środa, 15 czerwca 2022

Trudny wybór- 42

Na obiad  wybrali się do  pobliskiej  restauracji  serwującej kuchnię  włoską. Emil wybrał pizzę białą, co oznaczało, że  nie będzie  na  niej wszechobecnego  sosu  pomidorowego, za to była mozzarella, orzechy, gruszka, szynka  parmeńska, ser gorgonzola. Adela wybrała sałatkę z  szynką  parmeńską, gorgonzolą,  gruszką, jabłkiem, brzoskwinią,  grzanką i  sosem  vinegret. Piotr poczuł ochotę  na pierś z kaczki w sosie demi-glace, do niej polenta, zielone  jabłko, puree z marchwi, pomarańczy i pistacji, a Helena wybrała  domowe ravioli z cielęciną w sosie pomidorowo- maślanym. Tanio  nie było,  za to wszyscy się  zachwycali  smakiem oraz sposobem  podania. Dali się jeszcze  namówić  na deser w postaci  tiramisu. Helena wyciągnęła  swój  notesik i  pilnie  coś  w nim notowała. Na pytające  spojrzenie Adeli powiedziała - po powrocie  będzie u nas kuchnia włoska- gnocci to wszak odpowiednik  naszych  kopytek w nieco innym  formacie, ravioli- to zminiaturyzowane  nasze pierogi i będę  się  musiała  wybrać do nowego  sklepu  serowarskiego, może będzie tam gorgonzola,  a jak  nie  to jego   francuski odpowiednik.

W czasie  obiadu Piotr  zaproponował, by wybrać  się z Zakopanego na  spływ  Dunajcem i obejrzeć  z rzeki  Pieniny. Firm proponujących tę  formę  rozrywki namnożyło się  sporo. Organizacja była  niezła bo klient  był  niemal   noszony na rękach - zabierano  go spod miejsca  zamieszkania i po imprezie w to samo miejsce odstawiano.  

Piotr co prawda już kiedyś  był razem z Emilem i jego mamą na takim  spływie, ale było to niesamowicie  dawno, bo Emil miał wtedy  chyba  z dziesięć lat, albo nawet nieco  mniej.  Emil zupełnie  nie pamiętał tego spływu. Przed powrotem do  domu wstąpili jeszcze do pobliskiego  biura podróży "niedalekich" by dowiedzieć  się kiedy  można  skorzystać  z ich usług w kwestii spływu. Okazało się, że mogą wybrać  się nawet następnego  dnia.  Rano o 9,00 przyjedzie po nich "pracownik", a tak naprawdę to zięć właściciela owego  "biura", świetny, odpowiedzialny  młodziak, jak  zapewniał właściciel, zabierze ich spod  domu, zawiezie do Sromowców Wyżnich, potem odbierze w Szczawnicy, pojadą do  Dębna by obejrzeć drewniany zabytkowy kościółek i potem wrócą do Zakopanego. Zamek w  Niedzicy  obejrzą  głównie  z  zewnątrz, bo chociaż  jego część jest muzealna, to ciągle  jeszcze coś jest  w remoncie i praktycznie się go nie  zwiedza. No a  z Dębna powrócą  do Zakopanego.

I rzeczywiście następnego dnia o godzinie 9,00 rano stanęło pod domem porządne BMW. Okazało się, że tego  dnia oni są jedynymi  klientami tego  biura i  nie  będzie  potrzeby  zabierania z  Zakopanego innych turystów,  więc  zamiast  busikiem  pojadą "zwykłym" samochodem. "Młodziak" okazał się bardzo sympatycznym i kontaktowym człowiekiem.

W czasie drogi dowiedzieli  się, że jest  studentem krakowskiej  AWF, że ma jeszcze  rok do skończenia studiów na wydziale  fizjoterapii, że ma trzyletnią córeczkę, którą ubóstwia. Bo mała jest prześmieszna i jest pod  względem psychiki odbiciem jego żony - zawsze dopnie  swego. A robi to w rozkoszny sposób, bo wpierw do niego przyjdzie, przytuli się, da  buzi a dopiero  potem powie co od niego chce. Emil go pocieszył, że większość kobiet potrafi postawić na swoim, a spora  ich  część przeprowadza to  w sposób  zupełnie   bezbolesny i taki, że facet ma przekonanie, że sam na to wpadł, a nie  że to był pomysł kobiety.

Och, ma pan rację - nie planowałem żeby  mieszkać  razem  z teściami i co? - mieszkamy  z nimi. Po prostu ja tu mieszkam od piątku wieczorem do poniedziałku rano i we wszystkie  dni gdy  nie muszę  być na uczelni. Przecież gdybyśmy mieszkali  sami, to przez  cały  tydzień moje  dziewczyny  byłyby same. Żona jest zatrudniona w firmie  teścia na pełnym  etacie- oczywiście nie jeździ z turystami ale i tak  ma sporo pracy i może ją wykonywać  nawet w pokoju  małej, bo tu jest  sporo  papierkowej  roboty. Teściowie oboje  uwielbiają małą, jest ich oczkiem  w głowie. Ja jestem  spokojny, bo wiem, że obie  są pod  dobrą opieką. Teściowa nie należy  do babć, które rozwydrzają dzieciaki.  Teściowa już ją przygotowuje na pójście  do przedszkola, mała już była kilka razy z wizytą w przedszkolu i nawet raz została  tam na  godzinę sama z dziećmi i wychowawczynią. Nie bała się,  nie płakała,  a potem w domu opowiadała  dziadkowi jak jest  w przedszkolu. I bardzo  się jej podobało w Krakowie bo tam  spała  razem z nami w jednym łóżku i raz  się mogła przytulać  do mamy a raz do taty. A we wrześniu będzie na pewno  szczęśliwa, bo "tata będzie w domu"- po prostu będę cały wrzesień na praktyce w tutejszym szpitalu ortopedycznym. Najbardziej mnie zawsze  rozbawia gdy  dostaje  jakiś  nowy ciuszek, zaraz go przymierza i  przybiega do każdego w domu i pyta się , czy ładnie w tym wygląda- zupełnie jak jej mama. Jedyny kłopot, to pamiętanie cały czas o tym, że to dziecko ma  niestety  uszy i wszystko łapie, więc trzeba  bardzo uważać co  się mówi na głos.  Ostatnio zapytała  się babci co to jest  cholera. Babcia  tłumaczyła, że to bardzo niemiła  choroba, uciążliwa  dla  człowieka i czasem gdy człowiek dorosły  jest bardzo zdenerwowany, to mówiąc "cholera" podkreśla, że jakaś  sytuacja jest dla niego taka ciężka i przykra  jak ta choroba. Mała  wysłuchała a potem przyniosła zepsuty śrubokręt z którego ze starości odpadł drewniany uchwyt i powiedziała: "ta  cholera się dziadkowi  zepsuła". Obiecałem jej, że gdy będę miał czas to postaram  się naprawić dziadkowi ten śrubokręt. Ale ta  "cholera" nieźle jej utkwiła  w  główce, bo któregoś dnia  niosła  klocki w tych  małych łapkach i jej wypadły, więc stwierdziła: cholera, wszystko mi się rozsypało. I znów  się musiała treściowa  natłumaczyć, że nie powinna tak mówić, bo to nie jest  ładnie. I wyobrażam  sobie  co się potem nasłuchał teść od teściowej.

Gdy zajechali do Sromowców Wyżnych pan Tomek ( bo tak  miał ich  opiekun  na imię) oddał ich  w ręce jednego z flisaków. Powiedział, że będzie na  nich czekał w Szczawnicy.

Adela stała na brzegu wpatrując  się w stojącą przy brzegu tratwę. W końcu powiedziała do Emila - nie podobają  mi się te tratwy - wyglądają niczym  niedokończone  trumny, nie wiem, czy mam ochotę  tym czymś płynąć. Poza tym w moim odczuciu taka  tratwa to mało sterowna  jest a one nawet żadnego steru  nie mają. Emil przytulił ją- widzę, że moje Maleństwo boi  się płynąć czymś  mniejszym niż Batory. Nie bój  się, flisacy pływają   "tym czymś" od lat i jak na razie nic nikomu się  złego nie stało. A ster nie jest na takiej jednostce potrzebny- woda jest  tu płytka,  na każdej tratwie  jest dwóch flisaków z długimi wiosłami, którymi się odpychają od  dna.  A sterowanie polega na zanurzeniu tegoż wiosła pod odpowiednim kątem  w  wodzie- wtedy pełni ono  rolę steru.Weź pod uwagę  fakt, że oni tak pływają  cały dzień. 

Mogę  ci zacząć opowiadać o Zamku Dunajec. Bo ten  zamek w Niedzicy ma nazwę Dunajec i został ukończony w XIV wieku. Nazwa Zamek Dunajec jest  zapisana w dokumentach z 1325 roku jako własność rodu Berzeviczych, panów na Brzozowej, wnuków Komesa spiskiego Rudygera z Tyrolu. Początkowo był węgierską strażnicą na  granicy  z Polską.  Jest opowieść, że pod koniec XVIII wieku na  zamku rezydowali Inkowie, potomkowie Tupaca Amaru II oraz  część arystokracji inkaskiej, chroniąc się przed hiszpańskimi prześladowaniami i na terenie  zamku ukryli część  skarbu przeznaczonego na sfinansowanie powstania  przeciw Hiszpanii. I do dziś ludzie  wierzą w tę opowieść i  co jakiś czas  szukają skarbu. A wszystko przez  to, że zaraz po drugiej wojnie światowej  znaleziono tu inkaskie "kipu", które ponoć wskazywało na to, że tu są ukryte  skarby. 

A kipu  było trójwymiarowym  sposobem  zapisu danych  liczbowych w prekolumbijskich  cywilizacjach. Wiem, że w pewnej chwili poddano  'kipu" analizie komputerowej i wykazała ona, że były to jakieś  dane  liczbowe, ale do dziś nie wiadomo, jak zapisywane inne, słowne  dane. Być może, że były one przekazywane  tylko ustnie przez  zaufanych posłańców. Tych "kipu" jest po prostu zbyt mało, żeby  można to dobrze  zanalizować. To były poziome liny utrzymujące szereg pionowych  zwisających  sznurków, na których były węzełki, różnej wielkości,  w różnych odstępach i te pionowe  sznurki były też w różnych kolorach.

Do Adeli i Emila  podszedł Piotr - chodźcie, już mamy na  naszej tratwie komplet. My usiądziemy na zewnętrznych końcach ławek,  dziewczyny będą  w środku.  Bardzo sympatyczny ten flisak, któremu nas przekazał pan Tomek. Teraz  to tu jest porządek, wiadomo kto czyich klientów  wozi. I turystom  tak jest wygodniej i flisakom. No i dobrze, że to jest  jeszcze przed  sezonem. Będziemy płynąć około 2 godzin. Wniosek z tego taki, że tratwa będzie płynęła  z obłędną  wręcz szybkością 9 kilometrów na godzinę - do pokonania jest wszystkiego 18 kilometrów.

A co Maleństwu jest, że takie jakieś  zgaszone  dzisiaj - dopytywał się Piotr. Bo Maleństwu nie podobają  się te tratwy - odpowiedział  Emil. Córeczko,  to nie są klasyczne tratwy, to są łódki razem połączone. I każda taka jedna  łódka najzwyczajniej  w świecie  może pływać po wodzie. A poza tym Dunajec to nie Jukon, ani nie jest  tak szeroki  ani głęboki. A poza tym nie wiem czy wiecie,  ale firma nas ubezpieczyła. Taka mała cywilizacja i  tu  dotarła.

Emil  z Piotrem usadowili swe panie , Emil od  razu otoczył swe maleństwo silnym , męskim  ramieniem i szepnął jej  do ucha - już wiem co jest grane, dziś jest 26 dzień i dlatego jesteś  taka nieco rozbita i w marnym nastroju. Jesteś niesamowity- stwierdziła Adela. Wyciągnęła notesik i zerknęła w niego- masz rację, mój panie  wszystko wiedzący. Emil zerknął w zapiski i spytał-a co to za czarne  serduszka ja tu widzę? To są oznaczone  dni, kiedy się nie kochaliśmy. Bo mój pan doktor każe zaznaczać  dni w których para  się kocha, no ale wtedy miałabym  za dużo serduszek  do rysowania,  więc ja  oznaczam  czarnymi serduszkami dni bez seksu- przynajmniej  mam mniej rysowania. I to jak widzisz bardzo  dużo  mniej. Ależ  z ciebie cwaniutkie  stworzenie! - śmiał  się  Emil. Świetnie to wymyśliłaś. Uwielbiam cię, wiesz? Adela pokiwała głową - wierzę  ci, inaczej byś  ze mną  nie wytrzymał nawet jednego  miesiąca. Ciągle mi ciebie mało. Już  się martwię, że nie  będziemy pracować  w jednym pokoju.

To znaczy, że mamy ten  sam problem, tylko obiekty nam  się  różnią. Tak  bardzo  się przyzwyczaiłem by  zerkać  na ciebie w pracy, że  nie  wiem jak ja bez ciebie  wysiedzę w pokoju. No właśnie, mamy teraz  problem. No ale pomyśl, że nadal będziemy razem rano jeździć do pracy i razem  wracać, będziemy  mogli sobie  razem wypijać kawę w barku. Ale to wszystko dopiero od października, bo ty Maleństwo przechodzisz od pierwszego sierpnia  a ja dopiero od października, czyli dwa miesiące będziemy daleko od  siebie. Ale będę po ciebie przyjeżdżał. Będziemy  mieli dobrze  gdy oddadzą pierwszą  nitkę metra. Zobacz Maleństwo, kaczki słowackie. A  skąd wiesz, że one  są  słowackie? No bo są przy  słowackim brzegu my płyniemy środkiem  a granica  jest na  środku rzeki.  Zobacz  maleństwo, jak tu jest płytko i jaka  czyściutka jest tu  woda! A Pieniny ci  się podobają? Podobają,  a najważniejsze, że nie  muszę  się tam  wcale  wdrapywać.  Kościelec wyczerpał mój tegoroczny limit na  łażenie po górach. Bo chodzenie po  dolinach tatrzańskich jest poza moim limitem wysokogórskim. I jakaś   strasznie  zimna ta woda - stwierdził po chwili  Emil wyciągając rękę  z wody.

                                                             c.d.n.

poniedziałek, 13 czerwca 2022

Trudny wybór- 41

 W domu czekała na Adelę i Emila  zapiekanka makaronowa, którą  zjedli w czwórkę. Adela gdy  usiadła do  stołu zaczęła dopiero wtedy odczuwać  trudy tej  wycieczki. Była tak  zmęczona, że nie  miała  siły jeść. Zjadła mniej niż jedną  czwartą  swej porcji i odstawiła talerz mówiąc - nie mam  siły jeść chociaż mi bardzo  smakuje. Muszę jeszcze  zostawić  trochę  siły by wypić sporo, bo  za mało  dziś piłam, zaczynają mnie  chwytać kurcze w podbiciu stóp. Przeniosła  się na  kanapę i pomału piła  wodę z sokiem z  cytryny. Emil szybko zjadł i też  przeniósł  się na kanapę by pomasować  jej stopy. Ale Adela stwierdziła, że raczej  zrobi sobie kąpiel z olejkiem sosnowym i  w czasie kąpieli będzie  piła. 

Maleństwo,  a dlaczego nie piłaś w drodze, przecież mieliśmy  ze sobą picie?- dopytywał  się Emil.  Adela popatrzyła  na niego z politowaniem- po prostu  dlatego, że jak  się pije  to trzeba potem ten płyn  z siebie  wydalić,  a ja  bardzo nie lubię  sikać w krzakach. No ale przecież   było cały czas pusto,  nie musiałaś wchodzić  w jakieś  krzaczory.  Mileczku, ale za każdym razem muszę niestety w tym celu się co nieco  rozebrać. Zauważyłeś  chyba że  nie mam poręcznego wyposażenia do  sikania, a do tego  muszę ukucnąć  z gołą pupą w trawie, która nie jest skoszonym równiutko trawnikiem. No fakt, nie pomyślałem o tym. To pójdę i natoczę  ci wody, dobrze? 

Ciepła kąpiel z olejkiem sosnowym pomogły nieco Adeli. Po kąpieli siedziała w objęciach Emila  i lekko przysypiała, a on oglądał jakiś mecz tenisowy, co jakiś  czas podstawiając Adeli szklankę  z  piciem. Około 10,00 wieczorem Adela stwierdziła, że teraz to już by mogla  coś  zjeść, więc Emil odgrzał jej porcję zapiekanki. Gdy jadła powiedział - podziwiam  cię Maleństwo- zrobiliśmy  dziś około 20 a może i trochę ponad 20 kilometrów. Nieźle jak na takie  nieduże  stópki jak  twoje! I jak twój kontuzjowany paluszek, pokaż. A co on taki żółty- zdziwił się Emil. Adela  - uśmiechnęła  się - pewnie ma żółtaczkę od maści propolisowej. To świetna  maść, ma tylko jeden feler - kolorek dość paskudny,  a na dodatek dość trwały.

 Milek, ja już pójdę  spać, a ty? No przecież jasne, że ja też, muszę cię przecież do snu utulić. Utulona, wycałowana i wygłaskana  Adela przespała całą  noc  w objęciach Emila. 

Obudzili  się około 9 rano, Adela sprawdziła  czy ją już nic  nie boli i stwierdziła, że skoro pogoda nadal ładna, a ona w całkiem dobrej kondycji, to nie ma co się lenić i trzeba się gdzieś wybrać. A ponieważ już o 9 rano były 24 stopnie, to mogą się wybrać do Doliny Olczyskiej. Oczywiście będzie  fajnie, jeżeli i  rodzice  z nimi  się wybiorą.  Nie będzie tam z całą pewnością tłumów, wezmą swój turystyczny koc z impregnowanym spodem i będzie  się można trochę poopalać. Od razu, póki "świeżo  w głowie" Adela  naszykowała koc i słoik kremu i dwie cienkie czapeczki bawełniane  z  daszkiem, żeby osłonić  głowy od  słońca. W czasie  śniadania rodzice podjęli decyzję, że chętnie  wybiorą  się wraz  z nimi, więc wezmą samochód, podjadą na Jaszczurówkę skąd  się  zaczyna  szlak do Doliny Olczyskiej a samochód  zostawią na parkingu w pobliżu kaplicy.  Na hasło "poopalamy  się trochę" obaj panowie zrobili dziwne  miny, no ale jedyne  co mogli zrobić to zostać  w domu i wypuścić  swe panie by same wędrowały Doliną Olczyską a potem same się opalały. Ale takie  rozwiązanie  żadnemu z nich  nie podobało się. Obaj dostatecznie  długo byli  sami, bo jak określał to Emil - nie lubili się  "rozdrabniać".

Dolina Olczyska jest świetna na  słoneczne  dni, bo droga biegnie cały  czas lasem, jej  dnem płynie potok, który się kilka  razy przekracza. Poza tym nie jest to wielokilometrowa  droga.  Blisko wejścia do Doliny zauważyli na jednym   z drzew tabliczkę z informacją, że w stojącej w pobliżu willi można skonsumować truskawki z bitą śmietaną. Panowie mieli ochotę by zaraz przeprowadzić  degustację,  ale Adela stwierdziła, że jeśli to będzie śmietana zbierana z mleka  od "prawdziwej krowy" a nie z mleka  z mleczarni, to lepiej by zjedli to tuż przed powrotem  do  domu, bo nie  wiadomo jak ich wątroby zniosą taką prawdziwą, wiejską, pełnotłustą  śmietanę, a  na Polanie  Pod  Kopieńcami nie ma toalet.

Zgodnie   z przewidywaniami Adeli na Polanie  pod  Kopieńcami nie było turystów. Nic  dziwnego, bo widokowo hala nie jest ciekawa, a Kopieńce nie są tak atrakcyjnymi  szczytami jak  Kościelec czy Granaty lub chociażby  Koszysta. Było cicho, pusto, nieco sennie i tylko brzęczały różne owady.  Adela  była tu  kiedyś  zimą i teraz  stwierdziła, że  zimą było tu znacznie   ładniej - zabytkowe  szałasy pasterskie były zasypane  śniegiem i nie było ich  wcale widać- wyglądały po prostu jak kopce śniegu. Było jeszcze  ciszej niż teraz, bo nie brzęczały jakiekolwiek owady. Po dwóch  godzinach plażowania  wszyscy mieli dosyć  słońca i podjęli decyzję o odwrocie. Niestety truskawek z bitą śmietaną już nie było - widać ten  punkt  był znany okolicznym wczasowiczom.

Wracając obejrzeli dokładnie kaplicę, którą  zaprojektował Witkiewicz, propagator  stylu  zakopiańskiego, którego był  gorącym orędownikiem.  Budowa kaplicy rozpoczęła  się w 1904 roku, a jej ukończenie i poświęcenie  w 1907 roku. Jest ona typowym przykładem stylu  zakopiańskiego, jej konstrukcja  zrębowa jest na wysokiej,  kamiennej podmurówce a dach  jest kryty  gontem.

Gdy oglądali ów obiekt  Adela stwierdziła - tacy ludzie  jak Witkiewicz powinni  żyć  wiecznie. Był po prostu niezwykłym człowiekiem o bardzo  wielu  zdolnościach. Był malarzem, rysownikiem,  fotografikiem, dramaturgiem, powieściopisarzem, filozofem, teoretykiem i krytykiem  sztuki. I w gruncie rzeczy bardzo nieszczęśliwym  człowiekiem, który widział i odczuwał  więcej niż inni. Więc nic  dziwnego, że często wpadał w stany  depresyjne. W wieku 54 lat popełnił  samobójstwo na wieść, że Armia Czerwona zaatakowała  zbrojnie  Polskę. Podoba  mi się jedna  z jego myśli, która  staje  się coraz  bardziej  aktualna. "W świecie, który staje  się  globalną  wioską szaleństwo jest  zaraźliwe i powszechne".

Niewiele  wiem o Witkiewiczu - stwierdził Emil, ale  zawsze  słyszałem, że tworzył pod  wpływem narkotyków.

A wiesz o tym, że wszystkie jego seanse narkotyczne odbywały  się pod kontrolą lekarską? Czy któryś z ćpunów ćpa pod kontrolą  lekarską? Owszem,  chciał się sam przekonać co człowiek odczuwa po różnych substancjach halucynogennych. A wiele jego dzieł powstawało właśnie  w okresie ścisłej  abstynencji nawet od  alkoholu a zwykłej kawie  lub herbacie  dorabiał sam Witkiewicz "wyrazu" zmieniając  jej nazwę na bardziej intrygującą.

Emil przyciągnął Adelę do siebie i wyszeptał jej do ucha - dobrze, że nie żyję z nim równolegle - nie miałbym zapewne  wtedy u  ciebie żadnych  szans - przewyższałby mnie o kilka głów.  Adela roześmiała  się - no jasne, był wysoki,  dobrze  zbudowany i  ciemnowłosy. Ale ty kochanie, też nietuzinkowo myślisz i zapewne  dlatego udało nam  się w sobie  wzajemnie  zakochać.

No ale nie umiem ani malować,  ani rysować, nie piszę powieści ani dramatów - brnął dalej Emil. Już nawet od konstrukcji odszedłem. No ale  robisz coś innego, jesteś po prostu  dobry w innej dziedzinie, o której Witkiewicz nie miał pojęcia. Umiesz niezwykle  jasno i  zrozumiale  formułować  swoje  myśli, a wbrew pozorom  to wcale nie jest łatwe w tekstach  stricte  technicznych, które mają służyć również osobom nie związanym zawodowym  doświadczeniem  z techniką. Dla mnie jesteś pod  każdym względem najlepszym facetem  pod  słońcem.

Gdy wsiadali do samochodu Emil zapytał - no to co teraz  robimy? Ja to bym chętnie  coś zjadła - stwierdziła Adela. O Boże - cud! cud! Moja żona  jest głodna! - stwierdził Emil.  Musimy  z tego  skorzystać! Jedziemy  w takim razie na jakiś przyzwoity  lunch. Gdzie, kochanie, chcesz  dziś jeść? Może w tym hotelu co jest niedaleko od naszej  kwatery? Oczywiście, możemy tam, jeśli i  rodzicom  to odpowiada. To ja jakąś pizzę dziś  zjem -stwierdził Emil. Strasznie dawno pizzy nie jadłem. Adela  roześmiała  się - jeszcze chwila a  dowiem  się, że przestałeś  zajadać  się pizzą od dnia  w którym   mnie przywiozłeś uprzejmie do pracy, bo  ci  apetyt odebrałam.  A skądże! już  wcześniej przestałem bo nie mogłem nigdzie   znaleźć dobrej pizzy. Mam wrażenie, że to kwestia mąki, w końcu najwięcej  w pizzy to jest  ciasta. Te na cienkim cieście  były twarde jak  karton, a te na grubym były szalenie mocno traktowane pieprzem. A jak wiesz nie jestem  amatorem tej przyprawy sypanej  bez umiaru. A ty Maleństwo kiedyś zrobiłaś coś,  co nazwałaś , że to jest  prawie  pizza i to było pyszne. Adela wpadła w głęboki namysł - a pamiętasz co było na wierzchu?  Pamiętam - paski szynki i kawałki ananasa. I to było świetne! 

No to wiem co to  było - to było ciasto z gotowanych kartofli. Wpierw podpiekłam samo  ciasto a potem dołożyłam  szynkę i osączone  plastry ananasa z puszki i ponownie wstawiłam  do  piekarnika. I naprawdę udało się nadspodziewanie   dobrze. Ktoś mi kiedyś mówił, że w Polsce  szkodzi  mu każde pieczywo, a we Włoszech zajada się tamtejszymi chlebami, bułkami i  nic mu nie jest. I ten ktoś wysnuł teorię, że to kwestia  mąki, a tak  dokładnie  warunków uprawy pszenicy. Prawdopodobnie u nas stosuje  się  zbyt dużo środków ochrony  roślin. A przecież  część tego paskudztwa wnika do roślin, które uprawiamy. 

Maleństwo, a zróbmy któregoś  dnia taką niby pizzę. Obiorę kartofle, ugotuję a ty potem mi powiesz co  dalej.

Adela pokiwała głową- nie ma problemu- ugotujemy  kartofle, potem je rozgnieciesz na miazgę, dodamy jajko całe i pianę z jednego jajka, upieczemy ten spód, a potem go jeszcze podpieczemy z  jakimi będziesz  chciał dodatkami. Ogólnie rzecz ujmując to gotowanie  nie jest takie  strasznie trudne - najważniejsze to  nauczyć się  gotować to co  domownicy  lubią.  A co lubiłeś z meksykańskiej  kuchni? 

Gdyby nie  walili  do  wszystkiego tej pasty fasolowej i tej  piekielnie  ostrej  papryki to pewnie  bym lubił wszystko. Bo zasadniczo to były fajne główne  składniki, czyli mięso  albo  mielone  albo drobno krojone, tylko piekielnie  dużo  chili walili w to wszystko.Pod  koniec pobytu to najczęściej jadłem bataty w różnej  postaci, na tortille to się już  patrzeć nie mogłem. No ale nasze  naleśniki jakoś zjadałeś bez problemu. Po pierwsze to nasze naleśniki a ich to są dwie różne  bajki, tamte są z mąki kukurydzianej z b. małą  domieszką mąki pszennej.  No i pod  koniec to sam  sobie gotowałem. Dusiłem kawałki kurczaka i dodawałem do tego różne warzywka. A jak byłem  głodny to się opychałem  słodyczami. Dziwnym trafem do ciasta  nie pchali chili. A ty Maleństwo gotujesz wszystko co lubię i  wszystko mi smakuje  co zrobisz. No i pamiętaj, że nie mam oporów by w kuchni coś podziałać.

                                                                 c.d.n.

sobota, 11 czerwca 2022

Trudny wybór - 40

 Następnego dnia pojechali do Doliny Kościeliskiej. Umówili  się jeszcze  w  domu, że jeśli pogoda będzie dobra, a Adela nie będzie  zmęczona, to Emil z Adelą przejdą z Doliny Kościeliskiej  przez Przysłop Miętusi do Doliny Małej Łąki,  a rodzice  wrócą do  domu samochodem. A może, jeśli Adeli "odbije" to z Ornaku pójdą przez Iwaniacką Przełęcz do Doliny  Chochołowskiej. Picie i jedzenie  mają. A o ile  z Doliny  Małej  Łąki wrócą do  domu piechotką, to z Doliny  Chochołowskiej wrócą  autobusem, albo, jeśli będą  w dobrej  formie to wrócą Ścieżką pod Reglami.

Dolina  Kościeliska jest zdaniem  miłośników Tatr jedną  z najpiękniejszych i najciekawszych dolin tatrzańskich. I, jak stwierdziła Adela- z racji transmisji TV z biegów narciarskich  najbardziej  znaną. Dla niektórych w Zakopanem to tylko trzy rzeczy  są znane: Kasprowy, bo z niego się  zjeżdża zimą na  nartach, Gubałówka- bo jej  zboczem pełznie kolejka na jej  szczyt, który  zdaniem niektórych  jest  zimową plażą no i Dolina Kościeliska, bo tu czasem odbywają  się  biegi narciarskie. Dla  innych to znane są tylko Krupówki - nie ma zimą lepszego miejsca do błyśnięcia niż spacer Krupówkami z markowym sprzętem na ramieniu, w modnym narciarskim  stroju - a to, że taki delikwent tak naprawdę ledwo stoi na  nartach i głównie ryje nosem  w śniegu nie ma  zupełnie  znaczenia. Ale  ważne, że ma markowy sprzęt.

Piotr usiłował ich przekonać, że przecież mają łączność telefoniczną, więc mógłby po  nich podjechać albo  do Chochołowskiej albo do Małej  Łąki, ale Helena powiedziała: Piotreczku, wiemy  wszyscy , że tak można,  ale to już  duże dzieci i niech  robią jak im  pasuje. Będziesz się martwił gdy nie  wrócą do  domu do godziny 20,00. Poza tym jeśli Adela  będzie  zmęczona to na pewno  wtedy Emil cię  ściągnie albo do  wylotu Chochołowskiej  albo Małej Łąki. A Adela dodała- tatuniu, obydwie  drogi robiłam w zimie, gdy był śnieg i ślisko i dałam radę  bez problemu, to teraz, latem gdy praktycznie  nie ma  problemu ze znalezieniem  miejsca na przysiądnięcie  by chwilę odpocząć damy radę. I mam ze sobą całą masę plastrów.

Niewątpliwie Dolina  Kościeliska  jest  bardzo  ciekawą  doliną, kiedyś  eksploatowaną przez górnictwo. Od końca XV wieku zaczęto  tu wydobywać srebro, antymon i miedź, a od XVIII wieku również  rudy żelaza. Kiedyś  były tu  chaty  dla robotników, karczma, kuźnie, kościółek od którego  zapewne pochodzi jej  nazwa. Teraz mniej  więcej 40 minut drogi od wejścia jest kapliczka  zwana  "zbójnicką", ale była ona  ufundowana przez górników  a nie przez zbójników. Dolina ma  długość 9 km, wzdłuż niej płynie Potok  Kościeliski. W otaczających Dolinę Kościeliską   zboczach górskich odkryto 450 jaskiń. Część  z nich  można zwiedzać, chyba  najbardziej  znana i często odwiedzana to Jaskinia  Mroźna. Inne ciekawe miejsca w Kościeliskiej  to Wywierzysko,Wąwóz Kraków, Smreczyński  Staw, który jest powyżej  schroniska  na  Hali Ornak, otoczony lasem, głęboki na 5,3 m. Od Doliny Kościeliskiej  odchodzi też wiele szlaków. Podczas II wojny  światowej  znalazł tu schronienie oddział partyzantów im.Szczorsa. Ale ma też  Kościeliska swoją wadę -  tłumy turystów latem w  czasie  sezonu urlopowego.

Teraz nie było tłumów, było niemal pusto i nie było dookoła wrzeszczących i biegających dzieciaków. Fakt, że była jeszcze  wczesna pora i mogli spokojnie podziwiać widoki. Nim doszli do końca doliny, skręcili  do Wąwozu Kraków. Nie mieli  zamiaru przejść go do końca by wejść nie wiadomo po  co do jaskini zwanej Smoczą  Jamą. Usiedli na  chwilę na głazach  nad płynącym potokiem, gdy nie  wiadomo skąd pojawił  się mały chłopiec. Chude to było dziecko niemiłosiernie  a jego chudość podkreślał za duży na niego sweter. Stanął na wprost nich i się im przypatrywał. Patrząc na jego chudziutkie  ręce i patykowate nogi  Adela szybko sięgnęła do plecaka po opakowanie herbatników i wyciągając do niego rękę z nimi  powiedziała-  "a może zjadłbyś herbatniczka? są bardzo smaczne, proszę, weź". Mały spojrzał się na te herbatniki z odrazą i wyrzucił z siebie :  "ja tam wolę papierosa !"  Adela poczuła, jak jej szczęka opada w dół, ale się opanowała i powiedziała- no to masz pecha, bo nikt  z nas nie jest palaczem i nie mamy papierosów. A co ty robisz tu  sam, powinieneś  chyba  być w przedszkolu lub  szkole! Ile  ty masz lat? Siedem, we wześniu idem do skoły- wyseplenił. I sam tak wędrujesz  po górach?  -Adela  zgłębiała temat.  Mały pokręcił przecząco głową - ze starym jestem, owce sie pasie. No a gdzie jest ten "stary"-spytała  Adela?  Mały  machnął ręką w bliżej nieokreślonym kierunku. 

Adela rozejrzała  się, ale nikogo w wąwozie poza nimi nie było, zresztą nikt w kamienistym  wąwozie wszak owiec nie pasie. Ale może jednak zjesz herbatniczka, możesz wziąć całą paczkę to i "staremu" dasz- namawiała Adela, której  było żal chudziny. Ni, ni tsa, papierosa chciołem- odwrócił się na pięcie i odszedł. Gdy odszedł Helena powiedziała - ciekawa jestem czy on tego papierosa  chciał dla siebie  czy dla dziadka? Piotr ze smutną miną odpowiedział - podejrzewam, że jednak chciał dla siebie. Znajomi, którzy od lat jeżdżą do Zakopanego i mieszkają na Krzeptówkach u górala, byli świadkami jak sześciolatek wyjątkowo sprawnie jednym haustem przełknął pięćdziesiątkę czystej wódki i nawet się nie skrzywił, a męska  część rodziny była dumna  z potomka. Gdy przerażony tym mój  znajomy  zaczął tłumaczyć ojcu  dziecka, że nie powinien dawać  dziecku alkoholu, ten spojrzał na niego jak na wariata i powiedział- dałem mu lekarstwo, bo mówił, że go brzuch  boli. Boże, jęknęła Adela-ateistka- to może ten dzieciak chciał tego papierosa dla siebie?  To straszne! Schowała herbatniki do plecaka i powiedziała- no to idziemy , proszę  wycieczki, teraz do schroniska na  Ornaku i do Smreczyńskiego Stawu. Od  schroniska idzie się tam pół godziny - tyle szłyśmy z Alą tam  zimą. Do dziś nie wiem po co.

Gdy  doszli do schroniska  na Ornaku minęli je i poszli dalej do Smreczyńskiego Stawu. Szli cały czas  sami, nikt ani nie podążał w tę  stronę ani  z nad  Stawu  nie  wracał. Tu z każdym krokiem przybywało im wysokości i Adela  bacznie obserwowała  rodziców czy  aby to krótkie  a strome  podejście nie jest dla nich zbyt męczące. Nad Smreczyńskim Stawem chwilę odpoczęli i  zaczęli wędrówkę w dół,  do Schroniska. Tu wzmocnili  się  "drugim  śniadaniem",  czyli kawą i bardzo  smacznym  sernikiem.

Postanowili, że odprowadzą  rodziców niemal do początku Kościeliskiej, bo tam  zaczynał się  szlak na Przysłop Miętusi, będący częścią  Ścieżki  Nad Reglami. Przed rozstaniem się z rodzicami  obiecali, że gdy dotrą do Doliny Małej Łąki to na pewno o tym rodziców  powiadomią. Bo z całą pewnością trochę  w Dolinie   Małej Łąki posiedzą, bo  ta dolina jest niemal  zawsze pusta- Wielce Rasowi Turyści jak ich nazywała Adela potrzebują  wszak  schroniska i  wyżerki- komu się  chce w dzisiejszych  czasach brać  ze sobą picie i jedzenie?!

Szli pomału leśną ścieżką w górę. Oboje na  zmianę  zachwycali  się ojcem - odkąd "ozdrowiał z raka" wróciły mu siły, zmienił się o 180  stopni. Emil twierdził, że nie  tylko owo "cudowne  wyzdrowienie   z raka", którego wszak nie było, postawiło ojca do  pionu - po prostu ma teraz  dla kogo żyć, ma swoją Helenę, wie, że Emil ma żonę , która go kocha, a ojciec  kocha i Helenę i Adelę. I bardzo  się cieszy  z tego, że mieszkają  blisko  siebie, że Emil nie wyjeżdża na antypody. Emil  zachwycał się też Heleną- że taka wyrozumiała, kulturalna, że jest świetną organizatorką , ale tak  zawsze to "powykręca", że ojciec jest  przekonany, że  to on w tym  związku rządzi i wszystko wie i wszystko potrafi.  Któregoś  dnia mi powiedział - mamy synku obaj niesamowite szczęście - trafiliśmy na mądre  kobiety, które nas pokochały i  zechciały. Więc bądź wdzięczny swej żonie, że cię zechciała. A ja przecież poza  tobą świata  nie widzę- stwierdził Emil. 

To tak, mój  kochany, jak  ja - przesłoniłeś  mi sobą cały  świat. I nie uważam, że to jest złe. Jestem całkowicie  od  ciebie uzależniona. Podobno nie należy o tym mówić facetowi, bo  zaraz  mu rogi urosną i  wytnie  jakiś  łajdacki numer. Ale chcę, żebyś  wiedział, że nie ma  dla  mnie  życia  bez ciebie. Emil zatrzymał się i przyciągnął Adelę do siebie -Maleństwo- kocham  cię i wiem, że już nie potrafię być bez  ciebie. Jesteś moim szczęściem i największym  skarbem. Chodź, usiądziemy na chwilę na tamtych pniach po zrywce drzew. Powinniśmy się  trochę napić i może zjeść po herbatniczku wzgardzonym przez małego góralczyka. Adela rozejrzała  się dookoła- chyba za tą małą polanką zaczyna  się  schodzenie na  Przysłop. Dawno tu  nie byłam, a zresztą  zimą to  wszystko nieco inaczej wygląda. Szłam tędy z Alą. Bardzo się wtedy  spieszyłyśmy, było dość późno a w marcu  dzień  jeszcze nie jest tak długi  jak  w czerwcu. I też szłyśmy  cały czas  same. To mało uczęszczana trasa. Prawdę mówiąc to ja znam tylko dwie przełęcze w Ścieżce na Reglami - tę na którą teraz  idziemy czyli mówiąc po polsku Przełęcz Miętusią i  Przełęcz na Patykach, do której się dochodzi idąc do samego końca Doliną Białego. Na Przełęczy na Patykach przekonałam  się jak super  można  chodzić po lodzie w góralskich filcakach, bo one miały  podeszwę z bardzo miękkiej  gumy.Były cieplutkie i bardzo lekkie i nie było w nich  ślisko. Nie były eleganckie- to fakt. No ale w górach liczy  się użyteczność  a nie  elegancja- przynajmniej  dla mnie. 

A ta  nazwa "przysłop" to gwarowa  nazwa?  W pewnym  sensie tak, wiem tylko, że to z języka  wołoskiego. A Wołosi to był bardzo tajemniczy  lud, chyba  pasterski z północno- zachodniej Grecji i Macedonii,   który około IX wieku zaczął napływać na tereny wolnych od osadnictwa słowiańskiego Karpat Południowych. Ale  chyba  nadal niewiele o  nich wiadomo. Rumuni w dobie  kształtowania  się ich państwa twierdzili, że to ich przodkowie byli Wołochami, ale tak naprawdę to chyba jeszcze  nikt nie opracował  rzetelnie tego tematu.


Po dwudziestu  minutach ruszyli  dalej. Tak jak mówiła Adela, teren za łąką schodził dość łagodnie w dół. Oczarowała ich panorama rozpościerająca z Przysłopu  Miętusiego. Przed  nimi w oddali było widać Giewont, Czerwone  Wierchy, Kominiarski Wierch i  kilka innych szczytów, których jednak Adela nie  mogła rozpoznać.

Szlak sprowadził  ich  na Wielką Polanę Małołącką. Było tu pusto i bardzo  cicho. Dolina  Małej  Łąki ma  zaledwie 5,4 km  długości. Pod jej powierzchnią  są dwie najgłębsze polskie   jaskinie: Wielka  Śnieżna oraz  Śnieżna  Studnia. Nie  są do  zwiedzania i na szczęście mało kto o nich  wie. Za jaskiniami Adela nie przepadała,  nawet gdy były to bardzo  duże  jaskinie. W ogóle przebywanie pod  ziemią mało się jej podobało a wycieczka do kopalni Wieliczka była jednym  z mniej przyjemnych  wspomnień z lat szkolnych. 

Niespiesznie doszli do  wyjścia z Doliny i ścieżką pod Reglami ruszyli w  stronę "wylotu" Doliny Strążyskiej. Gdy już byli  niedaleko Strążyskiej  Emil zatelefonował do ojca, mówiąc, że  niedługo  dotrą już do  domu, więc nie ma potrzeby by ojciec po  nich  wyjeżdżał, bo oni już za kilkanaście minut będą szli ulicą Strążyską i najdalej za pół godziny będą w domu. 

                                                                             c.d.n.     

czwartek, 9 czerwca 2022

Trudny wybór - 39

 Wieczorem tego  dnia Adela "odkryła", że zrobił  się jej pęcherz na  najmniejszym palcu  stopy. Nogi zostały wymoczone, wycałowane, wygłaskane  i zostało  wdrożone   śledztwo- prowadził je oczywiście Emil - główne pytanie brzmiało "dlaczego to się  stało"? 

 Adela patrzyła na męża jak na kompletnego wariata, ale nic  nie mówiła. Ścisły  umysł Emila  wydedukował, że w jednej  skarpetce ze  szwu zwisała dość  długa  nitka z supełkiem na końcu i to ten  supełek śmiał uszkodzić  paluszek ukochanej żony. Druga  myśl, która  mu zaświtała to było totalne   zdziwienie  jak  można mieć tak delikatną  skórę na palcu stopy.  Wszelkie  pytania męża  zbyła krótko:  "nie wiem, ja mam często takie  atrakcje, ale po prostu taka moja  uroda". Latem nigdy  nie chodzę bez  skarpetek, bo chodzenie  bez  skarpetek zawsze kończy się otarciem. Powinnam  była po prostu wziąć  nieco grubsze  skarpety, zgapiłam się. Zaraz   zrobię  z tym porządek- wymoczę nogi, przekłuję pęcherz, posmaruję maścią z propolisem i  zalepię plastrem.  

Gdy Adela przekłuwała  pęcherz igłą  miała nieodparte  wrażenie, że przekłuwa Emilowi jakąś  wyjątkowo delikatną   część jego  ciała - ją to nic  nie bolało, ale on się krzywił i wyraźnie cierpiał. Oczywiście rodzice  zaraz  zostali poinformowani jaki to straszny  przypadek spotkał Adelę, a Helena  go "pocieszyła", że to nic  nowego- po prostu trzeba przekłuć pęcherz  i w ciągu  jednego  dnia wszystko wróci  do normy i nic jej z tego powodu  nie będzie. A następnego dnia będzie już pamiętać o  tym, żeby założyć skarpetkę  szwem na  zewnątrz, lub dokupić bezszwowe skarpety. 

W związku z tą "straszną kontuzją" następnego dnia postanowiono pojechać  na Gubałówkę - oczywiście samochodem, żeby nie nadwyrężać biednego małego  paluszka. 

Kolejka do wjazdu nawet nie  była tym  razem porażająca  swą  długością, pogoda  była  dobra więc i widokowo wszystko było w porządku. Można  było kupić oscypki,  w przystępnej  cenie te z mieszanego mleka  krowio-owczego i drogie,  ale "prawdziwe", czyli z mleka  owczego. Kupili po oscypku na rodzinę (tego "prawdziwego")by go wziąć  ze  sobą  do Warszawy i jeden  na teraz, ominęli stragan ze swetrami i skarpetami,  za to uwagę panów  przyciągnęła plackarnia i bohatersko  stanęli w długiej  kolejce,  a panie poszły  poszukać jakiejś ławki. Po trzech  kwadransach panowie  przynieśli usmażone, rumiane, pachnące placki  kartoflane. Było trochę  śmiechu, bo Helena   zauważyła, że jakieś  spore te  porcje, panowie  po sobie  spojrzeli i przyznali  się, że na każdym talerzu są po  dwie  porcje. I ci w kolejce  za nimi to chyba  mieli ochotę ich pobić. 

Nie da się  ukryć, że latem nie  za bardzo jest co robić  na  szczycie  Gubałówki więc zdecydowali  się na powrót. A że godzina jeszcze "młoda była" a pogoda  ładna pojechali  Drogą Oswalda  Balzera-przez Jaszczurówkę,Cyrhlę, Brzeziny, Zazadnią,Głodówkę  do parkingu na  Palenicy  Białczańskiej. Droga Balzera jest co prawda  wąska a w typowo turystycznym  tu sezonie , czyli w lipcu i sierpniu przyprawia  wszystkich o ból głowy bo droga  kręta  i  zatłoczona, ale  widoki są piękne.

Maleństwo,  a kim był ten Oswald Balzer?- bo jakoś  go   nie kojarzę - stwierdził Emil. Adela uśmiechnęła się-  nie kojarzysz, bo w  szkołach o nim nie uczą, a powinni. To był profesor, historyk, wykładowca  a potem rektor Uniwersytetu im. Jana Kazimierza we Lwowie. Był historykiem i napisał kilka dzieł historycznych, np. "Genealogia Piastów",  założył Towarzystwo  Naukowe we Lwowie. Reprezentował Polskę, a właściwie  rząd Galicji w  sporze z Węgrami o Morskie  Oko. Jego wywód dotyczący granicy trwał cztery  dni i granice, które  wtedy wyznaczył w Tatrach w rejonie  Rysów i  Żabiego Szczytu obowiązują do dziś. Poza tym w 1918 roku zaproponował i uzasadnił nazwę nowej  waluty - złoty polski, domagał  się skutecznie  by Orzeł Biały posiadał koronę a nazwa naszego państwa polskiego  brzmiała  Rzeczpospolita  Polska. A w 1921 roku został odznaczony Orderem Orła  Białego. Umarł w 1933roku, żył 75 lat, pochowany jest na cmentarzu Łyczakowskim  we Lwowie. Zakopiańczycy  wiedzą ile mu  zawdzięczają i ma pan profesor drogę  swego imienia- długą  i z pięknymi widokami. 

Na parkingu w Palenicy  Białczańskiej nie było tłoku - wszak jeszcze nie  wakacje- gdyby to była  druga połowa  czerwca to o tej porze nie byłoby  ani skrawka  wolnego  miejsca. Dalszą  drogę do Morskiego Oka można  było odbyć bryczką lub wozem i ewentualnie na własnych  nogach. Adela zaproponowała, by  przeszli się  spacerkiem w stronę Morskiego Oka, bo po drodze są Wodogrzmoty Mickiewicza , podejdą tam i zobaczą co  dalej. Z tego parkingu do Morskiego Oka jest spacerek długości około 8  kilometrów z kawałeczkiem , co może zająć dwie i pół godziny  dreptania  w jedną  stronę. Droga dobra, asfalt  gładki. Kiedyś  samochodem  można  było podjechać  bliżej, aż do  Polany Włosienica.  W trakcie króciutkiej narady ustalili, że gdy dojdą do Wodogrzmotów to zdecydują się czy idą odpocząć do schroniska w Dolinie  Roztoki, które jest oddalone od  Wodogrzmotów o 10 minut,  czy idą  dalej, nad Morskie Oko i  odpoczną w tamtejszym schronisku. Adela  z koleżanką dreptały tędy zimą aż  dwie i pół godziny i tylko  cudem udało im się załapać miejsce w Schronisku koło Morskiego  Oka. Umordowały  się,  bo były skazane na komunikację  autobusową z i do Zakopanego. 

Po tej minionej  trzydniówce  deszczowej  w Zakopanem w wyższych partiach gór było dość  biało, co tylko dodawało krajobrazowi  uroku. Wyminęli  z odrazą konne dorożki i wozy. Przy Wodogrzmotach  zdecydowali, że przedrepczą aż do Morskiego Oka.  Adela i tym razem  stwierdziła, że mimo  wszystko lepiej  się idzie szosą  latem  niż zimą. Szli cały  czas tą drogą,  chociaż  było klika skrótów, ale Adela  wiedziała, że te skróty to drogi leśne, kamieniste i nie chciała iść po kamieniach, bo była w adidasach  a nie w  wibramach. Emil się wciąż  dopytywał, czy nie boli ją  stopa, ale Adela naprawdę miała to "nadwyrężone" miejsce dobrze  zaopatrzone  specjalnym plastrem. Na Polanie Włosienica pozachwycali  się trzema  szczytami  Mięguszewieckimi-  Szczytem Czarnym, Pośrednim i Wielkim, Cubryną, Żabią  i Wołową Turnią. Masyw  "Mięguszy" robił wrażenie, to były góry dla  zaawansowanych, tych co "drapią się tam, gdzie ich  nie swędzi". Od masywnego Szczytu Mięguszowieckego Czarnego odchodząca Kazalnica Mięguszewiecka została  zdobyta latem  dopiero 1942 roku a zimą dopiero w 1957. A kultowa już ściana  zwana  Filar Kazalnicy  "padła" dopiero w 1962 roku, zdobyła go  czwórka  wspinaczy: Chrobak, Heinrich, Kurczab i Zdzitowiecki.

Szło im  się  dobrze, nie było "tabunów" turystów. Adela twierdziła, że gdy ostatni raz była tu  zimą to było znacznie  więcej  chętnych  niż teraz. Gdy tak wędrowali Emil powiedział - jak na osobę, która odżegnuje się od  wspinaczek to bardzo  dużo na temat gór i ludzi  z nimi związanych wiesz.  

No bo ja mam taki feler -jeżeli dokądś  jadę na dłużej niż jeden  dzień to staram  się poczytać o  tym miejscu. Tak było właśnie z Zakopanem. Przeczytałam  sporo książek o wspinaniu się, o górach  na  całym świecie i pewnie gdybym  była  normalna to nie poprzestałabym na czytaniu, tylko zajęła  się tym bardziej konkretnie, ale ja nie bardzo  wierzę we własne  możliwości fizyczne, więc poprzestałam  na  zachwycie osiągnięciami innych. Ja po prostu  nie mam predyspozycji  fizycznych,  mam słabą statykę  mięśni, znacznie  gorszą niż dynamikę  i  nie przepadam za umęczeniem  się fizycznym tak, że ledwo na oczy patrzę. I bardziej pociąga  mnie w facetach ich umysł niż siła fizyczna. 

Towarzystwo spoconych, brudnych, złachanych wspinaczy zupełnie mnie nie pociąga.  Gdy czytam o tym jak siedzą w wysokich górach w tych swoich  namiocikach i nawet wyjście za potrzebą fizjologiczną nie jest czymś oczywistym i normalnym, to zastanawiam  się kto tu jest normalny- ja  czy oni. Dziewczyny  z liną- bo i tych  nie brakuje- zawsze się zastanawiam czy one mają  wszystkie hormony  w porządku. Być może, że się mylę- ale w moim odczuciu  bycie wspinaczem to rodzaj ucieczki od  zwykłego życia. Tylko nie  wiem po jakie licho oni się żenią, płodzą  dzieci, nie rozumiem też tych  dziewczyn, że wiążą się z nimi. 

Tak na logikę -Tatry są maleńkie, złazi taki jeden  z drugim Tatry dość  wcześnie, no to trzeba jechać gdzie indziej- Dolomity, Alpy, Himalaje, Andy.  Fura  forsy na to potrzebna, to nie jest tani sprzęt- musi być dobry, a dobry znaczy drogi. I nie  da się pracować tydzień  za biurkiem a w piątek  wieczorem jechać  w góry prosto od  biurka. 

Znałam jednego, który wprawdzie się nie  wspinał, ale miał bzika  na punkcie nart i tenisa- zmarł na serce. Nie można cały tydzień siedzieć na  zadku a w weekendy letnie starać się być Nadalem a w zimowe super zjazdowcem. To się udaje przez krótki czas. I wiesz kogo mam na myśli.

Postanowili wpierw wyrównać poziom płynów  w  swych  organizmach i zacumowali w schronisku. Adela i Emil stwierdzili, że przejdą  się dookoła Morskiego Oka, a Helena i ojciec w tym czasie odpoczną i popilnują stolika, bo  obiad zjedzą  dziś w  schronisku.  Obejście jeziora dookoła zajęło młodym równo godzinę. Wypatrywali  w  jeziorze pstrągów i zastanawiali  się czy iść jeszcze po obiedzie nad Czarny Staw pod Rysami. No ale Adela stwierdziła, że właściwie to nie ma po co, skoro nie idą  na Rysy. A na Rysy  nie pójdą, bo w czerwcu chodzi się jeszcze  wariantem zimowym, potrzebne są raki. A tak ogólnie  rzecz ujmując to  aż tak ambitna to ona nie jest, żeby wchodzić na Rysy. A jeśli jej kiedyś odbije to na pewno wtedy poszłaby z wykwalifikowanym przewodnikiem. I zapewne wtedy musiałaby  zanocować  w Morskim  Oku, bo jak  się przeleci per pedes od  Palenicy  Białczańskiej pod Rysy to już nie będzie miała  siły by wchodzić na Rysy. 

Emil stwierdził, że w jego odczuciu Tatry w gruncie rzeczy  są  mało dostępne. Przecież gdyby im  się  zachciało pójść na Granaty,  czy  może jeszcze ambitniej na Orlą Perć czy też Świnicę to znów musieliby wlec  się na Halę Gąsienicową. A gdyby się im zamarzyło wejście na Świnicę od innej strony to musieliby wpierw  "upolować" miejsce w kolejce  linowej na Kasprowy i przewlec się granią przez  Beskid, Liliowe, przełęcz Świnicką, Świnicę, zejść potem  na Halę Gąsienicową przez Przełęcz Świnicką lub Liliowe i znów iść przez Boczań do Kuźnic. No właśnie- Adela aż klasnęła  w ręce- dobry jesteś- już załapałeś trochę tych gór!  Jedyna  pociecha, że tu, w porównaniu do Himalajów to są małe odległości.

Obiad im bardzo  smakował, po obiedzie  jeszcze napili się kawy i jak to określiła Adela wyruszyli w drogę  do  samochodu- po prostu Tatrzański Park  Narodowy  dba o to, by turystom nie odkładało się sadełko po obiedzie. Emil miał wielką ochotę by wziąć dorożkę, ale obydwie panie  gorąco  zaprotestowały mówiąc, że im końskie wyziewy po obiedzie  absolutnie nie odpowiadają. Po drodze  z pięć razy  musiała Adel  zapewniać  swego męża, że nic a nic nie boli   ją otarte miejsce na  małym palcu. Gdy dotarli na parking teść powiedział: no nie  wiem jak wy, ale ja to bym  mógł już  zjeść drugi obiad. Wszystko co zjadłem już wydatkowałem na tę przechadzkę.

W samochodzie teść przekonywał wszystkich, że stanowczo teraz  powinni udać się  do jakiejś restauracji na porządną obiado- kolację, ale obie  panie wyciszyły go mówiąc, że zrobią po prostu na kolację omlet z pieczarkami,  więc  na pewno nie pójdzie  spać  głodny.

W domu  Emilowi zamarzyło się, by obejrzeć obejrzeć "ten biedny  paluszek", ale na marzeniu  się skończyło, bo Adela stwierdziła, że teraz to ona  się zajmie   robieniem kolacji, więc  będzie  miło jeśli on pomoże jej  w tym zajęciu, a paluszek to obejrzy już po  kolacji, gdy Adela  będzie się kąpać. 

                                                                         c.d.n.


wtorek, 7 czerwca 2022

Trudny wybór - 38

 Trzy  dni opadów Adela  spędziła  głównie w pozycji  horyzontalnej, ograniczając do  minimum swą   aktywność. Bardzo  dużo spała, bardzo mało jadła. Emil dotrzymywał  jej  towarzystwa, też  sporo  spał i dużo  czytał. Helena i Piotr wychodzili  na krótkie  spacery a czasem spędzali czas przed telewizorem. Gdy  wreszcie przestało padać i pokazało się  słońce Adela  stwierdziła- "no to nie ma rady, trzeba iść w góry". Kto pójdzie  ze mną  do Strążyskiej? To taki  spacerek, w  sam raz  na rozruszanie  się po tym leżeniu odłogiem. Po raz pierwszy  będę w Strążyskiej nie  zimą a  latem. I po raz pierwszy  będę płaciła  za spacerek z widokiem Giewontu przed  nosem. 

Oczywiście  poszli wszyscy razem, jak na pierwszą połowę  czerwca to było nawet  sporo  osób. A że Dolina Strążyska krótka  jest, to jeszcze  poszli potem ścieżką Pod Reglami. Tak  im  się  dobrze szło, że doszli  niemal do Doliny Kościeliskiej i zawrócili.  Wiecie  co? właśnie odkryłam, że chodzenie  latem Pod  Reglami jest znacznie  fajniejsze niż  zimą- nie uciekają mi nogi  w różne  strony, no pełna kultura! -Adela  była pełna  entuzjazmu. To jutro możemy się wybrać do Doliny  Kościeliskiej albo do Chochołowskiej albo na Halę Gąsienicową. Tylko lojalnie uprzedzam - pod górę to ja  się  szalenie  wlokę.

Następnego  dnia pobudka  była już o 7 rano- nieduże  śniadanie, podjazd do  Kuźnic i wejście na szlak  przez  Boczań. Szli niespiesznie i bardzo  długo  byli na trasie  sami. Potem przemknęło koło  nich  kilka grupek młodych turystów, których  potem  "dogonili", gdy ci nieco zmęczeni kłusowaniem  w górę odpoczywali. A oni pomału,  bez przystawania,  niespiesznie  dotarli na  Halę  Gąsienicową. W  schronisku  zjedli  drugie śniadanie. Adela żałowała, że to  nie  pora  obiadowa,  bo wtedy byłyby zapewne  kopytka, ale "Murowańcowa" jajecznica też była dobra. 

Schronisko  Murowaniec,  jak  zwykle,  pełne było młodych  ludzi- nic  w tym  dziwnego,  bo z Hali Gąsienicowej jest  naprawdę  sporo dróg na okoliczne i  dalsze  szczyty.  Niektórzy  wyraźnie wybierali  się  na wspinaczki  z liną a Adela zastanawiała  się  ilu   z nich  przysporzy  bólu  głowy górskim  ratownikom.  Siedzący z prawej strony Adeli  młody  człowiek  trącił ją lekko łokciem i zagadnął: "a pani tak  sama idzie  w góry?" Adela spojrzała  się na  intruza i  z miną niewiniątka  odpowiedziała - nie  sama z mężem i rodzicami. A to przepraszam - młodzieniec był nieco speszony. Bo  wie pani, samemu niebezpiecznie jest  chodzić po górach. Siedzący po lewej  stronie Adeli  Emil poza jej plecami wyciągnął rękę i  poklepał chłopaka  po  ramieniu  mówiąc - "dobrze  kolego mówisz, ale nie przeszkadzaj  mojej żonie  w jedzeniu". Młody odsunął się szybciutko nieco  dalej od Adeli  i zajął się swoją  zupą mleczną.

Gdy wyszli ze schroniska Adela  zaczęła się  śmiać - chyba popsułeś temu  chłopakowi humor. No to pójdziemy teraz nad Czarny Staw Gąsienicowy a potem może jeszcze nad Zmarzły Staw. A może rodzice pospacerowali by sobie sami nad  obydwa Stawy, a my poszlibyśmy sobie na  Kościelec? To nie jest tak obłędnie  wysoko, jakieś dwa tysiące sto pięćdziesiąt osiem  metrów, czyli dla  nas do pokonania mniej  niż 700 metrów  w górę. A idąc  dziś  z Kuźnic zrobiliśmy  pięćset dwadzieścia metrów  w górę, bo Kuźnice są na wysokości tysiąca metrów nad poziomem morza. Różnica  głównie w kącie nachylenia, Boczań nie  był stromy, tu się niemal  z każdym krokiem  będzie  nabierało wysokości. 

Adela  wyciągnęła z tylnej  kieszeni  spodni kartkę i  zaczęła  czytać na głos:  nad Czarnym Stawem wybrać czarny  szlak na przełęcz Karb. Idziemy rumowiskiem, potem  kamiennymi  stopniami, teren urwisty. Wchodzimy  na   Mały  Kościelec, stąd  pięć  minut do przełęczy, nadal czarny szlak. Kamienne  schody  przechodzą w wąską ścieżkę. I-sza trudność- pokonanie wąskiego progu skalnego z pomocą rąk, brak ułatwień np. klamer lub  łańcuchów, wchodzimy na strome pochyłe skalne płyty (nie chodzić tam po deszczu i zimą), wygodny trawers. Dalej trudniej, duże skupisko kamieni, dochodzimy do skalnej ściany po głazach, blisko krawędzi. Kolejną ścianę pokonujemy wąską ścieżką,  przepaść blisko po prawej  stronie.  Ze szczytu oglądamy Orlą Perć, Świnicę, Kasprowy,  Giewont. Zejście  tą samą drogą. 1,5 godziny na szczyt. Jeszcze na nim nie byłam, bo zawsze byłam w Tatrach zimą. I głównie wygniatałam leżak na  Gubałówce albo wydeptywałam  dolinki  reglowe. I w związku z tym, może ze mną iść albo Emil albo ciocia, bo mają dobre buty. Tatko ma adidasy, więc przez te  dwa odcinki sprawa odpada. No i co wy na to?

Emil wpatrywał się w Adelę jakby ją pierwszy raz zobaczył na oczy, a właściwie  więcej  było w tym badawczym spojrzeniu  podejrzliwości, że jego ukochana żona nieco "odleciała" od  rzeczywistości. 

No co tak milczycie?  Dziwiła  się Adela. Jesteśmy przecież   w górach. Nie wiem czy będzie nam się chciało drugi raz dreptać na Halę Gąsienicową. Co prawda  znam takich, którzy niemal  codziennie tu bywali, bo zdobywali Granaty, robili wspinaczkę z liną na Fajki, przedreptali całą Orlą Perć ( w tym 3 Granaty), szli przez Świstówkę i Opalone do Morskiego Oka, a od Kuźnic do Murowańca szli tylko godzinę. Ja  aż tak ambitna to nie jestem. Nawet nad Granatami  się mało zastanawiam,  bo wiem od  "wtajemniczonych", że tam jest jedno  miejsce trudne do pokonania  dla osób z niedomogą  wzrostu . Bo wąska ścieżka  nagle kończy się stopniem o wysokości 95 centymetrów i niskie osoby  mają naprawdę  spory problem z pokonaniem go. 

Piotr wybuchnął śmiechem- no właśnie, zauważyłem, że mam mało ambitną  synową, która  z powodu  braku ambicji  jest magistrem prawa i  rzecznikiem patentowym. Porażający  jest ten twój  brak ambicji,  córeczko!

No dobrze, to ja pójdę  tobą na Kościelec- stwierdził Emil. A rodzice  zaczekają na nas  albo tu albo będą w Murowańcu. A chodziłeś już  kiedyś po górach? - zapytała  Helena. Nie, ale kiedyś trzeba  zacząć, stwierdził Emil. 

Maleństwo,  a co masz  w plecaku? Picie i kurtkę od deszczu, rękawiczki, czapkę, czekoladę -  lekki jest. To włóż to do mojego plecaka, a swój zostaw. Jeden plecak nam wystarczy. Gdy pakował zawartość plecaka  Adeli do swojego zdziwił się bardzo, że on też ma  w nim czekoladę, swoje rękawiczki i czapkę, której nigdy dotąd nie widział. A co to za czapka? Twoja, kupiłam ją specjalnie na wyjazdy - idąc w góry  trzeba  mieć zawsze  coś od  deszczu , rękawiczki i czapkę, bo góry są jeszcze bardziej pogodowo  niestabilne  niż psychika  kobieca. Zapomniałam ci o tym powiedzieć, przepraszam. A ta  czapka jest cienka, ale z wełny kaszmirowej, głowa się w niej  nie poci. A że są w tym  samym kolorze, to moja ma na czubku maluteńki pomponik, z innej  kolorem  włóczki, wielkości pięciu groszy. Kupiłam je od Aliny, przywiozła je kiedyś z Włoch, gdy już nie  byłam z Kamilem. Ciut się przeleżały w  mojej szafie. A wtedy Alina stwierdziła - no i fajnie, będziesz  miała na prezent dla kogoś, kto będzie  tego  wart. W ostatniej chwili  przed  wyjazdem przypomniałam sobie o tych  czapkach. A czekoladę to nam Helena dziś przyniosła. Pewnie  kupili  w tej pijalni czekolady.  Rękawiczki  się nam przydadzą, bo trzeba  będzie  sobie  tu pomóc trochę rękami na tych ściankach. Oooo, skoro tu jest pijalnia czekolady to musimy  się koniecznie tam  wybrać. No to chodź Maleństwo, idziemy tym czarnym szlakiem na tę jakąś przełęcz. Idź przede mną, wtedy  mi będzie łatwiej dostosować swoje  tempo do twojego. A co to jest właściwie "rumowisko" w nomenklaturze  wysokogórskiej? No po prostu różnego rodzaju ukruszone kamienie po zimowych lawinkach, pozostawione tak  jak upadły,  nie porządkowane w ścieżkę przez TOPR. W końcu i  kamienie kruszeją narażone jak rok  długi na zmienne warunki  atmosferyczne. 

Szło im  się  całkiem dobrze, chociaż  chwilami jak na gust Adeli było mało wygodne dreptanie po rumowisku. W półtorej godziny doczłapali się na  szczyt i  zapewne tylko dlatego, że to był dopiero początek sezonu byli jak na razie jedynymi turystami. I bardzo  dobrze, bo szczyt Kościelca jest mały, miejsca na nim góra dla pięciu osób. Oboje stali trwając w zachwycie. Adela zrobiła kilka zdjęć komórką, a Emil żałował, że nie  wziął ze sobą aparatu.

W drodze powrotnej Adela opowiedziała  nieco o Kościelcu. Jak niemal  wszystkie góry miał Kościelec na sumieniu ofiary. Jedną  z  nich był Mieczysław Karłowicz, kompozytor i dyrygent, autor powiedzenia "szanujcie  ciszę i majestat gór!", wielki propagator zimowej turystyki górskiej,  współzałożyciel Tatrzańskiego Ochotniczego  Pogotowia  Ratunkowego. Jak na ironię pierwszą akcją tegoż TOPR było odnalezienie ciała  Karłowicza zasypanego lawiną śnieżną, która zeszła z Kościelca. I jak po każdej takiej katastrofie wszyscy spekulowali czemu tak  się  stało - jedna z teorii mówiła o tym, że Karłowicz miał do nart umocowane  kawałki foczego futra by móc bez trudu  podchodzić w nich pod niewielkie  wzniesienia i po prostu  przez to nie mógł wykorzystać ich poślizgu i nie  zdołał uciec przed lawiną.A był znakomitym narciarzem.

Druga  znaną postacią był Jan Długosz, doświadczony alpinista, ratownik  TOPR, pisarz, który  podczas rutynowej kontroli Grani Kościelców, na Zadnim Kościelcu odpadł od ściany. A wcale  nie była to trudna wspinaczka ale o  wysokiej  ekspozycji i część społeczności taterników i  alpinistów podejrzewała, że Długosz po prostu  popełnił samobójstwo. Nie wiadomo jak to było, nie mniej teraz nie ma wytyczonej  drogi na Zadni  Kościelec, ale jeśli ktoś się uprze to musi   zgłosić w Murowańcu , że ma zamiar zdobyć ten  szczyt i wpisać  się do książki wyjść taternickich. A Długosz był naprawdę bardzo zdolnym  alpinistą, zrobił wiele pierwszych wejść nie tylko w Polsce ale i w Alpach. Gdy zginął miał zaledwie 33 lata.

A ty  Maleństwo masz jakieś ciągoty do wspinania  się? Adela odpowiedziała pytaniem- a czy ja wyglądam na osobę co ma świra i uwielbia ryzyko plus naprawdę spory wysiłek  fizyczny?  Lubię góry bo są malownicze, ten  spacerek na Kościelec starczy mi do końca naszego pobytu. Poza tym znacznie  lepiej się  czuję nad morzem, najlepiej  ciepłym i mocząc  się  w ciepłej  wodzie lub siedząc pod parasolem z zimnym piciem w  szklance. Na resztę pobytu przewiduję Dolinę Kościeliską z przejściem  na Ornak przez Iwaniacką przełęcz i dolinki reglowe. I może nawet Dolinę Chochołowską. Nawet nie chce mi  się wjechać na  Kasprowy. Możemy wjechać na Gubałówkę, bo  widokowo jest w porządku. Ale chciałabym przyjechać z tobą w końcu lutego lub w marcu do Zakopanego i pokazać  ci jak bardzo jest kolorowa  zima. 

Ale powiedz  mi , kochany, jak ci się podobała  ta  wycieczka?   No trochę się denerwowałem gdy szłaś przede mną i uświadomiłem sobie, że tak blisko jest ta ścieżka  przepaści. Ale widziałem, że idziesz jakoś tak bez żadnego  wahania, pomyślałem wręcz, że już tu byłaś. Nie byłam, ale nie jestem zbyt wrażliwa na ekspozycję,  wszak myłam okna na trzecim piętrze. I, jak  widać, nie  wypadłam. Nie mam lęku wysokości, ale bardzo uważam jak stawiam nogi, patrzę się ciągle na podłoże. Trochę mi to rumowisko tu nie pasowało.  Dobrze, że mam wibramy, bo chronią  kostki i dobrze przylegają  do  podłoża. A najfajniejsze to  było to, że cały czas  byliśmy na tej  drodze w obie  strony  sami, bo ścieżka naprawdę wąziutka i naprawdę trudno byłoby się z kimś wyminąć.

Rodziców "upolowali"  niedaleko Murowańca. Zjedli w  schronisku gorący krupnik i wyruszyli w  drogę powrotną  do Kuźnic. W samochodzie wspomogli się jeszcze czekoladą. A Emil, wsiadając do samochodu powiedział - ciągle  mnie to moje  Maleństwo zaskakuje. Szła tak, jakby od  dziecka chodziła po górach.

To dobrze  synu, to dobrze, nie będziesz szukał wrażeń po bokach - stwierdził Piotr. W kwadrans  później  już parkowali koło domu.

                                                             c.d.n.






niedziela, 5 czerwca 2022

Trudny wybór - 37

 W drogę do Zakopanego wyruszyli 1 czerwca, wybierając nieco dłuższą  trasę (472 km) przez Polichno, Częstochowę, Dąbrowę Górniczą, Myślenice. Za kierownicą wpierw urzędował Emil, potem, od parkingu w okolicy Częstochowy  zmieniła go Adela. Nie pamiętała dobrze  drogi gdy  jechała z Kamilem  do Zakopanego, bo wtedy  całą  drogę przespała  na tylnym siedzeniu - poprzedniego  dnia  siedziała w pracy do  godziny 23,00 a pakowała  się na  drogę po powrocie  do  domu, więc rano o 6,00 gdy wyjeżdżali to zasypiała gdy tylko usiadła. Kamil ustawił za  fotelami torby z ich  rzeczami, żeby  nie  spadła na podłogę a co najwyżej na torby,bardzo  dziwnie  zapiął ją  w pozycji leżącej środkowym  pasem i Adela aż do Krakowa  spała na tylnej kanapie, przykryta kurtką Kamila, mając kocyk jako poduszkę. Pamiętała  tylko, że koło Obidowej stali w korku, bo kilka  samochodów wylądowało w przydrożnym  rowie i droga  była  "na szybko" szykowana  przez  drogowców. Nie da się ukryć, że  zimowe podróże w polskim klimacie nie zawsze były usłane  różami.

Teraz tuż pod  Krakowem zjedli w motelu obiad, który  wszystkim smakował. W Zakopanem Adela nieco się pogubiła co jej nawet  nie zdziwiło, ale aplikacja Google naprowadziła ich na  wskazany  adres. Dom stał w drugim  rzędzie  domów tej ulicy, parter był  tylko dla właścicieli, którzy  rzadko tu  zjeżdżali, ale  czekała na  nich pani zarządzająca tą willą. Zostawiła im  dwa komplety  kluczy, zebrała  dane  meldunkowe, oprowadziła po piętrze które było całe do ich  dyspozycji, zostawiła im  namiary na siebie i  zapewniła, że w każdej chwili jest  gotowa  do pomocy. Pokazała przejście pomiędzy domami do domu wczasowego, ponarzekała na  niebywały  wprost rozrost Zakopanego,  w którym niedługo  nie będzie  czym oddychać, bo odległości pomiędzy domami zrobiły się tragicznie  małe i jedni  drugim zaglądają w okna.

Podobało się to lokum wszystkim - sypialnie były rozdzielone pokojem  dziennym, z którego  było wyjście na  długi balkon. Kuchnia  była nieduża,  ale bardzo ergonomicznie  urządzona,  z dużą lodówką i sporą  zamrażarką .  Łazienka była ładna, ściany miała wyłożone  bardzo ładną glazurą z delikatnym  wzorem irysów.  Nie  było wprawdzie  w łazience  kabiny prysznicowej, ale wanna miała prysznic stały, osłonięty składanym parawanem z plexiglasu tak, by  nie  zachlapać reszty pomieszczenia. Lustro nad  dużą umywalką kryło za sobą szafkę z wieloma półkami.  Oprócz  sedesu w łazience było też WC oddzielne, wyposażone w małą umywalkę i lustro. A sedes w łazience był odgrodzony ścianką z matowego, grubego tworzywa. 

Obejrzawszy dokładnie całe "gospodarstwo" postanowili wyjść na zakupy i kupić  "coś" na kolację i śniadanie. Przedreptali aż na Krupówki. Adela miała  mieszane  uczucia - zupełnie nie poznawała Zakopanego. Stwierdziła, że  w gruncie  rzeczy wolała tamto Zakopane, nieco  zapyziałe i stanowczo mniej komercyjne. Szła  zamyślona aż Emil nie wytrzymał i  zapytał - kochanie, co jest  grane? 

Adela uśmiechnęła  się - chyba  się bardzo a  bardzo postarzałam nagle albo mam atak super sklerozy, bo prawie nie poznaję  tych  miejsc. Zrobiło się tu rzeczywiście ciasno. Popatrz - to są dwie różne posesje i jeśli te okna otwierają  się na zewnątrz to chyba tylko ta  siatka sprawia, że się nie dotykają. To jakiś koszmar. Niczego tu  nie mogę poznać. I ta kostka Bauma. Poginęły  mi  miejsca,  które znałam. Walczy  we mnie obiektywizm i subiektywizm. 

Lubiłam te byle jakie Krupówki na których można było orła zimą wywinąć bo  nie  zawsze były dobrze obsypane żużlem. Nikt ich  nie odśnieżał.  Brak mi nawet tych paskudnych drewnianych  bud robiących za sklepy. Patrz, jest nawet  "Żabka", identyczna jak w Warszawie. Chyba sobie  kupię plan Zakopanego, żebym wiedziała jak gdzie trafić. To już teraz  wiem, dlaczego Irena   powiedziała, że będę "wstrząśnięta"  a może nawet  "zmieszana". No i kurczę jestem - i wstrząśnięta i zmieszana. 

Wiem to głupie. Przyszły pieniądze z UE to się je wykorzystuje. Nie przejmuj  się mną, moim nastrojem, po prostu jestem  zdumiona  ale nie  zachwycona. Ursynów też mnie  cały nie  zachwyca, ale jego niektóre  fragmenty są świetne. Mam nadzieję, że gdy się wybierzemy w plener to mi wszystko przejdzie. Podejrzewam, że nikt nagle nie wybetonował dróg w dolinkach  reglowych, chociaż jak  znam ludzi to i takie plany na pewno  były. Na szczęście jeszcze  nie  sezon  w pełni i stonki  nie będzie. Stonki? - zdziwił się Emil. Nie ma tu pól kartofli. Bo to inna stonka,  nie  ziemniaczana, to wycieczki szkolne,  a raczej  jakieś kolonie letnie przyjeżdżające tu z okolic Zakopanego.

Emil śmiał się -  zapomniałem, że nie przepadasz za dziećmi. Adela roześmiała się - dla  mnie  dzieci to są  fajne takie co są powyżej 25 roku życia. Z takimi to już nawet da się  rozmawiać. A tak ogólnie  to należę do tych co własne potomstwo nazywają  dziećmi a  cudze bachorami. Wszystkie  moje koleżanki będące matkami tak uważają, co mnie  bardzo bawi.

Tego wieczoru wszyscy zgodnie stwierdzili, że trzeba  iść wcześnie  spać.Umówili się  też, że nie będą robić śniadań o określonej  z góry  godzinie, że zawartość  lodówki jest wspólna i każdy bierze to na co ma ochotę. Lunche będą zjadali gdzieś  w trasie, a obiado-kolacje  przetestują w okolicznych hotelach, których się zdaniem Adeli  namnożyło  niczym  grzybów po deszczu.

Łóżko było szerokie, jak  się śmiał Emil spokojnie mogliby spać rodzice z dwójką bachorów. Pościel  była bardzo ładna, w niebieskie  różyczki. 

W nocy coś wytrąciło Adelę ze  snu - jak  zwykle  w takiej  sytuacji wyciągnęła rękę w  stronę, gdzie powinien  znajdować  się Emil i....napotkała pustkę. Natychmiast oprzytomniała i usiadła. Emila  nie  było w pokoju więc wyskoczyła na bosaka  z łóżka i wyszła do przedpokoju. W łazience paliło się światło, więc wróciła  do łóżka. W chwilę później przyszedł Emil, który przeraził się,  widząc Adelę  siedzącą na łóżku a nie leżącą w nim. Maleństwo, co się  stało?  Chyba nic, zapewniła go  Adela, ale obudziłam  się a ciebie w łóżku  nie było, więc  siedzę i czekam na ciebie. 

A ja po prostu nie piłem nic w drodze, potem  wieczorem  za dużo jednak wypiłem płynów na jeden raz i  musiałem  się "odwodnić."  Przepraszam, że cię obudziłem. Nie obudziłeś, sama się obudziłam, nie znalazłam  cię w zasięgu ręki, więc poszłam  cię  szukać. A kapciuszki założyłaś? hmm, chyba  zapomniałam. No to dawaj  stópki, ogrzeję  je. Ogrzewanie  stópek miało dość oryginalny przebieg i zarwało im kawałek nocy. Gdy rano wyplątali  się z pościeli dochodziła dziesiąta a Piotr z Heleną byli już po śniadaniu i  kończyli poranną kawę.  

Pogoda  była  nieco mętna,teoretycznie nie miało być deszczu, ale temperatura  też  nie  rozpieszczała, więc Helena  z Piotrem stwierdzili, że przejdą  się pod  Wielką  Krokiew i posnują  się  po okolicy. Wzięli kurtki  przeciwdeszczowe, swoją parę  kluczy i poszli, mówiąc, że będą z młodymi  w kontakcie. Adela stwierdziła, że ona przyjechała  głównie  wypocząć i wyspać   się na  zapas. Emil  stwierdził, że on  również, bo wprawdzie  nie  zdawał w ostatnim roku żadnych  egzaminów, ale przeżywał egzaminy Adeli, więc też musi wypocząć. W dwadzieścia minut później oboje  spali niczym niemowlaki.  

W międzyczasie Helena  z Piotrem spacerkiem udali  się na  Antałówkę, która  jest świetnym  punktem  widokowym. Oboje nie  byli  w Zakopanem już od wielu  lat- i podobnie jak Adela wspominali tamto,  nieco  siermiężne  Zakopane, ale w sumie  bliższe naturze. Teraz  Zakopane organizowało  atrakcję  za  atrakcją, a to termy, a to papugarnia, a to  motylarnia  i oboje mieli bardzo  mieszane  uczucia. Oboje  stwierdzili, że chyba jednak woleliby mniej  szpanu i rozrywki  a  więcej natury. Helena  powiedziała w końcu  do Piotra- wiesz, dobrze że tu przyjechaliśmy przed sezonem, to nas tu jeszcze  nie  rozdepczą. Jedno co jest pewne- ja tu więcej  na pewno nie przyjadę. Ciekawa jestem jak  nasze  dzieci to odbierają - oni co prawda zachowują się jakby byli w podróży  poślubnej, co  mnie  nie dziwi - podróży  poślubnej  wszak  nie  mieli, a na  co  dzień  są nieźle  zaorani. Co prawda Adelka twierdzi, że w porównaniu do poprzedniej  pracy to  tutaj  ona niemal  wypoczywa, zwłaszcza, że jej  szef jest jej mężem   zakochanym  w niej po czubki  włosów. No ale miała naprawdę dużo pracy- i koniec  studiów i ten kurs  rzecznikowski dały jej  w kość. 

Helenko, to że mieszkamy z nimi  tym razem  w jednym mieszkaniu to przecież nie  znaczy, że będziemy  się  wszędzie  poruszać  całą  rodziną. Wiesz, przed  ślubem pognałem Emila  na  kompleksowe  badania czy  aby  nie odziedziczył czegoś po swojej  mamie. Ale na szczęście  wszystko jest   w porządku. Cieszy  mnie, że  oni  dbają o  siebie  wzajemnie, że nie palą, że jednak dobrze  się odżywiają. I zawsze mi się  chce śmiać, gdy Emil mówi do niej "Maleństwo". Trochę  to śmieszne, ale i takie  nieco  rozczulające. I jestem ciekawy czy zdecydują  się  na  dziecko gdy trochę  już okrzepną w tym małżeńskim stanie. A cała prawda  wygląda tak , że zaakceptuję oczywiście  każdą ich  decyzję w tej materii. No oczywiście  poza  sytuacją, że co rok  prorok aż do  pięciu.  Mieliśmy w Milanówku taką  sąsiadkę - czwórka  dzieci rok  po roku. Nie mam  pojęcia  jak ona te  dzieci rozróżniała. Mam nadzieję, że jeszcze  żyje, bo chorowała na raka piersi i z tymi dziećmi przeprowadzili  się do jej  siostry, chyba do Komorowa, żeby miała pomoc w opiece nad tą  zgrają  dzieci. 

Antałówka była  cała  w rozbudowie, poznikały gdzieś znane im z poprzednich pobytów domy  wczasowe. Były rozbierane i w ich miejsce powstawały  nowe obiekty. Przeszli przez Antałówkę na  Pardałówkę, gdzie  też nowe  domy  rosły  na potęgę. Zajrzeli pod Skocznię i pomału, spacerkiem poszli do  domu.

W domu , w dziennym pokoju na kanapie  siedziała  Adela, a na podłodze, na złożonym  kocu siedział Emil z głową opartą o kolana Adeli. Adela rozczesywała mu palcami  włosy a on mruczał z  zadowolenia. Był włączony telewizor i oglądali........kreskówkę Disneya. Oboje byli  w dresach i wyglądali na wielce zadowolonych  z życia. Jak się  skończy  film - odezwała  się Adela- to będę  robiła omlet z zielonym  groszkiem. Czy któreś z  Was też  reflektuje na taki omlet? Powiedzcie , proszę,  to od razu   zrobię  większą porcję.

Siedźcie grzecznie i oglądajcie film, a ja  z Piotrem  zrobię ten omlet - stwierdziła  Helena. Ciekawe  czy  mają tu coś  do ubijania  piany? Mają, jest w  szafce na górze,  taki patent   z korbką - odpowiedział Emil. A groszek mamy tym razem w puszce. A na deser mamy bezy, które polejemy gorzką  czekoladą.

Omlet wyszedł ekstra, a malutkie bezy oblane  czekoladą były świetnym  dopełnieniem całości. Ojej, jak mi dobrze - Adela przeciągała  się we  wszystkie strony. Dawno nie miałam takiego luzu - zero obowiązków! Nie zdawałam  sobie  sprawy  z tego, że jestem  tak zmęczona. Mnie  się nawet czytać  nie  chce! A oglądać to najwyżej  coś durnego, żeby się pośmiać  z byle  czego. Kreskówki są do tego świetne.

Ja  dziś jeszcze nigdzie nie pójdę, mogę  co najwyżej  poleżeć na  balkonie. Nie wiem dlaczego, ale nadal czuje  się tak,  jakbym tu przyszła z Warszawy piechotą  a nie przyjechała  samochodem. Dziwne to  wszystko,  w końcu  w Warszawie  pracowałam głównie głową a nie  mięśniami. A może cię łapie  jakaś infekcja? - martwił się  Emil. Nie, raczej nie, to wyłazi ze mnie zmęczenie. Chyba  to wszystko  spowodowane  jest świadomością, że niczego  nie muszę- po prostu mam po raz pierwszy od kilku lat absolutny luz- zero obowiązków, zero  musu. Wcale  nie masz  zero obowiązków - stwierdził Emil - masz obowiązek  mnie kochać. Eeee, to nie obowiązek, moje DNA już się  samo przeprogramowało na  kochanie  ciebie, teraz  wszystko idzie samo, poza  moją świadomością, tak jak krążenie krwi. No to ja ci  zrobię leżanko na  balkonie - na jednym  kocu będziesz leżała, a drugim  cie nakryję, bo nie jest  dziś zbyt ciepło -zaoferował Emil. Nieeee, wolę jeszcze poleżeć w łóżku, tylko sobie okno otworzę na  całą  szerokość. Na leżaku nie ma jak  poleżeć na boku, a ja nie lubię  leżeć na  wznak. Dobrze księżniczko, zaraz poprawię łóżeczko i otworzę okno. A co ty będziesz robił gdy ja będę "nic" robiła? - dopytywała  się Adela. Będę muchy od  ciebie odganiał, sprawdzał czy się  aby  nie odkryłaś i próbował odgadnąć co ci  się śni. A utulisz mnie, żeby mi się lepiej spało? Utulę, wycałuję, będę cały czas przy tobie. Uwielbiam, gdy jesteś  cały czas przy mnie - marudziła  Adela. A co robią  rodzice? Zaraz  idą  gdzieś  na spacer. Chodź Maleństwo do  sypialni. Popatrz jaki patent- okna otwierają  się na zewnątrz, czyli od  strony zewnętrznej można je umyć tylko wtedy, gdy się jest  na  balkonie.

W pół godziny później oboje spali  "snem sprawiedliwych" spleceni uściskiem, w dresach i nakryci  dwoma  kocami. Za oknem gromadziły  się coraz ciemniejsze chmury i w końcu zaczął padać  deszcz. Jego spadające na  dach nad balkonem krople obudziły Emila, który cichutko  wstał, zamknął okno i czym prędzej wrócił do Adeli. Chwilę jeszcze  wpatrywał się w jej twarz, po czym spokojnie udał  się w objęcia  Morfeusza,  tuląc  jednocześnie  do siebie Adelę.

W tym czasie Piotr i Helena przeczekiwali deszcz w działającej "od  zawsze" kawiarni  "Kmicic". Tyle  tylko, że "Kmicic" nie był już własnością PBP "Orbis" i nie  było już w Zakopanem tak dobrze  znanych Helenie pensjonatów orbisowskich. Ale szarlotka w Kmicicu  nadal im  smakowała.

Deszcz padał trzy dni, czyli było normalnie, jak to w Zakopanem, w którym  "deszczowe  trzydniówki"  nie były  czymś niezwykłym. Na kampingu w okolicach  Skoczni w widoczny  sposób  "przerzedziło" się- przebywanie pod  namiotem gdy pada  deszcz jest jednak mało zabawne. Helena z Emilem poświęcili jeden dzień na  zakupy żywnościowe i  zawartość lodówki wyraźnie się  poprawiła.

                                                                     c.d.n.

Trudny wybór -36

 Emil złościł się - tak pięknie  sobie  zaplanował ich urlop w Austrii nad jeziorem, a tu się nagle okazało, że wszystkie  miejsca  blisko jeziora już dawno  są wykupione. Podobno  już w  marcu nie było ani jednego wolnego  miejsca w niedalekiej  odległości od  jeziora. Poza tym z rozmów w Urzędzie  Patentowym wynikało, że aktualnie  może przejść Adela i mogłaby  zacząć pracę od 1 sierpnia, a Emil  dopiero od października. Na razie  musieli  w  czwórkę pojechać do Zurichu. No a skoro nie jadą potem do Austrii a przejść muszą po wykorzystaniu urlopu, Adela  zaproponowała  by pobyt w Zurichu i podróż w obie  strony ograniczyć do minimum.Więc po prostu zamiast  się tłuc samochodem polecą  samolotem, dwie lub trzy  noce  spędzą w hotelu w Zurichu co i tak będzie znacznie tańsze niż pobyt nad jeziorem  w Austrii. 

A ona podzwoni  do dwóch  koleżanek, które pracują w biznesie turystycznym i może pojechaliby w  czerwcu na urlop - jeśli nad  morze to może do Turcji, a może by tak w rodzime  góry, do któregoś  z uzdrowisk albo na Słowację albo może do  Hiszpanii? Helena i Piotr  stwierdzili, że oni to chętnie pojechaliby do Zakopanego albo  na Słowację albo do Nałęczowa lub  Ciechocinka. Nie mają ochoty na zbyt długie  wojaże.  Adela obstawiała Włochy, Turcję lub Zakopane. Emil Hiszpanię ewentualnie  Zakopane.

Hiszpania odpadła  w przedbiegach, bo na  Costa Brava musieliby dojechać  własnym transportem a i oferty nie były  zbyt ciekawe. W  końcu  Hiszpania nie jest tuż  za rogiem, jak  stwierdziła Adela.

Po długich  i nieco burzliwych  dyskusjach zdecydowali  się na  Zakopane. Burzliwe dyskusje były głównie pomiędzy Adelą a Emilem, który dobrze  pamiętał, że Adela była w Zakopanem  z Kamilem. Tak, mówiła mu Adela- byłam z Kamilem,  ale byłam tylko raz i to zimą. I ty mi wmawiasz, że nie jesteś   zazdrosny o to, że kiedyś byłam  z Kamilem parą!  Ja  się nie  czepiam z kim sypiałeś  przede mną. Nie  znaliśmy  się wtedy,  nie  wiedzieliśmy o  swym istnieniu więc o  co tu boje  toczyć?  Ja jeszcze nigdy  nie byłam  latem w Zakopanem. 

Do środy koleżanka  trzyma dla nas 2 pokoje z kuchnią i łazienką w dobrym miejscu. 100m od tego  domu jest dom wczasowy,  w którym możemy sobie załatwić albo  całodzienne  wyżywienie  albo tylko obiado - kolacje. I trzyma  także  dwa pokoje w kompleksie Antałówka& Med ze śniadaniami i obiado-kolacjami.  Z Kamilem mieszkałam w hotelu, który teraz jest przebudowany i super  luksusowy, z koleżanką mieszkałam w kwaterze  prywatnej,  gdy  byłam  sama to też mieszkałam na kwaterze prywatnej i  miałam pokój trzydziestometrowy  z wyjściem  na ogród, na który nie  wychodziłam. Gdybyśmy  wzięli te  2 pokoje  z kuchnią i łazienką to moglibyśmy  mieszkać  wtedy razem  z rodzicami - oczywiście  jeśli chcesz. A tak w ogóle- jedziemy  w pierwszej  połowie  czerwca i nie  będzie  problemu  ze znalezieniem  czegoś na  miejscu. Od  mojego ostatniego  pobytu Zakopane  się przeogromnie   rozbudowało a poza tym czuje oddech  Słowacji, która już  wcześniej miała lepszą infrastrukturę  niż Zakopane i jest tańsza niż Zakopane. A jest tańsza bo oni weszli do strefy euro  a my nie.Więc  może wpadnijmy  do rodziców, powiemy  co i gdzie jest proponowane i zdecydujemy. 

No i jest jeszcze  jedna opcja -  możemy po prostu 2  tygodnie  posiedzieć  w Warszawie. Przemyśl sobie  to  wszystko w miarę  szybko. A ja potem wpadnę  do piwnicy i skasuję pozostałość  po Kamilu - może wtedy będzie  ci lepiej. Mnie te moje podobizny  nie były i nie są potrzebne.A jego wiersze - już pocięte.

Maleństwo, przepraszam, trochę jestem  zawiedziony tym, że ta  Austria  nie wypaliła. I ciągle mi  żal, że nie poznaliśmy się wcześniej.

No ale się jednak poznaliśmy, jesteśmy  razem, kocham cię ogromnie i byłoby  mi najlepiej, gdybym  mogła być tuż obok  ciebie  całą dobę. Ale się  nie da.

Gdy się  rozstałam z Kamilem jedynym moim odczuciem  był żal do siebie  samej,  że uległam jego urokowi, temu, że o mnie jednak dbał. I jak widzisz  robił to  do końca- tę pracę  załatwił   mi już po rozstaniu bo wiedział, że trudno  mi jednocześnie studiować i być tą  asystentką dyrektora. Nie  będę ci wszystkiego opowiadać o nim i o mnie - niech  ci  wystarczy to, że nigdy nie przeżyłam z nim tego, co przeżywam z tobą za każdym razem. I gdy mi się to właśnie  z tobą przydarzyło pierwszy raz  w życiu - byłam wręcz przerażona. A ty mi  tylko scałowałeś łzy i tak cudownie  długo, długo trzymałeś   mnie w objęciach i nadal byłeś we mnie. I nie  zadałeś mi idiotycznego pytania czy  było mi dobrze - ty wiedziałeś, że było. 

Może nie tyle wiedziałem co  czułem, wyprzedziłaś  mnie o dwie  sekundy i to było dla mnie też  cudowne przeżycie. A teraz wpadamy razem na metę i to też jest cudowne, wiesz? Chodź Maleństwo, bo jeszcze chwila i  donikąd   nie dojdziemy, poza łóżkiem. 

I może weźmy to mieszkanie, bo ja naprawdę wolę jeść śniadanie w domu, z tobą na moich  kolanach , rodzice  się   nie zgorszą gdy będziemy jeszcze  w negliżu, zresztą weźmiemy  ze sobą szlafroki. Wiesz co, nawet nie mów o tym kompleksie na  Antałówce. Możemy oczywiście tam wpaść na jakieś  zabiegi lub  basen, o ile jest. 

Jest  basen, z widokiem na Giewont. Koleżanka, z którą  byłam  w Zakopanem była na  nim kiedyś latem ale był wtedy tylko basen, żadnego ośrodka jeszcze  nie było. Poza tym, skoro będziemy  samochodem to możemy  pojechać na Bukowinę  do term. Zrobić  wypad  na Słowację. Byłam raz,  ale  strasznie  dawno z jakąś zbiorową wycieczką, oczywiście  w  zimie.

Emil zatelefonował  do ojca, że chcą do  nich  na moment  wpaść i  porozmawiać o urlopie, bo chyba  z tych  wszystkich  planów  najlogiczniejszy jest  wyjazd  do Zakopanego, więc jeśli i oni są takim  wyjazdem zainteresowani, to zaraz on z Adelką przyjdzie i wszystko omówią  wspólnie. Ojciec się ucieszył, że młodzi  przyjdą, bo Helenka zrobiła prawdziwe pyzy i zaraz będą je  gotować. Och,  to już do was lecimy.

Przed  wyjściem  Emil  jeszcze raz przytulił Adelę i spytał - niczym  mały  chłopczyk - a już nie  gniewasz się na mnie? Adela ujęła jego twarz w dłonie i  powiedziała- ja się nie gniewam na ciebie, jestem po prostu smutna, że sobie tak spaprałam  życie Kamilem.  Maleństwo, myślę, że dla  mnie lepiej, że to był żonaty i dzieciaty  Kamil rozrywany pomiędzy uczuciem do ciebie a obowiązkami wynikającymi z ojcostwa. Gdyby to był ktoś wolny, to już nie miałbym pewnie  szans, już  byłabyś mężatką. Ty Maleństwo masz rację - widać tak  musiało być.

Helena z Piotrem nagotowali pyz jak na pułk  wojska. A Adela i Emil objedli się okrutnie, bo domowe pyzy rzadko się pojawiały.

Pomysł z wyjazdem  do Zakopanego  zyskał pełną   aprobatę rodziców, a  zwłaszcza fakt, że będzie  to po prostu  mieszkanie  z pełnym wyposażeniem, dwa pokoje sypialne, jeden pokój  dzienny, kuchnia, łazienka, pralka. Helena i Piotr byli zdania, że wygodniej  jest  zjeść rano  w domu niż wychodzić  gdzieś  na śniadanie, tym bardziej, że w czasie  tego pobytu  nie będą  musieli się "spinać " i będą mogli pospać spokojnie do 9 rano.

Młodzi opowiedzieli o tym, że Adela  pierwsza zmieni pracę, Emil dopiero  na jesieni, za to oboje  będą  nadal w jednej instytucji pracować. Emil  zapewnił  ojca, że jeżeli coś nie wyjdzie  z tą spółką Arkadiusza  to Emil ma na tę okoliczność odłożone  pieniądze, bo dzięki swej  niezwykle trzeźwej żonie  nie  kupił domku w Hiszpanii na  Costa  Brava. Chociaż mu się taki domek  marzył.

Urlop wzięli oboje jednocześnie,  co  nieco zdenerwowało naczelnego,  ale "przyjaciółka" Adeli wyjaśniła mu, że mają  takie prawo bo gdyby był sam Emil to też byłby zakład bez rzecznika. Nie jest to wszak dział taki, że ktoś mógłby rzecznika  zastąpić, a ponadto  pan  rzecznik ma sporo zaległego urlopu i on bierze zaległy urlop. A Adela przyszła tu z niewykorzystanym jeszcze urlopem z poprzedniego miejsca pracy. Jednocześnie  Adela  złożyła prośbę o rozwiązanie  z nią umowy o pracę w drodze porozumienia  stron.

W rozmowie z naczelnym Adela wyjaśniła, że ona specjalizuje  się  w prawie ochrony  własności i brak jej jednak doświadczenia inżynierskiego, więc tak naprawdę nie mogłaby zastąpić Emila gdy będą występowały kwestie techniczne.

W ostatni tydzień maja polecieli razem z rodzicami do Zurichu. I Emil i Piotr już tu  bywali, ale Adela i  Helena były tu po raz pierwszy. Obu bardzo  podobało się miasto, ale znacznie  mniej podobały im się  ceny. Co prawda "jakość" niemal kłuła w oczy,  ale ceny przyprawiały o  zawrót głowy. Ale największego zawrotu  głowy Adela dostała w  banku gdy zobaczyła swoje konto - bo Emil, tak jak mówił wszystkie zarobione na kontrakcie pieniądze podzielił na pół i połowę dał Adeli na konto. Helena  też była zaskoczona , bo Piotr zrobił to  samo ze swoim kontem. Poza tym obaj  dali  swym  żonom upoważnienie  do swoich osobistych  kont. Zostały też określone sumy, które miały być przekazywane na konta Adeli i Heleny w Polsce. Emil ubłagał wręcz Adelę by sobie  tu kupiła coś  z ubrania, bo naprawdę stać ich na te wydatki, więc z bólem serca kupiła  półszpilki, cardigan z włóczki kaszmirowej w kolorze  śliwkowym i dwa biustonosze. A po przyjeździe  do Polski, nie mogła się  nadziwić skąd w jej  szafie  znalazły się dwa półgolfy i torebka, którą w sklepie oglądała, chwaląc jej  liczne przegródki. I śliczny, lekki szlafrok bardzo mięciutki w ciemnobłękitnym  kolorze. Teraz  dopiero  do  niej dotarło, że Emil z ojcem wyszli z kawiarni   nieco  wcześniej, mówiąc, że chcą jeszcze  coś zobaczyć w sąsiednim sklepie z aparatami fotograficznymi. Helena kupiła dla siebie kurtkę sportową "wielofunkcyjną", tak zwaną "trzy  w jednym" , sportowe spodnie i buty trekkingowe, a Emil ciepły sweter. Piotr nabył aparat fotograficzny.

                                                               c.d.n.