czwartek, 8 października 2020

Samo życie -VI

 Gdy samolot , którym odlatywał Janek wzbił się w powietrze ( Michaś uparł się by zobaczyć jak wujek Janek odlatuje) dziadek stwierdził, że w takim razie zmienią plany i będą zwiedzać Gdańsk, a nie gdyńskie Oceanarium. Pogoda była w sam raz  do wędrowania po mieście- słońce nieco strajkowało i nie było zbyt ciepło. Nie był to jeszcze czas urlopów, bo rok szkolny kończył się dopiero w drugiej dekadzie czerwca, ale i tak z trudem znaleźli miejsce na parkingu. Stosunkowo blisko parkingu była sympatyczna  kawiarnia i babcia "zastrajkowała" - stwierdziła, że po pierwsze to ją boli głowa, po drugie już tyle razy była w Gdańsku i go zwiedzała, że  niestety nie ma ochoty jeszcze raz zwiedzać. Posiedzi w kawiarni, wypije kawę, zgrzeszy tortem czekoladowym i jeśli nie wrócą za 2 godziny to ona pojedzie do Sopotu kolejką  miejską.

Męska część wycieczki dość szybko uporała się z najciekawszą częścią starego Gdańska, nawet zdążyli odwiedzić Dwór Artusa. Dziadek był zaniepokojony tym babcinym bólem głowy więc  całkiem żwawo krążyli i dotarli do kawiarni jeszcze nim minęły dwie godziny. Michał zapytany przez babcię o to jak podobał mu się Dwór Artusa odrzekł z bardzo poważna miną: nie mógłbym mieszkać w takim mieszkaniu- tyle tam wszystkiego, że aż głowa boli. No ale to nie była sala do mieszkania, tylko do organizowania przyjęć, spotkań towarzyskich, powiedziała  babcia.  Babciu ja wiem, ale ja bym tam długo nie wysiedział. Wiesz, tata zrobił mi zdjęcie pod Neptunem, a dziadek opowiedział mi o korsarzach. Bo oni to byli wszędzie i z różnych krajów byli. I wiesz babciu ci korsarze to też napadali na siebie wzajemnie, nie tylko na statki kupieckie. Babciu, pić mi się chce i siku.  No to idź z tatusiem na siku a jak przyjdziecie to zamówimy jeszcze coś dla was, jakieś ciacha i coś do picia, bo na pewno już zgłodnieliście. 

Nim wyjechali z Gdańska odwiedzili jeszcze  księgarnię, w której Wojtek zakupił atlas geograficzny dla Michasia i kilka książek dla niego i dla siebie. Wstąpili również do Archikatedry w Oliwie i posłuchali organów oliwskich, bo akurat ktoś na nich grał.  Dziecko siedziało zasłuchane i  jednocześnie zadziwione wielkością organów i wystrojem  katedry. 

Gdy dojechali do Sopotu babcia stwierdziła, że musi jeszcze na moment "wpaść" do marketu, bo chce by dziś zjedli obiad w domu. Oczywiście zaraz  miała dwóch pomocników w osobach dziadka i Michasia. Wojtek został w samochodzie, bo nie było miejsc na parkingu, więc  stał tarasując wyjazd z czyjejś posesji. Był w kiepskim nastroju, bo   dotarło do niego, że unikając cały czas scysji z Marzeną wyłączył się  zupełnie z procesu wychowawczego Michasia.  Okopał się w swej twierdzy zwanej pracą i stanowczo zbyt mało zajmował się chłopcem. Nie był z nim w żadnym muzeum, bo zdaniem Marzeny Michaś wciąż był za mały na takie imprezy. Po awanturze, którą Marzena zrobiła jego matce o to, że ta  wzięła go do teatru kukiełkowego jeździł z małym głównie do Łazienek, bo był tam plac zabaw, na którym Michaś bardzo lubił przebywać. Czasem pytał się synka dokąd chciałby pójść, a Michał wybierał albo lotnisko, bo na tarasie widokowym  potrafił stać 2 godziny wpatrując się w lądujące lub startujące  samoloty albo muzeum kolejnictwa "pod chmurką", gdzie stały na szynach różne stare składy pociągów i lokomotywy parowe. Bywali również na imprezach sportowych, raz na wyścigach konnych. A czasem to po prostu kopali piłkę. Gorzkie rozmyślania przerwał powrót Michasia i rodziców. Michaś był  rozentuzjazmowany- tatusiu, ale będzie dziś pyszny obiad ! I zaraz będę  babci pomagał w kuchni . I nawet kartofle będę obierał, bo babcia kupiła bezpieczną obieraczkę do kartofli. 

Pyszny obiad to był pieczony  w piekarniku kurczak i pieczone kartofle. Jednym słowem obiad był przygotowywany w dwóch  piekarnikach, na różnych piętrach, co się Michasiowi bardzo podobało.Kursował pomiędzy piętrami pomijając windę.

Po obiedzie Michał zapragnął obejrzeć zakupione książki i  atlas. Znał już litery, właściwie to już umiał czytać. Mamląc w buzi mentosa i wodząc palcem  wzdłuż pod odczytywanymi wyrazami zaczął czytać jedną z książek. Wojtek spojrzał na niego i powiedział- chodź tu, usiądź na  kanapie, oprzyj plecy , połóż sobie na kolanach  poduszkę z kanapy, na niej książkę i czytaj. Możesz nawet czytać  na głos,  ja chętnie posłucham. Tatusiu, to o małym kotku, a ja lubię koty. Wiem synku, dlatego masz jedną książeczkę o kotku a drugą o pieskach. Wszystkie zwierzęta są piękne i kochane. Foki też ci się podobały, prawda? 

Tata, narysuj mi kotka. Ty tak  ładnie rysujesz, proszę. Wojtek pokręcił przecząco głową - sam narysujesz, ja ci tylko zrobię zakładkę a ty sam narysujesz na niej  kotka. Tylko wpierw poczytaj o tym kotku, żebyś mógł narysować musisz go sobie wyobrazić. A wyobrazisz go sobie jak o nim poczytasz. Tata, ale ty ładniej rysujesz, proszę. Misiu, jeśli się chce  ładnie  rysować to trzeba dużo rysować samemu a nie  prosić o to innych. 

Tato, poczytaj mi trochę, bo mi to wolno idzie. Wojtek ujął małego pod brodę, spojrzał mu w te piwne oczęta i powiedział-  z czytaniem jest jak z rysowaniem- im więcej sam będziesz czytał, tym lepiej opanujesz te sztukę i będziesz szybciej czytał i nie będzie cię to męczyło. 

Tata, a ja mógłbym mieć kota albo  psa? Synku, żywe  zwierzątka to nie zabawki, które  możesz odstawić na półkę gdy ci się znudzą. Pomyśl, ja będę w pracy, ty w szkole, a zwierzątko będzie samo cały dzień w domu. Zastanów się, czy chciałbyś siedzieć sam w domu cały dzień. Poza tym  co z takim zwierzątkiem  zrobić gdy są wakacje a my wyjedziemy gdzieś poza  Warszawę? Nie można przecież zostawić zwierzaka samego- trzeba go karmić, sprzątać po nim. Nawet rybek akwariowych  nie można zostawić samych na kilka dni. Lubisz zwierzęta to będziemy  często je odwiedzać w ogrodzie zoologicznym. O właśnie- jutro może pojedziemy do Ogrodu Zoologicznego w Oliwie- albo wszyscy albo my dwaj, a babcia z dziadkiem trochę odpoczną .  

Tato, ale jutro przecież przyjedzie wujek Janek! Tak synku, ale raczej dopiero  bardzo późnym popołudniem albo wieczorem. I zapewne wcale się  z nim jutro nie zobaczymy, bo przecież będzie zmęczony po całym dniu pracy i jeździe samochodem.  To może razem z wujkiem pojedziemy do ZOO?- kombinował Michaś.

W tym momencie Wojtek nieomal pojął dlaczego Marzena była nieco zmęczona  stałą opieką nad synkiem - zdecydowanie nie był milczkiem i stale miał nowe pomysły. To oczywiście  był plus, dziecko sporo myślało i werbalizowało swe myśli, ale faktycznie mogło to  być chwilami meczące. Postanowił poszukać dla siebie odpowiedniej lektury, by sprostać wcale nie łatwemu zadaniu jakim jest wychowanie dziecka tak by nie wpędzić go w żadne kompleksy a jednocześnie stymulować  jego rozwój.

Zerwał się z sofy i stwierdził, że można by się przejść na teren  tutejszego hipodromu, który jest niedaleko.  Może  będzie  można obejrzeć jakiś trening , a może dowiedzą się czy  wkrótce są jakieś zawody lub konkursy. Tutejszy hipodrom był znacznie  ładniej usytuowany niż warszawski, organizowano tu również duże imprezy, np. WKKW, czyli wszechstronny konkurs konia wierzchowego. Był też większy i właściwie był również obiektem zabytkowym, bardzo zadbanym i regularnie rewitalizowanym.

Tata, a ty umiesz jeździć  konno? Nie synku, nie umiem. Tata, ja bym chciał tak jeździć konno jak Indianie. Widziałem kiedyś na filmie. Ale to jeździli kaskaderzy a nie Indianie. Tata, a u nas są Indianie?. Nie, nie ma. A Jacek mówił, że był z rodzicami w wiosce indiańskiej u nas , w Polsce. Ale to nie była Michasiu prawdziwa indiańska wioska, tylko jej imitacja. Tata, a co to jest imitacja? To taki rodzaj udawania. Ale ci co tam jeździli konno byli wymalowani po indiańsku i mieli pióropusze indiańskie.  No właśnie- udawali Indian. Podoba mi się taki pióropusz. Jacek ma taki pióropusz, dostał na Mikołaja. Ale jak kiedyś przyniósł do przedszkola to wszyscy go przymierzali i wcale nie był wygodny. A na koniec jedno pióro odpadło i Jacek płakał. Ale potem  pani Basia go przykleiła. Chyba je, a nie go. Przykleiła pióro a nie Jacka, prawda? Pióro, czyli "je",  gdyby przykleiła Jacka to powiedzielibyśmy "go".  A co ty Misiu chciałbyś dostać od Mikołaja  pod choinkę?  Nie wiem jeszcze. No to pomyśl, czas szybko mija, za  pięć  miesięcy będziemy ubierać choinkę. Tato, a ja nie wierzę w Mikołaja. W zimie, w grudniu to pełno Mikołajów  chodzi po  mieście i w dużych sklepach.  No widzisz Misiu, to tacy sami Mikołajowie  jak ci Indianie w polskiej wiosce indiańskiej.

Tymczasem doszli do hipodromu. Na padoku  było kilka koni, a na torze trenowały kłusaki. Hipodrom był naprawdę duży i jak wyczytał Wojtek  był jednym z większych i nowocześniejszych  tego typu obiektów w Europie. Był ciągle ulepszany , widać było, że  spółka do której należy zatrudnia  profesjonalistów.

Po piętnastu minutach przyglądania się koniom Michałek stwierdził, że już się napatrzył i teraz to......poszedłby na molo w Sopocie  i na lody i pojeździł elektrycznym samochodzikiem. Wrócili więc do domu, zapytali się dziadków czy też przeszli by się na molo, ubrali się nieco cieplej i w czwórkę wyruszyli na sopocki "Monciak", tym razem zaczynając od wizyty w lodziarni  i biorąc lody "na wynos" w kubeczki. Dziecko było zachwycone faktem, że wszyscy wzięli jednakowe lody a do tego bardzo podobała mu się  mała, plastikowa łyżeczka. Wojtek widząc entuzjazm synka  powiedział szeptem  do matki- niektórym to naprawdę jeszcze  niewiele do szczęścia potrzeba, zazdroszczę mu.

środa, 7 października 2020

Samo życie - V

 Każdy dzień przynosił nowe wrażenia nie tylko Michałkowi - Wojtkowi również. Jego własny synek czasem go zadziwiał a często bardzo rozczulał. Dla małego wszystko było nowe, wielce ekscytujące. W Gdyni byli dwa razy - już samo przejście Skwerem Kościuszki było dla Michasia wielce interesujące. Z wielkim zainteresowaniem i lekkim przerażeniem oglądał jak na statku żaglowym "Dar Pomorza"  ćwiczyli  na rejach, na dużej wysokości, przyszli żeglarze.  Michaś stał mocno trzymając tatę za rękę i cały czas dopytywał się czy aby ci ludzie stojący na rejach i ćwiczący refowanie żagli  nie  spadną. W pewnej chwili zorientował się, że tam wysoko w górze stoją nie tylko mężczyźni ale i kobiety, co go bardzo zadziwiło.To panie też są marynarzami? -zapytał z wielkim zdumieniem. A babcia  też by tam weszła? Babcia, wywołana poniekąd  do odpowiedzi wytłumaczyła wnuczkowi, że gdyby w czasach kiedy była młodą dziewczyną  chciała pływać żaglowcem, to też wzięłaby udział w takim szkoleniu. Dziadek  omal nie parsknął śmiechem, bo przypomniał sobie  babcię z lat dziewczęcych, zawsze wielce starannie i elegancko ubraną, umalowaną i uczesaną, unikającą wszystkiego co wymagało nadmiernego wysiłku lub ubrudzenia się. Babcia miała dość sterczenia z głową zadartą do góry, więc razem z dziadkiem obeszli kilka sklepików z pamiątkami, a Wojtek i Michaś przypatrywali się ćwiczącym aż do  wybrzmienia ostatniego gwizdka. Gdy już ćwiczący zaczęli schodzić w dól Michaś dał się odciągnąć od Daru Pomorza i wszyscy razem poszli do okrętu - muzeum ORP Błyskawica.  W ostatniej chwili babcia zrejterowała - stwierdziła, że wykończyło ją to stanie i musi się napić szybko kawy, więc lepiej będzie gdy sami mężczyźni zwiedzą to  muzeum. Wszystkim trzem bardzo podobało się to muzeum, zwłaszcza, że oprowadzający po jego wnętrzu przewodnik przekazał zwiedzającym bardzo dużo informacji. Gdy wyszli stamtąd Michałek był bardzo przejęty tym co widział, więc  dla  relaksu dziadek zaproponował jeszcze krótki, bo zaledwie 30-minutowy rejs  stateczkiem po porcie wewnętrznym, gdzie były remontowane statki cywilne i  statki Marynarki Wojennej. Po rejsie okazało się że wszyscy są głodni, więc udali się do restauracji w pobliżu  Oceanarium. Tym razem  Michaś zdecydował się na niemal  normalne jedzenie, zgodził się na dziecięcą porcję sznycla  z frytkami i sałatą. Po obiedzie, w ramach deseru wybrali się jeszcze na lody. Odnaleźli samochód zaparkowany na jednym z hotelowych parkingów i tym razem za kierownicą zasiadł Wojtek, bo dziadek narzekał, że chyba jednak za dużo zjadł. Wyprawę na Kamienną górę i do oceanarium przełożyli na następny dzień.

Dzieci to jednak mają niebywałą kondycję. Gdy dotarli  do Sopotu Michaś już był zupełnie zregenerowany i zapytał się Wojtka  czy może trochę pobawić się na placu zabaw koło domu. Babcia z dziadkiem udali się do swojego apartamentu, a Wojtek rozsiadł się na ławce w pobliżu placu zabaw- nie chciał by dziecko było samo w obcym miejscu. Wiedział, że mały w Warszawie przeważnie był na placu zabaw bez Marzeny, no ale tam było osiedle gdzie było mnóstwo znajomych dzieci, tu nie było nikogo. Zresztą pamiętał ze swoich dziecięcych czasów, że zawsze choć jedna  mama lub  babcia czuwała przy bawiących się dzieciach. Wychodząc z samochodu wziął z niego atlas samochodowy Europy by w domu pokazać dziecku na  mapie gdzie byli poprzedniego dnia. Postanowił następny dzień rozpocząć od wizyty w księgarni by kupić atlas - przy pomocy atlasu geograficznego łatwiej będzie dziecku wszystko pokazać i wytłumaczyć. A na gwiazdkę pod choinką Michaś znajdzie globus. Z całą pewnością  przyda mu się i potem gdy już będzie  chodził do szkoły. Po pół godzinie trenowania różnych sposobów wspinania się i zwieszania z drabinek Michaś wyraził chęć pójścia do domu, co Wojtek przyjął  ze sporą ulgą.

Wracając do swego mieszkania wstąpili  po drodze do dziadków i potem razem z nimi podjechali windą do swego mieszkania. Z pół godziny pograli w "Chińczyka", potem  babcia z Michasiem zaczęli szykować kolację- tym razem babcia postanowiła zrobić racuszki i "podkuchenny Michaś" musiał mieszać  składniki ciasta. Nie  bardzo wierzył, że z wody, mąki, jajka i budyniowego proszku wyjdą  racuszki, które tak lubił. Okazało się, że pierwszy raz widzi jak one powstają bo Marzena nigdy ich w domu nie robiła a druga  babcia nie  wpuszczała go do kuchni bo bała się, że mógłby się oparzyć lub doznać innego rodzaju uszczerbku na zdrowiu. Chłopiec był wręcz zafascynowany tym prostym procesem produkcyjnym i szybko pobiegł do pokoju, by ojcu i dziadkowi opowiedzieć   jak się robi racuszki. Bardzo skrupulatnie i obficie posypywał gotowe racuszki cukrem pudrem wymieszanym z cynamonem.  Po kolacji podobnie jak poprzedniego wieczoru poszli na spacer, ale tym razem zobaczyć jak wygląda Sopot wieczorem. Chłopczyk z wielkim zainteresowaniem oglądał kioski z pamiątkami pełne wyrobów z bursztynu. Wojtek  powiedział, że może wybrać coś na prezent dla mamy, może jakieś kolczyki albo broszkę lub wisiorek. Dla mamy?- w  głosie  dziecka słychać było zdziwienie- ale ja nie chcę wrócić do mamy.  Wojtek zasępił się- nie był pewien, czy uda się przekonać Marzenę, by Michaś został u niego dłużej a sprawa w sądzie jeszcze nawet nie została złożona. Na razie tylko wytłumaczył chłopcu że nawet gdy będzie mieszkał z nim a nie z matką to przecież będzie ją odwiedzał i na pewno matka będzie zadowolona, że o niej pamiętał i wybrał dla niej prezent. Dość niechętnie  ale w końcu Michaś wybrał nieduży wisiorek, do którego sprzedawczyni dobrała rzemyk. Tato, ja nie wiem czy mamie się będzie podobać ten bursztyn, ona lubi takie złote wisiory i złote pierścionki. A tamta babcia też nosi tylko złote rzeczy. W tym momencie do akcji wkroczyła babcia - nie ma sprawy, jak nie będzie chciała to ja chętnie  będę  nosiła bo lubię bursztyn, a poza tym będzie dla mnie przypomnieniem , że byliśmy razem z tobą Michasiu nad polskim morzem. A Wojtek ze smutkiem pomyślał, że był tak ogromnie kiedyś w Marzenie zakochany i tak straszliwie ślepy. Postanowił, że  wieczorem zatelefonuje do Janka  i opowie  mu o swoich obawach. 

Michasiowi bardzo podobało się  na głównym deptaku miasta- było mnóstwo kolorowych świateł, na ulicy stały kawiarniane stoliki przy nich siedzieli wczasowicze. Bardzo się to Michasiowi podobało, więc  babcia zaproponowała, by wstąpili  jeszcze  na lody. Lodziarnia do której wstąpili miała  mały ogródek i nawet był wolny stolik, więc zajęli miejsca i poczekali na obsługę. Michaś  poprosił o lody czekoladowe i malinowe, babcia sobie zafundowała melbę, dziadek bohatersko zrezygnował z lodów  bo zjadł nieprzyzwoicie dużo racuszków, a Wojtkowi było wszystko jedno i wziął lody truskawkowe i ananasowe. Do domu wrócili nadmorską promenadą.

Michał szybko się sam wykąpał, potem wszystkich obdarował na dobranoc całusami, Wojtek otulił go kołdrą, poprzytulał i poszedł  posiedzieć jeszcze z rodzicami. Ale starsi państwo byli już zmęczeni i poszli do swego mieszkania.

 Zatelefonował więc do Janka. Janek odebrał telefon  natychmiast- ucieszył się, że Wojtek dzwoni. Miał niezłe wiadomości do przekazania- widział się z adwokatem, który może poprowadzić sprawę, przedstawił mu nagrania, opowiedział całą historię. Janek powiedział mu, że będzie pełnomocnikiem Wojtka i że w ciągu 2 dni złoży pozew oraz swe pełnomocnictwo. I w tym celu przyleci do Gdańska w czwartek rano, przywiezie  dokumenty, które mu Wojtek musi podpisać, wróci  tego samego dnia do Warszawy, złoży je gdzie należy, spakuje manatki i na weekend przyleci do Sopotu. Rano tylko zatelefonuje do Wojtka  o której ten ma  być na lotnisku w Rębiechowie. Wojtek się ucieszył, opowiedział też o tym, że Michaś nie chce wrócić do matki. Nie martw się stary na zapas, jakoś to będzie. W najgorszym wypadku będziesz codziennie  odwiedzał dziecko.  Jak nie sam to z policją. A wiesz co jest najlepsze  w tych nagraniach? to, że ona powiedziała, że za dobre alimenty jej płacisz, więc nie zrezygnuje z dziecka. Zrobiłem dwie kopie z tego nagrania, obie  wraz z oryginałem są w sejfach. Jedna kopia u tego adwokata, druga w moim kancelaryjnym.

Następnego dnia do Rębiechowa pojechali wszyscy razem. Bo lotniska to miejsca, które z reguły interesują dzieci.Wojtek podpisał wszystkie dokumenty, w tym czasie Michaś z babcią i dziadkiem zwiedzał lotnisko, Janek zrobił kilka zdjęć Michasiowi w towarzystwie dziadków  (niech adwokat zobaczy  już dziś swych klientów)  i w 2 godziny potem   Janek odleciał z powrotem do Warszawy. Obiecał jednak solennie, że przyjedzie  następnego dnia późnym wieczorem, ma nawet już podobno zarezerwowany jakiś hotel, tylko nie  wie  który, bo to załatwiała sekretarka. Wojtek poprosił by Janek spisywał wszystkie poniesione wydatki, co bardzo rozbawiło Janka, który powiedział, że nie jest w stanie wycenić pewnych kosztów, bo nie  wie  jak wycenić jeden cały wieczór spędzony z pewną panią z kancelarii gdzie zaraz po przylocie złoży pozew, ani z jeszcze jedną, która mu wynalazła adwokata. To wszystko, drogi przyjacielu, są koszty niewymierne. Wiesz, ja wciąż jestem facetem do wyrwania- samotny prawnik, już nie gołowąs ale i nie stary jest w cenie. Wierz mi, wieczór spędzony z ładną, ponętną ale niezbyt interesującą pod względem intelektu kobietą bywa straszliwie męczący, ale nie jestem w stanie przeliczyć tego na złotówki lub inną walutę. Wiesz przecież, że mam strasznie wysokie wymagania wobec ewentualnej mojej  żony- ładna, zgrabna, mądra i moja na wyłączność. Ta uroda to po prostu zespół cech zewnętrznych które mnie odpowiadają, innym się może nie podobać. Ale oprócz urody musi być po prostu inteligentna.  No i pewnie zostanę "starym kawalerem", a potem zdurnieję i ożenię się z własną pielęgniarką lub pomocą domową.

                                                   c.d.n.


wtorek, 6 października 2020

Samo życie -IV

 Jak było do przewidzenia  te dwa tygodnie nad morzem były dla małego Michała jednym wielkim pasmem nowych odkryć.  Pierwszy odkrycie - w foteliku samochodowym, który dziadek Lucek pożyczył od sąsiadów siedzi się znacznie lepiej niż w tym od  dziadków spod Warszawy. I można rysować, bo ma pulpicik i można też bezpiecznie i wygodnie pospać, bo zagłówek jest z "boczkami". Odkrycie drugie- nie sikamy w lesie po drodze, ale jedziemy na najbliższy parking do toalety. Odkrycie trzecie, w budynku mieszkalnym - ojej, tu jest taki parking podziemny, takiego jeszcze nie widziałem. Oooo, jak fajnie, mieszkamy na IV piętrze a możemy wjechać windą! I mamy duży balkon! I jaka dziwna kuchnia, nie ma w niej drzwi i kuchenki gazowej. I koło domu jest  super plac zabaw z huśtawkami ! Michaś dokładnie zwiedził nowe lokum, stwierdził, że szkoda, że z okien nie widać morza, potem wybrał łóżko dla siebie, następnie  zgodnie z poleceniem wydanym przez Wojtka poukładał swoje rzeczy na półkach szafy, zaniósł do łazienki wszystkie przeznaczone do niej akcesoria, swoje zabawki i gry schował do komody w "dziennym pokoju". Dokonał również odkrycia, że w szafie w przedpokoju jest odkurzacz i mop wraz z wiaderkiem. Gdy Wojtek uznał, że właściwie już się rozpakowali,  zjechał z synkiem do mieszkania  swych rodziców, którzy właściwie też już skończyli się rozpakowywać. Postanowili więc wszyscy razem iść nad morze i zaraz potem  zainteresować się obiadem.  Do przejścia nad morze mieli nieco mniej niż pół kilometra. Całą tę drogę Michał pokonywał w podskokach komentując wszystko co zwróciło jego uwagę. Zamilkł dopiero gdy doszli do wejścia na plażę i stanęli na szczycie wydmy a przed nimi była niemal pusta plaża i ciemno błękitna woda aż po horyzont. Duże to morze, tato- wyszeptał mały. A gdzie się ono kończy? Ono się nie kończy synku, łączy się z innym morzem, ale tu tego nie widać. Pokażę Ci to w Warszawie na  mapie. I w tej chwili Wojtek uświadomił sobie, że on w wieku sześciu lat dobrze wiedział jak wygląda morze, bo rodzice zabierali go od trzeciego roku życia  nad morze. A jego synek widzi je dopiero po raz pierwszy w życiu, bo bywał  z Marzeną  tylko w gospodarstwie jej rodziców, pod Warszawą. Marzena twierdziła, że jest za mały by mógł gdzieś pojechać sam z ojcem, a on (idiota skończony) nie protestował. A mogli przecież gdzieś wyjechać w trójkę, nie musieli spać w jednym pokoju, mogli wynająć dwa pokoje zupełnie oddzielne. Będę musiał jakoś nadrobić ten stracony czas - pomyślał.

Wszyscy zdjęli z nóg buty, które mama Wojtka włożyła  do jednej siatki i poszli nad brzeg morza. Michałek od razu wbiegł na brzeg co chwilę zalewany falami i zaraz uciekł wyżej- jaka  ta woda zimna!-wykrzyknął. Ale podpływające wciąż fale wabiły- po chwili znów stanął w miejscu, gdzie fale moczyły mu stopy. Babcia przytomnie kazała dziecku podciągnąć w górę nogawki spodenek i pomogła je podwinąć. Dziecko biegało wzdłuż brzegu piszcząc za każdym razem gdy dosięgała go fala. Poszli kawałek plażą w stronę mola, a Michałek zachowywał się jak psiak- wybiegał na pewną odległość i wracał. Ludzi było mało- nic dziwnego, bo słońce było coraz niżej. Dziadek Lucek zarządził odwrót, trzeba było wybrać się na obiad. Blisko wyjścia z plaży był bar rybny, ale zaczynało być chłodno a stoliki były tylko na zewnątrz, więc postanowiono pójść do "normalnej" restauracji, którą widzieli po drodze, na drugiej stronie ulicy. W restauracji nie było tłoku, ale bardzo apetycznie pachniało. Wojtek oczywiście nie miał bladego pojęcia co zamówić dla synka, bo na wszystkie propozycje mały się krzywił, w końcu babcia wpadła na pomysł, że dla niego zamówią po prostu naleśniki z serem, na słodko.

Wojtka cały czas gryzło sumienie, że jego nieporozumienia z Marzeną pozbawiły Michasia wielu przyjemności, których on sam zaznał w dzieciństwie. Oczywiście, dogadać się z Marzeną w jakichkolwiek sprawach dotyczących dziecka było niezwykle trudno, ale on chyba zbyt szybko zrezygnował. Marzena nigdy nie  lubiła swych teściów i ostro protestowała ilekroć  mały opowiadał jej, że był gdzieś z dziadkami. Zrobiła dziką  awanturę nawet o to, że jej była teściowa zabrała Michała do teatru kukiełkowego. Bo sąd przecież przyznał dziecko jej , więc ona ma decydować z kim i dokąd dziecko pójdzie. Od tamtego czasu Michaś nigdy nie mówił o tym, że bywa wraz z ojcem u drugiej babci. Dziecko samo wpadło na to, że lepiej nic nie mówić matce , bo może się to skończyć tak, że i na spotkania z ojcem matka się nie zgodzi.

Po obiedzie babcia i dziadek pojechali na zakupy żywnościowe - babcia stwierdziła że skoro ma kuchnię z pełnym  wyposażeniem to nie widzi przeszkód by samej gotować obiady- poza tym ma w tym wielką wprawę, zawsze może ugotować obiad wieczorem, poza tym tak będzie zdrowiej dla wszystkich. W godzinę później byli już w domu  z wielce  wypchanymi  siatkami. Potem jeszcze wszyscy poszli na spacer na sopockie molo. Michaś był zafascynowany - z początku mocno trzymał ojca za rękę, ciągle dopytywał się "czy ten most się nie zawali?", ale od połowy mola szedł już swobodnie. Tato, a co jest za morzem tam na wprost?  Wojtek uśmiechnął się i powiedział- jutro kupimy mapę w księgarni i pokażę ci wszystko na  mapie.

Kolację babcia robiła w towarzystwie Michasia  - pokazała jak się obsługuje  kuchenkę elektryczną indukcyjną, pokazała jak odróżnić zwykłe garnki od tych, które nadają się na taką właśnie  kuchenkę, zleciła dziecku oskubanie rzodkiewek z liści i umycie ich, pokazała jak smarować kromki chleba  masłem, pozwoliła by pomógł robić kanapki i by pokroił ogórki. Nie istotne było, że były to plasterki różnej grubości- ważne, że Michaś je  sam kroił. Wędlinę  babcia ukroiła sama, ale to Michaś układał plasterki wędliny na  kanapkach, co go napawało wielką dumą.Potem sam rozłożył obrus na stole w dziennym pokoju i poustawiał na nim talerzyki, poukładał sztućce- tu musiał mu dziadek pokazać jak je prawidłowo ułożyć. W końcu babcia wszystkich zaprosiła do stołu mówiąc: "przygotowaliśmy z Michasiem kolację, chodźcie  jeść". A na deser po kolacji były lody. Michaś cały czas był wesoły i uśmiechnięty. Po kolacji pomógł sprzątnąć ze stołu, dokładnie obejrzał jak babcia układa naczynia w zmywarce i szybciutko "załapał" co gdzie trzeba  nacisnąć by zmywarka zadziałała.

Po kolacji babcia zarządziła jeszcze spacer wieczorny po nadmorskim deptaku. Gdy wrócili Michaś sam się umył pod prysznicem, tato tylko pomógł dziecku wytrzeć plecy. Michaś obdarował każdego całusem i pomaszerował do sypialni. A dorośli włączyli telewizor by obejrzeć jakiś film.

Po filmie, gdy dziadkowie już wybierali się do swojego lokum, mama Wojtka powiedziała: synku, to będą  nasze najpiękniejsze wakacje, jak cudownie, że  możemy tu być z tobą i Michasiem. Musisz synku o niego zawalczyć! 

Michaś miał zwyczaj budzić  się o 6,30 rano, więc i tym razem też się tak obudził. Spali na dwóch łóżkach zestawionych razem, ale  mały uznał, że to za daleko. Przeturlał się do ojca, wcisnął się pod jego kołdrę i mocno do niego przytulił mówiąc- tata, tata, bardzo cię kocham. Ledwo obudzony Wojtek przytulił małego i wymamrotał- "to dobrze, bo ja ciebie też". I po minucie obaj spali dalej. 

Przed ósmą ocknął się Wojtek. Michaś spał, a on wpatrywał się w synka. Czuł się tak, jakby dopiero teraz został ojcem.O tym, że jest ojcem tego dziecka wiedział od dawna. Wtedy, w tajemnicy przed Marzeną zrobił test genetyczny- umożliwił mu to Janek. Kosztowało go to trochę czasu, bo w ramach rewanżu zrobił osobie, która zleciła wykonanie testu  w laboratorium przyjmującym zlecenia od sądu, projekt willi i ogrodu. Nawet wtedy nie bardzo wierzył, ale jego matka podsunęła mu kiedyś zdjęcie zrobione gdy miał ze  dwa lata - był zaskoczony, że jako małe dziecko mógłby uchodzić za brata-bliźniaka Michasia. Takie  same wątłe jasne włoski na głowie, pyzata  buzia i nos  jak ziarno fasoli. W niczym  nie przypominał siebie już choćby z czasu  liceum. Michasiowi już teraz nieco ściemniały włosy, buzia przestała przypominać dwa pączki a oczy - oczy wyraźnie przypominały kolorem oczy Marzeny, ale były nieco ciemniejsze niż jej, miały barwę ciemnego piwa, taką jak oczy mamy Wojtka. Starał się wstać z łóżka tak, by nie obudzić synka, ale nie udało  mu się- dziecko było zbyt mocno w  niego wtulone i zaraz się obudziło. Tata, muszę siku- zameldował i szybko wygramolił się z łóżka.

Wojtek przeciągnął się ziewając - jak to jednak dobrze być na urlopie. Od dawna  nie był na urlopie, a wszystkie delegacje i wyjazdy zagraniczne traktował jak urlop. Teraz będzie musiał to zmienić. Ale jak widać szef nie  będzie go teraz wciąż wysyłał, gdy wie, że Wojtek ma  zamiar odebrać dziecko swej żonie. W najgorszym wypadku zmieni pracę.Jest kilka miejsc, w  których przyjęli by go z otwartymi ramionami. Gdy ostatnio był w Mediolanie to też padło pytanie, czy nie chciałby przypadkiem dla  nich pracować. Nawet  brak włoskiego im nie przeszkadzał. A jego szef o tym wie, bo stał niedaleko i słyszał tę rozmowę. 

Gdy się golił   pod łazienką stanął Michaś  i zapytał czy może wejść i popatrzeć, co Wojtka bardzo rozczuliło i rozbawiło jednocześnie.   Chłopiec dopytywał się, czy to boli gdy tak jeździ tą golarką po twarzy, bo mama gdy goli nogi to twierdzi, że to boli. Z trudem zachowując powagę wyjaśnił dziecku, że to operacja  bezbolesna a mamę boli, bo te  włoski  na  damskich nogach to maszynki wyrywają a nie golą. A golenie to nic innego jak ścinanie włosów, tyle tylko, że przy samej skórze. A ja też będę się musiał golić jak dorosnę? - dopytywał się Michaś. No pewnie tak, chyba, że będziesz chciał nosić brodę, ale brodę też trzeba przystrzygać, skracać, kształtować, żeby nie wyglądać niechlujnie  jak  jaskiniowiec.. Tata, a ty się codziennie golisz?  Przeważnie, no chyba że zaśpię bardzo. Zdarza ci się zaspać? Mama jak zaśpi to się strasznie wścieka, a ty też się wściekasz? Wojtek roześmiał się - przecież wściekanie się nic nie pomoże, więc ja się nie wściekam.

No chodź, zrobimy śniadanie. Będziesz jadł z mlekiem te swoje kółeczka czy te cynamonowe poduszeczki? I co będziesz pił? Sok czy coś innego? Będę pił kawę z mlekiem, jak ty- z pełną powagą odpowiedział Michałek. A nie wolisz swojego kakao? Bo nie wiem czy jest w szafce ta twoja kawa, a kakao to wziąłem. Nie wiem czy babcia wczoraj kupiła. Kupiła- odpowiedział  Michałek- wstawiła do tej szafki z szybkami. Śniadanie Wojtka składało się głownie z kawy z mlekiem i jednego tosta  z dżemem. 

 Kończyli śniadanie gdy do drzwi zapukali  dziadkowie. Też byli już po śniadaniu.. Pogoda była ładna, zapowiadał się ciepły dzień, więc dziadek zaproponował by pójść do portu i popłynąć na Hel. Za pół godziny odpływa statek. Tylko weźcie jakieś kurtki, na statku nie będzie upału. Bez trudu zdążyli na statek. Oczywiście dziadek przejął inicjatywę, Wojtek został dotrzymując towarzystwa  swej mamie. Po 90 minutach wpływali do portu na Helu, powrót  mieli o godzinie 15,00. Wyprawę zaczęli od wizyty w Fokarium. Michałek był bardzo zmartwiony, że foki absolutnie nie nadają się na domowe zwierzątka. I podziwiał jak grzecznie wykonywały różne polecenia, pozwalając swym opiekunom  na zaglądanie do swych pysków, na oglądanie płetw i całej skóry,  jak  aportują wrzucane do wody przedmioty. A największe wrażenie zrobiła na nim szybkość z jaką przepływały basen śmigając tuż obok barierek, przy których stali widzowie.







Samo życie - III

 Chociaż był bardzo zmęczony  po nieprzespanej nocy Wojtek nie położył się. Przejrzał tylko uważnie plan swych zajęć na bieżący dzień, podkreślił na czerwono sprawy, które musi załatwić, wyszedł cichutko do pobliskiego sklepu po świeże bułki , mleko i jakieś dwa rodzaje muesli, które jadał Michaś. Dokupił  dwa kartony soku pomarańczowego, gumę Orbit bez cukru i zamówił  kurczaka z rożna.

Gdy wrócił  zastał Janka i Michasia grających w jakąś grę planszową. Szybko przygotował śniadanie dla wszystkich. Michaś miał cichą nadzieję, że może nie pójdzie tego dnia  do przedszkola, ale Wojtek wytłumaczył dziecku, że nie może tak nagle opuścić dnia pracy, ale z pewnością po niego przyjdzie zaraz po godzinie piętnastej. Obaj panowie odprowadzili Michasia do przedszkola, Wojtek wszedł by porozmawiać z dyrektorką, ale tej jeszcze nie było , więc tylko  wyjaśnił wychowawczyni, że tego dnia przyjdzie po dziecko o godz. 15,00 a poza tym to zabiera małego na dwa tygodnie   poza miasto.

Zostawiwszy małego w przedszkolu wrócili do mieszkania na "naradę wojenną" i by w spokoju odsłuchać tego co się nagrało. Sprzęt był bardzo dobrej jakości, "szpiegowski" jak to określił Janek i wart wydanych na niego dolarów. Przesłuchawszy nagranie Janek zaczął podejrzewać, że  Marzena chyba była po jakiejś libacji, ale Wojtek twierdził, że nie wyglądała na nietrzeźwą. Wojtek poprosił przyjaciela, by ten  skierował go do  kogoś, kto zajmie się sprawą pozbawienia  Marzeny prawa do opieki nad dzieckiem i poprowadzi to szybko i  sprawnie. Teraz Michał ma   już 6 lat, od września idzie do szkoły i ma prawo wypowiedzieć się w sądzie u kogo i dlaczego chce być. A Michaś to bardzo rezolutny chłopczyk i na pewno sporo sądowi opowie. Z kolei  Janek dodał, że bardzo chętnie dorzuci swoje trzy grosze do sprawy, jeżeli  Wojtek powoła go na świadka. Po wypiciu dwóch mocnych kaw obaj ruszyli do swych spraw służbowych. Janek zlecił w swojej kancelarii by jedna z pracownic przygotowała pozew, podzwonił po znajomych prawnikach by wynaleźć adwokata specjalizującego się w takich sprawach prowadzonych przez sąd rodzinny. Około południa już wiedział do kogo zatelefonować i   umówić się na spotkanie. A Wojtek pogonił do pracy swoich ludzi. Co prawda dyrektor i właściciel  biura w jednej osobie nie był zachwycony, że przez dwa tygodnie sam będzie się musiał "użerać" z pracownikami a do tego nadzorować budowę, ale gdy Wojtek mu w skrócie zrelacjonował co go spotkało, pokiwał głową mówiąc- coś podobnego, ale ci się stary kiepsko w życiu ułożyło. To jasne, bierz małego, jedźcie, musicie obaj wrócić do równowagi. A jak wrócisz to pogadamy, bo mogę ci polecić kogoś do opieki nad małym gdy pójdzie do szkoły. I może na czas gdy przedszkole będzie miało przerwę wakacyjną wyślesz synka  na prywatne kolonie - mój wnuczek już trzeci raz tam pojedzie, a jest tylko rok starszy od twojego chłopca. Na weekendy zjeżdżają tam również rodzice dzieci. To takie miłe miejsce, wszyscy się tam dobrze czują.I mali i starzy. Jak wrócisz to pojedziemy tam, weźmiesz  synka niech obejrzy wszystko i jeśli mu się spodoba to go tam wyślesz w sierpniu. Na wszelki  wypadek zarezerwuję już miejsce dla twojego synka. A jak ma  na imię? Ooo, Michał to ładne imię i mnóstwo możliwości zdrobnień. A teraz dokąd pojedziesz  z nim? Pojedź z nim nad morze- jeszcze nie ma wakacji, więc nie będzie tłoku i będą miejsca. Zaczekaj- wyciągnął z biurka notes, chwilę przerzucał kartki - o , zobacz, tu mam adres gdzie możesz wynająć mieszkanie w Sopocie- blisko morza, blisko restauracji i niedaleko do stacji szybkiej kolei miejskiej. Teraz jest nawet nieco taniej, bo nie sezon. Weź mieszkanie dwupokojowe z wyposażeniem kuchni. Jak chcesz to możesz wziąć swój służbowy samochód zamiast jechać pociągiem do Sopotu, ale na miejscu to najlepiej jednak jeździć pociągami  lub popłynąć statkiem. Zobaczysz,  mały będzie zachwycony. Do góry głowa, dasz sobie radę, możesz na mnie liczyć, zawsze ci pomogę. Pamiętaj o tym i czule poklepał Wojtka po ramieniu. Wojtkowi aż przez moment głos uwiązł w gardle- nie spodziewał się, że szef, wiecznie ciskający cholerami i raczej wrzeszczący na wszystkich okaże mu tyle zrozumienia. Poczuł się w pełni doceniony i nieco raźniej.

Zatelefonował natychmiast do Sopotu do agencji wynajmującej  mieszkania, wynajął mieszkanie, przelał na konto agencji zaliczkę. Pannę Isię, która w firmie była gońcem poprosił by kupiła dla niego i dziecka bilety do Sopotu i z powrotem, najlepiej w I klasie.Zapisał jej daty wyjazdu z Warszawy i z Sopotu, miejsca oczywiście przy oknie.

Wpadł na moment do szefa, by mu powiedzieć, że mieszkanie już wynajął, a  teraz wyskoczy na budowę. Szef uśmiechnął się od ucha do ucha - zaczekaj 10 minut, pojedziemy razem.

Równo o godzinie 15,00 Wojtek przyszedł do przedszkola po  synka. Razem z nim poszedł do mieszkania swych rodziców, by powiedzieć im że wyjeżdża z dzieckiem  nad morze na całe 2 tygodnie. Wspomniał też  krótko o tym, że będzie się starał by dziecko odebrano Marzenie i przekazano jemu. Nie opowiadał szczegółów, nie chciał ich denerwować. Dziadek opowiadał Michasiowi, co będzie mógł zobaczyć nad morzem, nad którym chłopczyk  jeszcze nigdy nie był. Poprosił by dziadek mu to wszystko zapisał, a on na miejscu będzie stawiał "ptaszki" przy tym co już zobaczył. W spisie dziadek umieścił rejs statkiem po porcie  gdańskim, zwiedzanie  Gdańska, rejs statkiem na Półwysep  Helski i wizytę w Fokarium i na  latarni  morskiej, zwiedzanie Gdyni a w niej koniecznie Oceanarium, zwiedzenie okrętu  wojennego, wycieczkę na Kamienną Górę i obejrzenie panoramy Gdyni, zwiedzenie Katedry w Oliwie i starego zabytkowego parku, wycieczkę  pociągiem na Półwysep tak by przejechać przez jego najwęższe miejsce i z okien pociągu zobaczyć jednocześnie morze i zatokę. W Sopocie koniecznie pospacerować na molo i popływać statkiem pirackim. No i koniecznie na Półwyspie iść na plażę, wykąpać się w morzu. I nazbierać dla  babci i dziadka muszelek. 

Przy okazji babcia wyciągnęła z szafy duży kąpielowy ręcznik oraz frotowy płaszcz kąpielowy dla Michasia a ze swych "zapasów" krem z filtrem p. słonecznym. Gdy Wojtek wysłuchał co powinien wziąć ze sobą stwierdził z przerażeniem że w jedną walizkę to się nie spakują. W tej chwili pożałował, że wykupił bilety kolejowe. 

Nie ma sprawy- ojciec Wojtka nie widział problemu-  widzę dwa rozwiązania- zaraz zatelefonuję do tej agencji i jeśli w tym samym budynku lub sąsiednim jest jeszcze jedno takie dwupokojowe mieszkanie to my też jedziemy z wami. Nasza  landara pomieści nas w czwórkę  razem z bagażem swobodnie. Co kombi to kombi. A  bilety dasz mi i ja je dzisiaj zwrócę.  Wojtek szybko zatelefonował do tej agencji - nie sezon, więc jeszcze było drugie mieszkanie do wynajęcia, a Wojtek szybko wykonał drugi przelew. 

Mały skakał  z radości po  całym pokoju i podśpiewywał - jedziemy  nad morze,  jedziemy nad morze, będziemy pływać. Babcia była nieco zaniepokojona - no bo jak pojedzie  bez wizyty u fryzjera? Kochanie- przecież nad morzem i tak chodzisz zawsze w czapeczce, to nie ma sprawy -ojciec  Wojtka nie widział problemu. No chodzę, fakt - najwyżej tam pójdę, zgodziła się chętnie mama Wojtka. A więc daj Wojtusiu tacie te bilety. I myślę, że jutro  powinniśmy wyruszyć nie później niż o 10 rano. My pod ciebie z tatą podjedziemy- zarządziła  mama. O rany- zapomniałem, że mam  zamówionego pieczonego kurczaka w sklepie- ocknął się Wojtek. Chodź Misiu, lecimy po tego  kuraka. To zadzwoń synku do mnie czy masz tego kurczaka, dobrze? To go sobie weźmiemy  na drogę.

Całą drogę do domu Michaś podskakiwał i podśpiewywał: jedziemy nad morze, nad morze, nad  morze. I babcia Jola jedzie i dziadek Lucek. A Wojtek pomyślał, że ma naprawdę  wspaniałych rodziców. I fajnego szefa. Na szczęście kurczak w sklepie ciągle jeszcze na Wojtka czekał.

Wojtek w 10 minut spakował swoje rzeczy. Doszedł do wniosku, że jeśli mu czegoś zabraknie to po prostu sobie dokupi na miejscu, Nie jadą na bezludzie ale do Trójmiasta. 

Trochę więcej namysłu musiał poświęcić nad spakowaniem rzeczy dla synka. Całkiem przytomnie  spakował dla niego również kredki, blok rysunkowy i jeden nieduży komplet klocków Lego, ukochane dwa modele wyścigowych samochodzików oraz zestaw gier planszowych.

Gdy skończył czuwanie nad wieczornymi ablucjami Michasia i wpakował go do łóżka, zatelefonował do Janka podając mu adres gdzie będą mieszkać. Janek stwierdził, że jeśli mu "palma odbije" to może wpadnie  do nich w następny weekend. Dawno nie był nad Bałtykiem w dobrym towarzystwie i takie przewietrzenie się dobrze mu zrobi. Tyle tylko, że on to raczej zamieszka w hotelu, bo dwa pokoje z kuchnią  nie są mu potrzebne. I jeśli przyjedzie to dopiero w następny piątek  wieczorem , późnym wieczorem i dlatego woli hotel. Wybierze taki, który ma czynną do późnej godziny restaurację. I jak dobrze się wszystko ułoży to przyjedzie aż na 3 dni. Przy okazji Janek powiedział, że we wtorek jest umówiony z adwokatem specjalizującym się w sprawach  opieki nad  dziećmi i omówi z nim sprawę  Wojtka.

Gdy wreszcie umęczony Wojtek znalazł się w łóżku,  z wielką wdzięcznością pomyślał o swoich rodzicach i o przyjacielu- to dzięki ich pomocy i wyrozumiałości  z nieco większym optymizmem mógł spojrzeć w przyszłość.

Rano, tuż przed wyjazdem powiadomił Marzenę, że wyjeżdża z dzieckiem nad morze a nie w góry. Wiadomość zostawił na sekretarce, bo Marzena nie odbierała telefonu.

poniedziałek, 5 października 2020

Samo życie - II

Gdy Wojtek wyszedł z domu Marzeny na dworze już dniało. Nic dziwnego, był przecież początek czerwca.  Był zmęczony a musiał zaraz wiele spraw przemyśleć a i załatwić sporo.  Z wdzięcznością pomyślał o swym przyjacielu, który teraz opiekował się Michasiem.  Znali się od czasu szkoły podstawowej i zawsze sobie pomagali. Czasami nawet ostro się sprzeczali, ale obaj wiedzieli, że mogą na siebie wzajemnie liczyć. Niewiele takich dziecięcych przyjaźni było w stanie przetrwać okres burz hormonalnych, fazy  kochania się w dziewczynach (czasem obu w jednej) a potem  ich mniej lub bardziej trwałe związki z kobietami.

Jan nie lubił Marzeny, a przede wszystkim nie ufał jej, ale  dobrze wiedział, że osobnik zakochany na ogół inaczej spogląda  na swój obiekt uczuć niż jego otoczenie i pozostaje głuchy i ślepy na wszelakie argumenty otoczenia. Miał już za sobą kilka lat wspólnego mieszkania z kobietą. Miał nawet ochotę wziąć z nią ślub, ale na ochocie się skończyło, bo wybranka jego serca uważała się za "kobietę wyzwoloną" i była zwolenniczką związku otwartego i nie mogła pojąć czemu Jan nie  akceptuje jej "skoków w bok" wynikających ze zwykłej ciekawości jak będzie wyglądał seks z innym mężczyzną. Twierdziła, że kocha tylko Jana, a ci inni? - ona ich traktuje tak jak mężczyźni kobiety czyli przedmiotowo - tylko seks i....cześć. Była bardzo zdziwiona, że Janek jest taki "okropnie staromodny". Po tym związku miewał jakieś przelotne romanse, ale patrzył na wszystkie kobiety przez silne szkło powiększające. Gdy Wojtek powiedział mu o swym zauroczeniu Marzeną powiedział: to twoje  życie Wojtku, przespałbym się z nią chętnie, ponętna, ale ona nie jest materiałem na żonę i matkę, czuję to przez skórę.  Jakoś brak w niej takiego wewnętrznego ciepła i na pewno nie poda ci szklanki wody gdy będziesz  leżał chory. 

Wojtek był nieco zdruzgotany opinią swego przyjaciela i nie mógł uwierzyć, że dziewczyna tak mocno stale się do niego tuląca i zapewniająca o swym uczuciu nie jest dobrym materiałem na żonę. Mieli poczekać ze ślubem aż do chwili ukończenia studiów przez  Wojtka i otrzymania mieszkania. Antykoncepcja spoczywała w rękach Marzeny , brała tabletki. Ale  po roku "zapomniała" na czas pójść do lekarza po receptę i przez kilka dni gdy już powinna je brać - nie brała. Oczywiście nie pisnęła Wojtkowi ani słowa o tym fakcie - twierdziła, że była pewna, że zmieściła się we właściwym przedziale czasowym i ciąża jej nie groziła.  Gdy okazało się, że jednak jest w ciąży stwierdziła, że może ją usunąć, choć zdaniem lekarza usuwanie pierwszej ciąży jest ryzykowne. Wojtek wtedy zaproponował inne rozwiązanie, czyli ślub. Janek został przez Wojtka poproszony na świadka, choć rozmowa, którą wtedy ze sobą  odbyli nie była wcale miła - Janek nie wierzył, że Marzena  zapomniała pójść na czas do lekarza, podejrzewał, że zrobiła to celowo. A nawet jeżeli o pójściu po receptę naprawdę zapomniała a ponadto nie podzieliła się z Wojtkiem tą informacją, by mogli przedsięwziąć inne środki zapobiegawcze, to też nie  świadczy  o niej dobrze - to przecież dowód, że jest osobą  nieodpowiedzialną. 

Od chwili, gdy Wojtek zaproponował ślub, pomiędzy Marzeną a nim  zaczęły się ustawiczne sprzeczki, czasami ostre. O to jak ma wyglądać ślub, wesele, ilość gości, również o to, że babcia Wojtka nie przepisała swego mieszkania na Wojtka a tylko na jego rodziców, a przecież oni mają w nim mieszkać a nie rodzice Wojtka. Wojtek, ciągle jeszcze w stanie całkowitego zaślepienia uczuciem do Marzeny stale ją usprawiedliwiał tym, że widocznie ciąża tak  źle wpływa na psyche ukochanej.  Janek ograniczył swe komentarze do niezbędnego minimum - tylko raz powiedział, że mądrzej by było nie brać ślubu, a dziecko uznać dopiero po badaniach  genetycznych ustalających ojcostwo i wtedy dopiero ewentualnie brać ślub. No ale wiadomo, miłość bywa  ślepa i  pewnego pięknego jesiennego dnia, we wrześniu, w miejscowości rodzinnej Marzeny, odbył się ślub i wesele. Suknia  ślubna  panny młodej z trudem ukrywała fakt, że związek już został skonsumowany. Z rodziny Wojtka byli tylko jego rodzice i siostra jego ojca, ze wspólnych znajomych kilka koleżanek Marzeny z pracy oraz Janek z aktualną wówczas dziewczyną. Reszta gości to była liczna rodzina Marzeny i znajomych jej rodziców.

Przez  te wszystkie perturbacje Wojtek przerwał studia w chwili, gdy zaczynał swą pracę magisterską - przecież trzeba było zarabiać jakieś pieniądze - wkrótce miało się urodzić dziecko. 

W prezencie  ślubnym Marzena dostała od swych rodziców dwupokojowe mieszkanie na osiedlu, w którym mieszkała babcia Wojtka. W tym okresie w Warszawie oddano do zasiedlenia nowe osiedle i wiele osób mieszkających na tym osiedlu sprzedawało swe mieszkania i przeprowadzało się na nowe, atrakcyjniejsze osiedle, w którym były większe metrażowo mieszkania a poza tym wiadomo było, że będzie tam z czasem metro. 

Rodzice Marzeny mieli własne gospodarstwo ogrodnicze, które przynosiło niezły dochód, więc kupno niedużego mieszkania  "z odzysku" nie stanowiło dla nich finansowego problemu. Zadbali też o to by mieszkanie notarialnie stanowiło tylko własność Marzeny, nie stanowiło wspólnego  majątku z mężem. Wojtek bardzo się podobał swoim teściom i to tak bardzo, że stwierdzili, że powinien natychmiast wrócić na uczelnię i kontynuować studia, oni po prostu będą młodym pomagać finansowo do czasu aż Wojtek zakończy studia i zdobędzie tytuł magistra i zacznie pracować. Przemeblowali też swój dom tak, by młodzi wraz z dzieckiem mogli z nimi mieszkać dopóki nowo  kupione dla Marzeny mieszkanie nie  zostanie gruntownie wyremontowane.  Matka Marzeny szalała z zakupami, dziecka jeszcze nie było na świecie a stos ubranek rósł  w górę i zapewne gdyby były trojaczki to też byłoby w co je ubrać. Brakowało tylko wózka, ale w drodze  łaski teściowa uznała, że wózek to musi Marzena sama wybrać. Wojtek był tym wszystkim wielce oszołomiony, ale stwierdził, że teściowie są naprawdę "do rzeczy".

Od chwili ślubu do czasu aż Michaś ukończył trzy miesiące życia mieszkali u rodziców Marzeny. I, jak potem "odkrył" to Wojtek, to był najlepszy, najspokojniejszy okres ich małżeństwa. Marzena była słodka, przylepna, o nic się z Wojtkiem nie sprzeczała, jej jedynym zajęciem było karmienie Michasia. Wszystkie posiłki i wszelakie prace domowe były na głowie jej mamy, Marzena tylko karmiła piersią  dziecko, resztę prac pielęgnacyjnych pozostawiając swej matce.

Gdy mieszkanie było już wyremontowane, ku wielkiemu niezadowoleniu Marzeny Wojtek stwierdził, że czas zamieszkać samodzielnie. Szykował się do obrony pracy, często musiał bywać w Warszawie i nawet owe 30 kilometrów oddalenia od miasta stawało się problemem- głównie czasowym, nawet gdy korzystał z samochodu teścia. I to był właściwie początek końca małżeństwa. Marzena zupełnie  nie  miała ochoty by się zajmować dzieckiem i domem. Z początku w każdy piątek późnym popołudniem przyjeżdżał po nią i dziecko jej ojciec. Marzena mówiła Wojtkowi, że dziecko musi mieć lepsze powietrze niż to warszawskie, które ma tak wysokie  zapylenie. W domu zostawał Wojtek, który brał się za sprzątanie, pranie, zaopatrzenie domu w wiktuały, oprócz warzyw i owoców, bo te przywoził teść wraz z Marzeną i Michasiem.

Wreszcie Wojtek obronił pracę magisterską, znalazł dobrze płatną pracę w znanym i dobrze prosperującym prywatnym biurze projektowym. A Marzena zapisała Michasia do osiedlowego żłobka. Zmieniła pracę, teraz pracowała tylko na pół etatu, co niestety wcale nie wpłynęło jakoś dodatnio na jej działania w domu. 

Co kilka dni była jakaś awantura, bo Wojtek  bardzo dużo pracował- gdy zostawał dłużej w pracy Marzena telefonowała co pół godziny i dopytywała się,  kiedy skończy obściskiwać koleżanki z pracy, gdy musiał coś wykończyć w domu, zwracała mu uwagę, że to dom a nie pracownia. Zmordowany jej zachowaniem Wojtek zaproponował jej by poszła na jakąś terapię, bo on ma już dość jej dziwacznego zachowania. Życie intymne praktycznie  nie istniało. Gdzieś ulotniła się ta zapatrzona w Wojtka, tuląca się do niego wciąż dziewczyna. Do tego dochodziły  wciąż jakieś infekcje Michasia, które  mały załapywał w żłobku. Gdy Michaś miał dwa lata Wojtek odbył z Marzeną poważną  rozmowę - chciał się wreszcie dowiedzieć  na jakiej zasadzie ma dalej trwać ich małżeństwo, skoro jedyne co ich łączy to....ciągłe scysje. Wojtek był bardzo spokojny, mówił półgłosem, prosił tylko by mu wytłumaczyła co się stało, co zrobił takiego złego, że nie mogą dalej żyć  razem pod jednym dachem. On po prostu już nie ma pomysłu na wspólną przyszłość. Bo jeżeli dalej tak ma być to lepiej by się rozeszli, niż dalej trwali w takim  niezdrowym układzie. Po prostu już cię nie kocham - tak zwyczajnie, bez emocji powiedziała Marzena. I może nigdy cię nie kochałam a tylko mnie pociągałeś. I gdyby nie ta ciąża to nie wiem czy wyszłabym za ciebie. Rozejdźmy się, ale Michasia ci nie oddam, tyle tylko, że nie będę mu broniła kontaktów z tobą. W niecały rok potem otrzymali rozwód. Dziecko zostało pod opieką matki , zwłaszcza, że było to jeszcze  małe dziecko. Wojtek przeprowadził się do mieszkania swej babci, którą jego rodzice wzięli do siebie. Starsza pani już nie powinna była mieszkać sama, wymagała stałej opieki a nie chcieli  oddawać jej do jakiegoś ośrodka  specjalistycznego. Tym sposobem Wojtek mieszkał dwie ulice dalej od swego dziecka.  A teraz Wojtek musiał jednak zadbać o dobro dziecka, nawet zabierając je Marzenie.

                                                       c.d.n.





niedziela, 4 października 2020

Samo życie

 Obudził go natarczywy dźwięk dzwonka u drzwi wejściowych. Otworzył gwałtownie oczy, wciąż niezbyt przytomny. W pokoju panował półmrok. Rzucił dookoła wzrokiem- nie był pewien czy ten dzwonek słyszał naprawdę czy może  mu się tylko przyśnił. W kilka sekund później znów rozległ się dzwonek. Zerknął na zegarek- dochodziła godzina 23,00. Wstał z kanapy, na której nie wiedząc nawet kiedy zapadł w sen i pocierając zdrętwiały kark ruszył do drzwi wołając: już idę, idę! 

Otworzył drzwi nie zerkając  nawet w wizjer i wpadł w przerażenie - na wycieraczce stał jego sześcioletni synek w piżamce, ale z plecaczkiem na plecach i wypchaną plastikową reklamówką.  Wojtek rozejrzał się nadal niezbyt przytomny i zapytał: synuś, a gdzie mama?  Nie wiem- odpowiedział malec. Oszukała  mnie, powiedziała, że nigdzie nie wyjdzie, ale nie ma jej w domu,  to ja też wyszedłem.

Zdumiony Wojtek wciągnął dziecko do mieszkania a sam wyjrzał jeszcze na klatkę schodową by upewnić się, że dziecko przyszło samo, a nie z matką. Wrócił do mieszkania, pomógł dziecku pozbyć się plecaczka, sprawdził czy nie jest wychłodzony, wziął małego na ręce i poszedł z nim do pokoju. Posadził na kanapie, usiadł obok, przytulił.

No to teraz opowiedz mi co się stało- powiedział spokojnie, choć myśli kotłowały mu się w głowie. Dlaczego do mnie  nie zatelefonowałeś wpierw, przecież mogło mnie nie być w domu więc jakbyś wrócił z powrotem do mamy?  Nie wróciłbym, poszedłbym do babci Joli- wyjaśniło dziecko.   No ale do babci nie jest blisko, to w innej dzielnicy. Mógłbyś zabłądzić. I jakbyś tak wędrował po  mieście w piżamce? 

Mały sięgnął do zewnętrznej  kieszeni plecaczka i wyciągnął klucze - wziąłem klucze od domu, widzisz tato? Widzę synku, widzę. Zaczekaj, muszę zatelefonować do kogoś.

Podszedł do telefonu i wykręcił numer swego przyjaciela. Przepraszam cię, ale przyjedź do mnie natychmiast, to strasznie ważne i pilne. I weź ze sobą dyktafon.

Tata, ja chcę u ciebie  mieszkać, mama często zostawia mnie samego w domu na noc, a ja się boję.  Gdy idę  spać to mama jest, a potem budzę się w nocy i jej nie ma w domu.

Mówiłem mamie, że chcę u ciebie  mieszkać, ale mama powiedziała, że ty mieszkasz teraz z panią, która nie lubi dzieci. I że sąd postanowił, że mam  mieszkać z nią a nie z tobą, bo ty często wyjeżdżasz w delegacje. No ale gdy ty wyjedziesz to ja mógłbym wtedy spać u babci Joli albo babcia by tu spała ze mną,  perorował jak nakręcony. 

Wojtkowi z lekka pociemniało w oczach. Synku, przecież widzisz, że tu żadnej pani nie ma, mieszkam sam, a jeżeli kiedyś  jakaś pani tu zamieszka to będzie to taka pani, która będzie lubiła dzieci a  ciebie będzie kochała, nie tylko lubiła.

Rozmowę z dzieckiem przerwało przyjście przyjaciela Wojtka, który własnym kluczem otworzył  mieszkanie. Panowie wymienili się już dość dawno kluczami- przyjaźnili się od wielu lat.  Janek wszedł do pokoju i od progu rzucił- a już myślałem, że znów ci dysk wyskoczył. Cześć Misiu, dawno cię nie widziałem, urosłeś sporo - powiedział przytulając chłopca.  Wziąłeś sprzęt? - zapytał Wojtek. Tak mam przy sobie. Janek usiadł obok chłopca i zapytał : a czemu ty Misiu nie  śpisz w swoim łóżeczku a jesteś u taty? Mama cię tu  podprowadziła?  Mały zerknął  na swego tatę i z wyraźną dumą w głosie powiedział- nie, mamy nie ma w domu, mówiła, że  nigdzie nie wyjdzie, ale mnie oszukała i wyszła z domu. To ja też wyszedłem i poszedłem do taty. I zobacz wujek, mam nawet klucze do mieszkania i zamknąłem drzwi na dolny zamek. To dobrze zrobiłeś, że zamknąłeś je  na dolny zamek. A dzwoniłeś wpierw do taty, żeby sprawdzić czy jest w domu? Chłopczyk przecząco pokręcił głową i znacznie ciszej, już bez dumy w głosie  powiedział- nie,  nie telefonowałem, bo gdyby taty nie było poszedłbym sobie do babci Joli. Babcia zawsze jest w domu od wieczora do rana. Misiu, a ty często zostajesz sam w domu na noc? Mama ci mówi wieczorem, że wychodzi z domu? Raz mi powiedziała, ale strasznie długo płakałem i mama na mnie nakrzyczała, że jestem mazgaj, bo wszystkie dzieci zostają w nocy same w swoim domu i że ona przecież wychodzi tylko na kilka godzin, dwie lub trzy i wraca do domu. Więc mam spać a nie ryczeć.  Janek zerknął na zegarek - już północ, powinieneś Misiu już spać. Posłuchaj- myślę, że zrobimy tak - ja tu zostanę z Tobą, obaj pójdziemy spać, dasz tacie swoje klucze i tata pojedzie do mieszkania twojej mamy i tam na nią zaczeka. Bo przecież gdy mama wróci i cię nie znajdzie w łóżeczku to się strasznie zdenerwuje i zadzwoni po policję, żeby cię szukali. Jak chcesz to dosuniemy twoje łóżko do łóżka w którym ja będę spał i możesz mnie nawet trzymać za rękę. Powiedz mi tylko czy takie rozwiązanie ci odpowiada, czy nie będziesz się  bał zostać tu ze mną. Chłopczyk się uśmiechnął - nie musimy się trzymać za ręce, nie będę się bał spać  w swoim łóżku gdy ty wujku  będziesz spać w tym samym pokoju. A opowiesz mi coś na dobranoc? Opowiem, zapewnił go Janek. Ale  rozumiesz- taty nie będzie w domu, pójdzie do mieszkania  twojej mamy i tam na nią zaczeka. Więc jak się rano obudzisz to ja będę obok, a nie twój tata.

W piętnaście minut później chłopczyk słuchał opowieści o pewnej kociej rodzinie, a jego tata wędrował  do mieszkania swej byłej żony. W jego kieszeni spoczywał sprzęt do nagrywania rozmów, a on się zastanawiał co się stało, że ich miłość gdzieś uleciała w Kosmos a mały człowiek przez to wszystko cierpi.

Osiedle wyglądało jak zamarłe, w większości mieszkań już nie świeciły się światła. W głębi duszy podziwiał swe dziecko, że samo, o tak późnej porze odważyło się iść ulicami. Trochę się dziwił, że nikt małego nie widział, bo przecież tak na zdrowy rozum, to taki dzieciak wędrujący późnym wieczorem w piżamce, z plecaczkiem powinien kogoś zainteresować. Ale być może, że akurat  nikt tędy nie szedł, a być może, że  mały wędrował  " na skróty" przez podwórka i plac zabaw.

Tak jak się spodziewał Marzeny nie było w domu. Włączył telewizor, przejrzał kasety z filmami i jedną z nich wrzucił do magnetowidu. Po 10 minutach wyłączył bo oglądanie po raz "nasty" serii nagranych "dobranocek" nie działało na niego  dobrze. Z łóżeczka Michasia wziął poduszkę i położył się na wersalce. Był zmęczony, dzień wcześniej wrócił z zagranicy.  Rozmyślał,że właściwie to powinien wystąpić do sądu o odebranie  Marzenie opieki nad  synkiem. Jak będzie trzeba to nawet pracę zmieni, a może mama mu trochę początkowo pomoże nim się wszystko unormuje.

Około 3 nad ranem wróciła Marzena. Nim weszła do pokoju, w którym leżał na wersalce Wojtek poszła do łazienki i wzięła prysznic. Wchodząc do pokoju zapaliła światło i aż krzyknęła na widok Wojtka -  o Boże, co się stało? Michał chory? Wojtek przecząco pokręcił głową - nie , nie chory ale jest u mnie w mieszkaniu. To ty powiedz co tu się dzieje, że zostawiasz dziecko nocą samo i gdzieś buszujesz  niemal do świtu.

Ojej, wielkie mi co - nie było mnie trzy  godziny i tyle krzyku. Wszyscy rodzice zostawiają dzieci w tym wieku same w domu. A co, telefonował po ciebie? 

Wojtek zaciskając mocno pięści i powtarzając w myśli " spokój, spokój, nie daj się sprowokować" powiedział - nie, nie telefonował, po prostu sam do mnie przyszedł, w piżamce, z plecaczkiem i plastikową reklamówką , w której przyniósł zapasowe ubranie. A ciebie w domu nie ma od dawna, bo 3 godziny to ja tu siedzę. Sądzę, że powinnaś trochę odpocząć od opieki nad Michasiem, wezmę go na dwa tygodnie w góry. Wyjedziemy pewnie pojutrze. Bądź tak miła i albo mi teraz daj dla niego rzeczy na te dwa tygodnie, albo jutro będę musiał zrobić rajd po sklepach i coś mu dokupić.

No proszę, jaśnie pan raczy wziąć dziecko gdzieś na urlop. Nad morze, w góry czy na Mazury? Weź go, nie ma sprawy, zobacz jak to fajnie być stale z gnojkiem, któremu się  buzia nie zamyka i o wszystko się kłóci. A tak w ogóle, to nawet nie wiesz czy to twoje dziecko, czy może kogoś innego.

Słuchaj Marzena- doskonale wiem, że dziecko jest moje, a tego rodzaju wątpliwości mogłaś przedstawić w sądzie, zrobiliby badania genetyczne. Poza tym możesz się zrzec sądownie opieki nad nim, to żaden problem.

Oooo, na to nie licz, za dobre  alimenty mi płacisz. Szkoda ich tracić- roześmiała się głośno i pokazała Wojtkowi język. Idź do pokoju  małego i sam wybierz z szafy  to co uważasz, że mu będzie potrzebne. Nie jestem twoją służącą drogi tatusiu  Michasia.

Gdy Wojtek wybierał rzeczy dla dziecka stała w drzwiach i mamrotała - muszę pilnować żebyś mi czegoś  nie zwinął przy okazji. Potem na chwilę wyszła i wróciła z  niedużą walizką. No i weź jeszcze kalosze dla niego. Oooo, fajnie wreszcie odpocznę od smarkacza.

Wojtek cały czas milczał, bo bał się, że gdy się odezwie to skończy się to wszystko awanturą, a w jego  kieszeni  dyktafon cały czas wszystko nagrywał.

                                                  ciąg dalszy nastąpi


P.S.

I jak zwykle- dajcie  znak życia po przeczytaniu  ;) lub ;(



środa, 9 września 2020

Z pamiętnika żony taternika -III

wtorek/ marzec
Wróciliśmy z Zakopca. Pogoda była znośna, brakowało słońca, śnieg był i to sporo.
Znów mieszkaliśmy na Grunwaldzkiej, z wyżywieniem u Rzemieślników. W tym samym czasie
była w Zakopcu  moja koleżanka. A. szlifował stok  a my krążyłyśmy po dolinkach Reglowych. Wyniosło nas  na Kalatówki, minęłyśmy je  i z rozpędu doczłapałyśmy się aż na Halę Kondratową. Wypiłyśmy w schronisku herbatę  z cytryną i pomału poszłyśmy do domu. A. w międzyczasie skończył szlifowanie stoku i ogromnie się zdenerwował, że mnie jeszcze nie ma w domu.
Oczywiście  nie znalazł kartki  z informacją, że wybieramy się na Kalatówki , bo zostawiłam ją
na swoim  łóżku a nie na środku pustego stołu. No ale nawet gdyby znalazł to też  by się zdenerwował, bo przecież poszłyśmy dalej i to nam wydłużyło czas pobytu poza domem. A tak
się nam dobrze dreptało, że pokusiło nas by iść dalej.
No cóż, przecież nie  biegam po śniegu, zwłaszcza w dół idę znacznie wolniej niż w górę by
sobie tego rozpirzonego kolana bardziej nie rozpirzyć, więc trochę nam  zeszło nim wróciłyśmy.
Strasznie  się na mnie wydzierał, że jeszcze trochę a wysyłałby po nas TOPR. Wysłuchałam,
powiedziałam grzeczniutko, że przepraszam i że przecież mógł się domyśleć, że z Kalatówek
to jednak jest kawałek drogi, a my jeszcze poszłyśmy na Kondratową... Wtedy wrzasnął, że
przecież  nie wiedział gdzie jestem, więc pokazałam mu na swoje  łóżko i dużą kartkę na nim.
Zatkało biedaka.
Byłam raz  na biegówkach, ale nie zachwyciła mnie ta zabawa. Szkoda, że nie było nart śladowych.
I wcale nie jestem pewna czy to dobra  dla mnie zabawa  śladówki lub biegówki. Ale A. marzy żebym jeździła razem z nim, na zjazdówkach. Chce nawet zainwestować w sprzęt dla mnie.
Na razie się twardo bronię, wolę jednak chodzić na własnych nogach.
Latem pojedziemy do Bułgarii na dwa tygodnie, w drugiej połowie  sierpnia.

niedziela/ wrzesień
Kocham Bułgarię. Było świetnie.Całe dwa tygodnie  cudnej pogody, plaża w Albenie piękna,
zaliczyliśmy kilka fajnych  wycieczek, woda cieplutka. Bałtyk ze swą zimną wodą odpada.
Ale wolałabym następnym razem nie jechać pociągiem- straszny mozół. Właściwie calutką
podróż w obie strony przeleżałam, bo paniom w przedziale nie chciało się składać  łóżek.

piątek, grudzień
Umarł ojciec A. Chyba  nigdzie w tej zimy nie pojedziemy, jest masa wydatków. Może
pojedziemy w lecie na dwa tygodnie do Bułgarii we wrześniu, a w lipcu na 10 dni do
Zakopanego.

niedziela/ lipiec
Wróciliśmy z Zakopca. Znów dałam plamę. Tym razem była wyprawa na Świnicę.
Po prostu zlekceważyłam sygnał ostrzegawczy. Gdy się schyliłam nad Zmarzłym Stawem by
nabrać wody do butelki, poczułam dość znajomy ból w prawym podżebrzu.
Ale machnęłam ręką, słówkiem A. o tym nie pisnęłam. Nie pierwszy raz  mnie  bolało.
3 metry od szczytu Świnicy "wysiadłam" - nie byłam w stanie zrobić ani jednego kroku
więcej. A. spojrzał na mnie zdziwiony, bo zamarłam w jakiejś dość dziwacznej pozie.
No idź dalej....ale zaraz zamilkł i zapytał co się stało.
Pokazałam ręką na miejsce w którym mnie straszliwie kłuło i bolało.  Pomógł mi się dowlec
 kawalątek od ścieżki i usadził na kamieniu. Zostaniesz tu, a ja polecę na Kasprowy i wezwę
TOPR. Zaprotestowałam- o nie! nie zostanę tu sama z tym tłumem turystów zdobywających
Świnicę. Odpocznę i pomalutku pójdę dalej, dalej do Kasprowego nie ma dużych podejść, jest       gdzie  przysiąść i odpocząć nikomu nie tarasując drogi. Posiedziałam jeszcze na tym kamieniu,
potem pomaleńku, żółwim tempem poszliśmy  na Kasprowy Wierch. A. chyba jeszcze nigdy
w życiu nie szedł tak wolno.  Na Kasprowym wypiłam gorącą  herbatę, posiedziałam trochę i
 zjechałam poza kolejnością na dół.
W trzy dni później byłam na Kościelcu, bez  żadnego problemu.

środa/wrzesień
Wróciliśmy  z Bułgarii, tym razem byliśmy w Słonecznym Brzegu. Było super, tym bardziej
że nie pojechaliśmy sami a "całą zgrają", w trzy pary.  Było wesoło, pogoda  świetna, żarcie
jak to w Bułgarii, raczej paskudne, cały czas brałam leki na  pęcherzyk żółciowy, ale i tak
bawiłam się świetnie. W obie strony lecieliśmy samolotem- to jednak wygodniej.
A. też zadowolony z pobytu w Bułgarii, jednak ciepłe morze jest lepsze niż zimny Bałtyk.

niedziela/luty
Wczoraj wróciliśmy z Zakopca. A. uczył mnie jazdy na zjazdówkach. Skutek opłakany.

poniedziałek/ kwiecień
Dziś byłam na RTG- mam  złamaną kość krzyżową z przemieszczeniem. Bonus- dłuuugie,
bardzo długie zwolnienie lekarskie. Zakaz noszenia więcej niż jednego kilograma.
Rehabilitacja trzy razy w tygodniu. Mankament- spanie na desce.
Kolejny bonus - mam wspaniałego rehabilitanta i równie wspaniałego chirurga- ortopedę.
Na rehabilitacji spędzam  3- 4 godziny, czyli w tygodniu mam 9- 12 godzin rehabilitacji,
bo przy okazji rehabilitacją mam objęte i to rozpirzone kolano. Trochę mnie podreperują, ale
za  jakiś  czas pewnie to kolano pójdzie pod nóż, ale dopiero gdy się całkiem zablokuje.
Na razie chodzę statecznie.
Narty  odpadają, niezależnie od tego jakiego typu.
Ortopeda i rehabilitant zastanawiają się intensywnie co za  idiota przyjął mnie do baletu gdy
byłam dzieckiem. Bo  to kolano to pamiątka z pierwszego roku nauki w szkole baletowej.
Po kontuzji musiałam się rozstać z tą szkołą. Były łzy, ale dość szybko zrozumiałam, że nie
wszystko złoto co się świeci- żywot baletnicy jest krótki i naprawdę ciężki, z całą masą różnych
ograniczeń dotyczących trybu życia. Jedyny pożytek  - przyzwyczaiłam się do porannej
"rozgrzewki", ale muszę ją zmienić - zamiast w pionie mam to robić  leżąc.

czwartek/koniec sierpnia
Wczoraj wróciliśmy z Zakopca. Ten sierpień był pogodowo do bani. Na dole wciąż lało, na
górze śnieżyło. Na polu namiotowym, koło którego codziennie przechodziliśmy zaczęły znikać namioty. Jedni "odporni" wytrzymali na nim 3 dni dłużej od innych.  Nie powiem że fajnie jest
chodzić w deszczu po Zakopcu, bo nie jest. Gdy wreszcie przestało padać A. postanowił, że
"przejdziemy się" przez Zawrat do Morskiego Oka. Na Zawracie leżał mokry śnieg, było
bardzo ślisko. Szłam pierwsza i poślizgnęłam się, ale nie upadłam, tylko mi jedna  noga uciekła,
co udało mi się jednak skorygować. Umiejętności nabyte w  balecie czasem jednak procentują -
wg mnie to tylko wyglądało groźnie, ale A. strasznie się zdenerwował - na szczęście nic nie
powiedział mi tam, dopiero w schronisku w Morskim Oku.
Wróciliśmy z Morskiego w cywilizowany sposób, czyli autobusem.Na śliskim to i wibramy nie
trzymają.
Spotkaliśmy w Zakopcu ......mojego rehabilitanta. Ja się ucieszyłam,  A. chyba nie za bardzo.
Zwłaszcza, że zostałam z  miejsca zaproszona na rehabilitację do ośrodka sportowego. Panowie
popatrzyli na siebie dość wrogo, M. stwierdził, że znów jakoś dziwnie chodzę i powinnam jednak
przyjść na kilka zabiegów. Najzabawniejszy był tekst typu "żona pewno panu nie powiedziała że
chodzenie po górach nie jest dla niej najbardziej wskazaną rozrywką, bo uparta z niej kobieta" i tu
nastąpiło wyliczenie czego nie powinnam robić. Gdy M. skończył "wyliczankę", A. teatralnie
westchnął i powiedział :  "aż dziw, że jeszcze  wolno jej oddychać".
W domu usłyszałam od A., że M. cały czas się we mnie wgapiał, no więc mu wyjaśniłam, że M. ma
100 razy lepsze dziewczyny ode mnie a ze swoimi pacjentkami nie romansuje i niech sobie A. zda
sprawę z tego, że M. widział mnie nie jeden raz prawie nagą i jakoś mnie nie uwiódł. Bo to jednak
kobieta decyduje kto będzie jej kochankiem, mężem, partnerem, przyjacielem. No a M. jest moim
tylko i wyłącznie przyjacielem i A. powinien się cieszyć, że na tym ten kontakt między nami polega.
No a że facet jest przystojny, to fakt, ale nie rzucił mi się na szyję, nie wycałował i nie  zaoferował
swych usług  randkowych, jak jemu pewna dziewoja.
Taaa, zemsta jest rozkoszą  bogów. Wreszcie się odegrałam!
Do końca pobytu chodziłam  na zabiegi, A. siedział w tym czasie w kawiarni ośrodka sportowego.  I nawet był zadowolony, bo spotkał swego kolegę, który był tu na obozie kondycyjnym.
Z wyczynów górskich miałam jeden sukces - zaliczyłam Kominy Tylkowe. Po raz pierwszy się
naprawdę bałam bo na Kominach była mgła, było  ślisko bo to wapień a nie granit, ścieżka była wąziutka, z lewej ściana, której dotykałam ramieniem, z prawej przepaść. Nienawidzę mgły, ona
mnie wręcz obezwładnia. Nadeszła gdy już zaczęliśmy trawersować turniczki. Gdy skończyliśmy trawersowanie byłam  mokra z emocji - po raz pierwszy bałam się w górach.
Wieczorem opowiedziałam wszystko M.- orzekł, że mój mąż ma świra, ale mnie też jednak odbija.
Naprawdę sporo się napracował by mi rozluźnić wszystkie mięśnie- na tej niewygodnej kozetce
leżałam półtorej godziny, w tym było kilka  zabiegów fizykoterapii, w czasie których M. gdzieś
wychodził.
W domu A. mi powiedział., że M. go opieprzył, że taką "wątliznę" ciąga po górach i że M. go
cały czas pouczał. Nie  wytrzymałam- uświadomiłam A., że on też należy do tych, którzy każdego
pouczają i że widocznie mam farta do zadawania się z takimi facetami.
I powiedziałam, że ja to mam dodatkowo całe wykłady nt. metod rehabilitacji, już nawet nieco się
nauczyłam kilku technik jak sobie pomóc.
M. mi się  zwierzył, że chce na stałe wyjechać z Polski.Trochę mnie to zasmuciło. Dlaczego zawsze
wyjeżdżają ci najlepsi?

marzec
Byliśmy tydzień w Zakopcu, mieszkaliśmy w ośrodku górniczym. Luksus całą gębą. Drugie śniadanie "na wynos", obiad z przystawką, podwieczorek z ciastem domowym. A. jeździł  na nartach, a ja leniłam się na  leżaku na balkonie. Dużo spałam, korzystałam z basenu i masaży. M. już wyjechał z kraju. Mam nadzieję, że mu się powiedzie, to naprawdę dobry fachowiec. Chodziłam tylko do Dolinek Reglowych, raz byliśmy na Słowacji w Szczyrbskim Plesie- tam jest cudnie. Trzeba się chyba zainteresować tą Słowacją- tam jest o niebo lepsza infrastruktura.
Zaczęłam bardziej uważać na to jak i dokąd chodzę, no bo kto w razie czego postawi mnie na  nogi?

wrzesień
Byliśmy znów w Bułgarii. Nie ma to jak cieplutka woda i opalanie ciała smarowanego oliwą.
Czułam się jak  mięso smażone na oliwie. Poza tym byliśmy też u znajomych  Bułgarów w Sofii.
Sofia ładna, Bułgarzy bardzo, bardzo mili, ale ich jedzenie  zdecydowanie mi nie służy.
Schorowałam się koszmarnie.

I tu się pamiętnik urywa. Od siebie mogę dodać, że taternik  z żoną przez 12 lat regularnie jeździli
w góry- czasem 2 razy w roku, czasem tylko raz, bo morze, zwłaszcza ciepłe, też nęciło.
Potem zdecydowali się na dziecko, żona taternika bedąc w połowie ciąży też  dalej dreptała po
górach, zimą. Potem była długa przerwa i powrót zimą w Tatry gdy dziecko miało 3 lata.
Potem bywali w Słowackich Tatrach, gdzie  faktycznie była lepsza infrastruktura i nawet taniej niż
w Polskich Tatrach.
                                          
                                                            KONIEC