środa, 27 stycznia 2021

Nigdy więcej - 3

Skończyło się zwolnienie lekarskie Wiśki, skończyło się jeżdżenie na rehabilitację, Mietkowi skończył się zaległy urlop i teoretycznie powinny się były skończyć ich spotkania. Pewnego już letniego dnia, w pracy, odebrała telefon od....Mietka. Była tym faktem niepomiernie zdziwiona, bo nie przypominała sobie by mu kiedykolwiek podała  swój numer do pracy lub do domu. Raz,  jeszcze gdy byli oboje w szpitalu powiedziała mu gdzie  pracuje, ale nie podawała numeru telefonu. Mietek prosił by się mogli spotkać, najlepiej w ciągu najbliższych dwóch dni, bo potem jedzie na odbiór obiektu poza Warszawę, co mu zajmie ze 3 dni. Miała  mieszane uczucia. Z jednej strony coś jeszcze czuła do własnego męża, z drugiej czuła, że za długo w tym związku nie wytrzyma. Mąż już kończył pisanie  swej  pracy dyplomowej, za kilka miesięcy będzie obrona pracy i wtedy ona  z nim porozmawia i może to coś zmieni w ich związku. Nie  będzie mu teraz  zawracać głowy tym, że ich życie intymne praktycznie nie istnieje, a właściwie istnieje, ale tylko w wersji dla niego, bo ona ma zero satysfakcji. Umówiła się z Mietkiem na następny dzień po pracy, by po nią przyjechał. Miała co prawda tego dnia aerobik, ale  jeśli się z Mietkiem  zagada to najwyżej zawali jedne zajęcia. Przezornie była umówiona na sąsiedniej ulicy. Mietek już czekał, w przeciwieństwie do jej męża był uosobieniem punktualności. Nie widzieli się prawie miesiąc. Wyglądał świetnie, był opalony, miał jakoś inaczej przycięte włosy i gdy Wisię pocałował w ramach powitania poczuła na  plecach miły dreszczyk, taki sam jak kilka tygodni wcześniej. Zapytał się czy ma jakieś upatrzone miejsce, w które chce by pojechali, choć wg niego najlepiej byłoby gdyby pojechali na kawę do niego do domu. Zgodziła się, że tak będzie  zapewne  najlepiej, bo przynajmniej nie spotka nikogo znajomego, a w tych kawiarniach, w których jest dobra  kawa zawsze się można natknąć na kogoś znajomego.

Już z przedpokoju widziała, że duży pokój bardzo się zmienił. Ale wpierw w kuchni Mietek zrobił kawę dopytawszy się  na początek czy nie jest przypadkiem głodna. Ale od powrotu ze zwolnienia Wiśka  jadała obiady w pracy, bo jej zupełnie nie odpowiadała  kuchnia teściowej.  Gdy pili niespiesznie kawę Mietek wyciągnął z kieszeni etui i podał je Wisi - to jest komplet kluczy dla ciebie - możesz tu przyjść o każdej porze dnia i nocy. Niezależnie od tego czy jestem w Warszawie czy w delegacji.

Poza tym podjąłem dwie decyzje - zmieniam pracę by się nie szwendać po różnych budowach, wracam do projektowania. A druga dotyczy ciebie i mnie - zaczekam na ciebie cierpliwie aż będziesz mogła odejść od męża stosunkowo mało go krzywdząc, czyli jak  dostanie ten swój dyplom. A gdy tylko się pobierzemy natychmiast złożę wniosek do spółdzielni by Cię wpisać  na członka spółdzielni. I chodź, mam dla ciebie dwie niespodzianki - wpierw zobacz duży pokój. Objął Wiśkę, pomógł jej wstać  zupełnie jakby była staruszką i poprowadził do dużego pokoju. Nie było tu już dużego okrągłego stołu, w jednej części pokoju stał nieduży prostokątny stół i cztery krzesła, druga część była wypoczynkowa, stała tu nowa sofa, przy niej te same co poprzednio stoliki i niska ale długa komoda z telewizorem  i radiem, reszta sprzętu była  schowana w szafce, stały tu też  dwa wygodne fotele, tworzące komplet z sofą, podłogę zaścielał dywan, dłuższą ścianę pokoju pokrywały regały z książkami, na ścianie przy której stał stół i krzesła wisiały 3 obrazy, w tym...portret Wisi, dzieło Mietka.  Wiśka zaniemówiła- przyglądała się chwilę i powiedziała - byłam wtedy strasznie rozczochrana, ale ty przecież nie robiłeś wtedy zdjęć. Nie,  nie robiłem, ale taką cię  wciąż mam w swej pamięci i taką namalowałem. Tylko nie byłem pewny, czy to był ten kolor żółci twojej bluzki. I miałam takie nieco nieprzytomne spojrzenie? Tak, właśnie takie, ale tylko ty i ja wiemy dlaczego. I będę się starał by zawsze było takie, a może jeszcze bardziej nieprzytomne. Miły, to bardzo intymny portret, wiesz? Wiem, ale tylko ty i ja wiemy co wtedy było. Ciesz się, że nie namalowałem obrazu "Moja naga", na wzór obrazu  Goya "Maja naga", ale wtedy sam byłem mało przytomny.  Dlaczego mi nie powiedziałeś o tym, że lubisz malować? Bo rzadko maluję, miewam napady, a portret to namalowałem po raz pierwszy. Widać tęsknota różnie działa na ludzi.

Chodź, jeszcze coś ci muszę pokazać - mówiłaś kiedyś, jeszcze w szpitalu, że lubisz fotele na biegunach. Nadal je lubisz?  Tak, fotele na biegunach i huśtawki, dobrze mi się wtedy myśli. Zadziwiasz mnie, że jeszcze pamiętasz  co mówiłam w szpitalu. Mietek wziął ją za rękę i pociągnął w stronę sypialni. W sypialni właściwie nic się nie zmieniło, ale weszli za ściankę przy wezgłowiu łóżka i stamtąd weszli do bardzo małego pokoju - stało tu niewielkie biurko, ściany pokrywały regały a w jednym kącie stał mały zabawny stolik z namalowaną szachownicą i zgrabny niewielki fotel na biegunach wykonany z wikliny i nakryty miękkim puszystym  kocem. Będziesz tu mogła dumać nad losami świata, a ja czasem pracować. Wisia niemal zawisła na szyi Mietka- nie umiem ci nawet powiedzieć co czuję, bo mnie wprost zatyka. Żadne słowa  tego właściwie  nie oddadzą. I ostatnia niespodzianka - ciągnął dalej Mietek- byłem na badaniach i zdaniem chirurga już mogę uprawiać pewne specyficzne  ćwiczenia, wszystko się świetnie wygoiło i trzyma. Wymiętosił mnie tak, jakby chciał ze mnie wydusić obiad który jadłem tydzień temu. Ale nie będę cię jeszcze mógł nosić na rękach choć limit wzrósł do 15 kg.

Wisiu, a jest jakiś cień szansy na wspólne spędzenie któregoś dnia? W tym tygodniu to raczej nie, ale myślę, że we wtorek mogłabym się urwać, bo muszę wpaść do Urzędu Patentowego, co zajmie mi z godzinę lub  półtorej a potem już nie wrócę do biura. A że to dzień, w którym mam aerobik, to do wieczora niemal mogę być z Tobą. A to cudownie, bo ja w delegację pojadę dopiero w środę.

To może byśmy, moja cudna, mogli się dziś choć troszkę poprzytulać?  I znowu będę miała nieprzytomny wyraz twarzy -zaśmiała się Wiśka. Mam taką nadzieję- wyglądasz wtedy tak pięknie! 

Leżała nieco zmęczona, ale w pełni zaspokojona w ramionach Mietka, a  tłum myśli przelatywał jej  przez głowę. Z jednej strony była nieszczęśliwa z powodu tego, że jednak zdradziła męża, z drugiej szczęśliwa, spełniona. Mietek  odgadywał jej uczucia bezbłędnie i tuląc ją do siebie powiedział - gdy tylko obroni  pracę od razu stamtąd odejdziesz, wiem, że ci teraz  ciężko, ale myślę, że lepiej by on te studia skończył spokojnie. Wiedziałaś przed ślubem czego możesz oczekiwać?  Co do spraw życiowych to tak, to bardzo porządny uczciwy facet, ale nie podejrzewałam, że sprawy  seksu to tak mało znaczą w jego życiu. Początkowo myślałam, że to dlatego bo przemęczony, ale na urlopie wcale nie  było lepiej . A chyba najsmutniejsza w tym wszystkim była niechęć do zgłębienia tej tematyki, do poznania fizjologii i to zdziwienie, że jemu dobrze  bo ulżyło a mnie nie. Poleciałam nawet do swojego ginekologa, bo myślałam, że to ze mną coś  jest nie w porządku, a facet jest też niezły w seksuologii, pobadał mnie  i stwierdził, że ze mną to jest wszystko  jak należy, tylko "mężuś" słabiutki w tym temacie i dał mi te broszurki, w gabinecie obejrzałam kilka filmów instruktażowych, a mój mąż nawet przeczytać tego nie chciał i do faceta na rozmowę też nie chciał przyjść.  A przecież go nie  zwiążę i nie przyniosę na plecach do seksuologa.

Nie zamartwiaj się Wisiu, jeszcze trochę a wszystko się poukłada. Myślałem dużo o  nas. Jestem od ciebie dwanaście lat starszy. I obiecywałem sobie, że już nigdy więcej  się nie ożenię, że będę miał tylko przelotne romanse, żadnego zakładania rodziny  a zwłaszcza z dużo młodszą kobietą. I jak widzisz, niewiele z tego wyszło. Pokochałem cię jeszcze  gdy oboje byliśmy w szpitalu. Raz widziałem twego męża  i nie mogłem zrozumieć, dlaczego cię nie obejmuje.  A potem wyszedłem ze szpitala wcześniej niż ty.  Ale wiedziałem, że będziesz przychodziła na rehabilitację i udało mi się podpatrzeć w rejestracji kiedy ty będziesz i przepisać się tak by być w tym samym czasie. Tylko raz się ciebie zapytałem czy wyobrażasz sobie sytuację, że moglibyśmy być małżeństwem i powiedziałaś, że tak. Ale teraz mam do ciebie  nieco inne pytanie czy kochasz mnie na tyle, by zostać moją żoną? Czy nie przeraża cię to, że jestem od ciebie tyle starszy?

Wiśka  przytuliła się do niego i patrząc mu w oczy powiedziała- nie, to mnie nie przeraża, przeraża mnie co innego- przeraża mnie to, że czuję cię każdym milimetrem swego ciała, niemal czuję jak krąży w tobie krew. To jest niesamowite, cudowne i nieco przerażające. I uzależniające. Myślę o tobie stale, zastanawiam się co ty we mnie zobaczyłeś i przerażenie mnie ogarnia na myśl, że  mogę ci się znudzić. Wisiuniu, masz chore pomysły.

Och,  zapomniałam ci jedną rzecz powiedzieć- pamiętasz tę blondynę z mojego pokoju, co leżała po drugiej  stronie pokoju, bliżej drzwi?  Gdy byłam już po operacji i przestałam mówić, mój mąż dał tej babce swój telefon do pracy, żeby ona do niego zadzwoniła, gdy ja będę czegoś potrzebować lub coś się będzie ze mną działo złego. A ty wtedy codziennie wpadałeś do mnie i siedziałeś  u mnie czasem i godzinę i ona zatelefonowała do niego i mu to powiedziała. Powiedziała, że ja mam z tobą romans. Popatrz, antycypowała wydarzenia, niesamowite! Teraz mi się to przypomniało. A jaka była jego reakcja- dopytywał się Mietek. Po prostu mi o tym powiedział, więc obśmiałam to i powiedziałam no jasne, romansowaliśmy na środku pokoju w towarzystwie dwóch pań i na stołówce przy dwóch oddziałach, męskim i żeńskim. A ona mi kiedyś mignęła przelotnie gdy byłam w przychodni, więc poczekałam  aż poszła do windy i dopiero wtedy wyszłam do ciebie na parking.

Zabawne- stwierdził  Mietek- ale ja nie  pamiętam żadnej  blondyny tylko ciebie i tę starszą panią, bo mnie wypytywała o moją operację bo ją też czekała operacja przepukliny, ale pępkowej.

Cudna moja, a nie orientujesz się przypadkiem kiedy może być ta obrona pracy? Bo dokumenty byłoby dobrze złożyć ze dwa miesiące wcześniej, tam się nikt nie spieszy. Dam ci prawnika tego, który moją sprawę prowadził. Sympatyczny i dobrze ustawiony  człowiek. Ale ja nie chciałabym by pozew trafił do niego przed obroną. Ja z nim porozmawiam o tym wszystkim gdy już będzie po obronie. I wtedy się wyprowadzę - teściówka odetchnie, ale i tak będzie na mnie wściekła. Tak na moje oko to może być obrona w marcu. A jeśli on ci powie, że postara się wszystko zmienić to co wtedy - dociekał Mietek. Nic wtedy - tego się nie zmieni tak jak koszuli, fryzury czy modelu samochodu. To musiałoby trwać latami by się zmieniło. Nie chcę ci opowiadać szczegółów, ale wiem, że to sprawa przegrana. Rozmawiałam o tym dość sporo z tym lekarzem- terapia trwa najczęściej minimum rok, jeśli ktoś się  bardzo stara. Ale jeśli to kwestia hormonalna to bywa różnie. Można uzupełniać testosteron  jeśli są ewidentne niedobory, ale to się rzadko  zdarza.  To tak jak z jedzeniem szpinaku - jak ktoś nie lubi to nie ma na  to siły, nie polubi nigdy na tyle, żeby poszedł do knajpy i sobie zamówił szpinak jako danie główne.

Jest jeszcze jedna sprawa - chciałbym byś poznała  moją siostrę. Na razie zobaczy twój portret, bo będzie jutro u mnie. A nie mógłbyś mi poprawić uczesania? Nie  nie mogę, wtedy właśnie tak wyglądałaś. Przecież wyglądasz tu  pięknie. Naprawdę nie powiem  jej, że to ja ci rozburzyłem włosy, wyglądają jakby je rozwiał podmuch wiatru. Przytul się do mnie, tak mało jesteśmy razem- narzekał Mietek.

                                                       c.d.n.




niedziela, 24 stycznia 2021

Zawiłości miłości - IV

 To były dwa tygodnie ciągłego poznawania się  i absolutnej szczerości z obu stron. Uczyli się siebie i były to najmilsze  lekcje pod słońcem, jak nazywał je Robertino. Każde z nich wsłuchiwało się uważnie w to co drugie mówiło, wpatrywało uważnie w oczy partnera i śledziło pilnie wszystkie reakcje notując je w pamięci.

Robertino zaproponował Indze  wyjazd do Demianowskiej Jaskini  Lodowej, do Pobliskiego Starego Smokowca, oraz do Tatrzańskiej Łomnicy i oczywiście wjazd kolejką linową na sam szczyt Łomnicy o wysokości 2634 metry.

Gdy jechali do Starego Smokowca  Inga zapytała Robertina, czy często bywa na Słowacji. Niestety nie, a  bardzo mi się słowacka strona Tatr podoba. Ma świetną infrastrukturę turystyczną i nawet w najtańszej knajpce zawsze jest czysto, smacznie, dużo i nie ma aluminiowych sztućców. Odkryłem Słowację dzięki Robertowi, ale nie za bardzo mamy  możliwości by tu wpadać razem. On ma jeszcze dodatkową pracę w Spółdzielni Lekarskiej, bo ma  dziecko a żona wciąż wyciąga od niego pieniądze. Gorzej bo zorientowała się, że Robert nie potrafi synowi  niczego odmówić i smarkul wciąż wyciąga od  Roberta pieniądze. A Robert płaci naprawdę wysokie  alimenty.

Cudna moja, jesteś pierwszą kobietą którą tu wziąłem. Czasem przyjeżdżałem tu sam, na weekendy. I jeśli ci się tu spodoba to będziemy tu przyjeżdżać i latem i zimą. Latem tu byłem jeszcze w czasach studenckich. 

W Starym Smokowcu zachwyciły Ingę pensjonaty  jak z czasów Franciszka Józefa, czystość, porządek i widoczna na każdym  kroku dbałość o otoczenie. Aby udowodnić, że  nawet w najmniejszym i najtańszym  barze można zjeść smacznie weszli do małego "drewniaczka" na drzwiach którego był napis  "V cenova skupina" i był to punkt gastronomiczny o najniższych cenach.  Ponieważ było zimno  Robertino  zamówił po porcji "zbójnickich  klusek". Były pyszne, świeżutkie, gorące, z drobniutko pokrojoną przyrumienioną cebulką, stół był nakryty czyściutkim obrusem, sztućce były "normalne" a nie rodem z  warszawskiego mlecznego baru i  Inga jakimś cudem pochłonęła całą porcję, co ją bardzo zdziwiło, bo porcja była  całkiem solidna. Podane do niej kiszone ogórki też były bardzo smaczne.

Podjechali jeszcze do Tatrzańskiej  Łomnicy. Na szczęście nie było wielu turystów chętnych do wjazdu na szczyt. Wjazd na  szczyt Łomnicy robił wrażenie - odległości pomiędzy podporami  były naprawdę duże i wisząc w tym wagoniku odczuwało się całą potęgę gór tuż za ścianą  wagonika. W pewnej chwili Inga powiedziała  cicho - Robertino,   trochę się boję, jesteśmy  całkiem zależni od tej liny. Przygarnął ją do siebie  bardzo zdecydowanym  ruchem i mocno przytulił. A na Kasprowy Wierch kiedyś wjeżdżałaś? Tak ze trzy  razy. No i co? nie bałaś się? Bałam, ale ciebie tam nie było, nie miał mnie kto przytulić. 

Łomnicki szczyt jest ostry, mało na nim miejsca i platformy widokowe są wykonane z metalowych gęstych kratownic, wiszą w powietrzu wsparte na wspornikach mocowanych w skale. Idziesz chodniczkiem i widzisz przez otwory w nim przepaść. Ale widoki były wspaniałe i przytulona mocno do Robertina  chłonęła panoramę. Przed zjazdem w dół  napili się jeszcze kawy.  Zimowy wjazd na Łomnicki  Szczyt dostarcza więcej wrażeń  niż letni, bo jest większa przezroczystość powietrza więc i  widoki są lepsze  wyjaśniał jej Robertino. Przyjedziemy tu jeszcze latem, dobrze? No pewnie, jeśli mnie ze sobą weźmiesz. Jasne, że cię wezmę, nie mam zamiaru jeździć gdziekolwiek bez żony, więc gdy za mnie wyjdziesz to na pewno przyjedziemy tu razem. 

Kruszynko moja, chcesz byśmy   wrócili na obiad do ośrodka czy chcesz byśmy zjedli go tu w restauracji, która wygląda jak olbrzymia weranda? Ingeborga nagle zaczęła się rozglądać po płytach parkingu. Zgubiłaś coś, co ci upadło?- dopytywał się Robertino. Och, drobiazg, szukam tylko tej " twojej kruszynki", ale jej nie widzę. I oboje wybuchnęli śmiechem. Bo ty kochanie jesteś w porównaniu ze mną kruszynką, kochaną, cenną, jedyną. 

No to jak, posiedzimy jeszcze w Tatrzańskiej Łomnicy?  Byliśmy w " V cenowej skupinie" to teraz  pójdziemy do "I." Z tego co  pamiętam to tam serwowali super pstrągi i mieli dobre zupy. A  tu jak coś jest dobre to nikt tego nie  zmienia, to i pewnie nadal tak jest. 

Budynek rzeczywiście  sprawiał wrażenie nie tyle wielkiej oszklonej werandy co niedużej oranżerii. Do wejścia było kilkanaście schodków i uprzedzając reakcję Robertina Ingeborga powiedziała- nauczono mnie jak sobie radzić ze schodami, tylko to trochę dłużej trwa, ale za to z pełną ochroną tego kolana. W końcu miałam wszak rehabilitację - popatrz. Ważne bym stojąc na prawej nodze miała porządnie zablokowane kolano, czyli napięty mięsień czworogłowy. Wchodzi lewa noga, prawą tylko dostawiam.  Robertino był zachwycony, na ostatnim schodku ją wycałował. 

Gdy już siedzieli przy stole, do którego podprowadził ich zapewne kierownik sali powiedział- to zaczynam wierzyć Robertowi, że za rok gdy tu przyjedziemy będziemy mogli zamieszkać na Chopoku i razem będziemy jeździć na nartach - śladowych. Albo, jeszcze lepiej w Szczyrbskim Plesie, nad  jeziorem. Tam są świetne trasy biegowe i będziemy mogli jeździć we dwoje na biegówkach lub śladówkach. Tam też jest pięknie, piękna panorama Tatr.  

Do pstrągów  zamówili po małym kieliszku białego wina. A na deser po kawałku naprawdę pysznego czekoladowego tortu z wiśniami. Bardzo miło im tam było, przy dużych oknach stały różne gatunki palm i donice z jakimiś dużymi sukulentami oraz z zupełnie nie znanymi im roślinami posiadającymi bardzo duże, ciemnozielone liście. Pianista grał różne popularne utwory a pomimo wielkich szklanych ścian było tu bardzo przytulnie.

Do Nowej Lesnej wrócili dopiero na kolację. Po kolacji Ingeborga  miała jeszcze fizykoterapię, a Robertino w tym czasie porozmawiał chwilę przez telefon z Robertem, który był skłonny przyjechać na weekend razem ze swoją przyjaciółką, o ile w ostatniej chwili nie wpadnie jakiś  niespodziewany dyżur.  Ostatnio  "źle się działo w państwie  duńskim" jak mawiali miedzy sobą starzy pracownicy i działy się  różne dziwne historie. Trwała walka  "na górze" o władzę, wpływy, stanowiska. I Robert i Robertino byli tym wszystkim zmęczeni. Oni nie po to skończyli medycynę by walczyć o stołki, ale po to by leczyć ludzi. 

Następnego dnia  pojechali do Szczyrbskiego Jeziora. Na szczęście ścieżka od parkingu do schroniska  przy jeziorze była  dobrze ubita, więc Inga  mogła nią iść. Część drogi wiodła lasem, szli pomału, cały czas rozmawiając. Z radością Inga zauważyła, że nigdy im nie brakuje tematów do rozmowy.

Pogoda była piękna, słońce  wręcz prażyło, było niemal kolorowo, odległa ściana lasu wydawała się być pomalowana na fioletowo, cienie rzucane na śnieg były niebieskie a zamarznięta jeszcze i pokryta  grubą warstwą śniegu tafla jeziora mieniła się diamentowymi błyskami. Inga stała oniemiała i szeptała - jak cudnie, można by to namalować. Chodź kochanie, weźmiemy leżaki i koce ze schroniska i posiedzimy trochę na marcowym słońcu. Ja wezmę leżaki, ty koce.  Leżeli w ciszy i nie mieli pojęcia, że za 20 lat wyrośnie w tym miejscu luksusowy hotel.

Do Demianowskiej Jaskini  Lodowej jednak nie pojechali - było tam  zbyt wiele schodów do pokonania a poza tym zwiedzanie było  grupowe, z przewodnikiem. Ten dzień przesiedzieli na balkonie i był to w pewnym sensie dzień przełomowy w ich znajomości.

 Gdy  Ingeborga wróciła z porannej rehabilitacji i pławienia się w basenie solankowo-siarkowym Robertino objął ją i podprowadził do  dość dużego lustra mówiąc - spójrz i powiedz - podoba ci się ta para? Podoba, ale  bardziej mi się podoba ten facet niż ta babka. No popatrz - to strasznie dziwne, bo mnie się właśnie ona bardziej podoba od tego faceta. Pewnie oboje  zakompleksieni nieco.  Robertino, do czego zmierzasz?

Ach do niczego wielkiego, tylko do tego, że cię kocham i bardzo, bardzo chcę zostać twoim mężem. Więc proszę cię, odpowiedz mi jasno i prosto - pobierzemy się? Wiem, że jesteś bardzo samodzielną istotą, ale może jednak to ramię męskie będzie cię mogło w jakiś sposób chronić i pomóc w codziennym życiu. Obiektywnie rzecz ujmując znamy się dość krótko, ale mnie życie nauczyło, że i długa  znajomość przed ślubem nie gwarantuje w  żadnym stopniu ani szczęścia ani trwałości związku. I co z tego, że znałem moją byłą żonę 3 lata nim się pobraliśmy? A już w rok po ślubie zastanawiałem się gdzie ja miałem oczy i rozum?  Potem, tak jak ci mówiłem były czasem tylko przelotne znajomości a teraz wiem, że kocham ciebie, że chcę być z tobą stale, niezależnie od tego gdzie. Więc proszę cię  pobierzmy się. Wiem - można żyć razem i bez ślubu, ale to bardzo niepraktyczne w świetle przepisów, nikt nam nie wynajmie pokoju, bo nie mamy ślubu, żaden hotel w Polsce nas nie  zamelduje w jednym pokoju. Może  kiedyś to zmienią, ale na razie jest jak jest.

Mogę usiąść- zapytała  Ingeborga - bo stanie to mi nie służy, zresztą nigdy mi nie  służyło. Kocham cię, wyjdę za ciebie, choć obawiam się, że nie jestem dla ciebie dostatecznie dobrą partnerką. Ale zależy mi na tobie. Zobacz- nawet na tych cholernych nartach z tobą nie pojeżdżę. Ależ pojeździmy razem, tylko nie na zjazdowych.Ważny jest sam ruch na powietrzu a nie typ nart -zaczął jej tłumaczyć Robertino.  Wiem- ciągnęła dalej Inga-  że tak naprawdę nikt nie jest w stanie przewidzieć czy jakiś związek będzie udany czy też nie, ale naprawdę będę się starać byś był ze mną szczęśliwy.  I przyszło mi w tej chwili do głowy, że może powinnam podziękować twojemu bratu za to, że mnie wysłał do Warszawy z tobą. Kochanie moje, to podziękujemy mu razem, po ślubie. I daj łapkę -jeśli będzie za mały lub za duży to go dopasujemy po powrocie - gwizdnąłem ci jedną rękawiczkę i kupiłem chyba bardziej na oko niż na palec- i wyciągnął z kieszeni maleńkie pudełeczko. W środku był złoty pierścionek  z owalnym  akwamarynem. Kupiłem go w DESIE, podobno bardzo stary i niemodny teraz, więc  pasuje do ciebie, bo ty gwiżdżesz na modę. Ależ on  jest  śliczny! No to go teraz sam mi załóż. Na który palec i na którą rękę, podpowiedz, bo nie wiem - poprosił Robertino.  Inga podała mu swą lewą rękę i  powiedziała - na ten obok małego albo następny.  Ale muszę ci coś powiedzieć - bez pierścionka i tak bym wyszła za ciebie. Za wiele rzeczy mi się w tobie podoba i wiesz co, wywieś na drzwiach plakietkę żeby nie przeszkadzali sprzątaniem. 

W dwa miesiące potem wzięli ślub - tylko w obecności swoich świadków. Świadkiem Robertina był Robert, świadkiem Ingeborgi jej przyjaciółka. Rodziny obojga zostały zawiadomione w miesiąc później. Matka Ingeborgi niemal spazmów dostała, rodzice Robertina, zapewne z uwagi na swój wiek przyjęli wiadomość znacznie spokojniej. Brat Robertina, Krystian wzruszył tylko ramionami i stwierdził - dobrała się para wariatów.

Ingeborga zmieniła pracę i przeszła do prywatnego  biura projektowego. Robertino przeniósł się do mniejszego szpitala, w którym siłą rzeczy było mniej pacjentów. Swoje dwa mieszkania dość korzystnie  sprzedali i kupili ładne, duże mieszkanie na jednym z nowych osiedli.

Jednakże lata pracy w ciągłym stresie (chirurdzy tak  mają) nadszarpnęły zdrowie Robertina. Po dość rozległym zawale  serca już nie stanął przy stole  operacyjnym. Przestał pracować w szpitalu, pracował za to w znanej prywatnej przychodni lekarzy-specjalistów.  Rok w rok wracali na Słowację- zimą by razem pojeździć statecznie na nartach śladowych, latem by pojeździć po Słowacji i ją zwiedzać.

                                                            koniec


 




Zawiłości miłości - III

Indze w dalszym ciągu nie wolno było chodzić po schodach, nie wolno też było biegać, co Inga  skomentowała - co za szczęście, że nie lubię biegać! Po mieszkaniu mogła chodzić już z jedną kulą, ale na ulicę to koniecznie o dwóch. Śmieli się, że gdy Robert wraca z pracy to zaczyna  niczym każdy właściciel psa od wyjścia z Ingą na spacer. Na szczęście osiedle, na którym mieszkał, miało dużo zieleni.

W przychodni przyszpitalnej wystawiono Indze kolejne zwolnienie lekarskie i zapisano ją na rehabilitację w Konstancinie, do którego 3 razy w tygodniu  zawoził ją bladym świtem Robert, a odbierał około  godziny szesnastej. Inga, która jak twierdziła, że nie umie i nie lubi gotować, w dni, w które nie jeździła do Konstancina przygotowywała obiady dla nich obojga. Rano wychodziła sama do sklepu, do którego miała około stu metrów, kupowała to co było najprostsze jej zdaniem do przygotowania, bardzo dbając by waga tego co kupi nie przekraczała 2 kg, bo nosić też jej  nie było wolno, a należała do osób bardzo zdyscyplinowanych w pewnych aspektach życia.

Któregoś dnia Robert wrócił do domu niemal godzinę później niż  zawsze, uśmiechnął się jakoś  dziwnie  do Ingi, przeprosił, że nie pójdzie z nią na spacer, a obiad to może niech zje sama, on teraz nie  będzie jadł. Poszedł do swojego pokoju i zamknął za sobą drzwi. I było to bardzo dziwne, bo nigdy ich za sobą nie  zamykał.

 Po piętnastu minutach Inga postanowiła sprawdzić co się dzieje- cichutko otworzyła drzwi i ten widok całkiem ją zaskoczył- Robert leżał na  na brzuchu na swoim  łóżku i łkał w poduszkę. Usiadła koło niego i delikatnie pogłaskała go po plecach, a potem objęła  i powiedziała - powiedz mi co się stało, proszę. Nie przeżywaj tego sam, powiedz, na pewno zrozumiem. Pacjent mi umarł pod nożem - wyjąkał przez łzy. Inga przytuliła go mocniej - a schrzaniłeś coś przy operacji zapytała  cicho? Robert przecząco pokręcił głową, nie, tylko on był strasznie pocięty, przegrałem wyścig z uciekającą z niego krwią. Kto go pociął- nie wiem, to były jakieś porachunki między kolesiami. I  chyba komuś chodziło po prosu o zabicie go. I musiało być co najmniej dwóch napastników, albo napastnik operował dwoma nożami. To może było wykonanie jakiegoś wyroku - w pewnych środowiskach dość powszechne - podsunęła myśl Inga. A jeżeli tak było, to uratowałbyś faceta tylko na moment i tak by go dorwali. Zgłosiłeś to policji? -nie musiałem sami go do nas przywieźli. 

Robertino, jesteś przemęczony, codziennie operujesz, a to nie jest gra w zapałki, za każdym razem masz żywego człowieka i każdy pacjent może umrzeć albo podczas  operacji albo po niej. Nie ma przecież bezpiecznych operacji, wiesz o tym. Wiem i dlatego bałem się cały czas gdy cię Robert operował. Ale moja operacja była w bezkrwawym polu operacyjnym, co najwyżej mogła się wdać jakaś infekcja. Robert obrócił się bokiem i ze zdziwieniem na nią spojrzał. A ty skąd to wiesz?  O tym, że każda operacja jest niebezpieczna? W wielu rodzinach zdarzają się lekarze - w mojej było dwóch - chirurg i  weterynarz. A ja się nawet ostro interesowałam medycyną, przeglądałam sporo książek i nie tylko obrazki mnie interesowały, tekst również. A o tym, że moja operacja  odbędzie się  w bezkrwawym polu operacyjnym to mi powiedziała pielęgniarka. Chodź, musisz jednak coś zjeść. A gdy ci się jeszcze  coś nie powiedzie to po prostu porozmawiajmy zawsze o tym, dobrze? Pomogłeś mi ogromnie wcale mnie nie znając, więc pozwól, że ja ci teraz pomogę tym, że wysłucham, porozmawiam z tobą o tym co cię gryzie, interesuje lub marzy. Chyba masz ten weekend wolny? To może byśmy gdzieś pojechali razem? Ja mogę prowadzić, Robert powiedział, że prowadzenie samochodu jest wskazane, wyrabia  "głębokie czucie w stawie". Nie wiem co prawda o co chodzi, ale mu wierzę. A teraz chodź coś zjeść, zrobimy sobie dziś wieczór szczerości, dobrze? 

To posiedź jeszcze chwilę ze mną, muszę ci coś powiedzieć i nie musisz mi na to natychmiast odpowiadać. No dobrze, mów. 

Bo ja  już nie wyobrażam sobie byś stąd odeszła i mieszkała z dala ode mnie, więc chcę cię prosić, byś nadal tu mieszkała ze mną. Wybierz pokój, w którym chcesz mieć azyl. Ale - zaczęła Inga , lecz Robert położył jej rękę na ustach - jeszcze nie odpowiadaj, jeszcze nie skończyłem. Ingeborgo, nie jestem mistrzem w mówieniu komplementów, ale porywa mnie twoja nietuzinkowość, twój sposób patrzenia na  otaczającą nas rzeczywistość. Mam ochotę cię pieścić, przytulać, wymieniać  z tobą myśli, poglądy, wieczorem zasypiać i budzić się rano razem z tobą.  Nie przytulałem się do ciebie, nie  całowałem, bo nie chciałem byś pomyślała, że w jakiś sposób wykorzystuję zaistniałą sytuację. Inga uśmiechnęła się - a ja myślałam, że ci się po prostu nie podobam. Widzisz Robertino jak bardzo jest nam potrzebny taki wieczór szczerości?

Chodź jeść, zjemy razem obiad, zrobię coś dobrego na deser, przytulimy się do siebie i porozmawiamy niespiesznie o tym co które z nas lubi, czego nie lubi, co by chciało a czego raczej nie. Przecież my się wcale właściwie nie znamy, choć ty widziałeś mnie nagą a ja ciebie cierpiącego. I myślę, że tak naprawdę ty byłeś bardziej nagi niż ja. Bo ja byłam  naga tylko fizycznie, ty psychicznie.

Bardzo długi był ten wieczór szczerości - wielce szczegółowo opowiadali sobie wzajemnie o swoich porażkach i sukcesach, o tym czego się boją, co się im podoba w innych osobach  oraz co im się u siebie wzajemnie  podoba, co lubią jeść a czego by do ust nie wzięli. O swoich poprzednich związkach też opowiedzieli - chociaż zdawali sobie sprawę, że to może być bolesne dla obojga. Bo wracanie do tego co minęło boli i tego co opowiada i tego kto tego słucha. Co dziwniejsze, jak zauważyła Inga, ją bolą i te miłe i te niemiłe jej wspomnienia. Miłe bolą, bo uświadamiasz sobie, że z jakiegoś względu cała rzecz się skończyła a te niemiłe bolą, bo nam przypominają, że nie grzeszyliśmy nadmiarem mądrości- wyjaśniła Inga.

Robertino był siedem lat starszy od Ingi. Nie ukrywał, że jego żona była bardzo ładną kobietą, że pobrali się gdy był jeszcze na studiach a jemu jej uroda i fakt, że taka ładna dziewczyna bez problemu dała się poderwać i wciągnąć do łóżka wielce pochlebiał i nawet przez moment  nie analizował czy ten związek ma jakąkolwiek przyszłość. Dla niej ważna była ta obrączka na palcu, dla niego- "aż teraz wstyd mi się do tego przyznać, ważne było to, że mogę  zaspokoić swoje żądze nie szukając jakiegoś obiektu, wystarczyło tylko rękę wyciągnąć" - jak wyznał z pewnym zażenowaniem Robertino. A przejrzał dość raptownie na oczy po pierwszej dzikiej awanturze, która wybuchła po tym, gdy powiedział w domu, że chce robić doktorat   z chirurgii ogólnej a nie z plastycznej, jak to sobie wyobrażała jego żona. Jego małżeństwo przetrwało tylko rok i to ona wystąpiła o rozwód. Rozumie- niewiele ich  łączyło, bo tylko, a i to sporadycznie łóżko. Nie  rozumiała tego, że czasem po jednej operacji wracał pół żywy do domu i jedyne co mu było w głowie to sen. Z perspektywy czasu aż się dziwi, że nie wpadł w alkoholizm, co się przydarza wielu chirurgom. Po rozwodzie to były już tylko spotkania z różnymi kobietami, kończące się po dwóch lub trzech razach.

Inga przyznała się, że ma za sobą dwa "nielegalne" związki - pierwszy gdy jeszcze była niepełnoletnia. Związek nielegalny podwójnie, bo ona była niepełnoletnia a on był jej bardzo dalekim kuzynem. Skończył studia w Warszawie, wyjechał i więcej się nie widzieli. Z plotek rodzinnych wie, że mieszka od lat w  Austrii.

Drugi związek, z pewnym lekarzem, któremu sypało się małżeństwo, miał je  zakończyć dla Ingi, ale nie  zakończył, bo facet grał na dwa fronty, czego efektem była ciąża  jego żony,  z którą podobno nie współżył. Oczywiście ten związek się skończył i Inga  zaczęła  inaczej spoglądać na mężczyzn- zero zaufania, zero ulegania oszustwom typu "kocham" i dlatego mogła sobie po jakimś czasie pozwolić na wyjazd z Krystianem i nocowanie w jednym pokoju. Odkryła też, że mężczyźni nie lubią rzeczy nazywać po imieniu a już mówienie partnerce prawdy to dla większości utopia. A jej nietuzinkowość to właśnie wszystkie wyciągnięte z życia wnioski. 

W trakcie tego wieczoru kolano Ingi zostało wymasowane i wycałowane, bo Robertino bardzo wierzył w czarodziejską moc pocałunków. Inga wymusiła na nim podział kosztów utrzymania, przeciwko czemu ostro protestował bo Inga  bardzo mało jadła, na co Inga argumentowała, że ona tu nie tylko je, ale też zużywa gaz, prąd, ciepłą i zimną wodę.

Na marzec  Robertino miał zarezerwowany pokój na Słowacji w ośrodku w Nowej  Lesnie.W pierwszej chwili chciał nic o tym nie mówić Indze i po prostu zrezygnować z wyjazdu, potem zapytał się  swego imiennika, ortopedę czy jest sens brać tam Ingę, bo przecież ona nie  będzie jeździła na nartach. No ale przecież tam   w tym ośrodku jest świetny basen a i  zabiegi rehabilitacyjne można wykupić podpowiedział Robert-ortopeda. Czym prędzej więc Robertino zarezerwował drugie wyżywienie zgłaszając, że jednak będą dwie osoby i postawił Ingę wobec propozycji nie do odparcia- wspólnego wyjazdu do Nowej Lesnej. Inga miała jeszcze nie wykorzystany urlop, więc do ostatniego tygodnia zwolnienia lekarskiego dołączyła  tydzień zaległego urlopu. Ku wielkiemu zdziwieniu Ingi Robertino nie chciał wziąć nart tłumacząc, że nie będzie mu wcale miło jeździć  bez niej. Pojeżdżą po Słowacji samochodem a najważniejsze, że będą razem. Codziennie będą pływać a dla Ingi pewnie wykupią rehabilitację. Wg Roberta to miał być wyjazd, który pozwoli im  być całą dobę ze sobą i będą mieli niepowtarzalną okazję wzajemnego się poznania. Od każdej strony. A intymnej zwłaszcza, bo wciąż zestresowany Robert wstrzymywał się z ową "prezentacją"- był naprawdę przemęczony. Z Warszawy do Krakowa za kierownicą siedziała Inga. W Krakowie mieli się zmienić i dalej miał prowadzić Robert, bo znał Kraków znacznie lepiej niż Inga. Tym razem nie było żadnych utrudnień na drodze, w Krakowie zjedli obiad, do Nowej Lesnej dotarli przed kolacją. 

Mieli ładny pokój z dużym balkonem, sporą łazienką, były też leżaki i koce, by można korzystać  swobodnie z  balkonu. Kolacja była smaczna,  bo tu na Słowacji to zawsze dobrze karmią , jak stwierdził Robertino.  Po kolacji wyszli jeszcze trochę pospacerować, pomału opadało z nich zmęczenie podróżą. Po raz pierwszy szli objęci, przytuleni. Było cicho, gwiazdy świeciły. Oboje byli zmęczeni, Indze wybitnie brakowało kondycji. Robert ostatnio miał jakieś nieporozumienia z szefem i zastanawiał się nad zmianą pracy. Oczywiście zastanawiał się na głos, wszak mieli sobie wszystko mówić.

Inga też się zastanawiała nad zmianą  pracy- telefonowała do niej jedna z koleżanek i namawiała na znacznie lepiej płatną pracę w  prywatnym biurze projektów. Inga obiecała jej, że gdy wróci z urlopu to się z nią skontaktuje. Zmęczeni podróżą postanowili wcześniej pójść  spać. Przytuleni zasnęli prawie natychmiast.

Rano pierwszy ocknął się Robert. Leżał wsparty na ręce i przypatrywał się Indze i czuł jak topnieje mu serce. Rozczulał go widok tej kruchej dziewczyny. Zastanawiał się  jak w tym kruchym dziewczęciu może być tyle stanowczości. Była wielką realistką, zero romantyzmu. Podobała mu się, choć nie można jej było zaliczyć do piękności. Patrząc na Ingę  pomyślał - już raz  miałem piękną kobietę za żonę i co? niewypał- egoistka zajęta swą niewątpliwą urodą. Przypomniał też sobie ich  awanturę - o to, że "jak idiota wybrał chirurgię ogólną na specjalizację II stopnia a nie chirurgię plastyczną".  A ten kurczaczek ma dobrze poukładane w głowie i naprawdę wielkie serce. Przysunął się bliżej do Ingi, która niemal automatycznie przylgnęła do niego układając głowę na jego ramieniu. Przytulił się do niej i wyszeptał - kocham cię. Naprawdę cię kocham- powtórzył nieco głośniej. Inga usiadła - powiedz to jeszcze raz, to pięknie  brzmi.

Ingeborgo, nic na to nie poradzę, kocham cię, niezależnie od tego jak to brzmi. I zrobię wszystko byś mnie pokochała i ze mną została na zawsze. I mam nadzieję, że gdy mnie trochę lepiej poznasz to zgodzisz się bym był twoim mężem, byśmy wzięli ślub. W sumie mamy naprawdę sporo takich samych poglądów na wiele spraw. I wierz mi - nie mówię co drugiej spotkanej kobiecie, że ją kocham tylko po to by z nią wylądować w łóżku, choć to jedna z wielce skutecznych metod. I gdyby mi ktoś wtedy, gdy cię wiozłem z Zakopanego powiedział, że się w tobie zakocham, to bym go wyśmiał i to głośno. Jesteś pierwszą kobietą od mego rozwodu, którą pokochałem i która u mnie  w mieszkaniu wylądowała, choć nie powiem bym trwał te kilka lat celibacie. Ale traktowałem to raczej jako niezbędne 15 minut dla zdrowia. Ot, tabletka odprężająca i to łykana poza domem.

Przeżyłem katusze, gdy po operacji bardzo długo się nie budziłaś- a przyczyna  była prozaiczna- ta idiotka Jadźka dała ci dawkę usypiacza na 60 kg, a ty ważysz znacznie mniej. I już wtedy wiedziałem, że skradłaś mi serce, bo to nie był ten zawodowy lęk, ale taki bardzo, bardzo indywidualny. Z zawodowego punktu widzenia było wszystko w porządku. Jesteś niezwykłą dziewczyna i....ale nie dokończył zdania, bo resztę słów przerwały usta Ingeborgi. Jak na razie nie da się mówić cokolwiek w trakcie  pocałunku.

Ten dzień był dniem fizycznego poznawania się , dopasowywania, dopytywania i sprawdzania, poznawania wzajemnych reakcji. Po obiedzie zjedzonym ze wzajemnie utkwionymi w sobie  oczami postanowili jednak zrobić kilka godzin przerwy. Inga zapisała się na rehabilitację i od razu wzięła kilka zabiegów fizykoterapii oraz solankową kąpiel, a Robertino zakotwiczył się w siłowni i też zdecydował się potem na solankową kąpiel. Ani się obejrzeli a nadszedł czas kolacji, po której poszli na długi niespieszny spacer. Śnieg skrzypiał,  mróz lekko szczypał w policzki a niebo prezentowało niezliczone ilości gwiazd. Ingeborga wędrowała ze wzrokiem utkwionym  w gwiazdy i ubolewała nad tym, że zupełnie nie rozróżnia różnych gwiazdozbiorów. Mnie wystarcza do szczęścia jedna gwiazdka- powiedział Robertino. Która- zapytała Ingeborga - to ta, którą zobaczysz w domu w lustrze.  Po prostu jesteś dla mnie gwiazdką z nieba. Ingeborga z wielką powagą powiedziała- no to już teraz wiem dlaczego mi to więzadło nie  wyrobiło i się naderwało- nic dziwnego, skoro spadłam z takiej wysokości. A nic cię nie boli to kolano gdy tyle spacerujemy? Może powinniśmy mniej chodzić? Nie, nie boli gdy chodzę po równym, ale po świeżym śniegu wolę nie próbować. Robertino, a może jednak szkoda, że nie wziąłeś nart - bo wiem, że lubisz zjeżdżać.  No nie wiem czy jeszcze lubię, wolę przebywanie w sposób różny z tobą niż pędzlowanie na nartach. Gdy ostatni raz rozmawiałem z Robertem o twoim kolanie stwierdził, że będziesz mogła jeździć na biegówkach,  jeśli oczywiście zadbasz o swoje czworogłowe. A to jedne z łatwiejszych do wzmocnienia mięśnie, bo możesz je ćwiczyć nawet w trakcie oglądania  TV lub czytania książki. Chodź moje kochanie, wrócimy już, bo jakiś wiatr się  zrywa. Poza tym już się bardzo stęskniłem.

                                                        c.d.n.


sobota, 23 stycznia 2021

Zawiłości miłości -II

 Gdy wyruszyli Robert jeszcze raz przeprosił Ingę, że tak nieco bezmyślnie zatytułował ją dziewczyną swego brata, ale przed wyjazdem Krystian tak mówił o dziewczynie z którą wyjeżdża. 

No wiesz Robercie- jeżeli ktoś sądzi, że kilka wspólnych wypadów do kina i długie godziny dyskusji nie tylko na tematy służbowe to już  związek to można powiedzieć, że jestem jego dziewczyną. My nawet nie jesteśmy w jednej pracowni projektowej. Ja jestem w urbanistycznej, on w projektującej konkretne  obiekty, ja tylko projektuję otoczenie, czyli architekturę krajobrazu, a on piętro po piętrze to wszystko co ma być w budynku, zależnie od jego przeznaczenia. Lubię go, ale tym razem mi podpadł. Mówiłam jak komuś mądremu, że  boję się zjeżdżać bo są drzewa, no to spojrzał na mnie jak na idiotkę i ruszył w dół, a potem stał na dole i krzyczał bym jechała, bo on mnie na dole  złapie. I jeszcze mnie kierował w stronę drzewa a ja się bałam, że mogę na nie wpaść i odbiłam ciutkę w prawo i wjechałam w ten cholerny krzaczek i mi noga w nim została a ja pojechałam dalej. No i się narobiło.

Ingeborgo,  bardzo mnie cieszy, że nie jesteś jego dziewczyną, mogę ci więc mówić bezkarnie to co myślę, a nawet umawiać się z tobą  na kawę lub do teatru czy też klubu. I muszę ci się do czegoś przyznać - jestem rozwodnikiem, na szczęście bezdzietnym. Rozeszliśmy się, bo robiłem doktorat, w domu bywałem mało a głównie po to by się wyspać i moja żona tego nie wyrobiła. Mam doktorat a jego ceną był nasz rozwód.

Nie wiedziałam, wiedziałam tylko, że Krystian ma starszego brata. Nie poruszaliśmy nigdy tak intymnych tematów jak rodzina. A z czego masz ten doktorat? Krystian uważa, że z zarzynania ludzi. Jestem po prostu  chirurgiem. A w tej chwili żałuję, że nie ortopedą. Ale mam kilku bardzo dobrych kolegów z tej dziedziny. W moim szpitalu jednego. Zresztą jest moim imiennikiem. I też mu się małżeństwo rozleciało bo go ciągle nie było w domu. Ciebie z czystym sumieniem oddam w jego ręce- primo- z taką samą uwagą operuje blisko stuletnią babcię  jak i trzydziestoletnią pacjentkę, nie  szarżuje, nie traktuje człowieka jak królika doświadczalnego. I do wszystkich pacjentów, bez względu na wiek i płeć mówi " dziecinko". Kiedyś się go zapytałem dlaczego i powiedział, że każdy chory czuje się bezradny jak dziecko. No i ma miły zwyczaj informowania pacjenta o wszystkim co będzie robione, tłumaczy jak i dlaczego. Ma  anielską wprost cierpliwość i jest ubóstwiany przez pacjentów.

W korku na Obidowej stali trzy kwadranse. Gdy zjeżdżali w dół po obu stronach stały porozbijane  samochody- jeden nawet prezentował swoje podwozie. Ta "zakopianka" to istny koszmar- gdyby to było w innym kraju to już dawno ktoś by wpadł na zaprojektowanie jakichś tuneli. I dlatego na narty to ja jeżdżę albo na Słowację albo do Szwajcarii- zwierzał się Krystian. A ja chyba nie prędko pojadę na jakieś narty, może nawet nigdy. Na razie mam dosyć wrażeń - powiedziała Inga. 

A jak się ty biedna Ingeborgo czujesz? Bardzo ci dokucza ta  noga? Właściwie to jak tak tu się wyleguję to jest wszystko w największym porządku. Mogę nawet  bezboleśnie tę  nogę ugiąć w kolanie, tylko przy obciążaniu to mam wrażenie, że mi ktoś coś w kolano w środku wbija. Zastanawiam się, jak się wdrapię na to swoje drugie piętro w domu. No to się nie zastanawiaj, bo się nie będziesz wdrapywać. Dziś  cię nie wstawię na ortopedię  i przenocujesz u mnie, a u mnie to jest winda. Masz wprawę w nocowaniu z facetami, z którymi nic cię nie łączy. Ale gdy będziesz w szpitalu to będziesz moją narzeczoną, bo to szpital resortowy, a ty nie jesteś z tego resortu.  Dziś, nawet jeśli to będzie w nocy zatelefonuję do mego imiennika,  opowiem co się wydarzyło i jeśli on zdecyduje, że musisz trafić na oddział to napiszę podanie, w którym poproszę o przyjęcie mojej narzeczonej. 

Uważaj, uważaj co mówisz, bo los jest złośliwy i może się tak zdarzyć i będziesz nieszczęśliwy - prawie wykrzyknęła Inga. Bo ja nie jestem dobrym materiałem ani na narzeczoną ani na żonę. A zwłaszcza na żonę - nie umiem gotować, nie lubię gotować, nie  lubię sprzątać. Nie lubię dzieci ani małych ani większych, nie marzy mi się by mi dziecko cycki obgryzało. Gdy mam nowy temat do opracowania to go mam przez okrągłą dobę, której część  spędzam w terenie, żeby dopasować moje  wyobrażenie do tego co tam jest. Nie lubię się malować ani stroić a pojęcie "to modne a to nie modne" dla mnie nie istnieje. Modne dla mnie jest to w czym mnie  jest wygodnie i dlatego łaziłam po Zakopcu i Warszawie w butach na po nartach a nie w kozaczkach. Nie lubię torebek, każdy ubiór mój musi mieć mnóstwo kieszeni. Nie oglądam meczy piłkarskich, bo nie rozumiem po co 22 facetów goni  za jedną piłką. Boksu też nie rozumiem, dlaczego okładają się dwaj faceci skoro jeden drugiemu nic nie zrobił. Nie wiem co jest fajnego w jeżdżeniu rowerem, ale lubię prowadzić, czasem nawet bez celu, samochód. Ale nie szarżuję, jeżdżę zgodnie z przepisami. Nie widzę nic zabawnego w zapasach w błocie lub w galarecie, nawet w poziomkowej, którą lubię. Aerobiku też nie lubię, wolę pójść do Stodoły i tam się co jakiś czas wyszaleć na fula. I nie palę, nie ćpam i nie upijam się, bo nie lubię stanów niepełnej samokontroli. Jeśli już coś robię to robię to świadomie  a nie przez przypadek. I pewnie z tego powodu, ku rozpaczy mamy, ciągle nie jestem  zamężna. Nie wiem czemu to jej przeszkadza, skoro mieszkam sama i nic od niej nie chcę.

Coraz bardziej mnie interesujesz - śmiał się  Robert. Jeszcze nie słyszałem takiej oceny piłki nożnej czy boksu. Jeśli idzie o to co powiedziałaś, że się nie nadajesz na żonę - ja osobiście nie szukam ani kucharki ani sprzątaczki a to - jak ślicznie powiedziałaś "obgryzanie cycków" to by mi pasowało i nie chciałbym się tą funkcją  dzielić z nikim, nawet z własnym dzieckiem. I wątpię czy byłbym dobrym ojcem. I też jestem  mocno zajęty własną pracą.

Gdy wjechali do Krakowa  Robert powiedział - podjedziemy do Forum- tam jest dobre jedzenie z grilla i ładny widok z okien, a najważniejsze - parking i winda. Czas coś zjeść i muszę się napić kawy. Wyjdziesz przy mojej asekuracji z lewej strony,  a potem wsiądziesz z prawej. Do windy się dociągniesz o kulach, ale równie dobrze mógłbym cię donieść do windy, lekka jesteś i nieduża. I nie obciążaj tej  prawej nogi, dobrze? Tak jest Robertino, nie będę obciążać, będę uważać. 

W godzinę później już  wsiadali do samochodu. Ty jesteś wielce ekonomiczną towarzyszką - straszliwie  mało jesz. Samo mięso, kilka listków sałaty i koniec. I woda mineralna- musiałam czymś popić tabletki. Dbam o swój komfort. 

 Zapomniałem ci powiedzieć, że  jakby cię mocniej bolało to staniemy i zrobię ci zastrzyk z pyralginy. Na razie dobrze funkcjonuję na tabletkach. Mogłabym pewnie nawet teraz tej nie wziąć, ale wolę nie sprawdzać w drodze na ile czasu mi starcza 1 tabletka. A wiesz, to nawet pocieszająca okoliczność, że cię nie boli więcej - ucieszył się Robert. I wiesz, podoba mi się, gdy mówisz na mnie Robertino - tak nieco pieszczotliwie to brzmi. I tak bardzo indywidualnie.

Gdy wyjeżdżali z Krakowa zaczęło padać.  Robert od razu zwolnił. Nie lubię jeździć w  takiej szarówce gdy pada. Inga natychmiast się przesiadła na prawą stronę. Czemu się przesiadłaś- dopytywał się Robert . Bo jestem dalekowidzem  i nigdy mi szarówka nie przeszkadzała a co dwie pary oczu to nie jedna.  Ale to twoje  volvo dobrze się trzyma drogi. No i pojemne autko.  A gdybyś ty wiedziała co się nasłuchałem od rodziny, że kupiłem - zupełnie tak, jakbym  kupił za ich pieniądze. Tylko Krystian nie wybrzydzał.

Szczerze mówiąc, to byłem dziś jego zachowaniem zdumiony, że został. Bo nawet jeśli nie łączy was jakieś bliższe uczucie, to nie zostawia się kogoś z kim się przyjechało w chwili, gdy coś złego go spotka.  To samo sobie pomyślałam - powiedziała  Inga- uważam, że jest mało empatycznym człowiekiem.  Ja bym go nie  zostawiła, choć nas naprawdę nie łączy żadne uczucie, sex też nie.  Oddzielasz sex i uczucia? kobiety zawsze mówią, że  musi być uczucie żeby  był sex- powiedział Robert.  Taaaa, a potem włażą do łóżka pierwszemu który  je  dostatecznie podnieci, nie wiem tylko czy oszukują jego czy same siebie. Moja matka powiedziała mi kiedyś, że tak naprawdę pokochała mego ojca dopiero kilka lat po ślubie. Wynika z tego. że ja  byłam tylko i wyłącznie dzieckiem sexu a nie miłości. Kiedyś mi taki dobry kumpel  ni z tego ni z owego powiedział, że mnie kocha. Popatrzyłam jak na wariata i zapytałam po co mi to mówi, skoro jego żona jest moją przyjaciółką i jeśli tak jest naprawdę to niech on wpierw jej powie, że jej nie kocha, weźmie rozwód a potem mi to powie. Z rok unikał mnie jak ognia. Teraz się z tego oboje śmiejemy.  Ingeborgo, jesteś nietuzinkową osobą. Tak- wiem, jestem i zapewne dlatego większość czasu jestem sama. To cena nietuzinkowości. 

Do Warszawy dotarli późnym wieczorem. Robert w pierwszej kolejności zrobił jej okład na  kolano, które  trochę było  opuchnięte, potem zrobił  kolację, którą razem zjedli, przygotował jej łóżko , zmusił do kąpieli w czasie której brał czynny udział, wytarł do sucha, założył  ortezę, pomógł założyć piżamę i niczym małe dziecko zaniósł do łóżka, twierdząc,  że tak lekkiej kobiety to jeszcze nie nosił, a na koniec  zrobił jej zastrzyk z pyralginy.

Potem zatelefonował do swego kolegi. Umówili się, że przywiezie Ingę o godz. 14,00 na oddział ortopedii.Opowiedział w skrócie co się wydarzyło, ortopeda stwierdził, żeby od razu występował  o zezwolenie na leczenie  Ingi- tym sposobem Inga stała się narzeczoną  Roberta . Nim się położył spać zajrzał po  cichutku do Ingi, sprawdził tętno- wyglądało wszystko nieźle. Rano przygotował jej i sobie śniadanie, obudził ją  i poinformował, że  zaraz rano jedzie do szpitala i złoży podanie o zezwolenie na jej leczenie w tym resortowym szpitalu. Inga z kolei go poprosiła by wpadł do niej do mieszkania  i przywiózł jej stamtąd ciepły dres  oraz  podkolanówki wełniane oraz elastyczne  bermudy i  szlafrok. 

Zezwolenie dostał od ręki, a że tego dnia nie wykonywał żadnych zabiegów  "obleciał" tylko swych pacjentów i wyszedł. Podjechał do mieszkania Ingi, bez trudu odnalazł to o co go prosiła i powrócił  do siebie. Poinformował Ingę, że jest już jego narzeczoną i o14,00 zameldował się wraz z nią na ortopedii. Na zlecenie ortopedy wykonano Indze nowość, czyli zdjęcie tunelowe kolan (wtedy jeszcze w kraju nad Wisłą nie wykonywano artroskopii nawet w tak ekskluzywnym jak ten szpitalu). Długo się pan ortopeda wpatrywał w kliszę, w końcu stwierdził- wolałbym  nie otwierać, ale boję się, że tam jest krwiak, a lepiej żeby go  tam nie było, bo się nie wessie sam. Zaczekajmy ze dwa dni, będziemy jej  cały czas robić okłady, przeleży dwa dni bez wstawania i wtedy zdecydujemy. Robert wszystkie popołudnia spędzał przy łóżku Ingi, choć Inga tłumaczyła mu, że powinien wypoczywać w domu a nie siedzieć przy jej łóżku, a Robert twierdził, że siedząc przy niej  właśnie odpoczywa. Pod koniec drugiego dnia obserwacji do  Roberta dołączył ortopeda, który powiedział Indze, że jednak otworzą to kolano i zrobią co będzie należało. Pół godziny później przyszedł do Ingi anestezjolog na wywiad , po  nim pielęgniarka wpierw przemyła kolano wodą i mydłem, potem jakimś środkiem dezynfekcyjnym, na koniec zrobiła opatrunek i przykazała by Inga  go nie zdejmowała. Ominęła ją oczywiście kolacja i zamiast kolacji dostała jakąś tabletkę nasenną. Robert siedział przy niej mówiąc, że będzie operowana  jako pierwsza i dzięki temu on będzie przy tej operacji a do niej przyjdzie już po 14,00. Zaczekał aż Inga zasnęła a wychodząc jak zwykle pocałował ją rękę a tym razem  też ...w policzek. 

Rano o godz. dziewiątej została przewieziona na salę operacyjną do której było aż 15 metrów. Anestezjolog pożyczył jej miłych snów, wstrzyknął  ewipan i Inga niemal  natychmiast zasnęła. Dopiero wtedy zaczęto przywiązywanie do stołu operacyjnego, umieszczanie operowanej kończyny na specjalnej szynie by pole operacyjne było bezkrwawe i zaczęto zdejmować z kolana opatrunek.  Robert był obecny przy tej operacji i po raz pierwszy w swej karierze chirurga poczuł niepokój o osobę, która leżała w głębokiej narkozie. Nacięcie , które zrobił ortopeda było długości zaledwie 4 cm, udało się  bez trudu usunąć ze stawu krwiak, łąkotka była w jednym miejscu leciutko ukruszona, więc  usunięto okruchy chrząstki, usunięto również miejsca, w których była popękana i to był koniec operacji.

Przez cztery doby Inga leżała w dość osobliwej pozycji, z nogami wysoko uniesionymi i mocno wyprostowanymi. Po czterech dniach została spionizowana. W pokoju asystowało przy tym dwóch rehabilitantów i dwie pielęgniarki oraz Robert, który przybiegł miedzy  dwiema operacjami. Ku wielkiemu zdziwieniu Ingi stanie na tej operowanej kończynie było bezbolesne. Robert  tylko powiedział, że cudnie i  pobiegł z powrotem na blok operacyjny. Następnego dnia zaczęła się  nauka prawidłowego chodzenia, które szło Indze świetnie, jako że już o kulach  chodziła, poza tym miała ćwiczyć mięsień  czworogłowy operowanej nogi. Po siedmiu dniach  chirurg który ją operował osobiście  zdjął szwy, zakleił jeszcze brzegi plasterkami używanymi wówczas tylko w operacjach plastycznych, pouczył Ingę co jej wolno a czego nie wolno i dał skierowanie  na rehabilitację oraz wystawił dość długie  zwolnienie  lekarskie. Następnego dnia Robert zabrał ją ze szpitala do domu. On też dostał wytyczne co Indze wolno a czego nie.

                                                       c.d.n.

piątek, 22 stycznia 2021

Zawiłości miłości

 Inga leżała na  śniegu, nieco oszołomiona. Ale dałaś czadu - ze złością w głosie powiedział stojący nad nią chłopak. Zaczekaj, zdejmę swoje narty  a potem odepnę twoje i pomogę ci wstać. Odpiął narty, spokojnie złożył je razem, spiął klamrami i odstawił pod drzewo.

Pochylił się nad Ingą i przyjrzał się jej uważnie - śledź mój palec- bo może walnęłaś przy okazji głową w drzewo, to wtedy lepiej będzie wezwać pogotowie. Ponieważ nic nie zakłócało Indze śledzenia  palca Krystiana, ten uznał, że pewnie nic się złego nie stało - ot przewaliła się i wystraszyła. Zaczął odpinać jej narty i wtedy się nieco przestraszył, jedna noga  była jakoś mocno wykręcona w kolanie. Delikatnie uwolnił ją z wiązania, podłożył dłoń pod kolano, drugą objął w stawie skokowym i ostrożnie starał się wyprostować. W pewnej chwili Inga krzyknęła  z bólu. Rozpieprzyłaś sobie chyba coś w kolanie - skonstatował. Odpiął drugą nartę, staranie obie złożył i powiedział- podniosę cię a ty masz stanąć na lewej nodze, bo z nią nic się  nie dzieje. Mówiłem ci, byś zjeżdżała bardziej w lewo, to ty nie, pojechałaś prosto i zawadziłaś o ten mały krzaczek. Gapa z ciebie, wiesz. 

Wiem, wrzasnęła  Inga, ja wcale nie chciałam tu między drzewami zjeżdżać, to ty mnie do tego zmusiłeś. Bałam się tego drzewa, że zawadzę o nie ramieniem.  Mówiłam ci, że jestem drugi raz  w życiu na nartach i że zejdę na piechotę, to na mnie nawrzeszczałeś. 

Bo schodzeniem na piechotę nie nauczysz się nigdy zjeżdżać - Krystian był nieprzejednany. Wczoraj  ci nieźle szło zjeżdżanie na Wierszykach, nawet się nie wywaliłaś, więc myślałem, że już pojęłaś w czym rzecz. 

Ale tam nie było żadnych drzew i miałam przeciwstok. No pomóż mi wreszcie wstać!  Krystian zablokował jej lewą  nogę i za rękę pociągnął ją w górę. Dasz radę stanąć delikatnie na tej prawej nodze?   Inga ostrożnie postawiła prawą nogę obok lewej, ale  natychmiast krzyknęła i z oczu popłynęły łzy. Nie mogę,  strasznie mnie boli. 

No to klops - stwierdził Krystian- muszę zadzwonić do  szpitala po karetkę. Usiądziesz na swoich nartach, żebyś tyłkiem nie siedziała na śniegu, moje  ci podłożę pod prawą nogę. I zrobię ci dołek żebyś się w nim zablokowała  lewą piętą. Tu zaraz są domy i jeden pensjonat, to postaram się od nich zatelefonować na pogotowie i tam muszę zaczekać na nich. I nie płacz, na pewno szybko przyjadą  z tego szpitala na Kamieńcu. 

Przecież nie płaczę. Najchętniej  rąbnęłam bym sama siebie w głowę, że się ciebie czasem słucham, jakoś  nie wychodzi mi to na dobre.

Dobra, pogadamy o tym w domu. Idę  szukać telefonu. W 15 minut później Inga zobaczyła Krystiana z sankami, obok niego szedł jakiś  chłopak. Podwieziemy cię na sankach do najbliższego pensjonatu, pogotowie będzie w ciągu pół godziny. Daj mi swój szalik, zabezpieczymy nim  nogę, żeby z sanek nie zleciała. Narty poniesie nam ten kolega. Dobrze, że się wygrzmociłaś już na dole no bo nie wiem jakbyśmy cię z górki  ściągali na tych sankach. 

Do pensjonatu nie było daleko. Inga siedziała na sankach i nie chciała wejść do holu, bo każde poruszenie prawej nogi sprawiało jej ból. Po kwadransie czekania usłyszeli  sygnał karetki. O, może to ta nasza- odezwał się Krystian. No a po co na sygnale mieliby jechać, przecież nie umieram jeszcze- zdziwiła się Inga . Bo tam jest jedno niebezpieczne skrzyżowanie i wszystkie karetki tu dają sygnał - wyjaśnił chłopak. Tu codziennie ktoś się łamie albo wpada na jezdni w poślizg i wali w drzewo lub latarnię. A i  piesi miewają  połamane  nogi i ręce, bo przecież tu ciągle jest ślisko, zwłaszcza rano. Przed południem są połamańcy a wieczorem samochodziarze. Tu się nie soli ulic ani jezdni.

I rzeczywiście to była karetka wzywana  do Ingi. Personel sprawnie umieścił Ingę w pozycji horyzontalnej, pozapinał pasami, nakrył kocem . Krystian  zostawił ich narty w tym pensjonacie zapłaciwszy za przechowanie od razu za dwie doby i pojechał razem z Ingą. 

Izba przyjęć była pełna ludzi. Macie farta, bo następni to już chyba będą stąd odsyłani do Nowego Targu, nawet nie  będzie komu badać. Gipsiarnia pracuje pełną parą, mamy wspaniały przerób, kilka  wieżowców można by z tego  gipsu  wybudować - powiedział jeden z ratowników. Niech pan zdejmie pani but, żeby było lepsze krążenie krwi w tej nodze i owinie stopę szalikiem. I strasznie  blada jest, tam w lewym korytarzu jest automat z kawą, może jej dobrze zrobi. No to się trzymajcie, my jedziemy  dalej. 

Po trzech godzinach siedzenia na izbie przyjęć zainteresowano się Ingą. A co tu mamy? Nóżka złamana? Niech pani zdejmie te spodenki, trzeba  nogę prześwietlić. Coś mi to wygląda na uraz więzadła krzyżowego, przedniego. Miejmy nadzieję, że tylko mocno naciągnięte lub tylko naderwane a nie całkiem zerwane. A jak pani to zrobiła? Zjeżdżałam z małej górki i wjechałam niechcący czubem narty w  nieduży krzak i mi prawą nartę zatrzymał, a ja pojechałam ciut dalej w przód i upadłam. 

Klasyka, moja pani, klasyka. A na długo państwo przyjechali?  Pojutrze powinniśmy być w pociągu do Warszawy- skłamała Inga. Nie chciała za nic  w świecie zostać tu w szpitalu. No to my tu nic nie będziemy robić - założymy tylko ortezę. Dostanie pani tabletki o działaniu przeciwbólowym i przeciwzapalnym i pojedzie  pani do domeczku. W Warszawie na pewno mają mniej urazowców o tej porze roku niż my, więc się panią lepiej zaopiekują. 

Chodzić pani będzie mogła, ale mało i tylko w ortezie. I proszę robić okłady z arniki, wysychające. I jak wszystko dobrze pójdzie to za pół roku albo trzy kwartały  dojdzie pani do siebie. To zależy co teraz   tam w środku się dzieje. Może trzeba będzie operować a może nie. Lepiej żeby nie, bo stawy nie lubią być otwierane. Proszę, tu jest recepta  na leki, zaraz przyniosą ortezę i pani założę, nauczę panią jak to ma być prawidłowo założone i wyregulowane.

Gdy przyniesiono ortezę Inga popatrzyła na nią i powiedziała - a może mi pan powiedzieć jak ja mam na to założyć spodnie, przecież te  gałki z dwóch stron mi nie wejdą pod spodnie a przecież muszę jeszcze mieć na sobie rajstopy pod spodem, mróz jest przecież.

Lekarz poczuł się nieco bezradny. Chwilę intensywnie myślał,  w końcu powiedział - miejsce na oddziale jest dla mnie  cenniejsze niż druga orteza, więc dostanie pani taką, żeby teraz mogła się pani ubrać. Zrobię też pani teraz zaraz  zastrzyk  znieczulający. A rano wykupi pani sobie tabletki. I na drogę założy  pani tę prostszą, mniej skuteczną  ortezę,  ale proszę zminimalizować chodzenie . Tak najlepiej byłoby gdyby pani mogła wrócić do domu samochodem, wsiadanie do pociągu i wysiadanie, wszystkie schody po drodze - wszystko to może bardzo pogorszyć stan. No i musi pani chodzić  z kulami na razie. 

Złapał przechodzącą  pielęgniarkę i poprosił- przynieś dla pani, kule z rehabilitacji. Wezmą sobie  jutro następne z magazynu. Przećwiczył jeszcze z Ingą zakładanie i regulację tej lepszej ortezy, na tę gorszą Inga  mogła  swobodnie założyć rajstopy i spodnie. Gdy pielęgniarka przyniosła kule wyregulował ich wysokość i powiedział - no to teraz może pani jechać do  domu. 

Inga podziękowała,  wyszła z gabinetu  nie obciążając nogi i na korytarzu  powiedziała do Krystiana- znajdź taksówkę. Nie dojdę stąd do domu.  W poczekalni kłębił się tłum i gdy Inga wyszła z gabinetu kilka osób westchnęło z ulgą- nareszcie. 

Bez trudu znalazła się  taksówka i pojechali nią do swego miejsca zakwaterowania, na Bystre.  Krystian natychmiast zatelefonował do swego brata, opowiedział mu o całej sprawie i zapytał, czy on mógłby przyjechać do Zakopanego swym samochodem i zabrać  stąd Ingę, bo rzeczywiście podróż pociągiem chyba jednak przekracza  jej możliwości.

Krystian podał ich adres , a brat obiecał, że przyjedzie  następnego dnia przed południem i żeby byli już spakowani, bo on zaraz będzie wracał, tylko się kawy napije.

Rano Inga się dowiedziała, że Krystian  zostanie do planowanego końca pobytu, nie ma zamiaru tracić pieniędzy z tego powodu, że Inga-gapa się rozwaliła. Jej bilet kolejowy zwróci do kasy, z całą pewnością  kasa odda mu pieniądze, które on jej potem zwróci.

Inga z trudem powstrzymała się od skomentowania tego i pomyślała - kiepskiego  faceta wybrałam jak widać. Wprawdzie reprezentacyjny, ale świnia, zero empatii. Tak na wszelki wypadek zapytała, czy on na pewno  zostaję tu czy tylko żartuje. Ale on wcale nie  żartował. 

Myślałam, powiedziała Inga, że skoro jedziemy razem to i razem wracamy. No to źle myślałaś. Przynajmniej sobie pozjeżdżam spokojnie z Kasprowego. Jak widać nie masz talentu do nart. A czy ja mówiłam, że mam talent? Mówiłam ci, że nigdy nie jeździłam na nartach. Przecież na Wierszykach  pierwszy raz byłam na nartach! To był jakiś cud, że się ani razu nie wywróciłam. Kiedyś jeździłam na łyżwach, ale tu nie ma dobrego lodowiska. Zresztą ostatni raz to chyba jeszcze w liceum, czyli dość dawno.

Następnego dnia rano, po spokojnie  spędzonej nocy Indze wydawało się, że noga jest niemal w porządku, nie bolała jej gdy leżała lub siedziała, ale gdy tylko spróbowała lekko na niej stanąć odzywał się ostry, przeszywający ból kolana. Krystian wziął receptę, dopytał się z czego lekarz kazał robić jej okłady i powędrował do apteki. Wrócił z gotowym płynem do okładów,  arniką w żelu i w kropelkach, które trzeba było wpierw rozcieńczyć w wodzie,  tabletkami przeciwbólowymi. Inga chciała mu zwrócić pieniądze za te zakupy, ale stwierdził, że przecież odzyska je  za bilet, który jeszcze dziś zwróci na dworcu. I zaraz  wyszedł ponownie z domu, by odebrać ich narty a narty i buty Ingi zwrócić do wypożyczalni. Uwinął się z tym wszystkim w ciągu godziny. Około południa przyjechał jego brat, starsza wersja Krystiana- pomyślała Inga. Nieco wyższy, lepiej umięśniony, wyglądał na starszego niż był. Między nimi było tylko 7 lat różnicy ale tak  "na oko" Inga dała mu 10 lat więcej. Witając się z Ingą powiedział- witaj dziewczyno mego brata- na co usłyszał od Ingi- to tytuł nieco na wyrost. Nie jesteśmy parą, nocowanie w jednym pokoju o niczym nie przesądza. Krystian uśmiechnął się krzywo a jego brat powiedział - przepraszam, nie pomyślałem, że  teraz nie wszyscy tacy nowocześni. A "Inga" to skrót od Kingi?  Nie, od Ingeborgi, mamie bardzo się to imię podobało. 

To pozwolisz, że ja  będę cię  nazywał  pełnym imieniem? Podoba mi się  się, brzmi jakoś tak nieco tajemniczo a może romantycznie? Jak sobie życzysz, mama też zawsze mówi do mnie pełnym imieniem. To w szkole mi skrócono imię, bo wg  nauczycieli było dziwaczne.

A według mnie jest bardzo ładne, a ja mam na imię Robert i nie lubię gdy ktoś tworzy z niego jakieś skróty w rodzaju "Bert" lub"Rob".  Robert - powiedziała Inga- brzmi tak jakoś świeżo i dźwięcznie. I posłała mu jeden ze swoich wielce czarujących uśmiechów, ten z gatunku "lodołamaczy." 

No to się zbierajmy, w Krakowie, przy wyjeździe zahaczymy o Orbis i napijemy się kawy i może  nawet już coś zjemy.

Wpierw wynieśli jej plecak, potem dłuższą chwilę ich  nie było, w końcu przyszli, Krystian pomógł jej założyć kurtkę i "buty na po nartach", w których Inga  paradowała zamiast kozaków. Do pokonania było z 10 schodków, więc  spletli ręce w tzw. "krzesełko" , kazali jej na nim usiąść, objąć obu za szyje i znieśli ją do samochodu. Potem w jednej strony samochodu na tylnym siedzeniu ukląkł Krystian, Inga asekurowana  przez Roberta usiadła  na siedzeniu, wtedy Krystian  wciągnął ją głębiej, sam wycofując się z samochodu.  Tylne siedzenie było wyraźnie przystosowane przez nich do tego, by mogła siedzieć z nogami wyprostowanymi, była poduszka i dwa koce.

                                      ciąg  dalszy  nastąpi

I jak zwykle - czytamy, to poświęcamy 30 sekund na opatrzenie znaczkiem :(  lub  :)


wtorek, 19 stycznia 2021

Fatamorgana- XIII

W Urzędzie do Spraw  Obywatelskich byli już o 9 rano. Jak stwierdził Jacek ów Urząd sprawiał fatalne wrażenie. Oprócz złożenia odpowiednich druków Ela musiała  napisać podanie z wyjaśnieniem powodu, dla którego występuje o zmianę nazwiska dziecka.

Urzędniczka, która odbierała od niej dokumenty powiedziała, że za 2 lub 3 godziny będzie  mogła zgłosić się po odbiór decyzji, a zapytana  czy jej zdaniem decyzja będzie pozytywna powiedziała- ależ tak, to jest jasne, nie przewiduję tu żadnych komplikacji.

Wyszli przed urząd i doszli do wniosku, że nie ma najmniejszego sensu by się stąd ruszać, bo mieli miejsce na parkingu, a za 2 lub 3 godziny mogło go nie być, bo już brakowało miejsc i interesanci zastawiali chodniki. Postanowili nieco pospacerować  po okolicy i powybrzydzać, bo nie było tu ładnie. No cóż, Praga, szemrana dzielnica- powiedziała Ela. Nie lubię tej dzielnicy. I pewnie  nie polubię. Kojarzy mi się z Dworcem  Wschodnim , z którego się wyruszało wiele lat we wszystkie kolejowe podróże nad morze. Wolałam  Dworzec Główny. Ale na Pradze było i jest nadal ZOO i tu lubiłam bywać. Skojarzyło mi się, że dawno nie byłam z małym w ZOO. A może nim rozpocznę pracę to weźmiemy go razem do ZOO?  

Nie mów o nim mały, toż on w październiku skończy 12 lat. I wiesz, wczoraj odniosłem wrażenie, że on urósł.  Urósł, trzeba go wziąć na zakupy. Wczoraj  mu się przyjrzałam i zauważyłam, że fryzjer za nim goni i trzeba poprzymierzać wszystkie ciuchy, bo na pewno urósł. I będzie lepiej, gdy załatwimy to w tych dniach, bo jak powrócą ludzie z wakacji to wszędzie będzie tłok. Ciekawa jestem co nam jutro pan prawnik powie. Ciekawa jestem co tak Wojtka  wściekło, że mało telefonu nie rozwalił.

Nie wiem, on  zawsze bardzo żywiołowo reaguje. Najlepiej jest wtedy nie reagować i nie pytać, bo można usłyszeć same niemiłe rzeczy. A repertuar przekleństw ma obfity. Nigdy mu nie mogłem dorównać w tej materii. Ale, jak sama widzisz to dobry facet i wiem, że bardzo cię lubi i szanuje. Jeszcze chyba  żadna nie powiedziała mu tyle co ty. A zauważyłaś jak on wczoraj  elegancko powiedział do sekretarek? "Może któraś z pań." Normalnie to by wrzasnął "niech któraś z  was sprawdzi co się z tym gońcem dzieje". One pewnie jeszcze do dziś nie mogą dojść do siebie z wrażenia. 

Niedługo poczta pantoflowa  rozniesie to po biurze i powiedzą, że Jacek Ł. ożenił się  ze świętą, którą  Wojtuś adoruje. A jeśli się Wojtuś ożeni to połowa płci pięknej w firmie  popełni samobójstwo. A za tobą żadna łez nie  leje?  Nie,  nigdy żadnej w pracy nie podrywałem. A poza pracą? Kochanie, jak widzę  wdrożyłaś śledztwo! Jeszcze nigdy mnie o to nie pytałaś. No bo się za krótko  znaliśmy przed ślubem. Ale jeśli nie chcesz o tym mówić, to nie mów. Wprost przeciwnie - chcę ci powiedzieć- jesteś pierwszą kobietą z którą zapragnąłem być na  zawsze a nie na 15 minut dla rozładowania napięcia lub pożądania. Tak właśnie wygląda prawda. I Wojtek powiedział prawdę - szalałem za Tobą wcale  cię jeszcze  nie znając. Wyśmiewał mnie, nawoływał bym oprzytomniał. A ja chodziłem do twojej mamy, by słuchać opowieści o tobie i móc się wgapiać w  twoje zdjęcie. Gdy cię zobaczyłem po raz pierwszy w maju to z trudem się powstrzymałem by natychmiast ci się nie oświadczyć.  A nie jesteś rozczarowany? A czym miałbym być rozczarowany? Uwielbiam wszystko co razem robimy, nawet jeśli to jest tylko zmywanie naczyń lub robimy zakupy czy coś załatwiamy. Uwielbiam twoje reakcje na moje  pieszczoty, uwielbiam twój dotyk, twój głos i to jak na mnie patrzysz.  I na pewno nie chcesz mieć własnego dziecka ze mną? Już ci powiedziałem- nie czuję potrzeby powielania swych genów. A ty chcesz znów chodzić w ciąży, czujesz taką potrzebę? Nie, ciążę bardzo źle znosiłam i ten koszmar porodu. Brrr. Ale gdybyś  ty chciał zrobiłabym  to dla ciebie, bo cię bardzo kocham. Ale skoro nie chcesz, to wybiorę się do  gina i poproszę o założenie spirali, żeby się nie truć tabletkami.  Możesz pójść ze mną, bo on bardzo lubi gdy jego pacjentki przychodzą ze swoim partnerem nie tylko wtedy gdy są w ciąży ale i w sprawach antykoncepcji. Fajny facet, polubisz go. A to zakładanie tej spirali nie boli? Nie chcę by ci sprawiano ból.  Podobno nie, robi się to w trakcie okresu. Ale i tak wpierw zrobi mi badania czy można. I będę cały czas w gabinecie z tobą? Tak, jeśli będziesz chciał. Nadzwyczajne - jeszcze o tym nie słyszałem. Ciągle mnie czymś zaskakujesz. A co cię zaskoczyło? Och, już sam fakt, że zechciałaś  takiego starego dziada za męża. A może miałeś po cichu nadzieję, że nie wyjdę za ciebie? Bałem się, że mnie odrzucisz z powodu różnicy wieku. Ogromnie się tego bałem. Nie mogłam cię odrzucić, bo cię Jaceńku pokochałam, jesteś miłością mojego życia. Chodź, wrócimy do tej nory zwanej urzędem bo jeszcze trochę a zacznę cię całować na ulicy. A tak się porządna kobieta nie powinna zachowywać.  

Wrócili w samą porę, bo w chwilę po ich powrocie wywołano ich nazwisko. Przeczytali uważnie treść decyzji i skoro się wszystko zgadzało  dostali oryginał i dwa odpisy. Teraz pozostawało tylko zawieźć dokumenty do Urzędu Stanu Cywilnego, żeby wystawili nową metrykę dla juniora.

Wyraźnie mieli tego dnia szczęście - pani urzędniczka wzięła od nich  jeden z odpisów decyzji i powiedziała, że nie ma  wielu interesantów, więc jeśli poczekają to za pół godziny będzie wystawiona nowa metryka  dla dziecka. Dostali oryginał i w sumie cztery wypisy z niego.

W domu zjedli "barowy obiad" jak mawiała Ela. Czekała ich jeszcze rozmowa z prawnikiem, więc Ela przygotowała wszystkie dokumenty, które mogły mieć jakieś znaczenie, oraz wyciągi bankowe. 

Prawnik i Wojtek spotkali się już wcześniej i na nich czekali. Wojtek miał pewne nowe wiadomości: ten bubek, jak się wyraził o byłym Eli, pracuje w jednym z oddziałów firmy, z którą miał kontrakt w Maroku i zarabia nieliche pieniądze. Jest już dwa tygodnie w Polsce i będzie jeszcze tydzień. Byłoby dobrze,  gdyby Ela wraz  z adwokatem pojechali do niego i żeby Ela go zaszantażowała - albo będzie płacił alimenty stosowne do swoich zarobków w Kanadzie albo niech  się zgodzi na  adopcję  ich syna przez obecnego  Eli męża.  I jeśli złoży taką zgodę u notariusza a dodatkowo w obecności adwokata  - będą kwita. W nagrodę Ela  może mu napisać oświadczenie, u notariusza, że nie musi więcej alimentów płacić. No i najlepiej pojechać  do niego jutro rano, on jest u  swych rodziców  w Radomiu. I jak dodał  Wojtek- pilnuje go nasz człowiek. 

Pan mecenas zgodził się jechać z samego rana, czyli wyjazd z Warszawy o 6,30. Oczywiście pojedzie też Wojtek, bo jak powiedział musi zobaczyć taki okaz szubrawca oraz Jacek i Ela. Spokojnie  dojadą w godzinę. I żeby było zabawniej służbowym samochodem Wojtka. Wojtek, a co to za nasz człowiek go pilnuje-dopytywał się Jacek. No może nie nasz, ale mój kumpel ze stołecznej, brat jednej z moich byłych żon. Bystry facet. Świetny w rozwiązywaniu zagadek.W przeciwieństwie do swej siostry.

No a co będzie, jeśli nie będzie chciał podpisać tej zgody na  adopcję ?-  zapytała Ela. Zgodzi się zgodzi, bo jak nie to  się doczepimy do firmy tatusia i powiadomimy  ambasadę kanadyjską, że wobec niego będzie się toczyła sprawa sądowa.  Masz Elu zażądać od niego 3 tysięcy dolarów miesięcznie, zarabia ich znacznie więcej, bo osiem.

Zgodnie z planem  dojechali do granic miasta w ciągu godziny. Ela była trochę zdenerwowana, wróciły niemiłe wspomnienia. Wojtek co jakiś czas na nią zerkał, a Jacek cały czas obejmował i szeptał do ucha- pamiętaj, nie jesteś sama, masz mnie i jesteś  pod ochroną.

A Wojtek zerkając w lusterko wsteczne powiedział do Eli-chyba byś go nawet nie poznała na ulicy- nic nie  zostało z tego przystojnego facecika- spasł się jak  prosiak. Ty  tylko masz inny kolor włosów, nie  jesteś kasztanowo ruda jak wtedy gdy się rozwodziliście. A jemu sporo przybyło na wadze. Wygląda jak stóg siana. A wiesz czym się zajmują  jego rodzice? Nie wiem, nigdy nie wiedziałam nic więcej oprócz tego, że mają prywatną firmę. Produkują nagrobki, mają duży zakład kamieniarski i mieszkają bliziutko cmentarza. Zaraz  będziemy na miejscu.

Dom pod który zajechali wyglądał dość  nędznie- rozległy drewniany dom, z całą pewnością stary. To tylko fasada- powiedział Wojtek- w środku luksus. W starym drewnianym domu  jest nowy, murowany. Wysiadamy. Chodź Elu, pójdziemy w pierwszej parze. Zadzwonili do drzwi, a Wojtek tak ustawił Elę, by stała na wprost wizjera. W otwartych drzwiach stał  jej były- ujrzawszy Elę wystękał- o rany, a ty tu skąd? Jak na razie to z Warszawy - mam do ciebie sprawę. Nie zaprosi pan  nas do środka spytał Wojtek.  Ale ja pana  nie znam- były usiłował tarasować sobą drzwi, ale Wojtek  przesunął go w głąb korytarza. Słyszał pan - pani ma do pana  sprawę. W tym momencie wszedł za nimi   "nasz człowiek" w policyjnym mundurze. Byłego  zatkało.  Ela weszła do pokoju , odwróciła się i powiedziała- obiecywałeś naszemu synowi, że go zaprosisz do Maroka- nie  zaprosiłeś. Mieszkasz i pracujesz w  Kanadzie , wiem ile zarabiasz miesięcznie, więc zakładam sprawę o zasądzenie  alimentów zgodnych z twoimi obecnymi zarobkami oraz o  ściągnięcie  różnicy pomiędzy tym co płacili twoi rodzice a tym co ty od chwili pobytu na kontrakcie  zarabiałeś . Nie będę świnia,  występuję tylko o 3 tysiące dolarów  miesięcznie, bo zarabiasz  ich osiem co miesiąc. Były wyglądał jakby miał zemdleć. No i oczywiście powiadamiam o tym ambasadę kanadyjską. A tak w ogóle, to poznaj mego męża - tu wskazała na Jacka. A to jest  pan mecenas Z.

Mogę ci pójść na rękę  i uwolnić cię od płacenia czegokolwiek jeżeli teraz  zaraz  pojedziesz z nami do notariusza i tam w obecności notariusza i pana mecenasa wyrazisz  zgodę  na to, by mój mąż adoptował  naszego syna, któremu już nawet nazwisko zmieniłam, żeby nawet ślad po tobie nie został. Oczywiście zgoda będzie na piśmie a oprócz tego wszystko będzie nagrane.

Więc weź swoje dokumenty i jedziemy do notariusza. Gdy tylko "były" ruszył się w głąb pokoju zaraz jak cień ruszył za nim  "nasz  człowiek" i Wojtek. Ela stała obok Jacka  tak blisko, że czuł jak cała drży. W 10 minut potem Ela  siedziała za kierownicą samochodu "naszego człowieka" z mecenasem siedzącym obok, a  przed nimi Wojtek wiózł "byłego" siedzącego pomiędzy "naszym  człowiekiem" a  Jackiem. 

W trzy godziny później wracali do Warszawy z kompletem potrzebnych dokumentów. Jacek i Wojtek podziwiali Elę, że pomimo takiego silnego zdenerwowania  bez problemu usiadła za kierownicą i dobrze prowadziła. Bo mnie prowadzenie samochodu uspokaja- wyjaśniła.

 Nigdy się Ela nie dowiedziała  co usłyszał "były" od Wojtka , bo jak powiedział  Jacek- nawet powtórzyć  trudno. No wiesz- powiedział Jacek- soczyście  było. I przy okazji "nasz człowiek" powiedział mu, żeby pouczył  goguś swego tatusia by ten nie kupował nagrobków  kradzionych z opuszczonych cmentarzy niemieckich. Bo właśnie tym się "nasz człowiek" zajmował. Bo karze podlega nie tylko ten co kradnie ale i ten kto je kupuje a  potem przerabia.

Następnego dnia pan mecenas złożył wszystkie potrzebne dokumenty w sądzie rodzinnym. W dwa miesiące  później   Piotr Konrad Ł. został synem Jacka Ł.  To była jesień pełna nowych wydarzeń - z niewielkim poślizgiem oddano do użytku mieszkanie i państwo Ł.z synem mogli się już przeprowadzić. 

Jacek, tak jak planował sporządził  zapis testamentowy i swój majątek zapisał na Elę.

 Eli dobrze się pracowało z Wojtkiem. Wszyscy za plecami Wojtka twierdzili, że odkąd  Ela została jego asystentką Wojtek się zmienił, bardziej panował nad swoimi emocjami.  Znajomość Wojtka z Jolą  zakończyła się po ponad roku  małżeństwem. Ale Jola za nic nie chciała żadnego przyjęcia ślubnego, żadnych gości z zewnątrz, więc przyjecie było  na działce.  Jacek rozpoczął pracę na pół etatu w pewnym  instytucie, wykorzystując kierunek który ukończył na studiach.

 Ela,  gdy ktoś pytał ją o lata przed ślubem z  Jackiem zawsze mówiła- to była  fatamorgana.

                                                                KONIEC






poniedziałek, 18 stycznia 2021

Fatamorgana -XII

 Około godziny 11 Jacek i Ela byli umówieni z Wojtkiem u niego w pracy. W Biurze przepustek była już dla Eli przygotowana przepustka. Tym razem już nie było całej karawany  znajomych Jacka, zaledwie jeden z kolegów  znalazł się po drodze i panowie wymienili za sobą tylko krótkie cześć i się minęli.  Ela przywiozła swoją już wypełnioną ankietę personalną, Wojtek ją przeczytał i powiedział - no to myślę, że mogłabyś zacząć pracę już 25 sierpnia, choć kadry mi coś marudziły, że wolałyby  cię tu widzieć od pierwszego września, no ale  kadry tu nie rządzą. Ale ja  jeszcze nie wiem, czy mi poprzednie miejsce pracy podpisało zgodę na wcześniejsze odejście, dopiero jutro mam się do nich zgłosić - powiedziała Ela.  Podpisali, nim stąd wyjdziecie będzie u mnie na biurku. Goniec już po to pojechał - ta twoja  kadrowa to ma taki  głos że powiedziałem do  niej "kolego", bo myślałem, że rozmawiam z facetem. Przeprosiłem potem z pięć razy, ale mnie pocieszyła że nie ja jeden mam kłopot z rozpoznaniem jej płci po głosie. Twój były dyrektor dał ci porozumienie  stron i jeszcze jakąś resztkę urlopu ci dołożył. Całkiem sympatyczny facet- przynajmniej przez telefon. Jutro po południu mamy spotkanie z prawnikiem, w sprawie adopcji Konrada. Ale jest też i jeszcze jedna sprawa i chyba warto to zrobić- możesz Elu wystąpić o urzędowe zmienienie nazwiska  Konrada  już teraz- załatwiają to od ręki w uzasadnionych przypadkach i jak rozmawiałem ten przypadek jest uzasadniony-  ty zmieniłaś nazwisko wychodząc za mąż, dziecko jest przyznane tobie, mieszkacie wszyscy razem, Jacek sprawuje opiekę nad Konradem razem z Tobą, twojego byłego nie można odnaleźć, alimenty dostajesz nie od byłego a od teściów. O tym, że nie można twojego dupka odnaleźć dostaniesz  pisemko od milicji. Ty będziesz teraz  musiała szybko zmienić swój dowód osobisty i to galopem, potem konto w banku i powiadomić swych teściów o tym fakcie. Wiesz co-  zaraz  zatelefonuję do kolegi w  komendzie stołecznej i skonsultuję z nim twoją sprawę i zaraz się dowiemy co dalej z tym fantem  zrobić. Bo wiesz, każdy resort ma tu własne "widzimisię" w każdej jednej sprawie. Chyba posiedzicie dziś u mnie  kawał czasu na tę okoliczność. Zaraz pchnę gońca po te druki na Pragę, bo ten urząd jest niestety aż tam. Dowód osobisty powinnaś zmienić jak najprędzej, może jeszcze dziś uda ci się złożyć zdjęcie i  dokument w postaci świadectwa  ślubu. Musisz też mieć do tego urzędu spraw obywatelskich   metrykę urodzenia Konrada i kolejny odpis aktu ślubu z Jackiem. Bo o zmianę nazwiska Konrada  musisz wystąpić już z nowym dowodem osobistym. Kurczę, co za biurokracja, zwariować można. Narzekania  przerwał dzwonek telefonu.  Wojtek  rozmawiał z 10 minut, coś zapisywał, parę razy rzucił mocno niewybrednym słowem, a gdy skończył rozmowę i odłożył słuchawkę  telefon omal się nie rozleciał. Ela, zatkaj na  chwilę uszy,  bo bez brzydkich słów się nie obędzie. Nie muszę, ja też często bluzgam - stwierdziła Ela-wal, przeżyję. Oboje z Jackiem obserwowali Wojtka, który najwyraźniej w świecie był wściekły. Właśnie się dowiedziałem, że ten twój palant jest aktualnie w Polsce od 2 tygodni. U swoich rodziców. Czy on wie, gdzie twoi rodzice mają działkę?  Nie - nie  wie, za jego kadencji jeszcze jej nie było. Nie zna też mojego domowego numeru telefonu bo zmieniłam i zastrzegłam. No to dobrze, a sąsiedzi rodziców wiedzą coś o tej działce? Nie, bo rodzice w ubiegłym roku zmienili mieszkanie i nowego adresu to on na pewno nie zna. A masz tu więcej jakiejś rodziny poza Jolą? Już nie, są już w zaświatach.  No to ja  zaraz do Joli pchnę sms, żeby nikomu nic nie mówiła na  temat działki i w ogóle o was. W kilka minut potem odebrał telefon od Joli i krótko jej wytłumaczył co się wydarzyło. Najlepsze, zdaniem Eli było zakończenie rozmowy -"tak, jasne że tak,  masz rację, niech sczeźnie, to do zobaczenia". 

No to tak: poczekamy na tego gońca, bo możesz  tę zmianę nazwiska dziecka przeprowadzić nawet bez nowego dowodu, posługując się wypisem z aktu  ślubu. Ale  postaraj się jak najszybciej wystąpić o nowy dowód, co niestety trochę trwa, ale nie ma niestety podstaw, żeby ci go zrobili w 2 dni. W pewnej chwili  uchyliły się drzwi od sekretariatu i wpierw zobaczyli wolno wsuwającą się kopertę, potem kawałek damskiej ręki i dopiero na "proszę wejść" do gabinetu weszła jedna z dwóch sekretarek. Wojtek skorzystał z okazji i przedstawił ją Eli, na co usłyszał - wiem, wiem, byłam na ślubie. I bardzo się cieszę, że pani Ł. będzie tu pracowała jako  pana asystentka. A ja- odezwała się Ela- mam nadzieję, że panie mi na początku nieco pomogą, bo jak na razie to czuję się nieco zagubiona - tyle tu  takich samych drzwi, że można przez omyłkę wejść do szafy. I na dodatek nic nie wiem o tutejszym obiegu dokumentów. No jasne, no bo skąd - z pełnym zrozumieniem przytaknęła jej sekretarka.Wymieniły się uśmiechami i  pani Jadwiga opuściła gabinet. 

Boże, westchnął Wojtek - potrafisz  być niczym plaster opatrunkowy. Ona się jeszcze nigdy do mnie tak nie uśmiechnęła. Lata praktyki, Wojtku. Uśmiech nic nie kosztuje, a pomaga w życiu, więcej niż marsowe  czoło. Spróbuj, gdy będziesz odbierał telefon np.  ode mnie, czy Joli, lub Jacka powiedzieć pierwsze słowa uśmiechając się - wtedy twój rozmówca będzie przekonany, że jego rozmowa jest oczekiwana i sprawia ci przyjemność. Niemożliwe- zdziwił się Wojtek. Możliwe  i sprawdzone - zapewniła go Ela. Ale ja wiecznie jestem wpieniony, to jak mam się uśmiechać do telefonu? No to poćwicz. 

Zapomniałem ci jeszcze coś powiedzieć- gdy wejdziesz rano do gabinetu to masz za sobą drzwi zamknąć na klucz. Wejście do ciebie jest dla wszystkich postronnych tylko przez sekretariat i musi tę osobę wprowadzić sekretarka, po uprzednim uprzedzeniu ciebie. A jeśli gdzieś się wybierasz np. do bufetu to muszę o tym wiedzieć ja  albo sekretarki, gdy mnie nie ma.  A gdy idę do toalety to też mam to ci zgłaszać? No coś ty- no chyba, że ci będzie potrzebna jakaś pomoc techniczna przy tym- roześmiał się Wojtek. No chyba nie, bo jak na razie to jeszcze  sama majtki  ściągam i zakładam. Elu tu często jest tzw. "piekło i szatany" i stąd ten wymóg.  

No to siadaj i zobaczymy co jest w tej kopercie. No proszę - laurka dla ciebie, czyli opinia i rozwiązanie umowy za porozumieniem stron. To naprawdę jest laurka, musieli cię tam nie tylko lubić ale i cenić. No i proszę koperta z napisem priv.. Proszę, to jakiś list miłosny dla  ciebie. Ela otworzyła  kopertę, przebiegła tekst wzrokiem i podała Wojtkowi - list był od kierownika  działu, w którym pracowała Ela- podziękowanie za lata pracy i zapewnienie, że w każdej chwili przyjmie ją z powrotem oraz życzenia powodzenia w nowym miejscu. Wojtek podał list Jackowi, ten przeczytał i stwierdził- kulturalni ludzie tam pracują. 

Wojtek podniósł się z fotela , otworzył drzwi sekretariatu i rzucił w przestrzeń- czy mogłaby któraś z ... pań zatelefonować do gońca wysłanego na  Pragę? Bo  może biedactwo pomyliło kierunki i pojechało do Pragi Czeskiej? Po chwili była odpowiedź- na moście Śląsko - Dąbrowskim jest spora kraksa i jest zablokowany, więc samochód stoi w korku, ale już jest policja i pogotowie, to pewnie wnet się  odetka. W 20 minut później druki były już na biurku Wojtka.

Milczący do tej pory Jacek odzyskał głos- zastanawiam się, czy mogło by coś pomóc sprawie gdyby Ela zrezygnowała z alimentów. To tak mała  kwota, że aż śmieszne, że sąd może taką kwotę zasądzić. Kwota w sam raz  na waciki i patyczki do uszu, ale nie na wychowanie dziecka. Tak naprawdę bez trudu wyżyjemy w trójkę z mojej emerytury, nawet nie licząc pensji Eli. Zresztą ja mogę jeszcze coś do niej dorobić w ramach pół etatu. Rozmawiałem już nawet o tym w jednym z instytutów. Podjąłbym tam pracę gdy się przeprowadzimy na nowe mieszkanie, albo od nowego roku. 

No właśnie, o tym wszystkim porozmawiamy jutro z prawnikiem. Umówiłem się z nim w ich kancelarii o 17,00. To weź Elu  ze sobą wszystkie potrzebne dokumenty.  

A z milszych tematów- mam dziś randkę z Jolą i to w bardzo przyzwoitym miejscu, w kawiarni w hotelu europejskim. Po raz pierwszy nie wiem jakie kwiatki jej kupić, doradź mi coś Elu. Kup w kwiaciarni małą  orchideę w pudełeczku- ładne i praktyczne, bo nie wymaga zbytniej pielęgnacji i długo się trzyma.  Nawet nie wiedziałem, że coś takiego jest - jęknął Wojtek. Zawsze kupowałem róże. No to się dowiedziałeś.  

A jutro po spotkaniu z prawnikiem możesz mi się zwierzyć jak ci się podobała orchidea i randka z Jolą. I przyjść do nas na kolację, jeżeli Jola cię nie  zaanektuje. A podejrzewam, że nie, bo jutro pracuje do 19,00. No a my pożeglujemy teraz w sprawie dowodu osobistego. Pa, panie pułkowniku, do jutra.

Złożenie wniosku o dowód nie zajęło im wiele czasu, jako osoba wysoce  fotogeniczna Ela zrobiła sobie zdjęcie w automacie. Był to czas  urlopów i mało osób załatwiało takie sprawy jak wyrobienie nowego dowodu osobistego. A nowy dowód miał szansę być już  za dwa tygodnie, ale może się Ela dowiedzieć telefonicznie  po tygodniu czy aby nie jest już do odebrania.

Gdy dojeżdżali do domu Ela wcisnęła się w  fotel i bacznie  się rozglądała czy nie zobaczy gdzieś swego byłego. Dopiero potem do niej dotarło, że przecież wjeżdżają do garażu nie samochodem jej ojca ale samochodem Jacka  a   z pewnej odległości to mało prawdopodobne by były ją rozpoznał, zwłaszcza, że wróciła do swego naturalnego koloru włosów, którego  były nawet nie znał.

W domu Jacek zaczął przekonywać Elę, że naprawdę może śmiało zrezygnować z alimentów, bo jego emerytura, to co on ma na zablokowanym jeszcze na rok koncie pozwoli im na całkiem niezłe życie, a poza tym on już umówił się z notariuszem na spisanie testamentu na wypadek jego śmierci. I załatwią to jeszcze w tym tygodniu, w piątek.Poza tym chce jej dać w banku upoważnienie do swego konta zarówno tego z blokadą  jak i tego bieżącego. I że  może teraz, zaraz po obiedzie  wyskoczą na działkę i przepytają się Konrada jakie by chciał mieć imię, po prostu dadzą mu kilka do wyboru. Pomysł jest o tyle dobry, że można  to zrobić "od ręki" a sprawa adoptowania  Konrada może się wlec miesiącami, bo przechodzi przez  sąd rodzinny, a one to ani rychliwe ani sprawiedliwe. Ela stwierdziła, że może najprościej będzie zostawić mu te imiona, które ma, bo on ma na drugie  Piotr, więc może po prostu tylko przestawić mu w nowej metryce kolejność imion. A Piotr pasuje do nazwiska Jacka.

Konrad bardzo ucieszył się  z przyjazdu rodziców. I zapewne pod wpływem  Jacka, który autorytatywnie  stwierdził, że imię Piotr bardzo pasuje do jego nowego nazwiska nie protestował przeciwko temu zabiegowi. Trochę był niepocieszony, że byli  bardzo krótko, no ale skoro z samego rana mieli jechać w sprawie  zmiany jego nazwiska to przestał  marudzić.

                                                                 c.d.n.