środa, 13 lipca 2022

Trudny wybór - 61

 Sobotni ranek Adela spędziła na przeglądaniu swojej garderoby - Emil siedział w  "siadzie  skrzyżnym" na ich łóżku i przyglądał się jej uważnie, jako że Adela głównie była odziana  w  biustonosz i figi, a był to strój , który jego  zdaniem  wyjątkowo dobrze na niej leżał i, co najważniejsze, nie ukrywał  zbytnio jej  wdzięków.  Pod koniec  drugiej godziny Adela westchnęła - no i właściwie nie mam co na  siebie  włożyć.

A ty mi kochany nic w tym nie pomagasz, bo co tylko na siebie  włożę, to ci  się podoba i w końcu nie  wiem w co mam się ubrać. Przez te pracę na etacie  sekretarki mam całą tonę nobliwych garsonek i 1500 bluzek. Powiedz mi  chociaż w  czym ci się najbardziej podobam. No w tym co masz teraz  na  sobie. Adela wrzasnęła- no przecież  w tej  chwili jestem niemal goła, nic  nie mam  na sobie! 

No właśnie, mnie się właśnie  w tym stroju najbardziej podobasz, prawie tak  samo pięknie  wyglądasz jak  wtedy gdy jesteś  golutka.  A tak poważnie, to mnie naprawdę we  wszystkim  się podobasz, więc może wybierz coś, w czym tobie jest najwygodniej i w czym sama sobie się podobasz. A jeśli nie możesz  się zdecydować to możemy po śniadaniu wyskoczyć na miasto i może sobie na tę okoliczność zmiany pracy coś nowego kupisz? Faktycznie, ty chyba wcale nie masz  sukienek.  Pojedźmy na  zakupy, może i  ja sobie  coś przy okazji kupię, chociaż mało wymiarowy jestem. Nooo, dla ciebie  to trzeba  chyba dokupić trochę takich koszulek polo w lepszym gatunku. I może jakiś nowy pulower lub coś w rodzaju marynarki ale z dzianiny.

Bo lato szybko się  skończy i pozostanie nam dziesięć miesięcy pory przejściowej,  aż do następnego lata. I dobrze  byłoby kupić dla  ciebie jakieś mokasyny czy coś  w tym stylu.  I skarpetki, też już trzeba  je  wymienić. I może  zadzwońmy do rodziców, może oni też by się z nami  wybrali? No pewnie. A jak myślisz , już się obudzili? Adela zerknęła na zegarek- spokojna  głowa , oni już pewnie  drugie  śniadanie jedzą. Zakręcę do Heleny  i od  razu wybrała numer  Heleny. Umówili się, że za pół godziny pojadą samochodem Emila do centrum i odwiedzą  kilka  galerii handlowych.

Pogoda  była zupełnie  nie handlowa, dzięki czemu udało im  się  zaparkować na parkingu na Foksal, więc mieli w  zasięgu  kawałek  Nowego Światu i sklepy na jego  zapleczu i Chmielną. Adela całkiem  przytomnie  wskoczyła  w letnią  sukienkę zapinaną na  całej  długości na  guziki, co wywołało u Emila szczery entuzjazm i dopytywał  się, czemu ona  w niej nie chodzi. No bo ona jest bez  rękawów,  a ja  nie lubię  gołymi rękami opierać się o blat  biurka. 

A masz jeszcze tę sukienkę z fałszywym zapięciem  z tyłu? - spytała  Helena. Nieee, podarowałam ją koleżance, która się  nią  zachwycała. Mnie ona  denerwowała, bo każdy facet próbował mi rozpiąć ją  z tyłu w nadziei że nagle  zostanę w bieliźnie. A ona była zapinana z przodu na kryty zamek błyskawiczny. Miałam  chyba jakieś  zaćmienie umysłu, że ją wtedy  kupiłam. Gatunkowo była świetna, ale nie nadawała  się do kontaktu z prymitywnymi facetami.

Wbrew zapowiedziom Emila, że on taki "niewymiarowy" jest, udało się bez problemu kupić  dla niego dwie pary letnich spodni, które nie  były dżinsami, mokasyny z miękkiej skóry,( czarne)  i coś, co zdaniem Adeli było po prostu dość solidnie  zabudowanymi sandałami, a  etykieta  głosiła, że są to "sandały miejskie", co szalenie rozbawiło Adelę. Zastanawiała  się czy są i jak wyglądają w takim  razie  "sandały  wiejskie", a Emil stwierdził, że  zapewne  "sandały  wiejskie" to po prostu klapki uplecione  ze słomy. Wyrób  znany  zapewne odkąd ludzie  zaczęli uprawiać  zboże.

W jednej z galerii trafili na box szwedzko-niemieckiej  firmy MarcO'Polo. Ceny były wg Adeli powalające, ale gatunek odzieży bardzo  dobry. Kupili dla siebie w tym samym kolorze  cienkie pulowery, które można  było wkładać na  gołe  ciało i dla Emila krótką, już jesienną kurtkę, taką w sam raz do  samochodu. Cieplejszy pulower był jedynie  czarny w białe, nieregularnie  rozmieszczone i różnej szerokość i długości paski  i  nie podobał się  ani Emilowi  ani Adeli. I dobrze- tani nie  był. W Modzie  Polskiej, na stojaku z przecenionym towarem Adela wypatrzyła dla siebie  dżersejową sukienkę błękitną z karczkiem w paseczki błękitne, granatowe i białe, płaszczyk letnio-wiosenny  tkany w  "jodełkę" bladoróżową i popielato-perłową. Płaszczyk bardzo się jej podobał  i  z tego  względu, że można go było zapiąć pod  szyję, więc odpadał problem  szalika. I - cud  na Wisłą - nie  musiała go skracać! Kupiła również kostiumik  z dżerseju, ale nie jak jej dotychczasowe gładki, ale dżersej był tkany we wzór liści, które  były w trzech odcieniach  zieleni z brązowymi  "żyłkami". Gdy już właściwie "byli obkupieni", w jednym  ze sklepów Adela zobaczyła męską zamszową marynarkę w ciemno kasztanowym kolorze i choć się Emil bronił, że przecież ma garnitury, to Adela nie odpuściła. 

Gdy weszli do sklepu i Adela powiedziała, że są  zainteresowani tą  marynarką,  sprzedawczyni powiedziała, że to model dla wysokiego i  szczupłego mężczyzny. No właśnie, mąż ma powyżej 180 cm wzrostu a zatłuszczony  nie jest. Sprzedawczyni westchnęła i sięgnęła po tę marynarkę - leżała na Emilu jakby  szyta na  zamówienie, nawet rękawy nie były za krótkie i nie  wisiała  mu na brzuchu. I nawet Emil podobał się  sobie w tej marynarce. A jak pasowała do jego  oczu!  

Zakupy  poszły dobrze  nie tylko im, Piotr i Helena też nieco odświeżyli  swą  garderobę. A Helena "zdobyła" w sklepie Cepelii adres osoby, która może utkać maszynowo męskie kardigany lub inną część odzieży męskiej lub damskiej. Wracając do domu Adela  stwierdziła, że powinna koniecznie jeszcze  wpaść na  bazar przy  Puławskiej by kupić  nieco zieleniny i dokupić szynki. Jakoś tak  się zaplątała  pomiędzy bazarowymi budkami, że w pewnej chwili trafiła na budkę, w której  były  włóczki. W związku z tym obie z Heleną wysłały panów po wędliny a same utknęły w sklepiku z włóczkami. Wyszły stamtąd z całkiem pokaźnym zapasem włóczek i szczęśliwe tak, jakby te włóczki dostały  w prezencie  a nie  za pieniądze.

Panowie z kolei zakupili sporo wędlin i część z nich od razu wylądowała w  zamrażarkach. W charakterze lunchu były tego  dnia  lody z dodatkiem bitej śmietany i owoców. Po nieco spóźnionym lunchu wybrali  się do Parku Zdrojowego w Konstancinie. Pospacerowali dookoła tężni (należało przecież w jakiś sposób zrównoważyć bilans  energetyczny po zjedzonych lodach i śmietanie), pokrążyli nieco po uliczkach Konstancina przypatrując  się różnym obiektom wyraźnie opuszczonym i niszczejącym. 

Helena stwierdziła, że kiedyś marzyła o  tym, by mieszkać  w Konstancinie, ale jej znajomi, którzy mieli  tu domek  stukali  się wymownie  w  czoło, gdy  snuła  takie marzenia. Oni natomiast marzyli by się ze  swojego małego domku w Konstancinie wyprowadzić do bloku, których  kilka się wówczas  budowało. Aby pogrzebać Heleny "niedorzeczne  marzenia" zaprosili ją kiedyś by spędziła u  nich sobotę i niedzielę. Po sobotnim  myciu  się w lodowatej wodzie (przepraszamy,  ale grzanie wody elektrycznością  strasznie  dużo kosztuje) i  spędzeniu nocy z odgłosami  myszy buszujących w rzadko używanym  pokoju gościnnym Helena  zrozumiała, że  mieszkanie  w wolno stojącym  domku to bardzo droga przyjemność i nic dziwnego, że na te kilka bloków  mieszkalnych w Konstancinie  było 5 razy  więcej chętnych niż mieszkań, które  miały  być wybudowane.

A Piotr dodał- dom w Milanówku wybudował jeszcze  mój ojciec. Wtedy teren tam  kosztował niewiele i dość długo tak  było, bo aż do czasu  wybuchu wojny. Ale prawda  wygląda tak - wygodnie  się  mieszka w okolicy  dużego miasta  wtedy gdy  się jeszcze jest  młodym i ma się jakieś  zaplecze finansowe. A im  człowiek  starszy tym gorzej  jest  mieszkać poza miastem. Tu wychodzimy  z domu i w ciągu 10  minut można  zrobić  zakupy. Jeśli się  coś dzieje  ze  zdrowiem to nie ma problemu z wezwaniem  pomocy- teraz to już nawet przyjeżdżają i z prywatnych klinik, bo  wszystkie  współpracują z NFZ-etem. Jeśli masz własny dom, to  kosztują cię wszystkie naprawy. Nie jest również łatwo ogrzać budynek  wolnostojący - to bardzo  duży   koszt. Oczywiście, tu płacimy za techniczne  utrzymanie  budynku,  za wodę (kiedyś nie  było obliczane   zużycie wody, teraz  jest) ale i tak  mieszkanie  w bloku jest znacznie mniej   kosztowne  niż w budynku wolnostojącym. I szczerze mówiąc wcale a wcale  nie tęsknię  za domem w Milanówku. Jakoś mi nie tęskno ani  za bólem  głowy spowodowanym  zakupem opału na  zimę ani za jego zrzuceniem  do piwnicy, nie tęsknię też za sprzątaniem chodnika przed  domem, wizytami kominiarzy ani za naprawą dachu przynajmniej  raz  w roku. I bardzo  się cieszę, że udało się  go dobrze  sprzedać. Właściciele domów przeżywają  w życiu dwa razy super  radość - pierwszy raz gdy kupią wymarzony dom,  a drugi  raz gdy go sprzedadzą.

A może dziś na kolację  "Starszyzna" przyjdzie  do nas? - zaproponowała  Adela.  Zrobię  dziś zapiekankę z cukinii. Z curry, bez mąki i bez  żółtego  sera. Samo  zdrowie. Przyjdziecie? Oczywiście można to jeszcze wzbogacić  paseczkami szynki. A jak tą cukinię przygotujesz  do pieczenia? w plastry? Nie, nie w plastry, zetrę na dużych oczkach. To młode cukinie, dobrze  się dają  zetrzeć.  Do startej  cukinii dodam curry, sól czosnkową,  trochę płatków owsianych i oczywiście jajka. I to na blasze zapiekę. W trakcie  pieczenia pokroję cieniutko szynkę w paseczki i po wyciągnięciu z pieca, już na talerzach posypię to  szynką. Brzmi doskonale- stwierdziła  Helena. To my przyniesiemy beziki, z ksylitolem. I lody. A masz orzechowe? Mam jeszcze, przyniosę. A po kolacji to chyba  będziemy musieli iść jeszcze na  spacer albo w ramach   gimnastyki umyć samochód- stwierdziła  Helena. 

No to nie przynoś bezików i lodów. Po tej  zapiekance nie będziemy przecież  głodni, będą w niej jajka, po  dwa na twarz.

Jak  zwykle o ósmej wieczorem na stół  "wjechała " kolacja. To naprawdę jest  cukinia?- spytała  Helena  po pierwszym kęsie. Naprawdę,  mogę ci nawet obierki  pokazać. To bardzo młoda  cukinia a poza tym jest sporo curry i zamiast przeciskać   czosnek przez  praskę pokroiłam w cienkie płatki- to też  daje wtedy inny nieco  smak. A ja tu nie  czuję wcale płatków owsianych- zauważył Emil a przecież ci je  dałem do ręki. No bo to są drobne  płatki, tzw. górskie. Poza tym pergamin  wysmarowałam  porządnie masłem klarowanym, więc się te  wszystkie  składniki dobrze  pomieszały. A masło tym razem robiłam  sama. Wydaje mi się, że jest  smaczniejsze od tego sklepowego.  Poza  tym  zauważyłam, że curry  świetnie  się komponuje  właśnie  z jajkami. Muszę któregoś dnia zrobić kotlety jajeczne właśnie  z curry.  Oj zrób, zrób, mogę ci nawet pomóc w robieniu, zapewniła ja Helena.  No to jeśli chcesz pomóc to mi tylko zrób bułkę tartą ale nie  z bułki a z płatków śniadaniowych, kukurydzianych. Bo ja  nie  mam w  czym ich utłuc. Albo je wrzuć do blendera. A płatki to  u mnie są i to  dużo.  Muszę  sobie kupić blender taki  kielichowy.

Maleństwo, przecież mogliśmy  dziś kupić ten blender, czemu nie  powiedziałaś? Bo myślałam  o ciuchach  a nie o robieniu kotletów. A poza  tym jeden blender na  dwa domy wystarczy. Ja prawie  nic nie  miksuję, ciocia też rzadko.

                                                                   c.d.n.

wtorek, 12 lipca 2022

Trudny wybór - 60

Gdy już siedzieli  w  samochodzie Emil stwierdził, że podziwiał  jak Adela  właściwie  lizała  koniak, a nie piła. Nie  tylko, że dość obcesowo stwierdziła, że sama  sobie  naleje do kieliszka to nalała tak mniej więcej ze dwa centymetry a wypiła z pół centymetra. Adela  tylko wzruszyła  ramionami- ja  naprawdę lubię ten  koniak,  ale pół normalnej  porcji mnie  wystarcza na  calutki wieczór. A dziś nie dość, że upał, to nie jest  jeszcze  wieczór, a w  dzień to ja  co najwyżej jestem  w stanie  wypić kieliszek  białego, lekkiego wina a i to nie do kawy ale do obiadu, zagryzając owe wino dobrze przyrządzonym mięsem.

Widziałeś przecież w  Zakopcu co i ile piję. Szkoda  tylko, że nie  widziałeś  miny Kamila gdy przywiozłam do pracy owe  dwie  butelki koniaku  - miał biedak ochotę mnie udusić a ten koniak wywalić przez okno. Ale spytał się  tylko dlaczego kupiłam ten "ekstrakt z rozgniecionych pluskiew", więc mu wyjaśniłam, że to z powodu jego  stanu  zdrowia, a poza tym nie  było w delikatesach  czegoś z napisem "jakiś". No a poza tym ja ten koniak znam i lepiej w gabinecie każdego dyrektora  wygląda butelka Remy Martin niż Metaxa lub  Pliska. Bo Metaxa  wygląda interesująco tylko w  dwulitrowej butelce a takich w Polsce  nie ma.  I zapewne tylko dzięki tym wyjaśnieniom zdołałam  przeżyć. 

Zauważyłeś chyba, że butelka dopiero dziś została otwarta - znaczy, że Zdzisio też   nie preferuje dobrych, markowych koniaków. Nie  wiem  czemu, ale mam  wrażenie, że on  też długo tu nie popracuje. Bo na  moje  oko to ta "placówka" jest dla niego swego  rodzaju   zesłaniem, może karą  za tamten podryw  na placówce zagranicznej. Gdybyśmy tu  mieli nadal pracować to dowiedziałabym  się  dokładnie co przeskrobał i jak  długo będzie  "na  zesłaniu". Ale w tej  sytuacji to mi taka wiadomość zupełnie nie jest potrzebna.

Maleństwo, ty mu wyraźnie w oko wpadłaś, to widać,  słychać i  czuć. Kochanie, to facet, któremu wpada w oko każda pomiędzy  18 a 40 rokiem życia, jeśli tylko ma  "wszystko na miejscu" - to zwyczajny tak  zwany babiarz. A ja takich  nie lubię.  

Aż  żałuję, że tej  Kaweckiej  dziś  nie  widziałam- to  musiał być niezły  widok - pół goła Kawecka  sztorcowana  przy ludziach za to, że jest niemal  goła. Trochę jednak przesadziła biedulka. Ona nie wie, że jeśli się w upał wychodzi  z domu, to lepiej jest być okrytym  czymś od czubka  głowy do pięt, by jak najmniej gołego  miało styczność  ze słońcem. Wiedzą o tym ci co stale mieszkają w krajach  mocno nasłonecznionych. I na pewno dostała  nieźle  w kość gdy  musiała iść w tym słońcu do pociągu. Jest jeszcze  jedna opcja - stanąć przy głównej ulicy i łapać ciężarówki - podobno zawsze podwiozą za frajer  do Warszawy.  Prawdę mówiąc  to podziwiam te, które jadą do Warszawy takim autostopem. Aż taka odważna to ja nie jestem.

A ze mną się nie bałaś jechać? Nie, bo wiedziałam, że jeżeli ktoś cię po mnie  wysłał to raczej nie jesteś kiepskim  kierowcą. Tylko powiedziałam do Heleny, że mam nadzieję, że nie będzie takiej  sceny jak w filmie  "W samo południe" i nikt  nie będzie do mnie  strzelał. Co prawda gdy usłyszałam głos Kamila to pożałowałam, że nie mam czym  go  zabić. Biedak  zapewne w  najczarniejszych  snach nie podejrzewał że nas  skojarzy.  Fakt, widziałem, że był tym bardzo zaskoczony- stwierdził  Emil. No i przynajmniej mogę go dobrze  wspominać i nawet mi go żal, w pewnym  sensie.

Adela zamyśliła się i cicho powiedziała - zawsze mnie ciekawiło i nadal ciekawi co jest "potem", gdy już wydamy ostatnie tchnienie. Nie  wierzę w niebo i piekło, ale jestem skłonna uwierzyć, że jesteśmy "dwoiści", że składamy  się z materii i energii. Materia w pewnej chwili kończy  swe  zadanie, zmienia swą stałą postać, rozpadamy  się na biliony atomów, zaczynamy być w pewnym  sensie wszędzie. A co się wtedy dzieje z tą energią?  Energia  chyba nie  rozpada się na  atomy, ale może zmienić  postać, więc  w co  się zmienia? Bo , o ile zrozumiałam  z fizyki- energia  nie  ginie.

Latamy w Kosmos a nadal tego nie  wiemy. Ale nie wykluczam sytuacji, że niektórzy z badaczy  już wiedzą tylko z jakiegoś względu nie rozgłaszają tego. Podoba  mi się pogląd, że ciągle  tu wracamy w kolejnych wcieleniach. I dlatego wierzę  w to, że to ja  ci  się przyśniłam. I wiesz - jakoś tak się składa, że ilekroć śni mi się moja babcia, to zawsze mnie  wtedy coś niemiłego spotka. Tyle  tylko,  że skoro mi się śni, to mogłaby mi jakoś przekazać co mnie  złego może  spotkać. Co dziwne, to zawsze jakoś  wtedy we śnie  wiem, że ona  mi się tylko śni, bo przecież  ona  nie żyje. 

To pytanie  "co jest potem?" dręczy  nie  tylko mnie - na  całym  świecie  fura ludzi z cenzusami naukowymi próbuje tego dociec. Mam masę książek poświęconych temu zagadnieniu- leżą grzecznie jeszcze  w pudłach w piwnicy. Dlaczego zakochałam się  w tobie w ciągu kilku minut? To nie tak, że zobaczyłam  cię i tak szalenie mi się spodobałeś, że  zapragnęłam ni z tego ni  z owego wleźć ci  do łóżka. Dlaczego tylko z tobą szczytowałam i to już za pierwszym  razem a wszystkie inne przed tobą chwile intymne z innymi były tylko rodzajem gimnastyki po której zastanawiałam  się co to jest owo "dobrze", o które jestem wypytywana. Jesteś jakimś cudem cały  czas w moim umyśle, mało tego, często wiem o  czym myślisz a ty się potem dziwisz skąd wiedziałam  czego chcesz.

Więc może już kiedyś byliśmy razem tu albo na jakiejś innej planecie  i to wcielenie jest kontynuacją tamtego,  poprzedniego naszego istnienia, bo jeszcze  czegoś wtedy nie zrobiliśmy i mamy szansę zrobić to teraz? Bo właśnie teraz dano nam  szansę na dokończenie czegoś? Może to już któryś z rzędu nasz powrót do siebie tylko my o tych poprzednich kontaktach nie pamiętamy, bo nam oczyszczono przezornie pamięć. Skąd nagle  wiedziałam jakie pieszczoty lubisz,  skoro nigdy dotąd  nikogo tak  nie pieściłam? To wszystko mnie  trochę przeraża. Mówię ci to  wszystko bo mam, też nie wiem  skąd, pewność, że mnie nie wyśmiejesz i nie  doradzisz mi bym poszła do psychiatry. I dlaczego Piotr zakochał się w Helenie? I dlaczego mojej matce tak bardzo przeszkadzało, że urodziła  dziewczynkę a nie  chłopca? Może kiedyś miała syna i go straciła a tęsknota  za nim była tak dojmująca, że pojawiła  się i w tym wcieleniu? Maleństwo kochane, też mam masę pytań i  wątpliwości takich jak twoje. Może kiedyś dowiemy  się dlaczego coś się układa w naszym życiu tak  a nie inaczej. 

Dziś Zdzisław zadał mi jedno pytanie - czy  nie chciałbym  mu sprzedać swojego mieszkania, tego w bloku zakładowym. Bo on  wie, że je wynajmuję komuś a mieszkam gdzie indziej. A dopóki jest dyrektorem tej placówki mógłby je ode  mnie odkupić. Bo  w regulaminie jest punkt, że prawo pierwokupu mają pracownicy tego OBR i Zakładu Doświadczalnego. Obiecałem  mu, że się oboje nad  tym zastanowimy i dam mu odpowiedź w najbliższym czasie. On z kolei już ma zapewnienie z banku, że dostanie kredyt. 

Mileczku, kochanie  to przecież twoje  mieszkanie, to tylko i  wyłącznie  ty je finansowałeś, mnie  nic do tego.  Mylisz  się Maleństwo w chwili naszego  ślubu połowa mieszkania  jest twoja,  "z  automatu".  To jest nasza wspólna własność, jesteśmy małżeństwem, nie mamy rozdzielności majątkowej. Oczywiście będę musiał wszystko omówić z prawnikiem. Dogadaliśmy się, że obu nam w przypadku tej transakcji pasuje by odbyła  się ona w  euro i to może  być problemem. Bo on też ma konto za granicą, oprócz tego w  Polsce. 

Muszę się szybko skontaktować z prawnikiem jak to  wszystko poskładać  do kupy, żeby się nie natknąć na jakieś  kłopoty. Doszliśmy obaj do wniosku, że cała polityka  państwa zaczyna  mocno kuleć od jakiegoś  czasu i nic  dziwnego, że coraz  więcej osób się  stąd  wynosi. On ma starych  rodziców i ich przeflancowanie do innego europejskiego kraju  może być sporym problemem. Wiem, że nasi to pojadą z nami wszędzie, z jego  rodzicami jest  to raczej bardzo wątpliwe. Urodziliśmy się, jak widać, w mało odpowiednim miejscu. A zależy  mu na  szybkiej  transakcji, bo przecież  żaden  dyrektor w tym cyrku nie  wie jak długo będzie  dyrektorem danej placówki. To że dziś jest  nie oznacza, że pozostanie   na tym  miejscu do emerytury. No tak, to niestety prawda, zmiany na  tym stanowisku zawsze i  wszędzie w tym kraju  są częste - stwierdziła Adela. Liczy się przynależność partyjna i kontakty  a nie kompetencje.

Wiesz Maleństwo, mnie specjalnie  nie  zależy na  sprzedaży tego mieszkania, niech on kombinuje i się  stara,   ja  tylko chcę się  dowiedzieć jak to wszystko powinno być  dobrze  ustawione od  strony prawnej. Jemu bardzo pasuje  ta  lokalizacja, bo jego rodzice mieszkają w tej części Mokotowa, przy Alei Niepodległości na odcinku Narbutta- Rakowiecka. To nasze mieszkanie  nie  generuje żadnych  kosztów więc mnie się  ze  sprzedażą nie  spieszy.  

On nie może  się nadziwić, że my mieszkamy tak blisko taty i Heleny a na dodatek pojechaliśmy  z nimi na urlop. Pewnie  uważa  nas  teraz  za  dziwaków. On jest po rozwodzie i mieszkanie  zostawił byłej i  dziecku. No i  nie mógł się nadziwić, że sprzedaliśmy z ojcem  dom w Milanówku. Powiedziałem  mu tylko, że nie on jeden  się dziwi- dziwi  się każdy kto nie  dojeżdżał  codziennie  do Warszawy wpierw do liceum, potem na studia a na końcu  do pracy. Bo dzisiejsza kolejka   kursująca  na tej linii a ta, którą  latami  dojeżdżałem to są dwie  różne  bajki. Czasem bywała  w takim  stanie, że prędzej bym doszedł na piechotę. Poza tym kursowała  tylko do  godziny 23, a potem to  zostawała  już tylko  taksówka.

Mam wrażenie Mileczku, że nie sprzedamy mu  tego  mieszkania.  Nie wiem czemu,  ale ten facet jakoś nie budzi mego zaufania, choć robi na początku dobre  wrażenie.  Nie potrafię tego zdefiniować, ale coś jest w nim dziwnego. Gdybyśmy  nie odchodzili stąd to pewnie usiłowałabym  rozwikłać czego  się właściwie  czepiam. Ale w tej  sytuacji to mało ważne. Mam nadzieję, że mu nie powiedziałeś o naszych kontach poza krajem? Nie, tylko powiedziałem, że mam konto dolarowe w  PKO SA, a on powiedział, że ma konto za granicą bo musiał je tam  mieć, tam nikt koperty  z pieniędzmi nie daje  ci w  dniu wypłaty do ręki tylko przelewa  należną kwotę na konto bankowe.

No popatrz,  a ja myślałem, że ty go lubisz - Emil był nieco zdziwiony. No bo to nie jest tak, że ja go nie lubię, ale nie jest to facet któremu powierzyłabym opiekę nad  dzieckiem, gdybym takowe  miała. Lubienie kogoś a darzenie  go pełnym zaufaniem to są dwie  różne  sprawy i  wcale nie muszą iść w parze.

Mogę tylko powiedzieć, że darzę  go ograniczonym  zaufaniem. Nie wykluczam, że się  mylę, że może to całkiem w porządku facet, ale nie chciałabym z nim blisko współpracować, na przykład jako sekretarka. Na razie  nam ziemia  się nie pali pod stopami więc zostawmy rzecz tak jak jest.  On tu długo nie popracuje jeśli mu tego  mieszkania nie  sprzedamy. Bo  chyba tylko to mieszkanie go nęciło. Stąd to przejście wpierw z tobą na "ty" a potem ze mną. Pewnie z przewodniczącym Rady Zakładowej też  się  "tyka".

Kamil też z wieloma osobami był "na ty", ale chociaż miał kupę wad to przejście "na ty" było wyrazem jego sympatii a nie  wyrachowania. W poprzednim miejscu to był po imieniu niemal  ze wszystkimi facetami łącznie z cieciami na portierni. Tu to  chyba tylko z niektórymi inżynierami.

                                                                             c.d.n.

 

 


poniedziałek, 11 lipca 2022

Trudny wybór - 59

Lipiec cichcem,  cichcem dobiegł końca. Jak zwerbalizowała  rzecz  Adela to tylko 31 dni minus 4 soboty i 4 niedziele oraz 1 dzień święta  państwowego, więc  się Adela  nie przepracowała. Okazało się, że cichcem, cichcem  wyszło jakieś  tajne przez poufne zarządzenie, żeby odchodzącym z pracy, którzy mają zaległe urlopy nie  wypłacać  ekwiwalentu za  zaległy urlop, ale po prostu  wysłać na ten  zaległy urlop. Emil  się z tego tylko i  wyłącznie  ucieszył, bo mógł dzięki temu  swój skarb w postaci Adeli wozić do i  z pracy przez pół sierpnia i pół września. Ostatnie  dwa tygodnie września miał poświęcić na przeniesienie wszystkich  zamkniętych spraw  do  archiwum. Nic nowego na razie nie powstawało w konstruktorskich  mózgach pracujących  w  zakładzie  doświadczalnym i jak mówił Emil do Adeli- no i bardzo  dobrze, niech jak  najdłużej brakuje im  weny. Dwudziesty dziewiąty lipca był ostatnim  dniem pracy Adeli, więc tutejszym zwyczajem "wydała pożegnalną kawę" - Adela  coraz  szerzej otwierała oczy, bowiem przychodzili na tę kawę ludzie, których jeszcze  nigdy nie  widziała. 

Jak to określił Emil nie przyszli tylko ci, którzy  danego  dnia byli na urlopie, zwolnieniu  lekarskim lub  w delegacji ewentualnie  zdążyli przenieść się w  zaświaty. Pod koniec  dnia Adela  już  miała  chrypkę, a grzbiet dłoni ocierała co jakiś  czas dyskretnie chusteczką ligninową spryskaną płynem  dezynfekcyjnym  do klamek. 

"Stado ogierów" z Konstrukcyjnego przyszło grupowo, każdy z 1 różą  w garści i strasznie  ciekawi co teraz  będzie,  skoro rzecznicy patentowi odchodzą i czy to oznacza, że nie  będzie  już żadnej burzy mózgów by coś  nowego wprowadzić  do produkcji.  

Adela, zgodnie z prawdą  powiedziała, że póki  co, to nadal jeszcze  placówka  ma rzecznika  patentowego, bo tylko ona  stąd odchodzi. A ona i tak spełniała  tu głównie pomocniczą  rolę, bo nie jest  z tej   branży, ma  wykształcenie  prawnicze i raczej  zajmować  się  będzie kwestią własności praw autorskich a nie stroną techniczną wynalazków  z dziedziny elektrotechniki lub  mechaniki. 

A poza tym teraz "idzie nowe" i ze wszystkich zakładów, biur konstrukcyjnych,  będą odchodzić  rzecznicy patentowi. Odtąd nie będą pracownikami etatowymi różnych zakładów przemysłowych czy też  placówek badawczych , rzecznik patentowy to będzie od teraz  "wolny  zawód", tak jak adwokat.  I  już nikt  nie będzie musiał  mieć  skierowania  na kurs  na rzecznika patentowego. Można aplikować samemu i trzy lata się za własne pieniądze uczyć. Ale  aby aplikować za te własne pieniądze to trzeba  będzie  wpierw  zdać egzamin konkursowy dopuszczający na kurs. A po trzyletnim kursie  zdać drugi egzamin, by uzyskać tytuł rzecznika  patentowego.  Nie jest  wykluczone, że jakieś  duże placówki przemysłowe będą nadal  miały etatowych rzeczników  patentowych.

No chyba ktoś na głowę upadł - stwierdził któryś z chłopaków. Adela powiedziała półgłosem - zapewne  tak, ale  być może nikomu nie  zależy na nowoczesnym, konkurującym z innymi krajami przemyśle. W każdym razie  osobiście  wątpię, by przybyło u nas  rzeczników patentowych. A zadaniem  rzeczników patentowych jest  nie tylko ocena, czy dany nowy  pomysł ma możliwości patentowe. My musimy również śledzić co nowego produkuje  się  na świecie. Nie dla frajdy musiałam  przeglądać  czasopisma techniczne  związane z tą gałęzią przemysłu i innymi, które produkują różne materiały potrzebne do tego co my produkujemy lub  konstruujemy.

No to się zaczynam zastanawiać, czy był sens mordować  się na  studiach - może lepiej  było kalafiorki uprawiać i za jeden pierwszy wiosenny transport kalafiorów kupić  sobie  mercedesa - dociekał drugi. Dobrze, że ma pani i drugi zawód. Prawnicy na tym  świecie zawsze są potrzebni. 

To prawda, że są potrzebni, ale gdybym chciała być np. adwokatem lub  radcą prawnym też musiałabym jeszcze robić dodatkową  aplikację w danym kierunku. Nie ma lekko. Na razie pozostanę  tym rzecznikiem patentowym. Zwłaszcza, że jeżeli bym się przerzuciła na działania  jako  prawnik cywilny automatycznie straciłabym  licencję rzecznika patentowego. I musiałabym iść tym razem na trzyletni kurs i  znów  zdawać  egzamin.  A ten egzamin był trudny?- zapytał któryś.  Tak, to  był egzamin pisemny. Na pewno bardzo trudny  dla tych, którzy nie mają tzw. "lekkiego pióra" i którym znacznie  łatwiej przychodzi mówienie niż pisanie  z sensem, w jasny  sposób. Po prostu był to "wycinek" pracy rzecznika patentowego. A rzecznicy patentowi naprawdę  dużo piszą. 

Stado ogierów  zostało "przepędzone" przez kadrową, która poprosiła Adelę do siebie - wręczyła jej kartę obiegową, na której brakowało jeszcze tylko podpisu bibliotekarki  i wręczając  jej tę kartę powiedziała- staram się, naprawdę  staram się  zrozumieć powody, dla których rzecznicy patentowi mają pracować na  zasadzie "wolnych strzelców", ale  nie  mogę się oprzeć  wrażeniu, że coś się komuś pomiętosiło w mózgu. A tak  w ogóle to jestem pani wdzięczna, że dzięki pani  pomysłowi ta Ania już nie będzie siedziała w tej jaskini konstruktorów.  O ile rozumiałam pomysł poprzedniego dyrektora, by ci  stażyści siedzieli razem o tyle  nie  mogłam  zrozumieć, dlaczego nie mogła  zostać w budynku Zakładu  Doświadczalnego i przeniósł ją do pokoju tej  zgrai. Adela uśmiechnęła  się - ja to ich  nazywam   stadem ogierów i powiem szczerze, że jej  współczułam, zwłaszcza, że w sąsiednim pokoju są tylko 2 osoby i mogłaby tam siedzieć  ze swym kulmanem. Ale teraz  to ma przynajmniej  spokój w tym  archiwum. I przy  okazji  nowych obowiązków  dostanie  podwyżkę.  I mam  wrażenie, że jest dziewczyna  zadowolona z tej  zmiany. I tak ładnie  rozrysowała  plan archiwum i przygotowała etykiety- chwaliła kreślarkę  Adela. Wzięła tę kartę obiegową i powiedziała - zaraz pójdę  do biblioteki, o ile pamiętam to wszystko co stamtąd  brałam to albo brałam  tylko do  czytelni albo na konto mego męża.  W chwilę później już rozmawiała  z bibliotekarką,  która  się jej  zwierzyła, że gdyby nie fakt, że mieszka zaledwie  15 minut spacerkiem  od  miejsca  pracy to  dawno by już stąd  uciekła, w końcu  nie po to studiowała filologię polską by tkwić w bibliotece.  No ale z kolei dojazdy do pracy do Warszawy też nie  są wcale  a wcale zabawne. Z podpisaną obiegówką Adela  znów  wróciła do kadr i odebrała swoje dokumenty. Wyściskały  się  z panią  kadrową życząc  sobie  wzajemnie  zdrowia  i wszelakiego dobrego i Adela powędrowała  do swego pokoju, który najwyraźniej był opuszczony przez Emila i zamknięty na klucz. Pospacerowała   chwilę po korytarzu, sądząc, że Emil był w  łazience, pogapiła  się przez okno na podwórze, w końcu stwierdziła, że klucz jest  zapewne w sekretariacie,bo może Emil  musiał iść do  zakładu  doświadczalnego. Gdy weszła do sekretariatu sekretarka rozpromieniła  się  mówiąc  właśnie szukam pani, telefonowałam do pani pokoju, ale  nikt się nie  zgłaszał.  Nikt się  nie  zgłaszał bo mnie tam  nie było- czekałam na korytarzu na powrót męża do pokoju- niestety nikt drugiego klucza  nie dorobił. Myślałam,  że  wyszedł tylko do łazienki i potem  dopiero pomyślałam, że może poszedł do konstrukcyjnego lub  do  zakładu i tu  zostawił  klucz. Nie, pani mąż jest u dyrektora i dyrektor mówił, żeby panią skierować do gabinetu, gdy pani przyjdzie.

Adela z trudem powstrzymała  się przed  ciężkim  westchnieniem. Sekretarka posłała jej pełen otuchy uśmiech i powiedziała - wyobrażam  sobie jak bardzo jest pani  dzisiejszym  dniem  zmęczona. Otworzyła drzwi gabinetu i  rzuciła w przestrzeń - już się pani Adela  odnalazła. Nareszcie, dobiegł Adelę głos Emila.  Adela  weszła ze służbowym uśmiechem mówiąc- musiałam  załatwić obiegówkę i wycofać swoje dokumenty z kadr.

Przywitała się z naczelnym i z ulgą klapnęła na  tapicerowanym krześle. Napije  się pani kawy? O nie, już nawet sam widok kawy mi wystarcza po dzisiejszym dniu. Miałam  dziś niebywałe  wręcz powodzenie i jeśli nie dostanę  jakiejś egzemy na prawej ręce to będzie  cud. Co za paskudny  zwyczaj to  całowanie kobiet w rękę. Nie  dość, że każdy potrząsał moją ręką niczym ścierką  do kurzu to jeszcze cmokał. 

Emil się  śmiał- a ja jestem ciekaw czy ktoś się tropnął, że całuje rękę przetartą  płynem do  dezynfekcji klamek. 

No to co mam zlecić  sekretarce - spytał naczelny. Lampkę dobrego koniaku o ile Emil  będzie prowadził samochód. Wypiłam dziś morze kawy, zjadłam pół tony paluszków z makiem i nie pozostaje mi nic innego jak koniak.  Naczelny podniósł się z krzesła i wykonał półobrót w stronę  regału, z którego wyciągnął, jak to określił "spadek po poprzedniku" czyli butelkę dobrego markowego  Remy Martin i tylko jeden kieliszek  mówiąc - ja  dziś też jestem zmotoryzowany.  

Adela zerknęła do barku i stwierdziła - jak widzę to koniak nie  miał powodzenia. Ten koniak to ja  kupowałam,  a ponieważ dostałam polecenie kupienia "jakiegoś  koniaku"  to kupiłam taki, który bez obrzydzenia sączę. Pana poprzednik miał szlaban na alkohol, więc z premedytacją kupiłam taki, którego nie lubił. Lubił Metaxę.  

Pani to zna  chyba dolegliwości  i słabostki wszystkich dyrektorów ,  z którymi pani  pracowała.  Zgadza  się -  przytaknęła  Adela - znałam również ich żony, dzieci, przyjaciółki, kochanki, nałogi i nawet marzenia niektórych. Jako asystentka musiałam się orientować nie tylko w tym jakie materiały  mam zgromadzić  do każdej delegacji, ale wpaść do żony, zabrać leki i rozpiskę do  nich, wziąć rozpisaną dietę, którą  człowiek miał przestrzegać i jeszcze patrzeć  mu w talerz co je, żeby się nie rozchorował. No i jeszcze popatrzeć  przed  wyjazdem na serwis  pogodowy, żeby  żona przygotowała mu odpowiedni zestaw ubraniowy. A jak opuszczał swój pokój hotelowy  to wpaść tam i sprawdzić czy  dzidziuś wszystko wziął z dokumentów i  swych  rzeczy osobistych. 

Ale muszę bezstronnie przyznać, że ten, którego byłam  asystentką był naprawdę bardzo kulturalnym  człowiekiem i wiedział, że asystentka ma  ciężkie życie i nie jest panią  do towarzystwa. Miał córkę w moim wieku i bardzo się interesował moimi studiami. I jeśli tylko była  chwila spokoju to mówił - ucz się  dziecino, ja dziś  sam  sobie poradzę, wystarczy sekretarka. Jak  się  śmiałam to obydwoje  mieliśmy sekretarkę. To było  całkiem  dobre, bo gdy  ja coś notowałam to już potem ona musiała to zamienić w maszynopis, a nie ja. Ja robiłam  spis potrzebnych materiałów, ale ona musiała je  wyszukać, a ja ponownie sprawdzić czy aby na pewno to wystarczy.

Gdy odchodziłam to żegnałam się  nie tylko z nim  ale i  z jego żoną i córką. Jego żona  była na naszym ślubie.

A w tej Czechosłowacji to mi pani zaimponowała - świetnie sobie  pani dała radę z tym tłumaczeniem. Adela uśmiechnęła  się - do dziś nie wiem jak ja  sobie z tym  dałam radę. W każdym razie w tej delegacji  zgubiłam gdzieś 5 kilogramów w tydzień.  Żyłam nerwami, jak  to ładnie mówią. Dobra  kuracja odchudzająca  mi  się trafiła. Żyłam tam głównie sałatkami bo niewiele rzeczy  mi tam smakowało.

A ja mam pytanie - zabrał głos  naczelny - czy pozwolisz  Emilu,bym zaproponował twojej żonie byśmy sobie mówili po imieniu? Pozwolę,  ale uprzedzam, że możesz tego  z czasem pożałować, zwłaszcza gdy ją czymś  zdenerwujesz , a poza tym  to od  niej  zależy.

Dobrze, możemy  sobie mówić po imieniu,  ale  błagam- żadnego bruderszaftu, żadnego ślinienia mojej ręki lub policzka, Zdzisławie - powiedziała Adela.  Dobrze,   nie  denerwuj  się, też nie uwielbiam tego zwyczaju cmokania w rękę.

Powiedz mi, proszę  czy znasz tu, z biura panią Kawecką?  Kawecką? Taka ciemnowłosa, zmakijażowana na co dzień jakby szła na bal?  Trudno  powiedzieć, że ją  znam, widziałam kilka  razy- rozwódka, ma dwunastoletniego  syna, szuka  męża. Jestem zapewne u niej podpadnięta, sprzątnęłam jej sprzed nosa jedynego w tym biurze godnego uwagi kawalera. Jeśli jesteś stanu  wolnego to uważaj- może  cię uwieść.  

Eeeee, chyba  nie, wywaliłem ją  dziś z biura do  domu i to przy ludziach. Ja rozumiem, że jest upał,  ale tu nie plaża tylko biuro a ta przyszła  dziś w  szortach i podkoszulce na  ramiączkach. I bez biustonosza pod  spodem.   Z pracy ją zwolniłeś?  No nie  zwolniłem  z pracy, ale kazałem by poszła do  domu  się ubrać bo tu  nie plaża ani nie dom uciech, a jej  strój jest  nieodpowiedni do pracy. No i co?  No nic, tylko mi powiedziała, że jest upał, więc się  zapytałem czy  w takim razie wszyscy mamy tu  chodzić w strojach plażowych. I że jakoś inne panie nie  spacerują tu w  szortach i podkoszulce na  ramiączkach. Wyszła  z biura i już  nie  wróciła. No wiesz, upał jest, więc musiała  iść do pociągu te 2 kilometry, a nim się doturlała  do  domu w  Warszawie  to pewnie  już nie było sensu tu  wracać. Nie pozostaje  ci nic innego jak jeszcze  dziś puścić obiegiem okólnik, że pomimo upału szorty i koszulka na  cienkich ramiączkach  nie jest  strojem odpowiednim do pracy  w biurze dla kobiet, tak  samo jak szorty i  goły tors u mężczyzn.

Ojej, to ja  dziś jednak sporo  straciłam - tyle  atrakcji mnie  ominęło! Jestem naprawdę niepocieszona!

                                                             c.d.n.



niedziela, 10 lipca 2022

Trudny wybór - 58

 Skoro Adela  miała  zostać "nauczycielką" i przybliżyć osobie  chętnej kwestie związane  z  archiwizacją, to musiała jednak  wybrać  się  do pomieszczenia, które  było do tego przeznaczone. Sprawę  zaczęła od dopilnowania  pań sprzątających by sprzątnęły tam i porządnie odkurzyły odkurzaczem wszystkie półki, poprawiając potem rzecz całą wilgotną  ścierką, nie zapominając o parapetach okiennych. A że Adela jeszcze nigdy im  nie podpadła, to nawet zdobyły się na odsunięcie żaluzji i umycie okien.  Adela w pełni doceniła ów "heroiczny  czyn" i następnego  dnia obdarowała "bohaterkę" wedlowskimi czekoladkami.

Przyszła półetatowa archiwistka była pojętną  osóbką i  bardzo  sympatyczną- podobało jej  się  zwłaszcza to, że będzie  mogła dzięki temu nie  siedzieć 8 na 8  godzin  w towarzystwie samych facetów. Pokój archiwum jawił się jej  jako oaza spokoju. Od razu wyrysowała  plan  pomieszczenia i ochoczo zabrała  się do spisywania zawartości poszczególnych szaf i regałów, od razu wpisując to na plan archiwum. Archiwa działu patentowego zostały umieszczone w oddzielnej szafie. Przy nich to  się  archiwistka nie  napracowała, bo ostatnie  dwa lata były dokładnie przez Adele opisane a wcześniejsze to na  razie opisywał Emil.

Okazało się, że kiedyś to nawet  był jakiś pracownik płci  męskiej, który  się zajmował  głównie  archiwizowaniem  rysunków, ale zamarzyła  mu się podwyżka pensji a gdy  się jej nie  doczekał to odszedł. Archiwizowanie rysunków na kalkach  było dość uciążliwe i Adela udała  się  do naczelnego z propozycją, by wszystkie  stare  rysunki skserować i  to samo  robić z nowymi. Przezornie wybrała  się  do dyrektora z już skserowanymi, by udowodnić swój  pomysł.

Och, świetnie to wymyśliłaś! Faktycznie tak jest  łatwiej je przechowywać! Och, przepraszam,  zapomniałem, że tylko z pani mężem jestem na ty. Nie  szkodzi, nic się nie  stało - powiedziała Adela przywołując na usta uprzejmy uśmiech.  Za mniej  niż 30  dni  już mnie tu nie będzie. 

No właśnie,  właśnie, ogromnie  żałuję, że odchodzicie już teraz. Przecież jeszcze przez jakiś  czas  będą rzecznicy patentowi w zakładach.  Tak, to prawda,  ale chyba nie dla draki ktoś  wymyślił taki układ, by rzecznicy patentowi zarabiali sami na  siebie a nie obciążali kasy państwowej  swoimi dość  wysokimi pensjami. I później  mogą być kłopoty z dostaniem  się  do którejś z kancelarii. A to, że można teraz  jednoosobowo prowadzić  działalność nie oznacza  wcale, że "taki  wolny strzelec" zarobi na  swoje  utrzymanie. Między innymi dlatego powstało tyle  kancelarii prawniczych, dlatego też powstają różnego rodzaju spółki. Po prostu zbyt wszystko obrosło różnymi przepisami, które wciąż ktoś musi na bieżąco śledzić i musi mieć stały  kontakt z potencjalnymi klientami gdy rzecznik jest  zajęty w danym dniu konkretnym klientem. To nie  ulubiony dentysta, na którego pacjent  spokojnie  poczeka w poczekalni przed  gabinetem. Rzecznik, gdy już ma klienta to do niego musi jeździć- klientami rzecznika nie są głównie osoby prywatne  a zakłady produkcyjne. Nie mam bladego  pojęcia  czym  się kierował rząd wymyślając takie  rozwiązanie. Może aktywizacją mniejszych miast i  miasteczek? My na  wszystko patrzymy z pozycji  mieszkańca  stolicy, ale być może że mieszkając latami na polskim  zadupiu inaczej  to wszystko  wygląda. Nie mam pojęcia. Wiem tylko, że w porównaniu z innymi krajami to u nas rzeczników patentowych  jest bardzo mało - zarówno tych z ukończonymi  studiami prawniczymi jak i tych ze studiami  ukierunkowanymi. Tylko nie mam  pewności czy ta  akcja  coś  pomoże. Bo po latach, gdy każdy  pracujący indywidualnie  był uważany za złodzieja i nieroba ewentualnie kapitalistę to nadal trwa taki ogląd  sytuacji.  Tyle  tylko, że nie obrzuca  się takimi epitetami człowieka publicznie, ale po cichu,  za plecami.  Będąc na kursie jakoś przeoczyłam kwestię wieku kursantów.  Mąż mi na  to zwrócił uwagę - osób w moim  wieku  było zaledwie kilka, tych po ukończonym prawie to były 3 osoby, razem  ze mną, reszta z tytułem magistra inżyniera i w wieku 40+.  Jedno jest pewne-od przyszłego  roku aplikacja  na rzecznika patentowego będzie trwała trzy lata a na dodatek płatna z kieszeni aplikanta, więc  zdążyłam rzutem na taśmę. I myślę, że ten pomysł na pewno nie spowoduje, że stan liczbowy rzeczników patentowych wzrośnie. Ludzie  zbyt  wiele  lat byli  przyzwyczajeni do  "darmochy".  No to ja wracam do swojej podopiecznej, muszę  sprawdzić czy  czegoś nie pokręciła. No tak, roześmiał  się naczelny - pańskie oko  konia  tuczy. Bardzo mi pani pomogła w tej  sprawie. I dobrze, że  dziewczyna się  zgodziła.  A wie  pan  dlaczego  się zgodziła? bo nie musi 8 na 8 godzin przebywać w stajni ogierów. Tam jest  zgraja niewyżytych młodzieńców i rozumiem ją w  pełni - przebywanie z nimi cały  dzień nie jest wcale a wcale miłe.  Ja po jednej godzinie mam dość. Po prostu  chłopcy zapominają, że to miejsce pracy a nie kawiarnia. 

Gdy Adela wróciła  do swego pokoju Emil bardzo się ucieszył mówiąc - czekałem na  ciebie z kawą, trzeba  zjeść drugie  śniadanie, zaraz  włączę ekspres. No i jak ci idzie uczenie tej młodej?  Bardzo dobrze, chętna i pojętna, wymyśliłyśmy, żeby zamiast  archiwizować  kalki to archiwizować kserokopie. Omówiłam już to z naczelnym. 

Twój nowy  przyjaciel  wjechał mi po  imieniu, oczywiście  zaraz  przepraszając. Przy okazji  wyjaśniłam,  czemu odchodzimy  już teraz, nie  czekając na chwilę gdy  wszyscy rzecznicy  w tym  mieście  zaczną  szukać   dla  siebie  dogodnego  miejsca. Rzuciłam okiem  na  jego telefony- już ma  nowy  aparat. Przy okazji "oplułam" nieco  pokój ogierów, mówiąc mu, że nie  dziwię  się młodej, że tak  chętnie zajmie  się półetatem w  archiwum. 

Ten pokój dla tych młodziaków to był pomysł Kamila- powiedział Emil. Chciał by się tu poczuli swojsko. Tylko nie  wiem  po jaką nagłą śmierć wcisnął tam kulman z tą  dziewczyną. Ona przedtem urzędowała w zakładzie doświadczalnym. Tak? zdziwiła  się Adela. No to pewnie mu  wpadła w oko, zawsze miał ciągoty do blondynek.

To ty Maleństwo byłaś kiedyś blondynką? Tak, w  zamierzchłej przeszłości. Przeszłam już wszystkie możliwe kolory i odcienie  włosów, nie miałam jeszcze  tylko różowych, fioletowych i  zielonych. Kolor włosów u  kobiet to rzecz nabyta. Średnio przeciętnie  można mieć na  głowie w jednym czasie dwa kolory a często i trzy. Kiedyś po bardzo nieudanej dekoloryzacji przez miesiąc miałam włosy w kolorze jajecznicy. I nie było to ładne  ani  zabawne, bo musiałam to nieudane  dzieło schować pod  peruką, żeby w pracy dyrektor nie  dostał zawału, że mu z dnia  na dzień ktoś sekretarkę podmienił. Dobrze,  że miałam  w domu perukę. 

Następnego dnia po pracy pognałam do fryzjerki, która mnie tak urządziła i kazałam jej by mi na króciutko obcięła  włosy, żeby mi czasem spod  peruki nie wyszły. I musiała obciąć mnie  za darmo, bo jako  fryzjerka nie powinna była mi włosów dekoloryzować  jednoetapowo. Helena gdy  mnie zobaczyła z tą "jajecznicą" na głowie omal  nie padła  ze śmiechu, ale nic  nie mówiła. Dobrze wiedziała co czuję.

To jaki ty masz swój naturalny  kolor? Jakiś odcień brązu sądząc po intymnej czuprynce?- dociekał Emil. Tak jakby, chyba trochę  jaśniejsze. Po prostu  był to  dość niezdecydowany  kolor, więc go trochę podrasowałam, żeby był ciemny brąz. No to kiedy  byłaś  blondynką? Nie  za kadencji Kamila. Ale wiem, że bardzo  chciał bym była blondynką.  Gdy byłam  tą blondynką to tylko raz  mnie  widział i to w kręgu wielu osób, poza wymianą "cześć, serwus" nie miał okazji  zamienić  ze mną  ani jednego zdania. A potem rzekomo wyjechał. Ale widział mnie  w tym kolorze który mam - nie podobał mu się, co jak  się  domyślasz,  wcale  mnie  nie dotknęło.  Grunt, że tobie  się ten  kolor podoba. Owszem , podoba  mi się i to bardzo, chociaż  wiem, że to na pewno nie jest twój prawdziwy  kolor. Raczej nikt  nie  siwieje  przed trzydziestką. 

Zdarza się, chociaż  rzadko. Brat mojej szkolnej koleżanki  osiwiał gdy wrócił do  domu i tam  znalazł martwą ich  mamę. Miał wtedy 27 lat.  Miała zator mózgu i to taki ciężki.  Gdyby był ktoś  w domu to może by ją odratowano, ale pomyślałam, że gdyby tylko ją odratowano ale nie wyleczono całkowicie to chyba  dla  wszystkich  było lepiej, że tak  się  stało. Bo po takim  ciężkim zatorze żyje wiele "ludzkich  roślinek." Takich zawieszonych  pomiędzy życiem a śmiercią, najczęściej nie rokujących powrotu do zdrowia. A miejsc w hospicjach  brak. I  brak jest specjalistycznych domów opieki dla tych po zatorach, wylewach, z chorobą Alzheimera czy też inną, uniemożliwiającą człowiekowi samodzielne funkcjonowanie. A wszystko dlatego, że opieka taka strasznie  dużo kosztuje. I nie ma  zbyt wielu chętnych  do pracy  w takich miejscach.

Wiesz Maleństwo, myślę, że dla mojej mamy stało się lepiej, że umarła  nagle,  bez chorowania i zbytnich  cierpień. Ojciec też  tak uważa. Czy  wiesz, że  ojciec mnie zawiadomił o śmierci mamy gdy już było po pogrzebie? Gdy miałem pretensje że mnie o tym nie poinformował to mi napisał : "przecież zamówić trumnę i pogrzeb  sam umiem, a twoja obecność i tak nie ugasi mojego bólu, bo największy  ból i tak każdy przeżywa  sam, nawet gdy jest otoczony innymi osobami które kocha i które jego  kochają. Gdy skończysz kontrakt  to po prostu wtedy pójdziemy razem na cmentarz."  No więc dotrwałem tam do końca kontraktu i wróciłem. Nie przedłużałem go, choć  miałem taką propozycję. Tata chodzi na grób mamy raz w roku, tydzień przed 1 listopada, opłaca następny rok pielęgnacji grobu i tyle. Powiedział, że dla niego  mamy tam  nie ma- ona  nadal jest w jego sercu i  myślach i to jest 100 razy  ważniejsze niż przychodzenie na cmentarz i podlewanie kwiatków. Gdy uświadomił sobie, że kocha Helenę to całą noc spędził, jak  powiedział,  "na rozmowach z mamą" i......mama mu przytaknęła. Teraz  jest z Heleną i wciąż w niej odnajduje jakieś  cechy mamy. I teraz ma jeszcze do kochania "córeczkę". Zawsze  mu się marzyła jeszcze córka oprócz mnie, więc ma ciebie. Już kilka  razy nadał mi tekst w rodzaju "mama byłaby zadowolona z takiej córeczki". Uwiodłaś ojca tym sadem i tym, że się nim  zainteresowałaś. Adela uśmiechnęła  się - a ciebie czym uwiodłam?  Wszystkim- po prostu wszystkim. Emanowałaś dobrocią- to było coś czego mi tam i tu szalenie  brakowało, a poza tym podobałaś mi się i nadal mi się podobasz, nawet gdy się  złościsz, okazałaś  się bardzo inteligentną  kobietą a ten nasz pierwszy raz był dla mnie jak trzęsienie   ziemi i wtedy  pomyślałem, że  zrobię  wszystko by być z tobą na  zawsze. I naprawdę to ty mi  się śniłaś, nie ktoś  inny. I bardzo, bardzo często tak właśnie leżysz jak ta ze snu. I masz tę blizenkę malutką. Czasem myślę, że to nasze  spotkanie to mamy dzieło. Bo wiem, że mama bardzo mnie  kochała i zawsze  spełniała  moje  marzenia.  

Często mnie podglądasz  gdy  śpię? Prawie każdej nocy, bo na ogół budzę  się gdy zmieniasz pozycję. Czasem to mi się  chce  śmiać bo to fajnie  się odbywa - zdejmujesz nogę ze mnie, czasem  razem  z kołdrą lub  kocem i wtedy się  budzę, bo znika ciepło od twego ciałka. Odwracasz się na drugi bok i zaczynasz mnie szukać tam, gdzie mnie nie ma, a gdy  mnie nie znajdujesz, no bo leżę za twoimi plecami, to szybko wracasz do poprzedniej pozycji, wpierw się przytulasz i obejmujesz rękę a potem kładziesz  swoją nogę na dolnej części mego brzucha i już tak śpisz do rana.   Gdybym  się nie bał, że cię obudzę to przelazłbym na twoją  drugą  stronę byś mnie tam odnalazła.

Mileczku, naprawdę tak jest? Emil pokiwał głową - no jest, ale to jest  kochane. No wiesz, nie miałam pojęcia, że tak   w nocy rozrabiam, powinieneś mnie w nocy opieprzyć równo  że się wiercę. Albo po prostu przytulić mnie  do siebie leżącą do ciebie  plecami. Ale może ci być ciężko spać z moją ręką, ja mam ciężką rękę gdy zasnę. Milek, po prostu musimy wypróbować kilka figur  do spania. Bo dopóki nie spałam z tobą to nie miałam zwyczaju   spać przytulona do kogoś. Zawsze spałam zwinięta w kłębek  albo na  brzuchu. Najczęściej to spałam leżąc na  brzuchu i obejmując jasiek. 

No to może będziesz spała na brzuchu leżąc na mnie? Tylko nie wiem czy nie będzie ci  zbyt twardo. Masz rację, Maleństwo, musimy opracować jakieś nowe pozycje  spania.  Rzecz w tym, że ja już nie umiem zasnąć jeśli  nie  czuję cię tak bliziutko, bliziutko  przy  sobie.  Jak dobrze, że nie muszę nigdzie wyjeżdżać. Pewnie  całą noc bym czytał albo spacerował po pokoju.

                                                                     c.d.n.


piątek, 8 lipca 2022

Trudny wybór- 57

 Nie lubię pierwszego dnia w pracy gdy wracam z urlopu - margała  Adela, gdy  jechali rano  do pracy. Tu co prawda jest luksus, bo nie  wpadam od pierwszych  minut w  cały kłąb niepozałatwianych  spraw. 

Myślę, że byłoby  dobrze, gdyby  już  dziś wybebeszyć szafę i przejrzeć jej  zawartość i pooznaczać poszczególne  segregatory. I warto byłoby zatelefonować  do Arkadiusza jak mu idą poszukiwania i czy już ma jakiś plan  działania. On  się uparł na to Śródmieście, ale za te  same pieniądze mógłby wynająć znacznie większy lokal na przykład na  Górnym Mokotowie i  zapewne na  Ursynowie. Poza tym ponieważ spraw patentowych  nie mogą prowadzić osoby prowadzące  sprawy cywilne to mogłyby  być tak naprawdę  dwa zupełnie oddzielne  lokale. Wydaje  mi się, że  Arkadiusz tego  nie  załapał. Według  tych nowych przepisów to każdy  rzecznik  patentowy może  mieć własną "kancelarię", tyle  tylko, że w kilka osób jest to znacznie łatwiej prowadzić. I coś mi się  wydaje, że decyzji dotyczącej współpracy z Arkadiuszem chyba  nie możemy podjąć już teraz. 

Masz rację Maleństwo - musimy się  spotkać z Arkiem i wszystko dokładnie omówić, punkt po punkcie. I coś podejrzewam, że  w  samą porę przechodzimy do Urzędu, bo w krótkim czasie będzie  cała masa chętnych do pracy w nim. Przez moment pomyślałem o  zrobieniu aplikacji na rzecznika EU, ale tak prawdę mówiąc to nie jestem aż tak napalony na wyjazd z  Polski. Pobyt w Meksyku wiele mnie nauczył i jak widzisz  nawet wyjazd do Madrytu mnie  nie skusił. Ale naprawdę rozumiem  tych,  którzy wyjeżdżają stąd bo nie mają mieszkania a w innym kraju europejskim pracując często w lepszych  niż tu  warunkach i wykonując  często naprawdę  prostą  pracę  zarabiają 49200 € rocznie i jeszcze mają pomoc ze strony państwa  w którym legalnie pracują. Mam kolegę, który w pewnej chwili wyjechał do Niemiec, zaraz po  Zjednoczeniu. Bardzo zdolny  facet, automatyk, tu zarabiał grosze, mieszkał kątem u rodziców i w końcu miał tego  dość - kupił za grosze używaną przyczepę kempingową, po swojemu ją ocieplił i ruszył do Berlina-Zachodniego. Na  początku mieszkał w tej przyczepie na  kampingu.  Zajął się  dość  wredną robotą, bo rozbiórką zrujnowanych budynków. A było ich tu od groma bo Berlin   nieźle oberwał w  czasie alianckich nalotów. Nie  wrócił już do Polski, gdy opanował dobrze niemiecki wpierw popracował zgodnie ze  swoim wykształceniem, potem zakochał  się w pewnej Szwajcarce i teraz  mieszka w Szwajcarii. I myślę, że się w przyszłym  roku wybierzemy do nich. Polubisz ich- są naprawdę mili, kulturalni i inteligentni. Gdy byliśmy w Zurichu nie dzwoniłem do niego, nie bardzo mieliśmy na  to czas.

Oczywiście  pogadam z  Arkadiuszem, ale nie mam  zamiaru naciskać  go w sprawie  tej kancelarii. Mam wrażenie, że jemu bardziej  zależało na  zatrudnieniu ciebie bo liczył pewnie, że będziesz mu pomagała  w prowadzeniu  kancelarii, a ja myślę, że skoro  zrobiłaś  tę aplikację na  rzecznika to  szkoda byś była tylko osobą wspomagającą Arka w prowadzeniu  kancelarii. 

Popracujmy na razie w  urzędzie, ty nieco okrzepniesz w tej  nowej  specjalizacji, zobaczymy jak się rzecznicy patentowi ustawią   w nowej  sytuacji i może  z czasem zawiążemy z kimś jakąś  spółkę, czyli utworzymy niedużą kancelarię  zajmującą  się  tylko sprawami patentowymi. W Polsce jest  naprawdę niewielu rzeczników patentowych, w innych krajach jest ich  znacznie  więcej i, co najważniejsze, aplikują do tego  zawodu  ludzie młodzi, a u nas widziałaś na kursie - w twoim wieku była was garstka, starczyło jednej ręki do policzenia i jeszcze można było się  bez trudu w  nos  podrapać. 

Muszę sprawdzić w kadrach ile mi jeszcze urlopu zostało z ubiegłego roku. No i jeszcze mam urlop tegoroczny. I  jeśli go wezmę to we wrześniu. Ale mogę też łaskawie zamiast urlopu wziąć ekwiwalent finansowy i cały wrzesień jeszcze tu przyjeżdżać. Dziś  wpadnę do konstruktorów i przepytam czy mają coś na tapecie i na jakim etapie, bo dział patentowy przestanie wkrótce istnieć. Maleństwo -  musimy się na razie  trzymać tej  wersji, że będziemy działać w Kancelarii i  że w chwili gdy ona  ruszy natychmiast  naszego "adonisa"  powiadomimy, gdzie działamy. Pamiętaj o tej wersji.

Adela  uśmiechnęła  się - jak widzę nie pałasz zbytnią  sympatią do naczelnego. No fakt, nie  jest moim idolem. Jest za bardzo sobą  zachwycony. Kamila lubiłem, on naprawdę chciał by OBR był dobrym ośrodkiem wiodącym w tej  branży. No i naraił ci pracownicę - dopowiedziała Adela uśmiechając  się łobuzersko. No fakt- stwierdził Emil. I chwała mu  za to. I nawet mi go trochę żal. Nie  można powiedzieć, że mu  się życie osobiste dobrze  ułożyło. 

Kochany, życie to nie pogoda, mamy jednak na  nie wpływ. O tym, jakie  ono  będzie decydują przecież  nasze  wybory. Gdyby choć trochę o siebie  dbał nie osierocił by dzieci.  Mnie to nawet jego  żony  nie  żal - miłość  miłością, ale odkąd wiadomo skąd  się biorą  dzieci trzeba  niestety o tym pamiętać i nie liczyć na to, że  może  akurat tym razem nie zajdzie  się  w ciążę. W końcu  nie  byłam jedyną  niezamężną dziewczyną która brała  tabletki. Co prawda z Kamilem to brałam tabletki i dodatkową ochronę, bo nie  miałam  za grosz do niego zaufania, choć przysięgał, że żyje  tylko ze mną. I nie  miał pojęcia, że  równolegle biorę  tabletki. Jak  widzisz  wredna  z natury  jestem. Mądra z ciebie dziewczyna była. A sądząc z lektury jego "dzieł" to facet naprawdę  cię kochał i był w  tym  wszystkim zagubiony kompletnie bo i dzieci  kochał.

Kochany, a jak wydostaniesz segregatory z tej szafki pod sufitem? Ooooo dość prosto- zaraz  się przejdę do gospodarczego albo do  zakładu doświadczalnego po drabinę i wtedy bez problemu ściągnę te  stare dokumenty i potem je zaciągnie się do archiwum. A gdzie jest archiwum?  Nie wiesz? - zdziwił się Emil. Archiwum jest na pierwszym piętrze za  konstruktorami. Pomieszczenie  takie jak pani herbaciarki.

To znaczy, że mamy kogoś kto  się  tym zajmuje? No nie  wiem, wiem  tylko, że klucz do archiwum to ma sekretarka naczelnego dyrektora. Poważnie? To znaczy, że gdyby wtedy, gdy zastępowałam sekretarkę ktoś przyszedł do  mnie po klucz do tego pomieszczenia to bym mu kazała  pójść do psychiatry, bo ma  jakieś przywidzenia. Każde archiwum ma jakiegoś stałego pracownika który się tymi dokumentami opiekuje, ma jakiś ich  wykaz i wie gdzie  co leży  czy też  stoi. Chyba  w tym układzie to trzeba się zapytać naczelnego gdzie  mu te  dokumenty schować. Czuję, że będzie  wesoło, bo choć jak mówisz facet jest  sobą  wielce  zachwycony,  ale na prowadzeniu firmy to  się jednak  zna. I może uzgodnij  to  z nim zanim pójdziesz po tę drabinę. 

Ciekawe - archiwum bez archiwisty! Coś czuję, że będzie tu małe trzęsienie ziemi. No ale od sierpnia będą mieli forsę na taki etat, bo ja już wypadnę z listy  płac, a potem odpadnie też twoja  pensja. No cóż, lipiec mi minie na robieniu zestawu dokumentów.  Zajęcie równie  dobre jak każde inne  w biurze.

Emil chwilę jeszcze  postał przyglądając  się  uważnie  ich biurowej  szafie, w końcu będąc  już  w drzwiach powiedział - spróbuję  się  do niego  wedrzeć. Wyszedł i.......przepadł. Adela wzięła  się więc za przeglądanie  dokumentów z ostatnich  dwóch lat. Stwierdziła, że najlepiej będzie  je  podzielić wg wyrobów których  dotyczyły  wnioski, badania  i efekty w postaci patentów i dopiero w ramach  wyrobu podzielić je na odpowiednie   lata.  Nie było to trudne   zadanie, bo Emil nie  był bałaganiarzem i  zaledwie kilka   dokumentów było pomieszanych - najwidoczniej któryś  z konstruktorów się tu rządził i czegoś  szukał. Powpinała  dokumenty do zawieszkowych skoroszytów, na  każdym starannie wykaligrafowała czarnym pisakiem nazwę  urządzenia,  dokumenty w ramach   skoroszytów poprzedzielała  kartonowymi przekładkami , na których  napisała   czego ta  część  dokumentów dotyczy, przygotowała tyle segregatorów  ile  było urządzeń, przygotowała  naklejki na  nie  i  zaczęła zapełniać segregatory. Gdy Emil  wrócił po 2,5  godzinnej  nieobecności to nieomal  zaniemówił. A  zaniemówił  głównie  dlatego, że  właśnie  tak  sobie  wyobrażał sposób  w jaki powinny  być gromadzone  te  dokumenty.

Maleństwo, właśnie tak to sobie  wyobrażałem! Skąd  wiedziałaś co ja  sobie  wymyśliłem?  Z niczego, czyli z głowy. Ja naprawdę jestem wykwalifikowaną siłą biurową i wiem jak utrzymywać w porządku dokumenty. Inaczej zginęłabym  marnie  jako asystentka  lub sekretarka. 

Emil wziął segregator,  w który Adela już  zdążyła  wszystko co należało powpinać i powiedział - zaraz  wrócę. Tylko mi nie  nabałagań, rzuciła  za nim Adela.

W 10 minut później sekretarka dyrektora zatelefonowała i powiedziała, że Adela jest proszona  do gabinetu dyrektora.  Adela w  duchu  zaklęła, przygładziła lekko ręką  włosy, zamknęła drzwi na klucz, który wzięła  z  sobą  i wolnym krokiem poszła  do sekretariatu. Sekretarka uchyliła drzwi gabinetu dyrektora i powiedziała- pani Adela już jest. O to świetnie - usłyszała Adela a  sekretarka nieomal wepchnęła ją do gabinetu,  w którym wcale  nie  było Emila. Napije się pani  kawy czy  herbaty? Adela podziękowała mówiąc - kawę już dziś  piłam, wybiorę raczej  wodę mineralną. A co,  już  coś w  drodze?-zapytał z uśmiechem. Kto w  drodze? ja się nigdzie nie wybieram , dopiero  co wróciliśmy z  Zakopanego. Adela udała, że nie  rozumie  pytania a naczelnemu  zrobiło  się nieco głupio  i szybko zmienił  temat.

Rozmawiałem przed  chwilą z Emilem i widzę, że jest mały  kłopot - nie mamy nikogo w  archiwum. On ma rację, archiwum bez archiwisty nie jest  archiwum  tylko jakimś  składzikiem. Nie mam nikogo na pełny etat, ale  mam pomysł,  by jedna  z pracownic kopiarni była na dwóch półetatach - jedna połowa w kopiarni, druga połowa w  archiwum. I tu mam do pani osobistą prośbę - czy  mogłaby pani tę panią nauczyć jak ma przechowywać te  dokumenty i prowadzić ich  ewidencję. Gdy jeszcze wszystkie projekty były robione  w wyświetlarni były tam potrzebne dwie osoby, teraz jest kserograf, więc zamiast  się tej pani pozbyć dam jej  dwa półetaty. 

A cięcie zrobi pan wzdłuż czy  w poprzek?- zapytała Adela. No bo do  archiwum lepsza byłaby  połówka z całą  głową - roześmiała  się  Adela. A to jakaś kumata  osoba? Ona jest z  zawodu kreślarką, to bardzo młoda  dziewczyna.  I wiem, że  ma luzy bo to nie  biuro projektów i tylko czasem coś  musi chłopakom zrobić  w kalce. To jakaś.....nie  dokończył zdania, bo Adela  wstała i podeszła do telefonu sprawdzając, czy aby  nie  działa  jak mikrofon. W porządku - powiedziała - pewnie  pan nie  wie,  ale pana poprzednik coś tu pomieszał  i używał tego telefonu jako  interkomu. Wiem o  tym bo     na "dzień dobry" zastępowałam  tu sekretarkę, która  chorowała. Trzeba  sprawdzać czy  słuchawka dobrze  leży na  widełkach. Och,  dziękuję, nie  wiedziałem.  Myślę, że  najlepiej będzie  jeśli po prostu wymieni pan ten  sprzęt. No i kim jest ta młoda osoba? To jakaś  rodzina pani kadrowej. Aha, to pewnie ta blondyneczka, co siedzi w dziale  konstruktorów?- wydedukowała Adela. 

Panie  dyrektorze, tu połowa  biura to jakieś rodziny lub dzieci  przyjaciół. Ale proszę mi  powiedzieć czy można  w tym kraju znaleźć pracę  bez  znajomości?  Mnie  tu ściągnął były  dyrektor, bo wiedział, że już  nie  daję  rady ciągnąć  pracy w ministerstwie jako  asystentka dyrektora i jednocześnie studiować. Więc gdy zachorowała  sekretarka to mnie  tu ściągnął i  miałam do wyboru planowanie  lub pomaganie Emilowi. Co prawda wszyscy byli pewni, że jestem  flamą dyrektora. Emil też tak  myślał. Ale on  był tylko moim przyjacielem. A wykończyło go jego przekonanie, że jest niezniszczalny- wcześniej za dużo  papierosów, za  dużo alkoholu, za  dużo kawy, za dużo nerwów i kłopoty w małżeństwie. To był jego kolejny zawał. I jestem dziwnie pewna, że wiedział o poprzednich,  ale przecież prawdziwy mężczyzna może  zawał przechodzić, a ból za mostkiem to od kaszlu. Bo niektórym się wydaje, że serce to mamy  bliżej pachy  niż mostka.  

Oczywiście  nie ma  problemu z przeszkoleniem tej młodej osoby. Zdążę to w tym miesiącu zrobić. Ona nawet nie musi  w tym  archiwum stale  siedzieć. Muszę  jutro tam pójść wpierw  sama i zobaczyć  jak to wygląda.

Rozległo się pukanie  do drzwi i w  uchylonych  drzwiach ukazała  się  głowa Emila i ręka  wyciągnięta  po klucz.  Adela sięgnęła do kieszeni i wyciągnęła klucz. Chodź Emil jeszcze na  moment- zaprosił go naczelny.  Emil  wszedł a naczelny zapytał - znasz  się na  aparatach telefonicznych?  Raczej nie. Idzie o ten "przegrzebany" przez twego poprzednika? On był łącznościowcem. Każ po prostu sekretarce by jakiś  fachman to wszystko naprawił.

Emil, twoja  żona była tak miła, że  zgodziła  się przeszkolić tę młodą  kreślarkę od konstruktorów. Jestem jej dłużnikiem. Szkoda, że odchodzicie. Ja ją zaraz  wezwę i podeślę do waszego pokoju, żeby się jakoś umówiła z twoją żoną. A jak pani będzie  szła do tego archiwum to proszę wziąć jakiegoś faceta do kompletu, tam dawno nikt nie  był, może jakieś myszy  są? A ja każę by panie od  wszystkiego tam dziś wysprzątały porządnie i przewietrzyły.

Emil ostentacyjnie objął Adelę i  powiedział -chodź żono, obowiązki nas  wzywają

                                                               c.d.n.




środa, 6 lipca 2022

Trudny wybór - 56

 Tak jak zaplanowali w piątek rano wyruszyli w  drogę powrotną do Warszawy. W czwartkowy wieczór Emil i Piotr długo wertowali  mapę, przeglądali internet i  stwierdzili, że wracając  wcale  nie pojadą przez Kraków a przez Bielsko Białą, Częstochowę, Piotrków  Trybunalski, Tomaszów Mazowiecki, Rawę Mazowiecką, Grodzisk Mazowiecki i Piaseczno. A panie  wymyśliły, że nie  będzie tym razem obiadu na gorąco, zwłaszcza, że  dzień się  zapowiadał  słoneczny- one przygotują "campingowy" posiłek, który  zjedzą albo na  regularnym  parkingu albo na "dzikim parkingu", w lesie. I pewnie będzie  to gdzieś  w okolicach Piotrkowa Trybunalskiego i potem za kierownicą usiądzie Adela. Przy  przeciętnym  ruchu na  szosie te 470 kilometrów powinno im  zabrać 6 godzin i 15  minut "czystej  jazdy" - wszak postój na parkingu to nie "jazda". 

Wybór trasy okazał  się "strzałem w  dziesiątkę", bo część  trasy przebiegała przez  Słowację. I jak  się okazało droga  nie była nadmiernie uczęszczana w przeciwieństwie do  trasy Zakopane - Kraków. Przerwa śniadaniowa  w podróży była na leśnym parkingu w okolicach Rawy Mazowieckiej i byli jego jedynymi użytkownikami. Znaleźli ten  parking przez  czysty przypadek, bo skręcili w bitą drogę  jezdną odchodzącą od szosy. Chcieli postać  nieco  w cieniu, a wiedzieli, że większość parkingów nie posiada dużych, dających  porządny  cień drzew. I tym sposobem trafili na  bardzo miły, typowy leśny parking, usytuowany ze 200 metrów od szosy. Spędzili na nim trzy kwadranse, jedni chodząc i łudząc  się, że może znajdą grzyby, drudzy leżąc na kocu i snując plany urlopowe już na przyszły sezon. 

Adela i Emil doszli w pełnej zgodzie  do  wniosku, że urlop powinien trwać dwa  miesiące- jeden  miesiąc to stanowczo  za mało. I najlepiej  byłoby  mieć nienormowany czas pracy.  I oboje zaczęli całkiem przychylnie myśleć o pracy w kancelarii prawniczej. Przecież  my będziemy mogli w każdej chwili odejść z Urzędu, jeśli  się nam praca tam zupełnie  nie spodoba - stwierdził Emil.  Ja naprawdę nie wiem jak ja bez ciebie wysiedzę w biurze - martwił się Emil.  

No chyba tak, jak to wytrzymywałeś gdy nie pracowałam z tobą - po prostu pracowałeś sam. No  zgoda,  miałeś więcej pracy, ale dawałeś radę ze  wszystkim.  Pomyślałam, że w lipcu trzeba uporządkować wszystkie papierzyska, wszystko dokładnie poopisywać, może do każdej teczki dodać spis treści. Bo jeśli zostaniemy w urzędzie to nie będziemy już robić tego co robimy teraz, my będziemy zatwierdzać to co ktoś inny opracuje, będziemy musieli samodzielnie orzekać, czy jakiś rzecznik właściwie coś uznał za patent, albo właściwie uznał za czyjąś własność. Tyle zrozumiałam  z tej rozmowy z moim przyszłym szefem. 

Maleństwo ,  dobrze to zrozumiałaś, ale  dlaczego nie możesz  zrozumieć, że  gdy mówię o pracy bez  ciebie to nie idzie  mi o to, że część jej ty robiłaś tylko o fakt, że cię nie będzie  obok? No ale to będzie tak tylko przez dwa miesiące,  czyli przez 44 dni i zaledwie z 9 godzin  dziennie, czyli przez 396 godzin przez dwa miesiące. A potem będziemy się widywać w ciągu dnia pracy. Sierpień ma 22 dni robocze, wrzesień tak  samo.Oczywiście, jeśli będziemy  w Kancelarii to zapewne będziemy tandemem, co ewentualnie trzeba będzie od  razu omówić z Arkadiuszem i to nim tata z nim wejdzie do spółki. 

A powiedz mi  Maleństwo  jakim cudem sierpień i wrzesień mają tyle  samo  dni roboczych? Bez cudów. 15 sierpnia jest święto kościelne,  dzień  wolny od  pracy. No tak, rozumiem,  zapomniałem o tym święcie. Dobra jesteś w tym liczeniu! Nawyk z czasu bycia sekretarką - wiecznie  siedziałam z nosem w kalendarzu. I tak  mi kretyńsko zostało. 

Adela delikatnie przeczesywała palcami włosy Emila mówiąc: lubię  się bawić twoimi  włosami, są takie podatne na układanie! Chyba  miałeś  loczki jako małe  dziecko.  Muszę poprosić  tatę, żeby  mi pokazał twoje zdjęcia  gdy byłeś malutki.  Szkoda, że  wtedy nie było kolorowych zdjęć! Niemowlak z piwnymi oczami! Ale tak naprawdę   niemal  wszystkie dzieci na początku mają oczy  niebieskie i dopiero około 3 roku życia "ustala" się  dzieciom kolor oczu - powiedział Emil. Podobno byłem znacznie ładniejszym dzieckiem z oczami niebieskimi. 

No ale mnie się bardzo podobają twoje oczy  w kolorze ciemnego piwa, delikatnie podświetlonego promieniem słońca. Hmmm, niedobrze jest, bo mi się wszystko w tobie  podoba! I już  widzę te tabuny pań zapraszające  cię na kawusię, bo nie  będzie obok  twojego Cerbera ,  czyli mnie. 

No to będą ciężko rozczarowane i obrażone - ja naprawdę nie będę chodził do którejkolwiek na kawę a tym bardziej żadnej na kawę do swego  pokoju  nie  zaproszę. Pamiętaj o tym, że ja należę do tych  wiernych i nie  rzucam słów na wiatr. Dobrze wszystko przeanalizowałem i przemyślałem nim  ci powiedziałem że cię kocham i chcę  być z tobą na  zawsze.  Gryzie mnie  tylko jedna  sprawa - dziecko. Z jednej strony chcę byśmy mieli  dziecko a  z drugiej szalenie  się tego boję bo nim się toto pojawi w zmaterializowanej  formie jest ciąża i poród. I obie  sprawy w  sumie dość niebezpieczne i bolesne dla kobiety. Poza tym obydwa te  stany niosą dla kobiety i niewygodę i niebezpieczeństwo. A w czasie porodu to i matka i dziecko są narażone na całą masę niebezpieczeństw. No ale jeśli się mimo wszystko zdecydujemy to zapewne wyjedziemy wtedy na miesiąc wcześniej do jakiegoś  bardziej cywilizowanego kraju. Muszę to jeszcze  skonsultować z Twoim lekarzem Znam kilka osób, które tak zrobiły. I mam nawet na to już oddzielny fundusz. Gdy myślę o tym, ile się wycierpisz przy porodzie zaczynam rozumieć pewnego Indianina, który widząc cierpienia swej żony i mając świadomość, że on nic a nic  nie może jej pomóc, podciął sobie  żyły.  Adela przyjrzała  się uważnie  Emilowi - po chwili powiedziała - no  to wiedz,  że ów Indianin  postąpił wielce  egoistycznie - myślał de facto tylko o  sobie, a nie o swej żonie, która po takim okropnym porodzie została  sama z dzieckiem. To tak jakbym ja, widząc, że mój mąż cierpi jakiś okrutny  ból nowotwory popełniła  samobójstwo zamiast wyłazić ze skóry i pomagać mu ze  wszystkich sił by przetrwał i nadal był ze mną bo go kocham.  Też się boję porodu, ciąży znacznie  mniej, ale porodu  się  boję ze względu na bezpieczeństwo dziecka. Moja koleżanka rodziła 36 godzin i dziecko było niedotlenione, ma DPM i jest na wózku i z obniżoną normą intelektualną. I nie rodziła gdzieś na głębokiej prowincji, ale w jednym z warszawskich szpitali, dużych, dobrze wyposażonych.

Na razie jeszcze nie jestem gotowa psychicznie na ciążę i dziecko. Jedno jest pewne - po tym co przeszłam w domu  rodzinnym będę się nastawiać na  dziecko - obojętnie   jakiej  płci, byle mi dziecka  nie uszkodzili w  czasie porodu. Bo o ciążę to już na  pewno sama zadbam, z niewielką pomocą lekarza. Myślę, że ty też jeszcze  nie jesteś gotowy na ojcostwo, jesteśmy tak naprawdę dość krótko razem. Przytul mnie na moment i chyba trzeba poszukać naszych  rodziców. Kocham cię ogromnie i jestem szczęśliwa, że możemy ze  sobą o  wszystkim rozmawiać. Dzięki temu  nie ma w naszym związku białych plam.

Emil uniósł się na łokciu i rozejrzał - ooo, widzę ich,  mama coś niesie na liściu łopianu. Maleństwo, chcesz teraz prowadzić?  Bo tak naprawdę to wolałbym dalej prowadzić,  bo wtedy ty trzymasz rękę na moim udzie, a ja to ogromnie lubię i działa to na mnie jakoś tak  mobilizująco. Dobrze kochany, ty prowadź, jeśli cię ta  jazda nie  zmęczyła.  

Okazało się, że rodzice przynieśli dla  nich maliny- sami konsumowali na  miejscu. Ten las,  a może  raczej zagajnik kończył się mniej więcej w odległości 700 metrów od szosy i na jego skraju rosły  maliny.

Rodzice przyszli po pojemnik, bo  chcieli jeszcze trochę malin  nazbierać, ale Emil  spojrzał na  zegarek i powiedział - odpuśćmy sobie te  maliny, skoro są tu to i  na pewno będą  w Warszawie. Zjadłbym już chętnie zwykły obiad.  A macie coś naszykowanego? - zainteresowała  się Helena. Mamy- trzeba  tylko  wstawić do mikrofali. Są zrazy wołowe zawijane z pieczarkami w środku. I jest tego dla  wszystkich. Trzeba  tylko kupić pomidory, więc  jak będziemy jechać przez  Piaseczno to na moment wyskoczę po pomidory. I jest ryż już upichcony. Rozmrozimy wszystko i wstawimy na 15 minut  do  piekarnika. Pieczywo też  zamroziłam, więc będzie  na kolację. A regularne zakupy to  zrobimy jutro. Czyli dziś jecie obiad u nas.  A ja myślałem, że wpadniemy dziś na jakieś pierogi- marzycielskim  tonem powiedział Piotr. A te  zrazy sama robiłaś?  Nie sama, Emil kroił pieczarki i tłukł mięso. No to  dobrze,  bo ty go córeczko ogromnie  rozpieszczasz.

Tata, pierogi to możemy kupić po drodze do  domu i zjesz je  na kolację. Albo pójdziecie do pierogarni, skoro wolisz jeść w ciasnocie. No ale ja nie chcę byście  mieli kłopot. Tatuniu, przecież nie robię tego jedzenia  extra tylko dla  was, ono już jest gotowe, to tylko kwestia kilku  minut rozmrożenia i przeniesienia tego na blachę do piekarnika. I niezależnie  czy byłyby to dwie porcje  czy  cztery to i tak dałabym  to na blachę  do piekarnika.  A co do rozpieszczania Emila - powinieneś się cieszyć że  go rozpieszczam, wszak to twój syn.A poza tym to my  się  rozpieszczamy wzajemnie - on mnie  a ja jego.

Tacie  to  chyba te zjedzone    maliny zaszkodziły i coś zaczyna   majaczyć- stwierdził Emil. Przecież  jeśli nie ma  ochoty  u nas jeść to nie musi. Niezależnie od tego czy będziecie  u nas jedli  czy  nie to i tak  my zjemy  obiad w domu. Po prostu lubię wołowe  zrazy  zawijane i będziemy  dziś je z Adelką jedli. Chcę ci tylko  jeszcze  powiedzieć tato, że pierogi to ciasto i że  są tuczące.  Nie po  to się odchudzałem po tych  plackach meksykańskich  by z powrotem  utyć,  tym  razem przez  ciasto pierogowe. Poza tym ogromnie  mi kuchnia Adeli  smakuje. I wolę jeść w domu niż nawet  w najlepszej restauracji. A w ogóle to już jedziemy.

Gdy wreszcie ruszyli Adela jak  zwykle położyła rękę na udzie Emila, a ten powiedział - szkoda, że nie mam na sobie  szortów. No ale te spodnie są cieniutkie, nie  zgrzejesz  się od  mojej  ręki. No tak, cienkie, ale  w  szortach miałbym więcej przyjemności.    Adela uśmiechnęła się i powiedziała - no popatrz, nie  wpadłam na to. No ale gdybyś  miał zbyt  wiele przyjemności to nie wiadomo, czy mógłbyś prowadzić samochód w bezpieczny sposób. 

Wiesz  kochany, pomyślałam, że zakupy to możemy zrobić jeszcze  dziś gdy zjemy. Ja mam lepszy pomysł stwierdził Emil. Podjedziemy pod  dom, zaniosę do  domów wszystkie bagaże, wezmę z domu torby na  zakupy i pojedziemy do L'Eclerca na  zakupy. Ale ja muszę wpaść na chwilę do  domu - stwierdziła Adela. No to wpadniesz, 15 minut możemy stać na podwórku. Tylko żebym z rozpędu  nie  zaniósł do mieszkania termo torby- trzeba uzupełnić stan lodów w stoisku Grycana. I zrobimy koniecznie zakupy w "Krakowskim Kredensie"- wędliny to oni  mają bezbłędne. I wiesz co mają? - nie  wiem, ale mają pyszną  szynkę i polędwicę. Mają mnóstwo fajnych rzeczy, np. śliwki w occie, nie mam  pojęcia co zwróciło twoją uwagę. Czasem mają kopytka- podobno mają je  codziennie, ale krótko. Wolałabym gdyby mieli pyzy- bo przy  nich jest od  metra roboty. No to się zapytamy czy i kiedy  miewają.  Może można się na pyzy zapisać.Czy  zauważyłaś, że  dawno nie robiliśmy razem  zakupów żywnościowych? Zauważyłam, a nie  robiłam, bo mnie oszczędzałeś. A ja bardzo  lubię robić zakupy  z tobą. Teraz nie będzie  żadnych egzaminów i uczenia się  do nich, więc będziemy  razem jeździć na  zakupy.

No popatrz, przed  nami jakieś zwężenie drogi- albo jakieś roboty drogowe albo jakiś wypadeczek - tam daleko na lewym pasie stoi karetka - powiedziała Adela. Z mojej strony lepiej widać. Na wszelki wypadek już teraz  zjedź na prawy pas. Bo potem możemy utknąć na lewym. Emil posłusznie  zjechał na prawy pas i powiedział - no teraz to i ja widzę sanitarkę. Pewnie  był wypadek. Ale na  szczęście  ruch jest utrzymany. Przynajmniej  na razie. No i lepiej by tak zostało. Nie jestem amatorem oglądania wypadków drogowych. Nie nadaję  się na  sanitariusza. Wpieniają mnie  ludzie, którzy lecą by zobaczyć jakiś  wypadek, potem stoją i gapią  się ale nikt nie potrafi udzielić pomocy. Przecież to okropne. 

Kochanie bo nie uczą w  szkołach czegoś takiego jak udzielanie pierwszej pomocy.  Niektóre wypadki są tak okropne, że nawet doświadczanego ratownika przerażają. Mąż jednej z moich koleżanek był ratownikiem medycznym i jak sam powiedział to czasami czuł się jak przedszkolak. Pracował kiedyś we Francji i miał nieprzyjemność ściągać z gór niefortunnych alpinistów. Bo widok kogoś, komu nagle  noga wystaje z brzucha nawet dla ratownika  medycznego jest wstrząsający. Ale najgorzej to było z paralotniarzami, których  właściwie powinno  się  było ostrą  szczotką zeskrobywać ze zbocza góry.

                                                                 c.d.n.



wtorek, 5 lipca 2022

Trudny wybór - 55

A wiecie, że my już w piątek wracamy  do Warszawy?  A nie możecie pojechać w niedzielę? - spytała Linka. Raczej nie, bo musimy w sobotę  zrobić zakupy na  cały tydzień a poza tym mam umówioną fryzjerkę. Musimy się spokojnie rozpakować i przygotować do nowego tygodnia  pracy. W sobotnie popołudnie będę gotować na  następny  tydzień, w niedzielę już   zamrażać.

Ojej, to wy  cały czas jecie  mrożonki- stwierdziła Linka. No w pewnym  sensie tak, ale to mojej własnej produkcji no i są dość krótko w tym  zamrożonym  stadium. Mamy na osiedlu pierogarnię, gdzie pierogi robią  ręcznie. No to czasem idziemy tam na pierogi albo kupujemy je do  domu. Wszystkie  które oni  robią są bezbłędne. Czasem rodzice Emila, gdy się Piotrowi zachce pierogów to tam jedzą i wtedy dostaję sms z  zapytaniem jakie  pierogi mają dla nas  kupić. Dobrze wiem, że gdybym tylko pisnęła  słowo to Helena zaraz zajęła by  się żywieniem  nas, co reszta  robiła, gdy mieszkaliśmy w naszym mieszkaniu, to znaczy w mieszkaniu Heleny. Bo Helena bardzo  szybko zaadoptowała do rodziny Emila a potem Piotra. Emil to nawet przed  ślubem u nas  mieszkał.

Ojej, to mieliście dobrze!- w głosie Linki zabrzmiała nuta podziwu i lekkiej  zazdrości. Do rozmowy włączył się Emil - Helena jest  wspaniałą kobietą, niesamowicie życzliwą i jeszcze przed  ślubem poprosiłem ją bym mógł do niej mówić "mamo". Ale mój ojciec też szybko , nawet  bardzo  szybko ujrzał w Adeli swoją  synową - w pewnym momencie powiedział do mnie, że powinienem  się  modlić o  to, by Adela mnie  zechciała. No to się w pewnym sensie o to modliłem. 

A gdzie ją poznałeś? - zapytał Tomek. Tak dokładnie to na  Mokotowie, 2 maja w samo południe. Dyrektor wezwał mnie  do siebie i powiedział, że będzie  miał dla  mnie pracownika, a  raczej pracownicę, ale muszę  ją przywieźć do firmy. No to pojechałem po "pracownicę" i zobaczyłem takie maleństwo na wysokich szpilkach, małe zgrabne i dość pewne  siebie. Wpierw musiałem przeczekać aż wróci z chorobowego sekretarka, którą Adela zastępowała, potem dopiero dyrektor skontaktował ją  ze mną i miała do  wyboru dwa miejsca - albo u  mnie  albo w planowaniu. No i  wybrała mnie. I przez  cały ten  czas ciągle o  niej  słyszałem- że "ta  nowa" to fajna  jest, choć jak  czasem człowiekowi przygada to aż w pięty dojdzie. 

Oj nie przesadzaj,Milek,  nie przesadzaj. Po prostu wprowadziłam nowy zwyczaj - jeśli szanowny dyrektor  wzywał kogoś, to się  zawsze wypytałam  po co ten ktoś ma przyjść -co dyrektora wpierw  bardzo  zdziwiło- ale szybko to zaakceptował. W drugą  stronę tak samo, bo wiedziałam co facet ma danego "w rozkładzie   jazdy" i musiałam tego jego  planu dnia pilnować. 

Przedtem pracowałam jakiś czas jako asystentka dyrektora, nie jako sekretarka. A zrezygnowałam  z tej pracy, bo nie dawałam rady z ciągłymi  wyjazdami w trakcie  studiów. Bo asystent dyrektora  niestety  jeździ z nim w delegacje no i w sumie to jest więcej pracy  niż gdy się jest sekretarką, bo jest też rozplanowanie  dyrektorskiego  dnia, przygotowanie  mu materiałów, które musi mieć  na  wyjazd a poza tym takie   zwykłe, ludzkie  zadbanie o człowieka, żeby brał leki, które powinien, żeby  zjadł  w porę -  w sumie masz pięć razy  więcej spraw  na głowie  niż sekretarka. I dobrze jest móc  się niemal zaprzyjaźnić z jego żoną, żeby pojęła, że nie jesteś jego kolejną flamą i że to praca was łączy a nie coś innego. Poza tym asystenta   dyrektora obowiązuje tajemnica służbowa, bo wie  się o  wielu ważnych  sprawach. I szalenie mnie śmieszą te żony, które upatrują swej  rywalki w  sekretarce.  Owszem, niektórzy sypiają z  własnymi sekretarkami - znam nawet takiego, co miał ze swoją sekretarką dzieci i w końcu się rozwiódł i ożenił właśnie z tą  sekretarką, której te dzieci zrobił. 

Ostatniego dyrektora z którym pracowałam mile  wspominam, bo to był bardzo miły i kulturalny facet . I jego żona była nawet na  naszym ślubie, wydelegowana przez męża. A ponieważ Emil zmarszczył czoło Adela mu powiedziała- to ta pani w średnim wieku, która nam życzyła by każdy nasz wspólny  dzień był kolejnym  oczarowaniem. I wiem, że były to życzenia sformułowane przez jej męża. I może  szkoda, że ten program z asystentkami dyrektorów zmarł śmiercią naturalną - po prostu ludzie  do niego  chyba  jeszcze  nie  dorośli mentalnie.

Powiedzcie - a jak to jest pracować razem będąc małżeństwem?  No a jak to jest pracować z własnym ojcem? - odpowiedział pytaniem Emil.   Praca to jest praca-  nie  ma miejsca na nic  innego. Ona cały rok robiła kurs  na rzecznika patentowego, a wpierw jeszcze  kończyła magisterkę na prawie. Tak naprawdę to podziwiałem ją  niezmiernie. Widziałem, że była wymęczona bardzo, dziwiłem  się skąd  taka nieduża kobieta  ma tyle  sił.  

No to jeszcze powiedz  Mileczku, że temat  mojej pracy ty  mi podpowiedziałeś, żeby był dopasowany do kursu  na rzecznika patentowego. I wszystko mi tak cierpliwie tłumaczyłeś po kilka  razy. Nie mogłam  się wręcz nadziwić, że masz tyle  cierpliwości.  

Nie widzę  w tym nic nadzwyczajnego, przeszedłem taki kurs więc  wiedziałem, które tematy są bardzo niewdzięczne. Ciekawy jestem  jak teraz będzie, bo będziemy  pracować w tej  samej  firmie,  ale w różnych departamentach. Ale tam już wiedzą, że jesteśmy  małżeństwem. Adela przejdzie tam od sierpnia, ja dopiero od października. Chyba  się zatęsknię za nią dokumentnie. I nawet nie  będę jej mógł przez te  dwa miesiące odwozić  do pracy, bo będzie  pracowała w innych  godzinach niż ja. Ona od 9,00 a ja od 7,30. Ale pewnie  będę po nią przyjeżdżał i czekał  aż skończy  pracę. Adela roześmiała  się - jak  znam życie  to będziesz  przynajmniej  dwa razy w tygodniu w ciągu  dnia u mnie w pracy i to tak, żebyśmy  wracali razem. No pewnie - potwierdził Emil.

Wiecie  co, jak odejdę  z pracy to wiele babek odetchnie pełną  piersią, bo Emil był najbardziej pożądanym facetem w tej instytucji, a  dziewczyn  niezamężnych  nie  było tam wiele. A jaka była sensacja gdy się zorientowali, że jesteśmy parą - musieliśmy  wręcz podać datę i  miejsce ślubu żeby się  mogli  naocznie przekonać, że ten wyścig  do Emila  to ja  wygrałam. Bo Emil głosił wcześniej, że nie należy  do tych  co to się  żenią.

To na rzecznika patentowego trzeba  robić  specjalny kurs? -  dziwiła  się  Linka. Nie  wystarczy  być prawnikiem?  No nie- trzeba mieć  ukończone  studia prawnicze  lub specjalistyczne inżynierskie z tytułem magistra.  I trzeba zrobić ten kurs na rzecznika i zdać  całkiem trudny  egzamin, czyli jest  to kilka  godzin pisania na  zadany temat. A na  dodatek oprócz uczenia  się  na kursie trzeba  śledzić  na  bieżąco literaturę.  Na tym egzaminie jest strasznie  duży "odsiew". A  wszyscy piszą pracę na ten  sam temat. Skądinąd  bycie  rzecznikiem patentowym  to ciekawa praca - najwięcej czasu to spędzałam na  czytaniu czasopism  z branży. Dobijały mnie  tylko wizyty w naszym branżowym "ośrodku informacji naukowo-technicznej",  czyli po prostu w bibliotece technicznej. Bo nie wiem  czemu,  ale każdemu facetowi  się  wydaje, że jego naczelnym obowiązkiem w pracy to jest podrywanie babek. A poza  tym ostatnio przyjęto do pracy chyba  z sześciu młodych chłopaków, takich  zaraz po ukończeniu Politechniki. Niewyżyte to bractwo, hormony buzują, wszyscy spoza Warszawy rodem. Oczywiście są  bez własnych  mieszkań, które mają obiecane gdy spółdzielnia wybuduje kolejne dla tego zakładu. To było podstawą, że wybrali właśnie ten Ośrodek Badawczo Rozwojowy jako miejsce  swej  pierwszej pracy.  Na razie mieszkają w kwaterach prywatnych opłacanych przez miejsce pracy. I mają warunki niewiele  lepsze niż mieli w Akademiku Politechniki. I jak  mi szczerze powiedział jeden  z nich - szukają panienek z  mieszkaniem.

Słuchajcie kochani,  a kiedy byście wpadli do Warszawy? A tak w ogóle to sobie   zapiszcie nasz  adres i domowy telefon. Numery komórek macie zapisane? Coś  podejrzewam, że pewnie  dopiero w następne wakacje do nas  przyjedziecie. Bardzo jestem ciekawa jak ci pójdzie ta praktyka w  szpitalu. Obyś się tylko nie  zraził do  zawodu. I musisz się uzbroić w dużą dawkę odporności, bo  wiem, że w każdym miejscu pracy stażyści i praktykanci są traktowani  per noga i jako dopust Boży.  No ale może będziesz  miał szczęście i trafisz na kulturalnych ludzi.  Ortopedzi, z którymi miewałam  czasami do czynienia bywają dość niemili i brutalni, ale to może  dlatego, że w ortopedii jest bardzo dużo mechaniki - w  sensie działania  organów. Czasem  mają problem, żeby  zrozumieć, że nikt sobie  dla przyjemności nie łamie  kości.

A miałaś coś złamane? zaciekawił się Tomek. Miałam, bo raz poszłam na miasto nie  w szpilkach ale w butach na  modnym, "bezpiecznym" jak uważają  faceci, szerokim obcasie o wysokości niecałe 5 cm. I na warszawskim  chodniku tak elegancko skręciłam nogę w kostce, że wylądowałam na 6 tygodni w gipsie do kolana. Najlepsze było to, że mając zwolnienie lekarskie byłam codziennie w pracy, codziennie po mnie przyjeżdżał samochód. W domu byłam tylko pierwsze dwa tygodnie. Opanowałam  do perfekcji skakanie na jednej nodze. I chodzenie o kulach.

A dlaczego ja nic o  tym nie wiem?- zdziwił się Emil.  Nie  wiesz, bo nie  było o  czym mówić. Zrosło się i po problemie.  Poza tym to było już bardzo dawno. Teraz  chodzę albo na  szpilkach albo w  wibramach  ewentualnie w adidasach.  I od tamtego czasu nauczyłam się spoglądać na podłoże po którym mam iść. I tylko przejście po rumowisku na  Kościelcu trochę mnie ruszyło i pewnie nie poszłabym gdybym nie miała wibramów. One jednak dobrze trzymają nogi na podłożu no i chronią kostki. A miałam do wyboru albo wibramy "normalne"  albo adidasy z cholewką. Strasznie drogie te wibramy były, ale jak dla mnie to warte  są tych wydanych  pieniędzy. Podobno teraz  można kupić i adidasy  na  wibramowej podeszwie. Ale ponieważ raczej nie wybieramy się na trekking w podnóże Himalajów to te jedne wibramy na długo  mi wystarczą, stopa mi już nie  rośnie. Nie wiem jak  wam, ale  mnie Tatry w zupełności wystarczają, nie potrzeba mi wycieczek w  wyższe góry. Chociaż - jest  jedno miejsce w Alpach, które oglądałam na filmie- to Via  Mala . To starożytna ścieżka  przez wąwóz Via Mala  idący wzdłuż rzeki Hinterrhein w Szwajcarii. Pięknie tam  aż do bólu, ale raczej tamtędy nie będę chodzić. Ścieżka  i wąwóz mają tę  samą nazwę. To faktycznie Zła  Droga - wąziutka i z ekspozycją. A kiedyś ponoć tamtędy wędrowali kupcy, z towarami.  Pojechałabym kiedyś w Alpy, ale bez żadnego łażenia po górach. Wystarczy mi do szczęścia popatrzenie na góry i ewentualnie wjazd na którąś  z gór kolejką linową. I marzą mi się Dolomity i to zarówno w porze letniej jak i  zimowej. 

Oooo tak!- Dolomity zimą to jest to o czym i ja marzę - stwierdził Tomek. Ale wiesz co Adelko - powinnaś zawsze na tej ongiś złamanej  kostce mieć opaskę elastyczną gdy idziesz w góry. Są do kupienia w aptekach. No i  zawsze w nierównym terenie  powinnaś nosić nie adidasy ale buty trekkingowe, mogą być tzw. letnie, czyli nie  skórzane. No i idealnie gdyby  były na  wibramie.

Dobrze, że o  tym mówisz, przed sezonem zimowym będą na nie obniżki cenowe, więc wtedy dopilnuję by je kupiła - zapewnił Tomka  Emil.

Bardzo dobrze im się rozmawiało, w końcu Emil powiedział - wiecie co,  chodźcie  do nas, to sobie jeszcze porozmawiamy albo będziemy tu musieli jeszcze zamówić kolację- jakby  nie było blokujemy stolik. A u nas są lody w  zamrażarce. No fajnie, podchwycił  Tomek- tylko zatelefonuję do teściów, że późno wrócimy. W 10 minut później już byli na kwaterze i witali  się radośnie z Heleną i  Piotrem. Wieczorne spotkanie przeciągnęło się aż do północy. Adela razem z Linką zajęły strategiczne miejsce przy kuchni i usmażyły placki z cukinii, czyli wynalazek kulinarny -starta cukinia, jajka, skrobia ziemniaczana, po usmażeniu dodatek albo dżemu jagodowego albo  śmietany albo obu dodatków. Oczywiście Helena wiedziała  z czego są owe placki, ale płeć męska stwierdziła, że to pewno jakaś nowoczesna odmiana ziemniaków, a tak w ogóle  to  wszystko jedno z czego one  są- grunt, że im  smakują.

                                                                    c.d.n.