Minęło kilka dni nim znów powrócono do wspomnień .
Oczywiście Weronika bardzo dobrze wiedziała "skąd się dziadek Witek wziął w Wiedniu",
ale bardzo lubiła słuchać wspomnień z babcinej młodości.
Wszystko było tak różne od czasów obecnych, czasami nieco śmieszne, czasami trochę
dziwne.
Rodzice dziadka Witka mieszkali początkowo 25 km od Poznania ,a potem przenieśli się
nieco dalej, do Żnina, na tzw. Pałuki. Żnin jest położony nad dwoma jeziorami.
Tam przyszedł na świat dziadek Witek. Wiele razy chciał zabrać Weronikę ze sobą gdy
jechał do swej siostry, która na stałe pozostała w Żninie , ale babcia Marysia nigdy na to
nie pozwoliła.
Bo babcia Marysia miała paskudne wspomnienia z pobytu w Żninie - była tam
dwa razy - pierwszy i ostatni.
Pojechali tam w trójkę- babcia, dziadek i ich roczna wówczas córeczka. Nie wiadomo
dlaczego mała dostała tam okropnej biegunki - nawet wezwany lekarz miał wielki
problem z opanowaniem sytuacji, o czym uczciwie powiedział. Bał się, że nie uda się
dziecka uratować. Ale widocznie Moce Niebieskie nie miały zapotrzebowania na
malutkiego aniołka i dziecko wyzdrowiało. Gdy już mała "doszła do siebie" teściowa
powiedziała do babci Marysi - "no, szczęście, że mała wyzdrowiała, bo cały czas się
martwiłam, że ona umrze i mielibyśmy straszny kłopot z zakupem takiej malutkiej
trumienki".
Ilekroć babcia Marysia o tym opowiadała zaczynała wpadać w rezonans - " jak ona
(teściowa znaczy się) mogła tak powiedzieć? Trumną się martwiła, a nie tym, że
mała umrze!"
Jak się zapewne czytelnicy domyślają babcia Marysia nigdy więcej nie odwiedziła
swych teściów - mało tego - zawsze była niezadowolona, gdy dziadek się tam raz do roku
wybierał.
Dziadek Witek, gdy ukończył szkołę podstawową na dalszą naukę pojechał do Poznania-
mieszkał tam na prywatnej stancji, do domu przyjeżdżał tylko w wakacje i święta.
A po zdaniu matury postanowiono wysłać go na studia do .....Wiednia.
Wiedeń i dziadek Witek bardzo do siebie pasowali - okres nauki w Wiedniu oraz pracy
po jej ukończeniu był zawsze dla dziadka jednym z milszych wspomnień młodości.
Weronika od maleńkiego słyszała opowieści o Wiedniu i wiedeńskich rozrywkach.
Dziadek opowiadał o wszystkich operetkach, na których był, grał na skrzypcach arie
operetkowe, uczył Weronikę tańczyć walca,opowiadał o koncertach, które się odbywały
w parkach.
Opowiadał o operze, o wiedeńskich kawiarniach i dla Weroniki Wiedeń był miejscem
permanentnej rozrywki, w którym królował taniec i śpiew.
Potrafiła zanucić wiele melodii operetkowych, ale za nic w świecie nie miała ochoty
uczyć się muzyki.
Jak wiadomo życie składa się głównie z przypadków - dziadek Wituś podjął pracę
w Dyrekcji Kółek Rolniczych, której filia miała siedzibę we Lwowie. Gdy wybuchła
I wojna światowa Dyrekcję przeniesiono do Lwowa, który wówczas był w granicach
monarchii austro-węgierskiej.
A w tejże filii, swą pierwszą pracę po Szkole Handlowej, podjęła babcia Marysia.
Gdy babcia opowiadała małej Weronice o swej wielce odpowiedzialnej funkcji, którą
tam sprawowała, Weronika była przejęta i zachwycona. Ale gdy sama poszła do
pracy, ta opowieść przyprawiała ją o starannie tłumiony śmiech.
Bo babcia Marysia miała wielce odpowiedzialną funkcję - sprawdzała czy na każde
pismo przychodzące została wysłana odpowiedz. I to było wszystko.
Z punktu widzenia zarobionej po uszy Weroniki taka praca była rodem z marzeń
sennych.
Drugą babciną opowieścią z tego samego gatunku było zaopatrzenie ich biurowego
bufetu.
Bo w babcinym biurze, w bufecie była "kruchutka, soczysta szynka" ale dla Weroniki
gwozdziem programu była opowieść o "prawdziwym, węgierskim salami, otoczonym
białą pleśniową skórką," które bufetowa kroiła na cieniutkie plasterki.
I babcia Marysia wolała chrupiącą kajzerkę z salami niż z szynką.
Ilekroć Weronika spoglądała w bufecie na kiełbasę "zwyczajną" lub "szynkową",
zawsze przypominała się jej opowieść babci. Węgierskiego salami nie można było
kupić nawet w ówczesnych delikatesach.
c.d.n.
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
środa, 8 lipca 2015
czwartek, 2 lipca 2015
Horyzont zdarzeń - VII
Weronikę bardzo dziwiły zdjęcia tzw. pogrzebowe. Wśród nich było zdjęcie jednej
z siostrzenic dziadka Weroniki. Prześliczna dziewczynka, w wianku z białych kwiatów,
osnuta cieniutkim białym woalem wyglądała tak, jakby po prostu spała. Miała zaledwie
11 lat, gdy zachorowała na zapalenie opon mózgowych. Chorowała tylko 3 dni, więc
choroba nie pozostawiła właściwie żadnych śladów.
Obie siostry nie pochwalały tego rodzaju zdjęć, zwłaszcza, że rodzina osoby zmarłej
rozsyłała potem te zdjęcia tym, którzy nie mogli być na pogrzebie. Tym właśnie sposobem
do babci Marysi dotarły dwa zdjęcia - tej pięknej młodziutkiej Krysi i matki dziadka Witka.
Na szczęście przytomny fotograf nie robił żadnego zbliżenia leżącej w trumnie babcinej
teściowej.
Bo tam, to znaczy w zaborze niemieckim, takie wtedy panowały zwyczaje, u nas , czyli
w monarchii austro-węgierskiej nie - wyjaśniła babcia.
Nawet nie wiesz, jak bardzo się różniło życie i obyczaje pod trzema, różnymi zaborami.
Latami ludziom zmieniały się obyczaje i właściwie istniały trzy Polski- każda nieco inna.
Mami, powiedz jak to się właściwie stało, że dziadek Witek znalazł się we Lwowie-prosiła
Weronika.
Prawdę mówiąc wiedziała jak to było, ale przekonała się, że za każdym razem babcia
opowiadała więcej szczegółów. Poza tym liczyła, że ciocia Nusia też dorzuci nieco nowych
informacji.
Wiesz- zaczęła babcia- można uznać, że jesteśmy międzynarodową rodziną, bo Polacy
z zaboru niemieckiego bardzo się różnili od tych, co mieszkali w Galicji.
To było widoczne gołym okiem - byli zupełnie pozbawieni luzu, byli bardzo praktyczni,
pracowici, odpowiedzialni. Ani krzty romantyzmu...
No to dodaj jeszcze, że rodzina twojej teściowej pochodziła z Holandii, któryś z jej dziadków
przybył do Polski w latach siedemdziesiątych osiemnastego wieku -wtrąciła się ciocia
Nusia.
I twoja teściowa, Marysiu, była IV pokoleniem owego Holendra. Wiem to, bo kiedyś mi to
mówił Wituś, gdy był u nas w Katowicach.
Gdy był ostatnim razem u swojej siostry, to przejrzeli razem wszystkie dokumenty, potem
jeszcze byli w parafii i pospisywali wszystkie dane z ksiąg parafialnych, od 1770 roku
do roku 1945.
No a Wituś to piąte pokolenie tego Holendra.Tylko dwóch mężczyzn z rodziny Witusia
żeniło się z Holenderkami . Ta pierwsza miała na imię Franciszka, a twoja teściowa to
była Jadwiga.
No proszę - a mnie nic o tym nie powiedział - babcia była nieco urażona.
Nie powiedział, bo się zawsze naśmiewałaś, że w jego rodzinnym domu wisiał herb.
Zawsze mu tym dokuczałaś i zapewne dlatego nic ci nie powiedział.
I więcej ci powiem - Wituś wyszukał również w naszej rodzinie "herbowych" - była nią
nasza babcia Katarzyna, matka naszej mamy, która umarła w 1903 roku. Była wtedy już
od dawna wdową i mieszkała pod Lwowem. I mam wrażenie, że te zdjęcia herbów mają
z nami coś wspólnego, zapewne Wituś szukał "korzeni" naszego ojca.
Ciocia Nusia z nieco triumfująca miną wyrzuciła z siebie te rodzinne sensacje.
A pamiętasz taką kuzynkę Witusia, Pelę? Ona całkiem niedawno wydała się za mąż za
Francuza. Za kustosza muzeum w Fonteainblau, nawet nas o tym poinformowała- tym
razem babcia Marysia postarała się zaskoczyć Nusię rodzinną sensacją.
A pamiętasz siostry W., Lucię i Józię, kuzynki Witka, z którymi tak często widywałyśmy
się jeszcze nim wyjechałam ze Lwowa? -ciągnęła dalej babcia Marysia. Całą okupację
bywała u mnie codziennie, bo jej mąż wraz z armią udał się do Anglii i walczył w RAF-ie
a zostawił ją tu praktycznie bez środków do życia, za to z dwójką chłopaków, wiecznie
głodnych. Pomagaliśmy im z Witkiem w miarę naszych możliwości. Gdy ich wyrzucono
z Warszawy chłopcy przedostali się przez zieloną granicę do Anglii, a niedawno Józia
dostała paszport i do nich dołączyła.
Babcia Marysia zanurkowała w szafce nocnej i wyciągnęła plik listów- wszystkie były od
Józi, która wciąż nie mogła się przyzwyczaić do życia w Anglii, choć to "niedawno" to było
już ponad 10 lat.
No ale skąd się dziadek Witek wziął we Lwowie ?- zamarudziła Weronika.
Obie siostry , chyba już bardzo zmęczone wspomnieniami obiecały, że resztę dowie się
następnego dnia, bo teraz to już jest dobrze po północy i trzeba iść spać.
c.d.n.
z siostrzenic dziadka Weroniki. Prześliczna dziewczynka, w wianku z białych kwiatów,
osnuta cieniutkim białym woalem wyglądała tak, jakby po prostu spała. Miała zaledwie
11 lat, gdy zachorowała na zapalenie opon mózgowych. Chorowała tylko 3 dni, więc
choroba nie pozostawiła właściwie żadnych śladów.
Obie siostry nie pochwalały tego rodzaju zdjęć, zwłaszcza, że rodzina osoby zmarłej
rozsyłała potem te zdjęcia tym, którzy nie mogli być na pogrzebie. Tym właśnie sposobem
do babci Marysi dotarły dwa zdjęcia - tej pięknej młodziutkiej Krysi i matki dziadka Witka.
Na szczęście przytomny fotograf nie robił żadnego zbliżenia leżącej w trumnie babcinej
teściowej.
Bo tam, to znaczy w zaborze niemieckim, takie wtedy panowały zwyczaje, u nas , czyli
w monarchii austro-węgierskiej nie - wyjaśniła babcia.
Nawet nie wiesz, jak bardzo się różniło życie i obyczaje pod trzema, różnymi zaborami.
Latami ludziom zmieniały się obyczaje i właściwie istniały trzy Polski- każda nieco inna.
Mami, powiedz jak to się właściwie stało, że dziadek Witek znalazł się we Lwowie-prosiła
Weronika.
Prawdę mówiąc wiedziała jak to było, ale przekonała się, że za każdym razem babcia
opowiadała więcej szczegółów. Poza tym liczyła, że ciocia Nusia też dorzuci nieco nowych
informacji.
Wiesz- zaczęła babcia- można uznać, że jesteśmy międzynarodową rodziną, bo Polacy
z zaboru niemieckiego bardzo się różnili od tych, co mieszkali w Galicji.
To było widoczne gołym okiem - byli zupełnie pozbawieni luzu, byli bardzo praktyczni,
pracowici, odpowiedzialni. Ani krzty romantyzmu...
No to dodaj jeszcze, że rodzina twojej teściowej pochodziła z Holandii, któryś z jej dziadków
przybył do Polski w latach siedemdziesiątych osiemnastego wieku -wtrąciła się ciocia
Nusia.
I twoja teściowa, Marysiu, była IV pokoleniem owego Holendra. Wiem to, bo kiedyś mi to
mówił Wituś, gdy był u nas w Katowicach.
Gdy był ostatnim razem u swojej siostry, to przejrzeli razem wszystkie dokumenty, potem
jeszcze byli w parafii i pospisywali wszystkie dane z ksiąg parafialnych, od 1770 roku
do roku 1945.
No a Wituś to piąte pokolenie tego Holendra.Tylko dwóch mężczyzn z rodziny Witusia
żeniło się z Holenderkami . Ta pierwsza miała na imię Franciszka, a twoja teściowa to
była Jadwiga.
No proszę - a mnie nic o tym nie powiedział - babcia była nieco urażona.
Nie powiedział, bo się zawsze naśmiewałaś, że w jego rodzinnym domu wisiał herb.
Zawsze mu tym dokuczałaś i zapewne dlatego nic ci nie powiedział.
I więcej ci powiem - Wituś wyszukał również w naszej rodzinie "herbowych" - była nią
nasza babcia Katarzyna, matka naszej mamy, która umarła w 1903 roku. Była wtedy już
od dawna wdową i mieszkała pod Lwowem. I mam wrażenie, że te zdjęcia herbów mają
z nami coś wspólnego, zapewne Wituś szukał "korzeni" naszego ojca.
Ciocia Nusia z nieco triumfująca miną wyrzuciła z siebie te rodzinne sensacje.
A pamiętasz taką kuzynkę Witusia, Pelę? Ona całkiem niedawno wydała się za mąż za
Francuza. Za kustosza muzeum w Fonteainblau, nawet nas o tym poinformowała- tym
razem babcia Marysia postarała się zaskoczyć Nusię rodzinną sensacją.
A pamiętasz siostry W., Lucię i Józię, kuzynki Witka, z którymi tak często widywałyśmy
się jeszcze nim wyjechałam ze Lwowa? -ciągnęła dalej babcia Marysia. Całą okupację
bywała u mnie codziennie, bo jej mąż wraz z armią udał się do Anglii i walczył w RAF-ie
a zostawił ją tu praktycznie bez środków do życia, za to z dwójką chłopaków, wiecznie
głodnych. Pomagaliśmy im z Witkiem w miarę naszych możliwości. Gdy ich wyrzucono
z Warszawy chłopcy przedostali się przez zieloną granicę do Anglii, a niedawno Józia
dostała paszport i do nich dołączyła.
Babcia Marysia zanurkowała w szafce nocnej i wyciągnęła plik listów- wszystkie były od
Józi, która wciąż nie mogła się przyzwyczaić do życia w Anglii, choć to "niedawno" to było
już ponad 10 lat.
No ale skąd się dziadek Witek wziął we Lwowie ?- zamarudziła Weronika.
Obie siostry , chyba już bardzo zmęczone wspomnieniami obiecały, że resztę dowie się
następnego dnia, bo teraz to już jest dobrze po północy i trzeba iść spać.
c.d.n.
środa, 1 lipca 2015
Horyzont zdarzeń- VI
Oglądanie zdjęć jest wielce wciągającym zajęciem- obie starsze panie oglądając je
wracały we wspomnieniach do czasów dzieciństwa i młodości.
Ich opowieści Weronika słuchała z zapartym tchem. Niemal co chwilę wykrzykiwała:
ojej, coś podobnego! lub - to chyba niemożliwe!
Bo okazało się, że prababcia Weroniki była drugą żoną jej pradziadka- pierwsza zmarła
po porodzie, ale córeczka przeżyła. Więc, jak to było wtedy we zwyczaju, wdowiec
szybko poszukał następnej żony , by miał kto dziecko wychować.
Poślubił o 15 lat młodszą panienkę, której zafundował jedenaście ciąż i porodów plus
opiekę nad swoją osieroconą córeczką. Ale gdy prababcia w wieku 22 lat urodziła
pierwsze dziecko, córeczka pradziadka z pierwszego związku, trafiła na wychowanie
do siostry swej matki.
Od 1888 roku do 1907 prababcia Weroniki urodziła jedenaścioro dzieci, z tym, że do
wieku dorosłego dożyło tylko sześcioro- trzech synów i trzy córki. Obie panie pamiętały
tylko jedną siostrę z tej piątki dzieci, które nie przeżyły.
Ta jedna żyła dłużej, zmarła w wieku piętnastu lat z powodu gruzlicy.
Pozostałe dzieci najczęściej umierały albo w czasie porodu, albo w krótkim czasie po nim, ewentualnie jeszcze w ciągu dwóch pierwszych lat życia.
Obu siostrom utkwił w pamięci czas narodzin najmłodszego brata- służąca biegła po
położną, po drodze odprowadzając je do kościoła, by z całej siły modliły się o zdrowie
dla swej mamy.
I szczęśliwie modlitwy zostały wysłuchane, matka i dziecko przeżyli ten fatalny czas.
To były czasy, gdy każda komplikacja w czasie porodu mogła pociągnąć za sobą śmierć
dziecka a często i matki.Zakażenia oraz krwotoki to był wtedy "chleb powszedni".
Prababcia Weroniki zmarła w wieku 64 lat. Tego samego roku, kilka miesięcy pózniej
zmarł pradziadek mając 79 lat. Zmarł w nocy, podczas snu.
Jak twierdziła ciocia Nusia, ich rodzice byli bardzo dobraną parą. Według niej prababcia
Weroniki była niezmiernie łagodną i wyrozumiałą osobą i jej śmierć ogromnie odbiła się
na psychice pradziadka. Jakby nie było byli małżeństwem 43 lata.
W tym czasie, a był to rok 1930, babcia Marysia już od roku mieszkała w Warszawie.
Tęskniła za swym miastem rodzinnym niemiłosiernie, oraz za rodzicami i rodzeństwem.
Ona wraz z mężem i dziećmi mieszkała po ślubie nadal w jednym domostwie z rodzicami
i Nusią, która była niezamężna.
Najstarszy brat babci Marysi już był żonaty i miał własne dzieci.
Średni brat, który był zawodowym wojskowym a w latach 1919-20 tajnym emisariuszem
polskiego rządu, zaginął bez wieści. Dla bezpieczeństwa rodziny zmienił nazwisko.
Cała rodzina poszukiwała go aż do 1950 roku - oczywiście pod dwoma nazwiskami.
Z punktu widzenia osoby postronnej wyglądało to tak, jakby było poszukiwanych dwóch
różnych mężczyzn.
Starsza siostra babci Marysi była nauczycielką i do czasu wybuchu pierwszej wojny
uczyła na jakiejś zapadłej, obecnie białoruskiej wiosce.
Ta siostra babci Marysi była wręcz uwielbiana przez Weronikę. Gdyby ciocia Wisia
kazała skoczyć Weronice w ogień, ta zrobiłaby to bez chwili wahania. Po prostu ciocia
Wisia miała podejście do dzieci, doskonale rozumiała ich potrzeby i psychikę.
Po II wojnie mieszkała w Katowicach, gdzie była przez wiele dyrektorką szkoły.
Ciocia Wisia też wyszła za mężczyznę wiele lat od siebie starszego, rozwiedzionego,
z dzieckiem. I ciocia Wisia wychowywała chłopca, którego matka była schizofreniczką.
Wychowywała jego i swojego syna. W 1942 roku została wdową samotnie wychowującą
pasierba i swego syna. W 1957 roku serce cioci Wisi nie wytrzymało trudów i odmówiło
posłuszeństwa. W czasie pogrzebu kondukt żałobny zgromadził przeogromną liczbę ludzi.
Ciocia Wisia wychodząc za swego Wilhelma von M. przeszła na protestantyzm-on był
rozwodnikiem i nie mogli wziąć ślubu w kościele katolickim. Na szczęście na pogrzebie
nikomu nie przeszkadzało, że odprowadzają Wisię na cmentarz protestancki.
c.d.n.
wracały we wspomnieniach do czasów dzieciństwa i młodości.
Ich opowieści Weronika słuchała z zapartym tchem. Niemal co chwilę wykrzykiwała:
ojej, coś podobnego! lub - to chyba niemożliwe!
Bo okazało się, że prababcia Weroniki była drugą żoną jej pradziadka- pierwsza zmarła
po porodzie, ale córeczka przeżyła. Więc, jak to było wtedy we zwyczaju, wdowiec
szybko poszukał następnej żony , by miał kto dziecko wychować.
Poślubił o 15 lat młodszą panienkę, której zafundował jedenaście ciąż i porodów plus
opiekę nad swoją osieroconą córeczką. Ale gdy prababcia w wieku 22 lat urodziła
pierwsze dziecko, córeczka pradziadka z pierwszego związku, trafiła na wychowanie
do siostry swej matki.
Od 1888 roku do 1907 prababcia Weroniki urodziła jedenaścioro dzieci, z tym, że do
wieku dorosłego dożyło tylko sześcioro- trzech synów i trzy córki. Obie panie pamiętały
tylko jedną siostrę z tej piątki dzieci, które nie przeżyły.
Ta jedna żyła dłużej, zmarła w wieku piętnastu lat z powodu gruzlicy.
Pozostałe dzieci najczęściej umierały albo w czasie porodu, albo w krótkim czasie po nim, ewentualnie jeszcze w ciągu dwóch pierwszych lat życia.
Obu siostrom utkwił w pamięci czas narodzin najmłodszego brata- służąca biegła po
położną, po drodze odprowadzając je do kościoła, by z całej siły modliły się o zdrowie
dla swej mamy.
I szczęśliwie modlitwy zostały wysłuchane, matka i dziecko przeżyli ten fatalny czas.
To były czasy, gdy każda komplikacja w czasie porodu mogła pociągnąć za sobą śmierć
dziecka a często i matki.Zakażenia oraz krwotoki to był wtedy "chleb powszedni".
Prababcia Weroniki zmarła w wieku 64 lat. Tego samego roku, kilka miesięcy pózniej
zmarł pradziadek mając 79 lat. Zmarł w nocy, podczas snu.
Jak twierdziła ciocia Nusia, ich rodzice byli bardzo dobraną parą. Według niej prababcia
Weroniki była niezmiernie łagodną i wyrozumiałą osobą i jej śmierć ogromnie odbiła się
na psychice pradziadka. Jakby nie było byli małżeństwem 43 lata.
W tym czasie, a był to rok 1930, babcia Marysia już od roku mieszkała w Warszawie.
Tęskniła za swym miastem rodzinnym niemiłosiernie, oraz za rodzicami i rodzeństwem.
Ona wraz z mężem i dziećmi mieszkała po ślubie nadal w jednym domostwie z rodzicami
i Nusią, która była niezamężna.
Najstarszy brat babci Marysi już był żonaty i miał własne dzieci.
Średni brat, który był zawodowym wojskowym a w latach 1919-20 tajnym emisariuszem
polskiego rządu, zaginął bez wieści. Dla bezpieczeństwa rodziny zmienił nazwisko.
Cała rodzina poszukiwała go aż do 1950 roku - oczywiście pod dwoma nazwiskami.
Z punktu widzenia osoby postronnej wyglądało to tak, jakby było poszukiwanych dwóch
różnych mężczyzn.
Starsza siostra babci Marysi była nauczycielką i do czasu wybuchu pierwszej wojny
uczyła na jakiejś zapadłej, obecnie białoruskiej wiosce.
Ta siostra babci Marysi była wręcz uwielbiana przez Weronikę. Gdyby ciocia Wisia
kazała skoczyć Weronice w ogień, ta zrobiłaby to bez chwili wahania. Po prostu ciocia
Wisia miała podejście do dzieci, doskonale rozumiała ich potrzeby i psychikę.
Po II wojnie mieszkała w Katowicach, gdzie była przez wiele dyrektorką szkoły.
Ciocia Wisia też wyszła za mężczyznę wiele lat od siebie starszego, rozwiedzionego,
z dzieckiem. I ciocia Wisia wychowywała chłopca, którego matka była schizofreniczką.
Wychowywała jego i swojego syna. W 1942 roku została wdową samotnie wychowującą
pasierba i swego syna. W 1957 roku serce cioci Wisi nie wytrzymało trudów i odmówiło
posłuszeństwa. W czasie pogrzebu kondukt żałobny zgromadził przeogromną liczbę ludzi.
Ciocia Wisia wychodząc za swego Wilhelma von M. przeszła na protestantyzm-on był
rozwodnikiem i nie mogli wziąć ślubu w kościele katolickim. Na szczęście na pogrzebie
nikomu nie przeszkadzało, że odprowadzają Wisię na cmentarz protestancki.
c.d.n.
poniedziałek, 29 czerwca 2015
Horyzont zdarzeń - V
Wszystkie trzy kobiety wpatrywały się bez słowa w fotokopie. Wreszcie Weronika nie
wytrzymała i zapytała- czy zauważyłyście, że tu jest napisane rodowe nazwisko waszego
taty?
No przecież widzę , ale nic z tego nie rozumiem- wysapała ciocia Nusia.
Pierwsze słyszę, by ktoś u nas był "herbowy" - zawtórowała jej babcia Marysia.
Z "herbowych" to była rodzina mego męża. I strasznie byli z tego dumni, chociaż ich
majątek dawno gdzieś przepadł. W saloniku moich teściów, nad kominkiem wisiał jakiś
herb.
Ojej, -pisnęła ze śmiechem Weronika- u nas nie ma kominka, nie ma nawet jego imitacji,
więc nie będzie gdzie herbu powiesić.
Rozejrzała się po pokoju z dezaprobatą - ostatecznie można by zawiesić na tym "hucule",
który wisi nad kredensem- orzekła.
Nad kredensem rzeczywiście wisiał huculski kilim, który babcia przywiozła jeszcze ze
Lwowa, a który zerwała ze ściany gdy po powstaniu wyrzucali ich z Warszawy.
Służył wiernie jako ciepły pled jeszcze jakiś czas po wojnie, by wreszcie ponownie
zawisnąć nad kredensem. Był wyjątkowo dobrego gatunku, kupiony tuż przed
przeprowadzką do Warszawy, a więc przed 1930 rokiem. Teraz był początek lat
sześćdziesiątych, a on wyglądał jak nowy.
Mami, pokaż co tam jeszcze jest w tym pudełku - poprosiła Weronika swą babcię.
Babcia Marysia wyjęła cała zawartość pudełka na stół i zaczęła przeglądać papiery.
Są jakieś listy pisane po niemiecku, ale mój niemiecki już kiepski, poza tym one są
pisane gotykiem. Adresatem był z całą pewnością Wituś (dziadek Weroniki) , a na kilku
jest podpis "twój oddany przyjaciel" - relacjonowała babcia.
Ale ja nic o jego przyjaciołach, którzy by do niego pisali już po wojnie, nie wiem.
Tu wcale nie ma dat, nie wiem skąd te listy i od kogo.
Nigdy ich wśród przychodzącej poczty nie widziałam, a niemal wszystkie listy które
przychodziły z zagranicy były zapewne otwierane i sprawdzane, bo zawsze były
przepakowane lub miały mocno podklejane koperty i pieczęć, że list dotarł do Polski
uszkodzony i trzeba je było kwitować jak polecone -babcia był naprawdę nimi mocno
zaskoczona.
Mami, zobacz - to pismo w listach i te napisy pod i nad herbami są pisane przez kogoś
innego- zauważyła Weronika.
Między listami był też szkic powiązań rodzinnych babci Marysi i kartka z tekstem
słowackim, informująca, że nazwisko babcinej rodziny można też spotkać w Libercu.
Nazwisko to nosił jeden z księży i jeden z masarzy. Była też fotokopia grobu tegoż
księdza.
Babcia Marysia i ciocia Nusia siedziały cicho wielce zadziwione.
Czuję się tak jak Weronika, gdy będąc dzieckiem nie mogła pojąć, że niemal każdy z
naszej rodziny urodził się w innym mieście, a jesteśmy rodziną - powiedziała babcia.
Babcia starannie poukładała wszystkie papiery i włożyła do pudełka.
No to ciekawe co jeszcze za niespodzianki nas czekają - mruknęła ciocia Nusia.
W drugim pudełku były mniej interesujące Weronikę papiery, toteż czym prędzej
podsunęła babci pudełko z fotografiami.
Zobacz Marysiu, jak pięknie się wtedy ubierały kobiety - ciocia Nusia wpadła
w zachwyt.
A kto jest ?- dopytywała się Weronika.
Jedna z naszych ciotek, siostra twojej prababki. Szkoda, że to zdjęcie jest tak bardzo
zniszczone, narzekała ciocia Nusia. To była piękna kobieta.
Przecież te zdjęcia przeżyły pożogę wojenną, cud , że aż tyle ich ocalało. Wituś zbierał
je z podłogi po całym mieszkaniu, sporo było mocno nadpalonych. Widać kiepsko się
paliły i dlatego ocalały a nie skończyły jako rozpałka do ognia- wyjaśniła babcia.
A to jest ciocia Stasia, dla mnie ona jest bardzo, bardzo ładna -Weronika podsunęła
kolejne zdjęcie.
O, tak, była naprawdę ładna, nawet w naturze znacznie ładniejsza. Nie widywałam jej
często,ale bardzo ją lubiłam - babcia z uśmiechem wpatrywała się w fotografię.
A to kto?- zapytała Weronika.
No jak to kto? nie poznajesz ? Na tym pierwszym to ja z twoją ciocią, a to drugie
było robione 10 lub dwanaście lat pózniej - babcia była rozczarowana, że Weronika
jej nie rozpoznała.
Ojej, nie gniewaj się, ale na obu wyglądałaś nieszczególnie. Na tym z Hanią to
miałaś jakieś idiotyczne loczki a na tym drugim też dziwnie byłaś uczesana.
No to teraz wiesz, po kim jesteś brzydka - podsumowała babcia.
c.d.n.
wytrzymała i zapytała- czy zauważyłyście, że tu jest napisane rodowe nazwisko waszego
taty?
No przecież widzę , ale nic z tego nie rozumiem- wysapała ciocia Nusia.
Pierwsze słyszę, by ktoś u nas był "herbowy" - zawtórowała jej babcia Marysia.
Z "herbowych" to była rodzina mego męża. I strasznie byli z tego dumni, chociaż ich
majątek dawno gdzieś przepadł. W saloniku moich teściów, nad kominkiem wisiał jakiś
herb.
Ojej, -pisnęła ze śmiechem Weronika- u nas nie ma kominka, nie ma nawet jego imitacji,
więc nie będzie gdzie herbu powiesić.
Rozejrzała się po pokoju z dezaprobatą - ostatecznie można by zawiesić na tym "hucule",
który wisi nad kredensem- orzekła.
Nad kredensem rzeczywiście wisiał huculski kilim, który babcia przywiozła jeszcze ze
Lwowa, a który zerwała ze ściany gdy po powstaniu wyrzucali ich z Warszawy.
Służył wiernie jako ciepły pled jeszcze jakiś czas po wojnie, by wreszcie ponownie
zawisnąć nad kredensem. Był wyjątkowo dobrego gatunku, kupiony tuż przed
przeprowadzką do Warszawy, a więc przed 1930 rokiem. Teraz był początek lat
sześćdziesiątych, a on wyglądał jak nowy.
Mami, pokaż co tam jeszcze jest w tym pudełku - poprosiła Weronika swą babcię.
Babcia Marysia wyjęła cała zawartość pudełka na stół i zaczęła przeglądać papiery.
Są jakieś listy pisane po niemiecku, ale mój niemiecki już kiepski, poza tym one są
pisane gotykiem. Adresatem był z całą pewnością Wituś (dziadek Weroniki) , a na kilku
jest podpis "twój oddany przyjaciel" - relacjonowała babcia.
Ale ja nic o jego przyjaciołach, którzy by do niego pisali już po wojnie, nie wiem.
Tu wcale nie ma dat, nie wiem skąd te listy i od kogo.
Nigdy ich wśród przychodzącej poczty nie widziałam, a niemal wszystkie listy które
przychodziły z zagranicy były zapewne otwierane i sprawdzane, bo zawsze były
przepakowane lub miały mocno podklejane koperty i pieczęć, że list dotarł do Polski
uszkodzony i trzeba je było kwitować jak polecone -babcia był naprawdę nimi mocno
zaskoczona.
Mami, zobacz - to pismo w listach i te napisy pod i nad herbami są pisane przez kogoś
innego- zauważyła Weronika.
Między listami był też szkic powiązań rodzinnych babci Marysi i kartka z tekstem
słowackim, informująca, że nazwisko babcinej rodziny można też spotkać w Libercu.
Nazwisko to nosił jeden z księży i jeden z masarzy. Była też fotokopia grobu tegoż
księdza.
Babcia Marysia i ciocia Nusia siedziały cicho wielce zadziwione.
Czuję się tak jak Weronika, gdy będąc dzieckiem nie mogła pojąć, że niemal każdy z
naszej rodziny urodził się w innym mieście, a jesteśmy rodziną - powiedziała babcia.
Babcia starannie poukładała wszystkie papiery i włożyła do pudełka.
No to ciekawe co jeszcze za niespodzianki nas czekają - mruknęła ciocia Nusia.
W drugim pudełku były mniej interesujące Weronikę papiery, toteż czym prędzej
podsunęła babci pudełko z fotografiami.
Zobacz Marysiu, jak pięknie się wtedy ubierały kobiety - ciocia Nusia wpadła
w zachwyt.
A kto jest ?- dopytywała się Weronika.
Jedna z naszych ciotek, siostra twojej prababki. Szkoda, że to zdjęcie jest tak bardzo
zniszczone, narzekała ciocia Nusia. To była piękna kobieta.
Przecież te zdjęcia przeżyły pożogę wojenną, cud , że aż tyle ich ocalało. Wituś zbierał
je z podłogi po całym mieszkaniu, sporo było mocno nadpalonych. Widać kiepsko się
paliły i dlatego ocalały a nie skończyły jako rozpałka do ognia- wyjaśniła babcia.
A to jest ciocia Stasia, dla mnie ona jest bardzo, bardzo ładna -Weronika podsunęła
kolejne zdjęcie.
O, tak, była naprawdę ładna, nawet w naturze znacznie ładniejsza. Nie widywałam jej
często,ale bardzo ją lubiłam - babcia z uśmiechem wpatrywała się w fotografię.
A to kto?- zapytała Weronika.
było robione 10 lub dwanaście lat pózniej - babcia była rozczarowana, że Weronika
jej nie rozpoznała.
Ojej, nie gniewaj się, ale na obu wyglądałaś nieszczególnie. Na tym z Hanią to
miałaś jakieś idiotyczne loczki a na tym drugim też dziwnie byłaś uczesana.
No to teraz wiesz, po kim jesteś brzydka - podsumowała babcia.
c.d.n.
sobota, 27 czerwca 2015
Horyzont Zdarzeń - IV
Nie da się ukryć, że Weronika po raz pierwszy w życiu została sama w domu na tak
długi okres. I bardzo jej się to podobało.Umówiła się z Alicją, że w sobotę pójdą po
pracy do kina na popołudniowy seans, potem do Weroniki do domu, gdzie zajmą się
poprawianiem urody i poplotkują sobie za wszystkie czasy, bo Alicja u niej zanocuje.
Perspektywa miłego popołudnia i wieczoru sprawiła, że dzień w pracy przeleciał
szybko, a one były w świetnych humorach. Bez trudu udało im się kupić bilety na
popołudniowy seans ( bo kto chodzi do kina w sobotę na godz. 16,00?), po seansie
wpadły na kawę do swej ulubionej kawiarenki, gdzie w obłokach gryzącego dymu
pospiesznie wypiły kawę , zaopatrzyły obwody swych talii w dodatkowy centymetr
pochłaniając po 2 ciastka i pojechały do mieszkania Weroniki.
Weronika włożyła klucz w otwór zamka i zamarła.....zamek już był otwarty.
O cholera! - przeklęła niezbyt elegancko- zapomniałam zamknąć na dolny zamek.
Czym prędzej otworzyła yalowski zatrzask, weszła do mieszkania, włączyła
światło i w jego blasku zobaczyła....babciną walizkę na wpół rozpakowaną.
Powstrzymała się od rzucenia w przestrzeń kolejnej "cholery" - z pokoju bowiem
wyszła babcia Marysia.
Co się stało? Zachorowałaś? Miałaś być trzy tygodnie!-Weronika zarzuciła ją
pytaniami.
Babcia rzuciła okiem na Alicję i powiedziała - po prostu wróciłam i już. Pani Alicjo,
proszę wejść i nie stać na wycieraczce przed drzwiami. Proszę, proszę. Dam pani
wieszak na żakiet, żeby się nie wyciągnął na haczyku.
Pewnie wam trochę pomieszałam szyki, ale postaram się nie przeszkadzać. Zaraz
zrobię herbatę. Weronika, zanieś moją walizkę do pokoju.
Poprawianie urody wypadło z planów, ale i tak pozostało nocne plotkowanie.
Gdyby nie było babci, dziewczyny pospałyby "do oporu" , a tak zostały wypędzone
z łóżek o 9 rano, bo babcia, która nie wiadomo po co wstawała dzień w dzień około
5 rano, uznała, że 9 rano to niemal południe. W kuchni już czekało na nie śniadanie i
dodatek w postaci narzekania, że: "w lodówce jest głównie światło i nie ma nic na obiad.
A kurze w pokoju nie ścierane odkąd wyjechałam.Cud, że rośliny nie padły".
A skąd miałam wiedzieć, że ty już wracasz do domu? Przecież gdybym wiedziała
zrobiłabym inne zakupy. Bo my na dziś mamy zaplanowaną wyprawę do muzeum,
a na obiad w planie są placki kartoflane z żółtym serem, na kolację twarożek, na
poniedziałkowe śniadanie jajka na bekonie. Pieczywa mamy sporo. A kartofle na
placki obiorę i zetrę nim wyjdziemy do muzeum - broniła się Weronika.I masz szczęście,
że jest Ala, bo gdybym była sama byłby tylko kefir w domu i grzanki z razowca.
Babcia Marysia zrobiła nieszczęśliwą minę - bardzo nie lubiła gdy rządy wymykały
się jej z rąk. Nieco naburmuszona wyniosła się do pokoju a Weronika zabrała się
za obieranie kartofli, które ścierała na tarce Alicja. Od razu pokroiły też w kostkę
żółty ser, który wylądował w pudełku opatrzonym kartką "ser do placków".
Podobało im się takie wspólne gotowanie.
Obie były jedynaczkami a ich przyjazń coraz bardziej się zacieśniała. Każda z nich
marzyła w dzieciństwie o posiadaniu siostry, ale los zdecydował inaczej.
Niedziela minęła dziewczętom miło i szybko - bo zawsze to co miłe szybko mija.
Wieczorem, już po kolacji Weronika zaczęła przepytywać babcię jak było na tym
wyjezdzie.
Daj spokój - całymi dniami siedziałam w domu z gosposią, dzieci były przecież pół
dnia w szkole, potem odrabiały lekcje albo szły na jakieś dodatkowe zajęcia. Po pracy
Luśka wpadała na 30 minut, przepytywała dzieci co było w szkole a potem szła do
drugiego mieszkania, do swego męża.
Nie sądzisz chyba, że towarzystwo durnej kuchty satysfakcjonowało mnie. A książki
to mogę czytać i w Warszawie.
Babcia naprawdę była zdegustowana tym wyjazdem.
Chcąc sobie wynagrodzić ową nieudaną wyprawę babcia postanowiła zaprosić do
Warszawy swą młodszą (raptem o dwa lata) siostrę.
Na wieść o tym Weronika bezgłośnie tyko zgrzytnęła zębami - nie była to jej ulubiona
cioteczna babka. A już duet babcia Marysia i ciocia Nusia był nieco trudny do strawienia.
Obie panie prześcigały się w "przywoływaniu Weroniki do pionu".
Znów wciąż będzie słyszała na okrągło : "ty powinnaś...; a panienka z dobrego domu to..;
a ja w twoim wieku..." oraz tysiące dobrych rad życiowych.
Do tego permanentna musztra: "nie zwieszaj głowy, nie garb się" i mnóstwo retorycznych
pytań: "a po co ty włosy farbujesz? po co ci te kreski na powiekach?, po co się malujesz,?
dlaczego wciąż chodzisz na szpilkach?"
Ciocia Nusia była zdaniem Weroniki dość niesamowitą osobą, czasami opowiadała bardzo
dziwne historie - a to widziała ducha, a to widziała jak w czasie odprawiania mszy ksiądz
lewitował przy ołtarzu. Wieść rodzinna głosiła, że kiedyś, kiedyś, ciocia Nusia miała
narzeczonego, który zmarł w wyniku zapalenia płuc, a ona tak bardzo go kochała, że
pomimo wielu starających się o jej rękę - pozostała niezamężna. Z całą pewnością nie była
ulubienicą całej rodziny, bo część krewnych twierdziła złośliwie?, że narzeczony wcale nie
zachorował i nie umarł, tylko po prostu rozmyślił się i zerwał zaręczyny.
Ciocia Nusia była w Warszawie calutki miesiąc - Weronice zaś wydawało się, że wizyta
trwa już rok i nic nie zapowiada by miała się kiedykolwiek skończyć.
Pewnego dnia, przy kolacji, Weronika zaproponowała, by obejrzały razem stare zdjęcia.
Babcia nieco się skrzywiła, ale ciocia Nusia poparła tę propozycję.
Weronika przyniosła wszystkie trzy pudła i jako pierwsze otworzyła to, w którym były
fotokopie tajemniczych herbów. Oczywiście udała, że widzi je po raz pierwszy w życiu.
Babcia i ciocia Nusia wpatrywały się uważnie w te fotokopie - obie wielce zdziwione.
c.d.n
czwartek, 25 czerwca 2015
Horyzont Zdarzeń - III
Weronika po raz drugi przejrzała wszystkie zdjęcia, uważnie przypatrując się twarzom.
Wszystkie zdjęcia były wykonywane w zakładach fotograficznych , a osoby na nich
wyraznie były przez fotografa ustawiane według z góry przyjętych reguł.
Na niektórych zdjęciach tłem były namalowane góry lub starożytne ruiny, co bardzo
Weronikę rozśmieszyło. Na wszystkich zdjęciach wszyscy mieli wielce poważne
miny, a zwłaszcza mężczyzni.
Przynajmniej nikt im nie kazał się wyszczerzać w głupawym uśmiechu- pomyślała.
Ona bardzo nie lubiła się fotografować- zawsze starała się uciec sprzed obiektywu,
a u fotografa przeżywała prawdziwe męki. Jej zdaniem była bardzo niefotogeniczną
osobą a do tego niezbyt ładną, więc, jak mówiła, po co utrwalać na kliszy brzydotę?
Poukładała porządnie wszystkie zdjęcia w pudełku i odniosła tam, skąd je wzięła.
Gdy wkładała pudełko do przepastnej szuflady, jej wzrok padł na jeszcze dwa pudełka.
Wiedziona ciekawością zajrzała do jednego z nich - na wierzchu leżała czarno-biała
fotografia jakiegoś herbu, nad nim i pod nim były odręczne napisy.
Wiedziona ciekawością (niezdrową, jakby to określiła babcia) wzięła fotokopię do
ręki i ze zdziwieniem odczytała na niej rodowe nazwisko swej babci. Wyjęła więc
pudełko z szuflady i przeniosła się z nim na biurko. Pod tą fotokopią leżała druga,
też ze zdjęciem herbu, bardzo podobnego do tego z pierwszego zdjęcia. Położyła
obie fotografie obok siebie - herby różniły się niewiele, na każdym było nazwisko
babci, tylko imiona właścicieli były różne- jeden herb należał do Konrada, drugi do
Fryderyka.
Zaintrygowana Weronika czym prędzej wysypała zawartość pudełka na blat biurka.
Było tu sporo różnych dokumentów - część była w języku niemieckim, niektóre były
dwujęzyczne, niemiecko- polskie, niektóre były tylko w języku polskim.
Wśród tych sporządzonych w języku polskim znalazła swoje świadectwo chrztu,
fotokopię świadectwa ślubu swych rodziców, oba dokumenty z jednej parafii.
Było też sporo listów pisanych po niemiecku - ale tych Weronika nie starała się
odczytać - była nauczona, że cudzej korespondencji się nie czyta. A poza tym nie
znała niemieckiego.
Przekładając je zauważyła, że niektóre z listów były pisane "gotykiem", pięknym
równym pismem- z całą pewnością jego autor lub autorka uczyli się kaligrafii i
mieli z tego przedmiotu bardzo dobre oceny.
Papier tych listów był już mocno pożółkły, ale atrament był zapewne wtedy bardzo
dobrej jakości, ponieważ litery nadal były dobrze widoczne.
Weronika wszystko starannie poukładała z powrotem w pudełku, a pudełko wróciło
na swe miejsce w szufladzie.
Wzięła też do ręki kolejne pudełko - było pełne różnych kartek zapisanych znanym
jej dobrze pismem dziadka. Wyglądało na to, że dziadek zbierał różne zapiski by
z czasem stworzyć drzewo genealogiczne. Pod kartkami znalazła też nieco zdjęć -
w większości były to zdjęcia rodziny dziadka. Bez trudu rozpoznała na nich obie
siostry dziadka - to były bardzo urodziwe dziewczyny. Zresztą dziadek Weroniki był
uważany przez wszystkich za przystojnego mężczyznę.
Tuż przed swym odejściem siedemdziesięciopięcioletni dziadek nie świecił łysiną,
a jego nadal bujna, choć teraz mocno siwa czupryna, wzbudzała zazdrość jego już
niemal łysego syna.
Jakie to dziwne - pomyślała Weronika - dziadek miał takie piękne włosy, a tata tak
wcześnie zaczął łysieć. I ma takie cienkie i w marnym kolorze włosy - jak ja.
Weronika zawsze narzekała na swe włosy- najbardziej dokuczała jej ich niezwykła
cienkość i nijaki kolor. Ten drugi problem rozwiązała farbując je na czarny kolor.
Niestety nadal były cienkie i zawsze było ich za mało na wymodzenie jakiegoś
wymyślnego uczesania. Nawet uczesanie w tzw. "koński ogon" wyglądało marnie.
Z tego wszystkiego Weronika zawsze miała włosy dość krótkie, a codzienne
czesanie wprawiało ją z rana w marny nastrój. W ogóle każde spojrzenie w lustro
sprawiało jej przykrość. Kiepskie włosy, wąskie a wysokie czoło, duża twarz przy
małej głowie nie prezentowały się najlepiej - naprawdę nie było się czym zachwycić.
Weronika pochowała wszystko na miejsce i zamyśliła się - jak bardzo dziwnie
rozkładają się geny w rodzinie. Tata jest podobny do babci, jego siostra zaś do dziadka.
A ja? pod względem urody jestem idealną "mieszanką"- oczy po matce, nos po tacie,
cienkość i ilość włosów po tacie, ich oporność pod względem układania to po mamie,
kiepski kształt nóg też po mamie, lordoza to po tacie, kłopoty z kośćcem po mamie,
a charakter - no jasne, po obojgu odziedziczyłam tylko ich złe cechy.
Przecież dobrych cech żadne z nich nie miało, a nawet jeśli takie mają to pilnie strzegą
by się aby nie ujawniły.
W ten sposób babcia Marysia zawsze podsumowywała wady i zalety Weroniki.
c.d.n.
Wszystkie zdjęcia były wykonywane w zakładach fotograficznych , a osoby na nich
wyraznie były przez fotografa ustawiane według z góry przyjętych reguł.
Na niektórych zdjęciach tłem były namalowane góry lub starożytne ruiny, co bardzo
Weronikę rozśmieszyło. Na wszystkich zdjęciach wszyscy mieli wielce poważne
miny, a zwłaszcza mężczyzni.
Przynajmniej nikt im nie kazał się wyszczerzać w głupawym uśmiechu- pomyślała.
Ona bardzo nie lubiła się fotografować- zawsze starała się uciec sprzed obiektywu,
a u fotografa przeżywała prawdziwe męki. Jej zdaniem była bardzo niefotogeniczną
osobą a do tego niezbyt ładną, więc, jak mówiła, po co utrwalać na kliszy brzydotę?
Poukładała porządnie wszystkie zdjęcia w pudełku i odniosła tam, skąd je wzięła.
Gdy wkładała pudełko do przepastnej szuflady, jej wzrok padł na jeszcze dwa pudełka.
Wiedziona ciekawością zajrzała do jednego z nich - na wierzchu leżała czarno-biała
fotografia jakiegoś herbu, nad nim i pod nim były odręczne napisy.
Wiedziona ciekawością (niezdrową, jakby to określiła babcia) wzięła fotokopię do
ręki i ze zdziwieniem odczytała na niej rodowe nazwisko swej babci. Wyjęła więc
pudełko z szuflady i przeniosła się z nim na biurko. Pod tą fotokopią leżała druga,
też ze zdjęciem herbu, bardzo podobnego do tego z pierwszego zdjęcia. Położyła
obie fotografie obok siebie - herby różniły się niewiele, na każdym było nazwisko
babci, tylko imiona właścicieli były różne- jeden herb należał do Konrada, drugi do
Fryderyka.
Zaintrygowana Weronika czym prędzej wysypała zawartość pudełka na blat biurka.
Było tu sporo różnych dokumentów - część była w języku niemieckim, niektóre były
dwujęzyczne, niemiecko- polskie, niektóre były tylko w języku polskim.
Wśród tych sporządzonych w języku polskim znalazła swoje świadectwo chrztu,
fotokopię świadectwa ślubu swych rodziców, oba dokumenty z jednej parafii.
Było też sporo listów pisanych po niemiecku - ale tych Weronika nie starała się
odczytać - była nauczona, że cudzej korespondencji się nie czyta. A poza tym nie
znała niemieckiego.
Przekładając je zauważyła, że niektóre z listów były pisane "gotykiem", pięknym
równym pismem- z całą pewnością jego autor lub autorka uczyli się kaligrafii i
mieli z tego przedmiotu bardzo dobre oceny.
Papier tych listów był już mocno pożółkły, ale atrament był zapewne wtedy bardzo
dobrej jakości, ponieważ litery nadal były dobrze widoczne.
Weronika wszystko starannie poukładała z powrotem w pudełku, a pudełko wróciło
na swe miejsce w szufladzie.
Wzięła też do ręki kolejne pudełko - było pełne różnych kartek zapisanych znanym
jej dobrze pismem dziadka. Wyglądało na to, że dziadek zbierał różne zapiski by
z czasem stworzyć drzewo genealogiczne. Pod kartkami znalazła też nieco zdjęć -
w większości były to zdjęcia rodziny dziadka. Bez trudu rozpoznała na nich obie
siostry dziadka - to były bardzo urodziwe dziewczyny. Zresztą dziadek Weroniki był
uważany przez wszystkich za przystojnego mężczyznę.
Tuż przed swym odejściem siedemdziesięciopięcioletni dziadek nie świecił łysiną,
a jego nadal bujna, choć teraz mocno siwa czupryna, wzbudzała zazdrość jego już
niemal łysego syna.
Jakie to dziwne - pomyślała Weronika - dziadek miał takie piękne włosy, a tata tak
wcześnie zaczął łysieć. I ma takie cienkie i w marnym kolorze włosy - jak ja.
Weronika zawsze narzekała na swe włosy- najbardziej dokuczała jej ich niezwykła
cienkość i nijaki kolor. Ten drugi problem rozwiązała farbując je na czarny kolor.
Niestety nadal były cienkie i zawsze było ich za mało na wymodzenie jakiegoś
wymyślnego uczesania. Nawet uczesanie w tzw. "koński ogon" wyglądało marnie.
Z tego wszystkiego Weronika zawsze miała włosy dość krótkie, a codzienne
czesanie wprawiało ją z rana w marny nastrój. W ogóle każde spojrzenie w lustro
sprawiało jej przykrość. Kiepskie włosy, wąskie a wysokie czoło, duża twarz przy
małej głowie nie prezentowały się najlepiej - naprawdę nie było się czym zachwycić.
Weronika pochowała wszystko na miejsce i zamyśliła się - jak bardzo dziwnie
rozkładają się geny w rodzinie. Tata jest podobny do babci, jego siostra zaś do dziadka.
A ja? pod względem urody jestem idealną "mieszanką"- oczy po matce, nos po tacie,
cienkość i ilość włosów po tacie, ich oporność pod względem układania to po mamie,
kiepski kształt nóg też po mamie, lordoza to po tacie, kłopoty z kośćcem po mamie,
a charakter - no jasne, po obojgu odziedziczyłam tylko ich złe cechy.
Przecież dobrych cech żadne z nich nie miało, a nawet jeśli takie mają to pilnie strzegą
by się aby nie ujawniły.
W ten sposób babcia Marysia zawsze podsumowywała wady i zalety Weroniki.
c.d.n.
środa, 24 czerwca 2015
Horyzont zdarzeń - II
Młoda następnego dnia do pogrzebie wróciła do pracy.
Cześć Weronika, jak było na urlopie? Byłaś w górach? - zapytał jeden z kolegów.
Weronika, bo takie właśnie było prawdziwe imię Młodej, uśmiechnęła się blado - nie,
byłam cały czas w Warszawie.
Czemu?- dopytywał się kolega.
Tak wyszło, miałam tu dużo spraw do załatwienia. Zresztą nie lubię zimą wyjeżdżać.
Weronika nie miała ochoty kogokolwiek w biurze wtajemniczać w swoje prywatne
sprawy.
W czasie przerwy śniadaniowej zajrzała do sąsiedniej pracowni, gdzie pracowała
jej najbliższa z koleżanek. Ona jedna wiedziała na co Weronice był potrzebny zimą
urlop, ale nie wiedziała, że dziadek Weroniki umarł.
Dziewczyny zeszły razem do bufetu i gdy już usiadły przy stoliku Weronika krótko
opowiedziała jej o wszystkim. Również i o tym, że wcale nie zamierza ubierać się
w tradycyjne czarne stroje, bo uważa to za bardzo głupi zwyczaj. Co komu do tego,
że ona straciła kogoś bliskiego? Od tego, że założy czarne ciuchy nie dostanie wszak
podwyżki, nikt jej nie pomoże wejść do zatłoczonego tramwaju lub autobusu ani
niczego w sklepie taniej nie sprzeda.
Alicja ze zrozumieniem kiwała głową, chociaż sama była tradycjonalistką. Obiecała
tylko, ze nikomu nie powie ani słowa o tym , jak Weronice minął urlop.
Dni mijały dość monotonnie, zima była dokuczliwa, mróz dawał się wszystkim we znaki.
Babcia Marysia pozornie "pozbierała się" po utracie męża.
Chodziła na zakupy, jak zwykle codziennie sprzątała, gotowała obiad, przyrządzała
kolację dla nich obu.
Weronika starała się teraz więcej przebywać popołudniami i wieczorami w domu.
Nie sprawiało jej to trudności, bo tuż przed chorobą dziadka rozpadł się jej gorący,
trwający już niemal trzy lata romans, który miał być zakończony małżeństwem.
Dziadek miał rację - to nie był odpowiedni kandydat na męża. Ale racje dziadka były
nieco odmienne od tego co myślała Weronika - zdaniem dziadka kandydat na męża był
po prostu i zwyczajnie zbyt leciwy - mógłby z powodzeniem być ojcem Weroniki.
Ale Weronika lubiła starszych mężczyzn, młodzi ludzie ją denerwowali.
Spotykała się tylko z jednym młodym chłopakiem, ale tylko dlatego, że razem pływali
żaglówką po Wiśle, a znali się jeszcze ze szkoły podstawowej.
Natomiast każde z rodziców Weroniki uważało, że z taką narwaną dziewczyną jak
Weronika to tylko starszy człowiek sobie poradzi.
Rodzicom i dziadkom Weroniki przyszły mąż obiecywał, że gdy tylko zakończy sprawę
rozwodową to natychmiast wezmą ślub, a Weronika przestanie pracować i zacznie
studiować.
Ale jakoś to nie wyszło. Jak ogólnie wiadomo, miłość z natury swej jest ślepa i głucha.
Na szczęście i ślepota i głuchota z czasem mija - Weronika kilka razy przyłapała swego
ukochanego na kłamstwie a reszty dokonali życzliwi znajomi i sam "narzeczony".
Zaczęło się od rozliczania Weroniki z każdej godziny, której nie spędzali razem, potem
nastąpiło ograniczanie jej kontaktów z koleżankami i kolegami.
Potem jej oświadczył, że zaraz po ślubie powinna urodzić dziecko, no a studia zrobi
gdy dziecko "trochę się odchowa".
Tego to już było dla Weroniki za wiele - przestała się z nim spotykać. Na szczęście
wszystko obyło się bez awantur i wzajemnych oskarżeń.
Weronika nie zawiadamiała go o śmierci swego dziadka, ale były narzeczony przygnał
na cmentarz z......blaszanym wieńcem, który zupełnie nie pasował do pięknych, żywych
kwiatów, które spoczęły na grobie. Nie dociekała skąd się dowiedział.
Babcia Marysia oczywiście zorientowała się, że Weronika zerwała kontakty z byłym
narzeczonym, bo pewnego dnia powiedziała: "wiesz, to nie był dobry człowiek, a poza
tym miał fatalne obyczaje - jak mógł kupić taki paskudny, blaszany wieniec".
I to było wszystko, co miała babcia Marysia do powiedzenia na ten temat.
Znacznie więcej usłyszała na ten temat od swoich rodziców- dziwnym trafem tym
razem byli wyjątkowo zgodni, chociaż nie rozmawiali ze sobą chyba już osiemnaście lat.
Oboje uważali, że postąpiła głupio kończąc tę znajomość, ale żadne z nich nie wpadło
na pomysł, by dowiedzieć się od córki co sprawiło, że podjęła taką decyzję.
Wiosną Babcia Marysia pojechała do swej córki, która ją serdecznie zapraszała.
W planie był trzytygodniowy pobyt.
Przed wyjazdem Weronika dostała do ręki dokładną rozpiskę odnośnie pielęgnacji
domowej zieleni. Wręczając jej tę kartkę babcia Marysia powiedziała - i pamiętaj, że
roślinom nie daje się leków- żadnych. I masz codziennie ścierać kurze.
Pośmiały się obydwie, bo Weronika mając kilka lat zatruła piękną, dużą palmę
podlewając ja rozpuszczonymi w wodzie medykamentami.
Zaraz pierwszego samotnego wieczoru Weronika wyciągnęła pudło ze starymi
zdjęciami.
Niestety większości osób, które były na nich, nie umiała zidentyfikować, a zdjęcia
nie były podpisane.
Niektóre były z całą pewnością jeszcze z XIX wieku.
Z fotografii spoglądały na Weronikę poważne twarze wąsatych i często brodatych
mężczyzn. Było też całkiem sporo zdjęć z uroczystości pogrzebowych, na których
główny bohater wydarzenia spoczywał w udekorowanej kwiatami trumnie.
Dla Weroniki były to bardzo dziwne zdjęcia, ale zapewne zgodne z duchem minionego
czasu.
Brrr - pomyślała Weronika - ciekawe czy fotograf prosił zmarłego o pogodny wyraz
twarzy. Nic dziwnego, że te zdjęcia były bardzo rzadko oglądane.
c.d.n.
Cześć Weronika, jak było na urlopie? Byłaś w górach? - zapytał jeden z kolegów.
Weronika, bo takie właśnie było prawdziwe imię Młodej, uśmiechnęła się blado - nie,
byłam cały czas w Warszawie.
Czemu?- dopytywał się kolega.
Tak wyszło, miałam tu dużo spraw do załatwienia. Zresztą nie lubię zimą wyjeżdżać.
Weronika nie miała ochoty kogokolwiek w biurze wtajemniczać w swoje prywatne
sprawy.
W czasie przerwy śniadaniowej zajrzała do sąsiedniej pracowni, gdzie pracowała
jej najbliższa z koleżanek. Ona jedna wiedziała na co Weronice był potrzebny zimą
urlop, ale nie wiedziała, że dziadek Weroniki umarł.
Dziewczyny zeszły razem do bufetu i gdy już usiadły przy stoliku Weronika krótko
opowiedziała jej o wszystkim. Również i o tym, że wcale nie zamierza ubierać się
w tradycyjne czarne stroje, bo uważa to za bardzo głupi zwyczaj. Co komu do tego,
że ona straciła kogoś bliskiego? Od tego, że założy czarne ciuchy nie dostanie wszak
podwyżki, nikt jej nie pomoże wejść do zatłoczonego tramwaju lub autobusu ani
niczego w sklepie taniej nie sprzeda.
Alicja ze zrozumieniem kiwała głową, chociaż sama była tradycjonalistką. Obiecała
tylko, ze nikomu nie powie ani słowa o tym , jak Weronice minął urlop.
Dni mijały dość monotonnie, zima była dokuczliwa, mróz dawał się wszystkim we znaki.
Babcia Marysia pozornie "pozbierała się" po utracie męża.
Chodziła na zakupy, jak zwykle codziennie sprzątała, gotowała obiad, przyrządzała
kolację dla nich obu.
Weronika starała się teraz więcej przebywać popołudniami i wieczorami w domu.
Nie sprawiało jej to trudności, bo tuż przed chorobą dziadka rozpadł się jej gorący,
trwający już niemal trzy lata romans, który miał być zakończony małżeństwem.
Dziadek miał rację - to nie był odpowiedni kandydat na męża. Ale racje dziadka były
nieco odmienne od tego co myślała Weronika - zdaniem dziadka kandydat na męża był
po prostu i zwyczajnie zbyt leciwy - mógłby z powodzeniem być ojcem Weroniki.
Ale Weronika lubiła starszych mężczyzn, młodzi ludzie ją denerwowali.
Spotykała się tylko z jednym młodym chłopakiem, ale tylko dlatego, że razem pływali
żaglówką po Wiśle, a znali się jeszcze ze szkoły podstawowej.
Natomiast każde z rodziców Weroniki uważało, że z taką narwaną dziewczyną jak
Weronika to tylko starszy człowiek sobie poradzi.
Rodzicom i dziadkom Weroniki przyszły mąż obiecywał, że gdy tylko zakończy sprawę
rozwodową to natychmiast wezmą ślub, a Weronika przestanie pracować i zacznie
studiować.
Ale jakoś to nie wyszło. Jak ogólnie wiadomo, miłość z natury swej jest ślepa i głucha.
Na szczęście i ślepota i głuchota z czasem mija - Weronika kilka razy przyłapała swego
ukochanego na kłamstwie a reszty dokonali życzliwi znajomi i sam "narzeczony".
Zaczęło się od rozliczania Weroniki z każdej godziny, której nie spędzali razem, potem
nastąpiło ograniczanie jej kontaktów z koleżankami i kolegami.
Potem jej oświadczył, że zaraz po ślubie powinna urodzić dziecko, no a studia zrobi
gdy dziecko "trochę się odchowa".
Tego to już było dla Weroniki za wiele - przestała się z nim spotykać. Na szczęście
wszystko obyło się bez awantur i wzajemnych oskarżeń.
Weronika nie zawiadamiała go o śmierci swego dziadka, ale były narzeczony przygnał
na cmentarz z......blaszanym wieńcem, który zupełnie nie pasował do pięknych, żywych
kwiatów, które spoczęły na grobie. Nie dociekała skąd się dowiedział.
Babcia Marysia oczywiście zorientowała się, że Weronika zerwała kontakty z byłym
narzeczonym, bo pewnego dnia powiedziała: "wiesz, to nie był dobry człowiek, a poza
tym miał fatalne obyczaje - jak mógł kupić taki paskudny, blaszany wieniec".
I to było wszystko, co miała babcia Marysia do powiedzenia na ten temat.
Znacznie więcej usłyszała na ten temat od swoich rodziców- dziwnym trafem tym
razem byli wyjątkowo zgodni, chociaż nie rozmawiali ze sobą chyba już osiemnaście lat.
Oboje uważali, że postąpiła głupio kończąc tę znajomość, ale żadne z nich nie wpadło
na pomysł, by dowiedzieć się od córki co sprawiło, że podjęła taką decyzję.
Wiosną Babcia Marysia pojechała do swej córki, która ją serdecznie zapraszała.
W planie był trzytygodniowy pobyt.
Przed wyjazdem Weronika dostała do ręki dokładną rozpiskę odnośnie pielęgnacji
domowej zieleni. Wręczając jej tę kartkę babcia Marysia powiedziała - i pamiętaj, że
roślinom nie daje się leków- żadnych. I masz codziennie ścierać kurze.
Pośmiały się obydwie, bo Weronika mając kilka lat zatruła piękną, dużą palmę
podlewając ja rozpuszczonymi w wodzie medykamentami.
Zaraz pierwszego samotnego wieczoru Weronika wyciągnęła pudło ze starymi
zdjęciami.
Niestety większości osób, które były na nich, nie umiała zidentyfikować, a zdjęcia
nie były podpisane.
Niektóre były z całą pewnością jeszcze z XIX wieku.
Z fotografii spoglądały na Weronikę poważne twarze wąsatych i często brodatych
mężczyzn. Było też całkiem sporo zdjęć z uroczystości pogrzebowych, na których
główny bohater wydarzenia spoczywał w udekorowanej kwiatami trumnie.
Dla Weroniki były to bardzo dziwne zdjęcia, ale zapewne zgodne z duchem minionego
czasu.
Brrr - pomyślała Weronika - ciekawe czy fotograf prosił zmarłego o pogodny wyraz
twarzy. Nic dziwnego, że te zdjęcia były bardzo rzadko oglądane.
c.d.n.
Subskrybuj:
Posty (Atom)