Mijały dni, miesiące, minął rok od śmierci ojca Lusi i jeszcze pół roku i...
wreszcie blok, w którym mieli zamieszkać Dryblas, Lusia i jej mama został
oddany do użytku. Trzy pokoje z kuchnią i łazienką zajmowały raptem
powierzchnię około 54 metrów kwadratowych.
Co gorsze, posiadane meble (zresztą piękne) za nic w świecie nie pomieściłyby się
w tym nowym mieszkaniu.
Największy z pokoi miał zaledwie 16 metrów kwadratowych, pozostałe dwa po
siedem i dziewięć metrów,resztę metrażu zajmowała kuchnia, przedpokój i łazienka
z WC. Było jeszcze coś, co z czasem miało urosnąć do rangi problemu, bowiem
wg dokumentów spółdzielni mieszkaniowej właścicielem tego mieszkania był tylko
i wyłącznie Dryblas, a Lusia i jej mama osobami tylko z nim zamieszkującymi, bez
jakichkolwiek do niego praw.
Nowa od jakiegoś czasu przyglądała się uważnie Dryblasowi, którego zachowanie
wobec Lusi po śmierci jej ojca uległo pewnej niemiłej zmianie. W towarzystwie
znajomych pozwalał sobie wobec niej na kąśliwe uwagi w rodzaju: nie nakładaj
sobie tyle na talerz bo ci tyłek urośnie i na krześle się nie zmieścisz, nazywał ją
często serdelkiem lub robił uwagi typu: więcej ci nie naleję, bo się spijesz .
Gdy w którąś niedzielę,jeszcze przed przeprowadzką, grali w czwórkę w badmintona
na zasadzie dziewczyny contra panowie i gdy Dryblas nagle wrzasnął "uważajcie
tłuścioszki, zaraz was nie będzie", Nowa przerwała grę, podeszła do niego
i warknęła: "bądz łaskaw zachować swe chamskie uwagi dla towarzystwa ze swojej
półki i jak jeszcze raz powiesz o którejś z nas, że jest tłusta lub gruba, to dostaniesz
ode mnie po twarzy". Dryblasa zatkało a potem powiedział- przecież ja żartuję.
Ale Nowa nie odpuściła i tak przy okazji wypomniała mu kilka jego niezbyt
miłych słów pod adresem Lusi, mówiąc, że takie odzywki nie mają charakteru
żartów i są najzwyczajniej w świecie obrazliwe.
W kilka dni pózniej Nowa z Lusią spotkały się na mieście. Nowa przeprosiła
Lusię, że tak ostro zareagowała. Ale Lusia nie miała o to do niej żalu - okazało
się, że Dryblas często pozwala sobie na naprawdę chamskie odzywki, czego nie
było dopóki żył ojciec Lusi.
Bała się Lusia tej przeprowadzki na nowe mieszkanie. Nagle odkryła, że to co
się podoba Dryblasowi to nie jej, że jemu jest wielce obojętne czy stół jest nakryty
obrusem czy ceratą a sztućce z powodzeniem mogą być takie jak w podrzędnym
barze mlecznym a kubki wcale nie muszą być ładne, porcelanowe, wystarczało by
miały uszko i nie więcej niż jedno wyszczerbienie.
Było jeszcze coś - szanowny małżonek czytał tylko i wyłącznie Express Wieczorny.
Czytanie książek zakończył wraz ukończeniem Technikum Ekonomicznego.
Widać lektury szkolne tak go znudziły, że nie zajrzał już potem do żadnej książki.
Nowa była zdruzgotana tym wszystkim co usłyszała.
Jeszcze przed ślubem Lusi Dryblas nie robił na niej pozytywnego wrażenia, bo tak
naprawdę nie było o czym z nim rozmawiać.
A Nowa miała ten feler, że lubiła różne dyskusje i na wiele tematów miała sporo do powiedzenia.Udział Dryblasa w dyskusji ograniczał się do słów "no tak", "no nie",
"hehe". A jeżeli nawet cokolwiek z siebie wydusił były to truizmy wypowiadane
przez przedstawicieli aktualnej władzy.
Zapytany o to co myśli o wydarzeniach marcowych na UW zacytował dokładnie
to co usłyszał w wiadomościach. Zero własnych przemyśleń, zero własnego zdania.
W ramach zwierzeń Lusia przyznała się, że początek jej znajomości z Dryblasem
wynikł z faktu, że ona napisała mu służbową notatkę (adresowaną do dyrektora),
dotyczącą pracy działu w którym Dryblas pełnił obowiązki kierownika działu
gospodarczego. Lusia wysłuchała jego kilku wynurzeń na temat pracy tego działu,
dodała kilka uwag od siebie i napisała całkiem obszerną notatkę.
I napisała ją na tyle dobrze i rzeczowo, że Dryblas z p.o. kierownika awansował na
kierownika owego działu gospodarczego.
Nowa słuchała tego i nie wierzyła własnym uszom- jak można się było zakochać
w kimś takim?
Lusiu, powiedz mi czy Ty naprawdę byłaś w nim zakochana?- zapytała. Lusia
chwilę milczała i powiedziała - nie wiem, ale byłam jedyną z pośród moich koleżanek,
która nie wyszła za mąż. Wszystkie już miałyście mężów, ty przecież też się wydałaś,
a ja nie mogłam nikogo znależć.
Luśka, ja to stanowczo za wcześnie wyszłam za mąż, zaledwie po ukończeniu 21 lat.
Mam szczęście, że trafiłam na naprawdę mądrego, inteligentnego chłopaka a też mi
jakoś nie łatwo w tym małżeństwie. Czasem się ze sobą nie zgadzamy ale się jednak
dogadujemy.
Lusia uśmiechnęła się - no właśnie, dogadujecie się bo się kochacie. A ja myślę, że
Dryblas poleciał na pieniądze mego taty. Myślał, że sobie beztrosko pożyje za mego
taty pieniądze. Niepotrzebnie mu moja mama dała za frajer te dolary na M4.
Powinna była wpierw mu je obiecać, że dostanie gdy mnie zapisze na członka
spółdzielni - to przecież jest to załatwienia dla współmałżonka, wpis to kwestia
kilkuset złotych.
Tak czy siak sama nie wiem co mam zrobić. Jestem praktycznie bez pieniędzy, bo
tata ostatnio, jeszcze przed tym nowotworem przeputał swoje oszczędności.
Wpierw bardzo dużo pieniędzy dał swej kuzynce, która miała kupić mieszkanie
w starym domu, który był przeznaczony do rozbiórki, a jego lokatorzy mieli dostać
(za pieniądze) mieszkania w którejś ze spółdzielni.
I ona miała tatę u siebie zameldować na stałe, żeby i on się załapał na spółdzielcze
mieszkanie.
Kuzynka to mieszkanie kupiła, ale go nie zameldowała, zreszta nie miało to żadnego
znaczenia, bo dom nie poszedł do rozbiórki i nikt z lokatorów nie dostał się do
żadnej spółdzielni mieszkaniowej.
A pieniędzy oczywiście nie oddała, twierdzi, że nie ma, ale może kiedyś zrobi jakiś
biznes i wtedy zarobi na zwrot pieniędzy.
Matka z kolei jak znalazła te dolary i tę odrobinę złota to bezmyślnie wcisnęła dolary
Dryblasowi do ręki, sobie zostawiła "na czarną godzinę" chyba 500, ja mam tę trochę
biżuterii, ale to i tak na nic nie starczy.
Sprzedamy te nasze meble, kilka sztuk to antyki, nie wiadomo kiedy to DESA sprzeda,
no a tam też trzeba jakoś się umeblować. Wyobraz sobie, że gdy wstawimy do
"sypialni" tapczan to właściwie wejdzie tam tylko jedna mała szafa ubraniowa i mały
regalik. Na nic więcej nie będzie miejsca.
Nowa uśmiechnęła się smutno - no a my nadal się tułamy po wynajętych pokojach.
Wpadnij Lusia jutro do nas, sama, to popatrzymy w pewną mądrą książkę.
Jest napisana przez francuskich projektantów wnętrz- podobno w Paryżu jest masa
starych mikroskopijnych mieszkań i z tego co napisali i narysowali wynika, że nawet
kawalerkę można świetnie urządzić dla małżeństwa z dzieckiem.
c.d.n.
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
wtorek, 4 września 2018
niedziela, 2 września 2018
Przyjaciółki - IV
Dla Lusi nastąpiły zwariowane dni -w przeciwieństwie do Nowej chciała mieć swoje
przysłowiowe pięć minut, długą, bieluteńką suknię, welon , kościół cały w kwiatach
i koniecznie wesele. Huczne, najlepiej całą noc.
Był rok 68', w kraju działy się dziwne rzeczy, ale Lusia żyła jakby na innej planecie,
co nieco złościło Nową.
Jak pamiętacie Lusia już raz miała szytą suknię ślubną i zdaniem Nowej mogła
z powodzeniem wykorzystać tę niedokończoną suknię, bo rozmiarowo nadal była dla
niej dobra, materiał był ładny, szantung w kolorze ecru, ale Lusia stwierdziła, że ta
"stara" suknia może jej przynieść pecha w nowym związku.
Nowa, która zupełnie nie przywiązywała znaczenia do takiego drobiazgu jak suknia
ślubna, cierpliwie biegała z Lusią po sklepach a nawet do wypożyczalni sukien
ślubnych.
W końcu zakupiły białą taftę, po wielu sporach wybrały fason, potem zajęły
się szukaniem butów, co było niezłym wyzwaniem. Potem trzeba było jeszcze wybrać
sukienkę do ślubu cywilnego, wianek lub jakiś diadem do welonu. A Nowa wpadła na
pomysł, by kupić, lub uszyć białą krótką sukienkę, którą Lusia założyłaby w trakcie
wesela, a która potem służyłaby jej na różne okazje.
Nowa miesiąc przed ślubem Lusi miała wyznaczony planowy termin operacji, więc
na wszelki wypadek zrezygnowała z zaszczytu zostania świadkiem ślubu.
W efekcie nie była ani na ślubie cywilnym ani na kościelnym. Walczyła w tym czasie
o własne życie i bardzo długo wracała do zdrowia.
Jak wynikało z opowieści wspólnych znajomych, ślub kościelny był z pompą i
zadęciem, kościół cały w kwiatach naturalnych i sztucznych, czerwony dywan
prowadził młodych od wejścia na schody przed kościołem aż do ołtarza, msza trwała
ponad godzinę, pani sopranistka odśpiewała Ave Maria, odegrano na koniec marsza
weselnego.
Panna młoda wyglądała (jak każda) zjawiskowo, wesele trwało do białego rana, nikt
się nie spił, bo nie było wódki tylko wino, za to było bardzo dużo smacznych potraw.
Oczywiście kilka osób z rodziny Lusi było obrażonych, bo zostały pominięte i nie
załapały się na darmową wyżerkę i wypitkę.
Ale listę gości "rodzinnych" układali rodzice Lusi i zapewne mieli powód by niektórych
osób nie zaprosić do wspólnego stołu.
Prawdopodobnie tak jak Nowa, odkryli kiedyś, że z rodziną czasami lepiej być razem
tylko na fotografii a nie przy jednym stole.
Tak jak było ustalone nowożeńcy zamieszkali z rodzicami Lusi. Było im całkiem
wygodnie, mama Lusi prowadziła dom i Lusia nadal nie musiała zgłębiać tajników
gotowania i prowadzenia własnego gospodarstwa, mieli ogród, ze 200 metrów do lasu
i nawet mieli kota przybłędę.
Ale wiadomo, nic nie trwa wiecznie- ojciec Lusi musiał się poddać operacji, bo
zdiagnozowano u niego nowotwór. Kilka miesięcy jedyną dolegliwością po operacji był
stan umysłu starszego pana- narkoza podana w starszym wieku u wielu osób powoduje
demencję.
Trzy razy starszy pan zabłądził w drodze ze stacji kolejowej, raz nawet został
napadnięty i okradziony w stolicy, a jego dotychczasowy wspólnik namówił go do
podpisania umowy, w której stary, chory człowiek zrzekał się swego zakładu na rzecz
swego wspólnika. Ale nim to wszystko wyszło na jaw nastąpił nawrót choroby.
Dryblas chyba bardzo lubił swego teścia, bo troskliwie się nim opiekował przez wiele
miesięcy.
Po śmierci starszego pana nastąpił swoisty armagedon. Wspólnik zaraz po pogrzebie
zagarnął pracownię starszego pana i wszystko co w niej było. Na szczęście starszy pan
zabrał do domu część materiałów i niedokończone jeszcze różne swoje projekty, bo
chciał w domu je skończyć. Wspaniały wspólnik zmarłego domagał się od wdowy, by
te nieukończone wyroby i narzędzia ona mu oddała, bo przecież one były kiedyś
w pracowni, a przecież pracownia na podstawie umowy jest teraz jego.
Wdowa stwierdziła, że nic nie wie o niedokończonych wyrobach ani o narzędziach a
ostatnie miesiące mąż nic w domu nie robił, bo po prostu już nie miał sił. I ona nie
ma zupełnie pojęcia o co chodzi i jak bardzo pan wspólnik chce, to może sprawę
zgłosić nawet na milicję, to przy okazji sprawdzi się czy umowa jest ważna i czy
pracownia ma przejść na jej podstawie w jego ręce. Ale wspólnik tego nie zrobił.
Wdowa nie kłamała- naprawdę nie wiedziała o niczym, bo mąż nigdy jej nie
informował ani o swoich interesach ani nawet o stanie finansów rodzinnych.
Dom w którym mieszkali był wynajęty i opłacony z góry jeszcze na dwa lata.
To była dobra wiadomość, bo spółdzielczego mieszkania Dryblasa wciąż jeszcze
nie było, a tak dokładnie to dopiero wylewano fundamenty budynku, w którym
miało być.
Sytuacja była jednak niewesoła, bo mama Lusi nigdy nie pracowała zawodowo,
więc nie miała żadnej emerytury. ZUS przyznał jej jakąś niewydarzoną kwotę
renty wdowiej, która z trudem wystarczyłaby na jedzenie, ale w żadnym wypadku
nie na wynajęcie gdzieś pokoju. Wyszło na to, że do swojego M3 Dryblas musi
również dokooptować swą teściową.
Lusia i jej Dryblas zaczęli na terenie wynajętego domu prowadzić zawzięte
poszukiwania niedokończonych prac jubilerskich i narzędzi. Wcale nie mieli
pewności czy wspólnik mówił prawdę i zero pewności, że ojciec Lusi przyniósł
to do domu- równie dobrze mógł to wszystko sprzedać komuś ze znajomych
jubilerów.
Zaczęli od swego pokoju, ale niczego nie znalezli. W gabinecie zmarłego
natrafili na zeszyt, w którym były zapiski dotyczące kosztów ślubu Lusi.
To był bajecznie drogi ślub a z zapisków wynikało, że cena za uszycie garnituru,
którą zapłacił Dryblas była ceną niemal symboliczną, starszy pan zapłacił za
materiał i jego uszycie drugie tyle. Lusia z Dryblasem niemal się popłakali ze
wzruszenia.
W biurku znależli jeden złoty łańcuszek, kilka cienkich,srebrnych bransoletek,
platynowy pierścionek w rozmiarze, który nosiła Lusia, kilka rozrysowanych
projektów broszek lub wisiorków, złotą papierośnicę, którą kiedyś używała
mama Lusi i złote kolczyki w złotym etui.
W etui była wygrawerowana dedykacja - "miłości mego życia"- i nic więcej.
Żadnego imienia ani daty. Wyglądało na to, że był to przygotowany prezent albo
dla Lusi albo jej mamy.
I to było wszystko co znalezli z biżuterii, nie było jednak żadnych narzędzi.
Przejrzeli wszystkie znalezione zapiski, masę magazynów z reklamami biżuterii,
w których między kartkami szukali również kopii umowy zawartej przez ojca Lusi.
Przeszukali wszystkie pokoje, piwnicę, nawet komórkę na narzędzia ogrodnicze.
Może tata zakopał coś w ogrodzie - kombinowała Lusia. Mama Lusi popatrzyła na
nią z politowaniem - no to co, teraz może wynajmiemy konia i pług i przeorzecie
ogród? A przeszukaliście w szafie jego ubrania, a tak konkretnie kieszenie?
I tak trzeba będzie te rzeczy przejrzeć i oddać do PCK, więc wezcie ze dwie walizki.
Tylko wszystko ładnie poskładajcie, żeby się rzeczy nie pogniotły. Nie można wiezć
do PCK rzeczy pomiętych.
Młodzi zabrali się za przeszukiwanie ubrań. Po chwili dołączyła do nich matka Lusi.
W jednej z marynarek znalezli 300 dolarów, w prochowcu złotą bransoletkę w kształcie
węża. Mama obejrzała ją i zawyrokowała - chyba kupił ją gdy był ostatnio na Wybrzeżu.
To z Dalekiego Wschodu, ale kiepska robota, pewnie chciał ją użyć jako materiał.
Lusiu, pomóż mi złożyć te marynarki, ja już nie mam siły. Te ojca płaszcze nie wejdą
już do walizek, trzeba przynieść z piwnicy kosz, wyścielić go papierem do pakowania
i w nim się je wywiezie. Lusia wysłała więc Dryblasa do piwnicy po kosz.
W szafie została już tylko bardzo wysłużona, stara pelisa.
O, to to już pójdzie wreszcie teraz na śmietnik - od lat tu wisi nienoszona i pewnie
wyżarta przez mole. Mama Lusi sięgnęła by zdjąć starą pelisę z wieszaka i aż jęknęła-
o Boże, a czemu to takie ciężkie!?
Przy pomocy Lusi wyciągnęła pelisę z szafy -rzeczywiście była bardzo ciężka i bardzo
zniszczona.
Kieszenie były puste, ale pomiędzy materiałem pelisy a futrem przyczepiona była
skórzana teczka. A w niej poszukiwane narzędzia, nieco złota i najprawdziwsze
w świecie dolary- i było ich dużo. Część z nich Mama Lusi szybko odłożyła do szuflady
już przeszukanego biurka.
W chwilę potem wrócił z piwnicy Dryblas z koszem.
A matka Lusi spokojnie przeliczała dolary. Były to czasy, gdy za 100 dolarów
sprzedanych na czarnym rynku można było swobodnie przeżyć w dwie osoby miesiąc.
Po przeliczeniu pieniędzy wręczyła Dryblasowi piętnaście studolarowych banknotów
i powiedziała-dowiedz się synku w spółdzielni czy można jeszcze zmienić te marne M3
na M4.Wtedy gdy umrę będziecie mieli większe mieszkanie.
c.d.n.
przysłowiowe pięć minut, długą, bieluteńką suknię, welon , kościół cały w kwiatach
i koniecznie wesele. Huczne, najlepiej całą noc.
Był rok 68', w kraju działy się dziwne rzeczy, ale Lusia żyła jakby na innej planecie,
co nieco złościło Nową.
Jak pamiętacie Lusia już raz miała szytą suknię ślubną i zdaniem Nowej mogła
z powodzeniem wykorzystać tę niedokończoną suknię, bo rozmiarowo nadal była dla
niej dobra, materiał był ładny, szantung w kolorze ecru, ale Lusia stwierdziła, że ta
"stara" suknia może jej przynieść pecha w nowym związku.
Nowa, która zupełnie nie przywiązywała znaczenia do takiego drobiazgu jak suknia
ślubna, cierpliwie biegała z Lusią po sklepach a nawet do wypożyczalni sukien
ślubnych.
W końcu zakupiły białą taftę, po wielu sporach wybrały fason, potem zajęły
się szukaniem butów, co było niezłym wyzwaniem. Potem trzeba było jeszcze wybrać
sukienkę do ślubu cywilnego, wianek lub jakiś diadem do welonu. A Nowa wpadła na
pomysł, by kupić, lub uszyć białą krótką sukienkę, którą Lusia założyłaby w trakcie
wesela, a która potem służyłaby jej na różne okazje.
Nowa miesiąc przed ślubem Lusi miała wyznaczony planowy termin operacji, więc
na wszelki wypadek zrezygnowała z zaszczytu zostania świadkiem ślubu.
W efekcie nie była ani na ślubie cywilnym ani na kościelnym. Walczyła w tym czasie
o własne życie i bardzo długo wracała do zdrowia.
Jak wynikało z opowieści wspólnych znajomych, ślub kościelny był z pompą i
zadęciem, kościół cały w kwiatach naturalnych i sztucznych, czerwony dywan
prowadził młodych od wejścia na schody przed kościołem aż do ołtarza, msza trwała
ponad godzinę, pani sopranistka odśpiewała Ave Maria, odegrano na koniec marsza
weselnego.
Panna młoda wyglądała (jak każda) zjawiskowo, wesele trwało do białego rana, nikt
się nie spił, bo nie było wódki tylko wino, za to było bardzo dużo smacznych potraw.
Oczywiście kilka osób z rodziny Lusi było obrażonych, bo zostały pominięte i nie
załapały się na darmową wyżerkę i wypitkę.
Ale listę gości "rodzinnych" układali rodzice Lusi i zapewne mieli powód by niektórych
osób nie zaprosić do wspólnego stołu.
Prawdopodobnie tak jak Nowa, odkryli kiedyś, że z rodziną czasami lepiej być razem
tylko na fotografii a nie przy jednym stole.
Tak jak było ustalone nowożeńcy zamieszkali z rodzicami Lusi. Było im całkiem
wygodnie, mama Lusi prowadziła dom i Lusia nadal nie musiała zgłębiać tajników
gotowania i prowadzenia własnego gospodarstwa, mieli ogród, ze 200 metrów do lasu
i nawet mieli kota przybłędę.
Ale wiadomo, nic nie trwa wiecznie- ojciec Lusi musiał się poddać operacji, bo
zdiagnozowano u niego nowotwór. Kilka miesięcy jedyną dolegliwością po operacji był
stan umysłu starszego pana- narkoza podana w starszym wieku u wielu osób powoduje
demencję.
Trzy razy starszy pan zabłądził w drodze ze stacji kolejowej, raz nawet został
napadnięty i okradziony w stolicy, a jego dotychczasowy wspólnik namówił go do
podpisania umowy, w której stary, chory człowiek zrzekał się swego zakładu na rzecz
swego wspólnika. Ale nim to wszystko wyszło na jaw nastąpił nawrót choroby.
Dryblas chyba bardzo lubił swego teścia, bo troskliwie się nim opiekował przez wiele
miesięcy.
Po śmierci starszego pana nastąpił swoisty armagedon. Wspólnik zaraz po pogrzebie
zagarnął pracownię starszego pana i wszystko co w niej było. Na szczęście starszy pan
zabrał do domu część materiałów i niedokończone jeszcze różne swoje projekty, bo
chciał w domu je skończyć. Wspaniały wspólnik zmarłego domagał się od wdowy, by
te nieukończone wyroby i narzędzia ona mu oddała, bo przecież one były kiedyś
w pracowni, a przecież pracownia na podstawie umowy jest teraz jego.
Wdowa stwierdziła, że nic nie wie o niedokończonych wyrobach ani o narzędziach a
ostatnie miesiące mąż nic w domu nie robił, bo po prostu już nie miał sił. I ona nie
ma zupełnie pojęcia o co chodzi i jak bardzo pan wspólnik chce, to może sprawę
zgłosić nawet na milicję, to przy okazji sprawdzi się czy umowa jest ważna i czy
pracownia ma przejść na jej podstawie w jego ręce. Ale wspólnik tego nie zrobił.
Wdowa nie kłamała- naprawdę nie wiedziała o niczym, bo mąż nigdy jej nie
informował ani o swoich interesach ani nawet o stanie finansów rodzinnych.
Dom w którym mieszkali był wynajęty i opłacony z góry jeszcze na dwa lata.
To była dobra wiadomość, bo spółdzielczego mieszkania Dryblasa wciąż jeszcze
nie było, a tak dokładnie to dopiero wylewano fundamenty budynku, w którym
miało być.
Sytuacja była jednak niewesoła, bo mama Lusi nigdy nie pracowała zawodowo,
więc nie miała żadnej emerytury. ZUS przyznał jej jakąś niewydarzoną kwotę
renty wdowiej, która z trudem wystarczyłaby na jedzenie, ale w żadnym wypadku
nie na wynajęcie gdzieś pokoju. Wyszło na to, że do swojego M3 Dryblas musi
również dokooptować swą teściową.
Lusia i jej Dryblas zaczęli na terenie wynajętego domu prowadzić zawzięte
poszukiwania niedokończonych prac jubilerskich i narzędzi. Wcale nie mieli
pewności czy wspólnik mówił prawdę i zero pewności, że ojciec Lusi przyniósł
to do domu- równie dobrze mógł to wszystko sprzedać komuś ze znajomych
jubilerów.
Zaczęli od swego pokoju, ale niczego nie znalezli. W gabinecie zmarłego
natrafili na zeszyt, w którym były zapiski dotyczące kosztów ślubu Lusi.
To był bajecznie drogi ślub a z zapisków wynikało, że cena za uszycie garnituru,
którą zapłacił Dryblas była ceną niemal symboliczną, starszy pan zapłacił za
materiał i jego uszycie drugie tyle. Lusia z Dryblasem niemal się popłakali ze
wzruszenia.
W biurku znależli jeden złoty łańcuszek, kilka cienkich,srebrnych bransoletek,
platynowy pierścionek w rozmiarze, który nosiła Lusia, kilka rozrysowanych
projektów broszek lub wisiorków, złotą papierośnicę, którą kiedyś używała
mama Lusi i złote kolczyki w złotym etui.
W etui była wygrawerowana dedykacja - "miłości mego życia"- i nic więcej.
Żadnego imienia ani daty. Wyglądało na to, że był to przygotowany prezent albo
dla Lusi albo jej mamy.
I to było wszystko co znalezli z biżuterii, nie było jednak żadnych narzędzi.
Przejrzeli wszystkie znalezione zapiski, masę magazynów z reklamami biżuterii,
w których między kartkami szukali również kopii umowy zawartej przez ojca Lusi.
Przeszukali wszystkie pokoje, piwnicę, nawet komórkę na narzędzia ogrodnicze.
Może tata zakopał coś w ogrodzie - kombinowała Lusia. Mama Lusi popatrzyła na
nią z politowaniem - no to co, teraz może wynajmiemy konia i pług i przeorzecie
ogród? A przeszukaliście w szafie jego ubrania, a tak konkretnie kieszenie?
I tak trzeba będzie te rzeczy przejrzeć i oddać do PCK, więc wezcie ze dwie walizki.
Tylko wszystko ładnie poskładajcie, żeby się rzeczy nie pogniotły. Nie można wiezć
do PCK rzeczy pomiętych.
Młodzi zabrali się za przeszukiwanie ubrań. Po chwili dołączyła do nich matka Lusi.
W jednej z marynarek znalezli 300 dolarów, w prochowcu złotą bransoletkę w kształcie
węża. Mama obejrzała ją i zawyrokowała - chyba kupił ją gdy był ostatnio na Wybrzeżu.
To z Dalekiego Wschodu, ale kiepska robota, pewnie chciał ją użyć jako materiał.
Lusiu, pomóż mi złożyć te marynarki, ja już nie mam siły. Te ojca płaszcze nie wejdą
już do walizek, trzeba przynieść z piwnicy kosz, wyścielić go papierem do pakowania
i w nim się je wywiezie. Lusia wysłała więc Dryblasa do piwnicy po kosz.
W szafie została już tylko bardzo wysłużona, stara pelisa.
O, to to już pójdzie wreszcie teraz na śmietnik - od lat tu wisi nienoszona i pewnie
wyżarta przez mole. Mama Lusi sięgnęła by zdjąć starą pelisę z wieszaka i aż jęknęła-
o Boże, a czemu to takie ciężkie!?
Przy pomocy Lusi wyciągnęła pelisę z szafy -rzeczywiście była bardzo ciężka i bardzo
zniszczona.
Kieszenie były puste, ale pomiędzy materiałem pelisy a futrem przyczepiona była
skórzana teczka. A w niej poszukiwane narzędzia, nieco złota i najprawdziwsze
w świecie dolary- i było ich dużo. Część z nich Mama Lusi szybko odłożyła do szuflady
już przeszukanego biurka.
W chwilę potem wrócił z piwnicy Dryblas z koszem.
A matka Lusi spokojnie przeliczała dolary. Były to czasy, gdy za 100 dolarów
sprzedanych na czarnym rynku można było swobodnie przeżyć w dwie osoby miesiąc.
Po przeliczeniu pieniędzy wręczyła Dryblasowi piętnaście studolarowych banknotów
i powiedziała-dowiedz się synku w spółdzielni czy można jeszcze zmienić te marne M3
na M4.Wtedy gdy umrę będziecie mieli większe mieszkanie.
c.d.n.
Przyjaciółki III
Czas mijał, życie jak zwykle miało humor w kratkę i ani się Nowa nie obejrzała
jak świętowała trzecią rocznicę ślubu.
Nie da się ukryć,że już kilka razy miała ochotę na rozwód, ale zawsze jej zapędy
w tym kierunku studziła jedna myśl - licho wie, czy inny będzie lepszy, poza tym
nie jest wykluczone, że to ona ma jakiś feler i każdy kolejny związek też będzie
porażką.
Tę skromną liczbowo rocznicę uczcili lampką wina wypitą w towarzystwie Lusi
i jej nowego znajomego dryblasa. Nowy dryblas był o głowę wyższy od Lusi,
która paradowała tym razem w letnich kozaczkach na wysokim obcasie, oczywiście
nabytych w komisie.
W kwestii urody to można śmiało powiedzieć, że miał dość miłą twarz, ciemne
włosy, nie palił, mówił niewiele. Uważnie przysłuchiwał się rozmowie Lusi i Nowej,
a zapytany o cokolwiek odpowiadał tzw. skrótowo - tak, nie, może, nie wiem- jak to
mówią "mowny" nie był.
Co prawda przy Lusi, która po jednym kieliszku wina paplała jak nakręcona
to raczej nikt nie był "mowny". Gdyby jeszcze wypiła drugi kieliszek to pewnie
w 10 minut potem zaczęłaby śpiewać piosenki harcerskie a na koniec zasnęła na
najbliższym fotelu.
Ale Nowa i jej mąż już znali Lusine możliwości, więc Nowa zaserwowała tort
czekoladowy ( z cukierni) i kawę a w trzy godziny potem Lusia wraz z nowym
dryblasem pożegnali się.
Następnego dnia Lusia zatelefonowała do Nowej do pracy i umówiły się na
krótkie spotkanie - krótkie oznaczało, że Nowa ma szansę wrócić do domu przed
godziną 20,00, czyli nim jej mąż wróci z dodatkowego pół etatu, na którym
pracował od roku.
Okazało się, że nowy dryblas pracuje w tym samym biurze co Lusia, ale w dziale
gospodarczym. Lusia twierdziła, że bardzo jej się ten chłopak podoba, jest od niej
starszy o pięć lat. I poprosiła by w najbliższą niedzielę Nowa wraz z mężem
zabrali dryblasa z dworca EKD i doholowali go do niej na obiad. Oczywiście
nie powie mamie, że będzie jakiś nowy dryblas tylko że Nowa z mężem i daleki
kuzyn Nowej, czyli sami swoi.
W niedzielę przed południem Nowa z mężem zgarnęli z dworca Dryblasa i po
godzinie upiornej jazdy rozklekotaną elektryczną kolejką dalekobieżną dojechali na
miejsce. Potem jeszcze tylko pokonali kawałek drogi wzdłuż malutkiego potoczku i
dotarli na miejsce.
Tym razem obiad był podany "normalnie", bez zadęcia, sreber i wychwalania
talentów kulinarnych Lusi. Już na samym początku mąż Nowej powiedział, że
Dryblas jest jego kolegą a nie kuzynem Nowej, pewnie Lusia zle coś usłyszała,
skoro powiedziała w domu,że to jest kuzyn Nowej.
Przez najbliższy rok Lusia i Dryblas dość regularnie się spotykali. Dryblas też
mieszkał pod Warszawą, ale z zupełnie innej strony miasta. Gdy tylko była dobra
pogoda jezdził do pracy swoim skuterem. I tymże skuterem zabierał Lusię na
łono przyrody w każdą, pogodną niedzielę.
Latem Dryblas z Lusią pojechali na urlop pod namiotem, na kamping nad
jeziorem. Lusia wróciła nieco rozczarowana - seks był, tylko brakowało temu
wszystkiemu jakiejś deklaracji, raz tylko padło krótkie pospieszne "kocham cię"
przed pierwszą wspólną nocą. Potem już był tylko seks.
Gdy po powrocie żaliła się Nowej, ta powiedziała - no to powiedz mu, że z nim
zrywasz, bo lata płyną a ty nie chcesz pokątnego seksu pod namiotem tylko
zwyczajnej stabilizacji w małżeństwie.
No i zobaczysz co z tego wyjdzie- albo się oświadczy albo zniknie z Twego życia.
Lusia była przerażona -podobał się jej ten człowiek. milej było chodzić do kina
z nim niż np. z Nową, której mąż nie lubił kina.
Bity tydzień rozmyślała nad tą sprawą, w końcu doszła do wniosku, że Nowa ma
rację.
Gdy się spotkali po pracy Lusia powiedziała Dryblasowi, że muszą o czymś
porozmawiać- o czymś bardzo ważnym, więc może zamiast do kawiarni pójdą na
spacer np. do Ogrodu Saskiego, bo to niedaleko. Dryblas łypnął na nią i zapytał :
a stało się coś złego?
I nim doszli do Ogrodu Saskiego Lusia powiedziała o co jej chodzi i że lepiej by
było teraz zakończyć znajomość nim "coś się stanie" , bo ona nie pisze się na
dalsze uprawianie "krzakoterapii".
Dryblas podobno początkowo zaniemówił. Po dłuższej chwili zapytał - a czy
ty wyszłabyś za mnie za mąż? Ale wiesz, ja dopiero czekam na mieszkanie,
i nie będziemy mieli gdzie mieszkać. I to długo będzie trwało, bo nie mam
forsy na dopłatę do własnościowego mieszkania, którego odbiór byłby
znacznie szybciej. No i musiałbym poprosić twoich rodziców o twą rękę i
zgodę na nasz ślub, a nie wiem wcale czy się zgodzą.
W końcu umówili się, że Dryblas przyjedzie do Lusi do domu w niedzielę,
Lusia wcześniej poinformuje o wszystkim rodziców i...jakoś to będzie.
W dwa tygodnie pózniej Dryblas przyjechał na swym kucyku, tzn. skuterze,
do Lusinych rodziców. Był chyba bardzo zdenerwowany, bo zdaniem Lusi
wyglądał jakby się skurczył i zmalał.
Ojciec Lusi, mężczyzna już wówczas dobiegający siedemdziesiątki, o wyglądzie
starego patriarchy, wziął Dryblasa do swego gabinetu na rozmowę.
Lusia wraz z mamą usiłowały coś niecoś podsłuchać, ale drzwi w tym domku
były z litego, grubego drewna i nic nie było słychać.
Lusia nawet wyszła do ogrodu, by podsłuchiwać pod oknem, ale było zamknięte.
Po ponad godzinie obaj panowie wyszli z gabinetu -ojciec Lusi uśmiechnięty,
Dryblas jakby nieco zmaltretowany, zapewne tylko psychicznie, bo nie było
widać żadnych śladów pobicia.
No, mamusiu - zostaniemy teraz teściami, zabasował. Ten młodzieniec właśnie
poprosił mnie o rękę Lusi, ponoć się kochają!
Po raz pierwszy Lusia nie zareagowała na znienawidzony przez nią zwrot
"mamusiu",którym dość często jej ojciec zwracał się do jej matki.
No to jak Lusiu, prawdę mówił ten młodzieniec, że się kochacie? Jeśli tak, to
daj każdemu z nas buziaka.
Gdy wieczorem Dryblas dosiadłszy swego "kucyka" odjechał do swego domu,
ojciec przy kolacji powiedział: dokonałem świetnej transakcji - ja wpłacę ponad
połowę kwoty na mieszkanie, czyli 35 tysięcy złotych.a ty córeczko zyskujesz nie
tylko męża ale i meldunek miasta stołecznego, bo jak wiesz na razie wciąż go
nie masz.
Koszty ślubu wraz z obrączkami poniesiemy my, wesela także - jego rodziny na
takie wydatki nie stać. I zamieszkacie u nas, do czasu otrzymania mieszkania.
Brak meldunku warszawskiego bardzo doskwierał i rodzicom i Lusi.
Przed II wojną mieszkali od lat w Warszawie, ale w chwili wybuchu wojny
i pierwszych bombardowań stolicy. mama Lusi była w kolejnej ciąży.
Ciąża była co prawda kolejna, ale dwie poprzednie zakończyły się urodzeniem
martwych płodów. Więc wiedzeni troską o wynik kolejnej ciąży opuścili
Warszawę i zamieszkali u dalszej rodziny, w okolicy Łodzi.
I chyba był to dobry krok, bo w dwa dni po ich wyjezdzie, kamienica w której
mieszkali, została zbombardowana. Tyle tylko, że dla przyszłego potomstwa nie
miało to żadnego znaczenia, w kilka tygodni po opuszczeniu miasta nastąpił
przedwczesny poród a maleństwo żyło zaledwie jeden dzień.
Lusia, jedyne dziecko,któremu się udało wyżyć, urodziła się w czasie wojny,
kilka lat pózniej.
Po wojnie, gdy miasto zaczęło wstawać z ruin rodzice próbowali wrócić do
Warszawy, ale władze wprowadziły restrykcje i na zameldowanie się w mieście
trzeba było dostać odpowiednie zezwolenie. Gdyby wrócili jeszcze w 1945 roku
i zamieszkali w ruinach swej kamienicy, lub gdzieś wynajęli mieszkanie, nie
musieliby starać się o takie zezwolenie. No ale kto chciał ryzykować zdrowie
jedynego dziecka i mieszkać z nim w zrujnowanym mieście?
W ten sposób wielu warszawiaków utraciło na wiele lat możliwość zamieszkania
w Warszawie.
c.d.n.
jak świętowała trzecią rocznicę ślubu.
Nie da się ukryć,że już kilka razy miała ochotę na rozwód, ale zawsze jej zapędy
w tym kierunku studziła jedna myśl - licho wie, czy inny będzie lepszy, poza tym
nie jest wykluczone, że to ona ma jakiś feler i każdy kolejny związek też będzie
porażką.
Tę skromną liczbowo rocznicę uczcili lampką wina wypitą w towarzystwie Lusi
i jej nowego znajomego dryblasa. Nowy dryblas był o głowę wyższy od Lusi,
która paradowała tym razem w letnich kozaczkach na wysokim obcasie, oczywiście
nabytych w komisie.
W kwestii urody to można śmiało powiedzieć, że miał dość miłą twarz, ciemne
włosy, nie palił, mówił niewiele. Uważnie przysłuchiwał się rozmowie Lusi i Nowej,
a zapytany o cokolwiek odpowiadał tzw. skrótowo - tak, nie, może, nie wiem- jak to
mówią "mowny" nie był.
Co prawda przy Lusi, która po jednym kieliszku wina paplała jak nakręcona
to raczej nikt nie był "mowny". Gdyby jeszcze wypiła drugi kieliszek to pewnie
w 10 minut potem zaczęłaby śpiewać piosenki harcerskie a na koniec zasnęła na
najbliższym fotelu.
Ale Nowa i jej mąż już znali Lusine możliwości, więc Nowa zaserwowała tort
czekoladowy ( z cukierni) i kawę a w trzy godziny potem Lusia wraz z nowym
dryblasem pożegnali się.
Następnego dnia Lusia zatelefonowała do Nowej do pracy i umówiły się na
krótkie spotkanie - krótkie oznaczało, że Nowa ma szansę wrócić do domu przed
godziną 20,00, czyli nim jej mąż wróci z dodatkowego pół etatu, na którym
pracował od roku.
Okazało się, że nowy dryblas pracuje w tym samym biurze co Lusia, ale w dziale
gospodarczym. Lusia twierdziła, że bardzo jej się ten chłopak podoba, jest od niej
starszy o pięć lat. I poprosiła by w najbliższą niedzielę Nowa wraz z mężem
zabrali dryblasa z dworca EKD i doholowali go do niej na obiad. Oczywiście
nie powie mamie, że będzie jakiś nowy dryblas tylko że Nowa z mężem i daleki
kuzyn Nowej, czyli sami swoi.
W niedzielę przed południem Nowa z mężem zgarnęli z dworca Dryblasa i po
godzinie upiornej jazdy rozklekotaną elektryczną kolejką dalekobieżną dojechali na
miejsce. Potem jeszcze tylko pokonali kawałek drogi wzdłuż malutkiego potoczku i
dotarli na miejsce.
Tym razem obiad był podany "normalnie", bez zadęcia, sreber i wychwalania
talentów kulinarnych Lusi. Już na samym początku mąż Nowej powiedział, że
Dryblas jest jego kolegą a nie kuzynem Nowej, pewnie Lusia zle coś usłyszała,
skoro powiedziała w domu,że to jest kuzyn Nowej.
Przez najbliższy rok Lusia i Dryblas dość regularnie się spotykali. Dryblas też
mieszkał pod Warszawą, ale z zupełnie innej strony miasta. Gdy tylko była dobra
pogoda jezdził do pracy swoim skuterem. I tymże skuterem zabierał Lusię na
łono przyrody w każdą, pogodną niedzielę.
Latem Dryblas z Lusią pojechali na urlop pod namiotem, na kamping nad
jeziorem. Lusia wróciła nieco rozczarowana - seks był, tylko brakowało temu
wszystkiemu jakiejś deklaracji, raz tylko padło krótkie pospieszne "kocham cię"
przed pierwszą wspólną nocą. Potem już był tylko seks.
Gdy po powrocie żaliła się Nowej, ta powiedziała - no to powiedz mu, że z nim
zrywasz, bo lata płyną a ty nie chcesz pokątnego seksu pod namiotem tylko
zwyczajnej stabilizacji w małżeństwie.
No i zobaczysz co z tego wyjdzie- albo się oświadczy albo zniknie z Twego życia.
Lusia była przerażona -podobał się jej ten człowiek. milej było chodzić do kina
z nim niż np. z Nową, której mąż nie lubił kina.
Bity tydzień rozmyślała nad tą sprawą, w końcu doszła do wniosku, że Nowa ma
rację.
Gdy się spotkali po pracy Lusia powiedziała Dryblasowi, że muszą o czymś
porozmawiać- o czymś bardzo ważnym, więc może zamiast do kawiarni pójdą na
spacer np. do Ogrodu Saskiego, bo to niedaleko. Dryblas łypnął na nią i zapytał :
a stało się coś złego?
I nim doszli do Ogrodu Saskiego Lusia powiedziała o co jej chodzi i że lepiej by
było teraz zakończyć znajomość nim "coś się stanie" , bo ona nie pisze się na
dalsze uprawianie "krzakoterapii".
Dryblas podobno początkowo zaniemówił. Po dłuższej chwili zapytał - a czy
ty wyszłabyś za mnie za mąż? Ale wiesz, ja dopiero czekam na mieszkanie,
i nie będziemy mieli gdzie mieszkać. I to długo będzie trwało, bo nie mam
forsy na dopłatę do własnościowego mieszkania, którego odbiór byłby
znacznie szybciej. No i musiałbym poprosić twoich rodziców o twą rękę i
zgodę na nasz ślub, a nie wiem wcale czy się zgodzą.
W końcu umówili się, że Dryblas przyjedzie do Lusi do domu w niedzielę,
Lusia wcześniej poinformuje o wszystkim rodziców i...jakoś to będzie.
W dwa tygodnie pózniej Dryblas przyjechał na swym kucyku, tzn. skuterze,
do Lusinych rodziców. Był chyba bardzo zdenerwowany, bo zdaniem Lusi
wyglądał jakby się skurczył i zmalał.
Ojciec Lusi, mężczyzna już wówczas dobiegający siedemdziesiątki, o wyglądzie
starego patriarchy, wziął Dryblasa do swego gabinetu na rozmowę.
Lusia wraz z mamą usiłowały coś niecoś podsłuchać, ale drzwi w tym domku
były z litego, grubego drewna i nic nie było słychać.
Lusia nawet wyszła do ogrodu, by podsłuchiwać pod oknem, ale było zamknięte.
Po ponad godzinie obaj panowie wyszli z gabinetu -ojciec Lusi uśmiechnięty,
Dryblas jakby nieco zmaltretowany, zapewne tylko psychicznie, bo nie było
widać żadnych śladów pobicia.
No, mamusiu - zostaniemy teraz teściami, zabasował. Ten młodzieniec właśnie
poprosił mnie o rękę Lusi, ponoć się kochają!
Po raz pierwszy Lusia nie zareagowała na znienawidzony przez nią zwrot
"mamusiu",którym dość często jej ojciec zwracał się do jej matki.
No to jak Lusiu, prawdę mówił ten młodzieniec, że się kochacie? Jeśli tak, to
daj każdemu z nas buziaka.
Gdy wieczorem Dryblas dosiadłszy swego "kucyka" odjechał do swego domu,
ojciec przy kolacji powiedział: dokonałem świetnej transakcji - ja wpłacę ponad
połowę kwoty na mieszkanie, czyli 35 tysięcy złotych.a ty córeczko zyskujesz nie
tylko męża ale i meldunek miasta stołecznego, bo jak wiesz na razie wciąż go
nie masz.
Koszty ślubu wraz z obrączkami poniesiemy my, wesela także - jego rodziny na
takie wydatki nie stać. I zamieszkacie u nas, do czasu otrzymania mieszkania.
Brak meldunku warszawskiego bardzo doskwierał i rodzicom i Lusi.
Przed II wojną mieszkali od lat w Warszawie, ale w chwili wybuchu wojny
i pierwszych bombardowań stolicy. mama Lusi była w kolejnej ciąży.
Ciąża była co prawda kolejna, ale dwie poprzednie zakończyły się urodzeniem
martwych płodów. Więc wiedzeni troską o wynik kolejnej ciąży opuścili
Warszawę i zamieszkali u dalszej rodziny, w okolicy Łodzi.
I chyba był to dobry krok, bo w dwa dni po ich wyjezdzie, kamienica w której
mieszkali, została zbombardowana. Tyle tylko, że dla przyszłego potomstwa nie
miało to żadnego znaczenia, w kilka tygodni po opuszczeniu miasta nastąpił
przedwczesny poród a maleństwo żyło zaledwie jeden dzień.
Lusia, jedyne dziecko,któremu się udało wyżyć, urodziła się w czasie wojny,
kilka lat pózniej.
Po wojnie, gdy miasto zaczęło wstawać z ruin rodzice próbowali wrócić do
Warszawy, ale władze wprowadziły restrykcje i na zameldowanie się w mieście
trzeba było dostać odpowiednie zezwolenie. Gdyby wrócili jeszcze w 1945 roku
i zamieszkali w ruinach swej kamienicy, lub gdzieś wynajęli mieszkanie, nie
musieliby starać się o takie zezwolenie. No ale kto chciał ryzykować zdrowie
jedynego dziecka i mieszkać z nim w zrujnowanym mieście?
W ten sposób wielu warszawiaków utraciło na wiele lat możliwość zamieszkania
w Warszawie.
c.d.n.
sobota, 1 września 2018
Przyjaciółki. II.
Zapewne wszystkich dziwi co to za imię "Nowa" - to nie imię, ale ksywka,
na którą Nowa sama zapracowała. Przez pierwsze dni wszędzie przedstawiała się
w dość osobliwy sposób: "dzień dobry, jestem tu nowa"....i tu wyłuszczała sprawę.
I tak dostała ksywkę Nowa, choć wszyscy wiedzieli, że ma zupełnie inne imię.
Ale przynajmniej było wiadomo o którą osobę idzie, bo prawdziwe imię Nowej
było wówczas dość popularne i jej imienniczek było kilka.
Luśka też wcale nie była Luśką, była to przeróbka jej rzeczywistego imienia.
Obie ksywki bardzo przylgnęły do swych właścicielek i wcale im nie przeszkadzały.
Po niemal roku znajomości rodzina jakby im się powiększyła - Nowa wrosła
w rodzinę Lusi, Lusia z kolei w jej rodzinę. Przez obie rodziny były całkowicie
akceptowane i w pewnym sensie czuły się wręcz siostrami.
Łączyła je jeszcze jedna sprawa- obie były wychowywane w duchu przedwojennym,
takie typowe panienki z dobrego domu.
Obu w domach wmawiano im, że należy koniecznie wyjść za mąż, najlepiej za kogoś
kto już ukończył studia i ma pracę.
I obydwie przeżyły spore rozczarowanie- kandydat Lusi był bardziej zainteresowany
interesem, który prowadził jej ojciec niż samą Lusią.
Bardzo chciał zostać wspólnikiem jej ojca, a kiedy okazało się, że nie ma szans na taką
spółkę skorzystał z nadarzającej się okazji i wyjechał z Polski, choć był już wyznaczony
termin ślubu a krawcowa szyła już suknię ślubną.
Nawet się nie pożegnał z Lusią przysłał jej tylko kartkę z informacją, że właśnie
wyjeżdża, bo trafiła mu się okazja wyjazdu za żelazną kurtynę.
Więcej go Lusia nie widziała, wspólni znajomi też nie.
A Nowa przyłapała swego kandydata na męża na kilku kłamstewkach. Gdy ze łzami
w oczach i sercem w gardle przeanalizowała swój związek z tym panem, doszła do
wniosku, że cały czas była oszukiwana. Bolało, ale to ona zerwała, co było w pewnym
sensie pociechą, ale zaskoczeniem dla rodziny Nowej.
No bo był starszy, ustabilizowany zawodowo, opiekuńczy a tu nagle Nowa odstawia
jakieś fochy.
Od tej pory obie panienki postanowiły poprzebierać nieco w "towarze", nie nabierać się
na słodkie słówka, nie zakochiwać się na zabój, a gdy tylko coś zmierzało w stronę
małżeństwa - natychmiast zrywać znajomość.
Zaczęło się nawet całkiem radosne życie - jak na ówczesne warunki. Popołudniowe
fajfy w Grand Hotelu, dancingi sobotnie, kluby studenckie, Stodoła, Hybrydy,
życie było niemal piękne.I tego miłego nastroju nawet nie zmroził fakt, że zostały
obie zwolnione w ramach redukcji etatów. No cóż, sama matura to było nieco za
mało. Ważny był papierek z wyższej uczelni- wszystko jedno z jakiej, bo liczył się
głównie papierek a nie rzeczywiste umiejętności.
Przyjaciółki złożyły dokumenty w "pośredniaku" obie załapały się do pracy w różnych
w zakładach przemysłowych - Lusię skierowano do działu zaopatrzenia, Nowa
dostała pracę laborantki w biurze konstrukcyjnym i...skierowanie do wieczorowego
technikum elektronicznego.
Skończyły się nagle wesołe czasy, Nowa nic a nic nie pojmowała z tego czego
uczyli w owym technikum. Wprawdzie w pracy naprawdę dobrze sobie radziła, ale
nic do niej nie docierało na wykładach w technikum.
Z całej tej sytuacji wybawiła ją choroba - Nowa była bite trzy miesiące na zwolnieniu
lekarskim. Gdy wróciła, ktoś ze znajomych załatwił jej pracę w jednym z branżowych
ośrodków informacji naukowo-technicznej i Nowa rozstała się z dotychczasową
pracą.
Lusia z kolei jakoś nie mogła się odnależć pracując w zaopatrzeniu. Rozstała się
z dotychczasowym miejscem pracy bez większego żalu. Teoretycznie nie było wtedy
bezrobocia ale tak naprawdę dobrą pracę można było znależć tylko po znajomości.
Zmieniła zakład przemysłowy na jedno z biur projektowych i zaczęła pracować
w dziale prawnym, w charakterze "przynieś, zanieś, napisz".
W tym czasie Nowa poznała pewnego chłopaka - nie był za bardzo rozrywkowy,
pracował i kończył studia na Politechnice.
Pomału, pomału Nowa zaczęła odmrażać swe serce. Co prawda wg opinii rodziny
nie był idealnym kandydatem na męża, ale mieli naprawdę dużo wspólnych tematów
i strasznie mało czasu dla siebie, bo chłopak pracował i studiował.
Gdy Nowa zorientowała się, że zbyt często myśli o swym nowych chłopaku i tęskni
za nim , postanowiła zerwać tę znajomość- ale efekt był zupełnie nieoczekiwany-
zamiast zerwania ustalili, że się pobiorą. Oboje wiedzieli, że nie mają mieszkania, że
ich rodziny raczej nie będą zachwycone takim obrotem sprawy, że to szaleństwo, ale
kilka miesięcy pózniej wzięli ślub.
A Lusia dzielnie im sekundowała - była świadkiem na ich ślubie, przez jakiś czas
nowożeńcy mieszkali nawet w domu, który pod Warszawą wynajmowali rodzice
Lusi i młodzi płacili jej rodzicom tylko za media.
Niewątpliwie było to dość tanie rozwiązanie, ale bardzo niewygodne z uwagi na
długie dojazdy.
Postanowili więc wynajmować mieszkanie w Warszawie i żyć tylko z jednej pensji-
druga szła w całości na wynajem lokum.
Już w pierwszym roku małżeństwa Nowa dokonała wielu odkryć, niemal tak
doniosłych jak odkrycie Ameryki przez Kolumba. I każdym odkryciem dzieliła się
z Lusią.
Dość szybko odkryła, że niemal wszystkie opowiadania o wredności teściowych nie są
wyssane z palca. Na szczęście nie mieszkali pod jednym dachem z teściową, a jej mąż
nie był ślepo zapatrzony w swą mamuśkę , mało tego, stał murem za Nową i nie słuchał
co mu mamusia do ucha szepcze. W sumie - "szło wytrzymać" w temacie teściowa.
Drugie epokowe odkrycie dotyczyło układów rodzinnych - Nowa przekonała się, że
rodzina to dość puste słowo i najlepiej wychodzi się z rodziną na zdjęciu, a najgorzej
gdy się uwierzy, że rodzina chce dla wszystkich swych członków samego dobra.
Kolejne odkrycie dotyczyło mężczyzn. Nowa nagle odkryła, że to jest jednak zupełnie
inny gatunek biologiczny a te same słowa mają zupełnie inne znaczenia dla kobiety
i mężczyzny. Bardzo ją zadziwiło, że nie dostrzegła tego faktu przed ślubem. Podobnie
jak i pewnego syndromu "psa ogrodnika", który nikomu nie użyczy jabłek, choć sam ich
nie je.
Gdy dokonała tych epokowych odkryć zaczęła zastanawiać się nad......rozwodem. Może
nie natychmiast, ale z czasem, gdy więcej spraw ją rozczaruje i zdenerwuje.
Wszystkie swe wątpliwości i rozterki omawiała z Lusią. Mąż Nowej nie przepadał za
Lusią, ale nie śmiał żądać od żony by przestała się z nią przyjażnić.
A Lusia, wysłuchawszy wszystkich nieznanych sobie dotąd prawd o małżeństwie, które
zdaniem Nowej było mocno przereklamowaną sprawą, nadal szukała kandydata na męża
dla siebie.
I nadal poszukiwała go w grupie mężczyzn wysokich, zupełnie nie przejmując się dość
popularnym wtedy powiedzeniem "wysoki jak brzoza a durny jak koza".
W swych poszukiwaniach męża Lusia była mocno wspierana przez matkę - każdy
ewentualny kandydat był zapraszany na niedzielny obiad a walory Lusi wychwalane
przez jej matkę podczas tego niedzielnego obiadu. Nowa z mężem też często bywali na
tych niedzielnych obiadkach i z trudem hamowała wybuchy śmiechu, gdy mama Lusi
opowiadała bajki, że cały obiad to Lusia sama przygotowała. Zarówno Lusia jak i Nowa
miały pojęcie o gotowaniu takie samo jak o życiu na Marsie.
Nowa co prawda nauczyła się już gotowania wody na herbatę i raz odsmażyła kupione
w garmażu kopytka, a Lusia nawet pokroiła jarzyny do sałatki, ale obie jeszcze ani razu nie ugotowały same obiadu. Więc opowieści Luśczynej mamy o umiejętnościach kucharskich
córki wielce obie dziewczyny bawiły.
W czasie tych niedzielnych obiadów bledziutko wypadali kandydaci na męża - mało
który z dryblasów umiał się posługiwać prawidłowo sztućcami a śnieżno biały obrus jakby
paraliżował ich ruchy i głęboko ukrywał w zakamarkach mózgu wszystkie właściwe
słowa.
Śnieżno biały adamaszkowy obrus, lub ręcznie robiony koronkowy, srebrne sztućce,
srebrna taca z pięknie pachnącym i upieczonym kurczakiem, zastawa porcelanowa rodem
z fabryki Rosenthala, sosjerki, a na dodatek srebrne podpórki do sztućców, adamaszkowe serwetki i kryształowe kieliszki do wina mocno onieśmielały większość dryblasów.
No ale dla obu dziewczyn ten odświętny obiad nie był czymś niespotykanym. Mąż Nowej,
choć w domu nigdy tak nie jadał, szybko opanował zdumienie i sztukę konsumpcji
w takich warunkach.
99,9% procent kandydatów na męża wytrzymało najwyżej jeden taki obiad. Wysiłek
włożony w akt spożywania obiadu zrażał niemal wszystkich dryblasów.
Chociaż zdarzył się jeden wyjątek - przyjrzawszy się półmiskowi z poporcjowanym
kurczakiem, ponaglany przez mamę Lusi, by wybrał sobie część, na którą ma ochotę,
ów "wyjątek"powiedział - "ja bym zjadł szyjkę, ale tu jej nie ma".
Nowa kłusem pognała do łazienki by się wyśmiać, Lusi policzki pokrył czerwony kolor,
a mama Lusi spokojnie wyjaśniła: "przykro mi - szyjka była dodana do gotowania smaku
na zupę".
I to był ostatni taki obiad. Następny był dopiero po ślubie Lusi.
ciąg dalszy nastąpi.
na którą Nowa sama zapracowała. Przez pierwsze dni wszędzie przedstawiała się
w dość osobliwy sposób: "dzień dobry, jestem tu nowa"....i tu wyłuszczała sprawę.
I tak dostała ksywkę Nowa, choć wszyscy wiedzieli, że ma zupełnie inne imię.
Ale przynajmniej było wiadomo o którą osobę idzie, bo prawdziwe imię Nowej
było wówczas dość popularne i jej imienniczek było kilka.
Luśka też wcale nie była Luśką, była to przeróbka jej rzeczywistego imienia.
Obie ksywki bardzo przylgnęły do swych właścicielek i wcale im nie przeszkadzały.
Po niemal roku znajomości rodzina jakby im się powiększyła - Nowa wrosła
w rodzinę Lusi, Lusia z kolei w jej rodzinę. Przez obie rodziny były całkowicie
akceptowane i w pewnym sensie czuły się wręcz siostrami.
Łączyła je jeszcze jedna sprawa- obie były wychowywane w duchu przedwojennym,
takie typowe panienki z dobrego domu.
Obu w domach wmawiano im, że należy koniecznie wyjść za mąż, najlepiej za kogoś
kto już ukończył studia i ma pracę.
I obydwie przeżyły spore rozczarowanie- kandydat Lusi był bardziej zainteresowany
interesem, który prowadził jej ojciec niż samą Lusią.
Bardzo chciał zostać wspólnikiem jej ojca, a kiedy okazało się, że nie ma szans na taką
spółkę skorzystał z nadarzającej się okazji i wyjechał z Polski, choć był już wyznaczony
termin ślubu a krawcowa szyła już suknię ślubną.
Nawet się nie pożegnał z Lusią przysłał jej tylko kartkę z informacją, że właśnie
wyjeżdża, bo trafiła mu się okazja wyjazdu za żelazną kurtynę.
Więcej go Lusia nie widziała, wspólni znajomi też nie.
A Nowa przyłapała swego kandydata na męża na kilku kłamstewkach. Gdy ze łzami
w oczach i sercem w gardle przeanalizowała swój związek z tym panem, doszła do
wniosku, że cały czas była oszukiwana. Bolało, ale to ona zerwała, co było w pewnym
sensie pociechą, ale zaskoczeniem dla rodziny Nowej.
No bo był starszy, ustabilizowany zawodowo, opiekuńczy a tu nagle Nowa odstawia
jakieś fochy.
Od tej pory obie panienki postanowiły poprzebierać nieco w "towarze", nie nabierać się
na słodkie słówka, nie zakochiwać się na zabój, a gdy tylko coś zmierzało w stronę
małżeństwa - natychmiast zrywać znajomość.
Zaczęło się nawet całkiem radosne życie - jak na ówczesne warunki. Popołudniowe
fajfy w Grand Hotelu, dancingi sobotnie, kluby studenckie, Stodoła, Hybrydy,
życie było niemal piękne.I tego miłego nastroju nawet nie zmroził fakt, że zostały
obie zwolnione w ramach redukcji etatów. No cóż, sama matura to było nieco za
mało. Ważny był papierek z wyższej uczelni- wszystko jedno z jakiej, bo liczył się
głównie papierek a nie rzeczywiste umiejętności.
Przyjaciółki złożyły dokumenty w "pośredniaku" obie załapały się do pracy w różnych
w zakładach przemysłowych - Lusię skierowano do działu zaopatrzenia, Nowa
dostała pracę laborantki w biurze konstrukcyjnym i...skierowanie do wieczorowego
technikum elektronicznego.
Skończyły się nagle wesołe czasy, Nowa nic a nic nie pojmowała z tego czego
uczyli w owym technikum. Wprawdzie w pracy naprawdę dobrze sobie radziła, ale
nic do niej nie docierało na wykładach w technikum.
Z całej tej sytuacji wybawiła ją choroba - Nowa była bite trzy miesiące na zwolnieniu
lekarskim. Gdy wróciła, ktoś ze znajomych załatwił jej pracę w jednym z branżowych
ośrodków informacji naukowo-technicznej i Nowa rozstała się z dotychczasową
pracą.
Lusia z kolei jakoś nie mogła się odnależć pracując w zaopatrzeniu. Rozstała się
z dotychczasowym miejscem pracy bez większego żalu. Teoretycznie nie było wtedy
bezrobocia ale tak naprawdę dobrą pracę można było znależć tylko po znajomości.
Zmieniła zakład przemysłowy na jedno z biur projektowych i zaczęła pracować
w dziale prawnym, w charakterze "przynieś, zanieś, napisz".
W tym czasie Nowa poznała pewnego chłopaka - nie był za bardzo rozrywkowy,
pracował i kończył studia na Politechnice.
Pomału, pomału Nowa zaczęła odmrażać swe serce. Co prawda wg opinii rodziny
nie był idealnym kandydatem na męża, ale mieli naprawdę dużo wspólnych tematów
i strasznie mało czasu dla siebie, bo chłopak pracował i studiował.
Gdy Nowa zorientowała się, że zbyt często myśli o swym nowych chłopaku i tęskni
za nim , postanowiła zerwać tę znajomość- ale efekt był zupełnie nieoczekiwany-
zamiast zerwania ustalili, że się pobiorą. Oboje wiedzieli, że nie mają mieszkania, że
ich rodziny raczej nie będą zachwycone takim obrotem sprawy, że to szaleństwo, ale
kilka miesięcy pózniej wzięli ślub.
A Lusia dzielnie im sekundowała - była świadkiem na ich ślubie, przez jakiś czas
nowożeńcy mieszkali nawet w domu, który pod Warszawą wynajmowali rodzice
Lusi i młodzi płacili jej rodzicom tylko za media.
Niewątpliwie było to dość tanie rozwiązanie, ale bardzo niewygodne z uwagi na
długie dojazdy.
Postanowili więc wynajmować mieszkanie w Warszawie i żyć tylko z jednej pensji-
druga szła w całości na wynajem lokum.
Już w pierwszym roku małżeństwa Nowa dokonała wielu odkryć, niemal tak
doniosłych jak odkrycie Ameryki przez Kolumba. I każdym odkryciem dzieliła się
z Lusią.
Dość szybko odkryła, że niemal wszystkie opowiadania o wredności teściowych nie są
wyssane z palca. Na szczęście nie mieszkali pod jednym dachem z teściową, a jej mąż
nie był ślepo zapatrzony w swą mamuśkę , mało tego, stał murem za Nową i nie słuchał
co mu mamusia do ucha szepcze. W sumie - "szło wytrzymać" w temacie teściowa.
Drugie epokowe odkrycie dotyczyło układów rodzinnych - Nowa przekonała się, że
rodzina to dość puste słowo i najlepiej wychodzi się z rodziną na zdjęciu, a najgorzej
gdy się uwierzy, że rodzina chce dla wszystkich swych członków samego dobra.
Kolejne odkrycie dotyczyło mężczyzn. Nowa nagle odkryła, że to jest jednak zupełnie
inny gatunek biologiczny a te same słowa mają zupełnie inne znaczenia dla kobiety
i mężczyzny. Bardzo ją zadziwiło, że nie dostrzegła tego faktu przed ślubem. Podobnie
jak i pewnego syndromu "psa ogrodnika", który nikomu nie użyczy jabłek, choć sam ich
nie je.
Gdy dokonała tych epokowych odkryć zaczęła zastanawiać się nad......rozwodem. Może
nie natychmiast, ale z czasem, gdy więcej spraw ją rozczaruje i zdenerwuje.
Wszystkie swe wątpliwości i rozterki omawiała z Lusią. Mąż Nowej nie przepadał za
Lusią, ale nie śmiał żądać od żony by przestała się z nią przyjażnić.
A Lusia, wysłuchawszy wszystkich nieznanych sobie dotąd prawd o małżeństwie, które
zdaniem Nowej było mocno przereklamowaną sprawą, nadal szukała kandydata na męża
dla siebie.
I nadal poszukiwała go w grupie mężczyzn wysokich, zupełnie nie przejmując się dość
popularnym wtedy powiedzeniem "wysoki jak brzoza a durny jak koza".
W swych poszukiwaniach męża Lusia była mocno wspierana przez matkę - każdy
ewentualny kandydat był zapraszany na niedzielny obiad a walory Lusi wychwalane
przez jej matkę podczas tego niedzielnego obiadu. Nowa z mężem też często bywali na
tych niedzielnych obiadkach i z trudem hamowała wybuchy śmiechu, gdy mama Lusi
opowiadała bajki, że cały obiad to Lusia sama przygotowała. Zarówno Lusia jak i Nowa
miały pojęcie o gotowaniu takie samo jak o życiu na Marsie.
Nowa co prawda nauczyła się już gotowania wody na herbatę i raz odsmażyła kupione
w garmażu kopytka, a Lusia nawet pokroiła jarzyny do sałatki, ale obie jeszcze ani razu nie ugotowały same obiadu. Więc opowieści Luśczynej mamy o umiejętnościach kucharskich
córki wielce obie dziewczyny bawiły.
W czasie tych niedzielnych obiadów bledziutko wypadali kandydaci na męża - mało
który z dryblasów umiał się posługiwać prawidłowo sztućcami a śnieżno biały obrus jakby
paraliżował ich ruchy i głęboko ukrywał w zakamarkach mózgu wszystkie właściwe
słowa.
Śnieżno biały adamaszkowy obrus, lub ręcznie robiony koronkowy, srebrne sztućce,
srebrna taca z pięknie pachnącym i upieczonym kurczakiem, zastawa porcelanowa rodem
z fabryki Rosenthala, sosjerki, a na dodatek srebrne podpórki do sztućców, adamaszkowe serwetki i kryształowe kieliszki do wina mocno onieśmielały większość dryblasów.
No ale dla obu dziewczyn ten odświętny obiad nie był czymś niespotykanym. Mąż Nowej,
choć w domu nigdy tak nie jadał, szybko opanował zdumienie i sztukę konsumpcji
w takich warunkach.
99,9% procent kandydatów na męża wytrzymało najwyżej jeden taki obiad. Wysiłek
włożony w akt spożywania obiadu zrażał niemal wszystkich dryblasów.
Chociaż zdarzył się jeden wyjątek - przyjrzawszy się półmiskowi z poporcjowanym
kurczakiem, ponaglany przez mamę Lusi, by wybrał sobie część, na którą ma ochotę,
ów "wyjątek"powiedział - "ja bym zjadł szyjkę, ale tu jej nie ma".
Nowa kłusem pognała do łazienki by się wyśmiać, Lusi policzki pokrył czerwony kolor,
a mama Lusi spokojnie wyjaśniła: "przykro mi - szyjka była dodana do gotowania smaku
na zupę".
I to był ostatni taki obiad. Następny był dopiero po ślubie Lusi.
ciąg dalszy nastąpi.
piątek, 31 sierpnia 2018
Przyjaciółki
Poznały się zaraz po maturze , w swej pierwszej pracy.
Lusia pracowała już prawie pół roku, gdy do pracowni projektowej dołączyła
Nowa. Ich spotkanie było nieco nietypowe, bowiem pierwszy raz spotkały się
w damskiej łazience. Luśka walczyła ze zsuwającym się z nogi bandażem,
a Nowa widząc jej problemy zaoferowała swą pomoc. Nowa była po jakimś
kursie udzielania pierwszej pomocy, więc zabandażowanie kończyny było dla
niej przysłowiową "pestką". Z krótkiej rozmowy dowiedziała się, że Lusia od
dwóch lat walczy z żylakami, teraz była na zabiegu zamykania niedrożnych
żył i po wstrzyknięciu w nie jakiegoś preparatu, musiała przez kilka tygodni
bandażować nogę.
Przez następne dwa tygodnie Nowa niemal codziennie bandażowała tę
chorą nogę Lusi, przy okazji zaczęły się bliżej poznawać.
Obie były najmłodszymi pracownicami, obie zmuszone sytuacją rodzinną do
wczesnego podjęcia pracy, obie jedynaczki.
Zaczęły razem chodzić na śniadania do biurowego bufetu, razem po pracy
zaglądać do pobliskich sklepów, zwierzać się sobie z różnych tajemnic.
Obydwie były po zerwaniu dotychczasowych związków, które miały być
"ukoronowane" małżeństwem.
Dziewczyny rozumiały się świetnie i wcale im nie przeszkadzało, że razem
stanowiły dość zabawny obraz- Lusia, jak na owe czasy była bardzo wysoka, bo
miała 175 cm wzrostu, a Nowa była równo 20 centymetrów niższa. Obydwie
gustowały w wysokich chłopakach, z tym, że Nowej do pełni szczęścia wystarczał
chłopak pomiędzy 175 a 180 cm wzrostu, a Lusia poszukiwała osobnika około
190 cm wzrostu, by móc swobodnie chodzić przy nim w szpilkach, które w tym
czasie były niezmiernie modnym obuwiem na całą dobę.
Nowa polowała w sklepach na wysokie szpilki, Lusia na niskie.
Lusia była po kursie kreślarskim i pracowała jako jedna z kreślarek w tej
pracowni. To były czasy, gdy na jedną kreślarkę przypadało dwóch inżynierów
projektantów. Projektant rysował swój projekt na kalce kreślarskiej ołówkiem,
a kreślarki następnie wszystkie linijki pokrywały tuszem, różnicując grubość
kresek wg im znanych przepisów, które poznawały na kursie kreślarskim.
Nowa była jedną z dwóch sekretarek pracowni, w której pracowała Lusia.
Przedsiębiorstwo Projektowe w którym pracowały było jednym z największych
w Polsce, projekty obejmowały różne przedsięwzięcia realizowane nie tylko
w Polsce ale i w innych krajach - tu powstawały projekty wielu nowych
osiedli mieszkaniowych, nowych szpitali i wielu innych obiektów użyteczności
publicznej.
Biuro zajmowało dwa oddzielnie stojące budynki, połączone podziemnym
przejściem.
Kilka lat wcześniej, gdy jeszcze żadna z nich tu nie pracowała, należało po budynku
poruszać się z odpowiednią plakietką przypiętą w widocznym miejscu, a na każdym
piętrze, przy schodach, stał uzbrojony strażnik.
Wiadomo - wszystko było tajne łamane przez poufne, bo wróg czyhał dookoła.
Budynek w którym pracowały był wewnątrz rotundą. Jednym z milszych zajęć
wszystkich niemal pracowników było wystawanie przy kamiennych balustradach,
popatrywanie w dół, obgadywanie wchodzących i wychodzących.
Drugim, chyba jeszcze milszym zajęciem było przesiadywanie w bufecie,
w którym mieściła się również duża stołówka pracownicza.
Prawdę mówiąc to wszystkie pracownie były bardzo zapchane- pomiędzy biurkami,
stołami kreślarskimi, kulmanami i stołkami trudno było się przeciskać, nie było
na czym postawić szklanki z herbatą ani miejsca by tę wodę na herbatę lub kawę
zagotować.
Poza tym projektant budynku zadbał o utrzymywanie przez pracowników
dobrej kondycji fizycznej- w budynku była jedna stara, mała winda na sześć
osób. Do tego wszystkiego miewała niemiły zwyczaj zatrzymywania się pomiędzy
piętrami, więc większość pracowników korzystała ze schodów. Zresztą jedna
mała winda i tak nie wystarczała dla kilkuset osób.
Nie bardzo wiadomo co za geniusz zaprojektował ten budynek, ale żeby
przedostać się podziemnym przejściem do drugiego budynku trzeba było przejść
około 200 metrów. Po drodze mijało się bufet wraz ze stołówką i salę kinową,
w której nigdy nie wyświetlano żadnych filmów.
Dodatkową atrakcją wędrowania pomiędzy budynkami był często brak oświetlenia.
Nie wiadomo - czy ktoś celowo wykręcał żarówki czy może same się przepalały,
ale były to dni, gdy większość pań wędrowała podziemiami grupowo.
Wszystkie sekretarki zastanawiały się co za debil tak urządził biuro, że po każdy
podpis generalnego projektanta na dokumentacji trzeba było wędrować do drugiego
budynku z całą stertą już gotowych dokumentów, które ważyły często po kilka
kilogramów. Biedne sekretarki targały te sterty teczek do podpisu, po kilku
godzinach musiały przyjść po raz drugi by je odebrać i zanieść do kancelarii i
przekazać do wysłania. Żeby było śmieszniej to kancelaria była w tym samym
budynku co dyrekcja i generalni projektanci, ale nikt nie pomyślał, by sekretarka
któregoś z generalnych projektantów sama odniosła do kancelarii podpisane
dokumenty, opatrzone pismem przewodnim.
Pojęcie "organizacja pracy" nie było tu znane.
Ale bywało wesoło. Kierownik pracowni, w której były zatrudnione Lusia i Nowa
większość czasu spędzał na czytaniu gazet. Raz dziennie wpadał "na halę", obrzucał
spojrzeniem personel, zadawał pytanie retoryczne "no jak idzie?" po czym wracał
do swego pokoju , mówił, że będzie za 2 godziny i znikał.
Przed wyjściem obrzucał ognistym spojrzeniem pierwszą sekretarkę i teatralnie
wzdychał. Gdy się za nim zamykały drzwi Dorota wypuszczała głośno powietrze,
dodając z cicha- no wreszcie ten debil się wyniósł. A debilowi wyraznie się Dorota
podobała, tylko on się Dorocie nie podobał.
Prawdę mówiąc to chyba żadnej z młodych dziewczyn pan kierownik się nie podobał-
miał zapewne 35 lub 37 lat, był wyraznie zatłuszczony i jakiś taki pomięty, tkanka
tłuszczowa zaczynała się na podbródku pokrywając obficie klatkę piersiową i
ciążę pokarmową.
Zapewne gdyby ważył ze 30 kg mniej to byłby całkiem przystojnym facetem. Tyle
tylko, że on nadal miał o swej urodzie bardzo dobre wyobrażenie i wydawało się
biedakowi, że nadal jest atrakcyjnym mężczyzną.
Wszystkie kreślarki bardzo współczuły obu sekretarkom, że siedzą z nim w jednym
pokoju.
Pewnego jesiennego dnia, już po ósmej rano, kierownik, który w nomenklaturze
tej pracowni nosił ksywkę Materac, wtoczył się do pokoju i natychmiast podszedł
do okna szeroko je otwierając i mówiąc - chodzcie tu obie i patrzcie.
Dorota i Nowa podeszły do okna - widzicie? -zakrzyknął Materac.
Ale co?- zapytały zgodnie.
Nooo, mój samochód, nowy, wartburg!!! -wrzeszczał Materac radośnie.
Ale ja nie wiem jak wygląda wartburg- wyjęczała Dorota. A jaki ma kolor, to my
poznamy go po kolorze - dodała Nowa.
Materac się zdziwił- jak to, to panie nie wiedzą jak wygląda wartburg?
Przecież żadna z nas nie ma samochodu - uświadomiła go Dorota.
A Nowa dodała- ja tylko znam warszawę, wołgę syrenkę i alfa romeo. No to jaki
kolor ma ten pana wartburg?
Taki jaśniejszy niż czerwony- wyjąkał Materac i wskazał paluchem na stojącego
w dole różowego wartburga.
No ładny ten różowy wartburg, orzekła Dorota, no nie? zwróciła się do Nowej.
Nowa pokiwała głową i dodała.- ładny i pewnie żonie się podoba.
To może Was przewieżć po mieście - zaproponował Materac.
Nie da rady szefie, za 20 minut ma pan dziś nasiadówkę u GP.
O Jezu, zupełnie zapomniałem- ryknął Materac.
Dorota uśmiechnęła się - spokojnie, materiały są w pańskiej szafie , w zielonej
teczce.
Ze stoickim spokojem zamknęła okno, podeszła do szafy i wyjęła zieloną teczkę.
Materac porwał ją, obrzucił nieprzytomnym wzrokiem i zapytał: ale fajny. ten
samochodzik, prawda?
Prawda, szefie, prawda, odparły chórem.
c.d.
Lusia pracowała już prawie pół roku, gdy do pracowni projektowej dołączyła
Nowa. Ich spotkanie było nieco nietypowe, bowiem pierwszy raz spotkały się
w damskiej łazience. Luśka walczyła ze zsuwającym się z nogi bandażem,
a Nowa widząc jej problemy zaoferowała swą pomoc. Nowa była po jakimś
kursie udzielania pierwszej pomocy, więc zabandażowanie kończyny było dla
niej przysłowiową "pestką". Z krótkiej rozmowy dowiedziała się, że Lusia od
dwóch lat walczy z żylakami, teraz była na zabiegu zamykania niedrożnych
żył i po wstrzyknięciu w nie jakiegoś preparatu, musiała przez kilka tygodni
bandażować nogę.
Przez następne dwa tygodnie Nowa niemal codziennie bandażowała tę
chorą nogę Lusi, przy okazji zaczęły się bliżej poznawać.
Obie były najmłodszymi pracownicami, obie zmuszone sytuacją rodzinną do
wczesnego podjęcia pracy, obie jedynaczki.
Zaczęły razem chodzić na śniadania do biurowego bufetu, razem po pracy
zaglądać do pobliskich sklepów, zwierzać się sobie z różnych tajemnic.
Obydwie były po zerwaniu dotychczasowych związków, które miały być
"ukoronowane" małżeństwem.
Dziewczyny rozumiały się świetnie i wcale im nie przeszkadzało, że razem
stanowiły dość zabawny obraz- Lusia, jak na owe czasy była bardzo wysoka, bo
miała 175 cm wzrostu, a Nowa była równo 20 centymetrów niższa. Obydwie
gustowały w wysokich chłopakach, z tym, że Nowej do pełni szczęścia wystarczał
chłopak pomiędzy 175 a 180 cm wzrostu, a Lusia poszukiwała osobnika około
190 cm wzrostu, by móc swobodnie chodzić przy nim w szpilkach, które w tym
czasie były niezmiernie modnym obuwiem na całą dobę.
Nowa polowała w sklepach na wysokie szpilki, Lusia na niskie.
Lusia była po kursie kreślarskim i pracowała jako jedna z kreślarek w tej
pracowni. To były czasy, gdy na jedną kreślarkę przypadało dwóch inżynierów
projektantów. Projektant rysował swój projekt na kalce kreślarskiej ołówkiem,
a kreślarki następnie wszystkie linijki pokrywały tuszem, różnicując grubość
kresek wg im znanych przepisów, które poznawały na kursie kreślarskim.
Nowa była jedną z dwóch sekretarek pracowni, w której pracowała Lusia.
Przedsiębiorstwo Projektowe w którym pracowały było jednym z największych
w Polsce, projekty obejmowały różne przedsięwzięcia realizowane nie tylko
w Polsce ale i w innych krajach - tu powstawały projekty wielu nowych
osiedli mieszkaniowych, nowych szpitali i wielu innych obiektów użyteczności
publicznej.
Biuro zajmowało dwa oddzielnie stojące budynki, połączone podziemnym
przejściem.
Kilka lat wcześniej, gdy jeszcze żadna z nich tu nie pracowała, należało po budynku
poruszać się z odpowiednią plakietką przypiętą w widocznym miejscu, a na każdym
piętrze, przy schodach, stał uzbrojony strażnik.
Wiadomo - wszystko było tajne łamane przez poufne, bo wróg czyhał dookoła.
Budynek w którym pracowały był wewnątrz rotundą. Jednym z milszych zajęć
wszystkich niemal pracowników było wystawanie przy kamiennych balustradach,
popatrywanie w dół, obgadywanie wchodzących i wychodzących.
Drugim, chyba jeszcze milszym zajęciem było przesiadywanie w bufecie,
w którym mieściła się również duża stołówka pracownicza.
Prawdę mówiąc to wszystkie pracownie były bardzo zapchane- pomiędzy biurkami,
stołami kreślarskimi, kulmanami i stołkami trudno było się przeciskać, nie było
na czym postawić szklanki z herbatą ani miejsca by tę wodę na herbatę lub kawę
zagotować.
Poza tym projektant budynku zadbał o utrzymywanie przez pracowników
dobrej kondycji fizycznej- w budynku była jedna stara, mała winda na sześć
osób. Do tego wszystkiego miewała niemiły zwyczaj zatrzymywania się pomiędzy
piętrami, więc większość pracowników korzystała ze schodów. Zresztą jedna
mała winda i tak nie wystarczała dla kilkuset osób.
Nie bardzo wiadomo co za geniusz zaprojektował ten budynek, ale żeby
przedostać się podziemnym przejściem do drugiego budynku trzeba było przejść
około 200 metrów. Po drodze mijało się bufet wraz ze stołówką i salę kinową,
w której nigdy nie wyświetlano żadnych filmów.
Dodatkową atrakcją wędrowania pomiędzy budynkami był często brak oświetlenia.
Nie wiadomo - czy ktoś celowo wykręcał żarówki czy może same się przepalały,
ale były to dni, gdy większość pań wędrowała podziemiami grupowo.
Wszystkie sekretarki zastanawiały się co za debil tak urządził biuro, że po każdy
podpis generalnego projektanta na dokumentacji trzeba było wędrować do drugiego
budynku z całą stertą już gotowych dokumentów, które ważyły często po kilka
kilogramów. Biedne sekretarki targały te sterty teczek do podpisu, po kilku
godzinach musiały przyjść po raz drugi by je odebrać i zanieść do kancelarii i
przekazać do wysłania. Żeby było śmieszniej to kancelaria była w tym samym
budynku co dyrekcja i generalni projektanci, ale nikt nie pomyślał, by sekretarka
któregoś z generalnych projektantów sama odniosła do kancelarii podpisane
dokumenty, opatrzone pismem przewodnim.
Pojęcie "organizacja pracy" nie było tu znane.
Ale bywało wesoło. Kierownik pracowni, w której były zatrudnione Lusia i Nowa
większość czasu spędzał na czytaniu gazet. Raz dziennie wpadał "na halę", obrzucał
spojrzeniem personel, zadawał pytanie retoryczne "no jak idzie?" po czym wracał
do swego pokoju , mówił, że będzie za 2 godziny i znikał.
Przed wyjściem obrzucał ognistym spojrzeniem pierwszą sekretarkę i teatralnie
wzdychał. Gdy się za nim zamykały drzwi Dorota wypuszczała głośno powietrze,
dodając z cicha- no wreszcie ten debil się wyniósł. A debilowi wyraznie się Dorota
podobała, tylko on się Dorocie nie podobał.
Prawdę mówiąc to chyba żadnej z młodych dziewczyn pan kierownik się nie podobał-
miał zapewne 35 lub 37 lat, był wyraznie zatłuszczony i jakiś taki pomięty, tkanka
tłuszczowa zaczynała się na podbródku pokrywając obficie klatkę piersiową i
ciążę pokarmową.
Zapewne gdyby ważył ze 30 kg mniej to byłby całkiem przystojnym facetem. Tyle
tylko, że on nadal miał o swej urodzie bardzo dobre wyobrażenie i wydawało się
biedakowi, że nadal jest atrakcyjnym mężczyzną.
Wszystkie kreślarki bardzo współczuły obu sekretarkom, że siedzą z nim w jednym
pokoju.
Pewnego jesiennego dnia, już po ósmej rano, kierownik, który w nomenklaturze
tej pracowni nosił ksywkę Materac, wtoczył się do pokoju i natychmiast podszedł
do okna szeroko je otwierając i mówiąc - chodzcie tu obie i patrzcie.
Dorota i Nowa podeszły do okna - widzicie? -zakrzyknął Materac.
Ale co?- zapytały zgodnie.
Nooo, mój samochód, nowy, wartburg!!! -wrzeszczał Materac radośnie.
Ale ja nie wiem jak wygląda wartburg- wyjęczała Dorota. A jaki ma kolor, to my
poznamy go po kolorze - dodała Nowa.
Materac się zdziwił- jak to, to panie nie wiedzą jak wygląda wartburg?
Przecież żadna z nas nie ma samochodu - uświadomiła go Dorota.
A Nowa dodała- ja tylko znam warszawę, wołgę syrenkę i alfa romeo. No to jaki
kolor ma ten pana wartburg?
Taki jaśniejszy niż czerwony- wyjąkał Materac i wskazał paluchem na stojącego
w dole różowego wartburga.
No ładny ten różowy wartburg, orzekła Dorota, no nie? zwróciła się do Nowej.
Nowa pokiwała głową i dodała.- ładny i pewnie żonie się podoba.
To może Was przewieżć po mieście - zaproponował Materac.
Nie da rady szefie, za 20 minut ma pan dziś nasiadówkę u GP.
O Jezu, zupełnie zapomniałem- ryknął Materac.
Dorota uśmiechnęła się - spokojnie, materiały są w pańskiej szafie , w zielonej
teczce.
Ze stoickim spokojem zamknęła okno, podeszła do szafy i wyjęła zieloną teczkę.
Materac porwał ją, obrzucił nieprzytomnym wzrokiem i zapytał: ale fajny. ten
samochodzik, prawda?
Prawda, szefie, prawda, odparły chórem.
c.d.
sobota, 19 maja 2018
Opowieści mojej Babci - cz. III
O tym jak to się stało, że obiekt pożądania wszystkich panienek z DKR
dostrzegł Babcię- nie mam pojęcia.
Z okresu ich narzeczeństwa Babcia opowiadała tylko jedną historię-pewnego
dnia na jej twarzy ukazały się pęcherze, które w kilka godzin pokryły całą niemal
buzię, część z nich pękała i krwawiła.
Oczywiście zamiast do pracy Babcia trafiła tego dnia do lekarza, który stwierdził,
że to jest "psi liszaj", i zapytał czy w domu jest pies.
No fakt, był w domu pies, prześliczny owczarek niemiecki o imieniu Lord.
I bardzo możliwe, że pies ją polizał, ale nie był to pierwszy raz, psisko było
w domu od kilkutygodniowego szczeniaka, był wciąż tulony, głaskany. Jak każdy
ulubieniec rodziny.
Lekarz wypisał receptę na sporządzenie w aptece odpowiedniego smarowidła,
nakazał smarowanie twarzy kilka razy dziennie tym smarowidłem i zapewnił,
że w ciągu tygodnia powinno się wszystko wygoić i nie będzie blizn.
Gdy Dziadek zorientował się w biurze, że jego sympatii nie ma w pracy.bardzo
się zaniepokoił.
Po zakończeniu pracy przyszedł do mieszkania Babci, by się dowiedzieć co się
stało. Młodsza siostra Babci wyjaśniła, że niestety jego sympatia jest bardzo
chora, ma zmasakrowaną buzię i leży z okładami na twarzy i zapewne przez
najbliższy tydzień nie będzie mogła chodzić do pracy.
Pomimo próśb nie został wpuszczony do pokoju Babci, która wyglądała ponoć
tragicznie - smarowidło było dość gęstą białą papką i całkiem niezle trzymało
się na twarzy, która wyglądała teraz jak niezbyt udana maska pośmiertna.
Przez cały tydzień Dziadek po pracy przychodził do domu Babci, wypijał z jej
młodszą siostrą herbatę i wciąż łudził się, że następnego dnia ujrzy swą sympatię.
Smarowidło w końcu jakoś zaczęło działać, nie tworzyły się już nowe pęcherze,
a stare przysychały i odpadały. Po długich dziesięciu dniach Babcia wreszcie się
pokazała. Z tej wielkiej radości Dziadek zapytał się Babci, czy i kiedy może
przyjść do jej rodziców i poprosić o jej rękę.
Babcia , zamiast odpowiedzieć zapytała "a czy nie sądzisz, że to mnie się wpierw
powinieneś zapytać o to, czy zechcę być Twą żoną?"
Zupełnie zbity z tropu Dziadek padł na oba kolana i klęcząc jak w kościele
zapytał, czy zgodzi się zostać jego żoną. I w tej pozycji zastali go rodzice Babci.
Ślub ustalono na marzec 1916 roku. Nie wiadomo dlaczego, ale wszyscy łudzili
się, że wraz z końcem 1915 roku skończy się i wojna.
I tak w marcu 1916 roku moi Dziadkowie wzięli ślub.
Wojna nadal trwała, Babcia brała ślub w niedzielnej kreacji, nie było wesela tylko
wspólny, skromny obiad dla najbliższych, których i bez gości było sporo.
Dwaj starsi bracia Babci byli na wojnie, rodzice i siostry Dziadka nie wiedzieli
nic o jego ślubie, mieszkali wszak w innym zaborze.
I tak się radość mieszała ze smutkiem.
Młodzi zamieszkali w mieszkaniu rodziców Babci.
W czasie tej wojny w dość złośliwy sposób spełniło się marzenie mojego
Pradziadka.
Jak mówiła Babcia, jej ojciec bardzo dużo czytał i to nie tylko beletrystykę.
Czasem stawał w drzwiach balkonowych i snuł na głos marzenia - najczęściej
mawiał: "byłoby świetnie, gdyby ludzie wymyślili maszynę cięższą od powietrza,
która unosiłaby się w powietrzu, tak jak statek unosi się na wodzie."
No i wymyślili ludzie tę maszynę , która pewnego dnia nadleciała nad lwowski
dworzec kolejowy i zbombardowała kilka stojących tam pociągów i budynków.
"Trzeba uważać o czym się marzy bo nie każde marzenie jest dobre"- mówiła
Babcia.
Z chwilą wyjścia za mąż Babcia przestała pracować. A Dziadek promieniał,
bo wreszcie miał rodzinę, której mu chyba brakowało. Bo Dziadek od 14 roku
życia mieszkał wpierw na stancji w Poznaniu a potem wyjechał na studia do
Wiednia. A z Wiednia, tuż przed wybuchem wojny trafił do Lwowa.
W niecały rok po ślubie na świat przyszła córeczka - siostra mego ojca. Wszyscy
piali z zachwytu, łącznie z psem, który stał się najczujniejszą niańką.
Każde stęknięcie lub pisk małej podrywał psa na cztery łapy i biegł po Babcię.
Dziadek, który był niesamowicie zdolnym człowiekiem konstruował dla małej
księżniczki różne zabawki - dziecko jeszcze nie umiało chodzić a już miało
domek dla lalek z pełnym umeblowaniem.
Dziadek bardzo lubił swych teściów i dla nich też wciąż robił jakieś drobiazgi.
Nadal nie miał żadnych wiadomości z domu.
Z ulgą wszyscy przyjęli zakończenie wojny i zjednoczenie trzech zaborów
w jedno państwo.
Dziadek postanowił pojechać do swoich rodziców, by ich poinformować, że
się ożenił i ma dziecko. Rodzice i siostry przenieśli się jeszcze podczas jego
studiów z jego rodzinnego Stęszewa do Żnina.
Żegnany Babcinymi łzami pojechał w drugi koniec Polski.
Swych teściów i trzy siostry Dziadka Babcia poznała w 1919 roku- dziecko
miało już 2 lata, więc postanowiono pojechać do Żnina.
Rodzina Dziadka przyjęła Babcię wielce serdecznie, ale trzy dni po przyjezdzie
dziecko zachorowało - mała dostała silnej biegunki.Wezwany lekarz rozkładał
bezradnie ręce, kazał (ku przerażeniu Babci) podawać małej zimną, przegotowaną
wodę przez 24 godziny a potem wodę z gotowania kartofli.
Biegunka ustąpiła, wszyscy odetchnęli z ulgą i wtedy jedna z sióstr Dziadka
powiedziała: "całe szczęście, że mała wyzdrowiała, bo już się martwiłam czy
dostaniemy taka małą trumienkę".
Babcię zamurowało, odwróciła się na pięcie i poszła pakować rzeczy mówiąc po
drodze : "szybko to ja tu z dzieckiem drugi raz nie przyjadę".
I faktycznie - nie tylko, że nie przyjechała szybko- nie pojechała tam już nigdy.
Pamiętam, że dziadek jezdził do Żnina przynajmniej raz do roku, ale zawsze
sam. I nigdy nie pozwoliła bym ja tam pojechała z Dziadkiem.
Od samego początku Babcia zawsze opowiadała o Lwowie - którędy chodziła
do szkoły, dokąd nie wolno było dzieciom chodzić, gdzie była ulubiona piekarnia
a gdzie ulubiona cukiernia. Opowiadała też o pewnej wróżce, która znajomemu
krawcowi wywróżyła śmierć podczas podróży. Krawiec bardzo się zmartwił
tą przepowiednią i całymi latami nigdzie nie wyjeżdżał ze Lwowa. Ale pewnego
dnia musiał udać się w drugi koniec miasta, więc zamówił dorożkę.
Gdy wysiadał z niej wpadł pod koła innej dorożki i zginął.
Morał: "czasami trzeba wierzyć nawet w dziwne przepowiednie bo niektórzy
wiedzą więcej od nas".
Gdy mała "księżniczka" miała trzy lata urodziło się drugie dziecko - mój ojciec.
Cud chyba sprawił, że nie zginął w dniu, w którym przyszedł na świat. W kilka
godzin po porodzie zaprowadzono księżniczkę do pokoju, gdzie w łóżeczku
leżał noworodek. Popatrz, powiedział dumny Dziadek- to jest córeczko twój
braciszek, zobacz jaki śliczny.
Księżniczka bez słowa podeszła krok bliżej i z całych swych sił piżgnęła
w brata swym dużym, wypchanym trocinami misiem i uciekła.
W dwa lata pózniej przygrzmociła bratu łopatką w głowę. I takie układy
pomiędzy rodzeństwem były aż do końca.
Babcia nigdy nie mogła zrozumieć dlaczego jej dzieci z trudem się wzajemnie
tolerowały, bo serdeczności nigdy między nimi nie było.
W 1928 roku Dziadek dostał bardzo dobrą posadę w Warszawie, więc Babcia
musiała opuścić swoje ukochane miasto.
Nie dość, że zamieszkała w zupełnie obcym dla niej mieście, to została tu sama,
z dala od rodziny, z którą przecież mieszkała jeszcze po ślubie.
Tęskniła za Lwowem, za rodziną i chyba nigdy nie pokochała Warszawy.
Była jeszcze tylko raz we Lwowie, na pogrzebie swej matki, w 1930 roku. To
był smutny rok- Prababcia zmarła na początku roku, a w listopadzie-Pradziadek.
Gdy już można było pojechać do Lwowa na wycieczkę - nie chciała.
Stwierdziła, że woli pamiętać taki Lwów jakim go znała - "przecież mnie by
serce pękło oglądając Lwów po rosyjskich rządach" -mówiła.
I chyba miała rację.
KONIEC
dostrzegł Babcię- nie mam pojęcia.
Z okresu ich narzeczeństwa Babcia opowiadała tylko jedną historię-pewnego
dnia na jej twarzy ukazały się pęcherze, które w kilka godzin pokryły całą niemal
buzię, część z nich pękała i krwawiła.
Oczywiście zamiast do pracy Babcia trafiła tego dnia do lekarza, który stwierdził,
że to jest "psi liszaj", i zapytał czy w domu jest pies.
No fakt, był w domu pies, prześliczny owczarek niemiecki o imieniu Lord.
I bardzo możliwe, że pies ją polizał, ale nie był to pierwszy raz, psisko było
w domu od kilkutygodniowego szczeniaka, był wciąż tulony, głaskany. Jak każdy
ulubieniec rodziny.
Lekarz wypisał receptę na sporządzenie w aptece odpowiedniego smarowidła,
nakazał smarowanie twarzy kilka razy dziennie tym smarowidłem i zapewnił,
że w ciągu tygodnia powinno się wszystko wygoić i nie będzie blizn.
Gdy Dziadek zorientował się w biurze, że jego sympatii nie ma w pracy.bardzo
się zaniepokoił.
Po zakończeniu pracy przyszedł do mieszkania Babci, by się dowiedzieć co się
stało. Młodsza siostra Babci wyjaśniła, że niestety jego sympatia jest bardzo
chora, ma zmasakrowaną buzię i leży z okładami na twarzy i zapewne przez
najbliższy tydzień nie będzie mogła chodzić do pracy.
Pomimo próśb nie został wpuszczony do pokoju Babci, która wyglądała ponoć
tragicznie - smarowidło było dość gęstą białą papką i całkiem niezle trzymało
się na twarzy, która wyglądała teraz jak niezbyt udana maska pośmiertna.
Przez cały tydzień Dziadek po pracy przychodził do domu Babci, wypijał z jej
młodszą siostrą herbatę i wciąż łudził się, że następnego dnia ujrzy swą sympatię.
Smarowidło w końcu jakoś zaczęło działać, nie tworzyły się już nowe pęcherze,
a stare przysychały i odpadały. Po długich dziesięciu dniach Babcia wreszcie się
pokazała. Z tej wielkiej radości Dziadek zapytał się Babci, czy i kiedy może
przyjść do jej rodziców i poprosić o jej rękę.
Babcia , zamiast odpowiedzieć zapytała "a czy nie sądzisz, że to mnie się wpierw
powinieneś zapytać o to, czy zechcę być Twą żoną?"
Zupełnie zbity z tropu Dziadek padł na oba kolana i klęcząc jak w kościele
zapytał, czy zgodzi się zostać jego żoną. I w tej pozycji zastali go rodzice Babci.
Ślub ustalono na marzec 1916 roku. Nie wiadomo dlaczego, ale wszyscy łudzili
się, że wraz z końcem 1915 roku skończy się i wojna.
I tak w marcu 1916 roku moi Dziadkowie wzięli ślub.
Wojna nadal trwała, Babcia brała ślub w niedzielnej kreacji, nie było wesela tylko
wspólny, skromny obiad dla najbliższych, których i bez gości było sporo.
Dwaj starsi bracia Babci byli na wojnie, rodzice i siostry Dziadka nie wiedzieli
nic o jego ślubie, mieszkali wszak w innym zaborze.
I tak się radość mieszała ze smutkiem.
Młodzi zamieszkali w mieszkaniu rodziców Babci.
W czasie tej wojny w dość złośliwy sposób spełniło się marzenie mojego
Pradziadka.
Jak mówiła Babcia, jej ojciec bardzo dużo czytał i to nie tylko beletrystykę.
Czasem stawał w drzwiach balkonowych i snuł na głos marzenia - najczęściej
mawiał: "byłoby świetnie, gdyby ludzie wymyślili maszynę cięższą od powietrza,
która unosiłaby się w powietrzu, tak jak statek unosi się na wodzie."
No i wymyślili ludzie tę maszynę , która pewnego dnia nadleciała nad lwowski
dworzec kolejowy i zbombardowała kilka stojących tam pociągów i budynków.
"Trzeba uważać o czym się marzy bo nie każde marzenie jest dobre"- mówiła
Babcia.
Z chwilą wyjścia za mąż Babcia przestała pracować. A Dziadek promieniał,
bo wreszcie miał rodzinę, której mu chyba brakowało. Bo Dziadek od 14 roku
życia mieszkał wpierw na stancji w Poznaniu a potem wyjechał na studia do
Wiednia. A z Wiednia, tuż przed wybuchem wojny trafił do Lwowa.
W niecały rok po ślubie na świat przyszła córeczka - siostra mego ojca. Wszyscy
piali z zachwytu, łącznie z psem, który stał się najczujniejszą niańką.
Każde stęknięcie lub pisk małej podrywał psa na cztery łapy i biegł po Babcię.
Dziadek, który był niesamowicie zdolnym człowiekiem konstruował dla małej
księżniczki różne zabawki - dziecko jeszcze nie umiało chodzić a już miało
domek dla lalek z pełnym umeblowaniem.
Dziadek bardzo lubił swych teściów i dla nich też wciąż robił jakieś drobiazgi.
Nadal nie miał żadnych wiadomości z domu.
Z ulgą wszyscy przyjęli zakończenie wojny i zjednoczenie trzech zaborów
w jedno państwo.
Dziadek postanowił pojechać do swoich rodziców, by ich poinformować, że
się ożenił i ma dziecko. Rodzice i siostry przenieśli się jeszcze podczas jego
studiów z jego rodzinnego Stęszewa do Żnina.
Żegnany Babcinymi łzami pojechał w drugi koniec Polski.
Swych teściów i trzy siostry Dziadka Babcia poznała w 1919 roku- dziecko
miało już 2 lata, więc postanowiono pojechać do Żnina.
Rodzina Dziadka przyjęła Babcię wielce serdecznie, ale trzy dni po przyjezdzie
dziecko zachorowało - mała dostała silnej biegunki.Wezwany lekarz rozkładał
bezradnie ręce, kazał (ku przerażeniu Babci) podawać małej zimną, przegotowaną
wodę przez 24 godziny a potem wodę z gotowania kartofli.
Biegunka ustąpiła, wszyscy odetchnęli z ulgą i wtedy jedna z sióstr Dziadka
powiedziała: "całe szczęście, że mała wyzdrowiała, bo już się martwiłam czy
dostaniemy taka małą trumienkę".
Babcię zamurowało, odwróciła się na pięcie i poszła pakować rzeczy mówiąc po
drodze : "szybko to ja tu z dzieckiem drugi raz nie przyjadę".
I faktycznie - nie tylko, że nie przyjechała szybko- nie pojechała tam już nigdy.
Pamiętam, że dziadek jezdził do Żnina przynajmniej raz do roku, ale zawsze
sam. I nigdy nie pozwoliła bym ja tam pojechała z Dziadkiem.
Od samego początku Babcia zawsze opowiadała o Lwowie - którędy chodziła
do szkoły, dokąd nie wolno było dzieciom chodzić, gdzie była ulubiona piekarnia
a gdzie ulubiona cukiernia. Opowiadała też o pewnej wróżce, która znajomemu
krawcowi wywróżyła śmierć podczas podróży. Krawiec bardzo się zmartwił
tą przepowiednią i całymi latami nigdzie nie wyjeżdżał ze Lwowa. Ale pewnego
dnia musiał udać się w drugi koniec miasta, więc zamówił dorożkę.
Gdy wysiadał z niej wpadł pod koła innej dorożki i zginął.
Morał: "czasami trzeba wierzyć nawet w dziwne przepowiednie bo niektórzy
wiedzą więcej od nas".
Gdy mała "księżniczka" miała trzy lata urodziło się drugie dziecko - mój ojciec.
Cud chyba sprawił, że nie zginął w dniu, w którym przyszedł na świat. W kilka
godzin po porodzie zaprowadzono księżniczkę do pokoju, gdzie w łóżeczku
leżał noworodek. Popatrz, powiedział dumny Dziadek- to jest córeczko twój
braciszek, zobacz jaki śliczny.
Księżniczka bez słowa podeszła krok bliżej i z całych swych sił piżgnęła
w brata swym dużym, wypchanym trocinami misiem i uciekła.
W dwa lata pózniej przygrzmociła bratu łopatką w głowę. I takie układy
pomiędzy rodzeństwem były aż do końca.
Babcia nigdy nie mogła zrozumieć dlaczego jej dzieci z trudem się wzajemnie
tolerowały, bo serdeczności nigdy między nimi nie było.
W 1928 roku Dziadek dostał bardzo dobrą posadę w Warszawie, więc Babcia
musiała opuścić swoje ukochane miasto.
Nie dość, że zamieszkała w zupełnie obcym dla niej mieście, to została tu sama,
z dala od rodziny, z którą przecież mieszkała jeszcze po ślubie.
Tęskniła za Lwowem, za rodziną i chyba nigdy nie pokochała Warszawy.
Była jeszcze tylko raz we Lwowie, na pogrzebie swej matki, w 1930 roku. To
był smutny rok- Prababcia zmarła na początku roku, a w listopadzie-Pradziadek.
Gdy już można było pojechać do Lwowa na wycieczkę - nie chciała.
Stwierdziła, że woli pamiętać taki Lwów jakim go znała - "przecież mnie by
serce pękło oglądając Lwów po rosyjskich rządach" -mówiła.
I chyba miała rację.
KONIEC
piątek, 18 maja 2018
Opowieści mojej Babci- cz.II
Moja Babcia w szkole powszechnej była bardzo pilną uczennicą - a jej
ulubionym przedmiotem była..... kaligrafia.
Pisała naprawdę śliczniutko - wszystkie literki były równe, pochylone pod
tym samym kątem, a duże litery miały ozdobne, niewielkie "zawijaski".
Oczywiście takie pisanie zajmowało strasznie dużo czasu, a Babcia pisała
w ten sposób wszystko - listy, etykietki na słoiki z przetworami, a nawet swe
zapiski w "zeszycie rachunkowym".
Bo moja Babcia skrupulatną istotą była i zapisywała wszystko co zakupiła notując
oczywiście ile czego nabyła i ile zapłaciła.
Opowieści Babci w dużej mierze dotyczyły życia codziennego w tak dużej
rodzinie.
Mój Pradziadek Michał krezusem nie był- miał wykształcenie techniczne i był
"maszynomistrzem"- cokolwiek to znaczy.
A tak konkretnie miał, między innymi, uprawnienia do prowadzenia parowozu ,
a pracował jako kierownik pociągu, co podobno było wielce odpowiedzialnym
stanowiskiem. A swą wielce odpowiedzialną funkcję sprawował "w białych
rękawiczkach, których było kilka par i zawsze musiały być śnieżno białe i gotowe
do założenia", jak mówiła Babcia.
Teraz możecie się pośmiać- w mojej dziecięcej wyobrazni były do białe, męskie
rękawice ....z jednym palcem. Wtedy właśnie takie były dziecięce rękawiczki.
Pradziadek był jednym słowem ważną osobą, z tym, że zarobki na kolei nigdy
pracowników nie rozpieszczały.
Nie mniej Pradziadków było stać na duże mieszkanie w dobrej dzielnicy, jak
i na przychodzącą raz w tygodniu praczkę, raz na dwa tygodnie przychodziła
szwaczka i reperowała to co się popruło, podarło, lub wymagało podłużenia
i mieli przez kilka godzin dziennie pomoc domową do cięższych prac.
Przy takiej ilości dzieci nie stać ich było na prywatną szkołę podstawową i dzieci
chodziły do "powszechnej podstawówki".
I w tejże szkole moja Babcia uczyła się języka polskiego i ukraińskiego,
wspomnianej już kaligrafii, obowiązkowo religii, kładziono też duży nacisk na
wychowanie fizyczne. WF to był drugi po kaligrafii uwielbiany przez Babcię
przedmiot.
"Bo na gimnastyce lataliśmy na trapezie"- opowiadała Babcia -i zabijcie mnie, do
dziś nie rozwiązałam zagadki tego latania na trapezie, chociaż Babcia usiłowała mi
to wytłumaczyć rysując, a wyglądało to tak : na środku sufitu bardzo wysokiej sali
gimnastycznej był wbity mocny hak, do niego przymocowane kółko, z którego
zwisały pasy zakończone uprzężą. Każde dziecko zakładało tę uprząż, dzieci stawały
w kole, którego obwód wyznaczały naprężone pasy i na dany znak zaczynały bardzo
szybko biec po obwodzie koła do przodu. I wtedy, przy odpowiedniej szybkości,
zaczynało się latanie, tak uwielbiane przez moją Babcię.
Poza tym "lataniem" było sporo gimnastyki "szwedzkiej", ogólnorozwojowej, bardzo
zbliżonej do dzisiejszych ćwiczeń rehabilitacyjnych dla skoliotyków.
W tamtych czasach każda osoba płci żeńskiej z tzw. "dobrego domu" chodziła na
lekcje tańca, ale tu Babcia nie osiągnęła wielkich sukcesów, zwłaszcza w walcu
wiedeńskim. Ruch wirowy wywoływał u niej b.szybko silny zawrót głowy i babcia,
"o zgrozo!" lądowała na podłodze. Podobno jako dziecko chorowała na zapalenie
błędnika i zawsze miała kłopoty z utrzymaniem równowagi.
Niełatwe było życie panienek "z dobrego domu" -nie dość, że musiały się uczyć
tańca towarzyskiego i przestrzegania etykiety, to musiały również odpowiednio
wyglądać. Do dobrego tonu należało również noszenie kolczyków co wiązało się
z przekłuciem uszu.
Ale moja Babcia wcale a wcale nie chciała mieć przekłutych uszu, no ale wiadomo-
dorośli wiedzą lepiej co jest dobre dla dziecka, więc pewnego dnia do domu
zawitała specjalistka od przekłuwania uszu.
Z zaskoczenia, podstępem, udało jej się przekłuć jedno Babcine ucho i założyć
w ranę kolczyk- złote serduszko z małym turkusikiem. Gdy podprowadzono Babcię
do lustra, by obejrzała jaki ma piękny kolczyk, ta wyrwała się swym "oprawcom"
i umknęła do toalety, starannie zamykając drzwi na zasuwkę.
Pertraktacje z małą uciekinierką trwały bardzo długo, w końcu przekonano ją, że
z jednym kolczykiem będzie wyglądała głupio i koleżanki będą się z niej śmiać
i wśród rzęsistego płaczu delikwentki przekłuto drugie ucho i założono drugi kolczyk.
Gdy już uszy się wygoiły i pozwolono jej zdjąć te złote kolczyki , Babcia ukryła je
bardo starannie i tak skutecznie, że odnalazła je dopiero w kilkanaście lat po swoim
ślubie, gdy przenosiła się wraz z mężem i dziećmi do Warszawy.
I gdy moja matka , w ramach matczynej troski chciała mi przekłuć uszy - Babcia
zabroniła, za co zawsze byłam jej wdzięczna. Nigdy nie byłam wielbicielką
przekłutych uszu, tatuaży czy też piercingu .
Niedługo cieszyła się Babcia statusem najmłodszej w rodzinie - w dwa lata pózniej
na świat przyszła jej kolejna siostra i zapewne w trakcie porodu, który oczywiście
odbywał się w domu, była wraz ze starszym rodzeństwem w kościele,wszak trzeba
było modlić się, by wyżyła mama i kolejne dziecko.
Ostatnie dziecko Pradziadków przyszło na świat w 1907 roku.
Pradziadek Michał podobno bardzo kochał swą żonę, która była od niego młodsza
o 15 lat. Doceniał fakt, że zgodziła się zostać jego żoną, chociaż był wdowcem
i "w posagu" wnosił dziecko, dziewczynkę, której wychowaniem musiała się
zająć.
Ilekroć Prababcia była w ciąży, w rodzinie zastanawiano się nad wyborem imienia
dla kolejnego dziecka, ale Pradziadek Michał upierał się, że dziecko powinno nosić
imię patrona dnia, w którym się urodziło.
W końcu ustalono, że drugim imieniem każdego dziecka będzie imię patrona jego
dnia urodzin. Tym sposobem moja Babcia miała na drugie imię Feliksa.
Po ukończeniu szkoły Babcia została zatrudniona w kancelarii "Dyrekcji Kółek
Rolniczych".
Miała wielce odpowiedzialne stanowisko - musiała sprawdzać, czy na każdy list,
który wpłynął do DKR została wysłana odpowiedz. Do pracy Babcia trafiła
zaraz na początku pierwszej wojny światowej. W tym czasie do DKR we Lwowie
zostali dokooptowani pracownicy DKR z Wiednia, a wśród nich pewien bardzo
przystojny młodzian, który właśnie awansował na stanowisko dyrektora handlowego.
Ów młody człowiek ogromnie poruszył wyobrażnię wszystkich młodych kobiet-
to były czasy, gdy w biurze pracowały albo bardzo młode istoty jak Babcia, albo
panie już mocno dojrzałe.
I moja Babcia wpadła w oko temu młodemu przystojniakowi.Przystojniak dobiegał
trzydziestki, był kawalerem, miał ukończone studia ekonomiczne w Wiedniu.
Pochodził z innego zaboru, ze Stęszewa pod Poznaniem.
Bez wątpienia był dobrym kandydatem na męża.
c.d.n.
ulubionym przedmiotem była..... kaligrafia.
Pisała naprawdę śliczniutko - wszystkie literki były równe, pochylone pod
tym samym kątem, a duże litery miały ozdobne, niewielkie "zawijaski".
Oczywiście takie pisanie zajmowało strasznie dużo czasu, a Babcia pisała
w ten sposób wszystko - listy, etykietki na słoiki z przetworami, a nawet swe
zapiski w "zeszycie rachunkowym".
Bo moja Babcia skrupulatną istotą była i zapisywała wszystko co zakupiła notując
oczywiście ile czego nabyła i ile zapłaciła.
Opowieści Babci w dużej mierze dotyczyły życia codziennego w tak dużej
rodzinie.
Mój Pradziadek Michał krezusem nie był- miał wykształcenie techniczne i był
"maszynomistrzem"- cokolwiek to znaczy.
A tak konkretnie miał, między innymi, uprawnienia do prowadzenia parowozu ,
a pracował jako kierownik pociągu, co podobno było wielce odpowiedzialnym
stanowiskiem. A swą wielce odpowiedzialną funkcję sprawował "w białych
rękawiczkach, których było kilka par i zawsze musiały być śnieżno białe i gotowe
do założenia", jak mówiła Babcia.
Teraz możecie się pośmiać- w mojej dziecięcej wyobrazni były do białe, męskie
rękawice ....z jednym palcem. Wtedy właśnie takie były dziecięce rękawiczki.
Pradziadek był jednym słowem ważną osobą, z tym, że zarobki na kolei nigdy
pracowników nie rozpieszczały.
Nie mniej Pradziadków było stać na duże mieszkanie w dobrej dzielnicy, jak
i na przychodzącą raz w tygodniu praczkę, raz na dwa tygodnie przychodziła
szwaczka i reperowała to co się popruło, podarło, lub wymagało podłużenia
i mieli przez kilka godzin dziennie pomoc domową do cięższych prac.
Przy takiej ilości dzieci nie stać ich było na prywatną szkołę podstawową i dzieci
chodziły do "powszechnej podstawówki".
I w tejże szkole moja Babcia uczyła się języka polskiego i ukraińskiego,
wspomnianej już kaligrafii, obowiązkowo religii, kładziono też duży nacisk na
wychowanie fizyczne. WF to był drugi po kaligrafii uwielbiany przez Babcię
przedmiot.
"Bo na gimnastyce lataliśmy na trapezie"- opowiadała Babcia -i zabijcie mnie, do
dziś nie rozwiązałam zagadki tego latania na trapezie, chociaż Babcia usiłowała mi
to wytłumaczyć rysując, a wyglądało to tak : na środku sufitu bardzo wysokiej sali
gimnastycznej był wbity mocny hak, do niego przymocowane kółko, z którego
zwisały pasy zakończone uprzężą. Każde dziecko zakładało tę uprząż, dzieci stawały
w kole, którego obwód wyznaczały naprężone pasy i na dany znak zaczynały bardzo
szybko biec po obwodzie koła do przodu. I wtedy, przy odpowiedniej szybkości,
zaczynało się latanie, tak uwielbiane przez moją Babcię.
Poza tym "lataniem" było sporo gimnastyki "szwedzkiej", ogólnorozwojowej, bardzo
zbliżonej do dzisiejszych ćwiczeń rehabilitacyjnych dla skoliotyków.
W tamtych czasach każda osoba płci żeńskiej z tzw. "dobrego domu" chodziła na
lekcje tańca, ale tu Babcia nie osiągnęła wielkich sukcesów, zwłaszcza w walcu
wiedeńskim. Ruch wirowy wywoływał u niej b.szybko silny zawrót głowy i babcia,
"o zgrozo!" lądowała na podłodze. Podobno jako dziecko chorowała na zapalenie
błędnika i zawsze miała kłopoty z utrzymaniem równowagi.
Niełatwe było życie panienek "z dobrego domu" -nie dość, że musiały się uczyć
tańca towarzyskiego i przestrzegania etykiety, to musiały również odpowiednio
wyglądać. Do dobrego tonu należało również noszenie kolczyków co wiązało się
z przekłuciem uszu.
Ale moja Babcia wcale a wcale nie chciała mieć przekłutych uszu, no ale wiadomo-
dorośli wiedzą lepiej co jest dobre dla dziecka, więc pewnego dnia do domu
zawitała specjalistka od przekłuwania uszu.
Z zaskoczenia, podstępem, udało jej się przekłuć jedno Babcine ucho i założyć
w ranę kolczyk- złote serduszko z małym turkusikiem. Gdy podprowadzono Babcię
do lustra, by obejrzała jaki ma piękny kolczyk, ta wyrwała się swym "oprawcom"
i umknęła do toalety, starannie zamykając drzwi na zasuwkę.
Pertraktacje z małą uciekinierką trwały bardzo długo, w końcu przekonano ją, że
z jednym kolczykiem będzie wyglądała głupio i koleżanki będą się z niej śmiać
i wśród rzęsistego płaczu delikwentki przekłuto drugie ucho i założono drugi kolczyk.
Gdy już uszy się wygoiły i pozwolono jej zdjąć te złote kolczyki , Babcia ukryła je
bardo starannie i tak skutecznie, że odnalazła je dopiero w kilkanaście lat po swoim
ślubie, gdy przenosiła się wraz z mężem i dziećmi do Warszawy.
I gdy moja matka , w ramach matczynej troski chciała mi przekłuć uszy - Babcia
zabroniła, za co zawsze byłam jej wdzięczna. Nigdy nie byłam wielbicielką
przekłutych uszu, tatuaży czy też piercingu .
Niedługo cieszyła się Babcia statusem najmłodszej w rodzinie - w dwa lata pózniej
na świat przyszła jej kolejna siostra i zapewne w trakcie porodu, który oczywiście
odbywał się w domu, była wraz ze starszym rodzeństwem w kościele,wszak trzeba
było modlić się, by wyżyła mama i kolejne dziecko.
Ostatnie dziecko Pradziadków przyszło na świat w 1907 roku.
Pradziadek Michał podobno bardzo kochał swą żonę, która była od niego młodsza
o 15 lat. Doceniał fakt, że zgodziła się zostać jego żoną, chociaż był wdowcem
i "w posagu" wnosił dziecko, dziewczynkę, której wychowaniem musiała się
zająć.
Ilekroć Prababcia była w ciąży, w rodzinie zastanawiano się nad wyborem imienia
dla kolejnego dziecka, ale Pradziadek Michał upierał się, że dziecko powinno nosić
imię patrona dnia, w którym się urodziło.
W końcu ustalono, że drugim imieniem każdego dziecka będzie imię patrona jego
dnia urodzin. Tym sposobem moja Babcia miała na drugie imię Feliksa.
Po ukończeniu szkoły Babcia została zatrudniona w kancelarii "Dyrekcji Kółek
Rolniczych".
Miała wielce odpowiedzialne stanowisko - musiała sprawdzać, czy na każdy list,
który wpłynął do DKR została wysłana odpowiedz. Do pracy Babcia trafiła
zaraz na początku pierwszej wojny światowej. W tym czasie do DKR we Lwowie
zostali dokooptowani pracownicy DKR z Wiednia, a wśród nich pewien bardzo
przystojny młodzian, który właśnie awansował na stanowisko dyrektora handlowego.
Ów młody człowiek ogromnie poruszył wyobrażnię wszystkich młodych kobiet-
to były czasy, gdy w biurze pracowały albo bardzo młode istoty jak Babcia, albo
panie już mocno dojrzałe.
I moja Babcia wpadła w oko temu młodemu przystojniakowi.Przystojniak dobiegał
trzydziestki, był kawalerem, miał ukończone studia ekonomiczne w Wiedniu.
Pochodził z innego zaboru, ze Stęszewa pod Poznaniem.
Bez wątpienia był dobrym kandydatem na męża.
c.d.n.
Subskrybuj:
Posty (Atom)