piątek, 7 maja 2021

Każdy na coś czeka

Marta siedziała wpatrzona w aparat telefoniczny obok którego stał budzik. Czekała na telefon od Jacka. Miał się z nią skontaktować najpóźniej do godziny 17,00, bo potem ona szła na lekcję francuskiego, a on się wybierał na trening siatkówki. Do siedemnastej zostało już tylko 15 minut, a telefon milczał. Mieli się umówić na sobotę by razem wybrać się do Empiku i kupić kilka książek - to właśnie  w Empiku poznali się 2 lata wcześniej. Oboje "wystartowali" do ostatniego egzemplarza tej samej książki.

W ramach oszczędności miejsca na książki jak i redukowania wydatków na zakup książek  kupowali większość tych książek, które interesowały oboje i wymieniali się nimi. Poza tym co jakiś czas wybierali się razem na różne wystawy, bywali w teatrze i na koncertach, odwiedzali  muzea. Czasami spacerowali razem alejkami Parku Wilanowskiego lub Łazienek, ale spacer był tylko uzupełnieniem zwiedzania jakiejś wystawy czy też organizowanej w danym miejscu imprezy. Gdy rok  wcześniej spotkali się po raz drugi w tym samym Empiku i "dogadali się" w kwestii kupowania i wymieniania się zakupionymi książkami Jacek zapytał się tylko,  czy on spotykając się  z nią nie wchodzi komuś w paradę na co Marta zapewniła go, że nie, a nawet gdyby- to byłby to jej problem a nie jego. Ona nie  dopytywała się czy jest "wolny " czy może wprost przeciwnie. Wychodziła z założenia, że nawet jeśli Jacek jest żonaty a z nią spotyka się by iść na koncert, do opery czy też na jakąś wystawę, to zapewne jego małżeństwo jest taką  "firmą", w której bardzo wyraźnie jest deficyt "pracowników" ze sfery kultury, skoro z nią, a nie ze swą partnerką/żoną chodzi na różne imprezy. 

Marta miała 33 lata i miała poza sobą 2 lata małżeństwa, po którym nabrała  niechęci do tej instytucji. Mąż okazał się niezrównoważonym psychicznie facetem, przekonanym głęboko o tym, że Marta go stale zdradza, do tego stale niezaspokojonym seksualnie. Mniej więcej po pół roku małżeństwa Marta dowiedziała się od kuzynki swojej teściowej o swoim mężu, że on już raz zaliczył  roczny pobyt w zakładzie psychiatrycznym gdy miał siedemnaście lat. Była wstrząśnięta i przerażona. Bo co z tego, że teraz już wiedziała skąd jego ataki zazdrości - wynikało z tego tylko jedno - jej teściowa chciała się zapewne pozbyć z domu niezrównoważonego młodzieńca i to tak bardzo, że nawet zainwestowała w mieszkanie dla nich. Marta wybrała się więc do swej teściowej, by jej zakomunikować, że ona nie będzie dłużej trwać w tym małżeństwie. 

Teściowa "rwała włosy  z głowy" bo jej biedny, zakochany synuś zakochał się w tak nieczułej istocie jak Marta, a jest zazdrosny bo kocha Martę ponad życie. W tym momencie Marta pomyślała, że teściowie niestety jej w niczym nie pomogą, bo teściowa też chyba ma daleko do tak zwanego stanu normalności. Wróciła do domu i następnego dnia wyszła  dużo wcześniej z pracy, spakowała swoje rzeczy i najbliższym PKS-em opuściła to miasto. W kadrach, tuż przed wyjściem z pracy zostawiła podanie o natychmiastowe rozwiązanie z nią umowy o pracę z przyczyn rodzinnych. Oczywiście poinformowała kierownika  kadr o co chodzi.

Pojechała do Warszawy, do swej przyjaciółki. O tym co się stało poinformowała telefonicznie swoich rodziców, uprzedzając ich, że mogą się spodziewać nagłej wizyty jej męża, z którym ona weźmie rozwód, bo nie ma zamiaru być z kimś, kto jest chory psychicznie. Nie poda rodzicom ani miejsca  swego pobytu ani nawet telefonu kontaktowego. Sprawę rozwodu odda w ręce doświadczonego prawnika. Jej po prostu życie miłe, a ktoś kto robi jej codziennie sceny zazdrości może z czasem ją po prostu skrzywdzić.

Teoretycznie sprawa była prosta, nie mniej ciągnęła się cały rok. Teściowie usiłowali przekonać prawnika Marty, że najlepsza byłaby ugoda, bo "przecież wystarczy, że Marta będzie dbała o to by jej mąż brał systematycznie lekarstwa i nadal mogliby przecież być dobrym małżeństwem", ale na szczęście kuzynka teściowej Marty, która uważała, że teściowie dobrze wiedząc jak wygląda stan zdrowia ich syna zachowali to w tajemnicy i tym samym skrzywdzili Martę, jawnie, otwartym tekstem mówiła o wszystkich kłopotach zdrowotnych męża Marty. Marta po rozwodzie wróciła do swego panieńskiego nazwiska a swym rodzicom, nawet po rozwodzie nie podała swego adresu kontaktowego. Telefonowała do nich ze służbowego telefonu.

W całej tej sytuacji miała Marta trochę szczęścia - rok przed swym ślubem została spadkobierczynią  niedużego domu z kawałkiem ogrodu w jednej z podwarszawskich miejscowości.  I za radą rodziców wyłączyła ów spadek ze wspólnoty majątkowej gdy brała ślub. Miała zamiar z czasem wyremontować domek po babci  by mieć tam "letnisko", ale w zaistniałej sytuacji doszła do wniosku, że choć domek nie przedstawia żadnej wartości użytkowej, bo latami stał pusty i niszczał, to jednak ziemia na której stoi ma określoną wartość. Postanowiła sprzedać domek z ogrodem i całkiem dobrze trafiła, bo odległość około osiemdziesięciu kilometrów od stolicy, bliskość  lasu i niewielkiej rzeczki sprawiły, że miała nawet kilku potencjalnych kupców. Transakcja przebiegła bez żadnych problemów, zwłaszcza, że owa "posiadłość" była wyłączona ze wspólnoty małżeńskiej. Starczyło na kupienie w tzw. "drugim obiegu" dwóch pokoi z kuchnią na jednym z warszawskich osiedli i skromne ich umeblowanie. Meble kupowała w komisie meblowym, w którym niemal zaprzyjaźniła się z jego pracownikami.  Meblowała się co prawda dość długo, ale przecież  nikt jej nie popędzał.

Zabawne, ale i Jacek i Marta niewiele wiedzieli o sobie wzajemnie. O Jacku Marta wiedziała tylko, że jest pracownikiem Politechniki  i że mieszka ze swoim stryjem, który jest leciwy i chory. I jeśli Marta zatelefonuje pod numer stacjonarny, który jej podał, to jeśli stryj będzie sam w domu to na pewno nie odbierze telefonu, bo ma trudności z poruszaniem się, co jest efektem złamanego niegdyś i źle leczonego  stawu biodrowego. Wiedziała o tym jaką muzykę Jacek lubi, dokąd by chętnie pojechał na wycieczkę, czyj obraz może kontemplować godzinami, wiedziała jaką kawę lubi i jaki sport głównie ogląda w TV.

Jacek wiedział tylko o niej, że on  nikomu nie wchodzi w paradę, z czasem dowiedział się, że Marta zdążyła już zaliczyć jedno małżeństwo i że tego rodzaju rozrywki nikomu nie poleca. Wiedział też, że boks, piłka kopana, zapasy, żużel z całą pewnością nie należą do oglądanych przez nią sportów, podobnie jak ckliwe komedie romantyczne. Żeby było jeszcze śmieszniej, oboje posiadali  telefony komórkowe, ale nie wpadli na to, żeby wymienić się ich numerami.

Pod względem męskiej urody Jacek "mieścił się w jej standardach w tej dziedzinie, chociaż niewątpliwie mógłby mieć znacznie ciemniejsze włosy. Co prawda czuła się z nim często tak, jakby była na spacerze z żyrafą, ale zawsze miała wrażenie, że on z uprzejmości nie wyciąga się na całą długość swego "siatkarskiego" wzrostu , a na dodatek nie robi tak długich kroków jakie bez trudu mógłby, za to ona może swobodnie chodzić przy nim na wysokich szpilkach lub w butach  na platformie. Najbardziej ją rozśmieszyło, gdy raz narzekał, że mu wzrostu nieco brakuje, bo ma tylko 192 cm. Nie wytrzymała i zaczęła się głośno śmiać. No to co ja mam powiedzieć?- spytała - ja mam 30 cm mniej wzrostu od ciebie i zaczynam podejrzewać, że ty nawet nie za bardzo wiesz jak wyglądam, bo mnie z wysokości swego wzroku niemal nie  dostrzegasz. Nie jest tak jak myślisz - dostrzegam nie tylko czubek twej głowy, ale nawet podziwiam jak potrafisz sprawnie chodzić w tych "mini szczudełkach" i nie wykręcasz sobie w nich nóg. Doszedłem do wniosku, że to zapewne dlatego, że masz bardzo zgrabne nogi a do tego jesteś bardzo sprawna fizycznie. 

Och, to kwestia treningu - w szpilkach chodzę od szesnastego roku życia.Co prawda pierwsze dwa lata to tylko poza szkołą, ale potem to już zawsze. Mam za to problem gdy muszę włożyć jakieś sportowe pantofle. Po pierwsze bolą mnie mięśnie piszczelowe, po drugie brakuje mi tych kilku centymetrów wzrostu. W domu chodzę w klapkach na koturnie, a poza tym mam "przedłużacz wzrostu" specjalny stołeczek by za każdym razem nie wchodzić na drabinę gdy mam sięgnąć po coś z górnej półki. Poza tym drabina to mój ulubiony sprzęt - na szczęście rzadko kiedy muszę sięgać aż do sufitu, który jest na wysokości 265 cm. Zakładanie firanek i zasłon jakoś ogarniam z tej drabinki. I nawet ani razu z niej nie zleciałam.

Równo o godzinie 17,03 Marta wyszła z domu nie doczekawszy się telefonu od Jacka. No cóż- pomyślała- pewnie się jutro nie spotkamy w Empiku.  Szkoda, ale przecież nic nie trwa wiecznie. Jak zwykle wyszła z zajęć nieomal ostatnia, nie lubiła tego tłoku w szatni. Unikała zwłaszcza pewnego pulchnego szczebiota, który wdzięczył się do niemal każdej z pań. Pan był jak nic  w wieku 50+ a jego twarz mogłaby reklamować "tłusty czwartek". Poza tym gość był chyba nieco przygłuchy i ciągle o coś się dopytywał po kilka razy.

Gdy wyszła z budynku z przyzwyczajenia podreptała w stronę przystanku autobusowego. Daleko nie było, ale słyszała, a właściwie czuła, że ktoś idzie krok w krok za nią. Starała się przyspieszyć, ale ten ktoś nadal był tuż za nią, więc nagle zahamowała i obróciła się w miejscu.....wpadła na Jacka, który absolutnie nie spodziewał się tego. Jacek podtrzymał ją obejmując by się nie wywróciła odbijając się od niego i powiedział - no dobrze, że jeszcze mam refleks. Ależ masz szybki obrót- chyba zrobiłaś piruet na jednej nodze. Nie uszkodziłaś się przy tej kolizji? Przepraszam cię, ale miałem ochotę trochę popatrzeć jak uroczo stąpasz w tym szpileczkach i nie spodziewałem się, że tak nagle zrobisz zwrot przez rufę. Zawsze widzę cię głównie z góry i obok, a to nie to samo, co widok ciebie idącej w niedużej odległości przede mną. 

A ja myślałam, że to jeden z kursantów, którego ogromnie nie lubię, idzie  za mną. Poza tym wydawało mi się, że jest ze cztery kroki z tyłu, nie wyczułam, że to zaledwie  dwa kroki i dlatego na ciebie wpadłam, przepraszam- usprawiedliwiała się Marta. A w ogóle jak mnie tu znalazłeś, przecież nigdy ci nie mówiłam gdzie  dokładnie  mam zajęcia! Drobiazg -wiedziałam że jesteś we Wspólnej Sprawie, zatelefonowałem tam, podałem Twoje imię i nazwisko i po 15 minutach wiedziałem gdzie cię mam szukać. Trochę nałgałem, że jestem twoim kuzynem i muszę ci coś pilnego przekazać. Jak na razie niewiele jest punktów gdzie uczą "kabinowo". Przepraszam cię, że dziś nie zadzwoniłem, ale byłem na  zebraniu i nie bardzo mogłem stamtąd wyjść by zatelefonować do ciebie. Zadzwoniłem już z dziesięć minut po czasie, ale już cię  najwyraźniej nie było w domu.  Marta, mam wolną jeszcze jedną komórkę, dam ci ją jutro, będziemy mogli być w kontakcie nie tylko na numerach stacjonarnych, dobrze? 

Ale ja mam komórkę, tylko jakoś nie wpadłam na to, że nie wystarczy nam łączność stacjonarna, bo na ogół się umawiamy z góry na jakiś termin. Proszę, weź ją i wpisz mi swój numer - wpisz pod  "Jacek"- jak na razie to znam tylko jednego Jacka. I przy moim antytalencie do poznawania nowych osób zapewne następnego Jacka  szybko nie spotkam.A mój numer numer znajdziesz w kontaktach pod  moimi inicjałami- mam wpisany na wypadek gdybym go zapomniała .  

                                                                      c.d.n


I jak zawsze- czytamy  i komentujemy, słownie albo znaczkami:   ;(    lub ;)

Anonimowi -  podawajcie , proszę,  swe imię, bo czasami  jest Was kilka






6 komentarzy: