niedziela, 19 lutego 2023

Lek na wszystko? - 58

 W dniu wyznaczonego "matematycznie" porodu Krystian odwiózł Alinę do Kliniki na badania. Znając z opowieści kłopoty matki Aliny ze sprowadzaniem  dziecka na świat, prowadzący  lekarz  wolał mieć  Alinę pod  kontrolą. Następnego dnia nad ranem Alina zaczęła rodzić - w tempie expresowym została  znieczulona i pomiędzy jej stanami euforii i skrajnej rozpaczy ( bo to tak długo trwa) na świat wychynął chłopczyk, a Krystian drżącą  nieco ręką przeciął pępowinę upewniając  się, że na pewno to dziecka  i jego matki nie  boli. Maluszek ważył ponad 3 kg, darł się jakby go ze skóry obdzierano, co bardzo cieszyło lekarza i martwiło Alinę. Ssał pierwszy pokarm "jak  stary" , jak określiła jedna z pań pielęgniarek. Krystian  zaraz  poinformował rodzinę, że ma synka, że  dadzą mu na imię Tadeusz, po ojcu Teresy. Stwierdził, że to bardzo dobrze, że jest  chłopczyk, będą  się dzieciaki razem hodować, bo różnica  roku i trzech i pół miesiąca to tylko teraz jest taka widoczna, z  czasem  się zatrze. Do kliniki z gratulacjami pojechali Kazik i tata. Zaraz przesłali Tesi zdjęcie rodzinne i Tesia napisała, że mały Tadek jest bardzo ładnym przedstawicielem rodu i świetnie, że to chłopak, będą  się  chłopcy razem świetnie  bawili, bo mała różnica  wieku. Pytała  się  też czy czegoś Alinie  nie podesłać do jedzenia lub picia.  

Gdy tata z Kazikiem wrócili z kliniki Kazik stwierdził, że jego bratanek to duże  dziecko, nie taka drobinka jaką był Aleks. No ale to nic  dziwnego, bo Alina to "kawał kobiety", 175 cm wzrostu na płaskim no i mały waży 3,400 i ma 53cm długości. Po tygodniu Alina "z przyległościami" wrócili  do  domu. Mały  miał żółtaczkę noworodkową,  ale na szczęście lekką, bardzo  krótko trwała. Przed powrotem  Aliny  ze  szpitala Tesa razem z tatą pomogli  Krystianowi dostosować sypialnię "pana mecenasa" do obecności noworodka.  Biurko Krisa  wywędrowało do innego pokoju, do sypialni przywędrowało łóżeczko i komoda spełniająca  dwie  funkcje- przewijaka i schowanka na dziecięce  ciuszki. W kuchni też nastąpiło niewielkie przemeblowanie bo Tesa zarządziła by akcesoria  niemowlęce były w jednym  miejscu, by każde z rodziców  nawet  w nocy, z jednym tylko otwartym okiem, wszystko co trzeba  znalazło. Przyniosła również od  siebie kilka  książek o "hodowli niemowląt". W łazience zamieszkała mała wanienka z leżaczkiem do kąpieli.  Tak naprawdę to  Teresa była nieco  zła na  swą przyjaciółkę o to, że  sama nie  zadbała o to wszystko wcześniej - wszak datę porodu znała, więc powinna była wszystko przygotować razem z Krystianem  wcześniej.

Tata sugerował, by może Tesia  trochę pomogła świeżo upieczonym  rodzicom i była u nich gdy wrócą  z kliniki, ale Kazik i Teresa tak się na niego spojrzeli, że  zamilkł. Kazik grzecznie  wytłumaczył tacie, że Krystian to jest jednak dorosły facet,  miał  dziewięć miesięcy na  przygotowanie  się do nowej życiowej  roli, więc żadne  z nich nie  zamierza im pomagać w sposób inny  niż słowny. Poza tym to i tak mają  lepiej  niż miała Teresa, bo "odziedziczyli" po Aleksie  całą masę przydatnych rzeczy, nawet pampersy noworodkowe, bo Kazik kupił kiedyś o wiele  za dużo. Jedyne czego nie odziedziczyli to był fotel do karmienia, bo on jest robiony pod wymiar Teresy i ona  nie ma zamiaru się z nim rozstać. Ale mogą podać im adres, gdzie go kupili. Wózek był na razie w częściach i razem z instrukcją znajdował się w grubym foliowym worku w piwnicy  Kazików. Co do wózka to Teresa odniosła  wrażenie, że  Alinie  nie podoba  się  jego kolor, więc jeszcze  się przepyta czy  Alina go chce, bo jeśli  nie,  to ona go sprzeda. A dla Aleksa już zamówili wózek i nowy fotelik samochodowy i  zapewne  za kilka  dni już ten wózek i fotelik samochodowy dotrą do sklepu.  Na razie to Aleks  jest "wietrzony" na loggii na kolanach  Teresy. Zresztą pogoda  ciągle jest mało spacerowa, więc nie odczuwają braku wózka. 

Tego dnia Krystian "odkrył",  że jest chyba niezbyt mądry, bo dopiero teraz  dotarło do niego, że mieszka zbyt  daleko od  brata i że  szkoda, że wcześniej o  tym nie pomyślał, gdy budowało się osiedle po drugiej  stronie ulicy.  Kazik śmiał  się - przecież  ci mówiłem, że nawet część  lokatorów  z naszego bloku przeniosła  się na nowe mieszkania,  a te posprzedawali.  Z takiego samego mieszkania  jak nasze przeszli do nowego bloku, bo tam ponoć większe metraże pokoi. My nie byliśmy zainteresowani zmianą mieszkania - nam jest tu dobrze no i mamy  blisko do mieszkania taty.  I nawet  nie próbuj namawiać tatę by się z tobą zamienił na  mieszkanie - nam ono jest potrzebne. Na razie tata mieszka z nami, ale  nikt nie jest w stanie przewidzieć,  czy tak będzie zawsze. Bo teraz  można dojść do taty spacerkiem a gdyby  się przeniósł to byłoby  niemożliwe. Nic nie poradzę na to, że twoja  żona to antytalent do prowadzenia samochodu.  Nie sądzisz  chyba, że Tesia będzie jeździła z małym na spacery  do was lub zabierała na  spacery Alinę z  dzieckiem, które musi być w  foteliku. Nie sądzisz chyba, że zamontuję  drugi fotelik w  swoim samochodzie. Miałeś dziewięć miesięcy  na działanie  w tym zakresie. To wbrew pozorom kawał czasu.

No miałem,  ale  nie pomyślałem- teraz  dopiero do  mnie  dotarło. Przelecę  się do naszej  Spółdzielni, może jeszcze  coś mają z większych  mieszkań, one były drogie, więc  może coś jest. Muszę wpierw zobaczyć jak wyglądają te  mieszkania i zaprzęgnę znajomego, który się  bawi wynajdywaniem  mieszkań, zamianami i wynajmem. No to zaprzęgnij, tylko wpierw dogadaj  się w tym temacie  z Aliną. Może ona  wcale  nie  chce  mieszkać  bliżej nas. No coś ty, ona to marzy byśmy  wszyscy  mieszkali w jednym budynku,  coś tak jak mieszkają Kurt i Sophie. Tyle  tylko, że u nas takie  budownictwo jeszcze nie nawet  nie  kiełkuje. Kredyt w  banku dostanę, to  akurat sprawdzałem niedawno.

A wy byście  się też przeprowadzili gdyby było jakieś większe mieszkanie tam?  Albo dwa  obok siebie - czteropokojowe  i trzypokojowe, w jednym budynku? - dociekał Kris.  Nie  wiem, pewnie nie, mamy z Tesią ogromny sentyment do tego właśnie  mieszkania. Poza tym nie podejrzewam, żeby tam było jeszcze  dużo wolnych mieszkań.  I stąd , z tego piętra  mamy ładny widok.  A doradzisz mi coś w razie  czego? I obejrzałbyś razem ze mną? No bo  na Alinę to nie ma co liczyć. Jej to tylko fotki pokażę lub plany  mieszkań. Ona to  się z chęcią przeniesie, bo nie lubi tej naszej okolicy. No ale  macie  stamtąd blisko do zarządu naszej  spółdzielni - stwierdził Kazik. No a tak jeszcze  w temacie willi wielorodzinnej - ani Tesia ani ja nie jesteśmy amatorami  domu z ogródkiem, więc gdybyście szukali czegoś typu willa dwurodzinna z ogrodem to na  nas  nie liczcie. Alina teraz  to sobie  trochę  wmawia, ale nie ma  nawet bladego pojęcia o pielęgnowaniu ogrodu i z tego  co  wiem, to nigdy tego  nie robiła- niczego nie sadziła, niczego nie hodowała. U was teraz  też nie widać kwiatków w doniczkach lub  w skrzynkach na  balkonie. Więc w rozmowie  z Aliną  włącz sobie osobisty wykrywacz  kłamstw. Zresztą widziałeś chyba, że ogród to jej nic a nic  nie obchodził i była zdegustowana gdy Joanna pokazywała nam ogród. Pamiętaj o tym.

Pierwszy miesiąc maluszka w  domu dał Krystianowi w kość. W pewnym momencie roztrzęsiony, bardzo niewyspany zawitał niespodziewanie do Teresy, mówiąc, że gdyby wiedział, że Alina  ma jakieś zaburzenia osobowości to by się nie żenił.  Tesiu, ona  nie ma za pięć  groszy instynktu macierzyńskiego-narzekał.  Teresa roześmiała  się - to prawidłowo, bo nie ma  czegoś takiego jak instynkt macierzyński. Ona była i jest nadal rozpuszczonym bachorem. Mieliście 9 miesięcy na przygotowanie  się do przyjścia  dziecka na świat, nie  spadło wam nagle  z nieba  wprost do chałupy. A co się stało?  On płacze i ona płacze. No dobra - on płacze bo albo głodny albo go brzuszek  boli. Ma ona  ona pokarm? No ma, tylko mam wrażenie, że ona go za krótko karmi. Teresa popatrzyła na niego i  spytała - a czy któreś z was raczyło zajrzeć do książek, które wam dałam? One nie są pisane po chińsku, one są napisane  w języku polskim i to w bardzo rzeczowy i przystępny sposób. Wracaj do chaty, weź w garść książkę i czytaj razem z nią na głos. A od poniedziałku wracaj do pracy i o tym, że wracasz do pracy bo masz jakieś wyjątkowo ważne i pilne zlecenie  powiedz jej jeszcze dziś. A powiedz mi dlaczego ona płacze?  Głodna czy ma mokro w majtkach,  czy może ją coś  boli? Wiesz- mały płacze bo nie umie mówić, a ona jest po prostu rozpieszczona.

Nooo, ona płacze bo nie  wie  dlaczego mały płacze- wyjaśnił  Krystian.  Słuchaj Kris, wracaj do chałupy, weź w garść książeczkę z namalowanym na okładce niemowlakiem, otwórz i  czytaj.  Na  jej marginesach własną ręką napisałam kontakt do poradni laktacyjnej oraz kontakt do "pani Jadzi", która  może  wam nieco pomóc w pierwszych dniach, oczywiście odpłatnie. Ja nie pójdę do was, bo bym mogła Alinie łeb urwać  ze złości i tym samym osierocić nieco twojego synka. Kontakt do pani Jadzi jest na okładce tytułowej, od wewnątrz. Przedstaw się, powołaj  się na mnie i poproś o szybką pomoc. Jeśli będzie  wolna to ona sama do was przyjedzie, jeśli nie to podeśle  do was zaufaną osobę. I zmuś  swą żonę by chociaż z jeden rozdział tej  książeczki przeczytała. I przypilnuj ją by jadła potrawy nie powodujące wzdęć. Bo  to wszystko przechodzi do pokarmu.  Ja to do was  wpadnę gdy Alina zacznie we właściwy sposób funkcjonować. I nie usprawiedliwiaj jej, że ona ma źle, bo nie ma  rodziców.  Ja też gdy rodziłam Aleksa to już nie  miałam  matki i mądrość czerpałam z tych książeczek, a nie od  taty. Wracaj do domu i zadzwoń po 20,00 jak wygląda  sytuacja. No już,  zmykaj!

Gdy za Krystianem zamknęły się drzwi mieszkania, do pokoju wszedł tata mówiąc : nie  miałem pojęcia, że potrafisz być taka okrutna, córeczko. Teresa roześmiała  się - tato, ja gdybym tam pojechała to mogłabym jej za dużo rzeczy  powiedzieć i zapewne nie rozmawiałybyśmy  potem  ze  sobą  rok. A tak to sobie zafundują fachową pomoc na te pierwsze dni dziecka w domu. Finansowo stoją dobrze, stać ich na to. A te książeczki są naprawdę dobre i z nich czerpałam mądrość przed porodem i gdy  wróciłam ze  szpitala. Ja im te książeczki dałam do czytania a nie do odłożenia ich na półkę celem jej dociążenia lub ozdoby.

Ciekawa jestem co Kris zastał gdy dojechał do domu. Tato, ja też się bałam, że sobie  nie poradzę gdy wrócę z dzieckiem ze szpitala, ale jednak sobie  dałam radę, bo oboje  z Zikiem czytaliśmy te książeczki i  się wzajemnie uzupełnialiśmy w kwestii wiedzy na temat noworodka. Alina ma szczęście, bo Kris w niej wciąż  zakochany, Alina  siedzi na piedestale a on dookoła niej skacze. Jakby trafiła na takiego gada jakim był Robercik to inaczej by to wyglądało. 

Wieczorem zatelefonował Kris - rozpływał się w podziękowaniach, które  wpierw przekazał bratu. Pani Jadwiga osobiście do nich  "wpadła" i codziennie około godziny 13,00 będzie  do nich wpadała pani Ola by poduczyć Alinę i Krystiana prawidłowego opiekowania  się dzieckiem. No i zaczęli czytać te książeczki, które im podrzuciła Tesia. Kazik, któremu ani tata  ani Teresa nie opowiedzieli szczegółowo o wizycie  Krystiana był nieco  zdziwiony i w końcu tata mu wyjaśnił, że był przed południem Kris , który chyba miał nadzieję, że Teresa  do nich przyjedzie na ratunek i że Tesia właściwie go spławiła i obrugała, no ale powiedziała  gdzie mogą szukać ratunku.

Kazik wszystkiego wysłuchał i powiedział - całe  szczęście, że nie  mieszkają na  sąsiedniej ulicy i że moja szanowna bratowa nie jeździ samochodem. Tesiu - bardzo dobrze  zrobiłaś- pochwalił Teresę.

                                                                  c.d.n.




czwartek, 16 lutego 2023

Lek na wszystko? -57

 Wszystko ma  swój  kres  w życiu -  a ciąża  zwłaszcza. Ostatnie trzy tygodnie ciąży Aliny  uprzykrzyły życie całej  rodzinie,  ale nie  da się ukryć, że najbardziej "w kość" to dostał Krystian. Alina  panicznie bała  się porodu i zaczęła wręcz  marzyć, by była konieczność chirurgicznego rozwiązania  ciąży. Teresa tylko raz jej powiedziała, że bredzi niczym Piekarski na mękach, bo jeśli myśli, że po tej operacji  będzie  się  dobrze od  razu czuła to się grubo myli i że powrót do pełnej  sprawności wcale nie jest taki łatwy i bezbolesny jak  się jej  wydaje. I po tej "cesarce" będzie musiała  dobrze  zadbać o  swoje   mięśnie  brzucha, by je doprowadzić  do porządku.  

Alina twierdziła, że tak jak  można wybrać sobie   lekarza  i  szpital tak  samo powinna być możliwość wybrania sposobu rozwiązania  ciąży. Teresa, która  już miała dość jej "bredzenia" powiedziała  bez ogródek, co myśli o  stanie umysłu Aliny i żeby zamiast rozmawiać  z nią o "cesarce" Alina  wypiła z litr zimnej  wody na uspokojenie. Zezłoszczona  Teresa powiedziała  w końcu swej przyjaciółce, by  sobie przejrzała w internecie, w którym  z krajów Ameryki Południowej robią "cesarkę" na  życzenie pacjentki i  niech  sobie  tam pojedzie. I niech przestanie histeryzować, bo powinna  się  cieszyć, że  wszystko przebiega  bez problemu, że dziecko już  ma  prawidłowe ułożenie, że jego przewidywana  waga jest  w normie,  że nie urodzi pięciokilogramowego  wielkoludka a normalne dziecko ważące ok. 3 kilogramów. A w ogóle - jeśli ma zamiar gadać  głupoty to niech stanie przed  lustrem i niech  mówi do lustra.  No ale ty też  się bałaś porodu - wygarnęła jej Alina. No pewnie, że się bałam, bo wiedziałam, że będę miała cesarkę bo dziecko było w nieprawidłowej pozycji. Poród  siłami  natury to też na ogół nic  miłego i powiedzmy  sobie szczerze - każdy jest bolesny i wymaga dużo wysiłku. Masz przewidziany poród  ze  znieczuleniem, nie będzie  cię bolało, chociaż będziesz czuła jak pracują twoje mięśnie, ale  nie będziesz czuła bólu,  ale  zmęczenie i owszem. Weź i poczytaj  ze  zrozumieniem co piszą dziewczyny , które  rodziły pod  znieczuleniem. Znieczulenie, jego proces też będzie  bezbolesny, bo ci  się wkłują po podaniu  miejscowego znieczulenia. I zapewniam  cię, że wcale  nie jest zabawne po cesarce, gdy musisz prosić swego męża by cię zaprowadził do toalety, bo ty sama ni diabła  nie dojdziesz, potem by ci  pomógł wstać, doprowadził  cię lub doniósł do łóżka i pomógł ci  się ułożyć.  No i masz problem z każdą  zmianą pozycji, bo cię wszystko boli. W klinice miałam do łazienki tyle co w domu szerokość małego pokoju, czyli poniżej 10 metrów ale i to było niczym wejście na Everest. No i weź pod uwagę, że nie  zawsze po cesarce ma się pokarm, a jednak  znacznie  wygodniejsze jest na  samym początku gdy się karmi piersią.  A tak w ogóle- temat porodu uważam  za  zamknięty. Tak zupełnie poważnie to się wcale nie  dziwię ilości rozwodów- jeśli każda babka  swojemu chłopu umila życie tak jak ty Krisowi swoim ciągłym jojczeniem, to nic  dziwnego, że  szukają oddechu gdzie indziej. Nikt ci nie kazał zachodzić w  ciążę - powiedziałaś, że chcesz  no to masz, ze wszystkiego tego skutkami. I pamiętaj, że Kris musi cały czas pracować, nie  może  sobie  pozwolić na więcej  niż miesiąc przerwy, czyli nie będzie od świtu do nocy na każde twoje wezwanie przez pierwszy rok życia  dziecka. On nie  może "zejść z rynku", jest po prostu zbyt duża  konkurencja. Ja  miałam o tyle lepiej, że mam tatę. Ale głównie  był jako  wsparcie  moralne. Tylko  sobie  nie pomyśl, że Krystian  się  skarżył, mówię to  wszystko tylko dlatego, że  to widzę. Byłaś przyzwyczajona do tego, że w domu wszystko było planowane i robione "pod  ciebie", bo byłaś jedynym  dzieckiem, które się utrzymało  przy życiu, no ale dorosłaś, rodzice pomarli a ty już nie jesteś  dzieckiem. Mamy obydwie  szczęście bo bracia  wyszli  z domu, który  dbał bardzo o wychowanie dzieci a rodzice im przekazali dobre obyczaje, nauczyli ich szanować i  doceniać kobiety. Nie chleją, nie przeklinają, nie  włóczą się  nie  wiadomo gdzie i z kim, obaj dobrze zarabiają.   Zgadnij ile Kazik i Jacek, ten jego "szef," wypili wiśniówki gdy Jacek u nas nocował?  No nie wiem - stwierdziła Alina. Kazik to chyba tylko  lekkie wino  czasem wypije a i to  w mini ilościach, więc powiedz.  No to wyobraź  sobie, że przez cały wieczór, już po kolacji to wypili razem 200 ml. Ja to tylko język umoczyłam w kieliszku Kazika i stwierdziłam, że wyszła  mi świetnie. W sezonie owocowym zrobię następną, ale  nieco bardziej  słodką, taką bardziej jak likier- właściwie   takie coś pomiędzy wiśniówką a likierem. Fakt, że nie  żałowałam wiśni. Muszę znaleźć przepis  na likier kawowy, bo mi jest potrzebny do niektórych włoskich przepisów na pan forte. Kiedyś kupiłam, ale wcale mnie  nie zachwycił, a drogi był jakby był pędzony na  złocie.

A ten Jacek, to całkiem fajny facet - stwierdziła Alina. Można przy  nim zapomnieć, że to zawodowy wojak. Bo za mundurowymi to ja nie  przepadam, a ten jest całkiem  fajny, zwłaszcza, że chodzi po cywilu. No bo to bardzo inteligentny facet, a poza  tym poszedł do wojska trochę na  złość rodzicom- tak powiedział- wyjaśniła jej Teresa. Ale  mam wrażenie, że nie tylko dlatego, oni planowali dla niego jakąś inną karierę niż studia, więc po 2 latach regularnego woja przeszedł na  zawodowstwo, tym sposobem zrobił studia w takim jak chciał kierunku i wypiął się na  rodziców- powiedziała Teresa. A w pewnej  chwili okazało się, że kiedyś zmajstrował syna i teraz  wyłazi  ze skóry, żeby nadrobić stracony czas, kiedy  nie wiedział, że jest ojcem. 

Tesa, a powiedz mi co was napadło, żeby zafundować  nam tak drogiego Mikołaja w tym roku? Ja rozumiem, że nie masz czasu ganiać za prezentami, no ale  chyba przesadziliście.  Teresa wzruszyła tylko ramionami - to były pieniądze Kazika, dostał nagrodę i ją podzielił pomiędzy nas pomijając siebie. A tak cieszył się, że może się podzielić tą forsą jakby wygrał milion  na loterii. Ja też dostałam, 5 tysięcy tak jak wszyscy. Ale jeszcze  sobie nic  nie  zafundowałam. Mam właściwie  wszystko z ciuchów co bym  chciała mieć, więc odłożę   sobie  na wakacje.  

Jacek proponował byśmy wakacje  z dzieckiem zrobili  sobie w jego domu w Świdrze. Bo z takim bobasem to nie ma  gdzie jechać, góry i  morze to za bardzo bodźcowe klimaty. No ale mnie się nie będzie  chciało siedzieć tam  samej. Wolę być w Warszawie i jeździć z małym albo do Konstancina  albo Wilanowa. Oczywiście razem z tatą. Twoje to jeszcze  będzie  chyba  za maleńkie żeby wyjeżdżać z nim poza  miasto.  Na razie jeszcze  tej sprawy  nie omawiałam z Kazikiem. Bo jakby na to nie spojrzeć to dla niego byłoby to wydłużenie czasu dojazdu do pracy. Nie chcę go tu zostawiać  samego, a codzienne dojazdy do i  z pracy to fajne  nie są. Rano i po pracy korki jeśli się jedzie samochodem, no a w pociągu to tłok. Poza tym, nie wiem czy wiesz, ale Kazik otworzył przewód doktorski i do tego to  musi być cały czas w Warszawie, będzie  musiał bywać w  różnych miejscach. Wolę być wtedy na  miejscu, bo jak  się zapracuje to zapomina o jedzeniu. Już pomijam fakt, że  chyba bym  się za nim  zatęskniła na śmierć. Już  zapowiedział, że pisać to będzie  głównie  w domu, a część "praktyczną" to będzie miał w kilku miejscach w Warszawie. A gdy będzie  wyjeżdżał, to będzie nas  za sobą zabierał. Szkoda, że nie  zrobiłaś prawa jazdy.  Alina pokiwała  głową - prawko to ja  zrobiłam, tylko nigdy nie jeździłam, bo tak  naprawdę to nie mam za pięć groszy  talentu do prowadzenia samochodu. Cud, że zdałam ten egzamin - pewnie tylko dlatego go zdałam, że głównie było manewrowanie, a jazda była ograniczona do najbliższego otoczenia miejsca, w którym robiłam kurs, a tam nie było niemal wcale  ruchu, więc jakoś sobie poradziłam. A potem to nie jeździłam, nie miałam  czym, bo ojciec sprzedał samochód.  Nie to co  ty- ty miałaś egzamin w centrum Warszawy i to w dużym  ruchu no i zaraz jeździłaś samochodem bo mieliście z Robertem samochód. Boję się jeździć  po Warszawie. Kris chciał bym sobie  wykupiła jazdy doszkalające, ale tak naprawdę to chyba ja  plus prowadzenie samochodu to nie jest dobre połączenie. Zresztą nie ciągnie  mnie do  siedzenia  za kółkiem.

A ja bardzo lubię prowadzić - ale równie dużą frajdę mam gdy mnie  wozi Kazik. Nie szpanuje, jeździ tak jak przepisy pozwalają. Robert to się popisywał jaki z niego dobry kierowca i często łapał mandaty za prędkość.  No ale najważniejsze, że mnie dopuszczał do kierownicy.  Nie był najukochańszym mężem, ale w kwestii użytkowania samochodu to nie  mieliśmy nigdy scysji. 

A masz jakiś kontakt z Robertem po rozwodzie?- spytała Alina. Wyobraź sobie, że nie mam i bardzo  się z tego cieszę.  Raz  z nim rozmawiałam przez telefon, bo nagle  "zczłowieczał" i się mnie  radził czy ma jechać czy nie do tej Moskwy, bo  miał jechać na lepsze  stanowisko,  ale jako bezpartyjny odpadł i może pojechać  tylko jako szeregowy pracownik.  No i poradziłam mu, żeby jednak jechał, bo zawsze tam zarobi więcej niż tu, chociaż tu całkiem  dobrze  zarabiał. I od tego czasu już go nie widziałam  ani nie  słyszałam. Cieszą  mnie dwie rzeczy- nie tylko to, że się rozeszliśmy ale i to, że dzięki temu nie muszę widywać jego mamuśki. Bo jakoś tak  się złożyło, że nie  przepadałyśmy za sobą.

Ja tylko żałuję, że nie żyją rodzice  braci - to byli naprawdę bardzo mili, uczciwi i kulturalni  ludzie. Ale tak podskórnie  wierzę, że oni wiedzą, że jesteśmy z Kazikiem razem. Kiedyś rozmawiałam o tym z tatą i tata powiedział, że choć nie ma  na to żadnych naukowych dowodów to on też ma wrażenie, że ci co odeszli mają z nami w jakiś sposób kontakt i wiedzą co u nas się dzieje. Że to kontakt  na poziomie podświadomości.

Nooo, tata tak właśnie  myśli- potwierdziła Alina. Czy mówiłam ci, że nie chcieliśmy wiedzieć jaka jest płeć naszego dziecka?  Ty nie mówiłaś, ale Kris to powiedział Kazikowi. No i dobrze, przecież  to tak naprawdę obojętne i tak będziecie to dziecko kochać. A ciuszki niemowlęce i dziecięce są jeszcze , na szczęście,  "bezpłciowe" jeśli idzie o krój. Teraz  w dobie pampersów to i tak  każde  zasuwa co najmniej dwa lata z pampersem w majtach.

Zastanawiam się chwilami czy nie zdecydować  się na drugie  dziecko, ale gdy pomyślę, że mogłaby być druga  cesarka to zaraz mi rozum wraca do głowy. Powiem ci, że z podziwem patrzyłam na Kurta i Sophie i tę  trójkę dzieci. Aż mi się w oczach roiło, choć były bardzo fajne i grzeczne. Kazik mówi, że nie ma  natury ryzykanta i że 80% szans, że drugi poród będzie prawidłowy to za mało, żeby ryzykować. Co prawda znam kobietę, która ma  pięcioro dziatek i każdy poród był odbierany  cesarką. I wiesz, nawet gdyby  mi dopłacali to nie chciałabym tak wyglądać jak ona po tych operacjach. Po ostatniej to jej jajowody zatkali, bo oni tak "po bożemu", bez  antykoncepcji. I to ona poprosiła by jej to zrobić, on nic o tym nie wie. I te odstępy pomiędzy dziećmi są różne, między najstarszym a najmłodszym to ze 20 lat.

A Sophie mi powiedziała, że wcale  a wcale trzeci poród nie był łatwiejszy od pierwszego. Ale oni uparli się kiedyś  by zmajstrować dziewczynkę i Sophie "zachodziła w ciążę metodą naukową" i też  się nie udało. Teraz "naukowo" łyka tabletki - co prawda dziewczynki od tego nie ma  ale innych dzieci też nie.

Tesia, co to jest ten błogostan  ciężarnych?  Teresa zaczęła  się śmiać - to taki wymysł facetów żeby im kobiety dzieci rodziły. Nie mam pojęcia, bo mnie raczej cały czas ciąża doprowadzała do złości  a nie  błogostanu. Wiele rzeczy mnie  złościło - na przykład na początku to, że  zasypiałam niemal na stojąco, że są rzeczy, których nie powinno się jeść, potem to, że wyglądam jak zmora, potem ,że tej mojej ciąży to wcale nie widać i mi nikt miejsca nie ustępuje w autobusie gdy mnie  akurat tego dnia Kazik nie wiezie do pracy, a pod koniec, że nie mogę  się nachylić nad  talerzem bo dziecko w brzuchu od  razu fiksuje. 

                                                                       c.d.n.




wtorek, 14 lutego 2023

Lek na wszystko? -56

Krystian z Aliną wkrótce  się pożegnali i "pożeglowali" na spacer do Konstancina. Pan Jacek 1500 razy przepraszał Teresę, że sprawia  swą osobą kłopot, w końcu go obrugała mówiąc, że  miała go za racjonalnego faceta a on  się zachowuje  niczym panna na  wydaniu. 

Aleks jak zwykle zakończył swój dzienny  dyżur o godzinie  20,00 i w piętnaście minut później spał jak suseł. A  reszta towarzystwa, czyli dwaj starsi panowie oraz Teresa i Kazik  rozsiedli  się wygodnie, Teresa przyniosła  butelkę domowej nalewki wiśniowej, która już była "leciwa". Sama jej nawet  nie  skosztowała, a panowie sączyli wiśnióweczkę  wolniutko, zachwycając się smakiem i aromatem. W ciągu godziny panowie byli już "na ty", więc Teresa poprosiła by pan Jacek jej też mówił po imieniu.  Gość zachwycał się Krystianem, że taki zrównoważony. Opowiedział pokrótce o tym, że ma  syna i że ma nadzieję, że będą się częściej widywać, bo syn prawdopodobnie będzie pracował w WAT. I nim się  tu zorganizuje to będzie mieszkał w  warszawskim mieszkaniu Jacka. 

Teresa słuchając tego wszystkiego stwierdziła, że ma chłopak szczęście, że ma takiego normalnego i zorganizowanego ojca i że to naprawdę dobrze, że będzie  mieszkał w mieszkaniu Jacka, bo w  tym układzie będzie dobrze, jeżeli przez rok, albo nawet dwa lata jeszcze  nie sprzeda swego mieszkania w Gdańsku, tylko je da pod  wynajem. Bo nie wiadomo jak mu się będzie mieszkało w Warszawie i pracowało w WAT. Bo Teresa spotkała  się już z kilkoma przypadkami, że ci co przyjechali do pracy w Warszawie nie za bardzo potrafili  się tu zaaklimatyzować. Bo Warszawa to jednak duże  miasto i czasami ludziom przeszkadza w tym  mieście spora anonimowość.  Poza tym Warszawa jest niejako zbieraniną, bowiem  codziennie przyjeżdża tu do pracy ponad milion osób, niektórzy mieszkają nawet ponad 100 km od  Warszawy. Wiele osób przyjechało tu do pracy i stwierdziło, że zamiast dojeżdżać codziennie lepiej wynająć tu jakiś pokój a do domu jeździć tylko na weekendy. I jak tak dalej pójdzie, to ciężko będzie w Warszawie  znaleźć prawdziwego warszawiaka, czyli urodzonego w tym mieście.

Tata pierwszy pożegnał miłe grono, potem w jego ślady poszedł Jacek, na końcu, jak zwykle około północy Teresa i Kazik. Kazik kilka razy  dziękował Teresie za to, że tak mile przyjęła "szefa", którego Kazik bardzo lubił i cenił. 

Gdy rano o siódmej Teresa  wstała i poszła do kuchni by przygotować dla dziecka  mleko zastała w niej Jacka, który po cichutku opróżniał zmywarkę, sprawdzając  czy  wszystkie  naczynia są już  suche i, nie  wiadomo dlaczego, przecierał je   jeszcze papierem kuchennym. "Przyłapany na  gorącym uczynku" tłumaczył Teresie, że on calutkie  dorosłe  życie wstaje o szóstej rano, więc postanowił się trochę na  coś przydać. No i ośmielił się zrobić  sobie kawę. Teresa uśmiechnęła  się i powiedziała - przyzwyczajenie jest podobno drugą naturą  człowieka. To może chcesz teraz, raniutko zjeść śniadanie a nie czekać aż domowe śpiochy podniosą swe odwłoki z łóżek? Popatrz - wszystko co jest w lodówce i na wierzchu i służy do konsumpcji jest do twojej  dyspozycji. Ja wracam do moich chłopaków , bo jeśli nie  wrócę tam  zaraz to wpierw przydrepcze tu Kazik,  zaniepokojony faktem, że nie ma  mnie w łóżku, a potem  mały włączy syrenę alarmową, że brzuszek pusty. Tu dopiero po dziewiątej rano odżywa  życie gdy Kazik  nie idzie  do pracy. I pamiętaj - bierz co chcesz!  Zgarnęła  szybko podgrzane mleko i  poszła  do sypialni.

Wróciła  w samą porę, bo Kazik już siedział na brzegu łóżka, a mały kręcił się niespokojnie w łóżeczku. Teresa czym prędzej zajęła  się karmieniem małego, więc Kazik spokojnie powrócił do pozycji horyzontalnej zmieniając jednocześnie  miejsce, by być bliżej niej i dziecka.  Teresa jeszcze zmieniła małemu pampersa, pogłaskała czule po główce i wróciła  w objęcia stęsknionego męża. Lubiła  bardzo te ich poranne intymności, gdy Kazik  nie  szedł do pracy. W dwie godziny później  "ćwierkanie" Aleksa  przywołało ich  do rzeczywistości.

Jacek przy wspólnym śniadaniu powiedział, że po raz pierwszy od  czasu wyjazdu  żony zaczął się zastanawiać nad zmianą pracy i miejsca zamieszkania. Wpierw rozejrzy się za jakimś mieszkaniem, w grę wchodzi lewobrzeżna Warszawa, może być Dolny Mokotów ewentualnie  Służewiec, tam  się ostatnio sporo buduje, albo powstające  Miasteczko Wilanów. I przejdzie na wojskową emeryturę. Do szczęścia wystarczą  mu 3 pokoje  z kuchnią. To mieszkanie, które ma w Warszawie podaruje oficjalnie  synowi. Zgodnie z radą  Krystiana,  zaczeka spokojnie na to, co zrobi jego żona. Jedno co jest pewne - on nie pojedzie  do Kanady. I o tym to napisze  żonie, bo jeszcze jej  nie odpisał na list, w którym go zawiadomiła, że chyba pozostanie  w Kanadzie "na  zawsze". Zacznie szukać mieszkania i złoży dokumenty na wojskową  emeryturę. Pieniądze na kupno mieszkania ma. Wolałby kupić mieszkanie  na już zamieszkanym i zagospodarowanym osiedlu, a nie na całkiem  nowym, które dopiero zaczyna funkcjonować. No  ale jak na razie to teoretyzuje, bo jeszcze  nigdzie  niczego nie oglądał. Ale zacznie czytać ogłoszenia dotyczące sprzedaży mieszkań. A gdy już złoży papiery na tę wojskową emeryturę to wtedy po jakimś niedługim czasie  złoży też wymówienie z pracy. 

Kazik wpatrywał się w Jacka jak zahipnotyzowany, w końcu powiedział - to będzie w twoim życiu zmiana na  miarę trzęsienia  ziemi. Nie  wiem co cię tak nagle zmobilizowało do tak totalnej  zmiany swego życia.

No tak- masz rację. To będzie totalna  zmiana. Ale to nie jest decyzja podjęta w ciągu ostatnich dni - do tej decyzji zacząłem dojrzewać gdy się okazało, że mam syna. A list mojej żony uświadomił mi, że właściwie ja niewiele ją obchodzę. Mniej więcej tyle co mnie obchodzi zeszłoroczny śnieg. Jest ode  mnie 15 lat młodsza, to jednak spora różnica wieku. A ja ostatnie  kilka lat byłem naprawdę bardzo zapracowany, bo nie  wiem czemu,  ale ludzi zrobili się  mniej odpowiedzialni i mało można polegać na innych.  Ale jest możliwe, że po prostu to ja nie pasuję do dzisiejszych  czasów bylejakości i  nie brania, za to co robię,  pełnej odpowiedzialności. Ty Kaziku, na  moje pytanie czy chcesz  polatać odpowiedziałeś śmiechem i powiedziałeś, że za sterami nie  siedziałeś już kilka lat, więc nie ma mowy byś wsiadł  za stery i leciał. Ale tak myślących jest garstka, więc ja przezornie się już nawet  nie pytam czy ma któryś ochotę polatać, bo wiem, że większość nie ma aktualnych badań lekarskich i nie  są "oblatani". Ty masz aktualne badania i do tego świetne, ale ty masz rozum i wiesz, że bez regularnego latania nie siada się za stery. No mam, co roku robię. A od chwili gdy się nam zamarzyło dziecko robię je w dwóch miejscach - w wojsku i w cywilu. Te badania w cywilu to robią też Tesia i tata.

Wiesz- powiedział Kazik- polatałbym szybowcem, oczywiście na początku z instruktorem a potem  sam, bo przecież już latałem, a potem z Tesią. Mam nadzieję, że jej by się to spodobało. Ale pozostanie  to w niespełnionych planach. Na razie pozostanę twardo na  ziemi. Tu możemy prowadzić samochód na  zmianę, Tesia jest bardzo  dobra  "w te klocki". Ma  świetną podzielność uwagi i nie wpada w panikę. Uwielbiam  z nią jeździć. Już planuję nasze podróże po Europie  gdy junior podrośnie. Zaczniemy gdy skończy pięć lat. Będziemy  mogli wtedy jeździć w te miesiące, gdy jeszcze funkcjonują szkoły i ludki nie jeżdżą na wakacje. Oczywiście będzie z nami jeździł tata,  nie  zostawimy go samego na gospodarstwie. Gdy wyjeżdżaliśmy po ślubie to Krystian się  tatą opiekował  tak intensywnie, że niemal z nim wtedy mieszkał. 

A co w te wakacje planujecie - zaciekawił się Jacek?  Nie  wiemy jeszcze, dopiero są pierwsze dni stycznia. Pediatra powiedział, że  z takim maluchem to się nie jeździ w góry lub nad  morze bo to zbyt bodźcowy klimat, więc pewnie  posiedzimy w Warszawie jeżdżąc w okoliczne lasy.  Całkiem nieźle jest jeździć z dzieckiem do Konstancina. W Parku Zdrojowym jest kawiarnia na tarasie drewniaka, jest też całkiem niezła naleśnikarnia oraz dość wytworna restauracja.  My na  zmiany możemy korzystać z tężni. Poza tym tata już planuje by zrobić na  naszej loggii mini piaskownicę ,  ale to raczej nie na te, ale na przyszłe wakacje.  

A Świder by wam odpowiadał? To miejsce dobre klimatycznie, a ja mam tam działkę i niezbyt wytworny drewniany dom, żeby  nie powiedzieć, że to właściwie  barak, ale w środku jest całkiem cywilizowany, tylko "obudowa" tragiczna. Ale dach  nie przecieka. I jest weranda, oszklona, wszystkie okna  można otwierać. Z dodatkowych atrakcji jest tam oprócz normalnej kanalizacji studnia.  I ma dobrą wodę. Robię jej badania co roku w  Sanepidzie. Moi rodzice tam mieszkali. Miał to być tylko letni domek, ale w pewnym  momencie sprowadzili  się tam na  stałe, bo mama stwierdziła, że dwa domy to dla niej zbyt dużo do ogarnięcia. Powinienem to sprzedać, ale mam sentyment do tego miejsca i tam z reguły spędzam urlopy. I podejrzewam, że tam właśnie zmajstrowałem syna -  miałem akurat "chatę, szkło i adapter". Tak  mi to wynika biorąc pod uwagę jego datę urodzenia. No i jest połączenie kolejowe z Warszawą. Co prawda od  stacji to spory kawałek drogi. Możemy tam w któryś wiosenny już weekend podjechać. Zimą to tam  się chyba  można urwać z nudów.  Postanowiłem wszystkie weekendy spędzać poza jednostką, niech się przyzwyczajają, że nie  zostanę tam do końca  swego życia. 

A czy ty aby nie jesteś jeszcze  za młody na emeryturę?- spytał tata. A skądże - emeryturę  wojskową można załapać już po 15 latach  służby, a ja mam ich ponad dwa razy tyle. I już awansowałem powyżej pułkownika, więc mnie  się to opłaca. Po mamie to co dostałem to sprzedałem i nie  szalałem, nie wydawałem na głupoty ani na kobiety, więc pieniądze mam. A poszedłem do wojska ze zwykłej przekory. Ale zapewne dzięki temu zrobiłem studia no i po  nich zacząłem pracować w wojsku. No a teraz chcę pożyć nieco dla siebie i być bliżej syna.  No i teraz  widzę, że zrobiłem bardzo  dobrze, że wybrałem mieszkanie służbowe. Skończę służbę i się wyprowadzę - koniec, kropka, zero problemu. Gdyby ten dom w Świdrze  był bliżej stacji to pewnie bym tam zamieszkał na stałe, ale latka lecą, więc lepiej być bliżej cywilizacji. A dom w  Świdrze dostanie syn, ale jeszcze  nie teraz  -zaraz. Zapiszę mu  testamentem. Krystian mi tak doradził. Łebski facet ten twój brat Kaziku. Ile on jest od  ciebie młodszy?  Tylko pięć lat- odpowiedział Kazik. A Tesia? Oooo, roześmiał się Kazik- Tesia to jeszcze  dziecko, jest ode mnie osiem a właściwie  niemal 9 lat młodsza. Tylko rozumem i rozwagą jakby ode  mnie nieco starsza.

Tiaaa, z tym rozumem i rozwagą to ja bym polemizowała. Gdybym była taka rozważna nie wyszłabym za mąż za Robercika,  a potem miłości nie nazywałabym przyjaźnią - powiedziała Teresa. Oboje narobiliśmy w życiu głupot nim się zorientowaliśmy  się, że się kochamy. Ale widocznie to wszystko było nam potrzebne byśmy się wreszcie połączyli i cenili to co nas  łączy.

Chyba Tesia ma rację - powiedział Jacek. Skoro oboje macie  dość smutne  doświadczenia z poprzedniego związku to faktycznie jesteście  w stanie docenić to co macie teraz. Bo tak  się składa, że na ogół doceniamy to co  mamy dopiero z perspektywy innego związku.

                                                                 c.d.n.

poniedziałek, 13 lutego 2023

Lek na wszystko -55.

Pan Jacek był zachwycony konsultacją z Krystianem, z kolei Krystian był zachwycony tym,  że pan Jacek miał wszystkie dokumenty starannie posegregowane, pochowane w oddzielne "żelatynki", podzielone tematycznie. W segregatorze był wykaz dokumentów które się w nim znajdują. Poza tym pan Jacek bardzo rzeczowo zwerbalizował na  czym mu zależy.

Gdy skończyli rozmowę pan Jacek powiedział, że chce od razu uregulować należność za poradę, czym bardzo rozśmieszył Krystiana.  Przecież ja w niczym panu nie doradziłem, ma pan nadzwyczajny porządek we wszystkich dokumentach - to rzadko  spotykane, proszę mi  wierzyć. Poza tym ja tu nic nie będę miał do roboty. Myślę, że będzie lepiej gdy pan akty notarialne załatwi u któregoś notariusza w Warszawie, niż u siebie. Jeśli pana żona wystąpi o rozwód to jej adwokat tu przyjedzie. Osobiście wątpię, by chciała prowadzić sprawę na odległość, poza tym będzie taniej gdy sama tu w tym celu zjedzie. Mimo wszystko w złotówkach wypada  taka atrakcja taniej. Panu, jak pan twierdzi  nie  zależy na rozwodzie, zresztą macie państwo rozdzielność majątkową. A gdy się pana żonie zamarzy rozwód tak bardzo, że tu przyjedzie to wtedy panem zajmie  się mój kolega - ja się nie bawię w rozwody. Może kiedyś będę. Teresę rozwodził mój kolega, stawał zamiast niej w sądzie.

No ale przecież czas panu zabrałem - tłumaczył pan Jacek - a czas to pieniądz. Nie każdy czas to pieniądz- tłumaczył Krystian. A poza tym jest pan przyjacielem mego brata, a to jest pierwszy przypadek, że udzielam komuś z jego przyjaciół jakiejś porady. Tak dokładnie to drugi - moja pomoc przyjaciółce Tesi skończyła  się moim małżeństwem  z nią. No ale tam to były nerwy, bo nie było wiadomo gdzie  są dokumenty - a były cały czas  pod naszym nosem, w ukrytym sprytnie sejfie. A gdyby się nie znalazły to bym się setnie nabiegał i "nagłówkował".

Muszę panu powiedzieć, powiedział pan Jacek, że tworzycie razem zupełnie nie dzisiejszą rodzinę i bardzo się cieszę, że pana brat ma tak mądrą, ładną i dobrą kobietę za żonę.  To jego pierwsze małżeństwo to była  katastrofa na  miarę Titanica. A junior jest super dzieciaczkiem. A kiedy pani Alina ma termin? Za pełne trzy miesiące. Chcemy by rodziła  w tej samej klinice co Tesia. To był poród z komplikacjami, ale  podjęto decyzję o operacji i jak  widać była to  właściwa decyzja. Bo mój bratanek wymyślił sobie, że wyjdzie nóżkami do przodu i potem okazało się, że miał pętlę z pępowiny wokół szyjki. Ale na  szczęście tylko jedną, luźną i nie był przyduszony nią. 

Pan Jacek pokiwał  głową - no tak, dobrze, że lekarz miał duże  doświadczenie i w porę podjął właściwą  decyzję. A pan  też chce  być przy narodzinach  dziecka?  Ja  chcę, ale  moja żona nie  chce żebym był, bo jej zdaniem nie jest to "estetyczny  widok", zwłaszcza  gdyby poród  był całkiem prawidłowy bez komplikacji, a do tego ze znieczuleniem zewnątrzoponowym. Na próżno jej tłumaczę, że szpital sam dba o ową "estetykę" i partner przebywa w strefie od talii od głowy, reszta się dzieje za zasłoną- taki jest standard, nie tylko na sali zabiegowej ale i w pokoju rodzącej. Nie wiem jak jest w innych klinikach, w tej jest  właśnie tak.  Ja na razie mówię jej, że to wszak ona  rodzi, nie ja, więc będzie tak, jak ona to sobie  wymyśli. Ale jestem przekonany, że będzie tak, jak jej Tesia nakaże - ona jest bardzo przywiązana do Tesi, zupełnie jakby Tesia  była jej matką lub starszą  siostrą. A są z tego samego rocznika i nie  są spokrewnione, ale przyjaźnią  się od szkoły licealnej.

Pan Jacek chwilę milczał a potem powiedział - mam wrażenie, że obie wasze rodziny są zgodne głównie dlatego, że wy wszyscy nie jesteście pod wpływem swoich rodziców. Bo ojciec pana bratowej zupełnie nie ingeruje w  wasze życie, jak to niestety robi wielu rodziców.

Tak, to prawda - potwierdził Krystian. To bardzo kochany i wyrozumiały człowiek. Bratu i  mnie zastępuje rodziców, jak się śmieje Tesia to jej ojciec zaadoptował nas  wszystkich. A poproszony o radę wpierw zawsze wysłucha naszego zdania, potem nas nieco mobilizuje byśmy się bardziej  wczuli w sytuację i obejrzeli  wszystko z różnych stron, nie tylko z własnego punktu widzenia. Ja się z nim lepiej dogaduję niż kiedyś z własnym ojcem. A nasi rodzice przyjaźnili  się z rodzicami Tesi.

Prawdę mówiąc to ja- powiedział pan Jacek - już zdążyłem polubić ojca pana bratowej. A pana bratową to jestem  wręcz  zachwycony! I szalenie  cieszę  się, że Kazik ma teraz tak udany  związek. No i mają zupełnie nadzwyczajnego synka! 

Od kilku lat wiem, że mam syna. Bo przedtem nie  miałem pojęcia, że on istnieje. To już dorosły człowiek. Historia nieomal filmowa - miałem romans, dość długi, trzyletni. Mówiłem dziewczynie, że nie mam zamiaru się żenić. W pewnej chwili "czar prysł", nie przyszła na kolejne spotkanie, stała się nieuchwytna, dostałem list, że to koniec naszej znajomości, że wyjeżdża, bo jest kimś innym zainteresowana. 

Po wielu latach od tamtego czasu pojawił się u mnie chłopak mówiąc, że jest prawdopodobnie  moim synem. Moje dane  znalazł w listach, które były w domu i w pamiętniku pisanym przez jego matkę, która zmarła na złośliwą postać nowotworu. Dał mi ten pamiętnik do przeczytania. Przeżyłem  szok, bo pisała  w pamiętniku, że ogromnie  mnie  kocha,  że w pewnym  sensie  rozumie, że ja nie chcę się wiązać na stałe, ale ona chce mieć  dziecko, moje, więc je urodzi, ale zniknie z mojego życia  razem z dzieckiem. Omal nie umarłem z rozpaczy gdy to czytałem. Zrobiliśmy badania genetyczne, które rozwiały wszelkie wątpliwości. Byłem już wtedy żonaty, nic nie powiedziałem mojej żonie, która  z kolei za nic  w świecie  nie chciała  mieć  dziecka. 

W tajemnicy przed  żoną finansowałem jego studia, choć on wcale o to nie prosił, kupiłem mu w Gdańsku mieszkanie.  I dlatego jakoś wcale mi nie tęskno do powrotu żony z Kanady. Mam zamiar ją poinformować o tym, że mam syna. Ciekawe co zrobi gdy jej o tym napiszę. Syn ma nazwisko matki, ale może je zmienić gdy przedstawimy w urzędzie wyniki badań genetycznych i moje oświadczenie, że w tamtym okresie współżyłem z jego matką. Nie potrzebny jest do tego żaden sąd, dostanie nową metrykę. I dlatego chciałem by pan przejrzał wszystkie  dokumenty, bym mógł swobodnie manewrować własnym majątkiem.

Krystian słuchał opowieści pana Jacka i jakoś trudno mu było ukryć zdumienie- ojej, to rzeczywiście nadaje się na filmowy scenariusz - powiedział. A pana żona zapewne wyzwie pana od oszustów i zażąda rozwodu. Ale z drugiej strony każde z was ma własny majątek chroniony intercyzą.  No właśnie - roześmiał się pan Jacek - wspólne to mamy służbowe mieszkanie, którego dotąd nie wykupiliśmy. Ona ma jakiś kawałek gruntu w Warszawie, po swoich rodzicach. Co prawda wspólny z siostrą, ale całkiem spory, dwa domy jednorodzinne z ogródkami można tam wybudować. Na razie stoi tam garaż na dwa  samochody, w który obie  zainwestowały i teraz  go wynajmują. Co zabawniejsze to ani moja  żona  ani jej siostra nie potrafią prowadzić samochodu.  Ale wpadły na pomysł wybudowania  garażu.

To chyba już wszystko co powinien pan wiedzieć. Patrząc się na  maluśkiego Aleksandra szalenie żałuję, że nie widziałem swego  syna  wtedy, gdy był w jego wieku. I mam żal do jego matki, że zafundowała  sobie dziecko nic  mi o tym nie mówiąc. Ale mój żal nie  wskrzesi jej, nie przywróci tamtych lat. Pytałem się syna, czy zostały jakieś zdjęcia, bo jego mama bardzo lubiła  się fotografować.Twierdzi, że nic nie znalazł, ma tylko jej zdjęcia w dokumentach - w dowodzie osobistym i paszporcie oraz w jakiejś legitymacji. Nie da  się ukryć, że skrzywdziliśmy się wzajemnie. Ja bo jeszcze  nie byłem gotowy do małżeństwa i uczciwie o tym jej powiedziałem, ona w rewanżu ukryła przede mną fakt, że jest w ciąży. Przecież mogła mi powiedzieć, że ona bardzo pragnie  dziecka. Mogliśmy mieć to dziecko nawet bez  ślubu i pobrać się nieco później. Całe szczęście, że pisała ten pamiętnik i nie zdążyła go zniszczyć przed śmiercią. Paweł mówił, że ona umarła  w szpitalu, więc pewnie  tylko dlatego ten pamiętnik przetrwał. On dość długo się zastanawiał nad tym, czy ma się ze mną kontaktować. Jak mi powiedział to sprawdzał wpierw jakim jestem człowiekiem, skoro jego matka postanowiła być "samotną matką". On też nie  może zrozumieć dlaczego matka nie pisnęła mu ani słowa o mnie.

Do pokoju "wtargnął", wpierw zapukawszy, Kazik. Ja tylko chcę się dowiedzieć czy mam was obu uwzględnić robiąc kawę - powiedział. Chodź Kaziku, chodź - właśnie  się skończyłem spowiadać u twego brata-  powiedział  szef. Zaraz się będę żegnał, chociaż  dziś jeszcze nie  wracam do jednostki. Przenocuję w Warszawie. Mam tu przecież  mieszkanie. 

 A   ma pan tam coś do jedzenia, picia itp? Może będzie lepiej gdy pan przenocuje w naszym drugim mieszkaniu, 10 minut spacerkiem stąd?  Albo wręcz u nas, w tym właśnie pokoju. Ta sofa jest rozkładana i całkiem nieźle  się na  niej śpi. Na pewno przed dziewiątą rano nikt pana w tym domu nie obudzi. Aleks otwiera jedno oko przed siódmą, dostaje mleko i śpi dalej z reguły do dziewiątej. Ja jutro jeszcze nie jadę do Instytutu, tata nawet jeśli wstanie to wychodzi  "na pokoje" dopiero między  dziewiątą  a dziesiątą. Tu jednak jest pięć pokoi - jak na trzy i pół osoby to jest jeszcze luz. Co prawda jeden pokój  jest bardzo mały, no ale jest  i mamy tam sporo szaf- praktycznie dwie  ściany obudowane tak jak tu. Aleks śpi w  naszej sypialni i nie płacze w nocy. W drugim mieszkaniu są trzy pokoje, pełna lodówka i zamrażarka i jest ono na pierwszym piętrze. Tylko może nie być miejsca  do zaparkowania, więc byłoby lepiej przemieścić się tam bez  samochodu. Poza tym nie  wie pan, czy w pana mieszkaniu wszystko działa aktualnie jak należy.  Jest zima, okres świąteczny, proszę zostać u nas, ewentualnie  w naszym  drugim mieszkaniu. To naprawdę żaden kłopot dla nas. 

No ale co powie pani Teresa? - sumitował  się szef. Tesia i ja myślimy jednakowo - zapewnił szefa Kazik. Tata też na 100% jest  zdania, że powinien  pan u nas  zanocować. Poflirtuje pan jeszcze  trochę z Aleksem, to bardzo towarzyskie dziecko. On już o całkiem kulturalnych porach chodzi spać, najczęściej o godzinie 20,00 któreś z nas go  utula  do snu - nie da  się ukryć, że najszybciej usypia przytulony do serca. Sprawdziliśmy to doświadczalnie. U każdego z nas-  taty, Tesi lub  u  mnie zasypia szybko ułożony na  lewej ręce- słyszy wtedy bicie  serca gdy jest przytulony. Gdy leży na prawej ręce to trwa to znacznie  dłużej.  Może powinno  się  mieć pozytywkę z nagraniem bicia serca człowieka  w stanie  spoczynku i ją zamknąć w jakiejś miękkiej zabawce którą by  się kładło dziecku tak, by to słyszało.

No dobrze, dobrze -zostanę u was. No to ja będę się już z Aliną gubił- stwierdził Krystian. Muszę jeszcze ją wziąć na spacer. I proszę mi  wierzyć - ma pan niesamowity porządek w dokumentach i wszystko jest  jak należy. Może pan śmiało omawiać teraz sprawy z notariuszem a pan Paweł zmieniać nazwisko. No i dobrze będzie spokojnie poczekać z poinformowaniem o wszystkim żony - wasz rozwód nie ma już na  nic  wpływu. Niech się kobieta spokojnie zastanowi gdzie chce być,  z kim  chce  być. Przy rozdzielności majątkowej ma pan wolną rękę w kwestii zarządzania  swoim majątkiem, a syn nie  zapłaci ani grosza od  darowizny. Zwłaszcza gdy będzie się to działo po zmianie jego nazwiska. I dobrze będzie przeprowadzić zmianę nim obroni dyplom - wtedy będzie miał ten  dokument już z pana nazwiskiem.  Z tego co wiem to przy sprawach nie budzących  żadnych kontrowersji można to załatwić w jeden dzień.  Zajmie wam to zapewne kilka godzin. I weźcie kilka odpisów.  A co do notariusza - tego osobnika znam, on mnie też- jeśli powie  mu pan, że sprawa,  z którą pan przychodzi jest pilna a pan jest moim klientem to da dobry termin. Pokaże mu pan tę jego wizytówkę z moim podpisem. Czasy takie  dziwne, że często ludzie powołują się na kogoś, kogo nawet na oczy  nie widzieli i wizytówka z podpisem jest świadectwem, że  my się znamy.

                                                                      c.d.n.



czwartek, 9 lutego 2023

Lek na wszystko -54

 Sylwestrowa noc dała wszystkim nieco w kość. W efekcie tę noc Kazik, Teresa i Aleks spędzili w jednym łóżku. Od godziny 23,00 do 2,00 osiedlowi entuzjaści fajerwerków zrobili własny pokaz sztucznych ogni. I chociaż to było 8 piętro i okno  sypialni nie wychodziło na teren, na którym jedni mieszkańcy znęcali się nad drugimi, dochodził do nich hałas. W końcu Kazik z Teresą zasłonili okno od środka wszystkimi posiadanymi  kocami i na tę noc wzięli małego do swego łóżka. Tata ze swego pokoju przeniósł się na noc do gabinetu Kazika na  sofę. Odnalazł w  swoich przyborach  medycznych stopery do uszu i stwierdził, że to jednak pomaga.  Kazik  chciał zatkać uszka  małemu stoperami  z waty, ale "ten  numer" nie przeszedł. Najlepszym sposobem okazało się ułożenie małego pomiędzy rodzicami i dodatkowo objęcie go ciasno.  Rano oboje  byli niewyspani i Teresa  cieszyła  się, że lunch miał być dopiero o godzinie 15,00. Aleks zaraz po  regularnym  śniadaniu zapadł spokojnie w drzemkę, w czym towarzyszył mu Kazik, a  Teresa poszła  do kuchni. 

Prędko zamarynowała  mięso w mieszance miodu i  musztardy i ugotowała na  sypko ryż. Przygotowała  też  mieszankę przypraw, którymi   potem będzie  potraktowane  mięso. Zamiast tradycyjnej  mieszanki czerwonej fasoli i kukurydzy zrobiła  mieszankę zielonego groszku  z kukurydzą.  By nie sterczeć przy garnkach postanowiła  zrobić tym  razem zapiekankę,  zamiast smażenia wszystkiego na patelni. Do "popitki" miała już przygotowany barszcz czerwony.  Nie szykowała  tym razem żadnej warzywnej sałatki- postanowiła podać po prostu zieloną  sałatę z koperkiem.  Na deser była "fałszywa Pawlowa", czyli małe bezy pokryte bitą śmietaną i kawałkami mandarynek i pomarańczy. 

Punktualnie o godz. 15,00 do bramy na dole zadzwonił szef. Kazik tylko się uśmiechnął  i powiedział- punktualność  jest grzecznością królów. Znam go jeszcze  z moich czasów  studenckich - uosobienie super punktualności. Ale ma jeszcze jedną  zaletę - nie czepia się tych  mniej punktualnych. W dziesięć minut później dotarli Alina i Krystian. Rzut oka na Krystiana uświadomił Kazikowi, że się zapewne pokłócił z Aliną. Teresa szybko zabrała Alinę do kuchni mówiąc, że właśnie jest jej potrzebna podkuchenna i w salonie pozostali sami mężczyźni. W kuchni Alina żaliła  się, że Krystian  dopiero niemal przed  domem Kazików powiedział jej, że będzie  jeszcze jeden gość, a ona nie jest na ten fakt przygotowana, ubrałaby się lepiej gdyby wiedziała, że będzie ktoś obcy. 

Teresa popatrzyła się na nią i powiedziała- muszę  sobie to zanotować - właśnie odkryłam, że ciąża nie tylko niszczy kobiecie  sylwetkę ale i niszczy mózg obniżając jej poziom intelektu. Zgłupiałaś chyba doszczętnie - to nie jest żadne ekskluzywne przyjęcie! Jesteś w  ciąży, co nawet bez okularów  widać i  czy będziesz w tym stroju czy w innym to tego faktu nie ukryjesz, nie ma  mowy. Kobiety  w ciąży chodzą w tym, w czym jest im wygodnie i nikogo to ani nie  dziwi ani nie gorszy. Poza tym jest to spotkanie  w pewnym sensie robocze i dzięki  niemu Kris oszczędzi ci jednego popołudnia  jego nieobecności w domu. Ale jak on mógł zaprosić tego faceta do was na lunch!- nie odpuszczała Alina.  Mógł, bo Kazik   go poprosił by się zajął sprawą tego faceta. To przemiły facet, bardzo kulturalny,  zna Kazika jeszcze od  czasu gdy Kazik studiował. Zjemy razem lunch, więc stań przed lustrem i poćwicz uśmiech, a po lunchu Kris i szef pójdą do gabinetu Kazika i tam będą rozmawiać.  Wychodząc za mąż  za adwokata chyba sobie  zdawałaś  sprawę z tego, że jego praca to permanentny kontakt  z ludźmi, bo on pracuje sam, nie na jakimś  etacie , więc ma tak zwany "nienormowany czas pracy". 

A teraz słuchaj - dziś jest zapiekanka, coś jakby gyros, w środku jest groszek zielony i kukurydza. Mając na  względzie twoją ciążę oddzieliłam kawałek zapiekanki bez tych wzdymających dodatków, więc się  zastanów co będziesz jadła- czy tylko ryż z mięsem czy i z groszkiem i kukurydzą. A na deser są beziki z bitą śmietaną i owocami południowymi.

Idź teraz  do nich i podeślij mi Kazika. Po chwili zamiast Kazika przyszedł  Krystian, mówiąc - Kazik nie może przyjść, bo dzierży na kolanach Alka, który  wyraźnie rośnie na gwiazdę popołudnia. Facet w pięć minut stał  się fanem małego, a  mały nawet na  jedną minutę pozwolił  się wziąć panu  Jackowi na ręce, czym omotał go wokół swego małego palca. Masz bratowa  cygańskie  dziecko! A czemu ta  moja taka nabzdyczona?- spytał. No bo ją opieprzyłam. A opieprzyłam, bo się jej należało.  Mówiłam  ci przecież, że jestem  wredna baba. 

Wiesz, to jedzenie jest na dużej  blasze w piekarniku, więc się ciut zastanawiam jak to podać. Byłoby najlepiej, gdyby każdy przyszedł do mnie i tu by dostał talerz z jedzeniem do ręki. Możecie  parami. No pewnie- stwierdził Kris. Ja teraz  to tylko wezmę tę wazę z barszczem. I powiem, żeby sobie  przynosili. Bardzo dobrze, zrobi  się mniej oficjalny  nastrój- stwierdził Kris. Do barszczu to weź tę chochelkę z dzióbkiem, żeby  się dobrze nalewało do kubków- poinstruowała go Teresa. Jak zapewne zauważyłeś obrus jest bardzo kolorowy, plam  nie będzie widać. A Aleksa niech Kazik wsadzi do kojca. Ja go wezmę na kolana, trochę na pewno zje, bo mam dla niego ryż z mięsem i marchewką, potem pójdzie  spać.

Pierwsi przyszli najstarsi - tata i pan Jacek. Cudowny jest ten wasz synek, pani Tereso! Nie dość, że takie ładne dziecko to i grzeczne i towarzyskie! I nawet się nie skrzywił na mój widok, a przecież mnie nie zna! Śliczny chłopaczek! Hmm, jak pięknie pachnie zawartość tej  blachy, jak się to nazywa? 

To coś w rodzaju greckiego gyrosu, ale  zapiekane a nie smażone. I trochę inaczej jest przyrządzone mięso, bo było wpierw marynowane. A da mi pani przepis?  Dam. Na końcu przyszedł  Kazik z Aleksem, wręczył Aleksa Teresie, nałożył porcje  dla  niej i dla siebie, a Teresa wzięła jeszcze  miseczkę z jedzeniem dziecka.

Aleks rzeczywiście stał się "gwiazdą"- pięknie jadł siedząc na swoim foteliku. Był wyraźnie  zachwycony, że wokół ma całą rodzinę. Kazik się śmiał, że pan Jacek został przez dziecko adoptowany do grona  rodzinnego. Okazało się, że Aleks też ma "do popitki" barszczyk, co bardzo się gościowi podobało. Co prawda pił ten barszczyk z butelki przez  smoczek .Teresa wyjaśniła gościowi, że ona gotuje tak, żeby i  dziecko mogło jeść z nimi z jednego garnka. On dziś to miał tylko nieco inaczej przyrządzone mięso, ale w swojej porcji ryżu miał też groszek zielony, tak  z 10 ziaren przetartych przez sitko.  Alina powiedziała, że Teresa to znajduje jakiś przepis, potem  się długo  w niego wpatruje i....teoretycznie gotuje według niego a w praktyce wychodzi coś innego, o wiele lepszego i bardziej dietetycznego. I Teresa ma cały zeszyt z przepisami. A czasem to Teresa łączy dwa przepisy  w jeden i Alinę to zadziwia, że Teresa  wie, że to wyjdzie  bardzo smaczne.

Pewnie mamusia nauczyła panią gotować - zgadywał pan Jacek. Tata  roześmiał  się - żona nie  wpuszczała nikogo do kuchni - zupełnie jakby to była pracownia  jubilerska. Tesia eksperymentowała na swoim pierwszym mężu , który jakoś te  eksperymenty przetrzymał, ale  w niczym jej nie pomagał, więc potem on jadał u swojej mamusi a Tesia w czasie pracy w jakiejś knajpce. Naprawdę nie wiem gdzie  się nauczyła gotować. Ale i Kazik i Krystian też potrafią dobrze gotować. Przepisów jest masa, po prostu trzeba zacząć gotować i zapisać to co najbardziej wszystkim  smakowało.

Deser w postaci maleńkich bez pokrytych bitą śmietaną i udekorowanych  kawałeczkami pomarańczy i mandarynki bardzo  wszystkim przypadł do gustu. Aleks zamiast tego "cudeńka" dostał  biszkopcik. Pan Jacek był naprawdę zachwycony dzieckiem. Po deserze  Krystian i pan Jacek przeprosili towarzystwo i poszli do gabinetu Kazika by omówić dokładnie sprawy, które sprowadziły pana  Jacka  do Krystiana. Tata zajął się wnuczkiem, który w przeciwieństwie do swych  rodziców był w świetnej kondycji. Kazik mimo wszystko pospał więcej  niż Teresa, która teraz po obiedzie zasypiała  niemal na  stojąco.  Kazik nalegał by się położyła, ale Teresa  była  zdania, że to kiepski pomysł, bo jeśli się teraz położy i zaśnie to będzie  miała problem  z  zaśnięciem wieczorem.  Z tego  wszystkiego w ramach "wybudzenia  się" napiła  się kawy, do której dodała kawałek czekolady. Kazik spróbował i stwierdził, że on też  się takiej kawy napije.

Aleks buszował w kojcu a w pewnej chwili stanął na nóżki i chwiejnym krokiem ruszył do przodu. Zrobił nie więcej niż pięć kroczków i  klapnął pupą na podłogę. Świadkami temu wyczynu byli Kazik i tata, Teresa  z Aliną w kuchni zapełniały  zmywarkę. Kazik prędko do niej poszedł mówiąc- Aleks  zrobił w kojcu kilka kroków, chyba już zacznie  chodzić. No ma prawo - trzeźwo zauważyła Teresa - przecież skończył rok. Ale nie wypuść go z kojca. Wypuścimy go z kojca jak się nauczy dobrze  chodzić. W kojcu jest bezpieczny. Trzeba będzie przejrzeć w mieszkaniu gdzie  są kanty i je pozabezpieczać i pozakładać  zabezpieczenia  na gniazdka elektryczne. No to się nam dziecko starzeje -trzeba też sprawdzić wszystkie  szafki i  szuflady dolne i je  dobrze przed  tym smykiem  zabezpieczyć. I nie  stawiaj go już nigdy na  stole, bo głupol może sobie  wykombinować, że to dobre  miejsce do chodzenia,  siedzenia i  zabawy i potem , gdy już będzie  się swobodnie poruszać mogą być kłopoty. 

Oj, to prawda- odezwał się tata- Teresa gdy  miała już dwa lata wdrapała się na stół w kuchni i z niego zleciała. Na szczęście spadając zawadziła o taboret i rozcięła sobie skórę przy końcu brwi. Gdyby z tego stołu zleciała wprost głową na posadzkę to chyba by nie żyła. No i fart, że nie uszkodziła sobie oka o ten kant stołka.  Omal nie  zemdlałem gdy jej krew leciała z tej końcówki łuku brwiowego.  A była tak wystraszona, że nawet nie płakała. Wezwaliśmy pogotowie i na  miejscu jej to opatrzono i kazano lód przykładać. Ha- a ja się zawsze zastanawiałam  skąd mam tę blizenkę - powiedziała  zdziwiona Teresa.

No niestety przy  dziecku to trzeba  wciąż  mieć oczy dookoła głowy i pamiętać, że to długo nie ma za wiele rozumu. Z opowieści moich koleżanek w pracy wygląda na to, że dziewczynki są mniej kontuzjogenne - powiedziała Alina. Chociaż..... koleżanka opowiadała, że jej starsza  córka, pięciolatka obcięła młodszej włosy przy samej skórze. Dobrze, że się koleżanka zainteresowała czemu tak cicho jest  w pokoju - bo jej córeczki  zawsze  się kłócą i drą, więc cisza wskazuje na to, że robią  coś, czego nie wolno.  Tak prawdę mówiąc jak  się posłucha co robią  małe  dzieci to aż się człowiek  zastanawia czy jest sens  się w te  dzieci  bawić. Ostatnio słyszałam horror z przedszkola.  Dzieciak jest pierwszy rok w przedszkolu i nagle oświadczył, że nie  pójdzie więcej do przedszkola. W końcu wydobyli  z niego, że pani w przedszkolu okładała wieszakiem dzieci, które nie  chciały spać po obiedzie. No i w ogóle  dzieci najbardziej  nie lubią tego leżakowania po obiedzie. I teraz płaci jakiejś starszej pani za to by zabierała małego z przedszkola po obiedzie i albo szła z nim na spacer, albo  siedziała z nim  w domu.

                                                              c.d.n.



środa, 8 lutego 2023

Lek na wszystko?- 53

 Nie wiadomo dlaczego,  ale tak jakoś jest, że wszystkie urlopy i inne dni  wolne od pracy mijają szybko, przelatują niczym pociąg expresowy koło przejazdu kolejowego. Minęły  święta, pogoda nadal była zupełnie niemiła,  Warszawa nie prezentowała  się ładnie w okrywie brudnego śniegu - tata dostał "zakaz opuszczania  koszar indywidualnie", bo nocą wszystko podmarzało i było na ulicach ślisko, chociaż osoby zatrudnione  na etatach dozorców  bardzo starały się, by chodniki były dobrze oczyszczone. 

 Postanowiono, że w sylwestrowy wieczór  nie spotkają się , zobaczą  się dopiero w Nowy Rok na  lunchu  i najwygodniej  będzie, gdy to Alina i Kris przyjdą  bo, jak powiedziała Teresa, znacznie łatwiej jest spolaryzować  Aleksa w domu - jeżeli nie  będzie spał, to będzie po prostu siedział a tak  dokładnie to przemieszczał się  w kojcu. 

Kris zauważył, że można  przecież przenieść kojec w częściach do nich, ale Teresa spojrzała  się na niego takim wzrokiem, że zaraz zamilkł,  a Kazik powiedział - jeszcze  trochę bracie a zrozumiesz dobrze co to znaczy małe  dziecko w domu. Chyba zbyt rzadko u nas  bywasz, skoro jeszcze tego nie  zrozumiałeś. Minął czas gdy można go było wszędzie w wózku lub w nosidełku ustawić, zatkać dziób smoczkiem i mieć święty spokój. Przygotuj się psychicznie na to, że już nic nie będzie takie jak przed urodzeniem się dziecka. 

To swoiste trzęsienie ziemi, które niemal wszystko w domu zmienia.  Po prostu nagle priorytetem staje się "bobo".  Gdy słucham opowieści kolegów w pracy, dochodzę  do wniosku, że Aleks jest super grzecznym i spokojnym dzieckiem. Nie wiemy co to jest nieprzespana noc z powodu płaczu  dziecka. My nawet nie wiemy tak naprawdę jak on płacze. Jego płacz to słyszałem tylko gdy go wyjęli z brzucha Tesi. I chyba raz u pediatry na rejonie, bo go obudziła  badaniem i się wystraszył. Teraz mamy prywatnego pediatrę i mały nigdy u niego nie płacze. A  jeżdżę z nimi do niego na każde badanie. Facet jakoś tak go szczepi, że mały nawet nie  wie, że go kłuje. Wie która szczepionka boli w chwili wprowadzania i wtedy bardzo pomału wstrzykuje. Nie rzuca go na  zimną szalkę wagi, zawsze na  niej jest gąbka i cienka pieluszka tetrowa. I zawsze do małego przemawia i zagaduje i chyba Aleks uważa go kawałek rodziny. I będzie  się małym opiekował do ukończenia przez niego siedmiu lat. Bo według niego wtedy już dziecko nie podlega opiece pediatry. Tyle  tylko, że teraz w Polsce pediatrzy mają się opiekować dzieckiem aż do pełnoletności. A zdaniem naszego lekarza niemowlę a dziecko powyżej 7 roku życia to dwie  różne bajki.

A nas też by wziął pod opiekę? - zapytał Kris. Zadzwonisz do niego, powiesz, że ma już pod opieką dziecko nasze i czy w takim razie wziąłby i twoje dziecko- poinformował brata  Kazik. Tylko może zaczekaj aż się dziecko urodzi. Do noworodków to on przyjeżdża do domu. A wagę to weźmiesz od nas- wpierw ją tylko wypożyczyłem a potem ją kupiłem. Wypisała wam chyba Tesia co dostaniecie dla swego niemowlaka. 

Ona nie  tylko nam wypisała, ona już się pozbyła tego, co dla Aleksa za małe - powiedział Kris. I nie mogę  się oprzeć wrażeniu, że niemal niczego nie trzeba będzie dokupować.  Smoczki  dokupicie - powiedziała Tesia. Tylko weźmiesz sobie  na  wzór jakie to mają być.  Małe butelki macie, sobie  zostawiłam  jedną, możesz dokupić ze 3 lub cztery większe, ale też nie od razu. Podgrzewacz trzeba kupić, on się  długo przydaje. Spisz  sobie producenta - ten już jest sprawdzony. Pierwsze łóżeczko też już możecie od nas wziąć. Jest spakowane, tylko trzeba je wyciągnąć z piwnicy.  I mała  wanienka z wmontowanym leżaczkiem do kąpieli też jest. Aleks, gdy już będzie sam wędrował na nóżkach, to będzie się kąpał w kabinie pod prysznicem. Teraz się kąpie w szwedzkiej składanej wanience - kupiliśmy ją tam gdzie  wózek, razem ze stelażem- też składanym.

Możecie się ze mnie  śmiać, ale mam wrażenie, że dopiero co Aleksa urodziłam a dziś doznałam niemal szoku, bo on dziś rano  stał w  swoim łóżeczku i niczego się nie trzymał - mało tego usiłował wydłubać oczy zabawce. No i stąd wniosek, że kupując jakąś zabawkę z oczami trzeba sprawdzić, czy aby dzieciak jej nie rozmontuje.

Fotelik samochodowy razem z osprzętem i wózek dostaniecie w styczniu - my już musimy kupić dla Aleksa nowy fotelik. I nowy wózek, typu spacerówka. I chyba też zamówimy w tym samym sklepie, w którym kupowaliśmy wtedy- oni od  razu montują wtedy w  samochodzie uchwyt do fotelika. Ja  sam nie  będę tego montował- dają nawet gwarancję na montaż  - powiedział Kazik. Możemy wtedy pojechać w dwa samochody i wtedy ci od razu zamontują ten uchwyt w samochodzie.

Coś mi się wydaje, że trzeba będzie nieco przemeblować nasze  mieszkanie i "graciarnię" przerobić, czyli zamówić szafy i będę musiał zrobić remanent i ani chybi część zawartości graciarni zlikwidować ewentualnie przenieść do piwnicy. Bo, wstyd  się przyznać, nawet nie bardzo wiem co tam jest. Mam podejrzenie, że część z tego co się miała kiedyś przydać nigdy  się nie przydała, bo  po prostu zapomniałem o  tym, co tam zostawiłem.

Oooo, to super! - ucieszył się Kazik.  Przejrzyj  braciszku, przejrzyj, może  znajdziesz  moją rakietę tenisową- kiedyś ją u ciebie zostawiłem i też o niej  zapomniałem. Ma na uchwycie naklejkę z napisem KAZ.  Swoją drogą nie wiem skąd ten pomysł, byśmy obaj  mieli imiona zaczynające  się tą samą literą. Przez  to mamy identyczne inicjały. 

To przez ciebie - powiedział Krystian - pytałem  się kiedyś o to mamy. To przez  to, że chciałeś mieć siostrę a nie brata i miała to być Krystynka. No a urodził się  chłopak, więc chyba na otarcie twoich łez nazwali mnie Krystianem.  Teraz to mi to imię nie przeszkadza,  ale w szkole to mi dokuczali bo mówili albo "Krystek z Warszawy" albo "Krysiak". A "Krystek z Warszawy" to nawet była książka. Napisała  ją żona Władysława Broniewskiego, która była pedagogiem i autorką książek dla  dzieci i młodzieży. Ale nie bardzo wiem o czym była ta książka, bo jej nie czytałem. Bo lektury szkolne jakoś kiepsko mi wchodziły do głowy. W moim odczuciu to były straszne te lektury. Mdliło mnie gdy je czytałem, a rodzice mnie tylko pocieszali mówiąc, że ty też te same książki czytałeś. W "Chłopach" znalazłem twoją notatkę, z której jasno wynikało, że nie  byłeś zwolennikiem kochania się pod stogiem-  "ani to ładne,  ani wygodne" napisałeś. Dopisałem do tego "racja, słoma w tyłek drapie i mrówki gryzą". Gdy  się przeprowadzałem książkę dałem do jakiejś biblioteki. Ciekawe  czy ktoś  się do naszych notatek dopisał.

Nooo, dobrze  wiedzieć, że byłeś Ziku chłopakiem dbającym o wygodę partnerki i o estetykę - śmiała  się Teresa. Wyobrażam  sobie  minę pani bibliotekarki gdy  zobaczyła te  notatki. Ołówkiem były napisane? Tak, ołówkiem, tyle że kopiowym. Ale nie wiem, czy widziała to jakaś bibliotekarka.  Jeśli to była dobra bibliotekarka, to raczej  wpadła na pomysł, by książkę przejrzeć  nim trafi na półkę- twierdziła Teresa.  Zwłaszcza, że była to książka z darowizny. Kiedyś chciałam oddać do biblioteki sporo swoich książek i panie w bibliotece  nie chciały tej darowizny, bo mają wtedy sporo pracy, muszą każdą książkę dokładnie przejrzeć , wycenić ile ona  kosztuje  aktualnie, spisać protokół, założyć kartę książki no i kartę katalogową. A ja przywiozłam wtedy ze trzy walizki książek, czyli tyle, ile one w roku dostają na stan  nowych. No to zgarnęłam wszystko z powrotem i zawiozłam na zbiórkę książek dla Polaków na Litwie. Nie wiem co się z nimi potem stało, ktoś twierdził, że były wysyłane  na Litwę ale nie do bibliotek a na.....rozpałkę. I teraz   raz na jakiś czas, gdy już nie mam miejsca na półce to część książek pakuję w pudła i wynoszę do piwnicy. Mój były mąż gdy go wyrzucałam z domu to nie  miał do zabrania ani jednej książki- on książek nie kupował, tylko korzystał z biblioteki. I na mnie  się wydzierał, że ja ciągle kupuję książki. Zresztą on nie miał zwyczaju czytania książek - preferował kolorowe czasopisma. Ze mnie to się śmiał, że ciągle coś czytam. Ja czytałam, a on siedział wciąż  z nosem w telewizorze i ciągle oglądał filmy z serii "zabili go i uciekł".

Krystian uśmiechnął się- szczerze mówiąc, to nie bardzo mogłem zrozumieć dlaczego za niego się wydałaś. To był wredny facet - w mojej ocenie.  Powiem ci - sprawa była prosta-  był ode  mnie te niemal 9 lat  starszy i mi imponowało, że taki tyle ode  mnie  starszy facet gada mi same  fajne  rzeczy a na dodatek się mną zachwyca jaka jestem śliczna itp. Jego rówieśnik co prawda bardziej mi się podobał, ale obskakiwał inną, a na dodatek  się z nią ożenił, więc nie przeanalizowałam solidnie  sprawy i się za debila wydałam. Na szczęście byłam na tyle mądra, że nie dałam sobie  zrobić dzieciaka i byłam na tyle podła, że nie wiedział, że  cały czas brałam tabletki. Był pewny, że to jego  zasługa, bo on "uważa". Bo widzisz Kris, ja jestem z tych bab wrednych.  Cały czas  się przyjaźniłam z Kazikiem, nawet mu "świadkowałam" na  sprawie rozwodowej. Od początku wiedziałam, że moje małżeństwo było nieudane i miałam zamiar się rozejść gdy Robercik wyjedzie na placówkę, bo ja nie chciałam wyjeżdżać. Byłby trwały rozpad związku z uwagi na odległość pomiędzy Moskwą a Warszawą i rozwód przeszedłby jak burza. Ale pan wszystkowiedzący podłożył się i jeszcze  zapłacił za rozwód.  Nie mam pojęcia co on powiedział swojej matce, ale pewnie głównie to, że ja nie  chciałam jechać do Moskwy na cztery lata. Moja była teściowa mi powiedziała kiedyś, że po to się jej synek ożenił, żeby miał mu kto obiady gotować, w  związku z tym on jadł u  niej  a ja w restauracyjnym barze. Na początku to nawet gotowałam, ale  szybko się znarowiłam. Jemu moje  gotowanie odpowiadało, no ale skoro nawet palcem nie kiwnął by mi pomóc, no to przestałam gotować. Zresztą ja naprawdę byłam po ośmiu godzinach pracy kompletnie wykończona. Dobrze, że  w pobliżu był ten barek i zawsze około  czternastej  "wyskakiwałam" z pracy na jakiś lunch.  Z reguły  sama, a czasem razem z Frankiem, a czasem do Wedla na gorącą  czekoladę. To dawało "kopa" - jednak dobra  czekolada działa  cuda. 

Do którego Wedla- zainteresował  się  Kris. No to do tego głównego, który jest od lat na rogu Szpitalnej i Górskiego. Tam jest malutka  pijalnia czekolady. I ja nic o tym nie wiem? - zdumiał się Krystian. Uwielbiam gorącą  czekoladę! Muszę zabrać tam  Alinę - Teresa skrzywiła  się - to raczej kiepski pomysł- wybierzesz  się tam  z nią, gdy już urodzi i przestanie  karmić. Możesz oczywiście  kupić dla  niej dobrą, gorzką  czekoladę, ale może jej zjeść jednorazowo jedną kosteczkę na kilka  dni. Jest bardzo  zdrowa, ale czekolada powoduje  zaparcia, a ciężarna i tak ma już kłopoty z jelitami, bo małe rośnie i na  wszystko uciska. Możesz wpaść na czekoladę razem z Kazikiem. 

Nie może wpaść ze mną na  czekoladę, bo ja nigdzie  nie  wpadam bez ciebie. Co najwyżej to mogę kupić czekoladę do picia i możemy ją sobie zrobić w domu- zaprotestował Kazik. I jeszcze  małe  sprostowanie do tego co ty powiedziałaś - największym idiotą w tym towarzystwie to byłem ja, bo cię po prostu  nie  doceniłem- nie podejrzewałem, że  to ty jesteś mi przeznaczona, poza tym nie planowałem  się wiązać  małżeństwem, a wg mnie  byłaś  za porządną dziewczyną byś była tylko do łóżka. Znałem  cię przecież, bo nasi  rodzice  się znali. Wiedziałem, że  jesteś porządną  dziewczyną z dobrego domu, że masz dobrze poukładane  w głowie, że jesteś  mądra. Nie miałem śmiałości  by ci zawrócić w głowie i wykorzystać cię.  Nie wiem  czemu  zakładałem, że byłby to tylko przelotny romansik, a ty zasługiwałaś  w moim odczuciu na poważniejszy związek.  I przez moją durnotę straciliśmy tyle czasu!  Ale jak widać jak coś komu pisane tak być musi. Wycierpiałem  się kochając  cię i nie mogąc być z tobą. A teraz  to jestem tak zupełnie  zwyczajnie  szczęśliwy, bo jesteśmy razem.  Był i jest nadal jeden ogromny plus tego  wszystkiego - dzięki temu, że  się przyjaźniliśmy tak bardzo długo to dobrze poznaliśmy  się wzajemnie. I zapewne dzięki temu tak dobrze  się rozumiemy. Jesteś całym moim światem... Dalszy  ciąg wyznań przerwał dźwięk  telefonu Kazika.  Spojrzał na ekran i  szybko się zgłosił- to telefonował "szef". Chciał by  Kazik umówił go ze swym bratem. Możliwie dość szybko na początku roku. Nie ma problemu - mój  brat właśnie obok mnie  stoi, więc on z panem sam porozmawia. A pan jest może w Warszawie? Przypominam, że zaproszenie do nas jest nadal aktualne. No to oddaję telefon  bratu, na  razie szefie. Kris wziął telefon i wyszedł z nim do kuchni. W chwilę po nim wyszedł do kuchni Kazik z kartką w ręce, na której napisał - nie podawaj mu kosztów, ja wszystkie pokryję. Krystian pokiwał głową, że rozumie i oddał mu kartkę z powrotem. W kwadrans potem wrócił do pokoju mówiąc - pozwoliłem  sobie zaprosić twego szefa na nasz rodzinny lunch w Nowy Rok. Przywiezie wtedy papiery jakie ma. Wygląda mi facet na rzeczowego faceta, który już przebolał rozpad związku. Ale sam nie  zamierza występować o rozwód- jemu nie przeszkadza nieobecność szanownej małżonki, niech ona wnosi sprawę rozwodową, jeśli oczywiście chce rozwodu. Z tym, że ona nawet nie szepnęła nic o rozwodzie. A on nie  zamierza się z jakąś nową panią wiązać małżeństwem i mu rozwód nie jest potrzebny. Sprawa  raczej nie jest skomplikowana, dzieci  nie mają, za to mają rozdzielność majątkową no i on chce trochę tego posprzedawać, tylko muszę sprawdzić jego papiery czy  wszystko tam jest w porządku i  nie budzi żadnych wątpliwości. Przyjedzie przed godziną 14,00, no bo go zaprosiłem na lunch. Po lunchu z nim zrobię  wywiad i przejrzę papiery. Bardzo dobrze - stwierdził Kazik - możecie  sobie siedzieć w moim gabinecie, my będziemy  w dziennym pokoju i nikt  wam nie będzie  przeszkadzał.  Twój szef twierdzi,  że gdy tylko mu przyszło na  myśl, żeby skasować tę rozdzielność majątkową to przyszedł list od jej siostry by ona  do niej przyjechała i trochę jej pomogła, bo ona jest po operacji. W związku z tym się wstrzymał, bo nie widzi powodu, by jej siostra miała korzystać z tego, co on odziedziczył po swoich rodzicach.  Bardzo mi się podobało bo powiedział, że ta  siostra to wykończyła  swego męża Kanadyjczyka- wyszła za  niego naga i bosa i już zdążyła owdowieć i wszystko po nim odziedziczyła. A twój szef ma jakieś dziecko, dorosłe, nieślubne, ale je uznał bo musiał - badania genetyczne były robione dwukrotnie i wykazały, że to jego dziecko. No i chce to dziecko zabezpieczyć nim szanowna żona ewentualnie  wróci z Kanady, bo on nie  wierzy, że ona nigdy nie  wróci. No chyba, że wyjdzie tam za jakiegoś faceta. No ale do tego musiałaby mieć wszak rozwód.

                                                                   c.d.n.

Lek na wszystko? -52

 Po tym trochę "rozpustnym" lunchu  Alina z Krystianem postanowili pospacerować nieco, bo pogoda  była nawet  całkiem znośna, a Teresa  zabrała  się za szykowanie dla maluszka  obiadu.  Kazik siedział z małym w kojcu - tym razem uczył syna zabawy piłką, nieco  tylko większą od piłki tenisowej. Zabawa bardzo  się Aleksowi podobała, ale  gdy maluch kolejny raz wyrzucił piłkę z kojca a Kazik po nią kolejny  raz  wyszedł  z kojca, stwierdził, że chyba jednak nie jest to dobra  zabawa. Teresa się z niego cichutko podśmiewała mówiąc, że jeszcze  długo każda zabawa z małym piłką  tak właśnie  będzie  wyglądała.

Kazik pokazał Teresie i tacie pismo z ministerstwa, przyznające mu nagrodę - trzyletnie stypendium za jego osiągnięcia  zawodowe . Nagrodą była kwota netto jego wynagrodzenia miesięcznego, która będzie  mu wypłacana co miesiąc przez trzy kolejne lata, oprócz normalnej jego pensji. Oczywiście było jasne jak  słońce, że jest to metoda na przetrzymanie  go przez kolejne trzy lata w  instytucie. No i fajnie - podsumował Kazik - będę robił doktorat. Całkiem ładnie  się "wstrzelili" czasowo i moja ukochana  żona przestanie  się zamartwiać, że nie  zarabia. Masa osób od  nas odeszła, zostali  sami "entuzjaści" co i za darmo potrafią  pracować.

Tata był zachwycony, głównie  tym, że dostrzeżono potencjał Kazika. Wyściskał  swego zięcia mówiąc, że pieniądze pieniędzmi,  ale najważniejsze, że doceniono jego osiągnięcia. Bo w gruncie rzeczy byłoby marnowaniem  potencjału, gdyby Kazik przeszedł do warsztatu naprawiającego  samochody, choćby był  to najnowocześniejszy pod  słońcem  zakład. A Kazik powiedział tacie, że nie powiedział o tym stypendium ani słowa swemu bratu i zrobił to celowo a nie przez  zapomnienie.  Bo chociaż Krystian naprawdę dobrze  stoi finansowo  to zawsze, od  dzieciństwa już, wszystkiego starszemu bratu  zazdrości. I nie idzie tu o pieniądze, ale właśnie o to "docenienie potencjału Kazika".  Och,  nie ma  sprawy - nic  mu  nie  powiem, zresztą  nie da  się ukryć, że na każdym spotkaniu to Krystian głównie mówi - ja  nie mam mu o  czym opowiadać.

Kazik, tak jak planował  przygotował na Mikołaja koperty z gotówką. Koperty udekorował naklejkami z choinką i  Mikołajem i  6 grudnia gdy Aliny i Krystiana  nie było w domu, zaniósł im  do mieszkania koperty z gotówką i dwa czekoladowe Mikołaje i wszystko zostawił na stole w ich kuchni.

W  domu  tata po spacerze znalazł w jednym kapciu czekoladowego Mikołaja a w drugim  gotówkę. Teresa "wypłatę" od Mikołaja dostała w nowym, eleganckim portfeliku, który był włożony  w jej cieplusie  kapcie. A Kazik  w swoich klapkach znalazł ciepluteńkie, puchate skarpetki i nowe rękawiczki "samochodowe". Prezent bardzo na  czasie, bo ostatnio gdzieś mu się jedna rękawiczka "zapodziała". A tak naprawdę to się wcale nie  zapodziała, tylko Teresa ją zabrała gdy wybierała  się po nowe rękawiczki, bo te już były "mocno nieświeże" jak to określiła Teresa. Maluszek dostał kolejne zwierzątko - tym razem pluszowego misia, który nim trafił w ręce Aleksa przeszedł  operację usunięcia urządzenia  wydającego dźwięki. Nie  była to na szczęście skomplikowana operacja i "ranę po operacji"  niemal artystycznie zaszyła Teresa. Zastanawiali  się z Kazikiem jak można  było taką ładną  zabawkę wyposażyć w tak bardzo brzydki dźwięk - coś pośredniego pomiędzy charkotem kogoś  duszonego a terkotem traktora. Cała reszta  misia  była w porządku, był lekki, nie  za duży dla roczniaka i miał całkiem ładną mordkę. Oczywiście był z importu, teoretycznie z jednego z krajów europejskich, a praktycznie był Chińczykiem. Kazik  się  śmiał, że ten miś ryczał po chińsku.

Przed  świętami  zatelefonował do Teresy Franek z życzeniami. Plany wyjazdowe zostały odłożone na plan dalszy, bo ojciec Franka musiał się poddać operacji przepukliny. I, co bardzo  Franka zdenerwowało, to niewiele  brakowało to uwięźnięcia przepukliny, bo szanowny tata od dwóch lat hodował z wielką czułością ową dolegliwość.  W związku z tym zamiast nieomal kosmetycznego zabiegu pod znieczuleniem zewnątrzoponowym  była operacja w pełnej narkozie, więc mowy nie ma żeby go samego po tej operacji zostawić ani też nie można go wziąć  ze sobą.   I jeszcze  go trzeba  wciąż pilnować by czegoś nie dźwignął. Joanna siedzi z nim   w domu, bo się uczy do sesji, a tata narzeka, że ona  go strasznie pilnuje. Poza tym pełna  narkoza w pewnym wieku coniebądź szkodzi na mózg. Jak dojdzie nieco bardziej  do siebie fizycznie, to trzeba  będzie pewnie jakieś badania porobić- wszak tata nie jest młody.

Zaraz po "mikołajkach" Kazik zapowiedział rodzinie, że w tym roku  nie ma prezentów pod  choinkę no i święta będą oczywiście u  nich z uwagi na Aleksa. Mimo wszystko wygodniej  jest z nim we własnym domu, więc wigilia, obiad rodzinny w pierwszy dzień świąt to będą u Kazików.  A w drugi  dzień  świąt to po prostu będą odpoczywać.

Choinka w tym roku będzie  sztuczna, po świętach zostanie razem z ozdobami zawinięta w foliowy worek i wyniesiona do piwnicy by podrzemać tam  sobie do następnych świąt.

I co z tego, że Kazik zapowiedział, że w tym roku nie ma prezentów pod choinkę - w wigilię rano zjawił się......Franek. Oczywiście z prezentami. Daktyle świeże dla Teresy, dla juniora domowej roboty kompoty i  dżemiki z owoców z hodowli BIO- dzieło Joanny. Dla taty - suszone boczniaki i grzybki shitake. Bo super  zdrowe dla osób starszych. A oprócz tego susz rumiankowy i miętowy - wszystko dzieło Joanny. Przywiózł też dopiero co złowione, ale już wypatroszone pstrągi - oczywiście  z hodowli, ale hodowla też BIO. I można je śmiało ugotować dla juniora. A na końcu  była prośba, by albo wszyscy przyjechali do nich w drugi dzień świąt albo by choć "wypożyczyli"  tatę. W razie  czego to Franek po tatę przyjedzie  i go potem odwiezie do domu. W efekcie szybkiej narady "w delegację" zostali wydelegowani tata, Alina i Krystian. Tym sposobem rozwiązany był problem transportu taty.

Po wyjściu Franka Teresa szybko ruszyła na zakupy do księgarni i do otwartego jeszcze  marketu, razem z nią wybrał się tata.  Tata zakupił dla ojca Franka szachy i książkę o grze  w szachy, Teresa w stoisku kosmetycznym  zakupiła kosmetyki  dla Joanny i obu panów.

No właśnie tak wygląda planowanie - powiedziała  do taty. Przy okazji w księgarni zagarnęła jeszcze kolejną książeczkę dla Aleksa. Zajrzała też na  dział z wyposażeniem  dla dzieci i......kupiła wysokie krzesełko dla synka. Tym razem będzie z nimi siedział  przy stole nie na kolanach mamy lub taty,  ale na własnym krzesełku między nimi.

Ten zakup okazał się przysłowiowym  "strzałem  w dziesiątkę"- krzesełko było składane i było poza  tym bardzo stabilne. No a na następną wiosnę będzie dla dziecka Aliny i Krystiana. Gdy dotarli do domu to Kazik powiedział - już chciałem was  szukać! Zik, przecież my poszliśmy piechotką, bez  samochodu, a my chodzimy statecznie, nie biegamy, no więc trochę to trwało. No a czemu nie wzięłaś samochodu? No bo nie pomyślałam, żeby wziąć twój  samochód, nie podpowiedziałeś, a ja nie noszę przy sobie kluczyków do  niego. Poza tym było sporo ludzi i pewnie  byłby kłopot z parkowaniem. Jeśli  się tak martwiłeś to było zatelefonować. Ja się nie martwiłem, ja po prostu tęsknię za tobą. Tak jakoś mało jesteśmy razem. No ale przecież nie będziemy siedzieć na wigilii do północy - zjemy kolację, deserki po kolacji i pójdziemy spatuńki razem z Aleksem. Alina też nie nadaje  się do siedzenia nocą. Za trzy miesiące będzie rodzić, to już nie  czas na siedzenie po nocy. Fajnie, że pojutrze pojadą razem z tatą do Franka. Alina pewnie tak po cichu trochę tęskni  za tamtym  domem. W końcu mieszkała tam wiele  lat. A o której oni przyjdą na tę kolację? - na 17, 30. No to dobrze  to wymyśliłaś  - najdalej o dziewiątej będziemy już w łóżeczku. Tak bardzo, bardzo lubię cię tulić  -wiesz?   Tylko będziesz tulił? -zapytała. No na początku tylko tulił i całował, a potem - no a potem będę sprawdzał jak w wigilię smakuje każdy kawalątek twego ciałka.  No to może ja się czymś wysmaruję, żebym  była dla ciebie smaczniejsza - śmiała  się  Teresa.

Krzesełko zostało przez tatę i Kazika umyte, na dodatek  wyłożone dziecięcym kocykiem, ale Teresa nie  chciała by mały już  w nim  siedział - obawiała  się, że jak mu się pokaże, że można w nim siedzieć nie tylko z racji jedzenia to malec nie będzie chciał siedzieć w kojcu. A według dołączonej "instrukcji użycia" krzesełko było dla dzieci od lat 1 -  3. Krzesełko miało własny blat, który skutecznie blokował malucha. Podpórka pod nóżki dla nieco starszych  dzieci miała regulację wysokości. No popatrz- Włosi jak zwykle są bezbłędni z tą produkcją sprzętu dla dzieci - stwierdził tata. U nich dziecko to pełnoprawny obywatel.

Wigilia została "wzmocniona" smażonymi pstrągami. Teresa "podziabała"  kawałeczek ryby widelcem na bardzo maleńkie kawałki, wymieszała z rozdrobnionym kartofelkiem i Aleks bardzo sprawnie zjadł tak ze 3 centymetry pstrąga - szło mu to bardzo sprawnie. Butelkę z piciem już sam sobie trzymał i bardzo mu  się podobało siedzenie pomiędzy rodzicami. Oczywiście dziadek od razu uwiecznił ów fakt na  zdjęciu.

Po kolacji Alina z Teresą popakowały prezenty, karteczki opatrzył imionami tata, bo tata bardzo ładnie robił napisy, Teresa wszystko spakowała w koszyk.  Kwadrans po ósmej Teresa wydobyła  Alka z fotelika, pięknie zrobił rączką pa,pa  i Teresa wyniosła  dziecko do sypialni.  Alina i Krystian też się podnieśli, Alina zamarzyła  sobie jeszcze pójście na spacer, więc się pożegnali. Wychodząc dyskutowali czy przejdą się koło domu Kazików czy podjadą pod swój dom i tam pospacerują.  Alinko, przecież to wszystko jedno, możemy teraz  podreptać, a możemy za chwilę, gdy dojedziemy pod nasz dom. Koło nas jest  mniej samochodów, tylko taka różnica.

Pierwszy dzień świąt upłynął dość leniwie. Pogoda była niestety marniutka, padał deszcz  ze śniegiem i Teresie i Kazikowi wcale się nie spieszyło rano do wstawania. Teresa zrobiła małemu  mleko, zmieniła  mu pampersa i Aleksa przytulił do siebie tata.  Tata był jak  zwykle śpiący,  a że nie musiał dziś jechać do pracy trwał w półśnie czekając na Teresę. No i wtedy nastąpiło to, co Aleks ogromnie  lubił - leżał pomiędzy tatą i mamą i po kilku minutach kręcenia się spokojnie zasnął. Kazik też zasnął. Teresa patrzyła z wielkim  rozczuleniem na  swoich mężczyzn. Pierwsze włoski Aleks już stracił, te "nowe" były jeszcze bardzo krótkie i znacznie jaśniejsze niż te, z którymi przyszedł na  świat.  Kazik przebudził się na moment i bardzo delikatnie przeniósł małego  otulonego kocykiem do jego łóżeczka. Nakrył go jeszcze  jednym kocykiem, sprawdził, czy się mały  nie przebudził i wrócił do małżeńskiego łóżka. Przytulił się mocno do Teresy i szepnął jej do ucha - pośpijmy jeszcze trochę. No jasne, zgodziła się. Po dwóch godzinach obudził ich świergot ptaków - ów świergot ptaków był z pozytywki, która wisiała w łóżeczku Aleksa. Teresa zerknęła i szybko wyszeptała do Kazika - zobacz, on stoi i  udało mu się dlatego uruchomić pozytywkę. Oboje popatrzyli w stronę łóżeczka - rzeczywiście Aleks stał i usiłował wydłubać oczy pozytywce, która imitowała głowę misia. 

No, całe szczęście, że już obniżyliśmy mu "podłogę" w łóżeczku- stwierdził Kazik. Wypadł by gdy była tak wysoko jak przedtem. Popatrzmy jeszcze na niego - powiedział Teresie do ucha.   Mały był odwrócony do nich bokiem,  ale był szalenie zajęty oczkami  misia- na szczęście oczka tego misia były dobrze umocowane. A bardzo go interesowały-  może dlatego, że były wielkości oka dorosłej osoby. Może szkoda, że te oczka nie mają powiek - pomyślała Teresa. Byłyby wtedy jeszcze bardziej interesujące.  Mały był bardzo zainteresowany tymi oczkami. Stał w łóżeczku już co najmniej kwadrans. W końcu, chyba już zmęczony klapnął na pupę. Wtedy Kazik  wstał, co zostało powitane uśmiechem i przemieszczeniem  się małego w stronę taty. Kazik wziął dziecko i razem z nim ułożył się obok Teresy. W nagrodę tata zaraz został obśliniony, mama z lekka skopana i sprawdzono czy jej włosy nadal się mocno trzymają głowy. Słodziak został przebrany w dzienne ciuszki, przy okazji znów zmieniono mu pampersa a z tej radości nóżki fikały nieprzerwanie. Na czas ubierania się rodziców wylądował w swoim łóżeczku a potem został "spacyfikowany", czyli trafił do kojca.

                                                                             c.d.n.