środa, 27 kwietnia 2016

Nie ma dymu bez ognia- 2

Lenka przyjechała do Julii w towarzystwie butelki lekkiego, białego wina oraz
całkiem przystojnego, nieznanego Julii szatyna o niebieskich oczach.
Wytłumaczyła Julii, że pozwoliła sobie na przywiezienie wina i speca od
otwierania wina, bo ona wciąż pamięta jak przed laty obie miały potężny
kłopot by otworzyć kiepskim korkociągiem butelkę wina. 
Po tych słowach obie zaczęły się natychmiast dusić ze śmiechu i w końcu
opowiedziały jak to jedna z nich klęczała na podłodze ściskając z całych sił butelkę, a druga stojąc nad nią usiłowała wyrwać korek, w którym tkwił
korkociąg. 
W efekcie ciągle podrywała w górę całą butelkę z uwieszoną na niej koleżanką.
Blacha pełna upieczonych, nadziewanych pieczarek szybko zniknęła ze stołu
dzięki wybitnej pomocy Romka ( bo tak właśnie ów szatyn miał na imię),przy
okazji zniknęły również jakieś dyżurne herbatniki.
Około godz. 23,00 Romek oświadczył, że musi wracać do swej ukochanej i
wyprowadzić ją na spacer. 
A Lenka stwierdziła, że jej się do domu nie spieszy i może jeszcze  posiedzieć,
bo przecież już dawno nie miały takiego babskiego wieczoru.
Babski wieczór spokojnie przeistoczył się w  babską nockę -tematów do
omówienia było naprawdę sporo.  
A jak ci się podoba Romek? - zapytała Lenka.
No, może być, jeśli idzie o urodę. A ile on ma lat- zainteresowała się Julia.
Dobiega pięćdziesiątki i...Lenka zawiesiła głos- jest wolny. To znaczy jest
dwukrotnie rozwiedziony.
A ty jesteś teraz z nim? - Lenka drążyła temat.
Jestem i nie jestem. Wiesz, mogę się nim z  tobą podzielić .
Mnie służy głównie pod względem towarzyskim, wiesz, że nie lubię chodzić 
sama do kina czy teatru, więc dzwonię wtedy do niego i proponuję wspólne
wyjście. Jeśli idzie o inne sprawy, to on  mnie nie interesuje, wiesz, że ja mam
słabość do blondynów.
Wiem, wiem, do blondynów z piwnymi oczami- roześmiała się Julia.
A co to za ukochana, którą musi wyprowadzać?- zainteresowała się Julia.
Suka, dożyca, wielkości sporego cielaka. Spadek po ostatniej żonie, która
wyjechała w siną dal z jakimś Włochem. Zostawiła mu mieszkanie i tę sukę.
On ciągle musi przez tę sukę sprzątać, bo ona strasznie się ślini. A jak się
otrzepie, to pół pokoju uświni. Okropny pies. 
Około drugiej w nocy Julia stwierdziła, że Lenka może przecież u niej przenocować i że rano mogą spać "do oporu".
Świtkiem, koło południa, obie wyspane i odświeżone wyszły na  spacer.
Julia odprowadziła Lenkę a potem wybrała się do fryzjera, by wreszcie
zlikwidować nieśmiertelny koczek. Tym razem wybrała się do zupełnie
innego niż zawsze salonu,  o którym krążyły opowieści, że "pan Paweł
cudownie strzyże". Gdy recepcjonistka skierowała ją w ręce owego
"pana Pawła", Julia omal nie zrejterowała. Fryzjer był zapewne w wieku
jej syna, więc poczuła się nieco niepewnie.
Ale dzielnie oddała się  wpierw w ręce dziewczęcia, które umyło jej głowę, a potem oświadczyła, że nie ma pojęcia jak ma wyglądać jej przyszła
fryzura- jedyne czego jest pewna, to tego, że chce mieć wreszcie krótkie
włosy.
Siedziała przed lustrem z zaciśniętymi mocno  powiekami i nawet dość
dzielnie zniosła cały proces robienia "lekkiej  trwałej".
Otworzyła oczy dopiero wtedy, gdy fryzjer ją  poprosił by oceniła jego
dzieło.
Z lustra spoglądała na nią zupełnie nieznana twarz- no może nie tyle
nieznana, co zupełnie odmieniona, znacznie młodsza twarz.
Wyraziła pełne uznanie dla talentu pana Pawła i umówiła się, że za miesiąc
przyjdzie na następne strzyżenie i być może podkolorowanie włosów,
"bo szkoda, by tak młoda kobieta  błyskała tu i ówdzie siwizną".
Idąc za ciosem, Julia tego dnia odwiedziła jeszcze manikiurzystkę i umówiła
się do kosmetyczki.
Pochodziła jeszcze trochą po prywatnych sklepach na Chmielnej, wstąpiła
na kawę do kafejki "Pod kaktusami" i wreszcie wyruszyła na "swoje
przedmieście", jak nazywała osiedle, na którym mieszkali.
Po przyjezdzie do domu zatelefonowała do Lenki i opowiedziała jej o swym
nowym wyglądzie. 
Postanowiła pozbyć się swych nieśmiertelnych garsonek i  koszulowych
bluzek. Spakowała wszystko w całkiem zgrabną paczkę, którą postanowiła
zawieść do PCK następnego dnia, w drodze do kosmetyczki.
Lenka, która akurat tego dnia miała popołudniowy dyżur w przychodni, zapowiedziała, że przyjedzie po 20,00 by zobaczyć jak Julia wygląda w nowej fryzurce.
Wyskoczyła jeszcze do pobliskiego sklepu po "coś" na kolację i na śniadanie.
Przed przyjściem Lenki zdążyła jeszcze przeczytać ofertę osiedlowego Domu
Kultury. Większość proponowanych zajęć jej nie interesowała- nie miała
wcale ochoty uczyć się rysunku lub malowania, fotografowanie też jej nie interesowało, podobnie jak kursy "zdrowego żywienia".
Zastanowiła się nad  sekcją pieszej turystyki  i "grupą taneczną".
Lenka obejrzała dokładnie "nową Julię" i orzekła, że nowa fryzura jest super.
Przez moment zastanawiały się nawet, jak Marek przyjmie nowy wygląd
swej żony.
Julia była pewna, że będzie niezadowolony, bo on bardzo lubił u kobiet
długie włosy, bo to takie kobiece, jak mawiał. I absolutnie nie farbowane.
Marek należał do grupy mężczyzn dość konserwatywnych jeśli idzie o modę.
Do pracy codziennie chodził w garniturze i pod krawatem, miał ulubiony
zestaw kolorów, wśród których dominował popielaty jasny i ciemny, granat
i czerń i w tych kolorach nosił garnitury, pulowery , swetry, kurtki, płaszcze.
Koszule uznawał jedynie białe lub niebieskie, krawaty ciemno bordowe, granatowe, popielate, jeśli wzór to bardzo nikły.
Julia początkowo usiłowała przekonać go, że istnieją i inne kolory koszul i
swetrów, ale po roku przestała. Skoro był tak bardzo "nieprzemakalny" to
trudno.
Dobrze, że chociaż na wakacjach nosił bardziej kolorowe koszule i dżinsy.
Ale to zawsze były koszule, a nie bawełniane, kolorowe podkoszulki.
c.d.n.

 

wtorek, 26 kwietnia 2016

Nie ma dymu bez ognia

Bardzo zmęczona  Julia niemal ostatkiem sił dotarła do domu, trzymając w objęciach duży kosz kwiatów.
Dziś po raz ostatni była w pracy, od następnego dnia zaczynała emeryturę.
Kosz pięknych gloksynii z minuty na minutę stawał się cięższy i Julia, by
wyjąć klucz od bramy, postawiła go na chodniku. 
Miała szczęście, bo akurat nadeszła sąsiadka mieszkająca piętro wyżej i 
pomogła Julii wejść do klatki schodowej a potem do windy.
Wspólnie pozachwycały się ciemnofioletowymi kwiatami, które sprawiały
wrażenie jakby były wykonane z aksamitu, a Julia wyjaśniła, że to  "kosz
pożegnalny" od jej koleżanek, bo następnego dnia ona zaczyna nowe życie,
czyli emeryturę. 
Właściwie cieszyła się, że wreszcie nie będzie musiała dzień w dzień wstawać
o szóstej rano, że garsonki, za którymi nie przepadała, wreszcie przestaną
być jej strojem codziennym. No i wreszcie będzie mogła pochodzić w ciągu
dnia po mieście, wtedy gdy większość ludzi  siedzi w pracy.
Planowała też kilka wyjazdów do bliższej i dalszej rodziny, zapisanie się na
gimnastykę dla pań oraz na basen.  
Najbliższa przyszłość jawiła się Julii w przysłowiowych różowych barwach, a zwłaszcza okres tych najbliższych pięciu lat, gdy jej mąż jeszcze będzie pracował, co oznaczało, że pięć dni w tygodniu będzie miała pełen luz.
Po wejściu do domu padła ciężko  na fotel i zsunęła z nóg  szpilki - stopy
bolały ją niemiłosiernie, bo większość dnia spędziła stojąc lub kursując
pomiędzy swoim pokojem a pokoikiem herbaciarki.  
Na pożegnalną kawę przyszli niemal wszyscy pracownicy biura i, jak twierdziła
jej asystentka, przewinęło się z pewnością ze 100 osób.
Julia  ciągle jeszcze przeżywała to pożegnalne spotkanie i bardzo żałowała, że
nie skorzystała z propozycji jednego z kolegów, że zawiezie ją do domu 
wraz z koszem kwiatów, srebrną tacą, albumem i siatką z jej drobiazgami
"niezbędnymi" kobiecie w miejscu pracy. 
Sądziła naiwnie, że skoro to nie była jeszcze godzina powrotów ludzi z  biur,
to bez trudu złapie taksówkę. 
Niestety na postoju już stało  kilka osób, była chyba siódma w kolejce  i przez
10 minut  nie podjechała ani jedna taksówka, więc zrezygnowana poszła do autobusu. Dobrze, że chociaż były w nim jeszcze miejsca siedzące.
Kilka lat wcześniej przeprowadziła się z mężem na obrzeże miasta - nowe
osiedle było "rzut beretem od lasu" z jednej strony a z drugiej rozpościerały 
się pola.
Początkowo autobus stawał w odległości prawie  kilometra od osiedla, z czasem,
gdy zakończono budowę,   autobus wjeżdżał na teren osiedla.
Kwestia transportu nie była dla niej krytyczna, mieli samochód i mąż ją często
podwoził do centrum miasta. 
A gdy nie było męża (często wyjeżdżał służbowo) korzystała z uprzejmości
jednego z sąsiadów.
Postanowiła zrobić sobie  kąpiel, a potem przygotować coś smacznego na kolację.
Leżąc w wannie przelatywała myślami przez półki lodówki. Postanowiła, że zrobi
dziś gorącą kolację - faszerowane pieczarki zapiekane w piekarniku. Tym
sposobem pozbędzie się resztki pasztetu i dużych jak pięść pieczarek oraz
ostatnich dwóch główek sałaty rzymskiej.Wciąż nie mogła sobie darować, że
dała się namówić na tę sałatę, która wyglądem przypominała karłowatą
kapustę  i była dość droga. Po tym  niefortunnym zakupie postanowiła nie
kupować nic więcej na sławetnym bazarze przy Polnej. To prawda, że towar
był tam pierwszorzędnej jakości i rodem z całej niemal Europy, ale ceny
mogły co wrażliwsze osoby przyprawić o zawał serca. 
Julia przebrała się w dres, który dostała pod choinkę od syna. Był jasnoszary,
bluza miała kieszeń "kangurkę"w  granatowe paseczki i takiż kołnierzyk oraz 
mankiety. Lubiła ten dres, ale starała się go "oszczędzać"
ż śmiał się z niej, że traktuje ten dres jak"odświętną sukienkę na niedzielę".
Kosz z kwiatami ustawiła w pokoju na oknie, na ławie koło kanapy położyła album i srebrną tacę. Nie była duża, ale naprawdę bardzo ładna. Przez chwilę
odczytywała podpisy koleżanek i kolegów w albumie.
Potem powędrowała do kuchni by wszystko było wcześniej przygotowane do
kolacji.Obrała pieczarki, starannie odcięła ich trzonki, umyła je i osuszyła
ściereczką. 
Drobniutko  je posiekała, popłakała krojąc cebulę i pokrojone trzonki wraz z cebulą starannie wymieszała z pasztetem i tą mieszaniną wypełniła kapelusze
pieczarek. Sałatę podzieliła na listki , starannie opłukała je w letniej wodzie,
potem odwirowała w plastikowej suszarce do sałaty. Ten "patent" przywiozła
sobie kiedyś z NRD.
Wypełnione pieczarki  ułożyła w foremce, na wierzchu każdej z nich
połyła niewielką ilość masła. Całość nakryła pergaminem i schowała do lodówki.
Zerknęła na kuchenny zegar - do powrotu Marka było jeszcze sporo czasu. 
Postanowiła rozłożyć się na kanapie  i poczytać kolorową prasę.
Ale jakoś nie mogła się skupić na czytaniu. To był jednak męczący dzień.
Cały dzień pokój był pełen ludzi. Ze zdziwieniem odnotowała, że przyszły również osoby, których wcale nie znała - pracowały w drugim budynku a poza tym nigdy z nimi nie miała bezpośredniego kontaktu.  
Leżała na kanapie rozkoszując się pozycją horyzontalną  i zastanawiając się
nad następnym dniem.  
Po pierwsze to się wyśpi  i na wszelki wypadek odłączy od budzika dzwonek.
Używała cały czas wielce staroświeckiego budzika, z dużym, mechanicznym dzwonkiem  zewnętrznym.Odziedziczyła go jeszcze po dziadku i właściwie
bardzo go lubiła, choć był nieco śmieszny. A dzwonił wprost przerazliwie.
Taaak, to będzie pierwszy punkt nowego życia. Drugi - zmieni całkowicie
uczesanie - precz z długimi włosami zwiniętymi w ciasny węzełek nad karkiem.
Od lat chciała obciąć włosy na krótko, ale powstrzymywała ją łatwość utrzymania dotychczasowego uczesania w porządku przez cały dzień.
I zacznie chodzić w spodniach - precz z kostiumikami i garsonkami, precz
z koszulowymi bluzkami, witajcie dzianiny. Szpilki też precz -witajcie wygodne
szerokie obcasy i sportowe kurtki!
Z rozmyślań "nowym życiu" wyrwał ją dzwonek telefonu. Idąc do przedpokoju, gdzie Marek umieścił telefon, pomyślała, że może dzwoni syn.
Ale to dzwonił właśnie Marek. 
Telefonował  z lotniska by ją poinformować, że leci do Pragi a stamtąd na 3 lub  4 dni do Madrytu. Podobno usiłował się do niej w ciągu dnia dodzwonić,
ale nikt w jej pokoju nie odbierał telefonu. Kartki jej nie zostawił, bo chciał ją
osobiście o tym poinformować. Przed południem zdołał wpaść na moment do domu, wziął zapasowe koszule i inne potrzebne rzeczy, zostawił samochód
w służbowym garażu. Wypytał jeszcze jakie ma plany na następny dzień, cmoknął w słuchawkę i się rozłączył. 
Julia poczuła się bardzo rozczarowana. Postanowiła zatelefonować do swej
przyjaciółki i zaprosić ją ad hoc na zapiekankę pieczarkową.
Telefonując do Lenki  zapraszała ją pod hasłem "przyjdz, bo się pieczarki
zmarnują , tego jest cała blacha".
Lenka zgodziła się bez problemu.
                                                        c.d.n.