niedziela, 4 października 2020

Samo życie

 Obudził go natarczywy dźwięk dzwonka u drzwi wejściowych. Otworzył gwałtownie oczy, wciąż niezbyt przytomny. W pokoju panował półmrok. Rzucił dookoła wzrokiem- nie był pewien czy ten dzwonek słyszał naprawdę czy może  mu się tylko przyśnił. W kilka sekund później znów rozległ się dzwonek. Zerknął na zegarek- dochodziła godzina 23,00. Wstał z kanapy, na której nie wiedząc nawet kiedy zapadł w sen i pocierając zdrętwiały kark ruszył do drzwi wołając: już idę, idę! 

Otworzył drzwi nie zerkając  nawet w wizjer i wpadł w przerażenie - na wycieraczce stał jego sześcioletni synek w piżamce, ale z plecaczkiem na plecach i wypchaną plastikową reklamówką.  Wojtek rozejrzał się nadal niezbyt przytomny i zapytał: synuś, a gdzie mama?  Nie wiem- odpowiedział malec. Oszukała  mnie, powiedziała, że nigdzie nie wyjdzie, ale nie ma jej w domu,  to ja też wyszedłem.

Zdumiony Wojtek wciągnął dziecko do mieszkania a sam wyjrzał jeszcze na klatkę schodową by upewnić się, że dziecko przyszło samo, a nie z matką. Wrócił do mieszkania, pomógł dziecku pozbyć się plecaczka, sprawdził czy nie jest wychłodzony, wziął małego na ręce i poszedł z nim do pokoju. Posadził na kanapie, usiadł obok, przytulił.

No to teraz opowiedz mi co się stało- powiedział spokojnie, choć myśli kotłowały mu się w głowie. Dlaczego do mnie  nie zatelefonowałeś wpierw, przecież mogło mnie nie być w domu więc jakbyś wrócił z powrotem do mamy?  Nie wróciłbym, poszedłbym do babci Joli- wyjaśniło dziecko.   No ale do babci nie jest blisko, to w innej dzielnicy. Mógłbyś zabłądzić. I jakbyś tak wędrował po  mieście w piżamce? 

Mały sięgnął do zewnętrznej  kieszeni plecaczka i wyciągnął klucze - wziąłem klucze od domu, widzisz tato? Widzę synku, widzę. Zaczekaj, muszę zatelefonować do kogoś.

Podszedł do telefonu i wykręcił numer swego przyjaciela. Przepraszam cię, ale przyjedź do mnie natychmiast, to strasznie ważne i pilne. I weź ze sobą dyktafon.

Tata, ja chcę u ciebie  mieszkać, mama często zostawia mnie samego w domu na noc, a ja się boję.  Gdy idę  spać to mama jest, a potem budzę się w nocy i jej nie ma w domu.

Mówiłem mamie, że chcę u ciebie  mieszkać, ale mama powiedziała, że ty mieszkasz teraz z panią, która nie lubi dzieci. I że sąd postanowił, że mam  mieszkać z nią a nie z tobą, bo ty często wyjeżdżasz w delegacje. No ale gdy ty wyjedziesz to ja mógłbym wtedy spać u babci Joli albo babcia by tu spała ze mną,  perorował jak nakręcony. 

Wojtkowi z lekka pociemniało w oczach. Synku, przecież widzisz, że tu żadnej pani nie ma, mieszkam sam, a jeżeli kiedyś  jakaś pani tu zamieszka to będzie to taka pani, która będzie lubiła dzieci a  ciebie będzie kochała, nie tylko lubiła.

Rozmowę z dzieckiem przerwało przyjście przyjaciela Wojtka, który własnym kluczem otworzył  mieszkanie. Panowie wymienili się już dość dawno kluczami- przyjaźnili się od wielu lat.  Janek wszedł do pokoju i od progu rzucił- a już myślałem, że znów ci dysk wyskoczył. Cześć Misiu, dawno cię nie widziałem, urosłeś sporo - powiedział przytulając chłopca.  Wziąłeś sprzęt? - zapytał Wojtek. Tak mam przy sobie. Janek usiadł obok chłopca i zapytał : a czemu ty Misiu nie  śpisz w swoim łóżeczku a jesteś u taty? Mama cię tu  podprowadziła?  Mały zerknął  na swego tatę i z wyraźną dumą w głosie powiedział- nie, mamy nie ma w domu, mówiła, że  nigdzie nie wyjdzie, ale mnie oszukała i wyszła z domu. To ja też wyszedłem i poszedłem do taty. I zobacz wujek, mam nawet klucze do mieszkania i zamknąłem drzwi na dolny zamek. To dobrze zrobiłeś, że zamknąłeś je  na dolny zamek. A dzwoniłeś wpierw do taty, żeby sprawdzić czy jest w domu? Chłopczyk przecząco pokręcił głową i znacznie ciszej, już bez dumy w głosie  powiedział- nie,  nie telefonowałem, bo gdyby taty nie było poszedłbym sobie do babci Joli. Babcia zawsze jest w domu od wieczora do rana. Misiu, a ty często zostajesz sam w domu na noc? Mama ci mówi wieczorem, że wychodzi z domu? Raz mi powiedziała, ale strasznie długo płakałem i mama na mnie nakrzyczała, że jestem mazgaj, bo wszystkie dzieci zostają w nocy same w swoim domu i że ona przecież wychodzi tylko na kilka godzin, dwie lub trzy i wraca do domu. Więc mam spać a nie ryczeć.  Janek zerknął na zegarek - już północ, powinieneś Misiu już spać. Posłuchaj- myślę, że zrobimy tak - ja tu zostanę z Tobą, obaj pójdziemy spać, dasz tacie swoje klucze i tata pojedzie do mieszkania twojej mamy i tam na nią zaczeka. Bo przecież gdy mama wróci i cię nie znajdzie w łóżeczku to się strasznie zdenerwuje i zadzwoni po policję, żeby cię szukali. Jak chcesz to dosuniemy twoje łóżko do łóżka w którym ja będę spał i możesz mnie nawet trzymać za rękę. Powiedz mi tylko czy takie rozwiązanie ci odpowiada, czy nie będziesz się  bał zostać tu ze mną. Chłopczyk się uśmiechnął - nie musimy się trzymać za ręce, nie będę się bał spać  w swoim łóżku gdy ty wujku  będziesz spać w tym samym pokoju. A opowiesz mi coś na dobranoc? Opowiem, zapewnił go Janek. Ale  rozumiesz- taty nie będzie w domu, pójdzie do mieszkania  twojej mamy i tam na nią zaczeka. Więc jak się rano obudzisz to ja będę obok, a nie twój tata.

W piętnaście minut później chłopczyk słuchał opowieści o pewnej kociej rodzinie, a jego tata wędrował  do mieszkania swej byłej żony. W jego kieszeni spoczywał sprzęt do nagrywania rozmów, a on się zastanawiał co się stało, że ich miłość gdzieś uleciała w Kosmos a mały człowiek przez to wszystko cierpi.

Osiedle wyglądało jak zamarłe, w większości mieszkań już nie świeciły się światła. W głębi duszy podziwiał swe dziecko, że samo, o tak późnej porze odważyło się iść ulicami. Trochę się dziwił, że nikt małego nie widział, bo przecież tak na zdrowy rozum, to taki dzieciak wędrujący późnym wieczorem w piżamce, z plecaczkiem powinien kogoś zainteresować. Ale być może, że akurat  nikt tędy nie szedł, a być może, że  mały wędrował  " na skróty" przez podwórka i plac zabaw.

Tak jak się spodziewał Marzeny nie było w domu. Włączył telewizor, przejrzał kasety z filmami i jedną z nich wrzucił do magnetowidu. Po 10 minutach wyłączył bo oglądanie po raz "nasty" serii nagranych "dobranocek" nie działało na niego  dobrze. Z łóżeczka Michasia wziął poduszkę i położył się na wersalce. Był zmęczony, dzień wcześniej wrócił z zagranicy.  Rozmyślał,że właściwie to powinien wystąpić do sądu o odebranie  Marzenie opieki nad  synkiem. Jak będzie trzeba to nawet pracę zmieni, a może mama mu trochę początkowo pomoże nim się wszystko unormuje.

Około 3 nad ranem wróciła Marzena. Nim weszła do pokoju, w którym leżał na wersalce Wojtek poszła do łazienki i wzięła prysznic. Wchodząc do pokoju zapaliła światło i aż krzyknęła na widok Wojtka -  o Boże, co się stało? Michał chory? Wojtek przecząco pokręcił głową - nie , nie chory ale jest u mnie w mieszkaniu. To ty powiedz co tu się dzieje, że zostawiasz dziecko nocą samo i gdzieś buszujesz  niemal do świtu.

Ojej, wielkie mi co - nie było mnie trzy  godziny i tyle krzyku. Wszyscy rodzice zostawiają dzieci w tym wieku same w domu. A co, telefonował po ciebie? 

Wojtek zaciskając mocno pięści i powtarzając w myśli " spokój, spokój, nie daj się sprowokować" powiedział - nie, nie telefonował, po prostu sam do mnie przyszedł, w piżamce, z plecaczkiem i plastikową reklamówką , w której przyniósł zapasowe ubranie. A ciebie w domu nie ma od dawna, bo 3 godziny to ja tu siedzę. Sądzę, że powinnaś trochę odpocząć od opieki nad Michasiem, wezmę go na dwa tygodnie w góry. Wyjedziemy pewnie pojutrze. Bądź tak miła i albo mi teraz daj dla niego rzeczy na te dwa tygodnie, albo jutro będę musiał zrobić rajd po sklepach i coś mu dokupić.

No proszę, jaśnie pan raczy wziąć dziecko gdzieś na urlop. Nad morze, w góry czy na Mazury? Weź go, nie ma sprawy, zobacz jak to fajnie być stale z gnojkiem, któremu się  buzia nie zamyka i o wszystko się kłóci. A tak w ogóle, to nawet nie wiesz czy to twoje dziecko, czy może kogoś innego.

Słuchaj Marzena- doskonale wiem, że dziecko jest moje, a tego rodzaju wątpliwości mogłaś przedstawić w sądzie, zrobiliby badania genetyczne. Poza tym możesz się zrzec sądownie opieki nad nim, to żaden problem.

Oooo, na to nie licz, za dobre  alimenty mi płacisz. Szkoda ich tracić- roześmiała się głośno i pokazała Wojtkowi język. Idź do pokoju  małego i sam wybierz z szafy  to co uważasz, że mu będzie potrzebne. Nie jestem twoją służącą drogi tatusiu  Michasia.

Gdy Wojtek wybierał rzeczy dla dziecka stała w drzwiach i mamrotała - muszę pilnować żebyś mi czegoś  nie zwinął przy okazji. Potem na chwilę wyszła i wróciła z  niedużą walizką. No i weź jeszcze kalosze dla niego. Oooo, fajnie wreszcie odpocznę od smarkacza.

Wojtek cały czas milczał, bo bał się, że gdy się odezwie to skończy się to wszystko awanturą, a w jego  kieszeni  dyktafon cały czas wszystko nagrywał.

                                                  ciąg dalszy nastąpi


P.S.

I jak zwykle- dajcie  znak życia po przeczytaniu  ;) lub ;(



środa, 9 września 2020

Z pamiętnika żony taternika -III

wtorek/ marzec
Wróciliśmy z Zakopca. Pogoda była znośna, brakowało słońca, śnieg był i to sporo.
Znów mieszkaliśmy na Grunwaldzkiej, z wyżywieniem u Rzemieślników. W tym samym czasie
była w Zakopcu  moja koleżanka. A. szlifował stok  a my krążyłyśmy po dolinkach Reglowych. Wyniosło nas  na Kalatówki, minęłyśmy je  i z rozpędu doczłapałyśmy się aż na Halę Kondratową. Wypiłyśmy w schronisku herbatę  z cytryną i pomału poszłyśmy do domu. A. w międzyczasie skończył szlifowanie stoku i ogromnie się zdenerwował, że mnie jeszcze nie ma w domu.
Oczywiście  nie znalazł kartki  z informacją, że wybieramy się na Kalatówki , bo zostawiłam ją
na swoim  łóżku a nie na środku pustego stołu. No ale nawet gdyby znalazł to też  by się zdenerwował, bo przecież poszłyśmy dalej i to nam wydłużyło czas pobytu poza domem. A tak
się nam dobrze dreptało, że pokusiło nas by iść dalej.
No cóż, przecież nie  biegam po śniegu, zwłaszcza w dół idę znacznie wolniej niż w górę by
sobie tego rozpirzonego kolana bardziej nie rozpirzyć, więc trochę nam  zeszło nim wróciłyśmy.
Strasznie  się na mnie wydzierał, że jeszcze trochę a wysyłałby po nas TOPR. Wysłuchałam,
powiedziałam grzeczniutko, że przepraszam i że przecież mógł się domyśleć, że z Kalatówek
to jednak jest kawałek drogi, a my jeszcze poszłyśmy na Kondratową... Wtedy wrzasnął, że
przecież  nie wiedział gdzie jestem, więc pokazałam mu na swoje  łóżko i dużą kartkę na nim.
Zatkało biedaka.
Byłam raz  na biegówkach, ale nie zachwyciła mnie ta zabawa. Szkoda, że nie było nart śladowych.
I wcale nie jestem pewna czy to dobra  dla mnie zabawa  śladówki lub biegówki. Ale A. marzy żebym jeździła razem z nim, na zjazdówkach. Chce nawet zainwestować w sprzęt dla mnie.
Na razie się twardo bronię, wolę jednak chodzić na własnych nogach.
Latem pojedziemy do Bułgarii na dwa tygodnie, w drugiej połowie  sierpnia.

niedziela/ wrzesień
Kocham Bułgarię. Było świetnie.Całe dwa tygodnie  cudnej pogody, plaża w Albenie piękna,
zaliczyliśmy kilka fajnych  wycieczek, woda cieplutka. Bałtyk ze swą zimną wodą odpada.
Ale wolałabym następnym razem nie jechać pociągiem- straszny mozół. Właściwie calutką
podróż w obie strony przeleżałam, bo paniom w przedziale nie chciało się składać  łóżek.

piątek, grudzień
Umarł ojciec A. Chyba  nigdzie w tej zimy nie pojedziemy, jest masa wydatków. Może
pojedziemy w lecie na dwa tygodnie do Bułgarii we wrześniu, a w lipcu na 10 dni do
Zakopanego.

niedziela/ lipiec
Wróciliśmy z Zakopca. Znów dałam plamę. Tym razem była wyprawa na Świnicę.
Po prostu zlekceważyłam sygnał ostrzegawczy. Gdy się schyliłam nad Zmarzłym Stawem by
nabrać wody do butelki, poczułam dość znajomy ból w prawym podżebrzu.
Ale machnęłam ręką, słówkiem A. o tym nie pisnęłam. Nie pierwszy raz  mnie  bolało.
3 metry od szczytu Świnicy "wysiadłam" - nie byłam w stanie zrobić ani jednego kroku
więcej. A. spojrzał na mnie zdziwiony, bo zamarłam w jakiejś dość dziwacznej pozie.
No idź dalej....ale zaraz zamilkł i zapytał co się stało.
Pokazałam ręką na miejsce w którym mnie straszliwie kłuło i bolało.  Pomógł mi się dowlec
 kawalątek od ścieżki i usadził na kamieniu. Zostaniesz tu, a ja polecę na Kasprowy i wezwę
TOPR. Zaprotestowałam- o nie! nie zostanę tu sama z tym tłumem turystów zdobywających
Świnicę. Odpocznę i pomalutku pójdę dalej, dalej do Kasprowego nie ma dużych podejść, jest       gdzie  przysiąść i odpocząć nikomu nie tarasując drogi. Posiedziałam jeszcze na tym kamieniu,
potem pomaleńku, żółwim tempem poszliśmy  na Kasprowy Wierch. A. chyba jeszcze nigdy
w życiu nie szedł tak wolno.  Na Kasprowym wypiłam gorącą  herbatę, posiedziałam trochę i
 zjechałam poza kolejnością na dół.
W trzy dni później byłam na Kościelcu, bez  żadnego problemu.

środa/wrzesień
Wróciliśmy  z Bułgarii, tym razem byliśmy w Słonecznym Brzegu. Było super, tym bardziej
że nie pojechaliśmy sami a "całą zgrają", w trzy pary.  Było wesoło, pogoda  świetna, żarcie
jak to w Bułgarii, raczej paskudne, cały czas brałam leki na  pęcherzyk żółciowy, ale i tak
bawiłam się świetnie. W obie strony lecieliśmy samolotem- to jednak wygodniej.
A. też zadowolony z pobytu w Bułgarii, jednak ciepłe morze jest lepsze niż zimny Bałtyk.

niedziela/luty
Wczoraj wróciliśmy z Zakopca. A. uczył mnie jazdy na zjazdówkach. Skutek opłakany.

poniedziałek/ kwiecień
Dziś byłam na RTG- mam  złamaną kość krzyżową z przemieszczeniem. Bonus- dłuuugie,
bardzo długie zwolnienie lekarskie. Zakaz noszenia więcej niż jednego kilograma.
Rehabilitacja trzy razy w tygodniu. Mankament- spanie na desce.
Kolejny bonus - mam wspaniałego rehabilitanta i równie wspaniałego chirurga- ortopedę.
Na rehabilitacji spędzam  3- 4 godziny, czyli w tygodniu mam 9- 12 godzin rehabilitacji,
bo przy okazji rehabilitacją mam objęte i to rozpirzone kolano. Trochę mnie podreperują, ale
za  jakiś  czas pewnie to kolano pójdzie pod nóż, ale dopiero gdy się całkiem zablokuje.
Na razie chodzę statecznie.
Narty  odpadają, niezależnie od tego jakiego typu.
Ortopeda i rehabilitant zastanawiają się intensywnie co za  idiota przyjął mnie do baletu gdy
byłam dzieckiem. Bo  to kolano to pamiątka z pierwszego roku nauki w szkole baletowej.
Po kontuzji musiałam się rozstać z tą szkołą. Były łzy, ale dość szybko zrozumiałam, że nie
wszystko złoto co się świeci- żywot baletnicy jest krótki i naprawdę ciężki, z całą masą różnych
ograniczeń dotyczących trybu życia. Jedyny pożytek  - przyzwyczaiłam się do porannej
"rozgrzewki", ale muszę ją zmienić - zamiast w pionie mam to robić  leżąc.

czwartek/koniec sierpnia
Wczoraj wróciliśmy z Zakopca. Ten sierpień był pogodowo do bani. Na dole wciąż lało, na
górze śnieżyło. Na polu namiotowym, koło którego codziennie przechodziliśmy zaczęły znikać namioty. Jedni "odporni" wytrzymali na nim 3 dni dłużej od innych.  Nie powiem że fajnie jest
chodzić w deszczu po Zakopcu, bo nie jest. Gdy wreszcie przestało padać A. postanowił, że
"przejdziemy się" przez Zawrat do Morskiego Oka. Na Zawracie leżał mokry śnieg, było
bardzo ślisko. Szłam pierwsza i poślizgnęłam się, ale nie upadłam, tylko mi jedna  noga uciekła,
co udało mi się jednak skorygować. Umiejętności nabyte w  balecie czasem jednak procentują -
wg mnie to tylko wyglądało groźnie, ale A. strasznie się zdenerwował - na szczęście nic nie
powiedział mi tam, dopiero w schronisku w Morskim Oku.
Wróciliśmy z Morskiego w cywilizowany sposób, czyli autobusem.Na śliskim to i wibramy nie
trzymają.
Spotkaliśmy w Zakopcu ......mojego rehabilitanta. Ja się ucieszyłam,  A. chyba nie za bardzo.
Zwłaszcza, że zostałam z  miejsca zaproszona na rehabilitację do ośrodka sportowego. Panowie
popatrzyli na siebie dość wrogo, M. stwierdził, że znów jakoś dziwnie chodzę i powinnam jednak
przyjść na kilka zabiegów. Najzabawniejszy był tekst typu "żona pewno panu nie powiedziała że
chodzenie po górach nie jest dla niej najbardziej wskazaną rozrywką, bo uparta z niej kobieta" i tu
nastąpiło wyliczenie czego nie powinnam robić. Gdy M. skończył "wyliczankę", A. teatralnie
westchnął i powiedział :  "aż dziw, że jeszcze  wolno jej oddychać".
W domu usłyszałam od A., że M. cały czas się we mnie wgapiał, no więc mu wyjaśniłam, że M. ma
100 razy lepsze dziewczyny ode mnie a ze swoimi pacjentkami nie romansuje i niech sobie A. zda
sprawę z tego, że M. widział mnie nie jeden raz prawie nagą i jakoś mnie nie uwiódł. Bo to jednak
kobieta decyduje kto będzie jej kochankiem, mężem, partnerem, przyjacielem. No a M. jest moim
tylko i wyłącznie przyjacielem i A. powinien się cieszyć, że na tym ten kontakt między nami polega.
No a że facet jest przystojny, to fakt, ale nie rzucił mi się na szyję, nie wycałował i nie  zaoferował
swych usług  randkowych, jak jemu pewna dziewoja.
Taaa, zemsta jest rozkoszą  bogów. Wreszcie się odegrałam!
Do końca pobytu chodziłam  na zabiegi, A. siedział w tym czasie w kawiarni ośrodka sportowego.  I nawet był zadowolony, bo spotkał swego kolegę, który był tu na obozie kondycyjnym.
Z wyczynów górskich miałam jeden sukces - zaliczyłam Kominy Tylkowe. Po raz pierwszy się
naprawdę bałam bo na Kominach była mgła, było  ślisko bo to wapień a nie granit, ścieżka była wąziutka, z lewej ściana, której dotykałam ramieniem, z prawej przepaść. Nienawidzę mgły, ona
mnie wręcz obezwładnia. Nadeszła gdy już zaczęliśmy trawersować turniczki. Gdy skończyliśmy trawersowanie byłam  mokra z emocji - po raz pierwszy bałam się w górach.
Wieczorem opowiedziałam wszystko M.- orzekł, że mój mąż ma świra, ale mnie też jednak odbija.
Naprawdę sporo się napracował by mi rozluźnić wszystkie mięśnie- na tej niewygodnej kozetce
leżałam półtorej godziny, w tym było kilka  zabiegów fizykoterapii, w czasie których M. gdzieś
wychodził.
W domu A. mi powiedział., że M. go opieprzył, że taką "wątliznę" ciąga po górach i że M. go
cały czas pouczał. Nie  wytrzymałam- uświadomiłam A., że on też należy do tych, którzy każdego
pouczają i że widocznie mam farta do zadawania się z takimi facetami.
I powiedziałam, że ja to mam dodatkowo całe wykłady nt. metod rehabilitacji, już nawet nieco się
nauczyłam kilku technik jak sobie pomóc.
M. mi się  zwierzył, że chce na stałe wyjechać z Polski.Trochę mnie to zasmuciło. Dlaczego zawsze
wyjeżdżają ci najlepsi?

marzec
Byliśmy tydzień w Zakopcu, mieszkaliśmy w ośrodku górniczym. Luksus całą gębą. Drugie śniadanie "na wynos", obiad z przystawką, podwieczorek z ciastem domowym. A. jeździł  na nartach, a ja leniłam się na  leżaku na balkonie. Dużo spałam, korzystałam z basenu i masaży. M. już wyjechał z kraju. Mam nadzieję, że mu się powiedzie, to naprawdę dobry fachowiec. Chodziłam tylko do Dolinek Reglowych, raz byliśmy na Słowacji w Szczyrbskim Plesie- tam jest cudnie. Trzeba się chyba zainteresować tą Słowacją- tam jest o niebo lepsza infrastruktura.
Zaczęłam bardziej uważać na to jak i dokąd chodzę, no bo kto w razie czego postawi mnie na  nogi?

wrzesień
Byliśmy znów w Bułgarii. Nie ma to jak cieplutka woda i opalanie ciała smarowanego oliwą.
Czułam się jak  mięso smażone na oliwie. Poza tym byliśmy też u znajomych  Bułgarów w Sofii.
Sofia ładna, Bułgarzy bardzo, bardzo mili, ale ich jedzenie  zdecydowanie mi nie służy.
Schorowałam się koszmarnie.

I tu się pamiętnik urywa. Od siebie mogę dodać, że taternik  z żoną przez 12 lat regularnie jeździli
w góry- czasem 2 razy w roku, czasem tylko raz, bo morze, zwłaszcza ciepłe, też nęciło.
Potem zdecydowali się na dziecko, żona taternika bedąc w połowie ciąży też  dalej dreptała po
górach, zimą. Potem była długa przerwa i powrót zimą w Tatry gdy dziecko miało 3 lata.
Potem bywali w Słowackich Tatrach, gdzie  faktycznie była lepsza infrastruktura i nawet taniej niż
w Polskich Tatrach.
                                          
                                                            KONIEC







Z pamiętnika żony taternika -II

 wtorek /lipiec/
Jedziemy za dwa tygodnie na dwa tygodnie  nad jezioro koło Łącka. Kupiliśmy ponton, będziemy
mieli czym pływać.
niedziela/ lipiec/
Było nieźle. Dwa tygodnie codziennie na wodzie. Przydał się ponton. Po raz pierwszy widziałam
z bliska kurki wodne. Zabawna  malizna. Poza tym byliśmy w Płocku.
Katedra jeszcze z XII wieku, przebudowana w latach 1901-1903, bo obiekt  groził zawaleniem.
Jest trójnawowa, z dwiema wieżami, kopułą, czterema  bocznymi kaplicami, dwiema zakrystiami,
skarbcem i kapitularzem. Kiedyś miała drzwi z brązu wykonane w Magdeburgu, ale zniknęły-
ponoć jeszcze w XIII wieku biskupi płoccy sprezentowali je księciu nowogrodzkiemu  Szymonowi
Lingwenowi, bratu Władysława Jagiełły.  Dużo do zobaczenia jest w tej Katedrze.

piątek/sierpień
A. zarezerwował dla nas dwa tygodnie w Zakopanem - zimą. Może będzie  fajnie. Kupię sobie biegówki - może. Ale on będzie  zjeżdżał - nawet ma  już narty. Może być ciekawie, on  na stoku, ja na nartach na ścieżce Pod Reglami.

niedziela/wrzesień
Byliśmy tydzień w Zakopcu. Super kwatera- cichutkie miejsce, parter w willi na Zwierzynieckiej, wyjście z pokoju wprost do ogrodu. A pokój to drobne 30 m i własna łazienka.
Rano śniadanie do pokoju - reszta posiłków na mieście.
Byłam na Granatach - jak zwykle był cyrk- bo tak wyglądają wakacje z inwalidką. Nie mogłam
sforsować jednej przeszkody na ścieżce - nakombinowałam się bardziej niż koń pod górę i byłam
zdecydowana raczej spaść z tej ścianki niż się wycofać. Udało się, ale co się przy okazji A . najadł
strachu to już przy nim zostało. Przetuptałam przez wszystkie  trzy  Granaty, załapałam się na Kozie
Czuby i piargiem, z duszą na ramieniu, w żółwim tempie dotarłam do  Koziej Dolinki. Wszystko mnie bolało, a do domu był jeszcze  kawał drogi. Coś skubnęłam w schronisku, A. zjadł coś dość
konkretnego i tym razem  zeszliśmy przez kawałeczek Upłazu i Jaworzynkę do dolnej stacji
kolejki linowej  i poczłapaliśmy do domu. Padłam niczym nieboszczyk na łóżko - dostałam dreszczy
i.....temperatury 38,7.  A. nie mógł wyjść ze stanu zdziwienia- on już odpoczął w czasie obiadu
w schronisku, ja tam prawie nic nie zjadłam, nie byłam nawet w stanie w  domu napić się herbaty, jedyne co mogłam to rozebrać się i wpakować do łóżka. No cóż, takiej  "modelki" to on jeszcze nie
spotkał. Był przyzwyczajony do dziewczyn, które po wycieczce  szły na piwo, a potem na tańce.
A tu taki "numer"!  Twierdził, że nie  kładł się do północy, bo podejrzewał, że mnie  się może tylko
pogorszyć i trzeba będzie do mnie wzywać pogotowie. A ja przespałam calutką noc niczym zdrowe
niemowlę i obudziłam się  już o 7 rano z bardzo dobrym objawem - głodem i...bez zakwasów.
I nawet mleko wypiłam bez obrzydzenia , rzecz dziwna sama w sobie.
W ramach odpoczynku wybraliśmy się do Olczyskiej i całkiem dobrze mi się wędrowało. A. się
jednak porządnie poprzedniego dnia wystraszył i co chwilę się dopytywał czy aby nie jestem zmęczona. W drodze powrotnej zahaczyliśmy  o coś w rodzaju kawiarenki, gdzie do kawy podawali
truskawki z bitą śmietaną - taką wiejską, pełnotłustą. I dziwnym trafem nie odchorowałam tej
śmietany, co w Warszawie było normą. Po południu A. stwierdził, że chyba mi kupi wibramy bo one
mają lepsze podeszwy i lepiej chronią kolana.
Poszliśmy następnego dnia do Doliny Małej Łąki i przez Przysłop Miętusi do Doliny Kościeliskiej,
skąd wróciliśmy już do Zakopca autobusem. A. co chwilę się dopytywał czy aby nie jestem zbyt zmęczona. Chyba dotarło do niego jaką cholerną słabiznę wziął za żonę.
W ramach dnia odpoczynku byliśmy na Gubałówce, wpierw odstawszy niemal godzinę w kolejce do
kolejki. Nie powiem, żeby wizyta na Gubałówce była wielkim przeżyciem - denerwujący jest ten
tłum turystów, no ale  widok na Giewont  i Tatry całkiem przyjemny dla oka.
W nocy w Zakopcu zaczął padać deszcz, w górach....śnieg. Pobielały Tatry. Było cholernie zimno, ale i tak trafiła się nam niezła pogoda. Dobrze, że przezornie wzięłam z domu szalik i rękawiczki.
Zawsze w sierpniu trafia się w górach śnieg , taka ich  uroda.

środa/jeszcze marzec
Wczoraj wróciliśmy z Zakopanego. Mieszkanko mieliśmy fajne, tym razem na Grunwaldzkiej, wyżywienie  całodzienne po sąsiedzku w domu wypoczynkowym  rzemieślników. Jedzenie super-
smaczne, świeżutkie, czysta b. ładna sala jadalna, zawsze do kolacji było również ciasto -wyrób
własny. Na kwaterze mieliśmy do dyspozycji również kuchnię, dom był solidnie ogrzewany, zawsze
ciepła woda. Pokój z dużym  balkonem, słoneczny. Do Rzemieślników mieliśmy raptem 5 minut
drogi i to pomiędzy domami. Pojechaliśmy tym razem z parą naszych przyjaciół. Nasi mężowie
szaleli na nartach, my w tym czasie szlajałyśmy się po Dolinkach Reglowych. Stwierdziłam, że góry zimą bardziej mi odpowiadają niż latem. To jest coś- leżeć w kostiumie bikini na dwóch cieplutkich
kocach na leżaku, trzeci koc do ewentualnego przykrycia  gdyby nagle chmury zakryły  słońce,
dookoła śnieg, w oddali  Tatry Wysokie w śniegu, a  my się byczymy na słońcu i brązowiejemy
pomału. Chyba całą zimę  mogłabym tak przebąblować na tym leżaku i słońcu, co jakiś czas
zerkając na panoramę Tatr. Po kolacji na ogół wybieraliśmy się  na "tarło", czyli na Krupówki- poprzechadzać się w tłumie wczasowiczów, wpaść na lody lub na wino, czasem "na dziko" na  dancing. A czasem zaszaleć i dołączyć się do jakiegoś kuligu. Pogoda  cały czas była świetna, nasi
mężowie zachwyceni bo mogli  się na tych nartach wyszaleć do woli. Wróciliśmy do Warszawy
wypoczęci i zadowoleni.

sobota/ luty
W tym roku nici z zimowego wyjazdu. Idę do szpitala na operację.

sobota/ koniec marca
Ja się tak nie bawię - to miała być niemal kosmetyczna operacja z gatunku "lekka,łatwa i przyjemna"
niczym muzyka rozrywkowa.  Zamiast tego umierałam podobno na  stole operacyjnym - tego to nie
pamiętam. Ale pamiętam, że ostatnie klamry zakładano mi już "na żywca" jednocześnie wybudzając.
Ktoś stukał mnie w czoło i pytał jak się czuję - jestem zmęczona bardzo- odpowiedziałam, bo jedyne
co czułam to straszliwe zmęczenie. W odpowiedzi usłyszałam- "my też, dałaś nam do wiwatu". O tym, że umierałam dowiedziałam się wczoraj, od A. Będę w poniedziałek w szpitalu na kontroli to się o to zapytam lekarza.

środa/ koniec  marca
No byłam na kontroli. Chirurgicznie niby wszystko ok, mam przeciętą lewą strunę głosową i usuniętą przypadkiem lewą przytarczyczkę.  Zapisali mnie do przychodni foniatrycznej na rehabilitację, żebym mogła normalnie mówić. Ale jak twierdzą Arabowie milcząca kobieta jest na wagę złota.
No i w tym sezonie powinnam  na  cały miesiąc wyjechać nad morze- ze względów zdrowotnych.
No to się A. ucieszy niczym żaba  na  Saharze. I 4 lata nie zachodzić w ciążę - to mi bardzo pasuje.

niedziela/ lipiec
Wróciliśmy znad Bałtyku -pogoda była tylko w dwa dni - w dzień przyjazdu i w dniu wyjazdu. Jakiś
koszmar. Jeśli było powyżej +12 to padało, gdy poniżej - świeciło słońce. Cały czas chodziliśmy
w ciepłych kurtkach. Gorzej- tam nie było gdzie chodzić. Plażą do Trzęsacza i z powrotem. Rozdawali nam codziennie po wiaderku węgla by palić w domku  w piecu. Codziennie jedliśmy po kolacji ryby wędzone zapijając winem lub wódką. Dobre, że byliśmy z przyjaciółmi, przynajmniej
było z kim porozmawiać.

sobota/grudzień
Wyjeżdżamy na święta i Sylwestra do Zakopanego. A. nie bierze nart. Ciekawe jaka będzie pogoda,
a może być różnie - fajnie lub nie.
A. bardzo intensywnie pracował, jest bardzo zmęczony.Nie mamy nic załatwionego, ale na dworcu
będzie pełno naganiaczy, zawsze się coś znajdzie. Wyjedziemy rano w wigilię, wrócimy w Nowy Rok wieczorem. Jest nam zupełnie obojętne gdzie będziemy mieszkać.

sobota/styczeń
Było cudownie. Funkcjonowaliśmy w cyklu 12-godzinnym - 12 godzin snu, 12 godzin "czuwania".
Góry zimą to jest to co lubię. Całymi dniami chodziliśmy. Poszliśmy nawet na Kopieńce, bo byliśmy
w Olczyskiej.Nie zapomnę chyba do końca swych dni tych widoków. Było mnóstwo śniegu, w dzień
-20 i suchutkie powietrze, słońce od świtu.  Na Hali  Kopienickiej wyglądało tak, jakby ktoś rozrzucił
diamenty. Wszystkie cienie miały różne odcienie niebieskiego, odleglejsze drzewa były w kolorze
fioletu. Gdybym na własne oczy nie  widziała rano termometru nie uwierzyłabym, że jest mróz i to
spory. Chodziliśmy z  gołymi głowami, bez rękawiczek, ja to nawet w rozpiętej futrzanej kurtce, w której było mi akurat - nie pociłam się, nie  marzłam. Znaleźliśmy  malutką polankę otoczoną skałkami i jałowcami. Siedzieliśmy na mojej kurtce rozebrani do pasa grzejąc plecy. Było super. Nikogo oprócz nas nie było  na tej trasie - ani w Olczyskiej ani na Kopieńcach. Następnego dnia
podjechaliśmy do Kościeliskiej i przez Przysłop Miętusi powędrowaliśmy do Doliny Małej Łąki.
W Kościeliskiej było trochę ludzi, ale idąc  do Małej Łąki nie spotkaliśmy nikogo, w Małej Łące
też było pusto. Tylko śnieg, słońce i my. To było niesamowite. Pognało nas też do Chochołowskiej
 wpadliśmy na pomysł przejścia przez Iwanicką Przełęcz do Kościeliskiej. Śniegu było szalenie
dużo, ale ktoś już tędy przechodził i daliśmy radę przejść. Trochę to trwało i z Kościeliskiej już
pojechaliśmy do Zakopanego autobusem. A. był wręcz  zachwycony, że tak dzielnie chodzę i nic
mnie nie dusi. No wszak dlatego trafiłam pod nóż chirurga - wycięto to  co mnie  dusiło.Szkoda tylko
że źle wykonane badania poprzedzające operację sprawiły że była tak ciężka, bo mieli chirurdzy
sporą niespodziankę gdy  mnie "otworzyli". W Sylwestra byliśmy na Gubałówce, żeby podziwiać
zimową panoramę Tatr. Trochę pomarudziliśmy na leżakach.  Było widać, że zmienia się pogoda,
"góry dymiły", czyli wiał tam wiatr i porywał w górę śnieg. Z Gubałówki zeszliśmy per pedes.
Pogoda  się psuła w tempie postępu geometrycznego. Nadchodził halny.

                                                                    c.d.n.


wtorek, 8 września 2020

Z pamiętnika żony taternika

piątek, wieczór
Jutro będzie ciężki dzień - rano o 10,00 ślub cywilny,  potem o 18,00 ślub w kościele,
o 21,00 wyjeżdżamy nocnym pociągiem do Zakopanego.
Pierwszy raz będę w Tatrach.  Będziemy mieszkać na Bystrem- nic mi to nie  mówi.
Nie  znam Zakopanego, choć przez ostatnie pół roku często o nim słyszę. Tu gdzie
wynajął dla  nas pokój często wcześniej mieszkał z kumplami.
No nic, muszę odświeżyć swą czerń Igotintem i chyba spać w lokówkach.

piątek,wieczór
Dwa tygodnie  minęły.
Na  retoryczne skądinąd pytanie "no i jak po ślubie, lepiej?" odpowiadam -"lepiej nie,
ale częściej".
Do Zakopanego  dojechałam pół żywa, gdy wysiedliśmy z pociągu była 6 rano i było
cholernie zimno, a poprzedni dzień w Warszawie zdychaliśmy z upału.
On świeżutki, pełen entuzjazmu, ja trzęsąca  się z zimna pomimo ciepłego swetra.
Pojechaliśmy na to Bystre dorożką konną, co zupełnie  nie wywołało mego entuzjazmu.
Pamiętam owe pojazdy z dzieciństwa, gdy taksówki były w Warszawie rzadkością i brało
się dorożkę konną.
I miałam chyba pecha, bo koń ciągnący dorożkę którą jechałam poślizgnął się na kostce
bazaltowej.
I było to na skrzyżowaniu Al. Jerozolimskich i Marszałkowskiej. Koń się najzwyczajniej
w świecie wywalił, pociągając dorożkę, z której my omal nie wypadliśmy, zrobił się tumult,
a ja znienawidziłam ten rodzaj pojazdów i zaczęłam się bać koni.
Całą drogę na Bystre musiałam wysłuchiwać co właśnie mijamy, co widać na  pierwszym
planie, co na dalszym- siedziałam zmarznięta podzwaniając zębami i marzyłam tylko o tym
by się owinąć ciepłym kocem lub kołdrą i zasnąć.
A. patrzył się  na mnie jak na egzotyczne zwierzątko, które nie wiadomo czemu szczęka
zębami, zamiast pełną piersią  rozkoszować się lodowatym, świeżym powietrzem.
Wreszcie doczłapaliśmy się do celu tej podróży, jeszcze tylko napiliśmy się gorącej herbaty
i mogłam owinąć się kołdrą i zasnąć.
Dopiero wieczorem z lekka odżyłam i dotarło do mnie, że kwatera tak naprawdę jest jak dla
mnie "osobliwa", bez kanalizacji, łazienki, toalety.
Gdy coś na ten temat miauknęłam, dowiedziałam się, że przecież on z kumplami zawsze tu
mieszkał, myli się  na podwórku pod pompą, no ale dla mnie to on  nawet zagrzeje w kuchni
wodę i mogę się myć w pokoju. A w następnym sezonie to wynajmiemy już gdzie indziej
kwaterę, no bo rzeczywiście, ta nie jest chyba jednak dla mnie  najlepsza.
Następnego dnia zostałam przewleczona  na Krzeptówki, bo A. uznał, że musi mnie pokazać
swemu "mentorowi górskiemu" , przewodnikowi górskiemu, Józefowi Krzeptowskiemu  oraz
Staszkowi z Lasa, który go uczył wspinania się z liną.
Co za ulga- zostałam przez obu zaakceptowana.
Ciekawe co by było, gdybym się im nie spodobała- rozszedł by się ze mną "teraz -zaraz czy
zaraz potem?"
Ja się do gór nie nadaję -zero zdrowia i kondycji. Na Krzeptówki i z powrotem  to szliśmy
Ścieżką pod Reglami,  nawet się nie zmęczyłam, ale następnego dnia dałam plamy.
Przed południem zostałam przegoniona do centrum Zakopanego bo A. wpadł na pomysł, że
MUSZĘ  mieć na nogach pionierki a nie wygodne szmaciaki typu tenisówki lub  np. klapki.
Z pełnym poświęceniem klęczał koło mnie w sklepie, macając gdzie kończą mi się palce
w bucie i nie mogąc się nadziwić, że wszystkie te  pionierki nie są dla mnie wygodne skoro
po mieście godzinami chodzę w wysokich szpilkach. No fakt, pewnie to dziwne dla faceta.
Mój biedny mąż przeżył przez te dwa tygodnie  niejedno wstrząsające zdarzenie-po tym dniu
zakupów doszedł do wniosku, że przedrepczemy na Hagę czyli na Halę Gąsienicową i tam
zjemy obiad w schronisku.
I gdyby nie fakt,  że wybrał drogę przez Dolinę Jaworzynki wszystko byłoby zapewne dobrze,
ale jego zdaniem droga Boczaniem i Upłazem była nudna, Jaworzynką - ciekawsza.
No rzeczywiście była ciekawsza- mniej więcej w połowie  Jaworzynki zaczęłam  się po prostu
dusić, nie miałam czym oddychać.
Posiedziałam na  kamieniu pół godziny, w dalszym ciągu czując się jak ryba wyciągnięta z wody,     ale nadal brakowało mi powietrza.
Przerażony A. wpadł wreszcie po rozum do głowy i zarządził odwrót. Im bliżej byliśmy wylotu  Jaworzynki  tym było mi łatwiej  oddychać.
I wtedy  mój mąż  doznał olśnienia- Jaworzynka jest dość głęboką  i wąską dolinką, cały dzień
ostro operowało w niej słońce wypalając w niej tlen.
I zamiast jeść obiad w schronisku na Hali Gąsienicowej zjedliśmy obiad  "U Zosi"- barszcz
czerwony z fasolą i niebywałą wprost ilością pieprzu oraz pierogi z mięsem.
Ale na  Hali Gąsienicowej byłam w dwa dni później - tym razem szliśmy Boczaniem i Upłazem. Polubiłam Halę Gąsienicową i to schronisko- miło było.
Zwiedziłam "obowiązkowo"  wszystkie  Dolinki Reglowe. Dla mnie najpiękniejsza z nich to
Dolina Małej Łąki.
W Strążyskiej, w schronisku był kot, pers,który nikomu nie pozwalał usiąść na ławie, na której on siedział- rzucał się z pazurami na intruza. A na Kalatówkach był cudny, olbrzymi  bernardyn- tak wielkiego jeszcze nie widziałam.
Pojechaliśmy też do Doliny Kościeliskiej, następnego zaś  dnia do Chochołowskiej.
Z obu wracaliśmy do Zakopanego per pedes. Trochę się zmęczyłam.
Miałam też krótkotrwały romans z wiewiórką - byliśmy na kwaterze, gdzie w tym samym czasie co my, był  przyszywany wujek A. I tam, na podwórku "dorwała"mnie na wpół oswojona wiewiórka - po prostu wskoczyła na mnie i uznała, że może sobie po mnie pobiegać . A ja stałam i darłam się "zabierzcie ją ode mnie" i wreszcie podszedł jakiś człowiek, wyciągnął rękę, coś do niej zagadał i mały rudzielec przeskoczył na niego. Pozadzierała mi mała paskuda sweter.
Jednego popołudnia A. zaprosił mnie do "ekskluzywnej" kawiarni JANOSIK. No nie wiem, chyba mam inne pojęcie ekskluzywności- obrazy na ścianach to nie ekskluzywność gdy ci podają niezbyt  świeżą szarlotkę do kawy, której też do najwyższej jakości wiele brakowało.
Polska to mały kraj- spotkaliśmy  jednego z szefów A., z żoną. Mili ludzie - on z lękiem wysokości
i przestrzeni, ona z nawrotami dolegliwości błędnika,  czyli niespodziewanymi zawrotami głowy.
Poczułam się niemal zdrowa  z moim rozpirzonym kolanem i dolegliwościami  tarczycowymi, tudzież z tymi po przebytej żółtaczce wszczepiennej.
Ciekawostka - koło schroniska na Ornaku rzuciła się memu mężowi na szyję jakaś dziewoja  obcałowując go i tytułując Jurkiem. A. miał głupią minę i usiłował jej wytłumaczyć, że nie jest Jurkiem. To wszystko jedno - zaćwierkała- cieszę się, że cię spotkałam - zapewniła go radośnie.
Już nie chodzę z Olkiem, możemy się umówić - ciągnęła dalej.
Nie wyrobiłam - wskazując palcem na wciąż  nieco ogłupiałego A. powiedziałam- nie możecie, on się ożenił i spodziewa się  poza tym dziecka.
Wzięłam A. pod rękę i pociągnęłam za sobą.
Ale ja jej naprawdę nie znam- zaczął mówić, ale przerwałam- chodź, w sądzie się będziesz tłumaczył. Teraz idziemy do domu, pić mi się chce.
Do domu było daleko,  więc po drodze wytłumaczyłam  A., że ja się nie wypytywałam go
o to kto i na jakiej  zasadzie był z nim, więc  niech mi się nie tłumaczy, skoro nie ma  z czego.
O Bożenie też mi nie musi mówić, bo o tym to już wiem od innych - w końcu jakby na to nie
spojrzeć to ożenił się ze mną, chociaż mu sama mówiłam, że ze mnie to materiał na żonę jest
raczej kiepski - prac domowych nie lubię, gotować nie potrafię.
No i poza tym cały czas wiedział, że góry i ja  to jakby nie ta sama bajka, bo tego nie ukrywałam.
Nie ukrywałam też faktu, że nie należę do tych co to zarzucą sobie na plecy 20 kg, podejdą pod
ścianę na którą właśnie wspina się ukochany i zaczekają  aż zejdzie na dół, albo założą uprząż
 i pójdą w ślad  za nim. Miał do wyboru -wspinaczki albo mnie - zero wspinaczkowe i górskie.
A  skoro wybrał mnie, to ja liczę na jego lojalność  wobec mnie.
Dobrze, że za dwa dni stąd wyjeżdżamy.
Nienawidzę fizycznego zmęczenia.
                                                                          c.d.n.

P.S.
Jak  zwykle - proszę o znaczki ;) lub ;(, lubię  wiedzieć, że ktoś to czytał.

wtorek, 18 sierpnia 2020

Zastępstwo - XXX

Dzięki  rozlicznym znajomościom Fabia sprawę kupna-sprzedaży udało się zamknąć
w zaledwie  szesnaście dni. To był cud nad Adygą, jak się śmiał Fabio. Mieszkanie
stało się własnością Fabio i wujka.
Pierwszy ruch, który Fabio wykonał z tej okazji to była wymiana zamka w drzwiach
wejściowych. Trochę się Iza dziwiła, ale Fabio powiedział, że nie wie ile było kluczy
pasujących do tego zamka, bo to mieszkanie  było zgłoszone do wynajęcia, więc jest
pewne, że były do niego z całą pewnością trzy komplety kluczy, a może i cztery, a oni
dostali tylko dwa komplety. Więc zamiast dociekać ile tych kompletów było, lepiej
jest wymienić zamek i dorobić cztery komplety kluczy. Dwa wezmą od razu Iza i Jacek,
po jednym Fabio i wujek.
Drugim krokiem była wizyta u dozorcy- Fabio przedstawił mu się, mówiąc, że jest nowym
właścicielem, jednocześnie wskazał Izę i Jacka jako nowych użytkowników, którzy będą
tu mieszkać od połowy września. Jak długo? Jak długo będą chcieli. A ten profesor  -  tu
wskazał na Jacka, będzie  tu pracował naukowo na  Uniwersytecie.
Niespodziewany awans na profesora nieco ubawił Jacka, ale starał się nie roześmiać.
Fabio prosił by dozorca zwrócił uwagę na  mieszkanie nim tu przyjadą Jacek i Iza.
Jednocześnie wręczył dozorcy swą wizytówkę, jak również zlecił zamówienie tabliczki
na drzwi mieszkania z nazwiskami i imionami ich obojga oraz wręczył mu kopertę mówiąc,
że to kwota na związane  z tym wydatki, a gdy Fabio  przyjedzie we wrześniu to się rozliczą.
Jeszcze uregulowali należność za wynajęcie garażu, który był....własnością  pana dozorcy                   który zapisał sobie, że zarezerwowany jest dla "professor   Jacek  B., citroen, 15.IX."
Z Werony pojechali do domu  Fabia skąd za dwa dni odlatywali rano do Zurichu, a późnym
popołudniem do Warszawy. Dla obojga zaczęły się nieco obłędne dni- krążenie pomiędzy
włoską ambasadą, a szykowaniem rzeczy osobistych na wyjazd, spisywanie listy mienia
przesiedleńczego, wizyty w Urzędzie celnym. Teraz to się Iza cieszyła, że ma tam już na
miejscu całe wyposażenie kuchni i zastawę , z pościeli  brali ze sobą tylko bieliznę
pościelową i 4 lekkie, ale bardzo ciepłe koce z wielbłądziej wełny zamiast dwóch kołder,
2  swoje ulubione małe poduszki, bo te, które tam były na wyposażeniu planowali dać
do pokoju "gościnnego". Każde z nich szykowało sobie też "biblioteczkę", odwiedzali też
Empik kupując nowe książki. Każde z nich miało dwie listy tego co pakowali do pudeł.
Jedna była dla  urzędu celnego, druga dla nich, żeby wiedzieli gdzie co mają. Wujek miał
rację -nie było sensu wysyłać tego przez UPS, tyle tylko, że musieli wziąć celnika do domu
by sprawdził zawartość wywożonych pudeł i opieczętował je.
Przyjechała bardzo miła młoda celniczka, przeczytała listy, z grubsza przejrzała zawartość
pudeł i powiedziała, że gdyby jeszcze coś ze sobą zabierali, to niech  do niej zatelefonują,
a ona   przyjedzie. Wypytywała Izę do jakiego miasta jadą, zachwyciła się, że do Werony,
że ona  tam jeszcze nie była ale jest pewna, że kiedyś pojedzie.
Iza co tylko mogła to załatwiała jeszcze wujkowi, wzięła transita na myjnię i przegląd,
odkupiła formalnie  służbowego citroena, odwiedziła kilku lekarzy - specjalistów, umówiła
się z Alicją i Aleksem na "wieczorek pożegnalny". Przetłumaczyła u tłumacza przysięgłego
wszelkie posiadane dokumenty, zwłaszcza te dotyczące jej kariery zawodowej, świadectwa
ukończenia  kilku różnych kursów dokształcających z dziedziny rehabilitacji. Zostawili też
kilka upoważnień notarialnych dla wujka.
Trochę się wszyscy posmęcili w czasie tego pożegnalnego spotkania , a Alicja była bardzo
ciekawa, co przez czas pobytu  Jacka i Izy w Weronie będzie się działo z tym mieszkaniem
 w Warszawie, bo oni chcą kawalerkę Aleksa komuś wynająć, a sami wynająć za te pieniądze
plus jakaś dopłata, coś większego. Iza  zaraz zatelefonowała do wujka czy na czas ich
nieobecności w Polsce wynajął by to mieszkanie przyjaciółce Izy. Wujek tylko zadał jedno
pytanie- czy Izie na tym zależy, bo jeśli tak, to oczywiście, niech wynajmą, a on przyrzeka
Izie, że z nich "nie zedrze" za wynajem.  Iza umówiła więc Alicję  na następny dzień
w firmie wujka, mówiąc, że nie wie czy przy tym będzie, bo ma kilka spraw do załatwienia
na mieście, no ale przecież mogą te sprawy bez niej omówić.
Bez trudu dogadała się Alicja z  wujkiem, przy okazji wspomniała też, że chce zmienić
pracę. Gdy do biura wróciła Iza, Ala jeszcze była bo  wujek przedstawiał jej jaką by miała
pracę u niego. Co prawda nie dostałaby samochodu służbowego, bo właśnie się firma go
pozbyła z powodu odejścia Izy, no ale mogłaby dojeżdżać do pracy komunikacją miejską,
bo to nie jest wcale daleko. A do urzędów to będzie  jeździł wujek, bo jakiś czas minie
nim Alicja wszystko "załapie". No i będzie mogła zacząć pracę od pierwszego października.
Iza  zostawiała wszystko w idealnym porządku,  wszystkie  dokumenty  były posegregowane,
segregatory opisane, nie było żadnych zaległości.
Rodzice obojga  dość ciężko przeżywali fakt, że "kochane dzieci" wyjeżdżają i już zapowiedzieli,
że nie przyjadą na święta  Bożego Narodzenia  do Polski. Samochód odpada, bo zima, samolot
z kolei to zbyt droga impreza.
A tak naprawdę to już byli umówieni na te święta z Fabio i wujkiem, że je spędzą u Fabia.
Mela już  wyjechała do córki, kawałek drogi pokonała promem, resztę pociągiem a telefonując stamtąd  powiedziała, że spędzi tam święta i  Nowy Rok. I nie wie kiedy wróci, bo zimą to trochę trudniej podróżować po Szwecji a ona samolotem nie wróci.
I stąd zrodził się pomysł świąt w Treviso.
Na trzy dni przed wyjazdem do Werony do Warszawy niespodziewanie przybył....Fabio.
Po prostu doszedł do wniosku, że skoro jadą w dwa samochody a jest do tego tylko trzech
kierowców, a ze względów bezpieczeństwa powinno ich być czterech, to czym prędzej przybył
jako "ten czwarty do brydża".  Wujek był wzruszony a Iza i Jacek w pełni zaskoczeni tym
gestem. Bo widzicie kochani- to jest prawdziwa przyjaźń, stwierdził wujek.
Do pokonania mieli 1379 kilometrów, więc  postanowili jechać dwuetapowo, z noclegiem
pod Wiedniem. Wg ich obliczeń gdyby osiągnęli średnią prędkość 100 km/godz to cała podróż
zajęłaby im nieco ponad 13 godzin, ale realnie licząc to jadąc non stop podróż zajęłaby im
około 23 godziny. Ale wiadomo było, że transit to nie wyścigówka i nigdzie nie jest napisane,
że muszą pokonać trasę w rekordowym tempie. Poza tym trudno było przewidzieć jakie będzie natężenie ruchu na drodze oraz czy i jakie będą utrudnienia - korki, wypadki itd.,roboty drogowe.
Żegnani łzami mam i poklepywaniem po plecach ojców, wyruszyli w drogę 14 września
wczesnym rankiem. Iza z Jackiem jechali citroenem, Fabio z wujkiem transitem. Za kółkiem
citroena siedziała Iza, transita "wyprowadzał" z Warszawy wujek, potem jechał Fabio.
Do zarezerwowanego hotelu w okolicach Wiednia  dotarli około godz, 17,00, co było całkiem
niezłym wynikiem. Iza stwierdziła ze zdziwieniem, że trasa Warszawa -Wiedeń zmęczyła ją
znacznie mniej niż jazda po Warszawie i jej okolicach.
Wyspani w całkiem wygodnym hotelu zjedli o 7 rano śniadanie i wyruszyli w  dalszą drogę, obiecując sobie, że  gdy będą wracać to zwiedzą Wiedeń.  Gdy dojechali do Udine poczuli
się niemal jak w domu  - jeszcze tylko minąć Wenecję i Padwę i będziemy na miejscu.
Fabio "zarządził" w Padwie przerwę na obiad - znał Padwę dobrze, bo tu właśnie studiował.
Zostawili  transita na strzeżonym parkingu i citroenem pojechali do centrum. Przy okazji
Fabio wyjaśnił Jackowi, że uniwersytet w Weronie był kiedyś filią uniwersytetu w Padwie,
ale już jest samodzielną, niezależną uczelnią. W niedużej restauracyjce zjedli obiad i wrócili
na trasę. W dwie godziny później stanęli przed domem w Weronie. Bardzo sobie chwalili
fakt, że mieszkanie jest na I piętrze a nie wyżej, a Izie i Jackowi wyraźną radość sprawił taki
drobiazg jak tabliczka z ich nazwiskami na drzwiach do mieszkania. Fabio poszedł rozliczyć
się z panem dozorcą, potem odstawił transita  na strzeżony parking. Okazało się, że Fabio
zarezerwował dla siebie i wujka nocleg w niedalekim hotelu, w którym wszyscy razem
zjedli kolację. Następnego dnia około południa obaj panowie ruszyli w powrotną drogę.
Fabio wracał z wujkiem do Warszawy,  jako że miał wykupiony i zarezerwowany lot
na  trasie Warszawa -Treviso. Iza  się z tego ucieszyła, bo zawsze lepiej gdy się jedzie we
dwójkę na dalekiej trasie niż samemu, a Fabio powiedział, że nie miałby ani minuty spokoju
gdyby wujek sam wracał do Polski tym transitem. Wspólnik to brat i przyjaciel w jednej
osobie, trzeba o niego dbać- powiedział.
Pierwszy dzień pobytu w  nowym miejscu upłynął na rozpakowywaniu, układaniu itp.
Do kredensu w kuchni była przymocowana kartka z wiadomością, że w ciągu 2 tygodni
muszą zgłosić się w urzędzie, że już  są i odebrać zaświadczenie o zameldowaniu. Będzie to
czysta formalność, bo Fabio już złożył odpowiednie formularze zgłaszając ich pobyt.
Na drugiej kartce była podana nazwa urzędu, jego adres, telefon i godziny urzędowania.
Niesamowite -stwierdziła Iza- Włoch a taki pedant.
Chyba  to efekt dodatku niemieckich genów - zaśmiał się Jacek. Może- zgodziła się  Iza, ale
nie zaprzeczysz, że to bardzo fajny facet. Polubiłam go. Ja też - przyznał Jacek.
Poza tym Fabio zostawił im do siebie aż trzy numery telefonów. Obok napisał- dzwońcie
w każdej sprawie , nawet drobnej.
Największym zaskoczeniem dla nich była lodówka i zamrażalnik, pełne żywności. Oznaczało
to, że przed przyjazdem do Polski Fabio, albo ktoś na na jego zlecenie, zaopatrzył ją sowicie.
No ale  po pieczywo to trzeba się jednak wybrać- zauważył Jacek. Mam iść sam, czy idziemy
razem? Idź sam- wybierz coś dla siebie a  dla mnie - focaccię. Potem wyskoczymy na jakieś
zakupy, wpierw muszę się rozpatrzeć co mamy w lodówce i zamrażarce.
W trzy dni po przyjeździe do Werony Jacek skontaktował się z profesorem L, który bardzo
się ucieszył, że Jacek już jest. Umówili się na spotkanie  następnego dnia. I chociaż formalnie
Jacka jeszcze  nie było, to nieformalnie już  zaczął zajmować się swym doktoratem.
Profesor L. dopytywał się też jak się urządzili w Weronie, gdzie mieszkają, a słysząc, że Iza
w Polsce była fizjoterapeutką stwierdził, że "gdy żona przetłumaczy swe dyplomy" to pewnie
po jakimś krótkim przeszkoleniu dotyczącym tutejszych procedur, ewentualnie jakimś krótkim
kursie z pewnością znajdzie zatrudnienie. Podał również adres, gdzie  ma się zgłosić.
I na pewno da sobie radę, bo  tak samo są zbudowani wszyscy ludzie i te same prawa rządzą
ruchem ich kończyn niezależnie od  miejsca urodzenia  na Ziemi. A fizjoterapeutów  zawsze
brak, bo to ciężka praca.
Dość szybko oboje zadomowili się w Weronie. Regularnie rozmawiali z Fabio, który do nich telefonował. Iza zrobiła "kurs przystosowawczy" i zaczęła pracować w swym zawodzie, tyle
tylko, że tym razem miała starsze dzieci, nie maluszki.
Jacek był jakby nieobecny- no tyle, że nocował w domu, zajęty był "po uszy". Gdy chciał pisać jeszcze w niedzielę, Iza ostro zaprotestowała- niedziela miała być dniem całkowicie wolnym
od pisania i myślenia. I nic nie pomogły jego tłumaczenia, że temat trudny długi, a czasu mało,
że to jedyny sposób by się zmieścił w ramach dwóch lat- Iza była twarda-albo będzie zawsze
wolna  niedziela albo ona wraca do Warszawy. Przecież teraz to ona ma pracę, nie szaleją, więc
jeśli   nawet Jacek nie ukończy tej pracy w 2 lata to i tak będą mieli z czego płacić rachunki-
jest konto jej i Jacka, z niego będą ratować  budżet.
Czas parł do przodu, ani się obejrzeli gdy trzeba było jechać do Fabio, na święta. Zima nie była
w Weronie  najmilszą porą roku, ale jakoś ją przeżyli. U Fabia pomieszkali aż do Trzech Króli,
coraz częściej i lepiej posługując się włoskim, co Fabio od razu "wyłapał". Wujek przywiózł
różne warszawskie plotki, ale Iza zauważyła, że nie tęskni ani za rodziną ani za Warszawą.
Mela nadal siedziała w Szwecji i nawet nie wspominała o powrocie, za to proponowała by
mąż do niej przyjechał, na co wujek wcale nie miał ochoty.
 Pomału przymierzał się do emerytury, a Fabio namawiał go by zamieszkali razem z jego
ojcem. Fabio mieszkałby na parterze z ojcem, a wujek miałby dla siebie całe piętro. Dom, tak
jak teraz, prowadziłaby wynajęta Maria, która gotowałaby posiłki i dbała o ojca Fabia, a oni
zajmowali by się tylko umiarkowanym wzbogacaniem swych kont w banku. Mela też mogłaby
tu przecież mieszkać, nie ma sprawy. Jeździliby do Werony i do Wenecji i zwiedzali różne
zabytkowe miasta. Wpadaliby raz lub dwa razy w miesiącu do  Jacka i Izy by się nacieszyć
ich towarzystwem.
Święta, święta i po świętach. W końcu stycznia zatelefonował wujek, że Mela dostała udaru
i niestety odeszła nie odzyskawszy przytomności. I wujek nie poleci na jej pogrzeb, bo córka
Meli sobie nie życzy jego obecności w Goteborgu i to wszystko nieco go podłamało. A gdy się
zapytał co w takim razie ma zrobić z rzeczami Meli, może córka chce jakieś pamiątki po niej,
to usłyszał by wszystko wyrzucił po prostu na śmietnik. Iza usłyszawszy takie  "rewelacje"
powiedziała: to wsiadaj w samolot i przyleć do nas. Zamknij warsztat i przyleć. I albo łap
najbliższy bezpośredni lot do Werony albo jakiś  "łamany", może przez Pragę. Tylko zadzwoń
którego dnia będziesz. I nie zapomnij wziąć kluczy od tego naszego tu mieszkania. Nie chcę
byś  w Warszawie siedział sam i rozmyślał  nad tym co się stało. Ja pracuję raz rano raz po
południu i tylko 6 godzin. To ewentualnie tylko sześć godzin będziesz sam, a potem ze mną.
Jacek albo wraca do domu po 8 godzinach albo nie, pracuje jak wariat, wiecznie siedzę sama
w domu.To przynajmniej  posiedzimy sobie razem. Weź czapkę i ciepły szalik, tu czasem jest
nawet mróz. Przyleć, bardzo cię proszę. Jeżeli będę mogła to będę na lotnisku, więc podaj mi
dokładne namiary przylotu.
Iza była  naprawdę zdruzgotana tą wiadomością - nie tyle faktem śmierci Meli, co reakcją jej
córki. Zatelefonowała do Fabia i opowiedziała mu co się stało. Fabio powiedział krótko - lecę
do niego jutro rano. Zaraz do niego zatelefonuję. W dwie godziny później Fabio zatelefonował
do Izy,  że rozmawiał z jej wujkiem, poza tym już ma bilet na  samolot i następnego dnia
wieczorem będzie w Warszawie i zatelefonują do niej co dalej.
W kilka dni później przyleciał do Werony wujek, Iza odebrała go z lotniska. Wyglądał kiepsko
i czuł się równie źle jak wyglądał. Przez dwa tygodnie wujek mieszkał u Izy i Jacka.  Chodził
z Izą na zakupy, gdy pracowała rano przygotowywał obiad. Dużo z Izą rozmawiał, czasem
płakał i wcale nie  wstydził się swych łez. Pewnego dnia gdy Iza wróciła z pracy zastała w domu
również Fabia, który przyjechał by zabrać swego przyjaciela do siebie. Gdy dojechali do domu
Fabia, poinformowali ją o tym telefonicznie.
W dwa tygodnie później  wujek postanowił zamknąć firmę, co było równie  trudne jak  jej
otwarcie. W Cechu zawisło ogłoszenie o wyprzedaży różnych rzeczy z powodu likwidacji firmy.
Na szczęście wszystko udało się sprzedać. Rozliczenie z fiskusem przeszło gładko. Ludzie, którzy
znali Melę nie mogli wprost uwierzyć, że umarła. Nie dziwili się, że właściciel zamyka firmę, nie
mieli pretensji, choć byli zasmuceni. Rozczarowana bardzo była Alicja, która  nagle straciła pracę.
Ale pan R. był porządnym człowiekiem i załatwił jej pracę biurową w jednej ze spółdzielni
rzemieślniczych. Oczywiście Alicja i Aleks  nadal mieszkali w mieszkaniu "odziedziczonym" po
Izie i Jacku. Dziwne, ale stosunki pomiędzy braćmi znacznie się pogorszyły, bo gdy wujek przyszedł do rodziców Izy by powiedzieć im o swym nieszczęściu to usłyszał taki tekst: "było się nie żenić
z kobietą starszą od siebie o 10 lat". Wujek zakręcił się na pięcie i czym prędzej wyszedł z tego domu. Ale o tym to Izie nie powiedział. Dowiedziała się o tym zupełnie przypadkiem gdy jej i Jacka
rodzice byli w Weronie.
Gdy firma  już była zlikwidowana wujek zamknął mieszkanie, spakował 2 walizki i poleciał do
swego przyjaciela, do Treviso. Czynsz za mieszkanie uregulował za rok z góry i poinformował
administrację, że wyjeżdża na dłuższy czas. Co jakiś czas przyjeżdżał do Werony a było to na tyle często, że zapragnął kupić sobie  w Weronie jakieś małe mieszkanie. I kupił. Dwa pokoje z kuchnią, nowe, w nowo wybudowanej dzielnicy, parter.
Praca Jacka  pomału posuwała się do przodu. Razem ze swym  promotorem wyjechał na dwa tygodnie do Francji i tam w  jednym z Instytutów otrzymał  propozycję pracy gdy  tylko skończy
i obroni doktorat. Gdy wracali profesor L., który słyszał tę propozycję zapytał wprost czy Jacek
po obronie zostanie we Włoszech czy pojedzie do Francji. Przecież ja po stypendium powinienem
wrócić do Polski- zauważył Jacek.
Ale wcale  pan nie musi, może pan pracować u nas. Albo we Francji.
Panie profesorze, jak na razie to jeszcze daleko do końca, ale wolałbym nie zmieniać Werony na Paryż.
To dobrze, bardzo dobrze, podsumował profesor L. W półtora roku później gratulował swemu
doktorantowi tytułu doktora.
Ku wielkiemu niezadowoleniu rodziców  Jacek i Iza postanowili pozostać we Włoszech.
Iza kilka razy była w ramach swego urlopu na Murano w pracowni znanej artystki i wykonała
kilka naprawdę pięknych drobiazgów.
Wujek w końcu zamieszkał  w domu ojca Fabia. Kupione w Weronie  mieszkanie wynajmował
turystom. 
"Pozbierał" się w końcu po  śmierci Meli, u "Jacków" bywał przynajmniej raz w  miesiącu. On
i Fabio odwiedzali ich na zmianę.
Iza  zrobiła kolejną specjalizację w fizjoterapii i zmieniła pracę na lepiej płatną i ciekawszą.
Pomimo wielu obaw zdecydowała się na dziecko- urodziła silnego, zdrowego chłopca, któremu
na imię dali ......Fabio.
Duży Fabio z wielką ciekawością i czułością spoglądał na swego imiennika. Obaj przyjaciele
przez cały okres urlopu macierzyńskiego Izy gościli ją z maleństwem u siebie.
Gdy Iza wróciła do Werony przez jakiś czas mieszkali na zmianę w Weronie służąc Izie za
opiekunki do dziecka. Jacek się nabijał z nich, że jeszcze trochę a zaczną małego karmić
własnym mlekiem.
Ojciec dużego Fabia dożył szczęśliwie 96 lat, do samego końca zachowując trzeźwość umysłu
i  całkiem niezłą sprawność  fizyczną.
Iza i Jacek sprzedali w Polsce swe spółdzielcze  mieszkanie, które po dwuletnim poślizgu było już
gotowe do odbioru- transakcję w ich imieniu przeprowadziła kancelaria prawna.
Mieszkanie, w którym mieszkali przed wyjazdem kupili Alicja i Aleks.
I tu się kończy historia Izy i Jacka. Wiedli w tej Weronie spokojne życie w towarzystwie dwóch
prawdziwych przyjaciół.
                                                              
                                                                      KONIEC







poniedziałek, 17 sierpnia 2020

Zastępstwo - XXIX

Do swego pensjonatu dotarli późno, więc Fabio znów został na noc w pokoju wujka. Kolację
tym razem zjedli  w jednej z małych knajpek. Iza zamówiła sobie tylko sałatkę, panowie
nie pogardzili mięsem z grilla. Gdy kelner przyniósł Izie porcję sałatki Jacek wybuchnął
gromkim śmiechem - kochanie, oni chyba myślą, że ty chcesz paść w domu jakąś kozę lub
inną roślinożerną istotę. Zawartość  talerza Izy była naprawdę imponująca- były tam chyba
wszystkie rodzaje sałat występujących w Europie i jakieś listki, których żadne z nich nie
potrafiło  nazwać oraz surowe, cieniuteńko poszatkowane małe pieczarki, surowe różyczki
brokuła i kalafiora rzymskiego. Obaj panowie z zainteresowaniem spoglądali na Izę  "pasącą
się" surowizną, podczas gdy oni rozkoszowali się gnocchi i mięsem z grilla.
A całe to "zielsko" było przyprawione oliwą i całą masą różnych ziół. Na deser panowie
zafundowali sobie lody, ale  Iza nie odważyła się na stworzenie  takiej  mieszaniny w żołądku.
Wszyscy byli zmęczeni, lecz Iza zarządziła wieczorny spacer nad morzem, żeby jednak złapać
nieco świeżego powietrza. i ruchu.
Gdy rano wstali Fabia już nie było, nie czekając na śniadanie wyjechał do Treviso, do ojca.
Siedząc na plaży omawiali z wujkiem poprzedni dzień. Wyglądało na to, że będą mieszkać
w obejrzanym wczoraj mieszkaniu. Miało 75 metrów kwadratowych powierzchni, więc na
dwie osoby, nawet goszczące od czasu do czasu jedną lub dwie  osoby było wystarczająco
duże. Wyglądało na to, że życie rodzinno-towarzyskie toczy się głównie w kuchni, była
naprawdę przestronna. Izie bardzo podobał się "kredens" - był naprawdę zaprojektowany
dobrze i ładnie się prezentował. A podłogi zdaniem Izy były super, bo łatwo można było
utrzymać je w czystości i nie wymagały żadnego pastowania i froterowania, a wyglądały
jak dobrze utrzymany parkiet. Wujek się śmiał, że gdy przyjedzie za rok to Iza będzie
miała kilka koleżanek z pralni.No jasne, śmiała się  Iza i zrobię karierę niczym pewna
francuska praczka.
Izuniu- zaczął wujek - obiecałem ci wyjaśnić skąd  mam pieniądze - a więc posłuchaj.
Pewnie wiesz, że twój tata i ja jesteśmy przyrodnimi braćmi- ojca mieliśmy jednego, ale
dwie różne mamy. Otóż moja mama pochodziła z bogatej rodziny, jej dziadek i ojciec
byli młynarzami. Skrupulatnie ciułali pieniądze, nie przepijali ich, odkładali, oszczędzali.
I obaj mieli tzw. głowę na karku i dobrze je inwestowali. Twój dziadek ożenił się z moją
mamą głównie  z dwóch powodów-po pierwsze to owdowiał a w domu był twój trzyletni
tata, który aniołkiem nie był a do tego wymagał opieki. Interesował go również jej posag.
Moja mama miała  26 lat i przeżyła zawód miłosny, bo gdy jej ojciec powiedział, że nie
da jej posagu "na stracenie" tylko będzie jej co miesiąc wypłacać jakąś kwotę, to ten w niej
rzekomo bardzo zakochany chłopak wycofał się  natychmiast. I wtedy na horyzoncie
pojawił się twój dziadek, który bardzo potrzebował opieki dla swego synka. Nie wiem,
czy moja mama była w nim zakochana czy może  miała już dość słuchania, że jest już
"starą panną", a może żal jej było małego chłopca, pozbawionego opieki matczynej -
być może, że było to wszystko razem. W każdym razie wyszła za niego za mąż i w rok
później ja się urodziłem. Moja mama dostała od swego ojca posag, więc nie cierpieli
biedy, nawet w czasie obu wojen, chociaż  bardzo wiele stracili. Oprócz tego była
spadkobierczynią swego ojca, który wszystkie oszczędności (a było tego sporo) trzymał
w banku szwajcarskim. I myślę, że moja mama za bardzo nie kochała swego męża, bo
o tym spadku to nic nie wiedział.  Moja  mama bardzo przyjaźniła się z pewną Niemką,
która wyszła za mąż za Szwajcara.  O tym, że lada moment może wybuchnąć wojna to
przyjaciółka mojej mamy była głęboko przekonana i namówiła moją mamę, by poszła
koniecznie do prawnika i napisała  testament, że w razie jej śmierci ja będę dziedziczył
to wszystko co jest na koncie jej ojca w banku. W połowie  sierpnia 39 roku ta Niemka
wraz ze swym mężem wyjechała do Szwajcarii i złożyła w banku ten dokument.
Napisała  nawet do  mojej mamy list z informacją, że dokument jest złożony w takim to
a takim banku w Zurichu i byłoby najlepiej by moja mama zabrała dzieci i przyjechała
czym prędzej do Szwajcarii, ale mama nie chciała. Nigdy nie wyjeżdżała z Polski, poza
tym chyba wierzyła, że wojna się skończy lada chwila a Niemcy to kulturalni ludzie,
przecież była o tym przekonana, bo się z Niemką przyjaźniła. Wojna się skończyła,
nasz ojciec umarł, socjalizm kwitł, twój ojciec zaczął studiować, ja nie paliłem się
do studiów, zacząłem "robić w szkle" i zarabiać pieniądze, w końcu trzeba było z czegoś
żyć. Mieszkaliśmy cały czas w tym samym miejscu i któregoś dnia dostałem list z Pragi
Czeskiej. Ten ktoś pisał, że jest synem tej a tej  Niemki, która rozwiodła się, wyszła
drugi raz  za mąż za....Włocha. Mama umarła, a on przed  jej śmiercią przyrzekł, że
odnajdzie moją matkę i mnie. I korzysta z faktu, że jest w Pradze i przyjedzie do Polski.
 I będzie mieszkał w hotelu Europejskim i  podał swe nazwisko i prosi o kontakt.
Spojrzałem  na datę- miał być w Polsce następnego dnia. List był pisany po angielsku.
Dobrze, że się tego angielskiego kiedyś tam uczyłem. Następnego dnia pognałem do
hotelu. Przezornie wyciągnąłem go stamtąd i pojechaliśmy na cmentarz, by swobodnie
porozmawiać porządkując grób  moich rodziców. I tak się zaczął mój kontakt z Fabio
i nasze wspólne interesy. Przyjaźniły się nasze matki, teraz  my się przyjaźnimy. Moje
"bogactwo"  to spadek po moim dziadku. I mogę nim rozporządzać w dowolny sposób.
Często inwestuję  wspólnie z Fabio i zawsze nam te  biznesy wypalają. I konto rośnie.
Oczywiście chyba nie muszę wam mówić, żebyście zachowali dyskrecję i nie mówili
o tym swym  rodzicom, tym bardziej, że to ich nie dotyczy. A, jeszcze jedno - Mela nic
nie wie o tym moim koncie w Szwajcarii - gdyby wiedziała o nim ona to i pół Polski
razem z nią by o tym wiedziało. Nie mam własnych dzieci, ale mam ciebie a ty i Jacek
jesteście tymi , dzięki którym spłacę mój dług wobec mojej  matki. Mama zawsze mi
powtarzała, by dawać  pieniądze tylko tym, którzy  potrafią z nich prawidłowo
korzystać, a więc na naukę i mądre inwestowanie we własny rozwój lub zdrowie. Albo
 je pomnażać prowadząc dobre interesy.
Mam przemożną chęć wyemigrowania z Polski i zamieszkania w Szwajcarii lub we
Włoszech. Fabio namawia mnie bym zamieszkał razem z nim w domu jego ojca.
Stwierdził, że zniesie nawet szczebiot  Meli. Ale jeszcze z nią o tym nie rozmawiałem.
Mela wolałaby pewnie mieszkać w mieście niż na wsi, czy małym miasteczku. I tu się
nasze preferencje rozbiegają w różne strony. Poza tym ona tęskni za córką i raczej
wolałaby mieszkać w Szwecji niż we Włoszech.
No i to tyle. Czasem obaj z Fabio odnosimy wrażenie, że jesteśmy braćmi, ale takimi
bardzo się kochającymi. I, przepraszam, że to powiem, ale  tak wygląda prawda, jestem
z nim bardziej uczuciowo związany niż z twoim ojcem. Mam wrażenie, że gdzieś bardzo
głęboko w jego umyśle tkwi przekonanie, że jestem winny tego że zniknęła jego mama-
zniknęła mama a na scenie pojawił się konkurent. Podobno mój ojciec był bardzo dumny
z faktu, że spłodził syna i strasznie się tym chwalił- młoda żonka i syn, brawa dla tego
człowieka! A mama traktowała nas  tak samo. A rękę panna młynarzówna miała ciężką.
A ja myślałam, że jesteście poróżnieni z powodu mojej mamy, przecież jednego z was
odrzuciła, albo że tata boi się, że mama żałuje po latach swej decyzji.
Wiesz, chyba obaj z twoim ojcem należymy do tych, którzy nie dadzą się poróżnić tylko
z tego powodu, że jednego z nas  odrzuciła dziewczyna.
Jakiś czas z tego powodu cierpiałem, ale było - minęło.
Kłócimy się głównie dlatego, że twemu tacie się wydaje, że wszystko wie lepiej bo jest 
cztery lata ode mnie starszy i skończył studia a ja nie. 
No tak, to cały tata- on zawsze wszystko wie lepiej. Czasem muszę mu przypominać
że już jestem mężatką i nie podlegam jego jurysdykcji.
Następnego dnia pojechali do Werony. Po opowieści wujka  o historii rodziny Iza i Jacek
w pewnym sensie zobaczyli Fabia na nowo. W oczach Jacka  Fabio już nie był włoskim
podstarzałym podrywaczem i uroda Fabia jakoś przestała mu przeszkadzać. Natomiast
Iza przestała go podejrzewać, że jest zakamuflowanym mafioso.
Jeszcze raz poszli obejrzeć mieszkanie i Fabio bardzo dokładnie spisał to wszystko co
kupią razem z mieszkaniem, poszli nawet do pomieszczenia pralni i Fabio uruchomił
pralkę czy aby jest sprawna, a towarzyszący im pracownik agencji nieruchomości podpisał
listę sporządzoną przez Fabia. Trochę długo to trwało, bo Fabio liczył zastawę stołową,
spisał z tabliczek znamionowych numery  kuchenki gazowej, telewizora, pralki, policzył też wszystkie garnki i zastawę stołową i wszelakie sztućce. Iza był tym zdziwiona, ale Fabio
jej wytłumaczył, że jego rodacy potrafią być mało uczciwi w interesach i w międzyczasie
podmienić nowe wyposażenie na stare. A w ten sposób będą mieli z wujkiem możliwość
sprawdzenia czy nic nie zostało podmienione. Po tym swoistym remanencie  wujek i
Fabio poszli na spotkanie z pełnomocnikiem  prawnym właściciela, a Iza z Jackiem
wpierw na kawę a potem na zwiedzanie miasta.
Najmniej byli zainteresowani bohaterami Szekspira, który nigdy nie był w Weronie. Nie
wykluczone jest, że kiedyś nazwiska obu rodów występowały na tym terenie, ale nie ma co
do tego 100% pewności. I bez Romea i Julii Werona ma mnóstwo ciekawych pod względem historycznym miejsc, bo to bardzo stare miasto.
                                                c.d.n.


















niedziela, 16 sierpnia 2020

Zastępstwo - XXVIII

Do Werony dotarli koło południa, o 12,30 spotkali się z osobą, która  miała im pokazać oba
mieszkania.Zaczęli od mieszkania tańszego, ale większego. Mieszkanie miało ponad 104 m
kwadratowe powierzchni, miało 2 sypialnie, 2 łazienki, pokój dzienny, bardzo dużą kuchnię
i łazienkę do remontu. Było usytuowane w  czteropiętrowym budynku na drugim piętrze.
Do Uniwersytetu było stąd zaledwie 600 metrów. Ale umeblowanie było wyraźnie zbieraniną
już niepotrzebnych mebli. Jedynie w kuchni były  meble nowe w przerażającym swą ostrością
pomarańczowym kolorze. A łazienka nie dość, że była do remontu to była wąską kichą i nawet
obecność dwóch umywalek i bidetu nie ratowała sytuacji. Podłogi były wszędzie z gresu.
Wszyscy byli zdegustowani tym mieszkaniem- ani ładne ani wygodne, a bliskość uczelni nie
rekompensowała wcale wszystkich jego mankamentów.
Następne mieszkanie było w wolno stojącej dwupiętrowej kamienicy, na pierwszym piętrze.
 Były to trzy pokoje ze sporą kuchnią, w której stał duży stół, przy którym z powodzeniem
mogło siedzieć sześć osób.
Meble były z ładnego, jasnego drewna, zestaw szafek stojących i wiszących tworzył w sumie
duży, pojemny kredens. Poza tym był to kredens ze sporą ilością naczyń, wystarczającą na 
cztery osoby.
W sypialni stało typowe łoże na dwie osoby, z nowymi materacami i pościelą. Poza tym stała
tu trzydrzwiowa szafa. Jedne drzwi miały lustro. Stały też dwa ażurowe manekiny jako wieszaki
na zdejmowaną przed snem  odzież - jeden miał sylwetkę kobiecą, drugi męską.
Wezgłowie pełniło również rolę nocnej szafki, miało 35 cm szerokości, stały na nim dwie nocne lampki, z obu jego stron, już poza łóżkiem przechodziło w półeczki. W drugim pokoju, stała sofa,
którą można było rozłożyć  i mogły na niej również spać 2 osoby. Poza tym był stolik
okolicznościowy, dwie  komody z szufladami i szafkami, "kompleks RTV" i wielce
przytulny fotel. Ten pokój miał wyjście na  balkon wyposażony w kolorową markizę. Na
 balkonie mieścił się mały składany stolik i  składane krzesła - wszystko drewniane. Trzeci pokój
 był wyraźnie pokojem do pracy- stało tu biurko i trzy regały z krytymi szafkami, stała sofa,
ale nie rozkładana z dwom małymi stolikami, mieszczącymi się jeden pod drugim.
Łazienka  miała pełnowymiarową wannę wyposażoną w składaną osłonę by można było korzystać
z samego prysznica bez zalewania  łazienki. Poza tym była  duża umywalka z lustrem za którym
kryły się półki  na kosmetyczne  akcesoria.  Obok, odgrodzone cienką  ścianą było WC i bidet.
Pralka była   we wspólnej pralni (pralek tyle co mieszkań) w suterynie. Tam też była suszarnia.
W całym mieszkaniu oprócz łazienki podłogi były z terakoty imitującej parkiet. Iza zaraz stanęła
na niej boso i ze zdziwieniem  stwierdziła, że wcale nie była ta podłoga zimna.
A do Uniwersytetu było stąd trochę dalej, nieco ponad kilometr, no może półtora, bo wejście na
teren było od innej strony.
Wszystkim się to mieszkanie bardzo  podobało. Człowiekowi, który im je pokazywał powiedzieli,
że podoba im się to mieszkanie, więc je rezerwują, wiążącą odpowiedź dadzą za kilka  godzin.
Po wyjściu z tej kamienicy obejrzeli jeszcze dość dokładnie sąsiedztwo. Niedaleko była piekarnia
i kilka sklepów. Podeszli do najbliższej  kafejki - Iza jak zwykle zamówiła  duże cappuccino i ciasteczka migdałowe, panowie espresso. Gdy tylko usiedli wujek zapytał się czy odpowiada im
to mieszkanie . Iza stwierdziła, że bardzo, Jacek potwierdził a Fabio powiedział-  no to je kupimy.
To będzie świetna inwestycja.
Jak to kupimy- zdziwiła się Iza- przecież chcemy je wynajmować.
Oczywiście będziecie je wynajmować, ale od  Fabia i ode mnie. Chyba milej wynajmować coś od osób, które się zna niż od obcych ludzi. To nie pierwsza moja spółka z nim. Jak dobrze pójdzie za dwa tygodnie wszystkie  formalności będą  zakończone. Będziecie  tu mogli mieszkać jak długo będziecie  chcieli. No co was tak zatkało?
Mnie zatkało wujku, bo przecież  kupno mieszkania to nie kupno paczki Marlboro w kiosku,
głównie z powodu ceny.
Masz rację, ale właśnie dlatego kupujemy je do spółki.  Przecież nie wezmę tych pieniędzy, które przez te wszystkie lata zarobiłem, ze sobą do grobu. Dzieci nie mam, mam tylko ciebie.
Mam wrażenie, że  ciebie , Izuś, dręczy myśl skąd ja  mam pieniądze w kraju, gdzie prywatna
inicjatywa jest systematycznie  gnębiona, żeby nie powiedzieć dobitniej- gnojona. Opowiem  ci
wszystko gdy wrócimy do Jesolo. A teraz Fabio  zatelefonuje  do tej agencji i umówi  nas  na
rozmowę w sprawie kupna tego mieszkania.Zastanów się jeszcze chwilę, czy na pewno ono
ci odpowiada.
Odpowiada, ale ja nie chcę być twoją wieczną dłużniczką. Wujek poklepał ją po ręce - to ładnie,
że tak myślisz, ale wiesz? -my wszyscy jesteśmy wiecznymi  dłużnikami swych rodziców, którzy ładowali w nas swe siły i pieniądze wychowując nas. A spłacamy dług wychowując swoje dzieci
dając im wszystko na co tylko nas stać.
Jest jeszcze jedna sprawa - kupujemy to mieszkanie z tym wyposażeniem, czy chcecie sami się
bawić w meblowanie? Fabio, a jakie jest  twoje zdanie na ten temat?
No to jak  Iza i Jacek zdecydują, ale te meble są nowe, nieźle dobrane wielkością, a ta cena
mieszkania wyraźnie je obejmuje. I jak na moje rozeznanie jest  atrakcyjna jak na tę dzielnicę,
bo to blisko centrum. To Borgo Roma. Tamto poprzednie, gdyby miało wykończoną łazienkę,
byłoby droższe bo  jest w Borgo Venezia, jeszcze bliżej historycznego centrum. To jest, wg mnie,
w ładniejszym budynku- to stara kamienica, tradycyjnie budowana, ale po generalnym remoncie,
tamto było już powojennym budownictwem. Zauważyliście jaką ładną balustradę ma   balkon?
I ma też ładną podłogę, też terakotę a nie betonową szlichtę jak u nas w Warszawie, dodała Iza.
No to posiedźcie tu jeszcze trochę, ja się przejdę  umówić nas na rozmowę z właścicielem
lub jego przedstawicielem  prawnym- powiedział Fabio wstając z miejsca.
Gdy zostali sami Iza powiedziała- skóra mi cierpnie  na myśl o przeprowadzce i pakowaniu tego
co musimy wziąć i  o załatwianiu formalności. Bo będziemy robić listę mienia przesiedleńczego i
wysyłać to przez UPS i wyślemy to chyba ze trzy dni przed wyjazdem, żeby nie dotarło to przed
nami.
Izuniu, bardzo możliwe, że to wszystko zmieści się w moim busiku- nie będziesz brała całego wyposażenia kuchennego, ani mebli, z pościeli to pewnie tylko jedną poduszkę i kołdrę, może
koce , oraz  bieliznę pościelową, to co Jackowi potrzebne i tobie potrzebne do pracy, kilka
ulubionych książek i wasze rzeczy osobiste.  Zapomnieliśmy sprawdzić czy jest gdzie postawić samochód, bo "sprzedam"  ci citroena, nie będzie  potrzebny, bo nikogo na twoje miejsce nie
zatrudnię. Ograniczam działalność, najchętniej bym w ogóle zlikwidował, ale mi ludzi  żal,
tych co  mają już  niedużo do emerytury. Mam już dość wiecznego użerania się z fiskusem.
Tak  najchętniej zamieszkałbym w Szwajcarii w jakiejś niedużej miejscowości.  Może  gdzieś
nad  Jeziorem Genewskim?  A może na  peryferiach Zurichu? I jeszcze  jedno- dajcie do tłumacza
przysięgłego wszystkie wasze ważne dokumenty - będziecie tu minimum 2 lata, a może dłużej,
bo robiąc doktorat może się  Jacek nie zmieścić w 2 latach więc lepiej jest mieć przetłumaczone- wszystkie dyplomy, świadectwa itp.
Po przeszło godzinie wrócił Fabio, trochę zły, bo umówili się na spotkanie dopiero za dwa dni.
No cóż, musiałem na to się zgodzić, skoro prawnik nie miał wcześniejszego terminu. W związku
z tym wracamy, Weronę zwiedzicie gdy my będziemy załatwiać wszystkie  formalności. Włosi
nie są szybcy  tej materii, kilka godzin nam to zajmie.
Teraz po drodze wpadniemy gdzieś na lunch.

                                                                   c.d.n.