piątek, 3 lutego 2017

Miłość to czy przyzwyczajenie?

...bo czasami jest tak, że bez siebie zle i razem niedobrze. I nie za bardzo wiadomo jak
to wszystko ułożyć - Zosia westchnęła ciężko.
Sama chwilami nie wie czy kochała swego męża gdy wychodziła za niego za mąż.
Bo zupełnie inny młodzian wówczas ją adorował i wszyscy byli pewni, ona też, że
to on zostanie jej mężem. Ale pewnego dnia pokłócili się o jakieś głupstwo, głównie
o to, że Zosia z innym  zbyt długo i zbyt blisko tańczyła.
Kłócili się ostro, bo Zosia wcale nie czuła się winna- tamten chłopak był dobrym
tancerzem a ona to w mgnieniu oka doceniła. Był o niebo lepszym tancerzem niż
jej obecny chłopak- prowadził lekko ale pewnie, nie narażając Zosi na kontakt z innymi
tańczącymi. I nie mruczał jej do ucha granej właśnie melodii.
Uśmiechał się tylko leciutko patrząc jej prosto w oczy.
Po trzecim przetańczonym kawałku  dopadł ich jej chłopak i zażądał, by wyszli już
z tej zabawy. A Zosia tylko wzruszyła ramionami i odrzekła- jak chcesz to idz do domu,
ja jeszcze zostaję. Nie po to przyszłam by siedzieć przy stoliku i pić lemoniadę, chcę
tańczyć, rozumiesz??? I wiesz, nie będziemy się jutro widzieć, muszę od ciebie
odpocząć.
I czym prędzej pociągnęła tego świetnie tańczącego chłopaka w głąb parkietu.
Zabawa skończyła się około północy  i ciemnowłosy , ciemnooki, chudy jak szczapa
nowy znajomy zaproponował, że odprowadzi Zosię do domu, skoro  jej chłopak się
obraził na nią i wyszedł. Miał na imię Marek i był studentem Politechniki. Wpierw
czekali na nocny autobus, ale potem postanowili jednak iść na piechotę przynajmniej do
następnego przystanku. Marek był pięć lat starszy od Zosi i mieszkał w akademiku.

Gdy Zosia dotarła do domu spotkała ją następna awantura, tym razem  ze strony matki,
która wyczekując jej powrotu stała przy oknie i dobrze widziała, że to jakiś "obcy"
chłopak ją odprowadził, a nie Jerzy, z którym poszła na tę zabawę. Jerzy był już przez
jej matkę zaakceptowany jako ewentualny zięć. Mieszkał w tej samej dzielnicy a ich
matki znały się z  kolejek. Była to era wystawania po wszystko w kilometrowych
kolejkach i wiele osób  stojąc w jakiejś kolejce nawiązywało nową znajomość.
Gdy już matka się wyzłościła, Zosia poinformowała ją, że pokłóciła się z Jerzym i
nie będzie się więcej z nim spotykać.

W kilka dni pózniej, gdy wracała  z kursu kreślarskiego zobaczyła przed swoim domem
Marka. Trochę była zdziwiona tym spotkaniem ale jednocześnie jej to pochlebiało -
widać podobała mu się na tyle, że przyjechał jej szukać  w bardzo odległej od akademika
dzielnicy.
Marek zaproponował, by w najbliższą sobotę poszli potańczyć do jednego z klubów
studenckich. Dla Zosi  klub studencki to było "coś", rodzaj nobilitacji.
Ona po podstawówce ukończyła szkołę zawodową krawiecką, choć wcale nie czuła
powołania do szycia odzieży.
Teraz chodziła na kurs kreślarski, w nadziei, że gdy go ukończy dostanie lepszą
pracę niż jako początkująca  krawcowa w jakiejś firmie odzieżowej.

Marek zaczął się z Zosią dość regularnie spotykać. Na   każdym kolejnym spotkaniu miał
coraz bardziej maślane spojrzenie i  trudno mu było oderwać od Zosi nie tylko oczy, ręce
też. Poza tym cały czas mówił jej, że jest piękną dziewczyną, w zacisznych parkowych
alejkach przytulał i całował, mówił, że się najzwyczajniej w świecie w niej zakochał.
Pewnego dnia, gdy spotkali się około południa (Marek zerwał się z  jakiegoś wykładu),
a Zosia miała kurs póznym popołudniem, pojechali  na osiedle studenckie, gdzie
mieszkał jeden z kolegów Marka, bo Marek miał od niego wziąć jakieś notatki- taką
wersję przedstawił Zosi.
Gdy odnalezli domek, w którym ten kolega mieszkał, po krótkiej wymianie zdań kolega
zostawił ich samych, a Marek powiedział Zosi, że teraz mają dla siebie domek na kilka
godzin.  I że wreszcie będzie mógł ją całować i tulić bez przeszkód.
W dość krótkim czasie całkiem sprawnie pozbawił ją i siebie  odzieży, pozachwycał się
jej nagością, a potem spędzili kilka godzin na intymnych pieszczotach a ukoronowaniem
tego dnia była utrata przez Zosię dziewictwa.

Zosia była wychowywana bardzo po katolicku i tak naprawdę nic nie wiedziała o czymś
tak dziwnym jak  antykoncepcja i była pewna, że w ciążę to można zajść tylko wtedy,
gdy już się jest mężatką. Według niej stan panieński jakimś cudem nie dopuszczał do
zajścia w ciążę.
Z perspektywy czasu Zosia za ten brak informacji wini swą matkę, która nigdy z nią nie
rozmawiała  na "te tematy".
Z rozmów z koleżankami wysnuła wniosek, że za pierwszym razem nie  zajdzie się w ciążę,
nie ma obawy.
No niestety stan panieński jak i również "pierwszy raz" nie zadziałały antykoncepcyjnie
w jej przypadku.
Gdy Zosia zorientowała się, że coś jest  nie tak jak dotąd, powiedziała o tym Markowi.
A Marek wcale się tym nie zmartwił- zapewnił ją tylko o swej dozgonnej miłości i
powiedział, że w takim razie  on się z nią ożeni, natychmiast.
I że przyjdzie do jej rodziców prosić o jej rękę i to w najbliższą niedzielę.
Matka Zosi domyśliła się skąd ten pośpiech ze ślubem i jedyne "wsparcie" jakie  Zosia
dostała od  matki to były słowa: "no to sobie dobrze urządziłaś życie".
I tym sposobem Zosia w wieku 19 lat została mężatką i równo w dziewięć miesięcy od
tego  swego "pierwszego razu" - matką.

Nie mieli mieszkania, nie mieli pieniędzy ani wsparcia ze strony rodziny. Marek przerwał
studia, bo musiał nagle zacząć zarabiać. W drodze łaski matka Zosi pozwoliła jej by do
chwili urodzenia  dziecka pozostała w domu.Ale gdy już dziecko przyjdzie na świat ma
opuścić dom rodzinny.
Prawdę mówiąc, to w domu nie było miejsca na kolejnego lokatora. W dwóch pokojach
bez wygód mieszkali rodzice Zosi, babcia  oraz młodsza siostra Zosi. Na domiar złego
jeden z pokoi był przechodni.

Marek też miał nieciekawą sytuację - jego ojciec umarł gdy był jeszcze małym dzieckiem,
matka wyszła  za mąż po raz drugi  i obdarzyła Marka siostrą. Ojczym nie był złym
człowiekiem ale utrzymanie żony i dwójki dzieci było dla niego chyba zbyt wielkim
wysiłkiem.A może chorował wciąż - tego Zosia nie wie. W każdym razie rodzina  żyła
w ogromnej biedzie, w okolicy jednego z miast wojewódzkich oddalonego od stolicy
o drobne 300 km.
Marek na studiach żył ze stypendium i tego co zarobił w spółdzielni studenckiej. Jego
przerazliwa chudość była wynikiem stałego niedojadania.
Marek naprawdę bardzo się starał - pracował i po kilku miesiącach przerwy podjął naukę
na studiach  wieczorowych. Udało mu się wynająć pokój przy rodzinie.
Ale gdy tylko okazało się, że Marek do tego pokoju chce sprowadzić żonę z dzieckiem,
natychmiast wymówiono mu mieszkanie.
Nikt nie miał ochoty na słuchanie płaczu niemowlęcia . I gdy Marek odebrał Zosię
wraz z dzieckiem ze szpitala, zawiózł ją do swojej matki.
Zosieńka była bardzo a bardzo nieszczęśliwa - nagle  została z dzieckiem wśród, jakby na
to nie  spojrzeć, obcych dla siebie ludzi. Tu Zosia zamieszkała w pokoju wraz z młodszą
siostrą Marka. Starała się bardzo mądrze gospodarować pieniędzmi, które zostawił jej mąż.
Nie miała pojęcia, że to pożyczone pieniądze i że Marek musi spłacać tę pożyczkę.

W ramach troski o poprawę choć trochę swej rozpaczliwej sytuacji finansowej Zosia
zaczęła wykorzystywać umiejętności nabyte w szkole zawodowej. Na  bardzo, bardzo
wiekowej maszynie  do szycia, której teściowa nie używała, Zosia robiła sąsiadkom
różne poprawki krawieckie lub robiła na drutach sweterki dla dzieci.
Nie brała za to pieniędzy, ale np. jajka, warzywa hodowane w przydomowych ogródkach,
czasem jakieś mięso z uboju gospodarczego.
To był trudny czas. Marek przyjeżdżał rzadko -  po pierwsze pracował, po drugie zaczął pisać
pracę magisterską.
Teściowa  zmusiła Zosię by koniecznie ochrzciła dziecko i by chodziła razem z całą
rodziną w każdą niedzielę do kościoła, oczywiście z dzieckiem. Na szczęście dla Zosi
mały urządzał własny koncert ilekroć w  kościele ludzie zaczynali śpiewać. Po kilku
takich  "przewrzeszczanych" przez małego mszach, teściowa odstąpiła od tego wymogu.
Ale stwierdziła, że widocznie w dziecku diabeł siedzi.
Na szczęście jedna ze znajomych pań, korzystająca z usług Zosi, wytłumaczyła teściowej,
że dziecko po prostu boi się hałasu a strach okazuje płaczem.

Wreszcie Marek obronił dyplom magisterski. W kilka dni pózniej spotkał kolegę, który
szedł do MSW, by  porozmawiać na temat podjęcia  pracy w tym resorcie.
I w wojsku i w milicji było sporo pracowników cywilnych. Co jakiś czas, zależnie od
potrzeby,  wojsko i milicja wysyłało swych pracowników kadr, by rekrutowali nowych
pracowników z określonych instytucji.
Kolega namówił  Marka, by poszedł razem z nim na to spotkanie- najwyżej się dowie, że
nie ma dla niego pracy, ale nikt go przecież tam nie zje.
I  Marek posłuchał, tej całkiem niezle brzmiącej rady.  Rozmowa trwała niemal 3 godziny.
Potrzebowali inżynierów w tej specjalności, którą miał Marek, a młody wiek był atutem
a nie przeszkodą.
W efekcie Marek dostał całą stertę różnych papierów do wypełnienia i masę skierowań na
różne badania, oraz zapewnienie, że jeżeli się sprawdzi jako pracownik, za rok dostanie
mieszkanie w bloku, który się właśnie buduje. Pensja może nie była na początek zbyt
oszałamiająca swą wysokością, ale raz do roku Marek miał dostawać sorty mundurowe,
wczasy w ośrodku nad morzem albo w górach,  za które opłata była śmiesznie niska oraz
deputat węglowy. A do czasu otrzymania mieszkania  może mieszkać w służbowym
mieszkaniu, jeśli je sobie  na koszt własny wyremontuje. Poza tym ma trzymać język
za zębami i nie rozmawiać z nikim nad jakim tematem pracuje, z kolegami z resortu
również. A wszystkie papiery ma złożyć w ciągu trzech dni. Potem przejdzie całą serię
różnych szkoleń i zostanie wprowadzony w temat swej nowej pracy.
W pierwszym odruchu chciał tę sprawę omówić z Zosią,  ale za bilet kolejowy trzeba było
zapłacić no i w końcu dotyczyło to bardziej jego niż jej.

W ciągu 2 tygodni wyremontował z pomocą kolegów to służbowe mieszkanie- duży pokój
z oddzielną, posiadającą drzwi kuchnią. A pokój miał głęboką wnękę, w której bez trudu
mieściło się duże, podwójne  łóżko. Można było zawiesić kotarę i część sypialna stawała
się niewidoczna.
Pierwszą inwestycją Marka był zakup łóżeczka dla dziecka i dwóch materaców dla nich.
W sobotę nocnym pociągiem dotarł do Zosi. Z domu matki zabrał dwie zmiany bielizny
pościelowej, dwa koce. Kołdry i poduszki  oraz wszystko to, co Zosia dostała od krewnych
w ramach prezentu ślubnego czekało na Zosię w mieszkaniu jej rodziców.
Zosia pożegnała się z teściową i teściem, podziękowała za gościnę i wyrozumiałość i pełna
radości ruszyła w drogę powrotną do miasta rodzinnego.

Pierwszy tydzień w nowym domu spędziła na dokładnym myciu i szorowaniu wszystkich
szafek  w kuchni, przedpokoju i łazience.
Gdy już wszystko po swojemu oporządziła, wzięła dziecko na ręce i pojechała do swoich
rodziców. Niezle się złożyło, bo matki i młodszej siostry  nie było w domu, a ojciec był
szczęśliwy, że wreszcie widzi swą córunię i wnuczka.
Wręczył Zosi książeczkę PKO założoną  w opcji "na hasło"  i zabronił mówić o tym matce.
Gdyby mama zobaczyła sumę, która była na książeczce pewnie rozbiłaby garnek na głowie
męża. Na książeczce było bowiem niemal 20 tysięcy złotych. Pieniądze odkładał od chwili
gdy tylko zakończyła się wojna.
Potem poprosił, by Zosia została jeszcze z godzinę sama w domu z dzieckiem, bo on musi
pilnie gdzieś wyjść. Wrócił po trzech kwadransach z dziecięcym wózkiem, kupionym na
pobliskim bazarze. Wózek był w okropnym zielonożółtym kolorze, no ale był i Zosia aż
popłakała się ze szczęścia. Dziecko już sporo ważyło i dzwiganie go na rękach było mało
zabawne za to bardzo męczące. Umówiła się z  tatą, że kupno wózka też pozostanie
tajemnicą.
Zosia zostawiła tacie swój nowy adres, potem długo dziękowała i obiecała, że w najbliższą
niedzielę przyjdzie do rodziców po obiedzie razem z mężem i dzieckiem.

Markowi podobało się w nowej pracy. Co prawda wciąż były jakieś szkolenia ideologiczne
w których musiał niestety brać udział, ale pomimo tego dobrze rozwijał się zawodowo.
Jedyne co mu zupełnie nie szło, to pożycie z Zosią. Niezaplanowana ciąża i takiż ślub, poród
a potem nieustanne problemy życiowe wycisnęły piętno na jej psychice.
Bała się panicznie każdego  zbliżenia, już na tydzień przed spodziewanym okresem zamartwiała
się, że może znów będzie ciąża. Poza tym odkąd Zosia już była jego żoną, Marek przestał się
zupełnie wysilać by ją w jakikolwiek  zachęcić, rozbudzi -  kilka zdawkowych pocałunków
i on już był gotowy do działania. Potem nieco gimnastyki, ewentualnie  jakieś przymiarki do
nowej pozycji i.....koniec. Niemal natychmiast zasypiał.
Może gdyby Zosia porozmawiała  z którąś z przyjaciółek, albo może z lekarką, to dowiedziałaby
się, że z powodzeniem może być zupełnie inaczej, choćby tak jak było za tym pierwszym razem.
Ale w tamtych, w sumie nie tak odległych  czasach, rozmowy o seksie były nietaktem.
A rola kobiety sprowadzała się właściwie do całkowitej bierności. Wg większości kobiet te
aktywne to były tylko kobiety zajmujące się wiadomą profesją.
Nagość równała się nieprzyzwoitości a dotknięcie mężowskich genitaliów było czystym wyuzdaniem.

W tym pierwszym służbowym mieszkaniu przemieszkali blisko trzy lata.
Zosieńka nie pracowała, chciała synka odchować na tyle, by mógł  pójść do przedszkola.
Wreszcie dostali mieszkanie i to trzy pokoje z kuchnią.Szef Marka wystawił mu wspaniałą
opinię tak świetną, że mógł dostać jeden pokój więcej, bo Marek pracował naukowo.
No fakt, zaczął robić doktorat.
Mieszkanie było ładne, ale miało jeden mankament- było na trzecim piętrze, w czteropiętrowym
budynku bez windy. Do tego jakiś geniusz budownictwa wymyślił kręcone  schody.
Wchodzenie po nich było męczące bo w górę, schodzenie natomiast przyprawiało większość
osób o zawroty głowy. Najwięcej przekleństw rzucali pracownicy pogotowia ratunkowego gdy
musieli pacjenta  znosić po tych arcy niewygodnych schodach.
                                                                   c.d.n

poniedziałek, 30 stycznia 2017

Siedlisko-XV

Życie zaczęło nabierać tempa.Ola i Janusz złożyli papiery w USC. Najbliższy realny termin
ślubu  był w listopadzie. Janusz marudził, że listopad to kiepska pora roku, ale Ola była
zdania, że to sprawa  bez znaczenia.
Działka została przedzielona, usunięto  również najstarsze drzewa z sadu.Zamiast domku
kanadyjskiego postanowiono wybrać domek z półbali (cokolwiek to znaczy), rodzimego
producenta i jego budowa miała rozpocząć się tuż przed  wyjazdem Oli i Janusza na
urlop. Powstawał jako domek letniskowy, bo "wymagał mniej papierów".
Wakacje w Juracie przeszły  w rodzinie Oli i Janusza do historii- Janusz i Ola wychodzili
ze skóry, by były to super wakacje. I takie były- pozostały w pamięci Maćka jako
najcudowniejsze i najpiękniejsze, choć potem nie jeden raz wyjeżdżali w różne atrakcyjne
miejsca. Maciek zapytał się Janusza, czy może go nazywać wujkiem, bo to bardziej
rodzinnie brzmi.
Maćkowi bardzo spodobał się pomysł, by Ola i Janusz zostali małżeństwem, żałował tylko,
że nie mogą wziąć ślubu "teraz, zaraz".
Maciek był zapatrzony w Janusza niczym kot w księżyc - nie grymasił przy jedzeniu, jadł
dokładnie to co Janusz, starał się nawet tak samo poruszać. Ola śmiała się, że dnie Janusz
 musiał poświęcać w całości Maćkowi, jej przypadły w udziale tylko noce.
Powrót do pourlopowej rzeczywistości był nieco bolesny. Maciek wrócił pod skrzydła
babci i dziadka, Ola do pracy, po której swój czas dzieliła pomiędzy Maćka i  Janusza.
Z tego wszystkiego postanowili zamieszkać razem w domku z półbali. Janusz postanowił
sprzedać swój domek, bo naprawdę nie lubił tego osiedla, poza tym nie  bardzo mogli
tam mieszkać z dzieckiem- pokoje były otwarte, zero intymności.
Trochę to wszystko było na wariackich papierach.
I wtedy mama Janusza zaproponowała, by Janusz wyremontował piętro w jej  willi i by
zamieszkali tam  do czasu, aż będzie gotowy ich dom.
I od tej chwili wszystko zaczęło się   jakoś niezle układać. Dom Janusza "sprzedał się
niemal na pniu", znalazł się też kupiec na działkę Oli z "ruinką pobabciną".
Remont piętra willi posuwał się do przodu w kosmicznym tempie.Mieli tam living room,
pracownię dla Janusza, sypialnię swoją i pokój dla Maćka i oczywiście łazienkę, kuchnia
była wspólna,  na dole, ale kuchnią zajmowała się pani Terenia.I bardzo to cieszyło
Janusza, bo w jego odczuciu praca zawodowa była dla Oli dostatecznym obciążeniem.
Do czasu ukończenia remontu piętra mieszkali z Maćkiem w letnim domku i dopiero
wtedy Ola zrozumiała w pełni, że jeżdżenie w tę i z powrotem jest średnią  frajdą, nawet
gdy jezdzi się "pod prąd" i nie ma śniegu na drodze.
Na pięterku zamieszkali w końcu pazdziernika.
Mama Janusza oczarowała Maćka niemal tak, jak Janusz. Maciek z kolei bez trudu zawojował
serce obu starszych pań. Ola przepisała Maćka do szkoły, która była niemal tuż obok
willi.Mimo tej bliskości przez pierwsze tygodnie towarzyszyła Maćkowi w  tej krótkiej drodze
do szkoły babcia Basia, twierdząc, że musi iść do sklepu .
W pazdzierniku przyszedł następny list od byłego teścia Oli, który informował, że nadal nie
bardzo wiadomo co się  stało z Jackiem. Teraz istnieje podejrzenie, że być może został
zamordowany i nadal trwa  śledztwo. A gdy tylko się coś wyjaśni to natychmiast dadzą Oli znać.
Ola z kolei napisała, że w listopadzie wychodzi ponownie za mąż i przesłała im zdjęcie Maćka.
Ślub był "cichy", czyli w obecności rodziny i świadków. Maciek nie odstępował obojga na krok,
a "cywilny ksiądz" na koniec pogratulował  Maćkowi, że teraz będzie miał razem i mamę i tatę.
Świadkiem Janusza był pan prezes spółdzielni, świadkiem Oli- Gosia.
Maciek miał teraz trzy babcie i jednego dziadka. Od dnia ślubu zaczął do Janusza mówić "tato",
co wymusiło na Januszu odbycie z nim  rozmowy na temat ojcostwa. Zapewnił też Maćka, że gdy
się jego ojciec nie odnajdzie, będzie przez Janusza usynowiony wyrokiem sądu.
Po ponad roku mieszkania "na pięterku" ich nowy dom był gotowy do zamieszkania.
Ola nie sprzedała drugiej części swej schedy i domek oddała do dyspozycji rodzicom, jako ich
letnią rezydencję.
Sprawa zaginięcia Jacka nie została do końca wyjaśniona, ale sąd uznał, że Jacek nie żyje. Jego
ojciec przekazał na konto Oli pieniądze, które mieli na ten cel odłożone.
A Janusz wystąpił o usynowienie Maćka i nadanie mu swego nazwiska.
Z tej okazji  babcia Basia zaprosiła rodzinę na uroczysty obiad do eleganckiej restauracji.
A Ola i Janusz bezustannie przypominają dwa przyciągające się bieguny magnesu.

P.S.
Historię ich miłości każde z nich opowiedziało mi oddzielnie. Janusza znam od kilku
dziesiątków lat, Olę poznałam gdy Janusz umierał z miłości do niej.
I, co ciekawe, choć każde z nich opowiadało mi tę historię w innym czasie, nie różniły
się od siebie.
Maciek poszedł zawodowo w ślady Janusza, a jego rodzice nadal są przytuleni i zapatrzeni
w siebie.
                                                                  KONIEC


Siedlisko- XIV

Zwiedziony ciszą panującą na górze Janusz doszedł do wniosku, że Ola zapewne śpi
i zapragnął na nią popatrzeć. Na całym piętrze nie było żadnych drzwi a wchodząc
schodami miało się przegląd niemal całego piętra.
Janusz wchodził cicho, będąc przekonany, że Ola śpi i widok Oli siedzącej na łóżku,
obejmującej ciasno rękami nogi z głową opartą na kolanach, nieco go przeraził.
Siedziała bez ruchu, oczy miała zamknięte i nie widziała  Janusza. Przypadł do łóżka,
a wtedy Ola uniosła  głowę i  skinęła głową w stronę leżącego obok niej listu.
Przeczytaj, proszę.
Janusz szybko przeleciał tekst, usiadł obok Oli i przytulił do siebie. Kochanie, to nie
jest dobra wiadomość i rozumiem, że ci przykro, w końcu był twoim mężem.
Nic nie rozumiesz, ja zresztą też. Nagle zakochuję się w obcym facecie i włażę mu
po 3 dniach do łóżka, moje dziecko za nim szaleje, a w chwili gdy ja chcę składać
do sądu wniosek o odebranie byłemu praw rodzicielskich  dowiaduję się, że być może
jego już na świecie nie ma. Czy to nie  dziwne wszystko i nie  przerażające? Zwłaszcza,
że gdy ostatni raz go widziałam, to życzyłam mu, by się spełniło marzenie  jego życia,
w którym nie ma miejsca dla dziecka. Może ja po prostu przynoszę ludziom pecha,
może rzucam złe czary czy co?
Ola, Ola, oprzytomnij, proszę. To zwykły zbieg okoliczności. Zobacz na daty na kopercie.
List dotarł do Polski dwa tygodnie temu, pisany był jeszcze wcześniej. A ty go dopiero dziś
dostałaś, to pewnie wina poczty.
Ola wyjęła list z jego rąk i obejrzała. Potem obejrzała wyciąg bankowy-był prawie sprzed
miesiąca. Skrzywiła się- to nie wina poczty a raczej tego, że skrzynka pocztowa jest
w końcu holu i rzadko do niej zaglądam. No fajnie, jestem idiotką.
Przepraszam, jestem ostatnio  jakaś taka cała rozedrgana.
Pewnie z tęsknoty za mną, zauważył Janusz i porwał Olę w ramiona gasząc tę tęsknotę
pieszczotami. Gdy już wrócili na  Ziemię, Janusz zaproponował, by pojechali do jego mamy.
Bo dziś jeszcze nie będzie w domu ciotki, która pozostanie w szpitalu jeszcze kilka dni.
A on naprawdę nie trawi ględzenia szanownej ciotki. I załóż dżinsy, to nie jest wizyta
u królowej matki. Gdy już mieli wychodzić z domu wręczył jej jakiś kwit- a to schowaj
do tych papierów ze  Spółdzielni. A co to jest?- zapytała. Nic takiego, to tylko pokwitowanie
wpłaty pierwszej raty, którą dziś  dokonałaś- z uśmiechem odpowiedział Janusz.
Skarbie, przecież w tamtym domu będziemy  razem mieszkać, prawda? Następną wpłatę zrobi
się gdy sprzedaż działkę. Tylko nic nie mów, temat już zamknięty. To mój posag, powiedział
ze śmiechem. Ola z wrażenia  musiała usiąść, a jej oczy znów się zaszkliły.
Ola, chodż, mama czeka. Masz dziś oczy w bardzo wilgotnym miejscu.
Na miejsce dojechali bardzo szybko, w końcu było to zaledwie 10 km w linii prostej. Ola czuła
lekką tremę, ale Janusz mocno ją objął gdy wpierw zadzwonił do bramy, a potem ją otworzył
własnym kluczem. Gdy szli wąskim chodniczkiem do drzwi domu, w drzwiach ukazała się
starsza pani,uśmiechając się życzliwie. Była w dżinsowej sukience, siwe włosy były bardzo
krótko obcięte i chyba potraktowane lekko żelem. Chodzcie, chodzcie, bo mi komary nalecą.
Poszła przodem do saloniku i tu dopiero przywitała się z nimi. Nie da się ukryć, Janusz  był
bardzo podobny do swej mamy. Mieli taki sam uśmiech i czoło. Starsza  pani objęła Olę i
przytuliła.A Ola poczuła dziwne ciepło i spokój. Chodzcie, zaraz będzie herbatka, bo na kawę
to już chyba zbyt pózno, prawda? Tereniu, przynieś nam kochanie herbatkę i ciasteczka- rzuciła
w głąb mieszkania.
Czy mogę ci kochanie mówić po imieniu? Januszek chodzi jak zaczadziały i wcale się nie dziwię. Promieniujesz Oleńko spokojną urodą i  ciepłem. Ty naprawdę jesteś tylko pięć lat od niego
młodsza? Na tym zdjęciu w komórce wyglądasz na poniżej trzydziestki. Czy on ci opowiedział
jakie głupstwo w życiu zrobił.?- Bo jak nie, to ja ci opowiem.
Opowiedział, opowiedział, z uśmiechem odpowiedziała Ola.
Tymczasem do pokoju przyszła dość młoda kobieta z tacą, na której stały filiżanki i dzbanek
z herbatą.
Olu, kochanie,  możesz mi mówić po imieniu, a mam na imię Barbara. Może kiedyś będziesz
mi mówiła "mamo". Jak widzę przyjęłaś  oświadczyny Janusza. Mam nadzieję, że skoro oboje
jesteście po złych doświadczeniach poprzednich związków to docenicie to, co was łączy.
Pani Barbara wstała z fotela, poprosiła Janusza by przysunął bliżej fotel  jej i Oli.
Przy okazji nalała wszystkim herbaty. Potem podeszła do etażerki, coś z niej wyjęła i trzymając
w ręce łańcuszek z zawieszką podeszła do  Oli.
Witaj  dziecinko w rodzinie, niech ci ta biżuteria przyniesie szczęście, tak jak i mnie przyniosła.
Na złotym łańcuszku były na dwóch złotych cienkich gałązkach umocowane dwa srebrne listki
a pomiędzy nimi srebrna kuleczka. Każdy listek miał około 1,5 cm długości, kuleczka była
wielkości ziarna grochu.
A gdy Maciuś dorośnie i będzie miał się oświadczać, dacie mu tę biżuterię.Wierzę,  że ona
przyniesie szczęścia i wam i waszemu dziecku.
Ola znów miała oczy pełne łez, a Janusz pospieszył na ratunek z chusteczką, którą wyjął z jej
torebki, którą zostawiła na wieszaku w przedpokoju.
Mami, a co z ciocią? Jeszcze trochę poleży w szpitalu, zapewne będzie miała wszczepiony
rozrusznik.
Mój tata ma wszczepiony rozrusznik i dzięki niemu bardzo dobrze  funkcjonuje, powiedziała
Ola.  A ile ma lat? zapytała  pani Barbara. W tym roku skończy 70, a ma go już ze 3 lata.
No właśnie, już od kolejnej osoby słyszę, że to dobre rozwiązanie.
Janusz wymownie  spojrzał na zegarek- mami, my się już będziemy zbierać, bo ja jeszcze
muszę trochę popracować, a nie chciałbym zarywać kolejnej nocy.
Wpadnijcie znowu.Olu, zapraszam, możesz nawet bez niego do mnie przyjechać. Będzie mi
naprawdę bardzo miło, gdy przyjedziesz.
Mami, psujesz mi robotę- ja tu pracuję nad tym, by nigdzie beze mnie nie jezdziła bo zaraz
mnie tęsknota łapie a ty chcesz by sama przyjeżdżała.
Ola znów została przytulona i wyściskana i zapewniona, że mama Janusza jest nią zachwycona.
Gdy wracali do domu Ola zapytała się co z ojcem Janusza. Umarł 3 lata temu.Na zawał. Był
nałogowym palaczem 40 papierosów dziennie a do tego był pracoholikiem.
Całą drogę Ola nadal miała oczy w mokrym miejscu- była naprawdę wzruszona, że mama
Janusza nazwała  Maćka "ich dzieckiem."
Oluniu, jutro pojedziemy na Siedlisko. Wpierw  wstąpimy po ekipę, oni pojadą za nami. Potem
Cię zostawię z nimi, bo wiesz- "pańskie oko konia tuczy" no i może się zdarzyć, że będzie
trzeba coś z szanownym sołtysem przegadać. Ja muszę się pokazać w biurze, sprawdzę też czy
jest jakiś odzew na propozycję kupna  działki..I skontaktuję się w sprawie domku na pozostałej
części. Trzeba pamiętać byś wzięła dla siebie jakiś leżak i koc, bo przecież nie mamy klucza od
domu.
Nie doceniasz mnie- klucz od domu mam, od bramy też.  Torebki damskie, nawet te nieduże
są bardzo pojemne.
I ciężkie, jak zauważyłem szukając dla  ciebie chusteczki- roześmiał się Janusz.
Obawiam się, że to im kilka godzin jednak zajmie. Ale i tak będziemy w kontakcie cały czas.
Janusz, a ja bym chciała pojutrze wpaść do swego lekarza, muszę się rozejrzeć za czymś dla
siebie. Janusz zerknął na nią i powiedział - dobrze, ale pójdziemy tam razem. Chcę mieć
pewność, że to co ci zapisze nie będzie ci szkodziło. Mam nadzieję, że to nie lekarzyna starej
daty i mnie nie przepędzi.
Nie  nie starej daty, a do tego naprawdę zabójczo przystojny.No i można powiedzieć, że jeszcze młody. Podejrzewam, że 3/4 kobiet się w nim podkochuje.
A ty też?- dopytywał się Janusz. Ja już nie,  ale podkochiwałam się w nim, gdy byłam w liceum.
Był o rok starszy i o klasę wyżej. Gdy mnie poprosił na zabawie szkolnej do tańca to mało się
nie wywaliłam z wrażenia, niemal nogi mi się splątały. Ale mogę cię pocieszyć - beznadziejnie całował. I  wiesz,  całowanie  to nie jest coś do wyuczenia się, to coś jak talent- albo się to ma,
albo nie. Czy już ci mówiłam, że cudownie całujesz?
W domu Janusz pokazał Oli projekt, który właśnie wykonał ostatniej nocy i w ciągu dnia
wykończył. Oczywiście projekt zyskał pełną aprobatę Oli - przecież wszystko co robił Janusz
było cudowne.


niedziela, 29 stycznia 2017

Siedlisko - XIII

Ten poniedziałek w pracy był dla Oli wyjątkowo męczący. Nie dlatego, że było dużo pracy, ale
cały czas snuły się jej po głowie przeróżne myśli. Około południa poszła do szefa i powiedziała,
że jeśli on nie ma nic przeciwko temu, to ona już od dziś pójdzie na urlop.
Cała  firma w miesiące wakacyjne pracowała na mocno zwolnionych obrotach, a poza tym Ola
miała jeszcze sporo dni zaległego urlopu. Kilka dni wcześniej szef dostał listę pracowników wraz
z wykazem ile kto ma jeszcze dni urlopu z poprzedniego roku. Ola przodowała na tej liście. Nigdy
nie brała więcej niż dwa tygodnie urlopu jednorazowo i z rozliczenia wypadło, że ma 25 dni urlopu
z poprzedniego roku. Poza tym Ola  należała do tych pracownic, które prawie wcale nie brały zwolnień  z racji opieki nad chorym dzieckiem, nie margały gdy trzeba było nagle zostać dłużej,
nie unikały szkoleń  i nie da się ukryć, że była  niemal ulubienicą szefa. Szef przyjrzał się Oli
i bez problemu podpisał jej kartę urlopową, zmieniając tylko datę  na następny dzień, bo
"przecież dziś już pani podpisała listę obecności, więc proszę wpisać do  książki wyjście służbowe
i zmykać do domu. Spotkamy się w takim razie we wrześniu, niech pani dobrze wypocznie, bo we wrześniu jak zawsze będzie  urwanie  głowy".
Ola bardzo lubiła swego szefa- był kulturalnym człowiekiem,umiał właściwie wykorzystać
potencjał swych pracowników, złe humory zawsze pozostawiał za drzwiami pracy, nie przenosił swych  frustracji na pracowników, co było rzadkością.
Ola  poinformowała swą koleżankę, że od jutra już jej nie będzie w pracy, spakowała się i wyszła
z biura.
Już na ulicy zatelefonowała do Janusza, że wzięła urlop. Umówili się, że Ola zadzwoni gdy już będzie gotowa do wyjścia i Janusz po nią przyjedzie, co nie nastąpi wcześniej niż za 3 lub 4
godziny.
Jadąc do domu Ola postanowiła,że nie będzie ukrywać przed matką, gdzie spędzi najbliższy
tydzień.
Tak też zrobiła. Rozmowa była niezbyt miła, Ola przypomniała mamie, że jest już osobą dorosłą
i jeśli nawet popełnia błąd, to ma do tego prawo, to jej życie i jej błąd. Rozbroiła matkę mówiąc,
że przecież mogła skłamać, powiedzieć, że jedzie w delegację służbową a jednak powiedziała prawdę.
No a co powiesz Maćkowi?- zatroskała się  matka.
Powiem, że  biorę sobie urlop od domu i spraw domowych i że przyjadę do Juraty razem
z Januszem i razem, w trójkę  spędzimy 2 tygodnie  sierpnia.
A nim wyjadę na urlop muszę tu jeszcze nieco spraw pozałatwiać, między innymi chcę odebrać
Jackowi prawo rodzicielskie.Są podstawy, bo on nigdy dziecka nie odwiedzał, listów do niego
też nie pisał. Mam nadzieję,że w razie czego będziecie  zeznawać w sądzie na moją korzyść.
A nim zaczniesz narzekać na mnie i Janusza, przypomnij sobie, że Jacka znałam trzy lata przed ślubem i z nim współżyłam. I co? Mimo tych 3 lat nie poznałam go  i skończyło się  moje małżeństwo.Jedno ci powiem - nawet przez  minut Jacek nie dbał o mnie tak jak Janusz.
Ola spakowała swoje rzeczy w walizkę-kabinówkę, zaczekała na powrót Maćka  z wyprawy
z dziadkiem na lody, zawiadomiła Janusza, żeby po nią przyjechał.
Potem pożegnała się z Maćkiem, zapewniając go, że na pewno przyjedzie do Juraty razem
z Januszem i  wyszła z domu, mówiąc,że przecież cały czas będzie z nią kontakt telefoniczny.
Po raz pierwszy Janusz jeszcze nie czekał. Korzystając, że jego jeszcze nie ma, poszła do
skrzynki na listy, która była dość daleko od wejścia, przez co rzadko ją Ola otwierała. W ich przegródce było pełno reklam, i jakieś  listy. Ola zgarnęła całą zawartość , wpakowała do
zewnętrznej kieszeni walizki,by potem, spokojnie przejrzeć zawartość skrzynki.
Nadjechał Janusz, z uśmiechem od ucha do ucha, walizkę cisnął do bagażnika, wycałował
Olę i uwiózł swój cud znad Wisły do prezesa spółdzielni. Prezes wił się  jak piskorz, gdy Ola
zaczęła dopytywać się o prawdziwy termin oddania dalszej części osiedla , w końcu przyznał,
że owszem, jest ryzyko, że te dalsze domki mogą być gotowe nie za rok, ale dużo pózniej.
Ola z Januszem wybrali więc inną nieco lokalizację, gdzie już  kładziono fundamenty.
Ola przystąpiła do Spółdzielni, dostała informację w jakiej wysokości jest pierwsza wpłata
i do kiedy ma być uiszczona, a Janusz wręczył prezesowi zaplanowany przez siebie rozkład
pomieszczeń w domu, dodając, że będą odwiedzać budowę co tydzień i sprawdzać czy
wszystko się zgadza. I pamiętaj stary, że mam jeszcze kilka odbitek tego planu, powiedział
podając prezesowi rękę na pożegnanie.
Potem ostentacyjnie objął ramieniem Olę i poprowadził  w stronę samochodu.
Prezes popatrzył na nich stojąc na schodach i mruknął - wiedziałem, że to nie jest kuzynka!
Nikt tak czule  kuzynki nie obejmuje, bo po co?
Godzina zrobiła się tymczasem obiadowa, więc pojechali "coś zjeść". Tym razem postanowili
pojechać do nowo otwartej naleśnikarni, zwłaszcza, że można było tam kupić również naleśniki
na wynos. Potem Ola namówiła Janusza by wpadli na chwilę do jakiegoś  "spożywczaka" bo
z pewnością trzeba zrobić  zakupy. Nie będą przecież "wyskakiwali" gdzieś na kolację  czy śniadanie,  poza tym to nawet obiad mogą zjeść w domu. Obiad w domu? nie chcę byś stała
przy garnkach. Zresztą  mam tylko patelnię i mały  garnek.
Gdy już  zamknęły się za nimi drzwi domu, Janusz wreszcie mógł się "porządnie przywitać ze
swym skarbem". A "skarb" wyzwoliwszy się z objęć przypomniał Januszowi, że projekt jeszcze
nie jest całkiem skończony, że teraz ona zrobi kawę techniką swej mamy, a potem Janusz ma
dalej  bawić się z projektem.
A co ty będziesz  wtedy robić? dopytywał się  Janusz. Ola zaśmiała się-  przede wszystkim
będę patrzeć na ciebie, co jakiś czas cię pocałuję w kark, pomasuję ramiona, a w przerwie
pomiędzy tymi czynnościami coś sobie poczytam. Może być?
Gdy pili kawę Janusz  zniknął na kilka minut i wrócił z Oli walizką i swoją aktówką.
Walizkę wyniósł od razu do sypialni, a potem coś wygrzebywał ze swej aktówki, wreszcie
przykucnął obok  Oli , prosząc by koniecznie zamknęła oczy.Potem delikatnie ujął jej lewą
rękę, i na serdeczny palec mozolnie nasunął pierścionek, jednocześnie oddychając z ulgą.
Nie czekając na pozwolenie Ola otworzyła oczy, które nie wiadomo dlaczego jakoś  się jej
zaszkliły.A Janusz powtarzał jak automat- bo cię kocham, kocham, kocham .
Pierścionek był zupełnie nie współczesny- obrączka była złota, nie miał oczka z jakiegoś
kamienia tylko dwa małe srebrne listki z jedną, srebrną kuleczką.
Och, on jest piękny i w moim rozmiarze.Chciała coś jeszcze powiedzieć, ale trudno mówić
gdy ktoś nas całuje w usta. Ola, zostań moją żoną, proszę. Będę dbał o Ciebie i Maćka
z całych swoich sił. No proszę, bardzo Cię proszę.
Ola, bardzo zaskoczona i wzruszona wydukała wreszcie, że dobrze, że będzie jego żoną, ale
on przecież wie, że ona nie będzie mogła dać mu dziecka. I znów Janusz tłumaczył łagodnie,
ale stanowczo, że ważna jest dla niego jej osoba, a nie przekazanie genów, że zostanie ojcem
Maćka i ominie go zmienianie pieluch i czekanie aż dziecko będzie bardziej komunikatywne.
Poza tym na ojca jakiegoś niemowlaka to on już jest za stary.
A ten pierścionek to jest z XIX wieku i był zaręczynowym pierścionkiem jego mamy, jest
jeszcze do niego zawieszka, ale zawieszkę to mama chce dać Oli sama, na powitanie.
No i on chciał się poradzić tylko mamy jaki pierścionek kupić a mama się uparła, że takiej
pięknej dziewczynie to trzeba dać coś nietypowego a nie biżuterię sztampową.
Czekaj, czekaj, a skąd mama wie jak ja wyglądam- chyba nie pokazałeś  tego rysunku????
Nie, mam twoje i Maćka zdjęcie w aparcie komórki.Sięgnął po komórkę i pokazał Oli.
Obydwa zrobione były w ZOO.
A te dwa  srebrne listeczki symbolizują małżonków, kuleczka to nasz Maciek.
A teraz to ja już siadam do pracy.
Książki to masz na górze, może coś dla siebie wybierzesz. A może lepiej połóż się trochę
i odpocznij. Jak widzisz telewizora w tym domu brak.
Ola poszła do sypialni, gdzie natknęła się na swoją walizkę. Wypakowała z niej swoje rzeczy,
które umieściła w szafie, potem przypomniała sobie, że ma przejrzeć to, co znalazła
w skrzynce na listy. Po kolei odkładała na bok różne świstki reklamowe, potem znalazła
wyciąg z konta bankowego , zawiadomienie z ADM, że będą jakieś zmiany w opłatach za
mieszkanie rodziców i całkiem sporą kopertę adresowaną do niej. Nie było nadawcy a ze
znaczka wynikało, że to list z RPA.
Siedziała z listem w ręce i ociągała się z jego otwarciem. W końcu wyciągnęła z torebki
pilnik do paznokci i przy jego pomocy otworzyła kopertę.
List był od jej teścia. Informował ją, że teraz oni przejmują obowiązek alimentacyjny Jacka,
bo Jacek gdzieś przepadł i teraz trwają poszukiwania. Wyjechał do Australii na poszukiwanie
opali, bo to było marzenie jego życia. Kolega, z którym na tę wyprawę wyjechał zgłosił
sprawę na policji gdy Jacek przez tydzień nie wrócił do obozowiska, gdzie zostały wszystkie
 jego rzeczy. Ponieważ poszukiwania trwają już 3 miesiące, są bardzo złej myśli.
Jeśli okaże się, że Jacek nie żyje, oni nadal będą płacić należne alimenty, bo jak Ola wie, mają
na ten cel przeznaczony fundusz a Maciek był i jest ich wnukiem. Poszukiwania będą
jeszcze prowadzone do końca września i wtedy  oni poinformują  o ich wyniku Olę.
A w pazdzierniku do Polski przyjedzie z pewnością teść i będzie chciał się z Olą zobaczyć.
I jeśli do tego czasu Jacek się nie odnajdzie, to władze wystawią odpowiedni dokument, który
prawnie ureguluje sytuację rodzinną dziecka. Dalej była prośba o zdjęcie Oli i  dziecka.
Ola czytała ten list już dwa razy i czuła jak drętwieje z przerażenia. Gdy ostatni raz widziała
Jacka , co było niemal 6 lat temu, powiedziała: "życzę by ci się spełniły twe życiowe marzenia,
w których nie było i nie ma miejsca dla dziecka". A Jacek obrócił się na pięcie i wyszedł.
No ale mu nie życzyłam czegoś złego przecież, pomyślała.
Ostatnio dzieją się wokoło mnie jakieś same dziwne rzeczy-nagle obdarzyłam miłością prawie obcego człowieka, Maciek za nim szleje a gdy ja chcę odebrać Jackowi prawa rodzicielskie
przychodzi list od  teścia. Kurczę, niedługo w duchy i zaświaty uwierzę.

sobota, 28 stycznia 2017

Siedlisko- XII

Wizyta w domu Oli przebiegła w stylu wizyt dyplomatycznych, czyli w przyjaznej i pełnej zrozumienia atmosferze.
Janusz uprosił mamę  Oli o przepis na tę super kawę, chwalił jej wypieki, ale na szczęście o
przepis nie poprosił.
Małe trzęsienie  ziemi wywołał Maciek i to aż dwa razy. Pierwszy raz, gdy powiedział do
Janusza po imieniu i Janusz wyjaśnił swej ewentualnej teściowej, że nie widzi powodu, dla
którego Maciek miałby dodawać słowo "pan" i że to wcale nie jest brak szacunku.
Drugi raz, gdy na pytanie Maćka "mama, a gdzie ty byłaś w nocy", Ola odpowiedziała, że
nocowała u Janusza, bo było już bardzo, bardzo pózno.
W trakcie wizyty Janusz musiał koniecznie obejrzeć samochody  Maćka, a było ich sporo.
Oczywiście  Janusz o każdym modelu nieco z małym podyskutował. W pewnej chwili
w matce Oli obudziła się jakaś zastarzała żyłka pedagogiczna, bo stwierdziła, że Maciek
nie powinien przeszkadzać w rozmowie dorosłych, ale tym razem Ola stwierdziła, że mały
wcale nie przeszkadza a Janusz przyszedł przecież do nich wszystkich. Na szczęście Janusz
tego nie słyszał, bo był z Maćkiem w innym pokoju.
Potem rozmowa  zeszła na temat Siedliska i ewentualnych rozwiązań tego problemu.
Fakt, że prawnym właścicielem była Ola, tak jakby nie całkiem docierał do świadomości
jej rodziców. Teoretycznie zgadzali się z tym, że ładowanie pieniędzy w ruinę zwaną
Siedliskiem jest niezbyt fortunnym pomysłem, a z drugiej strony marzyło im się, że będzie
z tego letnisko, z którego, po remoncie będą mogli korzystać. No ale gdyby im na tym
letnisku zależało, to mogli wcześniej się  nim zainteresować i nie dopuścić by dom tak bardzo
popadł w ruinę.
Na temat Siedliska Janusz  przezornie nie  zabierał głosu. Gdy wymienił sumę, którą trzeba by wyłożyć na remont, to miny starszych państwa bardzo  się wydłużyły.
Dalej dyskusję poprowadziła Ola, mówiąc, że nie ma o czym rozprawiać, bo ona sprzeda tę
ziemię  i to najprawdopodobniej w dwóch etapach. Bo to są dwie działki razem grodzone a  na
każdej z nich można swobodnie postawić dom. I szybciej znajdzie się dwóch nabywców niż
bardzo bogatego, jednego nabywcę. A ona już zdecydowała się na zakupienie domu na
działce w granicach miasta. A dom będzie na tyle duży, że są w nim pokoje gościnne i w lecie
rodzice będą mogli tam mieszkać i korzystać z uroków mieszkania blisko lasu.
Maciek, teoretycznie bardzo zajęty swoimi samochodami pilnie przysłuchiwał się rozmowie.
W końcu nie wytrzymał i zapytał:  a czy ja będę miał wtedy swój własny pokój?
Ola z Januszem niemal chórem odpowiedzieli, że oczywiście i to całkiem duży pokój. A ogród
będzie? No jasne, wszystkie domy, które tam będą mają ogrody.I wiesz,tam będzie  z pewnością
mieszkało dużo osób z dziećmi, więc będziesz miał kolegów.
Maciek zamyślił się. Za chwilę podszedł do Janusza- a wiesz,? ja widziałem taki program i tam
 ludzie budowali domki na drzewach.Podoba mi się taki domek.
Janusz uśmiechnął się- żeby zbudować dom na drzewie to musi być do tego odpowiednie drzewo,
a w tych ogródkach takich drzew nie ma i nie będzie.To muszą być duże, mocne drzewa. Ale jeżeli będziesz chciał wybuduję dla ciebie mały domek w ogrodzie. A kiedy będzie ten nowy dom? Prawdopodobnie już za rok, odpowiedział Janusz.
Ojej, to jeszcze strasznie  długo, smutnym głosem zauważył Maciuś. No długo, przytaknął mu
Janusz, który  najchętniej zamieszkałby natychmiast z Olą i Maćkiem, nawet na drzewie.
Janusz zaczął się żegnać  a Ola przypomniała sobie, że przecież  zostawiła w samochodzie  Janusza podkładkę samochodową Maćka , więc wyszła razem z nim.
Pół godziny przesiedzieli w samochodzie, dopinając plan działania na najbliższe dni. Janusz obiecał, że najdalej  pojutrze zawiezie pracowników na  Siedlisko, żeby podciągnęli wodę na  część z sadem i koniecznie przegrodzili działkę na dwie równe części i zrobili osobny wjazd do sadu.
Poza tym ogłosi kolegom i znajomym, że jest działka do kupienia i na pewno ktoś chętny się znajdzie. Skontaktuje się z prawnikiem i uczuli go, że pośpiech jest mile  widziany w tej sprawie.
I ma propozycję, żeby przygotować część działki z sadem na ten kanadyjski domek . Przez rok będzie to domek do demonstrowania publice w weekendy a potem się go od firmy odkupi za małe
pieniądze i będzie można mieć tam letni domek i niech tam sobie dziadkowie mieszkają od wiosny
do zimy. No i w tym tygodniu trzeba  podpisać umowę na  budowę tego nowego domu i może nie
byłoby głupie wybrać nieco bliższą lokalizację na osiedlu, bo może to i miło pod lasem, ale tamte domki mogą wylecieć z planu i będą wybudowane ze sporym poślizgiem, to raz, a dwa, że do
ewentualnych udogodnień jak autobus , sklep itp. z innego miejsca niż pod lasem,będzie bliżej.
Potem to już tylko były "jęki i  płacze", że muszą jeszcze na razie być osobno. Ola pocieszyła Janusza, że przecież niedługo  będzie sierpień.
Ola, błagam  cię, pomieszkaj ze mną  u mnie do sierpnia. Nie będę  cię zamęczał, chcę tylko być
blisko ciebie. Będę cię odwoził do pracy i przyjeżdżał po ciebie. Mam kilka pilnych projektów,
a zdychając z tęsknoty za tobą zawalę terminy. Muszę je zrobić, inaczej nici z  urlopu. Ola
obiecała, że pomyśli o tym i wielce  smutni rozstali się.
Ola  stojąc przed lustrem w łazience zastanawiała się czy  ma po kolei w głowie.
Trzy dni  znajomości i ląduje w łóżka  faceta, którego ledwie zna. Mało tego, już samo
wspomnienie  jego dotyku, pocałunków i pieszczot przyprawia ją o zawrót głowy i motyle w brzuchu. Jednocześnie czuje do niego niebywałe zaufanie i wszystko staje się niemal dziecinnie proste.
A do tego Maciek- Maciek, który wprawdzie był rezolutnym dzieckiem, ale nigdy nie darzył
obcych ufnością, lepi się do Janusza . A Janusz w ciągu minuty znalazł z nim wspólny język.
Dziwne to wszystko. Równie dziwne jak to, że Janusz doskonale ją wyczuwał, co najczęściej przychodzi po jakimś czasie bycia razem. Po raz pierwszy w życiu czuła takie pełne zespolenie, jakby tworzyli jeden organizm. Jak on to powiedział? że czuje mnie każdym milimetrem swego ciała.I tak chyba jest.
Mogę chyba  wyciec z domu na 4 dni. Jutro nałgam, że jadę na 4 dni w delegację służbową.
A potem to oni wyjeżdżają, więc pomieszkam u Janusza. Muszę złożyć  wniosek w sądzie o
pozbawienie Jacka praw ojcowskich, nawet jeśli miałabym nie dostawać alimentów. Przecież
ktoś, kto tylko płaci alimenty i nigdy dziecka nie odwiedza, nie utrzymuje żadnego, nawet
listowego kontaktu chyba nie powinien mieć praw ojcowskich. Świadków mam, bo od początku mieszkam u swoich rodziców.
Z kłębiącymi się myślami ułożyła się w łóżku. Ale sen nie nadchodził.Napisała sms do Janusza,
że wykombinuje coś od wtorku i że brak jej jego obecności.Odzew był natychmiastowy-kocham 
cię, tęsknię. Biorę się za projekt, bo nie mogę spać.
Rano gdy wyszła z bramy budynku stanęła jak wryta- czekał na nią w samochodzie Janusz.
Wyglądał dość marnie, bo wcale nie spał tej nocy. Musiał skończyć projekt. Ola natychmiast
podjęła decyzję, że w tę "delegację" wyjedzie jeszcze dziś, wieczorem.


Siedlisko -XI

Noc upłynęła na rozmowach, delikatnych pieszczotach, snuciu wspólnych planów.Ola
zasypiała i budziła się  opleciona ramionami Janusza.Byli sobą zachwyceni i ciągle
zadziwieni, że mają tyle wspólnych upodobań.
Ciemność pokoju rozświetlało delikatne, seledynowe światło małej,nocnej lampki
w kształcie muszli ślimaka. Bardzo się Oli podobała.
Och, zapłaciłem za nią majątek, to Tiffanny.  Ogromnie mi się podobała, kupiłem ją
z myślą  o prezencie dla mamy, ale tak mi się spodobała, że zostawiłem sobie. Mamie
kupiłem perfumy i też była zadowolona. Wiesz kochanie, nigdy nie  używam tej lampki
i teraz jest właściwie jej premiera .Na premierę u mnie czekała wiele lat. A ty jesteś
pierwszą  kobietą, która jest w moim domu, w mojej sypialni i pierwszą, którą oświetla
ta lampka.
A twoja była? - cichutko zapytała Ola.
Nawet nie widziała tego domu, rozszedłem się nim tu zamieszkałem.
Potem długo dochodziłem do siebie a potem to jakoś nie miałem czasu ani ochoty na
nowy związek. Nie będę kłamał, bywały jakieś "przelotne panie", ale nigdy tutaj.
I było to już tak dawno, że dziś rano, jadąc do  ciebie, musiałem wstąpić do apteki by
cię nie skrzywdzić.
No ładnie, byłeś pewny, że tu wyląduję?. Nie nie byłem, ale miałem taką cichutką,
malutką nadzieję. Bo my jesteśmy dla siebie stworzeni, wiesz?
Czuję cię każdym milimetrem mego ciała. No nie mam pojęcia jak ja w poniedziałek
będę pracował! Zejdę z tęsknoty za tobą.
No to pomyśl sobie, że w drugiej połowie  sierpnia będę z Maćkiem nad morzem.
Od  pierwszego do piętnastego będzie z dziadkami, a potem ja przyjadę a oni wrócą.
Od dwóch lat wynajmujemy  tam mały domek, czyli dwa pokoje z kuchnią i węzłem
sanitarnym mówiąc językiem budowlańców.Gdy Maciek jest z dziadkami to mama
tam  gotuje obiady, bo smarkul  jest grymaśny, ale gdy ja jestem to obiady jemy
"gdzie popadnie" i też jest dobrze.
O, moja kochana, to jadę z tobą, dobrze? Wyobrażam sobie miny kumpli.Urlopu mam
niemal więcej niż włosów na głowie!
A nie interesuje cię gdzie to jest? Wybrzeże mamy długie, wiesz?
Obojętne, najważniejsze, że będziesz ty. No dobrze, to gdzie będziemy nad tym
Bałtykiem?  W Juracie. Tam przynajmniej jest gdzie pospacerować.
Janusz, a jutro, a właściwie dziś, biorąc pod uwagę godzinę, to wpadniemy do
moich rodziców po południu, na kawę, dobrze?
Co tylko zechcesz  Olusiu. Czy mam ich poprosić o twoją rękę?
Janusz, bądż poważny.Chyba jak na razie nie jest nam ślub potrzebny. Jest jeszcze
jedna sprawa, którą muszę rozwiązać przedtem. Ale o tym pomówimy innym
razem. Lepiej mnie pocałuj i może trochę pośpimy? Ale  całowanie działało zbyt
ożywczo i zasnęli dopiero nad ranem.
Olę obudziły pocałunki i cichy głos Janusza- kąpiel gotowa, kawa czeka, i zrobię
na śniadanie co zechcesz.
Hydromasaż po niemal nieprzespanej nocy był genialnym rozwiązaniem. Janusz
zrobił na śniadanie omlet , pomógł  Oli wysuszyć włosy i je rozczesać, sam
pościelił łózko i pomył naczynia po śniadaniu.
A potem poprosił, by poszła do salonu ( nazwa  living room nie przechodziła mu
jakoś przez gardło), bo coś na nią czeka na  biurku.
Na samym wierzchu leżała kartka z bloku kreślarskiego a na niej była sportretowana
Ola.
Ola leżąca  na boku, z lekko odkrytą jedną piersią, włosami częściowo zakrywającymi
twarz, jedną ręką schowaną pod kocykiem i drugą lekko zaciśniętą w pięść.
Ojej, ależ jestem tu rozczochrana! Janusz, jesteś niemożliwie zdolnym człowiekiem.
To niemal fotografia! Jesteś niesamowity- wstałeś wcześniej i zamiast mnie obudzić
to mnie rysowałeś!
Janusz uśmiechnął się- nie miałem serca  cię budzić, choć nie ukrywam, miałem
ochotę na małe pieszczoty. A teraz nie masz?- spytała.  Miał nadal.
Po tak póznym śniadaniu nie mieli ochoty na obiad, wiec zostali w domu aż do
chwili gdy już musieli pojechać do domu Oli, bo  dochodziła  godz. 17,00.
W drodze Janusz żartował, że już dziś  zapyta się  Maćka, czy może się ożenić
z jego mamą. Ale on naprawdę był zdania, że gdy zdecydują się na wspólne życie
to  właśnie on o tym porozmawia z Maćkiem bo na pewno dla dziecka małżeństwo
jego matki może być przeżyciem traumatycznym.


Siedlisko- X

Gdy Ola wróciła do domu, Maciek już dawno spał. Dochodziła już północ ojciec
pochrapywał przy włączonym  telewizorze a matka czekała na Olę, udając, że wcale
na nią nie czeka.
Mamuś, przecież mówiłam, że wrócę bardzo pózno, czemu się nie położyłaś?
Mama wzruszyła ramionami - i tak bym przecież nie zasnęła, bo się denerwuję gdy
kogoś z rodziny w domu nie ma do północy.
Ola uśmiechnęła się- ale ja już jestem bardzo duża dziewczynka, pełnoletnia i nieraz
mi się będzie zdarzać, że będę wracać b.pózno, a może  wcale nie wrócę na noc, ale
zawsze Cię o tym na czas powiadomię.
A jutro jestem umówiona na wyprawę do ZOO i oczywiście biorę Maćka. Na twarzy
matki malowało się zdumienie. Naprawdę, a on co, też ma dziecko?
Nie mamuś, nie ma, ma mnie i Maćka. Przy okazji ci to wszystko opowiem, teraz muszę
się jednak położyć, bo to ZOO jednak spore jest i czeka mnie  dużo chodzenia.
Wychodzimy z domu o 10,00, ale  nie wiem kiedy wrócimy. Obiad zjemy na mieście.
Cmoknęła mamę w policzek i poszła do łazienki, zostawiając matkę w stanie wielkiego
zdumienia.
W łazience ścignął ją sms od Janusza-"tęsknię,całuję, śpij dobrze". Ola zamiast pisać
zadzwoniła.Wymienili stopnie swej tęsknoty, pocmokali powietrze i się rozłączyli.
Ola  zasypiając rozmyślała z czułością o Januszu ,a Janusz marzył o tym, by móc ją tulić.

Rano Maciek na wiadomość o tym, że pojedzie z mamą do ZOO wykonał dziki taniec,
coś pomiędzy tańcem św. Wita a boogi woogi. Ola powiedziała mu, że do ZOO zaprosił
ich jej znajomy, pan Janusz, więc niech się  Maciek postara być grzeczny i nie marudzić.
I ma chodzić po słońcu w czapeczce. I nie dłubać przypadkiem w nosie ani nie sprawdzać
czy  mu nie rośnie jaki nowy ząb w dziobie.
Mama, a  będę mógł pojechać na kucyku? Jasne, o ile nie będzie zbyt dużej kolejki do
przejażdżki. I pamiętaj- nie wolno się ode mnie oddalać, nie będę cię potem szukać sama,
tyko zawiadomię policję, żeby cię szukała- Ola wytoczyła broń dalekiego zasięgu.
Za 5 dziesiąta Ola wraz z synkiem  i podkładką samochodową zjechała na dół. Maciek
 był nieco niepewny, bo przecież żadnego pana Janusza  nie znał.
A Janusz już czekał na nich. Odetchnął, gdy zobaczył, że Ola ma podkładkę  na siedzenie
samochodowe dla Maćka, wysiadł z samochodu, wpierw się przywitał czule z Olą, potem
Ola przedstawiła mu Maćka, a Janusz wymienił z małym niemal męski uścisk ręki,
zamocował podkładkę, usadowił  na niej Maćka i przypiął pasem.
Gdy ruszyli i ujechali nieduży kawałek, Janusz  zapytał się  Maćka czy mu wygodnie, bo
jeśli nie, to może coś się da poprawić. Ale Maćkowi było wygodnie a poza tym był bardzo
zajęty oglądaniem samochodu.
Jeszcze nigdy nie jechałem taki samochodem- oświadczył. A podoba ci się? -zapytał Janusz.
Tak, bardzo fajny. Po chwili padło następne pytanie- a jak ja mam do pana mówić??
Nim Ola zdążyła odpowiedzieć odezwał się Janusz- przecież mam na imię Janusz, będziemy
 mówić sobie po imieniu. Ty jesteś Maciek a ja Janusz.  Maciusia wyraznie zatkało i długo
się nie odzywał. Jak dotąd nikt z dorosłych nie pozwolił mu mówić do siebie po imieniu.
Na parkingu koło ZOO z trudem znalezli miejsce. Maciek oglądał uważnie samochód, potem
powiadomił Olę, że : "wiesz mamusiu, to jest terenówka, taka z napędem na  cztery koła".
Janusz uśmiechnął się szeroko- no proszę, to ty się Maćku znasz na samochodach! Masz rację,
to jest terenówka. A Ola pomyślała- oooo, uwodzą się  chłopaki  wzajemnie.
Maciek bez problemu dał się wziąć za rękę przy przechodzeniu z parkingu do kas i potem do
wejścia. Postanowili, że wpierw obejrzą to wszystko co jest na prawo od głównego deptaka a
wracając obejrzą to co jest po przeciwnej stronie.
To śmieszne- powiedział nagle  Maciek- teraz idziemy i będziemy oglądać wszystko to co
jest po prawej stronie a wracając też  będziemy oglądać to co jest po prawej stronie.  To tak
jakby lewej strony nie było- Maciek nadal wałkował temat.
W międzyczasie dotarli do  klatek i wybiegu  małp. Tu jak zawsze był tłum ludzi i  Janusz wziął
Maćka za rękę i delikatnie przepchnął się z nim do przodu. Objaśniał małemu jak która małpa
się nazywa ukradkiem czerpiąc wiedzę z tabliczek.
Wiesz Janusz, ja to bym bardzo chciał mieć małpkę w domu. A ty?  Ja nie- Janusz pokręcił
przecząco głową. Bo takiej jednej małpce byłoby w domu bardzo smutno. Popatrz ile tu małpek
jest w jednej klatce i na wybiegu.
Małpki muszą mieć dużo miejsca do biegania i wspinania się, poza tym to żeby się dobrze
czuły to muszą żyć w stadzie.Stado to ich rodzina, cała masa sióstr i braci, kuzynów , ciotek,
wujków.Młode uczą się wszystkiego od starszych małpek. Taka samotna małpka zachorowałaby
z tęsknoty za stadem. Po półgodzinnej kontemplacji małpich figli poszli dalej.
W drodze do następnego wybiegu Maciek szedł pomiędzy Olą i Januszem, trzymając Janusza za
rękę.
Teraz wałkował temat psa w domu. Janusz, a psa chciałbyś mieć?
Chciałbym, ale psa będę mieć dopiero na emeryturze. Pies nie może siedzieć sam w domu cały dzień.  Psa trzeba kilka razy dziennie wyprowadzać na spacer. Pomyśl Maciek- byłoby ci dobrze gdyby ktoś cię zostawił  na  calutki dzień samego w domu?
A dziadek jest  na emeryturze a nie  ma psa. Dlaczego mamo?
Bo dziadek mieszka w  bloku, na wysokim piętrze a  mieszkanie duże nie jest. I bez psa nie ma za dużo w nim miejsca.
Mamo, mamo, zobacz, słoń dmucha piaskiem i wszyscy się odsuwają. Nie podchodzmy tam, to
może być niebezpieczne- Maciek stanął w miejscu , rozłożył ręce zastawiając drogę Januszowi i matce.
Masz rację Maćku, nie będziemy tam podchodzić. Janusz wziął chłopca za rękę . Pójdziemy do tygrysów, dobrze?
Tygrysy byczyły  się w krzakach i nie bardzo chciały się zaprezentować .
Maciek, a pić to ci się przypadkiem nie chce? - zapytał Janusz. Bo popatrz, tam jest taka letnia kawiarenka, możemy tam podejść i zobaczymy co tam jest do picia. Oleńko, zajmij stolik, a my
z Maćkiem zobaczymy co tam jest do picia.
Maciek odwrócił się do matki - nie wezmę coli mamo, ale sok niegazowany.
Po kwadransie Janusz postawił na stoliku dwie kawy  a Maciek butelkę soku pomarańczowego
i plastikową szklankę.  Wzmocniwszy się kawą Ola zaproponowała, by teraz pójść do wielbłądów, czyli już zawrócić. Było gorąco i większość zwierząt na swych wybiegach chowała się pod
drzewami.
Maciek niemal cały czas szedł z Januszem trzymając go za rękę  a za nimi, przyglądając się im ze wzruszeniem szła Ola. Co jakiś czas wszyscy przystawali przy kolejnych wybiegach, a Janusz zawsze coś Maćkowi wyjaśniał. Przy fokach Maciek zatkał nos- oj, jak one paskudnie
śmierdzą! Jakoś tak jak w sklepie rybnym gdy babcia śledzie kupuje.
Na koniec zajrzeli jeszcze  do budynku akwarium i Janusz orzekł, że trzeba będzie kiedyś
pojechać z Maćkiem do Gdyni by zobaczył tamto oceanarium i koniecznie  fokarium na Helu.
A to ty miewasz czasem urlop?- zdziwiła się Ola.
Od tego  lata  będę miał, roześmiał się Janusz.
Na obiad pojechali do podmiejskiego pensjonatu, a Maciek zapomniał zupełnie, że przecież
nie lubi marchewki i wszystko grzecznie zmiótł z talerza.
Potem  odwiezli Maćka do domu. Ola zaprowadziła małego do domu. Mamie szepnęła na ucho,
że jeśli dziś wróci to bardzo pózno, albo dopiero w niedzielę po południu  i wtedy przyjdzie z  Januszem.
W pół godziny pózniej Ola  wraz z Januszem siedziała w wannie z  hydromasażem a Janusz
na zmianę zachwycał się  nią i...Maćkiem.