Zapewne wszystkich dziwi co to za imię "Nowa" - to nie imię, ale ksywka,
na którą Nowa sama zapracowała. Przez pierwsze dni wszędzie przedstawiała się
w dość osobliwy sposób: "dzień dobry, jestem tu nowa"....i tu wyłuszczała sprawę.
I tak dostała ksywkę Nowa, choć wszyscy wiedzieli, że ma zupełnie inne imię.
Ale przynajmniej było wiadomo o którą osobę idzie, bo prawdziwe imię Nowej
było wówczas dość popularne i jej imienniczek było kilka.
Luśka też wcale nie była Luśką, była to przeróbka jej rzeczywistego imienia.
Obie ksywki bardzo przylgnęły do swych właścicielek i wcale im nie przeszkadzały.
Po niemal roku znajomości rodzina jakby im się powiększyła - Nowa wrosła
w rodzinę Lusi, Lusia z kolei w jej rodzinę. Przez obie rodziny były całkowicie
akceptowane i w pewnym sensie czuły się wręcz siostrami.
Łączyła je jeszcze jedna sprawa- obie były wychowywane w duchu przedwojennym,
takie typowe panienki z dobrego domu.
Obu w domach wmawiano im, że należy koniecznie wyjść za mąż, najlepiej za kogoś
kto już ukończył studia i ma pracę.
I obydwie przeżyły spore rozczarowanie- kandydat Lusi był bardziej zainteresowany
interesem, który prowadził jej ojciec niż samą Lusią.
Bardzo chciał zostać wspólnikiem jej ojca, a kiedy okazało się, że nie ma szans na taką
spółkę skorzystał z nadarzającej się okazji i wyjechał z Polski, choć był już wyznaczony
termin ślubu a krawcowa szyła już suknię ślubną.
Nawet się nie pożegnał z Lusią przysłał jej tylko kartkę z informacją, że właśnie
wyjeżdża, bo trafiła mu się okazja wyjazdu za żelazną kurtynę.
Więcej go Lusia nie widziała, wspólni znajomi też nie.
A Nowa przyłapała swego kandydata na męża na kilku kłamstewkach. Gdy ze łzami
w oczach i sercem w gardle przeanalizowała swój związek z tym panem, doszła do
wniosku, że cały czas była oszukiwana. Bolało, ale to ona zerwała, co było w pewnym
sensie pociechą, ale zaskoczeniem dla rodziny Nowej.
No bo był starszy, ustabilizowany zawodowo, opiekuńczy a tu nagle Nowa odstawia
jakieś fochy.
Od tej pory obie panienki postanowiły poprzebierać nieco w "towarze", nie nabierać się
na słodkie słówka, nie zakochiwać się na zabój, a gdy tylko coś zmierzało w stronę
małżeństwa - natychmiast zrywać znajomość.
Zaczęło się nawet całkiem radosne życie - jak na ówczesne warunki. Popołudniowe
fajfy w Grand Hotelu, dancingi sobotnie, kluby studenckie, Stodoła, Hybrydy,
życie było niemal piękne.I tego miłego nastroju nawet nie zmroził fakt, że zostały
obie zwolnione w ramach redukcji etatów. No cóż, sama matura to było nieco za
mało. Ważny był papierek z wyższej uczelni- wszystko jedno z jakiej, bo liczył się
głównie papierek a nie rzeczywiste umiejętności.
Przyjaciółki złożyły dokumenty w "pośredniaku" obie załapały się do pracy w różnych
w zakładach przemysłowych - Lusię skierowano do działu zaopatrzenia, Nowa
dostała pracę laborantki w biurze konstrukcyjnym i...skierowanie do wieczorowego
technikum elektronicznego.
Skończyły się nagle wesołe czasy, Nowa nic a nic nie pojmowała z tego czego
uczyli w owym technikum. Wprawdzie w pracy naprawdę dobrze sobie radziła, ale
nic do niej nie docierało na wykładach w technikum.
Z całej tej sytuacji wybawiła ją choroba - Nowa była bite trzy miesiące na zwolnieniu
lekarskim. Gdy wróciła, ktoś ze znajomych załatwił jej pracę w jednym z branżowych
ośrodków informacji naukowo-technicznej i Nowa rozstała się z dotychczasową
pracą.
Lusia z kolei jakoś nie mogła się odnależć pracując w zaopatrzeniu. Rozstała się
z dotychczasowym miejscem pracy bez większego żalu. Teoretycznie nie było wtedy
bezrobocia ale tak naprawdę dobrą pracę można było znależć tylko po znajomości.
Zmieniła zakład przemysłowy na jedno z biur projektowych i zaczęła pracować
w dziale prawnym, w charakterze "przynieś, zanieś, napisz".
W tym czasie Nowa poznała pewnego chłopaka - nie był za bardzo rozrywkowy,
pracował i kończył studia na Politechnice.
Pomału, pomału Nowa zaczęła odmrażać swe serce. Co prawda wg opinii rodziny
nie był idealnym kandydatem na męża, ale mieli naprawdę dużo wspólnych tematów
i strasznie mało czasu dla siebie, bo chłopak pracował i studiował.
Gdy Nowa zorientowała się, że zbyt często myśli o swym nowych chłopaku i tęskni
za nim , postanowiła zerwać tę znajomość- ale efekt był zupełnie nieoczekiwany-
zamiast zerwania ustalili, że się pobiorą. Oboje wiedzieli, że nie mają mieszkania, że
ich rodziny raczej nie będą zachwycone takim obrotem sprawy, że to szaleństwo, ale
kilka miesięcy pózniej wzięli ślub.
A Lusia dzielnie im sekundowała - była świadkiem na ich ślubie, przez jakiś czas
nowożeńcy mieszkali nawet w domu, który pod Warszawą wynajmowali rodzice
Lusi i młodzi płacili jej rodzicom tylko za media.
Niewątpliwie było to dość tanie rozwiązanie, ale bardzo niewygodne z uwagi na
długie dojazdy.
Postanowili więc wynajmować mieszkanie w Warszawie i żyć tylko z jednej pensji-
druga szła w całości na wynajem lokum.
Już w pierwszym roku małżeństwa Nowa dokonała wielu odkryć, niemal tak
doniosłych jak odkrycie Ameryki przez Kolumba. I każdym odkryciem dzieliła się
z Lusią.
Dość szybko odkryła, że niemal wszystkie opowiadania o wredności teściowych nie są
wyssane z palca. Na szczęście nie mieszkali pod jednym dachem z teściową, a jej mąż
nie był ślepo zapatrzony w swą mamuśkę , mało tego, stał murem za Nową i nie słuchał
co mu mamusia do ucha szepcze. W sumie - "szło wytrzymać" w temacie teściowa.
Drugie epokowe odkrycie dotyczyło układów rodzinnych - Nowa przekonała się, że
rodzina to dość puste słowo i najlepiej wychodzi się z rodziną na zdjęciu, a najgorzej
gdy się uwierzy, że rodzina chce dla wszystkich swych członków samego dobra.
Kolejne odkrycie dotyczyło mężczyzn. Nowa nagle odkryła, że to jest jednak zupełnie
inny gatunek biologiczny a te same słowa mają zupełnie inne znaczenia dla kobiety
i mężczyzny. Bardzo ją zadziwiło, że nie dostrzegła tego faktu przed ślubem. Podobnie
jak i pewnego syndromu "psa ogrodnika", który nikomu nie użyczy jabłek, choć sam ich
nie je.
Gdy dokonała tych epokowych odkryć zaczęła zastanawiać się nad......rozwodem. Może
nie natychmiast, ale z czasem, gdy więcej spraw ją rozczaruje i zdenerwuje.
Wszystkie swe wątpliwości i rozterki omawiała z Lusią. Mąż Nowej nie przepadał za
Lusią, ale nie śmiał żądać od żony by przestała się z nią przyjażnić.
A Lusia, wysłuchawszy wszystkich nieznanych sobie dotąd prawd o małżeństwie, które
zdaniem Nowej było mocno przereklamowaną sprawą, nadal szukała kandydata na męża
dla siebie.
I nadal poszukiwała go w grupie mężczyzn wysokich, zupełnie nie przejmując się dość
popularnym wtedy powiedzeniem "wysoki jak brzoza a durny jak koza".
W swych poszukiwaniach męża Lusia była mocno wspierana przez matkę - każdy
ewentualny kandydat był zapraszany na niedzielny obiad a walory Lusi wychwalane
przez jej matkę podczas tego niedzielnego obiadu. Nowa z mężem też często bywali na
tych niedzielnych obiadkach i z trudem hamowała wybuchy śmiechu, gdy mama Lusi
opowiadała bajki, że cały obiad to Lusia sama przygotowała. Zarówno Lusia jak i Nowa
miały pojęcie o gotowaniu takie samo jak o życiu na Marsie.
Nowa co prawda nauczyła się już gotowania wody na herbatę i raz odsmażyła kupione
w garmażu kopytka, a Lusia nawet pokroiła jarzyny do sałatki, ale obie jeszcze ani razu nie ugotowały same obiadu. Więc opowieści Luśczynej mamy o umiejętnościach kucharskich
córki wielce obie dziewczyny bawiły.
W czasie tych niedzielnych obiadów bledziutko wypadali kandydaci na męża - mało
który z dryblasów umiał się posługiwać prawidłowo sztućcami a śnieżno biały obrus jakby
paraliżował ich ruchy i głęboko ukrywał w zakamarkach mózgu wszystkie właściwe
słowa.
Śnieżno biały adamaszkowy obrus, lub ręcznie robiony koronkowy, srebrne sztućce,
srebrna taca z pięknie pachnącym i upieczonym kurczakiem, zastawa porcelanowa rodem
z fabryki Rosenthala, sosjerki, a na dodatek srebrne podpórki do sztućców, adamaszkowe serwetki i kryształowe kieliszki do wina mocno onieśmielały większość dryblasów.
No ale dla obu dziewczyn ten odświętny obiad nie był czymś niespotykanym. Mąż Nowej,
choć w domu nigdy tak nie jadał, szybko opanował zdumienie i sztukę konsumpcji
w takich warunkach.
99,9% procent kandydatów na męża wytrzymało najwyżej jeden taki obiad. Wysiłek
włożony w akt spożywania obiadu zrażał niemal wszystkich dryblasów.
Chociaż zdarzył się jeden wyjątek - przyjrzawszy się półmiskowi z poporcjowanym
kurczakiem, ponaglany przez mamę Lusi, by wybrał sobie część, na którą ma ochotę,
ów "wyjątek"powiedział - "ja bym zjadł szyjkę, ale tu jej nie ma".
Nowa kłusem pognała do łazienki by się wyśmiać, Lusi policzki pokrył czerwony kolor,
a mama Lusi spokojnie wyjaśniła: "przykro mi - szyjka była dodana do gotowania smaku
na zupę".
I to był ostatni taki obiad. Następny był dopiero po ślubie Lusi.
ciąg dalszy nastąpi.
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
sobota, 1 września 2018
piątek, 31 sierpnia 2018
Przyjaciółki
Poznały się zaraz po maturze , w swej pierwszej pracy.
Lusia pracowała już prawie pół roku, gdy do pracowni projektowej dołączyła
Nowa. Ich spotkanie było nieco nietypowe, bowiem pierwszy raz spotkały się
w damskiej łazience. Luśka walczyła ze zsuwającym się z nogi bandażem,
a Nowa widząc jej problemy zaoferowała swą pomoc. Nowa była po jakimś
kursie udzielania pierwszej pomocy, więc zabandażowanie kończyny było dla
niej przysłowiową "pestką". Z krótkiej rozmowy dowiedziała się, że Lusia od
dwóch lat walczy z żylakami, teraz była na zabiegu zamykania niedrożnych
żył i po wstrzyknięciu w nie jakiegoś preparatu, musiała przez kilka tygodni
bandażować nogę.
Przez następne dwa tygodnie Nowa niemal codziennie bandażowała tę
chorą nogę Lusi, przy okazji zaczęły się bliżej poznawać.
Obie były najmłodszymi pracownicami, obie zmuszone sytuacją rodzinną do
wczesnego podjęcia pracy, obie jedynaczki.
Zaczęły razem chodzić na śniadania do biurowego bufetu, razem po pracy
zaglądać do pobliskich sklepów, zwierzać się sobie z różnych tajemnic.
Obydwie były po zerwaniu dotychczasowych związków, które miały być
"ukoronowane" małżeństwem.
Dziewczyny rozumiały się świetnie i wcale im nie przeszkadzało, że razem
stanowiły dość zabawny obraz- Lusia, jak na owe czasy była bardzo wysoka, bo
miała 175 cm wzrostu, a Nowa była równo 20 centymetrów niższa. Obydwie
gustowały w wysokich chłopakach, z tym, że Nowej do pełni szczęścia wystarczał
chłopak pomiędzy 175 a 180 cm wzrostu, a Lusia poszukiwała osobnika około
190 cm wzrostu, by móc swobodnie chodzić przy nim w szpilkach, które w tym
czasie były niezmiernie modnym obuwiem na całą dobę.
Nowa polowała w sklepach na wysokie szpilki, Lusia na niskie.
Lusia była po kursie kreślarskim i pracowała jako jedna z kreślarek w tej
pracowni. To były czasy, gdy na jedną kreślarkę przypadało dwóch inżynierów
projektantów. Projektant rysował swój projekt na kalce kreślarskiej ołówkiem,
a kreślarki następnie wszystkie linijki pokrywały tuszem, różnicując grubość
kresek wg im znanych przepisów, które poznawały na kursie kreślarskim.
Nowa była jedną z dwóch sekretarek pracowni, w której pracowała Lusia.
Przedsiębiorstwo Projektowe w którym pracowały było jednym z największych
w Polsce, projekty obejmowały różne przedsięwzięcia realizowane nie tylko
w Polsce ale i w innych krajach - tu powstawały projekty wielu nowych
osiedli mieszkaniowych, nowych szpitali i wielu innych obiektów użyteczności
publicznej.
Biuro zajmowało dwa oddzielnie stojące budynki, połączone podziemnym
przejściem.
Kilka lat wcześniej, gdy jeszcze żadna z nich tu nie pracowała, należało po budynku
poruszać się z odpowiednią plakietką przypiętą w widocznym miejscu, a na każdym
piętrze, przy schodach, stał uzbrojony strażnik.
Wiadomo - wszystko było tajne łamane przez poufne, bo wróg czyhał dookoła.
Budynek w którym pracowały był wewnątrz rotundą. Jednym z milszych zajęć
wszystkich niemal pracowników było wystawanie przy kamiennych balustradach,
popatrywanie w dół, obgadywanie wchodzących i wychodzących.
Drugim, chyba jeszcze milszym zajęciem było przesiadywanie w bufecie,
w którym mieściła się również duża stołówka pracownicza.
Prawdę mówiąc to wszystkie pracownie były bardzo zapchane- pomiędzy biurkami,
stołami kreślarskimi, kulmanami i stołkami trudno było się przeciskać, nie było
na czym postawić szklanki z herbatą ani miejsca by tę wodę na herbatę lub kawę
zagotować.
Poza tym projektant budynku zadbał o utrzymywanie przez pracowników
dobrej kondycji fizycznej- w budynku była jedna stara, mała winda na sześć
osób. Do tego wszystkiego miewała niemiły zwyczaj zatrzymywania się pomiędzy
piętrami, więc większość pracowników korzystała ze schodów. Zresztą jedna
mała winda i tak nie wystarczała dla kilkuset osób.
Nie bardzo wiadomo co za geniusz zaprojektował ten budynek, ale żeby
przedostać się podziemnym przejściem do drugiego budynku trzeba było przejść
około 200 metrów. Po drodze mijało się bufet wraz ze stołówką i salę kinową,
w której nigdy nie wyświetlano żadnych filmów.
Dodatkową atrakcją wędrowania pomiędzy budynkami był często brak oświetlenia.
Nie wiadomo - czy ktoś celowo wykręcał żarówki czy może same się przepalały,
ale były to dni, gdy większość pań wędrowała podziemiami grupowo.
Wszystkie sekretarki zastanawiały się co za debil tak urządził biuro, że po każdy
podpis generalnego projektanta na dokumentacji trzeba było wędrować do drugiego
budynku z całą stertą już gotowych dokumentów, które ważyły często po kilka
kilogramów. Biedne sekretarki targały te sterty teczek do podpisu, po kilku
godzinach musiały przyjść po raz drugi by je odebrać i zanieść do kancelarii i
przekazać do wysłania. Żeby było śmieszniej to kancelaria była w tym samym
budynku co dyrekcja i generalni projektanci, ale nikt nie pomyślał, by sekretarka
któregoś z generalnych projektantów sama odniosła do kancelarii podpisane
dokumenty, opatrzone pismem przewodnim.
Pojęcie "organizacja pracy" nie było tu znane.
Ale bywało wesoło. Kierownik pracowni, w której były zatrudnione Lusia i Nowa
większość czasu spędzał na czytaniu gazet. Raz dziennie wpadał "na halę", obrzucał
spojrzeniem personel, zadawał pytanie retoryczne "no jak idzie?" po czym wracał
do swego pokoju , mówił, że będzie za 2 godziny i znikał.
Przed wyjściem obrzucał ognistym spojrzeniem pierwszą sekretarkę i teatralnie
wzdychał. Gdy się za nim zamykały drzwi Dorota wypuszczała głośno powietrze,
dodając z cicha- no wreszcie ten debil się wyniósł. A debilowi wyraznie się Dorota
podobała, tylko on się Dorocie nie podobał.
Prawdę mówiąc to chyba żadnej z młodych dziewczyn pan kierownik się nie podobał-
miał zapewne 35 lub 37 lat, był wyraznie zatłuszczony i jakiś taki pomięty, tkanka
tłuszczowa zaczynała się na podbródku pokrywając obficie klatkę piersiową i
ciążę pokarmową.
Zapewne gdyby ważył ze 30 kg mniej to byłby całkiem przystojnym facetem. Tyle
tylko, że on nadal miał o swej urodzie bardzo dobre wyobrażenie i wydawało się
biedakowi, że nadal jest atrakcyjnym mężczyzną.
Wszystkie kreślarki bardzo współczuły obu sekretarkom, że siedzą z nim w jednym
pokoju.
Pewnego jesiennego dnia, już po ósmej rano, kierownik, który w nomenklaturze
tej pracowni nosił ksywkę Materac, wtoczył się do pokoju i natychmiast podszedł
do okna szeroko je otwierając i mówiąc - chodzcie tu obie i patrzcie.
Dorota i Nowa podeszły do okna - widzicie? -zakrzyknął Materac.
Ale co?- zapytały zgodnie.
Nooo, mój samochód, nowy, wartburg!!! -wrzeszczał Materac radośnie.
Ale ja nie wiem jak wygląda wartburg- wyjęczała Dorota. A jaki ma kolor, to my
poznamy go po kolorze - dodała Nowa.
Materac się zdziwił- jak to, to panie nie wiedzą jak wygląda wartburg?
Przecież żadna z nas nie ma samochodu - uświadomiła go Dorota.
A Nowa dodała- ja tylko znam warszawę, wołgę syrenkę i alfa romeo. No to jaki
kolor ma ten pana wartburg?
Taki jaśniejszy niż czerwony- wyjąkał Materac i wskazał paluchem na stojącego
w dole różowego wartburga.
No ładny ten różowy wartburg, orzekła Dorota, no nie? zwróciła się do Nowej.
Nowa pokiwała głową i dodała.- ładny i pewnie żonie się podoba.
To może Was przewieżć po mieście - zaproponował Materac.
Nie da rady szefie, za 20 minut ma pan dziś nasiadówkę u GP.
O Jezu, zupełnie zapomniałem- ryknął Materac.
Dorota uśmiechnęła się - spokojnie, materiały są w pańskiej szafie , w zielonej
teczce.
Ze stoickim spokojem zamknęła okno, podeszła do szafy i wyjęła zieloną teczkę.
Materac porwał ją, obrzucił nieprzytomnym wzrokiem i zapytał: ale fajny. ten
samochodzik, prawda?
Prawda, szefie, prawda, odparły chórem.
c.d.
Lusia pracowała już prawie pół roku, gdy do pracowni projektowej dołączyła
Nowa. Ich spotkanie było nieco nietypowe, bowiem pierwszy raz spotkały się
w damskiej łazience. Luśka walczyła ze zsuwającym się z nogi bandażem,
a Nowa widząc jej problemy zaoferowała swą pomoc. Nowa była po jakimś
kursie udzielania pierwszej pomocy, więc zabandażowanie kończyny było dla
niej przysłowiową "pestką". Z krótkiej rozmowy dowiedziała się, że Lusia od
dwóch lat walczy z żylakami, teraz była na zabiegu zamykania niedrożnych
żył i po wstrzyknięciu w nie jakiegoś preparatu, musiała przez kilka tygodni
bandażować nogę.
Przez następne dwa tygodnie Nowa niemal codziennie bandażowała tę
chorą nogę Lusi, przy okazji zaczęły się bliżej poznawać.
Obie były najmłodszymi pracownicami, obie zmuszone sytuacją rodzinną do
wczesnego podjęcia pracy, obie jedynaczki.
Zaczęły razem chodzić na śniadania do biurowego bufetu, razem po pracy
zaglądać do pobliskich sklepów, zwierzać się sobie z różnych tajemnic.
Obydwie były po zerwaniu dotychczasowych związków, które miały być
"ukoronowane" małżeństwem.
Dziewczyny rozumiały się świetnie i wcale im nie przeszkadzało, że razem
stanowiły dość zabawny obraz- Lusia, jak na owe czasy była bardzo wysoka, bo
miała 175 cm wzrostu, a Nowa była równo 20 centymetrów niższa. Obydwie
gustowały w wysokich chłopakach, z tym, że Nowej do pełni szczęścia wystarczał
chłopak pomiędzy 175 a 180 cm wzrostu, a Lusia poszukiwała osobnika około
190 cm wzrostu, by móc swobodnie chodzić przy nim w szpilkach, które w tym
czasie były niezmiernie modnym obuwiem na całą dobę.
Nowa polowała w sklepach na wysokie szpilki, Lusia na niskie.
Lusia była po kursie kreślarskim i pracowała jako jedna z kreślarek w tej
pracowni. To były czasy, gdy na jedną kreślarkę przypadało dwóch inżynierów
projektantów. Projektant rysował swój projekt na kalce kreślarskiej ołówkiem,
a kreślarki następnie wszystkie linijki pokrywały tuszem, różnicując grubość
kresek wg im znanych przepisów, które poznawały na kursie kreślarskim.
Nowa była jedną z dwóch sekretarek pracowni, w której pracowała Lusia.
Przedsiębiorstwo Projektowe w którym pracowały było jednym z największych
w Polsce, projekty obejmowały różne przedsięwzięcia realizowane nie tylko
w Polsce ale i w innych krajach - tu powstawały projekty wielu nowych
osiedli mieszkaniowych, nowych szpitali i wielu innych obiektów użyteczności
publicznej.
Biuro zajmowało dwa oddzielnie stojące budynki, połączone podziemnym
przejściem.
Kilka lat wcześniej, gdy jeszcze żadna z nich tu nie pracowała, należało po budynku
poruszać się z odpowiednią plakietką przypiętą w widocznym miejscu, a na każdym
piętrze, przy schodach, stał uzbrojony strażnik.
Wiadomo - wszystko było tajne łamane przez poufne, bo wróg czyhał dookoła.
Budynek w którym pracowały był wewnątrz rotundą. Jednym z milszych zajęć
wszystkich niemal pracowników było wystawanie przy kamiennych balustradach,
popatrywanie w dół, obgadywanie wchodzących i wychodzących.
Drugim, chyba jeszcze milszym zajęciem było przesiadywanie w bufecie,
w którym mieściła się również duża stołówka pracownicza.
Prawdę mówiąc to wszystkie pracownie były bardzo zapchane- pomiędzy biurkami,
stołami kreślarskimi, kulmanami i stołkami trudno było się przeciskać, nie było
na czym postawić szklanki z herbatą ani miejsca by tę wodę na herbatę lub kawę
zagotować.
Poza tym projektant budynku zadbał o utrzymywanie przez pracowników
dobrej kondycji fizycznej- w budynku była jedna stara, mała winda na sześć
osób. Do tego wszystkiego miewała niemiły zwyczaj zatrzymywania się pomiędzy
piętrami, więc większość pracowników korzystała ze schodów. Zresztą jedna
mała winda i tak nie wystarczała dla kilkuset osób.
Nie bardzo wiadomo co za geniusz zaprojektował ten budynek, ale żeby
przedostać się podziemnym przejściem do drugiego budynku trzeba było przejść
około 200 metrów. Po drodze mijało się bufet wraz ze stołówką i salę kinową,
w której nigdy nie wyświetlano żadnych filmów.
Dodatkową atrakcją wędrowania pomiędzy budynkami był często brak oświetlenia.
Nie wiadomo - czy ktoś celowo wykręcał żarówki czy może same się przepalały,
ale były to dni, gdy większość pań wędrowała podziemiami grupowo.
Wszystkie sekretarki zastanawiały się co za debil tak urządził biuro, że po każdy
podpis generalnego projektanta na dokumentacji trzeba było wędrować do drugiego
budynku z całą stertą już gotowych dokumentów, które ważyły często po kilka
kilogramów. Biedne sekretarki targały te sterty teczek do podpisu, po kilku
godzinach musiały przyjść po raz drugi by je odebrać i zanieść do kancelarii i
przekazać do wysłania. Żeby było śmieszniej to kancelaria była w tym samym
budynku co dyrekcja i generalni projektanci, ale nikt nie pomyślał, by sekretarka
któregoś z generalnych projektantów sama odniosła do kancelarii podpisane
dokumenty, opatrzone pismem przewodnim.
Pojęcie "organizacja pracy" nie było tu znane.
Ale bywało wesoło. Kierownik pracowni, w której były zatrudnione Lusia i Nowa
większość czasu spędzał na czytaniu gazet. Raz dziennie wpadał "na halę", obrzucał
spojrzeniem personel, zadawał pytanie retoryczne "no jak idzie?" po czym wracał
do swego pokoju , mówił, że będzie za 2 godziny i znikał.
Przed wyjściem obrzucał ognistym spojrzeniem pierwszą sekretarkę i teatralnie
wzdychał. Gdy się za nim zamykały drzwi Dorota wypuszczała głośno powietrze,
dodając z cicha- no wreszcie ten debil się wyniósł. A debilowi wyraznie się Dorota
podobała, tylko on się Dorocie nie podobał.
Prawdę mówiąc to chyba żadnej z młodych dziewczyn pan kierownik się nie podobał-
miał zapewne 35 lub 37 lat, był wyraznie zatłuszczony i jakiś taki pomięty, tkanka
tłuszczowa zaczynała się na podbródku pokrywając obficie klatkę piersiową i
ciążę pokarmową.
Zapewne gdyby ważył ze 30 kg mniej to byłby całkiem przystojnym facetem. Tyle
tylko, że on nadal miał o swej urodzie bardzo dobre wyobrażenie i wydawało się
biedakowi, że nadal jest atrakcyjnym mężczyzną.
Wszystkie kreślarki bardzo współczuły obu sekretarkom, że siedzą z nim w jednym
pokoju.
Pewnego jesiennego dnia, już po ósmej rano, kierownik, który w nomenklaturze
tej pracowni nosił ksywkę Materac, wtoczył się do pokoju i natychmiast podszedł
do okna szeroko je otwierając i mówiąc - chodzcie tu obie i patrzcie.
Dorota i Nowa podeszły do okna - widzicie? -zakrzyknął Materac.
Ale co?- zapytały zgodnie.
Nooo, mój samochód, nowy, wartburg!!! -wrzeszczał Materac radośnie.
Ale ja nie wiem jak wygląda wartburg- wyjęczała Dorota. A jaki ma kolor, to my
poznamy go po kolorze - dodała Nowa.
Materac się zdziwił- jak to, to panie nie wiedzą jak wygląda wartburg?
Przecież żadna z nas nie ma samochodu - uświadomiła go Dorota.
A Nowa dodała- ja tylko znam warszawę, wołgę syrenkę i alfa romeo. No to jaki
kolor ma ten pana wartburg?
Taki jaśniejszy niż czerwony- wyjąkał Materac i wskazał paluchem na stojącego
w dole różowego wartburga.
No ładny ten różowy wartburg, orzekła Dorota, no nie? zwróciła się do Nowej.
Nowa pokiwała głową i dodała.- ładny i pewnie żonie się podoba.
To może Was przewieżć po mieście - zaproponował Materac.
Nie da rady szefie, za 20 minut ma pan dziś nasiadówkę u GP.
O Jezu, zupełnie zapomniałem- ryknął Materac.
Dorota uśmiechnęła się - spokojnie, materiały są w pańskiej szafie , w zielonej
teczce.
Ze stoickim spokojem zamknęła okno, podeszła do szafy i wyjęła zieloną teczkę.
Materac porwał ją, obrzucił nieprzytomnym wzrokiem i zapytał: ale fajny. ten
samochodzik, prawda?
Prawda, szefie, prawda, odparły chórem.
c.d.
sobota, 19 maja 2018
Opowieści mojej Babci - cz. III
O tym jak to się stało, że obiekt pożądania wszystkich panienek z DKR
dostrzegł Babcię- nie mam pojęcia.
Z okresu ich narzeczeństwa Babcia opowiadała tylko jedną historię-pewnego
dnia na jej twarzy ukazały się pęcherze, które w kilka godzin pokryły całą niemal
buzię, część z nich pękała i krwawiła.
Oczywiście zamiast do pracy Babcia trafiła tego dnia do lekarza, który stwierdził,
że to jest "psi liszaj", i zapytał czy w domu jest pies.
No fakt, był w domu pies, prześliczny owczarek niemiecki o imieniu Lord.
I bardzo możliwe, że pies ją polizał, ale nie był to pierwszy raz, psisko było
w domu od kilkutygodniowego szczeniaka, był wciąż tulony, głaskany. Jak każdy
ulubieniec rodziny.
Lekarz wypisał receptę na sporządzenie w aptece odpowiedniego smarowidła,
nakazał smarowanie twarzy kilka razy dziennie tym smarowidłem i zapewnił,
że w ciągu tygodnia powinno się wszystko wygoić i nie będzie blizn.
Gdy Dziadek zorientował się w biurze, że jego sympatii nie ma w pracy.bardzo
się zaniepokoił.
Po zakończeniu pracy przyszedł do mieszkania Babci, by się dowiedzieć co się
stało. Młodsza siostra Babci wyjaśniła, że niestety jego sympatia jest bardzo
chora, ma zmasakrowaną buzię i leży z okładami na twarzy i zapewne przez
najbliższy tydzień nie będzie mogła chodzić do pracy.
Pomimo próśb nie został wpuszczony do pokoju Babci, która wyglądała ponoć
tragicznie - smarowidło było dość gęstą białą papką i całkiem niezle trzymało
się na twarzy, która wyglądała teraz jak niezbyt udana maska pośmiertna.
Przez cały tydzień Dziadek po pracy przychodził do domu Babci, wypijał z jej
młodszą siostrą herbatę i wciąż łudził się, że następnego dnia ujrzy swą sympatię.
Smarowidło w końcu jakoś zaczęło działać, nie tworzyły się już nowe pęcherze,
a stare przysychały i odpadały. Po długich dziesięciu dniach Babcia wreszcie się
pokazała. Z tej wielkiej radości Dziadek zapytał się Babci, czy i kiedy może
przyjść do jej rodziców i poprosić o jej rękę.
Babcia , zamiast odpowiedzieć zapytała "a czy nie sądzisz, że to mnie się wpierw
powinieneś zapytać o to, czy zechcę być Twą żoną?"
Zupełnie zbity z tropu Dziadek padł na oba kolana i klęcząc jak w kościele
zapytał, czy zgodzi się zostać jego żoną. I w tej pozycji zastali go rodzice Babci.
Ślub ustalono na marzec 1916 roku. Nie wiadomo dlaczego, ale wszyscy łudzili
się, że wraz z końcem 1915 roku skończy się i wojna.
I tak w marcu 1916 roku moi Dziadkowie wzięli ślub.
Wojna nadal trwała, Babcia brała ślub w niedzielnej kreacji, nie było wesela tylko
wspólny, skromny obiad dla najbliższych, których i bez gości było sporo.
Dwaj starsi bracia Babci byli na wojnie, rodzice i siostry Dziadka nie wiedzieli
nic o jego ślubie, mieszkali wszak w innym zaborze.
I tak się radość mieszała ze smutkiem.
Młodzi zamieszkali w mieszkaniu rodziców Babci.
W czasie tej wojny w dość złośliwy sposób spełniło się marzenie mojego
Pradziadka.
Jak mówiła Babcia, jej ojciec bardzo dużo czytał i to nie tylko beletrystykę.
Czasem stawał w drzwiach balkonowych i snuł na głos marzenia - najczęściej
mawiał: "byłoby świetnie, gdyby ludzie wymyślili maszynę cięższą od powietrza,
która unosiłaby się w powietrzu, tak jak statek unosi się na wodzie."
No i wymyślili ludzie tę maszynę , która pewnego dnia nadleciała nad lwowski
dworzec kolejowy i zbombardowała kilka stojących tam pociągów i budynków.
"Trzeba uważać o czym się marzy bo nie każde marzenie jest dobre"- mówiła
Babcia.
Z chwilą wyjścia za mąż Babcia przestała pracować. A Dziadek promieniał,
bo wreszcie miał rodzinę, której mu chyba brakowało. Bo Dziadek od 14 roku
życia mieszkał wpierw na stancji w Poznaniu a potem wyjechał na studia do
Wiednia. A z Wiednia, tuż przed wybuchem wojny trafił do Lwowa.
W niecały rok po ślubie na świat przyszła córeczka - siostra mego ojca. Wszyscy
piali z zachwytu, łącznie z psem, który stał się najczujniejszą niańką.
Każde stęknięcie lub pisk małej podrywał psa na cztery łapy i biegł po Babcię.
Dziadek, który był niesamowicie zdolnym człowiekiem konstruował dla małej
księżniczki różne zabawki - dziecko jeszcze nie umiało chodzić a już miało
domek dla lalek z pełnym umeblowaniem.
Dziadek bardzo lubił swych teściów i dla nich też wciąż robił jakieś drobiazgi.
Nadal nie miał żadnych wiadomości z domu.
Z ulgą wszyscy przyjęli zakończenie wojny i zjednoczenie trzech zaborów
w jedno państwo.
Dziadek postanowił pojechać do swoich rodziców, by ich poinformować, że
się ożenił i ma dziecko. Rodzice i siostry przenieśli się jeszcze podczas jego
studiów z jego rodzinnego Stęszewa do Żnina.
Żegnany Babcinymi łzami pojechał w drugi koniec Polski.
Swych teściów i trzy siostry Dziadka Babcia poznała w 1919 roku- dziecko
miało już 2 lata, więc postanowiono pojechać do Żnina.
Rodzina Dziadka przyjęła Babcię wielce serdecznie, ale trzy dni po przyjezdzie
dziecko zachorowało - mała dostała silnej biegunki.Wezwany lekarz rozkładał
bezradnie ręce, kazał (ku przerażeniu Babci) podawać małej zimną, przegotowaną
wodę przez 24 godziny a potem wodę z gotowania kartofli.
Biegunka ustąpiła, wszyscy odetchnęli z ulgą i wtedy jedna z sióstr Dziadka
powiedziała: "całe szczęście, że mała wyzdrowiała, bo już się martwiłam czy
dostaniemy taka małą trumienkę".
Babcię zamurowało, odwróciła się na pięcie i poszła pakować rzeczy mówiąc po
drodze : "szybko to ja tu z dzieckiem drugi raz nie przyjadę".
I faktycznie - nie tylko, że nie przyjechała szybko- nie pojechała tam już nigdy.
Pamiętam, że dziadek jezdził do Żnina przynajmniej raz do roku, ale zawsze
sam. I nigdy nie pozwoliła bym ja tam pojechała z Dziadkiem.
Od samego początku Babcia zawsze opowiadała o Lwowie - którędy chodziła
do szkoły, dokąd nie wolno było dzieciom chodzić, gdzie była ulubiona piekarnia
a gdzie ulubiona cukiernia. Opowiadała też o pewnej wróżce, która znajomemu
krawcowi wywróżyła śmierć podczas podróży. Krawiec bardzo się zmartwił
tą przepowiednią i całymi latami nigdzie nie wyjeżdżał ze Lwowa. Ale pewnego
dnia musiał udać się w drugi koniec miasta, więc zamówił dorożkę.
Gdy wysiadał z niej wpadł pod koła innej dorożki i zginął.
Morał: "czasami trzeba wierzyć nawet w dziwne przepowiednie bo niektórzy
wiedzą więcej od nas".
Gdy mała "księżniczka" miała trzy lata urodziło się drugie dziecko - mój ojciec.
Cud chyba sprawił, że nie zginął w dniu, w którym przyszedł na świat. W kilka
godzin po porodzie zaprowadzono księżniczkę do pokoju, gdzie w łóżeczku
leżał noworodek. Popatrz, powiedział dumny Dziadek- to jest córeczko twój
braciszek, zobacz jaki śliczny.
Księżniczka bez słowa podeszła krok bliżej i z całych swych sił piżgnęła
w brata swym dużym, wypchanym trocinami misiem i uciekła.
W dwa lata pózniej przygrzmociła bratu łopatką w głowę. I takie układy
pomiędzy rodzeństwem były aż do końca.
Babcia nigdy nie mogła zrozumieć dlaczego jej dzieci z trudem się wzajemnie
tolerowały, bo serdeczności nigdy między nimi nie było.
W 1928 roku Dziadek dostał bardzo dobrą posadę w Warszawie, więc Babcia
musiała opuścić swoje ukochane miasto.
Nie dość, że zamieszkała w zupełnie obcym dla niej mieście, to została tu sama,
z dala od rodziny, z którą przecież mieszkała jeszcze po ślubie.
Tęskniła za Lwowem, za rodziną i chyba nigdy nie pokochała Warszawy.
Była jeszcze tylko raz we Lwowie, na pogrzebie swej matki, w 1930 roku. To
był smutny rok- Prababcia zmarła na początku roku, a w listopadzie-Pradziadek.
Gdy już można było pojechać do Lwowa na wycieczkę - nie chciała.
Stwierdziła, że woli pamiętać taki Lwów jakim go znała - "przecież mnie by
serce pękło oglądając Lwów po rosyjskich rządach" -mówiła.
I chyba miała rację.
KONIEC
dostrzegł Babcię- nie mam pojęcia.
Z okresu ich narzeczeństwa Babcia opowiadała tylko jedną historię-pewnego
dnia na jej twarzy ukazały się pęcherze, które w kilka godzin pokryły całą niemal
buzię, część z nich pękała i krwawiła.
Oczywiście zamiast do pracy Babcia trafiła tego dnia do lekarza, który stwierdził,
że to jest "psi liszaj", i zapytał czy w domu jest pies.
No fakt, był w domu pies, prześliczny owczarek niemiecki o imieniu Lord.
I bardzo możliwe, że pies ją polizał, ale nie był to pierwszy raz, psisko było
w domu od kilkutygodniowego szczeniaka, był wciąż tulony, głaskany. Jak każdy
ulubieniec rodziny.
Lekarz wypisał receptę na sporządzenie w aptece odpowiedniego smarowidła,
nakazał smarowanie twarzy kilka razy dziennie tym smarowidłem i zapewnił,
że w ciągu tygodnia powinno się wszystko wygoić i nie będzie blizn.
Gdy Dziadek zorientował się w biurze, że jego sympatii nie ma w pracy.bardzo
się zaniepokoił.
Po zakończeniu pracy przyszedł do mieszkania Babci, by się dowiedzieć co się
stało. Młodsza siostra Babci wyjaśniła, że niestety jego sympatia jest bardzo
chora, ma zmasakrowaną buzię i leży z okładami na twarzy i zapewne przez
najbliższy tydzień nie będzie mogła chodzić do pracy.
Pomimo próśb nie został wpuszczony do pokoju Babci, która wyglądała ponoć
tragicznie - smarowidło było dość gęstą białą papką i całkiem niezle trzymało
się na twarzy, która wyglądała teraz jak niezbyt udana maska pośmiertna.
Przez cały tydzień Dziadek po pracy przychodził do domu Babci, wypijał z jej
młodszą siostrą herbatę i wciąż łudził się, że następnego dnia ujrzy swą sympatię.
Smarowidło w końcu jakoś zaczęło działać, nie tworzyły się już nowe pęcherze,
a stare przysychały i odpadały. Po długich dziesięciu dniach Babcia wreszcie się
pokazała. Z tej wielkiej radości Dziadek zapytał się Babci, czy i kiedy może
przyjść do jej rodziców i poprosić o jej rękę.
Babcia , zamiast odpowiedzieć zapytała "a czy nie sądzisz, że to mnie się wpierw
powinieneś zapytać o to, czy zechcę być Twą żoną?"
Zupełnie zbity z tropu Dziadek padł na oba kolana i klęcząc jak w kościele
zapytał, czy zgodzi się zostać jego żoną. I w tej pozycji zastali go rodzice Babci.
Ślub ustalono na marzec 1916 roku. Nie wiadomo dlaczego, ale wszyscy łudzili
się, że wraz z końcem 1915 roku skończy się i wojna.
I tak w marcu 1916 roku moi Dziadkowie wzięli ślub.
Wojna nadal trwała, Babcia brała ślub w niedzielnej kreacji, nie było wesela tylko
wspólny, skromny obiad dla najbliższych, których i bez gości było sporo.
Dwaj starsi bracia Babci byli na wojnie, rodzice i siostry Dziadka nie wiedzieli
nic o jego ślubie, mieszkali wszak w innym zaborze.
I tak się radość mieszała ze smutkiem.
Młodzi zamieszkali w mieszkaniu rodziców Babci.
W czasie tej wojny w dość złośliwy sposób spełniło się marzenie mojego
Pradziadka.
Jak mówiła Babcia, jej ojciec bardzo dużo czytał i to nie tylko beletrystykę.
Czasem stawał w drzwiach balkonowych i snuł na głos marzenia - najczęściej
mawiał: "byłoby świetnie, gdyby ludzie wymyślili maszynę cięższą od powietrza,
która unosiłaby się w powietrzu, tak jak statek unosi się na wodzie."
No i wymyślili ludzie tę maszynę , która pewnego dnia nadleciała nad lwowski
dworzec kolejowy i zbombardowała kilka stojących tam pociągów i budynków.
"Trzeba uważać o czym się marzy bo nie każde marzenie jest dobre"- mówiła
Babcia.
Z chwilą wyjścia za mąż Babcia przestała pracować. A Dziadek promieniał,
bo wreszcie miał rodzinę, której mu chyba brakowało. Bo Dziadek od 14 roku
życia mieszkał wpierw na stancji w Poznaniu a potem wyjechał na studia do
Wiednia. A z Wiednia, tuż przed wybuchem wojny trafił do Lwowa.
W niecały rok po ślubie na świat przyszła córeczka - siostra mego ojca. Wszyscy
piali z zachwytu, łącznie z psem, który stał się najczujniejszą niańką.
Każde stęknięcie lub pisk małej podrywał psa na cztery łapy i biegł po Babcię.
Dziadek, który był niesamowicie zdolnym człowiekiem konstruował dla małej
księżniczki różne zabawki - dziecko jeszcze nie umiało chodzić a już miało
domek dla lalek z pełnym umeblowaniem.
Dziadek bardzo lubił swych teściów i dla nich też wciąż robił jakieś drobiazgi.
Nadal nie miał żadnych wiadomości z domu.
Z ulgą wszyscy przyjęli zakończenie wojny i zjednoczenie trzech zaborów
w jedno państwo.
Dziadek postanowił pojechać do swoich rodziców, by ich poinformować, że
się ożenił i ma dziecko. Rodzice i siostry przenieśli się jeszcze podczas jego
studiów z jego rodzinnego Stęszewa do Żnina.
Żegnany Babcinymi łzami pojechał w drugi koniec Polski.
Swych teściów i trzy siostry Dziadka Babcia poznała w 1919 roku- dziecko
miało już 2 lata, więc postanowiono pojechać do Żnina.
Rodzina Dziadka przyjęła Babcię wielce serdecznie, ale trzy dni po przyjezdzie
dziecko zachorowało - mała dostała silnej biegunki.Wezwany lekarz rozkładał
bezradnie ręce, kazał (ku przerażeniu Babci) podawać małej zimną, przegotowaną
wodę przez 24 godziny a potem wodę z gotowania kartofli.
Biegunka ustąpiła, wszyscy odetchnęli z ulgą i wtedy jedna z sióstr Dziadka
powiedziała: "całe szczęście, że mała wyzdrowiała, bo już się martwiłam czy
dostaniemy taka małą trumienkę".
Babcię zamurowało, odwróciła się na pięcie i poszła pakować rzeczy mówiąc po
drodze : "szybko to ja tu z dzieckiem drugi raz nie przyjadę".
I faktycznie - nie tylko, że nie przyjechała szybko- nie pojechała tam już nigdy.
Pamiętam, że dziadek jezdził do Żnina przynajmniej raz do roku, ale zawsze
sam. I nigdy nie pozwoliła bym ja tam pojechała z Dziadkiem.
Od samego początku Babcia zawsze opowiadała o Lwowie - którędy chodziła
do szkoły, dokąd nie wolno było dzieciom chodzić, gdzie była ulubiona piekarnia
a gdzie ulubiona cukiernia. Opowiadała też o pewnej wróżce, która znajomemu
krawcowi wywróżyła śmierć podczas podróży. Krawiec bardzo się zmartwił
tą przepowiednią i całymi latami nigdzie nie wyjeżdżał ze Lwowa. Ale pewnego
dnia musiał udać się w drugi koniec miasta, więc zamówił dorożkę.
Gdy wysiadał z niej wpadł pod koła innej dorożki i zginął.
Morał: "czasami trzeba wierzyć nawet w dziwne przepowiednie bo niektórzy
wiedzą więcej od nas".
Gdy mała "księżniczka" miała trzy lata urodziło się drugie dziecko - mój ojciec.
Cud chyba sprawił, że nie zginął w dniu, w którym przyszedł na świat. W kilka
godzin po porodzie zaprowadzono księżniczkę do pokoju, gdzie w łóżeczku
leżał noworodek. Popatrz, powiedział dumny Dziadek- to jest córeczko twój
braciszek, zobacz jaki śliczny.
Księżniczka bez słowa podeszła krok bliżej i z całych swych sił piżgnęła
w brata swym dużym, wypchanym trocinami misiem i uciekła.
W dwa lata pózniej przygrzmociła bratu łopatką w głowę. I takie układy
pomiędzy rodzeństwem były aż do końca.
Babcia nigdy nie mogła zrozumieć dlaczego jej dzieci z trudem się wzajemnie
tolerowały, bo serdeczności nigdy między nimi nie było.
W 1928 roku Dziadek dostał bardzo dobrą posadę w Warszawie, więc Babcia
musiała opuścić swoje ukochane miasto.
Nie dość, że zamieszkała w zupełnie obcym dla niej mieście, to została tu sama,
z dala od rodziny, z którą przecież mieszkała jeszcze po ślubie.
Tęskniła za Lwowem, za rodziną i chyba nigdy nie pokochała Warszawy.
Była jeszcze tylko raz we Lwowie, na pogrzebie swej matki, w 1930 roku. To
był smutny rok- Prababcia zmarła na początku roku, a w listopadzie-Pradziadek.
Gdy już można było pojechać do Lwowa na wycieczkę - nie chciała.
Stwierdziła, że woli pamiętać taki Lwów jakim go znała - "przecież mnie by
serce pękło oglądając Lwów po rosyjskich rządach" -mówiła.
I chyba miała rację.
KONIEC
piątek, 18 maja 2018
Opowieści mojej Babci- cz.II
Moja Babcia w szkole powszechnej była bardzo pilną uczennicą - a jej
ulubionym przedmiotem była..... kaligrafia.
Pisała naprawdę śliczniutko - wszystkie literki były równe, pochylone pod
tym samym kątem, a duże litery miały ozdobne, niewielkie "zawijaski".
Oczywiście takie pisanie zajmowało strasznie dużo czasu, a Babcia pisała
w ten sposób wszystko - listy, etykietki na słoiki z przetworami, a nawet swe
zapiski w "zeszycie rachunkowym".
Bo moja Babcia skrupulatną istotą była i zapisywała wszystko co zakupiła notując
oczywiście ile czego nabyła i ile zapłaciła.
Opowieści Babci w dużej mierze dotyczyły życia codziennego w tak dużej
rodzinie.
Mój Pradziadek Michał krezusem nie był- miał wykształcenie techniczne i był
"maszynomistrzem"- cokolwiek to znaczy.
A tak konkretnie miał, między innymi, uprawnienia do prowadzenia parowozu ,
a pracował jako kierownik pociągu, co podobno było wielce odpowiedzialnym
stanowiskiem. A swą wielce odpowiedzialną funkcję sprawował "w białych
rękawiczkach, których było kilka par i zawsze musiały być śnieżno białe i gotowe
do założenia", jak mówiła Babcia.
Teraz możecie się pośmiać- w mojej dziecięcej wyobrazni były do białe, męskie
rękawice ....z jednym palcem. Wtedy właśnie takie były dziecięce rękawiczki.
Pradziadek był jednym słowem ważną osobą, z tym, że zarobki na kolei nigdy
pracowników nie rozpieszczały.
Nie mniej Pradziadków było stać na duże mieszkanie w dobrej dzielnicy, jak
i na przychodzącą raz w tygodniu praczkę, raz na dwa tygodnie przychodziła
szwaczka i reperowała to co się popruło, podarło, lub wymagało podłużenia
i mieli przez kilka godzin dziennie pomoc domową do cięższych prac.
Przy takiej ilości dzieci nie stać ich było na prywatną szkołę podstawową i dzieci
chodziły do "powszechnej podstawówki".
I w tejże szkole moja Babcia uczyła się języka polskiego i ukraińskiego,
wspomnianej już kaligrafii, obowiązkowo religii, kładziono też duży nacisk na
wychowanie fizyczne. WF to był drugi po kaligrafii uwielbiany przez Babcię
przedmiot.
"Bo na gimnastyce lataliśmy na trapezie"- opowiadała Babcia -i zabijcie mnie, do
dziś nie rozwiązałam zagadki tego latania na trapezie, chociaż Babcia usiłowała mi
to wytłumaczyć rysując, a wyglądało to tak : na środku sufitu bardzo wysokiej sali
gimnastycznej był wbity mocny hak, do niego przymocowane kółko, z którego
zwisały pasy zakończone uprzężą. Każde dziecko zakładało tę uprząż, dzieci stawały
w kole, którego obwód wyznaczały naprężone pasy i na dany znak zaczynały bardzo
szybko biec po obwodzie koła do przodu. I wtedy, przy odpowiedniej szybkości,
zaczynało się latanie, tak uwielbiane przez moją Babcię.
Poza tym "lataniem" było sporo gimnastyki "szwedzkiej", ogólnorozwojowej, bardzo
zbliżonej do dzisiejszych ćwiczeń rehabilitacyjnych dla skoliotyków.
W tamtych czasach każda osoba płci żeńskiej z tzw. "dobrego domu" chodziła na
lekcje tańca, ale tu Babcia nie osiągnęła wielkich sukcesów, zwłaszcza w walcu
wiedeńskim. Ruch wirowy wywoływał u niej b.szybko silny zawrót głowy i babcia,
"o zgrozo!" lądowała na podłodze. Podobno jako dziecko chorowała na zapalenie
błędnika i zawsze miała kłopoty z utrzymaniem równowagi.
Niełatwe było życie panienek "z dobrego domu" -nie dość, że musiały się uczyć
tańca towarzyskiego i przestrzegania etykiety, to musiały również odpowiednio
wyglądać. Do dobrego tonu należało również noszenie kolczyków co wiązało się
z przekłuciem uszu.
Ale moja Babcia wcale a wcale nie chciała mieć przekłutych uszu, no ale wiadomo-
dorośli wiedzą lepiej co jest dobre dla dziecka, więc pewnego dnia do domu
zawitała specjalistka od przekłuwania uszu.
Z zaskoczenia, podstępem, udało jej się przekłuć jedno Babcine ucho i założyć
w ranę kolczyk- złote serduszko z małym turkusikiem. Gdy podprowadzono Babcię
do lustra, by obejrzała jaki ma piękny kolczyk, ta wyrwała się swym "oprawcom"
i umknęła do toalety, starannie zamykając drzwi na zasuwkę.
Pertraktacje z małą uciekinierką trwały bardzo długo, w końcu przekonano ją, że
z jednym kolczykiem będzie wyglądała głupio i koleżanki będą się z niej śmiać
i wśród rzęsistego płaczu delikwentki przekłuto drugie ucho i założono drugi kolczyk.
Gdy już uszy się wygoiły i pozwolono jej zdjąć te złote kolczyki , Babcia ukryła je
bardo starannie i tak skutecznie, że odnalazła je dopiero w kilkanaście lat po swoim
ślubie, gdy przenosiła się wraz z mężem i dziećmi do Warszawy.
I gdy moja matka , w ramach matczynej troski chciała mi przekłuć uszy - Babcia
zabroniła, za co zawsze byłam jej wdzięczna. Nigdy nie byłam wielbicielką
przekłutych uszu, tatuaży czy też piercingu .
Niedługo cieszyła się Babcia statusem najmłodszej w rodzinie - w dwa lata pózniej
na świat przyszła jej kolejna siostra i zapewne w trakcie porodu, który oczywiście
odbywał się w domu, była wraz ze starszym rodzeństwem w kościele,wszak trzeba
było modlić się, by wyżyła mama i kolejne dziecko.
Ostatnie dziecko Pradziadków przyszło na świat w 1907 roku.
Pradziadek Michał podobno bardzo kochał swą żonę, która była od niego młodsza
o 15 lat. Doceniał fakt, że zgodziła się zostać jego żoną, chociaż był wdowcem
i "w posagu" wnosił dziecko, dziewczynkę, której wychowaniem musiała się
zająć.
Ilekroć Prababcia była w ciąży, w rodzinie zastanawiano się nad wyborem imienia
dla kolejnego dziecka, ale Pradziadek Michał upierał się, że dziecko powinno nosić
imię patrona dnia, w którym się urodziło.
W końcu ustalono, że drugim imieniem każdego dziecka będzie imię patrona jego
dnia urodzin. Tym sposobem moja Babcia miała na drugie imię Feliksa.
Po ukończeniu szkoły Babcia została zatrudniona w kancelarii "Dyrekcji Kółek
Rolniczych".
Miała wielce odpowiedzialne stanowisko - musiała sprawdzać, czy na każdy list,
który wpłynął do DKR została wysłana odpowiedz. Do pracy Babcia trafiła
zaraz na początku pierwszej wojny światowej. W tym czasie do DKR we Lwowie
zostali dokooptowani pracownicy DKR z Wiednia, a wśród nich pewien bardzo
przystojny młodzian, który właśnie awansował na stanowisko dyrektora handlowego.
Ów młody człowiek ogromnie poruszył wyobrażnię wszystkich młodych kobiet-
to były czasy, gdy w biurze pracowały albo bardzo młode istoty jak Babcia, albo
panie już mocno dojrzałe.
I moja Babcia wpadła w oko temu młodemu przystojniakowi.Przystojniak dobiegał
trzydziestki, był kawalerem, miał ukończone studia ekonomiczne w Wiedniu.
Pochodził z innego zaboru, ze Stęszewa pod Poznaniem.
Bez wątpienia był dobrym kandydatem na męża.
c.d.n.
ulubionym przedmiotem była..... kaligrafia.
Pisała naprawdę śliczniutko - wszystkie literki były równe, pochylone pod
tym samym kątem, a duże litery miały ozdobne, niewielkie "zawijaski".
Oczywiście takie pisanie zajmowało strasznie dużo czasu, a Babcia pisała
w ten sposób wszystko - listy, etykietki na słoiki z przetworami, a nawet swe
zapiski w "zeszycie rachunkowym".
Bo moja Babcia skrupulatną istotą była i zapisywała wszystko co zakupiła notując
oczywiście ile czego nabyła i ile zapłaciła.
Opowieści Babci w dużej mierze dotyczyły życia codziennego w tak dużej
rodzinie.
Mój Pradziadek Michał krezusem nie był- miał wykształcenie techniczne i był
"maszynomistrzem"- cokolwiek to znaczy.
A tak konkretnie miał, między innymi, uprawnienia do prowadzenia parowozu ,
a pracował jako kierownik pociągu, co podobno było wielce odpowiedzialnym
stanowiskiem. A swą wielce odpowiedzialną funkcję sprawował "w białych
rękawiczkach, których było kilka par i zawsze musiały być śnieżno białe i gotowe
do założenia", jak mówiła Babcia.
Teraz możecie się pośmiać- w mojej dziecięcej wyobrazni były do białe, męskie
rękawice ....z jednym palcem. Wtedy właśnie takie były dziecięce rękawiczki.
Pradziadek był jednym słowem ważną osobą, z tym, że zarobki na kolei nigdy
pracowników nie rozpieszczały.
Nie mniej Pradziadków było stać na duże mieszkanie w dobrej dzielnicy, jak
i na przychodzącą raz w tygodniu praczkę, raz na dwa tygodnie przychodziła
szwaczka i reperowała to co się popruło, podarło, lub wymagało podłużenia
i mieli przez kilka godzin dziennie pomoc domową do cięższych prac.
Przy takiej ilości dzieci nie stać ich było na prywatną szkołę podstawową i dzieci
chodziły do "powszechnej podstawówki".
I w tejże szkole moja Babcia uczyła się języka polskiego i ukraińskiego,
wspomnianej już kaligrafii, obowiązkowo religii, kładziono też duży nacisk na
wychowanie fizyczne. WF to był drugi po kaligrafii uwielbiany przez Babcię
przedmiot.
"Bo na gimnastyce lataliśmy na trapezie"- opowiadała Babcia -i zabijcie mnie, do
dziś nie rozwiązałam zagadki tego latania na trapezie, chociaż Babcia usiłowała mi
to wytłumaczyć rysując, a wyglądało to tak : na środku sufitu bardzo wysokiej sali
gimnastycznej był wbity mocny hak, do niego przymocowane kółko, z którego
zwisały pasy zakończone uprzężą. Każde dziecko zakładało tę uprząż, dzieci stawały
w kole, którego obwód wyznaczały naprężone pasy i na dany znak zaczynały bardzo
szybko biec po obwodzie koła do przodu. I wtedy, przy odpowiedniej szybkości,
zaczynało się latanie, tak uwielbiane przez moją Babcię.
Poza tym "lataniem" było sporo gimnastyki "szwedzkiej", ogólnorozwojowej, bardzo
zbliżonej do dzisiejszych ćwiczeń rehabilitacyjnych dla skoliotyków.
W tamtych czasach każda osoba płci żeńskiej z tzw. "dobrego domu" chodziła na
lekcje tańca, ale tu Babcia nie osiągnęła wielkich sukcesów, zwłaszcza w walcu
wiedeńskim. Ruch wirowy wywoływał u niej b.szybko silny zawrót głowy i babcia,
"o zgrozo!" lądowała na podłodze. Podobno jako dziecko chorowała na zapalenie
błędnika i zawsze miała kłopoty z utrzymaniem równowagi.
Niełatwe było życie panienek "z dobrego domu" -nie dość, że musiały się uczyć
tańca towarzyskiego i przestrzegania etykiety, to musiały również odpowiednio
wyglądać. Do dobrego tonu należało również noszenie kolczyków co wiązało się
z przekłuciem uszu.
Ale moja Babcia wcale a wcale nie chciała mieć przekłutych uszu, no ale wiadomo-
dorośli wiedzą lepiej co jest dobre dla dziecka, więc pewnego dnia do domu
zawitała specjalistka od przekłuwania uszu.
Z zaskoczenia, podstępem, udało jej się przekłuć jedno Babcine ucho i założyć
w ranę kolczyk- złote serduszko z małym turkusikiem. Gdy podprowadzono Babcię
do lustra, by obejrzała jaki ma piękny kolczyk, ta wyrwała się swym "oprawcom"
i umknęła do toalety, starannie zamykając drzwi na zasuwkę.
Pertraktacje z małą uciekinierką trwały bardzo długo, w końcu przekonano ją, że
z jednym kolczykiem będzie wyglądała głupio i koleżanki będą się z niej śmiać
i wśród rzęsistego płaczu delikwentki przekłuto drugie ucho i założono drugi kolczyk.
Gdy już uszy się wygoiły i pozwolono jej zdjąć te złote kolczyki , Babcia ukryła je
bardo starannie i tak skutecznie, że odnalazła je dopiero w kilkanaście lat po swoim
ślubie, gdy przenosiła się wraz z mężem i dziećmi do Warszawy.
I gdy moja matka , w ramach matczynej troski chciała mi przekłuć uszy - Babcia
zabroniła, za co zawsze byłam jej wdzięczna. Nigdy nie byłam wielbicielką
przekłutych uszu, tatuaży czy też piercingu .
Niedługo cieszyła się Babcia statusem najmłodszej w rodzinie - w dwa lata pózniej
na świat przyszła jej kolejna siostra i zapewne w trakcie porodu, który oczywiście
odbywał się w domu, była wraz ze starszym rodzeństwem w kościele,wszak trzeba
było modlić się, by wyżyła mama i kolejne dziecko.
Ostatnie dziecko Pradziadków przyszło na świat w 1907 roku.
Pradziadek Michał podobno bardzo kochał swą żonę, która była od niego młodsza
o 15 lat. Doceniał fakt, że zgodziła się zostać jego żoną, chociaż był wdowcem
i "w posagu" wnosił dziecko, dziewczynkę, której wychowaniem musiała się
zająć.
Ilekroć Prababcia była w ciąży, w rodzinie zastanawiano się nad wyborem imienia
dla kolejnego dziecka, ale Pradziadek Michał upierał się, że dziecko powinno nosić
imię patrona dnia, w którym się urodziło.
W końcu ustalono, że drugim imieniem każdego dziecka będzie imię patrona jego
dnia urodzin. Tym sposobem moja Babcia miała na drugie imię Feliksa.
Po ukończeniu szkoły Babcia została zatrudniona w kancelarii "Dyrekcji Kółek
Rolniczych".
Miała wielce odpowiedzialne stanowisko - musiała sprawdzać, czy na każdy list,
który wpłynął do DKR została wysłana odpowiedz. Do pracy Babcia trafiła
zaraz na początku pierwszej wojny światowej. W tym czasie do DKR we Lwowie
zostali dokooptowani pracownicy DKR z Wiednia, a wśród nich pewien bardzo
przystojny młodzian, który właśnie awansował na stanowisko dyrektora handlowego.
Ów młody człowiek ogromnie poruszył wyobrażnię wszystkich młodych kobiet-
to były czasy, gdy w biurze pracowały albo bardzo młode istoty jak Babcia, albo
panie już mocno dojrzałe.
I moja Babcia wpadła w oko temu młodemu przystojniakowi.Przystojniak dobiegał
trzydziestki, był kawalerem, miał ukończone studia ekonomiczne w Wiedniu.
Pochodził z innego zaboru, ze Stęszewa pod Poznaniem.
Bez wątpienia był dobrym kandydatem na męża.
c.d.n.
środa, 2 maja 2018
Opowieści mojej Babci
Część moich miłych gości wie, że wychowała mnie Babcia, mama mego ojca.
Nim trafiłam do Babci na stałe, byłam żywym pakunkiem, przerzucanym raz po raz
pomiędzy moją matką a matką mego ojca.
I wreszcie, gdy już byłam w słusznym wieku czterech lat, zamieszkałam u Babci na
stałe.
Do dziś pamiętam ten dzień gdy sama pakowałam swoje rzeczy i gdy przez Wisłę
jechałam z dziadkiem na Mokotów- moją Wyspę Szczęścia.
Babcia nie należała do tych babć, która rozpieszczały dzieci. W domu obowiązywały
pewne żelazne zasady i hodowana byłam tak samo jak mój ojciec i jego siostra.
Jedną z zasad było między innymi i to, że ani babcia ani dziadek nie opowiadali mi
bajek- zapewne wychodzili z założenia, że skoro ktoś włożył wysiłek w wymyślenie
bajek i to zostało wydrukowane, to trzeba z tego korzystać i dziecku książki
czytać.
Cały problem polegał głównie na tym, że czasy były tuż po wojnie, piękne
mieszkanie dziadków , które ocalało, było dokumentnie okradzione, pozostało tylko
niewiele książek w piwnicy. A wśród nich Mity Greckie i one były bajkami mojego
dzieciństwa.
Kolejnymi "bajkami" były libretta oper i operetek, zawierające także teksty arii.
Przy okazji poznawałam muzykę, bo Babcia, której dziecięcym niespełnionym
marzeniem było zostanie śpiewaczką, uczyła mnie śpiewania operetkowych arii.
A opowieści mojej Babci dotyczyły głównie Jej dzieciństwa i dość wczesnej młodości
i bardzo, bardzo lubiłam słuchać tych opowieści.
To był zupełnie inny świat.
Moja Babcia urodziła się w 1894 roku we Lwowie, jako piąte z kolei dziecko.
Pomiędzy nią a najstarszym z rodzeństwa bratem było 16 lat różnicy, a pomiędzy Nią a
najmłodszym dzieckiem Pradziadków było 13 lat różnicy. Jak łatwo policzyć, pomiędzy
najstarszym z dzieci a najmłodszym różnica wynosiła 29 lat. Całe pokolenie!
Ogólnie rzecz biorąc rodzice Babci spłodzili jedenaścioro dzieci. Zawsze wydawało mi
się to dziwne, nawet gdy okazało się, że do wieku dorosłego wyżyło ich tylko sześcioro-
dla mnie to i tak była jakaś niewyobrażalna wprost ilość dzieci.
Pamiętam jak Babcia wymieniała po kolei ich imiona,jednocześnie pokazując mi na
palcach ilość i jak pociągnęła mnie za jeden palec, bo już Jej własnych nie starczyło.
I wtedy dowiedziałam się, że dzieci umierają - czasem zaraz po urodzeniu, czasem nieco
pózniej, tak jak Stefa, która umarła mając 14 lat.
Umarła po prostu na gruzlicę. Proste, bo wtedy wiele dzieci na nią chorowało.
Ilekroć moja Prababcia Julia rodziła kolejne dziecko , wszystkie dzieciaki biegły do
kościoła modlić się o to, by ich mama nie zmarła przy porodzie i by dziecko żyło.
Niestety te dziecięce modlitwy nie zawsze skutkowały.
O tym wszystkim Babcia opowiadała bez emocji co sprawiło, że dla mnie, kilkulatki,
wszystko to było takie naturalne- dziecko się rodzi (nie przynosi go bocian), może
żyć, a może również zaraz umrzeć, albo za jakiś czas, bo choruje.
"Bo tak wygląda ludzkie życie- rodzimy się, jakiś czas żyjemy i potem umieramy, to
jest naprawdę normalne" - zapewniała mnie Babcia.
W miarę jak rosłam i coraz więcej spraw rozumiałam, uważałam swoją Prababcię
Julię za bohaterkę.
Pomyślcie- urodziła jedenaścioro dzieci, część rok po roku, do tego wychowywała
dziecko swego męża , który był wdowcem.
Przeżyła szóstka dzieci, trzech synów, trzy córki. Synowie otrzymali wyższe
wykształcenie, córki wykształcenie średnie. Jedna z nich, moja ukochana ciocia,
ukończyła Seminarium Nauczycielskie, dwie- szkołę ekonomiczną- odpowiednik
współczesnego liceum ekonomicznego.
ciąg dalszy nastąpi
Nim trafiłam do Babci na stałe, byłam żywym pakunkiem, przerzucanym raz po raz
pomiędzy moją matką a matką mego ojca.
I wreszcie, gdy już byłam w słusznym wieku czterech lat, zamieszkałam u Babci na
stałe.
Do dziś pamiętam ten dzień gdy sama pakowałam swoje rzeczy i gdy przez Wisłę
jechałam z dziadkiem na Mokotów- moją Wyspę Szczęścia.
Babcia nie należała do tych babć, która rozpieszczały dzieci. W domu obowiązywały
pewne żelazne zasady i hodowana byłam tak samo jak mój ojciec i jego siostra.
Jedną z zasad było między innymi i to, że ani babcia ani dziadek nie opowiadali mi
bajek- zapewne wychodzili z założenia, że skoro ktoś włożył wysiłek w wymyślenie
bajek i to zostało wydrukowane, to trzeba z tego korzystać i dziecku książki
czytać.
Cały problem polegał głównie na tym, że czasy były tuż po wojnie, piękne
mieszkanie dziadków , które ocalało, było dokumentnie okradzione, pozostało tylko
niewiele książek w piwnicy. A wśród nich Mity Greckie i one były bajkami mojego
dzieciństwa.
Kolejnymi "bajkami" były libretta oper i operetek, zawierające także teksty arii.
Przy okazji poznawałam muzykę, bo Babcia, której dziecięcym niespełnionym
marzeniem było zostanie śpiewaczką, uczyła mnie śpiewania operetkowych arii.
A opowieści mojej Babci dotyczyły głównie Jej dzieciństwa i dość wczesnej młodości
i bardzo, bardzo lubiłam słuchać tych opowieści.
To był zupełnie inny świat.
Moja Babcia urodziła się w 1894 roku we Lwowie, jako piąte z kolei dziecko.
Pomiędzy nią a najstarszym z rodzeństwa bratem było 16 lat różnicy, a pomiędzy Nią a
najmłodszym dzieckiem Pradziadków było 13 lat różnicy. Jak łatwo policzyć, pomiędzy
najstarszym z dzieci a najmłodszym różnica wynosiła 29 lat. Całe pokolenie!
Ogólnie rzecz biorąc rodzice Babci spłodzili jedenaścioro dzieci. Zawsze wydawało mi
się to dziwne, nawet gdy okazało się, że do wieku dorosłego wyżyło ich tylko sześcioro-
dla mnie to i tak była jakaś niewyobrażalna wprost ilość dzieci.
Pamiętam jak Babcia wymieniała po kolei ich imiona,jednocześnie pokazując mi na
palcach ilość i jak pociągnęła mnie za jeden palec, bo już Jej własnych nie starczyło.
I wtedy dowiedziałam się, że dzieci umierają - czasem zaraz po urodzeniu, czasem nieco
pózniej, tak jak Stefa, która umarła mając 14 lat.
Umarła po prostu na gruzlicę. Proste, bo wtedy wiele dzieci na nią chorowało.
Ilekroć moja Prababcia Julia rodziła kolejne dziecko , wszystkie dzieciaki biegły do
kościoła modlić się o to, by ich mama nie zmarła przy porodzie i by dziecko żyło.
Niestety te dziecięce modlitwy nie zawsze skutkowały.
O tym wszystkim Babcia opowiadała bez emocji co sprawiło, że dla mnie, kilkulatki,
wszystko to było takie naturalne- dziecko się rodzi (nie przynosi go bocian), może
żyć, a może również zaraz umrzeć, albo za jakiś czas, bo choruje.
"Bo tak wygląda ludzkie życie- rodzimy się, jakiś czas żyjemy i potem umieramy, to
jest naprawdę normalne" - zapewniała mnie Babcia.
W miarę jak rosłam i coraz więcej spraw rozumiałam, uważałam swoją Prababcię
Julię za bohaterkę.
Pomyślcie- urodziła jedenaścioro dzieci, część rok po roku, do tego wychowywała
dziecko swego męża , który był wdowcem.
Przeżyła szóstka dzieci, trzech synów, trzy córki. Synowie otrzymali wyższe
wykształcenie, córki wykształcenie średnie. Jedna z nich, moja ukochana ciocia,
ukończyła Seminarium Nauczycielskie, dwie- szkołę ekonomiczną- odpowiednik
współczesnego liceum ekonomicznego.
ciąg dalszy nastąpi
czwartek, 1 marca 2018
Synuś
Pewnego jeszcze zimowego dnia urodził się Synuś. Miał czarną, dość gęstą
jak na noworodka czuprynkę i ciemne oczka.
Rodzice Synusia byli zachwyceni, z tym, że mamę najbardziej zachwycał fakt,
że wreszcie będzie mogła pozbyć się ciążowej garderoby.
Była zdecydowana - jedno dziecko, dla przyzwoitości i zatkania rodzinie ust,
z których przez kilka pierwszych lat po ślubie wciąż padało pytanie:
"no a kiedy będzie dzidziuś?".
Mama Synusia była zdecydowana - ani pół dziecka więcej!!!
Synuś już od chwili powrotu ze szpitala położniczego z całych sił, na swój
własny sposób dbał o to, aby przypadkiem nie pojawił się w rodzinie jakiś
konkurent do serc mamy i taty.
Synusiowi wyraznie pomyliły się pory doby - niczym suseł przesypiał
cały dzień, a wieczór i noc uznał za porę czuwania.
Poza tym za nic w świecie nie chciał ssać- ani z piersi ani przez smoczek
z butelki.
Był chyba jednym z nielicznych noworodków które były karmione łyżeczką
od pierwszych dni życia.
Zamiana pór snu i czuwania i ciągłe pojenie Synusia łyżeczką sprawiły, że
jego mama zaraz po ustawowym urlopie macierzyńskim z ulgą wróciła do
pracy, a dziecko udało się jej umieścić w żłobku.
Nic to, że szefowa była nieco wredna, nic to, że pracy było sporo a pensja
nie oszałamiała swą wysokością - osiem godzin w pracy plus dwie godziny
na dojazd i powrót dawały dziesięć godzin dziennie bez słuchania płaczu
Synusia. Bo Synuś darł się z wielu powodów - uzasadnionych jak mokra
pielucha lub głód, z nudów, z tego, że w dzień go co chwilę budzono
w złudnej nadziei, że uda się wreszcie go przestawić na inne godziny snu
oraz wieczorem gdy go zostawiano samego w niemal ciemnym pokoju.
W żłobku Synuś był nawet lubianym dzieckiem, bo dużo spał a patent
z zastosowaniem smoczka o bardzo dużym otworze zastąpił pojenie go
łyżeczką.
Po zaliczeniu żłobka przyszła kolej na przedszkole. Zarzucano Synusiowi,
że najchętniej bawi się sam, nie chce brać udziału w ogólnej zabawie,
ale tak ogólnie był dość grzecznym dzieckiem.
Miał dziwną pasję zbierania z ulicy wszystkiego co go zaciekawiło i
chowania tego do kieszeni.Tłumaczył wszystkim,że były to skarby a wśród
nich zdarzały się również zgubione przez innych monety, guziki, czasem
jakieś małe pudełka. Asortyment znalezisk rozszerzył się bardzo, gdy
Synuś zaczął przeszukiwać również osiedlowe trawniki i okolice sklepów.
Matka i ojciec dzień w dzień rewidowali kieszenie Synusia, za każdym
razem z wielką cierpliwością tłumacząc Synusiowi, że nie powinien
niczego zbierać z chodnika.
Synuś, z racji zawodu swego ojca, dość wcześnie zetknął się z informatyką.
Jeszcze w podstawówce umiał ułożyć jakiś prosty program komputerowy.
Ale Synuś miał jeden feler - dzień bez kłamstwa był dniem straconym.
Poza tym stał się wielkim amatorem zakładów - zakładał się z kolegami
niemal o wszystko. Pewnego dnia założył się z kolegami (był wtedy w III
klasie), że wyskoczy z okna klasy na pierwszym piętrze i nic mu się nie
stanie. Oczywiście nie był to "zakład o pietruszkę"- w grę wchodziły
pieniądze.
Gdy Synuś juz stał na parapecie otwartego okna do klasy wparowała pani
dyrektorka i przerwała tę miłą rozrywkę. Po prostu jedna z dziewczynek gdy
usłyszała, że Synuś chce wyskoczyć z okna, czym prędzej pobiegła do
pokoju nauczycielskiego a tam akurat była p. dyrektorka.
W czasie gdy dyrektorka ściągała Synusia z okna i tłumaczyła dzieciom,
że nie wolno robić żadnych zakładów, wychowawczyni telefonowała do
pracy jego mamy, by ta natychmiast przyjechała do szkoły.
Synuś został skierowany do psychologa szkolnego - opinia brzmiała:bardzo
zdolny, nudzi się w szkole, nie potrafi pracować w zespole, hazardzista,
leniwy, niesystematyczny.
W ostatniej klasie podstawówki Synuś "odkrył", że istnieje coś takiego jak
wyścigi konne i szybko stał się stałym bywalcem Toru Wyścigów na
Służewcu.
W ostatniej klasie podstawówki Synuś miał 170 cm wzrostu, nie miał
niedowagi i z powodzeniem mógł uchodzić za starszego, niż był.
Szybko wkręcił się w "towarzystwo wyścigowe" i całe swe kieszonkowe
inwestował w zakłady.
Znał wielu dżokejów, czasem nawet zachodził do stajni, czasem załapał się
na wygraną, częściej jednak przegrywał.
W liceum nie błyszczał, zwłaszcza, że dość sporo wagarował, wreszcie po
wielu awanturach w domu, skończył na trójczynach szkołę, nawet zdał
maturę.
W domu zaczęła się nagonka, by dziecko koniecznie uczyło się dalej, ale
Synuś nie palił się zbytnio do dalszej nauki.
Teoretycznie interesowała go informatyka, ale nie zdał egzaminu na
Politechnikę.
Bardzo mu to pasowało -zabrakło mu tylko 5 punktów, więc ogłosił, że
przez najbliższy rok przygotuje się do zdawania w roku następnym.
Było mu świetnie - mógł wreszcie żyć swym ulubionym rytmem - nocą
się rzekomo uczył, w dzień spał.
Następne podejście do egzaminu na Politechnikę było równie nieudane.
Wyraznie los się na Synusia "uwziął"- znów mu zabrakło kilku punktów.
Rodzice Synusia byli bardzo zdterminowani - no jak to? takie zdolne
dziecko i nie może dostać się na studia???
A był to czas, gdy powstawały jak grzyby po deszczu prywatne uczelnie,
więc po krótkiej naradzie postanowiono, że Synusiowi zafundują studia
na prywatnej uczelni- wprawdzie nie na informatyce, ale na "zarządzaniu".
Taki zdolny chłopak bez trudu przecież zrobi te studia.
Nabór na tę uczelnię był w sierpniu, we wrześniu egzamin, który Synuś
tym razem zdał i został studentem.
Studia na tej uczelni były już dwuetapowe- po 3 latach licencjat, potem
jeszcze dwa lata, egzamin końcowy i praca magisterska.
Synuś był zachwycony, bo zajęcia były zawsze od godziny 16,00, więc
mógł dalej prowadzić swe tajemne życie nocne.
A prowadził je głównie we własnym pokoju - z domu wychodził rzadko,
głównie chodził dwa razy w tygodniu na jakiś sport - na koszykówkę
i basen.
Przyszedł wreszcie czas na napisanie pracy licencjackiej - Synuś pisał
i pisał, a pisał tak długo, że w końcu minął termin oddania pracy.
Jakoś biedak nie skojarzył, że przekroczenie o rok terminu oddania pracy
powodowało, że trzeba było zmienić jej temat, czyli pisać od nowa. I znów
trzeba było znalezć promotora, uzgadniać temat, pisać nowe założenia.
Mało tego - władze uczelni zażyczyły sobie, by taki opieszały student
powtarzał trzeci rok studiów i znów składał końcowy egazmin- oczywiście
nie za darmo to powtarzanie roku.
Parcie rodziców Synusia na to, by dziecię jednak miało wyższe
wykształcenie było ogromne - pożegnali się z planem zakupu samochodu,
inwestując w Synusiowe studia.
Duma rodziny powtarzała ten trzeci rok studiów,ba, nawet napisała pracę
licencjacką i nawet ją obroniła.
I na tym edukacja Synusia stanęła w martwym punkcie, bo odkrył, że
zarządzanie nie jest jednak jego powołaniem, więc nie ma sensu by robił
z owego zarządzania magisterkę.
Synuś zaczął nawet szukać pracy, ale jego oczekiwania względem pracy
a oczekiwania pracodawców zupełnie się nie pokrywały.
Synusiowi się marzyło wynagrodznie powyżej średniej krajowej, własny
pokój, komputer służbowy, zero nadgodzin, zero odpowiedzialności
finansowej i najlepiej elastyczny czas pracy.
Synuś do dziś nigdzie nie pracuje i jest na utrzymaniu swych rodziców,
którzy są już na emeryturze.
W tym miesiącu słodki Synuś skończy czterdzieści cztery lata.
KONIEC
jak na noworodka czuprynkę i ciemne oczka.
Rodzice Synusia byli zachwyceni, z tym, że mamę najbardziej zachwycał fakt,
że wreszcie będzie mogła pozbyć się ciążowej garderoby.
Była zdecydowana - jedno dziecko, dla przyzwoitości i zatkania rodzinie ust,
z których przez kilka pierwszych lat po ślubie wciąż padało pytanie:
"no a kiedy będzie dzidziuś?".
Mama Synusia była zdecydowana - ani pół dziecka więcej!!!
Synuś już od chwili powrotu ze szpitala położniczego z całych sił, na swój
własny sposób dbał o to, aby przypadkiem nie pojawił się w rodzinie jakiś
konkurent do serc mamy i taty.
Synusiowi wyraznie pomyliły się pory doby - niczym suseł przesypiał
cały dzień, a wieczór i noc uznał za porę czuwania.
Poza tym za nic w świecie nie chciał ssać- ani z piersi ani przez smoczek
z butelki.
Był chyba jednym z nielicznych noworodków które były karmione łyżeczką
od pierwszych dni życia.
Zamiana pór snu i czuwania i ciągłe pojenie Synusia łyżeczką sprawiły, że
jego mama zaraz po ustawowym urlopie macierzyńskim z ulgą wróciła do
pracy, a dziecko udało się jej umieścić w żłobku.
Nic to, że szefowa była nieco wredna, nic to, że pracy było sporo a pensja
nie oszałamiała swą wysokością - osiem godzin w pracy plus dwie godziny
na dojazd i powrót dawały dziesięć godzin dziennie bez słuchania płaczu
Synusia. Bo Synuś darł się z wielu powodów - uzasadnionych jak mokra
pielucha lub głód, z nudów, z tego, że w dzień go co chwilę budzono
w złudnej nadziei, że uda się wreszcie go przestawić na inne godziny snu
oraz wieczorem gdy go zostawiano samego w niemal ciemnym pokoju.
W żłobku Synuś był nawet lubianym dzieckiem, bo dużo spał a patent
z zastosowaniem smoczka o bardzo dużym otworze zastąpił pojenie go
łyżeczką.
Po zaliczeniu żłobka przyszła kolej na przedszkole. Zarzucano Synusiowi,
że najchętniej bawi się sam, nie chce brać udziału w ogólnej zabawie,
ale tak ogólnie był dość grzecznym dzieckiem.
Miał dziwną pasję zbierania z ulicy wszystkiego co go zaciekawiło i
chowania tego do kieszeni.Tłumaczył wszystkim,że były to skarby a wśród
nich zdarzały się również zgubione przez innych monety, guziki, czasem
jakieś małe pudełka. Asortyment znalezisk rozszerzył się bardzo, gdy
Synuś zaczął przeszukiwać również osiedlowe trawniki i okolice sklepów.
Matka i ojciec dzień w dzień rewidowali kieszenie Synusia, za każdym
razem z wielką cierpliwością tłumacząc Synusiowi, że nie powinien
niczego zbierać z chodnika.
Synuś, z racji zawodu swego ojca, dość wcześnie zetknął się z informatyką.
Jeszcze w podstawówce umiał ułożyć jakiś prosty program komputerowy.
Ale Synuś miał jeden feler - dzień bez kłamstwa był dniem straconym.
Poza tym stał się wielkim amatorem zakładów - zakładał się z kolegami
niemal o wszystko. Pewnego dnia założył się z kolegami (był wtedy w III
klasie), że wyskoczy z okna klasy na pierwszym piętrze i nic mu się nie
stanie. Oczywiście nie był to "zakład o pietruszkę"- w grę wchodziły
pieniądze.
Gdy Synuś juz stał na parapecie otwartego okna do klasy wparowała pani
dyrektorka i przerwała tę miłą rozrywkę. Po prostu jedna z dziewczynek gdy
usłyszała, że Synuś chce wyskoczyć z okna, czym prędzej pobiegła do
pokoju nauczycielskiego a tam akurat była p. dyrektorka.
W czasie gdy dyrektorka ściągała Synusia z okna i tłumaczyła dzieciom,
że nie wolno robić żadnych zakładów, wychowawczyni telefonowała do
pracy jego mamy, by ta natychmiast przyjechała do szkoły.
Synuś został skierowany do psychologa szkolnego - opinia brzmiała:bardzo
zdolny, nudzi się w szkole, nie potrafi pracować w zespole, hazardzista,
leniwy, niesystematyczny.
W ostatniej klasie podstawówki Synuś "odkrył", że istnieje coś takiego jak
wyścigi konne i szybko stał się stałym bywalcem Toru Wyścigów na
Służewcu.
W ostatniej klasie podstawówki Synuś miał 170 cm wzrostu, nie miał
niedowagi i z powodzeniem mógł uchodzić za starszego, niż był.
Szybko wkręcił się w "towarzystwo wyścigowe" i całe swe kieszonkowe
inwestował w zakłady.
Znał wielu dżokejów, czasem nawet zachodził do stajni, czasem załapał się
na wygraną, częściej jednak przegrywał.
W liceum nie błyszczał, zwłaszcza, że dość sporo wagarował, wreszcie po
wielu awanturach w domu, skończył na trójczynach szkołę, nawet zdał
maturę.
W domu zaczęła się nagonka, by dziecko koniecznie uczyło się dalej, ale
Synuś nie palił się zbytnio do dalszej nauki.
Teoretycznie interesowała go informatyka, ale nie zdał egzaminu na
Politechnikę.
Bardzo mu to pasowało -zabrakło mu tylko 5 punktów, więc ogłosił, że
przez najbliższy rok przygotuje się do zdawania w roku następnym.
Było mu świetnie - mógł wreszcie żyć swym ulubionym rytmem - nocą
się rzekomo uczył, w dzień spał.
Następne podejście do egzaminu na Politechnikę było równie nieudane.
Wyraznie los się na Synusia "uwziął"- znów mu zabrakło kilku punktów.
Rodzice Synusia byli bardzo zdterminowani - no jak to? takie zdolne
dziecko i nie może dostać się na studia???
A był to czas, gdy powstawały jak grzyby po deszczu prywatne uczelnie,
więc po krótkiej naradzie postanowiono, że Synusiowi zafundują studia
na prywatnej uczelni- wprawdzie nie na informatyce, ale na "zarządzaniu".
Taki zdolny chłopak bez trudu przecież zrobi te studia.
Nabór na tę uczelnię był w sierpniu, we wrześniu egzamin, który Synuś
tym razem zdał i został studentem.
Studia na tej uczelni były już dwuetapowe- po 3 latach licencjat, potem
jeszcze dwa lata, egzamin końcowy i praca magisterska.
Synuś był zachwycony, bo zajęcia były zawsze od godziny 16,00, więc
mógł dalej prowadzić swe tajemne życie nocne.
A prowadził je głównie we własnym pokoju - z domu wychodził rzadko,
głównie chodził dwa razy w tygodniu na jakiś sport - na koszykówkę
i basen.
Przyszedł wreszcie czas na napisanie pracy licencjackiej - Synuś pisał
i pisał, a pisał tak długo, że w końcu minął termin oddania pracy.
Jakoś biedak nie skojarzył, że przekroczenie o rok terminu oddania pracy
powodowało, że trzeba było zmienić jej temat, czyli pisać od nowa. I znów
trzeba było znalezć promotora, uzgadniać temat, pisać nowe założenia.
Mało tego - władze uczelni zażyczyły sobie, by taki opieszały student
powtarzał trzeci rok studiów i znów składał końcowy egazmin- oczywiście
nie za darmo to powtarzanie roku.
Parcie rodziców Synusia na to, by dziecię jednak miało wyższe
wykształcenie było ogromne - pożegnali się z planem zakupu samochodu,
inwestując w Synusiowe studia.
Duma rodziny powtarzała ten trzeci rok studiów,ba, nawet napisała pracę
licencjacką i nawet ją obroniła.
I na tym edukacja Synusia stanęła w martwym punkcie, bo odkrył, że
zarządzanie nie jest jednak jego powołaniem, więc nie ma sensu by robił
z owego zarządzania magisterkę.
Synuś zaczął nawet szukać pracy, ale jego oczekiwania względem pracy
a oczekiwania pracodawców zupełnie się nie pokrywały.
Synusiowi się marzyło wynagrodznie powyżej średniej krajowej, własny
pokój, komputer służbowy, zero nadgodzin, zero odpowiedzialności
finansowej i najlepiej elastyczny czas pracy.
Synuś do dziś nigdzie nie pracuje i jest na utrzymaniu swych rodziców,
którzy są już na emeryturze.
W tym miesiącu słodki Synuś skończy czterdzieści cztery lata.
KONIEC
niedziela, 4 lutego 2018
Michalina -cz.X
Ach, co to był za ślub!!!
Panna Młoda calutki czas miała oczy w bardzo mokrym miejscu- ze wzruszenia.
Bo od chwili przyjazdu każdy z rodziny Michała starał się okazać jej, że jest
nowym, ale bardzo pożądanym członkiem rodziny. Rodzice Michała zwracali się
do niej per córeczko, a jej serduszko topniało i łzy napływały do oczu.
Ze strony Michaliny były tylko dwie osoby- babcia i matka. Tatuńcio stwierdził,
że i bez niego udzielą córce ślubu, a on zle się czuje. Owo złe samopoczucie to
były jakieś rozgrywki szachowe, w których brał udział i były dla niego ważniejsze
niż ślub jedynego dziecka.
Babcia skwitowała to jednym zdaniem- "nie zdawałam sobie sprawy, że urodziłam
potwora, może lepiej, że nie jedzie".
I choć był to ślub "tylko cywilny" było uroczyście i bardzo miło.
Gdy nowożeńcy wychodzili z sali ślubów rozległy się dzwięki marsza weselnego,
a w przyległej salce czekał na gości szampan i fotograf.
Dzień był nieco chłodny, ale bardzo słoneczny i bardzo przydała się cieplutka
narzutka, którą wydziergała na drutach jedna z kuzynek Michała.
Po szampanie i toastach wszyscy pojechali do domu Basi na dość wczesny
obiad.
Michalina z wrażenia ledwie co mogła przełknąć i niewiele brakowało by babcia
zaczęła ją karmić. Zamiast tego szepnęła Michalinie na ucho, że musi się wziąć
w garść i jeść,bo przecież Basia się narobiła i będzie jej przykro gdy włożony
trud pójdzie na marne. Jedyny toast wygłosił tata Michała - życzył młodym by
zgodnie, z głową, pokonywali wszystkie trudności , które napotkają na swej
drodze życiowej. Bo tych niestety nigdy nie brak.
Po południu Stefan odwiózł "dwa Michały" do Raciąskiego Młyna. Basia zaś
dodała do ich bagażu ciasto , sporo słodyczy i dwie butelki wina.
Pogoda stanęła na wysokości zadania. Z co zabawniejszych rzeczy- sporo czasu
spędzali na huśtawkach- po raz pierwszy oboje widzieli huśtawki dla dorosłych.
Udało im się jeszcze raz skorzystać z kajaków- sezon się kończył i kajaki były
wywożone do konserwacji- tu nie było gdzie ich przechować przez zimę.
Gdy po kilkunastu latach zapragnęli znów spędzić urlop w Raciąskim Młynie
to okazało się, że dawnego wczasowiska już nie ma - cały ośrodek przystosował
swe kwatery do przyjmowania dzieci na "Zielone Szkoły".
Małżeństwo Michaliny przebiegało bez większych problemów, no może poza
okresem, gdy Michał pojechał na dwa lata na stypendium do USA.
Michalinie był dość ciężko bez niego, tym bardziej, że Michał przebąkiwał, że
najchętniej pozostałby w tym kraju na stałe i z czasem sprowadziłby ją i
synka.
W wyobrazni Michalina widziała u jego boku inną kobietę, co może nawet było
prawdą.
Po ponad roku nieobecności Michała stwierdziła z przerażeniem że będzie się
umiała pogodzić z tym, że być może on zniknie z jej życia.
Napisała mu o tym i Michałowi natychmiast wyparowała z głowy chęć pozostania
w USA, nie wiadomo jak jeszcze długo, bez niej i dziecka.
Z wielkim smutkiem Michalina pożegnała swą babcię, która odeszła dożywszy 90
lat.
W kilka lat pózniej dość niespodziewania zmarła jej matka, która ukrywała swą
chorobę przed wszystkimi - przed sobą również.
Gdy trafiła do szpitala jedyne co mogli zrobić lekarze to podawać środki
przeciwbólowe i dziwić się, że nie zgłosiła się kilka lat wcześniej.
Ojciec Michaliny ostatni swój rok życia spędził w specjalistycznej placówce -
odszedł zapewne nie zdając sobie sprawy gdzie jest i dlaczego. Do samego
końca nie interesował się Michaliną.
Podobno ożenił się, z jej matką z przyzwoitości a nie z miłości, skutkami swej
"przyzwoitej decyzji" obciążając Michalinę.
Jak twierdzi Michalina, geny to okropna rzecz- jej syn to pod wieloma względami
"wykapany" dziadek, tylko miłość do zwierząt odziedziczył po swych rodzicach.
KONIEC
Panna Młoda calutki czas miała oczy w bardzo mokrym miejscu- ze wzruszenia.
Bo od chwili przyjazdu każdy z rodziny Michała starał się okazać jej, że jest
nowym, ale bardzo pożądanym członkiem rodziny. Rodzice Michała zwracali się
do niej per córeczko, a jej serduszko topniało i łzy napływały do oczu.
Ze strony Michaliny były tylko dwie osoby- babcia i matka. Tatuńcio stwierdził,
że i bez niego udzielą córce ślubu, a on zle się czuje. Owo złe samopoczucie to
były jakieś rozgrywki szachowe, w których brał udział i były dla niego ważniejsze
niż ślub jedynego dziecka.
Babcia skwitowała to jednym zdaniem- "nie zdawałam sobie sprawy, że urodziłam
potwora, może lepiej, że nie jedzie".
I choć był to ślub "tylko cywilny" było uroczyście i bardzo miło.
Gdy nowożeńcy wychodzili z sali ślubów rozległy się dzwięki marsza weselnego,
a w przyległej salce czekał na gości szampan i fotograf.
Dzień był nieco chłodny, ale bardzo słoneczny i bardzo przydała się cieplutka
narzutka, którą wydziergała na drutach jedna z kuzynek Michała.
Po szampanie i toastach wszyscy pojechali do domu Basi na dość wczesny
obiad.
Michalina z wrażenia ledwie co mogła przełknąć i niewiele brakowało by babcia
zaczęła ją karmić. Zamiast tego szepnęła Michalinie na ucho, że musi się wziąć
w garść i jeść,bo przecież Basia się narobiła i będzie jej przykro gdy włożony
trud pójdzie na marne. Jedyny toast wygłosił tata Michała - życzył młodym by
zgodnie, z głową, pokonywali wszystkie trudności , które napotkają na swej
drodze życiowej. Bo tych niestety nigdy nie brak.
Po południu Stefan odwiózł "dwa Michały" do Raciąskiego Młyna. Basia zaś
dodała do ich bagażu ciasto , sporo słodyczy i dwie butelki wina.
Pogoda stanęła na wysokości zadania. Z co zabawniejszych rzeczy- sporo czasu
spędzali na huśtawkach- po raz pierwszy oboje widzieli huśtawki dla dorosłych.
Udało im się jeszcze raz skorzystać z kajaków- sezon się kończył i kajaki były
wywożone do konserwacji- tu nie było gdzie ich przechować przez zimę.
Gdy po kilkunastu latach zapragnęli znów spędzić urlop w Raciąskim Młynie
to okazało się, że dawnego wczasowiska już nie ma - cały ośrodek przystosował
swe kwatery do przyjmowania dzieci na "Zielone Szkoły".
Małżeństwo Michaliny przebiegało bez większych problemów, no może poza
okresem, gdy Michał pojechał na dwa lata na stypendium do USA.
Michalinie był dość ciężko bez niego, tym bardziej, że Michał przebąkiwał, że
najchętniej pozostałby w tym kraju na stałe i z czasem sprowadziłby ją i
synka.
W wyobrazni Michalina widziała u jego boku inną kobietę, co może nawet było
prawdą.
Po ponad roku nieobecności Michała stwierdziła z przerażeniem że będzie się
umiała pogodzić z tym, że być może on zniknie z jej życia.
Napisała mu o tym i Michałowi natychmiast wyparowała z głowy chęć pozostania
w USA, nie wiadomo jak jeszcze długo, bez niej i dziecka.
Z wielkim smutkiem Michalina pożegnała swą babcię, która odeszła dożywszy 90
lat.
W kilka lat pózniej dość niespodziewania zmarła jej matka, która ukrywała swą
chorobę przed wszystkimi - przed sobą również.
Gdy trafiła do szpitala jedyne co mogli zrobić lekarze to podawać środki
przeciwbólowe i dziwić się, że nie zgłosiła się kilka lat wcześniej.
Ojciec Michaliny ostatni swój rok życia spędził w specjalistycznej placówce -
odszedł zapewne nie zdając sobie sprawy gdzie jest i dlaczego. Do samego
końca nie interesował się Michaliną.
Podobno ożenił się, z jej matką z przyzwoitości a nie z miłości, skutkami swej
"przyzwoitej decyzji" obciążając Michalinę.
Jak twierdzi Michalina, geny to okropna rzecz- jej syn to pod wieloma względami
"wykapany" dziadek, tylko miłość do zwierząt odziedziczył po swych rodzicach.
KONIEC
Subskrybuj:
Posty (Atom)