piątek, 24 października 2014

A pamiętasz???

Od kilku dni tłukła mi się po głowie stara jak świat melodia, ale żeby było śmieszniej
towarzyszyły jej słowa:
"...w Ameryce powstał dziwny taniec - jazz,
lewa noga  zgina się w kolanie- jazz,
ręka nogę łapie, noga  ucho drapie - jazz boogi, jazz."
Słowa idiotyczne, ale  melodia dobra.
A razem słowa i melodia przywoływały obraz mojego dawno już nieżyjącego kuzyna.
To on zabierał mnie na Jazz Jamboree i na klubowe koncerty.
Pomyślałam, że może moja przyjaciółka ma jeszcze stare analogowe płyty i pamięta
tę melodię. W końcu  jesteśmy z tego samego rocznika a na dodatek jej niedoszły mąż
grał w jakiejś kapeli i razem z kapelą umknął tuż przed ślubem do Szwecji.
Niewiele myśląc chwyciłam za telefon, wybrałam  jej  numer i tuż po usłyszeniu jej głosu zaśpiewałam prześladującą mnie melodię.
O rany, porąbało Cię - zdiagnozowała mój stan umysłu Lutka. I strasznie chrypisz.
No cóż, Adą Sari nigdy nie byłam, fakt.
Niestety Lutka już nie miała ani jednej starej płyty. Z okazji zmiany mieszkania pozbyła
się wielu staroci. Właściwie to nawet trudno powiedziec, że to ona się pozbyła  ponieważ
to jej mąż pakował do pudeł zawartośc szaf i wiele rzeczy wyekspediował na śmietnik.
Tym sposobem przepadły płyty, zdekompletowany serwis z miśnieńskiej porcelany, (brakło
jednej filiżanki i cukierniczki) nieduże lustro w porcelanowej ramie ozdobionej amorkami i bukiecikami kwiatów, stare, jeszcze przedwojenne pocztówki, podręczniki z zakresu sztuki jubilerskiej, wzorniki, przeróżne narzędzia jubilerskie po tatusiu i wiele przeróżnych
"durnostojek", która Lutka latami zbierała. Lutka starannie ukrywała przede mną te straty,
bo były  wśród  nich i "durnostojki", które jej przywoziłam z każdego  zagranicznego  lub
krajowego wyjazdu. Miałyśmy zwyczaj obdarowywania się drobiazgami - czasem była to
jakaś zabawna figurka, czasem malutki obrazek, innym znów razem jakiś  biżuteryjny
drobiazg.
Właściwie to nie powinnam się dziwic, że śpiewasz ten stary "kawałek" - powiedziała
Lutka.  A pamiętasz jak tańczyłaś boso w Bazyliszku a potem na bosaka wracałaś ze
Starego Miasta na Mokotów?  Zawsze byłaś zwariowana. Najlepiej wyglądałaś tańcząc
tango i trzymając w ręce swe szpilki. Te szpilki na tle garnituru Janusza wyglądały
bajecznie, wręcz dekoracyjnie.
No tak,  to prawda. Od tamtej pory  jeszcze tylko jeden raz wybrałam się w szpilkach
na bose stopy. I też wracałam do domu boso, tyle tylko, że nie z tańców a z.....basenu na
Agrykoli. Bo były to czasy, gdy calutki dzień dreptałam na szpilkach. Dziś to nie mam
pojęcia jak ja to wytrzymywałam.
Pośmiałyśmy się trochę z tamtej mojej przygody a wtedy przypomniałam sobie, że ona też
miała na Starówce śmieszną wpadkę.
Lutka, a pamiętasz jak nam odbiło i zaprosiłyśmy chłopaków do Fukiera z okazji Dnia
Kobiet? Tańców co prawda nie było, ale pewna blondynka po kolejnej lampce wina
stała się duszą towarzystwa i stojąc na  ławie piała jakąś  "ogniskową" piosenkę. Chłopcy
bali się, że zlecisz z tej ławy i na siłę usiłowali cię posadzic za stołem a ty się na nich
obraziłaś i wyniosłaś się z winiarni. Potem wszyscy cię szukaliśmy, a ty złapałaś taxi i
pojechałaś do  domu. Napędziłaś mi tym zniknięciem strachu. Pamiętasz??? Trzy dni
z Tobą nie rozmawiałam, taka byłam wściekła.
Lutka roześmiała się. Ale wtedy  ci się nie przyznałam co było dalej - taksówkarz zapytał
się mnie ile mam pieniędzy i gdzie mieszkam- odruchowo  wymieniłam stary adres i
facet mi oświadczył, że on do Podkowy Leśnej nie pojedzie, a tylko podwiezie mnie do
WKD. A ja byłam tak przytruta, że nawet nie zareagowałam, wysiadłam grzecznie przy
WKD i dopiero na dworcu uprzytomniłam sobie, że od roku mieszkam u ciotki, w stolicy.
A pamiętasz gdy byłyśmy razem na Targach Poznańskich? -  spytała Lutka.
Byłyśmy przecież ze trzy razy razem, zauważyłam. A o które Ci idzie?
No o te, gdy byłyśmy zaproszone na obiad do restauracji urządzonej w wagonie Warsu.
Nie zapomnę tego obiadu do końca swych dni - zapewniła mnie  Lutka. Wyglądałyśmy
jak dwie ugotowane ryby, pot nam kapał na talerze, bo tam nawet wentylatorów nie było,
a co dopiero klimatyzacji. I pamiętam jak dyskretnie wlałaś swój likier do kawy Ryśka,
a on potem się dziwił, że tak szybko wypiłaś likier. A wiesz, on mi się nawet podobał,
ale był żonaty. Zdziwiłam się - Rysiek był niższy od niej i to sporo. Lutka zawsze miała
kłopot ze znalezieniem chłopaka wyższego od siebie. Lutka miała 175 na bosaka i
w tamtych czasach zaliczała się do wysokich dziewczyn. Bardzo nad tym faktem bolała.
Ale pewnego dnia Lutka stanęła obok Ani German i pocieszyła się, że Ania jest jednak
od niej wyższa.
A tamten pobyt na targach niezle mi zapadł w pamięci - upał był nieziemski, a ja byłam
w czarnej garsonce i na wysokich szpilkach, więc do tego  miałam na sobie rajstopy.
Na domiar złego pod żakietem nie miałam  żadnej bluzki. I gdybym nie poszła na ten obiad,
to jeszcze jakoś bym to wszystko przeżyła - w pawilonie, w którym "urzędowałam" był
zrobiony lekki przeciąg. Przejście około 200 m w tym wściekłym upale a potem siedzenie
w paskudnie nagrzanym wagonie było prawdziwą torturą. Patrzyłam na swego szefa, który
z minuty na minutę robił się coraz bardziej purpurowy i zastanawiałam się, czy aby nie
dostanie wylewu. Wreszcie biedak nie wyrobił i zapytał się nas, czy nie poczujemy się
urażone,  gdy on zdejmie marynarkę. Oczywiście nie czułyśmy się urażone, a szef, który
miał z natury  dobre serce, zauważył, że ja też mogłabym  zdjąc żakiet.
Zrobiłam smutną minę i poinformowałam szefa, że nie mogę, bo pod spodem jestem "goła".
Ojej, przepraszam, nie wiedziałem - wykrztusił z siebie nieco zmieszany szef. A mili
koledzy zaczęli rżec niczym konie i namolnie wpatrywac się w dekolt mego żakietu.
A ponieważ byłam już zmęczona i w niezbyt dobrym humorze, to powiedziałam kolegom,
że jeżeli tak bardzo interesuje ich mój biustonosz, to mogą iśc do pawilonu z damską
bielizną i sobie obejrzec któryś z egzemplarzy z bliska.
A potem zmieniłam pracę, Lutka też i nie jezdziłyśmy już na Targi Poznańskie.
Doszłyśmy z Lutką do wniosku, że musimy zrobic sobie babski wieczór i to poza domem,
żeby swobodnie powspominac stare czasy, najlepiej te jeszcze przedmałżeńskie.






poniedziałek, 15 września 2014

Z życia, niestety, wzięte

Miałam szczęście, lub nie, że dośc często zmieniałam pracę - nie zawsze mój
wybór był właściwy - czasem wpadałam z deszczu pod rynnę.
I w ten sposób utknęłam w pewnym niedużym  biurze - pracowników umysłowych
było około 175 osób i ze 30 osób pracowników "fizycznych".
Moim przybyciem wywołałam niezłą sensację - obsada była raczej stała, rzadko
trafiał się nowy pracownik, a jeśli już, to raczej absolwent Politechniki, bo firma
miała patronat nad jednym z wydziałów.
Poza tym firma była zlokalizowana poza miastem - a dojazd , w postaci starego,
wysłużonego zakładowego  autokaru nie zawsze się sprawdzał.
W niedługi czas po mnie trafili tu również dwaj młodzi absolwenci  Politechniki.
Z jednym z nich przypadliśmy sobie do gustu - chłopak w niczym nie przypominał
typowego absolwenta Politechniki - był bardzo oczytany, można było  z nim
porozmawiac na każdy temat, miał wspaniałe poczucie  humoru, a na dodatek
wspaniale opowiadał dowcipy i miał ich niesamowity repertuar.
Nie da się ukryc, że uroda nie była jego mocną stroną, przynajmniej w moim
odczuciu. Po prostu nie przepadałam za brodaczami, których barwa włosów
brody i głowy była tabaczkowego koloru. No ale intelektualnie chłopak  był
w porządku.
Oboje nie byliśmy zbytnio obłożeni pracą, bo było to miejsce w którym się raczej
było tylko zatrudnionym , a nie za bardzo się pracowało.
Był czas na zjedzenie pierwszego i drugiego śniadania, wypicia razem kawy no
i czas na pogaduchy. Bardzo dziwił go fakt, że jestem od niego młodsza a już
jestem mężatką. Druga sprawa, która go wiecznie dziwiła, to fakt, że właściwie
możemy rozmawiac na każdy temat, że nie ma dla mnie tematu tabu, że chociaż
jestem mężatką to nie ma problemu z pójściem razem do kina lub na kawę.
Po jakimś czasie  zaprosiłam go nawet do nas do domu,  a on był zachwycony
moim mężem.
Irek , ilekroc spodobała mu się jakaś panienka z naszego biura, zaraz mi o tym
donosił. To wtedy dowiedziałam się od niego, że każdy młody facet średnio-
przeciętnie co 15 minut myśli o seksie. A u niego na myśleniu się kończyło, bo
nie miał własnego mieszkania , a wynajęty pokój dzielił z kolegą. Do tego nie
był to samodzielny pokój, a tzw. "pokój przy rodzinie"- a konkretnie pokój
wynajmowała pewna nobliwa starsza pani, która na wstępie zapowiedziała
chłopakom, że:  "żadnych dziewczyn i picia nie może tu byc". No i nie było.
Irek, podobnie jak my, oczekiwał na  mieszkanie spółdzielcze a jego spółdzielnia,
podobnie jak nasza, miała poślizg w oddawaniu mieszkań.
Co do dziewczyn - zauważyłam, że lubi ładne dziewczyny, jednak niekoniecznie
tryskające intelektem. Irek mi tłumaczył, że lepiej gdy dziewczyna jest tylko
ładna. Wg niego mężczyzna, by utrzymac przy sobie kobietę, powinien jej wciaż
 imponowac swą wiedzą, a to jest niestety bardzo męczące.
Przy okazji się dowiedziałam, że on właściwie współczuje mojemu mężowi, bo
należę do trudnych partnerek i przy mnie nie za bardzo można sobie  wiedzę
odpuścic. I dlatego on szuka mniej wymagającej dziewczyny.
Po pewnym czasie odeszłam stamtąd, ale czasami spotykaliśmy się na mieście.
Na jednym ze spotkań powiedział mi, że właśnie spotkał odpowiednią pannę-
panienka po maturze, ładna, zgrabna, zadbana, rodem  z Poznania.
Okna mogą byc przy niej szeroko otwarte, nie ma strachu, nie odleci. Poza tym
mamusia panienki jest Irkiem zachwycona. Na koniec przyznał się, że owa
panienka najpozniej za klika miesięcy dostanie mieszkanie.
Pod koniec listopada dostaliśmy zaproszenie na ślub i wesele. Odmówiłam
udziału w weselu, ale obiecałam , że na ślubie będę, chociaż nie przepadam
za takimi  uroczystościami. Ale Irek uparł się, by mi przedstawic  swą przyszłą
żonę, więc jeszcze przed ślubem spotkaliśmy się z nimi na kawie w...Bazyliszku.
Marywka była rzeczywiście ładną dziewczyną - wszystko co na sobie miała było
super modne , a w mini wyglądała świetnie. Makijaż , manicure , uczesanie-
wszystko wprost z  żurnala. "Zjadły" mnie jej upierścienione palce- dobrze, że
na kciukach nie miała  pierścionków. Poinformowała mnie, że trzy pierścionki
ma takie jak Barbara Streisand. Akurat przełykałam kawałek ciastka i mało
się nie zadławiłam - ale nie z zazdrości. Przez dwie godziny wysłuchiwałam
relacji o tym, jaką będzie miała sukienkę  na cywilnym - z tego co pokazywała
wywnioskowałam , że ja to noszę zimą tej długości swetry. Gdy wymieniła
 ilośc materiału, z którego szyto jej suknię do kościelnego, byłam bliska ataku
śmiechu. Powiedziałam tylko, że ja to miałam do ślubu  biały kostium, bo jako
osoba niewielkiego wzrostu nie widziałam siebie w  sukni.
No cóż - widziałam oba śluby . Sukienka Marywki na cywilnym była w kolorze
morskim i była długości dzisiejszych tuniczek, noszonych do legginsów.
Suknia na kościelnym była typu "biała beza", połączenie białego atłasu z szyfonem,
gipiurą i srebrnym haftem, kompletu dopełniał tren niesiony przez jakieś małolaty,
oraz wielce romantycznie upięty długi welon.
Na jakiś czas straciłam z oczu Irka - zresztą  wreszcie  otrzymaliśmy mieszkanie,
więc siłą rzeczy zmienił mi się nr telefonu.
Po kilku latach, gdy szłam ulicą, nagle ktoś chwycił mnie z tyłu za ramię - to był Irek.
Wyglądał bardzo kiepsko. Pomyślałam, że pewnie niedawno poważnie chorował - był
bardzo chudy, blady i jakiś taki mocno zgarbiony.
Buzka, niedzwiedz  i weszliśmy do pierwszej napotkanej kawiarni.
No to opowiadaj, co u  ciebie - zagaiłam zachęcająco.
Irek zaciągnął się papierochem i chwilę palił w milczeniu. Potem wyciągnął z portfela
zdjęcie  ładnego bobasa - to moja córeńka. Jedyny jasny punkt mojego życia.
Bo reszta to sama ciemnośc. Ciemnośc??? zapytałam zdziwiona.
Irek popatrzył na mnie i powiedział - jestem udupiony - mam żonę idiotkę , do tego
wprowadziła się do nas teściowa, bo Marywka poszła do pracy.A na domiar złego,
to ja, chyba w pijanym widzie, gdy dostałem mieszkanie, to nasze dwie M3
zamieniłem na M5. Powiedz mi, dlaczego ja nie wierzyłem ci, gdy mi tłumaczyłaś,
że małżeństwo musi byc na tym samym poziomie intelektualnym???
Dlaczego cię nie posłuchałem??? A w ogóle, skąd wiedziałaś, że musi by taki sam
poziom intelektualny??? Kocham swoją córeczkę, ma dwa lata, jest cudowna, ale
dostaję skrętu kiszek gdy słyszę co mówi Marywka,  czym się interesuje, o czym
paple z przyjaciółkami. To jest koszmar, wierz mi.
Wiesz, o tym  równym poziomie  to mi powiedziała moja babcia, bardzo mądra
kobieta - powiedziałam cichutko.
A ja ci tylko raz powiedziałam, że uroda szybko mija a głupota pozostaje na zawsze.
A zresztą- czy wtedy  byś mnie posłuchał?
Gdy następnym razem spotkałam się z Irkiem był po rozwodzie - córeczka była
już w ostatniej klasie licealnej.
A potem Irek wyemigrował. Teraz mieszka w Kanadzie.



czwartek, 11 września 2014

Rozsądek czy głupota- cz.III

Czas płynął, wszystko wokół się zmieniało, coraz więcej osób podróżowało w celach
handlowych,  rynek się nasycił importowaną elektroniką, powstały prywatne firmy
komputerowe, montujące całkiem dobre komputery  na importowanych podzespołach.
Heńka z "Nowym" przestali wyjeżdżac. Powodziło im się świetnie, zarobili legalnie
na dwa domy jednorodzinne i teraz "odcinali kupony".
"Nowy" wprowadził domową politykę rozdzielności majątkowej - każde z nich miało
własne  pieniądze, własne konto,własny dom.
I nagle okazało się, że właściwie nie łączy ich nic poza miłością do pieniędzy i prawdziwe
skąpstwo. W kupowaniu wszystkiego okazjonalnie i najtaniej "Nowy" stał się mistrzem.
Jeden z domów był kupiony naprawdę tanio, gdy usłyszałam cenę zakupu, to myślałam,
że zmyślają. Nie zmyślali, a gdy tam pojechałam to zrozumiałam skąd taka cena - dom
był szeregowcem, projekt był mocno nieszczególny, by z living roomu dostac się do
sypialni należało pokonac wąskie kręte, niewygodne schody, bo z parteru trzeba było
dostac się na poddasze. Był nawet  garaż na poziomie piwnicy, ale - wjechanie do niego
już było niezłą gimnastyką - nie dośc, że zjazd był piekielnie stromy to trzeba było składac
lusterka boczne. Każdy wjazd do garażu napełniał cały dom smrodem spalin, a wyjazd
zimą z garażu to był super problem -trzeba było to zrobic tyłem i na sporym gazie i
wypadało się jak z procy na uliczkę. Heńka przezornie  parkowała przed domem, co mnie
wcale nie dziwiło. Oprócz tych mankamentów dom  stał niemal w szczerym polu, za to
w niezbyt dużej odległości od miejscowej oczyszczalni ścieków i bywały dni, gdy dom
owiewały paskudne wonie. Po dwóch latach mieszkania w tym domu zakupili drugi -
też daleko od miasta, też średnio udany projekt (tego samego człowieka co pierwszy dom),
no ale chociaż daleko od smrodów oczyszczalni. Ten drugi też miał okazjonalną cenę,
prawie 400m powierzchni użytkowej, dwa garaże,ogromny ogród i był zupełnie nieocieplony.
Tę jego ostatnią cechę odkryli pierwszej zimy, gdy kaloryfery parzyły a  w domu było
lodowato.
Heńka bawiła się w panią domu, czyli sadziła  iglaki, siała byliny. "Nowy" znikał z domu
najczęściej około 10,00 rano nie zapodając kierunku, wracał popołudniu. Na pytanie:
" gdzie ty kochanie tak codziennie jezdzisz?" dał odpowiedz: " tam gdzie mam ochotę a
poza tym nie jestem psem łańcuchowym żebym siedział w domu."
Heńka miała w tym okresie sporo zmartwien - w dośc krótkim czasie straciła oboje
rodziców.Wpierw umarł ojciec, w kilka lat pózniej matka. Śmierc matki Heńka bardzo
mocno  odczuła. Przez blisko rok wciąż rozpaczała, niemal codziennie latała na grób
rodziców.
A "Nowy" nadal znikał nie wiadomo gdzie. Heńka zaczęła wieczorami, gdy "Nowy"
koczował przed telewizorem, schodzic do garażu i  spisywac stan licznika jego wozu.
W krótkim czasie okazało się, że "Nowy" codziennie przejeżdżał około 250 km.
Heńka postanowiła, że najmądrzej będzie skończyc wspólne życie. Poszukała kupca
na szeregowiec, tłumacząc "Nowemu", że skoro trafia się kupiec to trzeba się tego
niezbyt udanego domu pozbyc.
Gdy już dom był sprzedany, zapytała się grzecznie dokąd on tak codziennie jezdzi -
w odpowiedzi usłyszała, że to nie jej sprawa, a gdy nalegała na odpowiedz- wywiązała
się niezła awantura i okazało się, że "Nowy" trenuje damski boks.
Heńka niewiele myśląc zadzwoniła po policję - przyjechali, pogrozili "Nowemu",
spisali protokół. A Heńka przez kilka dni chodziła z siniakiem na twarzy.
Usiłowała namówic "Nowego" na sprzedaż tego domu i na rozwód. Ilekroc  trafiał się
ktoś chętny na kupno tego domu, "Nowy" windował cenę i nie schodził z niej ani o
dolara.
Najzabawniejsze, że jedno i drugie chce w tym domu zostac, bo podobno dobrze się
w nim mieszka.
Heńka proponuje "Nowemu", by się wyprowadził, a ona go spłaci,  to samo "Nowy"
proponuje Heńce. Z tym ,że Heńka nie ma do "Nowego" za grosz zaufania - widziała
 jak "nowy" oszukał w interesach swego kolegę. Oszukał wieloletniego kolegę, to może
również ją oszukac.
Patrzec na siebie nie mogą, ale trzyma ich te wspólne 360m kwadratowych i wzajemny
brak zaufania.
Ostatnio, gdy Heńka wylewała do mnie swe żale, powiedziałam,że ja tej sytuacji nie mogę
pojąc - jak można mieszkac z kimś, kogo nie tylko się nie kocha, ale na sam widok męczy
człowieka zgaga? Bo ja to zwyczajnie wyprowadziłabym się dawno - Heńka na to orzekła,
że nie tylko jestem głupia ale i rozrzutna.
Od zeszłego roku były mąż Heńki namawia ją, by zamieszkali razem - w końcu oboje już
są po sześcdziesiątce, jeszcze trochę a Marek przejdzie na emeryturę, więc mogli by
razem zamieszkac.
Ale Heńka twierdzi, że nigdy w życiu z Markiem  się nie zejdzie, bo  on wcale się nie
zmienił - zero inicjatywy. A przyjaznic może się z nim na odległośc, tak jak przez te
wszystkie lata po rozwodzie.
A ja co kilka dni wysłuchuję jaki ten "Nowy" jest wredny i jak to ona nie ma szczęścia w
życiu .
I gdyby nie fakt, że wiele lat temu Heńka bardzo mi pomogła i poratowała w trudnej dla
mnie sytuacji, już dawno poprosiłabym by zapomniała  numer mego telefonu.
Ona ma chyba rację, pewnie jednak głupia jestem.


wtorek, 9 września 2014

Rozsądek czy głupota? cz. II

Heńka nagle odkryła, że zupełnie nie interesuje jej praca, którą wykonuje. Na domiar
złego dyrekcja chciała powierzyc jej stanowisko kierownika działu, w którym dotąd
pracowała. Heńka czym prędzej rozchorowała się - z tym to nie miała żadnych problemów.
Wystarczyło by poszła do  zakładowego lekarza, otworzyła buzię, powiedziała; "aaa,eee"
i dziewięc dni zwolnienia lekarskiego było od ręki. Bo Heńka miała wiecznie problemy
z gardłem. Mimo leczenia mieszaniną antybiotyków i sulfonamidów w jej  gardle wciąż
wracały tajemnicze, białe lub żółtawe naloty, a śluzówka była wiecznie w stanie zapalnym.
Jakimś dziwnym cudem  żaden lekarz nie wpadł na pomysł zlecenia antybiogramu.
Heńka naprawdę  miała już dośc tych nawracających dolegliwości, nie mniej czasami były
one wielce przydatne.
Tym razem Heńka chorowała miesiąc i w tym czasie entuzjazm dyrekcji w kwestii
nominowania jej na stanowisko kierownika działu rozpłynął się całkowicie.
Stanowisko kierownika działu objął nowy pracownik, kolega naczelnego jeszcze ze szkoły.
"Nowy" wdzięczył się do wszystkich pań w dziale, "całował rączki", prawił komplementy
i wyraznie Heńka wpadła mu w oko.Ciągle wzywał ją do swego gabinetu i szybko od
spraw służbowych przechodził do snucia opowieści - głównie o tym, że praca którą teraz
wykonuje potrzebna mu jest głównie po to, by mógł "robic biznesy". Owe biznesy, które
wg niego przynosiły spore i do tego nieopodatkowane pieniądze polegały na handlu -
wszak  w Polsce były  towary, które miały wzięcie np. w ówczesnym ZSRR, poza tym
krążąc służbowo pomiędzy  krajami RWPG stawał się specyficzną centralą handlu
zagranicznego. Wystarczyło zawiezc do Kraju Rad dżinsy zakupione w Pewexie -oczywiście
nie wolno było tego robic, ale wiecie -Polak potrafi- żaden problem wcisnąc na siebie
dwie pary dżinsów a spodnie  od garnituru schowac do walizki.
Poza tym wraz ze znajomymi wyjeżdżał do Tajlandii i Indii gdzie wszyscy kupowali
bawełniane kolorowe ciuchy, które potem ze świetnym przebiciem sprzedawano w Polsce
hurtowo. Jak mawiał "Nowy" było to połączenie przyjemnego z pożytecznym - przyjemne
było poznawanie nowych krajów, pożyteczną zaś stroną zarabianie na tym - wszyscy mieli
nie tylko zwrot kosztów wycieczki ale i zarabiali na następną wyprawę i na zakupy.
Heńka, chociaż  "Nowy" zupełnie nie robił na niej wrażenie jako mężczyzna, podziwiała
jego inwencję i zaradnośc -był przeciwieństwem Marka pod każdym względem.
Zupełnie nie był urodziwy, starszy od Heńki o dobre kilkanaście lat, jej wzrostu, lekko już
łysiejący, z tendencją do tycia. No, taki sobie, ale jaki zaradny, myślała Heńka.
Po kilku miesiącach "Nowy" zaproponował Heńce wspólny, grupowy wyjazd do Indii.
Heńka promieniała - z dziką ochotą załatwiała paszport, zorganizowała pieniądze (tzn.
pożyczyła je od własnej matki i jednej z kuzynek), w pracy wyżebrała 2 miesiące urlopu
bezpłatnego zasłaniając się złym zdrowiem dziecka i koniecznością wyjazdu z latoroślą
na długi pobyt nad morzem. W czasie jej nieobecności dziecko miało przebywac u Marka,
któremu Heńka zostawiła swój samochód.
Indie - brudno, gorąco, higiena rzecz nieznana. Ponieważ wszyscy uczestnicy wycieczki
starali się minimalizowac koszty pobytu, najporządniejszym noclegiem był nocleg
w hostelu - nie wiem czy indyjskie hostele miały jakieś gwiazdki, ale gdyby miały, to ten
hostel byłby z całą pewnością bez kawałka gwiazdki.
Ale Heńka i tak była niemal zachwycona - wróciła wprawdzie z jakimś tajemniczym
zapaleniem spojówek (które ciągnęło się jeszcze przez kilka miesięcy) i ostrym nieżytem
żołądka, ale jednocześnie złapała bakcyla  podróżowania i  handlowania.
Bez trudu spłaciła zaciągnięty dług i jeszcze zarobiła na następną eskapadę.
Częśc osób jeszcze zapewne pamięta, że kiedyś nikt nie trzymał paszportu w domu, nawet
gdy był to paszport uprawniający do wielokrotnego przekraczania granicy - za każdym
razem trzeba było w tym celu kontaktowac się z Biurem Paszportów i przedstawiac zgodę
swego pracodawcy na urlop. Wobec takich obstrukcji Heńka zwolniła się z pracy - na
szczęście ówczesny prawodawca nie wymyślił nakazu pracy dla kobiet- mężczyzni mieli
wówczas obowiązek stałego zatrudnienia  do czasu ukończenia 45 roku życia.
"Nowy" natomiast, widząc że tak  świetnie układa się mu współpraca z Heńką, a handel
idzie coraz lepiej, w pół roku pózniej również odszedł z pracy  i zatrudnił się w firmie
swego kolegi. Tu przynajmniej nikt nie robił problemu z udzielania mu bezpłatnych
urlopów.
Heńka i "Nowy" zgodnie  penetrowali gdzie co kupic i gdzie to potem sprzedac by były
najkorzystniejsze zyski. Nie  da się ukryc, że najwięcej handlowali ciuchami damskimi, bo
nie od dziś wiadomo, że kobiety pod każdą szerokością geograficzną chcą byc modnie
ubrane.
W tak zwanym międzyczasie "Nowy" rozszedł się z żoną - w ramach podziału majątku
zostawił  byłej i  dziecku mieszkanie, sobie zaś zostawił stary, zdezelowany samochód.
Właściwie wyszedł z domu z dwiema  chudymi walizkami i perspektywą płacenia
alimentów  aż do chwili ukończenia przez dziecię studiów. W tym względzie miał
jednak łut szczęścia - dziecię przestało studiowac w trakcie drugiego roku studiów i
wstąpiło w związek małżeński, tym samym zwalniając tatusia z płacenia alimentów.
"Nowy" wynajął dla siebie  mieszkanie i wpadł na genialny pomysł, by Heńka wraz z nim
zamieszkała. Ponadto poprosił Heńkę by za niego wyszła. Przecież musiał mu ktoś prac
i prasowac koszule - do dnia otrzymania rozwodu robiła to jego "była".
Co do wspólnego zamieszkania to Heńka nie miała obiekcji, ale drugie małżeństwo nie
leżało w jej planach życiowych. Pranie koszul męskich i ich prasowanie też jej nie
ekscytowało. Była głęboko przekonana, że ona  nie nadaje się do trwałego związku- tak
naprawdę nie kochała "Nowego", była raczej zafascynowana wspólnymi podróżami i
interesami. Praktycznie więcej czasu spędzali w podróżach niż w Polsce.  Heńce bardzo to odpowiadało, zwłaszcza, że konto dolarowe w Banku PeKaO stale rosło, poza tym każde
z nich miało również otwarte konto w Szwajcarii - oczywiście nigdy się z tym nie afiszowali.
Nigdy nie jezdzili do Szwajcarii  docelowo lecz tranzytem i najwyżej raz do roku, by nie
wzbudzac podejrzeń  polskich władz. Po prostu raz do roku "jedyne dobre połączenie" mieli
przez Zurich. Bo każdy paszport po zdaniu do depozytu był bardzo dokładnie przeglądany.
Pomiędzy  wojażami wzięli w końcu ślub, na którym nie było rodziców Heńki.
W ramach handlowych podróży bywali w Turcji, Indiach, Tajlandii. Zrobili turystyczny
wypad do Australii, w której "Nowy" miał dalekiego kuzyna. Przez pół Australii
przejechali  samochodem i tylko raz niegroznie pobłądzili. W efekcie musieli spędzic noc w samochodzie.
W drodze powrotnej "wdepnęli" do Singapuru i to był strzał w dziesiątkę. Rozpoczęli
bardzo opłacalny handel elektroniką, a Singapur był niemal ich drugim domem. Konta im
rosły, państwo dostawało swą dolę w postaci podatków a oni kursowali w tę i z powrotem
na trasie Warszawa- Singapur via Moskwa. To były czasy, gdy należało tylko dobrze
"poczaszkowac", by legalnie zarobic naprawdę duże pieniądze.
Ale pieniądze szczęścia nie dają, jak mówili starzy ludzie.
c.d.n


poniedziałek, 8 września 2014

Rozsądek czy głupota?

Często mam wrażenie, że pomiędzy rozsądkiem i głupotą istnieje bardzo cienka granica,
którą szalenie łatwo jest przekroczyc, nie zdając sobie z tego sprawy.
Ostatnio rozmawiałam z koleżanką, która twierdzi, że ona zawsze, od najwcześniejszych
lat, kierowała się rozsądkiem  a wyszła na tym jak Zabłocki na mydle.
Ale jak to w życiu - nie jesteśmy w próżni i wszystko co nas otacza od chwili pierwszego
samodzielnego oddechu, ma na nas wpływ. Że już nie wspomnę o genach.
Henrietta, powszechnie zwana Heńką, od chwili swego przyjścia na świat była jednym,
wielkim rozczarowaniem swego ojca - w domu była już jedna dziewczynka i teraz pan
i władca oczekiwał narodzin syna. A tu, chyba jemu na przekór, żona powiła drugą
dziewczynkę. Nieważne, że zdrową, ładną i nawet mało płaczliwą - niewłaściwą płec
miała.
Na szczęście  z czasem okazało się, że dziewczynka była zdolna, nie miała w szkole
żadnych problemów z nauką a tzw. nauki ścisłe były jej ulubionymi. Gdy nadszedł
czas wyboru szkoły ponadpodstawowej, tatuś orzekł, że Heńka ma zdobywac wiedzę
w technikum o elektronicznym profilu. Liceum ogólnokształcące to mało praktyczna
szkoła, bo co komu po takich przedmiotach jak historia lub propedeutyka filozofii-
przecież szkoda na to czasu.
Były to czasy, gdy nauka w technikum wcale a wcale nie była lekka, łatwa i miła.
Oprócz przedmiotów ogólnych były również przedmioty techniczne oraz warsztaty.
Lekcje zaczynały się o 8 rano, kończyły póżnym popołudniem. Dniami, w których było
tylko siedem godzin lekcyjnych, były tylko  soboty. To mało,prawda? Równie mało
jak dziewczyn - w klasie, na 40 uczniów były tylko trzy dziewczyny.
Heńka  ukończyła technikum bez problemów i zdała egzamin na Politechnikę.
Tatuś był zadowolony, ale jakoś nie bardzo do niego docierało, że Heńka jest już
pełnoletnia - nadal Heńka musiała mówic dokąd i  z kim idzie oraz wracac do domu
najpózniej o godz.23,00. Siłą rzeczy Heńka nauczyła się pięknie kłamac, byleby tatuś
nie urządzał awantur.
Starsza siostra  Heńki zaraz po liceum wyszła za  mąż i w tym momencie wyszła spod
kurateli apodyktycznego taty. Heńka doszła do wniosku, że jedyny sposób oswobodzenia
się spod opieki taty to wyjście za mąż.
Na swym roku miała w czym wybierac, facetów było mnóstwo. Heńka szukała takiego,
który przede wszystkim zostałby zaakceptowany przez rodziców, a tatusia głównie.
Co do jej wymagań - miał byc inteligentny, w miarę przystojny, nie uganiający  się za
dziewczynami no i  miał ją kochac. Wokół Heńki kręciło się wielu chłopaków. Miała
nienaganną figurę, była wysportowana i dzięki mamie, która umiała szyc, była dobrze
ubrana.
W krótkim czasie zaczęła "oswajac" Marka.  Spełniał wszystkie jej kryteria, poza tym
często pomagał jej w trakcie sesji. Był cichy, spokojny, dobrze wychowany i wyraznie
czuł się wyróżniony jej zainteresowaniem jego osobą.
Heńka zaczęła go przyprowadzac do domu - Marek spodobał się rodzicom. Po niecałym
roku, odpowiednia  polityka Heńki przyniosła oczekiwany rezultat, czyli ślub.
Heńka już wówczas przyznawała sama przed sobą, że nie mdlała z miłości do Marka,
ale w pełni doceniała jego zalety - był taktowny, cichy, spełniał wszystkie jej życzenia.
Bardzo się ucieszył, gdy okazało się, że Heńka jest w ciąży - Heńka wykazywała w tej
materii całkowity brak entuzjazmu - wciąż czekali na mieszkanie i mieszkali tymczasem
w mieszkaniu rodziców Marka, razem z jego  matką. Jedynym zgodnym punktem Heńki
i jej teściowej był brak entuzjazmu co do faktu, że za jakiś czas pojawi się dziecko.
Heńka kazała Markowi iśc do prezesa spółdzielni mieszkaniowej, w której oboje byli
zarejestrowani i dowiedziec się, co zrobic by zamiast dwóch odzielnych mieszkań
otrzymac jedno, ale znacznie szybciej.
Marek spokojnie, lecz stanowczo odmówił, tłumacząc, że on nie ma talentu do załatwiania
takich spraw.
Heńkę z lekka wkopało - ale wyszło na to, że sama będzie musiała to załatwic.
Uzbrojona w świadectwo lekarskie, obie książeczki mieszkaniowe i mnóstwo innych
przydatnych papierków, wybrała się do prezesa. Chyba miała dar przekonywania, bo
w przeciągu kilku dni zamieniła dwie książeczki na jedną, wspólną, oraz załatwiła wpis na
listę osób oczekujących na mieszkanie typu M3 w następnym roku.
Gdy dziecko przyszło na świat Heńka wzięła urlop dziekański. Jeśli ktoś myśli, że brak
miejsc w żłobku jest dzisiejszą bolączką, to bardzo się myli.
Gdy dziecko ukończyło rok, Heńka powróciła na studia, pozostawiając dziecko pod opieką
babc. Babcie się względnie dobrze dogadywały, bo obie były zdania, że Heńka powinna
tkwic przy dziecku i dopiero gdy je odchowa wyruszyc  z powrotem na uczelnię.
Heńka ukończyła studia, podjęła pracę (były to czasy, gdy niektóre wyższe uczelnie miały
podpisane kontrakty z zakładami pracy na zatrudnianie absolwentów) i wylądowała w tym
samym zakładzie przemysłowym co Marek.
Heńka coraz częściej dostrzegała, że jakoś nie układa się jej życie z Markiem - oczywiście
był nadal kochającym mężem, dobrym ojcem, ale jednocześnie był człowiekiem z zerową
inicjatywą. Poproszony o zrobienie czegokolwiek robił to bez sprzeciwu, ale sam nigdy
niczego nie inicjował. Poza tym nie należał do osób towarzyskich, gdy wpadali znajomi
Marek siedział i milczał jak zaklęty, dobrze, że nie wyciągał książki i nie zaczynał przy
nich czytac.Rozmowy z Heńką też były  raczej "służbowe" -odpowiadał na pytania, ale
nigdy nie były to rozmowy "o  niczym", a takie Heńka ceniła najbardziej.
Coraz częściej Heńka dochodziła do wniosku, że zupełnie Marek do niej nie pasuje.
Złościła ją ta jego bezwładnośc, brak wszelkiej inicjatywy. Nawet fakt przeprowadzki do
nowego mieszkania nie wyzwolił w nim  inicjatywy. Marek kupował i robił wszystko
pod dyktando Heńki. W pracy wszyscy Marka lubili i cenili jako fachowca, ale jakoś
nie miało to odzwierciedlenia w zarobkach.
Wszyscy dookoła kręcili się wokół zdobywania większych zarobków- ale nie Marek.
Heńka doszła do wniosku, że dłużej z takim człowiekiem to ona nie wytrzyma pod
jednym dachem. Wygarnęła któregoś pięknego dnia Markowi wszystkie swoje żale i
zaproponowała by jednak się rozstali, bo ona  ma dosyc.
Marek wysłuchał wszystkiego spokojnie, po czym spakował swoje rzeczy i powrócił
do swego rodzinnego domu.
Heńka odetchnęła, ale tylko na  moment - jej ojciec, który bardzo Marka cenił i lubił,
zrobił jej straszliwą awanturę i zabronił jej przychodzic, dopóki nie pogodzi się
z Markiem. Ale Heńka naprawdę miała już dośc Marka i chociaż nadal go ceniła,
podała sprawę do sądu. Bez większych kłopotów otrzymała rozwód.
Heńka nadal utrzymywała z Markiem przyjacielskie stosunki, Marek miał  pełny kontakt
z dzieckiem, każdą niedzielę dziecko spędzało u Marka, Marek jezdził z dzieckiem na
urlopy, święta dziecko spędzało z obojgiem rodziców.
Na co dzień dziecko urzędowało u rodziców Heńki.
c.d.n.





piątek, 29 sierpnia 2014

Dziecko to poważna sprawa

Sue i Tey poznali się na studiach, chyba na drugim roku.
Oboje wybrali kierunek interdyscyplinarny, połączenie socjologii, psychologii i pedagogiki.
Od wielu lat młodzież studiowała niemal samodzielnie, spotkania na uczelni były dwa razy
w miesiącu.
Tey był czarującym chłopakiem - zawsze uprzejmy, uśmiechnięty, chętny do pomocy,
chociaż nieco nieśmiały.
Wpatrywał się od dawna w Sue - zazdrościł otaczającym ją chłopakom ich swobody
podczas rozmowy.
Sue była bardzo piękną dziewczyną. Wysoka, szczupła, miała bardzo ładne, niemal czarne
oczy ocienione długimi rzęsami.Włosy miała długie, ciemno brązowe ze złotymi błyskami,
zawsze starannie związane w luzny warkocz.
Tey z  rozrzewnieniem patrzył na jej wyjątkowe szczupłe nadgarstki - zawsze miał wrażenie,
że gdy Sue wezmie do ręki tablet, jej nadgarstek nie wytrzyma tego obciążenia i się złamie.
Ale wbrew jego obawom nic się złego nie działo z jej nadgarstkami, nawet gdy grała
w siatkówkę.
Tey co prawda wolał grac w koszykówkę, ale ilekroc na przerwach miedzy zajęciami
brac studencka zaczynała grę w siatkówkę i wśród grających była Sue, Tey zawsze się do
gry przyłączał.
Sue zdawała się nie dostrzegac Teya, ale to były tylko pozory. Podobał się jej ten spokojny
chłopak i gdy zajęcia były podzielone na podgrupy zawsze starała się byc z nim w jednej
grupie.
Pewnego razu  prowadzili wywiady z młodzieżą osadzoną w Ośrodkach Wychowawczych.
Oboje byli wstrząśnięci obowiązującym tam reżimem - nie da się ukryc, że było to
właściwie więzienie dla nieletnich.
Po wyjściu z Ośrodka Sue rozpłakała się - rozmowy z tą młodzieżą i wychowawcami  były
bardzo stresujące. Większośc pensjonariuszy była recydywistami, przebywali w Ośrodku
niemal od dzieciństwa. Rekrutowali się głównie z rodzin "niewydolnych wychowawczo".
Sporo było dzieci z rodzin rozbitych lub patologicznych.
Te dzieci są przecież ofiarami swoich rodziców - mówiła z płaczem Sue.
Postanowili, że raport z wizyty w Ośrodku napiszą wspólnie.
Od tej pory coraz częściej pisali wspólne prace i coraz więcej przebywali razem.
Po kilku miesiącach zostali parą. Koledzy i koleżanki na ich widok mówili "o, idą nasze
nierozłączki".
Po studiach wzięli  ślub. Rodzice Teya ufundowali młodym miesiąc miodowy na Hawajach,
chociaż w tym czasie Hawaje pomału wychodziły z mody a ich miejsce zajęła Afryka.
Ale obojgu bardzo się Hawaje podobały, nie siedzieli bezczynnie na plaży lecz zwiedzali
intensywnie wszystko, co było do zwiedzenia.
Po powrocie czekała ich niespodzianka - rodzice Sue wynalezli im nieduży dom niedaleko
campusu.
Dom był ekologiczny, drewniany - miał własną mini oczyszczalnię ścieków, własną energię,
a jego drewniane ściany były  obustronnie obłożone gliną.
Wewnątrz glina była jeszcze pokryta ozdobnymi płytami boazeryjnymi, na zewnątrz
wodoodpornymi deskami. Na dachu były umieszczone panele solarne.
Sue nazywała dom psią budą bo z zewnątrz dom rzeczywiście był mało reprezentacyjny.
Sue zaczęła pracowac w  ośrodku pomocy społecznej, Tey pozostał na uczelni.
Stały kontakt Sue z dziecmi, które sprawiały kłopoty wychowacze, dośc niekorzystnie
wpłynął na nią. Doszła do wniosku, że wszystkiemu winne geny - dzieci wszak
dziedziczyły nie tylko geny swych rodziców,ale również innych członków swej rodziny.
Zaczęła z niepokojem śledzic jakie nieprawidłowości w zachowaniu i jakie choroby
występowały w jej rodzinie oraz rodzinie Teya.
Twierdziła, że dziecko jej i Teya musi byc wolne od złych genów, musi byc idealne.
Oczywiście zgadzała się, że wpływ na psychikę dziecka mają nie tylko geny- otoczenie i
sposób wychowania również, ale geny są najważniejsze.
Postanowiła, że urodzi dziecko tylko wtedy, gdy dostępne badania genetyczne wykluczą
wszystkie znane już obciążenia genetyczne.
Tey, zapatrzony w żonę niczym w obrazek, dał się przekonac do trybu rozrodu
wspomaganego drogą inseminacji  -zarówno jego nasienie jak i jajeczka pobrane od Sue
miały byc przed zapłodnieniem przebadane genetycznie.
Koszty takiego zapłodnienia były wysokie, ale Sue była zdania, że ona tylko wtedy
zgodzi się na dziecko, gdy będą spełnione te warunki.
Pierwsza próba  inseminacji nie powiodła się, druga również, oboje zaczęli więc
przechodzic bardzo niemiłe i skomplikowane często badania.
Sue pomału zaczynała  fiksowac i Tey namówił ją, by razem poszli do psychologa.
Po czterogodzinnej sesji z psychologiem dowiedzieli się, że tak naprawdę  to Sue
nie nadaje się na matkę- po prostu jej oczekiwania wobec dziecka były wprost
niedorzeczne. Tey też nie wypadł najlepiej- jego marzeniem była córeczka, wierna
kopia Sue, a do tego miała nie płakac, nie okazywac złości itp.
Psycholog zaproponował im, by zamiast dziecka sprawili sobie....psa i koniecznie
go wytresowali z pomocą  fachowego tresera.
Sue i Tey posłuchali  tych zaleceń. W "psiej budzie" zamieszkał teraz z nimi
pies. Oboje go uwielbiali, razem z nim przeszli kurs tresury, aż trzy poziomy.
Po  dwóch latach Sue zmieniła zawód - została treserką psów.
Sprawa posiadania dziecka stała się nieaktualna, a Sue odzyskała spokój.

czwartek, 31 lipca 2014

Zauroczenie - cz.II

W połowie następnego tygodnia zatelefonował Arek.
Irena była w domu sama, więc zaproponowała by zamiast przyjeżdżać do nich do domu,
spotkał się z nią następnego dnia  w centrum miasta, blisko jej pracy.
Przed wyjściem z pracy domalowała sobie nieco urody, na nowo upięła kok tak by kilka
pasm włosów wisiało z niego luzno i wyjątkowo punktualnie opuściła biuro.
Celowo przyszła na miejsce spotkania nieco wcześniej, ale Arek już był.
Gdy tylko zobaczył ją w drzwiach zerwał się  z krzesełka i podążył w jej stronę.
Ubrany był zgodnie z obowiązującą modą, czyli był w bawełnianym melanżowym
swetrze  "w serek", założonym wprost na gołe ciało.
Siedzieli przy stoliku, sączyli średnio dobrą kawę i wpatrywali się w siebie badawczo.
Chyba  żadne z nich nie miało pomysłu na rozmowę - w końcu Irena zaczęła się
dopytywać dlaczego nie miał tych notatek, czy dużo  wykładów opuszcza, jak mu się
podoba  studiowanie prawa, bo to przecież piekielnie dużo materiału pamięciowego
do opanowania.
W końcu oboje mieli dosyć siedzenia i wędzenia się w dymie papierosowym (bo wtedy
palenie w kawiarni było czymś normalnym) i Irena zaproponowała by przeszli się
kawałek traktem królewskim, zahaczając po drodze o Park Ujazdowski a potem przez
Ogród Botaniczny i ewentualnie Łazienki.
Arek stwierdził, że to bardzo dobry pomysł, ale bez Parku Ujazdowskiego, może lepiej
podjechać autobusem pod Ogród Botaniczny i ogrodem przejść do Łazienek.
Tak też zrobili. Gdy tylko znalezli się w Ogrodzie  Botanicznym w Arka wstąpił nowy
duch - przygarnął Irenę do siebie , poprowadził w jedną z bocznych alejek , gdzie stała
ławka. W ogrodzie było pusto, niewiele osób o tej porze tu przychodziło.
Często tu przychodzisz? - zapytała Irena ."Czasami, ale nie za często. Ty zawsze zadajesz
tyle pytań?"- padło w odpowiedzi.
I nie czekając na jej odpowiedz objął ją i zaczął  całować.  Irenie udzieliło się jego
podniecenie -właściwie to już dawno nie całowała się z nikim  tak po wariacku na ławce
w parku. Poczuła się zupełnie tak jakby znów miała  szesnaście lat, a nie te dwa razy
więcej. I bardzo jej się to spodobało.
Po kilkunastu minutach Arek zerwał się, pociągnął ją za rękę i ruszyli w dół Ogrodu,
by dołem przejść do Łazienek. A potem szybko poprowadził ją do wyjścia w pobliżu
Agrikoli. Irena nawet nie bardzo kojarzyła, że tam też jest wejście do Łazienek -
najlepiej znała część parku w okolicach Belwederu. Arek zaraz po wyjściu z  Łazienek
poprowadził ją uliczkami pobliskiego osiedla. Kątem oka rzuciła na nazwę ulicy, którą
szli- ul.Dragonów. Rozśmieszyła ją ta nazwa. Arek-dragon, ale numer, pomyślała.
Arek, a dokąd  ty mnie prowadzisz? Do domu- mojego domu, padła odpowiedz.
W tej chwili skręcili do jednej z klatek a Arek niemal wniósł Irenę na  pierwsze piętro.
Na drzwiach mieszkania nie było żadnej wizytówki, numeru mieszkania też nie.
Gdy tylko  Arek zatrzasnął za sobą drzwi objął mocno Irenę i pociągnął do małego
pokoju, pełniącego zapewne rolę sypialni.
Duże, podwójne łóżko było nakryte białym pledem, reszty umeblowania dopełniała
biała szafa z olbrzymim lustrem, stojąca lampa i fotel.
Arek wyjątkowo sprawnie zaczął pozbawiać Irenę ubrania, ani na chwilę nie odrywając
się od jej ust. Niezłą wprawę ma smarkacz, zielony w tej branży nie jest - pomyślała.
A potem na kilka godzin skasowała myślenie poddając się całkowitemu szaleństwu
Arka, któremu nie brakowało kondycji i pomysłowości.
Około 22,00 Irena z lekka oprzytomniała.  Arek, muszę skorzystać z telefonu. Dziś
Wojtek ma co prawda nocny dyżur, ale nie chcę by się denerwował, że mnie nie ma
w domu tak pózno.
Arek przyniósł z drugiego pokoju aparat, podłączył go i dyskretnie się wycofał
zamykając za sobą drzwi.
Irena wpierw zadzwoniła do koleżanki z prośbą o alibi, że u niej dziś zanocuje, a
potem zadzwoniła do Wojtka, mówiąc, że skoro on  ma dziś dyżur, to ona pojedzie
do Maryli na ploty i tam przenocuje, bo ma stamtąd blisko do pracy.
Irena i Maryla przyjazniły się  niemal od czasów zabaw w piaskownicy i nieraz
świadczyły sobie wzajemnie takie usługi.Najważniejszy w tym był fakt, że wcale
się potem nie informowały wzajemnie o tym dlaczego było potrzebne alibi.
Arek lekko marudził, że Irena już chce iść do domu, ale Irena pozwoliła już tylko
na wspólny prysznic.
Potem dała się  odprowadzić na postój taksówek. Przed rozstaniem zabroniła Arkowi
telefonowania do domu i dała mu nr do swego biura.
I choć powiedziała Wojtkowi, że będzie spała u Maryli, pojechała do własnego domu.
Gdy już wychodziła rano do pracy Wojtek właśnie zajechał pod blok. Minęli się
jadąc dwiema różnymi windami.
W kuchni czekały na Wojtka kanapki i kartka z wytycznymi odnośnie zakupów.

W pracy Irena była w kiepskim nastroju - po pierwsze odwykła od tak intensywnych
szaleństw, poza tym po raz pierwszy zdradziła Wojtka fizycznie.
Irena spotykała się od czasu do czasu z różnymi mężczynami - miała dwóch bardzo
bliskich kolegów, właściwie przyjaciół, których obecność w jej życiu zupełnie nie
przeszkadzała Wojtkowi. Z jednym z nich chodziła do opery i filharmonii, bo
Wojtka nawet zaprzęgiem konnym nikt by tam nie zaciągnął. A kiedyś była z nimi
i Marylą na wycieczce we Francji. Bały się trochę jechać same (no bo co będzie
jak się samochód popsuje?), więc wymyśliły, że wezmą chłopaków jako swego
rodzaju ochroniarzy i pomocników. Wyjazd był świetny- chłopcy nosili bagaże,
one w ramach rewanżu robiły im śniadania i kolacje, prowadzili wszyscy po kolei,
dzięki czemu podróż szła sprawnie.
A Wojtek w tym czasie brał czynny udział w pracach na działce, którą właśnie
dostał od rodziców i brał nocne dyżury w pracy.
Irena nigdy nie zastanawiała się nad tym, co robi Wojtek gdy go nie ma w domu.
Przed ślubem umówili się, że nie będą się wzajemnie zadręczać podejrzliwością,
bo podejrzliwość i zazdrość zniszczą każdy związek. I jeżeli w stanie ich uczuć
nie zajdą żadne zmiany to nie ma powodu by robić tragedię, z faktu, że któreś
 z nich  wybrało się z kimś innym  na spotkanie, do kina, teatru lub na wycieczkę.
Ale Irena zdawała sobie sprawę, że tym razem to jednak przeholowała. Chciała
nawet w przypływie nadmiaru uczciwości natychmiast powiedzieć Wojtkowi,
że go zdradziła.
Około drugiej wyszła z pracy. Musiała nieco pobyć sama i wszystko przemyśleć.
Tak naprawdę nie wyobrażała sobie życia bez Wojtka - w dalszym ciągu pociągał
ją fizycznie, choć intensywność zbliżeń nieco zmalała. Oboje byli często zmęczeni,
ale wszystko wyrównywało się w okresie urlopu.Nadal  śmieszyły ich te same
dowcipy, czytali te same książki, lubili te same filmy. Było im naprawdę dobrze
ze sobą.
Siedziała w barku kawowym  i zastanawiała się nad swoimi uczuciami względem
Arka - no cóż, ładny był, choć tak naprawdę nie przepadała za blondynami, czego
dowodem był Wojtek. Przypominała sobie poprzedni wieczór - Arek, jak większość
młodych mężczyzn miał niespożyte zasoby energii i jak na swój wiek bardzo
duże  doświadczenie. Już wczoraj pomyślała, że chyba brał lekcje u starszej od
siebie kobiety i był bardzo pilnym uczniem. I duuużo ćwiczył, bardzo dużo.
A wiadomo - trening czyni mistrza, niezależnie od uprawianej dyscypliny.
Irena postanowiła, że o niczym jednak nie powie Wojtkowi. To co się stało
poprzedniego dnia było  zupełnie bez znaczenia.
Pojechała do domu, po drodze robiąc jak zwykle zakupy.
Wojtek spał. Irena po cichutku rozebrała się i wsunęła pod kołdrę.
Nieco rozbudzony Wojtek przytulił ją, zamruczał oj, jak dobrze że jesteś" i
natychmiast zasnął.
W czerwcu byłam na ich 46 rocznicy ślubu.Dzieci nie mają, działkę sprzedali.
                                          KONIEC