czwartek, 20 marca 2014

Dzieci radością i dumą rodziców są!

Powinnam chyba dodać na początku tytułu wyraz "czasami". Bo  różnie  to w życiu bywa.
Pewna Wiesia, urodziła, ku swej i męża radości, synka.
Radość z urodzin syna mąż Wiesi wyraził słowami - "masz szczęście, że to chłopak,
dziewczyny bym nie uznał".
Był pewien, że on mógł spłodzić tylko chłopaka, dziewczynka zapewne byłaby dziełem
"obcego".
Nie wiem skąd Wiesia wytrzasnęła tego faceta - nie dość, że nieco mało bystry był, to na
dodatek dość często zaglądał do kieliszka.
Gdy "Mały Książę" miał ze dwa lata , szanowny małżonek wyszedł z domu  w celu
zakupienia ulubionego gatunku papierosów i z tydzień go w domu nie było.
Przez ten tydzień  Wiesia odchodziła od  zmysłów, obdzwaniała wszystkie  izby przyjęć
w szpitalach warszawskich, wszystkie oddziały pogotowia ratunkowego, tudzież
Izbę Wytrzezwień i wypłakała wiadro łez.
Mąż marnotrawny po powrocie nie raczył jej poinformować gdzie był, a indagowany przez
namolną małżonkę warknął, że nie jest psem łańcuchowym lecz Wolnym Człowiekiem.
Wiesia, której jakimś cudem serce nagle  stwardniało, spakowała rzeczy Wolnego
Człowieka i wyekspediowała je w drugi koniec  miasta, do teściowej. W drodze powrotnej
wstąpiła do warsztatu ślusarskiego i zamówiła ekspresową usługę  pt."wymiana zamka
w drzwiach zewnętrznych", która to usługa została wykonana  od zaraz.
Na zewnętrznej stronie drzwi do mieszkania przypięła kartkę złożoną na pół, na wierzchu
napisała tylko imię Wolnego Człowieka, wewnątrz napisała, że jego rzeczy wysłała mu do
domu rodzinnego i składa pozew rozwodowy, by był naprawdę Wolnym Człowiekiem.
Rozwód dostała bez trudu, bo sąsiedzi nieraz widzieli Wolnego Człowieka pijanego.
Bez oporów świadkowali w sprawie.
Nie było Wiesi łatwo samej wychowywać dziecko. Czasem pomagała jej mama, ale niezbyt
często, bo chorowała. Finansowo też nie było lekko, Wiesia była nauczycielką wychowania
fizycznego.
Wolny Człowiek poświęcił się całkowicie degustacji różnych napitków  i po kilku latach
opuścił ten świat, dzięki czemu Książę Jaś zyskał rentę sierocą.
Ze sporym trudem Książę Jaś skończył szkołę podstawową - miał kłopoty z koncentracją, zapamiętywaniem tego, co powinien, więc po podstawówce wylądował w szkole
zawodowej. Trzyletnią szkołę ukończył w pięć lat. Był pełnoletni, dostał skierowanie do
pracy i pracował jako ślusarz.
Teoretycznie Wiesi było nieco lżej.Ale czasem tak się składa, że niektórzy cały czas muszą,
nie wiedzieć czemu, iść pod wiatr . W lecie umarł Wiesi ojciec, pod koniec zimy- jej matka.
W pracy też się nie układało najweselej, bowiem w szkole, w której pracowała nikt nie
poważał przedmiotu o nazwie "wychowanie fizyczne" - w tej materii panowała wyjątkowo
zgodna opinia rodziców i reszty ciała pedagogicznego - " WF to strata czasu i energii".
Przygnębienie Wiesi doszło do zenitu -dostała z tego powodu skierowanie do sanatorium
oraz urlop zdrowotny.
Trochę się Wiesia martwiła, jak jej Książę Jaś  poradzi sobie bez jej opieki w domu,
ponieważ Jaś demonstrował w domu pełne kalectwo - dwie lewe ręce i całkowity brak
wiedzy na temat tego, do czego służy kuchnia.
Problemem było wszystko - nawet zagotowanie wody na herbatę i ukrojenie kromki chleba.
Z kołobrzeskiego sanatorium telefonowała co drugi dzień do syna, który zapewniał ją, że
wszystko jest w porządku-chleba nie musi kroić bo kupuje bułki, obiady je w zakładowej
stołówce.
Wiesia pomaleńku wracała do równowagi. Mniej więcej w  drugim tygodniu pobytu
poznała w kawiarni zdrojowej miłego pana w średnim wieku. Okazało się, że jest Szwedem,
rozwodnikiem, od kilku lat regularnie przyjeżdża do kołobrzeskiego sanatorium na zabiegi.
Dobrze im się razem rozmawiało i spacerowało i choć Szwed, w przeciwieństwie do
Wolnego Człowieka, nie grzeszył urodą, Wiesia poczuła, że jej skamieniałe dawno serce
zaczyna zwracać się ku Szwedowi. Nic dziwnego - Szwed był troskliwy i delikatny - nawet
niezbyt doskonała angielszczyzna Wiesi mu nie przeszkadzała.
Pod koniec pobytu zaprosił Wiesię do siebie i bardzo prosił by jednak przyjechała i resztę
swego zdrowotnego urlopu spędziła właśnie w Szwecji. Pożegnanie było smutne, pełne łez,
a na koniec Szwed wyznał, że się w Wiesi zakochał niczym nastolatek.
Wiesia obiecała, że przyjedzie do Szwecji, ale z pewnością nie tak zaraz i nie na długo.
Ale wiadomo - życie lubi robić każdemu psikusy.
Gdy otworzyła drzwi swego mieszkania uderzył ją w nozdrza silny zapach perfum.
I wcale to nie był zapach jej perfum, które używała od wielkiego święta i w symbolicznej
wręcz ilości. W mieszkaniu królowała woń...hiacyntów. Tyle tylko, że w żadnym z pokoi
nie stała doniczka z tymi kwiatami, a zapach był wszędzie, nawet w kuchni.
W pokoju Jasia natknęła się na rozmamłany tapczan a na nim leżała piżama Jasia
i damska koronkowa koszula nocna. W szafie, oprócz ubrań Jasia wisiało kilka sukienek
i bluzek, na półkach leżała damska bielizna i sweterki.
Zdumiona i zaskoczona Wiesia poczuła, że serce podchodzi jej do gardła. Zastanawiała się
kim jest właścicielka tych damskich szatek. Dotychczas Jaś nie afiszował się z jakimiś
dziewczynami, przeważnie wieczory spędzał przed odbiornikiem TV.
W kuchni na stole znalazła kilka torebek błyskawicznych zupek w proszku i kilka słoików
gotowych dań typu gołąbki i pulpety. Wiadać, że i owa dziewczyna, podobnie jak i Jaś
nie przepadała za kucharzeniem.
Z niecierpliwością czekała na powrót syna z pracy. Około siedemnastej zazgrzytał klucz
w zamku - do mieszkania wszedł Jaś w towarzystwie szczupłej blondynki.
Jaś rzucił się Wiesi na szyję - "mamuś, mam dla  ciebie niespodziankę, to jest Tosia,będzie
moją żoną."
c.d.n.





















 


niedziela, 16 marca 2014

cz.II

Sławek szybko skończył ablucje, po wyjściu z łazienki zawadził o swój wór i
wkroczył do pokoju niosąc cztery butelki Żywca, które postawił na stole.
"Ola, chyba trochę nachlapałem, a nigdzie szmaty do podłogi nie widziałem-
idz coś z tym zrób'' - poinformował Oluchnę teatralnym szeptem.
Ola i jej mama zerwały się natychmiast od stołu - Ola została wypchnięta do
kuchni, Ewa poszła do łazienki.
Nic dziwnego, że Sławek nie znalazł "szmaty", skoro jej rolę pełnił u Ewy
frotowy ręcznik, który w praniu  stracił kolor, a fakt, że leżał na podłodze nie
podpowiedział Sławkowi jego przeznaczenia.
Tymczasem Oluchna popełniła w kuchni omlet z 4 jaj z dodatkiem małej
puszki zielonego groszku i triumfalnie poniosła talerz do pokoju.
Obserwując ją Ewa zastanawiała się, czy Oluchna stawiając przed Sławkiem
talerz odda mu jednocześnie pokłon. Ale nie, postawiła talerz i czym predzej
usiadła obok Sławka. Omlet zniknął z talerza błyskawicznie, a Sławek
zapewnił wszystkich, że dawno tak pysznego omletu nie jadł.
Ola w międzyczasie podała małe kufelki do piwa i otwieracz, co  Sławek
przyjął z wielką ulgą. Czym prędzej chwycił za jedną z butelek pytając
jednocześnie komu jeszcze nalać. Ale w tym domu nikt nie pił piwa, więc
Sławek nalał tylko sobie.
Oooo- nie widziałem jeszcze tak malutkich kufli, zupełnie jak dla dzieci-
zauważył ze zdziwieniem  Sławek.
Ewa uśmiechnęła się kwaśno - dzieci nie piją piwa, bo to alkohol, sportowcy
też nie powinni - wycedziła przez zęby.
Po skonsumowaniu góry kanapek, które podsuwała mu Ola i wypiciu 2 butelek
piwa, Sławek westchnął i wyznał - ale się naćpałem , szkoda, że już nie mogę
więcej zjeść.
Ewa zaczęła się śmiać- myślałam, że termin "ćpanie" dotyczy tylko narkotyków-
a pan to się po prostu najadł.
Niech mi pani mówi po prostu po imieniu, jaki tam ze mnie pan, będzie mi wtedy
fajniej- powiedział Sławek. Przecież w końcu będziemy rodziną, no nie?
Rodziną? - zdumiał się ojciec  Oli? Nic o tym nie wiem.
Niezrażony niewiedzą Wojtka , Sławek ciągnął dalej- no bo przecież gdy się
z Olką pobierzemy to staniemy się przecież rodziną. Olka, nic rodzicom nie
mówiłaś?- zapytał z wyrazną pretensją w głosie.
Czy to znaczy, że przyszedłeś Sławku prosić nas o rękę Oli ? A czy Twoi rodzice
wiedzą, że chcesz się żenić? Przecież oboje jeszcze nie  skończyliscie szkoły,
nie dostaniecie nigdzie pracy, nie macie mieszkania ani pieniędzy na  takowe.
Więc jak będzie wyglądało to  wasze małżeństwo?- zapytał Wojtek.
Sławek przez chwilę milczał, zapewne zbierał rozproszone po całym mózgu myśli.
Przecież Olka nie musi mieć zgody rodziców na ślub, jest pełnoletnia - zaczął
wytaczać swe argumenty Sławek - moi starzy też nic do tego nie mają.
Pewnie się nawet ucieszą, zwłaszcza stary, bo ma jakąś dziwkę. Mieszkać to
moglibyśmy na początek w pokoju Olki, u was. U mnie to nie, bo to tylko pokój
z kuchnią, bo starzy zamienili jedno mieszkanie na dwa. Stara wzięła dwa pokoje
bo miałem z nią mieszkać, ale się wyprowadziłem do ojca, gdy się pobrała ze
swym kochasiem. Straszny laluś z niego, takie "ę i ą" i czepliwy. Wszystkiego
mi zabraniał. Ja będę koszykarzem, dobrym koszykarzem i pewnie uda mi się
dostać do jakiejś zagranicznej drużyny, więc zarobię na siebie, Olkę i dzieci.
A do tego czasu to i mój stary i wy trochę nam pomożecie. Przecież jesteśmy
waszymi dziećmi. Sławek zakończył swe expose i objął Oluchnę ramieniem.
Tym razem Ewa zaczęła chłodzić  małżeńskie zapędy Sławka.
Pochwaliła zapał Sławka do sportu, ale jednocześnie uświadomiła go, że kontrakt
w zagranicznej drużynie to jeszcze długo nie będzie możliwy. Że jeśli nie zrobi
przynajmniej matury to właściwie nie ma szans na przyjęcie nawet do krajowej
drużyny. Że mu już tak niewiele zostało nauki, że powinien się nieco
zmobilizować i skończyć szkołę, a potem zdać koniecznie na AWF- wtedy będzie
miał gdzie grać i trenować. Że owszem, oni zawsze będą dziećmi swoich rodziców,
ale jeśli nie będą się uczyć to muszą iść do pracy, ale jedyna praca dla osób bez
wykształcenia to zle płatna praca fizyczna. Poza tym, jeśli się decydują na dorosłe
życie to niestety muszą ponieść wszystkie tego konsekwencje.
I mieszkać w pokoju Oli też raczej nie będą - już teraz jest w mieszkaniu dość
ciasno. I stanowczo przynajmniej Ola musi zdać maturę - jeśli Sławek naprawdę
ją kocha, powinien ją mobilizować do skończenia szkoły a nie odciągać od nauki.
Ze Sławka jakby nieco uszło powietrze - siedział zapatrzony w pusty kufelek,
w końcu otworzył kolejną butelkę piwa i napełnił kufelek.
Ola zrobiła dla wszystkich kolejną herbatę, podała kolejne  herbatniki.
Sławek spojrzał na zegarek - dochodziła godzina 23,00. Muszę iść, długo tu
byłem - oznajmił.
A gdzie mieszkasz?- zapytał ewentualny teść. Sławek wymienił dość odległą od ich
mieszkania dzielnicę.
No to ja cię odwiozę do domu - zadecydował Wojtek- nie będziesz  nocą włóczył się
po stolicy. Komunikacja nocna niezbyt dobrze działa, dotarłbyś do domu nad ranem.
Ooo, fajnie- ucieszył się Sławek.
Po wyjściu mężczyzn z domu, Ewa szybko posprzątała po kolacji, rezygnując z
pomocy  córki. Chciała być sama ze swymi myślami, a były one raczej niewesołe.
Mąż Ewy wrócił dopiero po 2 godzinach.  No to sobie porozmawialiśmy po męsku-
powiedział Ewie. Ale nie chciał powiedzieć Ewie jak przebiegła ta rozmowa.

Po tej wizycie regularnie raz w tygodniu Sławek bywał w domu ewentualnych teściów
i zawsze Wojtek go odwoził do domu, jeśli zbyt długo siedział.
Ewie było chłopaka żal - z całą pewnością był od dawna sam sobie sterem, żeglarzem,
okrętem. Ale w dalszym ciągu nie dopuszczała do siebie myśli, że może być jego
teściową. Dobrze wiedziała, że do Oli świadomości  powoli dociera fakt, że Sławek
jakoś mało pasuje do jej rodziny. I wcale nie poruszała tematu pt. "Sławek", za to
uczyła Olę różnych rzeczy z zakresu prowadzenia gospodarstwa domowego, zwłaszcza
w zakresie intensywnego oszczędzania. Z  łazienki poznikały kolorowe płyny do kąpieli,
zagraniczne szampony i mydełka. Na pytanie Oli co się dzieje, Ewa odpowiedziała-
musisz się do tego zacząć przyzwyczajać- nie będzie  was stać na nic ekskluzywnego.
Na stole też zaczęło być skromnie - dość często zamiast pieczeni była smażona
kiełbasa,  zamiast wymyślnej surówki - kapusta kwaszona z jabłkiem tartym.
Kieszonkowe Oluchny też zmalało.
Jak było do przewidzenia Ola spokojnie i pewnie zdała maturę. Na ASP, co też było do
przewidzenia, nie dostała się. Trochę z tego powodu rozpaczała, ale zdała bez problemu
na anglistykę.
Sławek zdał do maturalnej klasy, co wprawiło go w wielkie zdziwienie. Ale Wojtka
z jakiegoś powodu to nie zdziwiło. No przecież on tylko powtarzał tę klasę, prawie
wszystko umiał- argumentował.
W sierpniu Oluchna wraz z rodzicami wyjechała na zagraniczną wycieczkę - była to
nagroda za maturę i zdanie  egzaminu na studia.Wycieczkę łączyli z wizytą u
siostry Wojtka, która mieszkała od wielu lat na  południu Francji.
Sławek odprowadzał ich na lotnisko, Oluchna skropiła  pierś Sławka rzęsistymi łzami.
Wyprawa zajęła im miesiąc . Oluchna piała wciąż z zachwytu - tu wszystko było tak
odmienne od tego co było w kraju - piękna pogoda, krajobrazy jak z folderu, sklepy
pełne towarów, ciotka oferująca coraz to większe atrakcje.
Gdy po miesiącu wrócili do kraju, w skrzynce pocztowej Ola znalazła adresowany do
siebie list, napisany przez Sławka.
Zawiadamiał ją, że dostał propozycję nie do odparcia - miejsce w jednym z klubów
poza stolicą i stypendium sportowe- ale musi szybko zdać maturę, więc będzie chodził
do szkoły dla dorosłych. Gdy wszystko mu się ułoży to do niej przyjedzie, z maturą
w kieszeni.
Następny list dotarł do Oluchny za kilka miesięcy - zapewniał w nim, że ją nadal kocha,
ale "zrobiłem bachora pewnej idiotce i muszę się z nią żenić".
I dobrze, że się trafiła jakaś idiotka- pomyślała z ulgą Ewa, gdy Ola pokazała jej list
od Sławka.
W trzy lata potem Oluchna wyszła za mąż za pewnego informatyka, w który niczym nie
przypominał koszykarza.



sobota, 15 marca 2014

Ja go KOCHAM!!!!

Kocham, kocham i już!!!!- rozumiesz  mamo?!?!
Taki tekst wykrzyczała do swej matki Oluchna  kilka miesięcy przed maturą.
Ewa, mama Oluchny, popatrzyła na nią zimnym wzrokiem - "no to co, zdasz
maturę to porozmawiamy o twoich uczuciach. Skup się teraz na maturze, a
kochać go możesz nadal."
Oluchna wybuchnęła histerycznym szlochem. Łkając narzekała, że nikt jej
w tym domu nie rozumie.
Ewa patrzyła na córkę w milczeniu - była przyzwyczajona do takiej reakcji, jej
ukochana córeczka od maleńkiego wybuchała takim rozpaczliwym szlochem
ilekroć coś szło nie po jej myśli. Najlepiej było taki wybuch  żałości spokojnie
przeczekać, a potem z dziecięciem porozmawiać. Długo łudziła się, że mała
z tego wyrośnie, ale choć "mała" osiągnęła 175 cm wzrostu, z histerycznego
płaczu nie wyrosła.
Obiektem uczuć Oluchny był nieznany Ewie osobnik płci męskiej, uczeń szkoły
sportowej.Oluchna  opowiadała wciąż jaki  zdolny z niego koszykarz, co przy
niemal 2 metrach wzrostu było chyba, zdaniem Ewy, dość normalne.
Oluchna wciąż biegała na wszystkie mecze,w których grał obiekt jej uwielbienia.
Gdy "geniusz koszykówki" miał jakiś mecz wyjazdowy, rodzice stanowczo
sprzeciwili się, by córka pojechała w ślad za nim.
Oczywiście był płacz, wrzaski, że przecież już ukończyła 18 lat i jest pełnoletnia,
że niewiele mogą jej zabronić, ale w końcu przebolała zakaz.
Dziś Oluchna powiedziała Ewie, że nawet nie jest pewna czy zdawanie przez
nią matury ma jakikolwiek sens, bo ona chce wyjść za mąż za Sławka (wreszcie
padło imię idola), od razu mieć dzieci i wcale nie zamierza iść na studia, to po co
jej matura???
Ewę nieco przytkało, gdy usłyszała taką wiadomość - czuła jak jej serce zaczyna  bić  przyspieszonym rytmem, a krew uderza do głowy. Zachowując nieco nienaturalny
spokój podeszła do zlewu, puściła silny strumień zimnej wody i podstawiła pod niego
oba nadgarstki. Pomału wracała do równowagi. Przez tę smarkulę dostanę chyba
zawału - pomyślała.
Gdy Oluchna wreszcie przestała łkać, Ewa postanowiła przepytać ją o owego Sławka.
Okazało się, że Sławek orłem w szkole nie jest, przynajmniej jeśli idzie o program
ogólny. Jest od Oli dwa lata starszy, bo miał potknięcia- dogłębnie studiował wiedzę,
powtarzał ostatnią klasę podstawówki oraz przedostatnią klasę liceum- maturę miał
robić za rok i właśnie się zastanawiał, czy to mu się opłaca, skoro chce się zająć
tylko i wyłącznie sportem.
Wszystkie te wiadomości jeszcze bardziej zaniepokoiły Ewę . Zastanawiała się gdzie
popełniła błąd wychowawczy, że nagle jej dziecko doszczętnie zgłupiało. Ola była
jak dotąd bardzo dobrą uczennicą, każdy rok liceum kończyła świadectwem
z czerwonym paskiem. Nie szalała na  "imprezach" urządzanych przez klasowe
koleżanki, bo raz dostała do wypicia "coś", co w krótkim czasie wywołało torsje i
Oluchna telefonowała do domu, by ją zabrać spod bramy domu koleżanki. Od tej pory
nie brała udziału w tych klasowych imprezach, a Ewa wraz z mężem zastanawiali się
czy mają ten dziwny fakt gdzieś zgłosić. No ale skoro Oluchna nigdy więcej nie brała
udziału w tego rodzaju spotkaniach, sprawa wygasła śmiercią  naturalną.
Zbyt dużo czasu wolnego Oluchna nie miała, bowiem chodziła na poza lekcyjne kursy
niemieckiego i na lekcje rysunków. Nie była jeszcze zdecydowana czy ma  startować
na ASP czy na filologię angielską albo na lingwistykę stosowaną.
Perspektywa studiów na ASP najmniej się podobała rodzicom Oli, bo nie da się ukryć,
że Oluchna nie była wybitnie  utalentowana, ale Ewa uważała, że jak na współczesne
wypociny malarzy to "dzieła" Oluchny prezentowały się chyba dobrze, przynajmniej
bez trudu można było rozpoznać co jest namalowane a i kolory nie powodowały
nagłego szczękościsku ani  ślepoty. Co do pozostałych kierunków to nie miała żadnych
zastrzeżeń. Jej zdaniem kobieta powinna mieć taki zawód, by mogła go wykonywać
bez problemu na pół etatu, lub nie wychodząc z domu, gdy już zostanie matką.
Tego wieczoru Ewa postanowiła porozmawiac z córką poważnie- nie ma co chować
głowy w piasek, trzeba się z problemem zmierzyć.
Była bardzo ciekawa, gdzie to Oluchna  poznała Sławka - okazało się, że był on kuzynem
jednej z kursantek języka niemieckiego, który przyszedł do niej, by ta napisała mu
pracę domową z niemieckiego. Bo tak naprawdę to Sławek rozumiał tylko kilka słów
z tego języka, głównie tych poznanych z seriali filmowych.
Oluchna nagle poczuła powołanie do nauczania - zaczęła z takim zapałem przekonywać
Sławka o tym, jaki ten jężyk jest  prosty do nauczenia się, że ten poprosił, by Ola mu
pomagała w zgłębianiu jego tajemnic. Przy okazji zaprosił Oluchnę by obejrzała go
w akcji. Po każdym trafieniu do kosza  odwracał się do niej i wykrzykiwał- "dla ciebie"!.
Pomaganie  Sławkowi w niemieckim polegało głównie na odrabianiu za niego prac
domowych a geniusz koszykówki robił błędy nawet w przepisywaniu do zeszytu tego,
co mu napisała Ola.
Miał za to wyrazne zacięcie do zgłębiania anatomii ciała kobiety. Ola, która została
w domu dobrze wyszkolona w dziedzinie antykoncepcji, udała się do ginekologa, który
zapisał jej odpowiednie tabletki, oraz antykoncepję miejscową, tłumacząc, że teraz,
w dobie tylu zakażeń, jest to ochrona jej zdrowia oraz poradził, by nie mówiła nic
chłopakowi o tym, że bierze tabletki.
Słuchając tego wszystkiego Ewa pogratulowała sama sobie, że dostatecznie wcześnie
uświadomiła córkę i że nauka nie poszła w las. Poza tym czuła wewnętrzną potrzebę by
podziękować owemu lekarzowi za rady udzielone córce.
Ewa poprosiła córkę, by zaprosiła Sławka na któryś wieczór, zjedzą razem kolację, bo
skoro Oluchna taka zakochana, to przecież trzeba poznać obiekt uczuć córki.
A tymczasem niech Ola pilnie się uczy i niech zda tę maturę, przecież szkoda zmarnować
te cztery lata nauki w liceum.
Co do dalszej kariery, to przecież wiadomo, że najwcześniej są egzaminy na ASP, więc
niech próbuje. A co dalej to się zobaczy.
I oto nadszedł ten wielki moment - po popołudniowym treningu geniusz koszykówki miał
przyjść do Oluchny i jej rodziców na kolację.
Ola pomagała mamie w szykowaniu, pouczając ją, że Sławek dużo je, więc trzeba jeszcze
dołożyć  wędlin i sera a poza tym to ona własnoręcznie zrobi dla niego omlet z groszkiem.
Gdy zadzwonił dzwonek do drzwi, mąż Ewy wraz z córką poszedł powitać gościa.
Na progu stał wyraznie nieświeży dryblas , w sportowym dresie, z worem przewieszonym
na lewym ramieniu i prawą ręką wyciągniętą do powitania.
Mąż Ewy odsunął się nieco w tył i zaprosił, by gość wszedł, a nie witał się przez próg.
Młodzian lekko pochylając głowę wszedł do przedpokoju, chwycił krzepko zwisającą rękę
pana domu, potrząsnął nią energicznie i powiedział - " Sławek jestem" a potem puścił
dłoń  Wojtka, przyciągnął do siebie Oluchnę i pocałował w czubek  głowy.
Oluchna  wzięła od niego  wór, odwiesiła na wieszak i pociągnęła młodziana do pokoju
mówiąc- "chodz, poznasz moją mamę".
Ewa , gdy tylko Sławek wszedł do pokoju zrobiła minę jakby ją bolały wszystkie zęby,
bowiem wraz ze Sławkiem do pokoju wkroczył  niemiły , intensywny zapach potu.
Oluchno, może pan Sławek chciałby się nieco odświeżyć, skoro jest po treningu,
zaprowadz pana do łazienki, zaraz dam świeży ręcznik. I tonę dezodorantu, dodała
w myślach.
Eeee, nie trzeba, po co tyle kłopotu, zaprotestował Sławek. Ale zaraz został pociągnięty
przez Olę do łazienki.
Oprócz ręcznika kąpielowego Ola  dała mu również ojcowski, nieco rozciągnięty T-shirt.
c.d.n.

czwartek, 13 marca 2014

Wspominkowo


Po raz pierwszy trafiłam w Tatry w ramach podróży poślubnej. Przedtem bywałam
głównie w Beskidach, poznałam Beskid Żywiecki i  Śląski. Nie były to zbyt wymagające
góry, choć się człowiek nachodził przy okazji.
Nie urządzaliśmy wesela z kilku powodów - byliśmy raczej pod kreską  finansową, poza
tym oboje nie przepadaliśmy za tego rodzaju rozrywką, po trzecie - miałam żałobę.
Pewnej sierpniowej soboty odbyliśmy maraton ślubny - przed południem ślub cywilny,
póżnym popołudniem ślub kościelny, jako rekompensata dla rodziny za brak wesela,
wieczorem wyjazd do Zakopanego.
Dlaczego akurat Zakopane? Bo mój mąż  był zapalonym wspinaczem, jezdził w Tatry
od dziecka i wyobrażał sobie, że z każdego można zrobić taternika- wspinacza.
A więc wyruszyliśmy nocnym pociągiem do Zakopanego - dotarliśmy o wielce podłej
godzinie, czyli około szóstej rano. W Warszawie poprzedniego dnia był piekielny upał,
 tu o szóstej rano trzęsłam się z zimna, telepiąc się w dorożce, która powiozła nas na
Bystre.
Mój drogi mąż wynajął nam kwaterę u znajomej góralki, u której zawsze mieszkał
ze swymi kolegami. Im zupełnie nie przeszkadzał kompletny brak wygód, np. brak
łazienki z ciepłą wodą, WC w postaci szafy drewnianej również nie.
Mnie zupełnie zatkało ze zdziwienia - jak można żyć w takich warunkach?
Ale byłam tak zmęczona, że padłam na  łózko odkładając myślenie na potem.
Po dobie pobytu dotarło jakoś do zwojów mózgowych mego ślubnego, że pomiędzy
pobytem z kumplami a z żoną jest jednak zasadnicza różnica - oni nie marudzili,
rano bez oporów  lecieli pod pompę stojącą na podwórku, tak samo po powrocie z gór.
Im wystarczał do szczęścia kubek ciepłej wody do mycia zębów, bo w trakcie pobytu
nawet się nie golili.
A tu nagle okazało się, że za żadne skarby nie pójdę w  majtkach i staniku pod pompę
na podwórzu  a do mycia potrzeba mi mnóstwo ciepłej wody - no masakra, jednym
słowem. Na domiar złego wymagałam by się golił codziennie, jak w Warszawie.
Ale nie to było najgorsze - znacznie gorszy był fakt, że po przebytym rok wcześniej
WZW B, rozszalały się moje  biedne wnętrzności. Nie wytrzymały kuchni naszej miłej
gospodyni, której obiady obfitowały w dania tłuste i raczej bardzo ciężko strawne.
Dzięki pomocy pana farmaceuty z  pobliskiej apteki, po 3 dniach opanowałam z grubsza
sytuację, choć doskonale wiedziałam w którym miejscu mam narząd zwany wątrobą.
Młody żonkoś był zszokowany-nigdy nie miał do czynienia z tak chorowitą dziewczyną!
Wreszcie udało mu się wyprowadzić mnie w góry-oczywiście w ramach treningu
(dla mnie) poczłapałam Boczaniem i Upłazem na Halę Gąsienicową, gdzie w schronisku
mój mąż pochłonął w 3 minuty talerz owsianki, a mnie już sam jej widok wystarczył bym
czuła się najedzona.
Potem powędrowaliśmy nad Czarny Staw, a ja wysłuchałam wykładu na temat otaczającej
nas panoramy,  musiałam szybciutko wykuć na  pamięć nazwy okolicznych szczytów.
Przy okazji dowiedziałam się, gdzie  pójdziemy następnego dnia - padło na Granaty, nawet obejrzałam kawałek szlaku.
Następnego dnia zostałam zerwana bladym świtem i znów musiałam pokonać drogę
na Halę Gąsienicową, bo tam mieliśmy zjeść śniadanie i wyruszyć dalej. Nie będę Was
zanudzac szczegółami, w każdym razie przedreptałam wszystkie trzy  Granaty i po
piargach zczłapałam  się w dół. Określenie "zczłapałam" jest najwłaściwsze bo bardzo
deprymował mnie fakt niestabilnego podłoża, co bardzo śmieszyło mego męża.
Na Gąsienicowej ograniczyłam obiad do wypicia wody, na Bystre dotarłam w charakterze
zombi. Padłam na łóżko, dostałam dreszczy i dość wysokiej temperatury, 38,5. Mąż był
przerażony - ja nie miałam siły nawet usiąść ani cokolwiek przełknąć, on właśnie po tym
spacerze zjadłby konia z kopytami i zaraz pognał gdzieś na tańce i na piwko.
Ja - zwyczajnie zdychałam ze zmęczenia. A przecież niczego nie dzwigałam, to on niósł
plecak, nigdzie nie musiałam się wspinać, bo to trasa turystyczna była.
Wszystkie dziewczyny,  z którymi przedtem chadzał po górach nie padały jak muchy po
wycieczce, a poza tym bez trudu dzwigały 20 kg plecak na grzbiecie.
No cóż kiepsko trafił - od dziecka chorowałam "na okrągło",  raz otarłam się o śmierć,
poza tym nabawiłam się  w szkółce baletowej kontuzji kolana, które bolało mnie stale-
raz mniej, raz więcej.
Już w czasie tego pobytu mąż uświadomił sobie, że nie pochodzi za mną na jednej linie.
Przy okazji uświadomiłam go, co myślę o tych, co się wspinają -właściwie stanął przed
wyborem- albo my, albo wspinaczka. Nie wiem czemu, ale wybrał "my".
Po trzech dniach wypoczynku zaliczyłam przejście przez Zawrat do Morskiego Oka.
Napędziłam mężowi strachu, bo zachwiało mnie na wąskiej ścieżce wydeptanej w śniegu-
po obu stronach nic nie było, oprócz zjazdu w dół po śniegu. Wracaliśmy już inną drogą.
 Ukoronowaniem pobytu miała być wycieczka na Świnicę. Już gdy pochyliłam się
nad Zmarzłym Stawem, wiedziałam,że coś jest zle ze mną - zadżgało mnie w okolicy
pęcherzyka  żółciowego, ale ze strachu już nic nie powiedziałam. Pokonałam drogę
cały czas czując narastający ból - gdy byłam 5 metrów od szczytu- wysiadłam. Nie byłam
w stanie się ruszyć. Posiedziałam z godzinę pod szczytem i ruszyliśmy na Kasprowy.
Szłam, a raczej wlokłam się straszliwie długo. Na szczęście udało się nam zabrać kolejką
w dół. Potem już tylko przeczłap z Kuznic na Bystre. Rano udałam się do lekarza -
dostałam dziki ochrzan, za łażenie po górach po tak ciężkiej chorobie jak WZW typu B.

Od tego pierwszego pobytu co rok jezdziłam w Tatry - tylko dwa razy bylismy nad moim
ukochanym Bałtykiem a i to tylko z uwagi na to, że wymagał tego mój stan zdrowia.
Potem zawsze dzieliliśmy urlop - 2 tygodnie zimą, dwa latem.
To właśnie w górach po raz pierwszy poczułam pierwsze ruchy swego dziecka. Był
piękny marcowy, słoneczny dzień, ja siedziałam na tarasie wpatrując się w Giewont, mąż
szalał na nartach.

Potem było trochę przerwy, bo dziecię było zbyt małe na Zakopane. Pierwszy raz
pojechaliśmy z nią gdy miała już 3 lata. Z nią przeważnie jezdziliśmy zimą , latem po raz
pierwszy gdy już miała 10 lat.
Tęsknię trochę za Tatrami- dawno już nie byliśmy - i chyba już nie będziemy. Nie ta
kondycja, nie to zdrowie. A szkoda.
Ale pozostały przecież wspomnienia- nikt mi ich nie odbierze, zostaną na zawsze ze mną.

środa, 12 marca 2014

Biurowe romanse

Jeżeli ktoś twierdzi, że w jego miejscu pracy nikt nie romansuje, to dostanę ataku
śmiechu. Romansują niemal wszyscy - jedni bardzo dyskretnie, inni znacznie mniej.
I właściwie nie ma w tym nic dziwnego - odkąd kobiety wywalczyły dla siebie
"równouprawnienie" (czyli najczęściej harują na dwóch etatach - praca zawodowa
+ obowiązki  domowe)  wreszcie wydostały się  z domu.
Pamiętam babcine opowieści, z których wynikało, że przed II wojną światową
pracowały zawodowo jedynie kobiety niezamężne - z chwilą zamążpójścia
przestawały pracować i w pełni chwały wracały w domowe pielesze by rodzić i
wychowywać dzieci oraz prowadzić dom. W związku z tym należało znalezć męża
o już ustabilizowanej sytuacji  materialnej. W biurach pozostawały przysłowiowe
"stare panny" lub wdowy, które na dodatek musiały utrzymać siebie i dzieci.
Babcia poznała swego męża ( a mego dziadka) w swojej  pierwszej i ostatniej pracy,
do której trafiła po ukończeniu  Szkoły Handlowej.
Gdy słuchałam, jaką to odpowiedzialną pracę miała moja babcia, to aż mnie skręcało
ze śmiechu - babcia sprawdzała  czy na każde przychodzące do firmy pismo udzielono
odpowiedzi. W związku z tym ciągle buszowała w dwóch dziennikach- poczty
przychodzącej i wychodzącej. Gdy już sprawdziła, że odpowiedzi udzielono- stawiała
w odpowiedniej rubryce poczty przychodzącej zielony znaczek i swój podpis. W razie
braku odpowiedzi miała obowiązek  postawienia znaczka czerwonego. A potem, ktoś
inny sprawdzał, czemu odpowiedz nie została udzielona.
A wszystko to działo się w Galicji, zaraz po wybuchu I wojny światowej. Wojna szalała,
a dziadek ostro kombinował, jakby tu  poderwać tę drobniutką chudzinę, która bardzo
mu się podobała. A mój dziadek w młodości był naprawdę przystojnym mężczyzną i
bardzo się babcinym koleżankom podobał - podobno wszystkie panny wodziły za nim
oczami i zachwycały się jaki to przystojny mężczyzna i jaki dobry kandydat na męża,
bo był, pomimo młodego jeszcze wieku, zastępcą dyrektora.
Wreszcie  dziadek wpadł na pomysł by babcia przyszła  do jego gabinetu z tymi swoimi
dziennikami korespondencji, bo on biedaczek nie pamięta, czy na jedno z pism została
udzielona odpowiedz. Babcia, która była perfekcjonistką w każdym calu, bez trudu
odnalazła pożądaną sprawę, podała nawet nr i datę pisma  wysłanego jako odpowiedz,
a dziadek zaczął się zachwycać jej kompetencją, na koniec dopytując się czy mieszka
daleko od biura i czy nie miałaby nic przeciwko temu, by razem wybrali się do
cukierni. Chudzinka  nic nie miała przeciw temu, a w 1916 roku została jego żoną.

W pewnym momencie swego życia wylądowałam  w bardzo niewielkim biurze, które
niestety było poza Warszawą.  Nie ukrywam, że pracę dostałam tam po znajomości - po
prostu znałam dyrektora owej placówki. Biuro stanowiło swego rodzaju enklawę.
Nie dość, że raptem pracowało tam ok.200 osób, to większość z nich mieszkała w trzech
budynkach - dwa z nich były w stolicy, jeden w niedalekiej odległości od  biura.
Gdy tam trafiłam to byłam jeszcze bardzo młoda - przez długi czas byłam najmłodsza
w całym biurze. Wszyscy się tam znali jak łyse konie, bo nie tylko pracowali od lat
razem - większość z nich mieszkała w tych zakładowych budynkach.
W pierwszym roku pracy byłam bliska załamania nerwowego- dawano mi do zrozumienia,
że jestem OBCA. Po roku było już lepiej, z własną kierowniczką byłam  na ty, nawet
dorobiłam się wielbiciela, dzięki któremu polubiłam żeglowanie. Z chwilą, gdy zauważono,
że B. wyraznie się do mnie zaleca (żonaty, dwoje dzieci) i nie zraża go fakt, że jestem
mężatką, społeczność enklawy uznała mnie "za swoją".
Z całą pewnością byli nieco rozczarowani, gdy dowiedzieli się, że żegluję nie tylko z B.
ale i również z własnym mężem i starszym synkiem  B. I tak zaliczyli to do zjawiska, że
zawsze najciemniej jest pod latarnią i ja na pewno romansuję z B.
Gdy już  zostałam uznana "za swoją", to dopiero otworzyły mi się oczy. To było wręcz
niesamowite zjawisko - chwilami robiło to na mnie wrażenie jakiejś hippisowkiej komuny.
Tam  każdy o każdym niemal wszystko wiedział -nie dość, że mieszkali w tych zakładowych
budynkach i bez przerwy się odwiedzali i robili imprezy, to  razem pracowali.
Gdy okazało się, że żona jednego z kolegów (ona tu nie pracowała) jest w ciąży zaraz pół
biura się zastanawiało, czyje to dziecko, bo z całą pewnością nie jej męża, bo on nie może
mieć dzieci. Ciekawe skąd o tym wiedzieli?
Kilku pracowników było jeszcze kawalerami , więc bardzo się wszyscy martwili czy i jakie
żony sobie wynajdą. Odnosiłam wręcz wrażenie, że oni nim się ożenią będą musieli
uzyskać akceptację biurowej społeczności.
Największą estymą cieszył się jeden z kierowników laboratoriów, człowiek żonaty, dzieciaty
i niezbyt młody, który od wielu lat "żył w rozkroku" - swój czas i obecność dzielił między
dwa domy - dom kochanki i dom małżeński. Tak prawdę mówiąc to aż się dziwiłam, bo on
był bardzo blisko wieku emerytalnego, ona była od niego z 15 lat młodsza i oboje tu pracowali.
Po czterech latach pracy  w tym grajdole czułam, że już ani dnia dłużej nie wytrzymam.
Z ulgą rozstałam się z tym przedziwnym biurem.





poniedziałek, 10 marca 2014

Przeklęte szkolenie - cz.XV

Dni mijały szybko, Michalina była zapracowana. Dwa dni w tygodniu miała
konwersacje z języka angielskiego. Do tego Romek uparł się, żeby w domu  choć
w jeden wieczór rozmawiali tylko po angielsku. Michalina buntowała się,
twierdząc, że ten cały wyjazd to palcem na wodzie pisany, jest do niego tyle
czasu, że wszystko może się zmienić.
W dwa miesiące pózniej dyrektor poinformował Romka i Janikowskiego, że ich
wyjazd uległ przesunięciu na następny rok, na styczeń i będzie to pobyt roczny.
Romek udawał wielce zaskoczonego, Janikowski był zaskoczony, ale bardzo
zadowolony.

Pewnego upalnego dnia Kaśka zadzwoniła do Michaliny, że powinny się spotkać.
Tym razem wybrały się zaraz po pracy do Ogrodu Botanicznego, by poplotkować
na łonie natury.
Kaśka oświadczyła Michalinie, że "studiuje Mirka"- cokolwiek to znaczy. I, choć to
ją bardzo dziwi, jest chyba w nim zakochana.
Dotychczasowe życie Kaśki było bardzo bogate pod względem erotycznym ale
niezbyt bogate w uczucia. Zawsze uważała, że seks nie musi iść w parze z miłością.
Nie rozmawiała z Mirkiem na temat tamtej nocy. Zamiast tego wybrała się do ich
( Michaliny i Kaśki) lekarza, który je oglądał z odwrotnej perspektywy.
Opowiedziała lekarzowi wszystko ze szczegółami - jak to wyglądało ze strony
Mirka, opisała swoje odczucia i przyznała szczerze, że nie wie co ma  dalej robić.
Kochany doktor J. dał pewne wytyczne co do następnej nocy u Mirka oraz jej
poradził, że jeśli myśli o tym mężczyznie poważnie, to powinna się wybrać do
seksuologa, wpierw sama, potem razem z partnerem.
Kaśka uwielbiała pana doktora J. więc go posłuchała. I była już na jednej wizycie
u seksuologa, którego polecił jej ulubiony doktor. I- hurra, hurra, Mirek zgodził
się na wspólną wizytę. Kasia była zachwycona wizytą u seksuologa- twierdziła,
że jest jeszcze milszy niż ich ukochany dr.J. Zwłaszcza, że nie ogląda kobiety
z odwrotnej perspektywy - śmiała się Michalina.
Po chwili śmiech Michalinie minął - zaczęła się zastanawiać, czy Kaśka jest pewna
tego, że chce być z Mirkiem. Niewątpliwie bardzo się zmieniła, ale czy Mirek
nie jest aby zbyt nudnym dla niej facetem?
Oczywiście w chwilę potem zwerbalizowała swe wątpliwości. Ale Kaśka uparcie
tkwiła przy swoim - po raz pierwszy spotkała faceta, który się o nią autentycznie
troszczy, liczy się z jej zdaniem, nie jest dla niego tylko seksualną zabawką.
A ona też traktuje  go inaczej niż swych dotychczasowych partnerów . I nawet jego
chudość mniej ją denerwuje, a ona,ilekroć u niego jest to zawsze coś razem gotują,
więc może on wreszcie trochę ciała przy okazji nabierze.

Michalina przyznała się Kaśce,że najprawdopodobniej w styczniu przyszłego roku
Romek wyjedzie na  roczne stypendium. Kasia była przerażona - jak to , puścisz go
na rok, samego? Przecież rok to kawał czasu, znarowi ci się  chłop zupełnie a tobie
to wasze olbrzymie łoże wyda się pustynią i może ci też palma odbić. To wcale
nie jest dobra nowina- biadoliła Kaśka.
Małżeńskie łoże Michaliny było dość słynne wśród znajomych. Było olbrzymie,
miało dwa metry szerokości i dwa dwadzieścia długości, było robione na zamówienie.
Właściwie w sypialni mieściło się tylko to łoże , długa szafa na jednej ze ścian, tak
od sufitu do podłogi, dwa malutkie stoliki nocne, dwa wieszaki na  ubrania i  dwa pufy.
Wszystkie  meble były robione na zamówienie, więc wszystko było rozplanowane co
do centymetra.
Łóżko było monstrualne, bo Michalina bardzo nie lubiła braku przestrzeni w czasie
snu, a Romek przy swoim wzroście 190 cm do czasu zainstalowania tego łóżka
zawsze narzekał, że mu nogi wystają poza standardowe meble do spania.
Śmiali się, że nie mogą przez to łoże zmienić mieszkania.
A ich rodzice wyjątkowo zgodnie potępiali taką ekstrawagancję.

W dwa tygodnie  pózniej dziewczyny znów się spotkały. Wizyta u seksuologa była
strzałem w dziesiątkę. Wpierw okropnie długo Mirek rozmawiał sam, potem, już
znacznie krócej byli na rozmowie oboje.
Kaśka powiedziała, że dostali pewne zadania do wykonania i "przećwiczenia" w domu.
I ćwiczą, bardzo wytrwale, a zwłaszcza Mirek przykłada się do ćwiczeń, a Kaśka
oczywiście też bierze w tym udział. I kto wie, może z czasem wszystko będzie
"normalnie", choć z dużą przewagą tego co dotychczas. Bo tak naprawdę to teraz
 jest super, tyle tylko że tą metodą dziecka nie można zrobić.
Michalinie  aż oczy wyszły z orbit- dziecka? czy ty mówisz coś o prawdziwym dziecku?
co cię napadło? Nawet jeszcze nie wiesz, czy będziecie razem a ty już dziecko planujesz?
My będziemy razem,  zobaczysz  -odpowiedziała Kaśka.

W listopadzie wyjazd do Los Angelos był dopięty po obu stronach na ostatni guzik.
Romek wylatywał 3 stycznia.
Michalina miała wyjechać  do  Romka w połowie lutego, już miała zarezerwowany
lot. Teraz wszystkie sprawy nabrały dużego tempa. Trzeba było wybrać rzeczy, które
mieli ze sobą zabrać, część nadać na cargo. Troską o mieszkanie obarczyli rodziców
Michaliny, mieszkali dość blisko.
Jeszcze przed odlotem Romka zostali poproszeni przez Kaśkę i Mirka na  świadków.
Ślub był cichy, cywilny, z minimalną ilością osób. Panna młoda zdołała wypowiedzieć
formułę przysięgi pomiędzy dwoma atakami mdłości. Pan młody z lubością przykładał
rękę do już nieco widocznego brzuszka Kaśki.

W lutym rodzice odprowadzali Michalinę na lotnisko. Nie byli zadowoleni, że córka
 na tak długo wyjeżdża.
Nie wiedzieli jeszcze ile radości spotka ich za rok. Bo za czternaście miesięcy witali
na lotnisku nie dwójkę, a trójkę pasażerów.
                                                   KO N I E C


niedziela, 9 marca 2014

Przeklęte szkolenie - cz.XIV

Opowieść Kaśki zrobiła na Michalinie wrażenie , ale nie bardzo we wszystko
uwierzyła.
Koloryzujesz chyba nieco - stwierdziła. Kaśka zaśmiała się tylko - a co, zazdrość
cię gryzie? Nie koloryzuję ani trochę - opowiedziałam ci wszystko dokładnie, bo
choć  brałam w tym udział, sama w to nie mogę uwierzyć. Właściwie to mam
problem, nie wiem co z tym fantem zrobić.
Facet mi się podoba pod wieloma względami, ale chyba najmniej pod względem
urody - tylko oczy ma ciekawe, a raczej niesamowite. Reszta nie w moim typie-
chudy jak bezdomny pies, anorektyk czy co? Niewątpliwie należy do ginącego
gatunku facetów miłych, dobrze wychowanych, dobrze wykształconych, którzy
w kobiecie widzą chyba  coś więcej niż obiekt dający im rozkosz.
I wiesz, on jest bardzo uporządkowany - w kuchni żadnych brudnych szklanek
ani talerzyków z resztkami jedzenia, czysta ścierka do naczyń, na zlewozmywaku
ma nawet płyn do mycia garów i gąbkowy zmywak. Wszędzie porządek, zero
kurzu, w łazience też czyściutko. Wiesz, dziewicą orleańską to ja nie jestem i
już widziałam w życiu różne mieszkania  samotnych facetów, ale takiego
porządku to jeszcze nigdy. Ta noc była w gruncie rzeczy wspaniała, ale dlaczego
tylko taka? Nie wiem, co mam z tym zrobić!
Michalina przypatrzyła się jej uważnie  i powiedziała - a może po prostu z nim o
tej nocy porozmawiasz? Bo ja naprawdę niewiele o nim wiem - poznałam go na
szkoleniu, potem spotkałam kilka razy, ale największą intymnością pomiędzy
nami był zakup zasłon do jego mieszkania.
Przeklęte szkolenie - powiedziała Kaśka. Na każdym szkoleniu zawsze się
pakowałam w jakiś romans i to z  żonatymi. Nie siedziałam wieczorami sama
w swoim pokoju jak ty.
O tym, że Kaśka zawsze poznawała "kogoś ciekawego" na  szkoleniu to Michalina
wiedziała  już od dawna. Kaśka wciąż poszukiwała miłości- wychodziła z założenia,
że kto szuka, to w końcu znajdzie.
Kaśka nagle się rozpromieniła - wiesz, mam pomysł - zrobimy z Mirkiem wieczór
founde' -usmażymy furę naleśników, ja przyniosę swój garnek do topienia czekolady
i oczywiście czekoladę, wy przyniesiecie wino i spędzimy razem  fajny wieczór.
Nooo... a potem  każdej z nas przybędzie 3 cm w biodrach i będę musiała kupić nowe
ciuchy- skwitowała pomysł Michalina. Uwzględnię to w planach na następną sobotę.
I przyniosę coś mniej słodkiego niż czekolada, zrobię jakieś kolorowe koreczki, takie
na jednego gryza.
A ty porozmawiaj jednak z Mirkiem o tej waszej nocy. Ja naprawdę nic ci w głowie
nie rozjaśnię w tej materii.
Dobrze, chodząca cnoto - powiedziała Kaśka.

W domu Romek powitał ją radosnym zniecierpliwieniem - czekam na ciebie i czekam
a ty plotkujesz z Kaśką. Siedzę sam jak palec i nie mogę się ciebie doczekać. Bo ja
teraz nie pojadę z Janikowskim do Los Angelos. Tamci zaoferowali cztery miejsca
szkoleniowe - dwa w tym roku, dwa w następnym, o czym nam dyrekcja  nie pisnęła
ani słowa. Rozmawiałem z Mitchelem  i powiedział, że on przyśle fax, w którym
zawiadomi, że nasze szkolenie będzie nie teraz ale w przyszłym roku i będzie to wtedy
szkolenie roczne dla Janikowskiego i dla mnie - rozumiesz - rok dla nas dwóch zamiast
po pół roku  dla czterech osób. A sformułuje to w taki sposób, że dyrekcja nie będzie
śmiała zaprotestować. W końcu to ich pieniądze a nie  nasze. A Janikowski też będzie
wolał być tam rok, a nie pół roku. Poza tym to nikt z dyrekcji nie wpadnie na pomysł
by tam zadzwonić, bo z całą pewnością by się nie dogadali - ciężko rozmawiać przez
telefon na migi. No a ty zapisz się na konwersacje, przez rok się podciągniesz
z języka.
Michalina słuchała tego wszystkiego z niezbyt mądrą miną - nie miała pojęcia ani kto to
jest ten Mitchel ani co też jej zaradny małżonek owemu Mitchelowi nakręcił w głowie.
Ale ucieszyła się, bo perspektywa spędzenia pół roku bez Romka mało jej odpowiadała.
Kochanie, ale co ty naopowiadałeś temu Mitchelowi, że nagle zmienił zdanie?-zapytała
Michalina.
Romek spojrzał na nią z lekka wyższością i odpowiedział- to była prawdziwa, męska
rozmowa, więc ci nie  mogę powtórzyć. Już tam się z nim bardzo dobrze dogadywałem,
więc teraz to wykorzystałem.

Naleśnikowo koreczkowy wieczór u Mirka przeunął się wprawdzie o tydzień, ale był
udany. Michalina  obejrzała wprawnym okiem gospodyni Mirkowe gospodarstwo -
rzeczywiście wszędzie był porządek i czystość. Ponieważ przyjechali samochodem, to
butelka wina pozostała nietknięta - skoro jedno z nich miało nie pić, bo było kierowcą,
reszta towarzystwa też zrezygnowała z picia wina.
Mirek opowiedział o niektórych  śmieszno-strasznych chwilach w laboratorium
chemicznym jeszcze na studiach, miedzy innymi o tym, jakie miał nieziemskie szczęście-
robili z kolegą jakieś doświadczenie i w pewnej chwili przypomnieli sobie, że w pakamerze
obok pracowni zostawili pudło z odczynnikami, a że było duże, poszli po nie obaj.
Ledwo zdążyli wyjść z sali  trzasnęła retorta a odłamki drobin szkła okryły wszystko
dookoła. I pewnie skończyłoby się to dla nich dość tragicznie, bo obaj byli bez ochronnych
okularów. Bo to co robili nie było mieszanką wybuchową - retorta po prostu miała  wadę
fabryczną.
Romek zrewanżował się opowieścią jak to na korytarzu pewna młoda osoba na jego widok
padła mu do stóp łamiąc sobie przy tym kostkę. Przy okazji przestrzegł Mirka, by nigdy
nie udzielał w takim wypadku pomocy, bo to się kończy małżeństwem.
A Kaśka opowiedziała, jak zle się kończy gdy facet chce zaimponować dziewczynie.
Młodsza siostra Kaśki była na wycieczce ze znajomymi- w pewnym momencie mieli do
pokonania niezbyt wysoką górkę -Asia była już zmęczona i zaczęła narzekać, że znów pod
górę, na co jej adorator chwycił ją na ręce i zaczął nieść. Ze dwadzieścia metrów przed
"szczytem" górki potknął się o kamień i padł na glebę przygniatając Asię do podłoża.
Niestety kostka Asi wylądowała na kamieniu i następne osiem tygodni życia dziewczyna
spędziła na oddziale ortopedycznym z nogą na wyciągu skarpetkowym. Nie założyli jej
gipsu, ale skarpetkę  na nogę, a skarpetka była zaczepiona palcami na wyciągu.
Ordynator tego oddziału wypróbowywał na niej swą nowatorską metodę leczenia złamań
kości stawu skokowego. Zrosnąć się w końcu zrosło, ale adoratora Asia przegoniła.
Jak z tego widać nie zawsze pomaganie dziewczynie kończy się małżeństwem.

Gdy wracali do domu Michalina stwierdziła, że jeśli  Romek jeszcze raz opowie o tym,
jak to ona padła mu do nóg, to bardzo tego pożałuje a do Stanów pojedzie sam.
c.d.n.