciepłym i czułym mężczyzną, choć bardzo dobrze zorganizowanym i
praktycznym.
Serce Wiesi topniało i topniało i gdy Olaf zaproponował, by wzięli ślub i byli już
do końca swych dni razem - zgodziła się.
Prosiła go tylko, by ślub wzięli w Warszawie, bardzo chciała by jej cioteczna
siostra była świadkiem.
Gdy tylko Wiesia wyraziła zgodę, Olaf zatelefonował do swoich dzieci i zawiadomił,
że się żeni i że mają okazję poznać osobę , z którą chce się związać.Syn przyjechał
w ciągu godziny, córka nieco pózniej.
Wiesia poczuła się nieco jak na przesłuchaniu policyjnym, choć oboje byli bardzo
mili i uprzejmi.
W trzy dni pózniej Wiesia wróciła do Warszawy, by pozałatwiać różne formalności-
rozwiązała umowę o pracę, dowiedziała się jakie dokumenty ma złożyć Olaf,
załatwiła tłumacza na ślub,dała do tłumaczenia na szwedzki wiele swoich dokumentów.
W końcu maja Tosia urodziła dziecko - dziewczynkę. Poród był podobno koszmarny,
właściwie cudem tylko obie przeżyły.Tosia nie bardzo sobie nawet zdawała sprawę co
się działo, ale jednego była pewna- nigdy więcej w życiu nie będzie rodzić i żadnemu
facetowi nie pozwoli na intymne zbliżenie. Po porodzie spędziła prawie miesiąc
w szpitalu, mała w inkubatorze, ona ze straszliwą anemią i całą furą powikłań.
Przed porodem wszyscy jej mówili, że skoro taka młoda to poród będzie niczym
randka rozbierana- lekki łatwy i przyjemny.Tosia nie chciała by przychodził do niej
Jaś - na sam dzwięk jego imienia wpadała w histerię. Jaś był rozżalony i przerażony.
Tosia niestety nie zdała matury, bo już od początku maja zle się czuła i leżała.
W końcu sierpnia odbył się ślub Wiesi i Olafa. Olaf tłumaczył Wiesi i Jasiowi, że
najlepiej będzie, gdy Jaś zamieszka jednak razem z nimi, w Szwecji. Wiesia wpierw
protestowała, bo Jaś nie znał angielskiego, ale Olaf nie widział w tym problemu-
wyśle go na kurs językowy, kilka godzin dziennie języka z pewnością przyniesie
efekty, bo te kursy są właśnie dla obcokrajowców.
Warszawskie mieszkanie Wiesia wynajęła jakiemuś młodemu małżeństwu, a
dopilnować miała wszystkiego cioteczna siostra Wiesi- ściąganie czynszu, kontrolę
czy są porobione wszystkie opłaty i czy mieszkanie nie jest dewastowane.
Wiesia w Szwecji zarabiała...robieniem swetrów na drutach. Zaczęło się od tego, że
pewnego dnia Wiesia ujrzała w sklepie przepiękną grubą, mięciutką włóczkę i ją
kupiła. Robiła na bardzo grubych drutach, w kilka dni zrobiła sweter dla Olafa.
Sweter zrobił furorę wśród jego znajomych i któryś z jego przyjaciół zamarzył o
takim swetrze dla siebie. Wiesia zakupiła włóczkę, omówiła z facetem fason i rozmiar
i zrobiła ten sweter. A on zapłacił nie tylko za włóczkę, za robociznę też. I to sporo,
bo swetry robione na drutach były drogie. I to on wpadł na pomysł, by Wiesia
robiła swetry i wstawiała je do sklepu jego siostry. Od tej pory Wiesia była
rękodzielniczką-produkowała swetry i płaciła podatki.
Jaś całkiem niezle opanował szwedzki, Olaf załatwił mu pracę w "znajomym"
warsztacie ślusarskim.
Jaś mieszkał w oddzielnym mieszkaniu- wplątał się w małżeństwo z dziewczyną
która miała nieślubne dziecko. Oczywiście swoje też mieli - ale Jaś nie miał
szczęścia do dziewczyn. W końcu został sam, z ich wspólnym dzieckiem. No i
oczywiście dzieckiem zajmowała się....Wiesia. W drodze do pracy Jaś przywoził
maluszka do niej, po pracy go odbierał. Olaf nie protestował, ale w końcu Wiesia
miała dość- opieka nad dzieckiem zaburzała jej produkcję swetrów. Dziecko
odstawiano do żłobka, potem do przedszkola.
Gdy Olaf dobiegł wieku emerytalnego przeprowadzili się poza Goteborg. W każdą
niedzielę Jaś przyjeżdżał do nich z dzieckiem. Pewnego dnia przyjechała z nimi
jakaś młoda dziewoja w bardzo zaawansowanej ciąży. Sprawcą był oczywiście
Jaś. Tym razem Jaś zmajstrował bliżniaki. Wiesia jakoś zupełnie nie skakała
z radości - Jaś płacił alimenty na dziecko w Polsce, tu sam utrzymywał swego synka,
a teraz przybyły na świat bliznięta - dwaj chłopcy. Oczywiście Wiesia pomagała
synowi nieco finansowo, za zgodą i wiedzą Olafa. Ten związek Jasia też nie
przetrwał próby czasu, dziewczę nie przepadało za opieką nad dziećmi,
pewnego dnia spakowała rzeczy swoje i dzieci i zniknęła. Ale nie tak całkiem -
oczywiście złożyła wniosek alimentacyjny i co jakiś czas podrzucała Jasiowi
dzieci na weekend, który najczęściej wydłużał się do tygodnia.
Wiesia powiedziała do Olafa, że szkoda, że Jaś nie jest kotem - ale Olaf jakoś nie
pojął co Wiesia miała na myśli - bo dałabym go do kastracji, wyjaśniła Wiesia.
Olaf był przerażony i jednocześnie rozbawiony nieco.
Dwa lata temu Olaf dość niespodziewanie zmarł.
Razem byli 15 lat, które dla Wiesi były latami bardzo szczęśliwymi.
Wiesia sprzedała dom pod Goteborgiem. Wpadła w straszliwą żałość i właściwie
marzy o tym, by odejść w ślad za Olafem.
A Jaś, który niestety nie jest kotem, za to chutliwy jest niczym królik, znów ma
jakąś panienkę. Wiesia uprzedziła syna, że teraz nie może już liczyć na jej pomoc
finansową i że najwyższy czas, by wreszcie zmądrzał.
Tak mamusiu, masz rację, będę się starał- odpowiada za każdym razem Jaś.
koniec
bardzo był spragniony kobiecej obecności.
Gdy dowiedział się szczegółów historii Jasia i Tosi bardzo był tym przejęty. Wiesia
kilka razy upewniała się, czy aby na pewno Olaf jest "pełnej krwi Szwedem"-
był bardzo ciepłym i czułym mężczyzną, choć bardzo dobrze zorganizowanym i
praktycznym.
Serce Wiesi topniało i topniało i gdy Olaf zaproponował, by wzięli ślub i byli już
do końca swych dni razem - zgodziła się.
Prosiła go tylko, by ślub wzięli w Warszawie, bardzo chciała by jej cioteczna
siostra była świadkiem.
Gdy tylko Wiesia wyraziła zgodę, Olaf zatelefonował do swoich dzieci i zawiadomił,
że się żeni i że mają okazję poznać osobę , z którą chce się związać.Syn przyjechał
w ciągu godziny, córka nieco pózniej.
Wiesia poczuła się nieco jak na przesłuchaniu policyjnym, choć oboje byli bardzo
mili i uprzejmi.
W trzy dni pózniej Wiesia wróciła do Warszawy, by pozałatwiać różne formalności-
rozwiązała umowę o pracę, dowiedziała się jakie dokumenty ma złożyć Olaf,
załatwiła tłumacza na ślub,dała do tłumaczenia na szwedzki wiele swoich dokumentów.
W końcu maja Tosia urodziła dziecko - dziewczynkę. Poród był podobno koszmarny,
właściwie cudem tylko obie przeżyły.Tosia nie bardzo sobie nawet zdawała sprawę co
się działo, ale jednego była pewna- nigdy więcej w życiu nie będzie rodzić i żadnemu
facetowi nie pozwoli na intymne zbliżenie. Po porodzie spędziła prawie miesiąc
w szpitalu, mała w inkubatorze, ona ze straszliwą anemią i całą furą powikłań.
Przed porodem wszyscy jej mówili, że skoro taka młoda to poród będzie niczym
randka rozbierana- lekki łatwy i przyjemny.Tosia nie chciała by przychodził do niej
Jaś - na sam dzwięk jego imienia wpadała w histerię. Jaś był rozżalony i przerażony.
Tosia niestety nie zdała matury, bo już od początku maja zle się czuła i leżała.
W końcu sierpnia odbył się ślub Wiesi i Olafa. Olaf tłumaczył Wiesi i Jasiowi, że
najlepiej będzie, gdy Jaś zamieszka jednak razem z nimi, w Szwecji. Wiesia wpierw
protestowała, bo Jaś nie znał angielskiego, ale Olaf nie widział w tym problemu-
wyśle go na kurs językowy, kilka godzin dziennie języka z pewnością przyniesie
efekty, bo te kursy są właśnie dla obcokrajowców.
Warszawskie mieszkanie Wiesia wynajęła jakiemuś młodemu małżeństwu, a
dopilnować miała wszystkiego cioteczna siostra Wiesi- ściąganie czynszu, kontrolę
czy są porobione wszystkie opłaty i czy mieszkanie nie jest dewastowane.
Wiesia w Szwecji zarabiała...robieniem swetrów na drutach. Zaczęło się od tego, że
pewnego dnia Wiesia ujrzała w sklepie przepiękną grubą, mięciutką włóczkę i ją
kupiła. Robiła na bardzo grubych drutach, w kilka dni zrobiła sweter dla Olafa.
Sweter zrobił furorę wśród jego znajomych i któryś z jego przyjaciół zamarzył o
takim swetrze dla siebie. Wiesia zakupiła włóczkę, omówiła z facetem fason i rozmiar
i zrobiła ten sweter. A on zapłacił nie tylko za włóczkę, za robociznę też. I to sporo,
bo swetry robione na drutach były drogie. I to on wpadł na pomysł, by Wiesia
robiła swetry i wstawiała je do sklepu jego siostry. Od tej pory Wiesia była
rękodzielniczką-produkowała swetry i płaciła podatki.
Jaś całkiem niezle opanował szwedzki, Olaf załatwił mu pracę w "znajomym"
warsztacie ślusarskim.
Jaś mieszkał w oddzielnym mieszkaniu- wplątał się w małżeństwo z dziewczyną
która miała nieślubne dziecko. Oczywiście swoje też mieli - ale Jaś nie miał
szczęścia do dziewczyn. W końcu został sam, z ich wspólnym dzieckiem. No i
oczywiście dzieckiem zajmowała się....Wiesia. W drodze do pracy Jaś przywoził
maluszka do niej, po pracy go odbierał. Olaf nie protestował, ale w końcu Wiesia
miała dość- opieka nad dzieckiem zaburzała jej produkcję swetrów. Dziecko
odstawiano do żłobka, potem do przedszkola.
Gdy Olaf dobiegł wieku emerytalnego przeprowadzili się poza Goteborg. W każdą
niedzielę Jaś przyjeżdżał do nich z dzieckiem. Pewnego dnia przyjechała z nimi
jakaś młoda dziewoja w bardzo zaawansowanej ciąży. Sprawcą był oczywiście
Jaś. Tym razem Jaś zmajstrował bliżniaki. Wiesia jakoś zupełnie nie skakała
z radości - Jaś płacił alimenty na dziecko w Polsce, tu sam utrzymywał swego synka,
a teraz przybyły na świat bliznięta - dwaj chłopcy. Oczywiście Wiesia pomagała
synowi nieco finansowo, za zgodą i wiedzą Olafa. Ten związek Jasia też nie
przetrwał próby czasu, dziewczę nie przepadało za opieką nad dziećmi,
pewnego dnia spakowała rzeczy swoje i dzieci i zniknęła. Ale nie tak całkiem -
oczywiście złożyła wniosek alimentacyjny i co jakiś czas podrzucała Jasiowi
dzieci na weekend, który najczęściej wydłużał się do tygodnia.
Wiesia powiedziała do Olafa, że szkoda, że Jaś nie jest kotem - ale Olaf jakoś nie
pojął co Wiesia miała na myśli - bo dałabym go do kastracji, wyjaśniła Wiesia.
Olaf był przerażony i jednocześnie rozbawiony nieco.
Dwa lata temu Olaf dość niespodziewanie zmarł.
Razem byli 15 lat, które dla Wiesi były latami bardzo szczęśliwymi.
Wiesia sprzedała dom pod Goteborgiem. Wpadła w straszliwą żałość i właściwie
marzy o tym, by odejść w ślad za Olafem.
A Jaś, który niestety nie jest kotem, za to chutliwy jest niczym królik, znów ma
jakąś panienkę. Wiesia uprzedziła syna, że teraz nie może już liczyć na jej pomoc
finansową i że najwyższy czas, by wreszcie zmądrzał.
Tak mamusiu, masz rację, będę się starał- odpowiada za każdym razem Jaś.
koniec
piątek, 21 marca 2014
cz.II
Wiesia klapnęła z wrażenia na krzesło. Blondyneczka dygnęła przed swą przyszłą
teściową i skromnie stanęła za Jasiem.
Setki pytań przelatywało Wiesi przez głowę - nie była przygotowana aż na taką
niespodziankę i nawet nie bardzo wiedziała co ma powiedzieć.
Tosia wyglądała na dziewczę piętnasto, może szesnastoletnie, miała miłą buzię,
długie, bardzo jasne włosy i dość mocny, niemal wieczorowy makijaż.
Spódniczka mini i bardzo dopasowany ażurowy sweterek dopełniały całości.
A co wam tak nagle spieszno do ślubu? - wydusiła wreszcie z siebie Wiesia.
Mamuś, bo my się kochamy i wiesz, pewnie będziemy mieli dziecko - wyjaśnił
z rozanielonym wyrazem twarzy Jaś.
Wiesi przez moment wydawało się, że to sen - dziwny i mało wesoły. Zamknęła
na chwilę oczy i pomyślała, że gdy je otworzy Tosi tu nie będzie, bo to tylko sen.
Pomału otworzyła oczy, ale nadal stał przed nią Jaś a za nim stała Tosia i oboje
wpatrywali się w nią z uwagą.
Mamuś, co ci jest, tak jakoś zbladłaś? - zapytał z troską w głosie Jaś. Może zrobić
kawę?
Wiesia nabrała duży haust powietrza- skoro to nie sen, to trzeba się dowiedzieć
co jest grane- pomyślała.
Oczywiście Wiesia nie oczekiwała, że ukochany synek pozostanie z nią razem do
końca jej życia, ale jednocześnie była zdania, że Jaś jest jeszcze zbyt młody by
zakładać rodzinę. Miał raptem 19 lat!
Po niemal godzinnej rozmowie dowiedziała się, że Tosia ma ukończone 18 lat,
jest w klasie maturalnej. Co do małżeństwa - Tosia obawiała się, że po miłosnych
igraszkach z Jasiem zaszła w ciążę, bo już tydzień temu powinna była dostać okres,
a nie dostała. Gwoli wyjaśnienia należy dodać, że były to czasy gdy nie znano
testów ciążowych, a lekarz powiedział jej, że to zbyt wcześnie by orzec czy jest w
ciąży czy też nie.
Jeśli w dalszym ciągu nic się w fizjologii nie zmieni, niech przyjdzie za 2 lub 3
tygodnie.
Wiesia starała się "trzymać nerwy na wodzy", choć właściwie miała ochotę stłuc
oboje - co za para idiotów!
Zadała więc pytanie czysto retoryczne - a gdzie będziecie mieszkali i z czego
będziecie żyli, wy i ewentualnie dziecko?
Jaś, radosny niczym skowronek o poranku, wyjaśnił że na razie, do ślubu to każde
u siebie, a potem to u Tosi w domu, bo tam jest nieco większe mieszkanie a mama
Tosi z pewnością pomoże przy dziecku.
A co do pieniędzy - trochę dostaną od rodziców Tosi, bo jej rodzice składają na jej
posag, poza tym będą oszczędzać, żeby pensja Jasia im wystarczyła.
A jak dziecko będzie miało z pół roku to pójdzie do żłobka i Tosia będzie mogła
iść do pracy.
Wiesia szybko obliczyła, że gdyby Tosia była teraz w ciąży, to urodzi w końcu
czerwca, ale nie słyszała, by którakolwiek szkoła w Polsce zgodziła się by ciężarna
uczennica chodziła do zwykłego liceum. A u takiej chudziny jak Tosia to ciąża będzie
wcześnie widoczna i zapewne zechcą ją usunąć ze szkoły.
Tosia, zapytana co tym wszystkim myślą jej rodzice odpowiedziała z rozbrajającą
szczerością, że nic nie myślą, bo o niczym nie wiedzą, a ona boi się im cokolwiek
powiedzieć, bo ją pewnie wyrzucą z domu. Ale jeśli oni wezmą w sekrecie ślub, to
będzie lepiej, bo wtedy rodzice będą myśleli, że to małżeńskie dziecko.
Wiesia czuła, że za chwilę zakatrupi oboje - za ich totalną głupotę. A potem się
otruje, bo nie uświadomiła osobiście swego syna a zleciła to zadanie swemu ojcu.
Przypomniała sobie, że pytała potem ojca, czy Jaś został odpowiednio uświadomiony
i otrzymała odpowiedz twierdzącą, że oczywiście tak.
Powiedzcie mi proszę, co każde z was wie o tym, co robić, by nie mieć dziecka-
poprosiła siląc się na spokój. Tosia zaczerwieniła się lekko i wydukała - nooo, to
mężczyzna powinien uważać i .... urwała nagle zawstydzona.
Jasiek, a w jaki sposób ty uważałeś? Zapamiętałeś coś z tego co ci mówił dziadek?
Jaś podumał chwilę i powiedział- no dziadek mówił, że muszę znalezć taką
kobietę, z którą nie tylko zjem chętnie kolację ale i śniadanie. I znalazłem- powiedział
z dumą.
I nic więcej dziadek nie mówił ? -dopytywała się Wiesia. Coś mówił jeszcze o aptece,
ale nie pamiętam co trzeba było tam kupować - szczerze wyznał Jaś.
Boże, urodziłam debila! Przecież to istny debil, ja go chyba zabiję - pomyślała całkiem
zdesperowana Wiesia.
Podniosła się z krzesła i powiedziała do syna - odprowadz Tosię do domu, muszę o tym
wszystkim spokojnie pomyśleć. I natychmiast wróć do domu.
Gdy młodzi wyszli rozpłakała się w głos - to, że jej małżeństwo było nieudane to była
jej wina -Wolny Człowiek nie podobał się jej rodzicom i usiłowali odwieść ją od ślubu.
A ona uparła się i jednak za niego wyszła. Wiedziała, że często, gęsto popija - nie
powinna była mieć z nim dziecka. I nie powinna była mu ulec, gdy pijany zaczął się
do niej w nocy dobierać. Ten raz uległa i jak na złość zaszła w ciążę. I te wszystkie
kłopoty i trudności Jasia w nauce to z pewnością były związane z alkoholizmem jego
ojca, jak powiedziała szkolna pani psycholog.
Gdy syn wrócił do domu zrobiła mu dość prosty wykład na temat najprostszej metody
zapobiegania ciąży. Potem powiedziała, że jeśli okaże się, że Tosia nie jest w ciąży to
żadnego ślubu nie będzie dopóki dziewczyna nie skończy szkoły. Poza tym nawet jeśli
w tej ciąży jest, to nie ma mowy o jakimś potajemnym ślubie. I Tosia musi zdać maturę-
jeśli okaże się, że jest w ciąży będzie przepisana do Centrum Kształcenia Ustawicznego
i tam zrobi maturę.
A do czasu diagnozy czy Tosia jest w ciąży czy też nie, nie wolno mu jej tknąć, nawet
z zabezpieczeniem.
Jaś miał tę zaletę, że właściwie był całe życie bardzo posłusznym chłopcem-przyrzekł,
że zaczeka do czasu diagnozy. Zresztą teraz, gdy Wiesia już wróciła nie będą mieli
gdzie się podziać.
W kilka dni pózniej zadzwonił do Wiesi Szwed, Olaf mu było na imię i przypomniał
o swoim zaproszeniu.
Wiesia pokrótce przedstawiła mu swoją domową sytuację i oświadczyła, że przez
najbliższy miesiąc nie przyjedzie z pewnością a co będzie dalej - jeszcze nie wie. Olaf
prosił, by przyjechała bez względu na wszystko- w końcu Jaś to osoba pełnoletnia i
jakby na to nie spojrzeć to musi zacząć ponosić skutki swego postępowania.
Wiesia tłumaczyła Olafowi, że czuje się odpowiedzialna za to, co ewentualnie zrobił
Jaś i nie może dopuścić by rodzice wyrzucili, w razie ciąży, swą córkę z domu, skoro
to Jasio jest rzekomo sprawcą ciąży. Szwed stwierdził, że Wiesia przesadza, rodzice
dziewczyny też powinni się czuć winni tej sytuacji.
W trzy tygodnie pózniej lekarz stwierdził u Tosi ciążę. Wiesia miała ochotę umrzeć
śmiercią nagłą, a Jasio i Tosia byli szczęśliwi.
Do rodziców Tosi Jaś pojechał razem z matką.Z początku atmosfera była nieco drętwa
ale to wcale nie zdziwiło Wiesi. Po wielogodzinnej rozmowie postanowili, że Tosię
w najbliższych dniach przepiszą do CKU, niech spokojnie zda maturę. Ślubu na razie
nie będzie, skoro Jaś uzna dziecko za swoje i da mu swoje nazwisko.
A co będzie dalej - życie pokaże. Dziecko i Tosia będą pod opieką rodziców Tosi,
Jaś oczywiście może przychodzić i zajmować się popołudniami dzieckiem, by pomóc
Tosi. Oczywiście Jaś będzie musiał płacić alimenty na dziecko.
Wiesia uważała, że rodzice Tosi stanęli na wysokości zadania. Postanowiła, że w tej
sytuacji może spokojnie skorzystać z zaproszenia Olafa.
W tydzień pózniej Olaf witał ją w Goteborgu.
c.d.n.
teściową i skromnie stanęła za Jasiem.
Setki pytań przelatywało Wiesi przez głowę - nie była przygotowana aż na taką
niespodziankę i nawet nie bardzo wiedziała co ma powiedzieć.
Tosia wyglądała na dziewczę piętnasto, może szesnastoletnie, miała miłą buzię,
długie, bardzo jasne włosy i dość mocny, niemal wieczorowy makijaż.
Spódniczka mini i bardzo dopasowany ażurowy sweterek dopełniały całości.
A co wam tak nagle spieszno do ślubu? - wydusiła wreszcie z siebie Wiesia.
Mamuś, bo my się kochamy i wiesz, pewnie będziemy mieli dziecko - wyjaśnił
z rozanielonym wyrazem twarzy Jaś.
Wiesi przez moment wydawało się, że to sen - dziwny i mało wesoły. Zamknęła
na chwilę oczy i pomyślała, że gdy je otworzy Tosi tu nie będzie, bo to tylko sen.
Pomału otworzyła oczy, ale nadal stał przed nią Jaś a za nim stała Tosia i oboje
wpatrywali się w nią z uwagą.
Mamuś, co ci jest, tak jakoś zbladłaś? - zapytał z troską w głosie Jaś. Może zrobić
kawę?
Wiesia nabrała duży haust powietrza- skoro to nie sen, to trzeba się dowiedzieć
co jest grane- pomyślała.
Oczywiście Wiesia nie oczekiwała, że ukochany synek pozostanie z nią razem do
końca jej życia, ale jednocześnie była zdania, że Jaś jest jeszcze zbyt młody by
zakładać rodzinę. Miał raptem 19 lat!
Po niemal godzinnej rozmowie dowiedziała się, że Tosia ma ukończone 18 lat,
jest w klasie maturalnej. Co do małżeństwa - Tosia obawiała się, że po miłosnych
igraszkach z Jasiem zaszła w ciążę, bo już tydzień temu powinna była dostać okres,
a nie dostała. Gwoli wyjaśnienia należy dodać, że były to czasy gdy nie znano
testów ciążowych, a lekarz powiedział jej, że to zbyt wcześnie by orzec czy jest w
ciąży czy też nie.
Jeśli w dalszym ciągu nic się w fizjologii nie zmieni, niech przyjdzie za 2 lub 3
tygodnie.
Wiesia starała się "trzymać nerwy na wodzy", choć właściwie miała ochotę stłuc
oboje - co za para idiotów!
Zadała więc pytanie czysto retoryczne - a gdzie będziecie mieszkali i z czego
będziecie żyli, wy i ewentualnie dziecko?
Jaś, radosny niczym skowronek o poranku, wyjaśnił że na razie, do ślubu to każde
u siebie, a potem to u Tosi w domu, bo tam jest nieco większe mieszkanie a mama
Tosi z pewnością pomoże przy dziecku.
A co do pieniędzy - trochę dostaną od rodziców Tosi, bo jej rodzice składają na jej
posag, poza tym będą oszczędzać, żeby pensja Jasia im wystarczyła.
A jak dziecko będzie miało z pół roku to pójdzie do żłobka i Tosia będzie mogła
iść do pracy.
Wiesia szybko obliczyła, że gdyby Tosia była teraz w ciąży, to urodzi w końcu
czerwca, ale nie słyszała, by którakolwiek szkoła w Polsce zgodziła się by ciężarna
uczennica chodziła do zwykłego liceum. A u takiej chudziny jak Tosia to ciąża będzie
wcześnie widoczna i zapewne zechcą ją usunąć ze szkoły.
Tosia, zapytana co tym wszystkim myślą jej rodzice odpowiedziała z rozbrajającą
szczerością, że nic nie myślą, bo o niczym nie wiedzą, a ona boi się im cokolwiek
powiedzieć, bo ją pewnie wyrzucą z domu. Ale jeśli oni wezmą w sekrecie ślub, to
będzie lepiej, bo wtedy rodzice będą myśleli, że to małżeńskie dziecko.
Wiesia czuła, że za chwilę zakatrupi oboje - za ich totalną głupotę. A potem się
otruje, bo nie uświadomiła osobiście swego syna a zleciła to zadanie swemu ojcu.
Przypomniała sobie, że pytała potem ojca, czy Jaś został odpowiednio uświadomiony
i otrzymała odpowiedz twierdzącą, że oczywiście tak.
Powiedzcie mi proszę, co każde z was wie o tym, co robić, by nie mieć dziecka-
poprosiła siląc się na spokój. Tosia zaczerwieniła się lekko i wydukała - nooo, to
mężczyzna powinien uważać i .... urwała nagle zawstydzona.
Jasiek, a w jaki sposób ty uważałeś? Zapamiętałeś coś z tego co ci mówił dziadek?
Jaś podumał chwilę i powiedział- no dziadek mówił, że muszę znalezć taką
kobietę, z którą nie tylko zjem chętnie kolację ale i śniadanie. I znalazłem- powiedział
z dumą.
I nic więcej dziadek nie mówił ? -dopytywała się Wiesia. Coś mówił jeszcze o aptece,
ale nie pamiętam co trzeba było tam kupować - szczerze wyznał Jaś.
Boże, urodziłam debila! Przecież to istny debil, ja go chyba zabiję - pomyślała całkiem
zdesperowana Wiesia.
Podniosła się z krzesła i powiedziała do syna - odprowadz Tosię do domu, muszę o tym
wszystkim spokojnie pomyśleć. I natychmiast wróć do domu.
Gdy młodzi wyszli rozpłakała się w głos - to, że jej małżeństwo było nieudane to była
jej wina -Wolny Człowiek nie podobał się jej rodzicom i usiłowali odwieść ją od ślubu.
A ona uparła się i jednak za niego wyszła. Wiedziała, że często, gęsto popija - nie
powinna była mieć z nim dziecka. I nie powinna była mu ulec, gdy pijany zaczął się
do niej w nocy dobierać. Ten raz uległa i jak na złość zaszła w ciążę. I te wszystkie
kłopoty i trudności Jasia w nauce to z pewnością były związane z alkoholizmem jego
ojca, jak powiedziała szkolna pani psycholog.
Gdy syn wrócił do domu zrobiła mu dość prosty wykład na temat najprostszej metody
zapobiegania ciąży. Potem powiedziała, że jeśli okaże się, że Tosia nie jest w ciąży to
żadnego ślubu nie będzie dopóki dziewczyna nie skończy szkoły. Poza tym nawet jeśli
w tej ciąży jest, to nie ma mowy o jakimś potajemnym ślubie. I Tosia musi zdać maturę-
jeśli okaże się, że jest w ciąży będzie przepisana do Centrum Kształcenia Ustawicznego
i tam zrobi maturę.
A do czasu diagnozy czy Tosia jest w ciąży czy też nie, nie wolno mu jej tknąć, nawet
z zabezpieczeniem.
Jaś miał tę zaletę, że właściwie był całe życie bardzo posłusznym chłopcem-przyrzekł,
że zaczeka do czasu diagnozy. Zresztą teraz, gdy Wiesia już wróciła nie będą mieli
gdzie się podziać.
W kilka dni pózniej zadzwonił do Wiesi Szwed, Olaf mu było na imię i przypomniał
o swoim zaproszeniu.
Wiesia pokrótce przedstawiła mu swoją domową sytuację i oświadczyła, że przez
najbliższy miesiąc nie przyjedzie z pewnością a co będzie dalej - jeszcze nie wie. Olaf
prosił, by przyjechała bez względu na wszystko- w końcu Jaś to osoba pełnoletnia i
jakby na to nie spojrzeć to musi zacząć ponosić skutki swego postępowania.
Wiesia tłumaczyła Olafowi, że czuje się odpowiedzialna za to, co ewentualnie zrobił
Jaś i nie może dopuścić by rodzice wyrzucili, w razie ciąży, swą córkę z domu, skoro
to Jasio jest rzekomo sprawcą ciąży. Szwed stwierdził, że Wiesia przesadza, rodzice
dziewczyny też powinni się czuć winni tej sytuacji.
W trzy tygodnie pózniej lekarz stwierdził u Tosi ciążę. Wiesia miała ochotę umrzeć
śmiercią nagłą, a Jasio i Tosia byli szczęśliwi.
Do rodziców Tosi Jaś pojechał razem z matką.Z początku atmosfera była nieco drętwa
ale to wcale nie zdziwiło Wiesi. Po wielogodzinnej rozmowie postanowili, że Tosię
w najbliższych dniach przepiszą do CKU, niech spokojnie zda maturę. Ślubu na razie
nie będzie, skoro Jaś uzna dziecko za swoje i da mu swoje nazwisko.
A co będzie dalej - życie pokaże. Dziecko i Tosia będą pod opieką rodziców Tosi,
Jaś oczywiście może przychodzić i zajmować się popołudniami dzieckiem, by pomóc
Tosi. Oczywiście Jaś będzie musiał płacić alimenty na dziecko.
Wiesia uważała, że rodzice Tosi stanęli na wysokości zadania. Postanowiła, że w tej
sytuacji może spokojnie skorzystać z zaproszenia Olafa.
W tydzień pózniej Olaf witał ją w Goteborgu.
c.d.n.
czwartek, 20 marca 2014
Dzieci radością i dumą rodziców są!
Powinnam chyba dodać na początku tytułu wyraz "czasami". Bo różnie to w życiu bywa.
Pewna Wiesia, urodziła, ku swej i męża radości, synka.
Radość z urodzin syna mąż Wiesi wyraził słowami - "masz szczęście, że to chłopak,
dziewczyny bym nie uznał".
Był pewien, że on mógł spłodzić tylko chłopaka, dziewczynka zapewne byłaby dziełem
"obcego".
Nie wiem skąd Wiesia wytrzasnęła tego faceta - nie dość, że nieco mało bystry był, to na
dodatek dość często zaglądał do kieliszka.
Gdy "Mały Książę" miał ze dwa lata , szanowny małżonek wyszedł z domu w celu
zakupienia ulubionego gatunku papierosów i z tydzień go w domu nie było.
Przez ten tydzień Wiesia odchodziła od zmysłów, obdzwaniała wszystkie izby przyjęć
w szpitalach warszawskich, wszystkie oddziały pogotowia ratunkowego, tudzież
Izbę Wytrzezwień i wypłakała wiadro łez.
Mąż marnotrawny po powrocie nie raczył jej poinformować gdzie był, a indagowany przez
namolną małżonkę warknął, że nie jest psem łańcuchowym lecz Wolnym Człowiekiem.
Wiesia, której jakimś cudem serce nagle stwardniało, spakowała rzeczy Wolnego
Człowieka i wyekspediowała je w drugi koniec miasta, do teściowej. W drodze powrotnej
wstąpiła do warsztatu ślusarskiego i zamówiła ekspresową usługę pt."wymiana zamka
w drzwiach zewnętrznych", która to usługa została wykonana od zaraz.
Na zewnętrznej stronie drzwi do mieszkania przypięła kartkę złożoną na pół, na wierzchu
napisała tylko imię Wolnego Człowieka, wewnątrz napisała, że jego rzeczy wysłała mu do
domu rodzinnego i składa pozew rozwodowy, by był naprawdę Wolnym Człowiekiem.
Rozwód dostała bez trudu, bo sąsiedzi nieraz widzieli Wolnego Człowieka pijanego.
Bez oporów świadkowali w sprawie.
Nie było Wiesi łatwo samej wychowywać dziecko. Czasem pomagała jej mama, ale niezbyt
często, bo chorowała. Finansowo też nie było lekko, Wiesia była nauczycielką wychowania
fizycznego.
Wolny Człowiek poświęcił się całkowicie degustacji różnych napitków i po kilku latach
opuścił ten świat, dzięki czemu Książę Jaś zyskał rentę sierocą.
Ze sporym trudem Książę Jaś skończył szkołę podstawową - miał kłopoty z koncentracją, zapamiętywaniem tego, co powinien, więc po podstawówce wylądował w szkole
zawodowej. Trzyletnią szkołę ukończył w pięć lat. Był pełnoletni, dostał skierowanie do
pracy i pracował jako ślusarz.
Teoretycznie Wiesi było nieco lżej.Ale czasem tak się składa, że niektórzy cały czas muszą,
nie wiedzieć czemu, iść pod wiatr . W lecie umarł Wiesi ojciec, pod koniec zimy- jej matka.
W pracy też się nie układało najweselej, bowiem w szkole, w której pracowała nikt nie
poważał przedmiotu o nazwie "wychowanie fizyczne" - w tej materii panowała wyjątkowo
zgodna opinia rodziców i reszty ciała pedagogicznego - " WF to strata czasu i energii".
Przygnębienie Wiesi doszło do zenitu -dostała z tego powodu skierowanie do sanatorium
oraz urlop zdrowotny.
Trochę się Wiesia martwiła, jak jej Książę Jaś poradzi sobie bez jej opieki w domu,
ponieważ Jaś demonstrował w domu pełne kalectwo - dwie lewe ręce i całkowity brak
wiedzy na temat tego, do czego służy kuchnia.
Problemem było wszystko - nawet zagotowanie wody na herbatę i ukrojenie kromki chleba.
Z kołobrzeskiego sanatorium telefonowała co drugi dzień do syna, który zapewniał ją, że
wszystko jest w porządku-chleba nie musi kroić bo kupuje bułki, obiady je w zakładowej
stołówce.
Wiesia pomaleńku wracała do równowagi. Mniej więcej w drugim tygodniu pobytu
poznała w kawiarni zdrojowej miłego pana w średnim wieku. Okazało się, że jest Szwedem,
rozwodnikiem, od kilku lat regularnie przyjeżdża do kołobrzeskiego sanatorium na zabiegi.
Dobrze im się razem rozmawiało i spacerowało i choć Szwed, w przeciwieństwie do
Wolnego Człowieka, nie grzeszył urodą, Wiesia poczuła, że jej skamieniałe dawno serce
zaczyna zwracać się ku Szwedowi. Nic dziwnego - Szwed był troskliwy i delikatny - nawet
niezbyt doskonała angielszczyzna Wiesi mu nie przeszkadzała.
Pod koniec pobytu zaprosił Wiesię do siebie i bardzo prosił by jednak przyjechała i resztę
swego zdrowotnego urlopu spędziła właśnie w Szwecji. Pożegnanie było smutne, pełne łez,
a na koniec Szwed wyznał, że się w Wiesi zakochał niczym nastolatek.
Wiesia obiecała, że przyjedzie do Szwecji, ale z pewnością nie tak zaraz i nie na długo.
Ale wiadomo - życie lubi robić każdemu psikusy.
Gdy otworzyła drzwi swego mieszkania uderzył ją w nozdrza silny zapach perfum.
I wcale to nie był zapach jej perfum, które używała od wielkiego święta i w symbolicznej
wręcz ilości. W mieszkaniu królowała woń...hiacyntów. Tyle tylko, że w żadnym z pokoi
nie stała doniczka z tymi kwiatami, a zapach był wszędzie, nawet w kuchni.
W pokoju Jasia natknęła się na rozmamłany tapczan a na nim leżała piżama Jasia
i damska koronkowa koszula nocna. W szafie, oprócz ubrań Jasia wisiało kilka sukienek
i bluzek, na półkach leżała damska bielizna i sweterki.
Zdumiona i zaskoczona Wiesia poczuła, że serce podchodzi jej do gardła. Zastanawiała się
kim jest właścicielka tych damskich szatek. Dotychczas Jaś nie afiszował się z jakimiś
dziewczynami, przeważnie wieczory spędzał przed odbiornikiem TV.
W kuchni na stole znalazła kilka torebek błyskawicznych zupek w proszku i kilka słoików
gotowych dań typu gołąbki i pulpety. Wiadać, że i owa dziewczyna, podobnie jak i Jaś
nie przepadała za kucharzeniem.
Z niecierpliwością czekała na powrót syna z pracy. Około siedemnastej zazgrzytał klucz
w zamku - do mieszkania wszedł Jaś w towarzystwie szczupłej blondynki.
Jaś rzucił się Wiesi na szyję - "mamuś, mam dla ciebie niespodziankę, to jest Tosia,będzie
moją żoną."
c.d.n.
Pewna Wiesia, urodziła, ku swej i męża radości, synka.
Radość z urodzin syna mąż Wiesi wyraził słowami - "masz szczęście, że to chłopak,
dziewczyny bym nie uznał".
Był pewien, że on mógł spłodzić tylko chłopaka, dziewczynka zapewne byłaby dziełem
"obcego".
Nie wiem skąd Wiesia wytrzasnęła tego faceta - nie dość, że nieco mało bystry był, to na
dodatek dość często zaglądał do kieliszka.
Gdy "Mały Książę" miał ze dwa lata , szanowny małżonek wyszedł z domu w celu
zakupienia ulubionego gatunku papierosów i z tydzień go w domu nie było.
Przez ten tydzień Wiesia odchodziła od zmysłów, obdzwaniała wszystkie izby przyjęć
w szpitalach warszawskich, wszystkie oddziały pogotowia ratunkowego, tudzież
Izbę Wytrzezwień i wypłakała wiadro łez.
Mąż marnotrawny po powrocie nie raczył jej poinformować gdzie był, a indagowany przez
namolną małżonkę warknął, że nie jest psem łańcuchowym lecz Wolnym Człowiekiem.
Wiesia, której jakimś cudem serce nagle stwardniało, spakowała rzeczy Wolnego
Człowieka i wyekspediowała je w drugi koniec miasta, do teściowej. W drodze powrotnej
wstąpiła do warsztatu ślusarskiego i zamówiła ekspresową usługę pt."wymiana zamka
w drzwiach zewnętrznych", która to usługa została wykonana od zaraz.
Na zewnętrznej stronie drzwi do mieszkania przypięła kartkę złożoną na pół, na wierzchu
napisała tylko imię Wolnego Człowieka, wewnątrz napisała, że jego rzeczy wysłała mu do
domu rodzinnego i składa pozew rozwodowy, by był naprawdę Wolnym Człowiekiem.
Rozwód dostała bez trudu, bo sąsiedzi nieraz widzieli Wolnego Człowieka pijanego.
Bez oporów świadkowali w sprawie.
Nie było Wiesi łatwo samej wychowywać dziecko. Czasem pomagała jej mama, ale niezbyt
często, bo chorowała. Finansowo też nie było lekko, Wiesia była nauczycielką wychowania
fizycznego.
Wolny Człowiek poświęcił się całkowicie degustacji różnych napitków i po kilku latach
opuścił ten świat, dzięki czemu Książę Jaś zyskał rentę sierocą.
Ze sporym trudem Książę Jaś skończył szkołę podstawową - miał kłopoty z koncentracją, zapamiętywaniem tego, co powinien, więc po podstawówce wylądował w szkole
zawodowej. Trzyletnią szkołę ukończył w pięć lat. Był pełnoletni, dostał skierowanie do
pracy i pracował jako ślusarz.
Teoretycznie Wiesi było nieco lżej.Ale czasem tak się składa, że niektórzy cały czas muszą,
nie wiedzieć czemu, iść pod wiatr . W lecie umarł Wiesi ojciec, pod koniec zimy- jej matka.
W pracy też się nie układało najweselej, bowiem w szkole, w której pracowała nikt nie
poważał przedmiotu o nazwie "wychowanie fizyczne" - w tej materii panowała wyjątkowo
zgodna opinia rodziców i reszty ciała pedagogicznego - " WF to strata czasu i energii".
Przygnębienie Wiesi doszło do zenitu -dostała z tego powodu skierowanie do sanatorium
oraz urlop zdrowotny.
Trochę się Wiesia martwiła, jak jej Książę Jaś poradzi sobie bez jej opieki w domu,
ponieważ Jaś demonstrował w domu pełne kalectwo - dwie lewe ręce i całkowity brak
wiedzy na temat tego, do czego służy kuchnia.
Problemem było wszystko - nawet zagotowanie wody na herbatę i ukrojenie kromki chleba.
Z kołobrzeskiego sanatorium telefonowała co drugi dzień do syna, który zapewniał ją, że
wszystko jest w porządku-chleba nie musi kroić bo kupuje bułki, obiady je w zakładowej
stołówce.
Wiesia pomaleńku wracała do równowagi. Mniej więcej w drugim tygodniu pobytu
poznała w kawiarni zdrojowej miłego pana w średnim wieku. Okazało się, że jest Szwedem,
rozwodnikiem, od kilku lat regularnie przyjeżdża do kołobrzeskiego sanatorium na zabiegi.
Dobrze im się razem rozmawiało i spacerowało i choć Szwed, w przeciwieństwie do
Wolnego Człowieka, nie grzeszył urodą, Wiesia poczuła, że jej skamieniałe dawno serce
zaczyna zwracać się ku Szwedowi. Nic dziwnego - Szwed był troskliwy i delikatny - nawet
niezbyt doskonała angielszczyzna Wiesi mu nie przeszkadzała.
Pod koniec pobytu zaprosił Wiesię do siebie i bardzo prosił by jednak przyjechała i resztę
swego zdrowotnego urlopu spędziła właśnie w Szwecji. Pożegnanie było smutne, pełne łez,
a na koniec Szwed wyznał, że się w Wiesi zakochał niczym nastolatek.
Wiesia obiecała, że przyjedzie do Szwecji, ale z pewnością nie tak zaraz i nie na długo.
Ale wiadomo - życie lubi robić każdemu psikusy.
Gdy otworzyła drzwi swego mieszkania uderzył ją w nozdrza silny zapach perfum.
I wcale to nie był zapach jej perfum, które używała od wielkiego święta i w symbolicznej
wręcz ilości. W mieszkaniu królowała woń...hiacyntów. Tyle tylko, że w żadnym z pokoi
nie stała doniczka z tymi kwiatami, a zapach był wszędzie, nawet w kuchni.
W pokoju Jasia natknęła się na rozmamłany tapczan a na nim leżała piżama Jasia
i damska koronkowa koszula nocna. W szafie, oprócz ubrań Jasia wisiało kilka sukienek
i bluzek, na półkach leżała damska bielizna i sweterki.
Zdumiona i zaskoczona Wiesia poczuła, że serce podchodzi jej do gardła. Zastanawiała się
kim jest właścicielka tych damskich szatek. Dotychczas Jaś nie afiszował się z jakimiś
dziewczynami, przeważnie wieczory spędzał przed odbiornikiem TV.
W kuchni na stole znalazła kilka torebek błyskawicznych zupek w proszku i kilka słoików
gotowych dań typu gołąbki i pulpety. Wiadać, że i owa dziewczyna, podobnie jak i Jaś
nie przepadała za kucharzeniem.
Z niecierpliwością czekała na powrót syna z pracy. Około siedemnastej zazgrzytał klucz
w zamku - do mieszkania wszedł Jaś w towarzystwie szczupłej blondynki.
Jaś rzucił się Wiesi na szyję - "mamuś, mam dla ciebie niespodziankę, to jest Tosia,będzie
moją żoną."
c.d.n.
niedziela, 16 marca 2014
cz.II
Sławek szybko skończył ablucje, po wyjściu z łazienki zawadził o swój wór i
wkroczył do pokoju niosąc cztery butelki Żywca, które postawił na stole.
"Ola, chyba trochę nachlapałem, a nigdzie szmaty do podłogi nie widziałem-
idz coś z tym zrób'' - poinformował Oluchnę teatralnym szeptem.
Ola i jej mama zerwały się natychmiast od stołu - Ola została wypchnięta do
kuchni, Ewa poszła do łazienki.
Nic dziwnego, że Sławek nie znalazł "szmaty", skoro jej rolę pełnił u Ewy
frotowy ręcznik, który w praniu stracił kolor, a fakt, że leżał na podłodze nie
podpowiedział Sławkowi jego przeznaczenia.
Tymczasem Oluchna popełniła w kuchni omlet z 4 jaj z dodatkiem małej
puszki zielonego groszku i triumfalnie poniosła talerz do pokoju.
Obserwując ją Ewa zastanawiała się, czy Oluchna stawiając przed Sławkiem
talerz odda mu jednocześnie pokłon. Ale nie, postawiła talerz i czym predzej
usiadła obok Sławka. Omlet zniknął z talerza błyskawicznie, a Sławek
zapewnił wszystkich, że dawno tak pysznego omletu nie jadł.
Ola w międzyczasie podała małe kufelki do piwa i otwieracz, co Sławek
przyjął z wielką ulgą. Czym prędzej chwycił za jedną z butelek pytając
jednocześnie komu jeszcze nalać. Ale w tym domu nikt nie pił piwa, więc
Sławek nalał tylko sobie.
Oooo- nie widziałem jeszcze tak malutkich kufli, zupełnie jak dla dzieci-
zauważył ze zdziwieniem Sławek.
Ewa uśmiechnęła się kwaśno - dzieci nie piją piwa, bo to alkohol, sportowcy
też nie powinni - wycedziła przez zęby.
Po skonsumowaniu góry kanapek, które podsuwała mu Ola i wypiciu 2 butelek
piwa, Sławek westchnął i wyznał - ale się naćpałem , szkoda, że już nie mogę
więcej zjeść.
Ewa zaczęła się śmiać- myślałam, że termin "ćpanie" dotyczy tylko narkotyków-
a pan to się po prostu najadł.
Niech mi pani mówi po prostu po imieniu, jaki tam ze mnie pan, będzie mi wtedy
fajniej- powiedział Sławek. Przecież w końcu będziemy rodziną, no nie?
Rodziną? - zdumiał się ojciec Oli? Nic o tym nie wiem.
Niezrażony niewiedzą Wojtka , Sławek ciągnął dalej- no bo przecież gdy się
z Olką pobierzemy to staniemy się przecież rodziną. Olka, nic rodzicom nie
mówiłaś?- zapytał z wyrazną pretensją w głosie.
Czy to znaczy, że przyszedłeś Sławku prosić nas o rękę Oli ? A czy Twoi rodzice
wiedzą, że chcesz się żenić? Przecież oboje jeszcze nie skończyliscie szkoły,
nie dostaniecie nigdzie pracy, nie macie mieszkania ani pieniędzy na takowe.
Więc jak będzie wyglądało to wasze małżeństwo?- zapytał Wojtek.
Sławek przez chwilę milczał, zapewne zbierał rozproszone po całym mózgu myśli.
Przecież Olka nie musi mieć zgody rodziców na ślub, jest pełnoletnia - zaczął
wytaczać swe argumenty Sławek - moi starzy też nic do tego nie mają.
Pewnie się nawet ucieszą, zwłaszcza stary, bo ma jakąś dziwkę. Mieszkać to
moglibyśmy na początek w pokoju Olki, u was. U mnie to nie, bo to tylko pokój
z kuchnią, bo starzy zamienili jedno mieszkanie na dwa. Stara wzięła dwa pokoje
bo miałem z nią mieszkać, ale się wyprowadziłem do ojca, gdy się pobrała ze
swym kochasiem. Straszny laluś z niego, takie "ę i ą" i czepliwy. Wszystkiego
mi zabraniał. Ja będę koszykarzem, dobrym koszykarzem i pewnie uda mi się
dostać do jakiejś zagranicznej drużyny, więc zarobię na siebie, Olkę i dzieci.
A do tego czasu to i mój stary i wy trochę nam pomożecie. Przecież jesteśmy
waszymi dziećmi. Sławek zakończył swe expose i objął Oluchnę ramieniem.
Tym razem Ewa zaczęła chłodzić małżeńskie zapędy Sławka.
Pochwaliła zapał Sławka do sportu, ale jednocześnie uświadomiła go, że kontrakt
w zagranicznej drużynie to jeszcze długo nie będzie możliwy. Że jeśli nie zrobi
przynajmniej matury to właściwie nie ma szans na przyjęcie nawet do krajowej
drużyny. Że mu już tak niewiele zostało nauki, że powinien się nieco
zmobilizować i skończyć szkołę, a potem zdać koniecznie na AWF- wtedy będzie
miał gdzie grać i trenować. Że owszem, oni zawsze będą dziećmi swoich rodziców,
ale jeśli nie będą się uczyć to muszą iść do pracy, ale jedyna praca dla osób bez
wykształcenia to zle płatna praca fizyczna. Poza tym, jeśli się decydują na dorosłe
życie to niestety muszą ponieść wszystkie tego konsekwencje.
I mieszkać w pokoju Oli też raczej nie będą - już teraz jest w mieszkaniu dość
ciasno. I stanowczo przynajmniej Ola musi zdać maturę - jeśli Sławek naprawdę
ją kocha, powinien ją mobilizować do skończenia szkoły a nie odciągać od nauki.
Ze Sławka jakby nieco uszło powietrze - siedział zapatrzony w pusty kufelek,
w końcu otworzył kolejną butelkę piwa i napełnił kufelek.
Ola zrobiła dla wszystkich kolejną herbatę, podała kolejne herbatniki.
Sławek spojrzał na zegarek - dochodziła godzina 23,00. Muszę iść, długo tu
byłem - oznajmił.
A gdzie mieszkasz?- zapytał ewentualny teść. Sławek wymienił dość odległą od ich
mieszkania dzielnicę.
No to ja cię odwiozę do domu - zadecydował Wojtek- nie będziesz nocą włóczył się
po stolicy. Komunikacja nocna niezbyt dobrze działa, dotarłbyś do domu nad ranem.
Ooo, fajnie- ucieszył się Sławek.
Po wyjściu mężczyzn z domu, Ewa szybko posprzątała po kolacji, rezygnując z
pomocy córki. Chciała być sama ze swymi myślami, a były one raczej niewesołe.
Mąż Ewy wrócił dopiero po 2 godzinach. No to sobie porozmawialiśmy po męsku-
powiedział Ewie. Ale nie chciał powiedzieć Ewie jak przebiegła ta rozmowa.
Po tej wizycie regularnie raz w tygodniu Sławek bywał w domu ewentualnych teściów
i zawsze Wojtek go odwoził do domu, jeśli zbyt długo siedział.
Ewie było chłopaka żal - z całą pewnością był od dawna sam sobie sterem, żeglarzem,
okrętem. Ale w dalszym ciągu nie dopuszczała do siebie myśli, że może być jego
teściową. Dobrze wiedziała, że do Oli świadomości powoli dociera fakt, że Sławek
jakoś mało pasuje do jej rodziny. I wcale nie poruszała tematu pt. "Sławek", za to
uczyła Olę różnych rzeczy z zakresu prowadzenia gospodarstwa domowego, zwłaszcza
w zakresie intensywnego oszczędzania. Z łazienki poznikały kolorowe płyny do kąpieli,
zagraniczne szampony i mydełka. Na pytanie Oli co się dzieje, Ewa odpowiedziała-
musisz się do tego zacząć przyzwyczajać- nie będzie was stać na nic ekskluzywnego.
Na stole też zaczęło być skromnie - dość często zamiast pieczeni była smażona
kiełbasa, zamiast wymyślnej surówki - kapusta kwaszona z jabłkiem tartym.
Kieszonkowe Oluchny też zmalało.
Jak było do przewidzenia Ola spokojnie i pewnie zdała maturę. Na ASP, co też było do
przewidzenia, nie dostała się. Trochę z tego powodu rozpaczała, ale zdała bez problemu
na anglistykę.
Sławek zdał do maturalnej klasy, co wprawiło go w wielkie zdziwienie. Ale Wojtka
z jakiegoś powodu to nie zdziwiło. No przecież on tylko powtarzał tę klasę, prawie
wszystko umiał- argumentował.
W sierpniu Oluchna wraz z rodzicami wyjechała na zagraniczną wycieczkę - była to
nagroda za maturę i zdanie egzaminu na studia.Wycieczkę łączyli z wizytą u
siostry Wojtka, która mieszkała od wielu lat na południu Francji.
Sławek odprowadzał ich na lotnisko, Oluchna skropiła pierś Sławka rzęsistymi łzami.
Wyprawa zajęła im miesiąc . Oluchna piała wciąż z zachwytu - tu wszystko było tak
odmienne od tego co było w kraju - piękna pogoda, krajobrazy jak z folderu, sklepy
pełne towarów, ciotka oferująca coraz to większe atrakcje.
Gdy po miesiącu wrócili do kraju, w skrzynce pocztowej Ola znalazła adresowany do
siebie list, napisany przez Sławka.
Zawiadamiał ją, że dostał propozycję nie do odparcia - miejsce w jednym z klubów
poza stolicą i stypendium sportowe- ale musi szybko zdać maturę, więc będzie chodził
do szkoły dla dorosłych. Gdy wszystko mu się ułoży to do niej przyjedzie, z maturą
w kieszeni.
Następny list dotarł do Oluchny za kilka miesięcy - zapewniał w nim, że ją nadal kocha,
ale "zrobiłem bachora pewnej idiotce i muszę się z nią żenić".
I dobrze, że się trafiła jakaś idiotka- pomyślała z ulgą Ewa, gdy Ola pokazała jej list
od Sławka.
W trzy lata potem Oluchna wyszła za mąż za pewnego informatyka, w który niczym nie
przypominał koszykarza.
wkroczył do pokoju niosąc cztery butelki Żywca, które postawił na stole.
"Ola, chyba trochę nachlapałem, a nigdzie szmaty do podłogi nie widziałem-
idz coś z tym zrób'' - poinformował Oluchnę teatralnym szeptem.
Ola i jej mama zerwały się natychmiast od stołu - Ola została wypchnięta do
kuchni, Ewa poszła do łazienki.
Nic dziwnego, że Sławek nie znalazł "szmaty", skoro jej rolę pełnił u Ewy
frotowy ręcznik, który w praniu stracił kolor, a fakt, że leżał na podłodze nie
podpowiedział Sławkowi jego przeznaczenia.
Tymczasem Oluchna popełniła w kuchni omlet z 4 jaj z dodatkiem małej
puszki zielonego groszku i triumfalnie poniosła talerz do pokoju.
Obserwując ją Ewa zastanawiała się, czy Oluchna stawiając przed Sławkiem
talerz odda mu jednocześnie pokłon. Ale nie, postawiła talerz i czym predzej
usiadła obok Sławka. Omlet zniknął z talerza błyskawicznie, a Sławek
zapewnił wszystkich, że dawno tak pysznego omletu nie jadł.
Ola w międzyczasie podała małe kufelki do piwa i otwieracz, co Sławek
przyjął z wielką ulgą. Czym prędzej chwycił za jedną z butelek pytając
jednocześnie komu jeszcze nalać. Ale w tym domu nikt nie pił piwa, więc
Sławek nalał tylko sobie.
Oooo- nie widziałem jeszcze tak malutkich kufli, zupełnie jak dla dzieci-
zauważył ze zdziwieniem Sławek.
Ewa uśmiechnęła się kwaśno - dzieci nie piją piwa, bo to alkohol, sportowcy
też nie powinni - wycedziła przez zęby.
Po skonsumowaniu góry kanapek, które podsuwała mu Ola i wypiciu 2 butelek
piwa, Sławek westchnął i wyznał - ale się naćpałem , szkoda, że już nie mogę
więcej zjeść.
Ewa zaczęła się śmiać- myślałam, że termin "ćpanie" dotyczy tylko narkotyków-
a pan to się po prostu najadł.
Niech mi pani mówi po prostu po imieniu, jaki tam ze mnie pan, będzie mi wtedy
fajniej- powiedział Sławek. Przecież w końcu będziemy rodziną, no nie?
Rodziną? - zdumiał się ojciec Oli? Nic o tym nie wiem.
Niezrażony niewiedzą Wojtka , Sławek ciągnął dalej- no bo przecież gdy się
z Olką pobierzemy to staniemy się przecież rodziną. Olka, nic rodzicom nie
mówiłaś?- zapytał z wyrazną pretensją w głosie.
Czy to znaczy, że przyszedłeś Sławku prosić nas o rękę Oli ? A czy Twoi rodzice
wiedzą, że chcesz się żenić? Przecież oboje jeszcze nie skończyliscie szkoły,
nie dostaniecie nigdzie pracy, nie macie mieszkania ani pieniędzy na takowe.
Więc jak będzie wyglądało to wasze małżeństwo?- zapytał Wojtek.
Sławek przez chwilę milczał, zapewne zbierał rozproszone po całym mózgu myśli.
Przecież Olka nie musi mieć zgody rodziców na ślub, jest pełnoletnia - zaczął
wytaczać swe argumenty Sławek - moi starzy też nic do tego nie mają.
Pewnie się nawet ucieszą, zwłaszcza stary, bo ma jakąś dziwkę. Mieszkać to
moglibyśmy na początek w pokoju Olki, u was. U mnie to nie, bo to tylko pokój
z kuchnią, bo starzy zamienili jedno mieszkanie na dwa. Stara wzięła dwa pokoje
bo miałem z nią mieszkać, ale się wyprowadziłem do ojca, gdy się pobrała ze
swym kochasiem. Straszny laluś z niego, takie "ę i ą" i czepliwy. Wszystkiego
mi zabraniał. Ja będę koszykarzem, dobrym koszykarzem i pewnie uda mi się
dostać do jakiejś zagranicznej drużyny, więc zarobię na siebie, Olkę i dzieci.
A do tego czasu to i mój stary i wy trochę nam pomożecie. Przecież jesteśmy
waszymi dziećmi. Sławek zakończył swe expose i objął Oluchnę ramieniem.
Tym razem Ewa zaczęła chłodzić małżeńskie zapędy Sławka.
Pochwaliła zapał Sławka do sportu, ale jednocześnie uświadomiła go, że kontrakt
w zagranicznej drużynie to jeszcze długo nie będzie możliwy. Że jeśli nie zrobi
przynajmniej matury to właściwie nie ma szans na przyjęcie nawet do krajowej
drużyny. Że mu już tak niewiele zostało nauki, że powinien się nieco
zmobilizować i skończyć szkołę, a potem zdać koniecznie na AWF- wtedy będzie
miał gdzie grać i trenować. Że owszem, oni zawsze będą dziećmi swoich rodziców,
ale jeśli nie będą się uczyć to muszą iść do pracy, ale jedyna praca dla osób bez
wykształcenia to zle płatna praca fizyczna. Poza tym, jeśli się decydują na dorosłe
życie to niestety muszą ponieść wszystkie tego konsekwencje.
I mieszkać w pokoju Oli też raczej nie będą - już teraz jest w mieszkaniu dość
ciasno. I stanowczo przynajmniej Ola musi zdać maturę - jeśli Sławek naprawdę
ją kocha, powinien ją mobilizować do skończenia szkoły a nie odciągać od nauki.
Ze Sławka jakby nieco uszło powietrze - siedział zapatrzony w pusty kufelek,
w końcu otworzył kolejną butelkę piwa i napełnił kufelek.
Ola zrobiła dla wszystkich kolejną herbatę, podała kolejne herbatniki.
Sławek spojrzał na zegarek - dochodziła godzina 23,00. Muszę iść, długo tu
byłem - oznajmił.
A gdzie mieszkasz?- zapytał ewentualny teść. Sławek wymienił dość odległą od ich
mieszkania dzielnicę.
No to ja cię odwiozę do domu - zadecydował Wojtek- nie będziesz nocą włóczył się
po stolicy. Komunikacja nocna niezbyt dobrze działa, dotarłbyś do domu nad ranem.
Ooo, fajnie- ucieszył się Sławek.
Po wyjściu mężczyzn z domu, Ewa szybko posprzątała po kolacji, rezygnując z
pomocy córki. Chciała być sama ze swymi myślami, a były one raczej niewesołe.
Mąż Ewy wrócił dopiero po 2 godzinach. No to sobie porozmawialiśmy po męsku-
powiedział Ewie. Ale nie chciał powiedzieć Ewie jak przebiegła ta rozmowa.
Po tej wizycie regularnie raz w tygodniu Sławek bywał w domu ewentualnych teściów
i zawsze Wojtek go odwoził do domu, jeśli zbyt długo siedział.
Ewie było chłopaka żal - z całą pewnością był od dawna sam sobie sterem, żeglarzem,
okrętem. Ale w dalszym ciągu nie dopuszczała do siebie myśli, że może być jego
teściową. Dobrze wiedziała, że do Oli świadomości powoli dociera fakt, że Sławek
jakoś mało pasuje do jej rodziny. I wcale nie poruszała tematu pt. "Sławek", za to
uczyła Olę różnych rzeczy z zakresu prowadzenia gospodarstwa domowego, zwłaszcza
w zakresie intensywnego oszczędzania. Z łazienki poznikały kolorowe płyny do kąpieli,
zagraniczne szampony i mydełka. Na pytanie Oli co się dzieje, Ewa odpowiedziała-
musisz się do tego zacząć przyzwyczajać- nie będzie was stać na nic ekskluzywnego.
Na stole też zaczęło być skromnie - dość często zamiast pieczeni była smażona
kiełbasa, zamiast wymyślnej surówki - kapusta kwaszona z jabłkiem tartym.
Kieszonkowe Oluchny też zmalało.
Jak było do przewidzenia Ola spokojnie i pewnie zdała maturę. Na ASP, co też było do
przewidzenia, nie dostała się. Trochę z tego powodu rozpaczała, ale zdała bez problemu
na anglistykę.
Sławek zdał do maturalnej klasy, co wprawiło go w wielkie zdziwienie. Ale Wojtka
z jakiegoś powodu to nie zdziwiło. No przecież on tylko powtarzał tę klasę, prawie
wszystko umiał- argumentował.
W sierpniu Oluchna wraz z rodzicami wyjechała na zagraniczną wycieczkę - była to
nagroda za maturę i zdanie egzaminu na studia.Wycieczkę łączyli z wizytą u
siostry Wojtka, która mieszkała od wielu lat na południu Francji.
Sławek odprowadzał ich na lotnisko, Oluchna skropiła pierś Sławka rzęsistymi łzami.
Wyprawa zajęła im miesiąc . Oluchna piała wciąż z zachwytu - tu wszystko było tak
odmienne od tego co było w kraju - piękna pogoda, krajobrazy jak z folderu, sklepy
pełne towarów, ciotka oferująca coraz to większe atrakcje.
Gdy po miesiącu wrócili do kraju, w skrzynce pocztowej Ola znalazła adresowany do
siebie list, napisany przez Sławka.
Zawiadamiał ją, że dostał propozycję nie do odparcia - miejsce w jednym z klubów
poza stolicą i stypendium sportowe- ale musi szybko zdać maturę, więc będzie chodził
do szkoły dla dorosłych. Gdy wszystko mu się ułoży to do niej przyjedzie, z maturą
w kieszeni.
Następny list dotarł do Oluchny za kilka miesięcy - zapewniał w nim, że ją nadal kocha,
ale "zrobiłem bachora pewnej idiotce i muszę się z nią żenić".
I dobrze, że się trafiła jakaś idiotka- pomyślała z ulgą Ewa, gdy Ola pokazała jej list
od Sławka.
W trzy lata potem Oluchna wyszła za mąż za pewnego informatyka, w który niczym nie
przypominał koszykarza.
sobota, 15 marca 2014
Ja go KOCHAM!!!!
Kocham, kocham i już!!!!- rozumiesz mamo?!?!
Taki tekst wykrzyczała do swej matki Oluchna kilka miesięcy przed maturą.
Ewa, mama Oluchny, popatrzyła na nią zimnym wzrokiem - "no to co, zdasz
maturę to porozmawiamy o twoich uczuciach. Skup się teraz na maturze, a
kochać go możesz nadal."
Oluchna wybuchnęła histerycznym szlochem. Łkając narzekała, że nikt jej
w tym domu nie rozumie.
Ewa patrzyła na córkę w milczeniu - była przyzwyczajona do takiej reakcji, jej
ukochana córeczka od maleńkiego wybuchała takim rozpaczliwym szlochem
ilekroć coś szło nie po jej myśli. Najlepiej było taki wybuch żałości spokojnie
przeczekać, a potem z dziecięciem porozmawiać. Długo łudziła się, że mała
z tego wyrośnie, ale choć "mała" osiągnęła 175 cm wzrostu, z histerycznego
płaczu nie wyrosła.
Obiektem uczuć Oluchny był nieznany Ewie osobnik płci męskiej, uczeń szkoły
sportowej.Oluchna opowiadała wciąż jaki zdolny z niego koszykarz, co przy
niemal 2 metrach wzrostu było chyba, zdaniem Ewy, dość normalne.
Oluchna wciąż biegała na wszystkie mecze,w których grał obiekt jej uwielbienia.
Gdy "geniusz koszykówki" miał jakiś mecz wyjazdowy, rodzice stanowczo
sprzeciwili się, by córka pojechała w ślad za nim.
Oczywiście był płacz, wrzaski, że przecież już ukończyła 18 lat i jest pełnoletnia,
że niewiele mogą jej zabronić, ale w końcu przebolała zakaz.
Dziś Oluchna powiedziała Ewie, że nawet nie jest pewna czy zdawanie przez
nią matury ma jakikolwiek sens, bo ona chce wyjść za mąż za Sławka (wreszcie
padło imię idola), od razu mieć dzieci i wcale nie zamierza iść na studia, to po co
jej matura???
Ewę nieco przytkało, gdy usłyszała taką wiadomość - czuła jak jej serce zaczyna bić przyspieszonym rytmem, a krew uderza do głowy. Zachowując nieco nienaturalny
spokój podeszła do zlewu, puściła silny strumień zimnej wody i podstawiła pod niego
oba nadgarstki. Pomału wracała do równowagi. Przez tę smarkulę dostanę chyba
zawału - pomyślała.
Gdy Oluchna wreszcie przestała łkać, Ewa postanowiła przepytać ją o owego Sławka.
Okazało się, że Sławek orłem w szkole nie jest, przynajmniej jeśli idzie o program
ogólny. Jest od Oli dwa lata starszy, bo miał potknięcia- dogłębnie studiował wiedzę,
powtarzał ostatnią klasę podstawówki oraz przedostatnią klasę liceum- maturę miał
robić za rok i właśnie się zastanawiał, czy to mu się opłaca, skoro chce się zająć
tylko i wyłącznie sportem.
Wszystkie te wiadomości jeszcze bardziej zaniepokoiły Ewę . Zastanawiała się gdzie
popełniła błąd wychowawczy, że nagle jej dziecko doszczętnie zgłupiało. Ola była
jak dotąd bardzo dobrą uczennicą, każdy rok liceum kończyła świadectwem
z czerwonym paskiem. Nie szalała na "imprezach" urządzanych przez klasowe
koleżanki, bo raz dostała do wypicia "coś", co w krótkim czasie wywołało torsje i
Oluchna telefonowała do domu, by ją zabrać spod bramy domu koleżanki. Od tej pory
nie brała udziału w tych klasowych imprezach, a Ewa wraz z mężem zastanawiali się
czy mają ten dziwny fakt gdzieś zgłosić. No ale skoro Oluchna nigdy więcej nie brała
udziału w tego rodzaju spotkaniach, sprawa wygasła śmiercią naturalną.
Zbyt dużo czasu wolnego Oluchna nie miała, bowiem chodziła na poza lekcyjne kursy
niemieckiego i na lekcje rysunków. Nie była jeszcze zdecydowana czy ma startować
na ASP czy na filologię angielską albo na lingwistykę stosowaną.
Perspektywa studiów na ASP najmniej się podobała rodzicom Oli, bo nie da się ukryć,
że Oluchna nie była wybitnie utalentowana, ale Ewa uważała, że jak na współczesne
wypociny malarzy to "dzieła" Oluchny prezentowały się chyba dobrze, przynajmniej
bez trudu można było rozpoznać co jest namalowane a i kolory nie powodowały
nagłego szczękościsku ani ślepoty. Co do pozostałych kierunków to nie miała żadnych
zastrzeżeń. Jej zdaniem kobieta powinna mieć taki zawód, by mogła go wykonywać
bez problemu na pół etatu, lub nie wychodząc z domu, gdy już zostanie matką.
Tego wieczoru Ewa postanowiła porozmawiac z córką poważnie- nie ma co chować
głowy w piasek, trzeba się z problemem zmierzyć.
Była bardzo ciekawa, gdzie to Oluchna poznała Sławka - okazało się, że był on kuzynem
jednej z kursantek języka niemieckiego, który przyszedł do niej, by ta napisała mu
pracę domową z niemieckiego. Bo tak naprawdę to Sławek rozumiał tylko kilka słów
z tego języka, głównie tych poznanych z seriali filmowych.
Oluchna nagle poczuła powołanie do nauczania - zaczęła z takim zapałem przekonywać
Sławka o tym, jaki ten jężyk jest prosty do nauczenia się, że ten poprosił, by Ola mu
pomagała w zgłębianiu jego tajemnic. Przy okazji zaprosił Oluchnę by obejrzała go
w akcji. Po każdym trafieniu do kosza odwracał się do niej i wykrzykiwał- "dla ciebie"!.
Pomaganie Sławkowi w niemieckim polegało głównie na odrabianiu za niego prac
domowych a geniusz koszykówki robił błędy nawet w przepisywaniu do zeszytu tego,
co mu napisała Ola.
Miał za to wyrazne zacięcie do zgłębiania anatomii ciała kobiety. Ola, która została
w domu dobrze wyszkolona w dziedzinie antykoncepcji, udała się do ginekologa, który
zapisał jej odpowiednie tabletki, oraz antykoncepję miejscową, tłumacząc, że teraz,
w dobie tylu zakażeń, jest to ochrona jej zdrowia oraz poradził, by nie mówiła nic
chłopakowi o tym, że bierze tabletki.
Słuchając tego wszystkiego Ewa pogratulowała sama sobie, że dostatecznie wcześnie
uświadomiła córkę i że nauka nie poszła w las. Poza tym czuła wewnętrzną potrzebę by
podziękować owemu lekarzowi za rady udzielone córce.
Ewa poprosiła córkę, by zaprosiła Sławka na któryś wieczór, zjedzą razem kolację, bo
skoro Oluchna taka zakochana, to przecież trzeba poznać obiekt uczuć córki.
A tymczasem niech Ola pilnie się uczy i niech zda tę maturę, przecież szkoda zmarnować
te cztery lata nauki w liceum.
Co do dalszej kariery, to przecież wiadomo, że najwcześniej są egzaminy na ASP, więc
niech próbuje. A co dalej to się zobaczy.
I oto nadszedł ten wielki moment - po popołudniowym treningu geniusz koszykówki miał
przyjść do Oluchny i jej rodziców na kolację.
Ola pomagała mamie w szykowaniu, pouczając ją, że Sławek dużo je, więc trzeba jeszcze
dołożyć wędlin i sera a poza tym to ona własnoręcznie zrobi dla niego omlet z groszkiem.
Gdy zadzwonił dzwonek do drzwi, mąż Ewy wraz z córką poszedł powitać gościa.
Na progu stał wyraznie nieświeży dryblas , w sportowym dresie, z worem przewieszonym
na lewym ramieniu i prawą ręką wyciągniętą do powitania.
Mąż Ewy odsunął się nieco w tył i zaprosił, by gość wszedł, a nie witał się przez próg.
Młodzian lekko pochylając głowę wszedł do przedpokoju, chwycił krzepko zwisającą rękę
pana domu, potrząsnął nią energicznie i powiedział - " Sławek jestem" a potem puścił
dłoń Wojtka, przyciągnął do siebie Oluchnę i pocałował w czubek głowy.
Oluchna wzięła od niego wór, odwiesiła na wieszak i pociągnęła młodziana do pokoju
mówiąc- "chodz, poznasz moją mamę".
Ewa , gdy tylko Sławek wszedł do pokoju zrobiła minę jakby ją bolały wszystkie zęby,
bowiem wraz ze Sławkiem do pokoju wkroczył niemiły , intensywny zapach potu.
Oluchno, może pan Sławek chciałby się nieco odświeżyć, skoro jest po treningu,
zaprowadz pana do łazienki, zaraz dam świeży ręcznik. I tonę dezodorantu, dodała
w myślach.
Eeee, nie trzeba, po co tyle kłopotu, zaprotestował Sławek. Ale zaraz został pociągnięty
przez Olę do łazienki.
Oprócz ręcznika kąpielowego Ola dała mu również ojcowski, nieco rozciągnięty T-shirt.
c.d.n.
Taki tekst wykrzyczała do swej matki Oluchna kilka miesięcy przed maturą.
Ewa, mama Oluchny, popatrzyła na nią zimnym wzrokiem - "no to co, zdasz
maturę to porozmawiamy o twoich uczuciach. Skup się teraz na maturze, a
kochać go możesz nadal."
Oluchna wybuchnęła histerycznym szlochem. Łkając narzekała, że nikt jej
w tym domu nie rozumie.
Ewa patrzyła na córkę w milczeniu - była przyzwyczajona do takiej reakcji, jej
ukochana córeczka od maleńkiego wybuchała takim rozpaczliwym szlochem
ilekroć coś szło nie po jej myśli. Najlepiej było taki wybuch żałości spokojnie
przeczekać, a potem z dziecięciem porozmawiać. Długo łudziła się, że mała
z tego wyrośnie, ale choć "mała" osiągnęła 175 cm wzrostu, z histerycznego
płaczu nie wyrosła.
Obiektem uczuć Oluchny był nieznany Ewie osobnik płci męskiej, uczeń szkoły
sportowej.Oluchna opowiadała wciąż jaki zdolny z niego koszykarz, co przy
niemal 2 metrach wzrostu było chyba, zdaniem Ewy, dość normalne.
Oluchna wciąż biegała na wszystkie mecze,w których grał obiekt jej uwielbienia.
Gdy "geniusz koszykówki" miał jakiś mecz wyjazdowy, rodzice stanowczo
sprzeciwili się, by córka pojechała w ślad za nim.
Oczywiście był płacz, wrzaski, że przecież już ukończyła 18 lat i jest pełnoletnia,
że niewiele mogą jej zabronić, ale w końcu przebolała zakaz.
Dziś Oluchna powiedziała Ewie, że nawet nie jest pewna czy zdawanie przez
nią matury ma jakikolwiek sens, bo ona chce wyjść za mąż za Sławka (wreszcie
padło imię idola), od razu mieć dzieci i wcale nie zamierza iść na studia, to po co
jej matura???
Ewę nieco przytkało, gdy usłyszała taką wiadomość - czuła jak jej serce zaczyna bić przyspieszonym rytmem, a krew uderza do głowy. Zachowując nieco nienaturalny
spokój podeszła do zlewu, puściła silny strumień zimnej wody i podstawiła pod niego
oba nadgarstki. Pomału wracała do równowagi. Przez tę smarkulę dostanę chyba
zawału - pomyślała.
Gdy Oluchna wreszcie przestała łkać, Ewa postanowiła przepytać ją o owego Sławka.
Okazało się, że Sławek orłem w szkole nie jest, przynajmniej jeśli idzie o program
ogólny. Jest od Oli dwa lata starszy, bo miał potknięcia- dogłębnie studiował wiedzę,
powtarzał ostatnią klasę podstawówki oraz przedostatnią klasę liceum- maturę miał
robić za rok i właśnie się zastanawiał, czy to mu się opłaca, skoro chce się zająć
tylko i wyłącznie sportem.
Wszystkie te wiadomości jeszcze bardziej zaniepokoiły Ewę . Zastanawiała się gdzie
popełniła błąd wychowawczy, że nagle jej dziecko doszczętnie zgłupiało. Ola była
jak dotąd bardzo dobrą uczennicą, każdy rok liceum kończyła świadectwem
z czerwonym paskiem. Nie szalała na "imprezach" urządzanych przez klasowe
koleżanki, bo raz dostała do wypicia "coś", co w krótkim czasie wywołało torsje i
Oluchna telefonowała do domu, by ją zabrać spod bramy domu koleżanki. Od tej pory
nie brała udziału w tych klasowych imprezach, a Ewa wraz z mężem zastanawiali się
czy mają ten dziwny fakt gdzieś zgłosić. No ale skoro Oluchna nigdy więcej nie brała
udziału w tego rodzaju spotkaniach, sprawa wygasła śmiercią naturalną.
Zbyt dużo czasu wolnego Oluchna nie miała, bowiem chodziła na poza lekcyjne kursy
niemieckiego i na lekcje rysunków. Nie była jeszcze zdecydowana czy ma startować
na ASP czy na filologię angielską albo na lingwistykę stosowaną.
Perspektywa studiów na ASP najmniej się podobała rodzicom Oli, bo nie da się ukryć,
że Oluchna nie była wybitnie utalentowana, ale Ewa uważała, że jak na współczesne
wypociny malarzy to "dzieła" Oluchny prezentowały się chyba dobrze, przynajmniej
bez trudu można było rozpoznać co jest namalowane a i kolory nie powodowały
nagłego szczękościsku ani ślepoty. Co do pozostałych kierunków to nie miała żadnych
zastrzeżeń. Jej zdaniem kobieta powinna mieć taki zawód, by mogła go wykonywać
bez problemu na pół etatu, lub nie wychodząc z domu, gdy już zostanie matką.
Tego wieczoru Ewa postanowiła porozmawiac z córką poważnie- nie ma co chować
głowy w piasek, trzeba się z problemem zmierzyć.
Była bardzo ciekawa, gdzie to Oluchna poznała Sławka - okazało się, że był on kuzynem
jednej z kursantek języka niemieckiego, który przyszedł do niej, by ta napisała mu
pracę domową z niemieckiego. Bo tak naprawdę to Sławek rozumiał tylko kilka słów
z tego języka, głównie tych poznanych z seriali filmowych.
Oluchna nagle poczuła powołanie do nauczania - zaczęła z takim zapałem przekonywać
Sławka o tym, jaki ten jężyk jest prosty do nauczenia się, że ten poprosił, by Ola mu
pomagała w zgłębianiu jego tajemnic. Przy okazji zaprosił Oluchnę by obejrzała go
w akcji. Po każdym trafieniu do kosza odwracał się do niej i wykrzykiwał- "dla ciebie"!.
Pomaganie Sławkowi w niemieckim polegało głównie na odrabianiu za niego prac
domowych a geniusz koszykówki robił błędy nawet w przepisywaniu do zeszytu tego,
co mu napisała Ola.
Miał za to wyrazne zacięcie do zgłębiania anatomii ciała kobiety. Ola, która została
w domu dobrze wyszkolona w dziedzinie antykoncepcji, udała się do ginekologa, który
zapisał jej odpowiednie tabletki, oraz antykoncepję miejscową, tłumacząc, że teraz,
w dobie tylu zakażeń, jest to ochrona jej zdrowia oraz poradził, by nie mówiła nic
chłopakowi o tym, że bierze tabletki.
Słuchając tego wszystkiego Ewa pogratulowała sama sobie, że dostatecznie wcześnie
uświadomiła córkę i że nauka nie poszła w las. Poza tym czuła wewnętrzną potrzebę by
podziękować owemu lekarzowi za rady udzielone córce.
Ewa poprosiła córkę, by zaprosiła Sławka na któryś wieczór, zjedzą razem kolację, bo
skoro Oluchna taka zakochana, to przecież trzeba poznać obiekt uczuć córki.
A tymczasem niech Ola pilnie się uczy i niech zda tę maturę, przecież szkoda zmarnować
te cztery lata nauki w liceum.
Co do dalszej kariery, to przecież wiadomo, że najwcześniej są egzaminy na ASP, więc
niech próbuje. A co dalej to się zobaczy.
I oto nadszedł ten wielki moment - po popołudniowym treningu geniusz koszykówki miał
przyjść do Oluchny i jej rodziców na kolację.
Ola pomagała mamie w szykowaniu, pouczając ją, że Sławek dużo je, więc trzeba jeszcze
dołożyć wędlin i sera a poza tym to ona własnoręcznie zrobi dla niego omlet z groszkiem.
Gdy zadzwonił dzwonek do drzwi, mąż Ewy wraz z córką poszedł powitać gościa.
Na progu stał wyraznie nieświeży dryblas , w sportowym dresie, z worem przewieszonym
na lewym ramieniu i prawą ręką wyciągniętą do powitania.
Mąż Ewy odsunął się nieco w tył i zaprosił, by gość wszedł, a nie witał się przez próg.
Młodzian lekko pochylając głowę wszedł do przedpokoju, chwycił krzepko zwisającą rękę
pana domu, potrząsnął nią energicznie i powiedział - " Sławek jestem" a potem puścił
dłoń Wojtka, przyciągnął do siebie Oluchnę i pocałował w czubek głowy.
Oluchna wzięła od niego wór, odwiesiła na wieszak i pociągnęła młodziana do pokoju
mówiąc- "chodz, poznasz moją mamę".
Ewa , gdy tylko Sławek wszedł do pokoju zrobiła minę jakby ją bolały wszystkie zęby,
bowiem wraz ze Sławkiem do pokoju wkroczył niemiły , intensywny zapach potu.
Oluchno, może pan Sławek chciałby się nieco odświeżyć, skoro jest po treningu,
zaprowadz pana do łazienki, zaraz dam świeży ręcznik. I tonę dezodorantu, dodała
w myślach.
Eeee, nie trzeba, po co tyle kłopotu, zaprotestował Sławek. Ale zaraz został pociągnięty
przez Olę do łazienki.
Oprócz ręcznika kąpielowego Ola dała mu również ojcowski, nieco rozciągnięty T-shirt.
c.d.n.
czwartek, 13 marca 2014
Wspominkowo
Po raz pierwszy trafiłam w Tatry w ramach podróży poślubnej. Przedtem bywałam
głównie w Beskidach, poznałam Beskid Żywiecki i Śląski. Nie były to zbyt wymagające
góry, choć się człowiek nachodził przy okazji.
Nie urządzaliśmy wesela z kilku powodów - byliśmy raczej pod kreską finansową, poza
tym oboje nie przepadaliśmy za tego rodzaju rozrywką, po trzecie - miałam żałobę.
Pewnej sierpniowej soboty odbyliśmy maraton ślubny - przed południem ślub cywilny,
póżnym popołudniem ślub kościelny, jako rekompensata dla rodziny za brak wesela,
wieczorem wyjazd do Zakopanego.
Dlaczego akurat Zakopane? Bo mój mąż był zapalonym wspinaczem, jezdził w Tatry
od dziecka i wyobrażał sobie, że z każdego można zrobić taternika- wspinacza.
A więc wyruszyliśmy nocnym pociągiem do Zakopanego - dotarliśmy o wielce podłej
godzinie, czyli około szóstej rano. W Warszawie poprzedniego dnia był piekielny upał,
tu o szóstej rano trzęsłam się z zimna, telepiąc się w dorożce, która powiozła nas na
Bystre.
Mój drogi mąż wynajął nam kwaterę u znajomej góralki, u której zawsze mieszkał
ze swymi kolegami. Im zupełnie nie przeszkadzał kompletny brak wygód, np. brak
łazienki z ciepłą wodą, WC w postaci szafy drewnianej również nie.
Mnie zupełnie zatkało ze zdziwienia - jak można żyć w takich warunkach?
Ale byłam tak zmęczona, że padłam na łózko odkładając myślenie na potem.
Po dobie pobytu dotarło jakoś do zwojów mózgowych mego ślubnego, że pomiędzy
pobytem z kumplami a z żoną jest jednak zasadnicza różnica - oni nie marudzili,
rano bez oporów lecieli pod pompę stojącą na podwórku, tak samo po powrocie z gór.
Im wystarczał do szczęścia kubek ciepłej wody do mycia zębów, bo w trakcie pobytu
nawet się nie golili.
A tu nagle okazało się, że za żadne skarby nie pójdę w majtkach i staniku pod pompę
na podwórzu a do mycia potrzeba mi mnóstwo ciepłej wody - no masakra, jednym
słowem. Na domiar złego wymagałam by się golił codziennie, jak w Warszawie.
Ale nie to było najgorsze - znacznie gorszy był fakt, że po przebytym rok wcześniej
WZW B, rozszalały się moje biedne wnętrzności. Nie wytrzymały kuchni naszej miłej
gospodyni, której obiady obfitowały w dania tłuste i raczej bardzo ciężko strawne.
Dzięki pomocy pana farmaceuty z pobliskiej apteki, po 3 dniach opanowałam z grubsza
sytuację, choć doskonale wiedziałam w którym miejscu mam narząd zwany wątrobą.
Młody żonkoś był zszokowany-nigdy nie miał do czynienia z tak chorowitą dziewczyną!
Wreszcie udało mu się wyprowadzić mnie w góry-oczywiście w ramach treningu
(dla mnie) poczłapałam Boczaniem i Upłazem na Halę Gąsienicową, gdzie w schronisku
mój mąż pochłonął w 3 minuty talerz owsianki, a mnie już sam jej widok wystarczył bym
czuła się najedzona.
Potem powędrowaliśmy nad Czarny Staw, a ja wysłuchałam wykładu na temat otaczającej
nas panoramy, musiałam szybciutko wykuć na pamięć nazwy okolicznych szczytów.
Przy okazji dowiedziałam się, gdzie pójdziemy następnego dnia - padło na Granaty, nawet obejrzałam kawałek szlaku.
Następnego dnia zostałam zerwana bladym świtem i znów musiałam pokonać drogę
na Halę Gąsienicową, bo tam mieliśmy zjeść śniadanie i wyruszyć dalej. Nie będę Was
zanudzac szczegółami, w każdym razie przedreptałam wszystkie trzy Granaty i po
piargach zczłapałam się w dół. Określenie "zczłapałam" jest najwłaściwsze bo bardzo
deprymował mnie fakt niestabilnego podłoża, co bardzo śmieszyło mego męża.
Na Gąsienicowej ograniczyłam obiad do wypicia wody, na Bystre dotarłam w charakterze
zombi. Padłam na łóżko, dostałam dreszczy i dość wysokiej temperatury, 38,5. Mąż był
przerażony - ja nie miałam siły nawet usiąść ani cokolwiek przełknąć, on właśnie po tym
spacerze zjadłby konia z kopytami i zaraz pognał gdzieś na tańce i na piwko.
Ja - zwyczajnie zdychałam ze zmęczenia. A przecież niczego nie dzwigałam, to on niósł
plecak, nigdzie nie musiałam się wspinać, bo to trasa turystyczna była.
Wszystkie dziewczyny, z którymi przedtem chadzał po górach nie padały jak muchy po
wycieczce, a poza tym bez trudu dzwigały 20 kg plecak na grzbiecie.
No cóż kiepsko trafił - od dziecka chorowałam "na okrągło", raz otarłam się o śmierć,
poza tym nabawiłam się w szkółce baletowej kontuzji kolana, które bolało mnie stale-
raz mniej, raz więcej.
Już w czasie tego pobytu mąż uświadomił sobie, że nie pochodzi za mną na jednej linie.
Przy okazji uświadomiłam go, co myślę o tych, co się wspinają -właściwie stanął przed
wyborem- albo my, albo wspinaczka. Nie wiem czemu, ale wybrał "my".
Po trzech dniach wypoczynku zaliczyłam przejście przez Zawrat do Morskiego Oka.
Napędziłam mężowi strachu, bo zachwiało mnie na wąskiej ścieżce wydeptanej w śniegu-
po obu stronach nic nie było, oprócz zjazdu w dół po śniegu. Wracaliśmy już inną drogą.
Ukoronowaniem pobytu miała być wycieczka na Świnicę. Już gdy pochyliłam się
nad Zmarzłym Stawem, wiedziałam,że coś jest zle ze mną - zadżgało mnie w okolicy
pęcherzyka żółciowego, ale ze strachu już nic nie powiedziałam. Pokonałam drogę
cały czas czując narastający ból - gdy byłam 5 metrów od szczytu- wysiadłam. Nie byłam
w stanie się ruszyć. Posiedziałam z godzinę pod szczytem i ruszyliśmy na Kasprowy.
Szłam, a raczej wlokłam się straszliwie długo. Na szczęście udało się nam zabrać kolejką
w dół. Potem już tylko przeczłap z Kuznic na Bystre. Rano udałam się do lekarza -
dostałam dziki ochrzan, za łażenie po górach po tak ciężkiej chorobie jak WZW typu B.
Od tego pierwszego pobytu co rok jezdziłam w Tatry - tylko dwa razy bylismy nad moim
ukochanym Bałtykiem a i to tylko z uwagi na to, że wymagał tego mój stan zdrowia.
Potem zawsze dzieliliśmy urlop - 2 tygodnie zimą, dwa latem.
To właśnie w górach po raz pierwszy poczułam pierwsze ruchy swego dziecka. Był
piękny marcowy, słoneczny dzień, ja siedziałam na tarasie wpatrując się w Giewont, mąż
szalał na nartach.
Potem było trochę przerwy, bo dziecię było zbyt małe na Zakopane. Pierwszy raz
pojechaliśmy z nią gdy miała już 3 lata. Z nią przeważnie jezdziliśmy zimą , latem po raz
pierwszy gdy już miała 10 lat.
Tęsknię trochę za Tatrami- dawno już nie byliśmy - i chyba już nie będziemy. Nie ta
kondycja, nie to zdrowie. A szkoda.
Ale pozostały przecież wspomnienia- nikt mi ich nie odbierze, zostaną na zawsze ze mną.
Subskrybuj:
Posty (Atom)