Część moich miłych gości wie, że wychowała mnie Babcia, mama mego ojca.
Nim trafiłam do Babci na stałe, byłam żywym pakunkiem, przerzucanym raz po raz
pomiędzy moją matką a matką mego ojca.
I wreszcie, gdy już byłam w słusznym wieku czterech lat, zamieszkałam u Babci na
stałe.
Do dziś pamiętam ten dzień gdy sama pakowałam swoje rzeczy i gdy przez Wisłę
jechałam z dziadkiem na Mokotów- moją Wyspę Szczęścia.
Babcia nie należała do tych babć, która rozpieszczały dzieci. W domu obowiązywały
pewne żelazne zasady i hodowana byłam tak samo jak mój ojciec i jego siostra.
Jedną z zasad było między innymi i to, że ani babcia ani dziadek nie opowiadali mi
bajek- zapewne wychodzili z założenia, że skoro ktoś włożył wysiłek w wymyślenie
bajek i to zostało wydrukowane, to trzeba z tego korzystać i dziecku książki
czytać.
Cały problem polegał głównie na tym, że czasy były tuż po wojnie, piękne
mieszkanie dziadków , które ocalało, było dokumentnie okradzione, pozostało tylko
niewiele książek w piwnicy. A wśród nich Mity Greckie i one były bajkami mojego
dzieciństwa.
Kolejnymi "bajkami" były libretta oper i operetek, zawierające także teksty arii.
Przy okazji poznawałam muzykę, bo Babcia, której dziecięcym niespełnionym
marzeniem było zostanie śpiewaczką, uczyła mnie śpiewania operetkowych arii.
A opowieści mojej Babci dotyczyły głównie Jej dzieciństwa i dość wczesnej młodości
i bardzo, bardzo lubiłam słuchać tych opowieści.
To był zupełnie inny świat.
Moja Babcia urodziła się w 1894 roku we Lwowie, jako piąte z kolei dziecko.
Pomiędzy nią a najstarszym z rodzeństwa bratem było 16 lat różnicy, a pomiędzy Nią a
najmłodszym dzieckiem Pradziadków było 13 lat różnicy. Jak łatwo policzyć, pomiędzy
najstarszym z dzieci a najmłodszym różnica wynosiła 29 lat. Całe pokolenie!
Ogólnie rzecz biorąc rodzice Babci spłodzili jedenaścioro dzieci. Zawsze wydawało mi
się to dziwne, nawet gdy okazało się, że do wieku dorosłego wyżyło ich tylko sześcioro-
dla mnie to i tak była jakaś niewyobrażalna wprost ilość dzieci.
Pamiętam jak Babcia wymieniała po kolei ich imiona,jednocześnie pokazując mi na
palcach ilość i jak pociągnęła mnie za jeden palec, bo już Jej własnych nie starczyło.
I wtedy dowiedziałam się, że dzieci umierają - czasem zaraz po urodzeniu, czasem nieco
pózniej, tak jak Stefa, która umarła mając 14 lat.
Umarła po prostu na gruzlicę. Proste, bo wtedy wiele dzieci na nią chorowało.
Ilekroć moja Prababcia Julia rodziła kolejne dziecko , wszystkie dzieciaki biegły do
kościoła modlić się o to, by ich mama nie zmarła przy porodzie i by dziecko żyło.
Niestety te dziecięce modlitwy nie zawsze skutkowały.
O tym wszystkim Babcia opowiadała bez emocji co sprawiło, że dla mnie, kilkulatki,
wszystko to było takie naturalne- dziecko się rodzi (nie przynosi go bocian), może
żyć, a może również zaraz umrzeć, albo za jakiś czas, bo choruje.
"Bo tak wygląda ludzkie życie- rodzimy się, jakiś czas żyjemy i potem umieramy, to
jest naprawdę normalne" - zapewniała mnie Babcia.
W miarę jak rosłam i coraz więcej spraw rozumiałam, uważałam swoją Prababcię
Julię za bohaterkę.
Pomyślcie- urodziła jedenaścioro dzieci, część rok po roku, do tego wychowywała
dziecko swego męża , który był wdowcem.
Przeżyła szóstka dzieci, trzech synów, trzy córki. Synowie otrzymali wyższe
wykształcenie, córki wykształcenie średnie. Jedna z nich, moja ukochana ciocia,
ukończyła Seminarium Nauczycielskie, dwie- szkołę ekonomiczną- odpowiednik
współczesnego liceum ekonomicznego.
ciąg dalszy nastąpi
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
środa, 2 maja 2018
czwartek, 1 marca 2018
Synuś
Pewnego jeszcze zimowego dnia urodził się Synuś. Miał czarną, dość gęstą
jak na noworodka czuprynkę i ciemne oczka.
Rodzice Synusia byli zachwyceni, z tym, że mamę najbardziej zachwycał fakt,
że wreszcie będzie mogła pozbyć się ciążowej garderoby.
Była zdecydowana - jedno dziecko, dla przyzwoitości i zatkania rodzinie ust,
z których przez kilka pierwszych lat po ślubie wciąż padało pytanie:
"no a kiedy będzie dzidziuś?".
Mama Synusia była zdecydowana - ani pół dziecka więcej!!!
Synuś już od chwili powrotu ze szpitala położniczego z całych sił, na swój
własny sposób dbał o to, aby przypadkiem nie pojawił się w rodzinie jakiś
konkurent do serc mamy i taty.
Synusiowi wyraznie pomyliły się pory doby - niczym suseł przesypiał
cały dzień, a wieczór i noc uznał za porę czuwania.
Poza tym za nic w świecie nie chciał ssać- ani z piersi ani przez smoczek
z butelki.
Był chyba jednym z nielicznych noworodków które były karmione łyżeczką
od pierwszych dni życia.
Zamiana pór snu i czuwania i ciągłe pojenie Synusia łyżeczką sprawiły, że
jego mama zaraz po ustawowym urlopie macierzyńskim z ulgą wróciła do
pracy, a dziecko udało się jej umieścić w żłobku.
Nic to, że szefowa była nieco wredna, nic to, że pracy było sporo a pensja
nie oszałamiała swą wysokością - osiem godzin w pracy plus dwie godziny
na dojazd i powrót dawały dziesięć godzin dziennie bez słuchania płaczu
Synusia. Bo Synuś darł się z wielu powodów - uzasadnionych jak mokra
pielucha lub głód, z nudów, z tego, że w dzień go co chwilę budzono
w złudnej nadziei, że uda się wreszcie go przestawić na inne godziny snu
oraz wieczorem gdy go zostawiano samego w niemal ciemnym pokoju.
W żłobku Synuś był nawet lubianym dzieckiem, bo dużo spał a patent
z zastosowaniem smoczka o bardzo dużym otworze zastąpił pojenie go
łyżeczką.
Po zaliczeniu żłobka przyszła kolej na przedszkole. Zarzucano Synusiowi,
że najchętniej bawi się sam, nie chce brać udziału w ogólnej zabawie,
ale tak ogólnie był dość grzecznym dzieckiem.
Miał dziwną pasję zbierania z ulicy wszystkiego co go zaciekawiło i
chowania tego do kieszeni.Tłumaczył wszystkim,że były to skarby a wśród
nich zdarzały się również zgubione przez innych monety, guziki, czasem
jakieś małe pudełka. Asortyment znalezisk rozszerzył się bardzo, gdy
Synuś zaczął przeszukiwać również osiedlowe trawniki i okolice sklepów.
Matka i ojciec dzień w dzień rewidowali kieszenie Synusia, za każdym
razem z wielką cierpliwością tłumacząc Synusiowi, że nie powinien
niczego zbierać z chodnika.
Synuś, z racji zawodu swego ojca, dość wcześnie zetknął się z informatyką.
Jeszcze w podstawówce umiał ułożyć jakiś prosty program komputerowy.
Ale Synuś miał jeden feler - dzień bez kłamstwa był dniem straconym.
Poza tym stał się wielkim amatorem zakładów - zakładał się z kolegami
niemal o wszystko. Pewnego dnia założył się z kolegami (był wtedy w III
klasie), że wyskoczy z okna klasy na pierwszym piętrze i nic mu się nie
stanie. Oczywiście nie był to "zakład o pietruszkę"- w grę wchodziły
pieniądze.
Gdy Synuś juz stał na parapecie otwartego okna do klasy wparowała pani
dyrektorka i przerwała tę miłą rozrywkę. Po prostu jedna z dziewczynek gdy
usłyszała, że Synuś chce wyskoczyć z okna, czym prędzej pobiegła do
pokoju nauczycielskiego a tam akurat była p. dyrektorka.
W czasie gdy dyrektorka ściągała Synusia z okna i tłumaczyła dzieciom,
że nie wolno robić żadnych zakładów, wychowawczyni telefonowała do
pracy jego mamy, by ta natychmiast przyjechała do szkoły.
Synuś został skierowany do psychologa szkolnego - opinia brzmiała:bardzo
zdolny, nudzi się w szkole, nie potrafi pracować w zespole, hazardzista,
leniwy, niesystematyczny.
W ostatniej klasie podstawówki Synuś "odkrył", że istnieje coś takiego jak
wyścigi konne i szybko stał się stałym bywalcem Toru Wyścigów na
Służewcu.
W ostatniej klasie podstawówki Synuś miał 170 cm wzrostu, nie miał
niedowagi i z powodzeniem mógł uchodzić za starszego, niż był.
Szybko wkręcił się w "towarzystwo wyścigowe" i całe swe kieszonkowe
inwestował w zakłady.
Znał wielu dżokejów, czasem nawet zachodził do stajni, czasem załapał się
na wygraną, częściej jednak przegrywał.
W liceum nie błyszczał, zwłaszcza, że dość sporo wagarował, wreszcie po
wielu awanturach w domu, skończył na trójczynach szkołę, nawet zdał
maturę.
W domu zaczęła się nagonka, by dziecko koniecznie uczyło się dalej, ale
Synuś nie palił się zbytnio do dalszej nauki.
Teoretycznie interesowała go informatyka, ale nie zdał egzaminu na
Politechnikę.
Bardzo mu to pasowało -zabrakło mu tylko 5 punktów, więc ogłosił, że
przez najbliższy rok przygotuje się do zdawania w roku następnym.
Było mu świetnie - mógł wreszcie żyć swym ulubionym rytmem - nocą
się rzekomo uczył, w dzień spał.
Następne podejście do egzaminu na Politechnikę było równie nieudane.
Wyraznie los się na Synusia "uwziął"- znów mu zabrakło kilku punktów.
Rodzice Synusia byli bardzo zdterminowani - no jak to? takie zdolne
dziecko i nie może dostać się na studia???
A był to czas, gdy powstawały jak grzyby po deszczu prywatne uczelnie,
więc po krótkiej naradzie postanowiono, że Synusiowi zafundują studia
na prywatnej uczelni- wprawdzie nie na informatyce, ale na "zarządzaniu".
Taki zdolny chłopak bez trudu przecież zrobi te studia.
Nabór na tę uczelnię był w sierpniu, we wrześniu egzamin, który Synuś
tym razem zdał i został studentem.
Studia na tej uczelni były już dwuetapowe- po 3 latach licencjat, potem
jeszcze dwa lata, egzamin końcowy i praca magisterska.
Synuś był zachwycony, bo zajęcia były zawsze od godziny 16,00, więc
mógł dalej prowadzić swe tajemne życie nocne.
A prowadził je głównie we własnym pokoju - z domu wychodził rzadko,
głównie chodził dwa razy w tygodniu na jakiś sport - na koszykówkę
i basen.
Przyszedł wreszcie czas na napisanie pracy licencjackiej - Synuś pisał
i pisał, a pisał tak długo, że w końcu minął termin oddania pracy.
Jakoś biedak nie skojarzył, że przekroczenie o rok terminu oddania pracy
powodowało, że trzeba było zmienić jej temat, czyli pisać od nowa. I znów
trzeba było znalezć promotora, uzgadniać temat, pisać nowe założenia.
Mało tego - władze uczelni zażyczyły sobie, by taki opieszały student
powtarzał trzeci rok studiów i znów składał końcowy egazmin- oczywiście
nie za darmo to powtarzanie roku.
Parcie rodziców Synusia na to, by dziecię jednak miało wyższe
wykształcenie było ogromne - pożegnali się z planem zakupu samochodu,
inwestując w Synusiowe studia.
Duma rodziny powtarzała ten trzeci rok studiów,ba, nawet napisała pracę
licencjacką i nawet ją obroniła.
I na tym edukacja Synusia stanęła w martwym punkcie, bo odkrył, że
zarządzanie nie jest jednak jego powołaniem, więc nie ma sensu by robił
z owego zarządzania magisterkę.
Synuś zaczął nawet szukać pracy, ale jego oczekiwania względem pracy
a oczekiwania pracodawców zupełnie się nie pokrywały.
Synusiowi się marzyło wynagrodznie powyżej średniej krajowej, własny
pokój, komputer służbowy, zero nadgodzin, zero odpowiedzialności
finansowej i najlepiej elastyczny czas pracy.
Synuś do dziś nigdzie nie pracuje i jest na utrzymaniu swych rodziców,
którzy są już na emeryturze.
W tym miesiącu słodki Synuś skończy czterdzieści cztery lata.
KONIEC
jak na noworodka czuprynkę i ciemne oczka.
Rodzice Synusia byli zachwyceni, z tym, że mamę najbardziej zachwycał fakt,
że wreszcie będzie mogła pozbyć się ciążowej garderoby.
Była zdecydowana - jedno dziecko, dla przyzwoitości i zatkania rodzinie ust,
z których przez kilka pierwszych lat po ślubie wciąż padało pytanie:
"no a kiedy będzie dzidziuś?".
Mama Synusia była zdecydowana - ani pół dziecka więcej!!!
Synuś już od chwili powrotu ze szpitala położniczego z całych sił, na swój
własny sposób dbał o to, aby przypadkiem nie pojawił się w rodzinie jakiś
konkurent do serc mamy i taty.
Synusiowi wyraznie pomyliły się pory doby - niczym suseł przesypiał
cały dzień, a wieczór i noc uznał za porę czuwania.
Poza tym za nic w świecie nie chciał ssać- ani z piersi ani przez smoczek
z butelki.
Był chyba jednym z nielicznych noworodków które były karmione łyżeczką
od pierwszych dni życia.
Zamiana pór snu i czuwania i ciągłe pojenie Synusia łyżeczką sprawiły, że
jego mama zaraz po ustawowym urlopie macierzyńskim z ulgą wróciła do
pracy, a dziecko udało się jej umieścić w żłobku.
Nic to, że szefowa była nieco wredna, nic to, że pracy było sporo a pensja
nie oszałamiała swą wysokością - osiem godzin w pracy plus dwie godziny
na dojazd i powrót dawały dziesięć godzin dziennie bez słuchania płaczu
Synusia. Bo Synuś darł się z wielu powodów - uzasadnionych jak mokra
pielucha lub głód, z nudów, z tego, że w dzień go co chwilę budzono
w złudnej nadziei, że uda się wreszcie go przestawić na inne godziny snu
oraz wieczorem gdy go zostawiano samego w niemal ciemnym pokoju.
W żłobku Synuś był nawet lubianym dzieckiem, bo dużo spał a patent
z zastosowaniem smoczka o bardzo dużym otworze zastąpił pojenie go
łyżeczką.
Po zaliczeniu żłobka przyszła kolej na przedszkole. Zarzucano Synusiowi,
że najchętniej bawi się sam, nie chce brać udziału w ogólnej zabawie,
ale tak ogólnie był dość grzecznym dzieckiem.
Miał dziwną pasję zbierania z ulicy wszystkiego co go zaciekawiło i
chowania tego do kieszeni.Tłumaczył wszystkim,że były to skarby a wśród
nich zdarzały się również zgubione przez innych monety, guziki, czasem
jakieś małe pudełka. Asortyment znalezisk rozszerzył się bardzo, gdy
Synuś zaczął przeszukiwać również osiedlowe trawniki i okolice sklepów.
Matka i ojciec dzień w dzień rewidowali kieszenie Synusia, za każdym
razem z wielką cierpliwością tłumacząc Synusiowi, że nie powinien
niczego zbierać z chodnika.
Synuś, z racji zawodu swego ojca, dość wcześnie zetknął się z informatyką.
Jeszcze w podstawówce umiał ułożyć jakiś prosty program komputerowy.
Ale Synuś miał jeden feler - dzień bez kłamstwa był dniem straconym.
Poza tym stał się wielkim amatorem zakładów - zakładał się z kolegami
niemal o wszystko. Pewnego dnia założył się z kolegami (był wtedy w III
klasie), że wyskoczy z okna klasy na pierwszym piętrze i nic mu się nie
stanie. Oczywiście nie był to "zakład o pietruszkę"- w grę wchodziły
pieniądze.
Gdy Synuś juz stał na parapecie otwartego okna do klasy wparowała pani
dyrektorka i przerwała tę miłą rozrywkę. Po prostu jedna z dziewczynek gdy
usłyszała, że Synuś chce wyskoczyć z okna, czym prędzej pobiegła do
pokoju nauczycielskiego a tam akurat była p. dyrektorka.
W czasie gdy dyrektorka ściągała Synusia z okna i tłumaczyła dzieciom,
że nie wolno robić żadnych zakładów, wychowawczyni telefonowała do
pracy jego mamy, by ta natychmiast przyjechała do szkoły.
Synuś został skierowany do psychologa szkolnego - opinia brzmiała:bardzo
zdolny, nudzi się w szkole, nie potrafi pracować w zespole, hazardzista,
leniwy, niesystematyczny.
W ostatniej klasie podstawówki Synuś "odkrył", że istnieje coś takiego jak
wyścigi konne i szybko stał się stałym bywalcem Toru Wyścigów na
Służewcu.
W ostatniej klasie podstawówki Synuś miał 170 cm wzrostu, nie miał
niedowagi i z powodzeniem mógł uchodzić za starszego, niż był.
Szybko wkręcił się w "towarzystwo wyścigowe" i całe swe kieszonkowe
inwestował w zakłady.
Znał wielu dżokejów, czasem nawet zachodził do stajni, czasem załapał się
na wygraną, częściej jednak przegrywał.
W liceum nie błyszczał, zwłaszcza, że dość sporo wagarował, wreszcie po
wielu awanturach w domu, skończył na trójczynach szkołę, nawet zdał
maturę.
W domu zaczęła się nagonka, by dziecko koniecznie uczyło się dalej, ale
Synuś nie palił się zbytnio do dalszej nauki.
Teoretycznie interesowała go informatyka, ale nie zdał egzaminu na
Politechnikę.
Bardzo mu to pasowało -zabrakło mu tylko 5 punktów, więc ogłosił, że
przez najbliższy rok przygotuje się do zdawania w roku następnym.
Było mu świetnie - mógł wreszcie żyć swym ulubionym rytmem - nocą
się rzekomo uczył, w dzień spał.
Następne podejście do egzaminu na Politechnikę było równie nieudane.
Wyraznie los się na Synusia "uwziął"- znów mu zabrakło kilku punktów.
Rodzice Synusia byli bardzo zdterminowani - no jak to? takie zdolne
dziecko i nie może dostać się na studia???
A był to czas, gdy powstawały jak grzyby po deszczu prywatne uczelnie,
więc po krótkiej naradzie postanowiono, że Synusiowi zafundują studia
na prywatnej uczelni- wprawdzie nie na informatyce, ale na "zarządzaniu".
Taki zdolny chłopak bez trudu przecież zrobi te studia.
Nabór na tę uczelnię był w sierpniu, we wrześniu egzamin, który Synuś
tym razem zdał i został studentem.
Studia na tej uczelni były już dwuetapowe- po 3 latach licencjat, potem
jeszcze dwa lata, egzamin końcowy i praca magisterska.
Synuś był zachwycony, bo zajęcia były zawsze od godziny 16,00, więc
mógł dalej prowadzić swe tajemne życie nocne.
A prowadził je głównie we własnym pokoju - z domu wychodził rzadko,
głównie chodził dwa razy w tygodniu na jakiś sport - na koszykówkę
i basen.
Przyszedł wreszcie czas na napisanie pracy licencjackiej - Synuś pisał
i pisał, a pisał tak długo, że w końcu minął termin oddania pracy.
Jakoś biedak nie skojarzył, że przekroczenie o rok terminu oddania pracy
powodowało, że trzeba było zmienić jej temat, czyli pisać od nowa. I znów
trzeba było znalezć promotora, uzgadniać temat, pisać nowe założenia.
Mało tego - władze uczelni zażyczyły sobie, by taki opieszały student
powtarzał trzeci rok studiów i znów składał końcowy egazmin- oczywiście
nie za darmo to powtarzanie roku.
Parcie rodziców Synusia na to, by dziecię jednak miało wyższe
wykształcenie było ogromne - pożegnali się z planem zakupu samochodu,
inwestując w Synusiowe studia.
Duma rodziny powtarzała ten trzeci rok studiów,ba, nawet napisała pracę
licencjacką i nawet ją obroniła.
I na tym edukacja Synusia stanęła w martwym punkcie, bo odkrył, że
zarządzanie nie jest jednak jego powołaniem, więc nie ma sensu by robił
z owego zarządzania magisterkę.
Synuś zaczął nawet szukać pracy, ale jego oczekiwania względem pracy
a oczekiwania pracodawców zupełnie się nie pokrywały.
Synusiowi się marzyło wynagrodznie powyżej średniej krajowej, własny
pokój, komputer służbowy, zero nadgodzin, zero odpowiedzialności
finansowej i najlepiej elastyczny czas pracy.
Synuś do dziś nigdzie nie pracuje i jest na utrzymaniu swych rodziców,
którzy są już na emeryturze.
W tym miesiącu słodki Synuś skończy czterdzieści cztery lata.
KONIEC
niedziela, 4 lutego 2018
Michalina -cz.X
Ach, co to był za ślub!!!
Panna Młoda calutki czas miała oczy w bardzo mokrym miejscu- ze wzruszenia.
Bo od chwili przyjazdu każdy z rodziny Michała starał się okazać jej, że jest
nowym, ale bardzo pożądanym członkiem rodziny. Rodzice Michała zwracali się
do niej per córeczko, a jej serduszko topniało i łzy napływały do oczu.
Ze strony Michaliny były tylko dwie osoby- babcia i matka. Tatuńcio stwierdził,
że i bez niego udzielą córce ślubu, a on zle się czuje. Owo złe samopoczucie to
były jakieś rozgrywki szachowe, w których brał udział i były dla niego ważniejsze
niż ślub jedynego dziecka.
Babcia skwitowała to jednym zdaniem- "nie zdawałam sobie sprawy, że urodziłam
potwora, może lepiej, że nie jedzie".
I choć był to ślub "tylko cywilny" było uroczyście i bardzo miło.
Gdy nowożeńcy wychodzili z sali ślubów rozległy się dzwięki marsza weselnego,
a w przyległej salce czekał na gości szampan i fotograf.
Dzień był nieco chłodny, ale bardzo słoneczny i bardzo przydała się cieplutka
narzutka, którą wydziergała na drutach jedna z kuzynek Michała.
Po szampanie i toastach wszyscy pojechali do domu Basi na dość wczesny
obiad.
Michalina z wrażenia ledwie co mogła przełknąć i niewiele brakowało by babcia
zaczęła ją karmić. Zamiast tego szepnęła Michalinie na ucho, że musi się wziąć
w garść i jeść,bo przecież Basia się narobiła i będzie jej przykro gdy włożony
trud pójdzie na marne. Jedyny toast wygłosił tata Michała - życzył młodym by
zgodnie, z głową, pokonywali wszystkie trudności , które napotkają na swej
drodze życiowej. Bo tych niestety nigdy nie brak.
Po południu Stefan odwiózł "dwa Michały" do Raciąskiego Młyna. Basia zaś
dodała do ich bagażu ciasto , sporo słodyczy i dwie butelki wina.
Pogoda stanęła na wysokości zadania. Z co zabawniejszych rzeczy- sporo czasu
spędzali na huśtawkach- po raz pierwszy oboje widzieli huśtawki dla dorosłych.
Udało im się jeszcze raz skorzystać z kajaków- sezon się kończył i kajaki były
wywożone do konserwacji- tu nie było gdzie ich przechować przez zimę.
Gdy po kilkunastu latach zapragnęli znów spędzić urlop w Raciąskim Młynie
to okazało się, że dawnego wczasowiska już nie ma - cały ośrodek przystosował
swe kwatery do przyjmowania dzieci na "Zielone Szkoły".
Małżeństwo Michaliny przebiegało bez większych problemów, no może poza
okresem, gdy Michał pojechał na dwa lata na stypendium do USA.
Michalinie był dość ciężko bez niego, tym bardziej, że Michał przebąkiwał, że
najchętniej pozostałby w tym kraju na stałe i z czasem sprowadziłby ją i
synka.
W wyobrazni Michalina widziała u jego boku inną kobietę, co może nawet było
prawdą.
Po ponad roku nieobecności Michała stwierdziła z przerażeniem że będzie się
umiała pogodzić z tym, że być może on zniknie z jej życia.
Napisała mu o tym i Michałowi natychmiast wyparowała z głowy chęć pozostania
w USA, nie wiadomo jak jeszcze długo, bez niej i dziecka.
Z wielkim smutkiem Michalina pożegnała swą babcię, która odeszła dożywszy 90
lat.
W kilka lat pózniej dość niespodziewania zmarła jej matka, która ukrywała swą
chorobę przed wszystkimi - przed sobą również.
Gdy trafiła do szpitala jedyne co mogli zrobić lekarze to podawać środki
przeciwbólowe i dziwić się, że nie zgłosiła się kilka lat wcześniej.
Ojciec Michaliny ostatni swój rok życia spędził w specjalistycznej placówce -
odszedł zapewne nie zdając sobie sprawy gdzie jest i dlaczego. Do samego
końca nie interesował się Michaliną.
Podobno ożenił się, z jej matką z przyzwoitości a nie z miłości, skutkami swej
"przyzwoitej decyzji" obciążając Michalinę.
Jak twierdzi Michalina, geny to okropna rzecz- jej syn to pod wieloma względami
"wykapany" dziadek, tylko miłość do zwierząt odziedziczył po swych rodzicach.
KONIEC
Panna Młoda calutki czas miała oczy w bardzo mokrym miejscu- ze wzruszenia.
Bo od chwili przyjazdu każdy z rodziny Michała starał się okazać jej, że jest
nowym, ale bardzo pożądanym członkiem rodziny. Rodzice Michała zwracali się
do niej per córeczko, a jej serduszko topniało i łzy napływały do oczu.
Ze strony Michaliny były tylko dwie osoby- babcia i matka. Tatuńcio stwierdził,
że i bez niego udzielą córce ślubu, a on zle się czuje. Owo złe samopoczucie to
były jakieś rozgrywki szachowe, w których brał udział i były dla niego ważniejsze
niż ślub jedynego dziecka.
Babcia skwitowała to jednym zdaniem- "nie zdawałam sobie sprawy, że urodziłam
potwora, może lepiej, że nie jedzie".
I choć był to ślub "tylko cywilny" było uroczyście i bardzo miło.
Gdy nowożeńcy wychodzili z sali ślubów rozległy się dzwięki marsza weselnego,
a w przyległej salce czekał na gości szampan i fotograf.
Dzień był nieco chłodny, ale bardzo słoneczny i bardzo przydała się cieplutka
narzutka, którą wydziergała na drutach jedna z kuzynek Michała.
Po szampanie i toastach wszyscy pojechali do domu Basi na dość wczesny
obiad.
Michalina z wrażenia ledwie co mogła przełknąć i niewiele brakowało by babcia
zaczęła ją karmić. Zamiast tego szepnęła Michalinie na ucho, że musi się wziąć
w garść i jeść,bo przecież Basia się narobiła i będzie jej przykro gdy włożony
trud pójdzie na marne. Jedyny toast wygłosił tata Michała - życzył młodym by
zgodnie, z głową, pokonywali wszystkie trudności , które napotkają na swej
drodze życiowej. Bo tych niestety nigdy nie brak.
Po południu Stefan odwiózł "dwa Michały" do Raciąskiego Młyna. Basia zaś
dodała do ich bagażu ciasto , sporo słodyczy i dwie butelki wina.
Pogoda stanęła na wysokości zadania. Z co zabawniejszych rzeczy- sporo czasu
spędzali na huśtawkach- po raz pierwszy oboje widzieli huśtawki dla dorosłych.
Udało im się jeszcze raz skorzystać z kajaków- sezon się kończył i kajaki były
wywożone do konserwacji- tu nie było gdzie ich przechować przez zimę.
Gdy po kilkunastu latach zapragnęli znów spędzić urlop w Raciąskim Młynie
to okazało się, że dawnego wczasowiska już nie ma - cały ośrodek przystosował
swe kwatery do przyjmowania dzieci na "Zielone Szkoły".
Małżeństwo Michaliny przebiegało bez większych problemów, no może poza
okresem, gdy Michał pojechał na dwa lata na stypendium do USA.
Michalinie był dość ciężko bez niego, tym bardziej, że Michał przebąkiwał, że
najchętniej pozostałby w tym kraju na stałe i z czasem sprowadziłby ją i
synka.
W wyobrazni Michalina widziała u jego boku inną kobietę, co może nawet było
prawdą.
Po ponad roku nieobecności Michała stwierdziła z przerażeniem że będzie się
umiała pogodzić z tym, że być może on zniknie z jej życia.
Napisała mu o tym i Michałowi natychmiast wyparowała z głowy chęć pozostania
w USA, nie wiadomo jak jeszcze długo, bez niej i dziecka.
Z wielkim smutkiem Michalina pożegnała swą babcię, która odeszła dożywszy 90
lat.
W kilka lat pózniej dość niespodziewania zmarła jej matka, która ukrywała swą
chorobę przed wszystkimi - przed sobą również.
Gdy trafiła do szpitala jedyne co mogli zrobić lekarze to podawać środki
przeciwbólowe i dziwić się, że nie zgłosiła się kilka lat wcześniej.
Ojciec Michaliny ostatni swój rok życia spędził w specjalistycznej placówce -
odszedł zapewne nie zdając sobie sprawy gdzie jest i dlaczego. Do samego
końca nie interesował się Michaliną.
Podobno ożenił się, z jej matką z przyzwoitości a nie z miłości, skutkami swej
"przyzwoitej decyzji" obciążając Michalinę.
Jak twierdzi Michalina, geny to okropna rzecz- jej syn to pod wieloma względami
"wykapany" dziadek, tylko miłość do zwierząt odziedziczył po swych rodzicach.
KONIEC
piątek, 2 lutego 2018
Mchalina -cz.IX
Doprowadzanie babcinego mieszkania do stanu używalności szło dość opornie.
Pan "spec" , który podjął się doprowadzenia mieszkania do cywilizowanego
wyglądu pracował tam tylko wieczorami. Namówił babcię, by położyć w łazience
i kuchni tylko białą glazurę, bo pomieszczenia maleńkie-to raz, a dwa - on tylko
taką może bez problemu załatwić.
Poza tym zasugerował, że gdyby zlikwidować w łazience umywalkę, to w jej
miejsce weszła by bez problemu pralka i to nawet bębnowa, która w tym czasie
była "przebojem", tyle tylko, że trudno osiągalnym.
Ale pan "spec" miał rozliczne znajomości i kontakty, więc przygotuje miejsce
na tę pralkę i pewnie w ciągu 2 lub 3 miesięcy uda się ją nabyć.
Zaproponował również by w kuchni zamurować otwór okienny, co pozwoli
uzyskać jedną pełną ścianę na szafki wiszące a pod nimi będzie można postawić
kuchenny stolik. Szafki kuchenne miały być "na wymiar", z przesuwnymi
drzwiczkami, węższe u dołu, szersze u góry. Ponadto zamienił miejscami
kuchenkę gazową i zlewozmywak, dzięki czemu powstało dobre miejsce na
lodówkę.
W tym czasie Michał bardzo pracował nad wdrożeniem projektu pt. "wezmy
ślub w sierpniu, nie w Warszawie a w Kwidzynie i na tydzień pojedziemy
wtedy w Bory Tucholskie".
Miał odłożone pieniądze na wynajęcie dla nich jakiegoś pokoju i obiecaną od
rodziców pewną wcale nie małą kwotę.
Jego siostra była zdecydowana wziąć na siebie trud skromnego przyjęcia
weselnego i ponadto przenocować rodziców Michaliny i babcię.
Ale babcię chcieli koniecznie mieć u siebie rodzice Michała.
I tak to narzeczeni, każde oddzielnie , w tajemnicy przed sobą, snuli własne
plany dotyczące wspólnego życia.
Michał "pękł" pierwszy i przedstawił Michalinie swój plan. Dziewczyna
spokojnie wysłuchała, powiedziała, że się nad tym zastanowi, bo nie jest
pewna, czy dostanie w zakładzie bezpłatny urlop i da odpowiedz za kilka dni.
Tego samego dnia opowiedziała wszystko babci i plan Michała nawet się
starszej pani spodobał.
Następnego dnia w pracy zapytała się swego szefa, czy dostanie tydzień
bezpłatnego urlopu w końcu sierpnia lub na początku września bo bierze ślub
poza Warszawą. Szef się wpierw lekko skrzywił, potem zgodził się na wrzesień
i to na całe dwa tygodnie jej nieobecności, razem z dniami przysługującymi jej
"z urzędu". Michalina pracowała szybko i bezbłędnie, nie traciła czasu na różne
pogaduszki, nie przesiadywała w bufecie i nie chodziła na zwolnienia z racji
opieki nad dziećmi, więc szef ją cenił.
Dzień pózniej wracając z pracy wstąpiła do archiwum USC i pobrała swą
metrykę urodzenia, zgłaszając, że ślub będzie brała poza Warszawą.
Gdy wieczorem zatelefonował do niej Michał, powiedziała że się zgadza i że
ma nawet już swą metrykę, bo dziś był dzień, gdy USC pracował do godz.18,00.
Następnego dnia radosna nowina została przekazana rodzinie - siostra dostała
dodatkowe zadanie - wyciągnięcie metryki Michała i zarezerwowanie terminu
ślubu zaraz po 1 września.
Rzecz była mało kłopotliwa, bo jej najlepsza przyjaciółka pracowała w Radzie
Narodowej Kwidzyna. Michalina miała swoją metrykę przesłać pocztą do swej
przyszłej szwagierki wraz z prośbą o zarezerwowanie terminu na dzień zgodny
z terminem podanym przez Michała.
W dwa tygodnie pózniej, Michalina i babcia pokazały Michałowi mieszkanie,
ciągle jeszcze nie umeblowane. Ale babcia, która nie nawykła do kłamstwa,
powiedziała Michałowi, że to jest właśnie jej mieszkanie i ona będzie im je
wynajmować po atrakcyjnej cenie w stosunku do tych, które funkcjonują na
rynku mieszkaniowym.Tylko rodzice Michaliny nie mogą wiedzieć, że to
jest mieszkanie babci.
Michał był nieco oszołomiony tymi wiadomościami i bardzo wzruszony.
Stwierdził, że w takim razie on w najbliższą sobotę pojedzie do domu, zawiezie
przy okazji dokumenty Michaliny, opowie wszystko rodzicom i weżmie od
nich pieniądze, bo trzeba będzie jednak kupić nieco mebli.
Pewnego dnia, wieczorem zatelefonowała do Michaliny siostra Michała.
Wpierw wyraziła swą radość z faktu, że niedługo będą prawdziwą rodziną,
potem dopytywała się, czy Michalina ma jakieś sugestie co do obiadu
weselnego a na końcu powiedziała, że ma dla Michaliny sukienkę, w której
Michalina będzie z pewnością wyglądać ślicznie , bo to bardzo stylowa
sukienka. A ona, wraz z mężem przyjadą do Warszawy bo tu mają odbiór
samochodu, tego co to miał być jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia.
No i przywiezie ze sobą sukienkę, żeby Michalina ją przymierzyła.
Twierdziła, że gdy ją tylko zobaczyła w Gdyni na wystawie sklepu od razu
oczyma wyobrazni zobaczyła w niej Michalinę. I są do niej też buty i ona je
również przywiezie, bo one są z rypsu w kolorze tej sukienki.I jeżeli
sukienka nie będzie Michalinie się podobać, to nie ma sprawy, bo umówiła
się ze sprzedawczynią, że sukienkę i buty z powrotem odwiezie. To sklep
prywatny, więc nie ma kłopotu ze zwrotem.
A przyjadą pociągiem i Michał po nich wyjdzie na dworzec, mają nawet
hotel zarezerwowany.
Sukienka , którą przywiozła Basia bardzo się Michalinie spodobała. Była
skromna, ale jednocześnie elegancka. Miała krótki rękawek, był odcinana
w talii, dół był leciutko rozkloszowany, pasek w talii był wykończony małą
różyczką. Kolor materiału był trudny do określenia bo bardzo blady róż
mienił się na perłowo. Pantofelki były zrobione z tego samego materiału,
każdy ozdobiony maleńką różyczką, tak jak pasek sukienki. Obcas był
szpilkowy ale nie za bardzo wysoki.
Sukienka była nieco za luzna, bo Michalina była chudziną, ale wprawna ręka
babci mogła bez trudu dopasować sukienkę do obwodu Michaliny.
Michalina chciała natychmiast zwrócić pieniądze za sukienkę, ale tu
spotkała się z ostrym protestem- sukienka, buty i przyjęcie były prezentem
ślubnym dla Michaliny i Michała.
A na Michała czekał garnitur pasujący kolorem do sukienki Michaliny.
Garnitur?- zdziwił się Michał- przecież mam garnitur! Basia i jej mąż aż się
pokładali ze śmiechu.
Stary, przecież ty masz spodnie sztruksowe i sztruksową katanę a nie żaden
garnitur. I w czymś takim nikt normalny ślubu nie bierze, nawet cywilnego!
Dobrze, że tych bzdur nie słyszy nasza mama, pewnie dostałaby zawału-
śmiejąc się mówiła Basia.
Kochani, termin ślubu macie zarezerwowany na 3 września. Musicie przyjechać
dzień wcześniej, bo musicie uzupełnić papiery w urzędzie.
A mieszkanie macie załatwione w Raciążskim Młynie. Jest pełne wyżywienie,
100 metrów do jeziora i ze 300 do lasu.
Mieszkać będziecie w niegdysiejszej stajni.Odwieziemy was tam samochodem
i potem po was przyjedziemy.
Wieczorem Michalina powiedziała rodzicom, że już mają ustalony termin ślubu
i że ślub odbędzie się w Kwidzynie, a przyjęcie ślubne w domu siostry Michała
i tam też rodzice będą zakwaterowani.
I co, to będzie kościelny ślub? - spytała matka.
Mamo, a widziałaś by ktoś kto nie był ochrzczony brał ślub kościelny?
Bo ja jeszcze czegoś takiego nie widziałam, no ale może przeoczyłam.
A gdzie zamierzacie mieszkać? -wtrącił się ojciec.
Michalina spojrzała z ukosa na ojca- z pewnością nie tutaj. Mam stąd zbyt
daleko do pracy.
To ty pracujesz? - zdziwił się ojciec- i dostajesz może pieniądze? to dlaczego
ja nic o tym nie wiem?
Nie wiesz, bo ja cię nie nic a nic nie obchodzę. Nawet nie zauważyłeś że się
nie stołuję w domu, że wychodzę rano i wracam póznym popołudniem.
Wiedziałeś, że byłam na kursie ale nawet się nie zapytałeś jak mi idzie i czego
się tam uczę.
Nigdy was nic nie obchodziłam i naprawdę nie wiem po co wam głowę
zawracam swoim ślubem. Jeśli nie macie ochoty to nie musicie wcale tam
jechać.
A co wtedy powiesz swym teściom?- zapytała mama.
Michalina bliska płaczu wycedziła przez zaciśnięte zęby- po prostu prawdę
powiem.
I wyszła z pokoju pilnując się by nie wybuchnąć płaczem i nie trzasnąć
drzwiami.Za to rozryczała się na całego w pokoju babci, która długo nie
mogła jej uspokoić.
c.d.n.
Pan "spec" , który podjął się doprowadzenia mieszkania do cywilizowanego
wyglądu pracował tam tylko wieczorami. Namówił babcię, by położyć w łazience
i kuchni tylko białą glazurę, bo pomieszczenia maleńkie-to raz, a dwa - on tylko
taką może bez problemu załatwić.
Poza tym zasugerował, że gdyby zlikwidować w łazience umywalkę, to w jej
miejsce weszła by bez problemu pralka i to nawet bębnowa, która w tym czasie
była "przebojem", tyle tylko, że trudno osiągalnym.
Ale pan "spec" miał rozliczne znajomości i kontakty, więc przygotuje miejsce
na tę pralkę i pewnie w ciągu 2 lub 3 miesięcy uda się ją nabyć.
Zaproponował również by w kuchni zamurować otwór okienny, co pozwoli
uzyskać jedną pełną ścianę na szafki wiszące a pod nimi będzie można postawić
kuchenny stolik. Szafki kuchenne miały być "na wymiar", z przesuwnymi
drzwiczkami, węższe u dołu, szersze u góry. Ponadto zamienił miejscami
kuchenkę gazową i zlewozmywak, dzięki czemu powstało dobre miejsce na
lodówkę.
W tym czasie Michał bardzo pracował nad wdrożeniem projektu pt. "wezmy
ślub w sierpniu, nie w Warszawie a w Kwidzynie i na tydzień pojedziemy
wtedy w Bory Tucholskie".
Miał odłożone pieniądze na wynajęcie dla nich jakiegoś pokoju i obiecaną od
rodziców pewną wcale nie małą kwotę.
Jego siostra była zdecydowana wziąć na siebie trud skromnego przyjęcia
weselnego i ponadto przenocować rodziców Michaliny i babcię.
Ale babcię chcieli koniecznie mieć u siebie rodzice Michała.
I tak to narzeczeni, każde oddzielnie , w tajemnicy przed sobą, snuli własne
plany dotyczące wspólnego życia.
Michał "pękł" pierwszy i przedstawił Michalinie swój plan. Dziewczyna
spokojnie wysłuchała, powiedziała, że się nad tym zastanowi, bo nie jest
pewna, czy dostanie w zakładzie bezpłatny urlop i da odpowiedz za kilka dni.
Tego samego dnia opowiedziała wszystko babci i plan Michała nawet się
starszej pani spodobał.
Następnego dnia w pracy zapytała się swego szefa, czy dostanie tydzień
bezpłatnego urlopu w końcu sierpnia lub na początku września bo bierze ślub
poza Warszawą. Szef się wpierw lekko skrzywił, potem zgodził się na wrzesień
i to na całe dwa tygodnie jej nieobecności, razem z dniami przysługującymi jej
"z urzędu". Michalina pracowała szybko i bezbłędnie, nie traciła czasu na różne
pogaduszki, nie przesiadywała w bufecie i nie chodziła na zwolnienia z racji
opieki nad dziećmi, więc szef ją cenił.
Dzień pózniej wracając z pracy wstąpiła do archiwum USC i pobrała swą
metrykę urodzenia, zgłaszając, że ślub będzie brała poza Warszawą.
Gdy wieczorem zatelefonował do niej Michał, powiedziała że się zgadza i że
ma nawet już swą metrykę, bo dziś był dzień, gdy USC pracował do godz.18,00.
Następnego dnia radosna nowina została przekazana rodzinie - siostra dostała
dodatkowe zadanie - wyciągnięcie metryki Michała i zarezerwowanie terminu
ślubu zaraz po 1 września.
Rzecz była mało kłopotliwa, bo jej najlepsza przyjaciółka pracowała w Radzie
Narodowej Kwidzyna. Michalina miała swoją metrykę przesłać pocztą do swej
przyszłej szwagierki wraz z prośbą o zarezerwowanie terminu na dzień zgodny
z terminem podanym przez Michała.
W dwa tygodnie pózniej, Michalina i babcia pokazały Michałowi mieszkanie,
ciągle jeszcze nie umeblowane. Ale babcia, która nie nawykła do kłamstwa,
powiedziała Michałowi, że to jest właśnie jej mieszkanie i ona będzie im je
wynajmować po atrakcyjnej cenie w stosunku do tych, które funkcjonują na
rynku mieszkaniowym.Tylko rodzice Michaliny nie mogą wiedzieć, że to
jest mieszkanie babci.
Michał był nieco oszołomiony tymi wiadomościami i bardzo wzruszony.
Stwierdził, że w takim razie on w najbliższą sobotę pojedzie do domu, zawiezie
przy okazji dokumenty Michaliny, opowie wszystko rodzicom i weżmie od
nich pieniądze, bo trzeba będzie jednak kupić nieco mebli.
Pewnego dnia, wieczorem zatelefonowała do Michaliny siostra Michała.
Wpierw wyraziła swą radość z faktu, że niedługo będą prawdziwą rodziną,
potem dopytywała się, czy Michalina ma jakieś sugestie co do obiadu
weselnego a na końcu powiedziała, że ma dla Michaliny sukienkę, w której
Michalina będzie z pewnością wyglądać ślicznie , bo to bardzo stylowa
sukienka. A ona, wraz z mężem przyjadą do Warszawy bo tu mają odbiór
samochodu, tego co to miał być jeszcze przed świętami Bożego Narodzenia.
No i przywiezie ze sobą sukienkę, żeby Michalina ją przymierzyła.
Twierdziła, że gdy ją tylko zobaczyła w Gdyni na wystawie sklepu od razu
oczyma wyobrazni zobaczyła w niej Michalinę. I są do niej też buty i ona je
również przywiezie, bo one są z rypsu w kolorze tej sukienki.I jeżeli
sukienka nie będzie Michalinie się podobać, to nie ma sprawy, bo umówiła
się ze sprzedawczynią, że sukienkę i buty z powrotem odwiezie. To sklep
prywatny, więc nie ma kłopotu ze zwrotem.
A przyjadą pociągiem i Michał po nich wyjdzie na dworzec, mają nawet
hotel zarezerwowany.
Sukienka , którą przywiozła Basia bardzo się Michalinie spodobała. Była
skromna, ale jednocześnie elegancka. Miała krótki rękawek, był odcinana
w talii, dół był leciutko rozkloszowany, pasek w talii był wykończony małą
różyczką. Kolor materiału był trudny do określenia bo bardzo blady róż
mienił się na perłowo. Pantofelki były zrobione z tego samego materiału,
każdy ozdobiony maleńką różyczką, tak jak pasek sukienki. Obcas był
szpilkowy ale nie za bardzo wysoki.
Sukienka była nieco za luzna, bo Michalina była chudziną, ale wprawna ręka
babci mogła bez trudu dopasować sukienkę do obwodu Michaliny.
Michalina chciała natychmiast zwrócić pieniądze za sukienkę, ale tu
spotkała się z ostrym protestem- sukienka, buty i przyjęcie były prezentem
ślubnym dla Michaliny i Michała.
A na Michała czekał garnitur pasujący kolorem do sukienki Michaliny.
Garnitur?- zdziwił się Michał- przecież mam garnitur! Basia i jej mąż aż się
pokładali ze śmiechu.
Stary, przecież ty masz spodnie sztruksowe i sztruksową katanę a nie żaden
garnitur. I w czymś takim nikt normalny ślubu nie bierze, nawet cywilnego!
Dobrze, że tych bzdur nie słyszy nasza mama, pewnie dostałaby zawału-
śmiejąc się mówiła Basia.
Kochani, termin ślubu macie zarezerwowany na 3 września. Musicie przyjechać
dzień wcześniej, bo musicie uzupełnić papiery w urzędzie.
A mieszkanie macie załatwione w Raciążskim Młynie. Jest pełne wyżywienie,
100 metrów do jeziora i ze 300 do lasu.
Mieszkać będziecie w niegdysiejszej stajni.Odwieziemy was tam samochodem
i potem po was przyjedziemy.
Wieczorem Michalina powiedziała rodzicom, że już mają ustalony termin ślubu
i że ślub odbędzie się w Kwidzynie, a przyjęcie ślubne w domu siostry Michała
i tam też rodzice będą zakwaterowani.
I co, to będzie kościelny ślub? - spytała matka.
Mamo, a widziałaś by ktoś kto nie był ochrzczony brał ślub kościelny?
Bo ja jeszcze czegoś takiego nie widziałam, no ale może przeoczyłam.
A gdzie zamierzacie mieszkać? -wtrącił się ojciec.
Michalina spojrzała z ukosa na ojca- z pewnością nie tutaj. Mam stąd zbyt
daleko do pracy.
To ty pracujesz? - zdziwił się ojciec- i dostajesz może pieniądze? to dlaczego
ja nic o tym nie wiem?
Nie wiesz, bo ja cię nie nic a nic nie obchodzę. Nawet nie zauważyłeś że się
nie stołuję w domu, że wychodzę rano i wracam póznym popołudniem.
Wiedziałeś, że byłam na kursie ale nawet się nie zapytałeś jak mi idzie i czego
się tam uczę.
Nigdy was nic nie obchodziłam i naprawdę nie wiem po co wam głowę
zawracam swoim ślubem. Jeśli nie macie ochoty to nie musicie wcale tam
jechać.
A co wtedy powiesz swym teściom?- zapytała mama.
Michalina bliska płaczu wycedziła przez zaciśnięte zęby- po prostu prawdę
powiem.
I wyszła z pokoju pilnując się by nie wybuchnąć płaczem i nie trzasnąć
drzwiami.Za to rozryczała się na całego w pokoju babci, która długo nie
mogła jej uspokoić.
c.d.n.
czwartek, 1 lutego 2018
MIchalina- cz.VIII
To, że babcia postanowiła Michalinie udostępnić mieszkanie wcale nie
przyspieszyło sprawy.
Michalina, jako sprytne stworzenie, poprosiła babcię, by nie mówić nic a nic
Michałowi, że de facto to mieszkanie jest babci.
Tłumaczyła, że Michał może się niechcący wygadać przed jej rodzicami i lepiej
będzie gdy ona powie, że to jest mieszkanie jakiejś babcinej znajomej.
Na razie to i tak w tym mieszkaniu niczego się nie będzie robiło, bo Michał
ciągnie i studia i pracę, więc trzeba poczekać do wakacji.
Martwiła ją perspektywa spotkania się obu rodzin, ale i to trzeba będzie pewnie
odłożyć na wakacje.
Michał przychodził teraz regularnie do domu Michaliny w każdą niedzielę, bo
zimowa aura nie sprzyjała spacerom po mieście.Jakby na to nie spojrzeć, był
teraz "oficjalnym narzeczonym".
W połowie marca rodzice Michała przysłali zaproszenie na święta wielkanocne
dla całej rodziny Michaliny.
Rodzice stanowczo odmówili tłumacząc się innymi planami -podobno mieli
już wykupione w tym terminie wczasy, ale babcia stwierdziła, że chętnie
z tego zaproszenia skorzysta.
Michalina wystała w Orbisie bilety w obie strony.
A babcia wymogła na Michalinie "wycieczkę" do sklepów by obie nieco
odświeżyły swą garderobę.
Michał był szczęśliwy, że babcia z nimi pojedzie- wiedział, że babcię to cała
jego rodzina od razu polubi i że z pewnością się wszyscy zaprzyjaznią.
I rzeczywiście- na dworcu już czekał szwagier ( nadal tym starym gruchotem)
i ojciec Michała z młodszym synem- też samochodem, ale znacznie lepszym.
Szwagier zabrał do "gruchota" młodych, ojciec z wielką atencją usadowił
w swym samochodzie tylko babcię.
Nie wiadomo jak i co się stało, ale towarzystwo jadące gruchotem przyjechało
znacznie wcześniej niż drugi samochód. Co prawda tamci wstępowali jeszcze po
drodze po mamę Michała, no ale żeby aż godzinę dłużej jechać 20 kilometrów?
W każdym razie wszyscy troje przyjechali w dobrych humorach i mówili już
sobie po imieniu.
Była pierwsza dekada kwietnia i słońce już chwilami całkiem niezle grzało
więc w lany poniedziałek pojechali do Grudziądza- obie warszawianki nigdy
nie były w tym mieście, więc tata Michała służył za przewodnika.
Podobno grudziądzka Starówka była pierwowzorem warszawskiej Starówki,
ale spory na ten temat trwają do dzisiejszego dnia..
Jak zawsze wszystko co miłe szybko się kończy więc i święta minęły szybko.
Najchętniej do Warszawy wracał Michał - podobało mu się to miasto i sam
się zastanawiał jak mógł dobrze się czuć w tak niewielkim mieście jak
Kwidzyń a do tego mieszkając w pewnej odległości od niego.
Gdy Michalina powiedziała, że z chęcią zamieszkałaby w tamtych okolicach,
a tak naprawdę nawet jeszcze dalej, w rejonie Borów Tucholskich był wielce
zdumiony i oświadczył, że on się z Warszawy na pewno nie wyprowadzi.
Oczywiście, mogą latem lub jesienią pojechać w Bory Tucholskie, ale nie po to
by tam stale mieszkać.
Na początku czerwca Michalina pomyślnie zdała egzamin z ukończenia kursu.
W kilka dni pózniej dostała pracę w zakładzie podzespołów radiowych.
Dojazd do pracy zajmował jej niemal godzinę, no ale to są uroki mieszkania
w dużym mieście.
Dzień, w którym Michalina otrzymała swe pierwsze wynagrodzenie za pracę
uświadomił jej, że nieodwołalnie skończyło się dzieciństwo.
Gdy Michał skończył letnią sesję (oczywiście bez problemów) Michalina wpadła
na pomysł, że jako osoba dorosła i pracująca mogłaby się wyprowadzić od
rodziców i zamieszkać w babcinym mieszkanku.
Ale ten plan nie zyskał babcinej aprobaty - stwierdziła, że ona to mieszkanie
wynajmie dopiero wtedy, gdy młodzi się pobiorą. Zresztą tam trzeba jeszcze wiele
pracy włożyć, by nadawało się do zamieszkania.
W tamtym czasie spółdzielcze mieszkania oddawano wykończone "pod klucz"-
była armatura w kuchni i łazience oraz podstawowe wyposażenie jak wanna,
umywalka, wc a w kuchni zlewozmywak i kuchenka gazowa.. Co prawda
obecność glazury ograniczała się do jednego rządku tejże nad wanną, umywalką
i zlewozmywakiem.
Zdaniem babci wpierw należało zorientować się co należy zrobić i wykonać od
razu wszystko, gdy mieszkanie jeszcze nie umeblowane, bo potem będzie to bardzo
kłopotliwe- po prostu nie będzie tzw. "pola manewru" w tej ciasnocie.
Pewnej lipcowej niedzieli babcia wraz z Michaliną wybrały się do tego nowego
mieszkania. Budynek był typowym warszawskim mrówkowcem. Nie było tu
parteru, ich miejsce zajmowały lokale użytkowe- był między innymi sklep
spożywczy, punkt napraw drobnego sprzętu AGD a po drugiej stronie budynku
miał być lada moment otwarty jakiś bar. Do jednej z głównych ulic miasta było
około 500m, do drugiej, nieco mniej ważnej chyba 70m.
Budynek miał 11 pięter, na każdym piętrze był 12 mieszkań, wszystkie identyczne.
Cztery windy pracowicie dowoziły lokatorów do ich mieszkań. A w holu na dole
był nawet portier i kiosk "Ruchu". Druga połowa budynku była identyczna.
Widok tego maleńkiego mieszkania nieco przeraził Michalinę - no ale 38 m kw.
na dwa pokoje, kuchnię i łazienkę to naprawdę niewiele. Mieszkanie, w którym
teraz mieszkała miało ok. 75 m kwadratowych., ale to był budynek wybudowany
jeszcze przed wojną.
Gdy kręciły się w kółko patrząc co trzeba zrobić, by tu zamieszkać, Michalina
wpadała w coraz gorszy nastrój. Przerażała ją wizja wydatków, które trzeba będzie
ponieść.
A poza tym już samo zdobycie glazury i różnych materiałów wykończeniowych
było sporym problemem.
Postanowiły, że wpierw znajdą jakiegoś majstra-budowlańca, który oceni zakres
potrzebnych robót i ewentualnie zrobi wstępny kosztorys.
Postanowiły zapytać portiera, czy nie zna aby kogoś odpowiedniego do podjęcia się
tej pracy.
Portier polecił im jakiegoś "fachowca", nawet sam do niego zatelefonował i umówił
obie panie za dwa tygodnie- też w niedzielę, ale wieczorem.
Michalina po powrocie do domu długo rozmyślała nad tym nowym mieszkaniem.
Wiadomo, na bezrybiu i rak ryba, ale mieszkanie w takiej klatce, w mrówkowcu
z widokiem na dwa inne mrówkowce nie było miłą perspektywą.
I pomyśleć, że na to mieszkanie babcia czekała niemal 7 lat , na domiar złego było
naprawdę drogie i spłacanie jego miało jeszcze potrwać wiele lat. Na szczęście
było to tzw. "mieszkanie własnościowe", więc teoretycznie można było je
z czasem sprzedać- po spłaceniu.
c.d.n.
przyspieszyło sprawy.
Michalina, jako sprytne stworzenie, poprosiła babcię, by nie mówić nic a nic
Michałowi, że de facto to mieszkanie jest babci.
Tłumaczyła, że Michał może się niechcący wygadać przed jej rodzicami i lepiej
będzie gdy ona powie, że to jest mieszkanie jakiejś babcinej znajomej.
Na razie to i tak w tym mieszkaniu niczego się nie będzie robiło, bo Michał
ciągnie i studia i pracę, więc trzeba poczekać do wakacji.
Martwiła ją perspektywa spotkania się obu rodzin, ale i to trzeba będzie pewnie
odłożyć na wakacje.
Michał przychodził teraz regularnie do domu Michaliny w każdą niedzielę, bo
zimowa aura nie sprzyjała spacerom po mieście.Jakby na to nie spojrzeć, był
teraz "oficjalnym narzeczonym".
W połowie marca rodzice Michała przysłali zaproszenie na święta wielkanocne
dla całej rodziny Michaliny.
Rodzice stanowczo odmówili tłumacząc się innymi planami -podobno mieli
już wykupione w tym terminie wczasy, ale babcia stwierdziła, że chętnie
z tego zaproszenia skorzysta.
Michalina wystała w Orbisie bilety w obie strony.
A babcia wymogła na Michalinie "wycieczkę" do sklepów by obie nieco
odświeżyły swą garderobę.
Michał był szczęśliwy, że babcia z nimi pojedzie- wiedział, że babcię to cała
jego rodzina od razu polubi i że z pewnością się wszyscy zaprzyjaznią.
I rzeczywiście- na dworcu już czekał szwagier ( nadal tym starym gruchotem)
i ojciec Michała z młodszym synem- też samochodem, ale znacznie lepszym.
Szwagier zabrał do "gruchota" młodych, ojciec z wielką atencją usadowił
w swym samochodzie tylko babcię.
Nie wiadomo jak i co się stało, ale towarzystwo jadące gruchotem przyjechało
znacznie wcześniej niż drugi samochód. Co prawda tamci wstępowali jeszcze po
drodze po mamę Michała, no ale żeby aż godzinę dłużej jechać 20 kilometrów?
W każdym razie wszyscy troje przyjechali w dobrych humorach i mówili już
sobie po imieniu.
Była pierwsza dekada kwietnia i słońce już chwilami całkiem niezle grzało
więc w lany poniedziałek pojechali do Grudziądza- obie warszawianki nigdy
nie były w tym mieście, więc tata Michała służył za przewodnika.
Podobno grudziądzka Starówka była pierwowzorem warszawskiej Starówki,
ale spory na ten temat trwają do dzisiejszego dnia..
Jak zawsze wszystko co miłe szybko się kończy więc i święta minęły szybko.
Najchętniej do Warszawy wracał Michał - podobało mu się to miasto i sam
się zastanawiał jak mógł dobrze się czuć w tak niewielkim mieście jak
Kwidzyń a do tego mieszkając w pewnej odległości od niego.
Gdy Michalina powiedziała, że z chęcią zamieszkałaby w tamtych okolicach,
a tak naprawdę nawet jeszcze dalej, w rejonie Borów Tucholskich był wielce
zdumiony i oświadczył, że on się z Warszawy na pewno nie wyprowadzi.
Oczywiście, mogą latem lub jesienią pojechać w Bory Tucholskie, ale nie po to
by tam stale mieszkać.
Na początku czerwca Michalina pomyślnie zdała egzamin z ukończenia kursu.
W kilka dni pózniej dostała pracę w zakładzie podzespołów radiowych.
Dojazd do pracy zajmował jej niemal godzinę, no ale to są uroki mieszkania
w dużym mieście.
Dzień, w którym Michalina otrzymała swe pierwsze wynagrodzenie za pracę
uświadomił jej, że nieodwołalnie skończyło się dzieciństwo.
Gdy Michał skończył letnią sesję (oczywiście bez problemów) Michalina wpadła
na pomysł, że jako osoba dorosła i pracująca mogłaby się wyprowadzić od
rodziców i zamieszkać w babcinym mieszkanku.
Ale ten plan nie zyskał babcinej aprobaty - stwierdziła, że ona to mieszkanie
wynajmie dopiero wtedy, gdy młodzi się pobiorą. Zresztą tam trzeba jeszcze wiele
pracy włożyć, by nadawało się do zamieszkania.
W tamtym czasie spółdzielcze mieszkania oddawano wykończone "pod klucz"-
była armatura w kuchni i łazience oraz podstawowe wyposażenie jak wanna,
umywalka, wc a w kuchni zlewozmywak i kuchenka gazowa.. Co prawda
obecność glazury ograniczała się do jednego rządku tejże nad wanną, umywalką
i zlewozmywakiem.
Zdaniem babci wpierw należało zorientować się co należy zrobić i wykonać od
razu wszystko, gdy mieszkanie jeszcze nie umeblowane, bo potem będzie to bardzo
kłopotliwe- po prostu nie będzie tzw. "pola manewru" w tej ciasnocie.
Pewnej lipcowej niedzieli babcia wraz z Michaliną wybrały się do tego nowego
mieszkania. Budynek był typowym warszawskim mrówkowcem. Nie było tu
parteru, ich miejsce zajmowały lokale użytkowe- był między innymi sklep
spożywczy, punkt napraw drobnego sprzętu AGD a po drugiej stronie budynku
miał być lada moment otwarty jakiś bar. Do jednej z głównych ulic miasta było
około 500m, do drugiej, nieco mniej ważnej chyba 70m.
Budynek miał 11 pięter, na każdym piętrze był 12 mieszkań, wszystkie identyczne.
Cztery windy pracowicie dowoziły lokatorów do ich mieszkań. A w holu na dole
był nawet portier i kiosk "Ruchu". Druga połowa budynku była identyczna.
Widok tego maleńkiego mieszkania nieco przeraził Michalinę - no ale 38 m kw.
na dwa pokoje, kuchnię i łazienkę to naprawdę niewiele. Mieszkanie, w którym
teraz mieszkała miało ok. 75 m kwadratowych., ale to był budynek wybudowany
jeszcze przed wojną.
Gdy kręciły się w kółko patrząc co trzeba zrobić, by tu zamieszkać, Michalina
wpadała w coraz gorszy nastrój. Przerażała ją wizja wydatków, które trzeba będzie
ponieść.
A poza tym już samo zdobycie glazury i różnych materiałów wykończeniowych
było sporym problemem.
Postanowiły, że wpierw znajdą jakiegoś majstra-budowlańca, który oceni zakres
potrzebnych robót i ewentualnie zrobi wstępny kosztorys.
Postanowiły zapytać portiera, czy nie zna aby kogoś odpowiedniego do podjęcia się
tej pracy.
Portier polecił im jakiegoś "fachowca", nawet sam do niego zatelefonował i umówił
obie panie za dwa tygodnie- też w niedzielę, ale wieczorem.
Michalina po powrocie do domu długo rozmyślała nad tym nowym mieszkaniem.
Wiadomo, na bezrybiu i rak ryba, ale mieszkanie w takiej klatce, w mrówkowcu
z widokiem na dwa inne mrówkowce nie było miłą perspektywą.
I pomyśleć, że na to mieszkanie babcia czekała niemal 7 lat , na domiar złego było
naprawdę drogie i spłacanie jego miało jeszcze potrwać wiele lat. Na szczęście
było to tzw. "mieszkanie własnościowe", więc teoretycznie można było je
z czasem sprzedać- po spłaceniu.
c.d.n.
poniedziałek, 29 stycznia 2018
Michalina-cz.VII
I było tak jak w porzekadle- święta,święta i po świętach. Do Warszawy wracali
już "normalnie", czyli pociągiem.
Przez całe święta Michalina czuła się nieco bajkowo, bo nie da się ukryć, że
bardzo różniły się one od świąt, które dotąd spędzała w domu.
Nie było żadnych narzekań na przedświąteczne trudy przygotowań, nikt nie ględził
z przekąsem o podtrzymywaniu tradycji a ojciec Michała , nim zasiedli do stołu,
złożył wszystkim bardzo zwyczajne życzenia-niech się spełnia wszystkie marzenia.
Kolacja wigilijna nie była tradycyjna, czyli postna .
Ale największe wrażenie zrobiła na Michalinie choinka- choinka "robiła" za stojak
ze słodyczami- wisiały na niej pierniczki, różne cukierki w kolorowych celofanach,
bardzo małe, czerwone jabłka, suszone figi, kruche ciasteczka, czekoladki. Pod
choinką stał niski stolik, na którym na małych tackach można było znależc to
wszystko co na niej wisiało oraz różne domowe ciasta oraz "normalne " jabłka, bo
te choinkowe były tylko ładne, niestety nie były smaczne.
Te kilka godzin jazdy pociągiem przygotowały Michalinę na spotkanie z domową
rzeczywistością- skwaszoną miną mamy i chłodnym spojrzeniem ojca.
Witając się z babcią Michalina szepnęła jej tylko, że było cudownie i wieczorem
opowie.
No- zagaiła mama- i jaką będziesz miała świekrę?
Cudowną, bezkonfliktową, już ją polubiłam - Michalina z rozkoszą wetknęła matce
szpilkę.
Mamo, chyba byłoby dobrze, gdybyście się wszyscy razem poznali.Planujemy
z Michałem, żeby oni przyjechali do Warszawy gdy skończy się Michałowi
sesja.
Nie będę się spotykał z jakimiś wieśniakami- warknął ojciec.
Michalina, choć ją z lekka zatrzęsło, bardzo spokojnie odpowiedziała- zrobisz jak
zechcesz, ale szkoda, że nie jesteś tak kulturalny jak mój przyszły teść-wieśniak.
To może tam zamieszkacie, skoro to tacy wspaniali ludzie- no bo przecież chyba
nie tutaj? a ślub to już był czy jeszcze nie? - w pełnej gotowości bojowej matka
szybko wsparła ojca.
Michalina popatrzyła się tylko na rodziców, wzruszyła ramionami i wyszła
z pokoju. Chciało się jej płakać i krzyczeć, wykrzyczeć im całą swą złość i żal,
które w niej od lat tkwiły.
Zamiast tego poszła do swego pokoju i przekręciła klucz w drzwiach.
Stanęła w oknie i bezmyślnie patrzyła na przejeżdżające tramwaje i samochody.
Po pół godzinie usłyszała delikatne pukanie do drzwi- to pukała babcia, która
jako jedyna w tym domu uważała, że do pokoju dorosłej już wnuczki nie wchodzi
się bez pukania.
Michalina szybko podbiegła do drzwi , przekręciła klucz w drzwiach i je otwarła.
Babcia weszła i mocno przytuliła dziewczynę.
Wszystko słyszałam, choć głucha jestem. Wrzeszczą jakby mieli nieboszczyka
obudzić. Przyjdz do mnie na herbatkę za półgodziny, porozmawiamy u mnie,
ta moja kotara na drzwiach dobrze tłumi rozmowy- zaśmiała się babcia.
W babcinym pokoju, na ścianie z drzwiami wisiała dwuczęściowa bardzo
gruba kotara, która znakomicie wyciszała wszelakie domowe dzwięki i te,
które wydobywały się z pokoju gdy babcia słuchała swych płyt jak i te, które
dobiegały do pokoju babci.
Babcia z ciekawością wysłuchała dość długiej opowieści o wszystkim co
spotkało Michalinę od chwili wyjazdu z domu. Gdy dziewczyna skończyła
swą opowieść, babcia zamyśliła się. Po dłuższej chwili milczenia spytała-
a czy ty go Michasiu kochasz? czy wyobrażasz sobie z nim wspólne życie,
posiadanie dziecka i wszystkie trudy z tym związane? Czy jesteś na to gotowa?
Babciu, ja nie wiem czy go kocham.Nigdy dotąd nie kochałam żadnego
żywego chłopaka.
O Boże- przerwała babcia - chyba nie powiesz, że kochałaś się w umrzykach!
Oj nie, tylko chciałam powiedzieć że były to osoby, które sobie wymyślałam.
Chociaż może ze dwa razy to byli istniejący faceci, jak choćby nasz pan od
fizyki, jeszcze w podstawówce. Przez cały rok miałam wtedy piątkę z fizyki.
A potem ten dermatolog, do którego chodziłam z tymi swoimi alergiami.
On oglądał moje wypryski a ja sobie wyobrażałam różne niemożliwe rzeczy.
Szkoda, że nie zakochałaś się w jakimś dentyście - może z miłości nie
unikałabyś tak skutecznie gabinetu dentystycznego, czekając aż do zapalenia
okostnej- skonstatowała spokojnie babcia.
No to powiedz mi teraz szczerze- tęsknisz za Michałem gdy go dłużej nie
widzisz?Lubisz, gdy jest bardzo blisko ciebie, gdy cię dotyka, przytula?
Michalina zamyśliła się - brakowało mi go trochę gdyśmy się nie spotykali. On
jest dla mnie dobry i łagodny, jest bardzo cierpliwy a ja czasem jestem bardzo
niecierpliwa, często się złoszczę. I on to wszystko spokojnie wytrzymuje.
Michał to trochę fantasta, nie mamy przecież pieniędzy, jeszcze nie zarabiamy,
nie mamy mieszkania a on już chce się żenić.
Wiesz Babciu, jego siostra mówiła, że Michał zakochany we mnie po uszy, ale
ani razu mi nie powiedział, że mnie kocha. Tylko raz powiedział, że gdyby nie
był we mnie zakochany to nie łaziłby wciąż za mną i nie zaręczał się i nie mówił
o ślubie.......
No i nie wiózłby cię przez pół Polski do swych rodziców angażując w to
swego szwagra - dokończyła babcia.
Babciu, jego siostra powiedziała, że jestem jakby z innej epoki i to bardzo się
Michałowi podoba.
A co, pokazywałaś mu zdjęcia swojej prababci Julii ? Jesteś do niej podobna i
czeszesz się właśnie tak jak ona.
Babcia wstała z fotela i podeszła do komody, w której trzymała zdjęcia i po
chwili podała Michalinie stare, pożółkłe i wyblakłe zdjęcie.
Rzeczywiście dziewczyna ze zdjęcia miała takie samo uczesanie i taką samą
oprawę oczu i wykrój ust jak Michalina, ale czoło, owal twarzy i bardzo
mocno zarysowany podbródek zakłócały to podobieństwo.
No tak- powiedziała cicho Michalina- kto dziś nosi włosy długie do połowy
pleców, czesze się z przedziałkiem po środku, splata włosy w warkocze i na
dodatek upina je na głowie zwijając w obwarzanki? Chyba tylko ja.
To dziwne, bo ja tego zdjęcia nigdy nie widziałam.
Michasiu, powiedz mi, czy wyście podjęli jakąś decyzję odnośne swej wspólnej
przyszłości? Wiem, jesteście zaręczeni i co dalej. A właściwiej byłoby zapytać
a kiedy następny krok?
Babciu, Michał chciałby już, natychmiast, bo pracuje na 1/2 etatu i wydaje mu
się, że krocie zarabia.A ja myślę, że najprędzej za rok bo wtedy już oboje
będziemy zarabiać i będzie nas stać na wynajęcie jakiegoś pokoju.
Ja wam wynajmę swoje mieszkanie, pod warunkiem, że słowa nie piśniecie
nikomu, że to moje. Twój ojciec udusiłby mnie własnymi rękami ze złości,
że zamiast się wyprowadzić a jemu zapisać to mieszkanie nadal tu będę
mieszkać a nowe mieszkanie zapiszę darowizną na ciebie- spokojnie, niczym
kwestię na scenie powiedziała babcia.
A jak mnie zezłości i to mieszkanie zapiszę tobie, wykluczając go z testamentu.
Jest taka możliwość i mogę z niej skorzystać.
Naprawdę nam wynajmiesz te dwa pokoje z kuchnią, które dostaniesz?
Dziecinko, ja już je dostałam, tylko stoi puste bo nie mam siły się za to wszystko
zabrać. Pomyślałam,że może w czasie wakacji Michał mógłby tam razem
z kolegą trochę popracować. Jest niezłe ale maleńkie- kuchnia jest bardzo
mała, ale jest już zlewozmywak i kuchnia gazowo-elektryczna. Jest miejsce na
blat i szafki wiszące.
Jest też imitacja łazienki - jest wanna, umywalka i wc i chyba nic więcej się
tam nie zmieści. I osobliwy wynalazek - jeden wspólny kran do umywalki
i wanny. Przedpokój też dla krasnoludków, nie ma miejsca na szafę, nie
wiem czy się zmieści normalny wieszak na cztery płaszcze.
W mniejszym pokoju zmieści się podwójny tapczan, płytki regał i dwudrzwiowa
szafa.
Pomiędzy dużym pokojem a kuchnią jest kawał okna, jak postawicie pod nim
w pokoju stół, to będziesz mogła podawać jedzenie nie wychodząc z kuchni.
Na wprost tego kuchennego okna jest ściana z jednym wąskim oknem niemal
pod sufitem i drzwiami balkonowymi bez balkonu.Kaloryfer jest na jednej
z bocznych ścian, zupełnie bez pojęcia. Podłoga jest z niby parkietu.
I ja wam to mieszkanie wynajmę, a to co z was zedrę, wpłacę na PKO,
żebyś miała jakiś swój rezerwowy fundusz. Dam ci upoważnienie na tę
książeczkę oszczednościową.
I to się w tej nomenklaturze nazywa mieszkanie - parsknęła ze zgorszeniem
babcia.
c.d.n.
już "normalnie", czyli pociągiem.
Przez całe święta Michalina czuła się nieco bajkowo, bo nie da się ukryć, że
bardzo różniły się one od świąt, które dotąd spędzała w domu.
Nie było żadnych narzekań na przedświąteczne trudy przygotowań, nikt nie ględził
z przekąsem o podtrzymywaniu tradycji a ojciec Michała , nim zasiedli do stołu,
złożył wszystkim bardzo zwyczajne życzenia-niech się spełnia wszystkie marzenia.
Kolacja wigilijna nie była tradycyjna, czyli postna .
Ale największe wrażenie zrobiła na Michalinie choinka- choinka "robiła" za stojak
ze słodyczami- wisiały na niej pierniczki, różne cukierki w kolorowych celofanach,
bardzo małe, czerwone jabłka, suszone figi, kruche ciasteczka, czekoladki. Pod
choinką stał niski stolik, na którym na małych tackach można było znależc to
wszystko co na niej wisiało oraz różne domowe ciasta oraz "normalne " jabłka, bo
te choinkowe były tylko ładne, niestety nie były smaczne.
Te kilka godzin jazdy pociągiem przygotowały Michalinę na spotkanie z domową
rzeczywistością- skwaszoną miną mamy i chłodnym spojrzeniem ojca.
Witając się z babcią Michalina szepnęła jej tylko, że było cudownie i wieczorem
opowie.
No- zagaiła mama- i jaką będziesz miała świekrę?
Cudowną, bezkonfliktową, już ją polubiłam - Michalina z rozkoszą wetknęła matce
szpilkę.
Mamo, chyba byłoby dobrze, gdybyście się wszyscy razem poznali.Planujemy
z Michałem, żeby oni przyjechali do Warszawy gdy skończy się Michałowi
sesja.
Nie będę się spotykał z jakimiś wieśniakami- warknął ojciec.
Michalina, choć ją z lekka zatrzęsło, bardzo spokojnie odpowiedziała- zrobisz jak
zechcesz, ale szkoda, że nie jesteś tak kulturalny jak mój przyszły teść-wieśniak.
To może tam zamieszkacie, skoro to tacy wspaniali ludzie- no bo przecież chyba
nie tutaj? a ślub to już był czy jeszcze nie? - w pełnej gotowości bojowej matka
szybko wsparła ojca.
Michalina popatrzyła się tylko na rodziców, wzruszyła ramionami i wyszła
z pokoju. Chciało się jej płakać i krzyczeć, wykrzyczeć im całą swą złość i żal,
które w niej od lat tkwiły.
Zamiast tego poszła do swego pokoju i przekręciła klucz w drzwiach.
Stanęła w oknie i bezmyślnie patrzyła na przejeżdżające tramwaje i samochody.
Po pół godzinie usłyszała delikatne pukanie do drzwi- to pukała babcia, która
jako jedyna w tym domu uważała, że do pokoju dorosłej już wnuczki nie wchodzi
się bez pukania.
Michalina szybko podbiegła do drzwi , przekręciła klucz w drzwiach i je otwarła.
Babcia weszła i mocno przytuliła dziewczynę.
Wszystko słyszałam, choć głucha jestem. Wrzeszczą jakby mieli nieboszczyka
obudzić. Przyjdz do mnie na herbatkę za półgodziny, porozmawiamy u mnie,
ta moja kotara na drzwiach dobrze tłumi rozmowy- zaśmiała się babcia.
W babcinym pokoju, na ścianie z drzwiami wisiała dwuczęściowa bardzo
gruba kotara, która znakomicie wyciszała wszelakie domowe dzwięki i te,
które wydobywały się z pokoju gdy babcia słuchała swych płyt jak i te, które
dobiegały do pokoju babci.
Babcia z ciekawością wysłuchała dość długiej opowieści o wszystkim co
spotkało Michalinę od chwili wyjazdu z domu. Gdy dziewczyna skończyła
swą opowieść, babcia zamyśliła się. Po dłuższej chwili milczenia spytała-
a czy ty go Michasiu kochasz? czy wyobrażasz sobie z nim wspólne życie,
posiadanie dziecka i wszystkie trudy z tym związane? Czy jesteś na to gotowa?
Babciu, ja nie wiem czy go kocham.Nigdy dotąd nie kochałam żadnego
żywego chłopaka.
O Boże- przerwała babcia - chyba nie powiesz, że kochałaś się w umrzykach!
Oj nie, tylko chciałam powiedzieć że były to osoby, które sobie wymyślałam.
Chociaż może ze dwa razy to byli istniejący faceci, jak choćby nasz pan od
fizyki, jeszcze w podstawówce. Przez cały rok miałam wtedy piątkę z fizyki.
A potem ten dermatolog, do którego chodziłam z tymi swoimi alergiami.
On oglądał moje wypryski a ja sobie wyobrażałam różne niemożliwe rzeczy.
Szkoda, że nie zakochałaś się w jakimś dentyście - może z miłości nie
unikałabyś tak skutecznie gabinetu dentystycznego, czekając aż do zapalenia
okostnej- skonstatowała spokojnie babcia.
No to powiedz mi teraz szczerze- tęsknisz za Michałem gdy go dłużej nie
widzisz?Lubisz, gdy jest bardzo blisko ciebie, gdy cię dotyka, przytula?
Michalina zamyśliła się - brakowało mi go trochę gdyśmy się nie spotykali. On
jest dla mnie dobry i łagodny, jest bardzo cierpliwy a ja czasem jestem bardzo
niecierpliwa, często się złoszczę. I on to wszystko spokojnie wytrzymuje.
Michał to trochę fantasta, nie mamy przecież pieniędzy, jeszcze nie zarabiamy,
nie mamy mieszkania a on już chce się żenić.
Wiesz Babciu, jego siostra mówiła, że Michał zakochany we mnie po uszy, ale
ani razu mi nie powiedział, że mnie kocha. Tylko raz powiedział, że gdyby nie
był we mnie zakochany to nie łaziłby wciąż za mną i nie zaręczał się i nie mówił
o ślubie.......
No i nie wiózłby cię przez pół Polski do swych rodziców angażując w to
swego szwagra - dokończyła babcia.
Babciu, jego siostra powiedziała, że jestem jakby z innej epoki i to bardzo się
Michałowi podoba.
A co, pokazywałaś mu zdjęcia swojej prababci Julii ? Jesteś do niej podobna i
czeszesz się właśnie tak jak ona.
Babcia wstała z fotela i podeszła do komody, w której trzymała zdjęcia i po
chwili podała Michalinie stare, pożółkłe i wyblakłe zdjęcie.
Rzeczywiście dziewczyna ze zdjęcia miała takie samo uczesanie i taką samą
oprawę oczu i wykrój ust jak Michalina, ale czoło, owal twarzy i bardzo
mocno zarysowany podbródek zakłócały to podobieństwo.
No tak- powiedziała cicho Michalina- kto dziś nosi włosy długie do połowy
pleców, czesze się z przedziałkiem po środku, splata włosy w warkocze i na
dodatek upina je na głowie zwijając w obwarzanki? Chyba tylko ja.
To dziwne, bo ja tego zdjęcia nigdy nie widziałam.
Michasiu, powiedz mi, czy wyście podjęli jakąś decyzję odnośne swej wspólnej
przyszłości? Wiem, jesteście zaręczeni i co dalej. A właściwiej byłoby zapytać
a kiedy następny krok?
Babciu, Michał chciałby już, natychmiast, bo pracuje na 1/2 etatu i wydaje mu
się, że krocie zarabia.A ja myślę, że najprędzej za rok bo wtedy już oboje
będziemy zarabiać i będzie nas stać na wynajęcie jakiegoś pokoju.
Ja wam wynajmę swoje mieszkanie, pod warunkiem, że słowa nie piśniecie
nikomu, że to moje. Twój ojciec udusiłby mnie własnymi rękami ze złości,
że zamiast się wyprowadzić a jemu zapisać to mieszkanie nadal tu będę
mieszkać a nowe mieszkanie zapiszę darowizną na ciebie- spokojnie, niczym
kwestię na scenie powiedziała babcia.
A jak mnie zezłości i to mieszkanie zapiszę tobie, wykluczając go z testamentu.
Jest taka możliwość i mogę z niej skorzystać.
Naprawdę nam wynajmiesz te dwa pokoje z kuchnią, które dostaniesz?
Dziecinko, ja już je dostałam, tylko stoi puste bo nie mam siły się za to wszystko
zabrać. Pomyślałam,że może w czasie wakacji Michał mógłby tam razem
z kolegą trochę popracować. Jest niezłe ale maleńkie- kuchnia jest bardzo
mała, ale jest już zlewozmywak i kuchnia gazowo-elektryczna. Jest miejsce na
blat i szafki wiszące.
Jest też imitacja łazienki - jest wanna, umywalka i wc i chyba nic więcej się
tam nie zmieści. I osobliwy wynalazek - jeden wspólny kran do umywalki
i wanny. Przedpokój też dla krasnoludków, nie ma miejsca na szafę, nie
wiem czy się zmieści normalny wieszak na cztery płaszcze.
W mniejszym pokoju zmieści się podwójny tapczan, płytki regał i dwudrzwiowa
szafa.
Pomiędzy dużym pokojem a kuchnią jest kawał okna, jak postawicie pod nim
w pokoju stół, to będziesz mogła podawać jedzenie nie wychodząc z kuchni.
Na wprost tego kuchennego okna jest ściana z jednym wąskim oknem niemal
pod sufitem i drzwiami balkonowymi bez balkonu.Kaloryfer jest na jednej
z bocznych ścian, zupełnie bez pojęcia. Podłoga jest z niby parkietu.
I ja wam to mieszkanie wynajmę, a to co z was zedrę, wpłacę na PKO,
żebyś miała jakiś swój rezerwowy fundusz. Dam ci upoważnienie na tę
książeczkę oszczednościową.
I to się w tej nomenklaturze nazywa mieszkanie - parsknęła ze zgorszeniem
babcia.
c.d.n.
sobota, 27 stycznia 2018
Michalina- cz.VI
Wspomnienie drogi do rodziny Michała wracało do Michaliny niczym zły sen.
Całą drogę padał mokry śnieg, było ślisko i prowadzenie samochodu wymagało
naprawdę skupienia.
Rozmowa sprowadzała się do narzekania obu mężczyzn na opieszałość służb
drogowych, na bardzo złą widoczność i na niedostatki starego samochodu.
Z rozmowy wynikało, że odbiór nowego samochodu miał "poślizg" i nawet fakt,
że połowę kosztów szwagier Michała uiścił w dewizach nie miał właściwie
żadnego wpływu na to, by odbiór nastąpił w terminie.
Michalina pocieszyła ich, że "poślizgi" są również w budownictwie -jakaś jej
znajoma z kursu niemal rok temu miała odebrać klucze do nowego mieszkania,
ale sądząc po stanie w jakim jest budynek, to będzie dobrze gdy mieszkanie
będzie do odbioru za rok.
Michalina była już zmęczona tą jazdą, zmarzły jej nogi, chciało się pić, ale
myśl, że każdy postój to "strata czasu" powstrzymywała ją przed mówieniem
o swych potrzebach i gdyby nie pytanie Stefana, czy nie jest jej przypadkiem
zbyt chłodno, cierpiałaby dalej.
Postanowili zrobić krótką przerwę w podróży w najbliższej miejscowości.
Stefan zatrzymał się koło zajazdu, przy którym parkowało wiele TIRów.
Przekonał się bowiem, że jeżeli w którymś zajezdzie dobrze karmią, to
zawsze pełno przy nim TIRów.
Postanowili zjeść solidną, gorącą zupę i tradycyjnego schabowego, a do kawy
Michał sobie i Michalinie dodał po pół kieliszka koniaku. Gdy wsiadali do
samochodu Stefan wyciągnął z torby gruby, wełniany koc i razem z Michałem
opatulili nim Michalinę, zdjąwszy jej wcześniej buty. Po ciepłym posiłku
i wzmocnionej kawie Michalina zasnęła jak niemowlę.
Została obudzona dopiero na podwórku domu siostry Michała. Niewiele
brakowało a byłaby wysiadła bez butów.
Siostra Michała bardzo serdecznie powitała Michalinę, śmiała się radośnie,
że "przyjechały dwa Michały", potem zaprowadziła Michalinę do pokoju
na piętrze, pokazała co gdzie jest, powiedziała, że Michalina może używać
wszystko co jest w łazience, łącznie ze szlafrokiem i powiedziała, że zaczeka na
nią na dole. A Michał chyba chyba pójdzie do rodziców, nie wiadomo po co bo
przecież oni przyjdą za dwie godziny na kolację.
Pokój miał wystrój w tonacji delikatnej, jasnej zieleni, narzuta na tapczanie,
poduszki , dywan, zasłony - wszystko jaśniało bladą zielonością i podkreślało
prostotę jasnych mebli rodem z ŁADu lub Cepelii.
Pokój był przytulny a okno wychodziło na wielką , białą, okrytą śniegiem
płaszczyznę, za którą widać było nieduży zagajnik.
Michalina kontemplowała przez dłuższą chwilę krajobraz, wreszcie poszła do
łazienki, odświeżyła się nieco i zmieniła ubranie.
Potem, nieco stremowana, zeszła na dół.
Okazało się, że nie ma Michała i Stefana , obaj poszli po choinkę do ogrodnika.
Basia, siostra Michała, usadziła w kuchni Michalinę, zrobiła jej herbatę, podała
do niej domowe ciasteczka i z uśmiechem powiedziała- cieszę się, że będziesz
w naszej rodzinie. Jesteś taka jakaś inna, jakby z nieco innej epoki. Nigdy się
nie malujesz?
Michalina roześmiała się - chciałabym się malować, ale niemal wszystko mnie
uczula. Włosy myję szamponem dla dzieci , używam dziecięcego mydła a
kremem przeciw odparzeniom smaruję twarz. To jest dość męczące, niestety.
Chciałabym móc umalować oczy, wytuszować rzęsy, ale zamiast się upiększyć
wyglądałabym jak ropucha, bo zaraz bym była cała opuchnięta. Chciałabym też
móc ufarbować włosy, ściąć je, mieć trwałą ondulację. Ale nie zrobię tego, boję
się uczulenia.
Basia objęła ją i leciutko uścisnęła- ale tobie wcale nie jest potrzebna zmiana
koloru włosów, masz taki ładny popielaty blond! I tak stylowo zaplatasz włosy!
Uważam, że wyglądasz świetnie, mój brat ma dobry gust.
O, zobacz, nasi panowie wracają. Stały we dwie przy oknie, obserwując jak
panowie manewrują w furtce z bardzo dużą i zapewne ciężką choinką, którą
ponieśli za dom, znikając z pola widzenia.
Chyba nieco zaszaleli, to jest ogromna jodła, nie wiem jak ona się zmieści
w salonie- martwiła się Basia.
No ale to będzie ich zmartwienie, nie nasze - pocieszyła ją Michalina.
Pomożesz mi trochę w szykowaniu kolacji? -zapytała Basia.
Michalina szybko skinęła głowa- tylko mi powiedz co mam robić, bardzo
chętnie pomogę.
Co cztery ręce to nie dwie. Basia stwierdziła, że kolację zjedzą nie w salonie a
w kuchni, bo tu jest wygodniej, wszystko jest pod ręką. Włączyła piekarnik
i ze spiżarni przylegającej do kuchni wyjęła olbrzymią blachę wypełnioną
jakimiś składnikami. Potem Michalina miała stopniowo polewać zawartość
blachy śmietaną z żółtkami i gdy piekarnik osiągnie 220 stopni wstawić blachę
do piekarnika. Tymczasem Basia kroiła składniki sałatki warzywnej, układała
w koszyku kromki pieczywa, zdobiła masło listkami natki. Zapiekanka miała
spędzić w piekarniku 30 minut, czyli wyjmą ją z piekarnika równo w pięć minut
po przyjściu rodziców i młodszego brata.
Oni są straszliwie punktualni- jak powiedzieli, że przyjdą o siódmej, to mur-beton
wejdą co do sekundy o siódmej, zobaczysz- informowała Michalinę Basia.
Mama ma lekkiego fioła na punkcie punktualności, co czasami jest straszliwie
denerwujące nas wszystkich. Bo nie żyjemy przecież na bezludnej wyspie,
w wielu przypadkach zależymy od działania innych osób, a ludzie są przecież
bardzo różni- perorowała Basia.
Michalina roześmiała się - każdy z nas ma jakiegoś fioła, który innym przeszkadza.
Ja się wcale nie mogę dogadać ze swoimi rodzicami, wszystko według nich robię
zle. Gdyby nie babcia to bym chyba się powiesiła. Basia kiwnęła ze zrozumieniem
głową - w wielu domach tak bywa.
Gdy zegar pokazał siódmą zabrzmiał dzwonek przy furtce, Basia nacisnęła guzik
domofonu i wyszła do przedpokoju. Po chwili do kuchni weszli rodzice Michała
i jego młodszy brat, który otrzymał od Basi polecenie odszukania Stefana i
Michała. Matka Michała podeszła do Michaliny i mówiąc "witaj dziecino" mocno
ją objęła. Jesteś taka, jak cię opisywał Michał.
Przyszły teść uśmiechnął się , wydobył Michalinę z objęć swej żony , też ją objął
i powiedział - witaj w rodzinie.
Po chwili wpadł jaki burza młodszy brat i to wprost na Michalinę omal jej nie
wywracając, za co został skarcony przez Basię.
Ja jestem Tomek, brat Basi i Michała, czy to prawda, że zostaniesz moją bratową?
Żywiołowy młody człowiek został spiorunowany wzrokiem mamy, spiekł raka
i szybko wyjąkał- przepraszam, ale nie powiedziałem przecież nic złego.
Całe to powitanie wzruszyło i rozśmieszyło Michalinę. W kilka minut pózniej
wrócili Stefan i Michał a Basia poprosiła by wszyscy usiedli do stołu.
Michalina siedziała obok Michała, który promieniał, dopytywał się czy wszystko
Michalinie smakuje, co chwilę zaglądał w jej oczy a Michalina "topniała".
Minęła trema, nie czuła się tu obco, co ją w pewien sposób zdziwiło.
Żałowała, że nie ma tu babci, której z całą pewnością spodobałaby się rodzina
Michała.
Przy deserze ojciec zapytał Michała o ślub- kiedy planują, jaki i gdzie, czy chcą
mieć wesele. Michał zerkając na Michalinę powiedział, że ze ślubem jeszcze
nieco poczekają, że nie chcą brać ślubu kościelnego a wesele to im raczej nie
jest potrzebne. Bo wesele to tylko duży wydatek, lepiej będzie gdy najbliższa
rodzina obojga spotka się na wspólnym obiedzie w którejś restauracji.
No i chyba jasne, że ślub odbędzie się w Warszawie.
No dobrze, ale co o tym sądzi twoja narzeczona? Może jednak chce mieć swoje
przysłowiowe pięć minut i wystąpić w pięknej, białej sukni , posłuchać
w zadumie pieśni Ave Maria a potem przetańczyć w twych ramionach całą noc?
Michasiu, powiedz proszę, co ty o tym sądzisz.
Michalina zarumieniła się i bardzo cicho powiedziała- ślub chyba odłożymy do
czasu, aż oboje zaczniemy pracować, żeby móc wynająć mieszkanie. I zupełnie
wystarczy mi ślub cywilny, bo nie jestem katoliczką. Babcia brała ślub w cerkwi,
moi rodzice tylko cywilny ja nie jestem ochrzczona, więc odpada ślub kościelny,
bo żeby go dostąpić musiałabym wpierw się ochrzcić, potem przyjąć pierwszą
komunię, potem mieć bierzmowanie i wcale nie mam takiego zamiaru.
I nie jest to sprawa pieniędzy a tylko i jedynie poglądów.
A na białej sukni i weselu to mi wcale nie zależy. Może byłoby miło gdzieś
pojechać zaraz po ślubie ale nie jest to wcale konieczne.
Bardzo trzezwo myślisz dziecino - powiedziała matka Michała.
Prawdę mówiąc, my się zgodzimy na wszystko co wy w tej materii sobie
wydumacie - to wasz ślub i ma być taki jaki wam odpowiada, nawet gdybyście
mieli go brać w kopalni 500 metrów pod ziemią.
Ale jak widzę aż tak ekstremalnego ślubu nie będzie- dokończyła z uśmiechem.
c.d.n.
Całą drogę padał mokry śnieg, było ślisko i prowadzenie samochodu wymagało
naprawdę skupienia.
Rozmowa sprowadzała się do narzekania obu mężczyzn na opieszałość służb
drogowych, na bardzo złą widoczność i na niedostatki starego samochodu.
Z rozmowy wynikało, że odbiór nowego samochodu miał "poślizg" i nawet fakt,
że połowę kosztów szwagier Michała uiścił w dewizach nie miał właściwie
żadnego wpływu na to, by odbiór nastąpił w terminie.
Michalina pocieszyła ich, że "poślizgi" są również w budownictwie -jakaś jej
znajoma z kursu niemal rok temu miała odebrać klucze do nowego mieszkania,
ale sądząc po stanie w jakim jest budynek, to będzie dobrze gdy mieszkanie
będzie do odbioru za rok.
Michalina była już zmęczona tą jazdą, zmarzły jej nogi, chciało się pić, ale
myśl, że każdy postój to "strata czasu" powstrzymywała ją przed mówieniem
o swych potrzebach i gdyby nie pytanie Stefana, czy nie jest jej przypadkiem
zbyt chłodno, cierpiałaby dalej.
Postanowili zrobić krótką przerwę w podróży w najbliższej miejscowości.
Stefan zatrzymał się koło zajazdu, przy którym parkowało wiele TIRów.
Przekonał się bowiem, że jeżeli w którymś zajezdzie dobrze karmią, to
zawsze pełno przy nim TIRów.
Postanowili zjeść solidną, gorącą zupę i tradycyjnego schabowego, a do kawy
Michał sobie i Michalinie dodał po pół kieliszka koniaku. Gdy wsiadali do
samochodu Stefan wyciągnął z torby gruby, wełniany koc i razem z Michałem
opatulili nim Michalinę, zdjąwszy jej wcześniej buty. Po ciepłym posiłku
i wzmocnionej kawie Michalina zasnęła jak niemowlę.
Została obudzona dopiero na podwórku domu siostry Michała. Niewiele
brakowało a byłaby wysiadła bez butów.
Siostra Michała bardzo serdecznie powitała Michalinę, śmiała się radośnie,
że "przyjechały dwa Michały", potem zaprowadziła Michalinę do pokoju
na piętrze, pokazała co gdzie jest, powiedziała, że Michalina może używać
wszystko co jest w łazience, łącznie ze szlafrokiem i powiedziała, że zaczeka na
nią na dole. A Michał chyba chyba pójdzie do rodziców, nie wiadomo po co bo
przecież oni przyjdą za dwie godziny na kolację.
Pokój miał wystrój w tonacji delikatnej, jasnej zieleni, narzuta na tapczanie,
poduszki , dywan, zasłony - wszystko jaśniało bladą zielonością i podkreślało
prostotę jasnych mebli rodem z ŁADu lub Cepelii.
Pokój był przytulny a okno wychodziło na wielką , białą, okrytą śniegiem
płaszczyznę, za którą widać było nieduży zagajnik.
Michalina kontemplowała przez dłuższą chwilę krajobraz, wreszcie poszła do
łazienki, odświeżyła się nieco i zmieniła ubranie.
Potem, nieco stremowana, zeszła na dół.
Okazało się, że nie ma Michała i Stefana , obaj poszli po choinkę do ogrodnika.
Basia, siostra Michała, usadziła w kuchni Michalinę, zrobiła jej herbatę, podała
do niej domowe ciasteczka i z uśmiechem powiedziała- cieszę się, że będziesz
w naszej rodzinie. Jesteś taka jakaś inna, jakby z nieco innej epoki. Nigdy się
nie malujesz?
Michalina roześmiała się - chciałabym się malować, ale niemal wszystko mnie
uczula. Włosy myję szamponem dla dzieci , używam dziecięcego mydła a
kremem przeciw odparzeniom smaruję twarz. To jest dość męczące, niestety.
Chciałabym móc umalować oczy, wytuszować rzęsy, ale zamiast się upiększyć
wyglądałabym jak ropucha, bo zaraz bym była cała opuchnięta. Chciałabym też
móc ufarbować włosy, ściąć je, mieć trwałą ondulację. Ale nie zrobię tego, boję
się uczulenia.
Basia objęła ją i leciutko uścisnęła- ale tobie wcale nie jest potrzebna zmiana
koloru włosów, masz taki ładny popielaty blond! I tak stylowo zaplatasz włosy!
Uważam, że wyglądasz świetnie, mój brat ma dobry gust.
O, zobacz, nasi panowie wracają. Stały we dwie przy oknie, obserwując jak
panowie manewrują w furtce z bardzo dużą i zapewne ciężką choinką, którą
ponieśli za dom, znikając z pola widzenia.
Chyba nieco zaszaleli, to jest ogromna jodła, nie wiem jak ona się zmieści
w salonie- martwiła się Basia.
No ale to będzie ich zmartwienie, nie nasze - pocieszyła ją Michalina.
Pomożesz mi trochę w szykowaniu kolacji? -zapytała Basia.
Michalina szybko skinęła głowa- tylko mi powiedz co mam robić, bardzo
chętnie pomogę.
Co cztery ręce to nie dwie. Basia stwierdziła, że kolację zjedzą nie w salonie a
w kuchni, bo tu jest wygodniej, wszystko jest pod ręką. Włączyła piekarnik
i ze spiżarni przylegającej do kuchni wyjęła olbrzymią blachę wypełnioną
jakimiś składnikami. Potem Michalina miała stopniowo polewać zawartość
blachy śmietaną z żółtkami i gdy piekarnik osiągnie 220 stopni wstawić blachę
do piekarnika. Tymczasem Basia kroiła składniki sałatki warzywnej, układała
w koszyku kromki pieczywa, zdobiła masło listkami natki. Zapiekanka miała
spędzić w piekarniku 30 minut, czyli wyjmą ją z piekarnika równo w pięć minut
po przyjściu rodziców i młodszego brata.
Oni są straszliwie punktualni- jak powiedzieli, że przyjdą o siódmej, to mur-beton
wejdą co do sekundy o siódmej, zobaczysz- informowała Michalinę Basia.
Mama ma lekkiego fioła na punkcie punktualności, co czasami jest straszliwie
denerwujące nas wszystkich. Bo nie żyjemy przecież na bezludnej wyspie,
w wielu przypadkach zależymy od działania innych osób, a ludzie są przecież
bardzo różni- perorowała Basia.
Michalina roześmiała się - każdy z nas ma jakiegoś fioła, który innym przeszkadza.
Ja się wcale nie mogę dogadać ze swoimi rodzicami, wszystko według nich robię
zle. Gdyby nie babcia to bym chyba się powiesiła. Basia kiwnęła ze zrozumieniem
głową - w wielu domach tak bywa.
Gdy zegar pokazał siódmą zabrzmiał dzwonek przy furtce, Basia nacisnęła guzik
domofonu i wyszła do przedpokoju. Po chwili do kuchni weszli rodzice Michała
i jego młodszy brat, który otrzymał od Basi polecenie odszukania Stefana i
Michała. Matka Michała podeszła do Michaliny i mówiąc "witaj dziecino" mocno
ją objęła. Jesteś taka, jak cię opisywał Michał.
Przyszły teść uśmiechnął się , wydobył Michalinę z objęć swej żony , też ją objął
i powiedział - witaj w rodzinie.
Po chwili wpadł jaki burza młodszy brat i to wprost na Michalinę omal jej nie
wywracając, za co został skarcony przez Basię.
Ja jestem Tomek, brat Basi i Michała, czy to prawda, że zostaniesz moją bratową?
Żywiołowy młody człowiek został spiorunowany wzrokiem mamy, spiekł raka
i szybko wyjąkał- przepraszam, ale nie powiedziałem przecież nic złego.
Całe to powitanie wzruszyło i rozśmieszyło Michalinę. W kilka minut pózniej
wrócili Stefan i Michał a Basia poprosiła by wszyscy usiedli do stołu.
Michalina siedziała obok Michała, który promieniał, dopytywał się czy wszystko
Michalinie smakuje, co chwilę zaglądał w jej oczy a Michalina "topniała".
Minęła trema, nie czuła się tu obco, co ją w pewien sposób zdziwiło.
Żałowała, że nie ma tu babci, której z całą pewnością spodobałaby się rodzina
Michała.
Przy deserze ojciec zapytał Michała o ślub- kiedy planują, jaki i gdzie, czy chcą
mieć wesele. Michał zerkając na Michalinę powiedział, że ze ślubem jeszcze
nieco poczekają, że nie chcą brać ślubu kościelnego a wesele to im raczej nie
jest potrzebne. Bo wesele to tylko duży wydatek, lepiej będzie gdy najbliższa
rodzina obojga spotka się na wspólnym obiedzie w którejś restauracji.
No i chyba jasne, że ślub odbędzie się w Warszawie.
No dobrze, ale co o tym sądzi twoja narzeczona? Może jednak chce mieć swoje
przysłowiowe pięć minut i wystąpić w pięknej, białej sukni , posłuchać
w zadumie pieśni Ave Maria a potem przetańczyć w twych ramionach całą noc?
Michasiu, powiedz proszę, co ty o tym sądzisz.
Michalina zarumieniła się i bardzo cicho powiedziała- ślub chyba odłożymy do
czasu, aż oboje zaczniemy pracować, żeby móc wynająć mieszkanie. I zupełnie
wystarczy mi ślub cywilny, bo nie jestem katoliczką. Babcia brała ślub w cerkwi,
moi rodzice tylko cywilny ja nie jestem ochrzczona, więc odpada ślub kościelny,
bo żeby go dostąpić musiałabym wpierw się ochrzcić, potem przyjąć pierwszą
komunię, potem mieć bierzmowanie i wcale nie mam takiego zamiaru.
I nie jest to sprawa pieniędzy a tylko i jedynie poglądów.
A na białej sukni i weselu to mi wcale nie zależy. Może byłoby miło gdzieś
pojechać zaraz po ślubie ale nie jest to wcale konieczne.
Bardzo trzezwo myślisz dziecino - powiedziała matka Michała.
Prawdę mówiąc, my się zgodzimy na wszystko co wy w tej materii sobie
wydumacie - to wasz ślub i ma być taki jaki wam odpowiada, nawet gdybyście
mieli go brać w kopalni 500 metrów pod ziemią.
Ale jak widzę aż tak ekstremalnego ślubu nie będzie- dokończyła z uśmiechem.
c.d.n.
Subskrybuj:
Posty (Atom)