czwartek, 26 stycznia 2017

Siedlisko - VII

Pana sołtysa  "upolowali" koło sklepu. Stał z dwiema kobietami i coś im opowiadał żywo
gestykulując.
Gdy z "obcego" samochodu wysiadła   Ola, sołtys wpierw przyjrzał się jej badawczo, a gdy
już skojarzył kim  jest ta młoda kobieta, szybko do niej podszedł.
Oooo, witam, witam, pani do mnie czy do sklepu?
Do pana, bo przywiozłam tu mojego pełnomocnika.O, to właśnie pan Janusz, który będzie tu
zamiast mnie przyjeżdżał, powiedziała Ola uprzedzając tym zdaniem pytania sołtysa. Janusz podszedł i przywitał się z sołtysem.
Chciałbym z panem porozmawiać na temat podciągnięcia wody, ale jednocześnie zastanawiam
się czy nie lepiej wziąć wodę z tej studni, która tam jest. Janusz dał do zrozumienia panu
sołtysowi, że ceni sobie jego opinię.
Sołtys uśmiechnął się i powiedział- tam jest świetna woda, dlatego starsza pani nie chciała innej
i została przy swojej wodzie studziennej. Tę pompę ręczną na podwórzu wtedy właśnie kazała zamontować, coby było łatwiej wodę nabierać. Ale nie chciała by jej "rujnowali podwórko" i
"rowy kopali" by rury kłaść.
A co, będziecie państwo sprzedawać działeczkę czy będziecie tu mieszkać?
Ola rozłożyła ręce w nieco teatralnym geście i powiedziała- ciągle się zastanawiamy, na dwoje
babka wróżyła, jak to mówią.
No bo jeśli pani by chciała sprzedać, to z pewnością się dogadamy co do ceny.To ładna działka,
bardzo się mojemu kuzynowi podoba.Chętnie by kupił, bo mu się śni hodowla zielononóżek na
wolnym wybiegu, który mógłby być w sadzie.
Jakich zielononóżek??? Co to takiego?- zapytała mocno zdziwiona Ola.
No mówię, zielononóżki, kury. To taka ostatnio bardzo modna rasa, bo podobno ich jajka są
zdrowsze od innych. A pani nie widziała nigdy w sklepie  jaj od zielononóżek? Są droższe, choć mniejsze od zwykłych.
Ola pokręciła przecząco głową. Dla mnie jajko to jajko, byle byłoby świeże.
No to my już się pożegnamy, a jeżeli będziemy sprzedawać działkę to z całą pewnością pana
o tym powiadomię. Ola podała rękę panu sołtysowi, Janusz także i wycofali się  do samochodu.
Gdy tylko odjechali kawałek od sklepu, oboje parsknęli śmiechem.
Dobrze, że nie chce  facet założyć  tu hodowli świń. Mimo wszystko wolno biegające  kury nie
cuchną tak jak hodowla świń. Przejeżdżałem kiedys w pobliżu takiej hodowli i odór był wokół
niesamowity.
Olusiu, mam dla Ciebie pewną niespodziankę, ale to wymaga  twojej obecności u mnie w domu.
Wiem ,że to mało ciekawe miejsce, ale wpadniemy tam, dobrze? Kurze starłem, naprawdę.
A potem - zobaczymy co zrobimy potem.
Potem to musimy chyba podjechać do tego prawnika, podpowiedziała Ola. A  i gdzieś przedtem
wpaść na obiad, ale tym razem to ja stawiam. Tyle tylko, że ja nie mam bladego pojęcia gdzie
dobrze dają jeść, więc wybór miejsca należy do ciebie. Jadam tylko w domu, poza tym nigdzie
z nikim nie jeżdżę. Mój były skutecznie zabił we mnie chęć poznawania nowych ludzi i bywania
gdziekolwiek. Drugi dzień z  tobą jeżdżę i sama nie mogę w to uwierzyć, że to robię.
Opowiesz mi kiedyś o tym dziwolągu, dobrze? Ola uśmiechnęła się smutno- może, ale to nic zabawnego.
A może dlatego, że oboje mamy za sobą przykre doświadczenia to łatwiej nam się porozumieć?
Gdy cię zobaczyłem w kawiarni pomyślałem, że znów jakaś śliczna smarkata na mojej drodze,
więc muszę uważać. Ale po tej pierwszej rozmowie z  tobą uspokoiłem się, przypomniałem sobie
co mi  Gośka mówiła i postanowiłem jednak ci pomóc. I wierz mi, będę wszystko załatwiał tak, jakbym to robił dla siebie.
Ola uśmiechnęła się- widziałam, że się wcale nie palisz do tej sprawy, co mnie zbyt nie dziwiło.
Przepraszam, że pytam, ale skąd znasz Gośkę? I co ona Ci o mnie naopowiadała?
Janusz uśmiechnął się - Gośka jest siostrą cioteczną mojego kolegi, z którym kilka lat pracowałem.
Co mi o tobie powiedziała? Że jesteś samotną matką, że jesteś niesamowicie odpowiedzialna
w pracy, że chętnie pomagasz innym i że trudno cię wyciągnąć na jakieś biurowe spotkania i że
masz bardzo fajnego synka, mądrutkiego i bardzo grzecznego.
No i że nie jesteś  plotkarą i bardzo mało  opowiadasz o swoim życiu.
Ola uśmiechnęła się. No tak, ten mały mądrala na imprezie noworocznej dla dzieci  powiedział,
że wcale nie jest pewny, czy Mikołaj jest czy go nie ma, bo on na mieście widział kilku takich
Mikołajów, a babcia mu powiedziała, że to są ludzie pomagający Mikołajowi w jego pracy, bo Mikołaj jest już bardzo stary i nie może z Laponii przyjechać do nas. A miał wtedy 5 lat.Zresztą
bardzo mu się impreza podobała.
Tymczasem dojechali do domu Janusza. Gdy tylko Janusz otworzył drzwi wejściowe poprosił Olę,
by zamknęła oczy i nie otwierała ich dopóki on jej nie pozwoli ich otworzyć.
Otoczył Olę ramieniem i delikatnie  poprowadził do pokoju, następnie usadził na krześle
obrotowym, przysunął drugie krzesło dla siebie i powiedział- a teraz otwórz oczy.
Ola posłusznie otworzyła oczy- przed nią wisiały odręczne rysunki wnętrz.
Jakie ładne, co to?
Jeżeli zaakceptujesz to takie będą wnętrza twojego domu. Przed tobą parter domu, pod spodem
 jest projekt góry. A tu masz kredki i nanieś na wszystko kolor, to wszystko ożyje.
A ja pójdę zaparzyć kawę i przyniosę koszyk, bo tam jeszcze jest ciasto. Potem pokażę ci to
wszystko na planie domu. Oczywiście można tu jeszcze wszystko pozmieniać.
Oluniu, wolisz pić kawę na tarasie czy tu w pokoju?
W pokoju, nie mam ochoty siedzieć na słońcu, ale  zrobimy tak  jak tobie odpowiada, ty tu
rządzisz.
Nie umiem rządzić, ze śmiechem odpowiedział Janusz, w głębi duszy bardzo zadowolony, że pozostaną w pokoju.
Ola bardzo poważnie podeszła do kolorowania. Robiła to z pełnym zaangażowaniem niczym
małe dziecko.
Janusz przystanął w drzwiach pokoju i stał cichutko obserwując ją uważnie. Coraz więcej
mu się podobała i to nie tylko z powodu urody, której niczym nie podkreślała.
Niedobrze stary, niedobrze, jeszcze moment i padniesz w duszy na kolana, błagając wszystkie
moce niebieskie by chciała  zostać z tobą na zawsze.
Ola podniosła wzrok znad kartki - ojej, a czemu ty masz taką smutną minę? Stało się coś?
Janusz otrząsnął się wewnętrznie. Nie nic  się nie stało, tylko się zamyśliłem.
Pomyślałem, że powinienem być wdzięczny twemu byłemu,że mu  na mózg  padło i zachciało
się rozwodu. Gdyby nie to, to pewnie bym  cię nigdy nie spotkał. A czuję się tak , jakbym cię
znał od  dawna, chociaż nawet nie bardzo wiem co lubisz a czego nie lubisz.
Ola delikatnie odłożyła kredki, wstała i podeszła do niego. Ujęła jego twarz w obie dłonie
i cichutko powiedziała- przy tobie czuję się bezpieczna  i nie wiem dlaczego, ale mam do ciebie
zaufanie. Może oboje musieliśmy wpierw przejść przez serię bolesnych wydarzeń by się spotkać?
Pewnie jestem naiwna jak dziecko, ale wierzę w przeznaczenie.
Janusz przytulił ją mocno i poprowadził w stronę kanapy. Chodż, opowiedz mi wszystko.
Zamknijmy te zle rozdziały w naszym życiu.
Ola, objęta delikatnie ramieniem Janusza,  opowiedziała historię swego nieudanego związku.
Nie było to dla niej łatwe, tak naprawdę był pierwszą osobą, której opowiedziała o wszystkim.



środa, 25 stycznia 2017

Siedlisko- VI

W domu dotarło do Oli jak bardzo jest zmęczona. Mama, jak  to każda mama, od razu
widziała, że córka jest zmęczona, więc tylko zapytała się, czy ma ochotę na jakiś
posiłek.Ola objaśniła, że była na obiedzie w postaci lina w śmietanie, więc mama tylko
kiwnęła głową i wycofała się z pokoju, zabierając ze sobą Maćka.
Chodz Maciek, pomożesz mi upiec ciasteczka, a mama musi trochę odpocząć. Popatrz
jaka bledziutka, pewnie ją głowa boli, musi odpocząć. Maciek przytulił się do matki,
potem pogłaskał ją po włosach mówiąc- biedna mama, odpocznij i wyszedł z pokoju wraz
z babcią.
Ola zapadła w fotel, ułożyła nogi na  pufie i zaczęła "przegląd dnia". Od czasu rozwodu
nie spędziła jeszcze tylu godzin w  towarzystwie obcego mężczyzny.
Nie chodziła na żadne randki, wręcz unikała spotkań towarzyskich- tak naprawdę była
bardzo zraniona przez ojca Maćka. Denerwowała się, gdy rodzice mówili, że powinna
"znalezć sobie" jakiegoś przyzwoitego, odpowiedzialnego mężczyznę, a nie zamykać
się w czterech ścianach swego bólu i rozczarowania.  W takich chwilach Ola zasłaniała
się osobą Maćka - przecież nie wiadomo jak  układałyby się stosunki pomiędzy małym
a jej nowym mężem. Poza tym raczej nikt nie szuka  żony  " z przychówkiem".
Wypowiedzi rodziców z gatunku, że Maćkowi, jak każdemu chłopcu potrzebny jest
w domu wzorzec męski, kwitowała jednym zdaniem- przecież ma męski wzorzec w osobie
dziadka, z którym mieszka  pod jednym dachem.
Podobało się jej dzisiejsze spotkanie z Januszem - ani przez moment nie czuła się
"podrywana", nie usiłował przed nią odgrywać supermana  ani ją czymkolwiek czarować
jak niektórzy koledzy z pracy. Ciekawa była co też jej koleżanka naopowiadała o niej
Januszowi. Tak naprawdę Gosia nie była jej przyjaciółką - owszem, pracowały w jednym
dziale, często z sobą rozmawiały, ale Ola nie zwierzała się nikomu w pracy ze swoich
zmartwień lub rozterek.
W pewnym sensie zamknęła  w swym życiu  rozdział pod tytułem "mąż" i postanowiła,
że już nigdy nie wyjdzie za mąż. Maćkowi mówiła, że jego tatuś wyjechał bardzo, bardzo
daleko  i chyba gdzieś się zgubił, więc nie wiadomo czy wróci do domu.
Wiedziała, że takie bajki na długo nie starczą, ale nie chciała mówić dziecku, że ojciec
go tak zwyczajnie, po prostu nigdy nie pokochał i zostawił.
Pamięta wciąż wyraz jego twarzy, gdy mu powiedziała, że jest w ciąży - był wściekły.
No to idz usuń , teraz nam dziecko wcale nie jest potrzebne! Ola tłumaczyła, że to
pierwsza ciąża i nie powinno się usuwać pierwszej ciąży, ale on stwierdził, że to głupie
gadanie głupich bab , a on po prostu jeszcze nie chce dziecka, bo ma inne plany niż
bycie ojcem. No to po coś się ze mną żenił? - niemal płacząc dopytywała się Ola.
Przecież wiadomo, że w małżeństwie zawsze może w każdej  chwili być dziecko! To twoja
wina, to ty nie chciałeś bym się zabezpieczała, wszystko ci przeszkadzało!
Nie pójdę usunąć ciąży, zresztą to już 10 tygodni i lekarka powiedziała, że to już zbyt
pózno. Ale on już jej nie słuchał, włożył kurtkę i wybiegł z mieszkania trzaskając ze złości
drzwiami.
Gdy wrócił póznym wieczorem, bąknął "przepraszam, może jakoś to się ułoży", a potem
 wziął ją siłą i tak brutalnie, że była pewna, że poroni. Nie poroniła. I to był ich "ostatni
raz". Przez całą ciążę tylko jej dogadywał jak paskudnie wygląda, że aż mu się jej nie chce
dotknąć. A ona cały czas miała nadzieję, że gdy zobaczy dziecko to minie mu złość i pokocha
dziecko. Bardzo się myliła- złość mu nie minęła a płacz dziecka wyzwalał w nim  dziką
wściekłość. Ola pewnego pięknego dnia spakowała rzeczy swoje i dziecka i powróciła do
rodziców.
A w kilka tygodni pózniej kochający mąż i tatuś w jednej osobie zawiadomił ją, że chce
rozwodu. I Ola, nie widząc żadnej szansy na jakąkolwiek zmianę jego postępowania, bez
chwili wahania zgodziła się na rozwód.
Zdziwienie Wysokiego Sądu sięgnęło tego dnia zenitu, bo Ola najchętniej zrezygnowałaby
nawet i z alimentów, byle już więcej nie mieć z tym człowiekiem  nic wspólnego, ale do tego
już  zdziwiony Wysoki Sąd nie dopuścił.
Ola westchnęła odganiając jednocześnie dość bolesne wspomnienia i poszła do kuchni,
by choć w skrócie wyjaśnić rodzicom co dziś załatwiała. Jej matka była zdania, że Ola
rzeczywiście powinna zamieszkać w jakimś  bardziej cywilizowanym miejscu i wyciszyła
nieśmiały protest swego męża.
Przyniosła do kuchni wszystkie dokumenty dotyczące Siedliska, zapewniła Olę, że w razie
potrzeby naruszą nawet zablokowane konto bankowe, a Ola stwierdziła, że w  razie potrzeby
wezmie też pieniądze z konta, na które odkładała alimenty, a przez te lata uzbierała się na nim
całkiem niezła kwota i potem, gdy sprzeda ziemię to z powrotem je  odtworzy.
Mama Oli  nie mogła się nadziwić, że ten znajomy Gosi jest tak uczynnym człowiekiem i
pomyślała sobie, nie dzieląc się z nikim tą myślą, że mu pewnie Ola w oko wpadła.
Dość długo dyskutowali jaki domek powinna Ola wybrać, w końcu  Ola wybrała domek  o
powierzchni 300 m, stojący  niedaleko lasu, z trzema rosnącymi na  działce drzewami iglastymi.
Wiadomość, że nazajutrz znów będzie załatwiać sprawy Siedliska w  towarzystwie Janusza,
zostawiła na koniec.
Słysząc to,jak zawsze troskliwa, mama dorobiła jeszcze ciasteczek, by były "na piknik". A były
to takie  ciasteczka, które zawsze w niewiarygodnie szybkim tempie znikały ze stołu.
Jak twierdził Maciek to one znikały dlatego tak szybko, bo wystarczały  "zaledwie na  dwa gryzy"
a były pyszne, bo były migdałowe z kawałkami gorzkiej czekolady, a przecież każdy lubi migdały
i czekoladę. Póznym wieczorem, gdy Maciek już spał, dziadek drzemał przed  telewizorem a
Ola brała ciepłą kąpiel, babcia upiekła jeszcze cwibak, by jego część dołożyć do koszyka.
Leżąc już w łóżku Ola powróciła myślami do minionego dnia. Niewątpliwie Janusz był bardzo
sympatycznym człowiekiem a Ola nie czuła w jego towarzystwie  żadnego niepokoju lub
skrępowania. Był może nieco nijaki pod względem urody, ale jednego,  naprawdę przystojnego,
Ola już  miała i okazał się zwykłym draniem, człowiekiem pozbawionym empatii, który zrujnował
właściwie jej życie.
Gdy rano szykowała Maćka  do szkoły, przypomniał się jej sen z tej nocy  i aż się zarumieniła.
Śnił się jej bowiem Janusz, który pochylał się nad nią i szeptał - nie bój się mnie , ja ci nie zrobię
krzywdy i innym też nie pozwolę by cię krzywdzili. A Ola czuła wtedy, że mówi prawdę.
I teraz  rano nieco ją  ten sen zastanowił. Nie było w tym żadnego podtekstu seksualnego, tylko
zwykła, ciepła troska.
Za trzy dziewiąta zjechała windą na dół - przed domem już czekał Janusz. Wyglądał już mniej
nijako i Ola oceniła jego wygląd bardzo pozytywnie. Koszulka, cienki sweterek, spodnie-
wszystko oczywiście czyściutkie i starannie dobrane kolorystycznie.
Trzeba przyznać, że do twarzy było mu   w ciemno szmaragdowym pulowerze i białej koszulce
polo.Spodnie leżały idealnie, a adidasy nieomal lśniły. Koszyk powędrował do bagażnika, Janusz szarmancko otworzył drzwi samochodu i stwierdził-  świetnie wyglądasz w szpilkach, ale po Siedlisku to pewnie będziesz musiała biegać boso, a tam sporo żwiru jest.
A nie- zaprzeczyła Ola, bo mam  w koszu tenisówki. A ty masz coś  na zmianę?Bo jeśli cokolwiek będziesz robił  na Siedlisku, to strasznie  się wybrudzisz.
Nie wybrudzę się, nic nie będę dziś tam robił, w najgorszym razie zobaczysz mnie bez swetra i
koszuli, jeżeli będę musiał coś tam robić.
W drodze poinformował Olę, że rozmawiał z kolegą, prawnikiem, który, jeżeli Ola sobie  zażyczy
to zajmie się wszystkim, co dotyczy prawnej strony Siedliska. Mogą do niego wpaść w tej sprawie nawet dziś, ale nie wcześniej niż o siedemnastej.
Ola z kolei powiedziała, że to nawet dobrze, bo ona ma  przy sobie wszystkie dokumenty i chyba
byłoby dobrze, gdyby je  skserować.
Przy okazji powiedziała, że jej mama popiera ideę jej zamieszkania w domku  300 m na  tym
strzeżonym osiedlu i że  rodzice pomogą jej  finansowo dopóki nie sprzeda ziemi.
Miała również plany tego osiedla i pokaże, który domek wybrała.
Janusz, a skoro dziś nie zamierzasz nic na Siedlisku robić to po co tam jedziemy?
A tak sobie jedziemy, bo fajnie się z Tobą jezdzi. No i  muszę jeszcze dokładnie pomierzyć  całą działkę i popatrzeć jak ją dokładnie podzielić na dwie. Bo lepiej będzie sprzedać ją  jako dwa kawałki, a nie jako jeden.
I mam pewien pomysł, jak jeden jej kawałek mógłby na siebie zarabiać. Słuchaj, ten domek na osiedlu to będzie realny dopiero za rok, choć mój szanowny przyjaciel bredzi, że najdalej za pół
roku. Ale ja za długo w tym siedzę, żeby nie wiedzieć jak to wygląda  z bliska. Tym bardziej, że wybrałaś lokalizację pod lasem. Strasznie się podobasz temu staremu podrywaczowi, wiesz?
Lubię go, znamy się ze 20 lat, ale okropny z niego  babiarz, żadnej nie przepuści.
A żenił się już chyba ze 3 razy. I każdą równo zdradza. No ale to w końcu jego sprawa i tych
kobiet, które się nabierają na czułe słówka.
Tym razem pojechali na Siedlisko inną drogą.
Okazało się że była rzeczywiście nieco dłuższa i miała jeden odcinek wciąż z "kocich łbów",
ale ruch na niej był minimalny.
Pobyt na Siedlisku rozpoczęli od przejrzenia przywiezionych przez Olę papierów, wśród
których był też plan działki.Ola wyciągnęła też "przy okazji" kawę i znikające ciasteczka oraz  cwibak.
Na widok kawy Janusz aż westchnął - twoja  mama to cudowna istota! Położyłem się o 3 rano
i jestem nieco nieprzytomny a kawa  twojej mamy stawia na nogi. Nie wiem  jak i  z czym
ona jest parzona, ale jest wspaniała.
Ja też nie wiem dokładnie jak mama tę kawę robi. Tę kawę się zagotowuje, tyle to wiem.
Ale zagryz ją ciasteczkami, bo to są znikające ciasteczka.
Ale dlaczego znikające ? -dopytywał się Janusz. Ola roześmiała się - jeśli lubisz migdały i gorzką
czekoladę to są znikające. Janusz wziął ciasteczko do ręki i dokładnie obejrzał- nie widzę tu
ani jednego migdała, wyszeptał.
Janusz- zamiast oglądać po prostu zjedz- doradziła .
Ciasteczka rzeczywiście  były znikające i to bardzo szybko. A Janusz nie ukrywał, że jest
łasuchem pełnym podziwu dla  talentów cukierniczych  mamy Oli.
No i musimy wpaść do pana sołtysa, bo przecież trzeba podciągnąć wodę do posesji.
Podejrzewam,  że pana sołtysa będzie zżerała ciekawość kim jestem.
To może mam z ciebie zrobić swojego kuzyna?- zapytała Ola  ze śmiechem.
Nie, nie  rób ze mnie kuzyna, tylko powiedz, że jestem twoim pełnomocnikiem, bo ty sama nie
masz czasu się wszystkim zająć.
W końcu jesteś kobietą pracującą a do tego matką i należy ci się pomocnik.
Jest to o tyle ważne, że przecież ja tu przywiozę chłopaków, żeby podciągnęli wodę. Ale nie wykluczone, że  sprawdzimy jakość wody z tej studni i  z niej pociągniemy wodę. To nawet
będzie taniej. Bo skoro i tak to się sprzeda, to niech kupujący sobie zdecyduje skąd chce wodę czerpać.
A teraz chodz, pomierzymy wszystko i porównamy z planem.
Zabawne, nawet się wszystko z ich planem zgadza, jakiś dobry geodeta to kiedyś wykreślał
i mierzył.
Janusz był wyraznie w świetnym humorze. Wymierzymy jeszcze ile  miejsca zajmuje sad, bo
na moje oko to stanowi nieco mniej  niż połowę całości.
To znaczy, że sad zajmuje mniejszą połowę działki, jak mówią niektórzy- dopowiedziała Ola.
No właśnie  i mamy dwa wyjścia- sprzedać równo połowę lub nieco więcej.
Ale jak będzie lepiej to powiem ci innym razem, wpierw muszę się skontaktować z kimś, kto
chce sprowadzać tu bardzo fajne kanadyjskie drewniane domki. Są bardzo ciepłe, łatwo je
zimą ogrzać, nie trzeba ich stawiać na fundamentach, są montowane na specjalnej wylewce betonowej.Jak na warunki europejskie to są "dziwne", bo  mają living room łączony z kuchnią,
a w łazience nie ma wanny,ale jest duża kabina prysznicowa. Oprócz tego mają trzy sypialnie i pomieszczenie gospodarcze i wszystko jest na jednym poziomie, nie ma schodów.
No i wszystkie wodne i elektryczne połączenia są już zainstalowane w trakcie jego budowy u wytwórcy. Brak im tylko "wiatrołapa", czyli ganku. Ale dorobić ganek to pestka.
I będzie niemal darmowy, o ile jego właściciel, czyli  ty, zgodzi się by był domkiem pokazowym, czyli by naród mógł go w określone dni zwiedzać.
Oli niemal szczęka opadła ze zdumienia. Patrzyła na Janusza jak cielę na malowane wrota.
O rany, ale ty masz kontakty i pomysły !- niemal wykrzyknęła.
Janusz uśmiechnął się- zaraz pomyślisz, że jestem jakimś kombinatorem, ale mój zawód
wymaga wielu kontaktów i sporej inwencji, poza tym już ładnych parę lat żyję.
To znaczy ile?- Ola skorzystała  z okazji by zadać to pytanie. Prawie  czterdzieści, już nawet
znalazłem kilka siwych włosów, ale nie na skroni, gdzieś bliżej tyłu- odparł ze śmiechem.
Widzisz, z jakim  starcem się zadajesz?
Ola zaczęła się śmiać- no właśnie, jesteś okropnie stary, całe 5  lat ode mnie starszy!
Janusz spoważniał - a ja myślałem, że jeszcze nie masz trzydziestki!
Ola szybciutko wyciągnęła jedno z pism sądowych, na którym widniała jej data urodzenia
i pokazała Januszowi. Patrz i licz staruszku starszy ode mnie o 5 lat. Jak widzisz twoja nowa
kuzynka to już nie podlotek a "podlatek".




wtorek, 24 stycznia 2017

Siedlisko-V

Miejsce, do którego Janusz przywiózł Olę, było jej znane. Kiedyś był tu podmiejski ośrodek      rekreacyjny; wpierw było małe  jeziorko po którym można było pływać kajakami, potem
nawet wybudowano basen, ale tak naprawdę nie było gospodarza tego terenu i z czasem
ośrodek został zlikwidowany.
Powstało nieco domków jednorodzinnych, a że nie było jeszcze żadnego regularnego planu zabudowy, każdy domek był w innym stylu.
Wreszcie  resztę terenu wykupiła  pewna  spółka, podzieliła na całkiem zgrabne działki większe
i mniejsze, sporządzono również plan osiedla, na którym były zaplanowane szeregowce, nieduże
domy o powierzchni 160 m kw. i większe o powierzchni 300m kwadratowych. Osiedle było
z dwóch stron otoczone lasem, na niektórych działkach jeszcze stały modrzewie i jakieś inne
iglaste stare drzewa. Kilka domków już było wykończonych  i  można było je "zwiedzać".
Planowano też wybudowanie pawilonu handlowego i przychodni lekarskiej.
Janusz twierdził, że na etapie budowy można było jeszcze porobić różne zmiany wewnątrz
domu, można też było zainstalować wszędzie ogrzewanie podłogowe, ale wtedy należało się
liczyć  z nieco wyższą ceną domu, bo na podłogach  mogły być wtedy albo płytki albo
parkiet a nie panele podłogowe.
Osiedle było podłączone do sieci gazowej i wodno-kanalizacyjnej, planowano też ekologiczną oczyszczalnię ścieków. Można też było ogrzewać dom gazem. W każdym razie wyboru sposobu
ogrzewania należało dokonać jeszcze na etapie budowy.
Ola słuchała tego wszystkiego i czuła, że jej głowa puchnie z nadmiaru informacji.
Najmniej podobały się jej mieszkania w szeregowcu, na które było najwięcej chętnych.
Największe powodzenie miały mieszkania  skrajne, bo miały największe ogródki.
Najbardziej przypadł jej do gustu dom o pow.300m. Na razie miała niezły mętlik w głowie i
nawet nie zauważyła, że jej towarzysz gdzieś przepadł. Gdy wyszła z budynku zobaczyła, że
nigdzie się nie zgubił ale stoi koło samochodu i rozmawia z bardzo przystojnym facetem.
Facet miał urodę w stylu Marcello Mastroianniego i razem z Januszem podszedł do Oli.
Naprawdę jest pani jego kuzynką?- zapytał. Ola skwapliwie kiwnęła głową i posłała mu jeden
ze swoich  specjalnych uśmiechów, jednocześnie spuszczając skromnie oczy.
No to szkoda, bo nie mogę bałamucić kuzynki własnego kolegi. W takim razie zobaczymy się wkrótce, bo decyzję o przystąpieniu do spółdzielni trzeba podjąć najpózniej w ciągu dwóch
tygodni. Muszę się pożegnać bo zaraz wyjeżdżam- to mówiąc ujął rękę Oli i wycisnął  na niej pocałunek, jednocześnie zerkając w jej oczy.
Janusz podając mu rękę zapytał- a mnie też cmokniesz w rękę? Przystojny pan prezes roześmiał
się- ależ ty masz zachcianki, stary!
Gdy wsiedli do samochodu Janusz zaraz zapytał- a ty zawsze tak artystycznie kłamiesz z miną
niewiniątka?
No przecież sam  mi kazałeś kłamać, że jestem twoją kuzynką! Widocznie pasuje mi rola
kuzynki kogoś, kogo wcale właściwie nie  znam.
No to jedziemy droga kuzynko na jakieś papu. Jadasz ryby? Jeśli tak to pojedziemy na lina
w śmietanie.
Lin w śmietanie?- nigdy w życiu  nie jadłam żadnego lina, ani w śmietanie ani w czymś
innym. Wiesz, ja nie prowadzę światowego życia.
Ja też nie- roześmiał się Janusz. Raz spróbowałem i smętnie się to dla mnie skończyło. Ale
o tym już wiesz.
Masz na myśli swoje małżeństwo? Moje i bez światowego życia  też nie wypaliło. Jak mówią
widać taka nasza karma.
Restauracyjka, do której zajechali wyglądała tak, jakby za chwilę miała paść pod ciężarem
swego dachu, a szyld odlecieć w siną dal.
Niebieska , wypłowiała farba łuszczyła się i wyglądało to tak, jakby ściany  usilnie chciały
się pozbyć farby.
Naciśnięta przez Janusza klamka wydała żałosny zgrzyt, a otwierane drzwi cicho jęknęły.
Większość stolików była zajęta, ale jeden , w głębi  sali, w pobliżu pustego wieszaka był
wolny. I był to stolik dwuosobowy. Wnętrze robiło bardzo sympatyczne  wrażenie , nic
tu nie odpadało ani się nie łuszczyło a ściany były  wyłożone drewnem modrzewiowym.
Gdy tylko usiedli pojawił się niewidoczny dotąd kelner i przyniósł dwie karty.
Wybór dań był ogromny, ale właściwie wszystkie dania były rybne.
Ola, wolisz rybę z kartofelkami czy z grzanką?  Janusz wyraznie przejął inicjatywę.
Z grzanką. Janusz uśmiechnął się- mądra z ciebie dziewczyna, z grzanką rybka jest lepsza.
Nim ów lin w śmietanie wylądował na ich stoliku, kelner przyniósł zakąskę  - tartinki
z kilkoma różnymi, wędzonymi rybami .
Wyglądały niezwykle apetycznie i oboje się zachwycali ich wyglądem, a potem smakiem.
A potem kelner przyniósł owego lina.Był pokrojony na małe, najwyżej trzy centymetrowej
szerokości kawałki, wspaniale na rumiano usmażone i polane wielce aromatycznym sosem
śmietanowym, w którym królowały zioła prowansalskie. Do tego były  zrumienione plastry
bułki, chrupiące a jednocześnie rozpływające się w ustach.
Wiesz  Janusz, w życiu nie jadłam tak wspaniale zrobionej ryby! Cieszę się, że tu mnie
zaprosiłeś.
A ja się cieszę z tego, że cię poznałem i że tu jesteś ze mną.No i z tego, że ci smakuje moje
ulubione  rybne danie.
Janusz zamówił jeszcze dla nich kawę. Przy kawie Ola powiedziała, że sołtys mówił, że
jego kuzyn chciałby kupić Siedlisko i że już kilka osób dopytywało się o tę posiadłość.
No to dobrze, ale ja nie wierzę, że to kuzyn sołtysa chce kupić, raczej jakiś deweloper, a sołtys
chce być pośrednikiem i załapać się na kilka złotych za pośrednictwo, moja miła kuzynko.
Na razie nie rozmawiaj z nim na temat tego czy i kiedy będziesz to sprzedawać.
Po pierwsze to trzeba przejrzeć wszystkie papiery tej posiadłości, zrobić odpis z księgi
wieczystej, sprawdzić czy gmina się czegoś nie czepia, czy wszystkie należności są uregulowane.
Najlepiej gdyby to załatwiał jakiś prawnik mając  twoje upoważnienie, bo tak się jakoś składa,
że prawnika nie traktują jak zwykłego petenta.
Poza tym  mam dla ciebie plany tych domów, mniejszego i większego i plan osiedla, żebyś  się
spokojnie zastanowiła gdzie  chcesz mieszkać.
Jeśli się zdecydujesz na to osiedle, to trzeba będzie zapisać Cię do spółdzielni (pojedziemy
droga kuzynko razem) i zrobić w określonej przez nich wysokości wpłatę.
W razie czego ja ci pożyczę. W tym momencie Ola omal nie zadławiła się kawą, bo w trakcie przełykania chciała zaprotestować.
Janusz, ty chyba masz fioła, a może ja jestem naciągaczką, nie znasz mnie wcale!
Może cię i nie znam, ale trochę o tobie wiem, nie prowadzę interesów  w ciemno. Pracujesz
z Gosią już wiele lat i ona mi trochę o tobie, jako człowieku, opowiedziała.
Słuchaj, mówiłaś, że masz jutro wolne, więc się spotkamy, dobrze? A ty przejrzyj w domu
wszystkie papiery jakie masz, wez też ze sobą papiery odnośnie nabycia praw spadkowych.
A teraz Cię odwiozę do domu  i jutro przyjadę po  ciebie około 9 rano.
A w kopercie  oprócz planów masz moje  najosobistsze namiary, które ma zaledwie kilka
osób. I nie dziel się z nikim nimi, z Gosią też nie, choć to fajna dziewczyna.
I schowaj ten portfel, proszę.
W godzinę pózniej Ola już była w domu.




Siedlisko- IV

W trakcie drogi powrotnej Janusz wyjaśnił  Oli, że wpierw muszą na chwilę wpaść do jego
firmy, bo   musi wziąć jeszcze jakieś dokumenty i on właśnie tam przedstawi ją jako kuzynkę.
Bo jeśli Ola zdecyduje się na sprzedaż działki, to wtedy jego współpracownicy mogą się
bardzo przydać - znają sporo osób zainteresowanych kupowaniem działek, budowaniem na
nich domów a potem ich sprzedażą lub wynajmem zagranicznym firmom lub osobom prywatnym.
A z firmy to pojadą wpierw obejrzeć jego  dom, potem na osiedle, które chce jej pokazać ,
a wracając stamtąd wstąpią na lunch, bo to będzie odpowiednia pora.
Potem odwiezie ją do domu, pojedzie na budowę, bo pańskie oko konia tuczy i wróci do domu,
bo musi jeszcze kilka rzeczy opracować. I nie położy się spać, dopóki pewnego projektu nie
skończy. On po prostu tonie w pracy, bo często jest  zbyt mało asertywny, a poza tym to on jest pracoholikiem.
No to pewnie  twoja żona nie pada z zachwytu - powiedziała Ola.
A czy ja wyglądam na żonatego? - zapytał się śmiejąc.
A według ciebie to żonaci wyglądają inaczej niż ci stanu wolnego? Pytam się, bo wiele moich
koleżanek narzeka, że ich mężowie są bardziej związani z pracą niż z domem. Widzę, że nie
nosisz obrączki, ale teraz wielu mężczyzn nie  nosi obrączki, zwłaszcza ci o szczupłych palcach,
bo im obrączka zwyczajnie przeszkadza, bo odstaje od palca .
 Twarz Janusz spoważniała .Już byłem żonaty, ale ja chyba się do tego nie nadaję. Albo po prostu oboje się pomyliliśmy.
Inaczej wszystko wygląda  na wakacjach  pod palmami, a zupełnie inaczej w szarzyznie dnia
codziennego. Właściwie to oboje byliśmy sobą szybko rozczarowani. Łóżko na długo nikogo
nie zwiąże, a właśnie ono nas połączyło.
A ty , dlaczego się rozeszliście? Przecież jest dziecko- przepraszam, że pytam, nie musisz odpowiadać, przepraszam.
Ola milczała przez moment, a potem powiedziała: mnie się wydaje, że małżeństwo tak naprawdę
niczego nie gwarantuje. Ani trwałości związku, ani tym bardziej dozgonnej miłości.
Zabezpieczenia finansowego w postaci alimentów w wielu wypadkach też nie.
Rozeszliśmy się gdy dziecko przyszło na świat- jemu przeszkadzał płacz dziecka, a przedtem
przeszkadzał mu mój wygląd w ciąży , po ciąży też mu przeszkadzał. Rozwód przeszedł jak
burza, alimenty dostaję regularnie i to  całkiem niezłe, bo on dobrze zarabia. Dziecka nigdy nie
brał na spacer, gdy mu się zdarzyło  przyjść do mnie, bym dała mu zgodę na wyjazd do pracy
u zagranicznego kontrahenta. Patrzył na dziecko jak na kogoś zupełnie obcego i to mnie
strasznie bolało. Bo to, że ja mu się po kilku latach małżeństwa znudziłam , szybko przebolałam.

W firmie Janusza byli krótko,Janusz poprosił jednego z kolegów by sprawdził ceny gruntów
w okolicy działki  "kuzynki",  potem zabrał kilka teczek papierów, zapowiedział, że będzie
uchwytny dopiero wieczorem.

Wciągu zaledwie  20 minut dojechali  do domu Janusza. Osiedle leżało w granicach miasta.
Domki były  nieduże i bardzo do siebie podobne.Furtka  prowadząca  na posesję Janusza była
otoczona wianuszkiem  drobnych różyczek, a po obu jej bokach stał rządek małych iglaków.
Romantyczny z ciebie  facet- skonstatowała Ola. I masz ten malutki ogródek bardzo, bardzo
zadbany.
Taaa, zadbany, bo nie ja o niego dbam.Po prostu mam ogrodnika i pozwoliłem mu zasadzić to,
o co lubi dbać. Gdybym ja  się nim opiekował to zapewne wszędzie rósłby rozchodnik i inne
wytrzymałe  na suszę rośliny.
W domu za to nie ma  ani kawałka  czegoś zielonego, no może czasem poza pleśnią, gdy
zapomnę coś schować do lodówki.
Wiesz, niestety ten dom nie powala na kolana, ale z drugiej strony głównie tu śpię, a że pózno
się kładę i wcześnie wstaję, to więcej mnie tu nie ma niż jestem.
Właściwie to powinienem zrobić sobie porządną pracownię. Nie lubię projektować  na
komputerze, lubię wpierw sobie wszystko rozrysować tradycyjnie i  potrzebuję więcej miejsca
niż jedno, nawet duże biurko. Tu jest właściwie ciasnota.  Tu jest jeszcze kuchnia, łazienka
i pokój, który spełnia rolę garderoby. Na górze jest sypialnia, druga łazienka  i dwa pokoje.
Ale ja bardzo często śpię tutaj, zwłaszcza gdy bardzo długo siedzę i padam na nos.
Ola stała przy oknie, spoglądając na ogród z tyłu domu. Z pokoju można było wyjść na taras.
Wzdłuż balustrady rosły tuje, osłaniając nieco taras.
Chodż, pokażę ci jeszcze górę, tylko przymknij nieco oczy, by cię bałagan nie poraził. Zbyt
rzadko tu bywam,po prostu.
Bałaganu tak naprawdę nie było, ale wiało z tych pokoi jakimś chłodem i surowością.Królowała
biel i perłowa szarość. Oli przyszło na myśl, że Janusz chyba nie  zalicza się do osób wielce
szczęśliwych. Stała przy otwartym oknie  i spoglądała na widoczny z niego fragment osiedla.
Było cicho, nieco sennie, domki wyróżniały się tylko  inwencją ich właścicieli w kwestii wystroju
ogródka na tyłach domów. Przeważała wersja "wylizanego" trawnika i  żywopłotu  wzdłuż całego
ogrodzenia działki.
Ola poczuła  na sobie wzrok Janusza -stał w drzwiach i wpatrywał się w nią już od dłuższej  chwili. Gdy się odwróciła zapytał: co wolisz, kawę czy herbatę, a może coś zimnego?
Nie podglądałem cię, ale nie chciałem przeszkadzać, bo wyglądałaś na zamyśloną.
No to zrób mi to samo co dla siebie, mnie jest wszystko jedno.
A więc będzie kawa- Janusz obrócił się na pięcie i zniknął.Za kilka sekund ukazał się znów i powiedział- zejdz na dół, napijemy się na tarasie, dostarczymy tematu moim uroczym sąsiadkom.
Ola pobiegła po schodach na dół, wzięła z rąk Janusza ścierkę, mrugnęła do niego i poszła wytrzeć stół i krzesełka.  Wkrótce siedzieli na tarasie, a  Ola usiłowała odgadnąć, z którego domku są podglądani, bo okna w sąsiednich domach były zamknięte i nic nie sygnalizowało
obecności ich lokatorów.
Ola miała jedno zastrzeżenie- domek był piętrowy, więc istniała konieczność ciągłego
pokonywania schodów, za którymi nie przepadała. Ale domek parterowy z tą ilością pomieszczeń zajmowałby znacznie  więcej miejsca i działki musiałyby być większe a więc i droższe.
Osiedle miało już szkołę podstawową, dojeżdżał do niego miejski autobus, przebito drogę do
dużego  marketu i wkrótce miał na obrzeżu osiedla powstać jeden z sieciowych dyskontów.
Domek miał garaż, pomieszczenie  techniczne z piecem do c.o. a pod tarasem "składzik", jak to określił Janusz. A mieszkańcy byli dość prężni i ciągle zastanawiali się jak sobie ułatwić życie
na osiedlu.
Uliczki były porządnie wyasfaltowane, chodniki równe i było czysto.
Janusz uważał za konieczne by Ola jeszcze obejrzała pozostałe pomieszczenia. Dostać się do nich można było od środka domu. Najwiekszy entuzjazm Oli  wzbudził "składzik", w którym były
regały, na nich różne pudła i pojemniki, a wszystko opisane. Składzik miał drzwi  wzmocnione
kratą,  podobnie jak drzwi łączące pomieszczenie gospodarcze z garażem. Te wewnętrzne kraty
były pomysłem Janusza, bo zdarzało się, że złodzieje  dostawali się do wnętrza domu właśnie
przez garaż lub drzwi pomieszczenia pod tarasem.
W drodze do miejsca, gdzie nowe osiedle dopiero powstawało, Janusz tłumaczył Oli, że nie
dlatego pokazał jej swój dom, by sie nim pochwalić, ale po to, by jej pokazać, że takie osiedle
domków jednorodzinnych ma swoje zalety. Teraz jadą  na osiedle, które jeszcze jest w fazie
budowy, ale  jeszcze nie wszystkie działki są  wykupione, a prezesem tej spółdzielni jest
przyjaciel Janusza i on ma kilka lokalizacji, które trzyma dla bliskich znajomych, w tym
jedno miejsce dla Janusza. Ale ponieważ to są nieco większe domki, to Janusz jako singiel
nie pali się do jego posiadania. Obejrzą sobie dwa  różne domy, a na etapie budowy danego
domu zawsze jeszcze można wprowadzić drobne zmiany, odbiegajace nieco od standardowego
wykończenia. Podobnie jak  to ma miejsce w nowo budowanych blokach.
Osiedle  jest skomunikowanie z miastem, teraz od pętli miejskiego autobusu  jest do osiedla
2 km, ale po zakończeniu budowy autobus będzie dojeżdżał do samego osiedla. I część
osiedla jest bardzo blisko lasu,a na niektórych działkach będą zostawione stare drzewa.

niedziela, 22 stycznia 2017

Siedlisko-cz.III

Wizyta w Siedlisku i "wywiad" z sołtysem zdominowały wszystkie domowe dyskusje.
Każdy z domowników miał własną wizję tego miejsca. Najmniej entuzjazmu wykazywała mama Aleksandry. Jej zdaniem to był kiepski pomysł, by tam zamieszkać na stałe i codziennie pokonywać ok.70 km , a już zimą to przecież zupełny nonsens.Jej zdaniem najmądrzej byłoby odnowić wnętrze, ponaprawiać co  należy w domu i na zewnątrz i zrobić z tego "letnią rezydencję".
Córciu, zacznij myśleć trzezwo- przecież tam nie ma szkoły, nie ma  nawet jakiegoś punktu medycznego, a tym bardziej lekarza. Wszystko trzeba ciągać z miasta . A co będzie gdy dziecko
zachoruje, albo ty zachorujesz? Nie wiadomo nawet w lecie czy przyjedzie pogotowie, a zimą,
gdy będą złe warunki drogowe to tym bardziej nie ma co liczyć na przyjazd karetki.
W sumie niemal trzy godziny dziennie będziesz traciła na dojazdy I nie myśl, że Maciek gdy podrośnie będzie  zachwycony mieszkaniem na wsi. A jeśli zapiszesz go na jakieś pozaszkolne
zajęcia to będą dni, gdy będziesz tam wracać tylko po to by się przespać i zaraz rano jechać
z powrotem.
No ale przecież tata też tam mieszkał - argumentowała Aleksandra.
Tak, tak, do ukończenia podstawówki, a potem wpierw mieszkał u ciotki  w mieście, potem
w akademiku no a potem to się ożenił - "z miastową". I tyle na tej wsi wysiedział.
Zastanów się dobrze, żebyś potem nie żałowała i nie sprzedawała domu, w który włożysz dużo
energii i pieniędzy, a potem sprzedasz go za  grosze.
Jedyne  dobre rozwiązanie to wyszykowanie domu tak, by można było w nim spędzać całe
lato i weekendy, gdy będzie ładna pogoda, tłumaczyła Aleksandrze matka.
Po wielu burzliwych dyskusjach, Aleksandra postanowiła, że wpierw  wynajmie jakiegoś
rzeczoznawcę,by ocenił stan techniczny domu  oraz , choćby tylko orientacyjnie, koszt jego
remontu.
Bo niezależnie od tego, czy miałby to być dom letniskowy czy też całoroczny, to remont
jest niezbędny.
Jedna z koleżanek Aleksandry miała znajomego, który często bywał kierownikiem robót
budowlanych, poza tym był inżynierem architektem.
Po trzech tygodniach wydzwaniania  i "ścigania" pana architekta, koleżance Aleksandry udało
się zaaranżować spotkanie w jednej z kawiarń w centrum miasta.
Pan architekt spóznił się niemal pół godziny, ale zagadane kobiety nawet  tego nie zauważyły.
W pewnej chwili przy stoliku  zjawił się facet z gatunku nijakich, czyli zupełnie nie wyróżniający
się spośród tuzina innych.
Koleżanka przedstawiła ich sobie i w chwilę potem pożegnała się, bo właściwie to spieszyła się
do domu.
Aleksandra wyłuszczyła "nijakiemu" całą sprawę, pokazała nawet odręcznie zrobione szkice
domku i całej działki.
Nijaki, który miał na imię Janusz, wykazywał całą sprawą niewielkie zainteresowanie.
W końcu wyciągnął z aktówki organizer i zaczął go przeglądać.
Aktualnie prowadził jedną budowę,która miała szansę być ukończona za miesiąc, może dwa,
musiał zrobić dwa nowe projekty i coś  przeprojektować. O tym, by mógł pojechać na "włości" Aleksandry w weekend to nie było mowy,mógłby wykroić kilka godzin w środku tygodnia.    Aleksandra przystała na to bez problemu, miała  jeszcze trochę zaległego urlopu. 
Umówili się, że pojadą w czwartek wcześnie rano, samochodem  Janusza, bo po co jechać
w dwa samochody. Aleksandra miała czekać na niego o 7  rano  pod swoim domem..
Mama Aleksandry, której zdaniem dobre ciasto łagodzi obyczaje i każdego faceta dobrze
nastawia do rzeczywistości, upiekła póznym wieczorem szarlotkę, przygotowała kanapki, rano
wstała wcześniej  i przygotowała dwa termosy- jeden z kawą, drugi z  herbatą, a gdy Aleksandra
już wychodziła  z mieszkania wcisnęła jej do ręki wypełniony wszelakim dobrem koszyk.
Janusz czekał już na nią pod domem, w czyściutkim, olbrzymim samochodzie. Zabrał koszyk, wstawił do bagażnika i ruszyli.
A teraz - Janusz  spojrzał na nią  z ukosa- proszę patrzeć na drogę idącą w kierunku  miasta, bo
gdy pani tam zamieszka, to pani o tej porze będzie tamtą drogą  jezdziła. My, w pewnym sensie jedziemy pod prąd, więc jak pani widzi ruch jest stosunkowo mały.
W godzinach powrotów z pracy natężenie ruchu w stronę,w którą jedziemy będzie znacznie
większe.
Gdy z głównej szosy zjechali w drogę prowadzącą do wioski, w której stał dom, pan architekt
leciutko  westchnął- nie chcę pani martwić, pani Olu, ale to zła droga, do tego pani domu można
dojechać inną drogą i choć będzie nieco dłuższa to będzie się nią szybciej jezdziło.
Wracając pojedziemy tamtą drogą.
Aleksandra z trudem otworzyła bramę wjazdową i zaraz usłyszała za swoimi plecami: "tę kłódkę
zaraz przesmaruję, pewnie nieco podrdzewiał zamek".
Gdy wjechał na teren,wysiadł ze swego wielkiego samochodu, zabrał Aleksandrze kłódkę z ręki
i zanurkował w czeluści swego wielkiego i bardzo pełnego bagażnika.
Aleksandra natomiast wyciągnęła koszyk piknikowy i pomaszerowała do domu, ale nim doszła,
dogonił ją, ostrożnie wyciągnął jej kosz z ręki, mówiąc, że od noszenia to jest on, a nie ona.
Ależ ja nie jestem wątłą panienką i od wielu lat muszę sobie ze wszystkim sama radzić- oburzyła
się Aleksandra.
Ale pan architekt już jej  nie słuchał, obchodząc dookoła dom.
Strasznie wielki ten dom- stwierdził. Koszmar do ogrzewania, stwierdził beznamiętnym tonem.
No to wejdzmy do środka. Przy  wejściu, tak jak i poprzednim razem buchnęła woń wilgoci.
Oboje zaczęli czym prędzej otwierać okna, a pan architekt zajął się oglądaniem stolarki okiennej.
Postukał w ściany i stwierdził - ściany z cegły, ale nie bardzo wiem dlaczego z zewnątrz całość
jest pokryta deskami.
Świetne kaflowe piece- stwierdził. Teraz takich kafli już nie ma. Ciekawe  czy są sprawne.  Jeżeli
pani pozwoli, to zaraz to sprawdzę. A jest tu jakieś zejście do piwnicy?
Aleksandra  wskazała klapę w kuchni i wygrzebała z koszyka latarkę, ale on tylko machnął ręką.
Przyniosę zaraz swoją i coś do rozpalenia ognia.
Po chwili przyszedł z latarką wielkości średniego reflektora  i sporą , wyładowaną torbą.
Zaraz zrobimy próbę ognia- powiedział z uśmiechem. Na podwórku widziałem koło komórki  sporo patyków.
Po chwili już wyciągał z torby jakieś stare gazety, długie kominkowe zapałki a przyniesione
z podwórka patyki układał w piecu kuchennym a potem w jednym z kaflowych. Ogień pod kuchnią
rozpalił się bez problemu, ale z piecem kaflowym był kłopot, nie miał ciągu.
No tak, jak dom jest długo pustostanem to zawsze są kłopoty. No nic, zejdę do piwnicy.
W chwilę  potem dotarło do Aleksandry soczyste, ale względnie cenzuralne przekleństwo, a
pan architekt wychynął z piwnicy z wielce niezadowoloną miną.
W piwnicy  jest bardzo mokro i bardzo wilgotne są ściany, co dobre nie jest.
To duży dom ale  cała  lewa strona piwnicy jest podmokła. Po lewej stronie jest niemal sucho, stoją tam jakieś stare beczki i jest jakaś szafa   bez drzwi i pleców.
Wiem co to jest, to pewnie służyło do  suszenia  zapasów na zimę- podpowiedziała Aleksandra.
Pewnie wtedy jeszcze w piwnicy nie było wilgotno- podsumował pan Janusz.
Ale teraz wyjdzmy może na podwórko, bo siedzenie w tej wilgoci nie posłuży ani  pani, ani mnie.
Wychodząc z domu Aleksandra wzięła zapakowany w worek koc i obrus.
Gdy wspólnie oczyścili stół i rozłożyli  koc na ławie a obrus na stole, Aleksandra wyciągnęła
z koszyka zapasy.
Jak zwykle jej mama stanęła na wysokości zadania- w koszyku była turystyczna, jednorazowego użytku zastawa, obłędnie pachnąca cynamonem szarlotka, szklanki do herbaty, filiżanki do kawy
a nawet kolorowe serwetki  śniadaniowe.
Ooo!- ucieszył się- w takich warunkach to ja lubię pracować.
To wszystko przygotowała moja mama, nawet nie  wiedziałam kiedy to przygotowała, mama
zawsze o wszystkich dba- wyjaśniła Aleksandra.
Pani Olu- muszę pani zadać wiele pytań, niektóre będą nawet może nietaktowne. Muszę się
dowiedzieć wielu rzeczy- kto tu będzie mieszkał, kto jest właścicielem i ma decydujący głos
w sprawie remontu lub budowy oraz jak wygląda sytuacja finansowa całego przedsięwzięcia i
jaki jest stan prawny, potem jak pani sobie wyobraża ten dom, rozkład pokoi, jakie pani
potrzeby powinien zaspokajać.
To jest ogromna działka, właściwie mogłyby tu spokojnie stać dwa domy, gdyby nie ten pseudo
 sad.
Gdy już Aleksandra skończyła odpowiadać na większość pytań, pan Janusz popatrzył na nią
uważnie i powiedział: proszę się nie obrazić, ale ma  pani niedorzeczny pomysł.
Jest pani samotną matką, nigdy nie mieszkała pani na wsi, nie ma pani zielonego pojęcia ani o
ogrodnictwie ani o sadownictwie i chce pani mieć olbrzymi dom z olbrzymim ogrodem i sadem.
Ten dom powinno się tak naprawdę zburzyć i budować od nowa, a wszystko zacząć od
zdrenowania terenu. Niewątpliwie mógłbym się razem z ekipą budowlaną niezle obłowić, bo
to wszystko kosztowałoby panią naprawdę  bardzo dużo  pieniędzy.
Będąc na pani miejscu  rozważyłbym sprzedaż całości, a przynajmniej domu i ogrodu.Sad
można przed sprzedażą odgrodzić  i na razie go nie sprzedawać. W sumie za sprzedaż dwóch oddzielnych obiektów dostanie pani więcej pieniędzy.
A jeżeli tak bardzo pani chce mieć dom z ogródkiem to trzeba wybrać osiedle domków jednorodzinnych na obrzeżach miasta, gdzie są doprowadzone niemal wszystkie media a ogród
nie wymaga zbyt wielkiego nakładu pracy i, co jest najważniejsze, można tam dojechać miejską
komunikacją.
Za pieniądze uzyskane  ze sprzedaży tego obiektu spokojnie kupi pani domek w takim miejscu.
Proszę spojrzeć- ten dom stoi właściwie poza wsią. Spokojnie mogliby tu panią napaść i nikt by nawet palcem nie kiwnął, bo po prostu nikt nic by nie zauważył.
Proszę się przespać z tą opcją, a jeśli się pani namyśli to zawiozę panią w takie miejsce i sama
pani porówna co lepsze.
Nie muszę się z tą opcją przesypiać, czuję, że i mama i pan macie rację. Ale nie pomyślałam o tym, bo wydawało mi się, że wystarczy remont.  No i jakoś nie wpadłam na to, że rzeczywiście
dom jest niemal na odludziu a moi rodzice nie mieszkaliby tu cały czas ze mną.
No i musiałabym wziąć kredyt z banku, a na to  nie mam wcale ochoty.
A jeśli ma pan jeszcze czas, to może dziś by mi pan pokazał to osiedle? Jutro co prawda też mam
jeszcze dzień wolny, no ale nie wiem kiedy pan będzie mógł się ze mną w tej sprawie spotkać.
Dobrze, pojedzmy dziś, ale mówmy sobie po imieniu, bo ja będę panią przedstawiał jako
swoją kuzynkę. Wypijmy jeszcze do końca tę kawę, zamiast bruderszaftu. Czy nie będzie ci
przeszkadzało, gdy nieco przekształcę twoje imię i z Aleksandry zrobię Olę?
Aleksandra to strasznie oficjalnie i zimno brzmi.
Wspólnie posprzątali , Janusz pozamykał w domu okna, zamknął piwnicę,pochował do bagażnika
to wszystko, co ze sobą przywiezli, na koniec potraktował kłódkę jakimś płynem i ruszyli
w dalszą drogę.






środa, 18 stycznia 2017

Siedlisko, cz. II

W następny weekend, tak jak planowali, zabrali się za porządki w domu.Z dodatkowych atrakcji ojciec Aleksandry pożyczył od znajomego ogrodową kosiarkę.
Koszenie trawy niezmiernie spodobało się Małemu, który dostał bardzo odpowiedzialne zadanie,
by przed koszeniem pomóc dziadkowi sprawdzić czy w  tych resztkach trawnika nie ma
przypadkiem kamieni, które mogłyby uszkodzić pożyczoną kosiarkę. Kamieni nie było, za to
sporo mniejszych i większych patyków.
Obie  panie utonęły w czeluściach domu, co jakiś czas wyrzucając z domu to, co już nie za bardzo nadawało się do użytku i pod jednym z okien wychodzących na podwórko rosła górka rzeczy
starych, zniszczonych, nieprzydatnych.
Gdy  tak wszyscy byli zajęci pracą, przy furtce zatrzymał się jakiś mężczyzna  i grzecznie rzucił
w kierunku ojca Aleksandry powitanie, pytając, czy może wejść.
Okazało się, że to sołtys tej wsi, który dobrze pamiętał dawną właścicielkę domu a nawet od razu
rozpoznał ojca Aleksandry, bo jego zdaniem był on bardzo podobny do swej matki.
Sołtysa bardzo ciekawiło czy i kto będzie tu mieszkał, bo gdyby spadkobiercy chcieli sprzedać
dom, to tu już kilka osób  dopytywało się o tę posesję a i jego kuzyn też chętnie by to  siedlisko
kupił.
A na pogrzebie pani Eugenii to ja pana nie widziałem- powiedział nagle sołtys, zerkając spod
oka na swego rozmówcę. Był pana brat z żoną, a pana nie było. A to była taka zacna osoba i cała wieś ją lubiła niezmiernie, choć nie była swojaczką, a tylko przyszła za mężem. Ale była bardzo
mądrą kobitką i umiała ludziom doradzić w potrzebie.
Ojciec Aleksandry uśmiechnął się smutno- o chorobie i śmierci mamy dowiedziałem się będąc
na kontrakcie  w Libii.Gdy dotarła do mnie ta wiadomość to już było po pogrzebie. A wie pan,
mój brat też już nie żyje, zginął w wypadku samochodowym,  dość szybko po  śmierci mamy.
Pewnie za szybko jechał ?- ni to stwierdził ni to spytał sołtys.
A nie, ktoś wymusił na nim pierwszeństwo i brat uderzył głową w słupek. Panie, on nosił
w swej głowie śmierć, miał tętniaka mózgu i w każdej chwili mógł umrzeć, tylko nikt o tym nie wiedział.Wie pan, panie sołtysie, nikt z nas nie zna dnia ani godziny.
A kto teraz będzie tu mieszkał, komu to sprzedajecie?- sołtysa wyraznie zżerała ciekawość.
A pewnie spadkobierczyni, czyli moja córka Aleksandra, a  może i ja z żoną?
Córka z żoną porządkują teraz dom  w środku.
Maciek- zwrócił się do wnuka- idz po mamę i babcię, powiedz, że pan sołtys przyszedł do nas.
Maciek co sił w nogach pobiegł do domu i wrócił za chwilę, mówiąc, że mama i babcia przyjdą, tylko ręce umyją, ale  mama mówi by panowie przyszli na podwórko pod lipę.
Nim panowie wolnym krokiem przeszli na podwórko, oglądając po drodze zdziczały sad  i
zastanawiając się czy wyciąć wszystkie drzewa czy może kilka zostawić by były własne jabłka,
panie nakryły stół pod lipą, wyłożyły ławy kocami, wyciągnęły domowe ciasto i termosy z kawą
i herbatą.
Biedny sołtys- miał nadzieję, że "zasięgnie języka" a tu znalazł się nagle w ogniu rzeczowych
pytań, zadawanych przez Aleksandrę.
Po niemal dwóch godzinach, w czasie których sołtys czuł się jak na przesłuchaniu a sam niewiele
się dowiedział, sołtys przypomniał sobie, że przecież musi jeszcze iść do sklepu, bo ten jest dziś czynny tylko do godz. 14,00, więc uprzejmie się ze wszystkimi pożegnał, zapewniając że bardzo
się cieszy tym, że siedlisko wreszcie ożyje.
Aleksandra była zadowolona i zapełniła aż dwie strony kartki A-4 interesującymi ją informacjami.
Ucieszyła ją wiadomość, że nie ona jedna będzie tu "miastową", że  już są dwie rodziny nowych,
miastowych i to z dziećmi w wieku szkolnym.
Droga faktycznie nie była odśnieżana przez służby drogowe, ale ostatniej zimy to "miastowi"
zorganizowali pług i droga była przejezdna. A w sąsiedniej wsi jest  szkoła podstawowa, a tu już
nie ma, bo było za mało dzieci. A do szkoły to dzieci mają  tylko 2,5 km drogą za lasem, którego z tego miejsca Aleksandra nie mogła zobaczyć.

wtorek, 17 stycznia 2017

Siedlisko.....

.........czyli historia jakich wiele.
Aleksandra, jak co dzień, pojechała zaraz po pracy do szkoły, by zabrać synka ze świetlicy.
Cierpliwie  czekała aż mały zbierze wszystkie swe drobiazgi  i spakuje je do plecaka.
Od szkoły do domu mieli do przejechania około 35 kilometrów.
W czasie jazdy mały zawsze opowiadał Aleksandrze co się wydarzyło w ciągu dnia w szkole.
Najwięcej opowieści dotyczyło wydarzeń, które miały miejsce na przerwach.
Po czterdziestu pięciu minutach siedzenia w  ciszy i skupieniu przerwa pomiędzy lekcjami
wyzwalała z dzieci nadmiar energii. Z ich gardeł wydobywały się dzikie wrzaski, a zmęczone
siedzeniem kończyny domagały się ruchu.
Aleksandra podała  małemu swoją komórkę i poprosiła, by połączył się z "wujkiem", czyli
partnerem Aleksandry i zapytał się, czy nie trzeba zrobić do domu jakichś dodatkowych
zakupów.
Z uśmiechem przysłuchiwała się krótkiej rozmowie,  z której wynikało, że nie ma potrzeby
wstępowania do marketu po zakupy.
Mieszkając w pewnym oddaleniu od  dużego miasta należało dobrze planować zakupy,
bo najbliższy sklep był około 2 km od domu i choć szyld głosił, że "to sklep , w którym
kupisz wszystko", w praktyce wcale tak nie było.
Dom, w którym Aleksandra mieszkała wraz z synkiem i swym partnerem, Januszem,  stał
w pewnym oddaleniu od wsi. Był otoczony  ogrodem, którego spora część była
sadem.
Ale były to już bardzo stare jabłonie , owoców było mało i z reguły drzewa owocowały co
dwa lata. Już przed laty babcia Aleksandry planowała skasowanie sadu  i obsadzenie  tego
kawałka ziemi krzewami owocowymi, bo niby łatwiejsze były w uprawie.
Za rok Aleksandra miała się przeprowadzić do innego domu, który ciągle jeszcze był
w budowie.

Po  śmierci  babci dom odziedziczyła Aleksandra i przez kilka lat służył jej jako letnisko,
ale w sensie teoretycznym. Była tylko raz, bo chcieli wypróbować nowy namiot.
Dom nie był skanalizowany i nie było wygodnie w nim mieszkać. Poza tym były mąż
Aleksandry nie wyobrażał sobie mieszkania na stałe  " w jakiejś chałupie  bez wody
z drewnianym wychodkiem" i cały czas namawiał Aleksandrę by tę "ruderę" sprzedała,
a za uzyskane środki kupiła  "porządne" mieszkanie.
Z kolei rodzice Aleksandry cały czas tłumaczyli obojgu, że szkoda sprzedawać taki ładny
plac, że ziemia to dobra lokata, lepsza niż konto w banku.
W rok po przyjściu na świat dziecka, mąż Aleksandry doszedł do wniosku, że nie nadaje się
na ojca, płacz "bachora" wyprowadza go z równowagi a Aleksandra przestała go interesować
jako kobieta.
Na sprawie rozwodowej, która przeszła wyjątkowo gładko, bez protestu zgodził się na
wysokość zasądzonych alimentów, stwierdził, że nie jest zainteresowany widywaniem
dziecka i jeżeli w przyszłości matka dziecka znajdzie kogoś, kto będzie chciał dziecko
adoptować, on nie  będzie robił żadnych trudności.
Aleksandra wyprowadziła się z dzieckiem do swoich rodziców, jej były mąż pozostał
w ich dotychczasowym mieszkaniu, które przedtem należało do jego ojca.
Bez problemu płacił alimenty, a przed każdym swym wyjazdem zagranicznym płacił
z góry za cały czas swej planowanej nieobecności .
Dziecko odwiedzał najwyżej raz w roku, zresztą był przez cztery lata na kontrakcie
poza granicami Polski.
Swych teściów Aleksandra widziała tylko raz w życiu, na swoim ślubie.
Mieszkali w RPA i wcale nie mieli zamiaru wracać  do Polski. O wnuku wiedzieli, bo
Aleksandra posiadała ich notarialne  oświadczenie, że w razie gdy ich syn nie będzie
mógł  z jakichś powodów  płacić zasądzonych alimentów to oni przejmą obowiązek
alimentacyjny  swego syna.
Podali też adres kancelarii adwokackiej, która będzie prowadziła tę sprawę, oraz
sumę zdeponowaną  w  banku, przeznaczoną na ten cel.
Dokument był sporządzony w dwóch językach, po polsku i angielsku.
Po rozstaniu się z mężem Aleksandra długo zastanawiała się czy  aby nie sprzedać
domku po swej babci.
Gdy któregoś dnia pojechała razem z rodzicami do tego domku, jej ojciec dokonał
niezwykłego odkrycia- miejscowość była skanalizowana, tylko babciny domek nie
był  podłączony, bo babcia nie chciała innej wody niż tej "swojej, studziennej."
Jedynym unowocześnieniem tej studni była pompa ręczna, więc nabieranie wody
nie wymagało już wyciągania wody wiadrem uwieszonym na łańcuchu.
Aleksandra ze zdziwieniem odkryła, że gdyby ten babciny dom nieco przerobić,
wygospodarować miejsce na łazienkę, doprowadzić do niego bieżącą wodę, wyrzucić
stare kaflowe piece , zainstalować centralne ogrzewanie i wydajny piec w piwnicy, to
byłoby tu naprawdę niezłe miejsce do mieszkania przez cały rok.
Postanowiła wynająć kogoś, kto mógłby ocenić  stan fundamentów domku i w ogóle
cały jego stan techniczny, bo od kilku lat dom praktycznie nie był eksploatowany.
Mały był zachwycony domem, ogrodem i faktem, że może swobodnie buszować
po zdziczałym mocno ogrodzie. Co chwilę przybiegał do dorosłych, opowiadając
co zobaczył. Co chwilę rozlegało się głośne "mamo, mamo, chodz tu prędko,
zobacz co znalazłem". Jednym razem były to krzaki  pełne jeszcze niedojrzałych
malin, w drugim końcu ogrodu przy płocie niedojrzałe jeżyny, innym razem pełznący
w trawie winniczek i kilka pieczarek w zapuszczonym sadzie.
Chłopczyka zachwyciły nawet nieliczne jabłka  na drzewach.
Za domem, na podwórku rosła stara, rozłożysta lipa, która już przekwitała. Pod nią
stał długi stół z dwiema ławami.
Drewno było brudne, nosiło ślady częstych kontaktów z wodą, śniegiem i mrozem,
ale było zdrowe, nie spróchniałe.
Ojciec Aleksandry stwierdził, że to tekowe drewno. Na jednej z ław rozłożyli
znalezioną w  domu starą kapę, na niej  samochodowy koc, na blacie stołu rozłożyli
swój piknikowy obrus i rozłożyli na stole przywiezione z sobą zapasy.
Potem Aleksandra wraz z ojcem obeszli pomału cały teren, spisując co trzeba zrobić
na terenie, przejrzeli dokładnie wnętrze domu, pomierzyli wszystkie pomieszczenia
i sporządzili odręczny plan domku. Zeszli nawet po drabinie do piwnicy, do której
wejście było w podłodze kuchni. Trochę się namęczyli z otwarciem klapy.Niewiele
zobaczyli, bo....nie mieli latarki. Potem Aleksandra odkryła wejście na "przygórek",
ale nie mogli nigdzie znależć drabiny. Postanowili, że w następną niedzielę przyjadą
z drabiną, latarką i przyborami do sprzątania i mycia.
Mały był zachwycony możliwością mieszkania na wsi. Całą drogę powrotną dopytywał
się ile będzie pokoi, czy będzie miał własny pokój , czy będzie mógł zapraszać do
domu swoich kolegów, czy będzie mógł mieć psa, czy będzie to domek "jak na wsi,
taki z kurami i królikami" czy taki jak w mieście, tylko z trawnikiem i kwiatkami.
Najbardziej sceptyczna była matka Aleksandry i zastanawiała się ile taka przeróbka
może kosztować i skąd wziąć na to fundusze.
Aleksandra rozglądała się dokładnie wracając do miasta, by ocenić, czy codzienne
dojazdy do miasta i powroty nie staną się istną udręką.
Nie dało się ukryć, że od  najbliższego przystanku do wsi były do przebycia niemal
4 kilometry, na szczęście wyasfaltowaną drogą, wąską i bez poboczy.
Po obu stronach był rów i wzdłuż jednego z nich widać było wąziutką, mocno ubitą
ścieżkę, która "zagrabiała" czyjeś pola.
Brak dojazdu do wsi jakimkolwiek autobusem ostudził nieco zapał Aleksandry.
Jej samochód nie był już nowy  i nie był samochodem terenowym, a ta boczna droga
z całą pewnością nie należała do dróg odsnieżanych w pierwszej kolejności, nie wiadomo
czy zimą ktokolwiek ją odśnieżał. Chcąc tu mieszkać należało rozejrzeć się za nowym
samochodem, najlepiej terenowym, z napędem na cztery koła. A taki samochód naprawdę
tani nie był, nawet używany kosztował sporo. No i skąd wziąć pieniądze na przeróbkę
i remont domku? Wprawdzie  ojciec coś kiedyś przebąkiwał, że oni mają nieco
oszczędności na zablokowanym koncie, ale nigdy nie sprecyzował jaka to kwota-
poza tym to były ich pieniądze na czarną godzinę.
Wprawdzie  dziś ojciec mocno optował za przebudową domu i twierdził, że mogliby
w tym domku mieszkać wszyscy razem, bo łatwo go podzielić , a poza tym można
go z pewnością powiększyć, ale to jeszcze niczego nie oznaczało.
 Miał nawet pomysł, by zbudować drugi mniejszy dom z bali gdy się usunie część
starych drzew. Mina matki jednoznacznie mówiła, że zaczyna mocno wątpić w to,
czy jej mąż jest  przy zdrowych zmysłach.