niedziela, 22 grudnia 2019

IV -Zupelnie zwyczajne życie

Po wyjściu ze szpitala Maria szybko ruszyła w stronę przystanku tramwajowego. Była nieco
wytrącona z  równowagi- z jednej strony było jej  żal Jacka, z drugiej była na niego wściekła,
że nie zadbał o siebie i dopuścił by nastąpił tak ostry nawrót jego choroby. A tłumaczenie, że
to jest świetny sposób na uniknięcie  2 lat w wojsku  wcale nie trafiało jej do przekonania.
Teraz sobie przypomniała, że kiedyś, na jego nadgarstku widziała coś jakby ślad po oparzeniu
i gdy zapytała Jacka co mu się przydarzyło, ten stwierdził, że to drobiazg i potem przez wiele
dni chodził z przyklejonym plastrem. Teraz dotarło do niej, że Jacek dobrze wiedział co to
jest i starał się ukryć przed nią swą chorobę.
Nim nadjechał tramwaj dołączył do niej Rafał, którego aż do holu szpitalnego odprowadzał
kulejący Jacek.
Rafał, ja chyba jednak trochę się przejdę, bo wciąż mnie prześladuje woń siarki, chyba tym
piekielnym zapachem przesiąkło moje ubranie - przynajmniej jeden przystanek. Ten jest
długi i jakiś taki  przewiewny, bo tu prawie wcale nie ma  domów po obu stronach. I Maria
żwawym krokiem ruszyła do przodu. Rafał natychmiast do niej dołączył.
Szli cały czas  milcząc. W ten sposób pokonali trzy długie przystanki.
Gdy czekali na tramwaj Rafał przerwał to milczenie pytaniem, czy mogliby wpaść gdzieś na
kawę i trochę porozmawiać lub wspólnie pomilczeć.
Maria rzuciła hasło "Niezabudka" a  twarz Rafała rozjaśniła się uśmiechem - tak, tak to
bardzo miłe miejsce, choć są tylko stołki barowe i samoobsługa. No i są rurki z kremem -
dodała Maria. I to chyba najlepsze w całym mieście. Przez pół podstawówki i całe liceum
tam się pasłam rurkami. Byłyśmy z koleżanką stałymi klientkami.
Do "Niezabudki" dojechali kolejnym tramwajem. Jak zwykle w  barku była kolejka. Maria
zarządziła by Rafał "upolował" mini stolik z barowymi stołkami, a kawę i rurki to ona już
sama załatwi. Polowanie na stolik nie było skomplikowane bo niemal wszyscy kupowali
rurki na wynos. Maria zamówiła 6 rurek i "dwa szatany", czyli mocne kawy. Rafał zajął
stolik niemal na zapleczu i oczekując na Marię przyglądał się zafascynowany jak wygląda
produkcja owych rurek. Potem dłuższą chwilę przyglądali się temu procesowi obydwoje.
Z początku tematem był Jacek i jego choroba a Rafał zapytał się Marii wprost czy  ona i
Jacek są parą w sensie intymnym, czy tylko parą przyjaciół. Bo ze słów Jacka to trudno
się zorientować co jest grane. Maria zaśmiała się - lubię go, spotykamy się ale na pewno
nie jesteśmy parą w sensie intymnym. Intymność wymaga nieco innych warunków niż
sala kina, stolik w ciemnym kącie kawiarni lub jakiś pokój w obcym mieszkaniu, w którym
jest organizowana prywatka, albo wypad na łono natury i krzakoterapia lub opalanie się
nocą przy księżycu. Mnie takie warunki nie odpowiadają. A całowanie się i przytulanie to
chyba też nie jest związek intymny. Ja już byłam w  związku intymnym, nadal przeżywam
dość smętny koniec tegoż związku, który się zaczął gdy miałam niecałe 17 lat.
Skończył się dość gwałtownie, gdy odkryłam, że facet mnie zdradza. A wydawać by się
mogło, że skoro byłam od niego ponad 20 lat młodsza to mu się szybko nie znudzę.
Ciekawa jestem co on teraz opowiada naszym wspólnym znajomym, którzy byli pewni,
że gdy on tylko otrzyma rozwód to weźmiemy ślub. I ciekawa jestem co mówi o tym
swej rodzinie, w której byłam uważana za jego przyszłą żonę.
Ponad pół roku zastanawiam się nad tym, ale właściwie to już nie jest ważne. Nie spotykam
się również z naszymi wspólnymi znajomymi, wręcz unikam  miejsc, w których mogłabym
ich spotkać.
Zastanawiam się tylko nad tym, czy wszyscy mężczyźni zdradzają swoje kobiety, czy są
tacy, którzy tego nie robią. Nam , kobietom, wszyscy wmawiają, że seks jest tylko wtedy
dobry, gdy partnerów łączy miłość, że gdy kogoś nie kochasz to seks nie da radości i
rozkoszy. Na pewno potrzebna jest pewna doza  fascynacji partnerem ale nie koniecznie
miłość. Bo miłość przychodzi jednak z czasem, na początku jest tylko fascynacja. Ale
fascynację często łatwo pomylić z miłością gdy doświadczenie mężczyzny sprawi że
seks przyniesie kobiecie  satysfakcję. Doda sobie  w myśli rzeczywistość do słyszanego
od dzieciństwa mitu, że tylko wtedy seks daje satysfakcję gdy się kogoś kocha i uważa,
że w takim razie to co ją łączy z tym facetem to jest miłość. Tak jest u kobiet a mężczyźni
znacznie częściej i silniej ulegają  fascynacji  ale i znacznie szybciej im ta  fascynacja mija.
I są bardzo zdolni - przez życie wielu z nich kroczy dwutorowo - miłość do żony nie
przeszkadza im  w seksie z  inną kobieta, która ich chwilowo zafascynowała. Co prawda za
kilka dni o tej fascynacji zapominają i nadal żona jest tą, którą kochają, z która są nadal,
z którą płodzą dzieci. I tak to trwa niemal przez całe życie.
Cywilizacja wymaga od ludzi wierności w związkach, ale tak naprawdę to wymaganie to
dotyczy od zarania tylko kobiet, mężczyznom zawsze wybaczano skakanie z kwiatka na
na kwiatek. Może dlatego, że kobieta ma na  swym wyposażeniu pokój dziecinny miesiąc
w miesiąc gotowy na przyjęcie nowego lokatora.
A ja myślę, że kwestia wierności powinna obowiązywać oboje i powinna być omówiona
zawsze jeszcze przed ślubem. Bo może owa  wierność wcale nie jest wartością wymaganą
przez każdego? A może i małżeństwo nie jest wartością samą w sobie? Mam w rodzinie
parę żyjącą bez ślubu już 20 lat. I, jak to mówią, świata poza sobą wzajemnie nie widzą.
Z początku to on miał problemy z rozwodem, ale gdy już ten rozwód otrzymał, to ona
stwierdziła, że wcale a wcale nie muszą brać ślubu. Mają dwa mieszkania, dzieci nie chcą
mieć i nie mają, mieszkają raz w jednym raz w drugim  mieszkaniu.
A dla ciebie, Marysiu, ta wierność chyba jednak jest ważna - bardziej stwierdził niż
zapytał Rafał.
Maria spojrzała na niego uważnie - tak, dla mnie to ważne, ale są osoby, dla których to
wcale nie jest ważne. Ale dla mnie równie ważna jest wierność w sensie innym, bardziej
psychicznym - to wspieranie się wzajemne w różnych przedsięwzięciach, to rodzaj jedności
poglądów.
Przez długą chwilę patrzyli sobie w oczy. Do Marii dopiero teraz dotarło, że Rafał ma
bardzo niebieskie oczy, co w połączeniu z ciemnymi, gęstymi, nieco falującymi włosami
tworzyło całkiem ciekawy obraz. Całkiem przystojny facet, przemknęło jej przez głowę.
I dał mi się wygadać, cierpliwy jakiś.
A dla  ciebie  jaki rodzaj wierności jest ważny?- zapytała.
Rafał nie przestawał wpatrywać się jej w oczy.
Każdy. I ten w sensie  fizycznym i psychicznym. Czy wiesz, że twoje oczy zmieniają kolor?
Raz są zielone a raz szare. Gdy cię  zobaczyłem po raz pierwszy zanotowałem w pamięci, że
masz szare oczy, a teraz widzę, że masz zielone.
Rafał, one są zakwalifikowane w dowodzie osobistym  jako "szaro-zielone". Dobrze, że oba
są szaro-zielone a nie każde w innym kolorze. Kiedyś  rozmawiałam z kimś, kto miał jedno
oko zielone a drugie brązowe. Aż mi było głupio, bo mimowolnie wciąż wgapiałam się w tę
anomalię kolorystyczną. Nie ja jedna zresztą, inni mieli tę samą dolegliwość. Ale chyba ten
człowiek już był uodporniony na to ludzkie wgapianie się w jego oczy.
Brunetka o oczach zmieniających kolor - szepnął Rafał nadal się w nią wpatrując.
Maria uśmiechnęła się - farbowana brunetka, ta czerń to farba. Tak naprawdę to mam włosy
w dość nieciekawym kolorze, czyli jestem wg norm fryzjerskich - ciemną blondynką.
Na farbowanie włosów namówiła mnie własna ciotka, która uważała naturalny kolor mych
włosów za nijaki. I chyba  miała rację.
Rafał wyciągnął rękę i dotknął jej włosów, co rozbawiło Marię niezmiernie.
Uważaj, bo mi farbę zdejmiesz z włosów - powiedziała śmiejąc się. Człowieku, ta farba
wnika do środka włosa, nie jest na wierzchu!
I wiesz , zapewne wiele z tych blondynek, które kolekcjonowałeś jak mówił mi Jacek, wcale
w naturze nie było blondynkami. Takie czasy nastały, że każdy kolor włosów jest w pełni
możliwy do otrzymania.
Maryś, pozbawiasz mnie bezlitośnie złudzeń!
Maria uśmiechnęła  się i zaproponowała by znaleźć gdzieś wygodniejsze miejsce do siedzenia
bo już ma dość tego barowego stołka.
Postanowili, że jeszcze chwilę pospacerują i w ramach tego spaceru doszli do następnego
miejsca, w którym mogli  znów się napić kawy.
Rafał następnego dnia miał kolokwium, ale jakoś wcale nie miał ochoty iść do  domu i jeszcze
raz przejrzeć materiał, z którego miało ono być. Jak dotąd nigdy mu się nie zdarzyło by któreś
kolokwium zlekceważył - był pilnym studentem, wszystkie kolokwia zaliczał bez problemu,
podobnie jak egzaminy, w pierwszym terminie.
Poza tym był starostą  roku, ale o tym wszystkim to Maria dowiedziała się dużo później.
Na razie  oboje czuli potrzebę posiedzenia razem i porozmawiania o wielu jeszcze  sprawach.
                                                                         c.d.n      

sobota, 21 grudnia 2019

III - zupełnie zwyczajne życie

Polowanie Jacka na Marię zakończyło się sukcesem. Maria wyszła z biura, rozejrzała się
dookoła- nigdzie nie widziała Jacka. I poco to tyle gadać- pomyślała przechodząc na drugą
stronę ulicy. W minutę później dołączył do niej Jacek mówiąc - ale  ty fajnie chodzisz! Nie
mogę pojąć jak można chodzić na tak wysokich i tak cieniutkich obcasach! Ja pewnie bym
się zabił na czymś takim! A ty na tym czymś pędzisz i nóg sobie  nie wykręcasz! Dziwne!
A nie zauważyłeś, że inne dziewczyny też chodzą na takich wysokich obcasach? - zapytała.
Nie, nie zauważyłem, bo jesteś pierwszą dziewczyną na którą zwróciłem uwagę i teraz
już innych nie dostrzegam.
No to idziemy do tej Alhambry?- zapytał. Dobrze, ale potem pójdziemy w jakieś milsze
miejsce, albo - chodźmy od razu do Gongu. Wolę  tam posiedzieć, choć kawa tam nie jest
nadzwyczajna, bo się jednak specjalizują w kilku rodzajach herbaty. Zresztą Gong jest
bliżej, jakby się kto pytał. No i jeszcze coś - ja płacę sama za siebie.
Jacek zaprotestował- no ale to ja  ciebie zaprosiłem.... no to co, przerwała mu Maria,
zaprosiłeś to przecież idę z tobą, ale to nie znaczy, że masz mi fundować kawę czy coś
innego. Ale jeśli ci się to nie podoba, to możemy wcale nie iść na tę kawę.
Dobrze, chodźmy i płać sama za siebie - jesteś strasznie uparta.
W Gongu było jeszcze kilka wolnych stolików i Maria wybrała mały, dwuosobowy przy
wielkim oknie. Lubiła tak siedzieć oddzielona od ulicy tylko szybą, czego mocno nie
lubił Jerzy. Maria oprócz kawy zamówiła dla siebie kawałek tortu czekoladowego, bo
tego dnia w stołówce była wątróbka, a ona już od samego zapachu dostawała mdłości,
więc  swój kupon obiadowy oddała jednemu z  kolegów, który bez trudu pochłonął
dwie porcje zupy i dwie porcje wątróbki.
Jacek zamówił do kawy jakieś  bardzo kruche ciastko, z którym niemal cały czas walczył
by nie wyskoczyło z  talerzyka.
Maria zaczęła przepytywać Jacka  by, jak to określiła, lepiej wiedzieć z kim siedzi przy
jednym stoliku i pije  tę paskudną kawę. Okazało się, że Jacek był na pierwszym roku
prawa, ale mu te studia straszliwie przeszkadzały w życiu, bo bardziej był zainteresowany
szermierką, którą trenował już kilka lat, niż studiami więc po prostu przestał chodzić na
zajęcia. No ale rodzice stwierdzili, że skoro nie studiuje to powinien pracować, więc
zgłosił się  do biura pośrednictwa pracy i "załapał" na etat magazyniera w tym biurze.
 No i na tym poprzestaniesz? dopytywała się Maria. Jacek uśmiechnął się - no chyba nie,
bo stanowczo za mało płacą. Dużo zależy od tego jak mi w tym roku wyjdą turnieje, a
jest ich kilka.
A tak naprawdę  jedyne studia, które mógłbym pogodzić z szermierką to AWF.
I dlatego wszystko zależy od tegorocznych turniejów. Tyle tylko, że nie bardzo się widzę
jako pan od  WF, poza tym nie lubię bachorów, tzn. dzieci. Jak mi dobrze pójdą turnieje
to będę miał zagwozdkę co dalej. Na razie jestem magazynierem. Poza tym grozi mi coś
takiego jak wojsko i mogą mnie na 2 lata zgarnąć, więc pewnie jednak przynajmniej na
trochę zakotwiczę  się na AWFie.
A ty?- zagadnął Jacek. Wybierasz się na studia?
Maria uśmiechnęła się krzywo-  sama jeszcze nie wiem, bo nie pozwolono mi iść na
kierunek, który sobie wymarzyłam. A poza tym trochę mi się pokomplikowało życie, do
niedawna byłam z kimś, teraz już nie jestem i podejrzewam, że już nie będę. I tylko
dlatego siedzę tu z  tobą na kawie. Właściwie to wszystko jedno jakie studia zrobię, bo
liczy się tylko papierek że się jest jakimś tam  magistrem, a potem okazuje się, że
zwykły robotnik fizyczny z którąś tam grupą zarabia więcej niż magister ekonomii w tym
zakładzie, w którym  obaj pracują. Przecież to wszystko jest chore i to ciężko.
Maria wyjęła portfel, odliczyła pewną kwotę i położyła ją na stoliku- to za moje plus
napiwek. Chodźmy już stąd , popatrz, jest niemal  czarno od dymu, prawie wszyscy palą.
Jacek zawołał przechodzącą kelnerkę, dołożył swoją część należności i wyszli.
A co sobie teraz  życzysz księżniczko? zapytał ze śmiechem. Mamy niedaleko kino,
może podejdźmy tam, zobaczymy co grają i może poszlibyśmy do kina?
Jacek, czy ty naprawdę wierzysz, że o tej porze, jeśli grają coś dobrego to czekają na nas
bilety? Zresztą nie mam ochoty  na kino. Za to przeszłabym się do domu na piechotę.
Zaczadziałam z lekka w tej kawiarni. Chodź pójdziemy kawałek Kruczą, potem Hożą,
Alejami Ujazdowskimi. A potem zaprowadzę cię na super rurki z kremem i stamtąd
pojadę tramwajem do domu.
Czy ty wiesz, ile to kilometrów  jest do przejścia?- zapytał Jacek.
Tylko  sześć i pół, do mojego domu, wiem, bo był czas, że z koleżanką codziennie
chodziłyśmy na piechotę tą  trasą. Chodź wejdziemy na moment do sklepu z jedwabiami,
muszę tam coś zobaczyć i zmienię  sobie  buty, przecież nie będę  taki kawał szła w tych
szpilkach, założę mokasynki.
To ty masz buty  na zmianę? -zdziwił się Jacek.
A ty myślałeś, że pognam na tych szpilkach?To nie są buty do maszerowania, tylko do
dreptania na krótkich dystansach. Maria ze swej dość sporej torby wyciągnęła w sklepie,
zamszowe, lekkie mokasyny i szybko zmieniła buty.
Jacek przypatrywał się temu lekko zdumiony. Po chwili już raźno maszerowali trasą
zaproponowaną przez Marię. A Maria pomyślała, że na spotkania z Jackiem będzie
zakładała "półszpilki", bo "wzrostowo" tak jakoś lepiej wtedy wyglądają.
Oczywiście nie powiedziała Jackowi, że wybrana przez nią trasa nie była przypadkowa,
że miała nadzieję, że może po drodze spotka Jerzego. Ale nie spotkała. Niechby ją
zobaczył z Jackiem bądź co bądź przystojnym młodym facetem. Ale nie  zobaczył.
Wieczorem wypłakała się w poduszkę - Jerzy był jej pierwszym mężczyzną, tęskniła
za nim i za wszystkim co  razem robili, za tym co jej mówił, za wieczorkami tanecznymi
w kawiarni "Olimp", na które chodzili na ogół dwa razy w tygodniu, tęskniła nawet za
jego dotykiem. Na szczęście wracało też wspomnienie zdjęcia blondyny w objęciach
Jerzego i to wszystko co było potem.
Przez kilka miesięcy spotykała się z Jackiem w dni, w które nie miał treningów. Biedak
nie wiedział, że był cały czas na cenzurowanym. Czasem spotykali się również z jego
kolegami i koleżankami.  Wszyscy byli jeszcze bardzo młodzi , Maria właściwie dopiero
teraz miała towarzystwo w swoim wieku. Dotychczas w gronie znajomych  Jerzego była
najmłodszą osobą w całym towarzystwie, panowie  prawili jej komplementy, panie
traktowały tak jakby miała minimum 30 lat i jakby była już żoną Jerzego. Zresztą tak
samo traktował ją brat Jerzego, bratowa oraz matka Jerzego. Dla tej mocno starszej pani
była "kochaną dziecinką", którą należało zawsze przytulić i ucałować.
Była przyzwyczajona  do dyskusji na tematy poważne, u boku Jerzego poznała  wiele
znanych osób ze  świata  teatru, bywali na premierach i wielu występach zagranicznych
artystów odwiedzających wtedy Polskę.
Z Jackiem i jego znajomymi była raz na koncercie "Niebiesko-Czarnych" - wył zespół
i wyli widzowie. Wśród rozentuzjazmowanych widzów oboje z Jackiem tworzyli jakąś
mini wysepkę dezaprobaty  dla tego, co się działo na scenie i widowni. Opuścili halę
w połowie występu zespołu.
Jesienią Jacek wylądował w szpitalu - w czasie jednego z treningów odniósł kontuzję  a na
dodatek  dostał tajemniczej wysypki.
Maria  tylko raz była u niego i ze szpitala wracała z jego kiedyś  najlepszym przyjacielem.
Teraz ich drogi mocno się rozeszły, bo Jacek dalej był szermierzem a Rafał zarzucił szermierkę,pracował i jednocześnie studiował na WSI. Całą drogę w tramwaju, który wlókł
się niczym ślimak- rozmawiali- nagle okazało się, że im tematów do rozmowy nie brakuje,
zgadzają się niemal we wszystkim, na wiele spraw mają takie same poglądy. Rafał był
zachwycony, że może z dziewczyną porozmawiać i na temat polityki gospodarczej i na
temat literatury. Rafał odprowadził ją do domu, bo szedł jeszcze na wykłady a dom Marii
był po drodze. Powiedział, że gdy będzie  się jeszcze wybierał do Jacka do szpitala to do
niej zatelefonuje i pojadą razem to sobie po drodze znów porozmawiają.
Maria była niemal oczarowana Rafałem - chłopak w typie urody Mastroianniego a do tego
ma w porządku pod sufitem, inteligentny i można z nim naprawdę  dobrze podyskutować.
I rzeczywiście tydzień później Rafał zatelefonował do niej do pracy, że jedzie do Jacka do
szpitala w niedzielę, że tajemnicza wysypka to  nie wysypka a łuszczyca, którą Jacek miał
"od zawsze", a która nie ujawniała się gdy Jacek przestrzegał diety, która wykluczała
wszelkie ostre przyprawy oraz wszelkiej maści alkohol. A Jacek po ostatnim turnieju
zaszalał i robił wszystko by łuszczyca się ujawniła, bo październiku miał stanąć na
komisji wojskowej. Miał nadzieję, że jak go zobaczą tak zsypanego wypryskami to zapewne
nie wezmą do wojska.
Widok Jacka był tym razem porażający - nie dość, że kontuzjowana kończyna była czymś
usztywniona  to Jacek miał głowę pozbawioną włosów , za to wysmarowaną dość  grubo
jakąś brązową  maścią, która pokrywała także część czoła, jedną  brew i przedramiona.
Przed nim był jeszcze  miesiąc pobytu w szpitalu, miał jakąś wybitnie  mdłą dietę i trzy razy
dziennie był smarowany różnymi maściami., z których jedna cuchnęła siarką.
Ale jedno już było pewne - z całą pewnością nie trafi do wojska. Maria była przerażona
jego wyglądem i nie bardzo rozumiała z czego on się tak cieszy - przecież łuszczyca jest
chorobą nieuleczalną i wymaga by przez całe życie  jej posiadacz dbał o  odpowiednią dietę
i w ogóle o swą skórę.
Wiedziała, że łuszczyca nie jest chorobą zakaźną ale jakoś instynktownie starała się stać jak
najdalej od Jacka. Bardzo już chciała wyjść, ale zmusiła się by pozostać do końca czasu
odwiedzin.
Siedziała milcząc a Jacek opowiadał o ostatnim turnieju, kto ze znajomych wygrał, kto przegrał
i stwierdził, że teraz będzie musiał mieć dość długą przerwę w treningach i nie wiadomo
czy on też nie będzie musiał rzucić szermierki.
Gdy rozległ się gong oznaczający koniec wizyt, Maria z ulgą pożegnała się i szybko wyszła
z sali.
                                                    c.d.n.





II - Zupełnie zwyczajne życie

Gdy weszła do pokoju, szef pogroził jej palcem - "a mówiłem, żeby pani nie biegała na
skróty, przecież jest zimno. Zaziębi się pani i pójdzie na zwolnienie i co ja sam tu zrobię?"
Marię na chwilę  zatkało, ale szybko odpowiedziała, że biegła, więc nie zmarzła a ta
sterta dokumentacji  była ciężka i chciała się jej jak najszybciej pozbyć. I że prędzej szef
się zaziębi wyglądając przez otwarte okno niż ona przebiegając te 70 metrów.
Szef wylewnie podziękował  za kupienie pasztetowej, wyciągnął ją z papieru i troskliwie
ułożył na talerzyku, pokroiwszy wpierw w grube plastry, które ułożył na połówkach
bułek o wdzięcznej nazwie " Małgosie". Potem zatarł ręce i rzucił w przestrzeń: to ja idę
sobie po herbatkę ale jeśli ma pani ochotę to i dla pani przyniosę. Maria podziękowała,
pokazując, że ma jeszcze w kubku kawę.
Siedziała przy biurku tępo wpatrując się w talerzyk z pasztetową i zastanawiając się jak
można takie paskudztwo jeść. Szef wrócił  szybko, nie musiał nawet schodzić do bufetu bo
już zaczęła urzędowanie "pani herbaciarka". Wprawdzie herbata u niej była droższa niż
w bufecie,  za to podobno znacznie smaczniejsza, ale Maria nie pijała herbaty, tylko kawę.
A na kawę to wolała chodzić do bufetu, bo zawsze można było tam z kimś porozmawiać.
Maria zajęła się pracą,  miała napisać kilka pism. Gdy zaczęła grzechotać maszyną do
pisania szef  z westchnieniem się podniósł i oznajmił, że za 15 minut ma naradę i długo go
pewnie nie będzie.
No i dobrze, pomyślała Maria, ale głośno powiedziała: wiem, dziś  jest narada z generalnymi
projektantami, zawsze to trwa  kilka godzin. Dobrze, że pan zdążył zjeść śniadanie.
Po wyjściu szefa odczekała 15 minut i zagłębiła się w lekturze książki, którą trzymała
w szufladzie biurka.
Lekturę przerwało  pukanie do drzwi. Zdziwiona  zawołała "proszę", bo jak świat światem
nikt tu nie miał zwyczaju pukać do drzwi.  W drzwiach stał uśmiechnięty magazynier,
pod pachą miał dwa pudełka. Maria patrzyła na niego jak na jakąś  zjawę. Ale młodzian
podszedł do jej biurka i delikatnie postawił na nim oba pudełka mówiąc, że przyniósł to
wszystko co ona  zamówiła w magazynie. No ale z tym dziurkaczem to kłopot, bo są
tylko takie małe i one z racji tego, że są małe i lekkie też nie przetną większej ilości
kartek. No ale może Maria  woli takie małe niż ten puc metalu który mu rano przyniosła.
Maria przyjrzała mu się uważnie i zapytała- a teraz to pan zawsze będzie nam przynosił
te materiały?
No nie zawsze i nie wszystkim, po prostu chciałem panią poderwać, odpowiedział ze
śmiechem. Poza tym mieszkamy w jednej dzielnicy, więc może będziemy razem wracać
po pracy i może po drodze wstąpimy gdzieś na kawę, ja zapraszam.
Po drodze nie ma dobrej i miłej kawiarni to raz, poza tym rzadko wracam do domu zaraz
po pracy - odpowiedziała Maria, grzebiąc w jednym z pudełek.
No to możemy pójść na tę kawę nie po drodze, skoro po drodze nie ma rzekomo dobrych
kawiarni - chłopak nie odpuszczał.
I mamy jeszcze jedną wspólną rzecz  - właściwie jesteśmy rówieśnikami, ja jestem równo
rok starszy. I mam prośbę, może moglibyśmy sobie w takim razie mówić  po imieniu?
Tu większość pracowników mówi sobie po imieniu, prawda?
Prawda. Tylko proszę byś nie używał żadnych zdrobnień mojego imienia. Nie lubię go,
dostałam je  po jednej z  babek.
No to się ciesz, że nie dali Ci na imię Petronela lub Kunegunda, bo brzmią one znacznie
gorzej niż każde zdrobnienie od Marii. Mam wrażenie, że niemal każdemu z nas w pewnym
okresie życia nie podoba się własne imię.
Słuchaj, jestem ci winien jeszcze 5 twardych ołówków, doniosę je jutro w drugiej części
dnia. Rano  powinna być dostawa.
Jacek ukradkiem zerknął na zegarek - wiesz, muszę już lecieć, bo wywiesiłem kartkę,że
wracam  o 10,15, więc mam 2 minuty na powrót do siebie.
To jesteś chyba jedynym człowiekiem w tym biurze, który traktuje poważnie to co sam
napisał. Tu każdy ma poślizg, przeważnie  piętnastominutowy. A dziś jest duża narada,
więc personel pomocniczy nie tyra, a projektanci też korzystają z tego - jak zajrzysz do
którejkolwiek pracowni to połowy nie ma bo siedzą na kawie w bufecie.
Mario, zapoluję na Ciebie przy wyjściu, może jednak pójdziemy dziś na tę kawę, mam
taką nadzieję -  Jacek konsekwentnie nie odpuszczał.
No to pomyślnych łowów, ale ja dziś nie wracam po pracy do domu, nie jadę w twoją
stronę - poinformowała go Maria.
No to i ja nie pojadę w stronę domu i może się wybierzemy razem do Alhambry? Tam
przynajmniej jest dobra kawa - powiedział Jacek już stojąc w drzwiach.
Kawa - tak, tam jest dobra, ale wnętrze paskudne- rzuciła mu Maria na pożegnanie.
Gdy wyszedł z pokoju, Maria  nim wróciła do przerwanej lektury, poświęciła kilka
minut na pomyślenie o  Jacku.
Miał bardzo ciemne włosy, ładną oprawę oczu , ciemnobrązowe oczy. Ładne dłonie,
był szczupły, a właściwie chudy i jak dla niej to mógłby być nieco wyższy. Podobał się
jej pod względem fizycznym. No i jakiś wytrwały w podrywaniu - pomyślała.
Przy okazji jej myśli popłynęły w stronę Jerzego - nie widzieli się już ponad pół roku.
I nie telefonowali do siebie. Maria jednak tęskniła za nim. Gdy ostatni raz się widzieli
Jerzy  wściekły był na nią i stwierdził, że żadna smarkula nie będzie mu mówić co ma
albo czego nie ma robić, a tym bardziej sprawdzać go czy mówi prawdę. I więcej do
niej  nie zadzwonił. Najbardziej zezłościło go to, że Maria nie chciała powiedzieć, skąd
wie o tym, że on ją okłamał pozostawiając na Sylwestra w domu, twierdząc, że on
musi wyjechać w delegację  w drugi dzień świąt. A o tym wszystkim powiedział w wigilię,
którą razem spędzali u jego brata. O tym jak wyglądała ta delegacja  poinformowała Marię
znajoma, która nie miała pojęcia o tym, że Maria i Jerzy znają się i od jakiegoś czasu są
parą. Znajoma pokazała jej po prostu swoje zdjęcia z Sylwestra, na którym była razem
z mężem w Budapeszcie. Na jednym ze zdjęć był Jerzy, a w jego objęciach stała mocno
wydekoltowana blondyna w mini sukience.
Maria należała do osób, które z reguły wszystko oglądają nie ujawniając swych emocji i
patrząc na to zdjęcie, wskazała na Jerzego i zapytała- a ci to kto, znajome małżeństwo?
To kolega mego męża ze swoją dziewczyną, wyjaśniła znajoma.
Maria, choć poczuła w sercu dziwne ukłucie, kiwnęła tylko głową i powiedziała- no to się
fajnie tam bawiliście. Jeszcze przez chwilę rozmawiała wypytując o to jak  długo tam byli
i jaki jest Budapeszt, potem  pożegnała się, cały czas się dziwiąc, że nie doznała ataku
serca. Gdy dojechała do domu w pierwszej chwili chciała zatelefonować do Jerzego, ale
potem postanowiła zaczekać na jego telefon. Jerzy zatelefonował w dniu, w którym miał
powrócić z owej delegacji.
Spotkali się "w swojej kawalerce", którą od kogoś Jerzy wynajmował. Zdenerwował się,
gdy Maria nie chciała dać się zaciągnąć do łóżka i w złości palnął - jak nie chcesz to
znajdę sobie inną, bardziej chętną.
Maria, łykając  łzy wyszeptała  - nie musisz szukać, już ją przecież masz. Świat jest mały,
Warszawa też nie za wielka, już cię z nią widziano. Jeśli już mnie nie kochasz, znudziłam
ci się, to powinieneś mi o tym powiedzieć, a potem dopiero spotykać się z inną....i wbrew
swej woli wybuchnęła płaczem i nim się Jerzy zorientował wybiegła z mieszkania.
Zapłakana pobiegła na postój taksówek. Taksówkarz spojrzał na nią uważnie, ale tylko
zapytał się dokąd ma jechać. Maria podała  adres domu swej przyjaciółki, mając nadzieję,
że ją zastanie w domu. Miała szczęście, Baśka była w domu.
Widząc, że Maria jest zapłakana zaciągnęła ją do swego pokoju, posadziła w fotelu a sama
poszła zaparzyć....rumianek w większej ilości. Część miała być do picia, część na okłady
do oczu. Gdy wróciła do pokoju, Maria już nie płakała. Baśka postawiła przed Marią
szklankę z  herbatą  i obok miseczkę z drugą częścią herbaty, obok której położyła waciki,
by Maria mogła zmyć rozmazany tusz.
Usiadła obok i bez słowa przytuliła Marię, wiedząc, że czasem lepiej nic nie mówić, niż 
zadać idiotyczne pytanie.
                                                              c.d.n.


poniedziałek, 16 grudnia 2019

Zupełnie zwyczajne życie

To nie był wcale a wcale  ładny dzień - wprawdzie świeciło słońce i to całkiem ostro, ale
zimny, porywisty wiatr jeszcze mocno chłodził i Maria czuła, że zbyt wcześnie zmieniła
zimowy płaszcz na wiosenny. I choć od przystanku tramwajowego było do biura blisko,
z ulgą myślała o tym, że za kilka minut  tam dotrze. 
Wchodząc do budynku pomyślała z niechęcią o tym, że to pierwszy piątek miesiąca i
będzie musiała pójść do magazynu materiałów biurowych by wziąć to wszystko, co było
niezbędne do prawidłowego funkcjonowania pracowni, której była "sekretarką", czyli
"osobą  do wszystkiego".
Na szczęście nie musiała jeszcze projektantom robić herbaty - w podziemiach biura był
bufet i zakładowa stołówka.
Dzień, jak zwykle rozpoczęła od wizyty w łazience by poprawić uczesanie, zrobić lekki
makijaż, potem w swojej kanciapie (tak nazywała pokój, który dzieliła z szefem pracowni)
przejrzała zawartość szafy z materiałami biurowymi. Szefa jeszcze nie było, w końcu była
dopiero godzina ósma- na tę godzinę to musiała być ona i projektanci, szef  przychodził
pomiędzy 8,30 a 9,00.
Zapisała na kartce to wszystko, co  musiała wziąć z magazynu , wzięła również zepsuty
dziurkacz, który z powodzeniem mógłby zastępować  hantle, gdyby ktoś chciał sobie
wyćwiczyć biceps. Był ciężki i niestety bardzo tępy - właściwie nie spełniał wymogów -
można nim było z trudem przedziurkować najwyżej 2 kartki.
Na biurku szefa położyła kartkę z napisem : JESTEM W MAGAZYNIE, TEL. 354,  do
swego biurka schowała torebkę, zamknęła szafkę na klucz, wrzuciła go do kieszeni  i
powędrowała do magazynu. Miała  nadzieję, że szybko upora się z tą sprawą, bo jeszcze
było dość wcześnie.
Bardzo nie lubiła wizyt w tym magazynie - po pierwsze był on w podziemiach biura, a tam
nie zawsze paliły się wszystkie światła- po prostu czasami znikały żarówki i były odcinki
całkiem  ciemne, poza tym  pani prowadząca ten  magazyn nie należała do sympatycznych.
Schodząc z trzeciego piętra Maria już wyobrażała sobie jałową dyskusję jaką będzie wiodła
z magazynierką na temat dziurkacza, który ledwie przecinał dwie kartki  papieru.
Tym razem w podziemnym korytarzu nie  brakowało żarówek. W drodze do magazynu
zajrzała do bufetu, ale porannej dostawy świeżych  bułek jeszcze nie było, lecz zamówiła i
zapłaciła za  śniadanie- kajzerkę z masłem i dżemem różanym. Wracając z magazynu miała
zamiar, podobnie jak wielu pracowników, napić się kawy i zjeść śniadanie. Koleżanki nieco
się z niej podśmiewały, że jest jedyną osobą w całym olbrzymim biurze  projektowym, która
je coś tak dziwnego jak dżem różany.
W magazynie czekała ją niespodzianka - zamiast niezbyt lubianej magazynierki przy biurku
siedział młody, całkiem przystojny facet.  Na widok Marii poderwał się z krzesła i uśmiechnął.
Całkiem miło wygląda - pomyślała Maria i zapytała: a pani Zofii dziś nie ma?
Nie ma i chyba już nie będzie - podobno odeszła  z pracy i teraz  ja tu trochę się porządzę.
Nazywam się....widzę, przerwała mu Maria, przecież ma  pan identyfikator bardzo dobrze
czytelny.
No tak - wyjątkowo duży druk jak na taką niewielką plakietkę- uśmiechnął się serdecznie.
A ja mam dla pana, panie Jacku prezent - w ub. miesiącu brałam z magazynu dziurkacz,
ale on nie dziurkuje, więc go zwracam i chcę dostać inny - może być mniej masywny, ale
koniecznie musi przecinać  więcej niż dwie kartki na raz.
Magazynier obejrzał ów cud techniki biurowej i odłożył na bok. A co mam dla pani
naszykować?
Maria podała mu kartkę - tu wszystko wypisałam. Umówmy się tak, że ja  panu ją zostawię,
pójdę do stołówki na śniadanie, wracając wstąpię a jeśli nie będzie jeszcze wszystko do
odbioru to pan do mnie  zatelefonuje gdy już wszystko będzie i ja po to przyjdę.
Na górze jest napisane  dla której to pracowni, a numer znajdzie pan w spisie telefonów.
Maria uśmiechnęła się, okręciła  na pięcie i wyszła.
W bufecie już siedziało sporo osób, w tym kilka jej koleżanek, więc odebrawszy swe
śniadanie przysiadła się do ich stolika.
Dziewczyny, jest nowy magazynier w artykułach biurowych- poinformowała.
Dorota spojrzała na nią zdziwiona- a  co, tego  młodego  Jacka już nie ma? Dwa tygodnie
temu brałam do pracowni kalkę i już pani Zosi nie było i był taki młody Jacek.
Maria roześmiała się - a ja myślałam, że wam opowiem nowinę  no i nie udało się.
Tak jak  obiecała, Maria  po śniadaniu zajrzała do magazynu, a pan Jacek ją poinformował,
że jeszcze nie wszystko zgromadził i że potem zatelefonuje.
Gdy wróciła do swego pokoju szefa jeszcze nie było. Usunęła kartkę, którą  zostawiła na
jego biurku i zaczęła porządkować dokumentację, którą miała tego dnia wysłać.
Sprawdziła czy są aby wszystkie  wymagane podpisy i pieczątki, czy  zawartość teczek
zgodna jest z wykazem  na piśmie przewodnim, przewiązała wszystko sznurkiem .
Postanowiła zaczekać z zaniesieniem  tego wszystkiego  do przyjścia szefa-  niech wie, że
się nie obijam - pomyślała.
Ten stos dokumentacji wcale nie jest lekki, chyba tym razem  zjadę windą - pomyślała.
W drzwiach wpadła na swego szefa - oooo, wystękał- skoro idzie pani do kancelarii  to
wracając proszę zajrzeć do bufetu i kupić mi ze 20 deko pasztetowej, zaraz dam pieniądze-
pogrzebał w kieszeni płaszcza i wcisnął Marii w rękę pieniądze. I niech pani nie idzie na
skróty ale podziemiem, na dworze jest bardzo zimno. Maria  kiwnęła głową- dobrze, kupię.
O Boże, jak ten facet może jeść tę pasztetówkę niemal codziennie - pomyślała. Mnie już
sam jej wygląd przyprawia o mdłości a i zapach ma dziwaczny. A wygląda jak mielony
papier toaletowy.
I choć miała nie iść do drugiego budynku na skróty wysiadła na parterze i przebiegła
te 70 metrów dzielące oba budynki.
W kancelarii wysyłkowej na widok stosu teczek dziewczyna o bardzo bladej twarzy tylko
jęknęła - ja już nie mam gdzie tego kłaść by to zapakować. Dobrze, że związane , to może
połóż to na podłodze, zaraz to wpiszę i dostaniesz numer wysyłki.
Po 10 minutach Maria wędrowała podziemiem do stołówki, po tę nieszczęsną pasztetową.
Przy okazji wzięła dla siebie kubek kawy.
Wracając do  swego pokoju myślała o tym, by zmienić pracę, ale to wcale nie było łatwe.
Teoretycznie władza zapewniała pracę wszystkim obywatelom, mężczyznom zwłaszcza.
Oni mieli obowiązek pracy do 45 roku życia, kobiet to nie  dotyczyło. Rok wcześniej
zrobiła maturę, ale na wymarzone studia plastyczne nie poszła - nie zgodzili się na to jej
rodzice. Ich argumentacji Maria nie mogła pojąć - wg nich artysta plastyk to nie był
zawód zapewniający komukolwiek utrzymanie i jak mawiała mama "mężczyźni plastycy
to alkoholicy a kobiety....zwyczajne dziwki." Popracuj z rok, pomyśl nad prawdziwymi,
pożytecznymi studiami, a może w międzyczasie wyjdziesz za mąż?
Maria miała kogoś "na kształt" narzeczonego, ale  właśnie pół roku wcześniej  zupełnie
przypadkiem odkryła, że ten ponoć szaleńczo w niej zakochany facet, który się właśnie
rozwodzi (rzekomo dla niej)  nie jest wcale jej wierny.  Zaczęła go bacznie obserwować
i wkrótce przyłapała go na kłamstwie.
Chciała z nim to wszystko wyjaśnić, ale on poczuł się dotknięty i przestali się widywać.
Oczywiście w domu nie pisnęła ani słowa i rodzice nadal myśleli, że się z nim spotyka.
A poznała go przez znajomych, gdy miała 17 lat. Dość długo rodzice nic nie wiedzieli
o jego istnieniu, aż do chwili gdy Maria dostała ataku wyrostka robaczkowego w czasie
randki i Jerzy odwiózł ją do szpitala gdzie natychmiast trafiła na stół operacyjny, a on
stamtąd powędrował do jej rodziców, przestawił się, opowiedział  pokrótce o sobie,
a na zakończenie powiedział, że bardzo Marię kocha, rozwodzi się i gdy tylko dostanie
ów dokument to chce się z Marią ożenić. To nic, że jest od niej starszy o te  drobne
22 lata, on Marię kocha, zapewni jej dostatnie życie i jeśli będzie  chciała po ukończeniu
liceum studiować, to on nie ma nic przeciwko temu. Niech studiuje, studia jeszcze
nikomu nie zaszkodziły, a on postara się namówić ją na studia ekonomiczne.
Po powrocie  ze szpitala Maria zaczęła bywać u jego rodziny, matki i brata, i była jego
oficjalną narzeczoną. Oczywiście wszyscy znajomi Jerzego też ją tak traktowali.
                                                ciąg dalszy nastąpi

P.S.
Jak zwykle mam prośbę - możesz nie komentować,
ale bądź miłym cztelnikiem i zostaw choć znaczek:  taki;(  ,  lub taki;),  bo lubię
wiedzieć kto mnie czyta;))))

czwartek, 13 czerwca 2019

Trzeba zabić tę miłość - IV

W chwilę po tym gdy wróciły do domu panowie rzeczywiście zakończyli swoją grę. I nawet
byli zadowoleni z wyniku.
Udo i Marie pożegnali się a Eric zaczął się rozkoszować faktem, że wreszcie są sami.Mieli
jeszcze  dla siebie  sporo czasu i postanowili to wykorzystać. Około piątej po południu, nieco
głodni i zmęczeni spenetrowali lodówkę, zjedli obiad i przede wszystkim- ubrali się. Około
17,30 przyjechał ojciec Erica, w jakiś czas potem jego matka.
Spędzili w czwórkę miły wieczór, ojciec Erica  narysował wspólny portret Sandry i Erica,
 a właściwie dwa portrety im  zrobił - jeden w ołówku, drugi pastelami. Sandra twierdziła,
że na portrecie jest  ładniejsza niż w rzeczywistości, ale Maxim zapewniał ją, że ona  tak
właśnie  wygląda gdy tkwi w objęciach Erica. Eric ogłosił rodzicom, że od dziś on i Udo
mają wreszcie wakacje, ostatni rok naprawdę był pracowity i ciężki i jeśli coś zagra to tylko
dla Sandry a i to nie  na skrzypcach a na fortepianie.A najbliższe przesłuchanie ma dopiero
w drugiej połowie  września. Obydwaj muszą odpocząć. I chciałby na następny dzień
pożyczyć od któregoś z rodziców samochód, bo musi  zawieźć Sandrę do Pillnitz, Miśni,
Moritzburga i do Szwajcarii Saksońskiej. Z tym, że do Szwajcarii Saksońskiej to trzeba
koniecznie z noclegiem bo po całym dniu chodzenia będą za bardzo zmęczeni by wracać.
Ojciec zaoferował swój samochód na  najbliższe dwa dni a co do Szwajcarii Saksońskiej
to padła propozycja by pojechać w czwórkę, od razu na dwa dni. Maxim ma tam kolegę,
który  da mu po prostu klucze do swojego letniego domu. Tę noc Maxim spędził
w pokoju gościnnym, wręczywszy wpierw synowi kluczyki i dokumenty samochodowe.
Rano Hannelore miała go odwieźć do pracy swoim samochodem.
Następny dzień  Eric i Sandra spędzili w Miśni i Moritzburgu. Obydwa miejsca bardzo
się Sandrze podobały. Kolejnego dnia zwiedzili  Pillnitz, a Eric tym razem przytomnie
wziął ze sobą aparat fotograficzny, więc porobili mnóstwo zdjęć.
Rodzice  Erica wzięli po 2 dni urlopu, Maxim wziął od kolegi odręcznie zrobioną mapkę
jak  do tego letniego domku trafić, wzięto też ze sobą  prowiant. Samochód prowadził
Maxim, obok siedziała Hannelore, młodzież z tyłu.
W pewnej chwili Maxim powiedział: spójrzcie  jaką  świetną rodzinę tworzymy! I tu
Eric nie wytrzymał - tato, przecież my żadnej rodziny nie tworzymy- wy jesteście
rozwiedzeni, a my nie jesteśmy nawet narzeczeństwem. To gdzie tu widzisz rodzinę?
Ja tu widzę tylko wariackie papiery a nie rodzinę. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale
Sandra położyła mu dłoń na ustach i szepnęła- przestań, proszę.
Dość długo błądzili nie mogąc znaleźć  domku, do którego mieli klucze. W końcu
postanowili poszukać noclegu w najbliższej miejscowości.
W pierwszym miejscu, w którym  wisiała w oknie tabliczka  z napisem "wolne pokoje"
wynajęli dwa pokoje. W sąsiednim domu była mała restauracja, więc zjedli  kolację.
Umówili się, że następnego dnia wstaną wcześniej i pojadą poszukać drogi na kamienny
most Bastei.
Całe dwa dni kręcili się po Szwajcarii Saksońskiej. Zwiedzili twierdzę Konigstein,
wędrowali Drogą Malarzy  i płynęli kajakami po Łabie.
Wszyscy byli zmęczeni, ale i zachwyceni krajobrazami. Były tu wielce malownicze
miejsca. Domku kolegi Maxima jednak nie odnaleźli.
Miesiąc to tylko 30 dni, które bardzo szybko mijały. Do świadomości Erica dotarło,
że wkrótce nastąpi rozstanie. Do tego dochodziła niepewność co do jego dalszej
kariery.Ukończenie konserwatorium to dopiero właściwie początek. Zdał sobie sprawę,
że jest człowiekiem bez zawodu, nieznanym  skrzypkiem.
Do tego zakochał się w dziewczynie  mieszkającej  daleko, której nie może zaoferować
nic więcej oprócz miłości, a sam jest nadal na utrzymaniu swych rodziców, więc jaki
z niego  kandydat na męża? Zrezygnowany całkiem  wysłał swe CV do kilku orkiestr.
Zwierzył się Sandrze ze swych obaw i właściwie z bezradności. Ona dobrze go
rozumiała- za 10 dni miała iść do swej pierwszej pracy, nawet jej nie szukała, to praca
przyszła do niej. I już postanowiła, że w czasie  pracy podejmie studia wieczorowe.
Więc może  Eric mógłby iść do jakiejś pracy n.p. nauczycielskiej i jednocześnie
studiować wieczorowo np. ekonomię? A może jednak dostanie jakieś stypendium
zagraniczne i będzie mógł dalej rozwijać swój talent? Dopiero miesiąc upłynął od
czasu gdy wysłał swe dokumenty w kilka miejsc, trzeba po prostu czekać.
Sani, ale co z nami, z naszą miłością?
Sandra zamyśliła się - Eric, my chyba nawet jeszcze sami nie wiemy czy to jest
miłość.Odkryliśmy oboje pierwszy raz jej fizyczny aspekt, który nas bardzo
zachwycił. Jest nam cudownie i myślę, że jeżeli to co nas teraz łączy jest miłością,
to rozstanie tego nie zniszczy. Będziemy do siebie pisać, czasem rozmawiać,może
nam się uda odwiedzać się z okazji świąt.
Gdy dostaniesz jakieś stypendium zagraniczne to ten fakt tylko tobie coś ułatwi, masz
wtedy większą szansę na solową karierę. Nasza miłość na tym nie skorzysta.
Jeżeli zostaniesz wielkim skrzypkiem  to prawie nigdy cię przy mnie nie będzie,
będziesz jeździł po całym świecie z jednego koncertu na drugi.Bo tak wygląda życie
wielkich i sławnych.
Myślałam o tym każdej nocy nim zasnęłam w twoich ramionach.Bądźmy po prostu
wdzięczni losowi za to, że mogliśmy  dać sobie wzajemnie chwile szczęścia.

                                                         E P I L O G
Było łzawo i bardzo smutno na dworcu w Dreźnie.Sandra jechała tym  razem slipingiem
a nie kuszetką. Z Warszawy pojechała jeszcze na  dwa dni do rodziców.
Na pytanie kiedy wyjdzie za mąż odpowiedziała,że pewnie  niedługo, bo ma narzeczonego.
To Niemiec. Ojca omal nie tknęła apopleksja- krzyczał, że na to nie pozwoli nigdy. A jeśli
nie daj  Bóg jest w ciąży to niech usuwa, natychmiast. Sandra zebrała swoje rzeczy i
wychodząc z domu powiedziała - całe szczęście, że nie musisz mi dawać pozwolenia.
Zapominasz, że jestem pełnoletnia,wczoraj skończyłam 23 lata.
Eric dostał jednak stypendium zagraniczne.W każdym liście prosił - poczekaj jeszcze na
mnie. Po roku korespondencja się urwała.
A jednak zabiliśmy tę miłość- pomyślała.Może szkoda, że nie wcześniej.
Gdy kolejny raz jej absztyfikant poprosił by za niego jednak wyszła- tym razem zgodziła
się. Powiedziała tylko, że nie zgadza się na kościelny ślub i że nie będzie na nim  jej
rodziców, bo oni już nie żyją.
Urodziła dwie córeczki, przeszła przez depresję poporodową.
Kiedyś  powiedziała, że  gdy  jest sama w domu to włącza nagranie  I koncertu
D-dur Paganiniego, zamyka oczy i widzi grającego na  skrzypcach Erica.

                                                         Koniec




Trzeba zabić tę miłość -III

Rzeczywiście mama Erica przyjechała około 18,30. Wyglądała bardzo młodo i Eric mógł
śmiało uchodzić za jej młodszego nieco brata a nie za syna.  Wypytała się Sandrę o podróż,
o to czy została przez Erica "nakarmiona" śniadaniem i obiadem i  powiedziała że ona zaraz
przyrządzi jakąś kolację,  więc byłoby miło gdyby poszli do ogrodu,  wyrwali nieco
rzodkiewek i zerwali kilka pomidorów  bo już na pewno są dojrzałe.
A jeśli nie ma  dojrzałych to niech przyniosą trzy duże zielone, to  zrobi smażone zielone
pomidory.  I niech założą rękawiczki ochronne, szkoda rąk przecież.
A po kolacji posiedzą sobie na tarasie (Sandra nie miała pojęcia, że tu jest taras) i wypiją
po kieliszku wina, albo po kuflu piwa, jeśli ktoś będzie wolał.
Ku radości Erica  były już dojrzałe pomidory, bo nie przepadał za tymi smażonymi. Przy
okazji dowiedziała się, że z tych zielonych  to mama Erica robi jakiś dżem.
Po kolacji mama Erica spojrzała się wymownie na zegarek zapytała się czy Eric będzie
 jeszcze grał, ale Eric wytłumaczył, że ćwiczył  gdy Sandra odsypiała podróż, a poza tym
to Sandra mu pomogła przebrnąć przez fragment, który mu ostatnio sprawiał kłopot.
A w jaki sposób ? - zaciekawiła się mama.
Po prostu kazała mi grać bez względu na wszystko, zapomnieć o tym co się nie udaje
i właśnie to poskutkowało.
Sandra  uśmiechnęła się skromniutko - bo gdy się człowiek zaczyna skupiać na tym co nie
wychodzi następuje jakaś blokada. Tak mnie uczono w studium.
O godz. 22,00  pani domu oświadczyła, że idzie spać, bo rano wcześnie wstaje, a oni jeśli
chcą mogą jeszcze posiedzieć na tarasie. Pozostali na nim jeszcze  chwilę, potem zebrali
naczynia, razem je pomyli i wynieśli się na piętro.
Eric miał "wyrzuty sumienia", że Sandra jest nieco obolała i tak gorąco ją przepraszał, że
zasnęli dopiero około drugiej w nocy.
W chwilę po tym gdy zdążyli  rano zjeść śniadanie dotarł Udo wraz z Marie.
Panowie zamknęli się w pokoju muzycznym a Marie i Sandra zaczęły "plotkować".
Marie była bardzo zmartwiona, bo nie miała najmniejszych szans na etat flecistki
w drezdeńskiej filharmonii. W tej  chwili  mocno żałowała, że ukończyła konserwatorium.
Jak mówiła, powinna była cały czas chodzić do normalnych szkół a nie do muzycznej
podstawówki i muzycznego liceum. Bo ogólny poziom tych szkół pozostawia wiele do
życzenia. Może uda się jej dostać etat nauczycielki muzyki, ale tak naprawdę to jest na
pozycji  przegranej. A do tego jest kobietą a w tym kraju nadal kobiety są  istotami
 przeznaczonymi  głównie do prowadzenia domu, rodzenia i wychowywania dzieci.
I państwowa propaganda niczego tu nie zmieni. Co innego się mówi, a rzeczywistość do
tego nijak nie przystaje.
Chodź, zwiedzisz to wspaniałe osiedle. Na serwetce napisała "jesteśmy na spacerze",
serwetkę zawiesiła na klamce drzwi pokoju muzycznego, w przedpokoju wzięła jeden
komplet kluczy i wyszły, zamykając drzwi od domu i furtkę na klucz.
Osiedle było spore, miało sklep z gatunku "szwarc, mydło i powidło", przychodnię
lekarską, klub osiedlowy i małą kawiarenkę z kilkoma stolikami stojącymi  w ogródku
okolonym żywopłotem. Weszły do środka, zamówiły  po małej kawie  i kawałku
sernika i wyszły do ogródka.
A teraz patrz uważnie na sąsiedni stolik - szepnęła  Marie. To jest coś co mnie dobija.
Jak pomyślę, że taka  miałaby być moja przyszłość to  mam ochotę się zabić.
Przy sąsiednim stoliku siedziały cztery niemłode kobiety. Każda z nich robiła zawzięcie
na drutach. Przed każdą z nich stał wysoki, chyba fajansowy kubek, na środku stolika
 stał talerz z jakimś ciastem. Sandra patrzyła i zupełnie nie rozumiała o co chodzi.
Marie jej wytłumaczyła- tego ciasta nie ma tu w tej  kafejce, któraś z nich przyniosła
je z domu. Spójrz teraz - jedna z kobiet sięgnęła do stojącego  obok nogi stolika koszyka
i wyciągnęła z niego termos, z którego nalała do kubków kawę. Patrz dobrze - wg nich
my też powinnyśmy być takim wzorowymi żonami, czyli pracowite i nie marnować
 czasu na puste gadki, a do kawiarni przynosić własnej roboty ciasto i na cztery zamówić
tylko po małej kawie, bo resztę przyniosą wszak z domu. A do kawiarni przychodzi się
po to by goście przypadkiem nie zadeptali świeżo umytej i wylizanej podłogi. Bo taka
bardzo wylizana podłoga to dyplom z czystości i dbałości o dom.
Sandra była nieco zdruzgotana, ale pocieszyła Marie, że zapewne wszędzie na prowincji
są nieco inne obyczaje niż w bardzo dużym mieście. Ona sama przekonała się o tym
gdy wyjechała z rodzinnej miejscowości do stolicy, gdzie wszystko było zupełnie inne.
Sandra, a co sądzisz o Hannelore?
W porządku, przecież  to ona mnie tu oficjalnie zaprosiła. Miła, ale chyba dość
apodyktyczna.
Dobre spostrzeżenie- dla niej Eric to przepustka do innego świata, możliwość wyrwania
się stąd. Oczywiście  warunkiem jest to, by zrobił światową karierę. Od biedy może być
RFN, niby tylko za miedzą a inny świat. Na razie za jej światłą radą Eric złożył kilka
aplikacji na stypendia podyplomowe w kilku krajach, ze Stanami  włącznie. Może mu coś
z tego wypali. Życzę mu tego, bo on naprawdę ma talent i zacięcie do grania.
Hannelore ma nadzieję, że synek ją do siebie  ściągnie gdy dostanie dwuletnie stypendium.
Ale Hannelore  może się przeliczyć, bo Eric jest na razie trzymany na krótkiej smyczy, ale
gdy posmakuje  jakie  fajne jest życie bez obroży i  smyczy to na pewno jej nie ściągnie.
Eric  to się chyba w Tobie  nieźle zabujał,  w drodze powrotnej z Polski bez przerwy
o tobie opowiadał i wzdychał jak kot do Księżyca.
No to ci bardzo współczuję, monotematyczność jest nudna. Marie się roześmiała - po
trzecim przypomnieniu mu, że my  cię przecież poznaliśmy - przystopował. Jestem
ciekawa co on naopowiadał matce o Tobie,że cię zaprosiła?
Sandra wzruszyła ramionami- nie wiem i nawet nie jestem pewna czy chcę to wiedzieć.
Czasem zdrowiej jest wiedzieć mniej niż więcej.
Marie spojrzała na nią uważnie i powiedziała - masz filozoficzne podejście do życia. 
Takie mi pasuje - odrzekła nieco zniecierpliwiona Sandra.
Chodź, wrócimy, może już skończyli grać. Chcemy dziś pojechać do Pillnitz. Czas zacząć
zwiedzać. Eric chce mi wiele miejsc pokazać.

                                                              c.d.n.


Trzeba zabić tę miłość - II

Na dworcu w Dreźnie czekał na Sandrę Eric- Sandrze  wydał się jeszcze chudszy niż wtedy,
gdy go ujrzała na koncercie. Utonęła w jego objęciach, a on ją przytulał i wciąż powtarzał-
wreszcie jesteś! Wreszcie  cię widzę. W końcu zainteresował się walizką Sandry, podniósł
ją a drugą ręką objął Sandrę. Chodź, pojedziemy do domu, wziąłem na dziś samochód ojca.
Okazało się, że Eric mieszka z matką na dość odległym od centrum miasta osiedlu.
Jego rodzice byli rozwiedzeni, ale nadal się przyjaźnili a ojciec Erica brał czynny  udział
w życiu syna. Opiekował się nim gdy jego matka musiała gdzieś służbowo  wyjechać, także
w czasie jej choroby, zabierał syna na wakacje, starał się być na każdym  jego koncercie
i o Sandrze też wiedział. I są po rozwodzie? - dziwiła się Sandra.
Tak, od sześciu lat. Wiesz, on mieszka z drugą kobietą, której w chwili jakiegoś zaćmienia
zmajstrował dziecko i mam w związku z tym przyrodnią siostrę. Gdyby nie  to dziecko, to
pewnie byliby z moją mamą nadal razem , bo ona mu ten błąd wybaczyła, ale uznała że
to małe dziecko bardziej potrzebuje ojca niż siedemnastoletni chłopak. Taka altruistka  z niej.
Wystąpiła o rozwód, sąd z kolei stwierdził podobnie jak mama, że dobro nieślubnego dziecka
jest ważniejsze niż moje. A kiedyś niechcący podsłuchałem jak mama mówiła do swej
koleżanki, że fakt, iż musiał się ożenić z tamtą jest dla niego sporą karą bo tamta jest bardzo
głupią kobietą, dzieli ich intelektualna przepaść i że mama wypróbowała że lepiej być tą
z którą się zdradza niż tą zdradzaną. Trochę mi to dało do myślenia.
Mnie ich rozwód nie boli, jeśli tylko ojciec jest mi do czegoś potrzebny to zawsze mogę
na niego liczyć. Czasami, gdy się zasiedzi zostaje u nas na noc- telefonuje wtedy do tamtej
i mówi, że musi zostać ze mną. Teoretycznie śpi wtedy w pokoju gościnnym, ale za to
nie dałbym głowy, nie wstaję w nocy i nie sprawdzam gdzie  śpi. To ich sprawa, są dorośli.
Tamta musi być jakaś mało rozgarnięta bo ojciec średnio-przeciętnie  trzy noce w miesiącu
śpi u nas.Ja mam swoje włości na górze, to wręcz oddzielne, czteropokojowe mieszkanie
z dwiema  łazienkami, ale bez kuchni, bo kuchnię na początku ojciec zamienił na pokój
muzyczny i tak zostało.
Przejazd przez   Drezno zrobił na Sandrze przykre wrażenie. W wielu  miejscach nadal
były ruiny, a  był to już początek  lat sześćdziesiątych. W Warszawie ruin  w  centrum
już  się nie spotykało a tu były nadal.
To pamiątka po nalotach dywanowych w czasie II wojny światowej, swoiste memento mori,
ku przestrodze- wyjaśnił Eric. Nie wiem czy tak zostawią je aż się same w proch rozsypią,
czy  je rozbiorą,  czy może to odbudują.
Zwinger , chluba Drezna, też wyglądał przygnębiająco- był po prostu przerażająco brudny,
tak brudny, że w niczym nie przypominał pięknego białego cacka z folderu turystycznego.
W środku na szczęście wygląda  lepiej, zobaczysz - pocieszył ją Eric. Przyjedziemy tu
któregoś dnia.
Gdy zajechali do domu Erica, przed furtką czekał na nich jego ojciec -okazało się, że Eric
jest do niego  bardzo podobny.
Ojciec przywitał się z nimi bardzo serdecznie, zapewnił, że im nie będzie w niczym wadził,
bo musi natychmiast jechać służbowo, więc musi zabrać Ericowi samochód. Ale wraca za
dwa dni i wtedy z chęcią  wprosi się do nich na kawę. Tak się spieszył, że omal nie uwiózł
ze sobą walizki Sandry.
Dom był piętrowy typu kwadratowy klocek. Wpierw poszli na górę by Sandra  mogła się
przebrać i umyć po podróży.  Miała również wybrać sobie pokój w którym będzie mieszkać
w czasie swego pobytu.. Gdy Sandra brała prysznic, Eric  w kuchni na dole  przygotował dla
obojga śniadanie. Pociąg dotarł do Drezna  wcześnie rano i Eric pojechał na dworzec  bez
śniadania. Gdy wszystko było gotowe poszedł po Sandrę. Trochę trudno się je śniadanie
co chwilę przytulając się do siebie i nie patrząc na to co się robi. Eric przypomniał sobie, że
nie zamknął za ojcem  furtki, a po okolicy czasem włóczą się jakieś typy  i często coś
z podwórek  ginie. Zamknął również starannie drzwi wejściowe do domu.
Sani, chodźmy teraz na górę, musisz trochę odpocząć po podróży.
Mamy cały dzień dla siebie, mama wróci pewnie około osiemnastej.
Sandra rzeczywiście była zmęczona. W przedziale było duszno, pozostałe pasażerki za nic
nie chciały otworzyć okna i Sandra, która miała dolną kuszetkę  pół nocy przesiedziała na
korytarzu. Teraz oczy się jej kleiły i powiedziała do Erica - na powrót wykupię sobie
sypialny w I klasie. Drugiej takiej nocy nie wytrzymam.
Zrobiłeś za słabą kawę, ja zaraz zasnę!
Sani, przytul się do mnie i razem sobie pośpimy,  dobrze? Też jestem niewyspany, bo zamiast
spać wyobrażałem sobie jak będzie dobrze  gdy już przyjedziesz i gdzie cię zawiozę, co ci
pokażę. Ściągnij spodnie i bluzkę, okryję cię kocykiem i przytulę. W niecałe 10 minut później
przytuleni do siebie, spali.
Sandrze śniło się, że jest w filharmonii na jakimś koncercie, ale bardzo słabo słychać muzykę.
Na wpół rozbudzona pomyślała, że chyba nie może być w filharmonii bo jest tylko w majtkach
i staniku. W końcu otworzyła oczy - leżała sama, otulona miękkim kocykiem, ale nadal
słyszała cichą muzykę. Wreszcie oprzytomniała - przecież była w domu Erica, to on gra!
Wstała i boso , w bieliźnie, poszła szukać skąd dobiegają dźwięki. Stała pod drzwiami pokoju muzycznego i nie bardzo wiedziała czy może wejść. Najwyraźniej Eric  ćwiczył i coś mu nie
pasowało lub nie udawało się, bo jeden  fragment powtarzał  już kolejny raz.
Ciekawa  była jak wygląda Eric właśnie w chwili takiego niepowodzenia i delikatnie nacisnęła
klamkę, sądząc, że drzwi mogą być zamknięte na klucz. Ale nie były, Sandra lekko je uchyliła
i teraz dźwięk  skrzypiec wręcz ją  zaatakował. Eric stał tyłem do drzwi i grał kolejny raz ten
sam fragment utworu. Nie bardzo wiedziała czy tylko nie reaguje na jej bezszelestne otwarcie
drzwi czy może nie słyszy.  Gdy już  opuścił smyczek i dalej wpatrywał się w nuty, cichutko
zapytała- czy mogę tu z Tobą posiedzieć? Grałeś coś, czego nie znam.
Oj, przepraszam , pewnie cię obudziłem , to przez to, że drzwi nie są wyciszone tak jak trzeba.
A gram Beethovena sonatę nr 9, kreutzerowską. Jakiś rozkojarzony jestem, nie wchodzi mi
do głowy.Jutro wpadnie tu Udo i będzie mi akompaniował na fortepianie a mnie jeden fragment
jakoś nie wychodzi.
Eric, zagraj ją dla mnie, nawet jak się pomylisz , to nie szkodzi, graj dalej. Ja tego utworu nie
znam a chciałabym posłuchać.
Dobrze, to usiądź przy fortepianie, będę cię miał "na oku" , a ponieważ zagram wszystkie partie  wiolinowe "ciurkiem" to nie zajmie nam dużo czasu. Normalnie, z akompaniamentem, trwa to
niemal 40 minut.
Eric  wpierw cmoknął Sandrę  w policzek, potem dopiero zaczął grać. Gdy skończył, Sandra
powiedziała - nawet gdybyś się i pomylił to i tak zagrałeś pięknie! Ale się nie pomyliłeś, prawda?
Skąd wiesz?  -To proste, z wyrazu twojej twarzy! Gdy przebrnąłeś przez ten mylący ci się dotąd
fragment leciutko się  uśmiechnąłeś i jakbyś  rozluźnił nieco lewe ramię.
To pewnie dlatego, że patrząc na nuty bardziej grałem z pamięci, widząc na pięciolinii raczej
ciebie niż nuty.
Eric, litości, przecież nie jestem podobna do nut!
Ale  Eric już odkładał smyczek i skrzypce , zgarnął z taboretu Sandrę i wyszli z tego pokoju, by wzajemnie   poznawać  mapę  swych ciał. Jak to po latach wspominała Sandra "szału nie było,
ale nawet dość zabawnie i miło" bo obojgu bardzo brakowało  doświadczenia w tej dziedzinie.
Sani, jestem w Tobie po uszy zakochany. Myślę, że najlepiej byłoby gdybyśmy wzięli  ślub.
Eric, przecież my się niemal nie znamy. To, że jesteśmy dla siebie pierwszymi kochankami to
chyba trochę za mało. Przecież chyba nie jeden raz byłeś zakochany w jakiejś dziewczynie!
I za każdym razem  szykowałeś się w marzeniach do ślubu?
A tak nawiasem - po czym miałam poznać, że jestem tą pierwszą? To ja straciłam dziewictwo,
o czym się z niejakim przerażeniem przekonałeś. Zrobiłeś na mnie wrażenie kogoś, kto dobrze
wie co robi. Eric huknął się pięścią w swą chudą klatkę piersiową- Sani, przysiegam, że jesteś
moją pierwszą dziewczyną, z żadną tego nie robiłem, z jedną "było blisko", ale skończyło się
pettingiem. Zresztą nie kochałem  jej.  U mnie dobrze zadbano o moją edukację seksualną od
strony teoretycznej. Oboje mi wkładali do głowy wiedzę na ten temat, zwłaszcza ojciec. Mama
to raczej mi tłumaczyła wszystko od strony psychicznej. Oboje  są fajni, a sami zaczęli bardzo
wcześnie, bo mama mnie urodziła gdy miała nieco mniej niż 18 lat. I dlatego uznali, że lepiej
będzie gdy nie  będę zielony gdy mnie uczucia i hormony dopadną.
Wiesz Eric,  ja ci takiego podejścia rodziców wręcz zazdroszczę. Ja po prostu kupiłam sobie
 odpowiednią lekturę a i to dopiero gdy wyjechałam na  naukę do Warszawy. A potem, razem
z koleżanką, poszłyśmy do poradni dla kobiet, by poznać skuteczną antykoncepcję, co mnie się
akurat nie przydało przez te cztery lata pobytu w  Warszawie. Nauki było dużo, naprawdę mało
miałam wolnego czasu, bo trochę też pracowałam, chciałam mieć własne pieniądze.

                                                                       c.d.n.