piątek, 7 listopada 2014

A pamiętasz? cz. II

Lutkę poznałam w swojej pierwszej pracy. Lutka już pracowała w tym biurze  ze trzy
miesiące.  Obie byłyśmy zaraz po maturze  i z powodu sytuacji materialnej w domu
musiałyśmy iśc do pracy. Lutka dostała pracę kreślarki, ja się załapałam jako druga
sekretarka sporej pracowni projektowej.
Pierwszy raz zobaczyłam Lutkę w...toalecie. Usiłowała zabandażowac sobie nogę  na
odcinku  stopa - kolano i zupełnie nie mogła sobie z tym poradzic. Widząc jej wielką
w tej materii nieporadnośc, zaproponowałam swą pomoc - jakby nie było zrobiłam
kurs udzielania pierwszej pomocy i bandażowanie kończyn nie stanowiło dla mnie
żadnego problemu. Z wdzięczności Lutka zaprosiła mnie do naszego biurowego
 bufetu  na kawę i tak się właściwie rozpoczęła nasza, do dziś trwająca znajomośc  i
przyjazń.
Praca  sekretarki pracowni projektowej nie była porywająca ani ciekawa, ale miała
swoje dobre strony - nie musiałam siedziec za biurkiem jak przyspawana, bo często
musiałam wędrowac z dokumentacją po niemal całym biurze a biuro było ogromne,
zlokalizowane w dwóch budynkach  i jeśli nawet nie urywałam się na kawę to i tak
większą cześc dnia nie było mnie przy biurku, bo gdzieś krążyłam.
Szef naszej pracowni najchętniej spychał wszystko na swe sekretarki, ale my szybko
zdołałyśmy dojśc do porozumienia i biedny szef ciągle się zastanawiał, dlaczego
w sekretariacie zawsze jest tylko jedna z nas.
Był dośc nieciekawym, lekko zatłuszczonym facetem około czterdziestki i zawsze
obarczał nas dziwnymi  zadaniami, które niewiele miały wspólnego z pracą.
Kiedyś wymyślił, że jedna zostanie w biurze, a druga może sobie wybrac jedną
z kreślarek i jako delegatki  pójdziemy na pogrzeb jednego z inżynierów projektantów,
który po długiej chorobie właśnie zmarł. Żeby było śmieszniej i dziwniej, to ten pan
już od jakiegoś czasu był na emeryturze i żadna z nas go nie znała.
Ponieważ byłam stosunkowo "nowa" musiałam dac  się oddelegowac na ten pogrzeb.
Oczywiście wzięłam ze sobą Lutkę,  szef dał nam pieniądze na wiązankę, wetknął
nam  szarfę z dedykacją ( dla kogo i od kogo) i poganiane przez szefa,wyruszyłyśmy
na Powązki.
Miałyśmy kupic wiązankę przed cmentarzem, dołączyc do niej szarfę i ułożyc ją
w kościele przy trumnie, a potem z konduktem przejśc na  miejsce pochówku.
Złe niczym szerszenie, dojechałyśmy na Powązki, kupiłyśmy wiązankę, sprzedawczyni
dołączyła fachowo szarfę i pomaszerowałyśmy do kościoła.
Byłyśmy nieco zdziwione, że nie ma nikogo znajomego z biura- w końcu pracowała
tam zgraja ludzi i nie podejrzewałyśmy, by na pogrzeb były oddelegowane same nowe
sekretarki - zresztą żadnej z nich nie było.
Lutka poszła nawet do zakrystii, żeby się dowiedziec, o której ma byc msza za pana XYZ,
ale tam, ku naszemy zdumieniu, dowiedziała się, że tego dnia ani następnego to z całą
pewnością nie będzie takiego pochówku.
Podpowiedzieli jej za to, że może ten pogrzeb ma byc na Powązkach Wojskowych.
Zrobiłyśmy zwrot przez sztag, poczekałyśmy na tramwaj i pojechałyśmy na drugi,
Wojskowy Cmentarz. Ponieważ było już po godzinie, o której miał byc pogrzeb, poszłyśmy
wprost do kancelarii, dowiedziec się czegokolwiek o tym pogrzebie.
Ale tu także nikt nie miał zamiaru chowac pana XYZ.
Dostałyśmy z Lutką napadu histerycznego śmiechu. Pani w kancelarii popatrzyła na nas
dziwnie, gdy skrecając się ze  śmiechu wypadłyśmy z tą nieszczęsną wiązanką na zewnątrz.
Gdy dojechałyśmy, taszcząc wiązankę, do biura  było już po godzinach pracy.
Ubłagałyśmy strażnika, żeby nam pozwolił zostawic nasz balast na dyżurce i pojechałyśmy
do  swych domów.
Następnego dnia rano wiązanka wylądowała na biurku szefa, któremu aż mowę odebrało
na jej widok . "Co to, co to? Dlaczego?" Wytłumaczyłam w czym rzecz - szef wytoczył się
z pokoju i bardzo długo go nie było.
Okazało się, że pogrzeb  ma dopiero byc....za dwa tygodnie.Szef był bardzo zmartwiony,
ale nie tym, że nas bez potrzeby fatygował, ale tym, że wiązanka raczej nie przetrwa
dwa tygodnie. W dwa tygodnie pózniej sam pojechał na pogrzeb.
Doszłyśmy z Lutką do wniosku, że takie idiotyczne przypadki to tylko nam się trafiały.

poniedziałek, 3 listopada 2014

Podobno... cz.II

Jaś i Małgosia tworzyli świetną parę - trzymali się razem przez cały rok szkolny, mieli
swoje tajemne znaki, którymi porozumiewali się na lekcjach, a Jaś na wszystkich
 przerwach obserwował, czy aby któryś z kolegów zbyt długo nie  rozmawia z Małgosią.
Zagadywałyśmy  czasami Małgosię, czy to nie jest  nudno chodzic cały czas z jednym
chłopakiem - większośc z nas chodziła z jednym chłopakiem co najwyżej miesiąc.
Swoje urodziny  Jaś obchodził dwukrotnie - raz  było przyjęcie dla najbliższej rodziny
i Jaś zaprosił na nie Małgosię, w dwa  dni pózniej była w jego domu prywatka i oczywiście
była na niej Małgosia.
Na tym rodzinnym przyjęciu babcia i różne ciocie przyglądały się Małgosi uważnie,
zwłaszcza, że  mama Jasia zaprezentowała ją jako  "sympatię Jasia". Małgosia była bardzo
stremowana, siedziała z zaciśniętym gardłem i najchętniej zwiałaby stamtąd ukradkiem.
Rodzice Jasia widząc, że Małgosia czuje się jak na cenzurowanym zaczęli snuc zabawne
historyjki jeszcze ze swego dzieciństwa, czyli z czasów przedwojennych i pomału Małgosia
 odtajała.
Po rodzinnej uroczystości mama Jasia zadbała, by  Małgosia nie wracała sama do domu i
Jaś, w towarzystwie  swego taty, odprowadził ją do domu. Na pożegnanie tato Jasia
powiedział, że cieszy się, że Jaś ma tak miłą przyjaciółkę i wyraził nadzieję, że Małgosia
będzie odtąd częstym gościem w ich domu. I rzeczywiście - Małgosia często wpadała do
Jasia - słuchali nowych płyt, które przywoził z zagranicznych wojaży jego tata, mama Jasia
podsuwała im domowe słodycze własnej produkcji. Małgosia wymogła na swojej mamie
wstęp wolny dla Jasia i w obu domach przesiadywali na zmianę.
Niewątpliwie pobliskie kino odczuło spadek  sprzedaży biletów.
Rok szkolny minął bardzo szybko, po drodze zaliczyli jeszcze dwie szkolne wycieczki, po
których częśc uczniów miała obniżone stopnie ze sprawowania. Coś o tym wiem, byłam
na niej także.
Małgosia od września miała zacząc naukę w liceum plastycznym, Jaś skorzystał z faktu, że
od września w budynku ich szkoły zaczęło tworzyc się liceum.
Jego ojciec został oddelegowany na placówkę dyplomatyczną i oboje rodzice wyjechali
w końcu czerwca za granicę. Jaś wolał zamieszkac w internacie - kilkoro uczniów naszej
klasy już tam  mieszkało.
Rozstanie z okazji  wakacji wycisnęło z oczu obojga  sporo łez. Z dzisiejszej perspektywy
czasy były ciężkie, telefon stacjonarny był luksusem a takie udogodnienia jak komórki to
funkcjonowały tylko w  powieściach fantasy. Poczta działała równie  marnie jak teraz,
byc może worki z pocztą były  wożone furmankami a nie pociągami ekspresowymi.
Listy dochodziły lub nie i nie wiadomo było kogo za to winic.
Oboje byli zaskoczeni pierwszą klasą liceum - okazało się, że nie wystarczy uważanie na
lekcjach - trzeba było robic mnóstwo notatek, materiału było sporo a nauczyciele "cisnęli".
Przynajmniej raz w tygodniu Jaś spędzał popołudnie w domu Małgosi - razem zjadali obiad,
po krótkim odpoczynku każde brało się za lekcje- wspólnie odrabiali matematykę -
Małgosia, mówiąc delikatnie, była w tym  temacie kiepska. W końcu wyglądało to tak, że
Jaś odrabiał matematykę, Małgosia pisała mu w zamian szczegółowe plany wypracowań
z polskiego.
Niedziele najczęściej spędzali w plenerze, Małgosia z nieodłącznym  szkicownikiem i
kilkoma ołówkami.
Mamie Małgosi nie podobało się, że Jaś mieszka w internacie, ukradkiem oglądała jego
ubranie i czasem, gdy dostrzegała, że chłopak ma coś oberwane, chwytała za igłę i nitkę i
naprawiała.
W międzyczasie byli raz jego rodzice.Przyjechali dosłownie na dwa dni i zupełnie na
zasadzie Deus ex machina wpadli wraz z Jasiem do  rodziców Małgosi.
Byli bardzo wdzięczni za "doglądanie Jasia", obdarowali domowników prezentami, mamy
się wycałowały, panowie uścisnęli wzajemnie swe prawice i rodzice Jasia pożeglowali
z powrotem.
Kolejny rok szkolny minął szybko i nadeszły wakacje.
Jaś jechał na dwa miesiące do rodziców - kilka dni przed wyjazdem powiedział Małgosi,
że  gdy tylko skończą szkołę i osiągną pełnoletnośc - pobiorą się.
On po prostu nie wyobraża sobie życia bez Małgosi.
Powiedział nawet o tym swoim rodzicom i mieli bardzo poważną rozmowę na temat
dalszej jego przyszłości. Byli skłonni wziąc na swe utrzymanie oboje, byleby podjęli
studia.
Pod koniec sierpnia Małgosi zawalił się świat - rodzice Jasia podjęli decyzję,  że Jaś
nie wróci do Warszawy - straci co prawda jeden rok, bo zacznie uczyc się w pierwszej
klasie licealnej a po dwóch tylko miesiącach bardzo intensywnej nauki języka mimo
wszystko może miec problemy z językiem, więc będzie mu łatwiej, gdy już chociaż
trochę będzie miał opanowany materiał.
Młodzi byli załamani, Małgosia wpadła w depresję. Pisali do siebie pełne rozpaczy listy,
Małgosia wyrzucała mu, że jej nie uprzedził i nie wierzyła, że on nic o tych planach
swych rodziców nie wiedział. Jaś narażał finanse rodziców na spore ubytki, starając się
jak najczęściej do niej telefonowac.
Z tego wszystkiego Małgosia zawaliła rok szkolny - bardzo wiele godzin opuściła, jeśli
mama nie pozwalała jej zostac w domu - wagarowała.
Rodzice Małgosi starali się odwrócic jej uwagę  od osoby Jasia - mama zabierała ją
wciąż do swych różnych koleżanek, które miały synów w wieku stosownym  dla
Małgosi. W pewnym momencie pogrążona w smutku Małgosia zorientowała się, co
jest grane i odmówiła brania udziału w tych wizytach.
Po prostu żaden nie był Jasiem - nie miał takich jak on włosów, oczu, rzęs, radiowego
głosu i rąk umiejących tak delikatnie głaskac jej włosy ani takich troskliwych ramion.
W końcu Małgosią zajął się psychoterapeuta  i tak mniej więcej po roku Małgosia
wróciła do szkoły. Ale już nie do  liceum plastycznego - nie chciała rysowac, malowac
ani czegokolwiek tworzyc. Mało tego - na zajęciach plastycznych demonstracyjnie
rysowała wszystko przy linijce.
Ale "nawet najdłuższa żmija mija" i gdy Małgosia była w trzeciej klasie liceum w  jej
 osiemnaste urodziny przyjechał Jaś. A już się biedula zamartwiała, że nie przysłał
życzeń i czekała niespokojna na telefon.
Stali objęci chyba przez pół godziny. Małgosia płakała ze szczęścia, Jaś  scałowywał jej
łzy i wycierał swoją chusteczką jej twarz.
Gdy wreszcie doszła nieco do siebie i doprowadziła do porządku zapłakane oblicze, Jaś zaproponował, by wyszli na spacer.
Spacer  skończył się dośc szybko , bo Jaś miał klucze od swego mieszkania, którym
podczas nieobecności domowników opiekowała się jedna z ciotek.
Zgodnie doszli do wniosku, że już są pełnoletni, a całą odpowiedzialnośc za to, by ten
wieczór nie  zaowocował niepożądanymi skutkami, Jaś wziął na siebie.
Postanowili, że zrobią tak jak planowali - skończą swe szkoły i wezmą ślub, żeby byc
razem. Jaś uprzedzał, że byc może zamieszkają za granicą, więc niech się Małgosia
spokojnie nad taką ewentualnością zastanowi. I niech pomyśli co chciałaby studiowac.
I prosił, by tak na wszelki wypadek, zaczęła się przykładac do nauki języka.
Po powrocie do domu Małgosia poinformowała swą mamę, że zaraz po maturze ona
bierze z Jasiem ślub, niezależnie od tego, co mama o tym myśli. A mama zapytała-
a nas na ten ślub zaprosicie?  Chyba nie za bardzo wierzyła, że ten ślub się jednak
odbędzie.
Maturę Małgosia zdała bez problemu. W tydzień pózniej przyjechał Jaś wraz z rodzicami.
Jaś oficjalnie poprosił rodziców Małgosi o zgodę na ślub, dodając na wszelki wypadek,
że oni i tak się pobiorą.
Ślub wyznaczono na wrzesień - był to ślub cywilny, bo młodzi nie życzyli sobie
ceremonii kościelnej. Małgosia wyglądała obłędnie -miała krótką sukienkę w biało-czarne
romby, białe cieniutkie rajstopy, czarne, obłędnie wysokie szpilki i włosy upięte
w koński ogon. Jaś wystąpił w bardzo eleganckim jasno kremowym garniturze.
Wyglądali świetnie i wszystkim się podobał ich wygląd.
Przyjęcie weselne  było w Bristolu. Następnego dnia wyjechali do Wiednia.
Wszystkie koleżanki i koledzy z podstawówki nie mogli się nadziwic, że ta "szczenięca
miłośc", to chodzenie ze sobą, doprowadziło ich do  ślubu.
Na jednym z  koleżeńskich spotkań, gdy już wszyscy byliśmy dobrze po czterdziestce,
nadal wszyscy się dziwili, że to uczucie przetrwało i nadal miało się  dobrze.
Rodzice Jasia dotrzymali obietnicy - finansowali ich do czasu ukończenia studiów.
Ostatnio Jaś i Małgosia mieszkają w Luksemburgu.
Mają dwóch synów i pięcioro wnucząt.
                                                            koniec



niedziela, 2 listopada 2014

Podobno...

Podobno pierwsza miłośc jest jak wirusówka wieku dziecięcego - każdy na to choruje
jakiś czas, potem choroba mija i nie pozostawia śladu. A osoba po takiej chorobie
nabiera odporności. Zwłaszcza gdy jest się wtedy bardzo młodym osobnikiem.
Ale w naturze zawsze trafiają się wyjątki - choroba trwa długo i pozostają ślady.
Poznali się w siódmej klasie szkoły podstawowej - ona była w klasie "nowa", on był
w tej grupie od pierwszej klasy.
Siódma klasa ówczesnej podstawówki  zawsze sprawiała nauczycielom kłopoty -
dzieciakom wszystko chodziło po głowie, tylko nie nauka. Nawet prymusi nagle
przestawali byc prymusami i wyprawiali dzikie harce a nawet, o zgrozo, załapywali
trójki z minusami ( w skali pięciostopniowej).
Klasa, do której chodzili Jaś i Małgosia była uważana w szkole za odnogę piekła.
Było w niej kilku uczniów drugorocznych, którzy systematycznie rozkładali każdą
lekcję. Ale jednocześnie była to klasa niesamowicie zgrana, funkcjonowali w systemie
jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.
Małgosia dobrze poczuła się w tej klasie, chociaż początkowo sporo łez wylała na
samą myśl, że po wakacjach zmienia szkołę, bo zmieniła  miejsca zamieszkania.
Do starej szkoły musiałaby jezdzic przez całe miasto a do tej wystarczało przejśc na
druga stronę ulicy - do szkoły miała "aż" 100 metrów.
Czternastolatkom dokuczał nie tylko brak chęci do nauki -  burza hormonalna wyraznie
dawała znac o sobie.
Dziewczyny posyłały chłopakom powłóczyste  spojrzenia, najczęstszym pytaniem, które
chłopcy zadawali dziewczętom było "czy będziesz ze mną chodzic?"
Tworzyły się pary, ruch w interesie był ogromny, ciągle zmieniały się układy ale układ
Jasia i Małgosi był, zupełnie nie wiadomo dlaczego, trwały.
W klasie było ponad trzydziestu uczniów, z tego chyba ze dwadzieścioro  spotykało się
również i po szkole. Często wybierali się do pobliskiego kina a raz nawet wszyscy
urwali się ze szkoły  (uciekli przez okno łazienki na parterze) i wybrali się na film
z Fernandelem w roli głównej- "Ali-Baba i 40 rozbójników". Była to typowa wyprawa
na film, a nie do kina. Bo wtedy nastolatki chodziły albo "na film", albo "do kina".
Określenie "na film" oznaczało, że oboje  chcą obejrzec dany film, pójście  "do kina"
gwarantowało, że para niewiele  obejrzy, za to spędzi czas obejmując się i całując.
Jaś i Małgosia chodzili głównie do kina . Całowanie się na ulicy zupełnie wtedy nie
miało racji bytu.
Dla Małgosi każde wspomnienie tej siódmej klasy wiąże się również z prywatkami-
panowała moda na urządzanie urodzin.
Rodzice "jubilata" musieli ścierpiec kilkugodzinny pobyt w swym domu hordy koleżanek
i kolegów swego dziecięcia oraz zapewnic im jedzenie oraz napoje, przystosowac
jeden pokój do tańca zwijając dywan i albo cichutko siedziec w drugim pokoju, albo
pozostawic wszystko boskiej opiece i wyjśc na ten czas z domu.
Przez cały rok szkolny w każdą sobotę spotykano się na prywatko-urodzinach, każdy
wspomagał gospodarza prywatki  płytami i cały wieczór było przy czym tańczyc.
A tańczyli wszyscy, uczyli się wzajemnie kroków i często  nawet nie bardzo mieli czas
na zjedzenie tego, co pani domu dla małolatów przygotowała.
Zabawa kończyła się najpózniej o 23,00 namiętnym tangiem La Cumparsita.
To tango było obowiązkowo na zakończenie każdej prywatki i płyta musiała
zrobic minimum dwie rundy.
c.d.n.


sobota, 25 października 2014

Scenki z ostatniego tygodnia

Już dawno odkryłam, że w poprzednim wcieleniu byłam stworzeniem zapadającym w sen
zimowy. Najwięcej czasu zajmuje mi sen i całymi dniami ziewam i gdy tylko usiądę,
zupełnie nie wiem jakim cudem - zasypiam.
No i chodzę cały dzień z lekka skołowana. Ale innym wydaje się, że skoro jeszcze nie
zeszłam, to żyję normalnie..Wróciłam wczoraj z rehabilitacji no i oczywiście padłam.
Obudził mnie dzwonek telefonu:
..no, cześc- zapodał damski głos. To był głos W.  Znamy się od ponad 20 lat.
cześc, odpowiedziałam bez entuzjazmu.
W.: widziałaś tą Siwiec?
ja : chyba Siwca, ale nie widziałam dawno, nie wiem nawet czy jeszcze pełni jakieś funkcje
      polityczne.
W.: o czym ty mówisz, jaki polityk, to aktorka, chyba.
ja: aktorka? Nie znam. a gra w jakimś teatrze? Poza tym to mnie  aktorki nie interesują.
W.: widziałam ją w TV, ma  silikonowe wargi i wygląda jak karp wigilijny. A ta pół
Cyganka też ma silikony i też wygląda okropnie.
ja: wiesz przecież, że nie oglądam TV, a już programów rozrywkowych zwłaszcza. Na tych
kanałach, które oglądam żadne  silikonowe aktorki nie występują.
W.: no to sobie raz obejrzyj i powiedz mi co tym  myślisz. jutro do  ciebie zadzwonię, pa!
Dziś przezornie odłączyłam telefon stacjonarny i komórkę. Owej Siwiec nie oglądałam,
 pół Cyganki też nie i nie mam zamiaru.

piątek, 24 października 2014

A pamiętasz???

Od kilku dni tłukła mi się po głowie stara jak świat melodia, ale żeby było śmieszniej
towarzyszyły jej słowa:
"...w Ameryce powstał dziwny taniec - jazz,
lewa noga  zgina się w kolanie- jazz,
ręka nogę łapie, noga  ucho drapie - jazz boogi, jazz."
Słowa idiotyczne, ale  melodia dobra.
A razem słowa i melodia przywoływały obraz mojego dawno już nieżyjącego kuzyna.
To on zabierał mnie na Jazz Jamboree i na klubowe koncerty.
Pomyślałam, że może moja przyjaciółka ma jeszcze stare analogowe płyty i pamięta
tę melodię. W końcu  jesteśmy z tego samego rocznika a na dodatek jej niedoszły mąż
grał w jakiejś kapeli i razem z kapelą umknął tuż przed ślubem do Szwecji.
Niewiele myśląc chwyciłam za telefon, wybrałam  jej  numer i tuż po usłyszeniu jej głosu zaśpiewałam prześladującą mnie melodię.
O rany, porąbało Cię - zdiagnozowała mój stan umysłu Lutka. I strasznie chrypisz.
No cóż, Adą Sari nigdy nie byłam, fakt.
Niestety Lutka już nie miała ani jednej starej płyty. Z okazji zmiany mieszkania pozbyła
się wielu staroci. Właściwie to nawet trudno powiedziec, że to ona się pozbyła  ponieważ
to jej mąż pakował do pudeł zawartośc szaf i wiele rzeczy wyekspediował na śmietnik.
Tym sposobem przepadły płyty, zdekompletowany serwis z miśnieńskiej porcelany, (brakło
jednej filiżanki i cukierniczki) nieduże lustro w porcelanowej ramie ozdobionej amorkami i bukiecikami kwiatów, stare, jeszcze przedwojenne pocztówki, podręczniki z zakresu sztuki jubilerskiej, wzorniki, przeróżne narzędzia jubilerskie po tatusiu i wiele przeróżnych
"durnostojek", która Lutka latami zbierała. Lutka starannie ukrywała przede mną te straty,
bo były  wśród  nich i "durnostojki", które jej przywoziłam z każdego  zagranicznego  lub
krajowego wyjazdu. Miałyśmy zwyczaj obdarowywania się drobiazgami - czasem była to
jakaś zabawna figurka, czasem malutki obrazek, innym znów razem jakiś  biżuteryjny
drobiazg.
Właściwie to nie powinnam się dziwic, że śpiewasz ten stary "kawałek" - powiedziała
Lutka.  A pamiętasz jak tańczyłaś boso w Bazyliszku a potem na bosaka wracałaś ze
Starego Miasta na Mokotów?  Zawsze byłaś zwariowana. Najlepiej wyglądałaś tańcząc
tango i trzymając w ręce swe szpilki. Te szpilki na tle garnituru Janusza wyglądały
bajecznie, wręcz dekoracyjnie.
No tak,  to prawda. Od tamtej pory  jeszcze tylko jeden raz wybrałam się w szpilkach
na bose stopy. I też wracałam do domu boso, tyle tylko, że nie z tańców a z.....basenu na
Agrykoli. Bo były to czasy, gdy calutki dzień dreptałam na szpilkach. Dziś to nie mam
pojęcia jak ja to wytrzymywałam.
Pośmiałyśmy się trochę z tamtej mojej przygody a wtedy przypomniałam sobie, że ona też
miała na Starówce śmieszną wpadkę.
Lutka, a pamiętasz jak nam odbiło i zaprosiłyśmy chłopaków do Fukiera z okazji Dnia
Kobiet? Tańców co prawda nie było, ale pewna blondynka po kolejnej lampce wina
stała się duszą towarzystwa i stojąc na  ławie piała jakąś  "ogniskową" piosenkę. Chłopcy
bali się, że zlecisz z tej ławy i na siłę usiłowali cię posadzic za stołem a ty się na nich
obraziłaś i wyniosłaś się z winiarni. Potem wszyscy cię szukaliśmy, a ty złapałaś taxi i
pojechałaś do  domu. Napędziłaś mi tym zniknięciem strachu. Pamiętasz??? Trzy dni
z Tobą nie rozmawiałam, taka byłam wściekła.
Lutka roześmiała się. Ale wtedy  ci się nie przyznałam co było dalej - taksówkarz zapytał
się mnie ile mam pieniędzy i gdzie mieszkam- odruchowo  wymieniłam stary adres i
facet mi oświadczył, że on do Podkowy Leśnej nie pojedzie, a tylko podwiezie mnie do
WKD. A ja byłam tak przytruta, że nawet nie zareagowałam, wysiadłam grzecznie przy
WKD i dopiero na dworcu uprzytomniłam sobie, że od roku mieszkam u ciotki, w stolicy.
A pamiętasz gdy byłyśmy razem na Targach Poznańskich? -  spytała Lutka.
Byłyśmy przecież ze trzy razy razem, zauważyłam. A o które Ci idzie?
No o te, gdy byłyśmy zaproszone na obiad do restauracji urządzonej w wagonie Warsu.
Nie zapomnę tego obiadu do końca swych dni - zapewniła mnie  Lutka. Wyglądałyśmy
jak dwie ugotowane ryby, pot nam kapał na talerze, bo tam nawet wentylatorów nie było,
a co dopiero klimatyzacji. I pamiętam jak dyskretnie wlałaś swój likier do kawy Ryśka,
a on potem się dziwił, że tak szybko wypiłaś likier. A wiesz, on mi się nawet podobał,
ale był żonaty. Zdziwiłam się - Rysiek był niższy od niej i to sporo. Lutka zawsze miała
kłopot ze znalezieniem chłopaka wyższego od siebie. Lutka miała 175 na bosaka i
w tamtych czasach zaliczała się do wysokich dziewczyn. Bardzo nad tym faktem bolała.
Ale pewnego dnia Lutka stanęła obok Ani German i pocieszyła się, że Ania jest jednak
od niej wyższa.
A tamten pobyt na targach niezle mi zapadł w pamięci - upał był nieziemski, a ja byłam
w czarnej garsonce i na wysokich szpilkach, więc do tego  miałam na sobie rajstopy.
Na domiar złego pod żakietem nie miałam  żadnej bluzki. I gdybym nie poszła na ten obiad,
to jeszcze jakoś bym to wszystko przeżyła - w pawilonie, w którym "urzędowałam" był
zrobiony lekki przeciąg. Przejście około 200 m w tym wściekłym upale a potem siedzenie
w paskudnie nagrzanym wagonie było prawdziwą torturą. Patrzyłam na swego szefa, który
z minuty na minutę robił się coraz bardziej purpurowy i zastanawiałam się, czy aby nie
dostanie wylewu. Wreszcie biedak nie wyrobił i zapytał się nas, czy nie poczujemy się
urażone,  gdy on zdejmie marynarkę. Oczywiście nie czułyśmy się urażone, a szef, który
miał z natury  dobre serce, zauważył, że ja też mogłabym  zdjąc żakiet.
Zrobiłam smutną minę i poinformowałam szefa, że nie mogę, bo pod spodem jestem "goła".
Ojej, przepraszam, nie wiedziałem - wykrztusił z siebie nieco zmieszany szef. A mili
koledzy zaczęli rżec niczym konie i namolnie wpatrywac się w dekolt mego żakietu.
A ponieważ byłam już zmęczona i w niezbyt dobrym humorze, to powiedziałam kolegom,
że jeżeli tak bardzo interesuje ich mój biustonosz, to mogą iśc do pawilonu z damską
bielizną i sobie obejrzec któryś z egzemplarzy z bliska.
A potem zmieniłam pracę, Lutka też i nie jezdziłyśmy już na Targi Poznańskie.
Doszłyśmy z Lutką do wniosku, że musimy zrobic sobie babski wieczór i to poza domem,
żeby swobodnie powspominac stare czasy, najlepiej te jeszcze przedmałżeńskie.






poniedziałek, 15 września 2014

Z życia, niestety, wzięte

Miałam szczęście, lub nie, że dośc często zmieniałam pracę - nie zawsze mój
wybór był właściwy - czasem wpadałam z deszczu pod rynnę.
I w ten sposób utknęłam w pewnym niedużym  biurze - pracowników umysłowych
było około 175 osób i ze 30 osób pracowników "fizycznych".
Moim przybyciem wywołałam niezłą sensację - obsada była raczej stała, rzadko
trafiał się nowy pracownik, a jeśli już, to raczej absolwent Politechniki, bo firma
miała patronat nad jednym z wydziałów.
Poza tym firma była zlokalizowana poza miastem - a dojazd , w postaci starego,
wysłużonego zakładowego  autokaru nie zawsze się sprawdzał.
W niedługi czas po mnie trafili tu również dwaj młodzi absolwenci  Politechniki.
Z jednym z nich przypadliśmy sobie do gustu - chłopak w niczym nie przypominał
typowego absolwenta Politechniki - był bardzo oczytany, można było  z nim
porozmawiac na każdy temat, miał wspaniałe poczucie  humoru, a na dodatek
wspaniale opowiadał dowcipy i miał ich niesamowity repertuar.
Nie da się ukryc, że uroda nie była jego mocną stroną, przynajmniej w moim
odczuciu. Po prostu nie przepadałam za brodaczami, których barwa włosów
brody i głowy była tabaczkowego koloru. No ale intelektualnie chłopak  był
w porządku.
Oboje nie byliśmy zbytnio obłożeni pracą, bo było to miejsce w którym się raczej
było tylko zatrudnionym , a nie za bardzo się pracowało.
Był czas na zjedzenie pierwszego i drugiego śniadania, wypicia razem kawy no
i czas na pogaduchy. Bardzo dziwił go fakt, że jestem od niego młodsza a już
jestem mężatką. Druga sprawa, która go wiecznie dziwiła, to fakt, że właściwie
możemy rozmawiac na każdy temat, że nie ma dla mnie tematu tabu, że chociaż
jestem mężatką to nie ma problemu z pójściem razem do kina lub na kawę.
Po jakimś czasie  zaprosiłam go nawet do nas do domu,  a on był zachwycony
moim mężem.
Irek , ilekroc spodobała mu się jakaś panienka z naszego biura, zaraz mi o tym
donosił. To wtedy dowiedziałam się od niego, że każdy młody facet średnio-
przeciętnie co 15 minut myśli o seksie. A u niego na myśleniu się kończyło, bo
nie miał własnego mieszkania , a wynajęty pokój dzielił z kolegą. Do tego nie
był to samodzielny pokój, a tzw. "pokój przy rodzinie"- a konkretnie pokój
wynajmowała pewna nobliwa starsza pani, która na wstępie zapowiedziała
chłopakom, że:  "żadnych dziewczyn i picia nie może tu byc". No i nie było.
Irek, podobnie jak my, oczekiwał na  mieszkanie spółdzielcze a jego spółdzielnia,
podobnie jak nasza, miała poślizg w oddawaniu mieszkań.
Co do dziewczyn - zauważyłam, że lubi ładne dziewczyny, jednak niekoniecznie
tryskające intelektem. Irek mi tłumaczył, że lepiej gdy dziewczyna jest tylko
ładna. Wg niego mężczyzna, by utrzymac przy sobie kobietę, powinien jej wciaż
 imponowac swą wiedzą, a to jest niestety bardzo męczące.
Przy okazji się dowiedziałam, że on właściwie współczuje mojemu mężowi, bo
należę do trudnych partnerek i przy mnie nie za bardzo można sobie  wiedzę
odpuścic. I dlatego on szuka mniej wymagającej dziewczyny.
Po pewnym czasie odeszłam stamtąd, ale czasami spotykaliśmy się na mieście.
Na jednym ze spotkań powiedział mi, że właśnie spotkał odpowiednią pannę-
panienka po maturze, ładna, zgrabna, zadbana, rodem  z Poznania.
Okna mogą byc przy niej szeroko otwarte, nie ma strachu, nie odleci. Poza tym
mamusia panienki jest Irkiem zachwycona. Na koniec przyznał się, że owa
panienka najpozniej za klika miesięcy dostanie mieszkanie.
Pod koniec listopada dostaliśmy zaproszenie na ślub i wesele. Odmówiłam
udziału w weselu, ale obiecałam , że na ślubie będę, chociaż nie przepadam
za takimi  uroczystościami. Ale Irek uparł się, by mi przedstawic  swą przyszłą
żonę, więc jeszcze przed ślubem spotkaliśmy się z nimi na kawie w...Bazyliszku.
Marywka była rzeczywiście ładną dziewczyną - wszystko co na sobie miała było
super modne , a w mini wyglądała świetnie. Makijaż , manicure , uczesanie-
wszystko wprost z  żurnala. "Zjadły" mnie jej upierścienione palce- dobrze, że
na kciukach nie miała  pierścionków. Poinformowała mnie, że trzy pierścionki
ma takie jak Barbara Streisand. Akurat przełykałam kawałek ciastka i mało
się nie zadławiłam - ale nie z zazdrości. Przez dwie godziny wysłuchiwałam
relacji o tym, jaką będzie miała sukienkę  na cywilnym - z tego co pokazywała
wywnioskowałam , że ja to noszę zimą tej długości swetry. Gdy wymieniła
 ilośc materiału, z którego szyto jej suknię do kościelnego, byłam bliska ataku
śmiechu. Powiedziałam tylko, że ja to miałam do ślubu  biały kostium, bo jako
osoba niewielkiego wzrostu nie widziałam siebie w  sukni.
No cóż - widziałam oba śluby . Sukienka Marywki na cywilnym była w kolorze
morskim i była długości dzisiejszych tuniczek, noszonych do legginsów.
Suknia na kościelnym była typu "biała beza", połączenie białego atłasu z szyfonem,
gipiurą i srebrnym haftem, kompletu dopełniał tren niesiony przez jakieś małolaty,
oraz wielce romantycznie upięty długi welon.
Na jakiś czas straciłam z oczu Irka - zresztą  wreszcie  otrzymaliśmy mieszkanie,
więc siłą rzeczy zmienił mi się nr telefonu.
Po kilku latach, gdy szłam ulicą, nagle ktoś chwycił mnie z tyłu za ramię - to był Irek.
Wyglądał bardzo kiepsko. Pomyślałam, że pewnie niedawno poważnie chorował - był
bardzo chudy, blady i jakiś taki mocno zgarbiony.
Buzka, niedzwiedz  i weszliśmy do pierwszej napotkanej kawiarni.
No to opowiadaj, co u  ciebie - zagaiłam zachęcająco.
Irek zaciągnął się papierochem i chwilę palił w milczeniu. Potem wyciągnął z portfela
zdjęcie  ładnego bobasa - to moja córeńka. Jedyny jasny punkt mojego życia.
Bo reszta to sama ciemnośc. Ciemnośc??? zapytałam zdziwiona.
Irek popatrzył na mnie i powiedział - jestem udupiony - mam żonę idiotkę , do tego
wprowadziła się do nas teściowa, bo Marywka poszła do pracy.A na domiar złego,
to ja, chyba w pijanym widzie, gdy dostałem mieszkanie, to nasze dwie M3
zamieniłem na M5. Powiedz mi, dlaczego ja nie wierzyłem ci, gdy mi tłumaczyłaś,
że małżeństwo musi byc na tym samym poziomie intelektualnym???
Dlaczego cię nie posłuchałem??? A w ogóle, skąd wiedziałaś, że musi by taki sam
poziom intelektualny??? Kocham swoją córeczkę, ma dwa lata, jest cudowna, ale
dostaję skrętu kiszek gdy słyszę co mówi Marywka,  czym się interesuje, o czym
paple z przyjaciółkami. To jest koszmar, wierz mi.
Wiesz, o tym  równym poziomie  to mi powiedziała moja babcia, bardzo mądra
kobieta - powiedziałam cichutko.
A ja ci tylko raz powiedziałam, że uroda szybko mija a głupota pozostaje na zawsze.
A zresztą- czy wtedy  byś mnie posłuchał?
Gdy następnym razem spotkałam się z Irkiem był po rozwodzie - córeczka była
już w ostatniej klasie licealnej.
A potem Irek wyemigrował. Teraz mieszka w Kanadzie.



czwartek, 11 września 2014

Rozsądek czy głupota- cz.III

Czas płynął, wszystko wokół się zmieniało, coraz więcej osób podróżowało w celach
handlowych,  rynek się nasycił importowaną elektroniką, powstały prywatne firmy
komputerowe, montujące całkiem dobre komputery  na importowanych podzespołach.
Heńka z "Nowym" przestali wyjeżdżac. Powodziło im się świetnie, zarobili legalnie
na dwa domy jednorodzinne i teraz "odcinali kupony".
"Nowy" wprowadził domową politykę rozdzielności majątkowej - każde z nich miało
własne  pieniądze, własne konto,własny dom.
I nagle okazało się, że właściwie nie łączy ich nic poza miłością do pieniędzy i prawdziwe
skąpstwo. W kupowaniu wszystkiego okazjonalnie i najtaniej "Nowy" stał się mistrzem.
Jeden z domów był kupiony naprawdę tanio, gdy usłyszałam cenę zakupu, to myślałam,
że zmyślają. Nie zmyślali, a gdy tam pojechałam to zrozumiałam skąd taka cena - dom
był szeregowcem, projekt był mocno nieszczególny, by z living roomu dostac się do
sypialni należało pokonac wąskie kręte, niewygodne schody, bo z parteru trzeba było
dostac się na poddasze. Był nawet  garaż na poziomie piwnicy, ale - wjechanie do niego
już było niezłą gimnastyką - nie dośc, że zjazd był piekielnie stromy to trzeba było składac
lusterka boczne. Każdy wjazd do garażu napełniał cały dom smrodem spalin, a wyjazd
zimą z garażu to był super problem -trzeba było to zrobic tyłem i na sporym gazie i
wypadało się jak z procy na uliczkę. Heńka przezornie  parkowała przed domem, co mnie
wcale nie dziwiło. Oprócz tych mankamentów dom  stał niemal w szczerym polu, za to
w niezbyt dużej odległości od miejscowej oczyszczalni ścieków i bywały dni, gdy dom
owiewały paskudne wonie. Po dwóch latach mieszkania w tym domu zakupili drugi -
też daleko od miasta, też średnio udany projekt (tego samego człowieka co pierwszy dom),
no ale chociaż daleko od smrodów oczyszczalni. Ten drugi też miał okazjonalną cenę,
prawie 400m powierzchni użytkowej, dwa garaże,ogromny ogród i był zupełnie nieocieplony.
Tę jego ostatnią cechę odkryli pierwszej zimy, gdy kaloryfery parzyły a  w domu było
lodowato.
Heńka bawiła się w panią domu, czyli sadziła  iglaki, siała byliny. "Nowy" znikał z domu
najczęściej około 10,00 rano nie zapodając kierunku, wracał popołudniu. Na pytanie:
" gdzie ty kochanie tak codziennie jezdzisz?" dał odpowiedz: " tam gdzie mam ochotę a
poza tym nie jestem psem łańcuchowym żebym siedział w domu."
Heńka miała w tym okresie sporo zmartwien - w dośc krótkim czasie straciła oboje
rodziców.Wpierw umarł ojciec, w kilka lat pózniej matka. Śmierc matki Heńka bardzo
mocno  odczuła. Przez blisko rok wciąż rozpaczała, niemal codziennie latała na grób
rodziców.
A "Nowy" nadal znikał nie wiadomo gdzie. Heńka zaczęła wieczorami, gdy "Nowy"
koczował przed telewizorem, schodzic do garażu i  spisywac stan licznika jego wozu.
W krótkim czasie okazało się, że "Nowy" codziennie przejeżdżał około 250 km.
Heńka postanowiła, że najmądrzej będzie skończyc wspólne życie. Poszukała kupca
na szeregowiec, tłumacząc "Nowemu", że skoro trafia się kupiec to trzeba się tego
niezbyt udanego domu pozbyc.
Gdy już dom był sprzedany, zapytała się grzecznie dokąd on tak codziennie jezdzi -
w odpowiedzi usłyszała, że to nie jej sprawa, a gdy nalegała na odpowiedz- wywiązała
się niezła awantura i okazało się, że "Nowy" trenuje damski boks.
Heńka niewiele myśląc zadzwoniła po policję - przyjechali, pogrozili "Nowemu",
spisali protokół. A Heńka przez kilka dni chodziła z siniakiem na twarzy.
Usiłowała namówic "Nowego" na sprzedaż tego domu i na rozwód. Ilekroc  trafiał się
ktoś chętny na kupno tego domu, "Nowy" windował cenę i nie schodził z niej ani o
dolara.
Najzabawniejsze, że jedno i drugie chce w tym domu zostac, bo podobno dobrze się
w nim mieszka.
Heńka proponuje "Nowemu", by się wyprowadził, a ona go spłaci,  to samo "Nowy"
proponuje Heńce. Z tym ,że Heńka nie ma do "Nowego" za grosz zaufania - widziała
 jak "nowy" oszukał w interesach swego kolegę. Oszukał wieloletniego kolegę, to może
również ją oszukac.
Patrzec na siebie nie mogą, ale trzyma ich te wspólne 360m kwadratowych i wzajemny
brak zaufania.
Ostatnio, gdy Heńka wylewała do mnie swe żale, powiedziałam,że ja tej sytuacji nie mogę
pojąc - jak można mieszkac z kimś, kogo nie tylko się nie kocha, ale na sam widok męczy
człowieka zgaga? Bo ja to zwyczajnie wyprowadziłabym się dawno - Heńka na to orzekła,
że nie tylko jestem głupia ale i rozrzutna.
Od zeszłego roku były mąż Heńki namawia ją, by zamieszkali razem - w końcu oboje już
są po sześcdziesiątce, jeszcze trochę a Marek przejdzie na emeryturę, więc mogli by
razem zamieszkac.
Ale Heńka twierdzi, że nigdy w życiu z Markiem  się nie zejdzie, bo  on wcale się nie
zmienił - zero inicjatywy. A przyjaznic może się z nim na odległośc, tak jak przez te
wszystkie lata po rozwodzie.
A ja co kilka dni wysłuchuję jaki ten "Nowy" jest wredny i jak to ona nie ma szczęścia w
życiu .
I gdyby nie fakt, że wiele lat temu Heńka bardzo mi pomogła i poratowała w trudnej dla
mnie sytuacji, już dawno poprosiłabym by zapomniała  numer mego telefonu.
Ona ma chyba rację, pewnie jednak głupia jestem.