środa, 25 lipca 2012

Zuzka- c.d.

Gdy Zuzka chodziła już do ogólniaka, nikt w Polsce jeszcze nie słyszał o czymś takim jak komputer, a telefon był przedmiotem gorącego pożądania. Nie było komputerów osobistych, a więc nie było czegoś takiego jak portale randkowe lub inne społecznościowe "brewerie". Za to niektóre czasopisma miewały rubryki, w których ludzie, którzy chcieli poznać kogoś w celu matrymonialnym lub nawiązać kontakty towarzyskie pozostawiali  króciutkie ogłoszenia tego typu:  "jestem XY, studiuję/uczę się, interesuję się "abc", nawiążę korespondencję z osobą o podobnych zainteresowaniach". Tego typu rubryki były w czasopismach dla nieco starszych dzieci (Płomyczek i Płomyk) oraz w czasopismach dla młodzieży akademickiej, np. "Razem".
Zuzka  gdy była w II klasie licealnej czuła się już niemal dorosła i raz na jakiś czas kupowała prasę kobiecą i owo pisemko "Razem". W jednym z numerów  znalazła taki anons:  "młody, nieśmiały szuka koleżanki lub kolegi, która lubi powieści Stendhala i Prousta". Zuza, która właśnie z trudem przebrnęła przez  I tom "W poszukiwaniu straconego czasu" napisała do tego "młodego i nieśmiałego" osobnika. Korespondencja rozkwitła pełną parą, a ten młody, nieśmiały był ze 3 lub 4 lata starszy od Zuzki, miał w Kanadzie ojca i miał wyjechać do niego na wakacje.
Wyjazd do Kanady nie przerwał korespondencji. Nieśmiałemu bardzo spodobało się w Kanadzie, zaprzyjaznił się bardzo z własnym ojcem i postanowił, że będzie tam studiował.
Gdy Zuzka zdała maturę,  otrzymała z Kanady list, w którym Nieśmiały najwyrażniej się jej oświadczał.
Dwa lata  korespondencji o wszystkim  zrobiły swoje. Zuzka była pewna, że kocha Nieśmiałego, choć nawet nigdy się nie widzieli.  Pewnego sierpniowego dnia Nieśmiały zawitał do Polski wraz z kompletem
dokumentów potrzebnych do zawarcia ślubu.
Matka Zuzki  biła się z myślami, ale kandydat na zięcia tak gorąco ją zapewniał o swej miłości do Zuzki, o
tym, że zabierze Zuzkę do Kanady, która przecież jest krajem mlekiem i miodem płynącym, a nie tylko pachnącym żywicą,  że Zuzka tam pójdzie na studia, że ojciec ma duży dom, w którym razem zamieszkają
i że przecież Zuzka też go kocha, więc w czym problem?
No właśnie, w czym problem? Dla matki Zuzy największym problemem było to, że młodzi nie chcieli brać
ślubu kościelnego, no a przecież taki cywilny ślub to tak, jakby byli bez ślubu.
Młodzi złożyli swe dokumenty w USC i w 30 dni od tej daty odbył się ślub. Mając papierek w ręce,
Zuza z pomocą swego męża zaczęła załatwiać formalności paszportowe i wizowe, co wcale wtedy nie było
sprawą łatwą.
Formalności się ciągnęły a mama Zuzki wciąż narzekała, że to zły omen, że czekając na odpowiednie
dokumenty powinni wziąć ślub kościelny, bo tylko wtedy taki ślub jest ważny.
Wtedy po raz pierwszy Zuzka  matce wykrzyczała prosto w twarz, że przecież ten tak ważny ślub kościelny nie uchronił jej małżeństwa od rozpadu.
Nieśmiały musiał wyjechać do Kanady, bo zaczynał się rok akademicki, a Zuzka zapisała się na kurs francuskiego.
Wreszcie pod koniec listopada Zuzka dostała odpowiednie dokumenty, Nieśmiały opłacil jej bilet
lotniczy, nawet juz z rezerwacją na konkretną datę i Zuzka z dokumentami mienia przesiedleńczego
poleciała do Kanady.
Na lotnisku czekał na nią mąż, teść i konkubina teścia ze swą córką. Została powitana ciepło i miło.
c.d.n.

wtorek, 24 lipca 2012

Zuzka

Z Zuzką pracowałam w jednym dziale, ba, nawet w jednym pokoju. Była moją kierowniczką i jedyne co
o niej na początku wiedziałam, to fakt, że jest ogromnie pyskata, nerwowa i właściwie jest postrachem
interesantów. No, nie była miła - ani dla nas, swych podwładnych, ani dla interesantów z zewnątrz.
Pracy miałyśmy ogromnie dużo, zwłaszcza  od drugiej połowy kwietnia aż do końca pazdziernika. Przysłowiowy młyn, interesanci  wciąż się kłębili, a my byłyśmy najczęściej pół żywe z pośpiechu
i zdenerwowania.
Zuzka była całkiem przystojną kobietą, miała ciemno brązowe oczy i jasne włosy, naturalny blond. Figurę też miała dobrą, tylko ubierała się nieco niemodnie. Ona dobiegała 45-ki, my, personel miałyśmy od 20 do 26 lat i byłyśmy trzy. O życiu prywatnym Zuzki wiedziałyśmy tylko tyle, że  jest rozwódką i że ma jakiegoś pana. Gdy ów wybranek do  niej dzwonił, potrafiła w pół przerwać załatwianie interesanta przywołując którąś z nas, nawet jeśli byłyśmy zajęte przy innym interesancie. No ale jeśli ktoś zadzwonił do którejś z nas, zaraz była awantura, że tu jest przecież praca a nie klub rozrywkowy i nie ma czasu na gadanie.
Pracowałam już ponad rok i właściwie miałam szczerą chęć  stamtąd odejść - niby płacili niezle, ale roboty było coraz więcej, a ja po 8 godzinach pracy wychodziłam półżywa.
I właśnie wtedy Zuzka zaskoczyła mnie całkowicie - zaprosiła mnie do siebie na babskie pogaduchy.
Doskonale sobie zdawała sprawę z tego, że jest w gruncie rzeczy mało miła i dla nas i dla innych.
"Ale gdybyś tyle przeszła co ja, też taka byś była" - zapewniła mnie na początku swych wynurzeń.
Zuzka była bardzo ładnym dzieckiem - wszyscy się zachwycali, wszyscy chwili jej urodę, ale jak to
w życiu -  nawet najpiękniejsze dziecko nie ma wpływu na trwałość małżeństwa swych rodziców.
Gdy Zuzka miała siedem lat, tatuś spakował swą walizkę i oświadczył,  że wraca do....swojej matki. Właśnie
doszedł do wniosku, że on się do małżeństwa nie nadaje, do wychowywania córki też nie, więc odchodzi.
Zuzka była pewna, że to jej wina, bo nie zawsze przecież była posłuszna  i grzeczna.Nikomu nie przyszło
do głowy, że mała  czuje się winna odejściu ojca. Zuzka przez prawie całą podstawówkę czekała na powrót
taty, łudząc się, że  może jednak wróci. Kiedyś podsłuchała rozmowę swej matki z siostrą ojca, która
 twierdziła, że to wina matki, która nigdy nie chciała robić tego to sobie życzył jej wspaniały brat.
Oczywiście Zuzka nigdy nie pytała matki  dlaczego tatuś je porzucił  - teraz doszła do wniosku,  że jesli
kobieta nie  słucha się własnego męża, ten po prostu odchodzi. Co ciekawsze tatuś nigdy nie wniósł do sądu pozwu rozwodowego, mamusia też nie. Rachunki za mieszkanie nadal przychodziły na nieobecnego, matka
Zuzki regulowała je, a ilekroć potrzebny był jego podpis - podpisywała  za niego. Od chwili wyjścia z domu tatuś ani razu nie zainteresował się losem dziecka, nie dawał na utrzymanie córki, ani razu nie przyjechał.
c.d.n.

poniedziałek, 23 lipca 2012

Horyzont zdarzeń

Wbrew pozorom nie napiszę nic na temat astrofizyki, choć "horyzont zdarzeń" jest pojęciem właśnie dotyczącym zjawisk we Wszechświecie.
Horyzont zdarzeń - gdy to miejsce przekroczysz wszystkie twoje poczynania nie mają właściwie żadnego znaczenia, bo są już z góry ukierunkowane, po prostu wpadasz w wir, który cię porywa, a ty nie masz
szans by się z tego wydostać, by coś zmienić.
Horyzont zdarzeń to miejsce na skraju wodospadu, w którym wystarczy przesunąć się kilka centymetrów do przodu a ściana wody porywa cię, rzuca w przepaść, tłamsi i zatapia.
Wydaje mi się, że w życiu każdego z nas istnieje taki umowny horyzont zdarzeń - cienka granica, której
przekroczenia powoduje, że zaczynamy  popełniać kolejne głupstwa, zatracamy zdrowy rozsądek,
a nasze życie zaczyna być jednym wielkim chaosem. Czasem udaje się nam,  dzięki usilnej pomocy innych
wychynąć na powierzchnię, złapać oddech a nawet wydostać się na suchy ląd.
Niestety często owa pomocna dłoń to za mało, bo nie potrafimy z niej w odpowiedni sposób skorzystać.
By móc skorzystać z pomocy trzeba wpierw zrozumieć siebie, a to wcale nie jest łatwe.
Tak się jakoś złożyło, że  zawsze bardzo lubiłam słuchać tego co ludzie mówią - o sobie, o swoim życiu,
o kłopotach , rozterkach. Opowiadali mi różne rzeczy, najczęściej tylko dlatego, że musieli się wygadać,
bo za wiele się nagromadziło różnych kłopotów, problemów, które uwierały i gryzły.
Kiedyś nie było przecież blogów, a łatwiej jest mówić niż pisać. Z niektórymi z tych osób nadal utrzymuję
kontakty, choć dość specyficzne. Kontaktują się ze mną właśnie wtedy, gdy muszą się wygadać.
Na szczęście nie chcą żadnej rady czy też pocieszenia- i dobrze, bo marny ze mnie pocieszyciel.
Każdej z tej osób zawsze mówiłam, że kiedyś wszystko opiszę, bo to świetny materiał na opowiadanie.
Dopiero teraz zaczynam pomału spełniać swoje obietnice - oczywiście imiona są inne,  niektóre zbyt
charakterystyczne szczegóły też - wszak nie żyjemy na  pustyni.
Mam wrażenie, że właśnie przekroczyłam swój horyzont zdarzeń;)))

czwartek, 12 lipca 2012

Lusia -c.d.

Tę drugą ciążę Lusia znosiła lepiej, więc  miała nadzieję, że to będzie  dziewczynka. Jacek natomiast był pewien, że będzie chłopak. No i miał rację. Urodził się chłopak. Imię wybrał oczywiście Jacek- tym razem dziecko ochrzczono Franciszkiem.
"Porządny był ten lekarz" - myśli Lusia. Gdyby nie on, to pewnie urodziłabym jeszcze z pięcioro, bo Jacek nie był zwolennikiem kontroli   urodzin.
Lusia uśmiechnęła się na wspomnienie zdziwionej miny Jacka, gdy po trzech latach od drugiego porodu zaczął się zamartwiać, że Lusia nie zachodzi w ciążę. Przezornie nie powiedziała mu nic o zabiegu, ale
stwierdziła, że ona już nie chce dzieci, więc nie będzie szła do lekarza i nie będzie się leczyć.I nikt jej nie zmusi do następnej ciąży i porodu. A jeśli mu się nie podoba, to ona da mu rozwód i nawet dzieci mu zostawi. Ale taka perspektywa nie  spodobała się Jackowi. Co innego być dumnym ojcem i wychowywać
dzieciaki rękoma żony i teściowej, a co innego być samotnym ojcem z dwójką dzieci.
Lusia  postanowiła uzupełnić wykształcenie i zaczęła studiować zaocznie. Jacek nie mógł tego zrozumieć, ale mu wytłumaczyła, że to zakład pracy ją do tego w pewnym sensie  zmusił- żeby mieć lepsze warunki płacowe musiała mieć studia. A tak naprawdę do tych studiów namówił ją kolega z pracy.
Jeszcze dziś, gdy wspomina tamten czas nie może zrozumieć jak sobie ze wszystkim radziła- gdy była na II roku  mama zachorowała i siłą rzeczy musiał się włączyć  do pomocy Jacek.Był wściekły na te Lusine studia.
Mama chorowała niemal rok,potem odeszła. Ale Lusia nie przerwała studiów, umordowana niesamowicie
ciągnęła je dalej.
I wreszcie  nadszedł kres tej mordęgi- obroniła pracę i otrzymała dyplom. Jacek nawet jej nie pogratulował, był obrażony. On nie widział potrzeby uzupełnienia wykształcenia.Nadal intelektem nie grzeszył, nic nie czytał poza gazetami.
Lusia przebiega myślami minione lata - nie było wesoło, oj  nie.Wpierw odszedł jej ojciec, zostawiając żonie cała masę długów. Potem odeszła mama, a w kilka lat potem teść. Teściowa  miała cały czas żal do Lusi, że Jacek musi zajmować się dziećmi a czasem nawet obiad ugotować. Starszy synek miał trudności w nauce, młodszy uczył się dobrze, ale był nieco dokuczliwy- przeszkadzał na lekcjach, w domu wszędzie go było pełno. Lusia pamięta, jak wiele razy rumieniła się  na wywiadówkach słuchając uwag wychowawczyni.
Potem zażądała, by na wywiadówki chodził również Jacek, przecież to i jego dzieci.
Pomimo różnych perypetii chłopcy pokończyli szkoły średnie. Młodszy technikum, starszy liceum. Teraz jeden już kończy studia, drugi ukończy pewnie za rok.
Lusia po cichutku podnosi się z łóżka. Staje przed znienawidzoną toaletką i pomału ściąga z siebie nocną
koszulę. Podchodzi do lustra i zaczyna dokładnie oglądać swe nagie ciało. Z  lustra spogląda na nią twarz
 niemal  obcej kobiety. Gdzie się podziały jej piękne blond warkocze? Wszystkie dziewczyny zazdrościły jej tego koloru i tej ilości włosów. Z lustra spogląda na Lusię zmęczona kobieta o białych jak śnieg, krótkich włosach.
Najgorzej przedstawia się brzuch, z wielką , rozlaną blizną od pępka  do samego dołu. A gdzie się podziała
talia? I czemu te biodra są takie obrośnięte tłuszczem? Uda też wyglądają okropnie.
Lusia wzdycha cichutko i zastanawia się - " dziwne,że  on mnie kocha, przecież  ma oczy, widział mnie nagą".
Cichutko wymyka się do łazienki. Gdy robi makijaż uśmiecha się do swych myśli - wczoraj była ostatni dzień w pracy. Od dziś zacznie nowe życie , w ramionach człowieka, który  tak świetnie znał jej ciało,
potrafił dać rozkosz, koił wszystkie smutki i chciał ją taką, jaka jest teraz. Tamtej młodej Lusi przecież nie znał.
Jeszcze tylko walizka i koperta z listem i kluczami od mieszkania. Lusia wychodzi z domu w rannych pantoflach, trzymając w dłoni szpilki. Cichutko zamyka za sobą drzwi.
Oddycha głęboko schodząc po schodach. Na dole czeka na nią taksówka i  on.

Zamiast dalszego ciągu:
Lusia będąc któregoś roku w sanatorium poznała mężczyznę swego życia. Dwa lata broniła się przed tą miłością. Gdy znów się spotkali to on sprawił,  że wreszcie poznała smak seksu i spełnienia. On ją rozumiał, koił jej smutki, szanował ją i podziwiał.
Lusia postanowiła, że gdy tylko przejdzie na emeryturę to nic nie mówiąc Jackowi wyprowadzi się z domu i  dopiero potem, przez adwokata załatwi rozwód. Dobrze wiedziała na co stać Jacka, gdy się zezłości, już kilka razy podniósł na nią rękę. Raz nawet wezwała policję.
Rozwód  dostała szybko, protokół z interwencji policji był dołączony do  pozwu.

środa, 11 lipca 2012

Lusia - c.d

Lusia pamięta, że dość długo czekała na sprawozdanie swej przyjaciółki z wyprawy na jedno z przedmieść
stolicy.  Nie  zapomni wyrazu twarzy Hanki - było w niej tyle współczucia, że aż  się przeraziła. A Hanka tak była wstrząśnięta tym co zobaczyła,  że wróciła tam ponownie i wszystko dokładnie sfotografowała.
Lusia pamięta te zdjęcia - drewniana maleńka chałupka, dobudowane do niej z różnych krzywych desek nieduże komórki, deski w płocie każda z innej parafii, krzywo pozbijane, a na płocie - suszące się garnki gliniane.Cztery.
Na jednej ze ścian chałupki wisiała tabliczka z nazwą ulicy i numerem domu.  To był ten sam adres co w dowodzie rejestracyjnym.
Lusia oniemiała. Dopiero teraz zaczęło do niej docierać, że właściwie głównym atutem Jacka był jego wzrost. Zero wiadomości ogólnych, zero zainteresowań, zero poczucia humoru. Lusia pamięta swoje rozmowy z Hanką, która zupełnie nie trawiła Jacka, nazywając go od początku troglodytą.
Pamięta też, że  właściwie tylko on jeden się nią zainteresował, że zupełnie nie miała powodzenia wśród chłopaków.
A Jacek nie był wprawdzie orłem  ale to on został jej pierwszym kochankiem, choć za nic w świecie nie
mogła doszukać się w tym przyjemności. Należał do sprinterów zajętych tylko swoim startem i dotarciem
do mety. Opowieści Hanki o cudownych chwilach spędzanych z własnym mężem słuchała niczym bajki o
żelaznym wilku i wcale a wcale w to nie wierzyła.
Po wielu dniach przemyśleń i bicia się z myślami, postanowiła zerwać z Jackiem. Postanowiła wykorzystać
fakt, że Jacek stale bywał w jej domu rodzinnym, a jej nigdy nie zaprosił do siebie ani nawet nie powiedział gdzie mieszka, więc chyba nie jest to normalna sytuacja.
W odpowiedzi na zarzuty Jacek nagle, ni stąd ni zowąd oświadczył się. Powiedział , że nie tylko ją kocha , ale i także jej rodziców.
Lusia wciąż jeszcze pamięta jak ją zamurowało i ze 20 minut zupełnie nie wiedziała co ma powiedzieć.
Lubiła Jacka nie wiadomo właściwie za co, ale chyba nie kochała. Co innego jezdzic razem gdzieś pod namiot a co innego zamieszkać pod jednym dachem. Z drugiej strony większość jej koleżanek juz zmieniła
stan cywilny, Hanka już cztery lata była mężatką. I była zadowolona. Choć te jej opowieści o wspaniałym
seksie wydawały się Lusi  mocno przesadzone.
Lusia przyjęła oświadczyny Jacka, rodzice byli średnio zadowoleni z tego kandydata na zięcia. Potraktowali sprawę jak w przysłowiu- na bezrybiu i rak ryba.
Sukienkę trzeba było szyć nową, bo Lusia przestała być  wiotką istotą- "nabrała ciała", jak określała przytycie jej mama.Oba śluby i skromne wesele minęły szybko i bezboleśnie.
Rodzice Lusi oddali młodym dwa pokoje na górze. I właśnie wtedy po raz pierwszy Lusia zobaczyła swą
obecną sypialnię.Sypialnia była prezentem ślubnym od....teściowej, ale meble wybierał Jacek. I to połączenie sprawiło, że za nic w świece Jacek nie zgadzał się nigdy na wymianę mebli w sypialni. Do  rozpaczy doprowadzało ją odbicie małżeńskiego łoża w dużym lustrze toaletki, ciągłe zachwyty Jacka nad tym, jak świetnie on się prezentuje w stroju Adama  i jak świetnie wyglądają oni w tym lustrze podczas miłosnych chwil. A Lusia coraz częściej miała dość "spełniania  obowiązków małżeńskich" bo jakość się nie poprawiła, natomiast wyraznie wzrosła ilość. Na zapytanie Hanki "a jak teraz ? lepiej?' odpowiedziała zgodnie z prawdą- "tak samo, ale niestety trzy razy częściej". Hanka dała jej telefon do seksuologa.
W kilka miesięcy pózniej okazało się, że Lusia jest w ciąży. Wcale się tym nie ucieszyła, jeszcze nie była gotowa na dziecko. Jacek za to chodził dumny jak paw, informując o tym zdarzeniu wszystkich bliższych i dalszych znajomych. Lusia dobrze pamięta ten okropny czas - mdłości mordowały ją do piątego miesiąca ,
zero radości z faktu, że będzie w domu dziecko. Ogromnie bała się porodu,  miała bardzo złe przeczucia, była pewna, że tego nie przeżyje i osieroci dziecko. Przeżyła, ale w końcu zrobiono cesarskie cięcie, bo jej i dziecku groziło niebezpieczeństwo.
Wszyscy, oprócz Lusi byli zachwyceni maleństwem. Chłopczyk dostał na imię Filip. Przy dziecku pomagała Lusi jej mama.  Gdy Lusia wróciła do pracy z urlopu macierzyńskiego i wypoczynkowego, już była w następnej ciąży. Gdy się zorientowała, że coś nie gra , a lekarz potwierdził jej obawy, była zrozpaczona.
W pierwszym odruchu chciała ciążę usunąć, ale lekarz, "ludzki człowiek", wysłuchawszy jej historii pożycia
małżeńskiego zaproponował inne rozwiązanie - niech urodzi, a że też będzie tym razem   "cesarka", to on podwiąże jej jajowody w trakcie operacji. Lusia nie chciała już więcej dzieci, a wiadomo było,że każda ciąża będzie musiała być rozwiązywana chirurgicznie, więc wskazanie do zabiegu  było.
c.d.n.

Lusia - c.d.

Bogdan wydął usta w podkówkę, co miało zapewne wyrażać jego smutek, spojrzał na Lusię i wyszeptał: "no cóż, trzeba odłożyć na dwa lata". Pod Lusią ugięły się nogi, ale jednocześnie poczuła wielką  wściekłość - przecież nikt nie podpisywał kontraktu ot tak, w ciągu kilku dni,  z całą pewnością  wszystko było planowane od dawna, tylko Bogdan nic jej nie mówił. Miała ochotę trzasnąć go w twarz, przecież pomysł
ślubu wypłynął od niego, jej się tak bardzo nie spieszyło, nikt jej z domu nie wyganiał.
Lusia przełknęła  ślinę, ściągnęła nieco teatralnym gestem zaręczynowy pierścionek z palca i podała go Bogdanowi mówiąc : " zabierz ten pierścionek, żadne z nas nie musi w tej sytuacji czekać dwa lata na ślub."
Wcisnęła mu pierścionek w rękę i tupiąc głośno obcasami odeszła, cały czas mówiąc do siebie  w myślach: "tylko się nie porycz, tylko nie rycz, to sukinsyn, tylko nie rycz".
Bogdan patrzył na pierścionek i zastanawiał się co ma zrobić- biec za nią czy może jednak zostawić ją, niech ochłonie, a on wpadnie do niej do domu wieczorem i spróbuje sytuację załagodzić?
Lusia dobrnęła do postoju taksówek i kazała odwiezć się do stacji podmiejskiej kolejki. Bezmyślnie wpatrywała się w mijający za szybą krajobraz, czuła zupełną pustkę w głowie. Gdy wysiadła na swojej
stacji zaczęła się zastanawiać jak ma to powiedzieć rodzicom- przygotowania do ślubu  były na ukończeniu, goście zaproszeni. lokal zarezerwowany, suknia niemal całkiem gotowa. A ona uniosła się honorem i oddała Bogdanowi pierścionek i właściwie to ona zerwała zaręczyny. Gdy szła do domu przez las, czyli na skróty,
zaczęła płakać. I taka  zapłakana weszła do domu, siejąc popłoch.
Ojciec  był zachwycony, że ślubu nie będzie - matka zaś odwrotnie - uważała Bogdana za dobrą partię, był od Lusi kilka lat starszy, miał ukończoną już Akademię Muzyczną, znała jego rodziców i lubiła zwłaszcza jego matkę. Nie bardzo rozumiała argumenty Lusi dotyczące zerwania. Przecież ten wyjazd był z pewnością korzystny dla niego, dlaczego ona się wścieka?  że nie powiedział wcześniej? W czym problem?
Ale Lusia z uporem powtarzała, że czuje się oszukana i nie ma zamiaru być z kimś, kto ją oszukuje.
Bogdan nie pokazał się więcej, podobno w trzy dni pózniej wyjechał wraz z zespołem do Szwecji. Stosunki pomiędzy rodzicami młodych uległy gwałtownemu ochłodzeniu.
Przez kilka miesięcy Lusia nawet nieco żałowała swej decyzji i czekała na jakiś list od Bogdana, choćby na kartkę z pozdrowieniami. Ale Bogdan nie pisał.
Z czasem przestała wypatrywać listów, spotykała się z koleżankami i kolegami z pracy.  Ale z nikim nie umawiała się na randki. Mniej więcej po 2 latach poznała Jacka. Lusia miała kompleks wzrostu - miała 175cm wzrostu na  bosaka i  była uważana w tamtych latach za bardzo  wysoką kobietę. Wielu młodych ludzi było tego samego wzrostu co ona i Lusia bardzo  chciała mieć chłopaka wyższego od siebie. Jacek był wysoki, wyższy od niej całe 15 cm. Zaczęli się spotykać.Sprawa wzrostu Jacka przykryła w pewien sposób jego inne "niedobory" -  Jacek nie był typem intelektualisty. Pracował w zaopatrzeniu, nie czytał książek, czasem brał do ręki  "Ekspres Wieczorny", ale lubił jezdzić na wycieczki, był wesoły  i towarzyski. Nie pił,
bo jego pasją była jazda na skuterze. Lusia mu się podobała, chętnie przyjeżdżał do jej domu w niedzielę, interesował się pracą ojca Lusi, który był jubilerem, pomagał nawet w rąbaniu drewna do kominka. Matka  Lusi zaczęła nawet spoglądać na niego łaskawym okiem. Wprawdzie nie miał studiów ani się na takowe nie wybierał, ale był naprawdę miły. Lusia usiłowała dowiedzieć się czegoś o jego rodzinie i jedyne  czego się dowiedziała to tego, że Jacek  ma starszą siostrę, zamężną, która czeka na mieszkanie, a póki co to mieszka z mężem i dzieckiem u rodziców.  Jacek też czekał na mieszkanie w spółdzielni.
Któregoś dnia Lusi udało się zerknąć w prawo jazdy Jacka- prosty manewr- ojej, pokaż jak wygląda prawo jazdy, nigdy nie widziałam- i prawo jazdy wylądowało w jej dłoni. Lusia szybko zerknęła na adres domowy i dobrze go zapamiętała. Następnego dnia poprosiła przyjaciółkę, by pojechała pod wskazany adres i obejrzała wszystko dokładnie.
c.d.n.

wtorek, 10 lipca 2012

Lusia

Lusia otworzyła  jedno oko i zaraz szybciutko je zamknęła. Przez chwilę zastanawiała się, co to za dzwięk ją obudził. Może dzwonek telefonu a może czyjś  głos?  Na wszelki wypadek  uniosła lekko głowę z poduszki, otworzyła oczy i rozejrzała się po pokoju. Było jeszcze szaro, grube zasłony tłumiły poranne światło.
Na sąsiednim łóżku spokojnie i mocno spał Jacek, jej mąż. W domu było cicho, budzik przy łóżku wskazywał 5,15. Popatrzyła znów na męża - "ten to może zawsze spać, jego  nic nigdy nie budzi i nie  budziło" - pomyślała z niechęcią. To ona wstawała zawsze do dzieci, to ją budził każdy szmer dochodzący z ich pokoju. Ale teraz dzieci już wyfrunęły w świat, były naprawdę bardzo, bardzo dorosłe. Żyły już własnym życiem.
Rozejrzała się z niechęcią po pokoju - nigdy go nie lubiła. Wszystko  było takie jak w dniu, w którym  tu
zamieszkała.  Kilka razy starała się coś zmienić, jedyne co się jej udało, to zmiana podwójnego łóża o wymiarach  2 na 2 metry na dwa łóżka o dwóch oddzielnych materacach.
Nienawidziła tu wszystkiego - tego, że łóżka stoją na środku pokoju, pod oknami. Nie lubiła tych białych szaf stojących po obu stronach łóżek,  białych szafek nocnych przy łóżkach,  na których stały białe lampy ustrojone w  bladoróżowe abażury z jedwabiu ułożonego w fałdki, żyrandola z takimi jak przy łóżkach lampkami, tyle, że mniejszymi,długiego tapicerowanego taboretu stojącego  przy łóżkach i stojącej  olbrzymiej  toaletki, która miała aż trzy lustra, dwie szafeczki z szufladkami i długą, oszkloną szafkę pod lustrami. Toaletka też była biała. W pobliżu  toaletki stał biały, ozdobny wieszak ubraniowy. Dywaniki
koło łóżek były bardzo puchate i  w beżowo-różowym kolorze. Kolorowy akcent, jak mawiała matka
Jacka.
Popatrzyła z niechęcią na męża. Ten, nieświadomy jej posępnych myśli spał nadal, lekko posapując.
Lusia odwróciła się do niego tyłem i zaczęła snuć ponure rozważania. Jak to się stało, że za niego wyszła?
Podobał się jej nawet a poza tym pojawił się na horyzoncie w chwili  gdy  Bogdan, jej pierwsza wielka
miłość na miesiąc przed ślubem zawiadomił ja, że podpisał kontrakt na wyjazd z "kapelą" do Szwecji. Bo Bogdan  był muzykiem. Nawet jedną piosenkę  dla niej skomponował. Nie szkodzi, że piosenka nie została
żadnym przebojem, że nie zawierała w treści jej imienia, ale Bogdan powiedział, że  to piosenka  dla niej.
A ona wierzyła w każde jego słowo i tak bardzo była szczęśliwa,  w dniu, w którym przyszedł do jej
rodziców i poprosił o jej rękę. Wprawwdzie rodzice nie byli nim zachwycenie, no ale skoro Lusia go kocha....
Ustalili czym prędzej datę ślubu, Lusia wybrała model sukienki, "upolowała"w jakimś komisie materiał,
rodzice Lusi zajęli sie przygotowaniami do ślubu i wesela. Ślub miał się odbyć w lipcu, zaraz po
Lusinej maturze. Z matury zapamiętała niewiele, wszystko robiła jak w transie, cud , że zdała.
Po ostatnim egzaminie czekał na nią Bogdan - wypytał o egzamin, ucieszył się, że zdała i powiedział:
- "słuchaj mała, mam dla Ciebie niespodziankę: wczoraj nasza kapela podpisała kontrakt ze Szwedami, wyjeżdżamy za dwa tygodnie".
Lusia do dziś pamięta jak nagle ścierpła jej skóra na karku.
"No a co ze ślubem?przecież mamy termin umówiony" zapytała Lusia.
"Ze ślubem, no właśnie, ze ślubem?"-powtórzył głupawo.Lusia patrzyła na niego badawczo i czuła, że za chwilę się  poryczy. Bogdan przełknął głośno ślinę....
c.d.n.