Po kilku dniach namysłu Ninka postanowiła zamieszkać z Witkiem pod jednym dachem.
Oczywiście w domu nie powiedziała, że współlokatorem będzie mężczyzna.
Przezornie nie podała nawet adresu, bo jak powiedziała matce, nie ma zamiaru poddawać
się kontroli, w końcu jest już dostatecznie dorosła mając 26 lat.
Obiecała, że będzie co kilka dni telefonować do domu. Zamówiła taksówkę bagażową,
zniosła z 3 piętra kilka walizek z ubraniami, kilka pudeł z pościelą i książkami.
Za niewielką dodatkową opłatę, po dotarciu na miejsce kierowca pomógł jej wnieść wszystko
do windy, potem z windy wyciągał manele Witek.
Poprzedniego dnia zrobiła zakupy żywnościowe, nieco większe niż tylko dla siebie, bo
podejrzewała, że Witek może o takim drobiazgu zapomnieć. Ale nie zapomniał. Dla siebie
Ninka wybrała pokój od podwórza i tym samym zagospodarowała ścianę łazienki przyległą
do tego pokoju, zauważyła bowiem, że ta szafka łazienkowa ma więcej "schowków"
nadających się na kosmetyki.
Postanowili, że zrobią sobie wspólną kolację, taką bardziej uroczystą, na dobry początek.
Witek wyskoczył do pobliskiej cukierni i delikatesów, kupił butelkę lekkiego musującego
wina i połówkę czekoladowego tortu, a Ninka tymczasem przygotowała kanapki, część
na zimno, a część jako grzanki. Wznieśli toast za to, by dobrze im się mieszkało i po tej
uroczystej wręcz kolacji każde z nich zaczęło się po swojemu urządzać.
Ninka spisywała to wszystko czego tu nie było, a mogło się jej przydać.Witka nieco dręczył
brak telewizora i po długiej dyskusji doszli do wniosku, że mogą ów mebel kupić do
spółki.
Nie poruszali więcej sprawy niefortunnego małżeństwa Witka, ale Nina w głębi duszy nie
mogła się nadziwić jak starszy od niej o 7 lat facet mógł tak dać się wykołować.
Do póznego wieczora kręcili się po mieszkaniu by ustalić co gdzie powinno stać by było to
dogodne dla obojga. Podzielili między siebie "majątek kuchenny", sporo dyskutowali na
temat gdzie się warto stołować. Witek często był klientem barów szybkiej obsługi a Ninka
dotychczas korzystała z domowego wiktu. Ale co teraz? Gotować nie umiała i nie lubiła.
Stwierdziła, że przeżyje na jajkach, bo jajecznica, omlety a nawet naleśniki były w zasięgu
jej umiejętności.
Witek oświadczył, że przyzwyczaił się do dość spartańskich warunków i rano, żeby nie
blokować łazienki będzie korzystał z toalety w której wszak jest lustro i umywalka. Poza
tym nie ma zwyczaju rano włazić pod prysznic, bo ma wrażenie, że się zwyczajnie utopi
pod nim.
No i jeżeli Nince to pasuje to zrobi rano kawę i dla niej, bo ma istny cud, specjalny termos
do kawy, z kranikiem. Nabył to cudo będąc ostatnim razem w Rzymie.
A nabył właściwie dzięki Ninie, bo mu tak zaplanowała trasę, że miał cały dzień dla
siebie, o czym zresztą marzył. Bardzo się Nina uśmiała, bo taka przerwa w podróży wynikła
na skutek dość kretyńskiego zarządzenia, by latać tylko polskimi liniami, a w ten dzień
polski samolot nie leciał, więc jej zasługi w tym nie było.
Ponieważ następnym dniem była niedziela posiedzieli prawie do 1 w nocy.,opróżnili do
końca butelkę wina, wykończyli zgodnie tort, posprzątali i Ninka stwierdziła, że to był
bardzo długi dzień i ona idzie spać.
I wtedy Witek zapytał: Ninka, a Ty aktualnie jesteś z kimś?
Nina roześmiała się - teraz dopiero o to pytasz? Czemu? Nawet gdybym była, to co komu
do tego gdzie mieszkam!
Ale póki co to odpoczywam od bycia czyjąś dziewczyną, bo to bardzo męczące zajęcie.
I jeśli zaczniesz się do mnie przystawiać to zostaniesz tu sam, bo ja się wyprowadzę.
No nie patrz się tak na mnie, mówię serio. Na moją przyjażń możesz liczyć, na miłość i seks
nie licz.
Dobrej nocy Ci życzę, I zapamiętaj co ci się w śniło na nowym miejscu. Podobno ważne.
Długo tej nocy Ninka nie mogła zasnąć. Zastanawiała się, czy Witek się aby nie obraził.
I próbowała sobie wyobrazić jak się jej będzie mieszkało z obcym facetem. Witek był
jednym z milszych kolegów z pracy, zawsze uprzejmy, ale nie nachalnie szarmancki,
nie opowiadał sprośnych dowcipów i nie marudził gdy mu załatwiała przeloty, sam
rezerwował hotele, natychmiast zdawał dokumenty i zawsze pytał się czy może ma coś
Nince przywiezć z podróży. Kiedyś poprosiła go o przywiezienie skórzanej małej
portmonetki z Maroka, takiej w wytłaczane, ale nie malowane wzory. Wiedziała ile
taka portmonetka kosztuje i dała mu odpowiednią kwotę w dolarach.
Gdy wrócił, wpadł do jej pokoju z samego rana, z całkiem sporym pudełkiem w ręce-
w pudełku było pełno bakalii i przypraw. A portmonetkę, na której z jednej strony
były wytłoczone kwiatki a z drugiej- jej inicjały, trzymał w ręce wraz z paszportem.
I tak sprytnie całą rzecz załatwił, że żadna z dziewczyn nie zauważyła portmonetki, bo
Witek wysypał zawartość pudełka na biurko mówiąc, że to dla wszystkich i gdy były
zajęte oglądaniem i dzieleniem się, podał Nince paszport z portmonetką w środku.
Do dziś Ninka była mu wdzięczna, że tak dyskretnie sprawę załatwił.
Gdy ostatni raz Ninka rzuciła okiem na zegarek było po drugiej w nocy.
Obudziła się, zerknęła na zegarek i aż jęknęła- było już po jedenastej.Wygramoliła się
z łóżka i poszła do łazienki. Nieco doszła do siebie pod prysznicem. W domu było
cicho i Ninka zastanawiała się czy jest Witek czy może go nie ma. Wątpliwości
rozwiały się gdy wyszła z pokoju. Była sama. W kuchni na stole stał ten cud-termos
z instrukcją użycia i leżała kartka z informacją, że Witek poszedł na poranny spacer.
Nina nalała do kubka kawy, wyciągnęła dwa sucharki, posmarowała starannie masłem,
potem twarożkiem a na wierzch dała konfiturę. To było jej ulubione niedzielne śniadanie.
W dzień powszedni pierwsze śniadanie zjadała w pracy i był to rogalik z makiem i jakaś
wędlina, wszystko kupione po drodze.
Postanowiła nie zmieniać swych przyzwyczajeń, przecież nie było powodu. Rogalik i coś
do niego kupowała w sklepie niedaleko swego biura. A teraz to będzie nawet miała po
drodze piekarnię. Tam też będą rogaliki z makiem, to pewne.
Siedziała przy stole i wyglądała przez okno. Pogoda była mało zachęcająca do wyjścia
z domu. Wiatr ciągał po niebie ciemne chmurzyska, ulica był pusta.
Ninka sprzątnęła po swym śniadaniu, wzięła z półki pierwszą z brzegu książkę i przeniosła
się do pokoju. Zwinęła się w kłębek na fotelu, zapaliła lampę i zaczęła czytać. Po chwili
poczuła, że jest w pokoju zimno i poszła po koc. Przy okazji sprawdziła kaloryfery- grzały
niezle, ale zimno wciskało się do pokoju szparą pod drzwiami balkonowymi.
Cichutko szczęknął zamek drzwi wejściowych , to wrócił do domu Witek.
Z przedpokoju trafił od razu do kuchni i wstawiał wodę na gaz.
Cześć księżniczko, straszliwie zmarzłem, jest dziś paskudny wiatr. Robię herbatę, napijesz się?
No cześć, ale tu się nie zagrzejesz, wieje jak piorun pod drzwiami balkonowymi. Trzeba jutro
opatrzyć okna i drzwi balkonowe.
Witek poszedł do swego pokoju i wrócił z niego z dwoma kocami. Jeden ułożył zrolowany na
parapecie okiennym, drugi pod drzwiami balkonowymi.
No to już wiadomo co będziemy jutro robić- opatrywać okna. Trzeba tylko dziś sprawdzić i
pozostałe okna, bo inaczej to nas tu wymrozi na amen. Zaraz poszukam swojej miarki
i wszystko wymierzę i pozapisuję.I wiesz co Ninko, jeden koc zawiesimy tak, by nieco
zmniejszyć powierzchnię drzwi balkonowych. Za dużo tu szyb jak na zimę.
I wiesz, jak wypijemy herbatę to zajrzymy do tej ostatniej szafy, bo dwie zajęliśmy, ale nawet
nie zajrzeliśmy do tej trzeciej. I do tych nadstawek też nie zaglądaliśmy.
I mam pomysł- kupię butelkę rumu i będziemy go sobie dodawać w takie zimne dni do herbaty.
Łyżeczka na szklankę wystarczy. Będzie herbatka z prądem, jak mówią górale.
I będziemy zbójnickiego tańczyć jak ci ręka drgnie i nalejesz więcej- dodała śmiejąc się Ninka.
Nie lubię rumu, sam będziesz się tym poił.
W ostatniej , niezbadanej dotąd części szafy odkryli niemal skarby.
c.d.n.
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
czwartek, 18 października 2018
środa, 17 października 2018
Bywa różnie
I.
Obudziła się w środku nocy. Delikatnie zdjęła z siebie rękę obejmującego ją Witka.
Było jej gorąco, chciało się pić.
Ostrożnie, by nie obudzić śpiącego, wstała z łóżka i poszła do kuchni. Nie zapalając światła
odszukała butelkę wody mineralnej i z ulgą przytknęła jej szyjkę do ust. Niemal jednym tchem
wypiła jej półlitrową zawartość.
No tak - pomyślała - to są skutki gdy organizm jest przyzwyczajony do regularnych posiłków.
Nie zjadłam kolacji, nie wypiłam herbaty, a teraz jestem głodna, spragniona a na dodatek chce
mi się spać. Jej rozmyślania przerwało pojawienie się w drzwiach wystraszonego Witka.
Ninuś, co ci jest, zle się czujesz?- zapytał cicho.
Nie, ale strasznie mi się chciało pić a teraz to jestem zwyczajnie bardzo głodna.
Witek zaśmiał się- no tak, zapomnieliśmy zupełnie o kolacji, a ty pewnie zapomniałaś również
i o obiedzie. Zjedz kilka herbatników, zaraz ci będzie lepiej.
Ninka wzięła dwa biszkopty i nagle zaczęła się śmiać.
Jak żyję , jeszcze nigdy nie wcinałam nocą, na golasa, biszkoptów a do tego w towarzystwie
gołego faceta.
Witek obłudnie się zdziwił- to ty jesteś goła? muszę to sprawdzić, to bardzo, bardzo
interesujące zjawisko. Objął ją i delikatnie skierował w stronę drzwi, nie przestając
mówić: chodz dziecię, muszę sprawdzić tę nagość i czymś cię okryć, żebyś się nie
przeziębiła.Na początek zrobimy okład z ciepłego ciała, to świetna ochrona przed zimnem.
Ale mnie się chce spać-zaprotestowała Ninka. Mnie też- zapewnił ją Witek ciasno obejmując
i całując. Po kilku minutach oboje spali. To była ich pierwsza miłosna noc odkąd zamieszkali
razem. A pierwsza noc pod wspólnym dachem była już ponad dwa lata wcześniej.
Znali się już kilka lat, po prostu pracowali w jednej firmie. W pewnej chwili oboje szukali
mieszkania do wynajęcia i każde z nich , zupełnie nic o sobie nie wiedząc, wrzuciło temat
w swojej centrali handlu zagranicznego. Centrala eksportowała za granicę ludzkie umiejętności
i wielu wyjeżdżających na okres pobytu za granicą odnajmowało swe mieszkanie- zawsze było
lepiej gdy mieszkanie nie stało puste- nie prowokowało nikogo by włamać się i nielegalnie
zamieszkać. Z reguły cena wynajmu nie była wtedy niebotyczna, mieszkanie zawsze było
całkiem lub w dużej części umeblowane a jego właściciele spokojni, że mieszkanie nie
niszczeje.
I w tej sytuacji gdy ponad dwa lata wcześniej, pewnego paskudnego zimowego dnia Witek
zatelefonował do Ninki prosząc by spotkali się w sali przy recepcji, bo musi coś sobie
z nią wyjaśnić, Ninka nie miała pojęcia, że los, przypadek, zwiąże ją z Witkiem. Wiedziała
o nim, że jest facetem po przejściach, bowiem ożenił się i bardzo, bardzo szybko rozwiódł.
Te wszystkie sensacje rozprowadziła jedna z pracownic kadr, które wiedziały zawsze o
wszystkim co się dzieje w życiu prywatnym pracowników. No cóż, taka firma to była. O tym
rozwodzie Inka wiedziała nawet od niego, bo któregoś dnia przyszedł by wnieść zmiany do
swego formularza osobowego. Oczywiście nawet nie mrugnęła okiem i nie zadała żadnego
pytania gdy przyniósł nowy formularz, który następnego dnia przesłała do odpowiedniego
biura.
Praca w tym miejscu nauczyła ją nie zadawania niepotrzebnych pytań i nie ujawniania swych
emocji. Dzięki temu na jej czole nie tworzyły się zmarszczki mimiczne ze zdziwienia.
W firmie wszyscy mówili sobie po imieniu, bo wprawdzie nie były to jeszcze czasy "spotkań integracyjnych" to i tak wszyscy się dość dobrze znali. Jedynie dział księgowości, który był
na innym piętrze a do tego w innym skrzydle budynku był jakby "ciałem obcym" i z paniami
z księgowości nikt nie był "po imieniu".
W czasie przerwy śniadaniowej, z kanapką i kubkiem kawy Ninka powędrowała do sali
przy recepcji.
Przeprosiła Witka, że przyszła ze swoim śniadaniem, ale zaraz po przerwie śniadaniowej
zwalał się tłum interesantów i nie miałaby kiedy zjeść śniadania.
Witek zaczął od tego, że ma propozycję dla niej- wie, że ona szuka mieszkania do wynajęcia
i jest takowe - w świetnym punkcie, ale jest to mieszkanie dwupokojowe o powierzchni 80
metrów, czyli jakby nieco za duże dla jednej osoby. Czynsz na dwoje byłby łatwy do przeżycia, zwłaszcza, że już obejmuje media. I on sobie pomyślał, że może mogliby je wynająć wspólnie.
Bo to jednak jest okazja. On ze swej strony obiecuje, że nie będzie sprowadzał żadnych kobiet
ani urządzał męskich debat przy alkoholu i będzie dbał o czystość części wspólnych, czyli
kuchni, łazienki, toalety.
I, co jest jego zdaniem oczywiste, zachowa ten fakt wspólnego wynajmowania w pełnej
tajemnicy. I jeśli Ninka chce, to nawet dziś po pracy mogą pójść obejrzeć to lokum.
Ninka słysząc to omal nie zakrztusiła się własną kanapką. Przez głowę przelatywały jej dziwne
myśli, wreszcie zapytała, czemu Witek pomyślał o niej jako o współlokatorce.
No bo wiem, że szukasz mieszkania, ja też szukam, wiem, że jesteś fajną kobietą bez nałogów,
nie pijesz, nie palisz, jesteś zrównoważona psychicznie a mieszkanie jest naprawdę ciekawe.
Chodż dziś obejrzeć mieszkanie -spotkamy się w Amatorskiej, zapraszam na kawę i coś do
kawy, obejrzymy mieszkanie a potem, jeśli wyda ci się interesująca moja propozycja, opowiem
ci szczerze o sobie, żebyś wiedziała z jakim debilem będziesz mieszkać.
Ninka uśmiechnęła się- na razie tylko wiem, że jakoś dziwnie krótko trwało twoje małżeństwo.
No dobrze, mogę to mieszkanie obejrzeć, ale to jeszcze nic nie znaczy.
No i oczywiście też zachowam pełną dyskrecję. Będę w Amatorskiej o 16,30, a teraz muszę już
wracać do siebie, za 5 minut tłum się rzuci na nas jak stado głodnych wilków.
Nie myliła się, interesantów było niczym mrówek w lesie.A to dopiero był luty, więc koszmarne
dni pełne interesantów były jeszcze przed nią.
Po szybkiej kawie ruszyli w stronę budynku, w którym było mieszkanie. Była to tzw. "plomba",
czyli nowy wieżowiec wybudowany pomiędzy dwoma starymi budynkami.
Lokalizacja zaiste była świetna, zaledwie kilkadziesiąt metrów od Sejmu. Budynek posiadał
domofon, klatka schodowa była ładna, czysta, na półpiętrach stały skrzynki z kwiatami.
Winda chodziła bezszelestnie i dość szybko dojechali na 8 piętro. Wszystkie drzwi wejściowe
do mieszkań były masywne, z prawdziwego drewna, a nie rama drewniana obita sklejką.
Po otwarciu drzwi znalezli się w długim przedpokoju.Na jego prawej ścianie znajdowały się
głębokie szafy wbudowane w ścianę, bliżej wejścia zaś wieszak na dorazne okrycia.
Zaraz po lewej stronie była toaleta z małą umywalką i drzwi do długiej, dość wąskiej kuchni,
na końcu której było okno. Z tej części było wejście do pokoju, w którym znajdowało się
dwoje drzwi - do dwóch pokoi . Pomiędzy pokojami była łazienka i z każdego z nich
można było do niej wejść.
Łazienka była ładna, choć może nieco dziwna, bo wanna stała na środku pomieszczenia.
Na wzór dawnych wanien stała na ozdobnych, wygiętych nóżkach. Na każdej bocznej ścianie
była umywalka z szafkami, w jednym kącie łazienki była kabina prysznicowa, obok stała
pralka i sedes. Nad pralką wisiała dodatkowa szafka z półkami.
Umeblowanie pokoi może nie powalało , ale było praktyczne- szerokie łóżko, nocny stolik
łączony w górę z regałem, duża szafa w ścianie, lustro na drzwiach wewnątrz szafy, bogatej
w półki.
Pod łóżkiem była wysuwana szuflada na pościel , w kącie stojak-wieszak na zdejmowane
ubrania. Obydwa były umeblowane tak samo.
Okno jednego pokoju wychodziło na ulicę i balkon, drugiego na podwórze.
Pomieszczenie pomiędzy kuchnią i pokojami spełniało zapewne rolę pokoju dziennego, była
w nim kanapa, dwa fotele, dwie stojące lampy i rozkładany stół.
Były tu drzwi na balkon. Pokój był nieco dziwny- z jednej strony łączył się drzwiami
z kącikiem jadalnym na końcu kuchni, z drugiej strony łączył się z przedpokojem, bez drzwi.
Umeblowanie kuchni było skromne- po jednej stronie stał blat z odsłoniętymi półkami pod
spodem, na nim nieduży elektryczny piekarnik, nad blatem wisiały szafki z różnym szkłem,
po przeciwnej stronie była kuchenka gazowa, zlewozmywak i lodówka.
Za to miło się prezentował kącik jadalny, stół był dostawiony krótszym bokiem do okna, dwa krzesełka na przeciwko siebie, za krzesłami po jednym regale, a na regale mnóstwo książek.
Nad stołem była lampa na sprężynującym przewodzie.
No i co? Jak ci się to mieszkanie widzi? Spacerki zagwarantowane, bo to blisko , choć
można podjechać jeden przystanek autobusem. Pokoje rozdzielone łazienką i nawet są zasuwki
na drzwiach, od wewnątrz. Przestrzeń wspólna łatwa w podziale, nawet są dwa fotele
i dwie lampy stojące. Szafy pojemne i jest w nich dużo miejsca. Blisko do parku, blisko do
sklepów, blisko do pracy.
Witek zachwalał mieszkanie niczym handlarz na bazarze swój towar. Ale telefon jest jeden-
Ninka wyciągnęła z zanadrza kontrargument.
Nie szkodzi- Witek zręcznie odbił piłeczkę-będziemy mówić znajomym, że to telefon towarzyski. Teraz są dość popularne i wszyscy wiedzą, że nie za dobrze działają.
Zresztą wszyscy znajomi wiedzą, że się jeszcze telefonu nie doczekałem i dzwonią do pracy.
No i....? Wynajmiemy to razem?
A dlaczego nie chcesz wynająć do spółki z jakimś facetem? przecież....
Witek jej przerwał- nie chcę, mieszkałem w akademiku, nie chcę żadnego mieszkania z facetami,
bo taka męska nora mi nie odpowiada. Nie mam zdrowia na chlanie i dziwki.
No dobrze, ale powiedz mi dlaczego nazywasz siebie debilem?
No bo jestem- uwierzyłem dziewczynie, że zmajstrowałem jej dziecko, a że ona z małego miasta
to się szybko ożeniłem. No i....?Urodziła, ale to było nie moje dziecko. Tak bardzo nie moje,
że nawet nie trzeba było badań genetycznych.
Rozwód dostałem z miejsca. Nie jestem Murzynem, a dziecko było ciemnym mulatem.
A ładna była?
Taaa, nawet bardzo, moim kolegom też się podobała. I była bardzo dobra w łóżku, te jej walory
też dostrzegli, gdy byłem 3 miesiące w Algierii. Ale o tym to mi powiedzieli gdy już byłem po
rozwodzie.
No to masz fajnych kolegów- podsumowała Ninka.
Miałem Ninuś, miałem, już ich nie mam. I dlatego szukam mieszkania.
Powiedz, możemy to mieszkanie razem wynająć? Zamieszkasz z debilem???
ciąg dalszy nastąpi
Obudziła się w środku nocy. Delikatnie zdjęła z siebie rękę obejmującego ją Witka.
Było jej gorąco, chciało się pić.
Ostrożnie, by nie obudzić śpiącego, wstała z łóżka i poszła do kuchni. Nie zapalając światła
odszukała butelkę wody mineralnej i z ulgą przytknęła jej szyjkę do ust. Niemal jednym tchem
wypiła jej półlitrową zawartość.
No tak - pomyślała - to są skutki gdy organizm jest przyzwyczajony do regularnych posiłków.
Nie zjadłam kolacji, nie wypiłam herbaty, a teraz jestem głodna, spragniona a na dodatek chce
mi się spać. Jej rozmyślania przerwało pojawienie się w drzwiach wystraszonego Witka.
Ninuś, co ci jest, zle się czujesz?- zapytał cicho.
Nie, ale strasznie mi się chciało pić a teraz to jestem zwyczajnie bardzo głodna.
Witek zaśmiał się- no tak, zapomnieliśmy zupełnie o kolacji, a ty pewnie zapomniałaś również
i o obiedzie. Zjedz kilka herbatników, zaraz ci będzie lepiej.
Ninka wzięła dwa biszkopty i nagle zaczęła się śmiać.
Jak żyję , jeszcze nigdy nie wcinałam nocą, na golasa, biszkoptów a do tego w towarzystwie
gołego faceta.
Witek obłudnie się zdziwił- to ty jesteś goła? muszę to sprawdzić, to bardzo, bardzo
interesujące zjawisko. Objął ją i delikatnie skierował w stronę drzwi, nie przestając
mówić: chodz dziecię, muszę sprawdzić tę nagość i czymś cię okryć, żebyś się nie
przeziębiła.Na początek zrobimy okład z ciepłego ciała, to świetna ochrona przed zimnem.
Ale mnie się chce spać-zaprotestowała Ninka. Mnie też- zapewnił ją Witek ciasno obejmując
i całując. Po kilku minutach oboje spali. To była ich pierwsza miłosna noc odkąd zamieszkali
razem. A pierwsza noc pod wspólnym dachem była już ponad dwa lata wcześniej.
Znali się już kilka lat, po prostu pracowali w jednej firmie. W pewnej chwili oboje szukali
mieszkania do wynajęcia i każde z nich , zupełnie nic o sobie nie wiedząc, wrzuciło temat
w swojej centrali handlu zagranicznego. Centrala eksportowała za granicę ludzkie umiejętności
i wielu wyjeżdżających na okres pobytu za granicą odnajmowało swe mieszkanie- zawsze było
lepiej gdy mieszkanie nie stało puste- nie prowokowało nikogo by włamać się i nielegalnie
zamieszkać. Z reguły cena wynajmu nie była wtedy niebotyczna, mieszkanie zawsze było
całkiem lub w dużej części umeblowane a jego właściciele spokojni, że mieszkanie nie
niszczeje.
I w tej sytuacji gdy ponad dwa lata wcześniej, pewnego paskudnego zimowego dnia Witek
zatelefonował do Ninki prosząc by spotkali się w sali przy recepcji, bo musi coś sobie
z nią wyjaśnić, Ninka nie miała pojęcia, że los, przypadek, zwiąże ją z Witkiem. Wiedziała
o nim, że jest facetem po przejściach, bowiem ożenił się i bardzo, bardzo szybko rozwiódł.
Te wszystkie sensacje rozprowadziła jedna z pracownic kadr, które wiedziały zawsze o
wszystkim co się dzieje w życiu prywatnym pracowników. No cóż, taka firma to była. O tym
rozwodzie Inka wiedziała nawet od niego, bo któregoś dnia przyszedł by wnieść zmiany do
swego formularza osobowego. Oczywiście nawet nie mrugnęła okiem i nie zadała żadnego
pytania gdy przyniósł nowy formularz, który następnego dnia przesłała do odpowiedniego
biura.
Praca w tym miejscu nauczyła ją nie zadawania niepotrzebnych pytań i nie ujawniania swych
emocji. Dzięki temu na jej czole nie tworzyły się zmarszczki mimiczne ze zdziwienia.
W firmie wszyscy mówili sobie po imieniu, bo wprawdzie nie były to jeszcze czasy "spotkań integracyjnych" to i tak wszyscy się dość dobrze znali. Jedynie dział księgowości, który był
na innym piętrze a do tego w innym skrzydle budynku był jakby "ciałem obcym" i z paniami
z księgowości nikt nie był "po imieniu".
W czasie przerwy śniadaniowej, z kanapką i kubkiem kawy Ninka powędrowała do sali
przy recepcji.
Przeprosiła Witka, że przyszła ze swoim śniadaniem, ale zaraz po przerwie śniadaniowej
zwalał się tłum interesantów i nie miałaby kiedy zjeść śniadania.
Witek zaczął od tego, że ma propozycję dla niej- wie, że ona szuka mieszkania do wynajęcia
i jest takowe - w świetnym punkcie, ale jest to mieszkanie dwupokojowe o powierzchni 80
metrów, czyli jakby nieco za duże dla jednej osoby. Czynsz na dwoje byłby łatwy do przeżycia, zwłaszcza, że już obejmuje media. I on sobie pomyślał, że może mogliby je wynająć wspólnie.
Bo to jednak jest okazja. On ze swej strony obiecuje, że nie będzie sprowadzał żadnych kobiet
ani urządzał męskich debat przy alkoholu i będzie dbał o czystość części wspólnych, czyli
kuchni, łazienki, toalety.
I, co jest jego zdaniem oczywiste, zachowa ten fakt wspólnego wynajmowania w pełnej
tajemnicy. I jeśli Ninka chce, to nawet dziś po pracy mogą pójść obejrzeć to lokum.
Ninka słysząc to omal nie zakrztusiła się własną kanapką. Przez głowę przelatywały jej dziwne
myśli, wreszcie zapytała, czemu Witek pomyślał o niej jako o współlokatorce.
No bo wiem, że szukasz mieszkania, ja też szukam, wiem, że jesteś fajną kobietą bez nałogów,
nie pijesz, nie palisz, jesteś zrównoważona psychicznie a mieszkanie jest naprawdę ciekawe.
Chodż dziś obejrzeć mieszkanie -spotkamy się w Amatorskiej, zapraszam na kawę i coś do
kawy, obejrzymy mieszkanie a potem, jeśli wyda ci się interesująca moja propozycja, opowiem
ci szczerze o sobie, żebyś wiedziała z jakim debilem będziesz mieszkać.
Ninka uśmiechnęła się- na razie tylko wiem, że jakoś dziwnie krótko trwało twoje małżeństwo.
No dobrze, mogę to mieszkanie obejrzeć, ale to jeszcze nic nie znaczy.
No i oczywiście też zachowam pełną dyskrecję. Będę w Amatorskiej o 16,30, a teraz muszę już
wracać do siebie, za 5 minut tłum się rzuci na nas jak stado głodnych wilków.
Nie myliła się, interesantów było niczym mrówek w lesie.A to dopiero był luty, więc koszmarne
dni pełne interesantów były jeszcze przed nią.
Po szybkiej kawie ruszyli w stronę budynku, w którym było mieszkanie. Była to tzw. "plomba",
czyli nowy wieżowiec wybudowany pomiędzy dwoma starymi budynkami.
Lokalizacja zaiste była świetna, zaledwie kilkadziesiąt metrów od Sejmu. Budynek posiadał
domofon, klatka schodowa była ładna, czysta, na półpiętrach stały skrzynki z kwiatami.
Winda chodziła bezszelestnie i dość szybko dojechali na 8 piętro. Wszystkie drzwi wejściowe
do mieszkań były masywne, z prawdziwego drewna, a nie rama drewniana obita sklejką.
Po otwarciu drzwi znalezli się w długim przedpokoju.Na jego prawej ścianie znajdowały się
głębokie szafy wbudowane w ścianę, bliżej wejścia zaś wieszak na dorazne okrycia.
Zaraz po lewej stronie była toaleta z małą umywalką i drzwi do długiej, dość wąskiej kuchni,
na końcu której było okno. Z tej części było wejście do pokoju, w którym znajdowało się
dwoje drzwi - do dwóch pokoi . Pomiędzy pokojami była łazienka i z każdego z nich
można było do niej wejść.
Łazienka była ładna, choć może nieco dziwna, bo wanna stała na środku pomieszczenia.
Na wzór dawnych wanien stała na ozdobnych, wygiętych nóżkach. Na każdej bocznej ścianie
była umywalka z szafkami, w jednym kącie łazienki była kabina prysznicowa, obok stała
pralka i sedes. Nad pralką wisiała dodatkowa szafka z półkami.
Umeblowanie pokoi może nie powalało , ale było praktyczne- szerokie łóżko, nocny stolik
łączony w górę z regałem, duża szafa w ścianie, lustro na drzwiach wewnątrz szafy, bogatej
w półki.
Pod łóżkiem była wysuwana szuflada na pościel , w kącie stojak-wieszak na zdejmowane
ubrania. Obydwa były umeblowane tak samo.
Okno jednego pokoju wychodziło na ulicę i balkon, drugiego na podwórze.
Pomieszczenie pomiędzy kuchnią i pokojami spełniało zapewne rolę pokoju dziennego, była
w nim kanapa, dwa fotele, dwie stojące lampy i rozkładany stół.
Były tu drzwi na balkon. Pokój był nieco dziwny- z jednej strony łączył się drzwiami
z kącikiem jadalnym na końcu kuchni, z drugiej strony łączył się z przedpokojem, bez drzwi.
Umeblowanie kuchni było skromne- po jednej stronie stał blat z odsłoniętymi półkami pod
spodem, na nim nieduży elektryczny piekarnik, nad blatem wisiały szafki z różnym szkłem,
po przeciwnej stronie była kuchenka gazowa, zlewozmywak i lodówka.
Za to miło się prezentował kącik jadalny, stół był dostawiony krótszym bokiem do okna, dwa krzesełka na przeciwko siebie, za krzesłami po jednym regale, a na regale mnóstwo książek.
Nad stołem była lampa na sprężynującym przewodzie.
No i co? Jak ci się to mieszkanie widzi? Spacerki zagwarantowane, bo to blisko , choć
można podjechać jeden przystanek autobusem. Pokoje rozdzielone łazienką i nawet są zasuwki
na drzwiach, od wewnątrz. Przestrzeń wspólna łatwa w podziale, nawet są dwa fotele
i dwie lampy stojące. Szafy pojemne i jest w nich dużo miejsca. Blisko do parku, blisko do
sklepów, blisko do pracy.
Witek zachwalał mieszkanie niczym handlarz na bazarze swój towar. Ale telefon jest jeden-
Ninka wyciągnęła z zanadrza kontrargument.
Nie szkodzi- Witek zręcznie odbił piłeczkę-będziemy mówić znajomym, że to telefon towarzyski. Teraz są dość popularne i wszyscy wiedzą, że nie za dobrze działają.
Zresztą wszyscy znajomi wiedzą, że się jeszcze telefonu nie doczekałem i dzwonią do pracy.
No i....? Wynajmiemy to razem?
A dlaczego nie chcesz wynająć do spółki z jakimś facetem? przecież....
Witek jej przerwał- nie chcę, mieszkałem w akademiku, nie chcę żadnego mieszkania z facetami,
bo taka męska nora mi nie odpowiada. Nie mam zdrowia na chlanie i dziwki.
No dobrze, ale powiedz mi dlaczego nazywasz siebie debilem?
No bo jestem- uwierzyłem dziewczynie, że zmajstrowałem jej dziecko, a że ona z małego miasta
to się szybko ożeniłem. No i....?Urodziła, ale to było nie moje dziecko. Tak bardzo nie moje,
że nawet nie trzeba było badań genetycznych.
Rozwód dostałem z miejsca. Nie jestem Murzynem, a dziecko było ciemnym mulatem.
A ładna była?
Taaa, nawet bardzo, moim kolegom też się podobała. I była bardzo dobra w łóżku, te jej walory
też dostrzegli, gdy byłem 3 miesiące w Algierii. Ale o tym to mi powiedzieli gdy już byłem po
rozwodzie.
No to masz fajnych kolegów- podsumowała Ninka.
Miałem Ninuś, miałem, już ich nie mam. I dlatego szukam mieszkania.
Powiedz, możemy to mieszkanie razem wynająć? Zamieszkasz z debilem???
ciąg dalszy nastąpi
poniedziałek, 10 września 2018
Przyjaciółki -IX
Lusia zmobilizowała się i ukończyła studia.
Kolejny raz zmieniła pracę , zarabiała teraz znacznie lepiej, tyle tylko, że nie ma
róży bez kolców, więc lepsza praca i lepsze zarobki okupione były znacznie dłuższym
dojazdem do pracy.
Dryblas błysnął dowcipem, że teraz to już wiadomo kto w tej rodzinie prawdopodobnie
jest bezpłodny, bo przecież te hormony to są środki antykoncepcyjne. Jak zwykle biedak
wiedział, że gdzieś dzwonią kościelne dzwony, tylko nie wiedział w którym kościele.
Wiedza ogólna tego faceta była zastanawiająco niska. Ale - nauczył się gotować.
Lusia nawet się nie zdenerwowała jego gadaniem, ale zaczęła odkładać pieniądze na
mieszkanie dla siebie.
Pewnego dnia Lusia zatelefonowała do Dryblasa do pracy, że jest do wzięcia, za darmo,
szczeniak -8 tygodniowy jamnik standard, krótkowłosy. Rasowy, kolor rudy brąz.
Kolega Lusi dostał szczeniaka w ramach podziękowania za użyczenie swego jamnika do
krycia pewnej wielce rasowej suni, ale nie chciał brać do domu szczeniaczka. Jeden
dorosły pies w domu to dosyć szczęścia.
Przyniósł go więc do pracy w nadziei, że maluszek się komuś spodoba.
Na początek przyniósł maleństwo do pokoju Lusi. Przyniósł go w szufladzie wyłożonej
zielonym kocykiem, obłożonego zabawkami.
Lusia opowiedziała Dryblasowi o szczeniaczku, jak wygląda, jaki śmieszny i maleńki.
W pół godziny pózniej Dryblas przyjechał do Lusi do pracy - bardzo mu się szczeniaczek
spodobał i zabrał go do domu. Lusia urwała się tego dnia wcześniej, wpisała do książki
wyjście służbowe i pojechała do domu. Ruda kluseczka była zabawnym stworzonkiem,
posikującym tu i ówdzie, więc Dryblas wydzielił dla niego kąt w pokoju, na którym
wpierw rozłożył folię, na tym stare, kąpielowe prześcieradło, ustawił miskę z wodą i
szczeniaczka w szufladzie. Ruda kluseczka otrzymała imię Lord. Bo, jak wywodziła
Lusia, jest maleńki, ale w bardzo dystyngowany sposób trzyma łepek.
Lord w pewnym sensie był lekarstwem na całe zło tego świata.
Dryblas miał kogo strofować lub coś mu nakazywać, ewentualnie zakazywać. Miał też
w jego postaci kumpla do jedzenia rano owsianki. Poszedł nawet z maluszkiem do
weterynarza po instrukcje co to małe może jeść. Bardzo chętnie brał psa na spacery, choć
tak naprawdę mieszkali na betonowej pustyni. Nie było trawników, drzewka dopiero
sadzono na parkingu, więc Dryblas brał psa pod pachę zanosił kilka ulic dalej, gdzie
były już założone trawniki. W niedzielę jezdzili razem z psem pod Warszawę by mógł
się do woli nawąchać, pokopać w ziemi, wybiegać.
Pisałam już, nie ma róży bez kolców? Pisałam- i rzeczywiście nie ma. Mały Lord już
bez trudu wyczłapywał się z szuflady a gdy nie było nikogo w domu zajmował się
wygryzaniem dermy, którą były obite od środka drzwi wejściowe.
Psiątko, krótkołape, niziutkie, wygryzło dermę i gąbkę pod nią na wysokość 60 cm.
I zupełnie nic sobie nie robiło z długich przemów Dryblasa, że "nie wolno gryzć tego
obicia", "zobaczysz draniu, wleję ci w tyłek pasem".
Przestał gryzć gdy dobrnął do drewna i gdy przestał zmieniać zęby mleczne na stałe.
Drzwi zostały obite na nowo, ale nowa derma już nie budziła psiego zainteresowania.
Luśka przyzwyczaiła się, że w domu przez kilka lat bywała niczym gość hotelowy,
czyli głównie wyspać się, wykąpać, wrzucić coś do pralki, więc wciąż kombinowała
jakby z tego domu "wyciec".
Zaczęła od wystarania się o skierowanie do sanatorium - wiadomo, to nie wczasy,więc
Dryblas musiał zostać w domu no a poza tym miał przecież już kumpla.
Wróciła w świetnym humorze, poznała sporo nowych osób, nawet kilka pań, które też
mieszkały w Warszawie oraz, o czym zaraz doniosła Nowej, bardzo miłego pana.
Co prawda pan był żonaty i nieco starszy od Lusi, ale świetnie im się rozmawiało,
chodziło razem na spacery i pływało w sanatoryjnym basenie.
Opowiadali sobie wzajemnie jakie to mają strasznie zatrute życie przez swe drugie
połówki i postanowili, że w następnym roku znów spotkają się w którymś z uzdrowisk.
No ale pobyt w sanatorium to tylko trzy lub cztery tygodnie a rok ma przecież ich
dużo, dużo więcej.
I tu pomocna okazała się firma, w której Lusia pracowała - ciągle były dla pracowników
jakieś szkolenia i najczęściej odbywały się poza stolicą. Wprawdzie nie gdzieś daleko,
no ale tak w granicach do 50 kilometrów. Lusia nie odpuściła żadnego - trzy dni bez
bez Dryblasa też były dla niej cenne. Współpracownicy nie mogli się jej nadziwić -
oni wymigiwali się od szkoleń jak diabeł od święconej wody, a Lusia niemal każde
szkolenie zaliczała. Tylko jedno zupełnie jej nie przypadło do gustu - szkolenie
komputerowe.
Primo - okazało się, że Lusia musi do pracy zakładać okulary, bo z lekka niedowidzi.
Od dziecka uważała , że noszenie okularów szpeci kobietę bo ją postarza. Po drugie -
to wszystko było zbyt skomplikowane- wtedy jeszcze nie było Windowsów.
Secundo - szkolenie było w siedzibie firmy.
Wściekała się okrutnie, nawet wydzwaniała do Nowej, że jej zazdrości "siedzenia na
dupie w domu" bo przynajmniej nie musi się uczyć tych komputerowych zawiłości.
Oczywiście Nowa podpadła Lusi, bo stwierdziła, że wystarczy się nieco skupić a rzecz
cała przestanie być skomplikowana. Została przez Lusię zbesztana, że wątpi by wiedza
męża Nowej, który był inżynierem od hardware komputera spłynęła na nią przez dotyk,
a to, że chcieli Nową jeszcze gdy była w pracy skierować na kurs programowania to
dziwne, bo kobiet programistek nie po politechnice przecież nie ma.
Ponieważ Nowej nie zależało na żadnym udowodnianiu , że jednak obsługa komputera
to nie jest szczyt ludzkich możliwości, wycofała się z dyskusji.
Na zakończenie rozmowy dodała, że może Lusia, skoro tak nie może znieść Dryblasa
powinna pomyśleć jednak o rozwodzie. Lusia, wielce kulturalnie, cisnęła słuchawkę
na widełki, przerywając rozmowę.
Ponieważ to Lusia zakończyła dość niespodziewanie rozmowę, Nowa poczuła się
obrażona. Ale Lusia widocznie też się poczuła obrażona i kontakty na linii Lusia-
Nowa urwały się na wiele lat.
Nowa już nie wróciła do pracy w państwowym sektorze.
W międzyczasie przez kraj przegalopowała wpierw inflacja, potem transformacja.
Pewnego dnia, tak w okolicy świąt BN zatelefonowała do Nowej Lusia.
Po prostu nagle zapragnęła dowiedzieć się : "co u was słychać i u naszej córeczki".
Nową z lekka zatchnęło, ale wzięła głębszy oddech, powiedziała, że wszystko
dobrze a jeśli idzie o jej chrześnicę, to też wszystko jest w porządku, studiuje,
wakacje spędza najczęściej na różnych zagranicznych wojażach. Mało bywa
w domu, no ale w końcu to już dorosła osoba.
Lusia zaproponowała spotkanie na mieście.Umówiły się, że Nowa wpadnie po
Lusię na basen, a potem pójdą gdzieś razem na kawę.
W holu basenu Nowa doznała szoku - z daleka machała do niej ręką jakaś stara,
siwiuteńka kobieta w rozmiarze 3XL, której twarz wydała się Nowej znajoma.
Nowa , która w swej karierze pracowała również w obsłudze klienta, przywołała
na twarz minę nr 36 z gatunku "jak miło mi panią/pana znów zobaczyć".
Ta siwo-białowłosa duża kobieta to była Lusia.
Wybrały się więc na kawę i coś do kawy. Długo trwało to spotkanie, bo Lusia
musiała opowiedzieć o całym paśmie nieszczęść, które ją spotkały.
Do pasma nieszczęść zostały wliczone liczne ubytki na zdrowiu, a więc dwie
kolejne operacje żylaków, jedno złamanie nogi, śmierć koleżanki z pracy, która
Lusi zawsze rozjaśniała wszystkie niejasności prawne, bo jakoś te studia
z zakresu prawa administracyjnego niewiele wiedzy pozostawiły w Lusinym
mózgu, następnym ciosem był kilkuletni nieudany romans z pewnym wdowcem,
który był na tyle dziwnym człowiekiem, że "trzymał w tym swoim mieszkaniu
swą teściową, choć jego żona już nie żyła".
Ów wdowiec starszy był od Lusi tak z 15 lat, ale nadal sprawny i znający potrzeby
kobiety w sferze seksu, niestety, zdaniem Lusi był straszliwym skąpcem i zupełnie
nie obsypywał Lusi prezentami.Poza tym Lusia się bała, że będzie chciał by ona
zajmowała się do śmierci jego teściową, a potem nim.
Ponadto doszła do wniosku, że przecież gdy się rozejdzie, to w żaden sposób
nie odzyska nic z pieniędzy, które jej rodzice włożyli w mieszkanie należące
do Dryblasa. A znając Dryblasa spodziewała się, że z pewnością rozwód będzie
jednym ciągiem awantur a on ją wyrzuci gołą i bosą z mieszkania.
No i z bólem serca zerwała ten romans.
Ale Lusia miała też osiągnięcia - założyła u siebie w pracy Związek "Solidarność" i,
co było oczywiste i jasne jak słońce na niebie, została jego przewodniczącą.
Widzisz, jaka jestem mądra- teraz nie mogą mnie wyrzucić z roboty!- zakończyła
swą opowieść z nutką triumfu w głosie. Uprzedziłam ich!
Nowa słuchała, słuchała i nie bardzo wiedziała co ma powiedzieć. Na szczęście
Lusia spojrzała na zegarek i stwierdziła, że już musi uciekać.
Rozstały się zapewniając się wzajemnie, że spotkają się niedługo.
Nikt nie wie ile godzin, dni, miesięcy trwa "niedługo". Tu upłynęło kilka lat, nim
się znowu spotkały. Tym razem Lusia przywiozła do Nowej prezent dla swej
chrześnicy z...okazji ślubu.
Ślubu, którego ona nie popierała, ponieważ chrześnica wychodziła za mąż za
obcokrajowca.
"Szkoda, że ze mną o tym nie porozmawiała wcześniej, ja bym jej doradziła by
jednak nie wychodzić za mąż za cudzoziemca".
Nowa nie mogła powstrzymać się od śmiechu i śmiejąc się powiedziała: no tak, ty
rzeczywiście dobrze byś jej doradziła. Przecież tak świetnie wyszłaś za mąż!
I taka niesamowicie szczęśliwa jesteś!
Lusi twarz zczerwieniała. "No tak tobie to na pewno to małżeństwo jej pasuje,
bo ty nigdy nie chciałaś dziecka!"
Nowa przestała się śmiać.
Lusiu, przykro mi to mówić, ale przyjmij do wiadomości że widzimy się dziś po
raz ostatni. Nie wiem co się z Tobą stało, kto lub co ci poprzestawiało rozum.
Chyba sama nie bardzo wiesz co mówisz.
Lusia wstała, zgarnęła z powrotem prezent, który przyniosła i.....wyszła.
Od tego czasu znów minęło wiele lat. Nie widywały się przez te lata, choć
kilka razy rozmawiały telefonicznie.
A od wspólnych znajomych Nowa wie, że Lusia wiele razy pokazywała różnym
ludziom zdjęcie swej chrześnicy, mówiąc, że to jest jej córka, która teraz
mieszka za granicą.
KONIEC
Kolejny raz zmieniła pracę , zarabiała teraz znacznie lepiej, tyle tylko, że nie ma
róży bez kolców, więc lepsza praca i lepsze zarobki okupione były znacznie dłuższym
dojazdem do pracy.
Dryblas błysnął dowcipem, że teraz to już wiadomo kto w tej rodzinie prawdopodobnie
jest bezpłodny, bo przecież te hormony to są środki antykoncepcyjne. Jak zwykle biedak
wiedział, że gdzieś dzwonią kościelne dzwony, tylko nie wiedział w którym kościele.
Wiedza ogólna tego faceta była zastanawiająco niska. Ale - nauczył się gotować.
Lusia nawet się nie zdenerwowała jego gadaniem, ale zaczęła odkładać pieniądze na
mieszkanie dla siebie.
Pewnego dnia Lusia zatelefonowała do Dryblasa do pracy, że jest do wzięcia, za darmo,
szczeniak -8 tygodniowy jamnik standard, krótkowłosy. Rasowy, kolor rudy brąz.
Kolega Lusi dostał szczeniaka w ramach podziękowania za użyczenie swego jamnika do
krycia pewnej wielce rasowej suni, ale nie chciał brać do domu szczeniaczka. Jeden
dorosły pies w domu to dosyć szczęścia.
Przyniósł go więc do pracy w nadziei, że maluszek się komuś spodoba.
Na początek przyniósł maleństwo do pokoju Lusi. Przyniósł go w szufladzie wyłożonej
zielonym kocykiem, obłożonego zabawkami.
Lusia opowiedziała Dryblasowi o szczeniaczku, jak wygląda, jaki śmieszny i maleńki.
W pół godziny pózniej Dryblas przyjechał do Lusi do pracy - bardzo mu się szczeniaczek
spodobał i zabrał go do domu. Lusia urwała się tego dnia wcześniej, wpisała do książki
wyjście służbowe i pojechała do domu. Ruda kluseczka była zabawnym stworzonkiem,
posikującym tu i ówdzie, więc Dryblas wydzielił dla niego kąt w pokoju, na którym
wpierw rozłożył folię, na tym stare, kąpielowe prześcieradło, ustawił miskę z wodą i
szczeniaczka w szufladzie. Ruda kluseczka otrzymała imię Lord. Bo, jak wywodziła
Lusia, jest maleńki, ale w bardzo dystyngowany sposób trzyma łepek.
Lord w pewnym sensie był lekarstwem na całe zło tego świata.
Dryblas miał kogo strofować lub coś mu nakazywać, ewentualnie zakazywać. Miał też
w jego postaci kumpla do jedzenia rano owsianki. Poszedł nawet z maluszkiem do
weterynarza po instrukcje co to małe może jeść. Bardzo chętnie brał psa na spacery, choć
tak naprawdę mieszkali na betonowej pustyni. Nie było trawników, drzewka dopiero
sadzono na parkingu, więc Dryblas brał psa pod pachę zanosił kilka ulic dalej, gdzie
były już założone trawniki. W niedzielę jezdzili razem z psem pod Warszawę by mógł
się do woli nawąchać, pokopać w ziemi, wybiegać.
Pisałam już, nie ma róży bez kolców? Pisałam- i rzeczywiście nie ma. Mały Lord już
bez trudu wyczłapywał się z szuflady a gdy nie było nikogo w domu zajmował się
wygryzaniem dermy, którą były obite od środka drzwi wejściowe.
Psiątko, krótkołape, niziutkie, wygryzło dermę i gąbkę pod nią na wysokość 60 cm.
I zupełnie nic sobie nie robiło z długich przemów Dryblasa, że "nie wolno gryzć tego
obicia", "zobaczysz draniu, wleję ci w tyłek pasem".
Przestał gryzć gdy dobrnął do drewna i gdy przestał zmieniać zęby mleczne na stałe.
Drzwi zostały obite na nowo, ale nowa derma już nie budziła psiego zainteresowania.
Luśka przyzwyczaiła się, że w domu przez kilka lat bywała niczym gość hotelowy,
czyli głównie wyspać się, wykąpać, wrzucić coś do pralki, więc wciąż kombinowała
jakby z tego domu "wyciec".
Zaczęła od wystarania się o skierowanie do sanatorium - wiadomo, to nie wczasy,więc
Dryblas musiał zostać w domu no a poza tym miał przecież już kumpla.
Wróciła w świetnym humorze, poznała sporo nowych osób, nawet kilka pań, które też
mieszkały w Warszawie oraz, o czym zaraz doniosła Nowej, bardzo miłego pana.
Co prawda pan był żonaty i nieco starszy od Lusi, ale świetnie im się rozmawiało,
chodziło razem na spacery i pływało w sanatoryjnym basenie.
Opowiadali sobie wzajemnie jakie to mają strasznie zatrute życie przez swe drugie
połówki i postanowili, że w następnym roku znów spotkają się w którymś z uzdrowisk.
No ale pobyt w sanatorium to tylko trzy lub cztery tygodnie a rok ma przecież ich
dużo, dużo więcej.
I tu pomocna okazała się firma, w której Lusia pracowała - ciągle były dla pracowników
jakieś szkolenia i najczęściej odbywały się poza stolicą. Wprawdzie nie gdzieś daleko,
no ale tak w granicach do 50 kilometrów. Lusia nie odpuściła żadnego - trzy dni bez
bez Dryblasa też były dla niej cenne. Współpracownicy nie mogli się jej nadziwić -
oni wymigiwali się od szkoleń jak diabeł od święconej wody, a Lusia niemal każde
szkolenie zaliczała. Tylko jedno zupełnie jej nie przypadło do gustu - szkolenie
komputerowe.
Primo - okazało się, że Lusia musi do pracy zakładać okulary, bo z lekka niedowidzi.
Od dziecka uważała , że noszenie okularów szpeci kobietę bo ją postarza. Po drugie -
to wszystko było zbyt skomplikowane- wtedy jeszcze nie było Windowsów.
Secundo - szkolenie było w siedzibie firmy.
Wściekała się okrutnie, nawet wydzwaniała do Nowej, że jej zazdrości "siedzenia na
dupie w domu" bo przynajmniej nie musi się uczyć tych komputerowych zawiłości.
Oczywiście Nowa podpadła Lusi, bo stwierdziła, że wystarczy się nieco skupić a rzecz
cała przestanie być skomplikowana. Została przez Lusię zbesztana, że wątpi by wiedza
męża Nowej, który był inżynierem od hardware komputera spłynęła na nią przez dotyk,
a to, że chcieli Nową jeszcze gdy była w pracy skierować na kurs programowania to
dziwne, bo kobiet programistek nie po politechnice przecież nie ma.
Ponieważ Nowej nie zależało na żadnym udowodnianiu , że jednak obsługa komputera
to nie jest szczyt ludzkich możliwości, wycofała się z dyskusji.
Na zakończenie rozmowy dodała, że może Lusia, skoro tak nie może znieść Dryblasa
powinna pomyśleć jednak o rozwodzie. Lusia, wielce kulturalnie, cisnęła słuchawkę
na widełki, przerywając rozmowę.
Ponieważ to Lusia zakończyła dość niespodziewanie rozmowę, Nowa poczuła się
obrażona. Ale Lusia widocznie też się poczuła obrażona i kontakty na linii Lusia-
Nowa urwały się na wiele lat.
Nowa już nie wróciła do pracy w państwowym sektorze.
W międzyczasie przez kraj przegalopowała wpierw inflacja, potem transformacja.
Pewnego dnia, tak w okolicy świąt BN zatelefonowała do Nowej Lusia.
Po prostu nagle zapragnęła dowiedzieć się : "co u was słychać i u naszej córeczki".
Nową z lekka zatchnęło, ale wzięła głębszy oddech, powiedziała, że wszystko
dobrze a jeśli idzie o jej chrześnicę, to też wszystko jest w porządku, studiuje,
wakacje spędza najczęściej na różnych zagranicznych wojażach. Mało bywa
w domu, no ale w końcu to już dorosła osoba.
Lusia zaproponowała spotkanie na mieście.Umówiły się, że Nowa wpadnie po
Lusię na basen, a potem pójdą gdzieś razem na kawę.
W holu basenu Nowa doznała szoku - z daleka machała do niej ręką jakaś stara,
siwiuteńka kobieta w rozmiarze 3XL, której twarz wydała się Nowej znajoma.
Nowa , która w swej karierze pracowała również w obsłudze klienta, przywołała
na twarz minę nr 36 z gatunku "jak miło mi panią/pana znów zobaczyć".
Ta siwo-białowłosa duża kobieta to była Lusia.
Wybrały się więc na kawę i coś do kawy. Długo trwało to spotkanie, bo Lusia
musiała opowiedzieć o całym paśmie nieszczęść, które ją spotkały.
Do pasma nieszczęść zostały wliczone liczne ubytki na zdrowiu, a więc dwie
kolejne operacje żylaków, jedno złamanie nogi, śmierć koleżanki z pracy, która
Lusi zawsze rozjaśniała wszystkie niejasności prawne, bo jakoś te studia
z zakresu prawa administracyjnego niewiele wiedzy pozostawiły w Lusinym
mózgu, następnym ciosem był kilkuletni nieudany romans z pewnym wdowcem,
który był na tyle dziwnym człowiekiem, że "trzymał w tym swoim mieszkaniu
swą teściową, choć jego żona już nie żyła".
Ów wdowiec starszy był od Lusi tak z 15 lat, ale nadal sprawny i znający potrzeby
kobiety w sferze seksu, niestety, zdaniem Lusi był straszliwym skąpcem i zupełnie
nie obsypywał Lusi prezentami.Poza tym Lusia się bała, że będzie chciał by ona
zajmowała się do śmierci jego teściową, a potem nim.
Ponadto doszła do wniosku, że przecież gdy się rozejdzie, to w żaden sposób
nie odzyska nic z pieniędzy, które jej rodzice włożyli w mieszkanie należące
do Dryblasa. A znając Dryblasa spodziewała się, że z pewnością rozwód będzie
jednym ciągiem awantur a on ją wyrzuci gołą i bosą z mieszkania.
No i z bólem serca zerwała ten romans.
Ale Lusia miała też osiągnięcia - założyła u siebie w pracy Związek "Solidarność" i,
co było oczywiste i jasne jak słońce na niebie, została jego przewodniczącą.
Widzisz, jaka jestem mądra- teraz nie mogą mnie wyrzucić z roboty!- zakończyła
swą opowieść z nutką triumfu w głosie. Uprzedziłam ich!
Nowa słuchała, słuchała i nie bardzo wiedziała co ma powiedzieć. Na szczęście
Lusia spojrzała na zegarek i stwierdziła, że już musi uciekać.
Rozstały się zapewniając się wzajemnie, że spotkają się niedługo.
Nikt nie wie ile godzin, dni, miesięcy trwa "niedługo". Tu upłynęło kilka lat, nim
się znowu spotkały. Tym razem Lusia przywiozła do Nowej prezent dla swej
chrześnicy z...okazji ślubu.
Ślubu, którego ona nie popierała, ponieważ chrześnica wychodziła za mąż za
obcokrajowca.
"Szkoda, że ze mną o tym nie porozmawiała wcześniej, ja bym jej doradziła by
jednak nie wychodzić za mąż za cudzoziemca".
Nowa nie mogła powstrzymać się od śmiechu i śmiejąc się powiedziała: no tak, ty
rzeczywiście dobrze byś jej doradziła. Przecież tak świetnie wyszłaś za mąż!
I taka niesamowicie szczęśliwa jesteś!
Lusi twarz zczerwieniała. "No tak tobie to na pewno to małżeństwo jej pasuje,
bo ty nigdy nie chciałaś dziecka!"
Nowa przestała się śmiać.
Lusiu, przykro mi to mówić, ale przyjmij do wiadomości że widzimy się dziś po
raz ostatni. Nie wiem co się z Tobą stało, kto lub co ci poprzestawiało rozum.
Chyba sama nie bardzo wiesz co mówisz.
Lusia wstała, zgarnęła z powrotem prezent, który przyniosła i.....wyszła.
Od tego czasu znów minęło wiele lat. Nie widywały się przez te lata, choć
kilka razy rozmawiały telefonicznie.
A od wspólnych znajomych Nowa wie, że Lusia wiele razy pokazywała różnym
ludziom zdjęcie swej chrześnicy, mówiąc, że to jest jej córka, która teraz
mieszka za granicą.
KONIEC
sobota, 8 września 2018
Przyjaciółki - VIII
Macierzyństwo podobało się Nowej, choć pierwsze sześć tygodni było upiornych.
Dziecię było na sztucznym pokarmie, jadło mniej niż powinno, spało nie tak jak
napisali w książce 20 godzin na dobę a zaledwie kilka, resztę czasu poświęcając na
płacz.
Ale nie ma to jak koleżanki - doradziły by natychmiast zastosować inny pokarm
i zobaczyć co się będzie działo. No i zaczęło się dziać dobrze, dziecko było
najedzone, zadowolone i nie ryczało.
Siedzenie z dzieckiem w domu zamiast biegania o świcie do pracy też było
miłe, wreszcie był czas na wszystkie zaległe prace domowe i czytanie książek.
Co prawda życie towarzyskie nic na tym fakcie nie zyskało, bo pediatra który
zajmował się małą kazał ograniczyć wszelakie odwiedziny w domu jak i wyprawy
z niemowlakiem "w gości".
Zaraz na pierwszej wizycie domowej powiedział Nowej, że dziecko to nie jest
małpka do oglądania, więc wizyty ciotek, babć i koleżanek i znoszenie przez gości
do domu dziecka wszelakich zarazków jest zabronione.
Lusia też była tylko jeden raz, ale Nowa nie miała o to do niej żalu, rozumiała, że
Lusi może być przykro, że Nowa ma dziecko, a ona nadal nie.
Ale to nie z tego powodu Lusia nie bywała u Nowej.
Primo - studia jednak pochłaniały sporo czasu, poza tym Lusia została wybrana
starościną roku.
To były bardzo dziwne "wybory", bo właściwie była jedyną chętną na to miejsce.
Wszyscy odetchnęli z ulgą gdy Lusia zgodziła się podjęcia tych obowiązków.
A Lusia zgodziła się, bo błyskawicznie doszła do wniosku, że dzięki temu będzie
miała stały kontakt z kadrą wykładowców i nie będzie tylko jedną z obcych twarzy
studentów. Doszło jej co prawda sporo nowych obowiązków, ale jednocześnie był
to strzał w dziesiątkę. Wtedy na pierwszym roku z jakichś nie znanych nikomu
powodów, jednym z wykładanych przedmiotów była matematyka. Wg Lusi równie
dobrze mogliby wykładać astronomię, bo matematyka była jej równie obca.
Na maturze ledwie się przeczołgała właśnie z powodu matematyki.
Jak potem opowiadała Nowej, siedziała na wykładzie wpatrzona niczym w obrazek
w wykładowcę i myślała głównie o tym, jaki z niego przystojny facet.
A po którymś wykładzie podeszła do niego i oznajmiła, że bardzo jej przykro, ale
ona nic a nic z owej matematyki nie pojmuje i chyba z tego powodu zrezygnuje ze
studiów. I chyba panu wykładowcy żal się zrobiło, że straci tak przystojną słuchaczkę
wpatrzoną w niego niczym w święty obrazek, bo zaproponował jej spotkanie poza
uczelnią, na którym postara się jej nieco przybliżyć tajniki nauki zwanej matematyką.
Przez cały pierwszy rok wykładowca usiłował zlikwidować jej braki z tego przedmiotu.
Tłumaczył, dawał jakieś zadania do rozwiązania a na egzaminie spokojnie wpisał jej
do indeksu stopień dostateczny, bez dręczenia jakimiś pytaniami.
Gdy już Lusia zaliczyła tę nieszczęsną matematykę pan wykładowca dostrzegł w niej
kobietę i ich znajomość przeszła na inny grunt.
Spotykali się w wynajętej przez wykładowcę kawalerce i miesiąc w miesiąc Lusia
oczekiwała u siebie symptomów ciąży. Przy okazji odkryła, że istnieje coś takiego
jak orgazm, że seks z Dryblasem to była raczej jakaś pomyłka a ona myślała że
to tak ma być.
Matematyk był człowiekiem żonatym i dzieciatym, z gatunku tych mężczyzn, co to
nigdy nie przepuszczą okazji w postaci chętnej i ładnej kobiety. Ale o tym, że jest
żonaty i dzieciaty Lusia nie wiedziała. Dziwne, ale nigdy nie zainteresowała się
jego stanem cywilnym, a facet nigdy nie nosił obrączki. Zresztą chyba była wręcz
opętana pragnieniem zajścia w ciążę i zupełnie nie myślała logicznie.
Mniej więcej po niemal rocznym okresie tych seksualnych harców Lusia dostała
tajemniczych bóli brzucha. Internista skierował ją do szpitala, gdzie okazało się,
że owszem, Lusia jest w ciąży, ale pozamacicznej i wymaga natychmiastowej operacji.
Przed operacją lekarz ją poinformował,że straci jeden jajnik a poza tym, przy okazji,
usuną dwa małe mięśniaki. Lusia spędziła w szpitalu miesiąc, a przed wyjściem
dowiedziała się że ma zerowe szanse na ciążę.
Ale za dwa, trzy miesiące może podjąć życie płciowe.
Lusia była załamana, wpadła wręcz w depresję. Brała leki, często była na zwolnieniu
lekarskim, ale dalej studiowała. Raz spotkała się z matematykiem, któremu wyjaśniła
co się stało.
Był wstrząśnięty- tak powiedział, ale w kolejnym zdaniu dodał, że właściwie to
dobrze, bo on jest żonaty i ma dwójkę dzieci i "byłby kłopot".
Lusia bez słowa wstała od stolika i wyszła, nie kończąc zaczętej przed momentem kawy.
Dryblas nic nie wiedział o tej ciąży, na prośbę Lusi lekarz prowadzący ją w szpitalu
powiedział tylko o konieczności usunięcia mięśniaków i w konsekwencji braniu
leków hormonalnych. A rozpoznanie na epikryzie było napisane tylko po łacinie, jak
zawsze w tamtych czasach.
Nowa dowiedziała się o całej historii w wiele miesięcy pózniej od Lusi, która pewnego
dnia zupełnie niespodziewanie do niej przyjechała.
Prawdę mówiąc, to Nowa nie bardzo wiedziała co ma powiedzieć, gdy Luśka skończyła
swą opowieść.
Siedziały milcząc, Nowa z dzieckiem na kolanach, Lusia obok bawiąc się bezmyślnie
grzechotką małej.
Wreszcie Lusia zadała raczej retoryczne pytanie: no co ja mam dalej robić?
Nowa odpowiedziała całkiem szczerze, że nie ma pojęcia co Lusia ma teraz robić i że
ona nie widzi właściwie żadnego dobrego rozwiązania, bo każde może się okazać dla
Lusi wielce bolesne.
Ale jedno jest pewne- Lusia powinna skończyć studia, bo już niewiele ma do końca.
A jak już je skończy to wtedy będzie czas na podjęcie następnych decyzji.
c.d.n.
Dziecię było na sztucznym pokarmie, jadło mniej niż powinno, spało nie tak jak
napisali w książce 20 godzin na dobę a zaledwie kilka, resztę czasu poświęcając na
płacz.
Ale nie ma to jak koleżanki - doradziły by natychmiast zastosować inny pokarm
i zobaczyć co się będzie działo. No i zaczęło się dziać dobrze, dziecko było
najedzone, zadowolone i nie ryczało.
Siedzenie z dzieckiem w domu zamiast biegania o świcie do pracy też było
miłe, wreszcie był czas na wszystkie zaległe prace domowe i czytanie książek.
Co prawda życie towarzyskie nic na tym fakcie nie zyskało, bo pediatra który
zajmował się małą kazał ograniczyć wszelakie odwiedziny w domu jak i wyprawy
z niemowlakiem "w gości".
Zaraz na pierwszej wizycie domowej powiedział Nowej, że dziecko to nie jest
małpka do oglądania, więc wizyty ciotek, babć i koleżanek i znoszenie przez gości
do domu dziecka wszelakich zarazków jest zabronione.
Lusia też była tylko jeden raz, ale Nowa nie miała o to do niej żalu, rozumiała, że
Lusi może być przykro, że Nowa ma dziecko, a ona nadal nie.
Ale to nie z tego powodu Lusia nie bywała u Nowej.
Primo - studia jednak pochłaniały sporo czasu, poza tym Lusia została wybrana
starościną roku.
To były bardzo dziwne "wybory", bo właściwie była jedyną chętną na to miejsce.
Wszyscy odetchnęli z ulgą gdy Lusia zgodziła się podjęcia tych obowiązków.
A Lusia zgodziła się, bo błyskawicznie doszła do wniosku, że dzięki temu będzie
miała stały kontakt z kadrą wykładowców i nie będzie tylko jedną z obcych twarzy
studentów. Doszło jej co prawda sporo nowych obowiązków, ale jednocześnie był
to strzał w dziesiątkę. Wtedy na pierwszym roku z jakichś nie znanych nikomu
powodów, jednym z wykładanych przedmiotów była matematyka. Wg Lusi równie
dobrze mogliby wykładać astronomię, bo matematyka była jej równie obca.
Na maturze ledwie się przeczołgała właśnie z powodu matematyki.
Jak potem opowiadała Nowej, siedziała na wykładzie wpatrzona niczym w obrazek
w wykładowcę i myślała głównie o tym, jaki z niego przystojny facet.
A po którymś wykładzie podeszła do niego i oznajmiła, że bardzo jej przykro, ale
ona nic a nic z owej matematyki nie pojmuje i chyba z tego powodu zrezygnuje ze
studiów. I chyba panu wykładowcy żal się zrobiło, że straci tak przystojną słuchaczkę
wpatrzoną w niego niczym w święty obrazek, bo zaproponował jej spotkanie poza
uczelnią, na którym postara się jej nieco przybliżyć tajniki nauki zwanej matematyką.
Przez cały pierwszy rok wykładowca usiłował zlikwidować jej braki z tego przedmiotu.
Tłumaczył, dawał jakieś zadania do rozwiązania a na egzaminie spokojnie wpisał jej
do indeksu stopień dostateczny, bez dręczenia jakimiś pytaniami.
Gdy już Lusia zaliczyła tę nieszczęsną matematykę pan wykładowca dostrzegł w niej
kobietę i ich znajomość przeszła na inny grunt.
Spotykali się w wynajętej przez wykładowcę kawalerce i miesiąc w miesiąc Lusia
oczekiwała u siebie symptomów ciąży. Przy okazji odkryła, że istnieje coś takiego
jak orgazm, że seks z Dryblasem to była raczej jakaś pomyłka a ona myślała że
to tak ma być.
Matematyk był człowiekiem żonatym i dzieciatym, z gatunku tych mężczyzn, co to
nigdy nie przepuszczą okazji w postaci chętnej i ładnej kobiety. Ale o tym, że jest
żonaty i dzieciaty Lusia nie wiedziała. Dziwne, ale nigdy nie zainteresowała się
jego stanem cywilnym, a facet nigdy nie nosił obrączki. Zresztą chyba była wręcz
opętana pragnieniem zajścia w ciążę i zupełnie nie myślała logicznie.
Mniej więcej po niemal rocznym okresie tych seksualnych harców Lusia dostała
tajemniczych bóli brzucha. Internista skierował ją do szpitala, gdzie okazało się,
że owszem, Lusia jest w ciąży, ale pozamacicznej i wymaga natychmiastowej operacji.
Przed operacją lekarz ją poinformował,że straci jeden jajnik a poza tym, przy okazji,
usuną dwa małe mięśniaki. Lusia spędziła w szpitalu miesiąc, a przed wyjściem
dowiedziała się że ma zerowe szanse na ciążę.
Ale za dwa, trzy miesiące może podjąć życie płciowe.
Lusia była załamana, wpadła wręcz w depresję. Brała leki, często była na zwolnieniu
lekarskim, ale dalej studiowała. Raz spotkała się z matematykiem, któremu wyjaśniła
co się stało.
Był wstrząśnięty- tak powiedział, ale w kolejnym zdaniu dodał, że właściwie to
dobrze, bo on jest żonaty i ma dwójkę dzieci i "byłby kłopot".
Lusia bez słowa wstała od stolika i wyszła, nie kończąc zaczętej przed momentem kawy.
Dryblas nic nie wiedział o tej ciąży, na prośbę Lusi lekarz prowadzący ją w szpitalu
powiedział tylko o konieczności usunięcia mięśniaków i w konsekwencji braniu
leków hormonalnych. A rozpoznanie na epikryzie było napisane tylko po łacinie, jak
zawsze w tamtych czasach.
Nowa dowiedziała się o całej historii w wiele miesięcy pózniej od Lusi, która pewnego
dnia zupełnie niespodziewanie do niej przyjechała.
Prawdę mówiąc, to Nowa nie bardzo wiedziała co ma powiedzieć, gdy Luśka skończyła
swą opowieść.
Siedziały milcząc, Nowa z dzieckiem na kolanach, Lusia obok bawiąc się bezmyślnie
grzechotką małej.
Wreszcie Lusia zadała raczej retoryczne pytanie: no co ja mam dalej robić?
Nowa odpowiedziała całkiem szczerze, że nie ma pojęcia co Lusia ma teraz robić i że
ona nie widzi właściwie żadnego dobrego rozwiązania, bo każde może się okazać dla
Lusi wielce bolesne.
Ale jedno jest pewne- Lusia powinna skończyć studia, bo już niewiele ma do końca.
A jak już je skończy to wtedy będzie czas na podjęcie następnych decyzji.
c.d.n.
piątek, 7 września 2018
Przyjaciółki - VII
Nowa już rok wcześniej zabrała się za studia. Nie było jej wcale łatwo bo
w tym czasie pracowała dość daleko od miejsca zamieszkania -wychodziła
z domu rano około 6,30, wracała około 23,00. Nie było kiedy się uczyć a
nauki było sporo. Chodziła wiecznie zaspana, skołowana i zła. Do tego
lekarz uświadomił jej, że jeśli kiedykolwiek ma zamiar mieć dziecko, to
jest to już najwyższy czas, bo dobiegała trzydziestki.
Tyle tylko, że Nowa wcale nie była pewna, czy chce dziecka, jej mąż również
nie miał w tej materii określonego zdania. Było im całkiem dobrze we dwoje,
nie brakowało im ani płaczu ani śmiechu dziecka w domu. A do tego studia
Nowej pochłaniały dużo czasu i energii.
Z Lusią się prawie nie widywały, czasem "wisiały" godzinę lub dłużej na
telefonie i opowiadały sobie wzajemnie co u każdej z nich się dzieje.
Lusia dziwiła się trochę, że Nowa i jej mąż jakoś nie tęsknią za dzieckiem.
Ona miała dziecko w swych planach życiowych, ale jak dotąd nic z tego
nie wynikło, więc Nowa poradziła Lusi, by może odwiedziła lekarza.
Bo może jednak cos jest "nie tak", skoro dziecka nie ma, a ona nie robi
nic, żeby go nie było.
Lusia poszła do lekarza, porobiła sporo badań wydawało się, że z nią jest
wszystko w porządku, a więc - należało przebadać Dryblasa. Ale jak mu to
powiedzieć?
Nowa się wściekła- no jak to jak- a powiedzieć zwyczajnie, że on się musi
pierwszy przebadać, żeby wykluczyc jego niezdolność rozrodczą, bo wtedy
będzie wiadomo jakie badania lekarz ma zlecić Lusi.
Niestety nie obeszło się bez awantury, Lusia usłyszała, że on już z całą pewnością
ma kupę dzieciaków, bo przecież przed ślubem świętym nie był. Ale tym razem
Lusia była twarda i powiedziała, że dopóki nie będą znane jego wyniki lekarz nie
skieruje jej na szczegółowe i skomplikowane badania.
Wyniki Dryblasa były marnieńkie, szanse na zapłodnienie niewielkie, więc lekarz
już nawet nie kierował Lusi na jakieś bardziej skomplikowane badania.
Na Lusine pytanie co w takim razie ma zrobić, odpowiedział, że ma dwa
rozwiązania- pierwsze to adopcja dziecka, drugie - począć go z kimś innym.
To były czasy, gdy jeszcze nikt nie słyszał o dzieciach z próbówki, a według
statystyk ponad 5% ojców wychowywało dzieci, które nie miały ich genów.
Lusia, całkiem przytomnie, nie powiedziała Dryblasowi, że raczej nie mają
szans na wspólne dziecko. Musiała to wszystko spokojnie "przetrawić" i
skłamała, że jego wyniki może nie są olśniewające, ale nie wykluczają ciąży.
Ale Dryblasowi zaświeciła się jednak w głowie czerwona lampka- jak to
nie olśniewające? Zażyczył sobie obejrzeć wynik badania, więc rada nie rada
Lusia dała mu ten wynik. I chyba Dryblas z kimś go konsultował, bo po kilku
dniach powiedział, że on nigdy nie zgodzi się na adoptowanie cudzego dziecka.
Najwyżej nie będą mieli dziecka, ale cudzego pod swój dach nie przyjmie.
Dyskusja w tym momencie została zakończona. Lusia zaczęła studiować i plany
"co dalej" odeszły na jakiś czas w siną dal.
A Nowa na razie musiała swój organizm przestawić na inne tory, bo w końcu
wraz z mężem doszli do wniosku, że jedno dziecko im nie zaszkodzi, dadzą radę
je wychować. Jak sprawnie obliczyli to skoro przestawianie musi potrwać co
najmniej pół roku, to oni te pół roku wydłużą do roku (tak na wszelki wypadek),
a gdy Nowa zajdzie w ciążę to po prostu przerwie studia. Bo planowali, że jeśli
się dziecko urodzi, to Nowa weżmie trzy lata bezpłatnego urlopu wychowawczego,
ponieważ nie mają żadnej babci, która zajęłaby się dzieckiem.
Nowa podeszła do zagadnienia "naukowo"- wpierw zakupiła stos książek o ciąży
i porodzie, potem świetną amerykańską książkę z dziedziny pediatrii, potem
gdzieś zdobyła kilka pozycji na temat hodowli dzieci.
Czas mijał jak zwykle bardzo szybko, rok przestawiania organizmu przeleciał i
w kilka miesięcy pózniej Nowa na wizycie kontrolnej dowiedziała się, że zostanie
matką. Oczywiście pierwszą osobą, której to powiedziała był jej mąż a zaraz potem
zatelefonowała do Luśki. Luśka wyraziła wielki entuzjazm i stwierdziła, że ona
to chyba postara się o dziecko z kimś innym, zwłaszcza, że zaczęła romansować
z pewnym wykładowcą- żonatym, dzieciatym i chętnym, ale ona oczywiście nie
powie mu nic jeśli się uda i zajdzie w ciążę.
Nową zatkało - może i Dryblas nie był zbyt bystry, Nowa za nim nie przepadała,
ale w jej mniemaniu to Lusia nie powinna tego robić, bo jeśli Dryblas z kimś swe
wyniki konsultował, to doskonale wie, że musiałby zaistnieć cud, żeby doszło do
do zapłodnienia. Oczywiście przy najbliższej okazji powiedziała Lusi co o tym
myśli i po raz pierwszy się najzwyczajniej w świecie pokłóciły.
Nowa jej przypomniała, że Dryblas nadmiarem kultury nie grzeszy i nie zawaha
się zakwestionować swego ojcostwa, poza tym mógłby zażądać przeprowadzenia
badań genetycznych gdy się już dziecko urodzi i wtedy Lusia będzie winna
rozpadowi małżeństwa.
W miesiąc potem się dziewczyny przeprosiły, Nowa przemyślała całą sprawę i
doszła do wniosku, że przeciez Lusia ma prawo pokierować swym zyciem tak jak
chce i Nowej nic do tego.
W tym roku obie obchodziły 33 urodziny, a że daty ich urodzin różniły się tylko
o dwa miesiące, zrobiły wspólne urodziny.
Było miło, a nawet nieco rodzinnie, znały się już 15 lat i wiele je łączyło.
Z uwagi na Nową nie było nawet kropli alkoholu, czego jakoś Dryblas nie mógł
przeboleć i zapewne z tego powodu po dwóch godzinach nakazał odwrót do
domu.
Nowa w drugiej połowie ciąży przerwała studia, ciąża, praca i studia to było stanowczo
zbyt wiele dobrego na raz.
Pewnej lipcowej nocy, po okropnie upalnym dniu Nowa urodziła dziewczynkę.
Matką chrzestną Małej została oczywiście Lusia, ojcem- przyjaciel Nowej i jej męża.
Stanowili piękną parę, on ciemnowłosy, ona blondynka, oboje wysocy, przystojni.
Nowa zadbała by dziecko miało urodziwych rodziców chrzestnych.
c.d.n.
w tym czasie pracowała dość daleko od miejsca zamieszkania -wychodziła
z domu rano około 6,30, wracała około 23,00. Nie było kiedy się uczyć a
nauki było sporo. Chodziła wiecznie zaspana, skołowana i zła. Do tego
lekarz uświadomił jej, że jeśli kiedykolwiek ma zamiar mieć dziecko, to
jest to już najwyższy czas, bo dobiegała trzydziestki.
Tyle tylko, że Nowa wcale nie była pewna, czy chce dziecka, jej mąż również
nie miał w tej materii określonego zdania. Było im całkiem dobrze we dwoje,
nie brakowało im ani płaczu ani śmiechu dziecka w domu. A do tego studia
Nowej pochłaniały dużo czasu i energii.
Z Lusią się prawie nie widywały, czasem "wisiały" godzinę lub dłużej na
telefonie i opowiadały sobie wzajemnie co u każdej z nich się dzieje.
Lusia dziwiła się trochę, że Nowa i jej mąż jakoś nie tęsknią za dzieckiem.
Ona miała dziecko w swych planach życiowych, ale jak dotąd nic z tego
nie wynikło, więc Nowa poradziła Lusi, by może odwiedziła lekarza.
Bo może jednak cos jest "nie tak", skoro dziecka nie ma, a ona nie robi
nic, żeby go nie było.
Lusia poszła do lekarza, porobiła sporo badań wydawało się, że z nią jest
wszystko w porządku, a więc - należało przebadać Dryblasa. Ale jak mu to
powiedzieć?
Nowa się wściekła- no jak to jak- a powiedzieć zwyczajnie, że on się musi
pierwszy przebadać, żeby wykluczyc jego niezdolność rozrodczą, bo wtedy
będzie wiadomo jakie badania lekarz ma zlecić Lusi.
Niestety nie obeszło się bez awantury, Lusia usłyszała, że on już z całą pewnością
ma kupę dzieciaków, bo przecież przed ślubem świętym nie był. Ale tym razem
Lusia była twarda i powiedziała, że dopóki nie będą znane jego wyniki lekarz nie
skieruje jej na szczegółowe i skomplikowane badania.
Wyniki Dryblasa były marnieńkie, szanse na zapłodnienie niewielkie, więc lekarz
już nawet nie kierował Lusi na jakieś bardziej skomplikowane badania.
Na Lusine pytanie co w takim razie ma zrobić, odpowiedział, że ma dwa
rozwiązania- pierwsze to adopcja dziecka, drugie - począć go z kimś innym.
To były czasy, gdy jeszcze nikt nie słyszał o dzieciach z próbówki, a według
statystyk ponad 5% ojców wychowywało dzieci, które nie miały ich genów.
Lusia, całkiem przytomnie, nie powiedziała Dryblasowi, że raczej nie mają
szans na wspólne dziecko. Musiała to wszystko spokojnie "przetrawić" i
skłamała, że jego wyniki może nie są olśniewające, ale nie wykluczają ciąży.
Ale Dryblasowi zaświeciła się jednak w głowie czerwona lampka- jak to
nie olśniewające? Zażyczył sobie obejrzeć wynik badania, więc rada nie rada
Lusia dała mu ten wynik. I chyba Dryblas z kimś go konsultował, bo po kilku
dniach powiedział, że on nigdy nie zgodzi się na adoptowanie cudzego dziecka.
Najwyżej nie będą mieli dziecka, ale cudzego pod swój dach nie przyjmie.
Dyskusja w tym momencie została zakończona. Lusia zaczęła studiować i plany
"co dalej" odeszły na jakiś czas w siną dal.
A Nowa na razie musiała swój organizm przestawić na inne tory, bo w końcu
wraz z mężem doszli do wniosku, że jedno dziecko im nie zaszkodzi, dadzą radę
je wychować. Jak sprawnie obliczyli to skoro przestawianie musi potrwać co
najmniej pół roku, to oni te pół roku wydłużą do roku (tak na wszelki wypadek),
a gdy Nowa zajdzie w ciążę to po prostu przerwie studia. Bo planowali, że jeśli
się dziecko urodzi, to Nowa weżmie trzy lata bezpłatnego urlopu wychowawczego,
ponieważ nie mają żadnej babci, która zajęłaby się dzieckiem.
Nowa podeszła do zagadnienia "naukowo"- wpierw zakupiła stos książek o ciąży
i porodzie, potem świetną amerykańską książkę z dziedziny pediatrii, potem
gdzieś zdobyła kilka pozycji na temat hodowli dzieci.
Czas mijał jak zwykle bardzo szybko, rok przestawiania organizmu przeleciał i
w kilka miesięcy pózniej Nowa na wizycie kontrolnej dowiedziała się, że zostanie
matką. Oczywiście pierwszą osobą, której to powiedziała był jej mąż a zaraz potem
zatelefonowała do Luśki. Luśka wyraziła wielki entuzjazm i stwierdziła, że ona
to chyba postara się o dziecko z kimś innym, zwłaszcza, że zaczęła romansować
z pewnym wykładowcą- żonatym, dzieciatym i chętnym, ale ona oczywiście nie
powie mu nic jeśli się uda i zajdzie w ciążę.
Nową zatkało - może i Dryblas nie był zbyt bystry, Nowa za nim nie przepadała,
ale w jej mniemaniu to Lusia nie powinna tego robić, bo jeśli Dryblas z kimś swe
wyniki konsultował, to doskonale wie, że musiałby zaistnieć cud, żeby doszło do
do zapłodnienia. Oczywiście przy najbliższej okazji powiedziała Lusi co o tym
myśli i po raz pierwszy się najzwyczajniej w świecie pokłóciły.
Nowa jej przypomniała, że Dryblas nadmiarem kultury nie grzeszy i nie zawaha
się zakwestionować swego ojcostwa, poza tym mógłby zażądać przeprowadzenia
badań genetycznych gdy się już dziecko urodzi i wtedy Lusia będzie winna
rozpadowi małżeństwa.
W miesiąc potem się dziewczyny przeprosiły, Nowa przemyślała całą sprawę i
doszła do wniosku, że przeciez Lusia ma prawo pokierować swym zyciem tak jak
chce i Nowej nic do tego.
W tym roku obie obchodziły 33 urodziny, a że daty ich urodzin różniły się tylko
o dwa miesiące, zrobiły wspólne urodziny.
Było miło, a nawet nieco rodzinnie, znały się już 15 lat i wiele je łączyło.
Z uwagi na Nową nie było nawet kropli alkoholu, czego jakoś Dryblas nie mógł
przeboleć i zapewne z tego powodu po dwóch godzinach nakazał odwrót do
domu.
Nowa w drugiej połowie ciąży przerwała studia, ciąża, praca i studia to było stanowczo
zbyt wiele dobrego na raz.
Pewnej lipcowej nocy, po okropnie upalnym dniu Nowa urodziła dziewczynkę.
Matką chrzestną Małej została oczywiście Lusia, ojcem- przyjaciel Nowej i jej męża.
Stanowili piękną parę, on ciemnowłosy, ona blondynka, oboje wysocy, przystojni.
Nowa zadbała by dziecko miało urodziwych rodziców chrzestnych.
c.d.n.
środa, 5 września 2018
Przyjaciółki - VI
Był początek lat 70'. Nowa z mężem wreszcie zamieszkali we własnym mieszkaniu.
Wreszcie pensja Nowej nie szła na wynajęcie mieszkania, oboje mieli wiele radości
z meblowania, choć z perspektywy czasu można ocenić, że meblowanie w tamtych
czasach raczej przyprawiało o ból głowy niż o radość. Kanapę i dwa fotele do
dziennego pokoju kupili dzięki przyjaciołom, którzy się akurat też meblowali ( i to
w tym samym bloku), a którzy byli objęci kredytem dla młodych małżeństw.
"Młody mąż" stał niemal całą dobę w kolejce pod domem meblowym "Emilia" i
nawet ma pamiątkę w postaci zdjęcia w codziennej gazecie.
Co prawda kanapa była tylko kanapą, nie rozkładaną, ale i tak Nowa z mężem
cieszyli się z tego zakupu.
Pomału przybywało w domu sprzętów różnorakich i oboje czuli się wreszcie
szczęśliwi, choć wszystkie zakupy żywnościowe, nawet pieczywo, trzeba było
przywozić "z miasta", autobusem zatłoczonym do granic wytrzymałości pojazdu.
Do pracy i z pracy mąż nowej chodził na piechotę, pokonując dziennie 10 km.
Zabierało to tyle samo czasu co przejazd na tej trasie aż dwoma autobusami
w strasznym tłoku ale mimo wszystko było milsze.
Nowa jeżdżąc do pracy jechała wpierw autobusem 3 przystanki w przeciwnym
kierunku by móc dostać się do autobusu jadącego w stronę centrum i tam przesiąść
się w kolejny autobus.
A tak w linii prostej odległość do jej miejsca pracy to było tylko 8 km.
Lusia kolejny raz zmieniła pracę, jako że częsta zmiana miejsca pracy dawała
wtedy możliwość podwyższenia swoich zarobków.
Dryblas nadal tkwił na etacie kierownika działu gospodarczego, nadal też Lusia
redagowała mu różne służbowe notatki i pisma.
W czwórkę spotykali się bardzo rzadko, przeważnie wtedy, gdy możliwy był
całodzienny pobyt na łonie natury - panowie szli na tereny sportowe grać
w siatkówkę (potrafili tak grać sześć godzin bez przerwy) a Lusia z Nową
plotkowały na kocu koło basenu.
Pogawędki na ogół omijały temat drażliwy, czyli zachowanie Dryblasa wobec Lusi
i jej mamy.
Lusia któregoś dnia stwierdziła, że gdyby nie jej mama, to już dawno by się z domu
wyniosła, bo Dryblas potrafi być agresywny.
Kilka razy ją szarpnął, raz wypchnął z mieszkania na korytarz klatki schodowej i
często mówił przykre rzeczy, że on jest właścicielem tego mieszkania i one obie
nie mają tu nic do powiedzenia.
Słuchając tego Nowa wymyśliła, że jeżeli on jeszcze raz tak się zachowa, to Lusia
powinna mu uświadomić, że większość pieniędzy na to mieszkanie dostał od ojca
Lusi więc jeśli np. chce rozwodu to ona się na to zgodzi a sąd na podstawie
posiadanych przez nią dokumentów przeprowadzi podział majątku.
Nowa wiedziała, że to tylko blef bo zapiski ojca Lusi raczej nie miały wartości
dokumentu, ale nie takie rzeczy dobry adwokat potrafił załatwić, a ona znała takiego
bardzo dobrego adwokata. No a poza tym Dryblas do bystrzaków nie należał.
Ale nim Dryblas urządził w domu następną awanturę okazało się, że Mama Lusi jest
poważnie chora i musi poddać się leczeniu szpitalnemu.
Był to cios w żołądek Dryblasa,bo w domu gotowaniem zajmowała się nadal mama
Lusi, a Lusia co najwyżej nieco pomagała.
Lusia była tak zmartwiona, że żywiła się głównie kawą, herbatą i kanapkami poza
tym każdą wolną chwilę spędzała u matki w szpitalu.
Głodny Dryblas zapoznał się nawet z....książką kucharską, choć wiele zdań było
dla niego trudnych do zrozumienia, np. zwrot "gotować na wolnym ogniu" lub
"usunąć zbierające się szumowiny" oraz "poluzować kości i wytrybować".
Nawet nie bardzo miał się kogo dopytać, bo Lusia była albo w pracy albo u mamy
w szpitalu, a po powrocie zamykała się w pokoju mamy i płakała.
Luśka całkiem przytomnie wywiozła z domu wszystkie posiadane precjoza i co
ważniejsze dokumenty i zapiski swego ojca. Wiedziała, że mama gdzieś schowała
te swoje 500 $ na "czarną godzinę", ale ich nie znalazła.
Lusia z Nową na zmianę siedziały przy chorej w szpitalu, obie dobrze wiedziały,
że chora zbliża się do kresu życia i nic ani nikt już nie pomoże.
Pogrzeb uzewnętrznił tylko problemy rodzinne, Lusia miała kłopot z pochowaniem
matki w rodzinnym grobowcu, w którym był pochowany jej ojciec.
Rzecz wiadoma- jedyne w czym na ogół rodzina pomaga to w wydawaniu pieniędzy.
Bo pieniądze to chętnie przyjmie, ale w niczym nie pomoże.
Nowa tylko cieszyła się po cichutku, że właściwie jej rodzina jest rozrzucona po
całej Polsce a tu nie ma żadnej bliskiej rodziny ani jakiegoś rodzinnego grobu,
więc jeden kłopot z głowy.
W pracy Lusia dostała "propozycję nie do odparcia" -skierowanie na studia na UW,
na prawo administracyjne. Młody, ponoć wielce przystojny i sympatyczny kierownik
działu kadr wezwał któregoś dnia Lusię do siebie i oznajmił, że jeśli ma ona nadal
pracować na obecnym stanowisku to musi uzupełnić nieco wykształcenie.
Lusię to przeraziło, ale właściwie nie miała wyboru, musiała na te studia pójść.
Dryblas zareagował na tę wiadomość nerwowo - wpierw stwierdził, że takie studia
wieczorowe to nic nie dają, potem, że fajnie, bo może ona tam kogoś pozna i może
się z domu wyniesie.
Co prawda następnego dnia przeprosił Lusię, że tylko tak żartował, bo nie będzie
mu miło siedzieć wieczorami samotnie w domu, ale niestety te słowa niczego już
nie zmieniły.
c.d.n.
Wreszcie pensja Nowej nie szła na wynajęcie mieszkania, oboje mieli wiele radości
z meblowania, choć z perspektywy czasu można ocenić, że meblowanie w tamtych
czasach raczej przyprawiało o ból głowy niż o radość. Kanapę i dwa fotele do
dziennego pokoju kupili dzięki przyjaciołom, którzy się akurat też meblowali ( i to
w tym samym bloku), a którzy byli objęci kredytem dla młodych małżeństw.
"Młody mąż" stał niemal całą dobę w kolejce pod domem meblowym "Emilia" i
nawet ma pamiątkę w postaci zdjęcia w codziennej gazecie.
Co prawda kanapa była tylko kanapą, nie rozkładaną, ale i tak Nowa z mężem
cieszyli się z tego zakupu.
Pomału przybywało w domu sprzętów różnorakich i oboje czuli się wreszcie
szczęśliwi, choć wszystkie zakupy żywnościowe, nawet pieczywo, trzeba było
przywozić "z miasta", autobusem zatłoczonym do granic wytrzymałości pojazdu.
Do pracy i z pracy mąż nowej chodził na piechotę, pokonując dziennie 10 km.
Zabierało to tyle samo czasu co przejazd na tej trasie aż dwoma autobusami
w strasznym tłoku ale mimo wszystko było milsze.
Nowa jeżdżąc do pracy jechała wpierw autobusem 3 przystanki w przeciwnym
kierunku by móc dostać się do autobusu jadącego w stronę centrum i tam przesiąść
się w kolejny autobus.
A tak w linii prostej odległość do jej miejsca pracy to było tylko 8 km.
Lusia kolejny raz zmieniła pracę, jako że częsta zmiana miejsca pracy dawała
wtedy możliwość podwyższenia swoich zarobków.
Dryblas nadal tkwił na etacie kierownika działu gospodarczego, nadal też Lusia
redagowała mu różne służbowe notatki i pisma.
W czwórkę spotykali się bardzo rzadko, przeważnie wtedy, gdy możliwy był
całodzienny pobyt na łonie natury - panowie szli na tereny sportowe grać
w siatkówkę (potrafili tak grać sześć godzin bez przerwy) a Lusia z Nową
plotkowały na kocu koło basenu.
Pogawędki na ogół omijały temat drażliwy, czyli zachowanie Dryblasa wobec Lusi
i jej mamy.
Lusia któregoś dnia stwierdziła, że gdyby nie jej mama, to już dawno by się z domu
wyniosła, bo Dryblas potrafi być agresywny.
Kilka razy ją szarpnął, raz wypchnął z mieszkania na korytarz klatki schodowej i
często mówił przykre rzeczy, że on jest właścicielem tego mieszkania i one obie
nie mają tu nic do powiedzenia.
Słuchając tego Nowa wymyśliła, że jeżeli on jeszcze raz tak się zachowa, to Lusia
powinna mu uświadomić, że większość pieniędzy na to mieszkanie dostał od ojca
Lusi więc jeśli np. chce rozwodu to ona się na to zgodzi a sąd na podstawie
posiadanych przez nią dokumentów przeprowadzi podział majątku.
Nowa wiedziała, że to tylko blef bo zapiski ojca Lusi raczej nie miały wartości
dokumentu, ale nie takie rzeczy dobry adwokat potrafił załatwić, a ona znała takiego
bardzo dobrego adwokata. No a poza tym Dryblas do bystrzaków nie należał.
Ale nim Dryblas urządził w domu następną awanturę okazało się, że Mama Lusi jest
poważnie chora i musi poddać się leczeniu szpitalnemu.
Był to cios w żołądek Dryblasa,bo w domu gotowaniem zajmowała się nadal mama
Lusi, a Lusia co najwyżej nieco pomagała.
Lusia była tak zmartwiona, że żywiła się głównie kawą, herbatą i kanapkami poza
tym każdą wolną chwilę spędzała u matki w szpitalu.
Głodny Dryblas zapoznał się nawet z....książką kucharską, choć wiele zdań było
dla niego trudnych do zrozumienia, np. zwrot "gotować na wolnym ogniu" lub
"usunąć zbierające się szumowiny" oraz "poluzować kości i wytrybować".
Nawet nie bardzo miał się kogo dopytać, bo Lusia była albo w pracy albo u mamy
w szpitalu, a po powrocie zamykała się w pokoju mamy i płakała.
Luśka całkiem przytomnie wywiozła z domu wszystkie posiadane precjoza i co
ważniejsze dokumenty i zapiski swego ojca. Wiedziała, że mama gdzieś schowała
te swoje 500 $ na "czarną godzinę", ale ich nie znalazła.
Lusia z Nową na zmianę siedziały przy chorej w szpitalu, obie dobrze wiedziały,
że chora zbliża się do kresu życia i nic ani nikt już nie pomoże.
Pogrzeb uzewnętrznił tylko problemy rodzinne, Lusia miała kłopot z pochowaniem
matki w rodzinnym grobowcu, w którym był pochowany jej ojciec.
Rzecz wiadoma- jedyne w czym na ogół rodzina pomaga to w wydawaniu pieniędzy.
Bo pieniądze to chętnie przyjmie, ale w niczym nie pomoże.
Nowa tylko cieszyła się po cichutku, że właściwie jej rodzina jest rozrzucona po
całej Polsce a tu nie ma żadnej bliskiej rodziny ani jakiegoś rodzinnego grobu,
więc jeden kłopot z głowy.
W pracy Lusia dostała "propozycję nie do odparcia" -skierowanie na studia na UW,
na prawo administracyjne. Młody, ponoć wielce przystojny i sympatyczny kierownik
działu kadr wezwał któregoś dnia Lusię do siebie i oznajmił, że jeśli ma ona nadal
pracować na obecnym stanowisku to musi uzupełnić nieco wykształcenie.
Lusię to przeraziło, ale właściwie nie miała wyboru, musiała na te studia pójść.
Dryblas zareagował na tę wiadomość nerwowo - wpierw stwierdził, że takie studia
wieczorowe to nic nie dają, potem, że fajnie, bo może ona tam kogoś pozna i może
się z domu wyniesie.
Co prawda następnego dnia przeprosił Lusię, że tylko tak żartował, bo nie będzie
mu miło siedzieć wieczorami samotnie w domu, ale niestety te słowa niczego już
nie zmieniły.
c.d.n.
wtorek, 4 września 2018
Przyjaciółki- V
Mijały dni, miesiące, minął rok od śmierci ojca Lusi i jeszcze pół roku i...
wreszcie blok, w którym mieli zamieszkać Dryblas, Lusia i jej mama został
oddany do użytku. Trzy pokoje z kuchnią i łazienką zajmowały raptem
powierzchnię około 54 metrów kwadratowych.
Co gorsze, posiadane meble (zresztą piękne) za nic w świecie nie pomieściłyby się
w tym nowym mieszkaniu.
Największy z pokoi miał zaledwie 16 metrów kwadratowych, pozostałe dwa po
siedem i dziewięć metrów,resztę metrażu zajmowała kuchnia, przedpokój i łazienka
z WC. Było jeszcze coś, co z czasem miało urosnąć do rangi problemu, bowiem
wg dokumentów spółdzielni mieszkaniowej właścicielem tego mieszkania był tylko
i wyłącznie Dryblas, a Lusia i jej mama osobami tylko z nim zamieszkującymi, bez
jakichkolwiek do niego praw.
Nowa od jakiegoś czasu przyglądała się uważnie Dryblasowi, którego zachowanie
wobec Lusi po śmierci jej ojca uległo pewnej niemiłej zmianie. W towarzystwie
znajomych pozwalał sobie wobec niej na kąśliwe uwagi w rodzaju: nie nakładaj
sobie tyle na talerz bo ci tyłek urośnie i na krześle się nie zmieścisz, nazywał ją
często serdelkiem lub robił uwagi typu: więcej ci nie naleję, bo się spijesz .
Gdy w którąś niedzielę,jeszcze przed przeprowadzką, grali w czwórkę w badmintona
na zasadzie dziewczyny contra panowie i gdy Dryblas nagle wrzasnął "uważajcie
tłuścioszki, zaraz was nie będzie", Nowa przerwała grę, podeszła do niego
i warknęła: "bądz łaskaw zachować swe chamskie uwagi dla towarzystwa ze swojej
półki i jak jeszcze raz powiesz o którejś z nas, że jest tłusta lub gruba, to dostaniesz
ode mnie po twarzy". Dryblasa zatkało a potem powiedział- przecież ja żartuję.
Ale Nowa nie odpuściła i tak przy okazji wypomniała mu kilka jego niezbyt
miłych słów pod adresem Lusi, mówiąc, że takie odzywki nie mają charakteru
żartów i są najzwyczajniej w świecie obrazliwe.
W kilka dni pózniej Nowa z Lusią spotkały się na mieście. Nowa przeprosiła
Lusię, że tak ostro zareagowała. Ale Lusia nie miała o to do niej żalu - okazało
się, że Dryblas często pozwala sobie na naprawdę chamskie odzywki, czego nie
było dopóki żył ojciec Lusi.
Bała się Lusia tej przeprowadzki na nowe mieszkanie. Nagle odkryła, że to co
się podoba Dryblasowi to nie jej, że jemu jest wielce obojętne czy stół jest nakryty
obrusem czy ceratą a sztućce z powodzeniem mogą być takie jak w podrzędnym
barze mlecznym a kubki wcale nie muszą być ładne, porcelanowe, wystarczało by
miały uszko i nie więcej niż jedno wyszczerbienie.
Było jeszcze coś - szanowny małżonek czytał tylko i wyłącznie Express Wieczorny.
Czytanie książek zakończył wraz ukończeniem Technikum Ekonomicznego.
Widać lektury szkolne tak go znudziły, że nie zajrzał już potem do żadnej książki.
Nowa była zdruzgotana tym wszystkim co usłyszała.
Jeszcze przed ślubem Lusi Dryblas nie robił na niej pozytywnego wrażenia, bo tak
naprawdę nie było o czym z nim rozmawiać.
A Nowa miała ten feler, że lubiła różne dyskusje i na wiele tematów miała sporo do powiedzenia.Udział Dryblasa w dyskusji ograniczał się do słów "no tak", "no nie",
"hehe". A jeżeli nawet cokolwiek z siebie wydusił były to truizmy wypowiadane
przez przedstawicieli aktualnej władzy.
Zapytany o to co myśli o wydarzeniach marcowych na UW zacytował dokładnie
to co usłyszał w wiadomościach. Zero własnych przemyśleń, zero własnego zdania.
W ramach zwierzeń Lusia przyznała się, że początek jej znajomości z Dryblasem
wynikł z faktu, że ona napisała mu służbową notatkę (adresowaną do dyrektora),
dotyczącą pracy działu w którym Dryblas pełnił obowiązki kierownika działu
gospodarczego. Lusia wysłuchała jego kilku wynurzeń na temat pracy tego działu,
dodała kilka uwag od siebie i napisała całkiem obszerną notatkę.
I napisała ją na tyle dobrze i rzeczowo, że Dryblas z p.o. kierownika awansował na
kierownika owego działu gospodarczego.
Nowa słuchała tego i nie wierzyła własnym uszom- jak można się było zakochać
w kimś takim?
Lusiu, powiedz mi czy Ty naprawdę byłaś w nim zakochana?- zapytała. Lusia
chwilę milczała i powiedziała - nie wiem, ale byłam jedyną z pośród moich koleżanek,
która nie wyszła za mąż. Wszystkie już miałyście mężów, ty przecież też się wydałaś,
a ja nie mogłam nikogo znależć.
Luśka, ja to stanowczo za wcześnie wyszłam za mąż, zaledwie po ukończeniu 21 lat.
Mam szczęście, że trafiłam na naprawdę mądrego, inteligentnego chłopaka a też mi
jakoś nie łatwo w tym małżeństwie. Czasem się ze sobą nie zgadzamy ale się jednak
dogadujemy.
Lusia uśmiechnęła się - no właśnie, dogadujecie się bo się kochacie. A ja myślę, że
Dryblas poleciał na pieniądze mego taty. Myślał, że sobie beztrosko pożyje za mego
taty pieniądze. Niepotrzebnie mu moja mama dała za frajer te dolary na M4.
Powinna była wpierw mu je obiecać, że dostanie gdy mnie zapisze na członka
spółdzielni - to przecież jest to załatwienia dla współmałżonka, wpis to kwestia
kilkuset złotych.
Tak czy siak sama nie wiem co mam zrobić. Jestem praktycznie bez pieniędzy, bo
tata ostatnio, jeszcze przed tym nowotworem przeputał swoje oszczędności.
Wpierw bardzo dużo pieniędzy dał swej kuzynce, która miała kupić mieszkanie
w starym domu, który był przeznaczony do rozbiórki, a jego lokatorzy mieli dostać
(za pieniądze) mieszkania w którejś ze spółdzielni.
I ona miała tatę u siebie zameldować na stałe, żeby i on się załapał na spółdzielcze
mieszkanie.
Kuzynka to mieszkanie kupiła, ale go nie zameldowała, zreszta nie miało to żadnego
znaczenia, bo dom nie poszedł do rozbiórki i nikt z lokatorów nie dostał się do
żadnej spółdzielni mieszkaniowej.
A pieniędzy oczywiście nie oddała, twierdzi, że nie ma, ale może kiedyś zrobi jakiś
biznes i wtedy zarobi na zwrot pieniędzy.
Matka z kolei jak znalazła te dolary i tę odrobinę złota to bezmyślnie wcisnęła dolary
Dryblasowi do ręki, sobie zostawiła "na czarną godzinę" chyba 500, ja mam tę trochę
biżuterii, ale to i tak na nic nie starczy.
Sprzedamy te nasze meble, kilka sztuk to antyki, nie wiadomo kiedy to DESA sprzeda,
no a tam też trzeba jakoś się umeblować. Wyobraz sobie, że gdy wstawimy do
"sypialni" tapczan to właściwie wejdzie tam tylko jedna mała szafa ubraniowa i mały
regalik. Na nic więcej nie będzie miejsca.
Nowa uśmiechnęła się smutno - no a my nadal się tułamy po wynajętych pokojach.
Wpadnij Lusia jutro do nas, sama, to popatrzymy w pewną mądrą książkę.
Jest napisana przez francuskich projektantów wnętrz- podobno w Paryżu jest masa
starych mikroskopijnych mieszkań i z tego co napisali i narysowali wynika, że nawet
kawalerkę można świetnie urządzić dla małżeństwa z dzieckiem.
c.d.n.
wreszcie blok, w którym mieli zamieszkać Dryblas, Lusia i jej mama został
oddany do użytku. Trzy pokoje z kuchnią i łazienką zajmowały raptem
powierzchnię około 54 metrów kwadratowych.
Co gorsze, posiadane meble (zresztą piękne) za nic w świecie nie pomieściłyby się
w tym nowym mieszkaniu.
Największy z pokoi miał zaledwie 16 metrów kwadratowych, pozostałe dwa po
siedem i dziewięć metrów,resztę metrażu zajmowała kuchnia, przedpokój i łazienka
z WC. Było jeszcze coś, co z czasem miało urosnąć do rangi problemu, bowiem
wg dokumentów spółdzielni mieszkaniowej właścicielem tego mieszkania był tylko
i wyłącznie Dryblas, a Lusia i jej mama osobami tylko z nim zamieszkującymi, bez
jakichkolwiek do niego praw.
Nowa od jakiegoś czasu przyglądała się uważnie Dryblasowi, którego zachowanie
wobec Lusi po śmierci jej ojca uległo pewnej niemiłej zmianie. W towarzystwie
znajomych pozwalał sobie wobec niej na kąśliwe uwagi w rodzaju: nie nakładaj
sobie tyle na talerz bo ci tyłek urośnie i na krześle się nie zmieścisz, nazywał ją
często serdelkiem lub robił uwagi typu: więcej ci nie naleję, bo się spijesz .
Gdy w którąś niedzielę,jeszcze przed przeprowadzką, grali w czwórkę w badmintona
na zasadzie dziewczyny contra panowie i gdy Dryblas nagle wrzasnął "uważajcie
tłuścioszki, zaraz was nie będzie", Nowa przerwała grę, podeszła do niego
i warknęła: "bądz łaskaw zachować swe chamskie uwagi dla towarzystwa ze swojej
półki i jak jeszcze raz powiesz o którejś z nas, że jest tłusta lub gruba, to dostaniesz
ode mnie po twarzy". Dryblasa zatkało a potem powiedział- przecież ja żartuję.
Ale Nowa nie odpuściła i tak przy okazji wypomniała mu kilka jego niezbyt
miłych słów pod adresem Lusi, mówiąc, że takie odzywki nie mają charakteru
żartów i są najzwyczajniej w świecie obrazliwe.
W kilka dni pózniej Nowa z Lusią spotkały się na mieście. Nowa przeprosiła
Lusię, że tak ostro zareagowała. Ale Lusia nie miała o to do niej żalu - okazało
się, że Dryblas często pozwala sobie na naprawdę chamskie odzywki, czego nie
było dopóki żył ojciec Lusi.
Bała się Lusia tej przeprowadzki na nowe mieszkanie. Nagle odkryła, że to co
się podoba Dryblasowi to nie jej, że jemu jest wielce obojętne czy stół jest nakryty
obrusem czy ceratą a sztućce z powodzeniem mogą być takie jak w podrzędnym
barze mlecznym a kubki wcale nie muszą być ładne, porcelanowe, wystarczało by
miały uszko i nie więcej niż jedno wyszczerbienie.
Było jeszcze coś - szanowny małżonek czytał tylko i wyłącznie Express Wieczorny.
Czytanie książek zakończył wraz ukończeniem Technikum Ekonomicznego.
Widać lektury szkolne tak go znudziły, że nie zajrzał już potem do żadnej książki.
Nowa była zdruzgotana tym wszystkim co usłyszała.
Jeszcze przed ślubem Lusi Dryblas nie robił na niej pozytywnego wrażenia, bo tak
naprawdę nie było o czym z nim rozmawiać.
A Nowa miała ten feler, że lubiła różne dyskusje i na wiele tematów miała sporo do powiedzenia.Udział Dryblasa w dyskusji ograniczał się do słów "no tak", "no nie",
"hehe". A jeżeli nawet cokolwiek z siebie wydusił były to truizmy wypowiadane
przez przedstawicieli aktualnej władzy.
Zapytany o to co myśli o wydarzeniach marcowych na UW zacytował dokładnie
to co usłyszał w wiadomościach. Zero własnych przemyśleń, zero własnego zdania.
W ramach zwierzeń Lusia przyznała się, że początek jej znajomości z Dryblasem
wynikł z faktu, że ona napisała mu służbową notatkę (adresowaną do dyrektora),
dotyczącą pracy działu w którym Dryblas pełnił obowiązki kierownika działu
gospodarczego. Lusia wysłuchała jego kilku wynurzeń na temat pracy tego działu,
dodała kilka uwag od siebie i napisała całkiem obszerną notatkę.
I napisała ją na tyle dobrze i rzeczowo, że Dryblas z p.o. kierownika awansował na
kierownika owego działu gospodarczego.
Nowa słuchała tego i nie wierzyła własnym uszom- jak można się było zakochać
w kimś takim?
Lusiu, powiedz mi czy Ty naprawdę byłaś w nim zakochana?- zapytała. Lusia
chwilę milczała i powiedziała - nie wiem, ale byłam jedyną z pośród moich koleżanek,
która nie wyszła za mąż. Wszystkie już miałyście mężów, ty przecież też się wydałaś,
a ja nie mogłam nikogo znależć.
Luśka, ja to stanowczo za wcześnie wyszłam za mąż, zaledwie po ukończeniu 21 lat.
Mam szczęście, że trafiłam na naprawdę mądrego, inteligentnego chłopaka a też mi
jakoś nie łatwo w tym małżeństwie. Czasem się ze sobą nie zgadzamy ale się jednak
dogadujemy.
Lusia uśmiechnęła się - no właśnie, dogadujecie się bo się kochacie. A ja myślę, że
Dryblas poleciał na pieniądze mego taty. Myślał, że sobie beztrosko pożyje za mego
taty pieniądze. Niepotrzebnie mu moja mama dała za frajer te dolary na M4.
Powinna była wpierw mu je obiecać, że dostanie gdy mnie zapisze na członka
spółdzielni - to przecież jest to załatwienia dla współmałżonka, wpis to kwestia
kilkuset złotych.
Tak czy siak sama nie wiem co mam zrobić. Jestem praktycznie bez pieniędzy, bo
tata ostatnio, jeszcze przed tym nowotworem przeputał swoje oszczędności.
Wpierw bardzo dużo pieniędzy dał swej kuzynce, która miała kupić mieszkanie
w starym domu, który był przeznaczony do rozbiórki, a jego lokatorzy mieli dostać
(za pieniądze) mieszkania w którejś ze spółdzielni.
I ona miała tatę u siebie zameldować na stałe, żeby i on się załapał na spółdzielcze
mieszkanie.
Kuzynka to mieszkanie kupiła, ale go nie zameldowała, zreszta nie miało to żadnego
znaczenia, bo dom nie poszedł do rozbiórki i nikt z lokatorów nie dostał się do
żadnej spółdzielni mieszkaniowej.
A pieniędzy oczywiście nie oddała, twierdzi, że nie ma, ale może kiedyś zrobi jakiś
biznes i wtedy zarobi na zwrot pieniędzy.
Matka z kolei jak znalazła te dolary i tę odrobinę złota to bezmyślnie wcisnęła dolary
Dryblasowi do ręki, sobie zostawiła "na czarną godzinę" chyba 500, ja mam tę trochę
biżuterii, ale to i tak na nic nie starczy.
Sprzedamy te nasze meble, kilka sztuk to antyki, nie wiadomo kiedy to DESA sprzeda,
no a tam też trzeba jakoś się umeblować. Wyobraz sobie, że gdy wstawimy do
"sypialni" tapczan to właściwie wejdzie tam tylko jedna mała szafa ubraniowa i mały
regalik. Na nic więcej nie będzie miejsca.
Nowa uśmiechnęła się smutno - no a my nadal się tułamy po wynajętych pokojach.
Wpadnij Lusia jutro do nas, sama, to popatrzymy w pewną mądrą książkę.
Jest napisana przez francuskich projektantów wnętrz- podobno w Paryżu jest masa
starych mikroskopijnych mieszkań i z tego co napisali i narysowali wynika, że nawet
kawalerkę można świetnie urządzić dla małżeństwa z dzieckiem.
c.d.n.
Subskrybuj:
Posty (Atom)