Był gorący lipcowy dzień, a my wróciliśmy z wycieczki bardzo zmęczeni. Wprawdzie
drogę powrotną pokonaliśmy częściowo "elektriczką", ale nie da się ukryc, że trzeba było
wpierw do niej dojśc.
W niedużym przydomowym ogródku , w cieniu sporej czereśni siedział nasz gospodarz
i sączył piwo.
Pokiwał nam ręką i zawołał - "zapraszam na chłodne piwo! A dziewczynka dostanie
fantę pomarańczową".
Wynajmowaliśmy wtedy dwa pokoje na osiedlu domków jednorodzinnych na Słowacji.
Do dyspozycji letników była też dobrze wyposażona kuchnia.
Gospodarze mieszkali latem w suterenie, parter i piętro odnajmowali letnikom.
Wszystkie domki były dośc do siebie podobne, każdy miał niewielki ogródek, wszystkie
były białe, z wysokim parterem, jednopiętrowe. Osiedle było bardzo zadbane, uliczki
wyasfaltowane, wzdłuż jezdni ciągnęły się niezbyt szerokie, równo przystrzyżone
trawniki, okolone białymi krawężnikami. Około 2 km od osiedla rozciągały się pola
uprawne.
Pomimo zmęczenia przyjęliśmy zaproszenia na piwo. Gospodarz wyciągnął spod stołu
podręczną termotorbę z piwem, z domu przyniósł szklanki i fantę.
Był okazałym mężczyzną, niemal dwumetrowym. Mój wzrok przyciągały jego bardzo
gęste, mocno kręcone włosy, które chyba dośc dawno nie miały kontaktu z nożyczkami.
Zastanawiałam się po co facetowi takie fajne włosy- istne marnotrawstwo.
Mam na imię Roman, po polsku też tak jest - zagaił gdy już rozlał nam piwo.
Wymieniliśmy swe imiona, które już znał bo oglądał nasze paszporty gdy się meldowaliśmy.
Powiedziałam, że bardzo się nam to osiedle podoba, że takie zadbane i czyściutkie, że
pokoje też się nam podobają.
Pan Roman spojrzał na nas uważnie i zapytał- a Cyganów się nie boicie? bo to
cygańskie osiedle.
A to ma jakieś znaczenie? - zapytałam . Mieszkamy przecież u pana a nie u Cyganów.
Ja też jestem, a raczej byłem Cyganem, to znaczy jestem narodowości romskiej. Ale gdy
Rom prowadzi osiadły tryb życia , przestaje ściśle przestrzegac romskich tradycji i
obyczajów, to przestaje byc Romem.
Zresztą ja jestem tylko w połowie Romem , po mamie. A tak naprawdę ani mnie Romowie
nie uważają za swego ani Słowacy. Większośc tu mieszkających to takie mieszańce, tak
jak ja. A moja żona jest Słowaczką.
No ale pan mało podobny do Roma, zauważyłam.Zresztą to nie ma dla nas znaczenia,
jakiej pan jest narodowości. Liczy się to, jakim pan jest człowiekiem. Każda nacja ma
mniej i bardziej wartościowych ludzi.
W każdym razie jeśli to jest cygańskie osiedle, to jest wspaniałą wizytówką, która
zaprzecza wszystkim stereotypom, którymi określa się ludnośc romską.
Pan Roman zamyślił się, a po chwili zaczął opowiadac.
Kiedyś, kiedyś w pierwszych wiekach nowej ery Romowie mieszkali w północno-
zachodnich Indiach. A od X wieku zaczęli wędrowac. Nie bardzo wiadomo dlaczego.
Chyba wędrówkę mieli w genach .Do Polski trafili już w XVI wieku - uciekali
z Niemiec, bo tam zaczęto ich prześladowac. A w Rumunii łapano Romów i zostawali
niewolnikami. W XVI, XVII i XVIII wieku w całej Europie Zachodniej tępiono Romów.
W czasie II wojny światowej życie straciło od 20- do 50% Romów, zależnie od kraju.
W każdym kraju władze dążą do tego, by Romowie prowadzili osiadły tryb życia.
Ale niełatwo zmusic Romów do osiadłego trybu życia, skoro od wieków byli ludem
wędrownym. Romowie nie chcą miec własnego, stałego państwa, tak jak Żydzi. Oni
chcą wciąż wędrowac z miejsca na miejsce. I chcą wędrowac całymi rodzinami,
a rodziny mają duże. Romowie chcą by w każdym kraju byli uznawani za
mniejszośc narodową.
A wiecie, że Trybunał w Strasburgu orzekł, że Romowie mają niezbywalne prawo
do swobodnego przemieszczania się? I co z tego? Policja brytyjska i francuska wciąż
przegania Romów z miejsca na miejsce, niszczy ich przyczepy campingowe .
Przeganiają- no mówi się trudno , taką mają pracę, ale dlaczego niszczą przyczepy?
Nikt nie lubi Romów- bo nie pracują, często kradną. Ale przecież nie tylko Romowie
kradną i kombinują. To są drobne kradzieże. W słowackich więzieniach 80%więzniów
to Romowie. Są niewykształceni. W skali europejskiej 1 na 100 ma ukończoną
szkołę średnią, studia ukończyło zaledwie 0,2% romskiej młodzieży.
Pan Romek umilkł - siedzieliśmy nad pustymi już szklankami i jakoś smutno się
zrobiło.
Ale ja tu wcale nie widziałam na Słowacji Romów- zauważyłam. W każdym razie nie
rzucają się w oczy. Nie ma Romek w kwiecistych , wielokolorowych sukienkach, tak
jak w Polsce.
Bo zaraz by zostały zaaresztowane.Zresztą we Francji, Anglii, Hiszpanii też chodzą
ubrani jak wszyscy inni. Ale gdy tam zobaczy pani na ulicy grającego gitarzystę i to
bardzo dobrze grającego, to z pewnością będzie Rom.
Bo Romowie kochają trzy rzeczy - wolnośc, muzykę i taniec.
A że coraz bardziej odstają od dzisiejszych czasów to wciąż będą kłopoty z nimi.
I niestety pan Roman miał rację. W jakiś czas potem media donosiły o tym, że
w Słowacji doszło do zamieszek "na tle etnicznym".
Przypomniała mi się rozmowa z panem Romanem, bo kilka dni temu oglądałam film
dokumentalny o Romach w USA.
Tam też Romowie starają się przestrzegac swych obyczajów i tradycji. Teoretycznie
się niczym nie wyróżniają, ale nadal małżeństwa mieszane nie są tolerowane.
Dziewczyna, która wyjdzie za mąż za nie-Roma może byc pewna, że na jej ślub i
wesele nie przyjdzie nikt z rodziny ani z przyjaciół.
Nigdy więcej nie byliśmy już potem w tej tak ładnej i schludnej miejscowości .
Mam tylko nadzieję, że nikt tam na romskich mieszkańców nie napadał i dalej
wiedli spokojne życie w swym ładnym osiedlu.
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
czwartek, 20 listopada 2014
sobota, 15 listopada 2014
450. A pamiętasz? cz.IV
Jak zapewne pamiętacie (ale się przyczepiłam do tego pamiętania), wysoki amator
kurzych szyjek nie został zatwierdzony na kandydata na męża. Tak po prawdzie to
nie wiem, czy on wiedział co mu groziło.
W tym czasie rozeszły nam się nieco drogi zawodowe i rzadziej się widywałyśmy.
Aby zrekompensowac te niedogodności postanowiłyśmy, że urlop wezmiemy w tym
samym czasie i spędzimy go razem. Jakoś w porę się zorientowałam, że jednak już
jestem mężatką i mój wyjazd na urlop tylko z Lutką raczej nie zachwyci mego męża,
więc Lutka dostała zadanie bojowe dokooptowania czwartego do brydża, tzn.
do domku letniskowego.
Oczywiście jako osoby zahartowane w bojach o miejsce na spędzenie urlopu, akcję
rozpoczęłyśmy zaraz po Nowym Roku. Zarezerwowałyśmy czteroosobowy domek
kilkadziesiąt km od stolicy.
Wg prospektu domek miał dwa oddzielne pokoje i wspólną łazienkę, dwie mini werandy,
bo byly dwa oddzielne wejścia, w środku piece akumulacyjne.
Tak mniej więcej w kwietniu Lutka poznała kolejnego wysokiego chłopaka.
Po 2 miesiącach już byli parą. Ten osobnik był "zmotoryzowany", czyli miał skuter.
I to chyba było wszystko - facet mowny nie był, oczytany też nie, chociaż nie da się
ukryc, że czytał regularnie "Express Wieczorny", ale nie od deski do deski.
Jeżeli zaglądał do książki to była to tylko książka telefoniczna lub katalog części do
ukochanego skutera. Reszta jego walorów była dośc starannie ukryta.
Jakoś nie za bardzo wiedziałam co Lutka w nim widzi - może jestem głupia, ale sam
wzrost i uroda to wg mnie trochę za mało by się w chłopaku zadurzyc.
Przecież nadchodzi taki moment, że trzeba porozmawiac. A o czym gadac z facetem,
który nie czyta książek?
Jako bardzo wredna baba zwróciłam Lutce na to uwagę, ale stwierdziła, że to nie takie
ważne, bo chłopak fajny. Już nie dociekałam na czym ta jego "fajnośc" polegała, bo to
przecież nie była moja broszka.
Na przełomie lipca i sierpnia wylądowaliśmy w zamówionym domku. Ośrodek był
w lesie, domków było stosunkowo niedużo. Na miejscu okazało się, że wprawdzie
domki posiadają łazienkę, ale jest w niej tylko umywalka, 80 litrowa terma i prysznic,
a WC nie ma, bo fachowcy położyli rury, które nie spełniały wymogów i tym sposobem
w miejscu, w którym miała stac muszla, sterczała z podłogi rura, rzeczywiście wąska.
A WC były w oddzielnym budyneczku, do którego było niedaleko od każdego domku.
Na dodatek stołówka była tylko w planach, ale wczasowicze mogli się stołowac po
sąsiedzku, w zaprzyjaznionym ośrodku, oddalonym o 400 metrów. Bo w ośrodku, który
był tuż za siatką była kiepska kucharka i paskudne jedzenie.
W życiu nie podejrzewałam, że Lutka ma jakieś zaburzenia w orientacji przestrzennej.
Trafiała bezbłędnie do WC, bo budynek był pomalowany na ciemny błękit , więc był
dobrze widoczny z każdego miejsca na terenie ośrodka, ale powrót do domku to już
była gorsza sprawa. Lutka obchodziła po kolei wszystkie domki, szukając tego właściwego.
W lesie trzymała się kurczowo za rękę swego "wysokiego" lub mnie.
Mój mąż usiłował ją nauczyc jak ma się dziewczyna orientowac w terenie, ale był to
próżny trud. Nawet droga na stołówkę była dla niej czarną magią, chociaż wystarczało
wyjśc za bramę ośrodka, skręcic w lewo, a droga sama doprowadzała do celu.
Pewnego dnia zachciało się nam "coś słodkiego" i nie pozostało nic innego jak przewlec
się 4 km do najbliższej miejscowości.
Panowie byli mocno zajęci grą w siatkówkę, więc powędrowałyśmy same. Mieścina była
tragiczna - posiadała dwie ulice na krzyż- przy tej głównej stały trzy drewniane kioski-
jeden to był kiosk Ruchu, dwa pozostałe robiły za sklepy, w tym jeden był "cukiernią".
W owej cukierni stała kolejka, więc aby nie tracic czasu wysłałam Lutkę do kiosku Ruchu
po gazety i do spożywczego po owoce. Wszystkie trzy kioski były po jednej stronie ulicy,
wszystkie były doskonale widoczne i naprawdę niedaleko od siebie.
Zrobiłam w "cukierni" zakupy i obładowana dwoma ciastami wyszłam na zewnątrz,
pewna że Lutka czeka na mnie pod tym sklepem. Ale Lutki nie było w zasięgu wzroku.
No to pewnie jest w spożywczym- pomyślałam i tam się skierowałam.
Ku memu zaskoczeniu tu też jej nie było.Kupiłam jeszcze kawę, butelkę wina i czekoladę.
Wyszłam przed sklep - Lutki nadal nie widac. Wróciłam na wszelki wypadek do cukierni,
zajrzałam do środka, bo może ona w międzyczasie tam weszła, ale jej nie było.
Stoję jak idiotka pośrodku pustej ulicy objuczona zakupami, a Lutki nie ma. I nie mam
pojęcia gdzie się ona rozpłynęła - przecież jej nikt nie porwał, bo za duża - myślę coraz
bardziej zła.
Zaczęłam podejrzewac, że ona znudzona czekaniem na mnie poszła w drogę powrotną.
Po raz ostatni obróciłam się w stronę kiosku ruchu i perspektywie ulicy zobaczyłam Lutkę.
Postawiłam siatę z zakupami na chodniku i zaczęłam wymachiwac rękami - Lutka mnie
łaskawie zauważyła i w końcu do mnie dotarła. Oczywiście Lutka jak zwykle zgubiła się -
w biały dzień, na pustej ulicy, na przestrzeni 200 metrów.
Pobyt był całkiem udany - panowie głównie grali w siatkówkę, my chodziłyśmy na
grzyby, Lutka cały czas się zamartwiała, że się zgubimy, ja usiłowałam nauczyc się
prowadzenia skutera, co zakończyło się rozbiciem stopy.
Oczywiście nagadałyśmy się za wszystkie czasy.
Ten wysoki został jednak mężem Lutki. Związek ten był swoistą transakcją - on miał
meldunek warszawski, należał do spółdzielni mieszkaniowej , ale nie miał pieniędzy na
wpłatę. Cała kwotę wyłożyli rodzice Lutki, chociaż wcale im się Wysoki nie podobał.
Kilka razy małżeństwo było bliskie rozpadu, ale podział mieszkania typu dwa pokoje
z ciemną kuchnią był utopią.
I nadal są razem chociaż często się kłócą a Lutka sama sobie zadaje pytanie "co ja w nim
widziałam?".
W czerwcu mieli 46 rocznicę ślubu - Wysoki nawet kwiatka jej nie przyniósł.
z tej okazji.
kurzych szyjek nie został zatwierdzony na kandydata na męża. Tak po prawdzie to
nie wiem, czy on wiedział co mu groziło.
W tym czasie rozeszły nam się nieco drogi zawodowe i rzadziej się widywałyśmy.
Aby zrekompensowac te niedogodności postanowiłyśmy, że urlop wezmiemy w tym
samym czasie i spędzimy go razem. Jakoś w porę się zorientowałam, że jednak już
jestem mężatką i mój wyjazd na urlop tylko z Lutką raczej nie zachwyci mego męża,
więc Lutka dostała zadanie bojowe dokooptowania czwartego do brydża, tzn.
do domku letniskowego.
Oczywiście jako osoby zahartowane w bojach o miejsce na spędzenie urlopu, akcję
rozpoczęłyśmy zaraz po Nowym Roku. Zarezerwowałyśmy czteroosobowy domek
kilkadziesiąt km od stolicy.
Wg prospektu domek miał dwa oddzielne pokoje i wspólną łazienkę, dwie mini werandy,
bo byly dwa oddzielne wejścia, w środku piece akumulacyjne.
Tak mniej więcej w kwietniu Lutka poznała kolejnego wysokiego chłopaka.
Po 2 miesiącach już byli parą. Ten osobnik był "zmotoryzowany", czyli miał skuter.
I to chyba było wszystko - facet mowny nie był, oczytany też nie, chociaż nie da się
ukryc, że czytał regularnie "Express Wieczorny", ale nie od deski do deski.
Jeżeli zaglądał do książki to była to tylko książka telefoniczna lub katalog części do
ukochanego skutera. Reszta jego walorów była dośc starannie ukryta.
Jakoś nie za bardzo wiedziałam co Lutka w nim widzi - może jestem głupia, ale sam
wzrost i uroda to wg mnie trochę za mało by się w chłopaku zadurzyc.
Przecież nadchodzi taki moment, że trzeba porozmawiac. A o czym gadac z facetem,
który nie czyta książek?
Jako bardzo wredna baba zwróciłam Lutce na to uwagę, ale stwierdziła, że to nie takie
ważne, bo chłopak fajny. Już nie dociekałam na czym ta jego "fajnośc" polegała, bo to
przecież nie była moja broszka.
Na przełomie lipca i sierpnia wylądowaliśmy w zamówionym domku. Ośrodek był
w lesie, domków było stosunkowo niedużo. Na miejscu okazało się, że wprawdzie
domki posiadają łazienkę, ale jest w niej tylko umywalka, 80 litrowa terma i prysznic,
a WC nie ma, bo fachowcy położyli rury, które nie spełniały wymogów i tym sposobem
w miejscu, w którym miała stac muszla, sterczała z podłogi rura, rzeczywiście wąska.
A WC były w oddzielnym budyneczku, do którego było niedaleko od każdego domku.
Na dodatek stołówka była tylko w planach, ale wczasowicze mogli się stołowac po
sąsiedzku, w zaprzyjaznionym ośrodku, oddalonym o 400 metrów. Bo w ośrodku, który
był tuż za siatką była kiepska kucharka i paskudne jedzenie.
W życiu nie podejrzewałam, że Lutka ma jakieś zaburzenia w orientacji przestrzennej.
Trafiała bezbłędnie do WC, bo budynek był pomalowany na ciemny błękit , więc był
dobrze widoczny z każdego miejsca na terenie ośrodka, ale powrót do domku to już
była gorsza sprawa. Lutka obchodziła po kolei wszystkie domki, szukając tego właściwego.
W lesie trzymała się kurczowo za rękę swego "wysokiego" lub mnie.
Mój mąż usiłował ją nauczyc jak ma się dziewczyna orientowac w terenie, ale był to
próżny trud. Nawet droga na stołówkę była dla niej czarną magią, chociaż wystarczało
wyjśc za bramę ośrodka, skręcic w lewo, a droga sama doprowadzała do celu.
Pewnego dnia zachciało się nam "coś słodkiego" i nie pozostało nic innego jak przewlec
się 4 km do najbliższej miejscowości.
Panowie byli mocno zajęci grą w siatkówkę, więc powędrowałyśmy same. Mieścina była
tragiczna - posiadała dwie ulice na krzyż- przy tej głównej stały trzy drewniane kioski-
jeden to był kiosk Ruchu, dwa pozostałe robiły za sklepy, w tym jeden był "cukiernią".
W owej cukierni stała kolejka, więc aby nie tracic czasu wysłałam Lutkę do kiosku Ruchu
po gazety i do spożywczego po owoce. Wszystkie trzy kioski były po jednej stronie ulicy,
wszystkie były doskonale widoczne i naprawdę niedaleko od siebie.
Zrobiłam w "cukierni" zakupy i obładowana dwoma ciastami wyszłam na zewnątrz,
pewna że Lutka czeka na mnie pod tym sklepem. Ale Lutki nie było w zasięgu wzroku.
No to pewnie jest w spożywczym- pomyślałam i tam się skierowałam.
Ku memu zaskoczeniu tu też jej nie było.Kupiłam jeszcze kawę, butelkę wina i czekoladę.
Wyszłam przed sklep - Lutki nadal nie widac. Wróciłam na wszelki wypadek do cukierni,
zajrzałam do środka, bo może ona w międzyczasie tam weszła, ale jej nie było.
Stoję jak idiotka pośrodku pustej ulicy objuczona zakupami, a Lutki nie ma. I nie mam
pojęcia gdzie się ona rozpłynęła - przecież jej nikt nie porwał, bo za duża - myślę coraz
bardziej zła.
Zaczęłam podejrzewac, że ona znudzona czekaniem na mnie poszła w drogę powrotną.
Po raz ostatni obróciłam się w stronę kiosku ruchu i perspektywie ulicy zobaczyłam Lutkę.
Postawiłam siatę z zakupami na chodniku i zaczęłam wymachiwac rękami - Lutka mnie
łaskawie zauważyła i w końcu do mnie dotarła. Oczywiście Lutka jak zwykle zgubiła się -
w biały dzień, na pustej ulicy, na przestrzeni 200 metrów.
Pobyt był całkiem udany - panowie głównie grali w siatkówkę, my chodziłyśmy na
grzyby, Lutka cały czas się zamartwiała, że się zgubimy, ja usiłowałam nauczyc się
prowadzenia skutera, co zakończyło się rozbiciem stopy.
Oczywiście nagadałyśmy się za wszystkie czasy.
Ten wysoki został jednak mężem Lutki. Związek ten był swoistą transakcją - on miał
meldunek warszawski, należał do spółdzielni mieszkaniowej , ale nie miał pieniędzy na
wpłatę. Cała kwotę wyłożyli rodzice Lutki, chociaż wcale im się Wysoki nie podobał.
Kilka razy małżeństwo było bliskie rozpadu, ale podział mieszkania typu dwa pokoje
z ciemną kuchnią był utopią.
I nadal są razem chociaż często się kłócą a Lutka sama sobie zadaje pytanie "co ja w nim
widziałam?".
W czerwcu mieli 46 rocznicę ślubu - Wysoki nawet kwiatka jej nie przyniósł.
z tej okazji.
piątek, 14 listopada 2014
Dzisiaj....
....jest równo 6 lat od chwili opublikowania na tym blogu pierwszego mojego
posta.
To wiadomośc dla tych, którzy nie bywają na moim drugim blogu. Tam już się
zdążyłam pochwalic.
Dzięki blogowaniu poznałam wielu b. ciekawych ludzi, częśc tych znajoimości
przeniosła się do świata realnego.
I jeszcze raz chcę podziekowac tym wszystkim, którzy mnie wspierali gdy na
przełomie roku 2009 i 2010 przeżywałam wielki stres. Byli ze mną i cierpliwie
znosili moje płacze i lęki.
I jeszcze raz dziekuję Andrzejowi i Jackowi, którzy pomogli mi w otwarciu
bloga.
Wszystkim dziękuję za to, że byliście i nadal jesteście.
posta.
To wiadomośc dla tych, którzy nie bywają na moim drugim blogu. Tam już się
zdążyłam pochwalic.
Dzięki blogowaniu poznałam wielu b. ciekawych ludzi, częśc tych znajoimości
przeniosła się do świata realnego.
I jeszcze raz chcę podziekowac tym wszystkim, którzy mnie wspierali gdy na
przełomie roku 2009 i 2010 przeżywałam wielki stres. Byli ze mną i cierpliwie
znosili moje płacze i lęki.
I jeszcze raz dziekuję Andrzejowi i Jackowi, którzy pomogli mi w otwarciu
bloga.
Wszystkim dziękuję za to, że byliście i nadal jesteście.
poniedziałek, 10 listopada 2014
A pamiętasz? cz.III
Obie z Lutką niemal od dziecka słyszałyśmy w domach, że najważniejszą sprawą
w życiu kobiety to dobre zamążpójście, posiadanie dzieci i wychowanie dzieci.
Studia - istna fanaberia, no chyba , że traktowac je hobbystycznie, po przecież każda
kobieta po wyjściu za mąz i tak rzuci studia i pracę, bo dom i dzieci tylko ważne są.
Lutce wkładali do głowy, że dobry mąż to powinien byc już ustatkowanym facetem,
z dobrym zawodem, oczywiście bez nałogów typu wódka, karty, hazard, dziwki. No
i najlepiej by był bogaty z domu.
U mnie to wszystko miało jedno określenie - porządny i uczciwy.
Nie wiem czemu, ale jakoś umknęło naszym rodzinom, że lata okrutnej wojny i
dyktatura proletariatu wszystko w Polsce wywróciły do góry nogami.
Ten kto był bogaty najczęściej zdążył z kraju wyemigrowac, tym co zostali
odebrano prawem Kaduka ich majątki a pierwszeństwo w dostaniu się na studia
miały dzieci z rodzin robotniczych i chłopskich, bo miały punkty za pochodzenie
społeczne.
A my z Lutką byłyśmy pod tym względem mocno upośledzone - paskudne "inteligentki."
Co prawda już nie bogate, bo nasze rodziny wprawdzie uszły z życiem, ale utraciły
wszystko.
Nasze przedwojenne trzy pokoje z kuchnią zaanektował kwaterunek, nam przyznano 1
pokój, do dwóch pozostałych dokwaterowano lokatorów.
Szybko poznaliśmy co to jest mieszkanie "kołchozowe".
Dom, w którym przed wojną mieszkali rodzice Lutki został doszczętnie zrównany
z ziemią i jeszcze przed Powstaniem Warszawskim jej rodzice wyjechali do Łodzi.
Tym sposobem odcięli sobie powrót do Warszawy, bo stolica była bardzo długo
miastem zamkniętym- meldunek w stolicy mógł dostac tylko ten, kto miał zatrudnienie
w państwowym zakładzie pracy. A takowego ojciec Lutki nie miał. W efekcie, by byc
bliżej rodzinnego miasta wynajmowali dom pod Warszawą. Ojciec Lutki zupełnie nie
mógł się odnalezc w tej nowej rzeczywistości.
Mnie w domu kładziono do głowy, że do małżeństwa należy podchodzic z pozycji
rozsądku, tak jak się podchodzi do zakupu drogiego towaru, czyli zorientowac się czy
kandydat na męża jest dostatecznie wartościowym egzemplarzem. Kwestie majątkowe
nie były stawiane na pierwszym miejscu, podobnie jak uroda, ale dla moich ważne
było pochodzenie społeczne.
A my z Lutką chciałyśmy miec po prostu ładnych i miłych, kulturalnych chłopaków.
Lutka stawiała jeszcze jeden warunek - chłopak musiał byc wysoki, by jej 175 cm
wzrostu nie przycmiewało chłopaka.
Nie wiadomo dlaczego, ale w tamtych czasach ci wysocy chłopcy byli zupełnie jak
w pewnym powiedzeniu : "wysoki jak brzoza a głupi jak koza".
Co jakiś czas Lutka przedstawiała mi kolejnego "wysokiego" i żaden nie spełniał
ani jednego wymogu rodziców, ale tylko i jedynie Lutczyny wymóg wzrostu.
Przyznam się bez bicia- równolegle spotykałam się z dwoma chłopakami, przez co
czasem bywałam po dwa razy na tym samym filmie.
I jeden z nich, któremu powiedziałam, że nie będziemy się więcej spotykac bo już
pół roku się spotykamy a ja nie chcę się za bardzo do niego przyzwyczaic, wpadł na
pomysł, że powiniśmy się pobrac. Reklamowałam się mówiąc, że nie umiem nawet wody
na herbatę ugotowac, że nie lubię sprzątac, nie umiem nic w domu robic (ja tylko prawdę
mówiłam), ale pomimo takiego dictum został moim mężem.
Lutka oczywiście była moim świadkiem. A mój świeżo upieczony mąż stwierdził, że
przecież on ma wielu kolegów, niektórych nawet b. wysokich i że z pewnością któryś
się Lutce spodoba.
I zaczęło się swatanie Lutki. Mój mąż przedstawiał Lutce zalety moralne przedstawianych
jej chłopaków, ja omawiałam z nią ich walory zewnętrzne. Spotykaliśmy się najczęściej u
Medyków bo tam grał dobry zespół, albo w klubie NOT-u.
Swatanie Lutki było bardzo męczące pod względem fizycznym, ale mile wspominam ten
okres, bo wielu kolegów mego ślubnego naprawdę świetnie tańczyło.
Po roku wytłumaczyłam mężowi, że swatanie Lutki zupełnie nie ma sensu. Lutka ma sobie
sama wynalezc męża.
Któregoś dnia Lutka zatelefonowała do mnie i zaprosiła nas do siebie na obiad - chciała
nam przedstawic nowo poznanego faceta.
Byliśmy nieco wcześniej niż ten chłopak- mama Lutki była wyraznie podniecona faktem, że
Lutka przyprowadza "kandydata".
Kandydat był rzeczywiście wysoki, mógł z powodzeniem grac w siatkówkę lub koszykówkę.
Twarz też była sympatyczna. Biedak był wyraznie stremowany gdy siedliśmy wszyscy do
stołu.
Mama Lutki upiekła z tej okazji dwa spore kurczaki z nadzieniem i ptactwo wpłynęło na stół
na wielkim, srebrnym półmisku, już poporcjowane. Stawiając półmich na stole nadała tekst
reklamowy : "tego kurczaka z nadzieniem Lutka sama robiła".
Żeby nie parsknąc śmiechem znurkowałam pod stól, udając, że spadła mi serwetka. Lutka,
podobnie jak ja nie miała zielonego pojęcia o gotowaniu, jej popisowym daniem było jajko ugotowane na twardo.
Mama Lutki stanęła obok "Wysokiego", pytając się który kawałek kuraka mu nałożyc na
talerz- "Wysoki" obrzucił półmisek spłoszonym wzrokiem i wyjąkał: "a szyjki nie ma? bo
ja zawsze szyjkę obgryzam".
Mama Lutki z lekka zesztywniała i dobitnie powiedziała - "szyjkę ugotowałam kotu,już zjadł."
I znów nie mogłam zachowac powagi, więc tym razem uciekłam od stołu.
W chwilę potem dołączyła do mnie Lutka i wybiegłyśmy z domu, żeby móc się spokojnie
wyśmiac.
No cóż, ten wysoki nie został mężem Lutki.
w życiu kobiety to dobre zamążpójście, posiadanie dzieci i wychowanie dzieci.
Studia - istna fanaberia, no chyba , że traktowac je hobbystycznie, po przecież każda
kobieta po wyjściu za mąz i tak rzuci studia i pracę, bo dom i dzieci tylko ważne są.
Lutce wkładali do głowy, że dobry mąż to powinien byc już ustatkowanym facetem,
z dobrym zawodem, oczywiście bez nałogów typu wódka, karty, hazard, dziwki. No
i najlepiej by był bogaty z domu.
U mnie to wszystko miało jedno określenie - porządny i uczciwy.
Nie wiem czemu, ale jakoś umknęło naszym rodzinom, że lata okrutnej wojny i
dyktatura proletariatu wszystko w Polsce wywróciły do góry nogami.
Ten kto był bogaty najczęściej zdążył z kraju wyemigrowac, tym co zostali
odebrano prawem Kaduka ich majątki a pierwszeństwo w dostaniu się na studia
miały dzieci z rodzin robotniczych i chłopskich, bo miały punkty za pochodzenie
społeczne.
A my z Lutką byłyśmy pod tym względem mocno upośledzone - paskudne "inteligentki."
Co prawda już nie bogate, bo nasze rodziny wprawdzie uszły z życiem, ale utraciły
wszystko.
Nasze przedwojenne trzy pokoje z kuchnią zaanektował kwaterunek, nam przyznano 1
pokój, do dwóch pozostałych dokwaterowano lokatorów.
Szybko poznaliśmy co to jest mieszkanie "kołchozowe".
Dom, w którym przed wojną mieszkali rodzice Lutki został doszczętnie zrównany
z ziemią i jeszcze przed Powstaniem Warszawskim jej rodzice wyjechali do Łodzi.
Tym sposobem odcięli sobie powrót do Warszawy, bo stolica była bardzo długo
miastem zamkniętym- meldunek w stolicy mógł dostac tylko ten, kto miał zatrudnienie
w państwowym zakładzie pracy. A takowego ojciec Lutki nie miał. W efekcie, by byc
bliżej rodzinnego miasta wynajmowali dom pod Warszawą. Ojciec Lutki zupełnie nie
mógł się odnalezc w tej nowej rzeczywistości.
Mnie w domu kładziono do głowy, że do małżeństwa należy podchodzic z pozycji
rozsądku, tak jak się podchodzi do zakupu drogiego towaru, czyli zorientowac się czy
kandydat na męża jest dostatecznie wartościowym egzemplarzem. Kwestie majątkowe
nie były stawiane na pierwszym miejscu, podobnie jak uroda, ale dla moich ważne
było pochodzenie społeczne.
A my z Lutką chciałyśmy miec po prostu ładnych i miłych, kulturalnych chłopaków.
Lutka stawiała jeszcze jeden warunek - chłopak musiał byc wysoki, by jej 175 cm
wzrostu nie przycmiewało chłopaka.
Nie wiadomo dlaczego, ale w tamtych czasach ci wysocy chłopcy byli zupełnie jak
w pewnym powiedzeniu : "wysoki jak brzoza a głupi jak koza".
Co jakiś czas Lutka przedstawiała mi kolejnego "wysokiego" i żaden nie spełniał
ani jednego wymogu rodziców, ale tylko i jedynie Lutczyny wymóg wzrostu.
Przyznam się bez bicia- równolegle spotykałam się z dwoma chłopakami, przez co
czasem bywałam po dwa razy na tym samym filmie.
I jeden z nich, któremu powiedziałam, że nie będziemy się więcej spotykac bo już
pół roku się spotykamy a ja nie chcę się za bardzo do niego przyzwyczaic, wpadł na
pomysł, że powiniśmy się pobrac. Reklamowałam się mówiąc, że nie umiem nawet wody
na herbatę ugotowac, że nie lubię sprzątac, nie umiem nic w domu robic (ja tylko prawdę
mówiłam), ale pomimo takiego dictum został moim mężem.
Lutka oczywiście była moim świadkiem. A mój świeżo upieczony mąż stwierdził, że
przecież on ma wielu kolegów, niektórych nawet b. wysokich i że z pewnością któryś
się Lutce spodoba.
I zaczęło się swatanie Lutki. Mój mąż przedstawiał Lutce zalety moralne przedstawianych
jej chłopaków, ja omawiałam z nią ich walory zewnętrzne. Spotykaliśmy się najczęściej u
Medyków bo tam grał dobry zespół, albo w klubie NOT-u.
Swatanie Lutki było bardzo męczące pod względem fizycznym, ale mile wspominam ten
okres, bo wielu kolegów mego ślubnego naprawdę świetnie tańczyło.
Po roku wytłumaczyłam mężowi, że swatanie Lutki zupełnie nie ma sensu. Lutka ma sobie
sama wynalezc męża.
Któregoś dnia Lutka zatelefonowała do mnie i zaprosiła nas do siebie na obiad - chciała
nam przedstawic nowo poznanego faceta.
Byliśmy nieco wcześniej niż ten chłopak- mama Lutki była wyraznie podniecona faktem, że
Lutka przyprowadza "kandydata".
Kandydat był rzeczywiście wysoki, mógł z powodzeniem grac w siatkówkę lub koszykówkę.
Twarz też była sympatyczna. Biedak był wyraznie stremowany gdy siedliśmy wszyscy do
stołu.
Mama Lutki upiekła z tej okazji dwa spore kurczaki z nadzieniem i ptactwo wpłynęło na stół
na wielkim, srebrnym półmisku, już poporcjowane. Stawiając półmich na stole nadała tekst
reklamowy : "tego kurczaka z nadzieniem Lutka sama robiła".
Żeby nie parsknąc śmiechem znurkowałam pod stól, udając, że spadła mi serwetka. Lutka,
podobnie jak ja nie miała zielonego pojęcia o gotowaniu, jej popisowym daniem było jajko ugotowane na twardo.
Mama Lutki stanęła obok "Wysokiego", pytając się który kawałek kuraka mu nałożyc na
talerz- "Wysoki" obrzucił półmisek spłoszonym wzrokiem i wyjąkał: "a szyjki nie ma? bo
ja zawsze szyjkę obgryzam".
Mama Lutki z lekka zesztywniała i dobitnie powiedziała - "szyjkę ugotowałam kotu,już zjadł."
I znów nie mogłam zachowac powagi, więc tym razem uciekłam od stołu.
W chwilę potem dołączyła do mnie Lutka i wybiegłyśmy z domu, żeby móc się spokojnie
wyśmiac.
No cóż, ten wysoki nie został mężem Lutki.
piątek, 7 listopada 2014
A pamiętasz? cz. II
Lutkę poznałam w swojej pierwszej pracy. Lutka już pracowała w tym biurze ze trzy
miesiące. Obie byłyśmy zaraz po maturze i z powodu sytuacji materialnej w domu
musiałyśmy iśc do pracy. Lutka dostała pracę kreślarki, ja się załapałam jako druga
sekretarka sporej pracowni projektowej.
Pierwszy raz zobaczyłam Lutkę w...toalecie. Usiłowała zabandażowac sobie nogę na
odcinku stopa - kolano i zupełnie nie mogła sobie z tym poradzic. Widząc jej wielką
w tej materii nieporadnośc, zaproponowałam swą pomoc - jakby nie było zrobiłam
kurs udzielania pierwszej pomocy i bandażowanie kończyn nie stanowiło dla mnie
żadnego problemu. Z wdzięczności Lutka zaprosiła mnie do naszego biurowego
bufetu na kawę i tak się właściwie rozpoczęła nasza, do dziś trwająca znajomośc i
przyjazń.
Praca sekretarki pracowni projektowej nie była porywająca ani ciekawa, ale miała
swoje dobre strony - nie musiałam siedziec za biurkiem jak przyspawana, bo często
musiałam wędrowac z dokumentacją po niemal całym biurze a biuro było ogromne,
zlokalizowane w dwóch budynkach i jeśli nawet nie urywałam się na kawę to i tak
większą cześc dnia nie było mnie przy biurku, bo gdzieś krążyłam.
Szef naszej pracowni najchętniej spychał wszystko na swe sekretarki, ale my szybko
zdołałyśmy dojśc do porozumienia i biedny szef ciągle się zastanawiał, dlaczego
w sekretariacie zawsze jest tylko jedna z nas.
Był dośc nieciekawym, lekko zatłuszczonym facetem około czterdziestki i zawsze
obarczał nas dziwnymi zadaniami, które niewiele miały wspólnego z pracą.
Kiedyś wymyślił, że jedna zostanie w biurze, a druga może sobie wybrac jedną
z kreślarek i jako delegatki pójdziemy na pogrzeb jednego z inżynierów projektantów,
który po długiej chorobie właśnie zmarł. Żeby było śmieszniej i dziwniej, to ten pan
już od jakiegoś czasu był na emeryturze i żadna z nas go nie znała.
Ponieważ byłam stosunkowo "nowa" musiałam dac się oddelegowac na ten pogrzeb.
Oczywiście wzięłam ze sobą Lutkę, szef dał nam pieniądze na wiązankę, wetknął
nam szarfę z dedykacją ( dla kogo i od kogo) i poganiane przez szefa,wyruszyłyśmy
na Powązki.
Miałyśmy kupic wiązankę przed cmentarzem, dołączyc do niej szarfę i ułożyc ją
w kościele przy trumnie, a potem z konduktem przejśc na miejsce pochówku.
Złe niczym szerszenie, dojechałyśmy na Powązki, kupiłyśmy wiązankę, sprzedawczyni
dołączyła fachowo szarfę i pomaszerowałyśmy do kościoła.
Byłyśmy nieco zdziwione, że nie ma nikogo znajomego z biura- w końcu pracowała
tam zgraja ludzi i nie podejrzewałyśmy, by na pogrzeb były oddelegowane same nowe
sekretarki - zresztą żadnej z nich nie było.
Lutka poszła nawet do zakrystii, żeby się dowiedziec, o której ma byc msza za pana XYZ,
ale tam, ku naszemy zdumieniu, dowiedziała się, że tego dnia ani następnego to z całą
pewnością nie będzie takiego pochówku.
Podpowiedzieli jej za to, że może ten pogrzeb ma byc na Powązkach Wojskowych.
Zrobiłyśmy zwrot przez sztag, poczekałyśmy na tramwaj i pojechałyśmy na drugi,
Wojskowy Cmentarz. Ponieważ było już po godzinie, o której miał byc pogrzeb, poszłyśmy
wprost do kancelarii, dowiedziec się czegokolwiek o tym pogrzebie.
Ale tu także nikt nie miał zamiaru chowac pana XYZ.
Dostałyśmy z Lutką napadu histerycznego śmiechu. Pani w kancelarii popatrzyła na nas
dziwnie, gdy skrecając się ze śmiechu wypadłyśmy z tą nieszczęsną wiązanką na zewnątrz.
Gdy dojechałyśmy, taszcząc wiązankę, do biura było już po godzinach pracy.
Ubłagałyśmy strażnika, żeby nam pozwolił zostawic nasz balast na dyżurce i pojechałyśmy
do swych domów.
Następnego dnia rano wiązanka wylądowała na biurku szefa, któremu aż mowę odebrało
na jej widok . "Co to, co to? Dlaczego?" Wytłumaczyłam w czym rzecz - szef wytoczył się
z pokoju i bardzo długo go nie było.
Okazało się, że pogrzeb ma dopiero byc....za dwa tygodnie.Szef był bardzo zmartwiony,
ale nie tym, że nas bez potrzeby fatygował, ale tym, że wiązanka raczej nie przetrwa
dwa tygodnie. W dwa tygodnie pózniej sam pojechał na pogrzeb.
Doszłyśmy z Lutką do wniosku, że takie idiotyczne przypadki to tylko nam się trafiały.
miesiące. Obie byłyśmy zaraz po maturze i z powodu sytuacji materialnej w domu
musiałyśmy iśc do pracy. Lutka dostała pracę kreślarki, ja się załapałam jako druga
sekretarka sporej pracowni projektowej.
Pierwszy raz zobaczyłam Lutkę w...toalecie. Usiłowała zabandażowac sobie nogę na
odcinku stopa - kolano i zupełnie nie mogła sobie z tym poradzic. Widząc jej wielką
w tej materii nieporadnośc, zaproponowałam swą pomoc - jakby nie było zrobiłam
kurs udzielania pierwszej pomocy i bandażowanie kończyn nie stanowiło dla mnie
żadnego problemu. Z wdzięczności Lutka zaprosiła mnie do naszego biurowego
bufetu na kawę i tak się właściwie rozpoczęła nasza, do dziś trwająca znajomośc i
przyjazń.
Praca sekretarki pracowni projektowej nie była porywająca ani ciekawa, ale miała
swoje dobre strony - nie musiałam siedziec za biurkiem jak przyspawana, bo często
musiałam wędrowac z dokumentacją po niemal całym biurze a biuro było ogromne,
zlokalizowane w dwóch budynkach i jeśli nawet nie urywałam się na kawę to i tak
większą cześc dnia nie było mnie przy biurku, bo gdzieś krążyłam.
Szef naszej pracowni najchętniej spychał wszystko na swe sekretarki, ale my szybko
zdołałyśmy dojśc do porozumienia i biedny szef ciągle się zastanawiał, dlaczego
w sekretariacie zawsze jest tylko jedna z nas.
Był dośc nieciekawym, lekko zatłuszczonym facetem około czterdziestki i zawsze
obarczał nas dziwnymi zadaniami, które niewiele miały wspólnego z pracą.
Kiedyś wymyślił, że jedna zostanie w biurze, a druga może sobie wybrac jedną
z kreślarek i jako delegatki pójdziemy na pogrzeb jednego z inżynierów projektantów,
który po długiej chorobie właśnie zmarł. Żeby było śmieszniej i dziwniej, to ten pan
już od jakiegoś czasu był na emeryturze i żadna z nas go nie znała.
Ponieważ byłam stosunkowo "nowa" musiałam dac się oddelegowac na ten pogrzeb.
Oczywiście wzięłam ze sobą Lutkę, szef dał nam pieniądze na wiązankę, wetknął
nam szarfę z dedykacją ( dla kogo i od kogo) i poganiane przez szefa,wyruszyłyśmy
na Powązki.
Miałyśmy kupic wiązankę przed cmentarzem, dołączyc do niej szarfę i ułożyc ją
w kościele przy trumnie, a potem z konduktem przejśc na miejsce pochówku.
Złe niczym szerszenie, dojechałyśmy na Powązki, kupiłyśmy wiązankę, sprzedawczyni
dołączyła fachowo szarfę i pomaszerowałyśmy do kościoła.
Byłyśmy nieco zdziwione, że nie ma nikogo znajomego z biura- w końcu pracowała
tam zgraja ludzi i nie podejrzewałyśmy, by na pogrzeb były oddelegowane same nowe
sekretarki - zresztą żadnej z nich nie było.
Lutka poszła nawet do zakrystii, żeby się dowiedziec, o której ma byc msza za pana XYZ,
ale tam, ku naszemy zdumieniu, dowiedziała się, że tego dnia ani następnego to z całą
pewnością nie będzie takiego pochówku.
Podpowiedzieli jej za to, że może ten pogrzeb ma byc na Powązkach Wojskowych.
Zrobiłyśmy zwrot przez sztag, poczekałyśmy na tramwaj i pojechałyśmy na drugi,
Wojskowy Cmentarz. Ponieważ było już po godzinie, o której miał byc pogrzeb, poszłyśmy
wprost do kancelarii, dowiedziec się czegokolwiek o tym pogrzebie.
Ale tu także nikt nie miał zamiaru chowac pana XYZ.
Dostałyśmy z Lutką napadu histerycznego śmiechu. Pani w kancelarii popatrzyła na nas
dziwnie, gdy skrecając się ze śmiechu wypadłyśmy z tą nieszczęsną wiązanką na zewnątrz.
Gdy dojechałyśmy, taszcząc wiązankę, do biura było już po godzinach pracy.
Ubłagałyśmy strażnika, żeby nam pozwolił zostawic nasz balast na dyżurce i pojechałyśmy
do swych domów.
Następnego dnia rano wiązanka wylądowała na biurku szefa, któremu aż mowę odebrało
na jej widok . "Co to, co to? Dlaczego?" Wytłumaczyłam w czym rzecz - szef wytoczył się
z pokoju i bardzo długo go nie było.
Okazało się, że pogrzeb ma dopiero byc....za dwa tygodnie.Szef był bardzo zmartwiony,
ale nie tym, że nas bez potrzeby fatygował, ale tym, że wiązanka raczej nie przetrwa
dwa tygodnie. W dwa tygodnie pózniej sam pojechał na pogrzeb.
Doszłyśmy z Lutką do wniosku, że takie idiotyczne przypadki to tylko nam się trafiały.
poniedziałek, 3 listopada 2014
Podobno... cz.II
Jaś i Małgosia tworzyli świetną parę - trzymali się razem przez cały rok szkolny, mieli
swoje tajemne znaki, którymi porozumiewali się na lekcjach, a Jaś na wszystkich
przerwach obserwował, czy aby któryś z kolegów zbyt długo nie rozmawia z Małgosią.
Zagadywałyśmy czasami Małgosię, czy to nie jest nudno chodzic cały czas z jednym
chłopakiem - większośc z nas chodziła z jednym chłopakiem co najwyżej miesiąc.
Swoje urodziny Jaś obchodził dwukrotnie - raz było przyjęcie dla najbliższej rodziny
i Jaś zaprosił na nie Małgosię, w dwa dni pózniej była w jego domu prywatka i oczywiście
była na niej Małgosia.
Na tym rodzinnym przyjęciu babcia i różne ciocie przyglądały się Małgosi uważnie,
zwłaszcza, że mama Jasia zaprezentowała ją jako "sympatię Jasia". Małgosia była bardzo
stremowana, siedziała z zaciśniętym gardłem i najchętniej zwiałaby stamtąd ukradkiem.
Rodzice Jasia widząc, że Małgosia czuje się jak na cenzurowanym zaczęli snuc zabawne
historyjki jeszcze ze swego dzieciństwa, czyli z czasów przedwojennych i pomału Małgosia
odtajała.
Po rodzinnej uroczystości mama Jasia zadbała, by Małgosia nie wracała sama do domu i
Jaś, w towarzystwie swego taty, odprowadził ją do domu. Na pożegnanie tato Jasia
powiedział, że cieszy się, że Jaś ma tak miłą przyjaciółkę i wyraził nadzieję, że Małgosia
będzie odtąd częstym gościem w ich domu. I rzeczywiście - Małgosia często wpadała do
Jasia - słuchali nowych płyt, które przywoził z zagranicznych wojaży jego tata, mama Jasia
podsuwała im domowe słodycze własnej produkcji. Małgosia wymogła na swojej mamie
wstęp wolny dla Jasia i w obu domach przesiadywali na zmianę.
Niewątpliwie pobliskie kino odczuło spadek sprzedaży biletów.
Rok szkolny minął bardzo szybko, po drodze zaliczyli jeszcze dwie szkolne wycieczki, po
których częśc uczniów miała obniżone stopnie ze sprawowania. Coś o tym wiem, byłam
na niej także.
Małgosia od września miała zacząc naukę w liceum plastycznym, Jaś skorzystał z faktu, że
od września w budynku ich szkoły zaczęło tworzyc się liceum.
Jego ojciec został oddelegowany na placówkę dyplomatyczną i oboje rodzice wyjechali
w końcu czerwca za granicę. Jaś wolał zamieszkac w internacie - kilkoro uczniów naszej
klasy już tam mieszkało.
Rozstanie z okazji wakacji wycisnęło z oczu obojga sporo łez. Z dzisiejszej perspektywy
czasy były ciężkie, telefon stacjonarny był luksusem a takie udogodnienia jak komórki to
funkcjonowały tylko w powieściach fantasy. Poczta działała równie marnie jak teraz,
byc może worki z pocztą były wożone furmankami a nie pociągami ekspresowymi.
Listy dochodziły lub nie i nie wiadomo było kogo za to winic.
Oboje byli zaskoczeni pierwszą klasą liceum - okazało się, że nie wystarczy uważanie na
lekcjach - trzeba było robic mnóstwo notatek, materiału było sporo a nauczyciele "cisnęli".
Przynajmniej raz w tygodniu Jaś spędzał popołudnie w domu Małgosi - razem zjadali obiad,
po krótkim odpoczynku każde brało się za lekcje- wspólnie odrabiali matematykę -
Małgosia, mówiąc delikatnie, była w tym temacie kiepska. W końcu wyglądało to tak, że
Jaś odrabiał matematykę, Małgosia pisała mu w zamian szczegółowe plany wypracowań
z polskiego.
Niedziele najczęściej spędzali w plenerze, Małgosia z nieodłącznym szkicownikiem i
kilkoma ołówkami.
Mamie Małgosi nie podobało się, że Jaś mieszka w internacie, ukradkiem oglądała jego
ubranie i czasem, gdy dostrzegała, że chłopak ma coś oberwane, chwytała za igłę i nitkę i
naprawiała.
W międzyczasie byli raz jego rodzice.Przyjechali dosłownie na dwa dni i zupełnie na
zasadzie Deus ex machina wpadli wraz z Jasiem do rodziców Małgosi.
Byli bardzo wdzięczni za "doglądanie Jasia", obdarowali domowników prezentami, mamy
się wycałowały, panowie uścisnęli wzajemnie swe prawice i rodzice Jasia pożeglowali
z powrotem.
Kolejny rok szkolny minął szybko i nadeszły wakacje.
Jaś jechał na dwa miesiące do rodziców - kilka dni przed wyjazdem powiedział Małgosi,
że gdy tylko skończą szkołę i osiągną pełnoletnośc - pobiorą się.
On po prostu nie wyobraża sobie życia bez Małgosi.
Powiedział nawet o tym swoim rodzicom i mieli bardzo poważną rozmowę na temat
dalszej jego przyszłości. Byli skłonni wziąc na swe utrzymanie oboje, byleby podjęli
studia.
Pod koniec sierpnia Małgosi zawalił się świat - rodzice Jasia podjęli decyzję, że Jaś
nie wróci do Warszawy - straci co prawda jeden rok, bo zacznie uczyc się w pierwszej
klasie licealnej a po dwóch tylko miesiącach bardzo intensywnej nauki języka mimo
wszystko może miec problemy z językiem, więc będzie mu łatwiej, gdy już chociaż
trochę będzie miał opanowany materiał.
Młodzi byli załamani, Małgosia wpadła w depresję. Pisali do siebie pełne rozpaczy listy,
Małgosia wyrzucała mu, że jej nie uprzedził i nie wierzyła, że on nic o tych planach
swych rodziców nie wiedział. Jaś narażał finanse rodziców na spore ubytki, starając się
jak najczęściej do niej telefonowac.
Z tego wszystkiego Małgosia zawaliła rok szkolny - bardzo wiele godzin opuściła, jeśli
mama nie pozwalała jej zostac w domu - wagarowała.
Rodzice Małgosi starali się odwrócic jej uwagę od osoby Jasia - mama zabierała ją
wciąż do swych różnych koleżanek, które miały synów w wieku stosownym dla
Małgosi. W pewnym momencie pogrążona w smutku Małgosia zorientowała się, co
jest grane i odmówiła brania udziału w tych wizytach.
Po prostu żaden nie był Jasiem - nie miał takich jak on włosów, oczu, rzęs, radiowego
głosu i rąk umiejących tak delikatnie głaskac jej włosy ani takich troskliwych ramion.
W końcu Małgosią zajął się psychoterapeuta i tak mniej więcej po roku Małgosia
wróciła do szkoły. Ale już nie do liceum plastycznego - nie chciała rysowac, malowac
ani czegokolwiek tworzyc. Mało tego - na zajęciach plastycznych demonstracyjnie
rysowała wszystko przy linijce.
Ale "nawet najdłuższa żmija mija" i gdy Małgosia była w trzeciej klasie liceum w jej
osiemnaste urodziny przyjechał Jaś. A już się biedula zamartwiała, że nie przysłał
życzeń i czekała niespokojna na telefon.
Stali objęci chyba przez pół godziny. Małgosia płakała ze szczęścia, Jaś scałowywał jej
łzy i wycierał swoją chusteczką jej twarz.
Gdy wreszcie doszła nieco do siebie i doprowadziła do porządku zapłakane oblicze, Jaś zaproponował, by wyszli na spacer.
Spacer skończył się dośc szybko , bo Jaś miał klucze od swego mieszkania, którym
podczas nieobecności domowników opiekowała się jedna z ciotek.
Zgodnie doszli do wniosku, że już są pełnoletni, a całą odpowiedzialnośc za to, by ten
wieczór nie zaowocował niepożądanymi skutkami, Jaś wziął na siebie.
Postanowili, że zrobią tak jak planowali - skończą swe szkoły i wezmą ślub, żeby byc
razem. Jaś uprzedzał, że byc może zamieszkają za granicą, więc niech się Małgosia
spokojnie nad taką ewentualnością zastanowi. I niech pomyśli co chciałaby studiowac.
I prosił, by tak na wszelki wypadek, zaczęła się przykładac do nauki języka.
Po powrocie do domu Małgosia poinformowała swą mamę, że zaraz po maturze ona
bierze z Jasiem ślub, niezależnie od tego, co mama o tym myśli. A mama zapytała-
a nas na ten ślub zaprosicie? Chyba nie za bardzo wierzyła, że ten ślub się jednak
odbędzie.
Maturę Małgosia zdała bez problemu. W tydzień pózniej przyjechał Jaś wraz z rodzicami.
Jaś oficjalnie poprosił rodziców Małgosi o zgodę na ślub, dodając na wszelki wypadek,
że oni i tak się pobiorą.
Ślub wyznaczono na wrzesień - był to ślub cywilny, bo młodzi nie życzyli sobie
ceremonii kościelnej. Małgosia wyglądała obłędnie -miała krótką sukienkę w biało-czarne
romby, białe cieniutkie rajstopy, czarne, obłędnie wysokie szpilki i włosy upięte
w koński ogon. Jaś wystąpił w bardzo eleganckim jasno kremowym garniturze.
Wyglądali świetnie i wszystkim się podobał ich wygląd.
Przyjęcie weselne było w Bristolu. Następnego dnia wyjechali do Wiednia.
Wszystkie koleżanki i koledzy z podstawówki nie mogli się nadziwic, że ta "szczenięca
miłośc", to chodzenie ze sobą, doprowadziło ich do ślubu.
Na jednym z koleżeńskich spotkań, gdy już wszyscy byliśmy dobrze po czterdziestce,
nadal wszyscy się dziwili, że to uczucie przetrwało i nadal miało się dobrze.
Rodzice Jasia dotrzymali obietnicy - finansowali ich do czasu ukończenia studiów.
Ostatnio Jaś i Małgosia mieszkają w Luksemburgu.
Mają dwóch synów i pięcioro wnucząt.
koniec
swoje tajemne znaki, którymi porozumiewali się na lekcjach, a Jaś na wszystkich
przerwach obserwował, czy aby któryś z kolegów zbyt długo nie rozmawia z Małgosią.
Zagadywałyśmy czasami Małgosię, czy to nie jest nudno chodzic cały czas z jednym
chłopakiem - większośc z nas chodziła z jednym chłopakiem co najwyżej miesiąc.
Swoje urodziny Jaś obchodził dwukrotnie - raz było przyjęcie dla najbliższej rodziny
i Jaś zaprosił na nie Małgosię, w dwa dni pózniej była w jego domu prywatka i oczywiście
była na niej Małgosia.
Na tym rodzinnym przyjęciu babcia i różne ciocie przyglądały się Małgosi uważnie,
zwłaszcza, że mama Jasia zaprezentowała ją jako "sympatię Jasia". Małgosia była bardzo
stremowana, siedziała z zaciśniętym gardłem i najchętniej zwiałaby stamtąd ukradkiem.
Rodzice Jasia widząc, że Małgosia czuje się jak na cenzurowanym zaczęli snuc zabawne
historyjki jeszcze ze swego dzieciństwa, czyli z czasów przedwojennych i pomału Małgosia
odtajała.
Po rodzinnej uroczystości mama Jasia zadbała, by Małgosia nie wracała sama do domu i
Jaś, w towarzystwie swego taty, odprowadził ją do domu. Na pożegnanie tato Jasia
powiedział, że cieszy się, że Jaś ma tak miłą przyjaciółkę i wyraził nadzieję, że Małgosia
będzie odtąd częstym gościem w ich domu. I rzeczywiście - Małgosia często wpadała do
Jasia - słuchali nowych płyt, które przywoził z zagranicznych wojaży jego tata, mama Jasia
podsuwała im domowe słodycze własnej produkcji. Małgosia wymogła na swojej mamie
wstęp wolny dla Jasia i w obu domach przesiadywali na zmianę.
Niewątpliwie pobliskie kino odczuło spadek sprzedaży biletów.
Rok szkolny minął bardzo szybko, po drodze zaliczyli jeszcze dwie szkolne wycieczki, po
których częśc uczniów miała obniżone stopnie ze sprawowania. Coś o tym wiem, byłam
na niej także.
Małgosia od września miała zacząc naukę w liceum plastycznym, Jaś skorzystał z faktu, że
od września w budynku ich szkoły zaczęło tworzyc się liceum.
Jego ojciec został oddelegowany na placówkę dyplomatyczną i oboje rodzice wyjechali
w końcu czerwca za granicę. Jaś wolał zamieszkac w internacie - kilkoro uczniów naszej
klasy już tam mieszkało.
Rozstanie z okazji wakacji wycisnęło z oczu obojga sporo łez. Z dzisiejszej perspektywy
czasy były ciężkie, telefon stacjonarny był luksusem a takie udogodnienia jak komórki to
funkcjonowały tylko w powieściach fantasy. Poczta działała równie marnie jak teraz,
byc może worki z pocztą były wożone furmankami a nie pociągami ekspresowymi.
Listy dochodziły lub nie i nie wiadomo było kogo za to winic.
Oboje byli zaskoczeni pierwszą klasą liceum - okazało się, że nie wystarczy uważanie na
lekcjach - trzeba było robic mnóstwo notatek, materiału było sporo a nauczyciele "cisnęli".
Przynajmniej raz w tygodniu Jaś spędzał popołudnie w domu Małgosi - razem zjadali obiad,
po krótkim odpoczynku każde brało się za lekcje- wspólnie odrabiali matematykę -
Małgosia, mówiąc delikatnie, była w tym temacie kiepska. W końcu wyglądało to tak, że
Jaś odrabiał matematykę, Małgosia pisała mu w zamian szczegółowe plany wypracowań
z polskiego.
Niedziele najczęściej spędzali w plenerze, Małgosia z nieodłącznym szkicownikiem i
kilkoma ołówkami.
Mamie Małgosi nie podobało się, że Jaś mieszka w internacie, ukradkiem oglądała jego
ubranie i czasem, gdy dostrzegała, że chłopak ma coś oberwane, chwytała za igłę i nitkę i
naprawiała.
W międzyczasie byli raz jego rodzice.Przyjechali dosłownie na dwa dni i zupełnie na
zasadzie Deus ex machina wpadli wraz z Jasiem do rodziców Małgosi.
Byli bardzo wdzięczni za "doglądanie Jasia", obdarowali domowników prezentami, mamy
się wycałowały, panowie uścisnęli wzajemnie swe prawice i rodzice Jasia pożeglowali
z powrotem.
Kolejny rok szkolny minął szybko i nadeszły wakacje.
Jaś jechał na dwa miesiące do rodziców - kilka dni przed wyjazdem powiedział Małgosi,
że gdy tylko skończą szkołę i osiągną pełnoletnośc - pobiorą się.
On po prostu nie wyobraża sobie życia bez Małgosi.
Powiedział nawet o tym swoim rodzicom i mieli bardzo poważną rozmowę na temat
dalszej jego przyszłości. Byli skłonni wziąc na swe utrzymanie oboje, byleby podjęli
studia.
Pod koniec sierpnia Małgosi zawalił się świat - rodzice Jasia podjęli decyzję, że Jaś
nie wróci do Warszawy - straci co prawda jeden rok, bo zacznie uczyc się w pierwszej
klasie licealnej a po dwóch tylko miesiącach bardzo intensywnej nauki języka mimo
wszystko może miec problemy z językiem, więc będzie mu łatwiej, gdy już chociaż
trochę będzie miał opanowany materiał.
Młodzi byli załamani, Małgosia wpadła w depresję. Pisali do siebie pełne rozpaczy listy,
Małgosia wyrzucała mu, że jej nie uprzedził i nie wierzyła, że on nic o tych planach
swych rodziców nie wiedział. Jaś narażał finanse rodziców na spore ubytki, starając się
jak najczęściej do niej telefonowac.
Z tego wszystkiego Małgosia zawaliła rok szkolny - bardzo wiele godzin opuściła, jeśli
mama nie pozwalała jej zostac w domu - wagarowała.
Rodzice Małgosi starali się odwrócic jej uwagę od osoby Jasia - mama zabierała ją
wciąż do swych różnych koleżanek, które miały synów w wieku stosownym dla
Małgosi. W pewnym momencie pogrążona w smutku Małgosia zorientowała się, co
jest grane i odmówiła brania udziału w tych wizytach.
Po prostu żaden nie był Jasiem - nie miał takich jak on włosów, oczu, rzęs, radiowego
głosu i rąk umiejących tak delikatnie głaskac jej włosy ani takich troskliwych ramion.
W końcu Małgosią zajął się psychoterapeuta i tak mniej więcej po roku Małgosia
wróciła do szkoły. Ale już nie do liceum plastycznego - nie chciała rysowac, malowac
ani czegokolwiek tworzyc. Mało tego - na zajęciach plastycznych demonstracyjnie
rysowała wszystko przy linijce.
Ale "nawet najdłuższa żmija mija" i gdy Małgosia była w trzeciej klasie liceum w jej
osiemnaste urodziny przyjechał Jaś. A już się biedula zamartwiała, że nie przysłał
życzeń i czekała niespokojna na telefon.
Stali objęci chyba przez pół godziny. Małgosia płakała ze szczęścia, Jaś scałowywał jej
łzy i wycierał swoją chusteczką jej twarz.
Gdy wreszcie doszła nieco do siebie i doprowadziła do porządku zapłakane oblicze, Jaś zaproponował, by wyszli na spacer.
Spacer skończył się dośc szybko , bo Jaś miał klucze od swego mieszkania, którym
podczas nieobecności domowników opiekowała się jedna z ciotek.
Zgodnie doszli do wniosku, że już są pełnoletni, a całą odpowiedzialnośc za to, by ten
wieczór nie zaowocował niepożądanymi skutkami, Jaś wziął na siebie.
Postanowili, że zrobią tak jak planowali - skończą swe szkoły i wezmą ślub, żeby byc
razem. Jaś uprzedzał, że byc może zamieszkają za granicą, więc niech się Małgosia
spokojnie nad taką ewentualnością zastanowi. I niech pomyśli co chciałaby studiowac.
I prosił, by tak na wszelki wypadek, zaczęła się przykładac do nauki języka.
Po powrocie do domu Małgosia poinformowała swą mamę, że zaraz po maturze ona
bierze z Jasiem ślub, niezależnie od tego, co mama o tym myśli. A mama zapytała-
a nas na ten ślub zaprosicie? Chyba nie za bardzo wierzyła, że ten ślub się jednak
odbędzie.
Maturę Małgosia zdała bez problemu. W tydzień pózniej przyjechał Jaś wraz z rodzicami.
Jaś oficjalnie poprosił rodziców Małgosi o zgodę na ślub, dodając na wszelki wypadek,
że oni i tak się pobiorą.
Ślub wyznaczono na wrzesień - był to ślub cywilny, bo młodzi nie życzyli sobie
ceremonii kościelnej. Małgosia wyglądała obłędnie -miała krótką sukienkę w biało-czarne
romby, białe cieniutkie rajstopy, czarne, obłędnie wysokie szpilki i włosy upięte
w koński ogon. Jaś wystąpił w bardzo eleganckim jasno kremowym garniturze.
Wyglądali świetnie i wszystkim się podobał ich wygląd.
Przyjęcie weselne było w Bristolu. Następnego dnia wyjechali do Wiednia.
Wszystkie koleżanki i koledzy z podstawówki nie mogli się nadziwic, że ta "szczenięca
miłośc", to chodzenie ze sobą, doprowadziło ich do ślubu.
Na jednym z koleżeńskich spotkań, gdy już wszyscy byliśmy dobrze po czterdziestce,
nadal wszyscy się dziwili, że to uczucie przetrwało i nadal miało się dobrze.
Rodzice Jasia dotrzymali obietnicy - finansowali ich do czasu ukończenia studiów.
Ostatnio Jaś i Małgosia mieszkają w Luksemburgu.
Mają dwóch synów i pięcioro wnucząt.
koniec
niedziela, 2 listopada 2014
Podobno...
Podobno pierwsza miłośc jest jak wirusówka wieku dziecięcego - każdy na to choruje
jakiś czas, potem choroba mija i nie pozostawia śladu. A osoba po takiej chorobie
nabiera odporności. Zwłaszcza gdy jest się wtedy bardzo młodym osobnikiem.
Ale w naturze zawsze trafiają się wyjątki - choroba trwa długo i pozostają ślady.
Poznali się w siódmej klasie szkoły podstawowej - ona była w klasie "nowa", on był
w tej grupie od pierwszej klasy.
Siódma klasa ówczesnej podstawówki zawsze sprawiała nauczycielom kłopoty -
dzieciakom wszystko chodziło po głowie, tylko nie nauka. Nawet prymusi nagle
przestawali byc prymusami i wyprawiali dzikie harce a nawet, o zgrozo, załapywali
trójki z minusami ( w skali pięciostopniowej).
Klasa, do której chodzili Jaś i Małgosia była uważana w szkole za odnogę piekła.
Było w niej kilku uczniów drugorocznych, którzy systematycznie rozkładali każdą
lekcję. Ale jednocześnie była to klasa niesamowicie zgrana, funkcjonowali w systemie
jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.
Małgosia dobrze poczuła się w tej klasie, chociaż początkowo sporo łez wylała na
samą myśl, że po wakacjach zmienia szkołę, bo zmieniła miejsca zamieszkania.
Do starej szkoły musiałaby jezdzic przez całe miasto a do tej wystarczało przejśc na
druga stronę ulicy - do szkoły miała "aż" 100 metrów.
Czternastolatkom dokuczał nie tylko brak chęci do nauki - burza hormonalna wyraznie
dawała znac o sobie.
Dziewczyny posyłały chłopakom powłóczyste spojrzenia, najczęstszym pytaniem, które
chłopcy zadawali dziewczętom było "czy będziesz ze mną chodzic?"
Tworzyły się pary, ruch w interesie był ogromny, ciągle zmieniały się układy ale układ
Jasia i Małgosi był, zupełnie nie wiadomo dlaczego, trwały.
W klasie było ponad trzydziestu uczniów, z tego chyba ze dwadzieścioro spotykało się
również i po szkole. Często wybierali się do pobliskiego kina a raz nawet wszyscy
urwali się ze szkoły (uciekli przez okno łazienki na parterze) i wybrali się na film
z Fernandelem w roli głównej- "Ali-Baba i 40 rozbójników". Była to typowa wyprawa
na film, a nie do kina. Bo wtedy nastolatki chodziły albo "na film", albo "do kina".
Określenie "na film" oznaczało, że oboje chcą obejrzec dany film, pójście "do kina"
gwarantowało, że para niewiele obejrzy, za to spędzi czas obejmując się i całując.
Jaś i Małgosia chodzili głównie do kina . Całowanie się na ulicy zupełnie wtedy nie
miało racji bytu.
Dla Małgosi każde wspomnienie tej siódmej klasy wiąże się również z prywatkami-
panowała moda na urządzanie urodzin.
Rodzice "jubilata" musieli ścierpiec kilkugodzinny pobyt w swym domu hordy koleżanek
i kolegów swego dziecięcia oraz zapewnic im jedzenie oraz napoje, przystosowac
jeden pokój do tańca zwijając dywan i albo cichutko siedziec w drugim pokoju, albo
pozostawic wszystko boskiej opiece i wyjśc na ten czas z domu.
Przez cały rok szkolny w każdą sobotę spotykano się na prywatko-urodzinach, każdy
wspomagał gospodarza prywatki płytami i cały wieczór było przy czym tańczyc.
A tańczyli wszyscy, uczyli się wzajemnie kroków i często nawet nie bardzo mieli czas
na zjedzenie tego, co pani domu dla małolatów przygotowała.
Zabawa kończyła się najpózniej o 23,00 namiętnym tangiem La Cumparsita.
To tango było obowiązkowo na zakończenie każdej prywatki i płyta musiała
zrobic minimum dwie rundy.
c.d.n.
jakiś czas, potem choroba mija i nie pozostawia śladu. A osoba po takiej chorobie
nabiera odporności. Zwłaszcza gdy jest się wtedy bardzo młodym osobnikiem.
Ale w naturze zawsze trafiają się wyjątki - choroba trwa długo i pozostają ślady.
Poznali się w siódmej klasie szkoły podstawowej - ona była w klasie "nowa", on był
w tej grupie od pierwszej klasy.
Siódma klasa ówczesnej podstawówki zawsze sprawiała nauczycielom kłopoty -
dzieciakom wszystko chodziło po głowie, tylko nie nauka. Nawet prymusi nagle
przestawali byc prymusami i wyprawiali dzikie harce a nawet, o zgrozo, załapywali
trójki z minusami ( w skali pięciostopniowej).
Klasa, do której chodzili Jaś i Małgosia była uważana w szkole za odnogę piekła.
Było w niej kilku uczniów drugorocznych, którzy systematycznie rozkładali każdą
lekcję. Ale jednocześnie była to klasa niesamowicie zgrana, funkcjonowali w systemie
jeden za wszystkich, wszyscy za jednego.
Małgosia dobrze poczuła się w tej klasie, chociaż początkowo sporo łez wylała na
samą myśl, że po wakacjach zmienia szkołę, bo zmieniła miejsca zamieszkania.
Do starej szkoły musiałaby jezdzic przez całe miasto a do tej wystarczało przejśc na
druga stronę ulicy - do szkoły miała "aż" 100 metrów.
Czternastolatkom dokuczał nie tylko brak chęci do nauki - burza hormonalna wyraznie
dawała znac o sobie.
Dziewczyny posyłały chłopakom powłóczyste spojrzenia, najczęstszym pytaniem, które
chłopcy zadawali dziewczętom było "czy będziesz ze mną chodzic?"
Tworzyły się pary, ruch w interesie był ogromny, ciągle zmieniały się układy ale układ
Jasia i Małgosi był, zupełnie nie wiadomo dlaczego, trwały.
W klasie było ponad trzydziestu uczniów, z tego chyba ze dwadzieścioro spotykało się
również i po szkole. Często wybierali się do pobliskiego kina a raz nawet wszyscy
urwali się ze szkoły (uciekli przez okno łazienki na parterze) i wybrali się na film
z Fernandelem w roli głównej- "Ali-Baba i 40 rozbójników". Była to typowa wyprawa
na film, a nie do kina. Bo wtedy nastolatki chodziły albo "na film", albo "do kina".
Określenie "na film" oznaczało, że oboje chcą obejrzec dany film, pójście "do kina"
gwarantowało, że para niewiele obejrzy, za to spędzi czas obejmując się i całując.
Jaś i Małgosia chodzili głównie do kina . Całowanie się na ulicy zupełnie wtedy nie
miało racji bytu.
Dla Małgosi każde wspomnienie tej siódmej klasy wiąże się również z prywatkami-
panowała moda na urządzanie urodzin.
Rodzice "jubilata" musieli ścierpiec kilkugodzinny pobyt w swym domu hordy koleżanek
i kolegów swego dziecięcia oraz zapewnic im jedzenie oraz napoje, przystosowac
jeden pokój do tańca zwijając dywan i albo cichutko siedziec w drugim pokoju, albo
pozostawic wszystko boskiej opiece i wyjśc na ten czas z domu.
Przez cały rok szkolny w każdą sobotę spotykano się na prywatko-urodzinach, każdy
wspomagał gospodarza prywatki płytami i cały wieczór było przy czym tańczyc.
A tańczyli wszyscy, uczyli się wzajemnie kroków i często nawet nie bardzo mieli czas
na zjedzenie tego, co pani domu dla małolatów przygotowała.
To tango było obowiązkowo na zakończenie każdej prywatki i płyta musiała
zrobic minimum dwie rundy.
c.d.n.
Subskrybuj:
Posty (Atom)