Wieczór przy winie i chlebie przeciągnął się daleko w noc, dopiero około 2 w nocy rozeszli się
do swoich pokoi.
Pobudka o 7 rano była dość bolesnym doświadczeniem chyba dla wszystkich. Śniadanie jedli
w towarzystwie Fabia, który zapytał się, czy nie będą mieli nic przeciwko temu, że on z nimi
popłynie na Murano, bo chce kupić, ewentualnie zamówić nowe klosze do lamp.
Pomysł się spodobał, ale gdy po śniadaniu wrócili jeszcze na chwilę do pokoju Jacek patrząc badawczo na Izę powiedział:
"belissima", wpadłaś chyba w oko temu facetowi, ciągle się w ciebie wgapiał. W ciebie też się wgapiał- on wgapia się w twarz każdego z kim w danej chwili rozmawia- odparowała Iza. A co, zazdrosny jesteś? Dlaczego? Lepiej mi powiedz co ci spakować na tę wyprawę, bo z powrotem
to pewnie znów wrócimy dopiero wieczorem. Uważam, że po sprawach służbowych zwiedzimy
trochę Murano i pewnie zajrzymy jeszcze do samej Wenecji. Bo pojutrze to przecież jedziemy
do Jesolo, bo tam mamy wynajęty pensjonat.
To Fabio ma tam pensjonat? Jacek - oprzytomnij, Fabio ma jakieś udziały w jakichś nie znanych
mi hotelach, a w tym pensjonacie to bywał wujek z ciocią i uważa że jest miły i ma dobre jedzenie.
Od Fabia to tylko weźmiemy samochód. Co cię napadło z tym Fabio? Ja ci nie wypominam
gdy się czasami oglądasz za kobietami. Ja się oglądam?- zdziwił się Jacek. Tak, tak , czasem się oglądasz. To, że ci nigdy tego nie wypomniałam nie znaczy, że tego nie widzę.
Ojej, muszę sobie kupić jakieś pantofle, od tych bolą mnie stopy. Mało w nich chodziłam i nie
dotarło mnie, że są takie niewygodne. O zobacz, muszę plaster nakleić. W ogóle to mam
ochotę na jakieś zakupy. Tobie trzeba kupić nowe kąpielówki i klapki plażowe i może jakąś
fajną koszulkę. Jacek skrzywił się-wolałbym okulary p. słoneczne, te moje jakieś za jasne są.
No to kupimy i okulary i inne fajne rzeczy. Nie jest sztuką mieć pieniądze, ale sztuką jest
umiejętność korzystania z nich- podsumowała.
Na dole czekali już na nich wujek z Fabio. Hm, pomyślała Iza - Fabio wygląda jak model.
W drodze do Wenecji Iza powiedziała, że bardzo chciałaby dziś zrobić jakieś zakupy dla siebie
i Jacka i powiedziała co chciałaby kupić.
Spróbujemy to załatwić na Murano - tam też są nie tylko sklepy z pamiątkami orzekł Fabio.
Murano to siedem wysp połączonych ze sobą mostami.Szkło było tu wyrabiane już w VIII
wieku i systematycznie udoskonalano jego produkcję. Szkło twarde i przezroczyste wynaleziono
na przełomie XII i XIII wieku. Pod koniec XIII wieku wszystkie piece szklarskie z Wenecji
przeniesiono na Murano, głównie pod pretekstem zapobiegania w Wenecji pożarom od często
wybuchających pieców, a tak naprawdę szło o jak najdłuższe zachowanie w tajemnicy nowych
technologii. Szklarzom nie wolno było opuszczać wyspy (i to podobno pod karą śmierci).
Swego rodzaju nagrodą był fakt, że ich córki mogły wychodzić za mąż za patrycjuszy.
Charakterystyczną cechą szkła z Murano jest jego wielka przezroczystość i kolor oraz fakt, że
cały proces produkcji jest ręczny. Szkło, zarówno weneckie jak i z Murano jest barwione
w trakcie procesu produkcyjnego. Szkło kolorowe to millefiori, szkło mleczne to lattimo. Dziś
nie są już strzeżone tajemnice produkcji i turyści mogą się przyglądać procesowi produkcji
szkła oraz powstawania różnych wyrobów z niego.
Tym razem na Murano popłynęli tramwajem - Fabio obawiał się, że o tej porze będą problemy
z zacumowaniem- to był czas napływu turystów.
Wujek z Izą spotkali się z jednym ze znajomych wujka, a w czasie gdy były prowadzone
handlowe rozmowy, Jacek i Fabio przyglądali się jak powstają różne szklane wyroby.
Na zakończenie rozmów Iza dostała prześliczną małą wazę i paterę z mlecznego szkła. Przy
okazji nasłuchała się komplementów pod swym adresem, jakie to wspaniałe, że taka młoda
i urocza kobieta tak dobrze orientuje się w biznesie.
Dostali również adres warsztatu, w którym Iza mogła się zapoznać z procesem powstawania
niektórych elementów biżuterii, tzw. lampwork beads i zostali umówieni na godzinę 17,00.
Na Murano warto było odwiedzić trzy zabytkowe kościoły: Santa Chiara, Santa Maria degli
Angeli, San Pietro Martire, Museum Vetrario, obejrzeć latarnię morską z 1931 roku,
i Giardini Pubblici, czyli ogrody publiczne, założone jeszcze za czasów Napoleona.
Ale w pierwszej kolejności odwiedzili.....kawiarnię. Kawa, sok, lody - taki zestaw zapewne
każdego postawiłby na nogi. Siedzieli na zewnątrz, w cieniu. Fabio namówił Jacka na
migdałowe ciasto.Gdy ich porcje znalazły się na stoliku Iza spróbowała i też postanowiła się
nim uraczyć. Fabio i Jacek pochłonęli ciasto w niebywałym tempie i...zamówili po jeszcze
jednej porcji. Wujek bohatersko pozostał tylko przy lodach. Postanowili pójść do Museum
Vertrario. Fabio ich tylko odprowadził do muzeum, bo miał jeszcze kilka swoich spraw do
załatwienia. Umówili się na spotkanie za półtorej godziny. Półtorej godziny zleciało szybko. Najciekawsze dla Izy były zbiory z okresu renesansu. Zbiory tego muzeum okazały się duże, ukazywały przykłady wszystkich technik i wynalazków w wytwarzaniu szkła od czasów
antycznych aż do współczesnych.
Fabio już na nich czekał. No to teraz idziemy na zakupy. Zakupy dla Jacka nie były trudne-
bez sprzeciwu zaakceptował to co wybrała dla niego Iza, zdecydował się nawet na dwie nowe
koszulki, dwie pary nowych spodenek kąpielowych i zabawne wzorzyste szorty oraz wielce
szałowe okulary przeciwsłoneczne. Trochę więcej problemu było z pantoflami dla Izy- po
przymierzeniu niemal połowy zawartości sklepu wreszcie któreś były naprawdę wygodne i
pasowały kolorystycznie. A wtedy Fabio przyniósł jej do przymierzenia sukienkę plażową-
błękitną, odcinaną w talii, z leciutko rozszerzaną spódnicą, bez rękawów, rozpinaną na całej
długości. Była uszyta z tkaniny przypominającej frotte, ale była cieniutka. W spódnicy były
2 kieszenie zapinane na suwaki. Sukienka była bajecznie miękka, i sięgała Izie niemal do
kostek. Do niej był dołączony szeroki szal, z tego samego materiału podwójnie złożonego.
Równie dobrze mógł służyć do położenia na leżaku jak i okrycia się w razie chłodu.
Bardzo się ona Izie podobała, a Iza podobała się obu panom w tej kreacji. Ależ ty masz oko
że wypatrzyłeś tę sukienkę - zachwycała się Iza. Ja jej nie widziałam! Bo ona wisiała po
drugiej stronie na manekinie, więc ją ściągnąłem. To jedyny egzemplarz, ich już tu nie ma.
Popatrz tam - Iza spojrzała i zaczęła się śmiać - kilka metrów dalej stał nago manekin. Zdjęła
przymierzaną kreację i stwierdziła, że teraz to jej tylko brakuje jakiejś szałowej torby na
plażę. Fabio trącił Jacka łokciem - chodź, poszukamy dla twej pani torby na plażę. Wrócili
po kilku minutach- Jacek niósł niedużą białą torebką pasującą do pantofli, a Fabio sporą
torbę granatowo-czerwoną w nieregularne pasy. Była prosta, zapinana na suwak , w środku
podzielona na trzy części, w bocznych ściankach miała w sumie 4 mniejsze zapinane
kieszenie. Kupimy dwie torebki- jedna "na miasto" - ta biała a ta będzie na plażę. Jest taka
jak lubisz- spora i ma dużo schowków. Iza wymaszerowała ze sklepu w nowych pantoflach
i z nową torebką, stare pantofle wrzuciła po drodze do kosza na śmieci, poprzednią torebkę
schowała do torby plażowej wraz z nowo kupioną sukienką i szalem.
A teraz to muszę iść zobaczyć jak się robi ręcznie "lampworkowe" koraliki. Wujku, chodź
ze mną, bo boję się, że może nie wszystko pojmę. Jacek i Fabio odprowadzili ich tylko do
drzwi pracowni a sami "poszli w miasto".
Dla Izy to były 2 niezapomniane godziny, niemal przewrót w jej życiu. Weszła tu by tylko
coś zobaczyć, a znalazła dla siebie zupełnie nowe hobby. Skrupulatnie pozapisywała sobie
w co powinna się zaopatrzyć, choć wujek zapewniał ją, że wie co jej będzie potrzebne.
Projektantka pozwoliła jej zmarnować nieco materiału, bo chciała ocenić czy Iza da sobie
radę, czy ma wyczucie materiału. Bo że Iza ma wyczucie koloru i wyobraźnię to od razu
rozpoznała. Wujek wzruszył się bardzo, bo on naprawdę kiedyś gorąco kochał jej matkę
i bardzo mocno przeżył odrzucenie i kto wie, czy aby ciągle jej nie kochał.
Iza dostała na pamiątkę wisior, którego maleńką część sama zrobiła i dobrała kolory.
Wujek chciał koniecznie za niego zapłacić, ale spotkał się ze stanowczą odmową bo ta
pani powiedziała mu, że tak rzadko trafia się ktoś z takim talentem do szkła i prosiła by
Iza była z nią w kontakcie i koniecznie przyjechała - ona zawsze ją przyjmie z otwartymi
ramionami. Gdy wychodzili Iza była pół żywa z przejęcia. Jacek i Fabio już na nich
czekali. Iza rzuciła się Jackowi na szyję i... zaczęła płakać. Te dwie godziny tak pełne
napięcia musiała jakoś rozładować. Jacek był przerażony, Fabio mocno zdziwiony, a
wujek podszedł do Izy i Jacka, objął ich oboje i powiedział - Jacku, masz artystkę za żonę.
Po chwili Iza się uspokoiła i zaczęła spokojnie opowiadać. Idąc na przystanek tramwaju
Iza jeszcze kupiła ozdobny pasmanteryjny sznureczek, by móc zawiesić wisior na szyi.
c.d.n.
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
czwartek, 6 sierpnia 2020
środa, 5 sierpnia 2020
Zastępstwo XVIII
Nadreptali się trochę po Giudecce, w ramach odpoczynku wzmocnili się nieco kawą
i lodami.
A teraz - powiedział Fabio- popłyniemy na tarło turystyczne- o tej porze większość
wycieczek powraca do swych hoteli na kolację, więc może nas nie zadepczą na Placu
Świętego Marka.
Albo może wolicie mały rejsik motorówką po Lagunie Weneckiej. Możemy popłynąć
aż do Punta Sabbioni, zobaczycie od wody Murano, Burano i kilka innych wysepek.
Decydujcie.
A czym byśmy płynęli - zapytał wujek? Oczywiście moją motorówką- mam nowiutką,
to jest prawie nowiutką - odpowiedział Fabio. Kupiłem z ojcem do spółki. Ojczulek lubi
czasem popływać po Lagunie. Sam już by nie popłynął, dlatego jestem wspólnikiem tej
łódki. W takim razie popłyniemy dalej i przespacerujemy się do przystani.
W drodze do przystani mijali małe sklepiki z pamiątkami, Iza przy każdym przystawała,
aż Fabio powiedział - nie kupuj tutaj, bo przepłacisz. To samo kupisz kilometr dalej już
taniej. Tu są ceny dla turystów jednodniowych co to rano przypłyną a o 17,00 odpłyną by
zdążyć na kolację w hotelu. Tu tylko obejrzyj, potem mi powiesz co ci się podobało i
pojedziemy jednego dnia na zakupy.
Ale ja nie chcę kupować - wyjaśniła Iza- ja tylko chcę obejrzeć.
No to popatrz na wystawie, a potem obejrzysz to gdzie indziej. Jeśli wejdziesz tu do
sklepu, to nie wyjdziesz z niego z pustymi rękami. Zmuszą cię, byś cokolwiek kupiła.
Będziecie jutro na Murano i jak znam życie to z pustymi rękami stamtąd nie wrócisz.
No bo chyba jutro jedziecie na Murano, prawda?
Prawda, odpowiedział wujek. A dlaczego nie trzymasz łódki w Punta Sabbioni?Miałbyś
bliżej.
No bo tu jestem niemal codziennie a ja też lubię sobie popływać po Lagunie Weneckiej.
Lubię Wenecję, ale głównie od strony wody.
Fabio zatrzymał się przy czymś, co można było nazwać mini kawiarenką - usiądźcie tu
na chwilę, muszę przygotować łódkę- co wam zamówić?
Wujek szybko wszedł za nim do barku, opędzając się od Jacka, który też chciał tam wejść.
Zostań przy Izie, żeby jej ktoś nie poderwał- rzucił Jackowi przez ramię.
Iza zaczęła się śmiać - no nie , nie poużywam sobie przy was - jeden zabrania wchodzić
do sklepu, drugi każe mnie pilnować by ktoś nie poderwał, a co to, nieletnia jestem?
No letnia to jesteś, tylko się boję, że możesz zmarznąć na tej motorówce, na wodzie
będzie dużo chłodniej- zatroszczył się Jacek. Chciałem o tym porozmawiać z Fabio.
W tej chwili przyszli Fabio i wujek, który niósł trzy kocyki flanelowe i kurtkę. Za nimi
młoda dziewczyna niosła tacę z trzema filiżankami cappuccino i koszyczkiem małych
ciasteczek uformowanych w kulki.
No to dajcie te kocyki i kurtkę, ja idę do łodzi. Jak wypijecie to ruszajcie moim śladem.
Iza zajęła się kawą i ciastkami. Z wielką przyjemnością siedziała , bo jednak sporo dziś
chodzili.
Wujku, a czym się właściwie Fabio zajmuje? Fabio? niczym wielkim, inwestowaniem
w dobre interesy, trochę gra na giełdzie, trochę ziemi wcześniej sprzedał.Ma udziały
w jakimś hotelu, masę znajomych i trzeźwo myśli.
Wypili kawę, zjedli ciastka i ruszyli "śladem Fabia". Doszli na przystań, przystanęli przy
pomoście, gdzie cumowały motorówki i rozglądali się gdzie jest Fabio, bo przy żadnej
z motorówek go nie było.
Iza poszła kawałek dalej, gdzie cumowały nieco większe łodzie i tam zauważyła, że
z jednej łodzi macha do niej ręką Fabio. Czym prędzej zawołała swoich towarzyszy.
Trochę całej trójce wyszły oczy z orbit, bo to była całkiem duża łódka, ta motorówka
kabinowa.
Matko droga, wysapał wujek - przecież to jest statek a nie łódka!
Eee tam- Fabio lekceważąco wzruszył ramionami- to łódź motorowa rybacka. Ale w dobrym
stanie. Spać mogą w niej trzy osoby. Kupiłem ją, nie właściwie nie kupiłem- nabyłem drogą wymiany. Kiedyś kupiłem sobie skuter wodny, ale krótko go używałem, poza tym to strasznie
mokra zabawa. Chciałem go więc sprzedać i wtedy znalazłem ogłoszenie, że ktoś sprzedaje
łódź rybacką-kabinową- sprzeda lub zamieni na skuter wodny. Co prawda gość chciał by
skuter był nowiutki a mój już nowy nie był, ale był bardzo krótko używany i niczego, oprócz aktualnej daty produkcji mu nie brakowało, tydzień go używałem i przestałem- to zabawka
dla młodzieży.
A ja aż taki żądny wrażeń nie jestem, demonem szybkości też nie jestem , więc zacząłem
z człowiekiem pertraktować. No i przekonałem go, że to dobra transakcja, potem do skutera dorzuciłem mu tydzień bezpłatnych noclegów ze śniadaniem w jednym z hoteli w Lido.
Obaj byliśmy zadowoleni.
Ojczulkowi się podoba, bo można się schować przed słońcem lub zbyt silnym wiatrem.
Gdyby to był jacht motorowy to może pomyślałbym o pływaniu z turystami, ale to jest mało zabawne.
Bo ludzie to raczej dziwni są. Nawet jeśli w folderze informacyjnym napiszesz, że nie można
na pokład zabrać ze sobą psa lub dziecka poniżej 7 roku życia to i tak zawsze ktoś przytaszczy
kota, psa lub małe dziecko i jeszcze aferę robi. Mój kolega miał taką atrakcję, w końcu wzywał policję, bo rodzina wzięła ze sobą psa, owczarka, bo nie mieli z kim zostawić.
No to odpływamy. Popłyniemy prościutko na Burano. Popłyniemy wolniutko. Żeby poczuć
radość z kontaktu z morzem i by w głowie nie huczał wiatr. A ja będę opowiadał.
Burano to właściwie trzy wyspy połączone mostami nad kanałami. Do zwiedzania też tu trochę
jest. Poza tym Burano słynie z produkcji koronek, które tu wyrabiano już w XV wieku. Cztery
wieki później była tu nawet szkoła koronkarstwa. Mamy tu też własną krzywą wieżę, która jest
dzwonnicą kościoła San Martino. Jest też Kościół Santa Barbara, Stary Targ Rybny, Muzeum
Koronkarstwa. Ale najbardziej charakterystyczną cechą są...domy. Każdy w innym kolorze,
bardzo intensywnym. Kolory dobiera zarząd miasta tak, by nie stały obok siebie dwa tak samo
pomalowane. I jeden z domów mamy inny, bo nie jest jednokolorowy a różnokolorowy.
Nie wiem ile w tym prawdy, ale to podobno po to są domy tak barwne, by rybacy nie przeoczyli wyspy w czasie mgły gdy wracają z połowów.
A ja proponuję byśmy na Burano wysiedli i poszli na Piazza Galuppi do którejś tawerny na
obiado-kolację - ja stawiam - zaproponował wujek.
Ojej, znowu mam jeść? Przecież ja tu utyję - zaprotestowała Iza.
No to tylko popatrzysz jak my jemy- roześmiał się Jacek.
Znalezienie miejsca do zacumowania wcale nie było łatwe i proste, ale Fabio bywał tu chyba
częstym gościem. Kolory domów rzeczywiście "biły w oczy".
Piazza Galuppi pełne było kawiarenek, sklepików, różnej wielkości restauracyjek.
Turystów było sporo, chociaż baza noclegowa na Burano nie powalała ilością miejsc. Wujek dogadał się z Fabio do której tawerny pójdą. Iza i Jacek zajęli miejsca przy barowym stole. Po
chwili kelnerka doniosła dla wszystkich zimne napoje, a Fabio z wujkiem wybierali "coś do jedzenia". Coś do jedzenia to było risotto - dla wujka i Fabia było z owocami morza, dla Izy
i Jacka z grzybami. I chociaż Iza (jak twierdziła) wcale nie była głodna, jednak bez problemu
zjadła swą porcję. Fabio jeszcze zaproponował mały spacer, a Iza stwierdziła, że czuje się
wśród tych małych domków jakoś bardzo nierealnie, jak na planie filmowym.
Wracali niespiesznie do Wenecji.
Gdy dotarli do domu było już ciemno. No to zapraszam na wieczór przy świecach i winie do
altany.
A komary nas nie zjedzą?- zaniepokoiła się Iza. Nie ma obawy, mam patent na to- uspokoił
ją Fabio.
W 15 minut później siedzieli w altanie oświetlonej słabym światłem świec. Na stole stał duży
talerz z pieczywem, dwie butelki z oliwą, 4 talerze. Z kredensu, który ukrywał małą lodówkę
Fabio wyjął białe wino.
Och -westchnęła Iza - focaccia z czarnymi oliwkami i ciabata - uwielbiam!
c.d.n.
i lodami.
A teraz - powiedział Fabio- popłyniemy na tarło turystyczne- o tej porze większość
wycieczek powraca do swych hoteli na kolację, więc może nas nie zadepczą na Placu
Świętego Marka.
Albo może wolicie mały rejsik motorówką po Lagunie Weneckiej. Możemy popłynąć
aż do Punta Sabbioni, zobaczycie od wody Murano, Burano i kilka innych wysepek.
Decydujcie.
A czym byśmy płynęli - zapytał wujek? Oczywiście moją motorówką- mam nowiutką,
to jest prawie nowiutką - odpowiedział Fabio. Kupiłem z ojcem do spółki. Ojczulek lubi
czasem popływać po Lagunie. Sam już by nie popłynął, dlatego jestem wspólnikiem tej
łódki. W takim razie popłyniemy dalej i przespacerujemy się do przystani.
W drodze do przystani mijali małe sklepiki z pamiątkami, Iza przy każdym przystawała,
aż Fabio powiedział - nie kupuj tutaj, bo przepłacisz. To samo kupisz kilometr dalej już
taniej. Tu są ceny dla turystów jednodniowych co to rano przypłyną a o 17,00 odpłyną by
zdążyć na kolację w hotelu. Tu tylko obejrzyj, potem mi powiesz co ci się podobało i
pojedziemy jednego dnia na zakupy.
Ale ja nie chcę kupować - wyjaśniła Iza- ja tylko chcę obejrzeć.
No to popatrz na wystawie, a potem obejrzysz to gdzie indziej. Jeśli wejdziesz tu do
sklepu, to nie wyjdziesz z niego z pustymi rękami. Zmuszą cię, byś cokolwiek kupiła.
Będziecie jutro na Murano i jak znam życie to z pustymi rękami stamtąd nie wrócisz.
No bo chyba jutro jedziecie na Murano, prawda?
Prawda, odpowiedział wujek. A dlaczego nie trzymasz łódki w Punta Sabbioni?Miałbyś
bliżej.
No bo tu jestem niemal codziennie a ja też lubię sobie popływać po Lagunie Weneckiej.
Lubię Wenecję, ale głównie od strony wody.
Fabio zatrzymał się przy czymś, co można było nazwać mini kawiarenką - usiądźcie tu
na chwilę, muszę przygotować łódkę- co wam zamówić?
Wujek szybko wszedł za nim do barku, opędzając się od Jacka, który też chciał tam wejść.
Zostań przy Izie, żeby jej ktoś nie poderwał- rzucił Jackowi przez ramię.
Iza zaczęła się śmiać - no nie , nie poużywam sobie przy was - jeden zabrania wchodzić
do sklepu, drugi każe mnie pilnować by ktoś nie poderwał, a co to, nieletnia jestem?
No letnia to jesteś, tylko się boję, że możesz zmarznąć na tej motorówce, na wodzie
będzie dużo chłodniej- zatroszczył się Jacek. Chciałem o tym porozmawiać z Fabio.
W tej chwili przyszli Fabio i wujek, który niósł trzy kocyki flanelowe i kurtkę. Za nimi
młoda dziewczyna niosła tacę z trzema filiżankami cappuccino i koszyczkiem małych
ciasteczek uformowanych w kulki.
No to dajcie te kocyki i kurtkę, ja idę do łodzi. Jak wypijecie to ruszajcie moim śladem.
Iza zajęła się kawą i ciastkami. Z wielką przyjemnością siedziała , bo jednak sporo dziś
chodzili.
Wujku, a czym się właściwie Fabio zajmuje? Fabio? niczym wielkim, inwestowaniem
w dobre interesy, trochę gra na giełdzie, trochę ziemi wcześniej sprzedał.Ma udziały
w jakimś hotelu, masę znajomych i trzeźwo myśli.
Wypili kawę, zjedli ciastka i ruszyli "śladem Fabia". Doszli na przystań, przystanęli przy
pomoście, gdzie cumowały motorówki i rozglądali się gdzie jest Fabio, bo przy żadnej
z motorówek go nie było.
Iza poszła kawałek dalej, gdzie cumowały nieco większe łodzie i tam zauważyła, że
z jednej łodzi macha do niej ręką Fabio. Czym prędzej zawołała swoich towarzyszy.
Trochę całej trójce wyszły oczy z orbit, bo to była całkiem duża łódka, ta motorówka
kabinowa.
Matko droga, wysapał wujek - przecież to jest statek a nie łódka!
Eee tam- Fabio lekceważąco wzruszył ramionami- to łódź motorowa rybacka. Ale w dobrym
stanie. Spać mogą w niej trzy osoby. Kupiłem ją, nie właściwie nie kupiłem- nabyłem drogą wymiany. Kiedyś kupiłem sobie skuter wodny, ale krótko go używałem, poza tym to strasznie
mokra zabawa. Chciałem go więc sprzedać i wtedy znalazłem ogłoszenie, że ktoś sprzedaje
łódź rybacką-kabinową- sprzeda lub zamieni na skuter wodny. Co prawda gość chciał by
skuter był nowiutki a mój już nowy nie był, ale był bardzo krótko używany i niczego, oprócz aktualnej daty produkcji mu nie brakowało, tydzień go używałem i przestałem- to zabawka
dla młodzieży.
A ja aż taki żądny wrażeń nie jestem, demonem szybkości też nie jestem , więc zacząłem
z człowiekiem pertraktować. No i przekonałem go, że to dobra transakcja, potem do skutera dorzuciłem mu tydzień bezpłatnych noclegów ze śniadaniem w jednym z hoteli w Lido.
Obaj byliśmy zadowoleni.
Ojczulkowi się podoba, bo można się schować przed słońcem lub zbyt silnym wiatrem.
Gdyby to był jacht motorowy to może pomyślałbym o pływaniu z turystami, ale to jest mało zabawne.
Bo ludzie to raczej dziwni są. Nawet jeśli w folderze informacyjnym napiszesz, że nie można
na pokład zabrać ze sobą psa lub dziecka poniżej 7 roku życia to i tak zawsze ktoś przytaszczy
kota, psa lub małe dziecko i jeszcze aferę robi. Mój kolega miał taką atrakcję, w końcu wzywał policję, bo rodzina wzięła ze sobą psa, owczarka, bo nie mieli z kim zostawić.
No to odpływamy. Popłyniemy prościutko na Burano. Popłyniemy wolniutko. Żeby poczuć
radość z kontaktu z morzem i by w głowie nie huczał wiatr. A ja będę opowiadał.
Burano to właściwie trzy wyspy połączone mostami nad kanałami. Do zwiedzania też tu trochę
jest. Poza tym Burano słynie z produkcji koronek, które tu wyrabiano już w XV wieku. Cztery
wieki później była tu nawet szkoła koronkarstwa. Mamy tu też własną krzywą wieżę, która jest
dzwonnicą kościoła San Martino. Jest też Kościół Santa Barbara, Stary Targ Rybny, Muzeum
Koronkarstwa. Ale najbardziej charakterystyczną cechą są...domy. Każdy w innym kolorze,
bardzo intensywnym. Kolory dobiera zarząd miasta tak, by nie stały obok siebie dwa tak samo
pomalowane. I jeden z domów mamy inny, bo nie jest jednokolorowy a różnokolorowy.
Nie wiem ile w tym prawdy, ale to podobno po to są domy tak barwne, by rybacy nie przeoczyli wyspy w czasie mgły gdy wracają z połowów.
A ja proponuję byśmy na Burano wysiedli i poszli na Piazza Galuppi do którejś tawerny na
obiado-kolację - ja stawiam - zaproponował wujek.
Ojej, znowu mam jeść? Przecież ja tu utyję - zaprotestowała Iza.
No to tylko popatrzysz jak my jemy- roześmiał się Jacek.
Znalezienie miejsca do zacumowania wcale nie było łatwe i proste, ale Fabio bywał tu chyba
częstym gościem. Kolory domów rzeczywiście "biły w oczy".
Piazza Galuppi pełne było kawiarenek, sklepików, różnej wielkości restauracyjek.
Turystów było sporo, chociaż baza noclegowa na Burano nie powalała ilością miejsc. Wujek dogadał się z Fabio do której tawerny pójdą. Iza i Jacek zajęli miejsca przy barowym stole. Po
chwili kelnerka doniosła dla wszystkich zimne napoje, a Fabio z wujkiem wybierali "coś do jedzenia". Coś do jedzenia to było risotto - dla wujka i Fabia było z owocami morza, dla Izy
i Jacka z grzybami. I chociaż Iza (jak twierdziła) wcale nie była głodna, jednak bez problemu
zjadła swą porcję. Fabio jeszcze zaproponował mały spacer, a Iza stwierdziła, że czuje się
wśród tych małych domków jakoś bardzo nierealnie, jak na planie filmowym.
Wracali niespiesznie do Wenecji.
Gdy dotarli do domu było już ciemno. No to zapraszam na wieczór przy świecach i winie do
altany.
A komary nas nie zjedzą?- zaniepokoiła się Iza. Nie ma obawy, mam patent na to- uspokoił
ją Fabio.
W 15 minut później siedzieli w altanie oświetlonej słabym światłem świec. Na stole stał duży
talerz z pieczywem, dwie butelki z oliwą, 4 talerze. Z kredensu, który ukrywał małą lodówkę
Fabio wyjął białe wino.
Och -westchnęła Iza - focaccia z czarnymi oliwkami i ciabata - uwielbiam!
c.d.n.
wtorek, 4 sierpnia 2020
Zastępstwo - XVII
Już w samolocie do Treviso wujek żałował, że jednak wybrał samolot,
bo przecież drogę z Zurichu do Treviso można było pokonać samochodem.
W końcu stwierdził, że przecież z Treviso do Wenecji jest jednak ok.40 km
to i tak będą musieli brać codziennie samochód od Fabia, więc się najeżdżą.
bo przecież drogę z Zurichu do Treviso można było pokonać samochodem.
W końcu stwierdził, że przecież z Treviso do Wenecji jest jednak ok.40 km
to i tak będą musieli brać codziennie samochód od Fabia, więc się najeżdżą.
Na lotnisku czekał na nich ów Fabio - najlepsza wizytówka męskiej części
włoskiej populacji.Na jego widok Iza szepnęła wujkowi do ucha:" ale
przystojny facet", co wujek skwitował tylko uśmiechem.
włoskiej populacji.Na jego widok Iza szepnęła wujkowi do ucha:" ale
przystojny facet", co wujek skwitował tylko uśmiechem.
Fabio był facetem bardzo dbającym o swój wygląd. Był wysoki, szczupły,
dobrze ubrany i wiedział, że się kobietom podoba.
dobrze ubrany i wiedział, że się kobietom podoba.
Iza, jak każda kobieta, obrzuciła wzrokiem jego palce - nie było ani śladu
obrączki.
obrączki.
Jackowi też nic nie brakuje- pomyślała, ale zawszeć milej oglądać ładnego
faceta niż byle co.
faceta niż byle co.
Dom, pod który zajechali był jednopiętrową rozległą willą ze sporym
ogrodem. Biała fasada, ciemno czerwona dachówka, na parterze duża
weranda obrośnięta jakimś pnączem- naprawdę sielski widok. Brakuje
tylko drewnianych okiennic- pomyślała Iza.
ogrodem. Biała fasada, ciemno czerwona dachówka, na parterze duża
weranda obrośnięta jakimś pnączem- naprawdę sielski widok. Brakuje
tylko drewnianych okiennic- pomyślała Iza.
W ogrodzie zwracała uwagę duża, obrośnięta winoroślą altana. Stał w niej
duży stół z 6 wiklinowymi krzesłami a pod jedną z jej "winogronowych"
ścian rodzaj kredensu i mały stolik.
duży stół z 6 wiklinowymi krzesłami a pod jedną z jej "winogronowych"
ścian rodzaj kredensu i mały stolik.
Pokoje były dość duże, okna miały na zewnątrz metalowe żaluzje, każdy
pokój miał małą łazienkę- kabina prysznicowa,WC, umywalka, lustro,
taboret.
W pokoju królowało podwójne łóżko, z dwóch stron stały szafki z lampami,
szafa w ścianie i w nogach każdego z łóżek drewniany stojący wieszak
na ubranie.
pokój miał małą łazienkę- kabina prysznicowa,WC, umywalka, lustro,
taboret.
W pokoju królowało podwójne łóżko, z dwóch stron stały szafki z lampami,
szafa w ścianie i w nogach każdego z łóżek drewniany stojący wieszak
na ubranie.
Po chwili do ich pokoju zapukał wujek - dzieciaki, chodźcie coś zjeść, bo
trzeba niestety brać się do pracy.
trzeba niestety brać się do pracy.
Ale ja nie jestem głodna- zaprotestowała Iza.
Nie myśl, kochana, że dostaniesz coś konkretnego - będzie kawa, coś
na ząb do kawy no i pewnie coś zimnego do picia.
A jak ci się podoba ten pokój?Bo, jak widzę, to Fabio zrobił tu remont
generalny.
generalny.
Pokój piękny, a te wieszaki na ubrania- genialne- chciałabym je mieć
u siebie w domu. I ogromnie podoba mi się ta altana obrośnięta
winoroślą.
Jeśli się zaprzyjaźnicie z Fabiem, a to nie jest trudne, będziecie tu nie
jeden raz przyjeżdżać. Zacznij od zachwycania się domem, każdy lubi
gdy innym podoba się to, co sobie zaprojektował i wykonał.
jeden raz przyjeżdżać. Zacznij od zachwycania się domem, każdy lubi
gdy innym podoba się to, co sobie zaprojektował i wykonał.
Dziś pojedziemy z nim do Wenecji, trochę ją pozwiedzamy od mniej
turystycznej strony, a jutro weźmiemy od niego samochód i będziemy
cały dzień uczciwie pracować. Tylko załóż jakieś wygodne buciki, bo
będzie dużo chodzenia.
będzie dużo chodzenia.
I rzeczywiście - na werandzie już stała przygotowana dla nich kawa i
małe makaroniki oraz sałatka owocowa.
Iza całkiem szczerze zachwycała się domem i ogrodem i usłyszała od
Fabia, że będą zawsze miłymi gośćmi w tym domu, a zawsze wieczorem
posiedzą przy winie w ogrodowej altanie.
Gdy siedziała z Jackiem w samochodzie szepnęła mu: mam nadzieję,
że nie wpadniesz na pomysł wynajęcie Fabia na "zastępstwo" gdy się
że nie wpadniesz na pomysł wynajęcie Fabia na "zastępstwo" gdy się
będziesz gdzieś wybierał, bo niewątpliwie jest w moim typie.
Jacek przytulił ją, pocałował i spokojnie stwierdził - zrobiłaś się
okropnie złośliwa. Starzejesz się czy jesteś przed okresem? Mnie też
się Fabio podoba, bo nie rozmawia rękami, dobrze zna angielski i nie
okropnie złośliwa. Starzejesz się czy jesteś przed okresem? Mnie też
się Fabio podoba, bo nie rozmawia rękami, dobrze zna angielski i nie
jest zbyt gadatliwy.Tylko nie pomyśl, że zaczynają mnie interesować
mężczyźni.
mężczyźni.
Rzeczywiście poznali Wenecję z jej mniej turystycznej strony.Byli cały
czas po drugiej stronie Wielkiego Kanału, po stronie, która jest dość
rzadko odwiedzana przez turystów. Fabio proponował "mały rejs
gondolą", ale Iza tak się skrzywiła, że Fabio nie nalegał. Natomiast
wycieczkę tramwajem wodnym przywitała z entuzjazmem. Chociaż
były jeszcze miejsca siedzące, Fabio zaproponował by nie siadali bo
wtedy łatwiej się rozglądać dookoła. Ruch na kanale był całkiem
spory, jakby na to nie spojrzeć była to główna droga komunikacyjna
Wenecji. To takie dziwne- powiedziała Iza - całe życie na wodzie.
Fabio uśmiechnął się - to kwestia przyzwyczajenia- randkujemy na
wodzie, do ślubu płyniemy,na ostatni spoczynek też płyniemy.
Zaraz się przesiądziemy i popłyniemy na Giudeccę, gdzie mieszka
większość mieszkańców Wenecji i gdzie rzadko można spotkać
turystów.Bo mało kto wie, że tu też są warte obejrzenia zabytki.
głównie sakralne.
Jest tu kościół zbudowany w XVI wieku jako wyraz wdzięczności, że
zaraza po unicestwieniu 1/3 populacji Wenecji ustała.
Jest też kościół Le Zitelle z kompleksem szkolnym dla panien bez posagu.
Tu niezamożne panny uczyły się zawodu, między innymi koronkarstwa.
Jest też Kościół łączący w swym wnętrzu architekturę bizantyjską i styl
rokoko.
A obecny rozległy hotel był niegdyś Molino Stucky, czyli Młynem. Jest też
ładny pałac Casa dei Tre Oci,który był własnością malarza Mario de Maria,
a po jego śmierci odziedziczył go syn malarza, Astalfo.
Jest tu trochę sennie, ale też jest mniej kanałów, więcej chodników.Tak
naprawdę Giudecca składa się z 3 połączonych wysp. Cała Wenecja to
wyspy i wysepki. Na przykład Murano nie jest jedną wyspą - to jest
siedem małych wysepek połączonych ze sobą mostami.
c.d.n.
czas po drugiej stronie Wielkiego Kanału, po stronie, która jest dość
rzadko odwiedzana przez turystów. Fabio proponował "mały rejs
gondolą", ale Iza tak się skrzywiła, że Fabio nie nalegał. Natomiast
wycieczkę tramwajem wodnym przywitała z entuzjazmem. Chociaż
były jeszcze miejsca siedzące, Fabio zaproponował by nie siadali bo
wtedy łatwiej się rozglądać dookoła. Ruch na kanale był całkiem
spory, jakby na to nie spojrzeć była to główna droga komunikacyjna
Wenecji. To takie dziwne- powiedziała Iza - całe życie na wodzie.
Fabio uśmiechnął się - to kwestia przyzwyczajenia- randkujemy na
wodzie, do ślubu płyniemy,na ostatni spoczynek też płyniemy.
Zaraz się przesiądziemy i popłyniemy na Giudeccę, gdzie mieszka
większość mieszkańców Wenecji i gdzie rzadko można spotkać
turystów.Bo mało kto wie, że tu też są warte obejrzenia zabytki.
głównie sakralne.
Jest tu kościół zbudowany w XVI wieku jako wyraz wdzięczności, że
zaraza po unicestwieniu 1/3 populacji Wenecji ustała.
Jest też kościół Le Zitelle z kompleksem szkolnym dla panien bez posagu.
Tu niezamożne panny uczyły się zawodu, między innymi koronkarstwa.
Jest też Kościół łączący w swym wnętrzu architekturę bizantyjską i styl
rokoko.
A obecny rozległy hotel był niegdyś Molino Stucky, czyli Młynem. Jest też
ładny pałac Casa dei Tre Oci,który był własnością malarza Mario de Maria,
a po jego śmierci odziedziczył go syn malarza, Astalfo.
Jest tu trochę sennie, ale też jest mniej kanałów, więcej chodników.Tak
naprawdę Giudecca składa się z 3 połączonych wysp. Cała Wenecja to
wyspy i wysepki. Na przykład Murano nie jest jedną wyspą - to jest
siedem małych wysepek połączonych ze sobą mostami.
c.d.n.
czwartek, 30 lipca 2020
Zastępstwo -XVI
Znacie takie powiedzenie "człowiek strzela a Pan Bóg kule nosi"? Planowanie
wyjazdu tak, żeby spełniły się plany wujka wyglądało mniej więcej jak kwadratura koła.
Gdy się chce połączyć wygodę , dogodną cenę a w czasie podróży do Włoch koniecznie jeszcze "zawadzić" o Szwajcarię- to nie ma lekko.
Orbis nie miał takiej wycieczki, a Polska jeszcze nie była w UE. Poza tym z jakiegoś
nieznanego Izie powodu wpierw należało dostać się do Zurichu i tam spędzić dobę.
Kolejnym etapem podróży była Wenecja, w której należało załatwić kilka spraw w Murano. W tej sytuacji podróż z Melą zaczynała być problemem, bo ona źle znosiła podróże lotnicze. A tu musiałaby trzy razy lecieć samolotem. Z kolei podróż samochodem zupełnie się nie uśmiechała wujkowi, co prawda w sumie na jeden samochód przypadałoby trzech kierowców.
W końcu Melania sama zrezygnowała z tej wyprawy - wizja latania aż trzy razy samolotem zupełnie jej nie odpowiadała.
Postanowiła na czas nieobecności swego męża zaprosić do siebie swą koleżankę -
ta opcja bardzo z kolei odpowiadała wujkowi. Znaczyło to, że polecą w trójkę.
Całą sprawę zabukowania miejsc w samolotach oraz noclegu w Zurichu załatwiała córka znajomego, która pracowała w Orbisie. Iza co prawda nieco żałowała, że nie będą jechali samochodem, ale wujek zapewnił, ją że wiele nie straci bo większą
część drogi pokonywali by autostradami, a jazda autostradą nudna jest.
We Włoszech mieli nocować pod Treviso, w domu jednego ze znajomych wujka.
W domu Iza zastanawiała się, czy jest w Europie ktoś, kto nie jest znajomym wujka.
Mama Jacka z kolei wpadła na pomysł, że może na czas tej "wyprawy po złote runo"
ona zaprosi Melę na działkę, przyjedzie też mama Izy i będą miały we trzy czas dla
siebie. Oczywiście transportem Meli miał się zająć ojciec Izy.
Ten projekt zdecydowanie był najlepszy i "wygrał przetarg".
Na czas wyjazdu służbowy samochód Izy trafił do garażu blisko firmy. Iza bała się
zostawić go na ulicy - zbyt często taki dłużej parkujący samochód tracił koła lub
w ogóle znikał. Teoretycznie ten model citroena nie miał wielkiego powodzenia
wśród złodziei, ale lepiej być przezornym niż okradzionym.
I wreszcie którejś niedzieli, przed południem odlecieli samolotem do Zurichu. Od
tego dnia Iza "znielubiła" podróże samolotem. Nie dość, że musieli bardzo, bardzo
wcześnie wstać by być na lotnisku 2 godziny przed odlotem samolotu, to na lotnisku
nie można było nawet wody się napić, bo o świcie to była czynna tylko obsługa
naziemna lotniska ale nie kawiarenka. Po odprawie okazało się, że miejsc siedzących jest znacznie mniej niż pasażerów, więc krążyli niczym sepy, zastanawiając się po
jakie licho musieli być tak wcześnie na lotnisku. Drugie dręczące pytanie brzmiało -
po co mamy dojeżdżać autobusem do samolotu, skoro stoi on w odległości ok 200m
od budynku odpraw. Pytanie trzecie brzmiało- dlaczego musimy siedzieć w tym
samolocie prawie 30 minut nim on wystartuje.
Podróż była krótka, lądowanie w Zurichu bezproblemowe, na lotnisku czekał na nich
-to chyba oczywiste- znajomy wujka, który zabrał ich do pobliskiego hotelu.
Była niedziela, a więc po zjedzonym w hotelu śniadaniu ruszyli na zwiedzanie miasta.
Wujek co prawda już tu bywał, ale dotrzymywał im towarzystwa.Zurich ogromnie się
Izie podobał. Piękne miasto z przepięknymi gmachami, piękne parki, jezioro o tej
samie nazwie jak miasto, prześliczne uliczki Starego Miasta. Oczywiście, jak niemal
wszyscy turyści, nie odmówili sobie przyjemności sfotografowania się na tle jeziora,
pod posągiem Ganimedesa z orłem.
Jedyne co się Izie nie podobało w Zurichu to niebotyczne ceny. Ale, jak tłumaczył wujek, ceny są jednak zawsze dość dostosowane do zarobków.
Wieczór spędzili na kolacji u pana, który odebrał ich z lotniska.
Wieczór spędzili na kolacji u pana, który odebrał ich z lotniska.
Następnego dnia rano odwiedzili bank-czyli główny cel przyjazdu do Zurichu.
Iza przez kilka minut poczuła się dziwnie, gdy dowiedziała się, że właśnie za pól godziny będzie miała założone konto bankowe.
No ale ja przecież nie mam żadnych pieniędzy takich, bym tu założyła konto - wyszeptała zdenerwowana. Nie szkodzi- uspokoił ją wujek- za 20 minut, najdalej
za pół godziny będziesz miała i konto i pieniądze na nim i to, co mam dla ciebie
w spadku. Spokojnie dziecino, spokojnie. Tu się załatwi wszystko od ręki.
I rzeczywiście w pół godziny później miała założone konto a na nim równowartość sumy, którą wpłaciła jako swój udział w spółce. Oprócz tego została upoważniona
do dysponowania jednym z kont wujka- to był ten spadek po nim dla niej. Suma zgromadzona na tym koncie z lekka Izą wstrząsnęła i wywołała jej protest.
Wujek popatrzył na nią i powiedział - od chwili gdy się urodziłaś zawsze uważałem
cię za swoje dziecko, choć nim nie byłaś, bo twoja mama wybrała twego tatę, nie
mnie.
Będziesz miała pieniądze na porządne zagraniczne studia. Upoważnij swego męża
by mógł wziąć pieniądze z twego konta- myślę że na tyle mu ufasz. Za kilka dni
dostaniesz przelew dolarowy na bank PKO S.A. i wezwą Cię byś sobie otworzyła
konto dolarowe. Będziesz dostawać dość regularnie nieduże sumy. A teraz bądź tak miła i upoważnij Jacka do swego konta. Po trzech kwadransach opuścili bank.
No to teraz pójdziemy jeszcze na jakiś lunch, potem zabierzemy rzeczy z hotelu i
polecimy do Włoch.
c.d.n.
poniedziałek, 27 lipca 2020
Zastępstwo XV
Prawnicy wujka wreszcie dopięli cały plan i Iza została współudziałowcem swego wujka.
Z tej okazji "wujeczek lekko zaszalał", jak to określiła Iza, bo po podpisaniu przez Izę
odpowiednich dokumentów poprosił do pokoju wszystkich pracowników i powiadomił ich,że teraz Iza jest współudziałowcem i z tej radosnej okazji w pokoju socjalnym odbędzie się spotkanie przy kawie i słodkościach. Ale jeżeli wolą, to mogą wszyscy razem pójść do kawiarni. Pracownicy patrzyli się na swego pracodawcę jak na wariata a jeden zapytał -"a co, chce pan zrezygnować z dalszego prowadzenia firmy i zamknąć interes?"
Co się wujek natłumaczył, że po prostu chciał jakoś uczcić fakt przystąpienia Izy do spółki, to już przy nim zostało.
W końcu stanęło, że wolą w firmie wypić tę kawę bo nie chce im się przebierać, a przecież pani Iza się nie obrazi, gdy będą w strojach roboczych.
Iza zaparzyła kawę , Mariuszek przyniósł blachę sernika i koszyk pełen ciastek. Z początku było trochę sztywno, ale gdy wujek pokazał im rysunki i modele biżuterii, które zrobiła Iza, sytuacja bardzo się zmieniła, bo wujek zapytał się czy dali by radę wykonać taką biżuterię, którą zaprojektowała Iza. Bo on chce, a właściwie sytuacja go zmusza do pewnych zmian w produkcji. Oczywiście zaimportuje odpowiednie szkło. Panowie przyglądali się uważnie, zwłaszcza ci, co potrafili robić różne ciekawe drobiazgi ze szkła.
Oooo, to pani Iza jest prawdziwą artystką, ale ja to bym wpierw te wszystkie drobiazgi
zrobił ze zwyklej masy szklanej nim się wezmę za szkło weneckie, powiedział łysy.
A czy pani Iza mogłaby zrobić jeszcze jakieś duperele ? dopytywał się inny pracownik.
Kochani, oczywiście pani Iza zrobi. Ale teraz porozmawiamy o urlopach. Mnie urlop
jak zwykle interesuje na przełomie sierpnia i września. To będzie pracowity urlop, bo
jedziemy z p. Izą do Włoch, do Murano. Czy ktoś z was musi wziąć urlop w lipcu albo
w pierwszej połowie sierpnia?
Ja bym chciał wziąć tydzień w lipcu, jadę do syna na chrzciny, zgłosił się jeden.
Widząc jakieś uśmieszki wujek dodał - oprócz nas jedzie z nami mąż pani Izy i moja Mela. Poza tym nie zapominajcie, że pani Iza jest moją rodziną.
No zobacz Iza - raz człowiek wyrwał kobietę, z którą pracował i teraz każdą kolejną
będą mi przypisywali. Panowie, u mnie już nie to zdrowie, serducho coraz gorsze. Iza,
pokaż im obrączkę. Widzicie? Inna niż moja.Moja kuzynka została przy swoim panieńskim nazwisku po prostu.A wy już tu pewnie głupoty wymyślacie, że to moja żona bo Mela was nie odwiedza.
Nie odwiedza, bo się ostatnio kiepsko czuje i nie chce by ją ktoś widział gdy nie jest
w dobrej formie.. Przecież ją dobrze znaliście, nawet złamany paznokieć był powodem do rozpaczy, że to psuje jej wygląd.
Gdy już się wszyscy rozeszli a Iza i jej wujek zasiedli w swoim biurze Iza stwierdziła,
że czuje się zaskoczona tymi wszystkimi planami i wyraziła nadzieję, że teraz już jako
wspólniczka będzie wcześniej znała plany produkcyjne firmy. Bo ona nawet nie jest pewna, czy Jacek będzie mógł z nią jechać w tym terminie i w ogóle chciałaby o wielu sprawach dowiadywać się nieco wcześniej a nie na ostatni moment.
No tak tak, właściwie to masz rację, powinienem był ci to wszystko wcześniej powiedzieć. To wieloletnia praca z Melą u boku nauczyła mnie by nic nie mówić wcześniej, bo ona zawsze coś wypaplała nie w porę i potem były kłopoty.Skorzystałem z okazji, że złamała nogę i miała 2 miesiące zwolnienia, a potem ta noga ją wciąż bolała, więc ją wysłałem na emeryturę. Poprawię się, dziecino, poprawię. Sprawdź tylko czy macie ważne paszporty.
Teraz czekam na wiadomości z Orbisu, bo nie mam zamiaru tłuc się do Włoch własnym samochodem. Wolałbym polecieć samolotem a na miejscu pojeździć autokarem. Co prawda Melunia z całą pewnością wolałaby wycieczkę stacjonarną, np. Warszawa -Rzym, ale mnie jest potrzebna objazdowa tam na miejscu. A co do planów produkcyjnych - zmniejszyły się zamówienia, bo kilka hut nieco zmieniło profil produkcji i są dla mnie konkurencją. Stąd ten pomysł z tą biżuterią - będziemy po prostu produkować półprodukty, ktoś inny będzie to montować a jeszcze ktoś inny tym handlować. I każdy da ludziom zatrudnienie i każdy coś na tym zarobi.Sama widzisz, że wszędzie są powiązania - kupujemy w pobliskiej kawiarni ich produkty, oni kupują nasze popielniczki i wazoniki, ktoś inny sprzedaje im smaczne parówki a kupuje od nich ich wypieki, bo prowadzi bar a klienci nie chcą się odżywiać samymi kanapkami czy sałatkami. Tak się tworzą powiązania biznesowe i kontakty między ludźmi, tak zwane "znajomości". A tak samo uczciwie i ten co ma kawiarnię i ten co ma
bar i ja płacimy podatki. Potem okazuje się, że każdy z nas ma różnych znajomych- jeden w Orbisie, inny w jakiejś księgarni, kolejny znajomą prowadzącą jakiś ośrodek wczasowy.
Sama poznałaś jak to działa- dzwoniłaś do rzemieślniczego ośrodka i nie podałaś na
"dzień dobry" swego nazwiska i dostałaś domek, bo były. Dopóki nie podałaś swego
nazwiska przy rezerwacji i nie przyznałaś się do tego, że jesteś rodziną Meli, byłaś dla
Z tej okazji "wujeczek lekko zaszalał", jak to określiła Iza, bo po podpisaniu przez Izę
odpowiednich dokumentów poprosił do pokoju wszystkich pracowników i powiadomił ich,że teraz Iza jest współudziałowcem i z tej radosnej okazji w pokoju socjalnym odbędzie się spotkanie przy kawie i słodkościach. Ale jeżeli wolą, to mogą wszyscy razem pójść do kawiarni. Pracownicy patrzyli się na swego pracodawcę jak na wariata a jeden zapytał -"a co, chce pan zrezygnować z dalszego prowadzenia firmy i zamknąć interes?"
Co się wujek natłumaczył, że po prostu chciał jakoś uczcić fakt przystąpienia Izy do spółki, to już przy nim zostało.
W końcu stanęło, że wolą w firmie wypić tę kawę bo nie chce im się przebierać, a przecież pani Iza się nie obrazi, gdy będą w strojach roboczych.
Iza zaparzyła kawę , Mariuszek przyniósł blachę sernika i koszyk pełen ciastek. Z początku było trochę sztywno, ale gdy wujek pokazał im rysunki i modele biżuterii, które zrobiła Iza, sytuacja bardzo się zmieniła, bo wujek zapytał się czy dali by radę wykonać taką biżuterię, którą zaprojektowała Iza. Bo on chce, a właściwie sytuacja go zmusza do pewnych zmian w produkcji. Oczywiście zaimportuje odpowiednie szkło. Panowie przyglądali się uważnie, zwłaszcza ci, co potrafili robić różne ciekawe drobiazgi ze szkła.
Oooo, to pani Iza jest prawdziwą artystką, ale ja to bym wpierw te wszystkie drobiazgi
zrobił ze zwyklej masy szklanej nim się wezmę za szkło weneckie, powiedział łysy.
A czy pani Iza mogłaby zrobić jeszcze jakieś duperele ? dopytywał się inny pracownik.
Kochani, oczywiście pani Iza zrobi. Ale teraz porozmawiamy o urlopach. Mnie urlop
jak zwykle interesuje na przełomie sierpnia i września. To będzie pracowity urlop, bo
jedziemy z p. Izą do Włoch, do Murano. Czy ktoś z was musi wziąć urlop w lipcu albo
w pierwszej połowie sierpnia?
Ja bym chciał wziąć tydzień w lipcu, jadę do syna na chrzciny, zgłosił się jeden.
Widząc jakieś uśmieszki wujek dodał - oprócz nas jedzie z nami mąż pani Izy i moja Mela. Poza tym nie zapominajcie, że pani Iza jest moją rodziną.
No zobacz Iza - raz człowiek wyrwał kobietę, z którą pracował i teraz każdą kolejną
będą mi przypisywali. Panowie, u mnie już nie to zdrowie, serducho coraz gorsze. Iza,
pokaż im obrączkę. Widzicie? Inna niż moja.Moja kuzynka została przy swoim panieńskim nazwisku po prostu.A wy już tu pewnie głupoty wymyślacie, że to moja żona bo Mela was nie odwiedza.
Nie odwiedza, bo się ostatnio kiepsko czuje i nie chce by ją ktoś widział gdy nie jest
w dobrej formie.. Przecież ją dobrze znaliście, nawet złamany paznokieć był powodem do rozpaczy, że to psuje jej wygląd.
Gdy już się wszyscy rozeszli a Iza i jej wujek zasiedli w swoim biurze Iza stwierdziła,
że czuje się zaskoczona tymi wszystkimi planami i wyraziła nadzieję, że teraz już jako
wspólniczka będzie wcześniej znała plany produkcyjne firmy. Bo ona nawet nie jest pewna, czy Jacek będzie mógł z nią jechać w tym terminie i w ogóle chciałaby o wielu sprawach dowiadywać się nieco wcześniej a nie na ostatni moment.
No tak tak, właściwie to masz rację, powinienem był ci to wszystko wcześniej powiedzieć. To wieloletnia praca z Melą u boku nauczyła mnie by nic nie mówić wcześniej, bo ona zawsze coś wypaplała nie w porę i potem były kłopoty.Skorzystałem z okazji, że złamała nogę i miała 2 miesiące zwolnienia, a potem ta noga ją wciąż bolała, więc ją wysłałem na emeryturę. Poprawię się, dziecino, poprawię. Sprawdź tylko czy macie ważne paszporty.
Teraz czekam na wiadomości z Orbisu, bo nie mam zamiaru tłuc się do Włoch własnym samochodem. Wolałbym polecieć samolotem a na miejscu pojeździć autokarem. Co prawda Melunia z całą pewnością wolałaby wycieczkę stacjonarną, np. Warszawa -Rzym, ale mnie jest potrzebna objazdowa tam na miejscu. A co do planów produkcyjnych - zmniejszyły się zamówienia, bo kilka hut nieco zmieniło profil produkcji i są dla mnie konkurencją. Stąd ten pomysł z tą biżuterią - będziemy po prostu produkować półprodukty, ktoś inny będzie to montować a jeszcze ktoś inny tym handlować. I każdy da ludziom zatrudnienie i każdy coś na tym zarobi.Sama widzisz, że wszędzie są powiązania - kupujemy w pobliskiej kawiarni ich produkty, oni kupują nasze popielniczki i wazoniki, ktoś inny sprzedaje im smaczne parówki a kupuje od nich ich wypieki, bo prowadzi bar a klienci nie chcą się odżywiać samymi kanapkami czy sałatkami. Tak się tworzą powiązania biznesowe i kontakty między ludźmi, tak zwane "znajomości". A tak samo uczciwie i ten co ma kawiarnię i ten co ma
bar i ja płacimy podatki. Potem okazuje się, że każdy z nas ma różnych znajomych- jeden w Orbisie, inny w jakiejś księgarni, kolejny znajomą prowadzącą jakiś ośrodek wczasowy.
Sama poznałaś jak to działa- dzwoniłaś do rzemieślniczego ośrodka i nie podałaś na
"dzień dobry" swego nazwiska i dostałaś domek, bo były. Dopóki nie podałaś swego
nazwiska przy rezerwacji i nie przyznałaś się do tego, że jesteś rodziną Meli, byłaś dla
kierowniczki osobą obcą, ale domek wynajęłaś. I jestem pewien, że gdy się dowiedziała o tym, że jesteś rodziną Meli to nie serwowali dla was większych porcji mięsa ani nie robili extra zup na zamówienie.I tak samo jest z innymi sprawami - ci co tylko czasami przychodzą do naszej znajomej kawiarni nie dostają gorszego ciasta bo nie są znajomymi, dostają takie samo jak my. I mogą je również zamówić ma wynos.Tak samo nasze bibeloty znajdziesz w wielu miejscach, również u tych, którzy nie wiedzą, że istnieje nasza firma. Wiem, to z zewnątrz wygląda jak jedna, wielka sitwa, ale to pozory. Obiad rodzinny w Honoratce miał tę samą cenę, niezależnie od tego z czyjego portfela były wyjmowane pieniądze. Gdybyś to ty poszła rezerwować stół na ten weselny obiad też byś to załatwiła, bo na ten termin nie było innych przyjęć. Gdybyś miała ten obiad w okresie świątecznym to pewnie byłby problem - wtedy trzeba zamawiać stół z niemal dwumiesięcznym wyprzedzeniem- kto pierwszy ten lepszy.
A to, że się ktoś z kimś serdecznie wita bo się znają i lubią nie oznacza lewych
interesów.
Drodzy czytelnicy- na razie kończę to pisanie bo muszę ochłonąć ze
wściekłości spowodowanej zmianą, którą nam zafundował Blogger. Nie podoba mi się
taka forma i nie wiem, czy w tym układzie w ogóle będę blogować.
niedziela, 26 lipca 2020
Zastępstwo XIV
Któregoś wieczoru zatelefonowała do Izy Alicja- nie da się ukryć, że bardzo dawno nie
tylko się nie widziały ale i nie rozmawiały ze sobą. Obydwie pracowały, na dodatek
Alicja mieszkała pod Warszawą, więc jak zawsze po pracy było niewiele czasu na
spotkania. Iza zaproponowała, by Alicja przyjechała do nich w najbliższą sobotę i
przenocowała u nich. W dziennym pokoju była przecież sofa na której można było
całkiem wygodnie się przespać. Tym sposobem będą miały dużo czasu by się nagadać,
a w niedzielę Alicja wróci do domu wczesnym popołudniem, żeby nie wędrować
wieczorem przez las. Teoretycznie zawsze wychodził po nią jej pies, ale nie był to jakiś
duży pies obronny, tylko średniej wielkości wielorasowiec.
Zaraz następnego dnia Iza zamówiła w kawiarni na sobotnie przedpołudnie sernik i
tortowy "wynalazek" Mariuszka- torcik orzechowy z kremem czekoladowo-kawowym.
Oczywiście miał to być tort "pełnowymiarowy" a nie mini.
Wizja sobotniej wizyty Alicji zdopingowała ją by dokończyć projekty biżuterii ze szkła.
Zaprojektowała kolczyki ze szkła ze wzorem millefiori i takąż bransoletkę. Oprócz tego
naszyjnik z różnego koloru niedużych serpentynek, broszkę z prostokątnych "beleczek",
wielce "przestrzenną". Postanowiła, że to wszystko wykona też z masy modelarskiej i
pomaluje. Jacek się trochę naśmiewał z tego pomysłu przeniesienia projektu z papieru
na masę modelarską, ale gdy zobaczył efekt końcowy to mu mowę odjęło i stwierdził,
że Iza miała dobry pomysł. Zrobiła też kilka zawieszek o różnych kształtach. Postanowiła,
że do pracy zaniesie wszystko dopiero po pokazaniu tego Alicji. Co dwie pary damskich
oczu to nie jedna.
W sobotę rano pojechała po sernik i torcik. Przy okazji wypiła kawę w towarzystwie
Mariuszka i jego ojca i skonsumowała kolejne dzieło Mariuszka- małe ciasteczka w stylu
włoskim, jak to określił ich twórca.
Wracając do domu dokupiła owoców i lody. Około czternastej miała przyjechać Alicja,
więc Jacek dostał polecenie uporządkowania nieco pokoju dziennego, z czego wywiązał się
całkiem dobrze.
Kilkanaście minut po czternastej zadzwonił domofon- to była Alicja, dopytała się tylko
na które piętro ma wjechać i za kilka minut była na miejscu. I tu mała niespodzianka, bo
nie była sama - towarzyszył jej.....Aleks.
A to niespodzianka ! - powiedziała Iza, spoglądając badawczo na Alicję.Gdy się już
wyściskały i wycałowały Alicja pokazała Izie ręką z pierścionkiem zaręczynowym.
Oooo, a kto jest tym szczęściarzem?- spytała. Alicja wskazała na Aleksa. Teraz to wy
będziecie naszymi świadkami. W grudniu weźmiemy ślub kościelny a w październiku
cywilny. Iza zaciągnęła przyjaciółkę do kuchni - chodź, trochę mi pomożesz przy tym
nakładaniu i noszeniu i przy okazji mi trochę opowiesz.
Od kiedy jesteście parą?- powiedz. Prawie od waszego ślubu - odwiózł mnie wtedy do
domu taksówką, więc za karę musiał zjeść kolację i moja matka stwierdziła, że nie będzie
po nocy leciał przez las do kolejki i niech śpi u nas w gościnnym pokoju. Ojciec mu zaraz
na wstępie oddał kasę za taxi, której Aleks nie chciał przyjąć, szamotali się tak i szamotali
w końcu wziął tę forsę. I tak mniej więcej po miesiącu zatelefonował do mnie do pracy no
i tak jakoś się zeszliśmy.
Hm, to tak jakbyście się zbyt długo nie znali - podsumowała Iza. A co ci o sobie opowiedział?
No, że kochał się w jakiejś Niemce z RFN, że nawet był u niej bo mu przysłała zaproszenie
ale po tym spotkaniu wszystko jakoś bezboleśnie się urwało, bo ona wyjechała do jakiejś
ciotki w Stanach. I uprzedzała, że nie wie czy wróci stamtąd. Aleks pokazał mi nawet jej
zdjęcie- wiesz, taka rudawa blondynka, czyli blond z natury sądząc po niewielkim odroście
widocznym przy przedziałku i "średni kasztan" powyżej, duża, niewiele niższa od Aleksa,
a była w jakichś tenisówkach. Gdyby założyła półszpilki to byłaby równa z nim wzrostem.
Na szczęście ja mogę nosić nawet wysokie szpilki i nadal jestem od niego niższa.
A jaką będziesz miała suknię? Na obstalunek czy coś z wypożyczalni? Na obstalunek. Taka
z podniesioną talią, rozkloszowana w dół i cała spódnica oraz rękawy będą drobno plisowane.
A rękawy będą się rozszerzać dopiero z nad łokcia. A że biust mam raczej mały to nie
będzie dużego dekoltu, tylko tak zwana "poszerzona szyja".
Iza popatrzyła na Alicję i powiedziała- wiesz co, powędruj wpierw po wypożyczalniach
sukien ślubnych bo taka suknia na obstalunek to strasznie droga impreza i są to pieniądze
tzw. wyrzucone w błoto, kreacja na kilka godzin, potem nie ma co z nią zrobić. Teoretycznie
można potem sprzedać, a w praktyce potem wisi w szafie i miejsce zajmuje. Poza tym ja to
miałam zawsze złe doświadczenia z tym szyciem na miarę- jakimś cudem zawsze efekt
końcowy niewiele miał wspólnego z tym co zamawiałam. A tak to przymierzysz suknię
i to nie jedną, możesz wybierać w kilku fasonach i albo kupić albo wypożyczyć.
Alicja zamyśliła się - chyba masz rację, ale to oznacza, że będę musiała wybić tę suknię
mamie z głowy.
No to raczej wybij, zresztą to chyba twój ślub a nie twojej mamy. Mogę z Tobą pobiegać po
salonach ślubnych sukien i coś ci doradzić, żebyś potem wyglądała pięknie a nie "jakoś".
I co się stało Aleksowi, że zgodził się na ten ślub kościelny? Na naszym to rozpływał się
w zachwycie, że ślub tylko cywilny, bo on nie lubi celebry.
No bo wg jego rodziców ważny jest tylko ślub kościelny, a jak na razie to oni go utrzymują.
A poznałaś jego rodziców? Jacy są - fajni?
Poznałam, prywatna inicjatywa.Nie wiem jak ja im się podobałam, ale najbardziej podobał
im się nasz stary dom i ogród. I fakt, że kochany "Aluś" będzie miał zapewnione owoce
prosto z krzaka. Mieszkać to na razie będziemy chyba w kawalerce Aleksa, choć to paskudne
miejsce, bo MDM. Gdy jest słońce to na podłodze w pokoju można usmażyć jajko. Okna
to się raczej nie otwiera, bo straszny kurz i hałas. Jego rodzice mają na Pradze mały sklepik
z galanterią skórzaną. Teoretycznie moglibyśmy mieszkać u nich, ale nie chcemy - stary,
przedwojenny budynek ze śladami wojny i koszmarną klatką schodową z drewnianymi
schodami. Samo mieszkanie duże, ładne, ale w koszmarnej kamienicy.No i dzielnica mi
mi nie odpowiada- miałabym daleko do pracy.A tak to będę miała wreszcie blisko, tylko
2 przystanki tramwajem. Aleks mi mówił, że twój Jacek już obronił magisterkę. Aleks to
jeszcze w lesie z pracą, dobrze, że chociaż ma absolutorium. Zresztą zmienił mu się promotor,
bo ten jego to zachorował i chyba pójdzie na rentę inwalidzką. A zupełnie nie wiadomo, czy
ten drugi zgodzi się z tym co już Aleks napisał. Ale nie napisał jeszcze zbyt wiele, więc może
się zmieni temat pracy.
A Jacek dostał "propozycję nie do odparcia"- pozostania na uczelni i robienia pracy doktorskiej.
Pod koniec najbliższego tygodnia ma dać odpowiedź w tej sprawie. Powiedziałam mu, że sam
musi podjąć decyzję, bo ja się na tym nie znam. Ja na razie pracuję w firmie prywatnej, nie
mam nic wspólnego ani z biotechnologią ani z pracą naukową, natomiast będę wspólniczką
w firmie wujka- pamiętasz go chyba z "Honoratki"? I, być może, pójdę na studia za jakiś czas.
Jacek i Aleks stanęli zgodnie na progu kuchni- może trzeba wam coś pomóc w tym krojeniu
ciasta i parzeniu kawy? Bo już godzinę je kroicie!
Dziewczyny zaczęły się śmiać- no pewnie- weźcie do pokoju talerzyki, sztućce, sernik i tort.
A potem niech każdy sobie naleje kawy tu w kuchni- nie będziemy stawiać dzbanka na stole, bo zabiera dużo miejsca. Dzbanek to był dwulitrowy termos i rzeczywiście zajmował na stole zbyt
wiele miejsca. Miał też jeszcze jeden feler- zawsze z jego "kraniku" kapała kawa więc musiał
stać na tacy.
I sernik i tort wzbudziły zachwyt swym smakiem. Obaj panowie wchłonęli, niczym gąbki wodę,
pokaźne porcje słodyczy.
Aleks z ustami pełnymi ciasta wymamrotał: Aluńka, weź od Izy przepis, to jest pyszne.
Nie mam przepisu, ale mogę podać adres kawiarni, w której kupiłam. Ale nie wiem czy on jest
zawsze, czy tylko w określone dni. A tort to był zrobiony przez mego znajomego na zamówienie,
wyjaśniła Iza. I opowiedziała o Mariuszku-chudzielcu i o tym torcie i o tym, że Mariuszek
pojedzie do Paryża do jakiejś renomowanej szkoły gastronomicznej. Rozmowa zeszła na tematy kulinarne, każde z nich opowiadało co lubi jeść, dziewczyny wyliczały co już potrafią ugotować
i zgodnie doszli razem do wniosku, że przydałby się każdej z nich taki Mariuszek, bo ugotować
to jeszcze każda z nich coś potrafi, ale upiec coś tak pysznego jak ten sernik lub tort- nie.
Pod wieczór Iza zaserwowała kolację opartą na parówkach kupionych przez wujka w prywatnej
masarni, ale tym razem nie powiedziała skąd pochodzą, powiedziała tylko, że kupiła je gdzieś
na Saskiej Kępie wracając do domu.
Około północy Alicja i Aleks wyrazili chęć pójścia już do domu, do którego mieli około 2,5 km.
Akurat tyle, by wszystko w brzuchu się dobrze ułożyło przed snem.
Umówili się, że w którąś niedzielę wyskoczą razem gdzieś w plener samochodem Jacka i Izy.
Gdy Jacek pomagał Izie sprzątać po kolacji, ta go zapytała czy nadal zostawił by ją pod opieką
zakochanego w Niemce Aleksa.
Długo musiał Jacek tłumaczyć Izie, że nic nie wiedział o tym, że nie miał pojęcia o tym, że ta
niemiecka miłość Aleksa to był w sumie niewypał bo przecież Aleks mu się tym zerwaniem
nie pochwalił.
Na koniec Jacek został pouczony, że Iza jest już dużą dziewczynką i w razie jego nieobecności
zawsze sobie sama poradzi.
c.d.n.
tylko się nie widziały ale i nie rozmawiały ze sobą. Obydwie pracowały, na dodatek
Alicja mieszkała pod Warszawą, więc jak zawsze po pracy było niewiele czasu na
spotkania. Iza zaproponowała, by Alicja przyjechała do nich w najbliższą sobotę i
przenocowała u nich. W dziennym pokoju była przecież sofa na której można było
całkiem wygodnie się przespać. Tym sposobem będą miały dużo czasu by się nagadać,
a w niedzielę Alicja wróci do domu wczesnym popołudniem, żeby nie wędrować
wieczorem przez las. Teoretycznie zawsze wychodził po nią jej pies, ale nie był to jakiś
duży pies obronny, tylko średniej wielkości wielorasowiec.
Zaraz następnego dnia Iza zamówiła w kawiarni na sobotnie przedpołudnie sernik i
tortowy "wynalazek" Mariuszka- torcik orzechowy z kremem czekoladowo-kawowym.
Oczywiście miał to być tort "pełnowymiarowy" a nie mini.
Wizja sobotniej wizyty Alicji zdopingowała ją by dokończyć projekty biżuterii ze szkła.
Zaprojektowała kolczyki ze szkła ze wzorem millefiori i takąż bransoletkę. Oprócz tego
naszyjnik z różnego koloru niedużych serpentynek, broszkę z prostokątnych "beleczek",
wielce "przestrzenną". Postanowiła, że to wszystko wykona też z masy modelarskiej i
pomaluje. Jacek się trochę naśmiewał z tego pomysłu przeniesienia projektu z papieru
na masę modelarską, ale gdy zobaczył efekt końcowy to mu mowę odjęło i stwierdził,
że Iza miała dobry pomysł. Zrobiła też kilka zawieszek o różnych kształtach. Postanowiła,
że do pracy zaniesie wszystko dopiero po pokazaniu tego Alicji. Co dwie pary damskich
oczu to nie jedna.
W sobotę rano pojechała po sernik i torcik. Przy okazji wypiła kawę w towarzystwie
Mariuszka i jego ojca i skonsumowała kolejne dzieło Mariuszka- małe ciasteczka w stylu
włoskim, jak to określił ich twórca.
Wracając do domu dokupiła owoców i lody. Około czternastej miała przyjechać Alicja,
więc Jacek dostał polecenie uporządkowania nieco pokoju dziennego, z czego wywiązał się
całkiem dobrze.
Kilkanaście minut po czternastej zadzwonił domofon- to była Alicja, dopytała się tylko
na które piętro ma wjechać i za kilka minut była na miejscu. I tu mała niespodzianka, bo
nie była sama - towarzyszył jej.....Aleks.
A to niespodzianka ! - powiedziała Iza, spoglądając badawczo na Alicję.Gdy się już
wyściskały i wycałowały Alicja pokazała Izie ręką z pierścionkiem zaręczynowym.
Oooo, a kto jest tym szczęściarzem?- spytała. Alicja wskazała na Aleksa. Teraz to wy
będziecie naszymi świadkami. W grudniu weźmiemy ślub kościelny a w październiku
cywilny. Iza zaciągnęła przyjaciółkę do kuchni - chodź, trochę mi pomożesz przy tym
nakładaniu i noszeniu i przy okazji mi trochę opowiesz.
Od kiedy jesteście parą?- powiedz. Prawie od waszego ślubu - odwiózł mnie wtedy do
domu taksówką, więc za karę musiał zjeść kolację i moja matka stwierdziła, że nie będzie
po nocy leciał przez las do kolejki i niech śpi u nas w gościnnym pokoju. Ojciec mu zaraz
na wstępie oddał kasę za taxi, której Aleks nie chciał przyjąć, szamotali się tak i szamotali
w końcu wziął tę forsę. I tak mniej więcej po miesiącu zatelefonował do mnie do pracy no
i tak jakoś się zeszliśmy.
Hm, to tak jakbyście się zbyt długo nie znali - podsumowała Iza. A co ci o sobie opowiedział?
No, że kochał się w jakiejś Niemce z RFN, że nawet był u niej bo mu przysłała zaproszenie
ale po tym spotkaniu wszystko jakoś bezboleśnie się urwało, bo ona wyjechała do jakiejś
ciotki w Stanach. I uprzedzała, że nie wie czy wróci stamtąd. Aleks pokazał mi nawet jej
zdjęcie- wiesz, taka rudawa blondynka, czyli blond z natury sądząc po niewielkim odroście
widocznym przy przedziałku i "średni kasztan" powyżej, duża, niewiele niższa od Aleksa,
a była w jakichś tenisówkach. Gdyby założyła półszpilki to byłaby równa z nim wzrostem.
Na szczęście ja mogę nosić nawet wysokie szpilki i nadal jestem od niego niższa.
A jaką będziesz miała suknię? Na obstalunek czy coś z wypożyczalni? Na obstalunek. Taka
z podniesioną talią, rozkloszowana w dół i cała spódnica oraz rękawy będą drobno plisowane.
A rękawy będą się rozszerzać dopiero z nad łokcia. A że biust mam raczej mały to nie
będzie dużego dekoltu, tylko tak zwana "poszerzona szyja".
Iza popatrzyła na Alicję i powiedziała- wiesz co, powędruj wpierw po wypożyczalniach
sukien ślubnych bo taka suknia na obstalunek to strasznie droga impreza i są to pieniądze
tzw. wyrzucone w błoto, kreacja na kilka godzin, potem nie ma co z nią zrobić. Teoretycznie
można potem sprzedać, a w praktyce potem wisi w szafie i miejsce zajmuje. Poza tym ja to
miałam zawsze złe doświadczenia z tym szyciem na miarę- jakimś cudem zawsze efekt
końcowy niewiele miał wspólnego z tym co zamawiałam. A tak to przymierzysz suknię
i to nie jedną, możesz wybierać w kilku fasonach i albo kupić albo wypożyczyć.
Alicja zamyśliła się - chyba masz rację, ale to oznacza, że będę musiała wybić tę suknię
mamie z głowy.
No to raczej wybij, zresztą to chyba twój ślub a nie twojej mamy. Mogę z Tobą pobiegać po
salonach ślubnych sukien i coś ci doradzić, żebyś potem wyglądała pięknie a nie "jakoś".
I co się stało Aleksowi, że zgodził się na ten ślub kościelny? Na naszym to rozpływał się
w zachwycie, że ślub tylko cywilny, bo on nie lubi celebry.
No bo wg jego rodziców ważny jest tylko ślub kościelny, a jak na razie to oni go utrzymują.
A poznałaś jego rodziców? Jacy są - fajni?
Poznałam, prywatna inicjatywa.Nie wiem jak ja im się podobałam, ale najbardziej podobał
im się nasz stary dom i ogród. I fakt, że kochany "Aluś" będzie miał zapewnione owoce
prosto z krzaka. Mieszkać to na razie będziemy chyba w kawalerce Aleksa, choć to paskudne
miejsce, bo MDM. Gdy jest słońce to na podłodze w pokoju można usmażyć jajko. Okna
to się raczej nie otwiera, bo straszny kurz i hałas. Jego rodzice mają na Pradze mały sklepik
z galanterią skórzaną. Teoretycznie moglibyśmy mieszkać u nich, ale nie chcemy - stary,
przedwojenny budynek ze śladami wojny i koszmarną klatką schodową z drewnianymi
schodami. Samo mieszkanie duże, ładne, ale w koszmarnej kamienicy.No i dzielnica mi
mi nie odpowiada- miałabym daleko do pracy.A tak to będę miała wreszcie blisko, tylko
2 przystanki tramwajem. Aleks mi mówił, że twój Jacek już obronił magisterkę. Aleks to
jeszcze w lesie z pracą, dobrze, że chociaż ma absolutorium. Zresztą zmienił mu się promotor,
bo ten jego to zachorował i chyba pójdzie na rentę inwalidzką. A zupełnie nie wiadomo, czy
ten drugi zgodzi się z tym co już Aleks napisał. Ale nie napisał jeszcze zbyt wiele, więc może
się zmieni temat pracy.
A Jacek dostał "propozycję nie do odparcia"- pozostania na uczelni i robienia pracy doktorskiej.
Pod koniec najbliższego tygodnia ma dać odpowiedź w tej sprawie. Powiedziałam mu, że sam
musi podjąć decyzję, bo ja się na tym nie znam. Ja na razie pracuję w firmie prywatnej, nie
mam nic wspólnego ani z biotechnologią ani z pracą naukową, natomiast będę wspólniczką
w firmie wujka- pamiętasz go chyba z "Honoratki"? I, być może, pójdę na studia za jakiś czas.
Jacek i Aleks stanęli zgodnie na progu kuchni- może trzeba wam coś pomóc w tym krojeniu
ciasta i parzeniu kawy? Bo już godzinę je kroicie!
Dziewczyny zaczęły się śmiać- no pewnie- weźcie do pokoju talerzyki, sztućce, sernik i tort.
A potem niech każdy sobie naleje kawy tu w kuchni- nie będziemy stawiać dzbanka na stole, bo zabiera dużo miejsca. Dzbanek to był dwulitrowy termos i rzeczywiście zajmował na stole zbyt
wiele miejsca. Miał też jeszcze jeden feler- zawsze z jego "kraniku" kapała kawa więc musiał
stać na tacy.
I sernik i tort wzbudziły zachwyt swym smakiem. Obaj panowie wchłonęli, niczym gąbki wodę,
pokaźne porcje słodyczy.
Aleks z ustami pełnymi ciasta wymamrotał: Aluńka, weź od Izy przepis, to jest pyszne.
Nie mam przepisu, ale mogę podać adres kawiarni, w której kupiłam. Ale nie wiem czy on jest
zawsze, czy tylko w określone dni. A tort to był zrobiony przez mego znajomego na zamówienie,
wyjaśniła Iza. I opowiedziała o Mariuszku-chudzielcu i o tym torcie i o tym, że Mariuszek
pojedzie do Paryża do jakiejś renomowanej szkoły gastronomicznej. Rozmowa zeszła na tematy kulinarne, każde z nich opowiadało co lubi jeść, dziewczyny wyliczały co już potrafią ugotować
i zgodnie doszli razem do wniosku, że przydałby się każdej z nich taki Mariuszek, bo ugotować
to jeszcze każda z nich coś potrafi, ale upiec coś tak pysznego jak ten sernik lub tort- nie.
Pod wieczór Iza zaserwowała kolację opartą na parówkach kupionych przez wujka w prywatnej
masarni, ale tym razem nie powiedziała skąd pochodzą, powiedziała tylko, że kupiła je gdzieś
na Saskiej Kępie wracając do domu.
Około północy Alicja i Aleks wyrazili chęć pójścia już do domu, do którego mieli około 2,5 km.
Akurat tyle, by wszystko w brzuchu się dobrze ułożyło przed snem.
Umówili się, że w którąś niedzielę wyskoczą razem gdzieś w plener samochodem Jacka i Izy.
Gdy Jacek pomagał Izie sprzątać po kolacji, ta go zapytała czy nadal zostawił by ją pod opieką
zakochanego w Niemce Aleksa.
Długo musiał Jacek tłumaczyć Izie, że nic nie wiedział o tym, że nie miał pojęcia o tym, że ta
niemiecka miłość Aleksa to był w sumie niewypał bo przecież Aleks mu się tym zerwaniem
nie pochwalił.
Na koniec Jacek został pouczony, że Iza jest już dużą dziewczynką i w razie jego nieobecności
zawsze sobie sama poradzi.
c.d.n.
sobota, 25 lipca 2020
Zastępstwo XIII
Po dwóch miesiącach pracy Iza mogła śmiało powiedzieć, że już całkiem nieźle się
orientuje w sprawach firmy, w której pracuje. Wujek był zachwycony, bo potrafiła
nieco zawstydzić pracujących tam panów i coraz rzadziej latały po pomieszczeniach
firmy nieparlamentarne okrzyki. Było też znacznie czyściej w pokoju socjalnym.
Wujek się nie mógł nadziwić tym zmianom i dopytywał się jak Iza to osiągnęła, bo
on wciąż im zwracał uwagę, ale to nie przynosiło efektów. Iza wzruszyła ramionami-
ty na nich wrzeszczałeś, a ja wpierw ich grzecznie poprosiłam by jeśli już muszą
przeklinać, bo są zdenerwowani, to niech to robią po cichu, bo ja się wśród takich
przekleństw zaczynam bać i denerwować, bo mam wrażenie, że to ja im coś złego
zrobiłam. Potem kilka razy wychodziłam z pokoju zapytać się co się takiego złego
stało.
A jak się pan Waldek skaleczył to mu powiedziałam, że znacznie praktyczniej jest
przyjść do mnie po pomoc niż rzucać mięsem. O właśnie, dziś podjadę do apteki
bo trzeba uzupełnić stan apteczki pierwszej pomocy. Zaraz sobie spiszę co dokupić.
A mogłabyś przy okazji zrealizować moją receptę? - zapytał nieśmiało wujek.
No pewnie- żaden problem, szefie.
Dni upływały szybko, Jacek zdał szczęśliwie ostatni egzamin, miał już absolutorium.
Teraz z wielkim pośpiechem kończył pisanie pracy magisterskiej i co jakiś czas
prosił Izę by przeczytała kolejny fragment i oceniła czy to co napisał jest logiczne.
Co kilka dni spotykał się w laboratorium ze swoim promotorem , który w końcu uznał,
że czas zakończyć pisanie, bo jeszcze trochę i wyjdzie z tego doktorat. Zostało już
tylko przepisanie na maszynie, wydrukowanie, oprawienie oraz złożenie jej. Obrona
była przewidziana na początek czerwca.
Wszystko ma swój kres, studia też. Jacek obronił swą pracę dyplomową. Profesor,
który był jego promotorem namawiał go by koniecznie został na uczelni i pracując
tu zrobiłby doktorat- zdaniem profesora Jacek idealnie nadawał się do podjęcia pracy
naukowej. Jacek poprosił o kilka dni do namysłu czyli do skonsultowania tej decyzji
z Izą, rozejrzenia się na rynku pracy i porozmawiania z kolegami. Iza postanowiła
z tej okazji zamówić obiad rodzinny w pobliskiej restauracji i oczywiście zaprosiła
też wujka i ciocię Melę.
Na dwa dni przed tym obiadem Jacek wpadł na chwilę do swych rodziców i niechcący
podsłuchał rozmowę swej mamy z którąś z jej koleżanek. Gdy wrócił do domu z wielką
niecierpliwością czekał na powrót Izy. Ugotował nawet ryż, pokroił w paski warzywa,
które Iza przygotowała. Jak na złość Iza tego dnia przyjechała niemal godzinę później,
a biedny Jacek już był gotów dzwonić na pogotowie, czy aby nie było jakiegoś wypadku
z jej udziałem. Odetchnął z ulgą, gdy usłyszał zgrzyt klucza w zamku i poszedł do
kuchni wrzucić na patelnię ryż i warzywa. Gdy już jedli poinformował, że ich rodzice
to już zupełnie sfiksowali. Którzy?- zapytała Iza. Twoi czy moi? Cała czwórka, równo.
Wiesz co jest w tej "stodole" na działce? Wiem, warsztat naszych ojców. No to się
moja kochana żono mylisz - tam jest najzwyczajniej w świecie pokój z łazienką dla nas.
Żebyśmy nie wydawali pieniędzy na wakacje tylko je spędzali na działce. A kuchnię
to będziemy mieli w "głównym domu", bo zawsze któraś z mam będzie robiła za
kucharkę. No i jak będzie dziecię na świecie to będzie jak znalazł.I co ty na to? Nieco się
krztusząc Iza wydukała- niedoczekanie! Ja protestuję! No a co ty na to? Ja - tak samo.
Mnie ta działka nosem wychodziła, gdybyś ty tam nie przyjeżdżała to bym jeździł
na obozy. Przecież myśmy stale "wyciekali z domu" i włóczyliśmy się po całym lesie.
Jacek, ale musimy to wszystko jakoś taktownie załatwić - oni nas kochają i chcieliby
nas mieć blisko siebie. Za często do jednych i drugich nie wpadamy. Twoja mama ciągle
mi mówi, że jestem dla niej jak jej własne dziecko. a nie jak synowa. Moi są z natury
mniej serdeczni, ale i twoi i moi czują się rodziną. I wiem, że gdy zdecydujemy się na
dziecko to jedni i drudzy będą najtroskliwszymi pod słońcem dziadkami. I tak jestem
im wdzięczna, że ani słówkiem nie napomykają o produkcji potomstwa.
To my się jednak zdecydujemy na jakieś dziecko? -śmiejąc się zapytał Jacek.
A co? spieszy ci się do wstawania w nocy? Czy tylko spieszy ci się do trenowania owej
czynności sprowadzającej czasem dzieci na świat? O tak, tak wyraźnie czuję, że jestem
straszliwie niedotrenowany. Na razie tylko będziemy trenować, ale zrobimy tak jak
postanowiliśmy - wpierw własne mieszkanie, potem przychówek.
Gdy Iza przepracowała w firmie wujka pół roku, on zdecydował się zostawić ją samą i
pojechał na 3 tygodnie do sanatorium. Trzeba przyznać pracownikom, że przez ten czas
"wychodzili ze skóry" by przypadkiem nie narobić Izie kłopotu. Lubili swego pracodawcę,
lubili też Izę. A Mariuszek dotrzymywał jej towarzystwa podczas śniadania i opowiadał
o swoich kulinarnych wyczynach. Był jeszcze bardzo młodym stworzeniem, naukę miał
zacząć od stycznia, a przez ten czas intensywnie uczył się francuskiego i chemii.
Izie nawet przez myśl nie przemknęło, że "w kuchni" ważna jest też chemia i opowieści
Mariuszka o tym jak to się zmienia struktura wewnętrzna kartofla w zależności od
temperatury i czasu gotowania słuchała niczym bajki o żelaznym wilku. Pomyślała, że
o wiele ciekawsza byłaby chemia w szkole, gdyby podawali właśnie takie wiadomości.
A i gotować by się człowiek nauczył. Iza zastanawiała się tylko jak taka chudzina wystoi
wiele godzin przy kuchni. A Mariuszek codziennie snuł jakieś kulinarne opowieści, np.
o tym, jak dodanie do zwykłej kartoflanki nieco gałki muszkatołowej zupełnie odmienia jej
smak i dodaje szlachetności. Chudzina codziennie opowiadał o jakimś innym daniu a
któregoś dnia oprócz tartinek na nakrytym serwetką biurku wylądował talerzyk z czymś,
co wyglądało jak miniaturowy tort. A co to?- zapytała Iza- wygląda jak torcik. Mariuszek
wyszczerzył się w uśmiechu - bo to jest taki mini torcik, orzechowy z masą czekoladowo
kawową -udał mi się, sam go wymyśliłem. Tylko proszę mi powiedzieć, gdy go pani zje,
czy nie jest za mało słodki.
No to wspaniale, że jest mało słodki, bo ja nie lubię bardzo słodkich ciast i deserów.
Mariuszek promieniał. Muszę coś pani powiedzieć, tylko żeby się pani nie na mnie za to co
powiem nie pogniewała... bo szkoda, że pani tak bardzo rzadko ubiera tę bluzkę w kolorze
królewskiego błękitu. Wygląda w niej pani super!
Iza zaśmiała się - to kolor który podoba się chyba każdemu facetowi. Zdradzę panu jedną
tajemnicę- ubieram ją tylko wtedy gdy jadę załatwiać z mężczyznami jakieś służbowe
zawiłe sprawy.
A gdy ma pani załatwiać jakieś sprawy z kobietami to jak wtedy? w jakim kolorze bluzka?
Szara lub granatowa z jakimś wyraźnym czerwonym akcentem - czerwień dodaje pewności
siebie. Może być jakaś czerwona apaszka albo czerwony naszyjnik i czerwona torebka.
Mariuszek westchnął - a ja niedługo będę wciąż w czarnych spodniach i białym krótkim
kitlu. Mam tylko nadzieję, że mi włosów nie każą ściąć skoro zawsze będą miał je związane
a nie wiszące.
Wujek wrócił z sanatorium nieco odchudzony i w dobrym nastroju.
Przepytał Izę o sprawy firmy, porozmawiał z pół godziny z pracownikami, wysłuchał
opowieści Izy o Mariuszku i nie mógł się nadziwić, że on taki rozmowny, bo dotychczas
był przekonany, że Mariuszek to nawet pięciu zdań nie skleci.
Poinformował Izę, że zacznie załatwiać jej "wejście w rolę wspólnika", że wspólnik wnosi
do spółki często wkład nie w postaci gotówki ale nawet samej pracy, a Iza wniesie do niej
swoją pracę oraz nieduży wkład pieniężny. A jak to wszystko załatwią to zamkną na dwa
tygodnie zakład, wszyscy będą mieli urlop w tym samym czasie a Iza z Jackiem i on z Melą
pojadą na wakacje do Włoch. Może jakaś objazdowa wycieczka nam się trafi - popytam się,
w Orbisie, mam tam dobrego znajomego- poinformował Izę.
Dziś wieczorem do niego zadzwonię to jutro będzie odpowiedź. Jeśli twój Jacek nie będzie
mógł lub chciał jechać to pojedziemy w trójkę. Powiedz mi czy masz książeczkę PKO?
A jeśli masz, to zdradź mi ile masz pieniędzy na koncie. Iza udzieliła wujkowi potrzebnych
informacji. Usłyszawszy kwotę pokiwał z zadowoleniem głową i powiedział, że jest już
umówiony z prawnikami na następny wieczór i za kilka dni Iza podpisze z nim umowę.
Gdy usiłowała dowiedzieć się coś więcej usłyszała- przecież, dziecinko, wszystko będzie
legalne, zapewniam cię.
Nie miałabyś ochoty zaprojektować trochę biżuterii ze szkła weneckiego? No wiesz,
narysować, naszkicować od razu kredkami na bloku? Dasz radę?
Postaram się wydusiła z siebie wielce zdziwiona Iza. A na kiedy mam to zrobić?
Jak najszybciej będziesz mogła. Przecież umiesz rysować, miałaś nawet dodatkowe zajęcia
plastyczne w szkole, co się bardzo podobało twojej mamie.
c.d.n.
orientuje w sprawach firmy, w której pracuje. Wujek był zachwycony, bo potrafiła
nieco zawstydzić pracujących tam panów i coraz rzadziej latały po pomieszczeniach
firmy nieparlamentarne okrzyki. Było też znacznie czyściej w pokoju socjalnym.
Wujek się nie mógł nadziwić tym zmianom i dopytywał się jak Iza to osiągnęła, bo
on wciąż im zwracał uwagę, ale to nie przynosiło efektów. Iza wzruszyła ramionami-
ty na nich wrzeszczałeś, a ja wpierw ich grzecznie poprosiłam by jeśli już muszą
przeklinać, bo są zdenerwowani, to niech to robią po cichu, bo ja się wśród takich
przekleństw zaczynam bać i denerwować, bo mam wrażenie, że to ja im coś złego
zrobiłam. Potem kilka razy wychodziłam z pokoju zapytać się co się takiego złego
stało.
A jak się pan Waldek skaleczył to mu powiedziałam, że znacznie praktyczniej jest
przyjść do mnie po pomoc niż rzucać mięsem. O właśnie, dziś podjadę do apteki
bo trzeba uzupełnić stan apteczki pierwszej pomocy. Zaraz sobie spiszę co dokupić.
A mogłabyś przy okazji zrealizować moją receptę? - zapytał nieśmiało wujek.
No pewnie- żaden problem, szefie.
Dni upływały szybko, Jacek zdał szczęśliwie ostatni egzamin, miał już absolutorium.
Teraz z wielkim pośpiechem kończył pisanie pracy magisterskiej i co jakiś czas
prosił Izę by przeczytała kolejny fragment i oceniła czy to co napisał jest logiczne.
Co kilka dni spotykał się w laboratorium ze swoim promotorem , który w końcu uznał,
że czas zakończyć pisanie, bo jeszcze trochę i wyjdzie z tego doktorat. Zostało już
tylko przepisanie na maszynie, wydrukowanie, oprawienie oraz złożenie jej. Obrona
była przewidziana na początek czerwca.
Wszystko ma swój kres, studia też. Jacek obronił swą pracę dyplomową. Profesor,
który był jego promotorem namawiał go by koniecznie został na uczelni i pracując
tu zrobiłby doktorat- zdaniem profesora Jacek idealnie nadawał się do podjęcia pracy
naukowej. Jacek poprosił o kilka dni do namysłu czyli do skonsultowania tej decyzji
z Izą, rozejrzenia się na rynku pracy i porozmawiania z kolegami. Iza postanowiła
z tej okazji zamówić obiad rodzinny w pobliskiej restauracji i oczywiście zaprosiła
też wujka i ciocię Melę.
Na dwa dni przed tym obiadem Jacek wpadł na chwilę do swych rodziców i niechcący
podsłuchał rozmowę swej mamy z którąś z jej koleżanek. Gdy wrócił do domu z wielką
niecierpliwością czekał na powrót Izy. Ugotował nawet ryż, pokroił w paski warzywa,
które Iza przygotowała. Jak na złość Iza tego dnia przyjechała niemal godzinę później,
a biedny Jacek już był gotów dzwonić na pogotowie, czy aby nie było jakiegoś wypadku
z jej udziałem. Odetchnął z ulgą, gdy usłyszał zgrzyt klucza w zamku i poszedł do
kuchni wrzucić na patelnię ryż i warzywa. Gdy już jedli poinformował, że ich rodzice
to już zupełnie sfiksowali. Którzy?- zapytała Iza. Twoi czy moi? Cała czwórka, równo.
Wiesz co jest w tej "stodole" na działce? Wiem, warsztat naszych ojców. No to się
moja kochana żono mylisz - tam jest najzwyczajniej w świecie pokój z łazienką dla nas.
Żebyśmy nie wydawali pieniędzy na wakacje tylko je spędzali na działce. A kuchnię
to będziemy mieli w "głównym domu", bo zawsze któraś z mam będzie robiła za
kucharkę. No i jak będzie dziecię na świecie to będzie jak znalazł.I co ty na to? Nieco się
krztusząc Iza wydukała- niedoczekanie! Ja protestuję! No a co ty na to? Ja - tak samo.
Mnie ta działka nosem wychodziła, gdybyś ty tam nie przyjeżdżała to bym jeździł
na obozy. Przecież myśmy stale "wyciekali z domu" i włóczyliśmy się po całym lesie.
Jacek, ale musimy to wszystko jakoś taktownie załatwić - oni nas kochają i chcieliby
nas mieć blisko siebie. Za często do jednych i drugich nie wpadamy. Twoja mama ciągle
mi mówi, że jestem dla niej jak jej własne dziecko. a nie jak synowa. Moi są z natury
mniej serdeczni, ale i twoi i moi czują się rodziną. I wiem, że gdy zdecydujemy się na
dziecko to jedni i drudzy będą najtroskliwszymi pod słońcem dziadkami. I tak jestem
im wdzięczna, że ani słówkiem nie napomykają o produkcji potomstwa.
To my się jednak zdecydujemy na jakieś dziecko? -śmiejąc się zapytał Jacek.
A co? spieszy ci się do wstawania w nocy? Czy tylko spieszy ci się do trenowania owej
czynności sprowadzającej czasem dzieci na świat? O tak, tak wyraźnie czuję, że jestem
straszliwie niedotrenowany. Na razie tylko będziemy trenować, ale zrobimy tak jak
postanowiliśmy - wpierw własne mieszkanie, potem przychówek.
Gdy Iza przepracowała w firmie wujka pół roku, on zdecydował się zostawić ją samą i
pojechał na 3 tygodnie do sanatorium. Trzeba przyznać pracownikom, że przez ten czas
"wychodzili ze skóry" by przypadkiem nie narobić Izie kłopotu. Lubili swego pracodawcę,
lubili też Izę. A Mariuszek dotrzymywał jej towarzystwa podczas śniadania i opowiadał
o swoich kulinarnych wyczynach. Był jeszcze bardzo młodym stworzeniem, naukę miał
zacząć od stycznia, a przez ten czas intensywnie uczył się francuskiego i chemii.
Izie nawet przez myśl nie przemknęło, że "w kuchni" ważna jest też chemia i opowieści
Mariuszka o tym jak to się zmienia struktura wewnętrzna kartofla w zależności od
temperatury i czasu gotowania słuchała niczym bajki o żelaznym wilku. Pomyślała, że
o wiele ciekawsza byłaby chemia w szkole, gdyby podawali właśnie takie wiadomości.
A i gotować by się człowiek nauczył. Iza zastanawiała się tylko jak taka chudzina wystoi
wiele godzin przy kuchni. A Mariuszek codziennie snuł jakieś kulinarne opowieści, np.
o tym, jak dodanie do zwykłej kartoflanki nieco gałki muszkatołowej zupełnie odmienia jej
smak i dodaje szlachetności. Chudzina codziennie opowiadał o jakimś innym daniu a
któregoś dnia oprócz tartinek na nakrytym serwetką biurku wylądował talerzyk z czymś,
co wyglądało jak miniaturowy tort. A co to?- zapytała Iza- wygląda jak torcik. Mariuszek
wyszczerzył się w uśmiechu - bo to jest taki mini torcik, orzechowy z masą czekoladowo
kawową -udał mi się, sam go wymyśliłem. Tylko proszę mi powiedzieć, gdy go pani zje,
czy nie jest za mało słodki.
No to wspaniale, że jest mało słodki, bo ja nie lubię bardzo słodkich ciast i deserów.
Mariuszek promieniał. Muszę coś pani powiedzieć, tylko żeby się pani nie na mnie za to co
powiem nie pogniewała... bo szkoda, że pani tak bardzo rzadko ubiera tę bluzkę w kolorze
królewskiego błękitu. Wygląda w niej pani super!
Iza zaśmiała się - to kolor który podoba się chyba każdemu facetowi. Zdradzę panu jedną
tajemnicę- ubieram ją tylko wtedy gdy jadę załatwiać z mężczyznami jakieś służbowe
zawiłe sprawy.
A gdy ma pani załatwiać jakieś sprawy z kobietami to jak wtedy? w jakim kolorze bluzka?
Szara lub granatowa z jakimś wyraźnym czerwonym akcentem - czerwień dodaje pewności
siebie. Może być jakaś czerwona apaszka albo czerwony naszyjnik i czerwona torebka.
Mariuszek westchnął - a ja niedługo będę wciąż w czarnych spodniach i białym krótkim
kitlu. Mam tylko nadzieję, że mi włosów nie każą ściąć skoro zawsze będą miał je związane
a nie wiszące.
Wujek wrócił z sanatorium nieco odchudzony i w dobrym nastroju.
Przepytał Izę o sprawy firmy, porozmawiał z pół godziny z pracownikami, wysłuchał
opowieści Izy o Mariuszku i nie mógł się nadziwić, że on taki rozmowny, bo dotychczas
był przekonany, że Mariuszek to nawet pięciu zdań nie skleci.
Poinformował Izę, że zacznie załatwiać jej "wejście w rolę wspólnika", że wspólnik wnosi
do spółki często wkład nie w postaci gotówki ale nawet samej pracy, a Iza wniesie do niej
swoją pracę oraz nieduży wkład pieniężny. A jak to wszystko załatwią to zamkną na dwa
tygodnie zakład, wszyscy będą mieli urlop w tym samym czasie a Iza z Jackiem i on z Melą
pojadą na wakacje do Włoch. Może jakaś objazdowa wycieczka nam się trafi - popytam się,
w Orbisie, mam tam dobrego znajomego- poinformował Izę.
Dziś wieczorem do niego zadzwonię to jutro będzie odpowiedź. Jeśli twój Jacek nie będzie
mógł lub chciał jechać to pojedziemy w trójkę. Powiedz mi czy masz książeczkę PKO?
A jeśli masz, to zdradź mi ile masz pieniędzy na koncie. Iza udzieliła wujkowi potrzebnych
informacji. Usłyszawszy kwotę pokiwał z zadowoleniem głową i powiedział, że jest już
umówiony z prawnikami na następny wieczór i za kilka dni Iza podpisze z nim umowę.
Gdy usiłowała dowiedzieć się coś więcej usłyszała- przecież, dziecinko, wszystko będzie
legalne, zapewniam cię.
Nie miałabyś ochoty zaprojektować trochę biżuterii ze szkła weneckiego? No wiesz,
narysować, naszkicować od razu kredkami na bloku? Dasz radę?
Postaram się wydusiła z siebie wielce zdziwiona Iza. A na kiedy mam to zrobić?
Jak najszybciej będziesz mogła. Przecież umiesz rysować, miałaś nawet dodatkowe zajęcia
plastyczne w szkole, co się bardzo podobało twojej mamie.
c.d.n.
Subskrybuj:
Posty (Atom)