piątek, 31 maja 2019

Bardzo samotne wakacje-IV

Z uwagi na Bożenę, która niestety mimo wielkich starań taty Chudziny nadal nie
załapała sztuki  utrzymywania się na wodzie, stwierdzono, że nurkowanie będzie
w innym terminie, bo takie skumulowanie atrakcji może Bożenę zniechęcić.
Dobrze  gotująca siostra zarządziła rozpalenie małego ogniska na plaży, nad nim
umieściła coś na kształt grilla, na ruszcie umieściła ryby owinięte w liście
winogron i w krótkim  czasie posiłek był gotów.Potem na  grillu wylądowały
słodkie bułeczki z sezamem a do nich była kawa ( z termosu).
Bożenie nie dawała spokoju myśl o powrocie na jacht, ale i na to był sposób-
 każda ze wspinających się osób miała obowiązek założyć bezpiecznikową
wysokogórską "uprząż" zabezpieczającą przed niespodziewanym upadkiem do
wody. Wytłumaczyli Bożenie, że dopóki ktoś na dole trzyma drabinkę to wchodzi
się nią łatwo bo ma drewniane szczeble i nie jest tak wąska jak drabinka
sznurowa. No i można wchodzić powoli a poza tym Mary May nie jest wielkości
statku pasażerskiego na 2 tysiące osób i wcale to nie jest wysoko.
Tata Chudziny zapewnił Bożenę że: osobiście ją  ubierze w  kamizelkę ratunkową,
jak również osobiście założy jej uprząż i będzie  na dole trzymał mocno drabinkę
by było wygodnie nią wchodzić.
Tymczasem kapitan opowiadał  Barbarze o  swojej pracy- ukończył architekturę
i teraz  pracował w prywatnej pracowni, co dawało niezły dochód.
Alanya właśnie zaczęła się rozbudowywać bo ten  kawałek wybrzeża podobał
się turystom, sezon turystyczny był długi a klimat  łagodny. Ale on nie był
zadowolony z tego co schodziło  spod ołówków projektantów. Nie podobała mu
się Alanya pełna ogromnych hoteli, taki Manhattan na  plaży. Z drugiej strony
nadmorski pas lądu nie był szeroki. Budowanie  na wzgórzach  rodziło sporo
problemów, poza tym turyści nie lubią wspinaczki by dojść do hotelu.
Zastanawiał się  nad wyjazdem z Turcji, nad studiami podyplomowymi lub
projektowaniem wnętrz. Ojciec chciał koniecznie by zajął się razem z siostrą
turystyką, bo ona teraz kończy ekonomię. A póki co  to projektuje dla prywatnych
inwestorów  duże domy jednorodzinne. Bo modnie jest mieszkając np. w Ankarze
mieć domek letniskowy  nad Morzem Śródziemnym.
A twoja siostra chce się zająć turystyką? - spytała.
Myślę, że nie, studiuje w  Holandii, a tacie mówi, że pomyśli o tym co będzie
robić gdy skończy studia.
Wiesz, moja siostra, Chudzina i ja jesteśmy w połowie  Holendrami. Po prostu
dwóch braci , Turków, ożeniło się z dwiema siostrami, Holenderkami.
Mój tata wyjechał do Holandii, tam poznał naszą mamę, pokochali się, pobrali.
Po kilku latach przyjechał do niego młodszy brat i od pierwszego spojrzenia
zakochał się, z wzajemnością, w siostrze mamy.
Kilka lat temu ciocia umarła, a Chudziną zajęła się moja mama, mieszkał u nas.
Mama cały rok akademicki mieszka w Holandii, mamy dom w Amsterdamie, po
dziadkach. A tata zajął się turystyką, idzie mu dobrze i jak twierdzi to musi
tu być, by wszystkiego dopilnować, ale  raz w miesiącu jest w Amsterdamie.Wujek
po śmierci cioci woli być tutaj, ten hotel, łajba, to  wspólny interes.
A Chudzina studiuje w Ankarze i tu bywa na wakacjach.
Coś mi się wydaje, że mój wujek jest bardzo zainteresowany Bożeną . Jeszcze nigdy
nie widziałem go w tak dobrym nastroju i tak troszczącego się o którąś z pań.
Patrz, wujek już ubiera  Bożenę w "bezpieczne opakowanie". Popatrz z jaką uwagą
i delikatnością to robi, jakby była małym dzieckiem!
Choć, musimy się zbierać, czas na nas.
Powrót "na statek", jak to określiła Bożena, przebiegł bezboleśnie. Tata Chudziny
cały czas dodawał otuchy Bożenie mówiąc: "spokojnie dziecino, spokojnie, jest
wszystko bardzo dobrze".
Dla poprawy humoru  Liza pourzędowała nieco w kuchni, w której wyczarowała
przepyszny deser czekoladowo-kawowy i świeżo zagotowaną kawę z "jakimiś"
przyprawami, które zdaniem B.B. pozwalały zupełnie  zapomnieć o nadmiarze
kalorii w tym, co się do kawy zjada. A tata Chudziny tłumaczył paniom, że
prawdziwa kobieta nie może wyglądać  jak patyk, musi mieć tu i ówdzie nieco
więcej zaokrąglone i uwypuklone ciało.
Duetowi B.B. podobało się, że nawet między sobą panowie nie rozmawiali po
turecku tylko po angielsku, by one nie czuły  się wyłączone z  rozmowy.
Chudzina bacznie obserwował swego ojca, który najwyraźniej był oczarowany
Bożeną. Gdy ten snuł już plany na następny dzień- a było to zwiedzanie  Alanyi,
delikatnie strofował ojca- tato, nawet nie wiesz czy panie są tym zainteresowane,
nie wszyscy lubią oglądać ruiny. Ale po skakaniu do wody i wdrapywaniu się na
pokład Bożena orzekła, że chętnie zwiedzi Alanyę, dzień bez  jachtu to nawet
całkiem dobry pomysł.  W drodze powrotnej przy sterze stał Chudzina , a Liza
szepnęła do Barbary - no to jutro macie zapewniony wykład z historii Turcji, nie
tylko miasta. Na wieczór tata Chudziny zaprosił wszystkich do restauracji swego
znajomego, argumentując swój wybór tym, że jest tam  dobra kuchnia i gra dobry
zespół muzyczny.
B.B zostały odwiezione z przystani do "swego" hotelu by nieco odpocząć po
wrażeniach dnia. Wiecie jak wygląda taki babski odpoczynek?
Buzie im się nie zamykały - przeanalizowały to wszystko co było danego dnia,
dwa razy  się  przebrały, wykonały staranny  makijaż typu "przecież ja się  wcale
nie maluję", Bożena pozachwycała się faktem, że nikt się z niej nie śmiał, gdy
oświadczyła, że nie umie pływać choć wydawałoby się, że w XX wieku każdy
człowiek powinien tę sztukę posiadać, a Barbara opowiedziała jej o tym, czego się
dowiedziała od kapitana.
Eeee, siostro, to ty masz jednak dobre oko, mówiłaś, że chłopcy są mało tureccy-
zauważyła Bożena.
A ojciec Chudziny jak ci się podoba?- spytała Barbara.
Bardzo miły i delikatny facet, dawno nikt tak o mnie nie dbał - może faktycznie
nauczy mnie pływać?
Po  ósmej wieczorem odświeżone, zeszły do recepcji, gdzie czekał na nie - no
oczywiście- tata Chudziny.
Przed wejściem już czekała taksówka, a nie Chudzina w swym samochodzie,
"bo przecież jak się jest samochodem to nawet wina się nie można napić"-
wyjaśnił tata Chudziny.
Restauracja była na zboczu wzgórza, stoliki stały w ogrodzie otoczonym gęstym
żywopłotem kwitnących krzewów. Roztaczał się stąd widok na część miasta.
Przy zestawionych razem stolikach już siedziała Liza z jakimś swoim znajomym,
Chudzina z podobnie  chudą dziewczyną, ojciec kapitana z jego mamą oraz kapitan.
Nastąpiło lekkie zamieszanie, wzajemne przedstawianie się, na dodatek przyszedł
właściciel lokalu by życzyć wszystkim miłego wieczoru i wymienić uściski dłoni
ze wszystkimi przy stole. Wkrótce na stół zaczęły napływać półmiski a duet BB
zastanawiał się kto to wszystko zje i jak bardzo utyją w czasie tych wakacji.
Barbara rozejrzała się po ogrodzie- niemal na wszystkich stolikach królowały pełne
półmiski jedzenia. Tata Chudziny usiłował opowiedzieć co na tych półmiskach się
znajduje, ale B.B. poprosiły by nie mówił teraz, tylko opowiedział potem, gdy już
zjedzą. Ich prośbę poparła mama kapitana, bo rozumiała, że niektórzy mają różne
uprzedzenia, zapytała tylko, czy B.B. nie mają jakichś alergii pokarmowych co
w obecnych czasach jest bardzo popularne.
Obie zapewniły, że jak dotąd nic takiego im się nie zdarzyło, tylko mają tendencję do
tycia. Ale zaraz  zostały pocieszone, że przecież to dokucza każdemu i to bez względu
na płeć.
W międzyczasie zespół powoli się rozkręcał grając nie za szybkie kawałki, na stole
półmiski  traciły swą zawartość, na granitowym  kwadracie przeznaczonym do tańca
zaczęły podrygiwać pierwsi chętni do tańca.
B.B. zostały namówione do skosztowania wszystkich dań, tak choćby tylko "na jeden
gryz" jak to określiła mama kapitana, by mieć choć mgliste pojęcie o tureckiej
kuchni. Gdy zabrzmiał walc angielski tata Chudziny poprosił do niego Bożenę.
Stali się oczywiście atrakcją dla pozostałych, a kapitan powiedział- "mama, powiedz
wujkowi, że Bożena jest z krwi i kości a nie ze szkła i będzie im wygodniej gdy ją
mocniej obejmie". "Synku, nie mądrzyj się, wujek już jest dużym chłopcem, wie
co robi"- odpowiedziała z uśmiechem. Gdy przebrzmiał walc i bez odpoczynku
zespół zaczął grać następną melodię, kapitan  poprosił do tańca Barbarę, reszta
towarzystwa też się podniosła, a przy stole pozostali tylko rodzice kapitana
obserwując bystro tańczących i zapewne wymieniając się uwagami.
                                           c.d.n.







czwartek, 30 maja 2019

Bardzo samotne wakacje -III

Przy recepcji czekał już na nie kapitan. Przed chwilą telefonował do recepcji chłopak
Marudy z informacją, że oni już nie wrócą do Alanyi, bo Marudzie odwidziało się
pływanie.
No i fajnie- skwitowała rzecz całą Bożena . Współczuję tylko tym, którzy im tę
wycieczkę sprzedali. No i panu, kapitanie odlecieli klienci.Będzie pan stratny, chyba,
że w ich miejsce trafi się ktoś inny.
Żadna dla mnie strata, to są moje wakacje, ten rejs. A Mary May jest własnością
mego ojca i jego brata. Ten pensjonat to też własność rodziny. Tu kwitną biznesy
rodzinne. Do naszego hotelu przyjeżdżają głównie Holendrzy, bo uważają, że nasz
hotel jest przytulniejszy niż te wieżowce na 1000 osób. U nas są trzy posiłki
dziennie, a nie tylko śniadanie i obiado - kolacja. Jest śniadanie, lunch i kolacja,
a właściwie obiado - kolacja, bo zawsze jest coś na gorąco.
A dziś zapytam się siostrę, która też jest tu na wakacjach, czy zechce może z nami
popłynąć. Ona świetnie gotuje , choć strasznie  dużo mówi. Buzia się jej nie
zamyka, czasem się zastanawiam czy przez sen też mówi. Ja ją tu przyprowadzę
na kolację, poznam z paniami i jeżeli mi szepniecie, że się zgadzacie na jej
obecność to jej zaproponuję by z nami pływała. No a teraz polecę  na przystań,
sprawdzić czy wszystko jest w porządku i czy jest klar na pokładzie. Bo jak znam
życie to wieczorem zajrzy tam mój ojciec, bo już wie, że dziś panie tu nocują.
On wręcz kocha tę łódkę, chociaż nie ma nawet  bladego pojęcia o żeglowaniu.
 A  stryj jest dumnym współwłaścicielem i też nie ma patentów żeglarskich.
Jemu wystarcza sam fakt posiadania, pływać nie musi. A ten co wasze plecaki
nosi to jego syn, ma zacięcie do pływania, dobrze  żegluje, ma wyczucie.
No to do kolacji, teraz znikam.
Gdy zostały same zaczęły się śmiać, że wpadły w sam środek jakiejś fajnej
rodzinki.
Bożena, a skąd ty wytrzasnęłaś ten jachcik rodzinny? Jak na nich wpadłaś?
To nie ja wpadłam, ale chłopak mojej koleżanki, który ma świra i zajmuje się
czarterowaniem jachtów wokół wysp greckich. Zna tam całą masę żeglarzy i
właścicieli, a w ubiegłym roku pływał  z tymi i stwierdził, że może ich
polecić, poza tym on wszystko z nimi załatwiał. Dlatego rejs może trwać tyle
ile nam się zamarzy, zapłacone jest za dwa tygodnie, a po rejsie się rozliczają
i zwracają ewentualną nadpłatę. Ale starają się brać tylko "ludzi z polecenia".
Dzięki temu nie ma awantur jak na innych wycieczkach, że kluseczki były za
twarde a kurczak miał za dużo kości.
A zauważyłaś, że ci bracia stryjeczni to jacyś mało tureccy z wyglądu są? Ten
chudzina to pewnie jeszcze dwudziestu lat nie ma, a w niego orzą.
Ej, panno Barbaro, panna zbyt się chyba przypatrywała całej załodze! Jeszcze
rok wcześniej pewnie byś tego nie zauważyła zajęta wodzeniem wzrokiem za
swym "niemal mężem".
Barbara spoważniała. Wiesz, od  dnia wyjazdu z domu ani razu nie pomyślałam
o nim. Tak jakby on wcale nie istniał w moim życiu. I jestem dziwnie pewna, że
on był ze mną głównie z powodu tego, że mógł u mnie mieszkać, miał blisko
do pracy  a ja byłam mało wymagającą partnerką.  Nigdy mi nie opowiadał  nic
o mojej poprzedniczce. A w tej Kuźni wgapiał się w nią nie widząc nic dookoła.
Chyba jednak lepiej, że przypadkiem ich zobaczyłam. Popatrz, mogłam zjeść
ten obiad  bliżej, po drodze do  domu, a coś mnie zagnało do Kuźni. Przypadek?
A może coś/ktoś? nade mną czuwał i chciał mi na czas oczy otworzyć?
Bożena uśmiechnęła się- no cóż- czasem mamy przeczucia, czasem zdarza się
nam dziwny przypadek, zastanawiamy się nad tym a nadal nie potrafimy tego
rozwiązać.
Ciesz się, że cię coś ostrzegło, przynajmniej nie przeszłaś przez rozwód, nie
musiałaś tłumaczyć obcym ludziom dlaczego nie możesz być dłużej z tym
facetem. Nie rozumiem po jakie licho sąd się wcina pomiędzy dwoje ludzi
dorosłych, bezdzietnych i jest wpierw rozprawa ugodowa.  Skoro oboje
nie chcą być razem, bez problemu rozwiązali wspólnotę majątkową, nic od
siebie wzajemnie nie chcą, to po co o rozwodzie ma decydować sąd, to jest
przecież sprawa tych dwóch osób. Powinno wystarczyć wspólne zgodne
oświadczenie w obecności jakiegoś urzędnika państwowego.
Skoro wolę zawarcia ślubu zgłaszają przed urzędnikiem i sąd do tego nie jest
potrzebny, to gdy nie są rodzicami  też powinno wystarczyć zgodne
podpisanie oświadczenia, że nie chcą dłużej być razem.
Na sprawie rozwodowej czułam się upokorzona dopytywaniem się sędziny
czemu nie chcę być dłużej ze swoim mężem. Zabawne, ale na tej sprawie oboje
się zgadzaliśmy w tym, żeby nie wywlekać prawdziwej przyczyny rozwodu.
I może dlatego nadal się przyjaźnimy, rozmawiamy ze sobą, doradzamy
sobie w różnych sprawach. Może to dziwne, ale naprawdę tak jest. On nadal
jest sam, ja też jakoś nie pędzę do trwałego związku choć przelotne, tak dla
higieny miewam.
Bożena, a co jest higienicznego w takim przelotnym związku? - to przecież
zupełny brak higieny- to zupełnie niekontrolowana  wymiana płynów
ustrojowych, wirusów i bakterii.
I tak poważna  rozmowa zakończyła się śmiechem.
Kolacja była nie w  jadalni ale w ogrodzie, serwowana w postaci szwedzkiego
stołu. Pomiędzy stolikami krążyli kelnerzy i nalewali gościom wino w olbrzymie
kieliszki.
Kapitan, tak jak mówił, przyszedł ze swoją siostrą. Duetowi B.B spodobała się
od pierwszego wejrzenia. Bożena, jako że była najstarsza z  tego grona zarządziła
przejście "na ty". Kapitan był teraz nie w stroju  służbowym a w zwykłym , czyli
dżinsy i T-shirt, duet BB  wystąpił w mini sukienkach, podobnie jak siostra
Kapitana.
Obiado - kolacja przeciągnęła się do północy. około 22,00 dołączył też do
towarzystwa  Chudzina. Z żalem wszyscy przyjęli do wiadomości fakt, że rano
jednak trzeba wcześnie wstać, zjeść śniadanie i wypłynąć w morze. Chudzina
zaoferował się, że przyjedzie po duet B.B samochodem, własnym. Rozstali się
wszyscy z wielkim żalem, że spotkają się  dopiero za kilka  godzin.
Bladym świtem znów obudził B.B ryk muezina. Dzięki temu punktualnie o
8 rano były już  spakowane i jako pierwsze zjadły śniadanie. Dwadzieścia po
ósmej przyjechał Chudzina, zabrał ich plecaki i pojechali na przystań.
Na jachcie czekała na nich niespodzianka w postaci  ojca Chudziny. Na oko był
około czterdziestki, starannie  uczesany, o nienagannej sylwetce, ciemne włosy
lekko były przysypane siwizną. Zapytał się B.B czy nie będzie im przeszkadzało
gdy tym razem i on z nimi popłynie. Oczywiście B.B wyraziły entuzjazm,
kapitan sam stanął za sterem i  na silniku wyprowadził jacht z przystani.
W programie tego dnia było pływanie i nurkowanie.
Łowienie ryb zastąpiono kupieniem ich o świcie na targowisku. Wypatroszone
czekały w lodówce na swój udział w rejsie.
Ojciec Chudziny znacznie gorzej posługiwał się  angielskim, ale był wielce
sympatyczny i wyraźnie Bożena zrobiła na nim wrażenie. No cóż, młoda
nieco ponad trzydziestoletnia osoba o sylwetce klepsydry zawsze robiła na
płci przeciwnej wrażenie. A biała tunika, która miała nieco ukryć te wdzięki,
z powodu swej cienkości w jakiś sposób je potęgowała.  Barbara w pewnej
chwili szepnęła do Bożeny - "uważaj, wpadłaś starszemu w oko".
Bożena odszepnęła- wiem, czuję to. Ale jest miły i kulturalny, nienachalny.
Po niemal godzinie dopłynęli do niedużej zatoczki. Gdy zakotwiczyli
"załoga" opuściła 2 pontony na wodę, w jeden załadowano sporo rozmaitego
sprzętu łącznie z dużym namiotem z tropikiem, kapitan poprosił by panie  nim
skoczą do wody założyły i dobrze zapięły swe kamizelki i skakały na nogi, bo
tak będzie bezpieczniej.
Bożena w ostatniej chwili powiedziała- no dobrze, skoczę, ale do brzegu nie
dopłynę, nie umiem pływać!
Tata Chudziny podszedł do niej i powiedział- skoczymy razem, ale przed
skokiem nabierz dużo powietrza. I nie bój się, masz kamizelkę z dobrze
napompowanym kołnierzem, a ja ci pomogę dopłynąć do pontonu i wejść
do niego. I skoczyli razem, trzymając się za ręce. W dwie minuty potem
Bożena siedziała w pontonie a po niej skoczyły Barbara i siostra  kapitana.
Zatoczka posiadała uroczą puściutką plażę. Gdy już zrobiło się płytko
Bożena wygramoliła się z pontonu i brodząc dotarła do plaży. Potem, gdy
obejrzała się za siebie spytała Barbarę - słuchaj, a jak my wrócimy na pokład?
A ta łajba  nam  nagle sama nie odpłynie?. Nie,  raczej nie odpłynie, został na
niej Chudzina, a on ponoć umie dobrze  żeglować i zna się na tym. A na pokład
wejdziemy po  drabince, zapewne.
A niech to licho porwie- sama sobie to zrobiłam, mogłam przecież  zostać na tej
łajbie i nie skakać.
Zamilkła, bo podszedł do niej tata Chudziny i powiedział, że teraz to on nauczy
Bożenę utrzymywać się na wodzie i w ciągu kilku dni Bożena będzie pływała.
Trochę trwało nim Bożena mu uwierzyła że z pewnością nie utonie, gdy położy
się na wodzie a on tylko podtrzyma jej lekko kark.
Zaufaj mi, jesteś bezpieczna, a Bożena  wyczuła w jego głosie jakąś wielką czułość,
troskę i prośbę, chyba niewiele mającą wspólnego z nauką pływania.
                                       ciąg dalszy nastąpi




Bardzo samotne wakacje -II

"Niemal mąż" jeszcze kilka razy usiłował przekonać Barbarę, że ją kocha, jednak
w końcu tygodnia się wyprowadził.
I choć oddał jej klucze od mieszkania, Barbara zmieniła zamek.
Przepłakała kilka  popołudni. Pousuwała wszystkie ślady bytności "niemal męża"
w  mieszkaniu, w końcu doszła do wniosku, że nie ma tego złego co by na dobre             
nie wyszło. A może jest jej przeznaczone  żyć samej, przecież nie  wszystkie
dziewczyny wychodzą za mąż .
Zatelefonowała do Bożeny, opowiedziała o całym zajściu i o tym, że "niemal  mąż"
już się wyprowadził.
Bożena stwierdziła, że faktycznie dobrze zrobiła, bo jakby na to nie spojrzeć -
facet ją oszukał.  A co do wakacji, to najprawdopodobniej wszystko uda się
załatwić, jacht będzie na 6 osób, do wyboru będą noclegi albo na lądzie pod
namiotem, albo w kabinie na jachcie. Wyżywienie - to co złowią i to co  zabiorą
z lądu lub dokupią.
I albo będzie to tydzień pod żaglami, albo jeśli wszystkim się będzie podobało -
całe dwa tygodnie. A wszystko będzie w Turcji. Bożena też będzie  na tym
jachcie więc Barbara  nie będzie się czuła samotna.
To wprawdzie będą wakacje bez własnych facetów, ale na pewno ciekawe.
Barbara zaczęła teraz częściej odwiedzać matkę, która stanęła na wysokości
zadania i nie dociekała czemu Barbara zerwała związek z "niemal mężem".
A Barbara krótko wyjaśniła, że zawiodła się, że to jednak nie był  dla niej
odpowiedni mężczyzna, choć matce Barbary bardzo się podobał.
"Jesteś córeczko dorosła i masz prawo układać sobie życie po swojemu. Jeżeli
doszłaś do wniosku, że to nie jest odpowiedni dla ciebie człowiek, to lepiej, że
rozstaliście  się teraz, a nie dopiero w jakiś czas po ślubie."
Matka Barbary zawsze udawała, że nie wie o tym, że oni mieszkali razem.
Nigdy, odkąd do Barbary wprowadził się "niemal mąż" nie była tam z wizytą.
To Barbara z "niemal mężem" przyjeżdżali do niej.
31 sierpnia  duet  BB, czyli Barbara i Bożena  wyleciał samolotem do Antalyi,
gdzie  wylądował około  3 w nocy. Stamtąd miał je organizator zabrać  busikiem
do Alanyi. Oprócz nich była jeszcze jakaś para. Ona cały czas piszcząca, że  się
 jej chce pić, jeść i spać, a on ze stoickim spokojem odpowiadał, że od tego się
 nie umiera. Gdy tak stali rozglądając się dookoła, podeszła do nich stewardesa
z naziemnej obsługi lotniska i poinformowała, że za 15 minut przyjedzie po nich
busik, który miał  po drodze awarię, czyli  "złapał gumę".
I rzeczywiście  po kwadransie przyjechał busik z sympatycznym młodym
kierowcą, który bardzo przepraszał, ale  po drodze musiał zmieniać koło, co nocą
nie jest wcale łatwym zadaniem.
Z Antalyi do Alanyi jest około 140 km, droga dość kręta, miejscami górzysta.
Po drodze  zajechali do jakiegoś nocnego super marketu, kierowca wyciągnął
z kieszeni dość długą listę zakupów.
"Wczasowicze" pokrążyli po markecie, "maruda" jak ją nazwał duet BB kupiła
colę, jakieś słodycze i bułki. Jej partner zerknął na to wszystko i zamruczał-
"tylko się nie porzygaj po tym".
Gdy zakupy już były załadowane, kierowca im powiedział, że na jacht wejdą
dopiero następnego dnia- dziś będą  zakwaterowani w hotelu w pobliżu portu,
dostaną tam w sumie 4 posiłki  (dwa śniadania oraz obiad i kolację), spędzą noc
i po śniadaniu następnego dnia  "będą  zaokrętowani".
Mają po śniadaniu czekać na "kapitana" w   hotelowym holu.
Pierwszy dzień na Riwierze Tureckiej duet BB spędził na......bazarze. Obie
stwierdziły, że muszą się zaopatrzyć w bawełniane cienkie tuniki i białe
kapelusze- słońce nie miało za grosz litości i prażyło . Obie nabyły po dwie
białe  tuniki z długimi rękawami, Barbara z fioletowym  haftem przy szyi,
Bożena z zielonym.  Bożena zamiast kapelusza kupiła czapkę z daszkiem
a Barbara  prześmieszny kapelusik z fioletową kokardą i gumką by kapelusz
nie spadał z głowy. Po mało interesującym obiedzie postanowiły odespać
podróż i resztę dnia spędziły  w klimatyzowanym pokoju. Po kolacji
zajrzały  do hotelowej  dyskoteki i trochę potańczyły. Około północy padły
jak ścięte. Za to o 5 rano postawił je na nogi "jakiś ryk".
Z niezbyt oddalonego meczetu, na pełnym wzmocnieniu unosił się w niebo
"śpiew" muezina wzywającego do porannej modlitwy.
Cholera, chyba  nagrali ryk krowy!- stwierdziła Bożena.
No cóż-trudno by nagrali  śpiew Carusa- dopowiedziała  Barbara.
Po śniadaniu, zgodnie z zaleceniem   zeszły do hotelowego holu.
Około godz. 9,00 do hotelu wszedł młody człowiek w białym stroju z jakimiś
"złotymi" sznurami zapewne oznaczającymi jego stopień. Rozejrzał się po holu
i podszedł do duetu BB i  "Marudy" z partnerem, zasalutował i czystą
angielszczyzną  się przedstawił: jestem kapitanem jachtu Mary May i zapraszam
na pokład. Potem odwrócił się i skinął na jakiegoś chudzinę stojącego przy
wejściu, wskazując mu plecaki duetu BB.
"Maruda" i jej partner mieli jeden wspólny wielki plecak, pod ciężarem którego
 nieco uginał się  jej partner. Chudzina bez najmniejszego problemu uniósł
plecaki  duetu BB i wszyscy pomaszerowali na przystań. Dobrze, że przystań była
blisko, bo słońce przypiekało  wściekle pomimo września.
Mary May była ładnym jachtem, oprócz  żagli posiadała  silnik.
No, niezły ten okręt - powiedziała Barbara. Czuję się co prawda jakoś nieco
dziwnie, bo ten kapitan  to  bardzo młody chyba jest, wygląda na naszego
rówieśnika, nie sądziłam, że w tak młodym wieku można  być kapitanem.
I nawet  całkiem przystojny z niego chłopak - oceniła.
Ty się  siostra ciesz, że to nie piętnastoletni kapitan, jak u Verna- zaśmiała się
Bożena. Oprócz  kapitana i chudziny było jeszcze trzech członków załogi.
 Kapitan oprowadził gości po jachcie, powiedział, że nie będą cały czas
tylko i wyłącznie pływali, że w planie  jest wycieczka w góry, część osób jeśli
woli to może spać na lądzie w namiocie, że będą lekcje nurkowania, że przy
zacumowanym jachcie będzie można też pływać pontonami, będzie też łowienie
ryb, bo przecież nie można  cały czas jeść konserw.
I jeśli chcą, to można z Alanyi pojechać busikiem do Pammukale, ale wtedy
trzeba tam zapłacić za jeden nocleg.
Wtedy Bożena wyciągnęła dokumenty i pokazała, że one mają tę wycieczkę już
opłaconą i to nie za nocleg mają płacić a za swój posiłek.
Kapitan stwierdził, że ceny w Pammukale są takie, że posiłek i nocleg są
niemal w tej samej cenie.
A tak naprawdę to tam są zawsze tłumy ludzi i on osobiście tam nie pojedzie.
W piętnaście minut później Mary May wypłynęła z portu.
Na jachcie  nie odczuwało się już gorąca, duet BB rozpoczął zużywanie kremu
z filtrem ochronnym.Obydwie paradowały po pokładzie w dżinsowych długich
spodniach i dżinsowych bluzach. Maruda ułożyła się na kocu  odziana w bikini.
Te, wysmaruj się czymś, bo się spieczesz na czerwono- ostrzegł ją chłopak.
Maruda prychnęła- ja się nigdy nie opalam na czerwono.
Jak se chcesz- tylko żebyś potem nie jęczała jak cię słońce spiecze i będzie cię
piekła skóra. I załóż coś na głowę, bo udaru dostaniesz.
Weź się odwal ode mnie- moja skóra, moja głowa, nie twoja, warknęła Maruda.
Duet BB trącił się łokciami  i wymienił uśmiechy.
Jacht płynął wzdłuż brzegu półwyspu,  B.B zachwycał  widok oddalającej
się Alanyi i  spowitych lekką mgiełką gór Taurus. Morze było spokojne,  woda
zmieniła barwę z ciemnobłękitnej na zielonkawą.
Z kambuza zaczęły dolatywać całkiem miłe zapachy - kawy i wanilii. Po chwili
jeden z załogantów wyniósł na pokład   dwa stoliki a potem tacę z dzbanuszkami
gorącej kawy , małymi  fajansowymi czarkami i dwiema  tackami jeszcze
ciepłych rogalików.
Oooo, kawa po turecku- ucieszyła się Bożena. No i z fusami - będzie z czego
wróżyć, zauważyła Barbara.
Maruda podniosła swe rozgrzane do czerwoności ciałko z koca- o k....a, tu wieje.
Idę się ubrać, po czym zniknęła pod pokładem.
 Po chwili wróciła w płaszczu kąpielowym i zasiadła do pożerania rogalików
i siorbania gorącej kawy.
Wiesz, ja to bym już wróciła  najchętniej na brzeg- poinformowała swego  chłopaka
 A wam się takie pływanie podoba?- zapytała duet.
Nam się podoba, tylko się martwimy bo żadnych ryb nie widać, by pływały.
Będziemy mieć obiad  z puszki, a ja lubię ryby z grilla- odpowiedziała Bożena.
Maruda dotknęła delikatnie swego policzka - powiedzcie- opaliłam się już?
Barbara popatrzyła się i powoli odrzekła- tak jakby, na czerwono z fioletowym
odcieniem, nie powinna już pani siedzieć na słońcu. Celowo położyła nacisk na
słowo pani, by podkreślić, że się przecież nie znają.
Maruda porwała ostatni rogalik i pognała do kabiny. Gdy wyszła, B.B z trudem
powstrzymały się przed parsknięciem śmiechem - Maruda miała na twarzy
maskę z jakiegoś kremu i jeszcze nim zdążyła się rozsiąść na pokładzie szybko
wróciła z powrotem do kabiny bo krem wciekł jej do oka, powodując jego ostry
ból. Jej zrezygnowany chłopak powlókł się na dół. Długo nie wracali, potem
słychać było odgłosy kłótni, potem coś mówił kapitan, w końcu wyszedł kapitan
i zaczął przepraszać B.B, że zaszła niespodziewana okoliczność i muszą zaraz
wrócić do Alanyi, bo Marudę strasznie boli oko do którego dostał się krem a
z okiem nie ma  żartów i musi szybko znaleźć się pod opieką specjalisty.
No rozumiemy, wracajmy, ale co dalej?- zapytała Bożena.  Wysadzimy ich na
ląd i co? - wracamy z powrotem na morze?
Niestety   dziś już nie. Załatwię  dla pań locum w rodzinnym, małym hotelu,
z wyżywieniem,  z basenem, ale będą wiatraki zamiast klimatyzacji.
Fajnie, że będzie basen - ucieszyła się  Bożena. A daleko od morza? No nie, ale tak
ze 4 lub 5 km od centrum miasta  a idąc na plażę trzeba pokonać przejście przez ulicę,
która idzie przez całą długość Alanyi, czyli ma tak z 10 lub 11 kilometrów. Trzeba
pokonać  tę ulicę i jeszcze z 50 metrów i już jest plaża. W sumie ze 70 metrów.
Leżaki można wziąć z pensjonatu za kaucją.
Gdy dopłynęli z powrotem do Alanyi spod pokładu wyszła Maruda z chłopakiem
obarczonym plecakiem. Maruda  przy oku trzymała okład z lodu.
Sie narobiło - rzuciła w stronę B.B na pożegnanie. Chłopak  tylko wykonał ręką
gest pożegnalny. Może się bał, że jak otworzy usta to za wiele powie?
Kapitan poprosił, by  B.B na niego zaczekały w ogrodzie pobliskiej małej kawiarni,
o czymś porozmawiał chwilę z właścicielem i poszedł z Marudą i jej chłopakiem
w stronę kapitanatu.  Właściciel w tym czasie zaserwował kawę i po szklance soku
ze świeżo wyciśniętych pomarańczy.
Dopiero teraz zauważyły, że siedzą pod drzewkami na których wiszą pomarańcze,
zupełnie tak jak w kraju jabłka na jabłonkach.
Po godzinie, a może nieco później dotarł kapitan. Gdy B.B chciały zapłacić za kawę
i soki, właściciel stwierdził, że rachunek już jest uregulowany.
A kapitan zgarnął ich plecaki i wsiedli do taksówki, którą on tu podjechał. Jazda nie
trwała długo, w czasie drogi powiedział, że Maruda jest w tej chwili w drodze do
szpitala  w Antalyi, a jej chłopak chce by wracali jak najszybciej do Polski. I pewnie
tak zrobią.
Hotel pod który podjechali był dwupiętrowy, z dużym ogrodem, niedużym basenem
otoczonym palmami, bananowcami i jakimiś krzewami, wokół basenu stały  stoliki
kawiarniane i krzesełka. Na górze budynku  widniała nazwa: IMPERATOR -hotel.
W recepcji część formalności była już załatwiona, boy hotelowy zaprowadził
B.B do ich pokoju, powiedział o której  są tu serwowane posiłki i poprosił by gdy
się rozgoszczą zeszły jeszcze na  moment do recepcji.
                                               c.d.n





środa, 29 maja 2019

Bardzo samotne wakacje

Życie to seria przypadkowych zdarzeń. Ale zawsze  mamy wrażenie, że coś lub ktoś
tymi zdarzeniami steruje.
Barbara nie miała zwyczaju jadać na mieście, wolała zawsze jeść to, co sama
ugotowała. Ale tym razem jej "niemal mąż" wyjechał w delegację, a ona po całym
dniu służbowego  użerania się z interesantami stwierdziła, że  nie ma ochoty
cokolwiek robić w kuchni i w drodze do domu zje obiad w jakiejś restauracji.
Ostatecznie zamiast "po drodze" wylądowała w restauracji, w której często bywała
na służbowych kolacjach. Znała tu już obsługę i wiedziała, że to co jej danego dnia
polecą na obiad z pewnością będzie świeże i smaczne.
W restauracji było dość pusto i cicho, Barbara wybrała odległy stolik na dwie
osoby, przejrzała kartę dań, kelner przyjął zamówienie, a Barbara zagłębiła się
w zakupionym po drodze czasopiśmie, z gatunku "wielki świat-kuchenny blat."
Przeglądała przepisy,  szukając  jakiegoś prostego i szybkiego przepisu na tort,
bo zbliżały się imieniny jej "niemal męża" i zastanawiała się, czy nie lepiej
będzie coś upiec samej w domu niż kupić  tort w  cukierni. Cenowo to nie była
wielka różnica, ale gdyby zrobiła tort sama, miałaby pewność, że jego wszystkie
składniki są najlepszej jakości i świeżości.
Gdy już kończyła jeść polędwicę a la Nelson, przydreptał kelner z zapytaniem
co chciałaby zjeść w ramach deseru, bo są właśnie świeżutkie poziomki, więc
może melbę z poziomkami? Barbara po chwili zastanowienia skusiła się na tę
melbę z poziomkami. Gdy kelner przyniósł deser, Barbara aż jęknęła- porcja była
ogromna, lody były poziomkowe, do tego poziomkowy mus i całość udekorowana
świeżutkimi, pachnącymi poziomkami.
I chociaż targały nią wyrzuty sumienia i obawa, że po takim  obżarstwie w talii
przybędzie jej  kilka centymetrów, zajęła się konsumpcją.
Delektując się smakiem lodów rozejrzała się po sali i .......zdębiała.
Po przeciwnej stronie sali siedział przy stoliku jej "niemal mąż" z jakąś młodą,
mocno wydekoltowaną blondynką.
I wyraźnie tokował, zaglądając jej bez przerwy w oczy, gładząc po ręce.
Barbara wzięła ze stolika pucharek z melbą  i delikatnie przesunęła swoje krzesło
tak, by ukryć się nieco za pobliskim filarem.
A może mi się zdaje?- pomyślała.Przecież wczoraj rano wyjechał  do Pragi!.
Nabrała powietrza  i jeszcze raz rzuciła okiem w tamtą stronę - no niestety, to
jednak był jej "niemal mąż".
Blondynka szczerzyła się do niego zalotnie, a on nie spuszczał z niej wzroku.
Przez głowę  Barbary przelatywały lotem błyskawicy różne myśli- w pierwszej
chwili chciała wstać i podejść do nich.
Podejdę i co? Przecież nie walnę go w łeb, choć to bardzo nęcące.
Lody rozpuszczały się w pucharku, Barbara straciła na nie całkiem  ochotę.
Znów przydreptał kelner, więc szybko zamówiła kawę. Dużą.
Cholera, co jest grane? On nie jest na jakimś służbowym spotkaniu, klei się do
tej blondyny jak wyposzczony małolat!
Przeleciała w pamięci ostatnie  dni - nic nie zapowiadało jakiegoś kryzysu,
jak zawsze był czuły, uważny, dbający o nią. I nawet coś ćwierkał, że nie warto
czekać aż on dostanie mieszkanie ze spółdzielni, by dwa małe mieszkania 
zamienić na jedno większe, ale Barbara nie podjęła dyskusji i temat zgasł.
Mieszkali razem już prawie 3 lata , "niemal mąż" nalegał by legalnie pozbyć się
przydomku "niemal mąż", ale  Barbara wolała by on wpierw dostał  swoje
mieszkanie i wtedy wezmą ślub i zamienią dwa małe mieszkanka na jedno większe.
A może nawet na domek na obrzeżach miasta?
Z rozpuszczonych lodów wydłubała wszystkie poziomki, dumając nad całym tym
zajściem, niespiesznie wypiła kawę. Gdy ukazał się kelner poprosiła o rachunek
a płacąc zapytała czy mogłaby wyjść z restauracji służbowym wyjściem, bo na sali
jest ktoś kto nie powinien jej tu widzieć.
Kelner uśmiechnął się, potem powiedział " hm, dla stałej klientki, która zawsze
przysparza  nam dużej gotówki trzeba zrobić wszystko" i poprosił by  przeszła
do biura. On pójdzie pierwszy , otworzy biuro i drzwi wyjściowe na podwórze.
Barbara przemknęła  się pod ścianą  do biura, podziękowała  kelnerowi i
szybkim krokiem skierowała się do autobusu. Wsiadła nawet nie patrząc na 
jego numer i pojechała w innym niż zamierzała kierunku. Dopiero teraz poczuła,
że jest zdenerwowana i że tak naprawdę nie wie co ma robić.
Wysiadła  na najbliższym przystanku, i wsiadła we właściwy autobus .
Po wejściu do mieszkania w pierwszej kolejności  odsłuchała nagrania
automatycznej sekretarki. Miała nadzieję, że może  "niemal mąż" zostawił
jakąś wiadomość, ale  było tylko jedno nagranie od koleżanki z  biura podróży,
że niestety "ta Grecja jest  nieaktualna, ale może uda się coś wykombinować
do Włoch lub Turcji na pierwszą połowę września, zadzwoń do mnie."
Wcale nie ucieszyła się z tej wiadomości - ten wyjazd miał być prezentem "dla
niemal  męża", który marzył o rejsie małym jachtem po Morzu Śródziemnym, 
a to co zobaczyła kilka godzin wcześniej uświadomiło jej, że tego prezentu
być może nie będzie miała komu dać.
Cały wieczór spędziła w nadziei, że może "niemal mąż" zatelefonuje do niej z Pragi.
Ale telefon milczał jak zaklęty.
Czując do samej siebie awersję, przejrzała szufladę w jego biurku- to było coś czego
nigdy dotąd nie robiła. Ale i tak nie znalazła niczego podejrzanego.
Długo nie mogła zasnąć, przewracała się z boku na bok.
Następnego dnia zatelefonowała do koleżanki z  biura podróży i powiedziała, że
nie wie czy będzie  miała z kim popłynąć w ten rejs i opowiedziała to co zobaczyła
w restauracji.
 Bożena, wysłuchawszy całej historii stwierdziła, że jeżeli "niemal mąż" okaże się
zwykłym  knurem, to albo Barbara znajdzie sobie kogoś na ten rejs albo popłynie
z nią Bożena. W każdym razie wycieczka jest atrakcyjna, w dobrej cenie i szkoda
z niej rezygnować. Poza tym doradziła, by Barbara nie mówiła "niemal mężowi",
że go sama widziała  w restauracji, niech powie, że to jej koleżanka go widziała.
Tak jak to było planowane "niemal mąż" wrócił z delegacji w sobotę.
Przywiózł sześciopak czeskiego piwa, ulubione "Lentilki" Barbary, dla siebie
ulubione wafelki,   a do domu  nowe podkładki do piwa- tym razem porcelanowe.
Narzekał, że było dużo pracy i że jest zmęczony.
A ty byłeś  tam sam, czy jeszcze z kimś? - zapytała.
"Niemal mąż" popatrzył na nią badawczo - przecież mówiłem ci przed wyjazdem,
że następnego dnia dojedzie do mnie Wojtek N.- zapomniałaś?
Nie zapomniałam, ale następnego dnia byłeś widziany w Warszawie, w restauracji
z młodą atrakcyjną blondynką.
"Niemal mąż" roześmiał się - no to ktoś ma bujną wyobraźnię albo chce ci
dokuczyć. Ciekawe w której to restauracji mnie widziano? No w której?-słucham.
W "Kuźni Wilanowskiej," następnego dnia po twoim wyjeździe. A ten ktoś  nie
pomylił cię z kimś innym, bo to ja cię tam widziałam, załatwiałam  tam przyjęcie
dla delegatów, którzy przyjadą do Polski za miesiąc. I kleiłeś się do tej blondynki 
niewymownie.
I myślę, że najlepiej będzie gdy znajdziesz sobie inne mieszkanie i inną panią.
Nie spodziewałam się tego po tobie. Nalegasz na ślub a jeszcze przed ślubem
mnie zdradzasz. No to co będzie potem? Aż strach pomyśleć.
"Niemal mąż" stał jak  sparaliżowany, wpatrując się w Barbarę.
Słuchaj, to była moja dawna miłość, przed tobą, prosiła mnie by się spotkać,bo ma
problemy.
Barbara spiorunowała go wzrokiem- nie tłumacz mi nic- oszukałeś mnie mówiąc,
że wyjeżdżasz, czyli tę noc spędziłeś z nią. To jasne jak słońce.
Mówię poważnie- rozstajemy się, bo ja ci już nigdy nie będę wierzyła. Masz się
ode mnie wyprowadzić w ciągu tygodnia. Zresztą może nadal  właśnie ją kochasz,
tylko nie zdajesz sobie z tego sprawy, widziałam jak się w nią wgapiałeś.
Od dziś śpisz na kanapie. I poszukaj sobie innego mieszkania.
Ale- zaczął "niemal mąż" ...nie ma żadnych "ale"- przerwała mu Barbara.
Dla mnie już nie istniejesz. I nie mów, że mnie kochasz. Jak się kogoś kocha, to
się go nie okłamuje. Mogłeś mi powiedzieć, że  twoja była chce się z tobą
zobaczyć, może nie byłabym tym zachwycona, ale rozumiem, że po kilku latach
bliskiej znajomości, miłości, przyjaźni można  chcieć się spotkać i porozmawiać
bo chce się tego byłego w jakiejś sprawie poradzić.
A ty, gdy ci mówię, że cię widziano w restauracji z jakąś blondynką, usiłujesz
mi wmówić, że ktoś  mi mówi nieprawdę. Teraz  żałuję, że nie podeszłam do
stolika i nie palnęłam Cię w twarz.
                                     Ciąg dalszy niebawem


poniedziałek, 29 kwietnia 2019

Nigdy więcej -V

Gdy Teresa skończyła swą opowieść  oboje chwilę milczeli.
Oj, twoja opowieść ma znacznie więcej dramaturgii niż moje dzieje. Bo ja nic
a nic nie ucierpiałem z powodu tego, że byłem nieślubnym dzieckiem mamy,
ale o tym to tylko wiedzieli oni oboje i nikt inny. To mama zapewne cierpiała
przez całe życie, mną de facto opiekowali się dwaj ojcowie- jeden tu, drugi
z daleka,  mama pilnowała bym ja się o wszystkim za wcześnie nie dowiedział.
A  tobie ten człowiek spaskudził życie. Pewnie teraz patrzysz na cały ród
męski przez szkło powiększające.
Fakt- zgodziła się Teresa. Jakoś trudno mi uwierzyć w nawet jakieś proste
komplementy pod moim adresem. Zaraz zapala mi się czerwona lampka i po
głowie kołacze się  pytanie  do czego facet zmierza. Wiem, to skrzywienie
jakieś, ja nawet walczę z tym. I nawet dlatego dałam się namówić na zmianę
wyglądu - ścięłam włosy,  dałam się  namówić  na grzywkę,  zaczęłam nawet
inaczej  się ubierać. W pierwszym roku po rozwodzie poszłam nawet na
psychoterapię i chyba głównie po to, by dojść do wniosku, że wyszłam za mąż
nie z miłości a ze zwyczajnego przyzwyczajenia do Jacka, a ten rok mieszkania
razem przed ślubem nie nauczył mnie niczego o mnie, o moich potrzebach,
uczuciach a Jacek mi w tym w najmniejszym stopniu nie pomógł.
Paweł, ja cię bardzo przepraszam, nie powinnam cię obarczać własnymi lękami,
 nie mogę sama pojąć dlaczego ci tyle o osobie naraz powiedziałam.
Powiedziałaś, bo jednak  jakoś podświadomie wierzysz w to co powiedziałem-
ja naprawdę wciąż cię szukałem, wierzyłem, że cię znajdę.
Słuchaj, nie musimy się z niczym spieszyć, słuchajmy siebie wzajemnie, mówmy
sobie prawdę o tym co czujemy, co lubimy, czego nie chcemy a co chcemy. W ten
sposób nie tylko poznamy się wzajemnie ale i sami siebie. Zdajmy się po prostu na
wielką szczerość, wzajemną, tak żeby żaden temat nie był tematem tabu. Jeśli coś
będzie cię drażniło w moim wyglądzie, zachowaniu to mi to powiedz- nawet
jeśli będzie ci się wydawało, że taka szczerość jest nietaktem. Ja też tak będę
postępował w stosunku do ciebie. Myślę, że tylko w ten sposób możemy się
dobrze poznać, nabrać do siebie zaufania. A różnicą wieku zupełnie się nie
przejmuj, to jest bez znaczenia. Już ci mogę powiedzieć co mi się nie podoba-
nosisz za długą spódniczkę - masz bardzo  zgrabne  nogi, ale tracą na wyglądzie
przecięte na tej wysokości brzegiem spódnicy. Chodź,  stań na stołku przy
lustrze - podciągnij wyżej spódnicę, o tyle. Widzisz jakie masz zgrabne nogi
gdy skrócisz długość tej spódnicy?
Teresa  stała na stołku i kręciła głową mówiąc- ale, jakie tam zgrabne, nogi jak
każde inne. Jedna lewa, druga prawa, żadna atrakcja.
Ale zeskakując ze stołka  wsparła się na ramieniu Pawła.
Nawet nie była pewna, czy Paweł dobrze zrozumiał ten gest.Bo stołek nie był
wysoki, a Teresa  była nieźle wygimnastykowana.
Wiesz co Paweł- zaimponowałeś mi - widzimy się raptem kilka godzin a ty już
zobaczyłeś jakie mam nogi, stwierdziłeś, że twarz mi się przez te 10 lat nic nie
zmieniła, dziś na mój widok na Okęciu nie zemdlałeś, pomimo zmiany fryzury
rozpoznałeś mnie od razu a jednak przejście od koka do  grzywki i krótkich
włosów to jednak spora zmiana. Bystry jesteś, imponujesz mi.
Nie bystry, ale mam wyryty w mózgu twój obraz- gdybym miał talent to
mógłbym cię namalować z pamięci.
Szkoda, mogłabym mieć swój portret, najlepiej w balowej sukni, takiej z gołymi
ramionami. Nawet mam taką. Nie wiem tylko po co ją trzymam, ani razu
w niej nie byłam.
Paweł uśmiechnął się- no to nic straconego, wybierzemy się w takim razie
razem na  Sylwestra. W poniedziałek rozejrzę się gdzie będą bale, coś wybiorę,
potem z tobą to skonsultuję i się wybierzemy.A może wyjedziemy  na okres świąt
i Sylwestra na wycieczkę zagraniczną z Orbisem?
Pawełku - mam dla Ciebie niespodziankę - wzięłam kilka dni urlopu, więc się
może rozejrzymy razem.Zadzwonię do koleżanki do Orbisu, ona na pewno wie
dokąd warto pojechać by się dobrze bawić i nie żałować wydanych na to
pieniędzy.
Paweł znieruchomiał- powtórz to, powtórz, ale nie to o koleżance ale ten pierwszy
wyraz, który powiedziałaś. Teresa zdębiała- powiedziałam "Pawełku". No właśnie,
właśnie to chciałem jeszcze raz usłyszeć. Powiedziałaś do mnie  "Pawełku', tak
cudnie, z uczuciem. Nie śmiej się, ale jeszcze  żadna dziewczyna tak  do mnie nie
mówiła. Nawet nie wiesz ile to dla mnie znaczy.
A dużo masz tego urlopu?- zapytał. Cały tydzień. I mam jeszcze  całe  2 miesiące
urlopu - za poprzedni rok i ten. W sumie 60 dni. Paweł aż klasnął w ręce - to cudnie!
Przydadzą się te  urlopy.
Teresa opowiedziała mu, że chce zmienić pracę, że była na szkoleniu dla personelu
naziemnego na lotnisku ale gdyby  dostała propozycję pracy np. w KLM to nawet
byłoby lepiej, bo na lotnisku to praca jest wielozmianowa.
Ojej, zawołał w pewnej chwili Paweł - powinienem wyjść i dać ci pospać, dochodzi
pierwsza w nocy.
Teresa popatrzyła na zegar- rzeczywiście, jakoś szybko to zleciało. Ale , jeśli będziesz
spał na wersalce, to możesz tu pospać. Pokoje są od siebie niezależne. Bo tak prawdę
mówiąc to nie masz się stąd jak wydostać o tej porze. Spać możesz do oporu, kiedy
wstaniesz to będzie  dobrze. A jeśli się obudzisz a ja będę jeszcze spała to możesz
sobie sam zrobić śniadanie, lodówka i szafka obok są do twojej dyspozycji. Ja też sobie
pośpię do oporu, zwłaszcza, że nie mam zwyczaju jeść rano.
Śniadanie jem dopiero około 10,00 lub 11,00
Tereniu, uprzedzam lojalnie, że rano dopóki się nie ogolę, wyglądam jak bezdomny,
więc się mnie nie przeraź i nie dzwoń po milicję, że cię bezdomny napadł. Przejedź
ręką po moim policzku i wyobraź sobie, że rano te szorstkości będą widoczne.
Teresa roześmiała się, ale będą mniej kłujące  bo już dłuższe. Coś o tym wiem, były
był brunetem, ale nie przejmował się wcale  swym wyglądem.Nosił brodę i co kilka
dni ganiał do fryzjera na golenie, a może robił sobie trwałą?
Pawełku, a ja wyglądam rano jak Lili-koszmar , bo dopóki się kawy nie napiję to nie
wiem jak mam na imię i gdzie jestem. Znaczy fajna z nas para sów.
Gdy tylko doszli do wniosku, że mogą rano spać do oporu to zrobili sobie  jeszcze
herbatę, Paweł opowiadał jeszcze o pobycie u ojca i  o swym młodszym przyrodnim
rodzeństwie. Około drugiej w nocy Teresa z pomocą  Pawła przygotowała dla niego
spanie, wygnała go pierwszego do łazienki i mniej więcej o trzeciej nad ranem usnęli.
Każde we własnym pokoju i własnym łóżku.
Rano, a właściwie tak bliżej południa Teresie śniło się, że wchodzi do kawiarni.
Pachniała kawa i jakieś ciasto. I w tej chwli się rozbudziła. Na podłodze obok jej
łóżka siedział Paweł pijąc kawę, wlepiając w nią oczy . Na talerzyku stojącym  na
podłodze leżało coś jakby racuszek i pachniało obłędnie.
Witaj Lili, napijesz się kawy?
Pawełku, czemu siedzisz na zimnej podłodze a nie na krześle lub na moim tapczanie?
Przecież się zaziębisz.! Ostatnie wyrazy zdania poszły w przestrzeń, bo Paweł już
zniknął w kuchni. Za chwilę przyszedł z kawą, tacą, racuszkami i owinięty kocem
przysiadł na tapczanie.
Chciałem mieć dwie przyjemności na raz- pić poranną kawę i patrzeć na  ciebie, ale
nie zamierzałem cię z tej okazji obudzić.
Sama się obudziłam, nie obudziłeś mnie. A które jest godzina?
Wczesna, dopiero 11,30.
Mhmm, a z czego zrobiłeś te racuszki? Są takie delikatne! Z budyniu i mleka i jajek.
Wypaprałem ci 3 opakowania budyniu, przepraszam.
No coś ty, przecież jemy to razem. Wypiłeś? To wskakuj pod kołdrę i ogrzej się trochę
jesteś jak sopelek lodu. Zaziębisz się i rozchorujesz. A ja zaraz tu wrócę. Spać mi się
jeszcze chce.
W łazience patrząc w lustro i przeczesując włosy szepnęła do swego odbicia- nie
prowokuj, ale nie broń się, pozwól mu. Przecież też tego chcesz, będzie dobrze.
Wracając  do pokoju zabrała z kuchni  mały termowentylator. Podłączyła do kontaktu
mówiąc, że jest w tym pokoju bardzo zimno , kaloryfery jeszcze nie grzeją a powinny,
może znów jest jakaś awaria? Trochę nam poszumi, ale i pogrzeje. Wstaniemy gdy
będzie ciepło.
Wślizgnęła się pod kołdrę, delikatnie przytulając się do Pawła.
Przytul się Lili, powiedział obejmując ją ramieniem.
Dwa razy 36,7 da  z matematycznego punktu widzenia zapewne dobrze ponad 70 stopni.
Masz fajną tę piżamkę w pieski. Pieski też się z nami ogrzeją.
Obejmująca Teresę ręka delikatnie krążyła po odzianym w piżamę ciele. Błądziła po plecach,
zawadziła o pośladki, powędrowała do góry do szyi, potem w dół, rozpinając po drodze małe
guziczki.
Pawełku, a ty znałeś jakąś Lili?
Nie,  znam dopiero od  wczoraj .Jest cudowną kobietą, rozpala mnie tak, że mam mętlik
w głowie.Do niedawna znałem tylko pewną piękność ze zdjęcia, teraz poznałem Lili.
Od  dziś jesteś dla mnie Lili, zmieniam ci imię.
Ręka wyzwoliła już Teresę z bluzki piżamowej,  teraz delikatnie walczyła ze spodenkami,
co jakiś czas pieszcząc  piersi Teresy, poznając  lekką krągłość brzucha. Na pomoc ręka
wezwała resztę Pawła i Teresa-Lili była golutka.
Teraz ręka zaczęła się zapoznawać z innymi częściami  ciała Teresy, a ta coraz mocniej
przytulała się do Pawła.
Wreszcie usta, z westchnieniem, "oj, ale cię podrapię" pozazdrościły ręce wędrówki po ciele
Teresy i same zaczęły wędrować, systematycznie zapoznając się z nagim ciałem.
W pewnej chwili ciało Teresy podjęło decyzję co ma być dalej,pozwalając by kolejny organ
Pawła podjął teraz działania. Po raz pierwszy w swym życiu  Teresa -Lili doznała spełnienia.
Nie znała tego  uczucia, była nawet nieco przerażona,  było to jednak coś bardzo miłego.
Rozgrzewanie się pod kołdrą przedłużyło się po późnego popołudnia aż głód ich wygnał
z łóżka.
Nieco zmęczeni, ale oboje niezmiernie sobą zachwyceni zrobili szybki obiad i powrócili
do dalszego wzajemnego poznawania swych ciał.
A ponieważ rzeczywiście była awaria ogrzewania, brakowało też ciepłej wody, przenieśli
się późnym wieczorem do mieszkania Pawła, zabierając ze sobą zapas jedzenia.
Za poradą koleżanki z Orbisu wykupili wyjazd sylwestrowy do Budapesztu. Niemal cały
urlop Teresy spędzali w  łóżku. Teresa nie poznawała sama siebie- to co było koszmarem
jej w  małżeństwie tu było szczęściem, radością  zachwytem.
Tuż przed balem sylwestrowym Paweł zaręczył się z Teresą, dzieląc się tą nowiną ze swym
ojcem.
Ślub tej co miała nigdy więcej nie wyjść za mąż odbył się w Polsce, w maju. Przyjechała
cała rodzina Pawła ze Stanów. Teresa śmiała się, że ma prawdziwego teścia i przyrodnią
teściową oraz przyrodniego szwagra i szwagierkę.
Ale to nie był koniec sensacji- ta co nie może mieć dzieci latem wyjechała  razem z Pawłem
do USA i tam teściowa  zaprowadziła ja do lekarza, który orzekł,że po odpowiednim
leczeniu na 90% zajdzie w ciążę. I ta co nie może mieć dzieci z tym, któremu nie zależało
na przekazywaniu swych genów mają już  dorosłą córkę. Do Polski nie wrócili.
A ja straciłam w ten sposób fajną koleżankę.

                                                            KONIEC

                                         



Nigdy więcej - IV

No tak o moim rozwodzie wie  chyba każde biuro turystyczne i pół miasta.
I żeby zadawał się z nieco mądrzejszymi babkami to pewnie do dziś nie
wiedziałabym, że mnie zdradzał niemal z każdą napotkaną na swej drodze kobietą.
Zdradzał, zapewne dlatego że mnie bardzo kochał, jak twierdził.
 Ja byłam  do kochania, a one tylko do seksu. I dziwił się, że ja tego nie rozumiem
i nie akceptuję.
Paweł, czuję się jakoś dziwnie, że nie znając mnie ani przez minutę, byłeś we
mnie zakochany.No może nie we mnie, ale w mojej podobiźnie.
To jakoś bardzo mi pochlebia ale też zdaję sobie sprawę z dwóch rzeczy- jestem
od  ciebie  dużo starsza i być może w realnym świecie nigdy nie spełniłabym
twych oczekiwań.
Nie dużo, Tereniu, nie  dużo, raptem 9 lat. Wiem, przecież się wcale nie znamy,
ale chyba nic nie stoi na przeszkodzie byśmy się poznali. Teraz przez rok będę
pracował w Warszawie, w przedstawicielstwie,  więc może  zgodzisz się na to,
żebyśmy się  spotykali i poznawali. W naszym wieku 9 lat to żadna różnica.
 No dobrze, niech ci będzie, że to żadna różnica, ale ja nie jestem dobrym
materiałem ani na kochankę ani na żonę- niemal wykrzyczała Teresa.
Paweł uśmiechnął się - a skąd wiesz jakiego materiału ja potrzebuję  na
żonę i kochankę?  Rozumiem, że nieudane małżeństwo wywróciło ci życie do
góry nogami, wcale mnie to nie dziwi.  Przez moje życie przewinęło się kilka
kobiet i teraz dobrze wiem czego oczekuję i co mogę i chcę dać kobiecie,
która pokocham i która mnie zaakceptuje i pokocha.
Ale ja nie mogę mieć dzieci- powiedziała Teresa.
No to co? Mnie nie zależy na pozostawieniu swego materiału genetycznego.
Jest całe mnóstwo dzieci które nie mają domu i można im ten dom zapewnić.
Paweł, czy ty na wszystko masz odpowiedź?
Nie,  na wszystko na pewno nie, ale to, że nie mam odpowiedzi dziś, nie znaczy
że nie będę jej miał jutro lub pojutrze.
Sama widzisz, wszystko się zmienia- dotychczas byłaś dla mnie tylko zdjęciem,
a teraz jesteś realną osobą! Często nasze marzenia kształtują naszą rzeczywistość.
Tylko musimy być cierpliwi.
Tylko i aż cierpliwi- dodała Teresa.
Mądry z  ciebie  facet a ja lubię mądrych facetów.  A teraz powiedz mi co to
za  sf w twoim życiu, czy też z twoim życiem?
No, jak ci opowiem to możesz nie chcieć mnie bliżej poznać. Jestem dzieckiem,
które miało dwóch ojców. Jeden mnie spłodził, drugi wychował jak własne, choć
dobrze wiedział czyim dzieckiem jestem. Teraz w Stanach byłem u mego ojca
biologicznego.
Historia jak z kiepskiego filmu - mama "zgrzeszyła" i zaszła w ciążę. Jej chłopak,
z którym zamierzali się pobrać, psim swędem załatwił sobie  zaproszenie do USA.
Chciał po prostu tam  ze dwa lata popracować, zarobić pieniądze, wrócić im ożenić
się z moją mamą.
Wyjechał stąd,  nie wiedząc, że jego dziewczyna jest w ciąży.Ona sama jakoś
długo o tym nie wiedziała, a potem zwierzyła się swemu przyjacielowi, który się
w niej podkochiwał. I ten się z nią ożenił.
Gdy zaczęły nadchodzić listy z USA  to je regularnie niszczył- jego siostra pracowała
na poczcie i zawsze jemu oddawała listy, które do nich nadchodziły od różnych
osób. Mój biologiczny ojciec  już tu nie wrócił, nie miał żadnej wiadomości  z Polski
od dziewczyny i założył  tam rodzinę.
Ale kłamstwo ma krótkie nogi i mama raz znalazła jakiś stary list z USA.
Nie zrobiła mężowi awantury, spisała adres, napisała do mego biologicznego
ojca list, opisując mu całą historię tak jak była. Przesłała też kilka moich zdjęć,
fotokopię mego aktu  urodzenia i co jakiś czas pisała mu o mnie.  Odpowiedzi
otrzymywała na adres swej przyjaciółki, tej pani, którą spotkałaś w zakładzie
odbierając zdjęcia. A tata założył mi konto w Banku Polskiej Kasy Opieki i przysyłał
na nie pieniądze, bym koniecznie  zrobił studia.
Gdy jeszcze studiowałem pojechałem po raz pierwszy do USA. Szok zupełny.Ojciec
kazał zrobić mi badania genetyczne   i  w sądzie złożył oświadczenie, że jestem
jego synem i tym samym jestem upoważniony do dziedziczenia po nim schedy.
Wprowadził mnie do grona  swych przyjaciół, dostałem wiele kontaktów i
zapewnienie, że zawsze mogę liczyć na pomoc jego i jego przyjaciół. I tak jest
do dziś. Bardzo przeżył śmierć mojej mamy. Można powiedzieć, że kochał dwie
kobiety  na raz - moją mamę i  swą żonę. A jego żona to bardzo miła kobieta, bez
problemu  przyjęła wiadomość, że jej mąż ma nieślubne dziecko, do którego się
oficjalnie przyznaje. Mam przyrodniego brata i siostrę. Lubimy się.
Jak widzisz historia niczym z "opowieści dziwnej treści". I co, nie będzie ci
ta wiedza przeszkadzała w poznawaniu mnie?
Teresa zamyśliła się - to nie jest sf tylko  ludzki dramat. A ty nadal chcesz
poznawać czy ta ze zdjęcia, wyśniona, wymarzona i ja to jedna i ta sama osoba?
Paweł roześmiał się - no jasne, że chcę! Chyba byłbym idiotą, gdybym  tego
nie chciał.
I choć bardzo, bardzo chciał ją objąć i przytulić - powstrzymał się.
Przypomniał sobie, jak kilka godzin wcześniej, w windzie,Teresa  drgnęła i
lekko odsunęła się od niego gdy ją cmoknął w policzek. Pomyślał wtedy, że
Teresa ma jakieś niemiłe skojarzenia.
Tereniu, musimy się pomału zbierać na tę kolację, stolik zamówiony czeka
na nas.
Teresa podeszła do okna - zobacz jak pada, jest obrzydliwie, pewnie nawet
pies nie chciałby wyjść z domu za potrzebą a ty chcesz byśmy teraz wyszli
i mokli?
Kolację to sobie  możemy zrobić  tutaj, jest z czego. a do Bristolu to się
wybierzemy gdy będzie lepsza pogoda. Zadzwoń do nich i odwołaj, proszę.
Telefon jest w drugim pokoju, książka telefoniczna  leży obok. Powiedz mi
tylko, czy jest jeszcze coś, oprócz ryb i placków, czego nie jesz.
Jem wszystko, nawet rybę,jeśli tylko nie jest smażona.Placków nie jem
głównie dlatego, że musiałbym je sam robić.  Ale zaczekaj na mnie z tym
robieniem kolacji, nie chcę byś ty sama wszystko robiła. Po 10 minutach
uporczywego telefonowania  wpadł na pomysł by zatelefonować raczej do
recepcji hotelu i przez nich odwołać rezerwację. I żeby mieć pewność, że
odwołają, cały czas posługiwał się językiem  angielskim.
W kuchni został zatrudniony przy ubijaniu na "bardzo sztywno" piany
z białek, i do zdjęcia niemal spod sufitu słoika z konfiturami domowej
roboty. W kilkanaście minut później pałaszowali omlet z wiśniami.
Paweł sam posprzątał po kolacji, Teresa postawiła na stole dzbanek herbaty,
małe śmieszne ciasteczka w kształcie zwierzątek, włączyła kinkiety i
nieco niespodziewanie dla siebie samej  powiedziała - opowiedziałeś mi
o sobie, więc chyba teraz ja powinnam ci opowiedzieć o sobie. Ale nie
licz na sensacje, to taka pospolita historia. Z tego co wiem to większość
rozwodów jest dlatego, że jedna strona zdradza drugą. Nie zastanawiałam się
nigdy dlaczego tak się dzieje.
Kiedyś wydawało mi się, że może przed ślubem zbyt mało się ludzie znali.
Ja rok przed ślubem mieszkałam ze swoim  byłym mężem. Pewnie jestem
po prostu głupia, ale nie wiedziałam, że on mnie zdradza.O tym, że robił to
regularnie jeszcze przed naszym ślubem dowiedziałam się dopiero wtedy gdy
wystąpiłam o rozwód. Na sprawie tłumaczył sądowi i mnie, że on mnie nadal
kocha, że z tamtymi innymi różnymi paniami to był tylko i wyłącznie seks.
A zdradzał bo miał wyższe potrzeby w tej materii niż ja.  Poza tym okazja
chyba czyni człowieka złodziejem - był przewodnikiem wycieczek a zawsze
się  na wycieczkach znajdują samotne panie. Ja nawet chodziłam do lekarza,
podejrzewałam że ze mną jest coś nie tak,  ale lekarz stwierdził, że ze mną
jest wszystko  w porzadku, tylko z nim raczej nie i chciał by on też przyszedł,
ale wtedy akurat zaczęły wydzwaniać różne  kobiety poszukując go i ja
zdecydowałam się na rozwód. Zwłaszcza po tym, gdy jedna wyraziła wielkie
zdziwienie, że ja nie jestem "osobą sprzątającą mieszkanie pana Jacka"
tylko jego żoną. Teraz to się umiem z tego śmiać bo zapewne ta biedaczka była
wielce rozczarowana moim byłym.
                                                   c.d.n.


niedziela, 28 kwietnia 2019

Nigdy więcej III

Cóż to jest miesiąc? Taka dłuższa chwila, raptem 30 lub 31 dni.
Ale w ciągu tego miesiąca Teresa dostała dwa listy od  Pawła B. Chyba czuł się
samotny w Amsterdamie.Podobał mu się Amsterdam, opisywał co ciekawego
zobaczył. Tym razem listy trafiały na  adres domowy Teresy. A na początku
listopada  zatelefonował , że przylatuje za tydzień, w sobotę i ma cichą
nadzieję, że będą się mogli w tę sobotę wieczorem spotkać. I że on zaprasza
Teresę do Bristolu na kolację. Co prawda wolałby się z nią zobaczyć na  bardziej
przyjaznym, prywatnym gruncie, no ale zaraz po tak długiej nieobecności to
będzie dość trudne pod względem organizacyjnym. A stolik w Bristolu już
zarezerwował.
Jak na złość ta sobota była pracująca, więc Teresa zażyczyła sobie kilka dni urlopu -
wciąż miała zaległe urlopy. Szefowa  bez szemrania podpisała kartę urlopową, gdy
Teresa  powiedziała, że ma jeszcze miesiąc urlopu za poprzedni rok, tegoroczny
urlop jest też jeszcze nie ruszony, a ten tydzień to jeszcze ze starszych "zapasów".
Na sobotni poranek zapisała się do "gienia", by nieco podciąć włosy.
Samolot przylatywał około godz. 14,00 i Teresa postanowiła wpaść na lotnisko by
podejrzeć kto ewentualnie przyjdzie po Pawła.
Od czasu  rozwodu jej wiara w to co mówią  mężczyźni oscylowała około zera.
Z Pawłem była umówiona na  telefon około godz. 17,00.
Gieno namówił Teresę na "zdegażowanie" czyli przerzedzenie i postrzępienie
grzywki co jego zdaniem nadawało całości nieco figlarny wyraz. Na zrobienie
kilku pasemek jaśniejszych od naturalnego ciemnego blondu Teresa nie
zgodziła się.
Wystarczy, że grzywka będzie nieco figlarnie wyglądać - odpowiedziała.
Na lotnisko pojechała w swych wysokich szpilkach i w uroczym zamszowym
płaszczyku , który świetnie podkreślał jej figurę. Do tego dyskretny makijaż, parę
kropli dobrych perfum, torebka, w którą nic nie wchodzi oprócz kluczy i małego
portfela.
Na szczęście samolot przyleciał punktualnie a i bagaże jakoś szybko trafiły na
taśmę transportera.
Teresa stanęła w takim miejscu, by mogła swobodnie obserwować wychodzących
pasażerów, sama  nie rzucając się w  oczy. Po piętnastu minutach dostrzegła Pawła.
Pchał wózek z dwiema sporymi walizkami. Ale nikt z oczekujących nie podszedł
do niego. Teresa szła kilka kroków za nim , zastanawiając się czy ma do niego
podejść czy też nie. I wtedy Paweł obejrzał się i  ją zobaczył. Zablokował kółka
wózka i podszedł do niej mówiąc - i kolejny cud, nawet o tym nie śniłem.
A za kim się pan obejrzał? A za facetem z którym razem w samolocie siedziałem,
bo zaczęli mu walizki przetrzepywać i byłem ciekawy czy już wyszedł.
A pani, pani Tereso?  Ja - uśmiechnęła się  Teresa - przyszłam zobaczyć kto po
pana przyjechał. I jeżeli nikt, to zaprosić pana na  zwyczajny,domowy obiad.
Żadne rarytasy.  Chodźmy na postój taksówek, jeśli chce pan odwieźć bagaże do
swego domu teraz albo jedźmy do mnie autobusem, bo to b. blisko , kilka
przystanków.
No to może jednak weźmiemy taksówkę, podjedziemy do mnie,
zostawię te walizki, pani zaczeka na mnie w taksówce i wtedy razem pojedziemy
do pani na te  "żadne  rarytasy"- dobrze?. Teresa zgodziła się.
Czekając na Pawła w taksówce Teresa zastanawiała się czy aby nie zwariowała.
No oczywiście, że była ogromnie ciekawa skąd ją Paweł zna i  dlaczego uważa
całe swoje  życie za materiał na sf. Ale jednocześnie coś ją do niego ciągnęło.
Już wiem- pomyślała- on ma "radiowy głos", dość niski, ale o  bardzo miłym
brzmieniu.
Po 10 minutach wrócił  Paweł z jakąś torbą i plikiem listów wyjętych ze
skrzynki na listy. Upchnął wszystko w bocznej kieszeni torby i podał  kierowcy
adres mieszkania Teresy.
W windzie objął Teresę delikatnie i pocałował w policzek, tłumacząc się, że
przecież się jeszcze z nią nie przywitał.
Teresa chciała go umieścić  w pokoju na czas szykowania obiadu, ale Paweł
ostro zaprotestował- ostatnio tyle czasu spędzałem sam, że wolę być w kuchni.
I w ogóle zjedzmy w kuchni, jestem stęskniony takiej zwykłej domowej
atmosfery. No i mogę się na coś przydać, mogę być podkuchennym a potem
popracować na zmywaku.
Dobrze jak wolisz- Teresa jakoś bardzo płynnie i niemal  niezauważalnie
przeszła na "ty". Paweł podjął  pałeczkę i zaczął się dopytywać  co ma robić.
Możesz zrobić sałatkę, produkty są w lodówce. Będziemy kroić oboje to
będzie szybciej. A jaką sałatkę lubisz? -dopytywał się Paweł.
Każdą -byle było dużo surowizny.I trochę majonezu. A mogę dodać ogórków
kiszonych do majonezu - będzie taki sos  tatarski. Oczywiście,  wszystko możesz
do niej dodać, co tylko lubisz.
W międzyczasie zrobili przerwę na zjedzenie zupy- po trzech łyżkach, Paweł
zapytał się czy będzie mógł dostać  dokładkę, bo takiej zupy to jeszcze nie  jadł.
Jak to- zdziwiła się Teresa- nie  jadłeś jeszcze  kartoflanki?
Ależ jadłem ale takiej to jeszcze nie.Co do niej dodałaś?
Sekretny składnik- może  ci kiedyś powiem. Na razie jedz i nie marudź.Na drugie
danie był  ryż po kolumbijsku na ostro-  też smakował i też  Paweł po raz pierwszy
jadł  tak przyrządzony ryż.
Słuchaj - jak mi jeszcze powiesz, że po raz pierwszy jesz budyń czekoladowy to
ja się chyba zabiję.
W pewnym sensie tak, bo jeszcze nigdy nie dostałem budyniu czekoladowego z
rodzynkami o smaku rumu. Ale się nie zabijaj, wszystko to jest takie cudowne!
To ja teraz pozmywam, a ty może zrobisz taką kawę,  jakiej jeszcze nigdy nie
piłem?
Chcesz taką jakiej jeszcze nigdy nie piłeś? No fajnie, zrobię. Ale w niej też
będą same  sekretne dodatki. I nie wiem czy aby  ci będzie smakowała.
I do garnuszka powędrowała kawa, kardamon, ziele angielskie, cynamon,
odrobina  cukru i mała szczypta soli. Gdy tylko zawartość garnuszka się
zagotowała natychmiast garnuszek został zdjęty z ognia a zawartość przelana
do filiżanek.
Paweł, a ty pracowałeś kiedyś na zmywaku? -zapytała Teresa.
Nieee, ale w czasie wakacji raz w smażalni  placków a raz w smażalni ryb.
Od tej pory nie jem  ryb ani placków, to był koszmar. Ten smród oleju przyprawiał
mnie o mdłości.
Powycierać to wszystko czy ma schnąć na suszarce?
Niech schnie, a my napijemy się kawy.  A ty może mi wreszcie powiesz skąd mnie
 znasz, bo to mi się wydaje  mało prawdopodobne. Ze szkoły nie, bo jestem od ciebie
dużo starsza, sąsiadami też nigdy nie byliśmy, mieszkaliśmy w różnych i to dość
odległych dzielnicach. Więc skąd znałeś mnie z widzenia?- dopytywała się Teresa.
Paweł wyciągnął z   kieszeni  marynarki portfel, z niego zdjęcie i podał Teresie.Było
to zdjęcie tzw. "wizytowe".
Człowieku, a skąd ty masz moje zdjęcie?! Teresa nawet nie usiłowała ukryć zaskoczenia.
Mam jeszcze jedno  twoje zdjęcie- powiększenie z tego właśnie zdjęcia. To jest bardzo
dobre zdjęcie pod względem technicznym i artystycznym. To zdjęcie robiła ci moja
mama. I wyszło tak pięknie, że stało na wystawie maminego zakładu fotograficznego.
Bo mama była fotografem, specjalizowała się w zdjęciach portretowych. I zawsze, gdy
któreś zdjęcie było bardzo dobre, trafiało w ramki i było na wystawie zakładu.
To stare zdjęcie, robione chyba  z 10 lat temu- powiedziała Teresa. Pamiętam, że sesja
trwała  długo.  Twoja mama wymęczyła  mnie setnie, robiła mnóstwo ujęć. Potem
powiedziała, że sama wybierze najlepsze z nich. Gdy byłam po odbiór to w zakladzie
była jakaś inna pani.
No tak, mamie czasami pomagała jej przyjaciółka, wyjaśnił Paweł.  Ale to dopiero
początek. W jakiś czas potem zobaczyłem to twoje zdjęcie i- tylko się  nie śmiej-
zakochałem się w tobie. Włóczyłem się po całej dzielnicy codziennie wypatrując czy
aby Cię nie spotkam. Śniłem o tobie, marzyłem, nie  istniały dla mnie inne dziewczyny.
Zanudzałam mamę, żeby mi  zrobiła odbitkę w formatce  wizytowej, bo chciałem mieć
twoje zdjęcie przy sobie. I mama zrobiła. Nie śmiała się ze mnie że zakochałem się
w kimś kogo nie znam, powiedziała mi tylko, że wiele osób żyje szukając tej osoby
w której się zakochały, ale mało kto ma szczęście być z nią razem. Nie rozumiałem tego.
 Dopiero niedawno, z rok przed śmiercią mama powiedziała mi więcej.
Ale wracając do  ciebie - wchodzę, idę do tego biurka o którym powiedziała mi
Ewa, ty byłaś mocno pochylona nad biurkiem, odczytuję twoje dane z plakietki  na
biurku i nagle dociera do mnie że na zdjęciu plakietki jesteś ty, moja wyśniona,
niespełniona miłość.
I wtedy ty spojrzałaś na mnie, a ja omal nie zemdlałem z wrażenia-  tyle lat cię szukałem,
znalazłem i jestem w kropce- zamiast cię poderwać, proszę o pomoc. Szukałem na twej
ręce obrączki ale to przecież nie jest żadna informacja, wiele  kobiet nie nosi obrączki,
a na domiar złego wylatuję następnego dnia o świcie i nie bardzo wiem kiedy wrócę.
Gdy wróciłem z  kwiatami z trudem ograniczyłem się do tych kilku słów i miałem
nadzieję, że znajdziesz tę kartkę. Nie pisałem ze  Stanów bo nie wiedziałem jeszcze kiedy
będę wracał.
Możesz o mnie pomyśleć, że jestem kompletny świr, bo zapewne nie jest normą
zakochiwać się w kimś kogo się zobaczyło na fotografii.
Zmieniłaś uczesanie ale nie zmieniły się  twoje oczy, usta, cała buzia. Od Ewy wiem, że
jesteś po rozwodzie. Powiedziałem jej,  że mi się spodobałaś i Ewka wtedy powiedziała,
że jesteś po rozwodzie.