środa, 9 lipca 2014

Spotkanie - cz.III

Joanna spojrzała na Witka jak na wariata. Gdyby rozmowa toczyła się w tamtym okresie,
zapewne palnęłaby mu jakiś niewybredny tekst.
Ale teraz Joanna już umiała powstrzymywać  swe emocje.
Wituś, czy ty sam siebie słyszysz?  Przecież wtedy byłeś żonatym facetem. To  ty byłeś
zaproszony przez Szwajcarów, nie ja. Zapomniałeś jak wtedy było? Wyjeżdżałeś pod
pretekstem stypendium, bo dogadałeś się z nimi, że to jest jedyna możliwa  dla Ciebie
droga  legalnego wyjazdu stąd.
Obiecałeś im nawet, że żony nie ściągniesz, bo się rozwodzicie.
Więc na jakiej zasadzie miałam z  tobą wyjechać? Jako twoja sekretarka, asystentka czy
może dama do towarzystwa? Kto dał by mi paszport??? I wizę?
Wiem, byłam zakochana, sypiałam z tobą, no ale nie byłam taką kompletną idiotką, by
pewnych rzeczy nie kojarzyć.
Poza tym, nawet gdybyś nie wyjechał, szybko się rozwiódł z  żoną i definitywnie rozstał
z ówczesną kochanką, to i tak nie bylibyśmy razem. Byłeś cudownym kochankiem oraz
świetnym kumplem, ale nie materiałem na stałego partnera. Nie marzyłam o sytuacji, że
pewnego dnia w naszym mieszkaniu znajdę kartkę z informacją typu: "kochanie, wpadł
do mnie Romek, jedziemy autostopem na Bora-Bora, wrócę to pogadamy, kocham  cię- W."
Bo taki właśnie byłeś. Przypomnij sobie "nasz" wyjazd w góry. Nie martwiłeś się co
robię  sama przez cały dzień - ty szalałeś na nartach do zmroku. Potem zabierałeś mnie
na obiado-kolację, którą jedliśmy z twoimi kumplami, no a potem rzeczywiście byliśmy
razem - do ósmej rano. Byłeś lekko obrażony, gdy po tygodniu wróciłam do Warszawy.
Ale nie miałam do ciebie pretensji, raczej do siebie, że nie wyjechałam po dwóch dniach.
Zapewniam Cię, że nie byłoby nam razem dobrze na dłuższą metę.
Na twarzy Witka malowało się zdumienie- kochałaś mnie? naprawdę? dlaczego mi tego
nie powiedziałaś? i dlaczego się zawsze śmiałaś, gdy mówiłem, że cię kocham?
Joanna spokojnie odpowiedziała - bo wiedziałam dokładnie jaki jesteś. Ty też mnie nie
kochałeś, byliśmy w sobie zadurzeni, pożądaliśmy siebie i byliśmy sobą oczarowani po
naszym pierwszym razie.
Wiesz, muszę ci się do czegoś przyznać - gdy przyszłam pierwszy raz do twego gabinetu
wiedziałam czym się to skończy, miałeś to wypisane na czole. Rozebrałeś mnie wtedy
w myślach, prawda? A potem wykazałeś się wielką cierpliwością czekając na moją
decyzję. Przez te kilka miesięcy czekania zdążyłeś poznać każdy milimetr mego ciała,
choć w nieco bolesny dla mnie sposób. Akupresura to dość bolesna terapia.
Jo, jesteś bardzo niebezpieczną kobietą, bo umiesz czytać w myślach. Faktycznie, wtedy
rozebrałem cię w myślach. Zresztą, jak zapewne pamiętasz, potem cię badałem i musiałaś
się rozebrać. I wiesz, wyobraznia mnie nie zawiodła- dokończył ze śmiechem.
Joanna spojrzała  na zegarek - musiała jednak wracać do domu.
Witek dojrzał ten gest i zaczął prosić, by jeszcze trochę została.
Joanna znów zatelefonowała do męża i, ku zdumieniu Witka, powiedziała mu, że spotkała
swego dawnego fizjoterapeutę, który jest przejazdem w  Warszawie i że chce jeszcze
z nim nieco porozmawiać, więc wróci do domu pózno, ale przed północą na pewno.
Jo, dlaczego powiedziałaś mężowi o mnie? Nie zrobi ci awantury?
Joanna wybuchnęła śmiechem - dam ci dwie odpowiedzi, wybierz tę która ci bardziej do
mnie  pasuje - powiedziałam tak bo najciemniej jest zawsze pod latarnią, poza tym nie
uwierzyłby, że mogę tyle czasu ględzić z jakąś koleżanką.
Witek chciał koniecznie obejrzeć wyniki badań Joanny. Obejrzał dokładnie wszystkie
klisze, udało się nawet odczytać CD rezonansu.
No tak, tu nie ma co na szczęście wyciąć. Ale jak będziesz niegrzeczna to będzie.
Najlepiej, żebyś przyjechała do mnie do kliniki na dwa tygodnie. Doprowadzę cię
do stanu, który potem tylko trzeba będzie podtrzymywać, to znaczy dasz radę sobie
z tym sama. Ale będziesz musiała  całe dwa tygodnie mieszkać w moim mieszkaniu.
Przyjechać możesz pociągiem, uprzedzisz mnie z miesiąc  wcześniej o terminie.Tu masz
moje numery telefonów, tu Skype. Będę się  tobą zajmował osobiście. I jedyne koszty
dla Ciebie to podróż i pomieszkanie  ze mną  w jednym mieszkaniu przez dwa tygodnie.
Może nawet pozwolę  ci gotować, jeśli będziesz miała na to ochotę. No nie patrz się
na mnie tak dziwnie, mówię poważnie. Od znajomych nigdy nie biorę pieniędzy, tyle
tylko, że nie proponuję im mieszkania u mnie.Ty jesteś na innych prawach, rozumiesz?
Jo, pomyśl - myślisz o mnie i wchodzisz do kawiarni, w której ja siedzę. I to wszystko
po blisko czterdziestu latach  braku kontaktu między nami! Jest w tym coś, coś....coś
mistycznego. No uśmiechnij się chociaż. Dostaniesz oddzielny pokój.Mieszkanie ma
trzy sypialnie i dwie  łazienki,  będziemy się mogli nawet w chowanego bawić.
Takiego obrotu sprawy Joanna się nie spodziewała. Gorączkowo myślała co powiedzieć.
Nie chciała tam jechać, nie chciała też takiego prezentu od Witka.
Powiedziała tylko, że tak ad hoc nie może podjąć żadnej decyzji, ale pomyśli o tym.
Witek pokazał Joannie swoją córkę i głośno się zastanawiał, do kogo ona jest podobna.
Do niego zupełnie nie, a do swej matki tylko trochę. Jo powiedziała, że skoro raz już
uznał ją za swą córkę, to dociekanie po latach jest bez sensu. Witek pokazał jeszcze
zdjęcie swej matki i Joanna  dostrzegła, że córka Witka jest bardzo podobna do swej
babci. Kazała Witkowi wyświetlić obydwa zdjęcia obok siebie i pokazała ich wspólne
cechy.
Gdy tak oglądali zdjęcia, które miał na dysku, znalezli również ich wspólne zdjęcie,
czarno-białe właśnie z Zakopanego. Joanna była w białej puchatej pilotce, czarna
grzywka zakrywała jej czoło.Witek stał nieco z tyłu i ją obejmował. Był bez czapki a na
jego twarzy zastygł uśmiech zwycięzcy- posiadacza.
Jo - szepnął - spójrz jacy byliśmy młodzi i piękni. Piękni bo młodzi - dodała rzeczowo
Joanna.
Joanna była już zmęczona, mimo swej wrodzonej trzezwości doznała tego dnia wielu
wzruszeń. Wezwała taksówkę, do której Witek ją odprowadził .
Umówili się na następne spotkanie, które miało być spacerem po mieście.
c.d.n.

Spotkanie - cz.II

Oj, chyba mam halucynacje - przemknęło przez myśl Joannie. Ale halucynacja nie mijała,
nad nią stał Witek - te same intensywnie niebieskie oczy, ten sam nieco kpiący uśmiech,
a wszystko zwieńczone mocno siwymi włosami.
Nie czekając na zaproszenie Witek usiadł przy stoliku. Jak zawsze przewiercał ją wzrokiem.
Obserwuję Cię od chwili gdy tu weszłaś- powiedział. Zmieniłaś  się, ale chodzisz tak samo.
Gdy zobaczyłem jak bawisz się pustą filiżanką  nabrałem pewności, że to  ty. Jo, nikt na
świecie nie wyczynia takich zabaw z pustą filiżanką. Zawsze mnie to trochę złościło, ale
teraz ten śmieszny nawyk pomógł mi cię rozpoznać. Zmieniłaś kolor włosów i tak bardzo
je skróciłaś! Po co je rozjaśniłaś?
Joanna zaczęła się  śmiać.
Czy wiesz kiedy widzieliśmy się  ostatnio?- zapytała. Niemal czterdzieści lat temu. Tak,
miałam wtedy czarne, dość długie włosy i kilkanaście kilo mniej ważyłam. A włosów
nie rozjaśniałam, wróciłam do naturalnego ich koloru, a w utrzymaniu go bez siwizny
pomaga mi farba do włosów. Ale skąd  ty się tu wziąłeś? Jesteś  "na chwilę" czy może
wróciłeś na stałe? A w ogóle to świetnie wyglądasz, nawet z tą siwizną.
Przyjechałem na dwa tygodnie, bo mam kilka spraw do załatwienia. Kupiłem właśnie
mieszkanie, jako lokatę. Może sprezentuję je wnuczce, też jako lokatę, bo ona chyba tu
nie będzie mieszkać. Słuchaj, to mieszkanie jest  w tym budynku, chodz, pogadamy tam,
bo mamy naprawdę dużo do pogadania. Jest z pełnym wyposażeniem, bo tam nocuję,
zamiast w hotelu. Jo, no chodz, proszę! Bardzo proszę!
Joanna znów się zaśmiała - no proszę, chata , szkło i adapter, zupełnie jak przed laty.
Zerknęła na zegarek i powiedziała - muszę  zadzwonić do męża i wytłumaczyć mu,  co ma
sobie zrobić na obiad, który zje sam i uprzedzić, że wrócę pózno.
Witek z uśmiechem podsłuchiwał rozmowę Joanny z mężem.  Gdy skończyła wyraził swe
zdziwienie faktem, że jest mężatką a nie nosi obrączki. I pierścionków też nie nosisz,
a zawsze nosiłaś przynajmniej trzy i ten ode mnie. Jo, mam nadzieję, że go nie wyrzuciłaś?
Nie , nie wyrzuciłam. Platyny z perłą nie wyrzuca się - nawet wtedy, gdy ofiarodawca jest przekonany, że pierścionek  "jest tylko srebrny"- odparła ze śmiechem.
Joanna uregulowała należność za czekoladę i wyszli z  barku. Mieszkanie Witka było
w przylegającym do kawiarni budynku, wejście miało od podwórza.
Gdy jechali windą na ostatnie piętro Joanna poczuła przysłowiowe motyle w brzuchu.
Zupełnie tak jak wtedy, gdy pierwszy raz mieli przekroczyć barierę w układzie lekarz-
pacjentka.
Mieszkanie było niewielkie, za to z okien roztaczał się widok na samo centrum miasta.
Z tej wysokości Pałac Kultury i nowe wieżowce prezentowały się znacznie lepiej niż
z poziomu chodnika. Joanna stała przy oknie w objęciach Witka -czuła dotyk jego rąk,
za którym przez wiele lat tak bardzo tęskniła.
Pamiętam każdy milimetr twego ciała- powiedział półgłosem Witek.  Często mi się śniło,
że czekam na Ciebie na lotnisku, a ty nie  przychodzisz.
Na którym lotnisku? - zainteresowała się Joanna- przecież wyjechałeś pociągiem bo
 miałeś furę bagażu. Lepiej mi opowiedz  jak sobie radziłeś na początku, zaraz po
przyjezdzie do Szwajcarii.  Naprawdę na  ciebie czekali?
Nie było cię na dworcu, gdy wyjeżdżałem - powiedział nagle Witek z pretensją w głosie.
Rozglądałem się, chciałem cię jeszcze raz choćby tylko zobaczyć.
Joanna miała ochotę wypalić "trzeba było nie wyjeżdżać", ale ugryzła się w język i
powiedziała - jasne, władca haremu wyjeżdżał i wszystkie nałożnice powinny były go
żegnać. Ale miałeś zachcianki! Żegnały cię same kobiety- twoja oficjalna żona razem
z dzieckiem  i z twoją kochanką, twoja matka i jakoś nie widziałam siebie w tym gronie.
Od początku było wiadomo, że nasz związek był chwilowy i raczej bez perspektyw na
przyszłość, nawet gdybyś nie wyjeżdżał. Lepiej mi opowiedz jak sobie tam radziłeś.
Witek wypuścił Joannę z objęć , zrobił herbatę i gdy siedzieli na wielkiej kanapie, snuł
opowieść.
Miał szczęście - rzeczywiście obiecana praca już na niego czekała. Był znany, wszyscy
doceniali jego nowoczesne metody rehabilitacji i odnowy biologicznej.
Nikt nie wyrażał się pogardliwie o metodzie stosowanej przez niego akupresury. Było tak,
jakby napisana przez niego praca doktorska była biblią dla tamtejszych rehabilitantów.
Miał pracę którą lubił, bardzo dobrze wyposażone gabinety odnowy biologicznej a do
tego kilometry tras  narciarskich do jeżdżenia na nartach, w dolinie ciekawe trasy do jazdy
konnej. Poza tym miał stały dostęp do  najnowszej literatury medycznej, dobre zarobki,
ładne mieszkanie. Po dziesięciu latach przeprowadził się do Austrii, gdzie otworzył
własną klinikę , w której pacjent był leczony całościowo i konieczne w sposób naturalny.
Teraz już tylko służył radą swej córce, która od kilkunastu lat razem z nim prowadziła tę
klinikę.
Gdy wymienił nazwę miejscowości Joanna powiedziała - byłam tam sześć lat temu, tam
jest duże jezioro a nad nim jakiś klasztor, w którym  mnisi warzą jakieś znane piwo, a sama miejscowość znana jest z tego, że jest tam mnóstwo prywatnych klinik "chirurgii estetycznej".
Widziałam kilka tych willi, wszystkie okolone bardzo wysokimi żywopłotami, na furtkach
tabliczki mówiące tylko czyja to klinika, bez wymieniania specjalności.
A co tam robiłaś? - zainteresował się Witek.  Pływałam razem z dziećmi statkiem po
jeziorze, potem jedliśmy nad jeziorem obiad,  a potem wróciliśmy do miasta - odpowiedziała.
Wiesz, teraz  twoja kolej na opowieść o tym czasie, który minął - ja już się wyspowiadałem.
Jeszcze ci tylko dodam, że rozwiodłem się  z  żoną, drugi raz  już się nie żeniłem, aktualnie
jestem sam, nawet jakoś nie mam ochoty na jakiś  trwały związek. Stary już jestem.
No ale nadal  świetnie wyglądasz , a przecież jesteś ode mnie całe siedem lat starszy-
zauważyła  Joanna.
Witka wyraznie ucieszyło to zdanie - wyjaśnił Joannie, że nadal szaleje na nartach i jezdzi
konno. No, opowiedz wreszcie coś o sobie- nalegał- ile masz tych dzieci?
Joanna stwierdziła, że tak naprawdę to niewiele ma do opowiedzenia. Wyszła za mąż, ma
jedno dziecko i też jest już babcią a dziecko mieszka na stałe w Salzburgu. Ale podobno
mają się przeprowadzić do Niemiec.
No dobrze, ale co robisz, jak się czujesz?- dopytywał się Witek. Wyglądałaś w tej kawiarni
jakbyś roztrząsała kwestię "być albo nie być". Masz jakieś kłopoty?
Kłopoty? nie , nie mam, a w tej kawiarni myślałam o Tobie, o tym czasie gdy się poznaliśmy.
Bo wiesz, z tą kością krzyżową miałeś rację, boli mnie do dziś i mam jakieś tam małe
wypukliny. Byłam u profesora  P., na szczęście nie chce tego operować, dał mi namiary
na  jakiegoś rehabilitanta.
Witek słuchał z prawdziwym zainteresowaniem, wreszcie powiedział - znam go, mądry
lekarz, cudowne ręce, choć jeszcze całkiem młody, w porównaniu do mnie.
Jo, powiedz mi dlaczego nie chciałaś wtedy ze mną wyjechać?  Mogło być nam całkiem
dobrze. Nauczyłabyś się jezdzić konno, kupilibyśmy ci żaglówkę, urlopy spędzalibyśmy
w domku nad jeziorem, np. w okolicach Strobl- Witek wyraznie się rozmarzył.
c.d.n.




wtorek, 8 lipca 2014

Spotkanie

Neurochirurg wpatrywał się bez słowa w wyniki badań. Joanna czuła się zupełnie jak na
egzaminie - lekarz co chwilę zerkał na nią, odrywając na moment wzrok od wyników.
No tak, za chwilę mi powie, że przypadek beznadziejny i mam  pokochać ból - pomyślała.
A może to rak - przemknęło jej  przez myśl. Spokój, spokój! - nakazała sama sobie.
Lekarz jeszcze raz spojrzał na monitor  a potem powiedział bardzo spokojnym głosem:
nie będziemy tego operować. Ścięgienko nie  jest zablokowane, są tylko dwie niezbyt
duże wypukliny w odcinku lędzwiowym. Jeśli będzie  pani o siebie dbać, czyli niczego
nie dzwigać, ćwiczyć w basenie i pływać, chodzić w odpowiednim obuwiu i do tego
nieco zrzuci pani wagę, to obędzie się bez operacji. Spać musi pani na boku, w pozycji
embrionalnej. Dam pani skierowanie do rehabilitanta, który wie jak prowadzić takie
przypadki. I proszę przestać się wszystkim zamartwiać - połowa dolegliwości bólowych
ma swój początek w stresie. Zestresowany człowiek zle śpi, zle się porusza, ma złą
postawę. Może to zabrzmi dziwnie, ale już starożytni wiedzieli, że ból odcinka lędzwiowego
jest związany  bardzo często ze stresem - tyle tylko że  wtedy nazywali to troskami.
Profesor  wyjął z komputera płytkę   CD z wynikami  rezonansu, poskładał wszystkie
klisze ze starymi wynikami  Rtg, wszystko starannie zapakował do dużej koperty i
z uśmiechem podał Joannie.
A teraz niemal wszystko zależy od pani. Spotkamy się zatem za sześć lub osiem miesięcy.
O, a tu jest telefon do rehabilitanta, uprzedzę go, że pani będzie do niego dzwonić.
Profesor wstał zza biurka, uścisnął Joannie rękę na pożegnanie i podprowadził do
drzwi otwierając je -  proszę, kto następny?  - zapytał czekających pacjentów.
Joanna była  szczęśliwa, że nie będzie operacji. Profesor był co prawda bardzo dobrym
neurochirurgiem i wszystkie poprowadzone przez niego operacje kończyły się wynikiem
pozytywnym, no ale nigdy nikt nie może zagwarantować, że po stu super udanych
operacjach ta  sto pierwsza  też będzie udana. Poza tym operacja może być udana a sam
proces rekonwalescencji może przebiegać zle.
Idąc ulicą roztrząsała ponownie każdy gest profesora, każde jego spojrzenie na ekran.
Chyba wiedział, co mówi - skonstatowała na koniec.
Postanowiła zajrzeć jeszcze do kilku sklepów z konfekcją - tak naprawdę nie zamierzała
cokolwiek kupić, no ale pooglądać przecież nie zaszkodzi. Poza tym niedaleko był nieduży
sklep, o którym jej mąż mawiał, że to sklep dla odkrywców nowych lądów  - według niego
za leżące tu błyskotki, paciorki, naszyjniki i przeróżne ozdoby można by nabyć  jakąś
jeszcze nieodkrytą  wyspę od jej mieszkańców.
Dreptanie po sklepach zmęczyło Joannę, postanowiła wstąpić do barku kawowego by dać
odpocząć swemu kręgosłupowi.
Znalazła miejsce przy  małym, dwuosobowym stoliku, zamówiła gorącą czekoladę.
Myślami wróciła znów  do swych dolegliwości. Wbrew temu, co mówił lekarz, nie były
wynikiem zmartwień a  bardzo dawnego urazu, którego doznała na nartach.
Było to naprawdę bardzo dawno i opiekujący się wtedy nią lekarz prorokował, że do końca
życia będzie miała z tego powodu bóle.
Zdaniem profesora po tamtym urazie nie było już śladu, co zapewne było wynikiem
bardzo dobrze prowadzonej rehabilitacji.
Joanna uśmiechnęła się do swych wspomnień - fakt, rehabilitacja była prowadzona  bardzo
intensywnie i przez naprawdę dobrego fachowca.
Szkoda, że Witek wyjechał - szkoda, z uwagi na ten kręgosłup ale gdyby nie wyjechał
pewnie bardzo skomplikowało by się jej życie - pomyślała trzezwo.
Wróciła pamięcią do chwili, gdy pierwszy raz zobaczyła Witka - był to dzień, gdy do
szpitala  przywiozła  swą matkę  na ewentualne zdjęcie gipsu. Siedziały na korytarzu i
czekały na przyjście  ortopedy- obie były zdenerwowane - Joanna, bo akurat miała sesję i
każda godzina była "na wagę złota" a matka po prostu bardzo bała się zdejmowania gipsu.
Korytarzem co chwilę ktoś przechodził i Joanna pomyślała, że ten szpital ma chyba zbyt
wiele personelu, tyle tylko, że ten personel głównie spaceruje. Z gabinetu naprzeciwko
którego siedziała wyszedł mężczyzna- rzucił spojrzenie na Joannę i nie odrywając od niej
spojrzenia , zapytał- pani do mnie? Joanna pokręciła przecząco głową i powiedziała, że
czeka na przyjście dr.Ł.
Ooo, to potrwa, bo dr.Ł. właśnie operuje - odpowiedział i wycofał się z powrotem do
gabinetu. W chwilę potem znów wyszedł, znów zatopił w Joannie swe spojrzenie i gdzieś
powędrował.
Fajny facet, pomyślała Joanna. Nawet mu do twarzy w białym fartuchu. Doktor  Ł. wrócił
za małe półgodziny, zadecydował o zdjęciu gipsu i obie poszły do zabiegowego.
Matka cały czas marudziła powtarzając, by pielęgniarka uważała i nie skaleczyła jej nogi
tą okropną piłą, potem narzekała, że noga wygląda strasznie po zdjęciu gipsu, potem
jęczała, że ta noga jej nie trzyma. Z trudem udało się Joannie doprowadzić matkę do
taksówki.
Sesja poszła dobrze i Joanna postanowiła, że w marcu pojedzie w góry, z grupą znajomych
żeglarzy, którzy w tym czasie mieli obóz kondycyjny w Zakopanem. Pomysł nie był zły,
ale oni uparli się, że skoro je z nimi posiłki, to powinna również jezdzic na nartach.
Nikt nie podejrzewał, że narty i Joanna to niezbyt dobrana para. Trzeciego dnia musieli
Joannę zbierać ze stoku - niby nic sobie nie połamała, ale nie mogła wstać.
Jakoś doczłapała do ośrodka. Pomyślała, że skoro ma całe ręce i nogi  a boli ją tylko pupa,
to trzeba to rozchodzić. Trochę przy chodzeniu ją bolało, ale najgorzej było przy siedzeniu.
Do końca turnusu Joanna   zamiast siedzieć klęczała.
Po powrocie do Warszawy wcale nie było lepiej  - każde wejście do autobusu, wejście po
schodach i kontakt z  krzesłem  były męczarnią. Wreszcie zdecydowała się prześwietlić
bolące miejsce -  na podstawie zdjęcia Rtg ortopeda  stwierdził, że Joanna ma pękniętą
kość krzyżową z przemieszczeniem i najbliższe  dwa lub nawet trzy  miesiące powinna
leżeć - na desce owiniętej kocem. Dostała zwolnienie lekarskie, na którym spędziła niemal
3 miesiące. Rolę "deski" spełniała półka z szafy.
Joanna straciła semestr, zwolnienie się skończyło a ją ciągle bolało. Wreszcie któryś
z kolegów wymyślił, że zawiezie ją do swego znajomego speca od rehabilitacji -zapakował
Joannę wraz z wynikiem Rtg do samochodu i zawiózł do....przychodni dla sportowców.
Gdy Joanna weszła do gabinetu, za biurkiem zobaczyła....tego "fajnego faceta", który tak
się  jej przyglądał gdy siedziała na korytarzu szpitalnym kilka miesięcy wcześniej.
Oboje wpatrywali się teraz w siebie intensywnie, wreszcie lekarz powiedział - ja chyba
panią skądś znam. Joanna wyjaśniła, że słowo "znam" nie jest adekwatne do sytuacji, bo
tylko widzieli się chwilę pół roku wcześniej.
Joanna pogrążona we  wspomnieniach  obracała pustą już filiżankę po czekoladzie,
jednocześnie obrzucając nic nie widzącym spojrzeniem przechodzących za oknem ludzi.
Nagle poczuła na swym ramieniu czyjś  dotyk i usłyszała - to jednak ty, prawda???
Nad nią stał, niczym senna zjawa....Witek.
c.d.n.


środa, 2 lipca 2014

Wspominkowo, "wakacjowo"

Wakacje - cudne słowo, zwłaszcza gdy się chodziło do szkoły. Rok szkolny zdawał się
nie mieć końca, ale wreszcie nadchodził czerwiec i wraz z nim wakacje.
Mnie ten czas zawsze kojarzy się z wyjazdem nad Bałtyk. Wyobrazcie sobie, że przez
cały okres nauki  w szkole tylko dwa razy spędzałam wakacje nie nad morzem.
Najczęściej miesiąc byłam w Gdyni a miesiąc na Półwyspie Helskim, w Jastarni.
Jastarnia z czasów mojego dzieciństwa a obecnie to dwie różne miejscowości.
Wolałam tamtą, niż dzisiejszą Jastarnię. Nie była tak zabudowana,  było dużo przestrzeni.
Przedpołudnia spędzaliśmy zawsze na plaży od strony otwartego morza, po obiedzie
 wędrowało się plażować nad Zatokę. Woda w zatoce była wręcz ciepła, płycizna
zapraszała do kąpieli, poza tym zawsze  braliśmy kajaki, dzięki czemu dość wcześnie
nauczyłam się niezle wiosłować. Gdy już byliśmy wymoczeni i zmęczeni przenosiliśmy
się do portu. Port był mały, jego część dla statków rybackich była większa niż ta dla
pasażerów. Po drugiej stronie zatoki był port Marynarki Wojennej z ośrodkiem
szkoleniowym.
Przed II wojną światową w porcie, blisko mola pasażerskiego była kawiarnia, za moich
czasów niestety już nie. Ale i tak bardzo lubiłam codzienne wizyty w porcie - lubiłam
oglądać kutry rybackie wybierające się na połów, oraz te, które były aktualnie naprawiane.
Poza tym  niezle można było obserwować całkiem liczną flotę Marynarki Wojennej -
ciągle jakieś jednostki pływające podpływały do kei, przepływały szalupy, w których
przy wiosłach siedzieli świeżo powołani do marynarki chłopcy.
Z tamtego czasu pamiętam ekskluzywną restaurację bardzo blisko morza, zwaną
Domem Zdrojowym. Jej właścicielem był ORBIS.
Stołowaliśmy się tam i choć ceny były ponoć horrendalne wcale nie było łatwo o miejsce. Wieczorami odbywały się tam dancingi i były aż dwa parkiety - jeden w środku sali, drugi
na zewnątrz, z widokiem na morze. Niestety nikt nie wpuszczał tam dzieci, zupełnie nie
wiem czemu:))))
Niewątpliwą atrakcją były nieduże, rybackie wędzarnie ryb, w których można było
kupić jeszcze ciepłe  ryby. Tak prawdę mówiąc to tylko latem jadałam wędzone ryby - te
kupowane w  Warszawie niczym nie przypominały tych kupionych w Jastarni.
Kolejną atrakcją były spacery przez las do Juraty. Po drodze oglądaliśmy bunkry z czasów
wojny, ale nie pozwalano nam wspinać  się na nie. W Juracie  było molo od strony zatoki.
Czasem udawało się nam namówić dorosłych by wracać z Juraty brzegiem  zatoki, choć
były miejsca, w których ścieżka ginęła i trzeba było kawałek drogi pokonać brodząc
w wodzie, co jakoś nie budziło entuzjazmu dorosłych.
Dość wcześnie moja rodzina doszła do wniosku, że mogę wyjechać do Jastarni z dwoma
młodszymi  kuzynami,  jako ich opiekunka. Miałam wtedy 16 lat, chłopcy 8 i 6.
Do dziś nie wiem co rodzinie odbiło - miałam być z nimi sama przez  cały  lipiec, na
sierpień miała przyjechać babcia.
Chyba nie zdawałam sobie  zbytnio sprawy jakie to męczące, skoro wyraziłam zgodę.
Odpadło mi beztroskie wylegiwanie się w grajdole, różne plażowe rozrywki jak gra
w siatkówkę i przemierzanie plaży brzegiem morza, pływanie kajakiem.
Na domiar złego......zakochałam się. W jednym z dwójki plażowiczów płci męskiej,
którzy w ostatnim tygodniu lipca wykopali sobie grajdoł tuż obok mojego.
Chłopak dziwnym trafem spełniał wszystkie warunki  zewnętrzne mojego ideału urody
męskiej. Był wysoki, ładnie zbudowany, miał czarne, falujące włosy i...zielone oczy.
Do tego wyglądał świetnie nie tylko w samych kąpielówkach, równie atrakcyjnie
prezentował się w dżinsach i zamszowej kurtce z frędzlami wzdłuż rękawów.
Tak mi się ten chłopak podobał, że dałam się  "poderwać". Jak się potem okazało,
obaj byli przekonani, że jestem już osobą  tak mniej więcej około dwudziestki. Nic
dziwnego, wszystko "miałam na miejscu" i paradowałam w dość skąpym bikini.
Przez cały tydzień widywaliśmy się tylko na plaży. Przystojniak miał na imię Jerzy,
jego kolega chyba Staszek. Jerzy pomagał mi nieco w opiece nad moimi kuzynami
gdy wchodziłam z nimi do wody - teraz dzieciaki mogły się kąpać jednocześnie, bo
Staszek na prośbę Jerzego pilnował naszych rzeczy w grajdole no i łatwiej mi było
zapewnić  opiekę obu dzieciakom podczas kąpieli.
Przyjazd babci wywołał małe trzęsienie ziemi - zmieniliśmy lokum, skończyło się
plażowanie od 8 rano do 16-tej i dopiero o tej porze jedzenie obiadu. I ja i chłopcy
czuliśmy się z tego powodu zle- musieliśmy  w upał iść na obiad, a potem wrócić
do domu i nie wiadomo po co odpoczywać.
Ale jednocześnie dzięki jej przyjazdowi mogłam się spotykać popołudniami z Jerzym.
Dopiero wtedy dowiedziałam się skąd pochodził, co robił, ile miał lat. Był ode mnie
całe 6 lat starszy i ogromnie zaskoczony faktem, że niedawno ukończyłam 16 lat.
 Okazało się, że mamy dość podobne zainteresowania, lubimy tę samą muzykę,
oboje marzymy o Karaibach lub innych ciepłych zakątkach globu, no i bardzo lubimy
tańczyć.
Siadywaliśmy na wydmie nad plażą i gapiąc się na morze snuliśmy marzenia. Potem
często wędrowaliśmy leśnym deptakiem w stronę Juraty. Jerzy dobrze  sobie  zdawał
sprawę z tego, że jestem nieletnia - jego czułości nie wychodziły poza muśnięcie
ustami mojej ręki na powitanie lub pożegnanie.
Po dwóch tygodniach Jerzy wyjechał z Jastarni. Od tej pory zaczęły namiętnie kursować
pomiędzy nami listy. Mieliśmy się spotkać w następnym roku ale jakoś nic  z tego nie
wyszło. Gdy on przyjechał do Warszawy ja akurat byłam poza Warszawą. A w dwa
lata pózniej dostałam list od jego....świeżo poślubionej żony.
Pisała do mnie prosząc o interwencję - pobrali się bo zaszła w ciążę, ale on jej cały czas
mówił, że jej nie kocha, bo....kocha mnie. Więc wyobraziła sobie, że skoro on mnie
kocha, to ja mam szansę wpłynąć na niego by on z nią pozostał a nie groził rozwodem.
Było to dziwne jak dla mnie rozumowanie, ale odpisałam dziewczynie wyjaśniając że
nic mi nie jest wiadomo, że on mnie kocha, że tak naprawdę nic mnie z nim trwałego nie
łączy, że nawet nigdy nie pocałowaliśmy się ani nigdy nie pisał mi, że spotyka się
z jakąś dziewczyną, ale dobrze- napiszę do niego list. Po kilku miesiącach dostałam od
niej kolejny list - Jerzy uciekł w bliżej nieznanym kierunku.
Dość szybko dowiedziałam się dokąd uciekł, bo Jerzy napisał do mnie. Rzucił wszystko
i uciekł w Bieszczady. Jeszcze przez kilka lat dostawałam od niego listy z pewnej
zakazanej dziury w Bieszczadach.I wcale nie zraziła go wiadomość, że wyszłam za mąż.
Podejrzewam, że listy nadal przychodziły nawet wtedy, gdy już się wyprowadziłam z domu rodzinnego.

środa, 25 czerwca 2014

Dla dobra dziecka

"Dla dobra dziecka"  ludzie robią różne, czasem zupełnie dla mnie niepojęte rzeczy.
Fakt, że wiele spraw ocenia się z własnego punktu widzenia, na który składa się
wiele elementów  jak :  nasz wiek, to co wynieśliśmy z domu, poziom wykształcenia a
nawet miejsce zamieszkania.
Mam w rodzinie kuzynkę, którą, dla jej dobra, rodzina pozbawiła rodziców.
Otóż cioteczna siostra mojej matki  wdała się w romans z  żonatym człowiekiem.
Żonatym a do tego, w moim odczuciu,  mało odpowiedzialnym facetem.
Po pół roku okazało się, że dziewczyna jest w ciąży. Sprawa wydała się na tyle wcześnie,
że można było jeszcze ciążę usunąć gdyby nie fakt, że rodzice mojej kuzynki mieszkali
w niewielkim miasteczku,  w którym, na domiar złego mieszkali od dawna i byli dość
znanymi osobami, no a wiadomo, że w takiej niewielkiej społeczności sprawa z całą
pewnością byłaby przedmiotem przeróżnych plotek.
To było miasteczko, w którym każdy  wiedział o swoim sąsiedzie więcej, niż o samym
sobie.
Gdy tylko ciotka mojej matki zorientowała się, że coś zbyt długo Marysia nie zgłaszała
zapotrzebowania na podkładki, natychmiast wzięła dziewczynę na spytki i pojechała
z nią niemal w drugi koniec Polski do ginekologa na badanie. No cóż, niestety Marysia
była w ciąży.
Po powrocie zwołano ściśle tajną naradę rodzinną i postanowiono, że Marysia, tak jak było
postanowione, rozpocznie studia w jednym z miast wojewódzkich, w którym mieszkała
rodzina jej ojca. Będzie studiować aż do chwili rozwiązania,a po porodzie dziecko trafi do
adopcji - a zaadoptuje je starsza siostra Marysi, która wciąż mieszkała u rodziców. Tym
sposobem dziecko pozostanie w rodzinie, a Marysia, która jest tak nieodpowiedzialną
osobą, że nie można jej powierzyć tak ważnego zadania jak wychowanie dziecka, spokojnie
skończy studia i ułoży sobie potem życie z kimś innym.
Może nie mam racji, ale dla mnie to był diabelski plan  -  zamiast pomóc córce w
maksymalny sposób, oni jej zabrali dziecko.
A poza tym to była ich wina, że Marysia  nie była odpowiednio przygotowana do życia.
Oczywiście gdy Marysia już powiła niemowlę płci żeńskiej, przeprowadzono wszystkie 
formalności i mała Kasia wylądowała w mieszkaniu dziadków i swej cioci. Były to czasy, gdy
adopcje przebiegały sprawniej, zwłaszcza, że Marysia od razu zrzekła się praw do dziecka,
a jedna z kuzynek, prawniczka ,  przepilotowała całą sprawę.
Marysi zabroniono poinformowania ojca dziecka o fakcie, że został ojcem. Ukryto też
przed nim miejsce pobytu Marysi. A Kasia nie mówiła nigdy jako małe dziecko tych tak
miło brzmiących słów : mama i tata.
Mniej więcej w połowie szkoły podstawowej Kasia zaczęła się interesować, dlaczego ona
nie ma mamy i taty.
Pytania te zasiały  mały zamęt  - wytłumaczono tylko Kasi, że jej mamusia nie mogła jej
wychowywać, więc ciocia wzięła ją na wychowanie.
Poza tym, że rodzina pozbawiła Kasię rodziców, spisywała się "na medal" -  Kasia była
kochana, pieszczona,dbano o nią w sposób wielce prawidłowy.
Ale w liceum, Kasia znów zaczęła dociekać kim byli jej rodzice - tym razem dowiedziała
się, kim była i jest jej matka, ale oni nie wiedzą kim był jej ojciec. 
Tę sprawę musi jej wyjawić matka.
Wyobrażacie sobie chyba, co Kasia przeżywała - z jednej strony cieszyła się, że pozna
matkę, z drugiej strony czuła do niej szalony żal, że matka ją w jakiś sposób porzuciła.
Kasia poznała swą matkę już jako osoba pełnoletnia - to było dla niej i dla Marysi bardzo
trudne spotkanie.
Kasia przekonała się wtedy, że nie istnieją więzy krwi, że znacznie silniejszy od nich jest
fakt przebywania z kimś pod jednym dachem.
Nieużywane dotąd słowo "mama" jakoś nie przechodziło Kasi przez gardło, więc zwracała
się do Marysi po imieniu. Marysia , tym razem nie posłuchała dobrych rad swej rodziny i
dokładnie opowiedziała Kasi jak to było z jej adopcją. Pokazała również Kasi zdjęcie jej
ojca - Kasia była do niego bardziej podobna niż do Marysi.
Obie zgodnie postanowiły, że nie przedstawią mu Kasi - przecież on nawet nie wiedział, że
Marysia urodziła jego dziecko.
Kasia przez resztę życia Marysi utrzymywała z nią kontakt jedynie listowny - Marysia
nie była na jej ślubie, nie widziała nigdy swych wnuków "w naturze".
Nigdy nie przepadałam za tamtym "kawałkiem" rodziny - kontakt miałam dość ograniczony,
była to  bowiem rodzina mojej matki, a małżeństwo moich rodziców  zakończyło się
rozwodem  gdy byłam małym dzieckiem.
Jak widać ludzie w bardzo różny sposób dbają o dobro dzieci - ale jedno ich łączy -
narzucenie dzieciom własnego pomysłu na ich życie.

sobota, 21 czerwca 2014

A miało być tak pięknie

Dworzec- nie wiem w jakim mieście - a na domiar złego miotam się po peronie,
z którego nie ma wyjścia. Patrzę w dół na tory kolejowe  i ogarnia mnie strach-
są tak daleko ode mnie, nie dam rady zeskoczyć z tego peronu, przecież  jak wyląduję
na tych podkładach to ani chybi złamię przynajmniej jedną nogę, a może nawet obie.
Stoję i zastanawiam się jakim cudem znalazłam się na peronie, z którego nie ma jak
się wydostać - przecież skoro tu jestem, to musiałam w jakiś sposób tu wejść. Gdy
tak stoję i dumam , słyszę dzwięk swej  komórki. A dzwonek mam ustawiony na maxa.
Zaczynam szukać tej komórki, zaglądam do torebki i w tej samej chwili budzę się
ze snu. Komórka aż podskakuje na stoliku, a ja, półprzytomna, nadal ogłupiona snem,
zgłaszam się swoim zachrypniętym szeptem: tak, słucham?
Po drugiej stronie damski głos przerywany szlochem wyjękuje - dobrze, że jesteś, nie
wiem co mam zrobić, pomóż. Usiłuję rozpoznać głos, ale jest więcej szlochu niż słów
i nie wiem naprawdę kto do mnie  telefonuje. Po chwili słyszę ciche- to ja, Ewa.
Dobrze, że znam tylko jedną Ewę, która telefonuje do mnie głównie wtedy, gdy świat jej
wywraca się do góry nogami. Dziwnym trafem radość potrafi unieść sama, kłopoty woli
dzielić z kimś. I tym kimś najczęściej bywam niestety ja.
Tłumaczę, że właśnie mnie obudziła i jestem półprzytomna i że jeśli tylko nie trzeba jej
ratować w sposób fizyczny, to ja w ciągu godziny do niej zadzwonię.Na pewno?- ryczy do
słuchawki.Na pewno, ale muszę wpierw oprzytomnieć, wziąć leki, ubrać się, zjeść.
Jestem nadal pod wrażeniem snu - raz na jakiś czas zdarza mi się  taki koszmarek senny.
Widocznie moja podświadomość szuka jakiegoś salomonowego wyjścia z sytuacji, której
moja świadomość za skomplikowaną nie uważa.
Postanawiam przedreptać się do Ewy, w końcu nie mieszka daleko, a skoro tak ryczy to
pewnie musiałabym wisieć na telefonie ze dwie godziny, a może dłużej?
Zawiadamiam ją , że właśnie do niej idę, więc niech już  robi kawę, bo piję zimną.
Dochodzę do jej domu równo z ulewą - dobrze, że zdążyłam.
Ewa wygląda jak półtora nieszczęścia - oczy czerwone i zapuchnięte, twarz  tak samo,
włosy skołtunione, dookoła pełno zużytych chusteczek higienicznych.
Idziemy do kuchni, bo u niej to ja  najbardziej lubię siedzieć w kuchni.
Ewa ma pięćdziesiąt kilka lat i jest na wcześniejszej emeryturze. Jest podobno moją
kuzynką, baaardzo daleką. Nawet nie jestem pewna, czy na pewno. I nawet nie wiem,
czy ją lubię, ale bardzo lubiłam jej matkę.
Jak dla mnie to Ewa ma wyjątkowo paskudny kolor włosów - najbardziej przypomina mi to
zawsze jajecznicę z lekko niedojrzałymi pomidorami. Kiedyś odważyłam się zapytać, czy
nie było innej farby, ale Ewa stwierdziła, że jej się ten kolor bardzo podoba. No cóż-  nie
moja broszka. Ale kolor ma jedną zaletę - nie łatwo zgubić Ewę w tłumie - widać ją z daleka.
No więc co się stało? - zapytałam ze średnim zainteresowaniem.
Ewa spojrzała na mnie lekko zgorszona - no przecież widzisz, on mnie rzucił!!!
On to znaczy kto? - zapytałam ponownie, bo z innego zródła wiedziałam , że Ewę widywano
na mieście z jakimś facetem, z którym prowadzała się za rękę.
No jak to kto?- wyszlochała- Mirek.
Naprawdę? - zapytałam z niedowierzaniem w głosie. Owo niedowierzanie w moim głosie
było uzasadnione, bo Mirek był bardzo statecznym, rozsądnym facetem i zawsze się nieco
dziwiłam, że on z nią wytrzymuje. Bo Ewa całymi dniami mogła gadać - o wszystkim i
niczym jednocześnie. Najbardziej mnie złościło, gdy opowiadała mi o ludziach, których
nie znałam i nie miałam zamiaru poznać. Opowieści dotyczyły najczęściej ich różnych
chorób i dolegliwości, np. zaparć. Gdy kiedyś  zapraszała mnie namolnie na swą
działkę, odmówiłam mówiąc, że nie mam zamiaru jechać, skoro będą tam jej ci znajomi
o których dolegliwościach wciąż opowiada. Przecież głupio bym się czuła pijąc kawę
w towarzystwie faceta, o którym wiem ,że ma okropne zaparcia. Obraziła się na cały
tydzień.
A skąd wiesz, że Cię Mirek rzucił? Powiedział  Ci to?
Ewa znów ryknęła - on chce rozwodu, rozumiesz, rozwodu! On na pewno ma jakąś dziwkę!
Oooo, zaczyna być ciekawie, pomyślałam. Mirek i dziwka - no ciekawe i jakoś mało
możliwe, no ale w końcu nie ma rzeczy niemożliwych na tym świecie, skoro ja siedzę
w kuchni Ewy i wysłuchuję jej płaczu i nieskoordynowanego bełkotu.
Pomału, pomału wyciągałam z Ewy fakty. Okazuje się, że tak naprawdę to Ewa i Mirek
mają zupełnie różne spojrzenie na  związek swego syna z pewną dziewczyną.
Otóż ich syn mieszka z dziewczyną, która jest po wypadku samochodowym i jest inwalidką.
 Poza tym jest z 8 lat od niego młodsza i chyba  nawet nie ukończyła liceum, jej edukacja
zakończyła się na szkole podstawowej. Oczywiście, żeby było weselej, dziewczyna nie ma
renty inwalidzkiej, bo w czasie, gdy był wypadek nie pracowała. Prosto ze szpitala trafiła do mieszkania ich syna, bo  pomieszkiwała tam i przed wypadkiem i on ją do siebie zabrał.
Od samego początku i Ewa i Mirek byli przeciwni temu związkowi - nie mogli pojąć jak ich
syn może się interesować dziewczyną bez wykształcenia, bez zawodu, bez pracy.
Już wtedy mówiłam, że to w końcu  żaden mezalians, bo ich ukochany synek ukończył
wprawdzie szkołę średnią, ale studiami wzgardził, choć naprawdę miał potencjał.
Synuś ukochany tłumaczył rodzicom, że on ją kocha, że ona też go kocha,  a Ewa wysnuła
wniosek, że Natka była  jego pierwszą dziewczyną. Bo tak się składało,że ukochany synek,
dopóki nie poznał Natki, nie spotykał się z żadną panną. Fakt, do urodnych to raczej nie
należał, powodzenia u płci przeciwnej nie miał.
Przez pierwsze lata owego "chorego związku" Ewa i Mirek starali się wszelkimi sposobami
jakoś zrazić synka do  tej panienki. Grozili wydziedziczeniem jeżeli nadal będzie się
z nią zadawał, a tak naprawdę jest co po nich dziedziczyć - jedna działka z domem, druga
pusta jako lokata, i w sumie trzy mieszkania. Broniłam  "Młodego" że raczej należy go
podziwiać, że wziął do domu kaleką dziewczynę, że się nią opiekuje, że w końcu mają
tylko jedno dziecko, więc chyba lepiej byłoby mu pomóc a nie go gnoić.
Ale ciągle słyszałam od Ewy, że ich krwawicy nikt nie będzie trwonił na jakieś dziwki.
W ubiegłym roku Mirek postanowił zmienić front - mieszkanie po swej matce przepisał
 na syna i do tego dał mu swój samochód, bo sam zamierzał kupić nowy.
Ewa poczuła się dotknięta i wręcz okradziona z części majątku, choć to mieszkanie i tak
było wyłączone ze wspólnego majątku.
Robiła Mirkowi wciąż awantury, synowi zresztą też, ilekroć ten dzwonił do  domu.
Po jednej z awantur, gdy Ewie już znudziło się gadanie i wrzaski, Mirek bardzo spokojnie
zaproponował Ewie rozwód, skoro nie mogą się dogadać w sprawie syna.
Ostatecznie mają na tyle spory majątek, że można go bez trudu rozparcelować,  Ewa
może sobie nawet wybrać co chce dostać w wyniku podziału. Może nawet wziąć tę działkę
z domem, Mirek wezmie tę pustą i mniejsze mieszkanie niż to, w którym mieszkają, bo
będzie miał mniej sprzątania.
Ewę z lekka przytkało gdy to usłyszała. Powiedziała tylko, że przecież nie tak miało być-
nie miało być nigdy rozwodu,  Mirek przecież idzie na emeryturę (jest sporo starszy
od Ewy) i mieli na emeryturze zwiedzić całą Polskę wzdłuż i wszerz, bo dawno taką rzecz
planowali.
Przez jakiś czas był spokój, topór wojenny zakopany. Ale kilka dni temu okazało się, że
Mirek dał Młodemu dość sporą sumę pieniędzy, by  załatwił Natce sanatoryjne leczenie
i kupił nowy wózek.
No i co zrobiła kochająca żona i matka w osobie Ewy??? Oczywiście dziką awanturę.
A Mirek, spokojnie i bez nerwów spakował walizkę, zabrał to,co mu najbardziej potrzebne, powiedział, że przyśle papiery rozwodowe, z uśmiechem powiedział "no to bywaj" i
wyjechał z domu nie  mówiąc dokąd.
No i co ja mam teraz zrobić???  - znów załkała Ewa.
Przygotować się na rozwód, powiedziałam beznamiętnie. Wstawiłam kubek po kawie do
zmywarki, rzuciłam  "no to się trzymaj mocno, jakoś to przeżyjesz" i poszłam do
przedpokoju po kurtkę. Ewa była wyraznie zapowietrzona. Na razie nie dzwoni. Może tym
razem dostatecznie jej podpadłam?

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Elena


Elena urodziła się dawno, dawno temu, w miejscu, które kiedyś było bardzo dużym
majątkiem ziemskim, a dziś jest jedną z dzielnic miasta leżącego na  granicy dwóch
województw. Elena miała dwóch braci - byli nieco od niej młodszymi blizniakami.
Były to czasy, gdy ludzie, którzy byli dobrze sytuowani mieli różnego rodzaju
"udogodnienia", a więc tzw. służbę.
Z opowieści Eleny wynikało, że dzieci gdy były małe to miały nianię, potem guwernantkę,
poza tym w domu przewijał się cały sztab ludzi - jakby nie było dom był duży, były dwa
ogrody - warzywny z niedużym sadem i "ozdobny" oraz nieco inwentarza  żywego - nikt
nie biegał do sklepu po jaja, mleko i masło ani też nie kupował gotowego pieczywa.
Niemal cała żywność  była własnej produkcji, więc było co robić. Jak mnie zapewniała
Elena, jej mama  miała naprawdę pełne ręce roboty, choć jedyne co nimi robiła to były
robótki ręczne. Ale to ona zarządzała wszystkim i wszystkimi, codziennie rano wydawała
dyspozycje co danego dnia ma być zrobione i dopilnowywała, czy wszystko zostało
wykonane. Codziennie obchodziła obydwa ogrody, sprawdzała stan roślin, zaglądała do
"kurzej zagrody", sprawdzała stan zapasów żywności.
Elena urodziła się chyba w1912 roku, niecałe dwa lata pózniej blizniacy, więc dzieci
miały ze sobą dobry kontakt.
Pamiętam swą reakcję, gdy Elena powiedziała, że cała służba zwracała się do niej per
"jaśnie panienko", a do jej braci per "paniczu" - mnie dosłownie skręciło ze śmiechu -
do dziś mam  problemy z utrzymaniem należytej powagi gdy mnie coś rozbawi.
Pamiętam duże zdjęcie  Eleny z braćmi - pewnie  mieli wtedy po 6 lub 7 lat.
Ona z ciemnymi włosami ułożonymi w loki zwane anglezami, w jasnej sukience pełnej
falban, obaj bracia ostrzyżeni "na pazia",w białych koszulach i spodenkach typu  zbyt
luzne, gładkie bermudy. Cała trójka zachmurzona, wyraznie zła. Mieli powód, bo tuż
przed przyjściem fotografa ojciec wymierzył dzieciakom "sprawiedliwość" - cała trójka
dostała po kilka  pasów na swe pupy. I nie obchodziło wcale ojca, że tylko jedno z nich
naprawdę zawiniło- jeden z blizniaków wszedł na dach stodoły, stracił równowagę i z niego
zleciał, w efekcie łamiąc nogę. Uznał, że cała trójka musi być ukarana bo: wiedzieli dobrze,
że nie wolno wchodzić na dach i nie powstrzymali brata ani nie poszli zawiadomić o tym
jego zamiarze  nikogo z dorosłych. Elena mówiła, że zawsze dostawała lanie za wybryki
swych braci.
Nie znałam  ojca Eleny, ale znienawidziłam go zaocznie. Jej mamę poznałam- była wtedy
chudziutką, starszą panią, która lokówkami rozgrzewanymi na gazie zakręcała  swe siwe
włosy w loczki. Była to wielce skomplikowana operacja - przed nakręceniem włosów na
lokówkę należało wpierw sprawdzić jej temperaturę, by nie spalić włosów.
W tym celu w rozgrzaną lokówkę wpierw wkładano  papier i sprawdzało, czy aby lokówka
nie przypala go.
Tylko raz widziałam jak starsza pani zakręca  swe loczki - strasznie długo to trwało- nakład
pracy był niewspółmierny do czasu trzymania się tych loczków.
Niewiele więcej wiem o latach dziecinnych Eleny.W wieku nastu lat została wysłana na
pensję dla dziewcząt, prowadzoną przez siostry zakonne.
Panienki uczyły się tam głównie  prowadzenia domu - przecież każda z nich miała wyjść za
mąż i zostać wzorcową panią domu.Uczyły się gotowania, pieczenia, robienia wszelakich przetworów owocowych i warzywnych, rozróżniania części tuszy zwierzęcych- one uczyły
się jak zarządzać  w sposób ekonomiczny domem i.....służbą. Poza tym miały:  lekcje tańca,
śpiewu, grania na wybranym instrumencie, uczyły się  podstaw szycia i haftu oraz "dobrych
manier" i języka francuskiego. Nie mam pojęcia czy jeszcze zmieścił się tam program
ogólny w postaci wiedzy z zakresu liceum.
Po powrocie z pensji część swoich obowiązków domowych matka scedowała na Elenę.
I zaczęto się pomału rozglądać za kandydatem na męża. Jednym z nich był niesamowicie
przystojny kapitan wojsk lądowych. Tak zwany chłopak jak malowanie - bardzo długo
oglądałam jego zdjęcie- wyglądał super, zarówno w mundurze jak i w cywilu.
Elenie bardzo się ten chłopak podobał, była niemal zakochana, ale....wybrali się razem na
plażę i gdy  pan kapitan pozostał jedynie w kostiumie plażowym, Elena mało nie uciekła-
jego tułów, barki, plecy, klatka piersiowa z przodu i ręce były pokryte gęstym, czarnym
zarostem.
Jako dobrze wychowana panienka odczekała pół godziny, potem powiedziała, że niestety
musi wracać do domu bo ją ogromnie boli głowa. Więcej się z nim nie spotkała, ale jego
zdjęcie sobie zostawiła.
 Przed wybuchem wojny wyszła za mąż i wraz z mężem zamieszkała na Górnym Śląsku.
Na świat przyszła prześliczna  dziewczynka.
Przy porodzie Elena mało nie umarła z powodu zakrzepicy. Lekarz uprzedził ją i jej męża,
że nie będzie mogła mieć kolejnego dziecka. Ale po trudach tego porodu Elenie nawet na
myśl  nie przychodziła możliwość drugiej ciąży i porodu.
Gdy na ten teren wkroczyli w 1939 roku Niemcy, jej ojciec i mąż zostali w ramach represji
( nie chcieli podpisać volks listy), osadzeni w obozie Auschwitz, a ona wraz z matką i
maleńką córeczką ruszyły pieszo do Tarnowa, by odszukać daleką kuzynkę i u niej się
schronić. Niestety maleńka Iwonka nie przetrzymała trudów wojennej tułaczki - dziecko
zmarło z powodu  biegunki. Miała zaledwie osiem miesięcy.
Elena wraz z matką przebiedowały do końca wojny w okolicach Tarnowa.
Gdy wróciły po wojnie władza ludowa odebrała jej rodzinie cały majątek.
Jeden z blizniaków gdzieś zaginął i nigdy się nie odnalazł. Śląskie mieszkanie Eleny jakimś
cudem ocalało, bo do końca mieszkali w nim Niemcy, a szabrownicy jezdzili dalej niż na
Górny Śląsk.
W kilka  lat  po zakończeniu wojny Elena wyszła za pewnego  sporo młodszego od siebie
smętnego rozwodnika, który wracał z obozu do swego domu przez miasto, w którym 
mieszkała i pracowała  w Czerwonym Krzyżu.
Była naprawdę bardzo dobrą i oddaną żoną dla....mego ojca.