Wizyta w Siedlisku i "wywiad" z sołtysem zdominowały wszystkie domowe dyskusje.
Każdy z domowników miał własną wizję tego miejsca. Najmniej entuzjazmu wykazywała mama Aleksandry. Jej zdaniem to był kiepski pomysł, by tam zamieszkać na stałe i codziennie pokonywać ok.70 km , a już zimą to przecież zupełny nonsens.Jej zdaniem najmądrzej byłoby odnowić wnętrze, ponaprawiać co należy w domu i na zewnątrz i zrobić z tego "letnią rezydencję".
Córciu, zacznij myśleć trzezwo- przecież tam nie ma szkoły, nie ma nawet jakiegoś punktu medycznego, a tym bardziej lekarza. Wszystko trzeba ciągać z miasta . A co będzie gdy dziecko
zachoruje, albo ty zachorujesz? Nie wiadomo nawet w lecie czy przyjedzie pogotowie, a zimą,
gdy będą złe warunki drogowe to tym bardziej nie ma co liczyć na przyjazd karetki.
W sumie niemal trzy godziny dziennie będziesz traciła na dojazdy I nie myśl, że Maciek gdy podrośnie będzie zachwycony mieszkaniem na wsi. A jeśli zapiszesz go na jakieś pozaszkolne
zajęcia to będą dni, gdy będziesz tam wracać tylko po to by się przespać i zaraz rano jechać
z powrotem.
No ale przecież tata też tam mieszkał - argumentowała Aleksandra.
Tak, tak, do ukończenia podstawówki, a potem wpierw mieszkał u ciotki w mieście, potem
w akademiku no a potem to się ożenił - "z miastową". I tyle na tej wsi wysiedział.
Zastanów się dobrze, żebyś potem nie żałowała i nie sprzedawała domu, w który włożysz dużo
energii i pieniędzy, a potem sprzedasz go za grosze.
Jedyne dobre rozwiązanie to wyszykowanie domu tak, by można było w nim spędzać całe
lato i weekendy, gdy będzie ładna pogoda, tłumaczyła Aleksandrze matka.
Po wielu burzliwych dyskusjach, Aleksandra postanowiła, że wpierw wynajmie jakiegoś
rzeczoznawcę,by ocenił stan techniczny domu oraz , choćby tylko orientacyjnie, koszt jego
remontu.
Bo niezależnie od tego, czy miałby to być dom letniskowy czy też całoroczny, to remont
jest niezbędny.
Jedna z koleżanek Aleksandry miała znajomego, który często bywał kierownikiem robót
budowlanych, poza tym był inżynierem architektem.
Po trzech tygodniach wydzwaniania i "ścigania" pana architekta, koleżance Aleksandry udało
się zaaranżować spotkanie w jednej z kawiarń w centrum miasta.
Pan architekt spóznił się niemal pół godziny, ale zagadane kobiety nawet tego nie zauważyły.
W pewnej chwili przy stoliku zjawił się facet z gatunku nijakich, czyli zupełnie nie wyróżniający
się spośród tuzina innych.
Koleżanka przedstawiła ich sobie i w chwilę potem pożegnała się, bo właściwie to spieszyła się
do domu.
Aleksandra wyłuszczyła "nijakiemu" całą sprawę, pokazała nawet odręcznie zrobione szkice
domku i całej działki.
Nijaki, który miał na imię Janusz, wykazywał całą sprawą niewielkie zainteresowanie.
W końcu wyciągnął z aktówki organizer i zaczął go przeglądać.
Aktualnie prowadził jedną budowę,która miała szansę być ukończona za miesiąc, może dwa,
musiał zrobić dwa nowe projekty i coś przeprojektować. O tym, by mógł pojechać na "włości" Aleksandry w weekend to nie było mowy,mógłby wykroić kilka godzin w środku tygodnia. Aleksandra przystała na to bez problemu, miała jeszcze trochę zaległego urlopu.
Umówili się, że pojadą w czwartek wcześnie rano, samochodem Janusza, bo po co jechać
w dwa samochody. Aleksandra miała czekać na niego o 7 rano pod swoim domem..
Mama Aleksandry, której zdaniem dobre ciasto łagodzi obyczaje i każdego faceta dobrze
nastawia do rzeczywistości, upiekła póznym wieczorem szarlotkę, przygotowała kanapki, rano
wstała wcześniej i przygotowała dwa termosy- jeden z kawą, drugi z herbatą, a gdy Aleksandra
już wychodziła z mieszkania wcisnęła jej do ręki wypełniony wszelakim dobrem koszyk.
Janusz czekał już na nią pod domem, w czyściutkim, olbrzymim samochodzie. Zabrał koszyk, wstawił do bagażnika i ruszyli.
A teraz - Janusz spojrzał na nią z ukosa- proszę patrzeć na drogę idącą w kierunku miasta, bo
gdy pani tam zamieszka, to pani o tej porze będzie tamtą drogą jezdziła. My, w pewnym sensie jedziemy pod prąd, więc jak pani widzi ruch jest stosunkowo mały.
W godzinach powrotów z pracy natężenie ruchu w stronę,w którą jedziemy będzie znacznie
większe.
Gdy z głównej szosy zjechali w drogę prowadzącą do wioski, w której stał dom, pan architekt
leciutko westchnął- nie chcę pani martwić, pani Olu, ale to zła droga, do tego pani domu można
dojechać inną drogą i choć będzie nieco dłuższa to będzie się nią szybciej jezdziło.
Wracając pojedziemy tamtą drogą.
Aleksandra z trudem otworzyła bramę wjazdową i zaraz usłyszała za swoimi plecami: "tę kłódkę
zaraz przesmaruję, pewnie nieco podrdzewiał zamek".
Gdy wjechał na teren,wysiadł ze swego wielkiego samochodu, zabrał Aleksandrze kłódkę z ręki
i zanurkował w czeluści swego wielkiego i bardzo pełnego bagażnika.
Aleksandra natomiast wyciągnęła koszyk piknikowy i pomaszerowała do domu, ale nim doszła,
dogonił ją, ostrożnie wyciągnął jej kosz z ręki, mówiąc, że od noszenia to jest on, a nie ona.
Ależ ja nie jestem wątłą panienką i od wielu lat muszę sobie ze wszystkim sama radzić- oburzyła
się Aleksandra.
Ale pan architekt już jej nie słuchał, obchodząc dookoła dom.
Strasznie wielki ten dom- stwierdził. Koszmar do ogrzewania, stwierdził beznamiętnym tonem.
No to wejdzmy do środka. Przy wejściu, tak jak i poprzednim razem buchnęła woń wilgoci.
Oboje zaczęli czym prędzej otwierać okna, a pan architekt zajął się oglądaniem stolarki okiennej.
Postukał w ściany i stwierdził - ściany z cegły, ale nie bardzo wiem dlaczego z zewnątrz całość
jest pokryta deskami.
Świetne kaflowe piece- stwierdził. Teraz takich kafli już nie ma. Ciekawe czy są sprawne. Jeżeli
pani pozwoli, to zaraz to sprawdzę. A jest tu jakieś zejście do piwnicy?
Aleksandra wskazała klapę w kuchni i wygrzebała z koszyka latarkę, ale on tylko machnął ręką.
Przyniosę zaraz swoją i coś do rozpalenia ognia.
Po chwili przyszedł z latarką wielkości średniego reflektora i sporą , wyładowaną torbą.
Zaraz zrobimy próbę ognia- powiedział z uśmiechem. Na podwórku widziałem koło komórki sporo patyków.
Po chwili już wyciągał z torby jakieś stare gazety, długie kominkowe zapałki a przyniesione
z podwórka patyki układał w piecu kuchennym a potem w jednym z kaflowych. Ogień pod kuchnią
rozpalił się bez problemu, ale z piecem kaflowym był kłopot, nie miał ciągu.
No tak, jak dom jest długo pustostanem to zawsze są kłopoty. No nic, zejdę do piwnicy.
W chwilę potem dotarło do Aleksandry soczyste, ale względnie cenzuralne przekleństwo, a
pan architekt wychynął z piwnicy z wielce niezadowoloną miną.
W piwnicy jest bardzo mokro i bardzo wilgotne są ściany, co dobre nie jest.
To duży dom ale cała lewa strona piwnicy jest podmokła. Po lewej stronie jest niemal sucho, stoją tam jakieś stare beczki i jest jakaś szafa bez drzwi i pleców.
Wiem co to jest, to pewnie służyło do suszenia zapasów na zimę- podpowiedziała Aleksandra.
Pewnie wtedy jeszcze w piwnicy nie było wilgotno- podsumował pan Janusz.
Ale teraz wyjdzmy może na podwórko, bo siedzenie w tej wilgoci nie posłuży ani pani, ani mnie.
Wychodząc z domu Aleksandra wzięła zapakowany w worek koc i obrus.
Gdy wspólnie oczyścili stół i rozłożyli koc na ławie a obrus na stole, Aleksandra wyciągnęła
z koszyka zapasy.
Jak zwykle jej mama stanęła na wysokości zadania- w koszyku była turystyczna, jednorazowego użytku zastawa, obłędnie pachnąca cynamonem szarlotka, szklanki do herbaty, filiżanki do kawy
a nawet kolorowe serwetki śniadaniowe.
Ooo!- ucieszył się- w takich warunkach to ja lubię pracować.
To wszystko przygotowała moja mama, nawet nie wiedziałam kiedy to przygotowała, mama
zawsze o wszystkich dba- wyjaśniła Aleksandra.
Pani Olu- muszę pani zadać wiele pytań, niektóre będą nawet może nietaktowne. Muszę się
dowiedzieć wielu rzeczy- kto tu będzie mieszkał, kto jest właścicielem i ma decydujący głos
w sprawie remontu lub budowy oraz jak wygląda sytuacja finansowa całego przedsięwzięcia i
jaki jest stan prawny, potem jak pani sobie wyobraża ten dom, rozkład pokoi, jakie pani
potrzeby powinien zaspokajać.
To jest ogromna działka, właściwie mogłyby tu spokojnie stać dwa domy, gdyby nie ten pseudo
sad.
Gdy już Aleksandra skończyła odpowiadać na większość pytań, pan Janusz popatrzył na nią
uważnie i powiedział: proszę się nie obrazić, ale ma pani niedorzeczny pomysł.
Jest pani samotną matką, nigdy nie mieszkała pani na wsi, nie ma pani zielonego pojęcia ani o
ogrodnictwie ani o sadownictwie i chce pani mieć olbrzymi dom z olbrzymim ogrodem i sadem.
Ten dom powinno się tak naprawdę zburzyć i budować od nowa, a wszystko zacząć od
zdrenowania terenu. Niewątpliwie mógłbym się razem z ekipą budowlaną niezle obłowić, bo
to wszystko kosztowałoby panią naprawdę bardzo dużo pieniędzy.
Będąc na pani miejscu rozważyłbym sprzedaż całości, a przynajmniej domu i ogrodu.Sad
można przed sprzedażą odgrodzić i na razie go nie sprzedawać. W sumie za sprzedaż dwóch oddzielnych obiektów dostanie pani więcej pieniędzy.
A jeżeli tak bardzo pani chce mieć dom z ogródkiem to trzeba wybrać osiedle domków jednorodzinnych na obrzeżach miasta, gdzie są doprowadzone niemal wszystkie media a ogród
nie wymaga zbyt wielkiego nakładu pracy i, co jest najważniejsze, można tam dojechać miejską
komunikacją.
Za pieniądze uzyskane ze sprzedaży tego obiektu spokojnie kupi pani domek w takim miejscu.
Proszę spojrzeć- ten dom stoi właściwie poza wsią. Spokojnie mogliby tu panią napaść i nikt by nawet palcem nie kiwnął, bo po prostu nikt nic by nie zauważył.
Proszę się przespać z tą opcją, a jeśli się pani namyśli to zawiozę panią w takie miejsce i sama
pani porówna co lepsze.
Nie muszę się z tą opcją przesypiać, czuję, że i mama i pan macie rację. Ale nie pomyślałam o tym, bo wydawało mi się, że wystarczy remont. No i jakoś nie wpadłam na to, że rzeczywiście
dom jest niemal na odludziu a moi rodzice nie mieszkaliby tu cały czas ze mną.
No i musiałabym wziąć kredyt z banku, a na to nie mam wcale ochoty.
A jeśli ma pan jeszcze czas, to może dziś by mi pan pokazał to osiedle? Jutro co prawda też mam
jeszcze dzień wolny, no ale nie wiem kiedy pan będzie mógł się ze mną w tej sprawie spotkać.
Dobrze, pojedzmy dziś, ale mówmy sobie po imieniu, bo ja będę panią przedstawiał jako
swoją kuzynkę. Wypijmy jeszcze do końca tę kawę, zamiast bruderszaftu. Czy nie będzie ci
przeszkadzało, gdy nieco przekształcę twoje imię i z Aleksandry zrobię Olę?
Aleksandra to strasznie oficjalnie i zimno brzmi.
Wspólnie posprzątali , Janusz pozamykał w domu okna, zamknął piwnicę,pochował do bagażnika
to wszystko, co ze sobą przywiezli, na koniec potraktował kłódkę jakimś płynem i ruszyli
w dalszą drogę.
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
niedziela, 22 stycznia 2017
środa, 18 stycznia 2017
Siedlisko, cz. II
W następny weekend, tak jak planowali, zabrali się za porządki w domu.Z dodatkowych atrakcji ojciec Aleksandry pożyczył od znajomego ogrodową kosiarkę.
Koszenie trawy niezmiernie spodobało się Małemu, który dostał bardzo odpowiedzialne zadanie,
by przed koszeniem pomóc dziadkowi sprawdzić czy w tych resztkach trawnika nie ma
przypadkiem kamieni, które mogłyby uszkodzić pożyczoną kosiarkę. Kamieni nie było, za to
sporo mniejszych i większych patyków.
Obie panie utonęły w czeluściach domu, co jakiś czas wyrzucając z domu to, co już nie za bardzo nadawało się do użytku i pod jednym z okien wychodzących na podwórko rosła górka rzeczy
starych, zniszczonych, nieprzydatnych.
Gdy tak wszyscy byli zajęci pracą, przy furtce zatrzymał się jakiś mężczyzna i grzecznie rzucił
w kierunku ojca Aleksandry powitanie, pytając, czy może wejść.
Okazało się, że to sołtys tej wsi, który dobrze pamiętał dawną właścicielkę domu a nawet od razu
rozpoznał ojca Aleksandry, bo jego zdaniem był on bardzo podobny do swej matki.
Sołtysa bardzo ciekawiło czy i kto będzie tu mieszkał, bo gdyby spadkobiercy chcieli sprzedać
dom, to tu już kilka osób dopytywało się o tę posesję a i jego kuzyn też chętnie by to siedlisko
kupił.
A na pogrzebie pani Eugenii to ja pana nie widziałem- powiedział nagle sołtys, zerkając spod
oka na swego rozmówcę. Był pana brat z żoną, a pana nie było. A to była taka zacna osoba i cała wieś ją lubiła niezmiernie, choć nie była swojaczką, a tylko przyszła za mężem. Ale była bardzo
mądrą kobitką i umiała ludziom doradzić w potrzebie.
Ojciec Aleksandry uśmiechnął się smutno- o chorobie i śmierci mamy dowiedziałem się będąc
na kontrakcie w Libii.Gdy dotarła do mnie ta wiadomość to już było po pogrzebie. A wie pan,
mój brat też już nie żyje, zginął w wypadku samochodowym, dość szybko po śmierci mamy.
Pewnie za szybko jechał ?- ni to stwierdził ni to spytał sołtys.
A nie, ktoś wymusił na nim pierwszeństwo i brat uderzył głową w słupek. Panie, on nosił
w swej głowie śmierć, miał tętniaka mózgu i w każdej chwili mógł umrzeć, tylko nikt o tym nie wiedział.Wie pan, panie sołtysie, nikt z nas nie zna dnia ani godziny.
A kto teraz będzie tu mieszkał, komu to sprzedajecie?- sołtysa wyraznie zżerała ciekawość.
A pewnie spadkobierczyni, czyli moja córka Aleksandra, a może i ja z żoną?
Córka z żoną porządkują teraz dom w środku.
Maciek- zwrócił się do wnuka- idz po mamę i babcię, powiedz, że pan sołtys przyszedł do nas.
Maciek co sił w nogach pobiegł do domu i wrócił za chwilę, mówiąc, że mama i babcia przyjdą, tylko ręce umyją, ale mama mówi by panowie przyszli na podwórko pod lipę.
Nim panowie wolnym krokiem przeszli na podwórko, oglądając po drodze zdziczały sad i
zastanawiając się czy wyciąć wszystkie drzewa czy może kilka zostawić by były własne jabłka,
panie nakryły stół pod lipą, wyłożyły ławy kocami, wyciągnęły domowe ciasto i termosy z kawą
i herbatą.
Biedny sołtys- miał nadzieję, że "zasięgnie języka" a tu znalazł się nagle w ogniu rzeczowych
pytań, zadawanych przez Aleksandrę.
Po niemal dwóch godzinach, w czasie których sołtys czuł się jak na przesłuchaniu a sam niewiele
się dowiedział, sołtys przypomniał sobie, że przecież musi jeszcze iść do sklepu, bo ten jest dziś czynny tylko do godz. 14,00, więc uprzejmie się ze wszystkimi pożegnał, zapewniając że bardzo
się cieszy tym, że siedlisko wreszcie ożyje.
Aleksandra była zadowolona i zapełniła aż dwie strony kartki A-4 interesującymi ją informacjami.
Ucieszyła ją wiadomość, że nie ona jedna będzie tu "miastową", że już są dwie rodziny nowych,
miastowych i to z dziećmi w wieku szkolnym.
Droga faktycznie nie była odśnieżana przez służby drogowe, ale ostatniej zimy to "miastowi"
zorganizowali pług i droga była przejezdna. A w sąsiedniej wsi jest szkoła podstawowa, a tu już
nie ma, bo było za mało dzieci. A do szkoły to dzieci mają tylko 2,5 km drogą za lasem, którego z tego miejsca Aleksandra nie mogła zobaczyć.
Koszenie trawy niezmiernie spodobało się Małemu, który dostał bardzo odpowiedzialne zadanie,
by przed koszeniem pomóc dziadkowi sprawdzić czy w tych resztkach trawnika nie ma
przypadkiem kamieni, które mogłyby uszkodzić pożyczoną kosiarkę. Kamieni nie było, za to
sporo mniejszych i większych patyków.
Obie panie utonęły w czeluściach domu, co jakiś czas wyrzucając z domu to, co już nie za bardzo nadawało się do użytku i pod jednym z okien wychodzących na podwórko rosła górka rzeczy
starych, zniszczonych, nieprzydatnych.
Gdy tak wszyscy byli zajęci pracą, przy furtce zatrzymał się jakiś mężczyzna i grzecznie rzucił
w kierunku ojca Aleksandry powitanie, pytając, czy może wejść.
Okazało się, że to sołtys tej wsi, który dobrze pamiętał dawną właścicielkę domu a nawet od razu
rozpoznał ojca Aleksandry, bo jego zdaniem był on bardzo podobny do swej matki.
Sołtysa bardzo ciekawiło czy i kto będzie tu mieszkał, bo gdyby spadkobiercy chcieli sprzedać
dom, to tu już kilka osób dopytywało się o tę posesję a i jego kuzyn też chętnie by to siedlisko
kupił.
A na pogrzebie pani Eugenii to ja pana nie widziałem- powiedział nagle sołtys, zerkając spod
oka na swego rozmówcę. Był pana brat z żoną, a pana nie było. A to była taka zacna osoba i cała wieś ją lubiła niezmiernie, choć nie była swojaczką, a tylko przyszła za mężem. Ale była bardzo
mądrą kobitką i umiała ludziom doradzić w potrzebie.
Ojciec Aleksandry uśmiechnął się smutno- o chorobie i śmierci mamy dowiedziałem się będąc
na kontrakcie w Libii.Gdy dotarła do mnie ta wiadomość to już było po pogrzebie. A wie pan,
mój brat też już nie żyje, zginął w wypadku samochodowym, dość szybko po śmierci mamy.
Pewnie za szybko jechał ?- ni to stwierdził ni to spytał sołtys.
A nie, ktoś wymusił na nim pierwszeństwo i brat uderzył głową w słupek. Panie, on nosił
w swej głowie śmierć, miał tętniaka mózgu i w każdej chwili mógł umrzeć, tylko nikt o tym nie wiedział.Wie pan, panie sołtysie, nikt z nas nie zna dnia ani godziny.
A kto teraz będzie tu mieszkał, komu to sprzedajecie?- sołtysa wyraznie zżerała ciekawość.
A pewnie spadkobierczyni, czyli moja córka Aleksandra, a może i ja z żoną?
Córka z żoną porządkują teraz dom w środku.
Maciek- zwrócił się do wnuka- idz po mamę i babcię, powiedz, że pan sołtys przyszedł do nas.
Maciek co sił w nogach pobiegł do domu i wrócił za chwilę, mówiąc, że mama i babcia przyjdą, tylko ręce umyją, ale mama mówi by panowie przyszli na podwórko pod lipę.
Nim panowie wolnym krokiem przeszli na podwórko, oglądając po drodze zdziczały sad i
zastanawiając się czy wyciąć wszystkie drzewa czy może kilka zostawić by były własne jabłka,
panie nakryły stół pod lipą, wyłożyły ławy kocami, wyciągnęły domowe ciasto i termosy z kawą
i herbatą.
Biedny sołtys- miał nadzieję, że "zasięgnie języka" a tu znalazł się nagle w ogniu rzeczowych
pytań, zadawanych przez Aleksandrę.
Po niemal dwóch godzinach, w czasie których sołtys czuł się jak na przesłuchaniu a sam niewiele
się dowiedział, sołtys przypomniał sobie, że przecież musi jeszcze iść do sklepu, bo ten jest dziś czynny tylko do godz. 14,00, więc uprzejmie się ze wszystkimi pożegnał, zapewniając że bardzo
się cieszy tym, że siedlisko wreszcie ożyje.
Aleksandra była zadowolona i zapełniła aż dwie strony kartki A-4 interesującymi ją informacjami.
Ucieszyła ją wiadomość, że nie ona jedna będzie tu "miastową", że już są dwie rodziny nowych,
miastowych i to z dziećmi w wieku szkolnym.
Droga faktycznie nie była odśnieżana przez służby drogowe, ale ostatniej zimy to "miastowi"
zorganizowali pług i droga była przejezdna. A w sąsiedniej wsi jest szkoła podstawowa, a tu już
nie ma, bo było za mało dzieci. A do szkoły to dzieci mają tylko 2,5 km drogą za lasem, którego z tego miejsca Aleksandra nie mogła zobaczyć.
wtorek, 17 stycznia 2017
Siedlisko.....
.........czyli historia jakich wiele.
Aleksandra, jak co dzień, pojechała zaraz po pracy do szkoły, by zabrać synka ze świetlicy.
Cierpliwie czekała aż mały zbierze wszystkie swe drobiazgi i spakuje je do plecaka.
Od szkoły do domu mieli do przejechania około 35 kilometrów.
W czasie jazdy mały zawsze opowiadał Aleksandrze co się wydarzyło w ciągu dnia w szkole.
Najwięcej opowieści dotyczyło wydarzeń, które miały miejsce na przerwach.
Po czterdziestu pięciu minutach siedzenia w ciszy i skupieniu przerwa pomiędzy lekcjami
wyzwalała z dzieci nadmiar energii. Z ich gardeł wydobywały się dzikie wrzaski, a zmęczone
siedzeniem kończyny domagały się ruchu.
Aleksandra podała małemu swoją komórkę i poprosiła, by połączył się z "wujkiem", czyli
partnerem Aleksandry i zapytał się, czy nie trzeba zrobić do domu jakichś dodatkowych
zakupów.
Z uśmiechem przysłuchiwała się krótkiej rozmowie, z której wynikało, że nie ma potrzeby
wstępowania do marketu po zakupy.
Mieszkając w pewnym oddaleniu od dużego miasta należało dobrze planować zakupy,
bo najbliższy sklep był około 2 km od domu i choć szyld głosił, że "to sklep , w którym
kupisz wszystko", w praktyce wcale tak nie było.
Dom, w którym Aleksandra mieszkała wraz z synkiem i swym partnerem, Januszem, stał
w pewnym oddaleniu od wsi. Był otoczony ogrodem, którego spora część była
sadem.
Ale były to już bardzo stare jabłonie , owoców było mało i z reguły drzewa owocowały co
dwa lata. Już przed laty babcia Aleksandry planowała skasowanie sadu i obsadzenie tego
kawałka ziemi krzewami owocowymi, bo niby łatwiejsze były w uprawie.
Za rok Aleksandra miała się przeprowadzić do innego domu, który ciągle jeszcze był
w budowie.
Po śmierci babci dom odziedziczyła Aleksandra i przez kilka lat służył jej jako letnisko,
ale w sensie teoretycznym. Była tylko raz, bo chcieli wypróbować nowy namiot.
Dom nie był skanalizowany i nie było wygodnie w nim mieszkać. Poza tym były mąż
Aleksandry nie wyobrażał sobie mieszkania na stałe " w jakiejś chałupie bez wody
z drewnianym wychodkiem" i cały czas namawiał Aleksandrę by tę "ruderę" sprzedała,
a za uzyskane środki kupiła "porządne" mieszkanie.
Z kolei rodzice Aleksandry cały czas tłumaczyli obojgu, że szkoda sprzedawać taki ładny
plac, że ziemia to dobra lokata, lepsza niż konto w banku.
W rok po przyjściu na świat dziecka, mąż Aleksandry doszedł do wniosku, że nie nadaje się
na ojca, płacz "bachora" wyprowadza go z równowagi a Aleksandra przestała go interesować
jako kobieta.
Na sprawie rozwodowej, która przeszła wyjątkowo gładko, bez protestu zgodził się na
wysokość zasądzonych alimentów, stwierdził, że nie jest zainteresowany widywaniem
dziecka i jeżeli w przyszłości matka dziecka znajdzie kogoś, kto będzie chciał dziecko
adoptować, on nie będzie robił żadnych trudności.
Aleksandra wyprowadziła się z dzieckiem do swoich rodziców, jej były mąż pozostał
w ich dotychczasowym mieszkaniu, które przedtem należało do jego ojca.
Bez problemu płacił alimenty, a przed każdym swym wyjazdem zagranicznym płacił
z góry za cały czas swej planowanej nieobecności .
Dziecko odwiedzał najwyżej raz w roku, zresztą był przez cztery lata na kontrakcie
poza granicami Polski.
Swych teściów Aleksandra widziała tylko raz w życiu, na swoim ślubie.
Mieszkali w RPA i wcale nie mieli zamiaru wracać do Polski. O wnuku wiedzieli, bo
Aleksandra posiadała ich notarialne oświadczenie, że w razie gdy ich syn nie będzie
mógł z jakichś powodów płacić zasądzonych alimentów to oni przejmą obowiązek
alimentacyjny swego syna.
Podali też adres kancelarii adwokackiej, która będzie prowadziła tę sprawę, oraz
sumę zdeponowaną w banku, przeznaczoną na ten cel.
Dokument był sporządzony w dwóch językach, po polsku i angielsku.
Po rozstaniu się z mężem Aleksandra długo zastanawiała się czy aby nie sprzedać
domku po swej babci.
Gdy któregoś dnia pojechała razem z rodzicami do tego domku, jej ojciec dokonał
niezwykłego odkrycia- miejscowość była skanalizowana, tylko babciny domek nie
był podłączony, bo babcia nie chciała innej wody niż tej "swojej, studziennej."
Jedynym unowocześnieniem tej studni była pompa ręczna, więc nabieranie wody
nie wymagało już wyciągania wody wiadrem uwieszonym na łańcuchu.
Aleksandra ze zdziwieniem odkryła, że gdyby ten babciny dom nieco przerobić,
wygospodarować miejsce na łazienkę, doprowadzić do niego bieżącą wodę, wyrzucić
stare kaflowe piece , zainstalować centralne ogrzewanie i wydajny piec w piwnicy, to
byłoby tu naprawdę niezłe miejsce do mieszkania przez cały rok.
Postanowiła wynająć kogoś, kto mógłby ocenić stan fundamentów domku i w ogóle
cały jego stan techniczny, bo od kilku lat dom praktycznie nie był eksploatowany.
Mały był zachwycony domem, ogrodem i faktem, że może swobodnie buszować
po zdziczałym mocno ogrodzie. Co chwilę przybiegał do dorosłych, opowiadając
co zobaczył. Co chwilę rozlegało się głośne "mamo, mamo, chodz tu prędko,
zobacz co znalazłem". Jednym razem były to krzaki pełne jeszcze niedojrzałych
malin, w drugim końcu ogrodu przy płocie niedojrzałe jeżyny, innym razem pełznący
w trawie winniczek i kilka pieczarek w zapuszczonym sadzie.
Chłopczyka zachwyciły nawet nieliczne jabłka na drzewach.
Za domem, na podwórku rosła stara, rozłożysta lipa, która już przekwitała. Pod nią
stał długi stół z dwiema ławami.
Drewno było brudne, nosiło ślady częstych kontaktów z wodą, śniegiem i mrozem,
ale było zdrowe, nie spróchniałe.
Ojciec Aleksandry stwierdził, że to tekowe drewno. Na jednej z ław rozłożyli
znalezioną w domu starą kapę, na niej samochodowy koc, na blacie stołu rozłożyli
swój piknikowy obrus i rozłożyli na stole przywiezione z sobą zapasy.
Potem Aleksandra wraz z ojcem obeszli pomału cały teren, spisując co trzeba zrobić
na terenie, przejrzeli dokładnie wnętrze domu, pomierzyli wszystkie pomieszczenia
i sporządzili odręczny plan domku. Zeszli nawet po drabinie do piwnicy, do której
wejście było w podłodze kuchni. Trochę się namęczyli z otwarciem klapy.Niewiele
zobaczyli, bo....nie mieli latarki. Potem Aleksandra odkryła wejście na "przygórek",
ale nie mogli nigdzie znależć drabiny. Postanowili, że w następną niedzielę przyjadą
z drabiną, latarką i przyborami do sprzątania i mycia.
Mały był zachwycony możliwością mieszkania na wsi. Całą drogę powrotną dopytywał
się ile będzie pokoi, czy będzie miał własny pokój , czy będzie mógł zapraszać do
domu swoich kolegów, czy będzie mógł mieć psa, czy będzie to domek "jak na wsi,
taki z kurami i królikami" czy taki jak w mieście, tylko z trawnikiem i kwiatkami.
Najbardziej sceptyczna była matka Aleksandry i zastanawiała się ile taka przeróbka
może kosztować i skąd wziąć na to fundusze.
Aleksandra rozglądała się dokładnie wracając do miasta, by ocenić, czy codzienne
dojazdy do miasta i powroty nie staną się istną udręką.
Nie dało się ukryć, że od najbliższego przystanku do wsi były do przebycia niemal
4 kilometry, na szczęście wyasfaltowaną drogą, wąską i bez poboczy.
Po obu stronach był rów i wzdłuż jednego z nich widać było wąziutką, mocno ubitą
ścieżkę, która "zagrabiała" czyjeś pola.
Brak dojazdu do wsi jakimkolwiek autobusem ostudził nieco zapał Aleksandry.
Jej samochód nie był już nowy i nie był samochodem terenowym, a ta boczna droga
z całą pewnością nie należała do dróg odsnieżanych w pierwszej kolejności, nie wiadomo
czy zimą ktokolwiek ją odśnieżał. Chcąc tu mieszkać należało rozejrzeć się za nowym
samochodem, najlepiej terenowym, z napędem na cztery koła. A taki samochód naprawdę
tani nie był, nawet używany kosztował sporo. No i skąd wziąć pieniądze na przeróbkę
i remont domku? Wprawdzie ojciec coś kiedyś przebąkiwał, że oni mają nieco
oszczędności na zablokowanym koncie, ale nigdy nie sprecyzował jaka to kwota-
poza tym to były ich pieniądze na czarną godzinę.
Wprawdzie dziś ojciec mocno optował za przebudową domu i twierdził, że mogliby
w tym domku mieszkać wszyscy razem, bo łatwo go podzielić , a poza tym można
go z pewnością powiększyć, ale to jeszcze niczego nie oznaczało.
Miał nawet pomysł, by zbudować drugi mniejszy dom z bali gdy się usunie część
starych drzew. Mina matki jednoznacznie mówiła, że zaczyna mocno wątpić w to,
czy jej mąż jest przy zdrowych zmysłach.
Aleksandra, jak co dzień, pojechała zaraz po pracy do szkoły, by zabrać synka ze świetlicy.
Cierpliwie czekała aż mały zbierze wszystkie swe drobiazgi i spakuje je do plecaka.
Od szkoły do domu mieli do przejechania około 35 kilometrów.
W czasie jazdy mały zawsze opowiadał Aleksandrze co się wydarzyło w ciągu dnia w szkole.
Najwięcej opowieści dotyczyło wydarzeń, które miały miejsce na przerwach.
Po czterdziestu pięciu minutach siedzenia w ciszy i skupieniu przerwa pomiędzy lekcjami
wyzwalała z dzieci nadmiar energii. Z ich gardeł wydobywały się dzikie wrzaski, a zmęczone
siedzeniem kończyny domagały się ruchu.
Aleksandra podała małemu swoją komórkę i poprosiła, by połączył się z "wujkiem", czyli
partnerem Aleksandry i zapytał się, czy nie trzeba zrobić do domu jakichś dodatkowych
zakupów.
Z uśmiechem przysłuchiwała się krótkiej rozmowie, z której wynikało, że nie ma potrzeby
wstępowania do marketu po zakupy.
Mieszkając w pewnym oddaleniu od dużego miasta należało dobrze planować zakupy,
bo najbliższy sklep był około 2 km od domu i choć szyld głosił, że "to sklep , w którym
kupisz wszystko", w praktyce wcale tak nie było.
Dom, w którym Aleksandra mieszkała wraz z synkiem i swym partnerem, Januszem, stał
w pewnym oddaleniu od wsi. Był otoczony ogrodem, którego spora część była
sadem.
Ale były to już bardzo stare jabłonie , owoców było mało i z reguły drzewa owocowały co
dwa lata. Już przed laty babcia Aleksandry planowała skasowanie sadu i obsadzenie tego
kawałka ziemi krzewami owocowymi, bo niby łatwiejsze były w uprawie.
Za rok Aleksandra miała się przeprowadzić do innego domu, który ciągle jeszcze był
w budowie.
Po śmierci babci dom odziedziczyła Aleksandra i przez kilka lat służył jej jako letnisko,
ale w sensie teoretycznym. Była tylko raz, bo chcieli wypróbować nowy namiot.
Dom nie był skanalizowany i nie było wygodnie w nim mieszkać. Poza tym były mąż
Aleksandry nie wyobrażał sobie mieszkania na stałe " w jakiejś chałupie bez wody
z drewnianym wychodkiem" i cały czas namawiał Aleksandrę by tę "ruderę" sprzedała,
a za uzyskane środki kupiła "porządne" mieszkanie.
Z kolei rodzice Aleksandry cały czas tłumaczyli obojgu, że szkoda sprzedawać taki ładny
plac, że ziemia to dobra lokata, lepsza niż konto w banku.
W rok po przyjściu na świat dziecka, mąż Aleksandry doszedł do wniosku, że nie nadaje się
na ojca, płacz "bachora" wyprowadza go z równowagi a Aleksandra przestała go interesować
jako kobieta.
Na sprawie rozwodowej, która przeszła wyjątkowo gładko, bez protestu zgodził się na
wysokość zasądzonych alimentów, stwierdził, że nie jest zainteresowany widywaniem
dziecka i jeżeli w przyszłości matka dziecka znajdzie kogoś, kto będzie chciał dziecko
adoptować, on nie będzie robił żadnych trudności.
Aleksandra wyprowadziła się z dzieckiem do swoich rodziców, jej były mąż pozostał
w ich dotychczasowym mieszkaniu, które przedtem należało do jego ojca.
Bez problemu płacił alimenty, a przed każdym swym wyjazdem zagranicznym płacił
z góry za cały czas swej planowanej nieobecności .
Dziecko odwiedzał najwyżej raz w roku, zresztą był przez cztery lata na kontrakcie
poza granicami Polski.
Swych teściów Aleksandra widziała tylko raz w życiu, na swoim ślubie.
Mieszkali w RPA i wcale nie mieli zamiaru wracać do Polski. O wnuku wiedzieli, bo
Aleksandra posiadała ich notarialne oświadczenie, że w razie gdy ich syn nie będzie
mógł z jakichś powodów płacić zasądzonych alimentów to oni przejmą obowiązek
alimentacyjny swego syna.
Podali też adres kancelarii adwokackiej, która będzie prowadziła tę sprawę, oraz
sumę zdeponowaną w banku, przeznaczoną na ten cel.
Dokument był sporządzony w dwóch językach, po polsku i angielsku.
Po rozstaniu się z mężem Aleksandra długo zastanawiała się czy aby nie sprzedać
domku po swej babci.
Gdy któregoś dnia pojechała razem z rodzicami do tego domku, jej ojciec dokonał
niezwykłego odkrycia- miejscowość była skanalizowana, tylko babciny domek nie
był podłączony, bo babcia nie chciała innej wody niż tej "swojej, studziennej."
Jedynym unowocześnieniem tej studni była pompa ręczna, więc nabieranie wody
nie wymagało już wyciągania wody wiadrem uwieszonym na łańcuchu.
Aleksandra ze zdziwieniem odkryła, że gdyby ten babciny dom nieco przerobić,
wygospodarować miejsce na łazienkę, doprowadzić do niego bieżącą wodę, wyrzucić
stare kaflowe piece , zainstalować centralne ogrzewanie i wydajny piec w piwnicy, to
byłoby tu naprawdę niezłe miejsce do mieszkania przez cały rok.
Postanowiła wynająć kogoś, kto mógłby ocenić stan fundamentów domku i w ogóle
cały jego stan techniczny, bo od kilku lat dom praktycznie nie był eksploatowany.
Mały był zachwycony domem, ogrodem i faktem, że może swobodnie buszować
po zdziczałym mocno ogrodzie. Co chwilę przybiegał do dorosłych, opowiadając
co zobaczył. Co chwilę rozlegało się głośne "mamo, mamo, chodz tu prędko,
zobacz co znalazłem". Jednym razem były to krzaki pełne jeszcze niedojrzałych
malin, w drugim końcu ogrodu przy płocie niedojrzałe jeżyny, innym razem pełznący
w trawie winniczek i kilka pieczarek w zapuszczonym sadzie.
Chłopczyka zachwyciły nawet nieliczne jabłka na drzewach.
Za domem, na podwórku rosła stara, rozłożysta lipa, która już przekwitała. Pod nią
stał długi stół z dwiema ławami.
Drewno było brudne, nosiło ślady częstych kontaktów z wodą, śniegiem i mrozem,
ale było zdrowe, nie spróchniałe.
Ojciec Aleksandry stwierdził, że to tekowe drewno. Na jednej z ław rozłożyli
znalezioną w domu starą kapę, na niej samochodowy koc, na blacie stołu rozłożyli
swój piknikowy obrus i rozłożyli na stole przywiezione z sobą zapasy.
Potem Aleksandra wraz z ojcem obeszli pomału cały teren, spisując co trzeba zrobić
na terenie, przejrzeli dokładnie wnętrze domu, pomierzyli wszystkie pomieszczenia
i sporządzili odręczny plan domku. Zeszli nawet po drabinie do piwnicy, do której
wejście było w podłodze kuchni. Trochę się namęczyli z otwarciem klapy.Niewiele
zobaczyli, bo....nie mieli latarki. Potem Aleksandra odkryła wejście na "przygórek",
ale nie mogli nigdzie znależć drabiny. Postanowili, że w następną niedzielę przyjadą
z drabiną, latarką i przyborami do sprzątania i mycia.
Mały był zachwycony możliwością mieszkania na wsi. Całą drogę powrotną dopytywał
się ile będzie pokoi, czy będzie miał własny pokój , czy będzie mógł zapraszać do
domu swoich kolegów, czy będzie mógł mieć psa, czy będzie to domek "jak na wsi,
taki z kurami i królikami" czy taki jak w mieście, tylko z trawnikiem i kwiatkami.
Najbardziej sceptyczna była matka Aleksandry i zastanawiała się ile taka przeróbka
może kosztować i skąd wziąć na to fundusze.
Aleksandra rozglądała się dokładnie wracając do miasta, by ocenić, czy codzienne
dojazdy do miasta i powroty nie staną się istną udręką.
Nie dało się ukryć, że od najbliższego przystanku do wsi były do przebycia niemal
4 kilometry, na szczęście wyasfaltowaną drogą, wąską i bez poboczy.
Po obu stronach był rów i wzdłuż jednego z nich widać było wąziutką, mocno ubitą
ścieżkę, która "zagrabiała" czyjeś pola.
Brak dojazdu do wsi jakimkolwiek autobusem ostudził nieco zapał Aleksandry.
Jej samochód nie był już nowy i nie był samochodem terenowym, a ta boczna droga
z całą pewnością nie należała do dróg odsnieżanych w pierwszej kolejności, nie wiadomo
czy zimą ktokolwiek ją odśnieżał. Chcąc tu mieszkać należało rozejrzeć się za nowym
samochodem, najlepiej terenowym, z napędem na cztery koła. A taki samochód naprawdę
tani nie był, nawet używany kosztował sporo. No i skąd wziąć pieniądze na przeróbkę
i remont domku? Wprawdzie ojciec coś kiedyś przebąkiwał, że oni mają nieco
oszczędności na zablokowanym koncie, ale nigdy nie sprecyzował jaka to kwota-
poza tym to były ich pieniądze na czarną godzinę.
Wprawdzie dziś ojciec mocno optował za przebudową domu i twierdził, że mogliby
w tym domku mieszkać wszyscy razem, bo łatwo go podzielić , a poza tym można
go z pewnością powiększyć, ale to jeszcze niczego nie oznaczało.
Miał nawet pomysł, by zbudować drugi mniejszy dom z bali gdy się usunie część
starych drzew. Mina matki jednoznacznie mówiła, że zaczyna mocno wątpić w to,
czy jej mąż jest przy zdrowych zmysłach.
poniedziałek, 13 czerwca 2016
Pamięć.....
....dobrodziejstwo czy przekleństwo?
Pamięć działa w obie strony. Czasem pomaga uniknąć raz popełnionego błędu, ale nie wszystkim. I nie zawsze. No ale to chyba nie wina pamięci jako takiej, ale rzecz indywidualna każdego osobnika, bez względu na płeć.
Niestety wciąż przekonuję się, że zbyt wiele rzeczy pamiętam, co mi wcale
a wcale nie ułatwia życia.
Od pewnego czasu pracuję nad doskonaleniem "pamięci wybiórczej" czyli nad pamiętaniem tylko tego co miało pozytywny wpływ na moje ego, budziło
zachwyt lub radość. Utkam z tego wszystkiego kolorową, pamięciową mozaikę, którą można przywołać w chwilach gdy dochodzę do smętnego wniosku, że życie mało radosne jest.
O tym, że mam lekkiego świra to już wiecie.
Być może, że część z Was zauważyła, że mam nieco dziwne spojrzenie na
świat- ktoś kiedyś orzekł, że mam prymitywne spojrzenie na świat, ktoś
bardziej życzliwy określił, że spoglądam na świat jak impresjonista, że
zbieram po prostu wrażenia. Być może- zgadzam się ze wszystkim.
Mój ukochany mąż, gdy się gdzieś wybieramy, wpierw szczegółowo studiuje
trasę ( co do kilometra), potem stara się znalezć jak najwięcej informacji o
miejscu do którego jedziemy. To takie informacje jak co i dlaczego należy
zobaczyć, co kto wybudował, itp.
Jeżeli gdzieś jezdziłam sama, dostawałam do ręki kartkę z dokładnie
rozpisaną trasą, podaną dokładnie ilością kilometrów dzielącą kolejne
miejscowości, z uwagami gdzie mam nabrać benzynę, jak przejechać przez
mijane miasta, gdy nie ma obwodnicy. Dobre, ale nudne.
A ja - wolę gdy miejsce do którego jadę jest"ziemią tajemniczą"-wystarczy
mi informacja ile w sumie km trzeba pokonać i ogólne warunki typu:
warunki mieszkaniowe, plaża ładna/kiepska, jest gdzie i co zjeść.
Najczęściej staram się natomiast zakupić jakiś plan danego miejsca i okolic,
ale do korzystania dopiero na miejscu- żeby nie zabłądzić.
O wszelkich zabytkach czytam dopiero po ich obejrzeniu.No mam taki feler.
A na miejscu - zabytki to ostatni punkt mego programu- wpierw muszę
poczuć, w pewien sposób zrozumieć dane miejsce.
I tym sposobem, gdy opowiadam komuś o swym pobycie w Wenecji,
zapewne nie zbieram pochwał od "rasowych turystów".
Bo dla mnie Wenecja to ta chwila, gdy płynąc statkiem na horyzoncie
dostrzega się "coś" - nieregularną linię, która z każdym pokonanym
kilometrem zmienia swój kształt, dąży do trójwymiarowości.
I wreszcie zaczyna przybierać kształt miasta. I już wiesz, że to domy, a te
wysokie wieże to zapewne należą do kościołów.
I jest taki moment, gdy czujesz się jak w teatrze, gdy rozsunięta całkiem
kurtyna ukazuje nam cudną, teatralną dekorację - miasto.
I wtedy masz ochotę cofnąć się do tyłu i znów przeżyć tę zamianę cienkiej
linijki "czegoś" w miasto.
Wenecja- to Wybrzeże Słowiańskie z tłumem ludzi skołowanych,umęczonych
upałem, plątających się wśród kramów pełnych kolorowej tandety.
Wenecja- to przejażdżka Wielkim Kanałem, wzdłuż którego stoją piękne,
zabytkowe pałace, to panna młoda w sukni ślubnej na balkonie jednego
z hoteli i obejmujący ją mężczyzna, to gondole płynące, lub cumujące przy
brzegu, kołyszące się na fali, to kawiarenki nad samym brzegiem Wielkiego Kanału.
Wenecja to również ciche, puste uliczki, domy z zawilgoconymi ścianami,
pokrytymi pleśnią, mury obłażące z tynku, zalane wodą progi już
nieczynnych, zabitych deskami bram, to smutek przemijania.
Wenecja - to targ rybny i refleksja- że też ludzie jedzą te stworzenia-
omułki, krewetki, ośmiornice i różne inne stwory, których nie znam.I te
kolorowe ryby -zapewne w wodzie były jeszcze ładniejsze. Szkoda mi ich.
Wenecja - to okazjonalna wystawa rzezby Canovy. To wystawa, na której
jesteś zaledwie kilka centymetrów od rzezb, oglądanych dotychczas
jedynie na fotografiach.
To zachwyt i jednocześnie niedowierzanie jak można tchnąć życie w kamień.
I gdy sobie uzmysłowisz, że Canova nie żyje już od 1822 roku, to dreszcz
Cię przechodzi -głównie z zachwytu, że jego dzieła nadal żyją.
I stoisz tu i kontemplujesz każdy centymetr rzezby, a tak naprawdę
zdychasz z chęci objęcia każdej. Jedną ukradkiem, leciutko, wierzchem
dłoni pogłaskałam. Głupie, wiem. I niedozwolone.
Wenecja- to druga wystawa-tym razem rysunków Picassa.
Oglądam z zaciekawieniem i z jakimś żalem, że człowiek prowadzący tak
pięknie kreskę ,zaczął malować coś, co przynajmniej do mnie, nijak nie
przemawiało i nadal nie przemawia.
Wenecja -to również rozczarowanie wieloma wielkimi i uznanymi obrazami,
które zdają mi się "wylizane" i jednocześnie zbyt barwne.
Wenecja - to zachwyt architekturą i tęsknota by znów tu wrócić.
Stambuł - zawsze będzie mi się kojarzył z jazdą autokarem z Burgas.
Granicę bułgarsko-turecką przekraczaliśmy b.póznym wieczorem. Celnicy
trzymali nas na granicy strasznie długo, bo....oglądali mecz.
A potem przez całą drogę towarzyszył nam na niebie sierp księżyca i
gwiazdka, a po głowie kołatała się stara piosenka o księżycu zakochanym
w małej gwiazdce.
Stambuł - to miasto, które chyba nigdy nie śpi. To kawiarnie czynne w nocy,
w których nie spotkasz nawet pół kobiety, pryzma arbuzów, którymi
handluje młody Turek, to wreszcie monotonna, męcząca muzyka, która
przywodziła mi na myśl taniec brzucha.
Stambuł- to obłędny upał, choć słońca na niebie nie uświadczysz, to
straszliwy harmider samochodowych klaksonów, to ulice z cudownymi
stanowiskami czyścibutów, ozdobionych złocistymi dzwonkami, pełnymi
różnych akcesoriów i do tego on-czyścibut z miną księcia udzielnego.
Stambuł to również Wielki Bazar, w którym można się bez trudu zagubić,
to małe sklepiki z obłędną wręcz ilością towaru, aż masz wrażenie, że
to wszystko zaraz na ciebie spadnie i utoniesz w złocie, cennych
kamieniach, przywalona różnymi rzezbionymi figurkami, zamotają cię
cudne dywany lub jedwabie. Albo nagle zakonserwują cię wszystkie
przyprawy świata lub kołkiem stanie twe serce już od samego zapachu
świeżutko upalonej i zmielonej na pył kawy.
I ogłupiała z nadmiaru kolorów i różnorodności wchodzisz do malutkiego
sklepiku, dostajesz oczopląsu od widoku biżuterii, a właściciel skacze
koło ciebie jakbyś była kimś arcyważnym i chłopak biegnie po aromatyczną,
mocną herbatę a ty mierzysz po trzy pierścionki na raz i nerwowo
liczysz w pamięci kasę.
Stambuł to hagia sophia, której uroda była akurat przyćmiona remontem,
to smukłe wieżyczki minaretów i ozdobne kopuły meczetów i głos muzeina-
z taśmy;)
Turcja to miejsce, do którego zawsze wracam z przyjemnością, nawet gdy
to tylko nadmorski kurort. To palmowe aleje, pięknie kwitnące krzewy,
góry schodzące miejscami stromo do morza, to morze - bardzo kolorowe-
z wszystkim odcieniami zieleni i błękitu , złociste o zachodzie słońca.
A skoro jesteśmy przy morzu - każde jest piękne i każde ma nieco inne
oblicze.
Śródziemne -zawsze kojarzy mi się z zielenią, gdy patrzysz w jego toń,
jest też złociste o pewnej porze dnia. Stalowe wieczorem i jak płynny
ołów przy złej pogodzie. Bywa też w niektórych miejscach w barwie
królewskiego błękitu i wtedy chwilami skrzy się srebrem.
Każde morze daje mi moje dwie ulubione rozrywki - kilometrowe spacery
jego brzegiem lub typowe "nicnierobienie", czyli leżenie lub siedzenie
i wpatrywanie się w dal- odpływają wtedy wraz z falami wszystkie myśli-
i te głupie i te mądre- to rodzaj medytacji.
Dziwne czasem te moje wspomnienia - większość pobytu mogę określić
lakonicznym stwierdzeniem "fajnie było" i kilkakrotny pobyt w Bieszczadach
sprowadza się do odczucia niezmiernej żałości na widok resztek domów
Łemków i do chwili gdy siedziałam na łące wśród pasących się koni i
straszliwie się bałam, bo podchodziły coraz bliżej.
Bieszczady to również zapach łąk i duże odległości i odpoczynek na łące
nagrzanej słońcem, pełnej uwijających się owadów, ich lekkie brzęczenie
i dochodząca z oddali ballada Stinga.
Bieszczady to spacery z moim psem, który ciągnął mnie pod górę i
wynajdywał ciągle płyciutkie strumyki, a na drodze obwąchiwał z wielką
lubością rozjechane i wyschnięte truchła ropuch.
I z takich właśnie okruchów pamięci chcę mieć ochronną pamięciową mozaikę.
Pamięć działa w obie strony. Czasem pomaga uniknąć raz popełnionego błędu, ale nie wszystkim. I nie zawsze. No ale to chyba nie wina pamięci jako takiej, ale rzecz indywidualna każdego osobnika, bez względu na płeć.
Niestety wciąż przekonuję się, że zbyt wiele rzeczy pamiętam, co mi wcale
a wcale nie ułatwia życia.
Od pewnego czasu pracuję nad doskonaleniem "pamięci wybiórczej" czyli nad pamiętaniem tylko tego co miało pozytywny wpływ na moje ego, budziło
zachwyt lub radość. Utkam z tego wszystkiego kolorową, pamięciową mozaikę, którą można przywołać w chwilach gdy dochodzę do smętnego wniosku, że życie mało radosne jest.
O tym, że mam lekkiego świra to już wiecie.
Być może, że część z Was zauważyła, że mam nieco dziwne spojrzenie na
świat- ktoś kiedyś orzekł, że mam prymitywne spojrzenie na świat, ktoś
bardziej życzliwy określił, że spoglądam na świat jak impresjonista, że
zbieram po prostu wrażenia. Być może- zgadzam się ze wszystkim.
Mój ukochany mąż, gdy się gdzieś wybieramy, wpierw szczegółowo studiuje
trasę ( co do kilometra), potem stara się znalezć jak najwięcej informacji o
miejscu do którego jedziemy. To takie informacje jak co i dlaczego należy
zobaczyć, co kto wybudował, itp.
Jeżeli gdzieś jezdziłam sama, dostawałam do ręki kartkę z dokładnie
rozpisaną trasą, podaną dokładnie ilością kilometrów dzielącą kolejne
miejscowości, z uwagami gdzie mam nabrać benzynę, jak przejechać przez
mijane miasta, gdy nie ma obwodnicy. Dobre, ale nudne.
A ja - wolę gdy miejsce do którego jadę jest"ziemią tajemniczą"-wystarczy
mi informacja ile w sumie km trzeba pokonać i ogólne warunki typu:
warunki mieszkaniowe, plaża ładna/kiepska, jest gdzie i co zjeść.
Najczęściej staram się natomiast zakupić jakiś plan danego miejsca i okolic,
ale do korzystania dopiero na miejscu- żeby nie zabłądzić.
O wszelkich zabytkach czytam dopiero po ich obejrzeniu.No mam taki feler.
A na miejscu - zabytki to ostatni punkt mego programu- wpierw muszę
poczuć, w pewien sposób zrozumieć dane miejsce.
I tym sposobem, gdy opowiadam komuś o swym pobycie w Wenecji,
zapewne nie zbieram pochwał od "rasowych turystów".
Bo dla mnie Wenecja to ta chwila, gdy płynąc statkiem na horyzoncie
dostrzega się "coś" - nieregularną linię, która z każdym pokonanym
kilometrem zmienia swój kształt, dąży do trójwymiarowości.
I wreszcie zaczyna przybierać kształt miasta. I już wiesz, że to domy, a te
wysokie wieże to zapewne należą do kościołów.
I jest taki moment, gdy czujesz się jak w teatrze, gdy rozsunięta całkiem
kurtyna ukazuje nam cudną, teatralną dekorację - miasto.
I wtedy masz ochotę cofnąć się do tyłu i znów przeżyć tę zamianę cienkiej
linijki "czegoś" w miasto.
Wenecja- to Wybrzeże Słowiańskie z tłumem ludzi skołowanych,umęczonych
upałem, plątających się wśród kramów pełnych kolorowej tandety.
Wenecja- to przejażdżka Wielkim Kanałem, wzdłuż którego stoją piękne,
zabytkowe pałace, to panna młoda w sukni ślubnej na balkonie jednego
z hoteli i obejmujący ją mężczyzna, to gondole płynące, lub cumujące przy
brzegu, kołyszące się na fali, to kawiarenki nad samym brzegiem Wielkiego Kanału.
Wenecja to również ciche, puste uliczki, domy z zawilgoconymi ścianami,
pokrytymi pleśnią, mury obłażące z tynku, zalane wodą progi już
nieczynnych, zabitych deskami bram, to smutek przemijania.
Wenecja - to targ rybny i refleksja- że też ludzie jedzą te stworzenia-
omułki, krewetki, ośmiornice i różne inne stwory, których nie znam.I te
kolorowe ryby -zapewne w wodzie były jeszcze ładniejsze. Szkoda mi ich.
Wenecja - to okazjonalna wystawa rzezby Canovy. To wystawa, na której
jesteś zaledwie kilka centymetrów od rzezb, oglądanych dotychczas
jedynie na fotografiach.
To zachwyt i jednocześnie niedowierzanie jak można tchnąć życie w kamień.
I gdy sobie uzmysłowisz, że Canova nie żyje już od 1822 roku, to dreszcz
Cię przechodzi -głównie z zachwytu, że jego dzieła nadal żyją.
I stoisz tu i kontemplujesz każdy centymetr rzezby, a tak naprawdę
zdychasz z chęci objęcia każdej. Jedną ukradkiem, leciutko, wierzchem
dłoni pogłaskałam. Głupie, wiem. I niedozwolone.
Wenecja- to druga wystawa-tym razem rysunków Picassa.
Oglądam z zaciekawieniem i z jakimś żalem, że człowiek prowadzący tak
pięknie kreskę ,zaczął malować coś, co przynajmniej do mnie, nijak nie
przemawiało i nadal nie przemawia.
Wenecja -to również rozczarowanie wieloma wielkimi i uznanymi obrazami,
które zdają mi się "wylizane" i jednocześnie zbyt barwne.
Wenecja - to zachwyt architekturą i tęsknota by znów tu wrócić.
Stambuł - zawsze będzie mi się kojarzył z jazdą autokarem z Burgas.
Granicę bułgarsko-turecką przekraczaliśmy b.póznym wieczorem. Celnicy
trzymali nas na granicy strasznie długo, bo....oglądali mecz.
A potem przez całą drogę towarzyszył nam na niebie sierp księżyca i
gwiazdka, a po głowie kołatała się stara piosenka o księżycu zakochanym
w małej gwiazdce.
Stambuł - to miasto, które chyba nigdy nie śpi. To kawiarnie czynne w nocy,
w których nie spotkasz nawet pół kobiety, pryzma arbuzów, którymi
handluje młody Turek, to wreszcie monotonna, męcząca muzyka, która
przywodziła mi na myśl taniec brzucha.
Stambuł- to obłędny upał, choć słońca na niebie nie uświadczysz, to
straszliwy harmider samochodowych klaksonów, to ulice z cudownymi
stanowiskami czyścibutów, ozdobionych złocistymi dzwonkami, pełnymi
różnych akcesoriów i do tego on-czyścibut z miną księcia udzielnego.
Stambuł to również Wielki Bazar, w którym można się bez trudu zagubić,
to małe sklepiki z obłędną wręcz ilością towaru, aż masz wrażenie, że
to wszystko zaraz na ciebie spadnie i utoniesz w złocie, cennych
kamieniach, przywalona różnymi rzezbionymi figurkami, zamotają cię
cudne dywany lub jedwabie. Albo nagle zakonserwują cię wszystkie
przyprawy świata lub kołkiem stanie twe serce już od samego zapachu
świeżutko upalonej i zmielonej na pył kawy.
I ogłupiała z nadmiaru kolorów i różnorodności wchodzisz do malutkiego
sklepiku, dostajesz oczopląsu od widoku biżuterii, a właściciel skacze
koło ciebie jakbyś była kimś arcyważnym i chłopak biegnie po aromatyczną,
mocną herbatę a ty mierzysz po trzy pierścionki na raz i nerwowo
liczysz w pamięci kasę.
Stambuł to hagia sophia, której uroda była akurat przyćmiona remontem,
to smukłe wieżyczki minaretów i ozdobne kopuły meczetów i głos muzeina-
z taśmy;)
Turcja to miejsce, do którego zawsze wracam z przyjemnością, nawet gdy
to tylko nadmorski kurort. To palmowe aleje, pięknie kwitnące krzewy,
góry schodzące miejscami stromo do morza, to morze - bardzo kolorowe-
z wszystkim odcieniami zieleni i błękitu , złociste o zachodzie słońca.
A skoro jesteśmy przy morzu - każde jest piękne i każde ma nieco inne
oblicze.
Śródziemne -zawsze kojarzy mi się z zielenią, gdy patrzysz w jego toń,
jest też złociste o pewnej porze dnia. Stalowe wieczorem i jak płynny
ołów przy złej pogodzie. Bywa też w niektórych miejscach w barwie
królewskiego błękitu i wtedy chwilami skrzy się srebrem.
Każde morze daje mi moje dwie ulubione rozrywki - kilometrowe spacery
jego brzegiem lub typowe "nicnierobienie", czyli leżenie lub siedzenie
i wpatrywanie się w dal- odpływają wtedy wraz z falami wszystkie myśli-
i te głupie i te mądre- to rodzaj medytacji.
Dziwne czasem te moje wspomnienia - większość pobytu mogę określić
lakonicznym stwierdzeniem "fajnie było" i kilkakrotny pobyt w Bieszczadach
sprowadza się do odczucia niezmiernej żałości na widok resztek domów
Łemków i do chwili gdy siedziałam na łące wśród pasących się koni i
straszliwie się bałam, bo podchodziły coraz bliżej.
Bieszczady to również zapach łąk i duże odległości i odpoczynek na łące
nagrzanej słońcem, pełnej uwijających się owadów, ich lekkie brzęczenie
i dochodząca z oddali ballada Stinga.
Bieszczady to spacery z moim psem, który ciągnął mnie pod górę i
wynajdywał ciągle płyciutkie strumyki, a na drodze obwąchiwał z wielką
lubością rozjechane i wyschnięte truchła ropuch.
I z takich właśnie okruchów pamięci chcę mieć ochronną pamięciową mozaikę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)