Ojej - westchnęła ciężko niewidzialna- jest straszny tłok do wejścia. Będziemy musiały
nieco poczekać. Dobrze, że są jeszcze wolne miejsca siedzące. Odpoczniesz trochę nim
przekroczysz próg Domu. Możesz nawet trochę podrzemać, oprzyj się o mnie, będzie
ci wygodniej.
Inka, gdy tylko usiadła, poczuła wielkie zmęczenie. Skorzystała z propozycji niewidzialnej
i oparła głowę na jej ramieniu.
Nie wiedziałam, że dusza może odczuwać fizyczne zmęczenie- pomyślała. W chwilę
potem już spała.
Obudził ją delikatny dotyk dłoni niewidzialnej i słowa- zbudz się, za chwilę twoja kolej.
Inka rozejrzała się, ale nadal niczego ani nikogo nie zobaczyła.
Nadal otaczała ją perłowo-biała przestrzeń, za którą co chwilę przetaczały się różnych
kolorów światła - żółte, różowe, ciemnoniebieskie, jasno zielone.
Inka N. - proszę podejść - usłyszała czyjś głos. W tej samej chwili niewidzialna puściła
jej rękę i lekko popchnęła ją do przodu. Inka popłynęła do przodu i nagle utknęła na
jakiejś barierce, której oczywiście nie zobaczyła.
Przed nią stała dziwna, świetlisto- biała postać. Inka nie była w stanie zorientować się
czy stojąca przed nią postać to kobieta czy mężczyzna.
Strój tej postaci był typu unisex- biały, dwuczęściowy kombinezon, bez żadnych ozdób.
Twarz, którą zobaczyła była bardzo jasna i skojarzyła się Ince z najlepszej jakości
cienką porcelaną. Okalały ją dość długie proste włosy , a na Inkę spoglądały mocno
niebieskie oczy. Inka uśmiechnęła się i porcelanowa twarz odwzajemniła uśmiech.
Jestem Albert - przedstawił się - tu jest twój worek z rzeczami. Wejdz do pokoju
obok, a gdy się przebierzesz naciśnij guzik na ścianie. Wtedy otworzą się drzwi, przez
które wyjdziesz na zewnątrz.
Inka wzięła worek i ruszyła w prawo, gdzie zobaczyła drzwi. Pokój, w którym się
znalazła też był biało -perłowy i całkiem pusty. Inka wyciągnęła z worka swoje nowe
ubranie. Z nogawek spodni sterczały stopy, z rękawów bluzy dłonie a z dekoltu szyja
i twarz okolona jasnymi , skręconymi w fale włosami.
Ale to sprytne - pomyślała Inka. Skoro nie mam ciała to mi je zrobili. Szybko nałożyła
swój nowy strój. Szkoda, że nie mam lustra - ciekawa jestem jak wyglądam.
W tej samej chwili na jednej ze ścian zobaczyła swe odbicie - jej twarz też wyglądała
jak z porcelany. No, niezłe, lepsze to niż zmarszczki, które miałam w sporej ilości.
Śmieszne, ale nigdy nie miałam takich blond loków .
Tu się chyba lubują w blond włosach, ten Albert też był blondynem.
A te rękawiczko-dłonie i stopo-skarpety też praktyczne.
Podeszła do ściany, na której był umieszczony guzik - z daleka nie był zbyt widoczny,
ale gdy Inka do niego podeszła zalśnił żywą zielenią.
Popatrzyła na niego z niedowierzaniem, bo nigdzie nie dostrzegła drzwi.
Z lekkim wahaniem nacisnęła guzik a ściana rozsunęła się szeroko. Inka zrobiła kilka
kroków do przodu. Posłyszała za sobą szelest i obejrzała się, sądząc, że zobaczy
zamykające się za nią drzwi i budynek, z którego wyszła.
Ale nie było z tyłu żadnego budynku. Za nią rozpościerał się dość rzadki lasek, w którym
przeważały brzozy.
Inka wzruszyła tylko ramionami i z westchnieniem poszła naprzód. To wszystko było
bardzo dziwne.
Przed nią rozpościerał się duży trawnik albo łąka. W oddali zobaczyła sporo postaci
ubranych tak jak ona. Postanowiła pójść w ich stronę. Skoro już tu kiedyś była to
może spotka kogoś znajomego. Ale zaraz sama siebie skarciła za naiwność - jak ma
kogokolwiek rozpoznać, skoro wszyscy są jednakowo ubrani a ich twarze to maski?
Jej też pewnie nikt nie rozpozna. A już z pewnością nikt, kogo znała za życia na Ziemi.
Wypróbuję przy okazji moje stopo - skarpety, pomyślała. Szła rozglądając się dookoła.
Uniosła głowę i spojrzała w górę - nad nią, zupełnie jak na Ziemi rozpościerało się
błękitne niebo, bez chmur, obłoczków i...słońca. Ale gdy patrzyła przed siebie była
pewna, że wszystko jest oświetlone słońcem.
Nie było za ciepło ani zbyt zimno, temperatura była bardzo przyjemna. Ponieważ nie
widziała żadnych ścieżek ani dróżek, szła przez trawnik, na którym rosły różne kwiaty.
Bała się, że zdepcze trawę, ale gdy po paru krokach obejrzała się za siebie to zobaczyła,
że ani jedno zdzbło trawy nie jest przydeptane.
No tak, ta trawa taka sama prawdziwa jak moja twarz, ręce i stopy. Przykucnęła i
zaczęła się bacznie przyglądać trawie - a może jednak to trawa kosmiczna - w końcu
jest tyle nieznanych nam, ziemianom, planet i może ta trawa jest właśnie z innej
planety?
Zaczekaj na mnie - dobiegł ją czyjś głos. Podniosła się i zobaczyła, że w jej kierunku
podąża jakaś biała postać - oczywiście z długimi blond włosami i bladą porcelanową
twarzą. To jakiś "on"- pomyślała - bo ma proste włosy, jak Albert.
Tajemniczy "on" podszedł do niej i objął ją w powitalnym uścisku.
Inkę aż dreszcz przeszedł , bo odniosła wrażenie, że już kiedyś ktoś tak ją obejmował.
Wiedziałem, że dziś dotrzesz do Domu i zgłosiłem się do pomocy przy przyjmowaniu
nowych. Wiem, że mnie nie pamiętasz, chociaż spędziliśmy tu razem bardzo wiele
szczęśliwych chwil. Ale niedługo wszystko sobie przypomnisz.
A teraz chodz, oprowadzę cię, bo dziś tu wszystko jest dla ciebie nowe.
Inko, tak się cieszę, że tu jesteś. Inka wpatrywała się w niego z wielką uwagą ale
zupełnie nie mogła sobie go przypomnieć. A jak ty masz na imię?- zapytała.
Rafał -odpowiedział -i to imię mam już od trzech wcieleń.
Wtedy też byłem Rafałem. Daj rękę, pójdziemy na spacer. Oprowadzę cię i odpowiem
na wszystkie pytania, oczywiście w miarę swej wiedzy.
Wziął Inkę za rękę i poszedł z nią w kierunku spacerujących białych postaci.
c.d.n.
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
niedziela, 8 lutego 2015
Dom Dusz - cz.II
Inka zawstydziła się -faktycznie, zadawała głupie pytania. No ale w końcu nie często się
wszak umiera, więc się nie ma wprawy.
Ciemny tunel nieco zmienił barwę - już nie był taki czarny, teraz był szary i jakby węższy.
Ale nadal nie widziała w nim nikogo, chociaż miała wrażenie, że nie są w nim same.
Mam wrażenie, że mówię sama do siebie i sama sobie na pytania odpowiadam- pomyślała.
To dość dziwne doświadczenie i deprymujące.
Niewidzialna ścisnęła mocniej jej dłoń i powiedziała - przecież często prowadziłaś sama
z sobą dyskusje- zastanawiałaś się często co i jak zrobiłaś i co powinnaś była zrobić.
Więc teraz fakt, że rozmawiasz z kimś niewidzialnym nie powinien cię deprymować.
A teraz uważaj - musimy pokonać kilka zakrętów. Musimy iść pojedynczo, więc teraz
puszczę twoją rękę, a ty połóż ją na lince, którą jesteś obwiązana w pasie i nie zmieniaj
szybkości, z którą idziesz.
Przecież ja nie idę, ja płynę w powietrzu- zawołała Inka.
Ależ z ciebie drobiazgowa kobieta! Wszystko jedno czy idziesz czy lecisz- niewidzialna
była chyba zniecierpliwiona.
Tunel był coraz jaśniejszy, chociaż nadal szary. Jak latem, gdy zaczyna się szarówka.
Lato - pomyślała ze smutkiem, że pewnie już nigdy nie zobaczy lata, nie pojedzie nad
morze, nie powędruje brzegiem morza czując jak woda obmywa jej stopy. I nie będzie
oglądała zachodzącego słońca skrywającego swój blask w morzu.
Poczuła lekki lęk - leciała gdzieś w dal, ku nieznanemu i niewiadomemu. Za sobą zostawiła
to wszystko co już znała i kochała.
Pomyślała też o swoich bliskich i ogarnął ją smutek- ich też już nie zobaczy, nie przytuli.
Wiedziała, że bez trudu poradzą sobie bez niej - dzieci już były dorosłe i samodzielne,
miały własne rodziny. A mąż - też będzie musiał sam sobie poradzić. Może nawet się
po raz drugi ożeni? Nie czuła z tego powodu zazdrości - raczej martwiła się by zle nie
wybrał. Należał do dość rozsądnych mężczyzn, ale lubił być chwalony i doceniany.
Przestań się zamartwiać - niewidzialna wyraznie śledziła jej myśli. Wszystko się jakoś
ułoży, nikt nie jest niezastąpiony. Niewidzialna nagle stanęła w miejscu i Inka na nią
wpadła.
Ojej, przepraszam, zawołała Inka. Nic się nie stało, pocieszyła ją niewidzialna. To ja
nagle się zatrzymałam. Musimy zaczekać - tutaj tunel jest bardzo wąski i ruch odbywa
się wahadłowo.
Zupełnie jak w życiu - pomyślała Inka. Dobrze, że korków nie ma. Bywają, bywają -
niewidzialna wpadła w tok jej myśli. Teraz przed nami jest sporo innych podążających
do Domu Dusz. Jesień i wiosna to takie krytyczne pory roku - starzy i schorowani
najczęściej w tej porze roku umierają.
Czy w Domu też nikogo nie będę widzieć? Bo jakoś mnie nieco ta myśl przeraża - to
dziwne, bo czuję swe ciało niemal tak jak za życia, czuję też, że nie jesteśmy tu same,
a nikogo nie widzę, nawet własnej ręki.
Niewidzialna objęła ją ramieniem - dostaniesz przy wejściu ciało - nieco inne niż miałaś,
to będzie ciało astralne. I przestaniesz odnosić wrażenie, że rozmawiasz sama ze sobą.
Musisz się na razie uzbroić w cierpliwość.
A jest tam morze? I lasy? Czy Dom Dusz jest na jakiejś planecie podobnej do Ziemi?
Niewidzialna zaczęła się śmiać - wiesz, nie obraz się, ale jesteś zabawna i dociekliwa.
Teraz ci morze do szczęścia potrzebne, ale być może w Domu Dusz wcale o nim nawet nie
wspomnisz.
Dom Dusz nie jest na jakiejkolwiek planecie lub księżycu jakiejś planety.
Byłaś już w Domu Dusz nie jeden raz. Ale tego nie pamiętasz. W chwili gdy podejmujesz
decyzję o ponownej wizycie na Ziemi, zaczyna się proces czyszczenia Twej pamięci.
Nie mogłabyś żyć na Ziemi pamiętając każdy swój pobyt w Domu Dusz.
Nikt nie mógłby żyć z takim obciążeniem pamięci.
O, już otworzyli drogę, więc pędzimy do przodu. Inka poczuła lekkie szarpnięcie i znów
płynęła, tym razem obok niewidzialnej.
I znów kolor tunelu uległ zmianie. Szarość przechodziła miejscami w perłowo-niebieski
odcień a chwilami Inka widziała jakieś błyski - niektóre daleko, inne znów całkiem
blisko za perłowo- niebieską "ścianą". Czasami niebieski zmieniał się w jasny fiolet a
miejscami w róż. To był bardzo miły fragment drogi. Było jasno i wesoło.
Inka wyraznie poweselała. Psychoterapia kolorem, pomyślała.
Tunel stawał się coraz bardziej szeroki i chyba miał liczne rozgałęzienia.
Był coraz jaśniejszy, biało perłowy.
To jakby wędrować w muszli ślimaka - pomyślała Inka. Jej obawy przed nieznanym,
a właściwie zapomnianym miejscem powoli wygasały.
A kto właściwie jest władcą Domu Dusz? -zapytała.
Władają nim wszystkie pozytywne w pojęciu ludzkim uczucia, a głównie Miłość -
odpowiedziała niewidzialna.
wszak umiera, więc się nie ma wprawy.
Ciemny tunel nieco zmienił barwę - już nie był taki czarny, teraz był szary i jakby węższy.
Ale nadal nie widziała w nim nikogo, chociaż miała wrażenie, że nie są w nim same.
Mam wrażenie, że mówię sama do siebie i sama sobie na pytania odpowiadam- pomyślała.
To dość dziwne doświadczenie i deprymujące.
Niewidzialna ścisnęła mocniej jej dłoń i powiedziała - przecież często prowadziłaś sama
z sobą dyskusje- zastanawiałaś się często co i jak zrobiłaś i co powinnaś była zrobić.
Więc teraz fakt, że rozmawiasz z kimś niewidzialnym nie powinien cię deprymować.
A teraz uważaj - musimy pokonać kilka zakrętów. Musimy iść pojedynczo, więc teraz
puszczę twoją rękę, a ty połóż ją na lince, którą jesteś obwiązana w pasie i nie zmieniaj
szybkości, z którą idziesz.
Przecież ja nie idę, ja płynę w powietrzu- zawołała Inka.
Ależ z ciebie drobiazgowa kobieta! Wszystko jedno czy idziesz czy lecisz- niewidzialna
była chyba zniecierpliwiona.
Tunel był coraz jaśniejszy, chociaż nadal szary. Jak latem, gdy zaczyna się szarówka.
Lato - pomyślała ze smutkiem, że pewnie już nigdy nie zobaczy lata, nie pojedzie nad
morze, nie powędruje brzegiem morza czując jak woda obmywa jej stopy. I nie będzie
oglądała zachodzącego słońca skrywającego swój blask w morzu.
Poczuła lekki lęk - leciała gdzieś w dal, ku nieznanemu i niewiadomemu. Za sobą zostawiła
to wszystko co już znała i kochała.
Pomyślała też o swoich bliskich i ogarnął ją smutek- ich też już nie zobaczy, nie przytuli.
Wiedziała, że bez trudu poradzą sobie bez niej - dzieci już były dorosłe i samodzielne,
miały własne rodziny. A mąż - też będzie musiał sam sobie poradzić. Może nawet się
po raz drugi ożeni? Nie czuła z tego powodu zazdrości - raczej martwiła się by zle nie
wybrał. Należał do dość rozsądnych mężczyzn, ale lubił być chwalony i doceniany.
Przestań się zamartwiać - niewidzialna wyraznie śledziła jej myśli. Wszystko się jakoś
ułoży, nikt nie jest niezastąpiony. Niewidzialna nagle stanęła w miejscu i Inka na nią
wpadła.
Ojej, przepraszam, zawołała Inka. Nic się nie stało, pocieszyła ją niewidzialna. To ja
nagle się zatrzymałam. Musimy zaczekać - tutaj tunel jest bardzo wąski i ruch odbywa
się wahadłowo.
Zupełnie jak w życiu - pomyślała Inka. Dobrze, że korków nie ma. Bywają, bywają -
niewidzialna wpadła w tok jej myśli. Teraz przed nami jest sporo innych podążających
do Domu Dusz. Jesień i wiosna to takie krytyczne pory roku - starzy i schorowani
najczęściej w tej porze roku umierają.
Czy w Domu też nikogo nie będę widzieć? Bo jakoś mnie nieco ta myśl przeraża - to
dziwne, bo czuję swe ciało niemal tak jak za życia, czuję też, że nie jesteśmy tu same,
a nikogo nie widzę, nawet własnej ręki.
Niewidzialna objęła ją ramieniem - dostaniesz przy wejściu ciało - nieco inne niż miałaś,
to będzie ciało astralne. I przestaniesz odnosić wrażenie, że rozmawiasz sama ze sobą.
Musisz się na razie uzbroić w cierpliwość.
A jest tam morze? I lasy? Czy Dom Dusz jest na jakiejś planecie podobnej do Ziemi?
Niewidzialna zaczęła się śmiać - wiesz, nie obraz się, ale jesteś zabawna i dociekliwa.
Teraz ci morze do szczęścia potrzebne, ale być może w Domu Dusz wcale o nim nawet nie
wspomnisz.
Dom Dusz nie jest na jakiejkolwiek planecie lub księżycu jakiejś planety.
Byłaś już w Domu Dusz nie jeden raz. Ale tego nie pamiętasz. W chwili gdy podejmujesz
decyzję o ponownej wizycie na Ziemi, zaczyna się proces czyszczenia Twej pamięci.
Nie mogłabyś żyć na Ziemi pamiętając każdy swój pobyt w Domu Dusz.
Nikt nie mógłby żyć z takim obciążeniem pamięci.
O, już otworzyli drogę, więc pędzimy do przodu. Inka poczuła lekkie szarpnięcie i znów
płynęła, tym razem obok niewidzialnej.
I znów kolor tunelu uległ zmianie. Szarość przechodziła miejscami w perłowo-niebieski
odcień a chwilami Inka widziała jakieś błyski - niektóre daleko, inne znów całkiem
blisko za perłowo- niebieską "ścianą". Czasami niebieski zmieniał się w jasny fiolet a
miejscami w róż. To był bardzo miły fragment drogi. Było jasno i wesoło.
Inka wyraznie poweselała. Psychoterapia kolorem, pomyślała.
Tunel stawał się coraz bardziej szeroki i chyba miał liczne rozgałęzienia.
Był coraz jaśniejszy, biało perłowy.
To jakby wędrować w muszli ślimaka - pomyślała Inka. Jej obawy przed nieznanym,
a właściwie zapomnianym miejscem powoli wygasały.
A kto właściwie jest władcą Domu Dusz? -zapytała.
Władają nim wszystkie pozytywne w pojęciu ludzkim uczucia, a głównie Miłość -
odpowiedziała niewidzialna.
sobota, 7 lutego 2015
Dom Dusz
Obudziła się, ale nadal nie otwierała oczu. Delikatnie, by nie wywołać bólu zmieniła
pozycję.
Udało się i nawet odczuła zdziwienie -przekręciła się z boku na bok i nic nie bolało.
Jak zwykle, z nadal zamkniętymi oczami zsunęła nogi z łóżka, odepchnęła się lekko
od materaca i usiadła zsuwając nogi z łóżka. Usiłowała dosięgnąć kapci, ale nie
mogła ich stopą wymacać. Zsunęła się bardziej na brzeg, ale kapci nadal nie mogła
znalezć.
Otworzyła oczy i znieruchomiała. Wokół niej była idealna pustka, nie było nawet
łóżka, na którym siedziała. Łóżka nie było, chociaż czuła, że na nim siedzi. Wszystko
dookoła było zasnute mleczną mgłą albo jakimś gęstym woalem.
Poczuła wielki strach, ale trwał on krótko -w głowie usłyszała czyjś miły głos,który
mówił: "nie denerwuj się,wszystko jest w porządku. I nie szukaj kapci, tu można
chodzić boso, jest czysto, miękko i sucho. Daj rękę, poprowadzę cię".
Inka z lekkim wahaniem wyciągnęła rękę, ale jej nie zobaczyła, lecz poczuła, że
ktoś ujął jej dłoń i delikatnie ścisnął. Co się stało? gdzie ja jestem? Zadawała
całe mnóstwo pytań, ale nie słyszała własnego głosu, zadawała je tylko w swej
głowie.
Ten ktoś, kto trzymał ją za rękę objął ją delikatnie i powiedział - rozstałaś się na
zawsze ze swą chorą, bolącą powłoką. Wracasz teraz do swego prawdziwego domu,
a ja ci w tym mam pomóc.
Nie pamiętasz już swego prawdziwego domu, długo byłaś poza nim, ale na pewno
szybko znów się tu dobrze poczujesz. I z pewnością spotkasz wiele znanych ci osób.
No chodz, czekają na nas, a droga jest naprawdę daleka. I nie bój się niczego, na
wszelki wypadek będziemy związane liną, żebyś się nie zgubiła gdy nie będziemy
mogły iść obok siebie. Czasami droga jest bardzo wąska i trzeba iść pojedynczo.
Mówiąc to niewidzialna istota opasała talię Inki dwukrotnie paskiem, zapięła jakąś
klamrę i pociągnęła Inkę za sobą.
Posłuchaj Inko - musimy się pospieszyć, bo niedługo zamkną nam tunel i utkniemy
w jakimś niezbyt miłym miejscu. Przed nami do pokonania wiele lat świetlnych, a
więc nie rozmawiamy, tylko szybko lecimy.
Inka poczuła, że jej stopy tracą podłoże a ona płynie w powietrzu.
Była bardzo mocno zdziwiona, że leci bez żadnego wysiłku bez ruszania rękami lub
nogami. Miała wrażenie, że tunel jest pełen jakichś istot, ale w mrocznej przestrzeni
niczego ani nikogo nie widziała.
Zastanawiała się dokąd wiedzie ten tunel i gdzie właściwie jest jej prawdziwy dom,
o którym mówiła jej niewidoczna przewodniczka.
Ja chyba umarłam- pomyślała w pewnej chwili. Ale dlaczego czuję swe ciało ale
zupełnie go nie widzę? I jakim cudem lecę, przeciez nigdy nie posiadałam takiej
umiejętności. A może to wszystko jest tylko snem?
Nie , to nie sen - usłyszała głos niewidzialnej. Rzeczywiście umarłaś, a dokładnie to
umarło Twoje ciało. Ale dusza żyje wiecznie. Jesteśmy dziećmi Kosmosu i po
śmierci ciała wracamy do swego prawdziwego domu. Niedługo skończy się ten
ciemny tunel, potem będą jeszcze dwa i będziemy na miejscu.
Czy my lecimy do Nieba? znów zapytała Inka. Niewidzialna roześmiała się - to aż
dziwne, że tyle ludzi sądzi, że istnieją takie rzeczy jak Niebo, Piekło lub Czyściec.
A jeszcze zabawniejsze jest, gdy do Domu Dusz trafiają ci, co te pojęcia wymyślili.
Inka, przecież ty nie wierzysz w te rzeczy, więc skąd takie pytanie?
Zrozum- wracasz do swego prawdziwego domu. Być może, że za którymś razem
wrócisz tu na zawsze.
c.d.n
pozycję.
Udało się i nawet odczuła zdziwienie -przekręciła się z boku na bok i nic nie bolało.
Jak zwykle, z nadal zamkniętymi oczami zsunęła nogi z łóżka, odepchnęła się lekko
od materaca i usiadła zsuwając nogi z łóżka. Usiłowała dosięgnąć kapci, ale nie
mogła ich stopą wymacać. Zsunęła się bardziej na brzeg, ale kapci nadal nie mogła
znalezć.
Otworzyła oczy i znieruchomiała. Wokół niej była idealna pustka, nie było nawet
łóżka, na którym siedziała. Łóżka nie było, chociaż czuła, że na nim siedzi. Wszystko
dookoła było zasnute mleczną mgłą albo jakimś gęstym woalem.
Poczuła wielki strach, ale trwał on krótko -w głowie usłyszała czyjś miły głos,który
mówił: "nie denerwuj się,wszystko jest w porządku. I nie szukaj kapci, tu można
chodzić boso, jest czysto, miękko i sucho. Daj rękę, poprowadzę cię".
Inka z lekkim wahaniem wyciągnęła rękę, ale jej nie zobaczyła, lecz poczuła, że
ktoś ujął jej dłoń i delikatnie ścisnął. Co się stało? gdzie ja jestem? Zadawała
całe mnóstwo pytań, ale nie słyszała własnego głosu, zadawała je tylko w swej
głowie.
Ten ktoś, kto trzymał ją za rękę objął ją delikatnie i powiedział - rozstałaś się na
zawsze ze swą chorą, bolącą powłoką. Wracasz teraz do swego prawdziwego domu,
a ja ci w tym mam pomóc.
Nie pamiętasz już swego prawdziwego domu, długo byłaś poza nim, ale na pewno
szybko znów się tu dobrze poczujesz. I z pewnością spotkasz wiele znanych ci osób.
No chodz, czekają na nas, a droga jest naprawdę daleka. I nie bój się niczego, na
wszelki wypadek będziemy związane liną, żebyś się nie zgubiła gdy nie będziemy
mogły iść obok siebie. Czasami droga jest bardzo wąska i trzeba iść pojedynczo.
Mówiąc to niewidzialna istota opasała talię Inki dwukrotnie paskiem, zapięła jakąś
klamrę i pociągnęła Inkę za sobą.
Posłuchaj Inko - musimy się pospieszyć, bo niedługo zamkną nam tunel i utkniemy
w jakimś niezbyt miłym miejscu. Przed nami do pokonania wiele lat świetlnych, a
więc nie rozmawiamy, tylko szybko lecimy.
Inka poczuła, że jej stopy tracą podłoże a ona płynie w powietrzu.
Była bardzo mocno zdziwiona, że leci bez żadnego wysiłku bez ruszania rękami lub
nogami. Miała wrażenie, że tunel jest pełen jakichś istot, ale w mrocznej przestrzeni
niczego ani nikogo nie widziała.
Zastanawiała się dokąd wiedzie ten tunel i gdzie właściwie jest jej prawdziwy dom,
o którym mówiła jej niewidoczna przewodniczka.
Ja chyba umarłam- pomyślała w pewnej chwili. Ale dlaczego czuję swe ciało ale
zupełnie go nie widzę? I jakim cudem lecę, przeciez nigdy nie posiadałam takiej
umiejętności. A może to wszystko jest tylko snem?
Nie , to nie sen - usłyszała głos niewidzialnej. Rzeczywiście umarłaś, a dokładnie to
umarło Twoje ciało. Ale dusza żyje wiecznie. Jesteśmy dziećmi Kosmosu i po
śmierci ciała wracamy do swego prawdziwego domu. Niedługo skończy się ten
ciemny tunel, potem będą jeszcze dwa i będziemy na miejscu.
Czy my lecimy do Nieba? znów zapytała Inka. Niewidzialna roześmiała się - to aż
dziwne, że tyle ludzi sądzi, że istnieją takie rzeczy jak Niebo, Piekło lub Czyściec.
A jeszcze zabawniejsze jest, gdy do Domu Dusz trafiają ci, co te pojęcia wymyślili.
Inka, przecież ty nie wierzysz w te rzeczy, więc skąd takie pytanie?
Zrozum- wracasz do swego prawdziwego domu. Być może, że za którymś razem
wrócisz tu na zawsze.
c.d.n
piątek, 30 stycznia 2015
Pięć minut
Podobno pięć minut może odmienić człowiekowi całe życie. Nie jestem wcale tego
pewna.
Mam jednak wrażenie, że w życiu każdego z nas jest sporo takich pięciominutówek.
Najczęściej są one dość oddalone w czasie, o niektórych zapominamy i stąd wrażenie,
że wystarczy pięć minut by albo wszystko padło na łeb i szyję, albo by nas przyprawiło
o stan euforii.
Ewa była typową panienką "z dobrego domu". Zawsze była dobrą uczennicą, a okres
pokwitania nie wprowadził do jej psychiki bałaganu i buntu.
Nie paliła po kryjomu papierosów, nie piła alkoholu, w domu nie kłamała. Rodzice nie
mieli z nią żadnych kłopotów. Maturę zdała bez problemu.
Zastanawiała się dość długo nad wyborem kierunku studiów - ogromnie lubiła biologię
i była zdecydowana by obrać ten kierunek studiów.
Rodzice wcale nie byli tym pomysłem zachwyceni - nie bardzo wiedzieli co Ewa będzie
robiła po ukończeniu studiów.
Gdy Ewa składała dokumenty na uczelni i gdy rozmawiała w dziekanacie z jedną z pań,
do dziekanatu wszedł któryś z wykładowców - chwilę się przysłuchiwał rozmowie,
potem spojrzał Ewie w oczy i wspaniałym, radiowym głosem zapytał - "lubi pani
zwierzęta? Bo jeśli tak, to może wybrałaby pani weterynarię?"
Nim Ewa zdążyła odpowiedzieć skinął wszystkim głową , powiedział "no to lecę" i
wyszedł. A kto to był ?- zapytała Ewa. Jedna z pań uśmiechnęła się - to był profesor S.
z weterynarii. Miłośnik zwierząt i pięknych kobiet . No to ciekawe do jakiej grupy
mnie zaliczył - śmiejąc się powiedziała Ewa. I nie zastanawiając się dłużej złożyła
dokumenty na weterynarię. To było te 5 minut, które wpłynęły na jej dalsze życie.
Egzamin na uczelnię Ewa zdała bez problemu, również bez problemu zaliczyła
pierwszy semestr. W następnym semestrze miała znacznie częstszy kontakt z profesorem
S. i .....zakochała się w nim.
Miłośnik zwierząt i pięknych kobiet w niczym nie przypominał Adonisa - niewysoki, z wyhodowanym niewielkim brzuszkiem i lekko przerzedzonymi blond włosami był bardzo sympatycznym facetem, ale z pewnością nie był urodziwy. I raczej nie podrywał swych
studentek. Ale podobno Amor z lekka niedowidzi i śle swe strzały na oślep.
Oczywiście Ewa nie powiedziała żadnej z koleżanek, że się zakochała w panu S. Cały
czas kombinowała jakby upolować pana S. na osobności. Pod koniec drugiego semestru
nadarzyła się okazja - profesor S. miał popołudniowy dyżur w klinice zwierząt -
Ewa pożyczyła od swej ciotki psa i pojechała do kliniki jako klientka. Gdy wreszcie
nadeszła jej kolej i weszła z psem do gabinetu, pan profesor S. był zdziwiony i nieco
ucieszony. Gdy Ewa usadziła psa na stole a pan S. zapytał się co psu dolega, Ewa lekko
się jąkając i czerwieniąc odpowiedziała- "psu nic, tylko muszę to panu powiedzieć - ja się
zakochałam w panu. Wiem, że jest pan żonaty, ale to nic i tak pana kocham".
Pan B. stał z szeroko otwartymi oczami i zastygłym na ustach uśmiechem. Podszedł do
Ewy, delikatnie objął ją ramieniem i powiedział: "od blisko roku jestem po rozwodzie. Jak
mogłaś się zakochać w takim starym facecie jak ja? Przecież mnie nie znasz!
A jak poznasz to ci miłość przejdzie. Poza tym jesteś moją studentką, nie możemy się
nigdzie na mieście spotykać, bo będzie afera". No to ja rzucę studia -Ewa natychmiast
znalazła rozwiązanie. Pan S. ostro zaprotestował - co to, to nie- nie ma mowy!
Musisz studiować nadal". Ewa popatrzyła smutnym wzrokiem na pana S. - i zapewne
coś to spojrzenie wyrażało, bo pan S. zaproponował Ewie, by w czasie wakacji pomagała
w gabinecie weterynaryjnym jego kolegi. Pan S. przyjmował tam dwa dni w tygodniu.
Stwierdził, że to będzie pieczenie dwóch pieczeni na jednym ogniu - Ewa zdobędzie za
jednym zamachem większą wiedzę z zakresu weterynarii i będzie miała okazję poznać
jakim to okropnym człowiekiem jest pan.S.
Pierwszy rok studiów Ewa zaliczyła i rozpoczęła pracę w prywatnym gabinecie. Goliła
psie łapy, asystowała przy operacjach, sprzątała, sterylizowała narzędzia, porządkowała
kartotekę- ogólnie była na stanowisku przynieś, podaj, przytrzymaj. Pracowała codziennie
od godz. 16,00 do 20,00 a jeśli była jakaś operacja to i znacznie dłużej. Przy drobnych
zabiegach asystowała tylko Ewa, gdy operacja była poważniejsza obaj panowie operowali,
a jej zadaniem było notowanie wszystkiego co się działo, podawanie tego, co było poza
zasięgiem rąk lekarzy a potem sprzątanie. Raz nawet dostąpiła zaszczytu założenia kilku
szwów.
I jakoś niespecjalnie się plan pana S. powiódł -Ewa wcale się nie odkochała, za to pan S.
zorientował się, że ta cicha, zorganizowana i bystra dziewczyna coraz więcej mu się
podoba. Pan S. zaczął o siebie bardziej dbać -skrócił zbyt długie włosy, dzięki czemu
zyskały na wyglądzie, zaczął pływać i w krótkim czasie okazało się, że spodnie są
zbyt luzne.
W drugiej połowie sierpnia pan S. był już lekko zadurzony w Ewie. Gdy wychodzili
póznym wieczorem z gabinetu zaczął odprowadzać Ewę do domu, twierdząc, że musi
zażyć nieco ruchu. Aż pewnego dnia zaproponował, by Ewa razem z nim pojechała
w weekend na przyjęcie do jego przyjaciela, leśniczego. Ewa omal nie rzuciła mu się
na szyję z radości, ale opanowanym głosem zapytała, czy jej towarzystwo nie narobi
mu kłopotu. Pan S. zapewniał, że nie, absolutnie, a przyjaciel i jego żona to bardzo
mili ludzie.
I tym sposobem , w piątkowy wieczór, po zamknięciu gabinetu, pan S. zapakował
Ewę i jej torbę podróżną do samochodu i pojechali.
W drodze głównie rozmawiali o różnych dziwnych przypadkach weterynaryjnych.
Na miejscu wylądowali około godz. 23,00.
Gospodarz leśniczówki i jego żona byli bardzo serdeczni i Ewa odniosła wrażenie, że
dobrze wiedzieli o jej istnieniu. Zostali zakwaterowani w dwóch sąsiadujących ze sobą
pokojach, które były połączone drzwiami.
W drzwiach od strony pokoju Ewy tkwił klucz, a pod nimi stała toaletka.
Ale te szczegóły Ewa dostrzegła dopiero następnego dnia rano. Była bardzo zmęczona
i wieczorem padła niczym mucha.Spała spokojnie i długo - gdy się ocknęła dochodziła
już dziesiąta. Trochę jej było wstyd, że tak długo spała.
I wtedy postanowiła odsunąć toaletkę spod drzwi i zajrzeć do pokoju pana S. Jak
pomyślała tak zrobiła. Toaletka była lekka, drzwi nie były zamknięte na klucz i po
chwili znalazła się w pokoju pana S. Obiekt jej uczuć spał w najlepsze. Ewa cichutko
podeszła do jego łóżka i ukucnęła przy łóżku. Ale kucanie to mało wygodna pozycja i
Ewa wstając straciła równowagę i by nie upaść chwyciła się krawędzi łóżka.
I wtedy pochwyciła ją ręka pana S. W efekcie Ewa usiadła na brzegu łóżka i natychmiast
znalazła się w objęciach swego profesora.
I ten człowiek, w którym Ewa miała się odkochać trzymał ją w swoich objęciach i bardzo
delikatnie całował jej twarz,oczy, szyję, ręce.
Wiesz, -szepnęła Ewa - gdy śpisz wyglądasz jak dziecko. I cudownie całujesz, całuj mnie
tak zawsze, dobrze?
I nigdy nie mów, że jesteś stary- ja nie lubię tych młodych napalonych palantów, którym
ręce latają z chęci rozebrania mnie i przelecenia.
Pan S. uśmiechnął się i wyszeptał - ja też mam ochotę cię rozebrać- ale nie tutaj. Idz
pierwsza do łazienki. Możesz na dół zejść w piżamie, albo się ubrać.
Ewa poszła do łazienki a potem ubrała się w dres. Dobrze wiedziała, że wygląda w nim
super. Był w lodowato błękitnym kolorze. W kuchni czekał na nich przy zastawionym
stole pan Jacek- gospodarz leśniczówki. Jego żona była na wybiegu saren.
Ewa zaczęła przepraszać, że tak długo spała, ale pan Jacek powiedział, że on się bardzo
cieszy, gdy goście długo śpią, bo to znaczy, że im tu dobrze.
Po śniadaniu poszli do zagrody saren, potem w dwa motocykle wyruszyli na objazd lasu.
Pan Jacek i jego żona bardzo uważnie przypatrywali się Ewie, czuła się niemal jak na
cenzurowanym. A jednocześnie byli bardzo mili i serdeczni.
Ten dzień był ich dwudziestą rocznicą ślubu i w planie było spotkanie z resztą
znajomych w pobliskim zajezdzie, w którym pan Jacek zamówił uroczysty obiad.
Nie chciał by w tym dniu żona stała przy kuchni. Ewa była niewątpliwie atrakcją tego
spotkania, a pan S. przedstawił ją swoim pozostałym znajomym jako swą przyjaciółkę.
Gdyby nie kilka wypitych kieliszków wina, pan S. najchętniej powróciłby już do
Warszawy.
Tę noc spędzili już w jednym pokoju - mieli sobie bardzo wiele do powiedzenia i kilka
spraw do przedyskutowania. Pan S. powściągnął chęć rozebrania Ewy, która się do
niego tuliła i oddawała każdy pocałunek.
Pan S. oświadczył, że będą tylko wtedy razem, jeżeli Ewa zdecyduje się zostać jego żoną.
I uważa, że Ewa powinna koniecznie studiować, ale może jednak zmieni kierunek, np. na biotechnologię, bo po tym kierunku zawsze znajdzie pracę, a jeżeli będzie "dobra" to
z pewnością zostanie na uczelni. Wg niego praca weterynarza jest dla kobiety zbyt ciężka.
Ewa się obruszyła- to dlaczego mi w dziekanacie zaproponowałeś właśnie weterynarię?
Bo miałem ochotę do ciebie zagadać, a to było jedyne co mogłem tam powiedzieć.
A Ewa ze śmiechem zapytała- a do której grupy mnie zakwalifikowałeś wtedy - do
zwierząt czy do pięknych kobiet? Do obu, moja droga, do obu- odpowiedział.
Rodzice Ewy nie byli zachwyceni pomysłem, by Ewa wyszła za mężczynę, który był
od niej 18 lat starszy a do tego rozwiedziony.
Ale Ewa postawiła sprawę jasno - albo ten zostanie jej mężem albo rzuci studia,
podejmie pracę i się wyprowadzi z domu. W końcu jest wszak pełnoletnia.
Największy dylemat miała matka Ewy, bo jej przyszły zięć był od niej zaledwie o trzy
lata młodszy i nie bardzo wiedziała jak ma się do niego zwracać. Ojciec Ewy nie miał
takiego dylematu, wypił z zięciem bruderszaft.
Ślub był cywilny, bez wesela, tylko obiad w restauracji. Miesiąc miodowy odłożyli na
następne wakacje. Ewa dla wygody pozostała przy swoim panieńskim nazwisku aż do
chwili uzyskania dyplomu z biotechnologii.
Potem wyjechała na stypendium podyplomowe zabierając oczywiście ze sobą męża.
Pan S. nie widzi świata poza swą żoną i córeczką, którą Ewa urodziła mając 34 lata.
pewna.
Mam jednak wrażenie, że w życiu każdego z nas jest sporo takich pięciominutówek.
Najczęściej są one dość oddalone w czasie, o niektórych zapominamy i stąd wrażenie,
że wystarczy pięć minut by albo wszystko padło na łeb i szyję, albo by nas przyprawiło
o stan euforii.
Ewa była typową panienką "z dobrego domu". Zawsze była dobrą uczennicą, a okres
pokwitania nie wprowadził do jej psychiki bałaganu i buntu.
Nie paliła po kryjomu papierosów, nie piła alkoholu, w domu nie kłamała. Rodzice nie
mieli z nią żadnych kłopotów. Maturę zdała bez problemu.
Zastanawiała się dość długo nad wyborem kierunku studiów - ogromnie lubiła biologię
i była zdecydowana by obrać ten kierunek studiów.
Rodzice wcale nie byli tym pomysłem zachwyceni - nie bardzo wiedzieli co Ewa będzie
robiła po ukończeniu studiów.
Gdy Ewa składała dokumenty na uczelni i gdy rozmawiała w dziekanacie z jedną z pań,
do dziekanatu wszedł któryś z wykładowców - chwilę się przysłuchiwał rozmowie,
potem spojrzał Ewie w oczy i wspaniałym, radiowym głosem zapytał - "lubi pani
zwierzęta? Bo jeśli tak, to może wybrałaby pani weterynarię?"
Nim Ewa zdążyła odpowiedzieć skinął wszystkim głową , powiedział "no to lecę" i
wyszedł. A kto to był ?- zapytała Ewa. Jedna z pań uśmiechnęła się - to był profesor S.
z weterynarii. Miłośnik zwierząt i pięknych kobiet . No to ciekawe do jakiej grupy
mnie zaliczył - śmiejąc się powiedziała Ewa. I nie zastanawiając się dłużej złożyła
dokumenty na weterynarię. To było te 5 minut, które wpłynęły na jej dalsze życie.
Egzamin na uczelnię Ewa zdała bez problemu, również bez problemu zaliczyła
pierwszy semestr. W następnym semestrze miała znacznie częstszy kontakt z profesorem
S. i .....zakochała się w nim.
Miłośnik zwierząt i pięknych kobiet w niczym nie przypominał Adonisa - niewysoki, z wyhodowanym niewielkim brzuszkiem i lekko przerzedzonymi blond włosami był bardzo sympatycznym facetem, ale z pewnością nie był urodziwy. I raczej nie podrywał swych
studentek. Ale podobno Amor z lekka niedowidzi i śle swe strzały na oślep.
Oczywiście Ewa nie powiedziała żadnej z koleżanek, że się zakochała w panu S. Cały
czas kombinowała jakby upolować pana S. na osobności. Pod koniec drugiego semestru
nadarzyła się okazja - profesor S. miał popołudniowy dyżur w klinice zwierząt -
Ewa pożyczyła od swej ciotki psa i pojechała do kliniki jako klientka. Gdy wreszcie
nadeszła jej kolej i weszła z psem do gabinetu, pan profesor S. był zdziwiony i nieco
ucieszony. Gdy Ewa usadziła psa na stole a pan S. zapytał się co psu dolega, Ewa lekko
się jąkając i czerwieniąc odpowiedziała- "psu nic, tylko muszę to panu powiedzieć - ja się
zakochałam w panu. Wiem, że jest pan żonaty, ale to nic i tak pana kocham".
Pan B. stał z szeroko otwartymi oczami i zastygłym na ustach uśmiechem. Podszedł do
Ewy, delikatnie objął ją ramieniem i powiedział: "od blisko roku jestem po rozwodzie. Jak
mogłaś się zakochać w takim starym facecie jak ja? Przecież mnie nie znasz!
A jak poznasz to ci miłość przejdzie. Poza tym jesteś moją studentką, nie możemy się
nigdzie na mieście spotykać, bo będzie afera". No to ja rzucę studia -Ewa natychmiast
znalazła rozwiązanie. Pan S. ostro zaprotestował - co to, to nie- nie ma mowy!
Musisz studiować nadal". Ewa popatrzyła smutnym wzrokiem na pana S. - i zapewne
coś to spojrzenie wyrażało, bo pan S. zaproponował Ewie, by w czasie wakacji pomagała
w gabinecie weterynaryjnym jego kolegi. Pan S. przyjmował tam dwa dni w tygodniu.
Stwierdził, że to będzie pieczenie dwóch pieczeni na jednym ogniu - Ewa zdobędzie za
jednym zamachem większą wiedzę z zakresu weterynarii i będzie miała okazję poznać
jakim to okropnym człowiekiem jest pan.S.
Pierwszy rok studiów Ewa zaliczyła i rozpoczęła pracę w prywatnym gabinecie. Goliła
psie łapy, asystowała przy operacjach, sprzątała, sterylizowała narzędzia, porządkowała
kartotekę- ogólnie była na stanowisku przynieś, podaj, przytrzymaj. Pracowała codziennie
od godz. 16,00 do 20,00 a jeśli była jakaś operacja to i znacznie dłużej. Przy drobnych
zabiegach asystowała tylko Ewa, gdy operacja była poważniejsza obaj panowie operowali,
a jej zadaniem było notowanie wszystkiego co się działo, podawanie tego, co było poza
zasięgiem rąk lekarzy a potem sprzątanie. Raz nawet dostąpiła zaszczytu założenia kilku
szwów.
I jakoś niespecjalnie się plan pana S. powiódł -Ewa wcale się nie odkochała, za to pan S.
zorientował się, że ta cicha, zorganizowana i bystra dziewczyna coraz więcej mu się
podoba. Pan S. zaczął o siebie bardziej dbać -skrócił zbyt długie włosy, dzięki czemu
zyskały na wyglądzie, zaczął pływać i w krótkim czasie okazało się, że spodnie są
zbyt luzne.
W drugiej połowie sierpnia pan S. był już lekko zadurzony w Ewie. Gdy wychodzili
póznym wieczorem z gabinetu zaczął odprowadzać Ewę do domu, twierdząc, że musi
zażyć nieco ruchu. Aż pewnego dnia zaproponował, by Ewa razem z nim pojechała
w weekend na przyjęcie do jego przyjaciela, leśniczego. Ewa omal nie rzuciła mu się
na szyję z radości, ale opanowanym głosem zapytała, czy jej towarzystwo nie narobi
mu kłopotu. Pan S. zapewniał, że nie, absolutnie, a przyjaciel i jego żona to bardzo
mili ludzie.
I tym sposobem , w piątkowy wieczór, po zamknięciu gabinetu, pan S. zapakował
Ewę i jej torbę podróżną do samochodu i pojechali.
W drodze głównie rozmawiali o różnych dziwnych przypadkach weterynaryjnych.
Na miejscu wylądowali około godz. 23,00.
Gospodarz leśniczówki i jego żona byli bardzo serdeczni i Ewa odniosła wrażenie, że
dobrze wiedzieli o jej istnieniu. Zostali zakwaterowani w dwóch sąsiadujących ze sobą
pokojach, które były połączone drzwiami.
W drzwiach od strony pokoju Ewy tkwił klucz, a pod nimi stała toaletka.
Ale te szczegóły Ewa dostrzegła dopiero następnego dnia rano. Była bardzo zmęczona
i wieczorem padła niczym mucha.Spała spokojnie i długo - gdy się ocknęła dochodziła
już dziesiąta. Trochę jej było wstyd, że tak długo spała.
I wtedy postanowiła odsunąć toaletkę spod drzwi i zajrzeć do pokoju pana S. Jak
pomyślała tak zrobiła. Toaletka była lekka, drzwi nie były zamknięte na klucz i po
chwili znalazła się w pokoju pana S. Obiekt jej uczuć spał w najlepsze. Ewa cichutko
podeszła do jego łóżka i ukucnęła przy łóżku. Ale kucanie to mało wygodna pozycja i
Ewa wstając straciła równowagę i by nie upaść chwyciła się krawędzi łóżka.
I wtedy pochwyciła ją ręka pana S. W efekcie Ewa usiadła na brzegu łóżka i natychmiast
znalazła się w objęciach swego profesora.
I ten człowiek, w którym Ewa miała się odkochać trzymał ją w swoich objęciach i bardzo
delikatnie całował jej twarz,oczy, szyję, ręce.
Wiesz, -szepnęła Ewa - gdy śpisz wyglądasz jak dziecko. I cudownie całujesz, całuj mnie
tak zawsze, dobrze?
I nigdy nie mów, że jesteś stary- ja nie lubię tych młodych napalonych palantów, którym
ręce latają z chęci rozebrania mnie i przelecenia.
Pan S. uśmiechnął się i wyszeptał - ja też mam ochotę cię rozebrać- ale nie tutaj. Idz
pierwsza do łazienki. Możesz na dół zejść w piżamie, albo się ubrać.
Ewa poszła do łazienki a potem ubrała się w dres. Dobrze wiedziała, że wygląda w nim
super. Był w lodowato błękitnym kolorze. W kuchni czekał na nich przy zastawionym
stole pan Jacek- gospodarz leśniczówki. Jego żona była na wybiegu saren.
Ewa zaczęła przepraszać, że tak długo spała, ale pan Jacek powiedział, że on się bardzo
cieszy, gdy goście długo śpią, bo to znaczy, że im tu dobrze.
Po śniadaniu poszli do zagrody saren, potem w dwa motocykle wyruszyli na objazd lasu.
Pan Jacek i jego żona bardzo uważnie przypatrywali się Ewie, czuła się niemal jak na
cenzurowanym. A jednocześnie byli bardzo mili i serdeczni.
Ten dzień był ich dwudziestą rocznicą ślubu i w planie było spotkanie z resztą
znajomych w pobliskim zajezdzie, w którym pan Jacek zamówił uroczysty obiad.
Nie chciał by w tym dniu żona stała przy kuchni. Ewa była niewątpliwie atrakcją tego
spotkania, a pan S. przedstawił ją swoim pozostałym znajomym jako swą przyjaciółkę.
Gdyby nie kilka wypitych kieliszków wina, pan S. najchętniej powróciłby już do
Warszawy.
Tę noc spędzili już w jednym pokoju - mieli sobie bardzo wiele do powiedzenia i kilka
spraw do przedyskutowania. Pan S. powściągnął chęć rozebrania Ewy, która się do
niego tuliła i oddawała każdy pocałunek.
Pan S. oświadczył, że będą tylko wtedy razem, jeżeli Ewa zdecyduje się zostać jego żoną.
I uważa, że Ewa powinna koniecznie studiować, ale może jednak zmieni kierunek, np. na biotechnologię, bo po tym kierunku zawsze znajdzie pracę, a jeżeli będzie "dobra" to
z pewnością zostanie na uczelni. Wg niego praca weterynarza jest dla kobiety zbyt ciężka.
Ewa się obruszyła- to dlaczego mi w dziekanacie zaproponowałeś właśnie weterynarię?
Bo miałem ochotę do ciebie zagadać, a to było jedyne co mogłem tam powiedzieć.
A Ewa ze śmiechem zapytała- a do której grupy mnie zakwalifikowałeś wtedy - do
zwierząt czy do pięknych kobiet? Do obu, moja droga, do obu- odpowiedział.
Rodzice Ewy nie byli zachwyceni pomysłem, by Ewa wyszła za mężczynę, który był
od niej 18 lat starszy a do tego rozwiedziony.
Ale Ewa postawiła sprawę jasno - albo ten zostanie jej mężem albo rzuci studia,
podejmie pracę i się wyprowadzi z domu. W końcu jest wszak pełnoletnia.
Największy dylemat miała matka Ewy, bo jej przyszły zięć był od niej zaledwie o trzy
lata młodszy i nie bardzo wiedziała jak ma się do niego zwracać. Ojciec Ewy nie miał
takiego dylematu, wypił z zięciem bruderszaft.
Ślub był cywilny, bez wesela, tylko obiad w restauracji. Miesiąc miodowy odłożyli na
następne wakacje. Ewa dla wygody pozostała przy swoim panieńskim nazwisku aż do
chwili uzyskania dyplomu z biotechnologii.
Potem wyjechała na stypendium podyplomowe zabierając oczywiście ze sobą męża.
Pan S. nie widzi świata poza swą żoną i córeczką, którą Ewa urodziła mając 34 lata.
Czego unikam
Mam wrażenie, że każdy z nas unika w życiu pewnych sytuacji - tyle tylko, że
tych, których ja unikam - mało kto unika.
Bo ja nałogowo unikam bywania na : ślubach, weselach i pogrzebach.
W ciągu całego życia byłam raptem na pięciu weselach, w tym jest i wesele mojej
córki, pewnie na piętnastu ślubach , wliczając to ślub córki i własny,oraz na "nastu"
pogrzebach.
Pierwsze wesele , na którym byłam, pamiętam niestety do dziś. Miałam wtedy
13 lub 14 lat i byłam na wakacjach w Szczyrku.
Córka właścicielki domu, w którym wynajmowaliśmy pokój, moja rówieśnica,
zabrała mnie po kryjomu na "wesele u Śliwy".
Staśka, bo takie imię miało dziewczę, roztaczała przede mną perspektywy super
zabawy - miałyśmy się wytańczyć za wszystkie czasy, bo Śliwa jako bogaty
człowiek, zamówił orkiestrę z Bielska Białej, poza tym miała też być kapela
góralska.
Oczywiście nie miałam pojęcia, że szłyśmy tam "na pitasa", czyli bez
zaproszenia. Powiedziałam swojej babci, że idę ze Staśką do jej koleżanki na drugi
koniec Szczyrku, obiecałam, że wrócę około siódmej i poszłyśmy.
Wesele faktycznie było na drugim końcu Szczyrku. Gdy dotarłyśmy na miejsce
zabawa już trwała w najlepsze i tak na moje oko to chyba tylko my dwie byłyśmy
trzezwiutkie. Stoły były rozstawione w sadzie, pod drzewami , a za parkiet
służyło podwórko. Ludzi było naprawdę sporo, większość w strojach regionalnych,
miastowi w większości już pozbyli się marynarek i paradowali w samych koszulach
z podwiniętymi rękawami i mocno poluzowanymi krawatami. Tylko biedny pan
młody topił się w czarnym garniturze. Dzieci było co niemiara, przekrój wiekowy
od przedszkola do liceum.
Nikt nas nie przepytywał skąd się tu wzięłyśmy, zresztą Staśka, jako miejscowa,
znała prawie wszystkich mieszkańców Szczyrku.
Starsi goście mało tańczyli, głównie byli zajęci jedzeniem a jeszcze bardziej
spełnianiem co chwilę toastów. Pili wszyscy na potęgę - kobiety znacznie mniej,
ale mężczyzni się nie oszczędzali. Co jakiś czas następowała zamiana pustych
półlitrówek na pełne, poza tym pod drzewem stały dwie wielkie beczki piwa.
Gdzieś około szóstej na podwórkowym parkiecie zostało już niewielu tańczących-
większość poszła do sadu. W pewnej chwili rozległo się głośne " OOOO" i ci
w sadzie zaczęli klaskać - bili brawo, bo dwóch silnych wniosło stół, a na nim
pieczoną w całości świnię. W półotwartym pysku świnka trzymała jabłko.
Nie spodziewałam się takiego widoku - zresztą nigdy nie widziałam tak podanej
wieprzowiny. Zrobiło mi się niedobrze i resztki obiadu zakąszone jakimiś
przystawkami z weselnego stołu upomniały się o natychmiastowe opuszczenie
moich trzewi. Pognałam szukać toalety, której nie znalazłam i zmuszona wydaliłam
wszystko w okolicy stodoły.
Staśka już mnie szukała, więc zaproponowałam, żeby już wracać do domu. Miała
do mnie żal, że upieram się przy powrocie do domu.
Ale żal jej minął następnego dnia, gdy rozeszła się po okolicy wiadomość, że
weselnicy w pewnej chwili zaczęli się bić, polała się krew, poszły w ruch noże
i dwóch uczestników bitki nie udało się uratować.
Wg kryterium miejscowych dobre wesele to takie, ktore trwa trzy dni i na którym
powinien ktoś zostać ranny.
Przez dwie noce śniła mi się ta pieczona świnka i tłum usiłujący odrywać od niej
kawały mięsa i na dodatek ze świnki leciała krew.
Przez długi okres czasu omijałam wesela, ale czasami musiałam jednak być obecna.
My nie mieliśmy wesela - czego moja teściowa nie wybaczyła mi aż do swej
śmierci. Ale my braliśmy ślub w okresie gdy byłam w żałobie.
W jakiś czas potem jeden z naszych kolegów się żenił - nie mogliśmy ominąć tych
uroczystości.
Był kwiecień, ale było mało wiosennie, temperatura niewiele powyżej zera.
Staliśmy przed akademickim kościołem św. Anny czekając na przybycie oblubieńców.
My wszyscy w ciepłych płaszczach, czapkach, a tu zajeżdża wolniutko konna
dorożka a w niej, sina panna młoda w samej ślubnej sukni.
Wprawdzie suknia była z długimi rękawami, no ale to była bardzo cienka koronka.
Biedula ledwo wysiadła z tej dorożki, trzęsła się z zimna niczym galareta.
Proponowałyśmy, by wpierw się ogrzała, bo w kościele też nie było zbyt ciepło, ale
ksiądz już popędzał towarzystwo, bo następny ślub miał być za 20 minut.
I sina, dygocąca dziewczyna podreptała w stronę ołtarza. Widok był niebywały-
panna młoda miała posturę anorektyczki, do tego dygotała intensywnie i była
szaro fioletowa na buzi i rękach. Kwiaty w wiązance też z lekka ucierpiały
z chłodu, a słowa przysięgi małżeńskiej, które podobno wypowiadała, nie dotarły do
zgromadzonych. Od ołtarza para młoda oddalała się niemal biegiem.
Pan młody na niedalekim postoju wziął taksówkę i poinformował właściciela dorożki,
że drogę powrotną odbędę już "zwykłą" taksówką.
Okazało się, że to panna młoda miała taki zabójczy pomysł, by drogę do kościoła
i z powrotem odbyć konną dorożką i niezrażona niską temperaturą odmówiła
założenia swetra, płaszcza lub owinięcia się szalem. Bo jazda w płaszczu nie byłaby
romantyczna. A jechali z Dolnego Mokotowa na Plac Zamkowy.
Pierwsze dwa tygodnie swego małżeństwa panna młoda spędziła w łóżku, biorąc
zastrzyki i podejrzewając, że wypluje za chwilę płuca.
Ślub i wesele mojej córki też dało mi się niezle we znaki - po prostu tego dnia było
37 stopni ciepła w cieniu. I gdyby nie ten koszmarny upał, byłoby naprawdę miło.
Pogrzeby to też impreza raczej nie dla mnie.
Pierwszy zaliczyłam w wieku 5 lat i dostałam klapsa, bo zapytałam się głośno o
nos nieboszczyka. Trumna stała na wysokim katafalku, ja ze swej pozycji widziałam
tylko sterczący nos nieboszczyka, o czym głośno poinformowałam dziadków.
Efekt - klaps na złe zachowanie.
W trakcie kariery szkolnej - pogrzeb, na którym omal nie padłam ze śmiechu - ale
nie moją winą było to, że trumna nie chciała wejść do grobowca a wdowa płakała
tylko wtedy, gdy grabarze trumnę spuszczali do grobu i przestawała płakać gdy się ta
trumna zatrzymywała. Po trzech powtórkach tej sytuacji- wymiękłam i musiałam
odejść wraz z koleżanką by się wyśmiać.
Na wszelki wypadek już zarządziłam, że mój pogrzeb ma być "cywilny" i mam
zostać skremowana.
tych, których ja unikam - mało kto unika.
Bo ja nałogowo unikam bywania na : ślubach, weselach i pogrzebach.
W ciągu całego życia byłam raptem na pięciu weselach, w tym jest i wesele mojej
córki, pewnie na piętnastu ślubach , wliczając to ślub córki i własny,oraz na "nastu"
pogrzebach.
Pierwsze wesele , na którym byłam, pamiętam niestety do dziś. Miałam wtedy
13 lub 14 lat i byłam na wakacjach w Szczyrku.
Córka właścicielki domu, w którym wynajmowaliśmy pokój, moja rówieśnica,
zabrała mnie po kryjomu na "wesele u Śliwy".
Staśka, bo takie imię miało dziewczę, roztaczała przede mną perspektywy super
zabawy - miałyśmy się wytańczyć za wszystkie czasy, bo Śliwa jako bogaty
człowiek, zamówił orkiestrę z Bielska Białej, poza tym miała też być kapela
góralska.
Oczywiście nie miałam pojęcia, że szłyśmy tam "na pitasa", czyli bez
zaproszenia. Powiedziałam swojej babci, że idę ze Staśką do jej koleżanki na drugi
koniec Szczyrku, obiecałam, że wrócę około siódmej i poszłyśmy.
Wesele faktycznie było na drugim końcu Szczyrku. Gdy dotarłyśmy na miejsce
zabawa już trwała w najlepsze i tak na moje oko to chyba tylko my dwie byłyśmy
trzezwiutkie. Stoły były rozstawione w sadzie, pod drzewami , a za parkiet
służyło podwórko. Ludzi było naprawdę sporo, większość w strojach regionalnych,
miastowi w większości już pozbyli się marynarek i paradowali w samych koszulach
z podwiniętymi rękawami i mocno poluzowanymi krawatami. Tylko biedny pan
młody topił się w czarnym garniturze. Dzieci było co niemiara, przekrój wiekowy
od przedszkola do liceum.
Nikt nas nie przepytywał skąd się tu wzięłyśmy, zresztą Staśka, jako miejscowa,
znała prawie wszystkich mieszkańców Szczyrku.
Starsi goście mało tańczyli, głównie byli zajęci jedzeniem a jeszcze bardziej
spełnianiem co chwilę toastów. Pili wszyscy na potęgę - kobiety znacznie mniej,
ale mężczyzni się nie oszczędzali. Co jakiś czas następowała zamiana pustych
półlitrówek na pełne, poza tym pod drzewem stały dwie wielkie beczki piwa.
Gdzieś około szóstej na podwórkowym parkiecie zostało już niewielu tańczących-
większość poszła do sadu. W pewnej chwili rozległo się głośne " OOOO" i ci
w sadzie zaczęli klaskać - bili brawo, bo dwóch silnych wniosło stół, a na nim
pieczoną w całości świnię. W półotwartym pysku świnka trzymała jabłko.
Nie spodziewałam się takiego widoku - zresztą nigdy nie widziałam tak podanej
wieprzowiny. Zrobiło mi się niedobrze i resztki obiadu zakąszone jakimiś
przystawkami z weselnego stołu upomniały się o natychmiastowe opuszczenie
moich trzewi. Pognałam szukać toalety, której nie znalazłam i zmuszona wydaliłam
wszystko w okolicy stodoły.
Staśka już mnie szukała, więc zaproponowałam, żeby już wracać do domu. Miała
do mnie żal, że upieram się przy powrocie do domu.
Ale żal jej minął następnego dnia, gdy rozeszła się po okolicy wiadomość, że
weselnicy w pewnej chwili zaczęli się bić, polała się krew, poszły w ruch noże
i dwóch uczestników bitki nie udało się uratować.
Wg kryterium miejscowych dobre wesele to takie, ktore trwa trzy dni i na którym
powinien ktoś zostać ranny.
Przez dwie noce śniła mi się ta pieczona świnka i tłum usiłujący odrywać od niej
kawały mięsa i na dodatek ze świnki leciała krew.
Przez długi okres czasu omijałam wesela, ale czasami musiałam jednak być obecna.
My nie mieliśmy wesela - czego moja teściowa nie wybaczyła mi aż do swej
śmierci. Ale my braliśmy ślub w okresie gdy byłam w żałobie.
W jakiś czas potem jeden z naszych kolegów się żenił - nie mogliśmy ominąć tych
uroczystości.
Był kwiecień, ale było mało wiosennie, temperatura niewiele powyżej zera.
Staliśmy przed akademickim kościołem św. Anny czekając na przybycie oblubieńców.
My wszyscy w ciepłych płaszczach, czapkach, a tu zajeżdża wolniutko konna
dorożka a w niej, sina panna młoda w samej ślubnej sukni.
Wprawdzie suknia była z długimi rękawami, no ale to była bardzo cienka koronka.
Biedula ledwo wysiadła z tej dorożki, trzęsła się z zimna niczym galareta.
Proponowałyśmy, by wpierw się ogrzała, bo w kościele też nie było zbyt ciepło, ale
ksiądz już popędzał towarzystwo, bo następny ślub miał być za 20 minut.
I sina, dygocąca dziewczyna podreptała w stronę ołtarza. Widok był niebywały-
panna młoda miała posturę anorektyczki, do tego dygotała intensywnie i była
szaro fioletowa na buzi i rękach. Kwiaty w wiązance też z lekka ucierpiały
z chłodu, a słowa przysięgi małżeńskiej, które podobno wypowiadała, nie dotarły do
zgromadzonych. Od ołtarza para młoda oddalała się niemal biegiem.
Pan młody na niedalekim postoju wziął taksówkę i poinformował właściciela dorożki,
że drogę powrotną odbędę już "zwykłą" taksówką.
Okazało się, że to panna młoda miała taki zabójczy pomysł, by drogę do kościoła
i z powrotem odbyć konną dorożką i niezrażona niską temperaturą odmówiła
założenia swetra, płaszcza lub owinięcia się szalem. Bo jazda w płaszczu nie byłaby
romantyczna. A jechali z Dolnego Mokotowa na Plac Zamkowy.
Pierwsze dwa tygodnie swego małżeństwa panna młoda spędziła w łóżku, biorąc
zastrzyki i podejrzewając, że wypluje za chwilę płuca.
Ślub i wesele mojej córki też dało mi się niezle we znaki - po prostu tego dnia było
37 stopni ciepła w cieniu. I gdyby nie ten koszmarny upał, byłoby naprawdę miło.
Pogrzeby to też impreza raczej nie dla mnie.
Pierwszy zaliczyłam w wieku 5 lat i dostałam klapsa, bo zapytałam się głośno o
nos nieboszczyka. Trumna stała na wysokim katafalku, ja ze swej pozycji widziałam
tylko sterczący nos nieboszczyka, o czym głośno poinformowałam dziadków.
Efekt - klaps na złe zachowanie.
W trakcie kariery szkolnej - pogrzeb, na którym omal nie padłam ze śmiechu - ale
nie moją winą było to, że trumna nie chciała wejść do grobowca a wdowa płakała
tylko wtedy, gdy grabarze trumnę spuszczali do grobu i przestawała płakać gdy się ta
trumna zatrzymywała. Po trzech powtórkach tej sytuacji- wymiękłam i musiałam
odejść wraz z koleżanką by się wyśmiać.
Na wszelki wypadek już zarządziłam, że mój pogrzeb ma być "cywilny" i mam
zostać skremowana.
środa, 28 stycznia 2015
Spotkanie- cz.II
Czytadła we wszystkich poczekalniach nie budziły w Agacie sympatii - nie dość, że
najczęściej były mocno nieaktualne to z reguły była to prasa z cyklu "Wielki Świat-
Kuchenny Blat" ewentualnie zbiór plotek o ludziach, których Agata zupełnie nie znała,
ani się nimi nie interesowała.
Po przejrzeniu kilku stron i dojściu do wniosku, że zupełnie nie wie o kim czyta, Agata
zaczęła obserwować zgromadzonych w poczekalni pacjentów.
Bez wątpienia wielu z nich było, jak ona, osobami towarzyszącymi.
Niektórzy wyraznie mieli trudności z bezczynnym siedzeniem- wstawali, nerwowo
krążyli po poczekalni i przyległych korytarzach, w końcu wyciągali komórki i zawzięcie
wystukiwali numery.
Zupełnie jak wtedy, gdy byłam tu poprzednio- pomyślała Agata. Nie była wprawdzie
uosobieniem spokoju i cierpliwości, ale życie nauczyło ją czekania - Agata po prostu
wpadała w razie potrzeby w stan odrętwienia. Nie patrzyła nerwowo na zegarek, nie
zastanawiała się kiedy to czekanie się skończy - po prostu czekała. Starała się gasić
w zarodku wszystkie myśli dotyczące danej chwili, a głównie tego jaki będzie wynik
czekania. W takim odrętwieniu czekała kilka lat temu na wiadomość czy jeszcze jest
mężatką czy może już wdową.Ten dziwny stan odrętwienia, choć wyćwiczony, pozwalał
na oszczędzenie systemu nerwowego.
A teraz czekając na Majkę powróciła myślami do tamtych bardzo już odległych lat,
gdy pracowały w jednej firmie.
Nie przyjazniły się wtedy, były po prostu pracownicami jednej firmy. Nawet niezbyt
często ze sobą rozmawiały.
B., razem z którą Agata pracowała, też była niezłym "dziwadłem" - w kilka dni po tym,
jak Agata zaczęła pracować, zapytała się jej, czy mąż Agaty nosi zimą kalesony.
Agata wytrzeszczyła oczy na B. i grzecznie zapytała: a co to ma za znaczenie? a twój
facet nosi?. Celowo użyła słowa "facet", bo już wiedziała, że B. jest stanu wolnego.
Przez pierwsze tygodnie pracy Agata była przez B. wtajemniczana w szczegóły życia
większości pracowników. Dowiedziała się kto z kim "kręci" , którzy panowie
są stanu wolnego, kto jest miły a kto niekoniecznie, na kogo trzeba uważać bo donosi,
kto zbyt często ogląda dno butelki, które "baby" są plotkarami (ale siebie w tym gronie
z jakiegoś powodu nie wymieniła), czyje dziecko wcale nie jest podobne do swoich
rodziców.
Po mniej więcej trzech tygodniach Agata wiedziała wszystko o wszystkich - no, może
o prawie wszystkich, bo B. nie interesowała się pracownikami z Zakładu Doświadczalnego.
Agata nie bardzo umiała się odnalezć w tym wszystkim - w końcu uznała B. za świrniętą
starą pannę. W tamtym okresie 30-letnia niezamężna kobieta miała przypinaną łatkę
z napisem "stara panna".
Agata przepracowała w towarzystwie B. niemal sześć lat.
Najgorsze były pierwsze dwa lata - stresowały ją wszystkie rozmowy z B. a kontakty
z wieloma osobami w biurze też nie napawały optymizmem.
Nim Agata stamtąd odeszła, B. zachorowała na raka. Agata odwiedzała ją w szpitalu,
przynosiła kompoty, kisiele.
Zgodnie z podręcznikiem onkologii B. przeżyła 5 lat od czasu operacji. Nie miała jeszcze czterdziestu lat, gdy odeszła. Agata juz wtedy pracowała w innej firmie -nie była na jej
pogrzebie, była w 7 miesiącu ciąży i zgodnie z radą Majki odpuściła sobie ten pogrzeb.
Wreszcie Majka wyszła z gabinetu, podtrzymywana przez pielęgniarkę. Klapnęła ciężko
na krzesło obok Agaty. Badania były długie i okazało się, że Majka oprócz zaćmy ma
jaskrę.
Wiesz, powiedziała ze śmiechem Majka , mam z tymi oczami "na krzyż" - w oku, które
ma mniejszą zaćmę jest poważniejszy stan jaskry niż w tym drugim. No i będzie tylko
usuwanie zaćmy, bo ta jaskra nie jest operacyjna. I wiesz, wydało się, że jesteś
kłamczucha- wcale dziś nie masz wizyty u okulisty.
Agata popatrzyła na Majkę z uśmiechem - a ty skłamałaś, że nie potrzebujesz żadnej
pomocy, a zataczasz się jakbyś obaliła pół litra, więc jesteśmy kwita.
Pomogła się Majce ubrać, zadzwoniła po taksówkę i zjechały windą na dół.
Do domu zajechały w 15 minut - była to pora, w której jeszcze nie było korków.
Majka poprosiła, by Agata nie szła jeszcze do siebie, by mogły jeszcze razem napić się
kawy lub herbaty i trochę poplotkować.
Ale były to smutne ploteczki - Majka znacznie dłużej pracowała w tamtej firmie- odeszła
dopiero w chwili jej likwidacji. Większość pracowników przeszła do pokrewnych firm,
kilka osób wyjechało z kraju, niektórzy przeszli na emeryturę.
A potem to było już całkiem smutno- bo w ciągu ostatnich kilku lat wiele osób odeszło
na zawsze. Agata, ciągle pamiętając te osoby z okresu, gdy razem z nimi pracowała i
pamiętając ile sama wtedy miała lat, wciąż powtarzała- "no popatrz, w moim wieku i już
go/jej nie ma" . Majka patrzyła na Agatę uważnie, wreszcie nie wytrzymała - co ty mówisz,
toż przecież wszyscy byli już w poważnym wieku! Ocknij się, przecież wszyscy byli od
Ciebie minimum 7 lat starsi a przecież byli tam ludzie, którzy wtedy dobiegali 50-ki.
Z dziesięcioro z nas było od Ciebie niewiele starszych, o te 7 lub 8 lat, ale reszta o tyle
samo lub więcej starsza od nas.
Agata pokiwała głową za zrozumieniem - no tak , zawsze była najmłodsza.
Ale we wspomnieniach wszyscy zawsze stawali jej przed oczami tacy jacy byli wtedy -
czterdzieści lat wcześniej.
koniec
najczęściej były mocno nieaktualne to z reguły była to prasa z cyklu "Wielki Świat-
Kuchenny Blat" ewentualnie zbiór plotek o ludziach, których Agata zupełnie nie znała,
ani się nimi nie interesowała.
Po przejrzeniu kilku stron i dojściu do wniosku, że zupełnie nie wie o kim czyta, Agata
zaczęła obserwować zgromadzonych w poczekalni pacjentów.
Bez wątpienia wielu z nich było, jak ona, osobami towarzyszącymi.
Niektórzy wyraznie mieli trudności z bezczynnym siedzeniem- wstawali, nerwowo
krążyli po poczekalni i przyległych korytarzach, w końcu wyciągali komórki i zawzięcie
wystukiwali numery.
Zupełnie jak wtedy, gdy byłam tu poprzednio- pomyślała Agata. Nie była wprawdzie
uosobieniem spokoju i cierpliwości, ale życie nauczyło ją czekania - Agata po prostu
wpadała w razie potrzeby w stan odrętwienia. Nie patrzyła nerwowo na zegarek, nie
zastanawiała się kiedy to czekanie się skończy - po prostu czekała. Starała się gasić
w zarodku wszystkie myśli dotyczące danej chwili, a głównie tego jaki będzie wynik
czekania. W takim odrętwieniu czekała kilka lat temu na wiadomość czy jeszcze jest
mężatką czy może już wdową.Ten dziwny stan odrętwienia, choć wyćwiczony, pozwalał
na oszczędzenie systemu nerwowego.
A teraz czekając na Majkę powróciła myślami do tamtych bardzo już odległych lat,
gdy pracowały w jednej firmie.
Nie przyjazniły się wtedy, były po prostu pracownicami jednej firmy. Nawet niezbyt
często ze sobą rozmawiały.
B., razem z którą Agata pracowała, też była niezłym "dziwadłem" - w kilka dni po tym,
jak Agata zaczęła pracować, zapytała się jej, czy mąż Agaty nosi zimą kalesony.
Agata wytrzeszczyła oczy na B. i grzecznie zapytała: a co to ma za znaczenie? a twój
facet nosi?. Celowo użyła słowa "facet", bo już wiedziała, że B. jest stanu wolnego.
Przez pierwsze tygodnie pracy Agata była przez B. wtajemniczana w szczegóły życia
większości pracowników. Dowiedziała się kto z kim "kręci" , którzy panowie
są stanu wolnego, kto jest miły a kto niekoniecznie, na kogo trzeba uważać bo donosi,
kto zbyt często ogląda dno butelki, które "baby" są plotkarami (ale siebie w tym gronie
z jakiegoś powodu nie wymieniła), czyje dziecko wcale nie jest podobne do swoich
rodziców.
Po mniej więcej trzech tygodniach Agata wiedziała wszystko o wszystkich - no, może
o prawie wszystkich, bo B. nie interesowała się pracownikami z Zakładu Doświadczalnego.
Agata nie bardzo umiała się odnalezć w tym wszystkim - w końcu uznała B. za świrniętą
starą pannę. W tamtym okresie 30-letnia niezamężna kobieta miała przypinaną łatkę
z napisem "stara panna".
Agata przepracowała w towarzystwie B. niemal sześć lat.
Najgorsze były pierwsze dwa lata - stresowały ją wszystkie rozmowy z B. a kontakty
z wieloma osobami w biurze też nie napawały optymizmem.
Nim Agata stamtąd odeszła, B. zachorowała na raka. Agata odwiedzała ją w szpitalu,
przynosiła kompoty, kisiele.
Zgodnie z podręcznikiem onkologii B. przeżyła 5 lat od czasu operacji. Nie miała jeszcze czterdziestu lat, gdy odeszła. Agata juz wtedy pracowała w innej firmie -nie była na jej
pogrzebie, była w 7 miesiącu ciąży i zgodnie z radą Majki odpuściła sobie ten pogrzeb.
Wreszcie Majka wyszła z gabinetu, podtrzymywana przez pielęgniarkę. Klapnęła ciężko
na krzesło obok Agaty. Badania były długie i okazało się, że Majka oprócz zaćmy ma
jaskrę.
Wiesz, powiedziała ze śmiechem Majka , mam z tymi oczami "na krzyż" - w oku, które
ma mniejszą zaćmę jest poważniejszy stan jaskry niż w tym drugim. No i będzie tylko
usuwanie zaćmy, bo ta jaskra nie jest operacyjna. I wiesz, wydało się, że jesteś
kłamczucha- wcale dziś nie masz wizyty u okulisty.
Agata popatrzyła na Majkę z uśmiechem - a ty skłamałaś, że nie potrzebujesz żadnej
pomocy, a zataczasz się jakbyś obaliła pół litra, więc jesteśmy kwita.
Pomogła się Majce ubrać, zadzwoniła po taksówkę i zjechały windą na dół.
Do domu zajechały w 15 minut - była to pora, w której jeszcze nie było korków.
Majka poprosiła, by Agata nie szła jeszcze do siebie, by mogły jeszcze razem napić się
kawy lub herbaty i trochę poplotkować.
Ale były to smutne ploteczki - Majka znacznie dłużej pracowała w tamtej firmie- odeszła
dopiero w chwili jej likwidacji. Większość pracowników przeszła do pokrewnych firm,
kilka osób wyjechało z kraju, niektórzy przeszli na emeryturę.
A potem to było już całkiem smutno- bo w ciągu ostatnich kilku lat wiele osób odeszło
na zawsze. Agata, ciągle pamiętając te osoby z okresu, gdy razem z nimi pracowała i
pamiętając ile sama wtedy miała lat, wciąż powtarzała- "no popatrz, w moim wieku i już
go/jej nie ma" . Majka patrzyła na Agatę uważnie, wreszcie nie wytrzymała - co ty mówisz,
toż przecież wszyscy byli już w poważnym wieku! Ocknij się, przecież wszyscy byli od
Ciebie minimum 7 lat starsi a przecież byli tam ludzie, którzy wtedy dobiegali 50-ki.
Z dziesięcioro z nas było od Ciebie niewiele starszych, o te 7 lub 8 lat, ale reszta o tyle
samo lub więcej starsza od nas.
Agata pokiwała głową za zrozumieniem - no tak , zawsze była najmłodsza.
Ale we wspomnieniach wszyscy zawsze stawali jej przed oczami tacy jacy byli wtedy -
czterdzieści lat wcześniej.
koniec
poniedziałek, 26 stycznia 2015
Spotkanie
Spotkały się zupełnie niespodziewanie przy windzie, która dowoziła pacjentów
do kliniki okulistycznej. Bardzo ucieszyły się tym spotkaniem.
Zapewniały się wzajemnie, że właśnie kilka dni wcześniej o sobie myślały i każda
miała zamiar zatelefonować do drugiej zaraz po powrocie z kliniki.
Nie było to nic nadzwyczajnego, znały się od wielu, wielu lat, wpierw pracowały
w jednej instytucji, potem, zupełnie niespodziewanie zamieszkały na tym samym
osiedlu. I, żeby było jeszcze zabawniej, miały takie same nr domów i mieszkań,
tylko ulice różniły się nazwą.
Majka była siedem lat starsza od Agaty. Gdy Majka przeszła na emeryturę
spotykały się niemal codziennie.
Razem odwiedzały różne galerie i wystawy, robiły zakupy, chodziły do kina.
Każda z nich miała męża i jedną córkę-córka Majki była 17 lat starsza od córki Agaty.
Córka Agaty była jeszcze w szkole, gdy córka Majki zafundowała Majce "babciostwo".
A potem mężowie przyjaciółek ciężko chorowali, ale tylko mąż Agaty wygrzebał się
z choroby.
Po sześciu latach upiornych cierpień mąż Majki odszedł. Te sześć lat powolnego
odchodzenia w nicość, opieka pielęgniarska nad nim w domu, wizyty w kolejnych
szpitalach - wszystko to bardzo podkopało zdrowie Majki. Przez ten czas zupełnie
nie zajmowała się własnym zdrowiem, które też już zaczęło dopominać się, by poświęcić
mu nieco troski.
Minęły właśnie trzy lata od śmierci Jurka, gdy Majka zaczęła sobie zdawać sprawę, że
teraz musi się wreszcie zająć sobą. Agata namówiła przyjaciółkę, by w pierwszej
kolejności zająć się oczami - na jedno oko Majka już niemal nic nie widziała z powodu
zaćmy.
Spotkanie w klinice nie było tak całkiem przypadkowe - Agata przyjechała tu specjalnie,
by towarzyszyć Majce w powrocie do domu po skomplikowanych badaniach.
Wiedziała doskonale, że Majka ma kłopoty z błędnikiem i związane z tym zawroty
głowy a do tego będzie miała rozszerzane atropiną zrenice, co razem może być niezbyt
dobrą mieszanką. Na co dzień Majka posługiwała się bardzo gustownym "wyjściowym
balkonikiem", który nie tylko miał schowek na torbę ale i można było na chwilę,
w razie potrzeby przysiąść na mini ławeczce.
To był bardzo dobry sprzęt, ale gdy Agata po raz pierwszy zobaczyła Majkę idącą przy
tym balkoniku, poczuła gulę w gardle.
Majka, która zawsze była wielce samodzielną istotą i nigdy nikogo nie prosiła o pomoc,
oczywiście i tym razem postawiła na samodzielność , odrzucając pomoc córki.
Agata, znając swą przyjaciółkę doskonale, nawet nie proponowała swej pomocy, ale
zaznaczyła sobie datę wizyty Majki w klinice. Postanowiła, że zjawi się tam niby
przypadkiem, a potem razem wrócą w domowe pielesze.
W windzie, bez mrugnięcia okiem, nakłamała Majce, że ona też ma dziś wizytę, ale
przyjechała nieco zbyt wcześnie, więc sobie pogadają w poczekalni.
Majkę bardzo szybko poproszono do gabinetu, przejrzano stare badania, zaaplikowano
krople do oczu i poproszono, by w dalszym ciągu pobyła w poczekalni i za około 40
minut przyjdzie po nią pielęgniarka.
Poczekalnia był jasna, przestronna, jedna ściana była mocno przeszklona. Przyjaciółki
siedziały na wprost tej przeszklonej ściany- niestety widok nie powalał na kolana.
Za oknem ogołocone z liści gałęzie drzew tańczyły w bliżej nieokreślonym rytmie. Pod
wszystkimi ścianami siedzieli pacjenci, wszyscy nieco spięci, a może nawet nieco
przerażeni.
Był to dzień badań kwalifikujących do różnego rodzaju zabiegów okulistycznych.
Majka zwróciła uwagę, że właściwie obecni tu pacjenci są bardzo różni wiekiem -byli
i bardzo młodzi i w wieku zaawansowanym. I że kiedyś do okulisty chodzili głównie
ludzi starzy, a tu oczekuje całkiem sporo ludzi młodych.
Przez poczekalnię dziarskim krokiem przeszła jedna z lekarek - była w tak zwanym
wieku rozumnym, to jest około czterdziestki.
Widziałaś? - zapytała Majka
A co miałam widzieć? -Agata spojrzała na Majkę z lekka nieprzytomnym wzrokiem.
No, tę lekarkę. Ciekawa jestem jakiej wysokości były te jej obcasy.
Z 11 centymetrów- odpowiedziała Agata. I wiesz co? Widząc dziś dziewczyny w takich
szpilkach uświadamiam sobie, że już nie jestem młoda. A tak naprawdę to zastanawiam
się jak ja mogłam całymi dniami chodzić na szpilkach. Czasami wydaje mi się, że to
tylko był sen.
Majka uśmiechnęła się - nie sen, nie sen, pamiętam cię z tamtego okresu.
Pamiętam, jak zaczynałaś pracę -od razu poszła fama, że dyrekcja przyjęła dla siebie
nową asystentkę. A to ci niespodzianka, powiedział Zygmunt i od razu przylepili Ci
ksywkę "Niespodzianka".
No a jak się potem okazało, że wcale nie będziesz asystentką, to już ta ksywka została
z tobą do końca.
Agata uśmiechnęła się - nawet nie wiesz jak ja się was wszystkich bałam. Bo dobrze
wiedziałam, że z czasem kadrowa się wygada, że jestem przyjęta po znajomości.
I coś musiała palnąć, bo kiedyś twoja ówczesna przyjaciółka, B. zadała mi wprost
pytanie, czy jestem może najnowszą flamą naczelnego.
Pamiętam jej paskudne spojrzenie- taką mieszaninę ciekawości i....zawiści.
Odpowiedziałam wtedy, że najlepiej będzie jeśli to pytanie zada naczelnemu, bo on
to powinien wiedzieć czy jestem jego flamą czy nie. Z tydzień ze mną nie rozmawiała
wtedy, a siedziałyśmy biurko w biurko.
Majka żachnęła się - co ci przyszło do głowy, że ona była moją przyjaciółką?
Agata uśmiechnęła się - no ale ona tak uważała i codziennie latała do Ciebie na kawę.
Zresztą, całe to biuro to było zbiorowisko dziwolągów. Tam chyba nie było wcale
normalnych ludzi. Kadrowa podliczała każdego co miesiąc ile zarobił i dokładnie
odnotowywała co kto ma nowego - najwięcej ją bolało, gdy ktoś nabył jakiś samochód.
Nie było ważne, że był to samochód używany i wręcz grat - no ale był samochodem.
Mnie się czepiała, że nie mam dziecka. Jej zdaniem brak mieszkania i studia nie były tu
przeszkodą.
A Teresę, z planowania pamiętasz? Kiedyś omal nie zemdlałam przez nią. Coś z nią
musiałam służbowo uzgodnić, a ona się mnie zapytała, czy wyobrażam sobie
Bielskiego....w łóżku. Zapytałam się po co miałabym sobie Bielskiego wyobrażać
w łóżku a ona mi powiedziała, że każdego faceta, z którym rozmawia usiłuje sobie
wyobrazić właśnie w łóżku. Szczerze mówiąc byłam tym przerażona- ja wtedy miałam
zaledwie 23 lata i byłam raptem 2 lata po ślubie! A Teresa ani nie była moją koleżanką
czy też przyjaciółką, była w wieku mojej matki. Poza tym ten Bielski był naprawdę
mało urodny, wręcz paskudny.
Majce oczy robiły się coraz większe i chyba nie tylko z powodu atropiny.
Albo Wiesia - mówiła dalej Agata -ewidentnie miała na głowie perukę. Ten kok z loków
z całą pewnością nie był naturalny. Uczesanie było zresztą typu wieczorowego.
Czy znasz kogoś, kto dzień w dzień, jadąc o 7 rano do pracy był w stanie tak dokładnie
ułożyć loki na głowie?
Majka zaczęła się śmiać. No popatrz, ty się poznałaś, a ja, gdy kiedyś pojechaliśmy
do nich na działkę, przeżyłam szok, bo jej nie poznałam- była bez peruki i makijażu.
No zupełnie nie znana mi obca kobieta. Trzy włoski w pięciu rzędach. I chyba byłam
mocno zaskoczona, bo Wieśka pomacała się po głowie i stwierdziła, że jest zbyt
duży upał na perukę.
Zresztą cała ta wizyta byłam jakimś koszmarem- opowiadała dalej Majka.
Wiesz, jak ja się boję kotów, psów zresztą też. A okazało się, że Wieśka miała całą
gromadę kotów. I te koty właziły na stół , wtykały mordy w talerze. Wieśka i jej mąż
byli zachwyceni, a ja z Jerzym zastanawialiśmy się jak stamtąd szybko ulotnić.
Wiesz Agata, ja dopiero gdy zmieniłam pracę zdałam sobie sprawę, że ci ludzie
byli jacyś dziwni. Gdy zaczęłam tam pracę była to nowo utworzona placówka badawcza,
wszyscy byliśmy nowi, razem zaczynaliśmy pracę. A ty trafiłaś tam gdy już wszyscy
byliśmy ze sobą bardzo zżyci, głównie przez te zakładowe mieszkania.
Razem w pracy, razem po pracy, to musiało tworzyć dziwne układy.
No i byłaś najmłodsza w naszym biurze.
W tej chwili podeszła do Majki pielęgniarka , zapraszając ją do gabinetu.
Agata podeszła do stolika z prasą i wzięła jedno z czasopism.
do kliniki okulistycznej. Bardzo ucieszyły się tym spotkaniem.
Zapewniały się wzajemnie, że właśnie kilka dni wcześniej o sobie myślały i każda
miała zamiar zatelefonować do drugiej zaraz po powrocie z kliniki.
Nie było to nic nadzwyczajnego, znały się od wielu, wielu lat, wpierw pracowały
w jednej instytucji, potem, zupełnie niespodziewanie zamieszkały na tym samym
osiedlu. I, żeby było jeszcze zabawniej, miały takie same nr domów i mieszkań,
tylko ulice różniły się nazwą.
Majka była siedem lat starsza od Agaty. Gdy Majka przeszła na emeryturę
spotykały się niemal codziennie.
Razem odwiedzały różne galerie i wystawy, robiły zakupy, chodziły do kina.
Każda z nich miała męża i jedną córkę-córka Majki była 17 lat starsza od córki Agaty.
Córka Agaty była jeszcze w szkole, gdy córka Majki zafundowała Majce "babciostwo".
A potem mężowie przyjaciółek ciężko chorowali, ale tylko mąż Agaty wygrzebał się
z choroby.
Po sześciu latach upiornych cierpień mąż Majki odszedł. Te sześć lat powolnego
odchodzenia w nicość, opieka pielęgniarska nad nim w domu, wizyty w kolejnych
szpitalach - wszystko to bardzo podkopało zdrowie Majki. Przez ten czas zupełnie
nie zajmowała się własnym zdrowiem, które też już zaczęło dopominać się, by poświęcić
mu nieco troski.
Minęły właśnie trzy lata od śmierci Jurka, gdy Majka zaczęła sobie zdawać sprawę, że
teraz musi się wreszcie zająć sobą. Agata namówiła przyjaciółkę, by w pierwszej
kolejności zająć się oczami - na jedno oko Majka już niemal nic nie widziała z powodu
zaćmy.
Spotkanie w klinice nie było tak całkiem przypadkowe - Agata przyjechała tu specjalnie,
by towarzyszyć Majce w powrocie do domu po skomplikowanych badaniach.
Wiedziała doskonale, że Majka ma kłopoty z błędnikiem i związane z tym zawroty
głowy a do tego będzie miała rozszerzane atropiną zrenice, co razem może być niezbyt
dobrą mieszanką. Na co dzień Majka posługiwała się bardzo gustownym "wyjściowym
balkonikiem", który nie tylko miał schowek na torbę ale i można było na chwilę,
w razie potrzeby przysiąść na mini ławeczce.
To był bardzo dobry sprzęt, ale gdy Agata po raz pierwszy zobaczyła Majkę idącą przy
tym balkoniku, poczuła gulę w gardle.
Majka, która zawsze była wielce samodzielną istotą i nigdy nikogo nie prosiła o pomoc,
oczywiście i tym razem postawiła na samodzielność , odrzucając pomoc córki.
Agata, znając swą przyjaciółkę doskonale, nawet nie proponowała swej pomocy, ale
zaznaczyła sobie datę wizyty Majki w klinice. Postanowiła, że zjawi się tam niby
przypadkiem, a potem razem wrócą w domowe pielesze.
W windzie, bez mrugnięcia okiem, nakłamała Majce, że ona też ma dziś wizytę, ale
przyjechała nieco zbyt wcześnie, więc sobie pogadają w poczekalni.
Majkę bardzo szybko poproszono do gabinetu, przejrzano stare badania, zaaplikowano
krople do oczu i poproszono, by w dalszym ciągu pobyła w poczekalni i za około 40
minut przyjdzie po nią pielęgniarka.
Poczekalnia był jasna, przestronna, jedna ściana była mocno przeszklona. Przyjaciółki
siedziały na wprost tej przeszklonej ściany- niestety widok nie powalał na kolana.
Za oknem ogołocone z liści gałęzie drzew tańczyły w bliżej nieokreślonym rytmie. Pod
wszystkimi ścianami siedzieli pacjenci, wszyscy nieco spięci, a może nawet nieco
przerażeni.
Był to dzień badań kwalifikujących do różnego rodzaju zabiegów okulistycznych.
Majka zwróciła uwagę, że właściwie obecni tu pacjenci są bardzo różni wiekiem -byli
i bardzo młodzi i w wieku zaawansowanym. I że kiedyś do okulisty chodzili głównie
ludzi starzy, a tu oczekuje całkiem sporo ludzi młodych.
Przez poczekalnię dziarskim krokiem przeszła jedna z lekarek - była w tak zwanym
wieku rozumnym, to jest około czterdziestki.
Widziałaś? - zapytała Majka
A co miałam widzieć? -Agata spojrzała na Majkę z lekka nieprzytomnym wzrokiem.
No, tę lekarkę. Ciekawa jestem jakiej wysokości były te jej obcasy.
Z 11 centymetrów- odpowiedziała Agata. I wiesz co? Widząc dziś dziewczyny w takich
szpilkach uświadamiam sobie, że już nie jestem młoda. A tak naprawdę to zastanawiam
się jak ja mogłam całymi dniami chodzić na szpilkach. Czasami wydaje mi się, że to
tylko był sen.
Majka uśmiechnęła się - nie sen, nie sen, pamiętam cię z tamtego okresu.
Pamiętam, jak zaczynałaś pracę -od razu poszła fama, że dyrekcja przyjęła dla siebie
nową asystentkę. A to ci niespodzianka, powiedział Zygmunt i od razu przylepili Ci
ksywkę "Niespodzianka".
No a jak się potem okazało, że wcale nie będziesz asystentką, to już ta ksywka została
z tobą do końca.
Agata uśmiechnęła się - nawet nie wiesz jak ja się was wszystkich bałam. Bo dobrze
wiedziałam, że z czasem kadrowa się wygada, że jestem przyjęta po znajomości.
I coś musiała palnąć, bo kiedyś twoja ówczesna przyjaciółka, B. zadała mi wprost
pytanie, czy jestem może najnowszą flamą naczelnego.
Pamiętam jej paskudne spojrzenie- taką mieszaninę ciekawości i....zawiści.
Odpowiedziałam wtedy, że najlepiej będzie jeśli to pytanie zada naczelnemu, bo on
to powinien wiedzieć czy jestem jego flamą czy nie. Z tydzień ze mną nie rozmawiała
wtedy, a siedziałyśmy biurko w biurko.
Majka żachnęła się - co ci przyszło do głowy, że ona była moją przyjaciółką?
Agata uśmiechnęła się - no ale ona tak uważała i codziennie latała do Ciebie na kawę.
Zresztą, całe to biuro to było zbiorowisko dziwolągów. Tam chyba nie było wcale
normalnych ludzi. Kadrowa podliczała każdego co miesiąc ile zarobił i dokładnie
odnotowywała co kto ma nowego - najwięcej ją bolało, gdy ktoś nabył jakiś samochód.
Nie było ważne, że był to samochód używany i wręcz grat - no ale był samochodem.
Mnie się czepiała, że nie mam dziecka. Jej zdaniem brak mieszkania i studia nie były tu
przeszkodą.
A Teresę, z planowania pamiętasz? Kiedyś omal nie zemdlałam przez nią. Coś z nią
musiałam służbowo uzgodnić, a ona się mnie zapytała, czy wyobrażam sobie
Bielskiego....w łóżku. Zapytałam się po co miałabym sobie Bielskiego wyobrażać
w łóżku a ona mi powiedziała, że każdego faceta, z którym rozmawia usiłuje sobie
wyobrazić właśnie w łóżku. Szczerze mówiąc byłam tym przerażona- ja wtedy miałam
zaledwie 23 lata i byłam raptem 2 lata po ślubie! A Teresa ani nie była moją koleżanką
czy też przyjaciółką, była w wieku mojej matki. Poza tym ten Bielski był naprawdę
mało urodny, wręcz paskudny.
Majce oczy robiły się coraz większe i chyba nie tylko z powodu atropiny.
Albo Wiesia - mówiła dalej Agata -ewidentnie miała na głowie perukę. Ten kok z loków
z całą pewnością nie był naturalny. Uczesanie było zresztą typu wieczorowego.
Czy znasz kogoś, kto dzień w dzień, jadąc o 7 rano do pracy był w stanie tak dokładnie
ułożyć loki na głowie?
Majka zaczęła się śmiać. No popatrz, ty się poznałaś, a ja, gdy kiedyś pojechaliśmy
do nich na działkę, przeżyłam szok, bo jej nie poznałam- była bez peruki i makijażu.
No zupełnie nie znana mi obca kobieta. Trzy włoski w pięciu rzędach. I chyba byłam
mocno zaskoczona, bo Wieśka pomacała się po głowie i stwierdziła, że jest zbyt
duży upał na perukę.
Zresztą cała ta wizyta byłam jakimś koszmarem- opowiadała dalej Majka.
Wiesz, jak ja się boję kotów, psów zresztą też. A okazało się, że Wieśka miała całą
gromadę kotów. I te koty właziły na stół , wtykały mordy w talerze. Wieśka i jej mąż
byli zachwyceni, a ja z Jerzym zastanawialiśmy się jak stamtąd szybko ulotnić.
Wiesz Agata, ja dopiero gdy zmieniłam pracę zdałam sobie sprawę, że ci ludzie
byli jacyś dziwni. Gdy zaczęłam tam pracę była to nowo utworzona placówka badawcza,
wszyscy byliśmy nowi, razem zaczynaliśmy pracę. A ty trafiłaś tam gdy już wszyscy
byliśmy ze sobą bardzo zżyci, głównie przez te zakładowe mieszkania.
Razem w pracy, razem po pracy, to musiało tworzyć dziwne układy.
No i byłaś najmłodsza w naszym biurze.
W tej chwili podeszła do Majki pielęgniarka , zapraszając ją do gabinetu.
Agata podeszła do stolika z prasą i wzięła jedno z czasopism.
Subskrybuj:
Posty (Atom)