Często nie zdajemy sobie sprawy z tego, że niemal każdy nasz czyn
ma wpływ na życie innych - tych, którzy są z nami związani węzłami
rodzinnymi i nie tylko .
Opowieść ma swój początek w czasach "słusznie minionych", za którymi
poniektórzy nadal po cichu tęsknią.
Rodzice pewnej osiemnastolatki zastanawiali się jaki prezent sprawić swej córce właśnie z tej okazji. Myśl ta zaprzątała im głowy już kilka miesięcy
wcześniej - może "coś" z biżuterii? A może kupić dobry i drogi aparat
fotograficzny? A może elegancki, drogi zegarek szwajcarski i na jego
kopercie kazać wygrawerować odpowiedni napis?
Jedna z babć oświadczyła, że ona swej ukochanej wnuczce sprezentuje
stary, pamiątkowy, srebrny pierścień z opalem.
Pierścionek był naprawdę bardzo stary, trafił do rodziny jeszcze w XVIII
wieku. Był duży, dość masywny, bo opal, który go zdobił był wielkości
kostki cukru,więc utrzymująca go oprawa musiała być odpowiedniej
wielkości.
Z całą pewnością nie nadawał się na to, by zdobić na co dzień kobiecą
dłoń, ale był ładny, okazały i wartościowy.
I wtedy przyszedł rodzicom pomysł, że zafundują córce wycieczkę za
granicę.
Dziś wyda się to nieco śmieszne, ale wtedy specjalnego wyboru nie było-
po krótkiej naradzie ze znajomymi, ustalili, że rejs Batorym na Wyspy
Kanaryjskie jest raczej poza ich zasięgiem finansowym, ale jedna ze
znajomych pracuje w Centrali Handlu Zagranicznego i ta centrala ma
"wczasy zakładowe" na terenie NRD, więc znajoma wezmie ich córkę
na te wczasy w charakterze swej rodziny.
Wszystko się świetnie układało, bo panienka w maju miała maturę,
w czerwcu urodziny, potem w lipcu egzaminy do jakiegoś pomaturalnego studium zawodowego, a turnus w NRD był w drugiej połowie sierpnia.
Matura przeszła niczym burza, świeczki z okazji "osiemnastki" gaszono
w szacownym gronie rodzinnym i panna aż zapiszczała z uciechy na myśl,
że wreszcie wyjedzie za granicę.
Do studium się dostała i w drugiej połowie sierpnia służbowy autokar
powiózł 30 wczasowiczów do NRD.
Grupa miała "zawodowego pilota", który znał dobrze język i to wszystko
co było przewidziane do zwiedzania.
Pilot był młodym, wysokim i strasznie chudym osobnikiem i, jak twierdziła
bohaterka tej opowieści, przystojny nawet był ale miał uśmiech rekina.
Ale ten "uśmiech rekina" dość rzadko się objawiał, bo człowiek chyba
wiedział coś o swym uśmiechu i pilnował się by zbyt często go nie
demonstrować.
Ogromnie mnie zaciekawiło jak wygląda taki "uśmiech rekina" -okazało
się, że w czasie "szerokiego uśmiechu" widać było dziąsła górnej i
dolnej szczęki. No cóż, drobny feler.
Ale generalnie pilot świetnie się wywiązywał ze swych obowiązków,
był ulubieńcem damskiej części wycieczki i pod koniec drugiego tygodnia
Ela już nie dostrzegała tego rekiniego uśmiechu.
Facet był dowcipny, uprzejmy, zawsze pomagał w miarę potrzeby i tak
samo komplementował młode jak i starsze wiekiem wczasowiczki.
W trakcie wycieczek zaproponował Eli, że porobi jej nieco "pamiątkowych"
zdjęć, a jak już wywoła film, to wtedy spotka się z nią, da jej wywołane
zdjęcia i odpowiednie do nich klatki filmu.
Gdyby to było dziś, Ela zapewne poprzestałaby na "foto-samoobsłudze".
Mniej więcej w miesiąc po powrocie z wycieczki, pewnego jesiennego
popołudnia do drzwi mieszkania Eli i jej rodziców zapukał....."pilot".
Szarmancko cmoknął mamę Eli w rękę, wymienił męski uścisk dłoni z ojcem
Eli, na koniec Ela załapała się również na cmok w rękę.
Pilot szybko i składnie wymienił cel swej wizyty, nieco krygując się przyjął
zaproszenie na herbatę, pochłonął z zachwytem kawałek ciasta (dzieło
pani domu), przeprosił za niespodziewaną wizytę, galopkiem przeleciał się
przez swój życiorys, w końcu z przestrachem zerknął na zegarek, przeprosił
za tak długą a niespodziewaną swą wizytę, ucałował ręce pań, wymienił
męski uścisk dłoni z panem domu, ukradkiem zdołał wcisnąć w rękę Eli
małą karteczkę i zniknął.
Cała wizyta trwała nieco ponad godzinę.Rodzice Eli byli niemal oczarowani
takim "młodym, wielce kulturalnym człowiekiem", potem zajęli się przeglądaniem całkiem sporej ilości zdjęć z NRD.
Ela zajrzała ukradkiem w ściskaną w ręce kartkę - był tam nr telefonu oraz
trzy słowa: "błagam, zadzwoń do mnie".
Łatwo napisać "zadzwoń do mnie", ale wykonanie tej prośby było jednak
nieco trudniejsze -rodzice Eli od wielu lat czekali na podłączenie ich
okolicy do miejskiej sieci telefonicznej. Jedyna budka telefoniczna na ich
osiedlu miała tylko dwa stany - albo była zapchana i już nie przyjmowała
monet, albo była odcięta słuchawka telefonu.
Zaradna Ela wpadła na myśl,że przecież telefon w domu ma "babcia od
pierścienia", więc w dwa dni pózniej wybrała się popołudniem do babci, by
jeszcze raz podziękować za pierścionek a przy okazji skorzystać z babcinego
telefonu.
Jak pomyślała tak i zrobiła, w minutę zdołała się umówić z Pilotem, a babcia
wzruszona wdzięcznością wnuczki, obdarowała ją jeszcze dodatkowo
srebrną bransoletą w stylu wiktoriańskim.
Znajomość z Pilotem zaczęła nabierać kosmicznego wręcz tempa- widywali
się codziennie. Pilot nie ukrywał, że Ela bardzo mu się podoba, że jest
w niej zakochany i że byłoby najlepiej, gdyby mogli się szybko pobrać, by
wreszcie być razem.
Przed Bożym Narodzeniem oświadczył się Eli dekorując jej palec pierścionkiem.
Tego samego wieczoru, w wynajmowanej przez Pilota kawalerce Ela została
jego kochanką.
Wieczór ten został na długo w jej pamięci, bo prawdę mówiąc przyniósł głównie rozczarowanie- zero przyjemności, sporo zażenowania i emocji.
Następnego dnia Pilot poprosił jej rodziców o zgodę na ślub. I to szybki
ślub, bo jeśli teraz się pobiorą, to w I kwartale następnego roku dostaną mieszkanie. A do tego czasu będą mieszkać w wynajętej kawalerce.
Ślub miał być na razie tylko cywilny, a kościelny to może na Wielkanoc.
Zaskoczeni rodzice Eli wyrazili zgodę, zresztą Ela była zachwycona,że
będzie mężatką, a na ślubie kościelnym i weselu wcale jej nie zależało.
W miesiąc pózniej w dzielnicowym urzędzie odbył się ślub, na którym Ela poznała swych teściów.
c.d.n
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
środa, 13 stycznia 2016
piątek, 8 stycznia 2016
Pech?
W czasach gdy dorastała moja babcia życie było w pewnym sensie
znacznie prostsze. Każdy miał przydzieloną w życiu rolę do spełnienia.
Wiadomo było, że rolą kobiet jest bycie żoną, matką, opiekunką
domowego ogniska, a rolą mężczyzny opieka nad kobietą i dziećmi,
zapewnienie im dachu nad głową i utrzymania.
A więc kobiety powinny były wychodzić za mąż, rodzić duuużo dzieci,
dbać o dzieci i dom, szanować męża i wspierać go.
Oczywiście mąż miał być człowiekiem, który miał ustabilizowaną sytuację
finansową, a więc musiał być starszy od żony- optymalnie z dziesięć lat.
I takimi to opowieściami karmiono mnie w domu, bo wychowywałam się
w dziadków.
Ale wiele moich koleżanek wychowywanych w normalnych domach też
wysłuchiwało takich opowieści jako modus vivendi.
Modyfikacja dotyczyła tylko wieku i pory wyjścia za mąż. Czas na
zamążpójście plasował się albo zaraz po uzyskaniu pełnoletności albo
po ukończeniu studiów. Wymogi wobec przyszłego męża też się nieco
zmieniły, różnica wieku pomiędzy małżonkami została lekko pomniejszona.
Tak prawdę mówiąc niewiele sobie moje rówieśniczki robiły z tych
wytycznych.
Wiele moich rówieśnic traktowało małżeństwo jako swego rodzaju
przepustkę do wolności od opieki rodzicielskiej.
Większość z moich szkolnych koleżanek wychodziło za mąż przed
25 rokiem życia, by jeszcze przed trzydziestką już być po rozwodzie.
Ta liczba 25 lat była (po cichu) granicą tzw. "staropanieństwa".
W trakcie pogłębiania swych zawodowych umiejętności z zakresu
ekonomii , będąc już mężatką, poznałam przemiłą dziewczynę, która
była z tego samego rocznika co ja, z tym, że ona była ową "starą
panną". I co zabawniejsze była to jedyna niezamężna dziewczyna na
naszym roku.
Isia była bardzo zgrabną szczupłą brunetką i naprawdę bardzo dobrą
kumpelką. W krótkim czasie zaczęłam pracować tam gdzie Isia, a więc
spędzałyśmy razem sporo czasu i zaprzyjazniłyśmy się bardzo.
Isia miała wyrazny pociąg do żonatych facetów.
W czasie gdy się poznałyśmy była od kilku lat kochanką pewnego dość
znanego ministra.
Na jej miejscu ja byłabym bardzo nieszczęśliwa - para bowiem nigdy
nigdzie razem nie bywała, bo wybraniec Isi nie chciał skandalu ani
rozpadu swego legalnego związku, w którym był ojcem trojga dość
drobnych dzieci, bowiem najmłodsze przyszło na świat po roku
znajomości jego z Isią.
Usiłowałam Isi wytłumaczyć, że jest to mocno niezdrowy układ, bo
facet jest nieuczciwy nie tylko wobec ślubnej żony ale i wobec niej,
bo ją po prostu wykorzystuje. Ale Isia była głucha na wszystkie moje
argumenty, twierdząc, że jest uczciwy wobec niej, bo już na
początku znajomości uprzedził ją, że nigdy nie odejdzie od żony.
No cóż, popukałam ją tylko w czółko i wzruszyłam ramionami.
W końcu to było jej życie, nie moje.
W kilka miesięcy pózniej Isia zatelefonowała do mnie do domu z pytaniem,
czy może na chwilę do nas "wdepnąć". Gdy wyraziłam zgodę była
u nas w ciągu 10 minut, czyli zafundowała sobie taksówkę.
Isia wyglądała jak ciężko chora- ręce jej drżały, głos się łamał i nim
mi opowiedziała o co idzie, wypaliła dwa papierosy.
Czekałam cierpliwie kiedy wreszcie powie co się stało.
Nagle Isia wyciągnęła z torebki....damski biustonosz i powiedziała:
"obejrzyj i popatrz na metki". Obejrzałam i stwierdziłam, że jest to
biustonosz marki austriackiej, rozmiar 80 C, kolor czarny, używany.
No i?.....zapytałam nieco zdezorientowana.
Isia spojrzała na mnie jak na niedorozwiniętą.
"To nie jest mój stanik, wiesz?"
Patrzyłam dalej na nią , zapewne z głupią miną.
"Znalazłam go dziś w szafce łazienkowej w naszym mieszkanku.
Nie jest mój i pachnie cudzymi perfumami.
Przyjechałam nieco wcześniej niż B. Poszłam do łazienki
by wziąć sobie szlafrok z szafki i zobaczyłam na jej podłodze
ręcznik a w nim był zawinięty ten stanik".
No i ? - zapytałam nieco głupawo.
"No i nic, zabrałam ten stanik, ręcznik odwiesiłam na miejsce, zapakowałam
do siatki szlafrok, napisałam kartkę by do mnie więcej nie dzwonił, bo się
więcej nie zobaczymy, zostawiłam klucze i zatrzasnęłam za sobą drzwi".
Patrzyłam na Isię i nagle zachciało mi się śmiać, tylko nie za bardzo było
z czego.
Iśka, dobrze się stało, to był od początku chory związek - powiedziałam.
Wykrzywiła usta w niby uśmiechu - "teraz będę chyba jednak unikać
żonatych. A ten stanik to wyrzuć, proszę, do śmietnika. Widać z niego, że
moja konkurentka ma cyce większe od moich".
Znów minęło kilka miesięcy i pewnego dnia Iśka powiedziała mi, że poznała
jakiegoś młodego, początkującego reżysera. Nazwisko tego pana
nic mi nie mówiło, zresztą zawsze omijałam kręgi teatralne z daleka.
Isia nie mogła się wręcz nachwalić jaki to mądry, zdolny człowiek, ale....
z jego strony była to tylko przyjazń. Pocałunki które jej serwował były
wybitnie typu braterskiego, zero namiętności. Isia wychodziła ze skóry by
nastąpiło jakieś zbliżenie, ale pan reżyser był niczym góra lodu.
Nie wykluczam, że był osobnikiem o innej orientacji seksualnej, bo Iśka
była naprawdę ładna i zgrabna i większość facetów się za nią oglądała.
Wyjechali nawet razem na wakacje, mieszkali w jednym pokoju i...nic.
"Cholera" - wściekała się Isia. "Mam chyba jakiegoś pecha. Jeden żonaty
drań, drugi jakiś impotent. A lata mi lecą."
Isia, chyba mocno zdeterminowana, zaprzyjazniła się z jednym z naszych
kierowców. Miły był z niego chłopak, nawet już nie żonaty, po rozwodzie.
Dobre, że chociaż nie musiał bulić alimentów.
Po jakimś czasie przyjazń zamieniła się w miłość a Isia była bardzo
zaangażowana i zaczęła nawet coś przebąkiwać o ślubie.
"Kierowca" zaczął bywać u Isi w domu zapraszany był przez jej mamę
na niedzielne obiady, a Isia wpadła na pomysł, że zaprezentuje go również
swej dalszej rodzinie, czyli kuzynce, która była aktualnie w trakcie
rozwodu.
Pojechali do Poznania, gdzie mieszkała kuzynka, byli tam kilka dni, a
kuzynka wcale podobno nie była zachwycona "Kierowcą". Krytykowała
wybór Iśki, twierdząc, że nie widzi w "Kierowcy" żadnych zalet, no może
tylko jest dość przystojny.
W miesiąc pózniej kuzynka Isi zatelefonowała do niej i poinformowała, że
ona i pan "Kierowca" zostali parą i zaraz po rozwodzie, który lada dzień
będzie orzeczony, wezmą ślub.
Już nic z tego nie rozumiałam - nagle ta kuzynka zobaczyła jakieś walory
ukryte? Kiedy? I jakie? Isia chyba też nie mogła tego pojąć.
Doszłyśmy do wniosku, że Isia faktycznie ma jakiegoś pecha do facetów.
Isia już nawet nie dociekała skąd ta nagła miłość- miała wszystkiego dość.
W smutku pocieszał ją "obiecujący reżyser", oczywiście bezpłciowo.
Zdesperowana Isia postarała się o pracę w centrali handlu zagranicznego delegującej ludzi na zbiorowe kontrakty.
W trzy miesiące pózniej wyjechała. Miałyśmy teraz dość luzny kontakt,
a gdy po roku przyjechała "na chwilę" służbowo do Polski nie udało się
nam spotkać, skończyło się na kontakcie telefonicznym.
Powiedziała mi, że ma nowego faceta, że zaraz po
ukończeniu kontraktu wezmą ślub.
A na najbliższe święta przyjedzie do niej jej mama by poznać
tego jej wybrańca. I nie był to ani rozwodnik ani "homo-niewiadomo".
W pół roku pózniej zadzwoniła do mnie szefowa działu kadr centrali,
w której pracowała Isia.
Zadzwoniła, bo wiedziała, że się przyjazniłyśmy. Isia i jej narzeczony zginęli
w wypadku samochodowym. Zginęli jadąc po Isi mamę, która właśnie
przyleciała do nich na święta.
Isia żyła jeszcze kilka godzin, jej narzeczony zginął na miejscu.
A ja od tego czasu bardzo nie lubię Iraku.
znacznie prostsze. Każdy miał przydzieloną w życiu rolę do spełnienia.
Wiadomo było, że rolą kobiet jest bycie żoną, matką, opiekunką
domowego ogniska, a rolą mężczyzny opieka nad kobietą i dziećmi,
zapewnienie im dachu nad głową i utrzymania.
A więc kobiety powinny były wychodzić za mąż, rodzić duuużo dzieci,
dbać o dzieci i dom, szanować męża i wspierać go.
Oczywiście mąż miał być człowiekiem, który miał ustabilizowaną sytuację
finansową, a więc musiał być starszy od żony- optymalnie z dziesięć lat.
I takimi to opowieściami karmiono mnie w domu, bo wychowywałam się
w dziadków.
Ale wiele moich koleżanek wychowywanych w normalnych domach też
wysłuchiwało takich opowieści jako modus vivendi.
Modyfikacja dotyczyła tylko wieku i pory wyjścia za mąż. Czas na
zamążpójście plasował się albo zaraz po uzyskaniu pełnoletności albo
po ukończeniu studiów. Wymogi wobec przyszłego męża też się nieco
zmieniły, różnica wieku pomiędzy małżonkami została lekko pomniejszona.
Tak prawdę mówiąc niewiele sobie moje rówieśniczki robiły z tych
wytycznych.
Wiele moich rówieśnic traktowało małżeństwo jako swego rodzaju
przepustkę do wolności od opieki rodzicielskiej.
Większość z moich szkolnych koleżanek wychodziło za mąż przed
25 rokiem życia, by jeszcze przed trzydziestką już być po rozwodzie.
Ta liczba 25 lat była (po cichu) granicą tzw. "staropanieństwa".
W trakcie pogłębiania swych zawodowych umiejętności z zakresu
ekonomii , będąc już mężatką, poznałam przemiłą dziewczynę, która
była z tego samego rocznika co ja, z tym, że ona była ową "starą
panną". I co zabawniejsze była to jedyna niezamężna dziewczyna na
naszym roku.
Isia była bardzo zgrabną szczupłą brunetką i naprawdę bardzo dobrą
kumpelką. W krótkim czasie zaczęłam pracować tam gdzie Isia, a więc
spędzałyśmy razem sporo czasu i zaprzyjazniłyśmy się bardzo.
Isia miała wyrazny pociąg do żonatych facetów.
W czasie gdy się poznałyśmy była od kilku lat kochanką pewnego dość
znanego ministra.
Na jej miejscu ja byłabym bardzo nieszczęśliwa - para bowiem nigdy
nigdzie razem nie bywała, bo wybraniec Isi nie chciał skandalu ani
rozpadu swego legalnego związku, w którym był ojcem trojga dość
drobnych dzieci, bowiem najmłodsze przyszło na świat po roku
znajomości jego z Isią.
Usiłowałam Isi wytłumaczyć, że jest to mocno niezdrowy układ, bo
facet jest nieuczciwy nie tylko wobec ślubnej żony ale i wobec niej,
bo ją po prostu wykorzystuje. Ale Isia była głucha na wszystkie moje
argumenty, twierdząc, że jest uczciwy wobec niej, bo już na
początku znajomości uprzedził ją, że nigdy nie odejdzie od żony.
No cóż, popukałam ją tylko w czółko i wzruszyłam ramionami.
W końcu to było jej życie, nie moje.
W kilka miesięcy pózniej Isia zatelefonowała do mnie do domu z pytaniem,
czy może na chwilę do nas "wdepnąć". Gdy wyraziłam zgodę była
u nas w ciągu 10 minut, czyli zafundowała sobie taksówkę.
Isia wyglądała jak ciężko chora- ręce jej drżały, głos się łamał i nim
mi opowiedziała o co idzie, wypaliła dwa papierosy.
Czekałam cierpliwie kiedy wreszcie powie co się stało.
Nagle Isia wyciągnęła z torebki....damski biustonosz i powiedziała:
"obejrzyj i popatrz na metki". Obejrzałam i stwierdziłam, że jest to
biustonosz marki austriackiej, rozmiar 80 C, kolor czarny, używany.
No i?.....zapytałam nieco zdezorientowana.
Isia spojrzała na mnie jak na niedorozwiniętą.
"To nie jest mój stanik, wiesz?"
Patrzyłam dalej na nią , zapewne z głupią miną.
"Znalazłam go dziś w szafce łazienkowej w naszym mieszkanku.
Nie jest mój i pachnie cudzymi perfumami.
Przyjechałam nieco wcześniej niż B. Poszłam do łazienki
by wziąć sobie szlafrok z szafki i zobaczyłam na jej podłodze
ręcznik a w nim był zawinięty ten stanik".
No i ? - zapytałam nieco głupawo.
"No i nic, zabrałam ten stanik, ręcznik odwiesiłam na miejsce, zapakowałam
do siatki szlafrok, napisałam kartkę by do mnie więcej nie dzwonił, bo się
więcej nie zobaczymy, zostawiłam klucze i zatrzasnęłam za sobą drzwi".
Patrzyłam na Isię i nagle zachciało mi się śmiać, tylko nie za bardzo było
z czego.
Iśka, dobrze się stało, to był od początku chory związek - powiedziałam.
Wykrzywiła usta w niby uśmiechu - "teraz będę chyba jednak unikać
żonatych. A ten stanik to wyrzuć, proszę, do śmietnika. Widać z niego, że
moja konkurentka ma cyce większe od moich".
Znów minęło kilka miesięcy i pewnego dnia Iśka powiedziała mi, że poznała
jakiegoś młodego, początkującego reżysera. Nazwisko tego pana
nic mi nie mówiło, zresztą zawsze omijałam kręgi teatralne z daleka.
Isia nie mogła się wręcz nachwalić jaki to mądry, zdolny człowiek, ale....
z jego strony była to tylko przyjazń. Pocałunki które jej serwował były
wybitnie typu braterskiego, zero namiętności. Isia wychodziła ze skóry by
nastąpiło jakieś zbliżenie, ale pan reżyser był niczym góra lodu.
Nie wykluczam, że był osobnikiem o innej orientacji seksualnej, bo Iśka
była naprawdę ładna i zgrabna i większość facetów się za nią oglądała.
Wyjechali nawet razem na wakacje, mieszkali w jednym pokoju i...nic.
"Cholera" - wściekała się Isia. "Mam chyba jakiegoś pecha. Jeden żonaty
drań, drugi jakiś impotent. A lata mi lecą."
Isia, chyba mocno zdeterminowana, zaprzyjazniła się z jednym z naszych
kierowców. Miły był z niego chłopak, nawet już nie żonaty, po rozwodzie.
Dobre, że chociaż nie musiał bulić alimentów.
Po jakimś czasie przyjazń zamieniła się w miłość a Isia była bardzo
zaangażowana i zaczęła nawet coś przebąkiwać o ślubie.
"Kierowca" zaczął bywać u Isi w domu zapraszany był przez jej mamę
na niedzielne obiady, a Isia wpadła na pomysł, że zaprezentuje go również
swej dalszej rodzinie, czyli kuzynce, która była aktualnie w trakcie
rozwodu.
Pojechali do Poznania, gdzie mieszkała kuzynka, byli tam kilka dni, a
kuzynka wcale podobno nie była zachwycona "Kierowcą". Krytykowała
wybór Iśki, twierdząc, że nie widzi w "Kierowcy" żadnych zalet, no może
tylko jest dość przystojny.
W miesiąc pózniej kuzynka Isi zatelefonowała do niej i poinformowała, że
ona i pan "Kierowca" zostali parą i zaraz po rozwodzie, który lada dzień
będzie orzeczony, wezmą ślub.
Już nic z tego nie rozumiałam - nagle ta kuzynka zobaczyła jakieś walory
ukryte? Kiedy? I jakie? Isia chyba też nie mogła tego pojąć.
Doszłyśmy do wniosku, że Isia faktycznie ma jakiegoś pecha do facetów.
Isia już nawet nie dociekała skąd ta nagła miłość- miała wszystkiego dość.
W smutku pocieszał ją "obiecujący reżyser", oczywiście bezpłciowo.
Zdesperowana Isia postarała się o pracę w centrali handlu zagranicznego delegującej ludzi na zbiorowe kontrakty.
W trzy miesiące pózniej wyjechała. Miałyśmy teraz dość luzny kontakt,
a gdy po roku przyjechała "na chwilę" służbowo do Polski nie udało się
nam spotkać, skończyło się na kontakcie telefonicznym.
Powiedziała mi, że ma nowego faceta, że zaraz po
ukończeniu kontraktu wezmą ślub.
A na najbliższe święta przyjedzie do niej jej mama by poznać
tego jej wybrańca. I nie był to ani rozwodnik ani "homo-niewiadomo".
W pół roku pózniej zadzwoniła do mnie szefowa działu kadr centrali,
w której pracowała Isia.
Zadzwoniła, bo wiedziała, że się przyjazniłyśmy. Isia i jej narzeczony zginęli
w wypadku samochodowym. Zginęli jadąc po Isi mamę, która właśnie
przyleciała do nich na święta.
Isia żyła jeszcze kilka godzin, jej narzeczony zginął na miejscu.
A ja od tego czasu bardzo nie lubię Iraku.
środa, 6 stycznia 2016
Motylek , cz.II
W dniu rozpoczęcia letnich Igrzysk Olimpijskich, tuż po zamknięciu
uroczystości inauguracyjnej, którą to oczywiście oglądaliśmy razem
z Motylkiem, moje maleństwo postanowiło, że ma mnie dość i postanowiło
natychmiast się wydostać. Nic dziwnego, wg wyliczeń mego lekarza
następnego dnia miałam wyznaczony termin rozwiązania.
Dziecię wdało się w mamę i było uosobieniem punktualności.
Chwyciłam w rękę torbę z rzeczami dla dziecka i dla mnie, mąż z Motylkiem
zdenerwowani tak, jalkby to oni mieli rodzić, wpakowali mnie do samochodu
Motylka, bo był większy i powiezli do rejonowego szpitala.
Nad ranem o 5,15 , po koszmarnym porodzie , dzwięk wysokiego "C"
oznajmił przyjście na świat córeczki. Cztery dni pózniej ekipa męska przyjechała odebrać nas ze szpitala. Wracałam oczywiście samochodem
Motylka, fotel obok kierowcy był rozłożony a na nim leżałam ja, niczym
umarlak. Na tylnym siedzeniu mąż trzymał nasze zawiniątko.
Dobrze, że do pokonania było zaledwie 6 km i że po drodze nie zatrzymał
nas żaden milicjant, bo zapewne Motylek dostałby mandat.
Jakoś przeżyłam te pierwsze trzy tygodnie w domu z mężem, Olimpiadą, brakiem pokarmu, wizytami mądrzącej się mojej matki, obecnością
podekscytowanego Motylka i wrzaskiem wiecznie głodnej małej.
Po trzech tygodniach mąż wyniósł się do pracy, ja zlikwidowałam operację
o nazwie prasowanie pieluch i wreszcie nieco doszłam do siebie.
Po sześciu tygodniach sytuacja została całkowicie opanowana, dziecko wylądowało na butelce i wreszcie mogło stać się normalnym niemowlakiem, który dużo spał, mało czuwał.
Mąż, który b. często musiał wyjeżdżać służbowo na tydzień lub dłużej, bez
żadnych skrupułów zostawił mnie pod opieką Motylka. Opieka polegała
głównie na pomocy przy kąpieli, czyli nalaniu wody do wanienki oraz jej
wylanie po kąpieli. Motylek na etacie kąpielowego świetnie się sprawiał,
poza tym co drugi dzień zawoził mnie z dzieckiem do lasu pomiędzy
karmieniami. Pierwszy rok życia małej minął b. szybko a Motylek w tym
czasie nawiązał kontakt z tą dziewczyną którą poznał za Odrą.
Nawet zdobył się na przyprowadzenie jej do nas.
Była ze dwa lata młodsza od Motylka, delikatna, zrównoważona i bardzo sympatyczna. I, co mnie nieco śmieszyło, wpatrywała się w Motylka
niczym w obraz, choć jak dla mnie, Motylek był wątpliwej urody.
No a gdy moje dziecko wyciągnęło do niej swe pulchne łapiny, Motylek
uznał, że to super dziewczyna jest.
Bo moje dziecko bardzo marnie tolerowało obce osoby. Przeważnie każdą
obcą osobę witała rykiem.
"Zaodrzanka" była w Polsce krótko, bo znów pracowała u naszych
sąsiadów. Okazało się, że kilka lat wcześniej jej rodzona siostra wyszła
za mąż za Niemca i Zaodrzanka bywała b. często u siostry, a teraz to
nawet miała załatwioną legalną pracę i długą wizę pobytową.
Motylek znów mnie zaskoczył, bo za jakiś czas zatelefonował do mnie
i poinformował, że....ożenił się z Zaodrzanką, która lada dzień wróci do
Polski.
Pogratulowałam, ba, nawet ucieszyłam się, że teraz Motylek będzie
miał komu głowę zawracać swoimi zmartwieniami.
Ponad rok Motylek nie zawracał mi głowy swymi sprawami i nagle, Deus
ex Machina, zatelefonował, że lada dzień zostanie ojcem i jednocześnie
rozwodnikiem.
Nic z tego nie mogłam zrozumieć. Dość długo mi tłumaczył, że ten rozwód
jest rozwodem czysto taktycznym, bo Zaodrzanka dostała wreszcie mieszkanie i żeby go nie stracić, bo zgodnie z przepisami
jedna rodzina nie ma prawa posiadania dwóch mieszkań, oni się rozwodzą.
No a potem, jeśli przepisy się zmienią, lub gdy dziecko dorośnie to oni się przecież znów mogą pobrać, a mieszkanie będzie dla dziecka.
Wzruszyłam tylko ramionami, bo nigdy nie miałam zmysłu do kombinowania,
w przeciwieństwie do Motylka.
Motylek został ojcem, mieszkanie Zaodrzanka odebrała i wynajęła komuś
na dwa lata.
Motylek nagle stwierdził, że ogromnie wzrosły wydatki a kasa pusta, więc
zostawił Zaodrzankę wraz z dzieckiem w Polsce a sam pojechał znów
"na saksy".
I znów miałam spokój, Motylek harował za Odrą, Zaodrzanka nie
potrzebowała żadnej pomocy, a jako "samotna matka" oddała dziecko
do żłobka a sama ruszyła do pracy. Oczywiście znała do nas telefon,
Motylek przykazał jej, że gdyby miała jakieś kłopoty to ma nas o tym
informować, a my zawsze jakoś jej pomożemy, ale Zaodrzanka świetnie radziła sobie sama.
Gdy dziecko Motylka osiagnęło wiek przedszkolny powrócił do Polski
Motylek. Teraz, pomimo protestów Motylka Zaodrzanka wybrała się do
siostry, zostawiając malca pod opieką taty.
No i co pierwsze zrobił? -zatelefonował do mnie żaląc się na Zaodrzankę.
Byłam okrutna i powiedziałam, że wg prawa ona jest stanu wolnego,
więc może robić co się jej tylko zamarzy. Było się nie rozwodzić.
Motylek pomarudził, w końcu dotarło do niego, że mam rację.
W kilka tygodni pózniej znów zatelefonował. Prosił byśmy w najbliższą
niedzielę wpadli do niego na obiad, oczywiście z małą.
Byłam niemal pewna, że zapewne wezwał na pomoc swą mamę i stąd
to zaproszenie na obiad. Nawet się ucieszyłam, bo jego mama naprawdę
była bardzo miła.
Ale to nie mama Motylka ugotowała niedzielny obiad ale jego sąsiadka
z tego samego bloku.
Sąsiadka była właśnie w trakcie rozwodu i doświadczony w tej materii
Motylek udzielał jej światłych porad. Poza tym sąsiadka miała córeczkę
tylko nieco starszą od synka Motylka i dzieci świetnie się dogadywały.
Obejrzałam sobie panią sąsiadkę, stwierdziłam tylko, że nawet fajna
z niej babka, choc talentem kulinarnym nie grzeszy, ale to nie mnie miała
gotować obiady.
Czas płynął, Zaodrzanka wróciła z Niemiec, zabrała dziecko, Motylek
rozwiódł sąsiadkę, która teraz zamieszkała u niego, czekając na podział
swego dotychczasowego mieszkania.
Sąsiadka była naprawdę wyjątkowo cierpliwą i dobrą osobą. Ilekroć
Zaodrzanka wyjeżdżała, Sąsiadka zajmowała się pozostawionym dzieckiem.
Zajmowała się również dzieckiem Motylka z jego pierwszego związku.
Ze stoickim spokojem organizowała święta rodzinne, na których bywały
obie byłe żony Motylka, jego cała rodzina i.....jej były mąż. Motylek
uwielbiał te spotkania i budował w granicach Warszawy duży dom,
odpowiedni do goszczenia całej ferajny.
Po wielu latach dom był wreszcie gotów, a Motylek szczęśliwy. Co do
szczęścia innych domowników i reszty rodziny - nie wiedziałam.
W każdym razie Motylek nie dzwonił do nas, my do niego też nie. Byłam
pewna, że wszystko jest wspaniale i radośnie, bo Motylek głównie wtedy
dzwonił, gdy coś było kiepsko- dla niego.
I nagle, w końcu minionego roku Motylek "przemówił", prosząc byśmy przyjechali do niego, koniecznie.
Pojechaliśmy - omal nie zemdlałam na jego widok.
Wszyscy już nie jesteśmy młodzi i uroda jakoś z nas wyparowała, ale
widok Motylka mnie poraził.
Stał przed mną bezzębny, łysy starzec, bliski płaczu z radości, że przyjechaliśmy.
W wielkim domu, który miał być wiecznie pełen rodziny nie było nikogo.
Motylek mieszkał sam, bo Sąsiadka, z którą się ożenił i z którą również
miał dziecko, porzuciła go, twierdząc, że nie jest w stanie nim wytrzymać.
Córka z pierwszego związku bywała tu, ale sporadycznie. Syn, który
był ze związku z Zaodrzanką oświadczył, że nie ma zamiaru utrzymywać
z ojcem kontaktów i woli nadal być z matką.
Córka sąsiadki z jej pierwszego małżeństwa, którą więcej się zajmował
Motylek niż jej własny ojciec, wyprowadziła się gdy tylko osiagnęła
pełnoletność, sięgając jedynie systematycznie do kieszeni Motylka.
Dziecko wspólne Sąsiadki i Motylka też nie przepadało za własnym ojcem
i też tylko wtedy bywała, gdy potrzebowała pieniędzy.
Usiłowałam dociec co się stało - okazało się,że wszystkie animozje wynikły wtedy, gdy Motylek postanowił spisać testament.
Pomimo dość długich wyjaśnień nie mogłam się nijak rozeznać o co rzecz
poszła.
Na koniec naszej wizyty zapytałam się tylko, Motylka, czy warto było
tak skakać z kwiatka na kwiatek.
Motylek zwiesił łysą głowę i po chwili milczenia wyszeptał - nie, nie warto
było.
Wróciliśmy do domu naprawdę smutni, w końcu kawałek życia byliśmy
z nim blisko.
Koniec
uroczystości inauguracyjnej, którą to oczywiście oglądaliśmy razem
z Motylkiem, moje maleństwo postanowiło, że ma mnie dość i postanowiło
natychmiast się wydostać. Nic dziwnego, wg wyliczeń mego lekarza
następnego dnia miałam wyznaczony termin rozwiązania.
Dziecię wdało się w mamę i było uosobieniem punktualności.
Chwyciłam w rękę torbę z rzeczami dla dziecka i dla mnie, mąż z Motylkiem
zdenerwowani tak, jalkby to oni mieli rodzić, wpakowali mnie do samochodu
Motylka, bo był większy i powiezli do rejonowego szpitala.
Nad ranem o 5,15 , po koszmarnym porodzie , dzwięk wysokiego "C"
oznajmił przyjście na świat córeczki. Cztery dni pózniej ekipa męska przyjechała odebrać nas ze szpitala. Wracałam oczywiście samochodem
Motylka, fotel obok kierowcy był rozłożony a na nim leżałam ja, niczym
umarlak. Na tylnym siedzeniu mąż trzymał nasze zawiniątko.
Dobrze, że do pokonania było zaledwie 6 km i że po drodze nie zatrzymał
nas żaden milicjant, bo zapewne Motylek dostałby mandat.
Jakoś przeżyłam te pierwsze trzy tygodnie w domu z mężem, Olimpiadą, brakiem pokarmu, wizytami mądrzącej się mojej matki, obecnością
podekscytowanego Motylka i wrzaskiem wiecznie głodnej małej.
Po trzech tygodniach mąż wyniósł się do pracy, ja zlikwidowałam operację
o nazwie prasowanie pieluch i wreszcie nieco doszłam do siebie.
Po sześciu tygodniach sytuacja została całkowicie opanowana, dziecko wylądowało na butelce i wreszcie mogło stać się normalnym niemowlakiem, który dużo spał, mało czuwał.
Mąż, który b. często musiał wyjeżdżać służbowo na tydzień lub dłużej, bez
żadnych skrupułów zostawił mnie pod opieką Motylka. Opieka polegała
głównie na pomocy przy kąpieli, czyli nalaniu wody do wanienki oraz jej
wylanie po kąpieli. Motylek na etacie kąpielowego świetnie się sprawiał,
poza tym co drugi dzień zawoził mnie z dzieckiem do lasu pomiędzy
karmieniami. Pierwszy rok życia małej minął b. szybko a Motylek w tym
czasie nawiązał kontakt z tą dziewczyną którą poznał za Odrą.
Nawet zdobył się na przyprowadzenie jej do nas.
Była ze dwa lata młodsza od Motylka, delikatna, zrównoważona i bardzo sympatyczna. I, co mnie nieco śmieszyło, wpatrywała się w Motylka
niczym w obraz, choć jak dla mnie, Motylek był wątpliwej urody.
No a gdy moje dziecko wyciągnęło do niej swe pulchne łapiny, Motylek
uznał, że to super dziewczyna jest.
Bo moje dziecko bardzo marnie tolerowało obce osoby. Przeważnie każdą
obcą osobę witała rykiem.
"Zaodrzanka" była w Polsce krótko, bo znów pracowała u naszych
sąsiadów. Okazało się, że kilka lat wcześniej jej rodzona siostra wyszła
za mąż za Niemca i Zaodrzanka bywała b. często u siostry, a teraz to
nawet miała załatwioną legalną pracę i długą wizę pobytową.
Motylek znów mnie zaskoczył, bo za jakiś czas zatelefonował do mnie
i poinformował, że....ożenił się z Zaodrzanką, która lada dzień wróci do
Polski.
Pogratulowałam, ba, nawet ucieszyłam się, że teraz Motylek będzie
miał komu głowę zawracać swoimi zmartwieniami.
Ponad rok Motylek nie zawracał mi głowy swymi sprawami i nagle, Deus
ex Machina, zatelefonował, że lada dzień zostanie ojcem i jednocześnie
rozwodnikiem.
Nic z tego nie mogłam zrozumieć. Dość długo mi tłumaczył, że ten rozwód
jest rozwodem czysto taktycznym, bo Zaodrzanka dostała wreszcie mieszkanie i żeby go nie stracić, bo zgodnie z przepisami
jedna rodzina nie ma prawa posiadania dwóch mieszkań, oni się rozwodzą.
No a potem, jeśli przepisy się zmienią, lub gdy dziecko dorośnie to oni się przecież znów mogą pobrać, a mieszkanie będzie dla dziecka.
Wzruszyłam tylko ramionami, bo nigdy nie miałam zmysłu do kombinowania,
w przeciwieństwie do Motylka.
Motylek został ojcem, mieszkanie Zaodrzanka odebrała i wynajęła komuś
na dwa lata.
Motylek nagle stwierdził, że ogromnie wzrosły wydatki a kasa pusta, więc
zostawił Zaodrzankę wraz z dzieckiem w Polsce a sam pojechał znów
"na saksy".
I znów miałam spokój, Motylek harował za Odrą, Zaodrzanka nie
potrzebowała żadnej pomocy, a jako "samotna matka" oddała dziecko
do żłobka a sama ruszyła do pracy. Oczywiście znała do nas telefon,
Motylek przykazał jej, że gdyby miała jakieś kłopoty to ma nas o tym
informować, a my zawsze jakoś jej pomożemy, ale Zaodrzanka świetnie radziła sobie sama.
Gdy dziecko Motylka osiagnęło wiek przedszkolny powrócił do Polski
Motylek. Teraz, pomimo protestów Motylka Zaodrzanka wybrała się do
siostry, zostawiając malca pod opieką taty.
No i co pierwsze zrobił? -zatelefonował do mnie żaląc się na Zaodrzankę.
Byłam okrutna i powiedziałam, że wg prawa ona jest stanu wolnego,
więc może robić co się jej tylko zamarzy. Było się nie rozwodzić.
Motylek pomarudził, w końcu dotarło do niego, że mam rację.
W kilka tygodni pózniej znów zatelefonował. Prosił byśmy w najbliższą
niedzielę wpadli do niego na obiad, oczywiście z małą.
Byłam niemal pewna, że zapewne wezwał na pomoc swą mamę i stąd
to zaproszenie na obiad. Nawet się ucieszyłam, bo jego mama naprawdę
była bardzo miła.
Ale to nie mama Motylka ugotowała niedzielny obiad ale jego sąsiadka
z tego samego bloku.
Sąsiadka była właśnie w trakcie rozwodu i doświadczony w tej materii
Motylek udzielał jej światłych porad. Poza tym sąsiadka miała córeczkę
tylko nieco starszą od synka Motylka i dzieci świetnie się dogadywały.
Obejrzałam sobie panią sąsiadkę, stwierdziłam tylko, że nawet fajna
z niej babka, choc talentem kulinarnym nie grzeszy, ale to nie mnie miała
gotować obiady.
Czas płynął, Zaodrzanka wróciła z Niemiec, zabrała dziecko, Motylek
rozwiódł sąsiadkę, która teraz zamieszkała u niego, czekając na podział
swego dotychczasowego mieszkania.
Sąsiadka była naprawdę wyjątkowo cierpliwą i dobrą osobą. Ilekroć
Zaodrzanka wyjeżdżała, Sąsiadka zajmowała się pozostawionym dzieckiem.
Zajmowała się również dzieckiem Motylka z jego pierwszego związku.
Ze stoickim spokojem organizowała święta rodzinne, na których bywały
obie byłe żony Motylka, jego cała rodzina i.....jej były mąż. Motylek
uwielbiał te spotkania i budował w granicach Warszawy duży dom,
odpowiedni do goszczenia całej ferajny.
Po wielu latach dom był wreszcie gotów, a Motylek szczęśliwy. Co do
szczęścia innych domowników i reszty rodziny - nie wiedziałam.
W każdym razie Motylek nie dzwonił do nas, my do niego też nie. Byłam
pewna, że wszystko jest wspaniale i radośnie, bo Motylek głównie wtedy
dzwonił, gdy coś było kiepsko- dla niego.
I nagle, w końcu minionego roku Motylek "przemówił", prosząc byśmy przyjechali do niego, koniecznie.
Pojechaliśmy - omal nie zemdlałam na jego widok.
Wszyscy już nie jesteśmy młodzi i uroda jakoś z nas wyparowała, ale
widok Motylka mnie poraził.
Stał przed mną bezzębny, łysy starzec, bliski płaczu z radości, że przyjechaliśmy.
W wielkim domu, który miał być wiecznie pełen rodziny nie było nikogo.
Motylek mieszkał sam, bo Sąsiadka, z którą się ożenił i z którą również
miał dziecko, porzuciła go, twierdząc, że nie jest w stanie nim wytrzymać.
Córka z pierwszego związku bywała tu, ale sporadycznie. Syn, który
był ze związku z Zaodrzanką oświadczył, że nie ma zamiaru utrzymywać
z ojcem kontaktów i woli nadal być z matką.
Córka sąsiadki z jej pierwszego małżeństwa, którą więcej się zajmował
Motylek niż jej własny ojciec, wyprowadziła się gdy tylko osiagnęła
pełnoletność, sięgając jedynie systematycznie do kieszeni Motylka.
Dziecko wspólne Sąsiadki i Motylka też nie przepadało za własnym ojcem
i też tylko wtedy bywała, gdy potrzebowała pieniędzy.
Usiłowałam dociec co się stało - okazało się,że wszystkie animozje wynikły wtedy, gdy Motylek postanowił spisać testament.
Pomimo dość długich wyjaśnień nie mogłam się nijak rozeznać o co rzecz
poszła.
Na koniec naszej wizyty zapytałam się tylko, Motylka, czy warto było
tak skakać z kwiatka na kwiatek.
Motylek zwiesił łysą głowę i po chwili milczenia wyszeptał - nie, nie warto
było.
Wróciliśmy do domu naprawdę smutni, w końcu kawałek życia byliśmy
z nim blisko.
Koniec
Motylek
Motylka znam już ponad czterdzieści lat.
Pewnego dnia drzwi mojego pokoju w biurze otworzyły się gwałtownie i
w progu stanął nieznany mi mężczyzna.
Miał bardzo niebieskie oczy, blond włosy zdradzające chęć opuszczenia
głowy, na której rosły w dziwnym nieładzie, wyglądał na 185 cm wzrostu
a jego sylwetka zdradzała,że facet ma zbyt mało ruchu a ciut za dużo je.
Nieznajomy uśmiechnął się do mnie niemal dziecięcym,szczerym uśmiechem,
przedstawił się dwojgiem imion i nazwiskiem i poinformował mnie, że to mój
własny mąż go do mnie przysłał i on w takim razie jest do mojej dyspozycji.
Nie napiszę, co sobie o tym facecie pomyślałam, w każdym razie zapewniam, że nie było to coś miłego, za to raczej należało do określeń pejoratywnych.
Chwyciłam za słuchawkę telefonu, wykręciłam numer swego ślubnego i zapytałam co mój drogi mąż miał na myśli przysyłając do mnie tego faceta.
Miałam strasznie dużo pracy, bo byłam odpowiedzialna za organizację
pobytu w naszej placówce ok. trzydziestu osób na ważnych badaniach
międzynarodowych pewnego sprzętu elektronicznego.
I tak miałam szczęście, bo wszyscy byli jednej płci, czyli męskiej, więc
w dobie, gdy znalezienie hotelu było niemal sprawą cudu, mogłam bez obaw zamawiać pokoje dwuosobowe.
Oczywiście naiwnie wyobraziłam sobie, że uda mi się wszystkich umieścić
w jednym ewentualnie dwóch hotelach, ale szybko wyprowadzono mnie
z tego błędu.
Udało mi się ich umieścić w czterech hotelach, z tym że jeden był
na drugim brzegu rzeki.
Ślubny mi wyjaśnił, że ów blondyn to facet z Instytutu i też będzie brał
udział w badaniach i że może mi sporo pomóc, bo dysponuje czasem i samochodem.
I rzeczywiście naprawdę bardzo i pomógł i z czasem awansował na mojego
niemal przyjaciela.
Ksywka Motylek przylgnęła do niego po jakimś czasie, gdy bliżej go poznałam.
W chwili gdy go poznałam Motylek był w trakcie rozpadu małżeństwa.
Okazało się, że aktualna pani Motylkowa nadużywała płynów wysokoprocentowych.
Poza tym Motylek twierdził, że był przymusowym ochotnikiem, bo go oszukała twierdząc, że jest zabezpieczona , a nie była i następstwem wiadomych działań była nieplanowana ciąża.
Motylek ogólnie biorąc prosięciem nie był (tylko naiwniakiem), więc wzięli
ślub.
Pani Motylkowa właśnie skończyła 3-letni urlop wychowawczy i trafiła do
pracy, gdzie całe towarzystwo ostro tankowało i dość szybko pogłębiła ten swój brzydki nałóg. Dzieckiem zajmowała się głównie jej matka wraz ze
starutką babcią .
Motylek wyprowadził się z domu (mieszkali u jej rodziców) i czekał na mieszkanie.
Czekanie na mieszkanie umilał sobie stałymi wizytami u nas-w pewnym
sensie stał się jakby fragmentem naszego mieszkania.
Motylek woził mnie na zakupy, jadł potulnie wszystko co ugotowałam,
czuł się nawet w obowiązku dokładać się finansowo do zakupów i zawsze
grzeczniutko zmywał po obiedzie.
W międzyczasie rozwodził się z żoną, chcąc za wszelką cenę by opiekę
nad dzieckiem przyznano jemu, a nie matce -alkoholiczce.
Ale sąd był zdania, że skoro tak naprawdę dzieckiem zajmuje się jego
teściowa, to lepiej będzie dla dziecka gdy zostanie przy matce, bo jeszcze małe jest.
Po niemal dwóch latach sprawa została ostatecznie zakończona i rozwód
stał się faktem dokonanym. Dziecko pozostało u matki.
Przez ten czas poznaliśmy rodziców Motylka, jego dwóch braci, jezdziliśmy
do nich na działkę, a jego matka była ogromnie wdzięczna nam obojgu, że
Motylek ma wreszcie jakichś porządnych przyjaciół.
Mniej więcej w rok pózniej Motylek doczekał się wreszcie własnego "M".
Mieszkanie było typu własnościowego, a nie lokatorskiego, a więc drogie
i Motylek postanowił wyjechać do pracy na Zachód, by zarobić na meble.
Praca była oczywiście "na czarno".
Motylek mieszkał na campingu we własnej przyczepie rodem z Niewiadowa
i skrupulatnie ciułał pieniądze na meble do nowego mieszkania.
W trakcie swego "czarnoróbstwa" spotkał pewną rodaczkę -rozwódkę,
która już rok pracowała jako pomoc domowa pewnej samotnej a dość
bogatej Niemki.
Do jej domowych obowiązków należało posprzątanie raz na tydzień
niewielkiego domku, wrzucenie rzeczy do pralki, upranie i uprasowanie ich, gotowanie i robienie zakupów.
Najtrudniejsze to było robienie zakupów, bo zatrudniająca ją osoba była na jakiejś specjalnej diecie a w najbliższym sklepie było mało pożądanego asortymentu.
Dwoje młodych rozwodników na obczyznie- nie trudno się domyśleć, że
jakoś bez trudu wpadli sobie w oko i w objęcia.
Ale Motylkowi skończyła się wiza i musiał wrócić do Polski. Jej wiza kończyła się dopiero za 6 miesięcy więc musieli się rozstać.
Motylek po tej ciężkiej pracy fizycznej stracił nadmiary centymetrów i już
nie uśmiechał się tak promiennie. Tęsknił, marudził i bez przerwy opowiadał
mi o tej nowo poznanej dziewczynie.
Aż nagle, pewnego spokojnego popołudnia Motylek wparował do nas z jakąś
siksą - rozpromieniony przedstawił ją jako Zojkę .
Trochę mnie zatkało, bo pamiętałam, że tamta poznana za Odrą dziewczyna miała zupełnie inaczej na imię.
Gdy poszłam do kuchni robić kawę, Motylek szybciutko przybiegł za mną i
nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć przeprosił mnie za najście oraz poprosił
bym oceniła Zojkę, bo on chyba jest w niej zakochany i chyba się jej
oświadczy, gdy tylko umebluje mieszkanie.
No ale jeśli ja jej nie zaakceptuję, to on się jeszcze zastanowi.
No cóż, Zojka była niezłą "lasencją", wszystko miała na miejscu a w czasie
godzinnej wizyty trudno było coś o niej powiedzieć. Coś tam studiowała, ubrana była niezle, głównie w ciuchy zagraniczne, a więc nie tanie,
mieszkała sama w wynajętej kawalerce.
Następnego dnia Motylek ścignął mnie telefonicznie i zapowiedział, że
wpadnie by się dowiedzieć co o panience myślę.
No co mogłam myśleć - kazałam mu by się dowiedział, kto płaci za to mieszkanie, kim są i gdzie mieszkają jej rodzice i czy to oni ją finansują.
Poza tym powiedziałam, żeby dał jej do zrozumienia, że mieszkanie w którym
on mieszka nie jest jego, a jego brata, który aktualnie przebywa poza krajem.
Motylkowi z lekka opadła szczęka, ale rzeczywiście zastosował się do tego co
mu powiedziałam.
Po dwóch tygodniach Zojka zaczęła mieć mało czasu na spotkania, wreszcie poinformowała go, że wyjeżdża do rodziców, nie wie kiedy wróci a gdy już
wróci, to do niego zadzwoni.
Nie zadzwoniła nigdy. Motylek nie mógł pojąć skąd wiedziałam, że to jakaś
podejrzana "partia". Śmiałam się, że po prostu mam szósty zmysł.
Wkrótce Motylek miał inne zajęcia - byłam w ciąży i musiałam bardzo uważać,
by jej nie stracić - żadnego biegania, dzwigania, sprzątania i jakiegoś
większego wysiłku.
Motylek w każdą wiosenną niedzielę wywoził nas na działkę, na której
sadzano mnie pod olbrzymią starą lipą, opatulano kocami jeśli było chłodno. Mama Motylka zabawiała mnie opowieściami o swoim macierzyństwie
(w końcu urodziła trzech chłopaków), usiłowała odgadnąć jakiej płci będzie dziecko, chodziła ze mną na spacery, podtykała mi wciąż jakieś owoce.
Poza tym pouczała mego męża, jakie to nowe obowiązki go czekają, a jego oczy robiły się coraz większe z przerażenia.
Motylek, choć był nieco naiwny w kwestii kobiet, był facetem zaradnym.
Zorganizował (tzn. wystał i kupił) dla nas pralkę automatyczną, w swym
rodzinnym mieście zakupił "kilometry" tetry na pieluchy, a jego mama
wynalazła jakąś szwaczkę, które je za niewielkie pieniądze obrębiła.
Mnie się udało kupić flanelę i własnoręcznie te pieluchy obrębiłam
kolorowym kordonkiem.
Ślubny podczas swych zagranicznych wyjazdów służbowych kompletował wyprawkę niemowlęcą wg wytycznych mamy Motylka.
Tata Motylka podbudowywał mnie wciąż swym zachwytem nad moimi
"wielkimi zdolnościami manualnymi", czyli umiejętnością robienia na drutach i szydełku.
Znajoma mamy Motylka przysłała z Francji prześliczne ubranka "uni sex".
Dziecko jeszcze nie zaistniało na świecie, a już miało więcej ciuchów niż ja.
To był ogólnie bardzo fajny okres w mym życiu- zrobiłam prawo jazdy, nabyliśmy na talon "samochód", czyli fiacika 126p i od pierwszego dnia
posiadania samochodu go prowadziłam. Umowa z mężem przewidywała, że
każde z nas musi bryczuszkę prowadzić, czyli każde z nas co drugi dzień
było kierowcą.
c.d.n.
Pewnego dnia drzwi mojego pokoju w biurze otworzyły się gwałtownie i
w progu stanął nieznany mi mężczyzna.
Miał bardzo niebieskie oczy, blond włosy zdradzające chęć opuszczenia
głowy, na której rosły w dziwnym nieładzie, wyglądał na 185 cm wzrostu
a jego sylwetka zdradzała,że facet ma zbyt mało ruchu a ciut za dużo je.
Nieznajomy uśmiechnął się do mnie niemal dziecięcym,szczerym uśmiechem,
przedstawił się dwojgiem imion i nazwiskiem i poinformował mnie, że to mój
własny mąż go do mnie przysłał i on w takim razie jest do mojej dyspozycji.
Nie napiszę, co sobie o tym facecie pomyślałam, w każdym razie zapewniam, że nie było to coś miłego, za to raczej należało do określeń pejoratywnych.
Chwyciłam za słuchawkę telefonu, wykręciłam numer swego ślubnego i zapytałam co mój drogi mąż miał na myśli przysyłając do mnie tego faceta.
Miałam strasznie dużo pracy, bo byłam odpowiedzialna za organizację
pobytu w naszej placówce ok. trzydziestu osób na ważnych badaniach
międzynarodowych pewnego sprzętu elektronicznego.
I tak miałam szczęście, bo wszyscy byli jednej płci, czyli męskiej, więc
w dobie, gdy znalezienie hotelu było niemal sprawą cudu, mogłam bez obaw zamawiać pokoje dwuosobowe.
Oczywiście naiwnie wyobraziłam sobie, że uda mi się wszystkich umieścić
w jednym ewentualnie dwóch hotelach, ale szybko wyprowadzono mnie
z tego błędu.
Udało mi się ich umieścić w czterech hotelach, z tym że jeden był
na drugim brzegu rzeki.
Ślubny mi wyjaśnił, że ów blondyn to facet z Instytutu i też będzie brał
udział w badaniach i że może mi sporo pomóc, bo dysponuje czasem i samochodem.
I rzeczywiście naprawdę bardzo i pomógł i z czasem awansował na mojego
niemal przyjaciela.
Ksywka Motylek przylgnęła do niego po jakimś czasie, gdy bliżej go poznałam.
W chwili gdy go poznałam Motylek był w trakcie rozpadu małżeństwa.
Okazało się, że aktualna pani Motylkowa nadużywała płynów wysokoprocentowych.
Poza tym Motylek twierdził, że był przymusowym ochotnikiem, bo go oszukała twierdząc, że jest zabezpieczona , a nie była i następstwem wiadomych działań była nieplanowana ciąża.
Motylek ogólnie biorąc prosięciem nie był (tylko naiwniakiem), więc wzięli
ślub.
Pani Motylkowa właśnie skończyła 3-letni urlop wychowawczy i trafiła do
pracy, gdzie całe towarzystwo ostro tankowało i dość szybko pogłębiła ten swój brzydki nałóg. Dzieckiem zajmowała się głównie jej matka wraz ze
starutką babcią .
Motylek wyprowadził się z domu (mieszkali u jej rodziców) i czekał na mieszkanie.
Czekanie na mieszkanie umilał sobie stałymi wizytami u nas-w pewnym
sensie stał się jakby fragmentem naszego mieszkania.
Motylek woził mnie na zakupy, jadł potulnie wszystko co ugotowałam,
czuł się nawet w obowiązku dokładać się finansowo do zakupów i zawsze
grzeczniutko zmywał po obiedzie.
W międzyczasie rozwodził się z żoną, chcąc za wszelką cenę by opiekę
nad dzieckiem przyznano jemu, a nie matce -alkoholiczce.
Ale sąd był zdania, że skoro tak naprawdę dzieckiem zajmuje się jego
teściowa, to lepiej będzie dla dziecka gdy zostanie przy matce, bo jeszcze małe jest.
Po niemal dwóch latach sprawa została ostatecznie zakończona i rozwód
stał się faktem dokonanym. Dziecko pozostało u matki.
Przez ten czas poznaliśmy rodziców Motylka, jego dwóch braci, jezdziliśmy
do nich na działkę, a jego matka była ogromnie wdzięczna nam obojgu, że
Motylek ma wreszcie jakichś porządnych przyjaciół.
Mniej więcej w rok pózniej Motylek doczekał się wreszcie własnego "M".
Mieszkanie było typu własnościowego, a nie lokatorskiego, a więc drogie
i Motylek postanowił wyjechać do pracy na Zachód, by zarobić na meble.
Praca była oczywiście "na czarno".
Motylek mieszkał na campingu we własnej przyczepie rodem z Niewiadowa
i skrupulatnie ciułał pieniądze na meble do nowego mieszkania.
W trakcie swego "czarnoróbstwa" spotkał pewną rodaczkę -rozwódkę,
która już rok pracowała jako pomoc domowa pewnej samotnej a dość
bogatej Niemki.
Do jej domowych obowiązków należało posprzątanie raz na tydzień
niewielkiego domku, wrzucenie rzeczy do pralki, upranie i uprasowanie ich, gotowanie i robienie zakupów.
Najtrudniejsze to było robienie zakupów, bo zatrudniająca ją osoba była na jakiejś specjalnej diecie a w najbliższym sklepie było mało pożądanego asortymentu.
Dwoje młodych rozwodników na obczyznie- nie trudno się domyśleć, że
jakoś bez trudu wpadli sobie w oko i w objęcia.
Ale Motylkowi skończyła się wiza i musiał wrócić do Polski. Jej wiza kończyła się dopiero za 6 miesięcy więc musieli się rozstać.
Motylek po tej ciężkiej pracy fizycznej stracił nadmiary centymetrów i już
nie uśmiechał się tak promiennie. Tęsknił, marudził i bez przerwy opowiadał
mi o tej nowo poznanej dziewczynie.
Aż nagle, pewnego spokojnego popołudnia Motylek wparował do nas z jakąś
siksą - rozpromieniony przedstawił ją jako Zojkę .
Trochę mnie zatkało, bo pamiętałam, że tamta poznana za Odrą dziewczyna miała zupełnie inaczej na imię.
Gdy poszłam do kuchni robić kawę, Motylek szybciutko przybiegł za mną i
nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć przeprosił mnie za najście oraz poprosił
bym oceniła Zojkę, bo on chyba jest w niej zakochany i chyba się jej
oświadczy, gdy tylko umebluje mieszkanie.
No ale jeśli ja jej nie zaakceptuję, to on się jeszcze zastanowi.
No cóż, Zojka była niezłą "lasencją", wszystko miała na miejscu a w czasie
godzinnej wizyty trudno było coś o niej powiedzieć. Coś tam studiowała, ubrana była niezle, głównie w ciuchy zagraniczne, a więc nie tanie,
mieszkała sama w wynajętej kawalerce.
Następnego dnia Motylek ścignął mnie telefonicznie i zapowiedział, że
wpadnie by się dowiedzieć co o panience myślę.
No co mogłam myśleć - kazałam mu by się dowiedział, kto płaci za to mieszkanie, kim są i gdzie mieszkają jej rodzice i czy to oni ją finansują.
Poza tym powiedziałam, żeby dał jej do zrozumienia, że mieszkanie w którym
on mieszka nie jest jego, a jego brata, który aktualnie przebywa poza krajem.
Motylkowi z lekka opadła szczęka, ale rzeczywiście zastosował się do tego co
mu powiedziałam.
Po dwóch tygodniach Zojka zaczęła mieć mało czasu na spotkania, wreszcie poinformowała go, że wyjeżdża do rodziców, nie wie kiedy wróci a gdy już
wróci, to do niego zadzwoni.
Nie zadzwoniła nigdy. Motylek nie mógł pojąć skąd wiedziałam, że to jakaś
podejrzana "partia". Śmiałam się, że po prostu mam szósty zmysł.
Wkrótce Motylek miał inne zajęcia - byłam w ciąży i musiałam bardzo uważać,
by jej nie stracić - żadnego biegania, dzwigania, sprzątania i jakiegoś
większego wysiłku.
Motylek w każdą wiosenną niedzielę wywoził nas na działkę, na której
sadzano mnie pod olbrzymią starą lipą, opatulano kocami jeśli było chłodno. Mama Motylka zabawiała mnie opowieściami o swoim macierzyństwie
(w końcu urodziła trzech chłopaków), usiłowała odgadnąć jakiej płci będzie dziecko, chodziła ze mną na spacery, podtykała mi wciąż jakieś owoce.
Poza tym pouczała mego męża, jakie to nowe obowiązki go czekają, a jego oczy robiły się coraz większe z przerażenia.
Motylek, choć był nieco naiwny w kwestii kobiet, był facetem zaradnym.
Zorganizował (tzn. wystał i kupił) dla nas pralkę automatyczną, w swym
rodzinnym mieście zakupił "kilometry" tetry na pieluchy, a jego mama
wynalazła jakąś szwaczkę, które je za niewielkie pieniądze obrębiła.
Mnie się udało kupić flanelę i własnoręcznie te pieluchy obrębiłam
kolorowym kordonkiem.
Ślubny podczas swych zagranicznych wyjazdów służbowych kompletował wyprawkę niemowlęcą wg wytycznych mamy Motylka.
Tata Motylka podbudowywał mnie wciąż swym zachwytem nad moimi
"wielkimi zdolnościami manualnymi", czyli umiejętnością robienia na drutach i szydełku.
Znajoma mamy Motylka przysłała z Francji prześliczne ubranka "uni sex".
Dziecko jeszcze nie zaistniało na świecie, a już miało więcej ciuchów niż ja.
To był ogólnie bardzo fajny okres w mym życiu- zrobiłam prawo jazdy, nabyliśmy na talon "samochód", czyli fiacika 126p i od pierwszego dnia
posiadania samochodu go prowadziłam. Umowa z mężem przewidywała, że
każde z nas musi bryczuszkę prowadzić, czyli każde z nas co drugi dzień
było kierowcą.
c.d.n.
sobota, 15 sierpnia 2015
Wenecja - cz.II
W dwa dni pózniej znów ruszyliśmy do Wenecji.
I, choć to może śmieszne, tym razem tak samo reagowałam na wyłaniającą
się Wenecję.
Przez moment zastanawialiśmy się czy aby nie pójść po raz drugi do
Pałacu Dożów, ale zwyciężył mój sposób zwiedzania- przy tej łatwości
zdobywania informacji zawsze znajdę film dokumentalny o tym obiekcie
lub poczytam w bardziej szczegółowym przewodniku.
Ale żaden przewodnik ani film nie zastąpi mi kontaktu osobistego z tym miastem - czyli tego, co nam przedstawiają nasz zmysły.
Chcąc poznać miasto trzeba w nim choć trochę pobyć- chłonąc zapachy,
nasłuchując jego dzwięków, dotykając murów, włócząc się niekoniecznie
najelegantszymi ulicami, wchodząc do sklepów, targując się przy małych
kramach, próbując miejscowych przysmaków. Dla mnie ten sposób
poznawania miasta jest ważniejszy niż zwiedzanie znanych zabytków,
za co większość moich wyedukowanych znajomych surowo mnie potępia.
Poza tym czasem lepiej mniej zwiedzić, a zajrzeć trochę pod podszewkę.
Szukając małego parku, o którym czytałam w przewodniku, trafiliśmy
na wystawę rzezb Canovy. Na nasze szczęście nie miała zbytniego
powodzenia wśród turystów, więc w spokoju mogłam się rozkoszować
pięknem tych dzieł.
Przy okazji zrobiłam rzecz naganną -dotknęłam delikatnie, grzbietem dłoni
tyłu jednej z rzezb- ten alabaster przyciągał mnie niesłychanie i wierzcie
mi, był cudowny w dotyku, taki jak najdelikatniejsza porcelana.
Zawsze zachwycała mnie rzezba i zazdrościłam rzezbiarzom, że tak
oporny materiał jak kamień potrafią zmienić np. w głowę człowieka,
oddając jednocześnie pełne podobieństwo do modelu i jego uczucia.
Tego maleńkiego parku nie znalezliśmy, ale za to trafiliśmy na wystawę
rysunków i szkiców Picassa.
Po raz pierwszy z ręką na sercu mogłam powiedzieć, że te jego prace
bardzo mi się podobały. No cóż, mimo wszystko wolę gdy namalowana
czy też narysowana osoba ma wszystkie części swego ciała na tym
miejscu, które jej natura dała.
Ruszyliśmy w stronę Wielkiego Kanału zupełnie niereprezentacyjnymi
uliczkami.Były wąziutkie, miejscami tynki odsłaniały stare, wykruszone
cegły, w wielu miejscach pyszniły swą zgniłą zieleń duże zacieki pleśni.
Patrząc w górę na budynki, miałam nieodparte wrażenie, że są one już
dawno niezamieszkane.
W pewnej chwili, w przerwie między domami znalezliśmy targ rybny.
Oczywiście musieliśmy po nim nieco pokrążyć. Ryb było mnóstwo ale
zupełnie nie mam pojęcia co to były za ryby.Największym powodzeniem
wśród kupujących cieszyły się małże, które z grzechotem skorupek
lądowały w szarych, mocnych papierowych torbach.
No tak ,małże jadam tylko wędzone i zapuszkowane w oleju. A te
świeże zupełnie mnie nie rajcowały.
Ale paskudztwa tu mają- podsumowały dziewczyny zaopatrzenie
targu.
Jeszcze trochę krążyliśmy po ciasnych, cichych uliczkach, z których
wiało smutkiem miasta, które już wie, że czeka je zagłada- wszędzie
pyszniły się zielone zacieki, odpadały tynki. W wielu miejscach uliczki
były przecięte wąskimi kanałami. Co dziwne,chociaż woda była mętna
nie było czuć stęchlizny ani jakiegoś zapachu z tej gamy.
Wąskie bramy domów w wielu miejscach niemal dotykały wody.
Przyszło mi na myśl, że gdy woda się podniesie to mieszkańcy będą
chyba wchodzili do domu oknem, lub wpływali gondolą na klatkę
schodową. Smutek totalny.
Gdy wyszliśmy nad Wielki Kanał, to tak jakby wejść w inny świat -
świat wielobarwny, ruchliwy.
Zamarzyła nam się przejażdżka wodnym tramwajem.
Wielki Kanał jest główną arterią komunikacyjną miasta, a ma tylko,
3,8 km długości.
Ale to tu właśnie stoją najpiękniejsze budynki - pałace, których
w Wenecji jest około setki i kościoły, w których nadal wiszą
dzieła mistrzów. Część pałaców stanowi nadal własność prywatną,
niektóre są ekskluzywnymi hotelami, trzy są muzeami.
Przejażdżka wodnym tramwajem jest świetną sprawą.
Tramwaj wodny to nie Pendolino, można spokojnie podziwiać mijane
budynki. A tak w ogóle to nawet dość zatłoczony jest kanał. Bo tak
naprawdę cały transport w obrębie miasta jest wodny.
Wodą są dostarczane wszelkie towary, motorówkami posługują się
wszelakie służby miejskie łącznie z usługami pogrzebowymi, a do
tego trzeba dodać całą masę gondoli obsługujących stonkę turystyczną.
Gondole nawet mi się podobają, ale jakoś nie ciągnęło mnie by nimi
pływać. Na wąskich, bocznych kanałach podobno dość często
zdarzają się kolizje "drogowe". Nad jednym z kanałów widziałam nawet
znak zakazu wjazdu.
Na szczęście dziewczyny dobrze umiały kalkulować i stwierdziły, że
wolą pieniądze za kurs gondolą wydać na coś innego. Każda z nich
miała swoje własne pieniądze i rządziła się wg własnej woli.
Przepiękne są te wszystkie pałace nad Kanałem, a na balkonie jednego
z nich stała para nowożeńców i na ten widok wszyscy pasażerowie
tramwaju zaczęli bić brawo i machać do nich rękami.
Podjechaliśmy, a raczej podpłynęliśmy tramwajem w okolice Ponte
Rialto. To piękny,kamienny, najstarszy most nad Wielkim Kanałem.
Jego pierwsza wersja powstała w XIII wieku, 300 lat pózniej został
zastąpiony konstrukcją kamienną. Aż do XIX był jedynym mostem
przerzuconym nad Wielkim Kanałem. Jest to kamienny łuk, którego
środkiem prowadzi wąska uliczka ze schodkami, po obu jej stronach
są sklepy.
Z tyłu sklepików też można przejść, tuż przy kamiennej balustradzie.
A sklepiki były pełne przeróżnych pamiątek - nie wiem,czy to była
przejściowa moda, czy też stały element, ale wszystkie sklepiki
miały przeróżne srebrne miniatury przedmiotów codziennego
użytku.
Obok siebie stały w pełnej zgodzie miniatury samochodów różnych
marek, wózeczki dziecięce, fotele dentystyczne, pieski, kotki itp.
Zminiaturyzowany do wielkości pudełka do zapałek otaczający nas
świat.
Poza tym mnóstwo drobiazgów biżuteryjnych ze złota i srebra oraz
typowe drobiazgi ze szkła weneckiego.
Biedny był mój mąż, bo trzy baby stały przy tych wystawach jak
zahipnotyzowane, jęcząc i piszcząc na zmianę. Niczego tam nie
kupiłyśmy, bo ceny były nieziemskie.
Potem postałyśmy przy zewnętrznych balustradach mostu pasąc
oczy tym, co działo się na Kanale i obu jego brzegach.
Wreszcie głód sprowadził nas na ziemię.
Obiad w restauracyjnym ogródku może nie był tani, ale za to
smaczny.
Objedzeni a ponadto ochłodzeni deserem lodowym ruszyliśmy znów
w stronę Pałacu Dożów. Skręcając nieco w bok trafiliśmy do
Kościoła św. Zachariasza. Wyobrazcie sobie ściany całe pokryte
malowidłami, od sklepienia do podłogi.
A teraz uwaga- dla mnie wnętrze kościoła św. Zachariasza jest o
całe niebo ładniejsze od wnętrza Bazyliki św. Marka.To zapewne
nietakt z mojej strony, że tak piszę. No ale jak mówią, o gustach
się nie dyskutuje.
Od zewnątrz kościół po dawnych przeróbkach ma styl renesansowy,
wewnątrz- styl gotycki.
Malowidła są dziełami kilku mistrzów-Tintoretta, Belliniego, Domenica
Tiepolo oraz Bartolomeo Bono. Nie kapie tu od złota i drogich kamieni,
ale całość jest pięknie skomponowana.
To miejsce, w którym można się skupić, pomyśleć o życiu.
Ten kościół, podobnie jak Bazylika św. Marka kryje w swym wnętrzu
szczątki swego patrona. Poza tym pochowano tu siedmiu pierwszych
dożów weneckich.
W drodze do przystani portowej "upolowałam" malutki, uroczy sklep,
w którym oprócz całej gamy muszli znalazłam prześliczną cameę
wyrzeżbioną w muszli.
Byłam szczęśliwa, bo tym sposobem miałam już prezent dla swej
przyjaciółki. I nie była to maska wenecka:)
Do Lido di Jesolo dotarliśmy szalenie zmęczeni.
Miałam cichą nadzieję, że za jakiś czas, może rok lub dwa, uda
nam się jeszcze raz nawiedzić Wenecję. Ale się nie udało.
P.S.
W 2010 r moje dziecko wraz z pierworodnym i mężem była w Lido
di Jesolo, na wczasach.
Miejscowość bardzo się zmieniła, wyrosły nowe hotele,z których
większość jest nastawiona na "turystykę rodzinną". Do Wenecji nie
pojechali, bo mały miał wtedy zaledwie rok i 8 miesięcy.
Załączone do tekstu zdjęcia są z ich pobytu.
I, choć to może śmieszne, tym razem tak samo reagowałam na wyłaniającą
się Wenecję.
Przez moment zastanawialiśmy się czy aby nie pójść po raz drugi do
Pałacu Dożów, ale zwyciężył mój sposób zwiedzania- przy tej łatwości
zdobywania informacji zawsze znajdę film dokumentalny o tym obiekcie
lub poczytam w bardziej szczegółowym przewodniku.
Ale żaden przewodnik ani film nie zastąpi mi kontaktu osobistego z tym miastem - czyli tego, co nam przedstawiają nasz zmysły.
Chcąc poznać miasto trzeba w nim choć trochę pobyć- chłonąc zapachy,
nasłuchując jego dzwięków, dotykając murów, włócząc się niekoniecznie
najelegantszymi ulicami, wchodząc do sklepów, targując się przy małych
kramach, próbując miejscowych przysmaków. Dla mnie ten sposób
poznawania miasta jest ważniejszy niż zwiedzanie znanych zabytków,
za co większość moich wyedukowanych znajomych surowo mnie potępia.
Poza tym czasem lepiej mniej zwiedzić, a zajrzeć trochę pod podszewkę.
Szukając małego parku, o którym czytałam w przewodniku, trafiliśmy
na wystawę rzezb Canovy. Na nasze szczęście nie miała zbytniego
powodzenia wśród turystów, więc w spokoju mogłam się rozkoszować
pięknem tych dzieł.
Przy okazji zrobiłam rzecz naganną -dotknęłam delikatnie, grzbietem dłoni
tyłu jednej z rzezb- ten alabaster przyciągał mnie niesłychanie i wierzcie
mi, był cudowny w dotyku, taki jak najdelikatniejsza porcelana.
Zawsze zachwycała mnie rzezba i zazdrościłam rzezbiarzom, że tak
oporny materiał jak kamień potrafią zmienić np. w głowę człowieka,
oddając jednocześnie pełne podobieństwo do modelu i jego uczucia.
Tego maleńkiego parku nie znalezliśmy, ale za to trafiliśmy na wystawę
rysunków i szkiców Picassa.
Po raz pierwszy z ręką na sercu mogłam powiedzieć, że te jego prace
bardzo mi się podobały. No cóż, mimo wszystko wolę gdy namalowana
czy też narysowana osoba ma wszystkie części swego ciała na tym
miejscu, które jej natura dała.
Ruszyliśmy w stronę Wielkiego Kanału zupełnie niereprezentacyjnymi
uliczkami.Były wąziutkie, miejscami tynki odsłaniały stare, wykruszone
cegły, w wielu miejscach pyszniły swą zgniłą zieleń duże zacieki pleśni.
Patrząc w górę na budynki, miałam nieodparte wrażenie, że są one już
dawno niezamieszkane.
W pewnej chwili, w przerwie między domami znalezliśmy targ rybny.
Oczywiście musieliśmy po nim nieco pokrążyć. Ryb było mnóstwo ale
zupełnie nie mam pojęcia co to były za ryby.Największym powodzeniem
wśród kupujących cieszyły się małże, które z grzechotem skorupek
lądowały w szarych, mocnych papierowych torbach.
No tak ,małże jadam tylko wędzone i zapuszkowane w oleju. A te
świeże zupełnie mnie nie rajcowały.
Ale paskudztwa tu mają- podsumowały dziewczyny zaopatrzenie
targu.
Jeszcze trochę krążyliśmy po ciasnych, cichych uliczkach, z których
wiało smutkiem miasta, które już wie, że czeka je zagłada- wszędzie
pyszniły się zielone zacieki, odpadały tynki. W wielu miejscach uliczki
były przecięte wąskimi kanałami. Co dziwne,chociaż woda była mętna
nie było czuć stęchlizny ani jakiegoś zapachu z tej gamy.
Wąskie bramy domów w wielu miejscach niemal dotykały wody.
Przyszło mi na myśl, że gdy woda się podniesie to mieszkańcy będą
chyba wchodzili do domu oknem, lub wpływali gondolą na klatkę
schodową. Smutek totalny.
Gdy wyszliśmy nad Wielki Kanał, to tak jakby wejść w inny świat -
świat wielobarwny, ruchliwy.
Zamarzyła nam się przejażdżka wodnym tramwajem.
Wielki Kanał jest główną arterią komunikacyjną miasta, a ma tylko,
3,8 km długości.
Ale to tu właśnie stoją najpiękniejsze budynki - pałace, których
w Wenecji jest około setki i kościoły, w których nadal wiszą
dzieła mistrzów. Część pałaców stanowi nadal własność prywatną,
niektóre są ekskluzywnymi hotelami, trzy są muzeami.
Przejażdżka wodnym tramwajem jest świetną sprawą.
Tramwaj wodny to nie Pendolino, można spokojnie podziwiać mijane
budynki. A tak w ogóle to nawet dość zatłoczony jest kanał. Bo tak
naprawdę cały transport w obrębie miasta jest wodny.
Wodą są dostarczane wszelkie towary, motorówkami posługują się
wszelakie służby miejskie łącznie z usługami pogrzebowymi, a do
tego trzeba dodać całą masę gondoli obsługujących stonkę turystyczną.
Gondole nawet mi się podobają, ale jakoś nie ciągnęło mnie by nimi
pływać. Na wąskich, bocznych kanałach podobno dość często
zdarzają się kolizje "drogowe". Nad jednym z kanałów widziałam nawet
znak zakazu wjazdu.
Na szczęście dziewczyny dobrze umiały kalkulować i stwierdziły, że
wolą pieniądze za kurs gondolą wydać na coś innego. Każda z nich
miała swoje własne pieniądze i rządziła się wg własnej woli.
Przepiękne są te wszystkie pałace nad Kanałem, a na balkonie jednego
z nich stała para nowożeńców i na ten widok wszyscy pasażerowie
tramwaju zaczęli bić brawo i machać do nich rękami.
Podjechaliśmy, a raczej podpłynęliśmy tramwajem w okolice Ponte
Rialto. To piękny,kamienny, najstarszy most nad Wielkim Kanałem.
Jego pierwsza wersja powstała w XIII wieku, 300 lat pózniej został
zastąpiony konstrukcją kamienną. Aż do XIX był jedynym mostem
przerzuconym nad Wielkim Kanałem. Jest to kamienny łuk, którego
środkiem prowadzi wąska uliczka ze schodkami, po obu jej stronach
są sklepy.
Z tyłu sklepików też można przejść, tuż przy kamiennej balustradzie.
A sklepiki były pełne przeróżnych pamiątek - nie wiem,czy to była
przejściowa moda, czy też stały element, ale wszystkie sklepiki
miały przeróżne srebrne miniatury przedmiotów codziennego
użytku.
Obok siebie stały w pełnej zgodzie miniatury samochodów różnych
marek, wózeczki dziecięce, fotele dentystyczne, pieski, kotki itp.
Zminiaturyzowany do wielkości pudełka do zapałek otaczający nas
świat.
Poza tym mnóstwo drobiazgów biżuteryjnych ze złota i srebra oraz
typowe drobiazgi ze szkła weneckiego.
Biedny był mój mąż, bo trzy baby stały przy tych wystawach jak
zahipnotyzowane, jęcząc i piszcząc na zmianę. Niczego tam nie
kupiłyśmy, bo ceny były nieziemskie.
Potem postałyśmy przy zewnętrznych balustradach mostu pasąc
oczy tym, co działo się na Kanale i obu jego brzegach.
Wreszcie głód sprowadził nas na ziemię.
Obiad w restauracyjnym ogródku może nie był tani, ale za to
smaczny.
Objedzeni a ponadto ochłodzeni deserem lodowym ruszyliśmy znów
w stronę Pałacu Dożów. Skręcając nieco w bok trafiliśmy do
Kościoła św. Zachariasza. Wyobrazcie sobie ściany całe pokryte
malowidłami, od sklepienia do podłogi.
A teraz uwaga- dla mnie wnętrze kościoła św. Zachariasza jest o
całe niebo ładniejsze od wnętrza Bazyliki św. Marka.To zapewne
nietakt z mojej strony, że tak piszę. No ale jak mówią, o gustach
się nie dyskutuje.
Od zewnątrz kościół po dawnych przeróbkach ma styl renesansowy,
wewnątrz- styl gotycki.
Malowidła są dziełami kilku mistrzów-Tintoretta, Belliniego, Domenica
Tiepolo oraz Bartolomeo Bono. Nie kapie tu od złota i drogich kamieni,
ale całość jest pięknie skomponowana.
To miejsce, w którym można się skupić, pomyśleć o życiu.
Ten kościół, podobnie jak Bazylika św. Marka kryje w swym wnętrzu
szczątki swego patrona. Poza tym pochowano tu siedmiu pierwszych
dożów weneckich.
W drodze do przystani portowej "upolowałam" malutki, uroczy sklep,
w którym oprócz całej gamy muszli znalazłam prześliczną cameę
wyrzeżbioną w muszli.
Byłam szczęśliwa, bo tym sposobem miałam już prezent dla swej
przyjaciółki. I nie była to maska wenecka:)
Do Lido di Jesolo dotarliśmy szalenie zmęczeni.
Miałam cichą nadzieję, że za jakiś czas, może rok lub dwa, uda
nam się jeszcze raz nawiedzić Wenecję. Ale się nie udało.
P.S.
W 2010 r moje dziecko wraz z pierworodnym i mężem była w Lido
di Jesolo, na wczasach.
Miejscowość bardzo się zmieniła, wyrosły nowe hotele,z których
większość jest nastawiona na "turystykę rodzinną". Do Wenecji nie
pojechali, bo mały miał wtedy zaledwie rok i 8 miesięcy.
Załączone do tekstu zdjęcia są z ich pobytu.
piątek, 14 sierpnia 2015
Urok i smutek Wenecji
O zobaczeniu Wenecji marzyłam od dawna. Tyle się przecież już naczytałam
o niej, naoglądałam na różnych filmach, teraz trzeba było wreszcie zobaczyć
to wszystko na żywo.Zresztą wycieczka do Wenecji była w programie tego
pobytu.
Miejskim autobusem podjechaliśmy do Punta Sabbioni.
Droga wiła się pomiędzy szklarniami, warzywnymi ogrodami i gdyby nie paskudny tłok w autobusie, to byłoby całkiem miło.
Wysiadłam w Punta Sabbioni nieco ugotowana.
Dalszą drogę pokonywaliśmy stateczkiem wycieczkowym. Pływanie
takimi stateczkami to ja bardzo lubię.
Silniki mruczą swą piosenkę, fala lekko kołysze, lekka bryza odświeżająco
dmucha, słońce lśni w wodzie. Mogłabym tak pływać w nieskończoność.
Na horyzoncie już lśniły białe budynki a w prawo od nich kolorowe.
A potem, znalazłam się w teatrze- przed nami otwierała się
scena pt. Wenecja. Ukazywały się kolejne budynki, Wenecja otwierała
do nas swe ramiona. Był to tak piękny widok, że nawet tłumy na
nadbrzeżu nie były w stanie popsuć wrażeń.
Nasz pilot, niczym stara kwoka, nerwowo zwoływał nas w jedno miejsce.
Trasa była z góry ustawiona. To był ostatni tydzień czerwca, ale to nie
oznaczało, że turystów było mniej. Do nadbrzeża przybijały co chwilę
nowe stateczki, wysypując swą zawartość.
Ten tłum mnie przerażał - kazałam dziewczętom nie oddalać się, jakby
na to nie spojrzeć miałam pod opieką również "cudze dziecko", nie tylko
swoje.
Wrażenie totalnego chaosu pogłębiały ustawione przy nadbrzeżu kioski
z pamiątkami oblegane przez turystów, co bardzo utrudniało poruszanie
się. Dobrze, że nasz pilot był człowiekiem wysokim, a jego łysa głowa
błyszczała intensywnie w słońcu - więc łatwo było mieć go na oku.
Tłum się kłębił, słońce paliło, bliskość wody w niczym nie pomagała-
zaczynało być mało ciekawie.
Doczłapaliśmy do Pałacu Dożów. Nie słuchałam co ćwierka nasz pilot-
patrzyłam na Pałac i chłonęłam jego piękno.
Pałac jest w stylu gotyckim, to póżny gotyk, tzw. flembayant.
Wszystko jest piękne-i fasada z misternymi ażurowymi arkadami i attyka
zwieńczająca budynek i dwubarwne ściany i przecudna brama Porta
della Carta.
I zaraz przychodzi myśl- niesamowicie pracowici byli kiedyś ludzie.
Stałam jak wmurowana, najchętniej usiadłabym i zaczęłabym szkicować.
Ale zamiast tego weszliśmy do środka- tak naprawdę wolałam Pałac od
strony zewnętrznej. Niestety nie było mowy o tym, by spokojnie
popatrzeć na wszystkie szczegóły - to nie była indywidualna wizyta
w muzeum, gdy można spokojnie postać, popatrzeć, pomyśleć.
To był zbiorowy przemarsz przez dostępne pomieszczenia. W ramach
zwiedzania Pałacu była też wizyta w krytym przejściu pomiędzy Pałacem
a Więzieniem.Przejście to nosi nazwę Most Westchnień i stanowił dla
skazanych okazję na ostatni rzut okiem na świat, który musieli na jakiś
czas, lub na stałe - opuścić. No cóż, Casanova też tu wzdychał, ale
jakimś cudem właśnie tym mostem uciekł: "ciekawe jak on to zrobił"-
zastanawiała się na głos jedna z pań.Ale tę tajemnicę wział ze sobą
do grobu.
Następnym etapem była Bazylika Świętego Marka. To wielce ozdobna
budowla wzorowana na konstantynopolskim kościele św. Apostołów.
Zbudowano ją na planie greckiego krzyża. Bazylika ma aż pięć kopuł i
jest nieco w stylu bizantyjskim. Jest właściwie dość niejednolita, bo
każdy statek wenecki miał obowiązek przywozić ze swych wojaży coś,
czym można by ozdobić świątynię. To było sprytne posunięcie.
Fasada kościoła ma 5 portali, nad którymi znajdują się mozaiki.
Na jednej z nich jest obraz tejże Bazyliki gdy tylko została wzniesiona.
I pomyśleć, że cała ta olbrzymia budowla powstała tylko dlatego, by
umieścić w niej relikwie św.Marka, którą kiedyś kupcy weneccy
wykradli z Aleksandrii. Taaa, Wenecjanie byli sprytni.
Nad portalami jest galeria, którą też można zwiedzać, ale jak to
zwykle ze mną - zrujnowane kolano wciąż w zwiedzaniu przeszkadza.
Z kolejną partią tłumu wchodzimy do środka - i tu niemiła sprawa -
przepiękna podłoga i fragment ołtarza są w renowacji. Wiszą bure
płachty, a główna atrakcja kościoła jest niewidoczna. No tak, można
jeszcze zadrzeć głowę do góry i podziwiać sklepienie. I chociaż nie
jest oświetlone to i tak kłuje oczy złotem. Stoję z tyłu i przecieram
ze zdumienia oczy - nic tu nie czuję, wszystkiego jest za dużo - to
wizytówka bogactwa. I taki drobny zgrzyt , który mnie zastanawia-
dziwaczne krzesełka, jak do kawiarni zamiast ławek. I dwie ambony-
ale po co aż dwie?
Wychodzę i spokojnie oglądam Bazylikę z zewnątrz i konstatuję, że
jest piękna. Czekam na swoją grupę, która pognała na galerię nad
portalami.
Rumaki z kwadrygi, które stoją nad głównym portalem są tylko
duplikatami, ale to w niczym mi nie przeszkadza.
Wreszcie wychodzą - nasz "łysulec" daje wszystkim czas wolny,
zbiórka na powrót do Lido di Jesolo jest na przystani, teraz wszyscy
mają czas wolny.
Dziewczyny, niczym małe dzieci lecą karmić gołębie- piszczą i kulą
się gdy te żarłoki siadają im na rękach. Rozglądam się po placu -
czuję fizycznie brak jakiegoś miejsca do przysiądnięcia -owszem,
można klapnąć w cieniu przed pobliską kawiarnią, ale trzeba zamówić
przynajmniej kawę. Wolałabym samą wodę, upał i gorąca kawa mnie
osobiście nie służą. Pomijam już niebotyczną cenę, rodem z Kosmosu.
Postanawiamy wjechać na Dzwonnicę.
Drobne pół godziny oczekiwania i ....ojej, jak cudownie. Pod nami
morze czerwonych dachów. Pomału zaczynam rozpoznawać to, co
widać z góry. Czerwień dachów nie jest jednakowa. Niektóre dachy
są przez ich właścicieli pięknie urządzone - to tarasy, na których
w olbrzymich donicach rosną wysokie, gęste, kwitnące krzewy.
Na tyle duże, że dają cień. Stoliczki, krzesełka, ławeczki.
Aż żal,że to przestrzeń tylko prywatna. Widać całą Wenecję i
Lagunę. I wreszcie widzę dokładnie attykę Pałacu Dożów. Błądzę
nieco wzrokiem bez ładu i składu- jak miło wygląda promenada
Riva degli Schiavoni i główna przystań Gondoli. Przez most nad
Kanałem Pałacowym nadal przelewają się turyści.
Ale z tej wysokości wyglądają całkiem sympatycznie. Szukam
wzrokiem jakiegoś małego parku w okolicy Placu św. Marka- ale
nie widzę, a czytałam, że jest. Za to widzę na szczycie Torre
dell'Orologio ( Wieża Zegarowa) rzezbę dwóch postaci uderzających
w dzwon.
Widać pobliską wysepkę Giudecca. Myślę o tym, że warto byłoby
i o nią zahaczyć.
Obstałam już wszystkie cztery strony dzwonnicy, więc jedziemy
w dół.
Idziemy w stronę Wielkiego Kanału.Uliczka którą idziemy jest wąska,
ale bliskość Placu św. Marka sprawia, że bruk jest równy, a sklepy
pysznią się bogatymi wystawami i niebotycznymi cenami.
Przystajemy przy małym sklepiku, w którym są różne drobiazgi
ze szkła.
W głębi sklepu jest mały warsztat, w którym się te drobiazgi robi.
Widok obróbki szkła na gorąco jest naprawdę niezwykły- z kilku
cieniutkich szklanych kolorowych pręcików powstają różne
kształty. Stoimy i wgapiamy się, w końcu dziewczyny postanawiają
kupić sobie po jakimś drobiazgu. Drobiazgiem "na pamiątkę" zostają
maski weneckie ,z uwagi na transport- niezbyt duże.
Idziemy nad Grand Canal - sporo tu różnych ogródków barowo-
kawiarnianych. Zdążymy się napić "coś zimnego i zjeść lody" zanim
ruszymy na miejsce zbiórki.
Narzekam na niedosyt i postanawiamy przyjechać tu jeszcze raz,
za jakieś 2 lub 3 dni.
Dochodzę do odkrywczego wniosku, że aby naprawdę zwiedzić
Wenecję powinno się tu być przynajmniej tydzień.
o niej, naoglądałam na różnych filmach, teraz trzeba było wreszcie zobaczyć
to wszystko na żywo.Zresztą wycieczka do Wenecji była w programie tego
pobytu.
Miejskim autobusem podjechaliśmy do Punta Sabbioni.
Droga wiła się pomiędzy szklarniami, warzywnymi ogrodami i gdyby nie paskudny tłok w autobusie, to byłoby całkiem miło.
Wysiadłam w Punta Sabbioni nieco ugotowana.
Dalszą drogę pokonywaliśmy stateczkiem wycieczkowym. Pływanie
takimi stateczkami to ja bardzo lubię.
Silniki mruczą swą piosenkę, fala lekko kołysze, lekka bryza odświeżająco
dmucha, słońce lśni w wodzie. Mogłabym tak pływać w nieskończoność.
Na horyzoncie już lśniły białe budynki a w prawo od nich kolorowe.
A potem, znalazłam się w teatrze- przed nami otwierała się
scena pt. Wenecja. Ukazywały się kolejne budynki, Wenecja otwierała
do nas swe ramiona. Był to tak piękny widok, że nawet tłumy na
nadbrzeżu nie były w stanie popsuć wrażeń.
Nasz pilot, niczym stara kwoka, nerwowo zwoływał nas w jedno miejsce.
Trasa była z góry ustawiona. To był ostatni tydzień czerwca, ale to nie
oznaczało, że turystów było mniej. Do nadbrzeża przybijały co chwilę
nowe stateczki, wysypując swą zawartość.
Ten tłum mnie przerażał - kazałam dziewczętom nie oddalać się, jakby
na to nie spojrzeć miałam pod opieką również "cudze dziecko", nie tylko
swoje.
Wrażenie totalnego chaosu pogłębiały ustawione przy nadbrzeżu kioski
z pamiątkami oblegane przez turystów, co bardzo utrudniało poruszanie
się. Dobrze, że nasz pilot był człowiekiem wysokim, a jego łysa głowa
błyszczała intensywnie w słońcu - więc łatwo było mieć go na oku.
Tłum się kłębił, słońce paliło, bliskość wody w niczym nie pomagała-
zaczynało być mało ciekawie.
Doczłapaliśmy do Pałacu Dożów. Nie słuchałam co ćwierka nasz pilot-
patrzyłam na Pałac i chłonęłam jego piękno.
Pałac jest w stylu gotyckim, to póżny gotyk, tzw. flembayant.
Wszystko jest piękne-i fasada z misternymi ażurowymi arkadami i attyka
zwieńczająca budynek i dwubarwne ściany i przecudna brama Porta
della Carta.
I zaraz przychodzi myśl- niesamowicie pracowici byli kiedyś ludzie.
Stałam jak wmurowana, najchętniej usiadłabym i zaczęłabym szkicować.
Ale zamiast tego weszliśmy do środka- tak naprawdę wolałam Pałac od
strony zewnętrznej. Niestety nie było mowy o tym, by spokojnie
popatrzeć na wszystkie szczegóły - to nie była indywidualna wizyta
w muzeum, gdy można spokojnie postać, popatrzeć, pomyśleć.
To był zbiorowy przemarsz przez dostępne pomieszczenia. W ramach
zwiedzania Pałacu była też wizyta w krytym przejściu pomiędzy Pałacem
a Więzieniem.Przejście to nosi nazwę Most Westchnień i stanowił dla
skazanych okazję na ostatni rzut okiem na świat, który musieli na jakiś
czas, lub na stałe - opuścić. No cóż, Casanova też tu wzdychał, ale
jakimś cudem właśnie tym mostem uciekł: "ciekawe jak on to zrobił"-
zastanawiała się na głos jedna z pań.Ale tę tajemnicę wział ze sobą
do grobu.
Następnym etapem była Bazylika Świętego Marka. To wielce ozdobna
budowla wzorowana na konstantynopolskim kościele św. Apostołów.
Zbudowano ją na planie greckiego krzyża. Bazylika ma aż pięć kopuł i
jest nieco w stylu bizantyjskim. Jest właściwie dość niejednolita, bo
każdy statek wenecki miał obowiązek przywozić ze swych wojaży coś,
czym można by ozdobić świątynię. To było sprytne posunięcie.
Fasada kościoła ma 5 portali, nad którymi znajdują się mozaiki.
Na jednej z nich jest obraz tejże Bazyliki gdy tylko została wzniesiona.
I pomyśleć, że cała ta olbrzymia budowla powstała tylko dlatego, by
umieścić w niej relikwie św.Marka, którą kiedyś kupcy weneccy
wykradli z Aleksandrii. Taaa, Wenecjanie byli sprytni.
Nad portalami jest galeria, którą też można zwiedzać, ale jak to
zwykle ze mną - zrujnowane kolano wciąż w zwiedzaniu przeszkadza.
Z kolejną partią tłumu wchodzimy do środka - i tu niemiła sprawa -
przepiękna podłoga i fragment ołtarza są w renowacji. Wiszą bure
płachty, a główna atrakcja kościoła jest niewidoczna. No tak, można
jeszcze zadrzeć głowę do góry i podziwiać sklepienie. I chociaż nie
jest oświetlone to i tak kłuje oczy złotem. Stoję z tyłu i przecieram
ze zdumienia oczy - nic tu nie czuję, wszystkiego jest za dużo - to
wizytówka bogactwa. I taki drobny zgrzyt , który mnie zastanawia-
dziwaczne krzesełka, jak do kawiarni zamiast ławek. I dwie ambony-
ale po co aż dwie?
Wychodzę i spokojnie oglądam Bazylikę z zewnątrz i konstatuję, że
jest piękna. Czekam na swoją grupę, która pognała na galerię nad
portalami.
Rumaki z kwadrygi, które stoją nad głównym portalem są tylko
duplikatami, ale to w niczym mi nie przeszkadza.
Wreszcie wychodzą - nasz "łysulec" daje wszystkim czas wolny,
zbiórka na powrót do Lido di Jesolo jest na przystani, teraz wszyscy
mają czas wolny.
Dziewczyny, niczym małe dzieci lecą karmić gołębie- piszczą i kulą
się gdy te żarłoki siadają im na rękach. Rozglądam się po placu -
czuję fizycznie brak jakiegoś miejsca do przysiądnięcia -owszem,
można klapnąć w cieniu przed pobliską kawiarnią, ale trzeba zamówić
przynajmniej kawę. Wolałabym samą wodę, upał i gorąca kawa mnie
osobiście nie służą. Pomijam już niebotyczną cenę, rodem z Kosmosu.
Postanawiamy wjechać na Dzwonnicę.
Drobne pół godziny oczekiwania i ....ojej, jak cudownie. Pod nami
morze czerwonych dachów. Pomału zaczynam rozpoznawać to, co
widać z góry. Czerwień dachów nie jest jednakowa. Niektóre dachy
są przez ich właścicieli pięknie urządzone - to tarasy, na których
w olbrzymich donicach rosną wysokie, gęste, kwitnące krzewy.
Na tyle duże, że dają cień. Stoliczki, krzesełka, ławeczki.
Aż żal,że to przestrzeń tylko prywatna. Widać całą Wenecję i
Lagunę. I wreszcie widzę dokładnie attykę Pałacu Dożów. Błądzę
nieco wzrokiem bez ładu i składu- jak miło wygląda promenada
Riva degli Schiavoni i główna przystań Gondoli. Przez most nad
Kanałem Pałacowym nadal przelewają się turyści.
Ale z tej wysokości wyglądają całkiem sympatycznie. Szukam
wzrokiem jakiegoś małego parku w okolicy Placu św. Marka- ale
nie widzę, a czytałam, że jest. Za to widzę na szczycie Torre
dell'Orologio ( Wieża Zegarowa) rzezbę dwóch postaci uderzających
w dzwon.
Widać pobliską wysepkę Giudecca. Myślę o tym, że warto byłoby
i o nią zahaczyć.
Obstałam już wszystkie cztery strony dzwonnicy, więc jedziemy
w dół.
Idziemy w stronę Wielkiego Kanału.Uliczka którą idziemy jest wąska,
ale bliskość Placu św. Marka sprawia, że bruk jest równy, a sklepy
pysznią się bogatymi wystawami i niebotycznymi cenami.
Przystajemy przy małym sklepiku, w którym są różne drobiazgi
ze szkła.
W głębi sklepu jest mały warsztat, w którym się te drobiazgi robi.
Widok obróbki szkła na gorąco jest naprawdę niezwykły- z kilku
cieniutkich szklanych kolorowych pręcików powstają różne
kształty. Stoimy i wgapiamy się, w końcu dziewczyny postanawiają
kupić sobie po jakimś drobiazgu. Drobiazgiem "na pamiątkę" zostają
maski weneckie ,z uwagi na transport- niezbyt duże.
Idziemy nad Grand Canal - sporo tu różnych ogródków barowo-
kawiarnianych. Zdążymy się napić "coś zimnego i zjeść lody" zanim
ruszymy na miejsce zbiórki.
Narzekam na niedosyt i postanawiamy przyjechać tu jeszcze raz,
za jakieś 2 lub 3 dni.
Dochodzę do odkrywczego wniosku, że aby naprawdę zwiedzić
Wenecję powinno się tu być przynajmniej tydzień.
Subskrybuj:
Posty (Atom)