poniedziałek, 11 stycznia 2021

Fatamorgana- II

Działki miały  ładne położenie, było blisko do lasu  i równie blisko do rzeczki, do najbliższej  regularnej wsi było kilka kilometrów. Ale wyraźnie  były w strefie pozbawionej trwałej łączności  komórkowej a odbiór telewizji był co najmniej utrudniony. Było co prawda jedno miejsce,  nad rzeczką, w którym można było  "złapać" połączenie komórką ze światem i zawsze można tam było znaleźć kogoś ze sąsiadów stęsknionego kontaktów  ze światem zewnętrznym. Najczęściej można było tam spotkać pana Jacka, który przechadzał się ze słuchawką w uchu, rzadko kiedy coś mówił, raczej cały czas słuchał. 

Nad rzeczką najczęściej nikogo nie było, bowiem ten jej brzeg był dość stromy a rzeczki dno pełne było nagłych głębin, przeplatających się z płycizną- dzieci miały surowy zakaz przychodzenia tam bez opieki.

Elżbieta najwięcej czasu spędzała nie opuszczając działki -mama nie  życzyła sobie jej obecności w kuchni, ojciec często wraz z innym dziadkiem nadzorował zabawy dzieci, więc Ela w ciszy i spokoju czytała lub wychodziła drugim wyjściem z  działki wprost do lasu. Na tych spacerach niemal zawsze spotykała  "pana Jacka" i wtedy wędrowali nieco dalej w głąb lasu. Oczywiście za każdym razem sąsiad udawał zaskoczenie faktem, że się  spotykają, ale  za piątym razem Ela uśmiechając się powiedziała- taaak, to dziwne, że ilekroć  sama  wychodzę do lasu zawsze pana spotykam, naprawdę dziwne. Podejrzewam, że mnie pan po prostu stale obserwuje. Po co, dlaczego? 

Fakt- zgodził się pan Jacek- obserwuję, bo jest co obserwować, tak zwyczajnie, po ludzku podoba mi się pani, to raz, a dwa -  samotna, młoda i ładna kobieta w lesie to pokusa. Nie chcę by się pani przydarzyło coś złego, lub by pani zabłądziła . Tu już niejednemu  się to przydarzyło. I zamiast trafić z powrotem na działki trafiał do dalszej sąsiedniej wsi.       

Często wracali z tych spacerów z całkiem sporą ilością podgrzybków, którymi dzielili się po połowie. Po którymś spacerze, gdy dość sporo dyskutowali Ela zaproponowała żeby  przeszli  "na ty", bo tak łatwiej dyskutować. A dyskutowali na wiele tematów - jedynym, dość starannie omijanym tematem było ich życie osobiste. O tym, że Ela jest rozwódką wiedział od jej rodziców, a zwłaszcza od mamy Eli, która na swym byłym zięciu nie zostawiała przysłowiowej suchej nitki. A Jacek tylko powiedział, że on nie wie jak  wygląda życie w stanie małżeńskim, bo z uwagi na specyfikę swej pracy nigdy nie ożenił się ani nie zdecydował na posiadanie  potomstwa. O swojej pracy też nigdy nie opowiadał - raz tylko  napomknął, że nie jest to praca sprzyjająca życiu rodzinnemu i że większość jego kolegów to rozwodnicy. A on jest już tak przyzwyczajony do takiego trybu życia, że nawet nie wie czy umiałby być z kimś stale pod jednym dachem. Teraz  czeka tylko na wcześniejszą emeryturę i ma nadzieję, że się doczeka. Odbiera zaległe urlopy a i tak codziennie  ma kontakt z firmą.

Gdy w sobotę znów spotkała  Jacka w czasie swej wędrówki pobliskim lasem, powiedziała, że musi w niedzielę wrócić na  jeden dzień do miasta, bo ma umówioną na poniedziałek wizytę hydraulika, który ma jej zmienić w mieszkaniu  lokalizację kaloryfera, bo ta co jest teraz przyprawia ją o ból głowy- jakiś  geniusz umieścił go na bocznej ścianie obok okna i to niemal pod sufitem i każda jego regulacja wymaga od niej wchodzenia na drabinę, więc kupiła nowy, płaski i niech go hydraulik zamontuje pod oknem kuchennym. Oczywiście administracja musiała na to wyrazić  zgodę, poza tym trzeba  do tej "imprezy" wypuścić wodę z domowej sieci grzewczej, co oczywiście jest możliwe  głównie teraz, latem.

Jacek ubawił się serdecznie kaloryferem zainstalowanym niemal pod sufitem i gdy już się przestał śmiać powiedział - to ja mam dla ciebie propozycję - podwiozę cię do twego domu a ty mnie u siebie ugościsz swoją słynną kawą, o której słyszałem od  twojej mamy już z milion razy. A kiedy wracasz tu z powrotem? - myślę, że we wtorek rano - odpowiedziała. No fajnie, to dwie noce przenocuję u kolegi,  bo swoje mieszkanie już sprzedałem, zimą też tu mieszkam. Trochę tym faktem namieszałem tutejszym złodziejaszkom. A zimą jest tu bardzo fajnie.  Cisza, spokój, tygodniami można nikogo nie spotkać.Pomagam  leśnictwu dokarmiać  zwierzaki, zaopatruję okresowy paśnik. 

Nie wiedziałam o tym, że zimą też tu jesteś - Ela nie ukrywała swego zdziwienia. No a co tu sam robisz późną jesienią  i zimą? Przecież tu się chyba można powiesić z nudów! Nie sposób 12 godzin dziennie czytać!  

No nie, nie da się czytać dzień w dzień po 12 godzin. Ale muszę przecież prowadzić niemal normalny tryb życia. Ta nasza droga jest co prawda dwudziestej lub trzydziestej kolejności odśnieżania, więc zawsze z tej okazji jej odśnieżenia wyjeżdżam na zakupy.  Czasem wpadają do mnie znajomi, żeby "zażyć życia w głuszy". Minionej zimy paśnik zrobiłem  na wzmocnionym odcinku mojego płotu od strony zagajnika i porobiłem mnóstwo zdjęć. Nie było ostrej  zimy ale i tak płowa zwierzyna przychodziła. W tym roku też tak zrobię. 

Poza tym mam narty "skitourowe" - genialne, bo są niewiele cięższe od nart biegowych, są  okantowane jak zjazdówki i nieco szersze od nart biegowych, wiązania mają takie jak biegówki, ale z możliwością ich zablokowania, jeśli mamy odcinek dłuższego  lub bardziej stromego zjazdu. U nas są  podobne  narty, nazywają się  "śladowe", ale nie mają tej blokady wiązania, właśnie do wędrowania w różnym terenie zimą. Te są lepsze, przywiozłem je sobie z zagranicy, ale i u nas zapewne też będzie je można kupić. Gdy masz skitourówki nie jesteś udupiony w jednym miejscu i możesz na nich wędrować w urozmaiconym terenie. Dopiero dzięki nim pokochałem góry zimą, bo szczerze mówiąc nie bardzo rozumiałem sens pędzlowania wciąż jednego stoku. Wpierw stoisz  godzinę w kolejce do wyciągu a potem kilka minut pędzisz w dół, by znów powtórzyć to samo. A na skitourowych nartach można się spokojnie przemieszczać w dość urozmaiconym terenie. Nie wiem jak dla innych, ale dla mnie to znacznie ciekawsze.No a jak ostatnio patrzyłem to w Tatrach Zachodnich jest już 27 takich tras, a 7 w Beskidzie  Niskim. Ale i tak najlepiej zacząć od wędrówek po zaśnieżonych równinach by wyrobić sobie kondycję. Ojej, ja mam w domu  śladówki - ucieszyła się Elżbieta. Muszę przejrzeć sprzęt. Kiedyś na nich nawet jeździłam. A tej zimy to chciałam pojechać  z Radkiem do Zakopanego, żeby trochę popędzlował w szkółce narciarskiej a ja jako stateczna matrona obserwowałabym go z leżaka. 

To może stateczna  matrona przyjechałaby zimą na działkę z tymi śladówkami? Ja też mam jeszcze  stare  śladówki, to moglibyśmy trochę razem potrenować.  Na taki teren jak tu śladówki wystarczą w zupełności i zwyczajne  buty narciarskie. Co prawda teraz  to nawet buty do skitourówek są wypasione. W ogóle cały ten sprzęt jest bajecznie drogi i najlepiej kupować go za granicą w.....kwietniu, wtedy są naprawdę  spore okazje cenowe. 

A buty do trekkingu tuż przed sezonem zimowym- dodała Elżbieta. No a dzieciakom to nigdy się nie opłaca kupować nowego sprzętu, bo za szybko rosną - uzupełniła. Ja tylko wiem, że Radkowi od zawsze muszę  kupować buty ze dwa razy w roku. Zimowe ciuchy to przeważnie okazywały się już  za małe w lutym a buty to przed wakacjami i po wakacjach.  I dobrze, że nie ma fioła na punkcie  kopania piłki, bo wtedy nie tylko jest kwestia, że z butów smarkul wyrasta, ale przed wszystkim straszliwie je niszczy.Wiem co przeżywają moje koleżanki.

I tak, zgodnie z propozycją Jacka w niedzielne popołudnie wyruszyli jego samochodem do miasta. Ela zabrała od mamy  całkiem sporą listę zakupów martwiąc się, kiedy zdoła je zrobić. Ale  nie doceniła Jacka - przejrzał tę listę i powiedział - zrobię te zakupy oprócz tych aptecznych. Reszta jest dla mnie bezproblemowa.

                                                               c.d.n.


niedziela, 10 stycznia 2021

Fatamorgana

 Elżbieta spieszyła się do domu -  nie chciała by jej syn zbyt długo siedział sam. Teoretycznie dwunastolatek mógł siedzieć w domu sam, ale to wiek, w którym w głowie "młodszego nastolatka" lęgną się przedziwne pomysły.  

Od pięciu lat była samotną matką - po ośmiu latach małżeństwa jej mąż doszedł do wniosku, że ich związek był jedną wielką jego  pomyłką życiową i on ma dosyć - nie może udawać dłużej, że ją kocha, bo tak naprawdę jej nie kocha.   Alimenty oczywiście będzie płacił. A tak poza tym to od pewnego czasu  jest z inną i ona jest z nim w ciąży i w związku z tym on złoży pozew rozwodowy - Radek jest już odchowany a tamto drugie jego dziecko potrzebuje przecież ojca. No a jak  się orientował u prawnika, to bez trudu otrzymają rozwód, bo dobro dziecka jeszcze nie narodzonego ma pierwszeństwo, bo on oczywiście ożeni się z tamtą kobietą, bo ją kocha. 

Elżbieta  długo nie mogła pojąć jakim cudem nie dostała ataku serca słuchając tego wszystkiego. Siedziała jak skamieniała, nie mogąc z siebie słowa wydusić. Wreszcie pokonując jakąś gulę w gardle i dziwny ucisk w żołądku powiedziała - oczywiście, mogę zrozumieć, że mnie już nie kochasz, ale przecież mamy syna, więc o tym rozwodzie to ty mu powiesz - wytłumacz mu to wszystko, bo ja jestem za głupia na to, by mu to wszystko wytłumaczyć. Sama tego nie rozumiem, skąd nagle taka zmiana- trzy dni po upojnej  nocy ty mi mówisz, że byłam i jestem twoją pomyłką - to jak to jest? Cierpisz na chorobliwy, permanentny wzwód czy jak? Bo z tego co wiem, to trudno odbyć stosunek z kimś  kogo  się  nie pożąda a do tego ten ktoś jest życiową pomyłką. 

Olek wyciągnął do niej rękę by ją pogłaskać po głowie, ale ona odsunęła się szybko. No tak, zawsze cię pożądam, ale cię nie kocham. A może trochę i kocham, ale nie tak, żebym chciał z tobą spędzić resztę życia. 

No to po co w takim razie chciałeś byśmy mieli dziecko? Mogliśmy to odłożyć w czasie!

A co do Konrada - ciągnął Olek-on przecież od września idzie do szkoły, ma ukończone siedem lat i bez trudu zrozumie- zresztą ja zaraz po rozwodzie chcę wyjechać do pracy za granicę. Za rok lub dwa mogę go nawet tam do siebie zaprosić. Przecież się go nie będę wypierał. A wyjechać muszę, bo muszę zarobić na mieszkanie  dla siebie. Szykuję się na kontrakt do Maroka. Tam dobrze płacą.

No i mam do ciebie przy okazji  sprawę - w  związku z rozwodem będę musiał zostawić zabezpieczenie alimentów i moi rodzice mi  notarialnie takie zabezpieczenie złożą. Więc będziesz dostawała alimenty nawet gdy mnie  nie będzie w Polsce, więc idzie o to, żebyś wyraziła na to zgodę, bo inaczej nie dostanę tego kontraktu. I od razu uprzedzę twoje  pytanie - nawet jeśli nie wyjadę za granicę to i tak chcę rozwodu.

Ela spojrzała na niego i poczuła chęć walnięcia go czymś ciężkim w tę wykrzywioną uśmiechem twarz, ale zamiast tego powiedziała - myślę, że dla nas obojga będzie lepiej gdy spakujesz swoje rzeczy i się jak najprędzej wyniesiesz. Chyba jednak ta osoba  ma jakieś lokum, nie podejrzewam cię o to że płodziłeś to dziecko na ławce w parku. Na to to jednak jesteś zbyt wygodny. 

Następnego dnia w czasie gdy była w pracy Olek zabrał wszystkie swoje rzeczy ( trzy walizki, dwa kartony)  a klucze  od mieszkania wrzucił do skrzynki na listy, o czym ją poinformował telefonicznie. Tego samego dnia wracając z pracy Ela  kupiła dwa nowe zamki i  następnego dnia mąż jej koleżanki je zainstalował. Radkowi powiedziała tylko, że ojciec wyjechał w długą delegację,  zamki wymieniła,  bo zgubiła swoje klucze i nie wie gdzie, więc ze względów bezpieczeństwa wskazane było wymienienie zamków.

Tak dokładnie nie wiedziała co jej mąż  powiedział o tym rozwodzie dziecku, z tego co mówił Radek wynikało, że jego tatuś dostał świetnie płatną pracę w Maroku i tam będzie minimum 4 lata a możliwe, że i dłużej i że gdy Radek będzie starszy to do niego przyjedzie w odwiedziny na całe wakacje. Nie było ani słowa o jego nowej partnerce i przyrodnim rodzeństwie.

Rozwód przeszedł rzeczywiście szybko niczym burza letnia, Olek brał winę na siebie- tak, Wysoki Sądzie, zdradziłem, nie kocham mojej żony, nie rościł żadnych pretensji do opieki nad dzieckiem, alimenty zabezpieczyli jego rodzice.

O swoim rozwodzie Elżbieta  poinformowała swych rodziców już po  fakcie- nie chciała  by się do tego mieszali, bo  znając ich wiedziała, że każde z nich chciałoby z Olkiem porozmawiać, "przemówić mu do rozsądku". A tak dowiedzieli się już po wszystkim, gdy Olek już wyjechał.

Koleżanki,  którym zwierzyła się, namawiały ją, by rozejrzała się za kimś sensownym, w końcu płeć męska składa się nie z "samych Olków", bywają  wszak i bardzo sensowni i odpowiedzialni faceci. No może mniej przystojni niż Olek, ale może za to porządniejsi i bardziej  rzetelni. Ale Elżbieta unikała zawierania nowych znajomości.

Rodzice Elżbiety mieli poza miastem tak zwany domek letniskowy, w którym spędzali czas od kwietnia do października i zawsze brali tam na wakacje  Radka. Był to teren na którym było kilkanaście takich działek i z reguły  w okresie wakacyjnym niemal w każdym z domów było jakieś dziecko w wieku  Radka.  W tym roku okazało się, że  zmienili się najbliżsi sąsiedzi rodziców, z którymi byli oni zaprzyjaźnieni. Działkę wraz z domem nabył  samotny mężczyzna, z wyglądu 45-50 lat.

Rodzice Elżbiety nie mogli się wprost sąsiada nachwalić - a pan Jacek to, a pan Jacek tamto, a to pomógł, a to coś dobrze doradził. Elżbieta postanowiła w tym roku spędzić przynajmniej dwa tygodnie na działce rodziców razem z synkiem. Drugie dwa tygodnie urlopu planowała spędzić razem z nim w górach na nartach.

Zaraz po zakończeniu roku szkolnego  rodzice Eli zabrali na działkę  Radka, ona tydzień  później przyjechała tam PKS-em, a na przystanku czekał na nią ojciec i samochodem  zawiózł  na działkę. Nie było to już  daleko, raptem  około  pięciu kilometrów. 

Dawno nie była na działce rodziców- była zaskoczona jak ładnie tam. Zza niskiego płotu powitał ją nowy sąsiad - pan Jacek. Radka nie było, poszedł z kolegami i z jednym z ojców  nad rzekę  łowić ryby. Wszyscy doskonale wiedzieli, że na pewno żadnej ryby nie złowią, no ale przecież musiały dzieciaki coś robić. Ponieważ niemal wszyscy  działkowicze się już od wielu lat znali, co dzień kto inny  "dyżurował" przy dzieciakach. Na grzyby chodził z nimi  pan Jacek, czasem i jedna a babć, ojciec Elżbiety uczył ich najprostszego majsterkowania, czyli robienia "czegoś z niczego", jeden z ojców grywał z nimi w siatkówkę, inny z kolei organizował im jakieś zawody sportowe, jednym słowem  "dzieci były wspólne", każdy  miał na nie oko. Mamy i babcie dbały by przypadkiem któreś nie było głodne. Elżbieta się śmiała, że to krasnoludki od Królewny Śnieżki, bo było ich w sumie siedmioro, wszystkie  w wieku 10-12 lat. Nie było podziału na zajęcia dziewczyńskie i  chłopięce,  trzy dziewczynki  równie dobrze strzelały z procy, umiały założyć robaka na haczyk jak i zrobić coś pożytecznego z przechodzonych skrzynek po owocach.

                                                 ciąg dalszy nastąpi       


P.S.

I jak zawsze - jeśli czytamy to zostawiamy znaczek    :(  lub  :)



 

niedziela, 3 stycznia 2021

Zimowa eskapada - epilog

 Wszystko się kończy, a urlopy to chyba zawsze zbyt szybko. Warszawa powitała ich mokrym śniegiem i brudną paciają na ulicach czyli normalnymi warszawskimi warunkami  zimowymi. Dni były krótkie, niebo wiecznie  szare,  słońce wyprowadziło się chyba na inną półkulę i wcale nie zaglądało w ten rejon globu. 

Michał znów rzucił się intensywnie w nurt pracy, Ryszard  z kolei walczył o inny kształt swojej firmy, co najbardziej przypominało problem z gatunku "jak zjeść ciastko a jednocześnie mieć je  nadal". 

Mama Michała  zapadła z kolei na wirusowe zapalenie płuc, a po zupełnie nietrafionym i długim leczeniu antybiotykami wylądowała w szpitalu z grzybicą płuc. Mirka na razie odłożyła składanie wymówienia i spokojnie pracowała w swym biurze. Przed sobą miała już tylko jeden egzamin do absolutorium i w perspektywie obronę pracy dyplomowej. Było bardzo możliwe , że oboje z Michałem będą mieli w bardzo zbliżonych terminach obronę  swych prac.

 Rysia nadal gotowała Ryszardowi obiadki i....zaczęła uczęszczać na aerobik. Odwiedziła też osiedlową biblioteką i się do niej zapisała. Zniknęły gdzieś stosy  czasopism z serii "wielki świat, kuchenny blat"  a garderoba Rysi przechodziła systematycznie "reformę", zwłaszcza, że Rysia przypomniała  sobie, że posiada .....maszynę do szycia.

Michał składał kiedyś aplikację  na stypendium  w jednym z krajów "zachodnich". Odpowiedzi nie dostał, a że było to naprawdę dawno to zupełnie o tym nie pamiętał. Gdy pewnego już wiosennego dnia dostał  list z pytaniem czy jeszcze jest zainteresowany owym stypendium zupełnie  nie mógł się połapać co jest grane. Dwa razy przeczytał pismo, bo miał przez moment wrażenie, że ktoś może go pomylił z bratem stryjecznym ale to stypendium nie dotyczyło sztuki tanecznej, lecz dyscypliny będącej przedmiotem jego studiów, a więc jednak było do niego. 

Wieczorem pokazał pismo Mirce, która powiedziała, że powinien odpowiedzieć, że nadal jest zainteresowany, ale obronę będzie miał 1 czerwca a poza tym zmienił mu się stan cywilny więc nie za bardzo mu pasuje  samotny wyjazd na 2 lata. No i "zobaczy się" co odpiszą. A tak przy okazji, niech tłumaczy swą pracę na angielski, ona mu ją wystuka  w tym języku na maszynie bez najmniejszego problemu. 

Ale Michał miał 1000 wątpliwości - nie wierzył, że  będzie mógł zabrać ze sobą Mirkę a dwa- że utrzymają się z jego stypendium, trzy - że wystarczy mu tylko ten angielski. 

Ale Mirka przerwała dyskusję- wpierw trzeba otrzymać odpowiedź od nich. Przecież pisząc kiedyś do nich podawał, że posługuje  się tylko językiem angielskim a nie dodatkowo francuskim lub niemieckim. A co do utrzymania się tam - mąż  jej znajomej też w tym kraju  spędził 2 lata, a na dodatek z żoną i synem w wieku szkolnym i dał radę finansowo, więc może i oni dadzą radę. 

Poza tym można sprzedać mieszkanie w Krakowie, zamienić złote płytki na walutę a mieszkanie warszawskie wynająć na czas nieobecności. No i przecież będą mieli też zabezpieczenie finansowe z tego wycofanego wkładu od developera. A w ogóle nie ma się co martwić na zapas. Tyle tylko, że zapewne nie wyjadą od razu razem, ale to raczej niewielki problem, kwestia góra dwóch lub trzech miesięcy. Będzie miał tam na starcie tyle  spraw,  że nawet nie  zauważy kiedy ten czas minie. I niech jak najprędzej udzieli im odpowiedzi, bo  będzie trzeba sporo spraw tu pozałatwiać. 

A przede wszystkim trzeba będzie  to w pierwszej kolejności powiedzieć Ryszardowi, który ciągle liczy na nią jako na wspólnika. No tak - ja  wyjadę a Ryszard będzie cię podrywał- niby zażartował Michał. Ale Mirce nie było wcale do śmiechu i zareagowała dość ostro. W niemiły sposób uświadomiła mu, że gdyby miała na Ryszarda ochotę to byłaby z nim zaraz po zdanym u niego egzaminie, bo potem on już nie miał wykładów.  No i co z tego, że ją zaprosił do jednej z najdroższych warszawskich restauracji (już po egzaminie) i przysłał do pracy tuzin róż w dniu jej imienin i mówił tyle komplementów (takich na poziomie), że niejedna by zmiękła, ale on się jej nie podoba jako mężczyzna, choć ceni go jako człowieka, bo ma facet dużą wiedzę, był dobrym wykładowcą i nie ma braków w obyciu. I jego zachwyty nad jej osobą zupełnie nie robią na niej najmniejszego wrażenia. Traktuje je jak element krajobrazu. A takie żarty w wykonaniu Michała to ją po prostu obrażają. No i musiał się Michał wielce kajać i przepraszać Mirkę tego wieczoru.

Ryszard się nieco zmartwił, że być może spółka z Mirką nie dojdzie do skutku. Przy okazji omówili jeszcze kilka tematów związanych z jej pracą dyplomową, bo Ryszard powiedział, że jego  zdaniem mogą na obronie paść i  takie  pytania. 

Mirka jako pierwsza broniła swą pracę.Przygotowała się na multum podchwytliwych pytań a pytanie padło jedno i nie mogła się oprzeć wrażeniu, że brzmiało niemal tak, jak sformułował je ponad dwa miesiące wcześniej Ryszard. Ale gdy pomyślała nad tym trzeźwo to sformułowania wygłaszane przez prawników z reguły brzmią podobnie.

Z miesiąc przed obroną pracy Michała przyszła odpowiedź  w sprawie jego stypendium, że zmieniają rodzaj stypendium i będzie to stypendium podyplomowe,  tak samo dwuletnie, ale z uwagi na specyfikę przedmiotu będzie również praktyka. I że nie ma problemu z tym, że jest żonaty. Wystawią odpowiednie dokumenty, tyle tylko, że nie będzie  mogła w tym czasie pracować zarobkowo. No i zamiast mieszkania w akademiku będą musieli sami sobie  znaleźć mieszkanie, ale to nie powinno stanowić  dla nich żadnego problemu. Mieszkanie w akademiku też nie  było darmowe. Ponadto poproszono by zaraz po obronie skontaktował się z nimi i przyjechał na kilka dni i koniecznie przywiózł 1 egzemplarz swej pracy w języku angielskim.

Ryszard był niepocieszony z  uwagi na wyjazd Mirki. Spędzili z Mirką dwa wieczory na omawianiu i zapisywaniu wszystkiego co powinien zmienić i jak ustawić wszystko na nowo. Przy okazji poleciła mu koleżankę ze studiów, która przez jakiś czas pracowała w kancelarii prawniczej w charakterze sekretarki, więc nieźle się orientowała we wszystkim. Właśnie  kończył się jej urlop wychowawczy.

Michał bez problemu obronił swą pracę dyplomową i dopiero teraz powiedział rodzicom o tym stypendium podyplomowym i o tym, że wyjadą oboje. Jego rodzice bardzo cieszyli się z tego, że pojedzie z nim Mirka. Ojciec mając upoważnienie notarialne zajął się sprzedażą krakowskiego mieszkania i przepuszczenia rodzimej gotówki przez kantor, oraz wpłatą jej na konto Michała i Mirki. Kwota 25 tysięcy dolarów już dawno była przez Mirkę rozdzielona na dwa konta - jej i męża. "Skarby" po babci Mirka częściowo zamieniła na gotówkę, a częściowo zostawiła w skrytce bankowej, oczywiście niestety płatnej. Swoje mieszkanie na razie wynajęła a opiekowali się nim i załatwiali wszystkie  bieżące sprawy jej teściowie.

Po stypendium Michał dostał bardzo dobrą pracę i nie widział  już dla siebie  pracy w Polsce. Mirka w czasie gdy miał to stypendium uzupełniała swe studia w dziedzinie prawa europejskiego. 

"Rzutem na taśmę" Mirka zdecydowała się na urodzenie dziecka - dziecię płci żeńskiej było wielką miłością obojga i obiektem ciągłej tęsknoty rodziców Michała. I tylko przez tę "kruszynkę" nie wyemigrowali  za "Wielką Wodę", bo dziadkowie korzystając z faktu, że   mogli osiedlić się w dowolnym kraju UE po przejściu na emeryturę osiedlili się tam, gdzie mieszkała ukochana wnuczka. 

Ryszard też ich dość często odwiedzał. Ożenił się w końcu z Rysią, która od czasu egipskiej zimowej eskapady przeszła sporą przemianę, za co Ryszard cały czas wielbił jeszcze bardziej Mirkę. I kilka razy w roku razem odwiedzali Mirkę i Michała.

Rodzice  Mirki z wielkim trudem sprzedali w końcu "działeczkę", ale nigdy nie wybrali się do swej córki, choć byli wszak zapraszani.

                                                        KONIEC





sobota, 2 stycznia 2021

Zimowa eskapada- XI

 Wreszcie nadszedł, niemal po roku, wieczór wyjazdu do Egiptu. Podobna  była pora, a zwłaszcza ulubiona godzina odlotów czarterowych. Cała reszta była jednak różna, ale Mira i Michał chyba o tym samym myśleli od chwili wejścia do hali odlotowej, bo w pewnej chwili Michał pociągnął Mirę w stronę informacji i tam  ją na oczach nieco zdumionych przyjaciół namiętnie pocałował. 

Na pytające spojrzenie swego ojca powiedział - aaa, tak jakoś zebrało mi się na wspominki, a wszelakie  dworce i lotniska świetnie się do takich scen nadają. Ale ojciec zupełnie nie skojarzył, bo przecież nie wiedział, że oni właśnie tu się poznali. 

"Ryszardy"- jak mówili między sobą Mira i Michał, wyglądali bardzo sportowo. Rysia, gdy rozejrzała się po strojach grupki lecącej do  Egiptu odkryła, że nie było ani jednej kobiety  ubranej w buty na szpilkach i tylko 4 panie (skrupulatnie policzyła) były w spódnicach, z tym że jedna z nich to była wielce leciwa pani. I od razu podzieliła się tym spostrzeżeniem z Mirką i jej teściową. A przecież- powiedziała- szpilki wysmuklają sylwetkę.  

Ale nie niwelują wcale ani 10 dekagramów nadwagi - wypaliła Mirka.  Od wskoczenia w szpilki z pewnością nie ubędzie ani kilogramów na wadze  ani nie zmniejszy się obwód bioder czy talii. Co najwyżej lepiej wyglądają nogi, chociaż czasami widz się tylko zastanawia jak taki cieniutki obcas wytrzymuje taki nacisk. Rysia automatycznie uległa zapowietrzeniu się i już nic nie mówiła.

Tym razem podróż zaczynali od Kairu. Hotel, który mieli zarezerwowany był zaledwie  o 10 minut drogi pieszo od  Muzeum Egipskiego. W cenie były śniadania i kolacje. Co prawda nie był pięciogwiazdkowy a zdobiły go tylko trzy  gwiazdki, nie mniej  lśnił czystością, miał całkiem ładne łazienki, podwójne łóżko z powodzeniem pomieściłoby cztery osoby, a większość pokoi miała  balkony. W cenie były śniadania i kolacje, wszystko w formie szwedzkiego stołu. Dzień przylotu wszyscy przeznaczyli na odpoczynek. Jednak spanie w samolocie nie jest pełnym wypoczynkiem.

Ponieważ była ich szóstka  często korzystali z taksówek wieloosobowych, które były znacznie tańsze od zwykłych . 

Do Muzeum Kairskiego poszli "nowicjusze",  a Michał i Mirka przeznaczyli ten dzień na odkrywanie najbliższego otoczenia hotelu. Nie da się ukryć, że w najbliższym otoczeniu co krok niemal był jakiś hotel - jeśli się człowiek zagapił to mógł z powodzeniem wejść  do innego niż ten,  z którego wyszedł rano. No i do Gizy nie było stąd daleko- zaledwie godzina drogi autobusem.  

Ale do Gizy to ani Michał ani Mirka nie  mieli ochoty jechać. Wysłali tam nowicjuszy- no bo jak? być w Egipcie i nie być w Gizie to tak jakby być w Rzymie i nie  zobaczyć  żywego papieża. 

Wpierw sami powędrowali na targowisko Khan Khalili,  do którego dojście  zajmowało raptem 15 minut . Targowisko było w tym miejscu już 700 lat i na jego terenie była stara, kultowa kawiarnia El Fishawy, która istniała już 250 lat. Podawano w niej kawę parzoną "po turecku" z kardamonem i słodką, miętową herbatę. Prawdę mówiąc to żadne z nich nie odważyło się tu wypić cokolwiek.

 Naczelną zasadą było chodzenie po ulicach Kairu, a tym bardziej po targowisku, bez żadnych torebek czy też plecaków, bo niestety na porządku dziennym były kradzieże.  Torebki na pasku,  tzw. "nerki" i Mirka i Michał nosili pod zapiętą kurtką. Targowisko było olbrzymie i na pewno łatwiej było powiedzieć czego tu nie ma niż co tu można kupić.

Ale oni oboje wcale nie mieli zamiaru kupować jakichś pamiątek. I choć droga  na bazar nie była daleka, to koszmarny ruch samochodowy i hałas, tłumy ludzi idących we wszystkich kierunkach były męczące. Tłumy były tam cały dzień, od wczesnego rana do północy. Wszystkie sklepy funkcjonowały przeważnie do 23,00, lub do 24,00 godziny.

Mieli wrażenie, że mieszkańcy tego miasta nigdy nie śpią. Mirka stwierdziła, że widocznie  sypiają na zmiany. 

Wszyscy razem zwiedzili fortecę Salah Al-Din A-Ayoubi zbudowaną przez Saladyna w XII wieku, Koptyjski Kościół  Prawosławny z drewnianym dachem w kształcie Arki Noego.  Byli też w naprawdę pięknym Al Azhar Park z pięknie utrzymanymi ogrodami, fontannami, wieloma punktami  gastronomicznymi, ładną kawiarnią i teatrem.

Zwiedzili też Muzeum Koptyjskie (które powstało w 1908 roku) ze zbiorami zabytkowych dzieł sztuki,  Abdin Palace Museum,  oraz byli na wyspie nilowej Gezira Island, nazywanej  przez miejscowych Zamalek. To najdroższa i najpiękniejsza  dzielnica Kairu, którą zamieszkuje około 420 tysięcy osób. Znajdują się tu liczne  muzea,  piękne pałace oraz Opera Kairska. Na wyspę można się dostać trzema  mostami.

Z ulgą opuścili Kair, bo miasto- moloch było jednak męczące. Jeszcze  żadne z nich nie było w  aż tak ludnym  mieście tyle dni. Ubiegłoroczny pobyt Mirki i Michała w Kairze był jednak bardzo krótki. 

Teraz tanimi liniami polecieli do Luksoru. Lot trwał zaledwie godzinę i 10 minut,  a gdyby chcieli ten dystans pokonać pociągiem musieliby jechać minimum 10 godzin. Spotkali nawet takich, którzy chcieli się wybrać do Luksoru pociągiem , ale gdy okazało się jak ów pociąg wygląda - czym prędzej zrezygnowali.

Hotel w Luksorze był pięknie położony, bliziutko Nilu a z tyłu był ogród i basen. Pokój Mirki i Michała wychodził na ogród, w pokoju był ekspres do kawy i olbrzymie podwójne łóżko, była ładna łazienka, a hotel miał własną restaurację i bar. Lokalizacja pod względem zwiedzania była dobra, do Świątyń Karnaku było zaledwie 2,8 km, do Doliny Królów 7,2 km. Pogoda była dobra , miłe ciepło a nie wściekły upał. 

Na tablicy ogłoszeń rodzice Michała wyczytali ogłoszenie, że istnieje szansa na komfortowe zwiedzenie Doliny Królów, grobowca Tutenchamona, świątyni Hatszepsut i świątyni Amenhotepa III na terenie kolosów Memnona III, a wszystko to w towarzystwie egiptologa. Na koniec  był lunch w miejscowej restauracji. Pod hotel przyjeżdżał klimatyzowany busik, po wycieczce odstawiał gości do ich hotelu. Jedyny  drobny  mankament- egiptolog mówił po angielsku. Postanowili wykupić tę wycieczkę, tym bardziej, że w każdej chwili można było zrezygnować. Rysia była przerażona bo nie znała wcale angielskiego, ale mama  Michała powiedziała, że to nie szkodzi, ona też właściwie  nie zna, ale co zobaczą to ich. A po powrocie do Warszawy uzupełnią swe wiadomości.

W dwa dni później wszyscy pojechali eleganckim mikrobusikiem do Doliny Królów. I choć Mirka i Michał byli tam  rok wcześniej nie  żałowali, że pojechali tam teraz. Dopiero ten przewodnik zwrócił ich uwagę na fakt, że każdy z tych posągów Amenhotepa III wykuty z kwarcytu w1370 roku p.n.e miał wysokość 15, 60 m,  podstawa dodawała mu  2 metry wysokości więcej, a każdy ważył około 800 ton. Z przodu tronu, po bokach są wykute dwa posągi kobiece- jego żony Teji oraz matki Mutemuji. Boczne  ściany tronu  zdobią reliefy przedstawiające  bóstwa Nilu. Co prawda dziwnie wyglądają te olbrzymie samotne posągi siedzącego na tronie faraona, ale tylko tyle pozostało ze świątyni grobowej Amenhotepa III, która uległa dwa razy siłom natury- raz trzęsieniu ziemi a po jakimś  czasie wylewowi Nilu.

Wprawdzie wszyscy widzieli w Muzeum Egipskim wszystko to co  najcenniejszego wydobyto z grobowca Tutanchamona, wszyscy zwiedzili jego grobowiec. Widać wchodzenie do  grobowców ma jakąś magiczną siłę przyciągania, jak stwierdził Ryszard, ale nie da się ukryć, że malowidła naścienne robią nieprzemijające wrażenie.

                                                      c.d.n.


Zimowa eskapada- X

Czas mijał niepostrzeżenie. Pewnego  październikowego dnia Mirka  odebrała telefon od......brata stryjecznego swego męża. Były Michał wyraził swą radość z faktu, że Mirka weszła do rodziny Sz. Poza tym jest przekonany, że ona i jego brat stryjeczny bardzo do siebie pasują i że życzy im obojgu wszystkiego co najlepsze.

Przez wrodzoną  uprzejmość Mirka  zapytała się, jak się jemu powodzi - okazało się, że on mieszka w Niemczech, a przyjechał do Polski po swoje dokumenty, bo ma zamiar ożenić się z pewną Niemką. Nie żeby to była jakaś wielka miłość, ale dziewczyna dobrze tańczy, jest zabawna i niezła pod wieloma innymi względami no i ma mieszkanie i cierpliwość by uczyć go niemieckiego. 

Mirka potraktowała go dość chłodno, a na pytanie czy mogli by się spotkać powiedziała że oczywiście tak, ale w tej sprawie to niech telefonuje do swego brata, bo ona podporządkowuje swój grafik jego grafikowi, więc jest prościej gdy się z nim umówi, jeśli aż tak go ciekawi co u nich słychać. Oczywiście natychmiast po skończeniu rozmowy zadzwoniła do męża i poinformowała go o tym telefonie. Michał się uśmiał i powiedział, że on osobiście nie widzi nic  ciekawego w tym spotkaniu i na pewno odmówi, co Mirka pochwaliła. No ale Michał nr 1 zrozumiał dobrze taktykę Mirki  (wszak nie był głupi) i więcej nie  telefonował ani do niej ani do swego brata.  

Mirka z coraz większą radością spoglądała w kalendarz, bowiem urlop w Egipcie zbliżał się coraz większymi krokami. Omawiała zestaw  garderoby z teściową i wielce ich ten temat pochłaniał.

Ryszard coraz częściej omawiał swoje sprawy zawodowe z Mirką, chciał całkiem zmienić funkcjonowanie swej firmy, bo jak stwierdził do dawania pieniędzy w ten biznes to chętnych nie brakowało, ale każdy chciał być tylko udziałowcem od strony finansowej a ludzi do pracy konkretnej to jakoś nie było. I nawet pozbieranie ich razem by coś omówić to też  było trudne. Mirka stwierdziła, że ona powiedziała na ten temat już wszystko a teraz  dalsze działanie i tak musi podjąć Ryszard. To on musi teraz pomyśleć jak to wszystko zakończyć a potem od razu zacząć od nowa na innych nieco zasadach.   I może byłoby lepiej gdyby było to na mniej "kumplowskich" zasadach, bo jak się okazuje to kumple bywają bardziej przydatni daleko od pracy. 

Któregoś dnia , gdy rozmawiali w trójkę, Ryszard powiedział całkiem szczerze - Michał, ja ci po prostu Mirki zazdroszczę- to bardzo mądra kobieta. A mądra żona to skarb, tyle tylko, że wymaga wtedy od mężczyzny ciągłego myślenia. I pomyśleć, że mógłbym być jej mężem, gdybym się nie poczuł wtedy tak bardzo dotknięty jej odmową spotykania się, choć uzasadnienie nie było dla mnie w najmniejszym stopniu uwłaczające. A tak to mi została rola  niemal ojca, ale ojca  zachwyconego córką. 

No niee, litości - zaprotestowała Mirka. Ja już mam  dwóch ojców, trzeci mi niepotrzebny. Bądź po prostu naszym przyjacielem. Przyjaźń jest nie przemijającym stanem, a miłość to uczucie, które nie pielęgnowane dostatecznie może obrócić się nawet w nienawiść. Poza tym przyjaźń wiele więcej wybacza, nie jest tak zaborczym uczuciem jak  miłość. A możesz  nam powiedzieć, kto w końcu będzie u twego boku na tym wyjeździe? Pani Rysia, czy jakaś nowa zdobycz?

Ryszard roześmiał się- przeceniasz mnie, już żaden ze mnie zdobywca. Dobrze wiem, że młode i ładne lecą głównie na moją kasę, a nie na mnie. 

Bo może, sam sobie z tego nie zdając sprawy, właśnie tym im usiłujesz zaimponować. Nie  zapraszaj od razu do super drogiej knajpy, nie kupuj tuzina róż bez powodu, nie ozdabiaj ich uszu złotymi kolczykami. Zapomnij na trochę o swojej kasie, bądź taki jakim byłeś na studiach. Wtedy dostrzegą w tobie nie kluczyk do kasy a faceta. I od razu będziesz wiedział czy im zależy na  tobie czy na twojej mamonie. A pani Rysi to na czym zależy? rozgryzłeś?

Pani Rysia z trudem ukrywa fakt, że po prostu chce wyjść za mąż, ale nie za byle kogo, bo już raz za byle kogo wyszła. I nie wie nic poza tym, że jestem prawnikiem. Dobra z niej kobieta, mieszka obok, świetnie gotuje, troskliwa i stosunkowo dobra "w te klocki", ale żadnych nowości. I tak jak powiedziałaś - nie za bardzo mam z nią gdzie bywać i o czym porozmawiać. Z tym bywaniem to pół biedy, ale jak sama wiesz lubię sobie z kobietą podyskutować niekoniecznie o tym co ma być na obiad a o wielu innych  sprawach. Nie wymagam by była akurat dobra w tematyce prawnej, ale po obejrzeniu jakiegoś filmu wolałbym nie słyszeć zachwytu nad urodą obsady ale nad tym jakie było jego przesłanie i jak się to ma do prawdziwego życia. I wolałbym częściej bywać w teatrze niż w kinie. Ale dla niej teatr to okazja do wystrojenia się a nie uczty duchowej. Zresztą jak mam jej powiedzieć, że powinna się inaczej ubrać?

Prosto- zainwestuj w jakiś ciuch, kup, przynieś i gdy zmierzy i będzie dobry rozmiarowo to się zachwyć niezmiernie. Na ogół to skutkuje. Rozmiar podejrzysz na jej obecnych ciuszkach. Rozmiar jest zawsze  podany na metce- w sukienkach i bluzkach metki są  z tyłu na szyi, w spodniach i spódnicach w talii.Możesz też coś wypatrzeć na mieście na manekinie i potem z nią w to miejsce przyjść mówiąc, że sobie wyobrażasz ją w tej sukience. Niech zmierzy i jak będzie  wyglądała dobrze to zainwestuj. My lubimy zachwyty naszych partnerów, pilnie się w nie wsłuchujemy. 

A poza tym możesz z nią do nas wpaść w najbliższą sobotę, to pogadamy na temat pobytu w Egipcie , obejrzy trochę zdjęć, ja jej podpowiem w czym jest tam najwygodniej się poruszać. I przepędź ją na piechotę, więc może odkryje, że niższe szpilki są nieco praktyczniejsze do  chodzenia, albo odkryje takie  cudo jak adidasy.

Ten projekt najbardziej przypadł do gustu obu panom, już widzieli w wyobraźni jak oni urzędują  sami przy stole i roztrząsają losy świata a one  sterczą w sypialni i oglądają  ciuszki. Nie podejrzewali, że będą musieli wziąć udział w akcji : "uczymy panią Rysię jak się ma wyszykować do wyjazdu".

Z jakiegoś bliżej nie znanego powodu pani Rysia była przerażona  faktem, że jej garderoba musi się zmieścić w jednej walizce i nie może ważyć więcej niż 20 kg razem z walizką. Pierwszy szok przeżyła jeszcze oglądając zdjęcia- na wszystkich co do jednego Mirka była w spodniach, w sumie miała 4 pary spodni - 2 razy dżinsy, 2 razy cienkie spodnie. Na wszystkich zdjęciach była w adidasach. Miała ze  sobą 2 pary szpilek, ale one były tylko do tańca, nie do chodzenia na ulicy.Adidasy jedne były solidniejsze, drugie lżejsze. Miała też 2 sukienki, ale też tylko do tańca. Na co dzień funkcjonował zestaw spodnie plus różne bluzki: 3 z krótkim rękawem, jeden cienki golf plus 3 trykotki z  długim rękawem. Jeden sweter ciepły, wełniany, 1 cienka czapka, kurtka cienka wiatrochronna z kapturem, 1 ciepła kurtka, jesienno-zimowa na podróż.Dwa kostiumy kąpielowe, czepek, klapki basenówki. Sporo skarpetek, miękkich, bawełnianych. Dla urody - kremy z filtrem +50, kremy nawilżające, żel aloesowy.W trakcie wizyty okazało się, że Ryszard też raczej nie ma  na stanie garderoby sportowo-wycieczkowej, bowiem od lat były to dziwne urlopy, wielkomiejskie, nawet jeśli spędzane poza ojczyzną. Owszem,  miał letnie garnitury, ale nie zestawy sportowe. Ryszard był typem garniturowo- krawatowym, zero luzu. W życiu nie miał na nogach adidasów, ani na tyłku dżinsów.Wobec takiej sytuacji postanowiono, że w następną sobotę odwiedzą kilka sklepów w galeriach handlowych.

Obkupienie obojga w odzież, której raczej nigdy nie nosili było tyleż zabawne co meczące.  Mirka napracowała się znacznie  bardziej, bo Rysia w niczym się sobie nie podobała. Ryszard wpierw się wypytywał Michała jak "w tym czymś" wygląda, potem to samo pytanie zadawał Mirce, na końcu zaś Rysi, która za każdym razem zapewniała go, że świetnie.  Mirka jej wytłumaczyła, że jeśli jej choć trochę zależy by nadal być z Ryszardem to niech robi i mówi to co jej Mirka każe. Argumentem, by przekonać Rysię do dżinsów, adidasów i innych akcesoriów było powiedzenie, że  to ubranie ją odmładza. Tak naprawdę może nie tyle ją odmładzało, co uwalniało od stylu przechodzonego wampa. Ukoronowaniem starań było doprowadzenie  Rysi do fryzjera, by skasować tę stapirowaną  beżową bezę, którą miała na głowie. Fryzjerka  udowodniła jej, że dobre strzyżenie uwolni ją od tapirowania i lakierowania włosów. Przy okazji Mirka  skróciła też swoje włosy- miała teraz taką długość, że mogła je albo podpiąć albo nosić rozpuszczone. Po pięciu godzinach ciężkich robót oboje byli obkupieni. Zakupy nieco zdziwiły Ryszarda, który liczył się, z tym, że wyda krocie a okazało się, że wydał niewiele  więcej niż połowę tego, co wydałby  na markowy garnitur( bo nosił tylko markowe  garnitury). A najważniejsze, że Rysia po raz pierwszy wyszła na miasto w spodniach i adidasach. Mirka ją tylko uprzedziła, że po pierwszym dniu chodzenia nie na szpilkach a na płaskiej podeszwie może odczuwać ból mięśni piszczelowych, bo inne partie mięśni nóg pracują gdy się chodzi  na obcasach, a inne gdy na płaskiej podeszwie. Poboli jeden dzień, zawsze może sobie rozmasować, to szybciej ból ustąpi.

Byli zmęczeni i głodni i Ryszard zaprosił ich do restauracji na obiad. Ojej- zawołala cichutko Rysia- ale ja  jestem nieubrana.  Ależ jesteś ubrana i to dobrze ubrana - zapewnił ją Ryszard. Wolę cię w tych dżinsach niż w tej przyciasnej i przykrótkiej sukience. Rysię aż zapowietrzyło na dobre pół godziny, po czym odpowiedziała- no skoro uważasz, że tak lepiej, to mi miło. Po obiedzie pożegnali się serdecznie i pary rozeszły się do swoich domów.

Jeszcze jedne takie zakupy a popełnię  harakiri- powiedział Michał. Gdzie oni się uchowali? Mirka tylko wzruszyła ramionami - mnie to nie dziwi, bo większość facetów w jego wieku to garniturowcy,  ich stałym ubraniem jest garnitur, tyle tylko, że Ryszard ma zawsze bardzo dobre jakościowo  i bardzo dobrze uszyte  garnitury, bo większość ma szytych na miarę. A gdy się coś szyje na miarę to się to szyje z bardzo dobrej jakości materiału. Strasznie droga jest po prostu robocizna. I dobrze, że załatwiliśmy wszystko na tych niższych kondygnacjach, bo on jest trochę snob , a na górze jest Marc O'Polo i tam to by wydał kupę kasy. A jak ci się podobała "nieubrana" Rysia ? Michał się roześmiał- nawet Ryszard  dostrzegł różnicę. A ty jesteś kochana, że masz teraz włosy takie, którymi lubię się bawić. 

                                                               c.d.n.








piątek, 1 stycznia 2021

Zimowa eskapada - IX

Mirka i Michał odkryli, że Warszawa latem jest całkiem niezłym do mieszkania  miastem - był znacznie mniejszy ruch i zdecydowanie mniej korków.

Siedzieli  na terenie jednego z warszawskich basenów i nie mogli się nadziwić jak mało jest ludzi. Sądząc po zdjęciach  z plaż nadbałtyckich  to pół Polski a może i więcej okupowało plaże. "Ludź na ludziu i ludziem pogania"- śmiał się Michał.W każdą sobotę i niedzielę wszystkie podwarszawskie miejscowości posiadające dostęp do jakiejś wody też były oblegane. Poza tym wiele osób miało działki i jak się śmieli to "zapachy grillowe" z tych działek docierały niemal do Pałacu Kultury. 

Rodzice Mirki byli nieco urażeni, że "młodzi" nie chcieli ani razu przyjechać do nich na działkę. Działka była w lesie i naprawdę nie było co na niej robić. Do rzeki było ze  dwa kilometry, a mikroskopijna plaża gęsto pokryta ludźmi. Na domiar  złego plaża była zupełnie dzika, dno rzeki nie sprawdzone, oczywiście nie było sanitariatów, więc w dochodzącym blisko do plaży lesie  był po prostu smród. Mirka była na tej działce dwa razy - pierwszy i ostatni - i to w ciągu jednego dnia. Rodzice byli na nią wściekli, bo powiedziała, że mają talent do wyrzucania pieniędzy w błoto, bo taka działka to się do niczego nie nadaje - nawet pranie na niej strach wywiesić bo albo ktoś przeskoczy przez płot i ukradnie albo ptaki przelatując  je zabrudzą - orzekła. 

Szumne  plany hodowania własnych "warzywek i owocków" też spełzły na niczym bo trzeba by było wpierw nawieźć ileś ton dobrej ziemi, a potem codziennie robić 120 kilometrów by te  posiane nasiona warzyw podlewać. Można też było ewentualnie zamieszkać na działce, jeśli się lubiło prymityw. Na domiar złego późną jesienią i zimą działki były notorycznie  okradane ze wszystkiego co tylko miało jakąkolwiek wartość. No ale widocznie sam fakt posiadania działki mamcia Mirki uważała za swego rodzaju nobilitację. I tego rodzaju działek było całkiem sporo w okolicach Warszawy.

Popływali trochę w basenie (na zmianę, bo przecież ktoś musiał pilnować rzeczy) i stwierdzili, że nie ma to jak w domu i w ramach spaceru poszli do domu na piechotę - do pokonania mieli zaledwie 5 kilometrów.

Akurat zdążyli zmyć z siebie wytworny zapach  chloru gdy zadzwonił telefon - to telefonował ojciec Mirki, że właśnie jest w szpitalu, bo babcia zasłabła gdy się wybierali "na działeczkę". 

Mirka dowiedziała się w którym szpitalu, oboje się ubrali szybko i pojechali. Po drodze Mirka powiedziała do Michała- babcia też nie lubiła tej działki, nie dziwię się, że zasłabła. Na jej miejscu też bym zasłabła w ramach protestu.  

Ku jej zdumieniu ojciec był sam - matka nie pojechała z własną matką do szpitala, bo akurat umyła  włosy i miała nakręcone je na lokówki. Mirka myślała, że eksploduje ze złości.  Odszukała lekarza dyżurnego, który powiedział, że babcia jest odwodniona i on osobiście uważa, że to wszystko co zrobili raczej niewiele pomoże, więc niech Mirka pożegna się z babcią, bo pacjentka pewnie nawet rana nie doczeka. 

A potem poszedł razem z Mirką i Michałem do sali, gdzie leżała  babcia podłączona do kroplówki.  Podszedł do łóżka, delikatnie pogładził babcię po policzku i powiedział- pani Stanisławo, przyjechała wnuczka z mężem. Babcia pomału otworzyła oczy, chwilę się wpatrywała w Mirkę i z trudem wyszeptała- Mireńka  kochana, czekałam na ciebie. Potem spojrzała na Michała i całkiem głośno powiedziała - a ty dbaj o nią, to dobre dziecko. W 10 minut potem lekarz stwierdził zgon. Pani babcia - powiedział lekarz- była skrajnie odwodniona, podejrzewam, że od wieczora nic nie piła, a gdy się ma 85 lat każde odwodnienie jest groźne. 

W tej chwili do sali wkroczyła matka Mirki. Mirka podeszła do niej i obejmując ją za szyję wysyczała jej do ucha- zabiłaś ją. A głośno powiedziała do lekarza- to moja matka, proszę ją zapytać kiedy ostatni raz poiła babcię. I nie oglądając się za siebie wyszła z sali a za nią Michał. Na korytarzu  Mirka ukryła się w ramionach Michała i cichutko płakała. Gdy wyszli z budynku Michał wziął taksówkę i pojechali do domu. 

W domu  zaparzył  herbatę rumiankową i gdy nieco przestygła przyniósł Mirce do wypicia. Pozwolisz, że zadzwonię do mamy? A może chcesz by tu przyjechała? Ma więcej talentów medycznych niż ja.  Dobrze, zadzwoń, ale tylko przekaż informację.  Jutro przecież my jedziemy do nich, ja się za chwilę pozbieram.  Mnie tylko wściekłość dusi - przez tę cholerną działkę umarła z odwodnienia - matka dawała jej  bardzo mało picia, żeby przez tę godzinę jazdy nie  zsikała się. I co z tego, że ciągle kupowałam pampersy dla dorosłych - wolałam kupić pampersy niż zostawić na nie pieniądze - i tłumaczyłam w kółko by na tylnym siedzeniu samochodu rozłożyła podkład i na nim jakiś kocyk flanelowy, łatwy do prania. Podkładów też nakupowałam.To nie - ona przecież była mądrzejsza. Michał, ja wiem, babcia już nie była młoda, ale gdyby nie to odwodnienie to pewnie by jeszcze trochę pożyła. 

Michał , chodź do sypialni, pomożesz mi otworzyć skrytkę w biurku- babcia nim się stąd wyprowadziła powiedziała mi, że gdy umrze, to mam otworzyć skrytkę w biurku - trzeba ją otwierać  dwoma dłutami albo mocnymi śrubokrętami. Jednym trzeba lekko podważyć blat nad tylną ścianką szuflady przy  prawym brzegu, aż coś stuknie, a wtedy drugi włożyć pionowo w dól  za tą ściankę i pociągnąć do siebie i wtedy szuflada  dalej się wysunie. I mam sobie wszystko co znajdę wziąć. Biurko robił dla babci jej przyjaciel z lat szkolnych, który  miał warsztat stolarski. To damskie biurko, nieco niższe niż standardowe, ale świetnie się przy nim siedzi.Ta skrytka jest w szufladzie.

Otworzyła szufladę, wyjęła z niej swoje notatki i odłożyła je na łóżko. Szuflada była rzeczywiście nieco dziwna, jej głębokość kończyła się w połowie głębokości biurka.

Michał przyniósł  jedno dłuto i jeden śrubokręt. Podważył blat przy prawej ściance szuflady i  usłyszeli cichy trzask a wtedy Mirka wsunęła w powstałą szczelinę śrubokręt  i pociągnęła do siebie. Szuflada otworzyła się na całą głębokość biurka. Leżało w niej wiele kopert, każda podpisana imieniem Mirki. Otwierali je po kolei z wielkim żalem.

Był też list napisany do Mirki, w którym była informacja, że te wszystkie rzeczy były gromadzone przez 2 pokolenia, czyli przez zmarłą właśnie babcię i jej matkę, czyli prababcię Mirki,  Zofię. Była też w nim prośba by Mirka tę biżuterię nosiła i potem przekazała swej córce . Wyjmowali z kopert nie tylko biżuterię - były też płytki złote z wybitą na nich próbą. Jedna z kopert była zaklejona i opatrzona imieniem Katarzyna. Tej koperty Mirka nie otworzyła, tylko odłożyła ją na bok. W jednej z kopert był naszyjnik ze srebrnych   cekinów o średnicy centymetra  ułożonych w płaską piramidkę, z wytłoczonymi egipskimi znakami.  Mirka  pamiętała, że jej prababka  Zofia rzeczywiście była w Egipcie. W jednej z kopert z napisem pierwsze ząbki Mireńki były.....mleczne zęby Mirki, schowane w maleńkim pudełeczku blaszanym z napisem  ...aspiryna. Były też różnej grubości i długości złote łańcuszki. Dolary amerykańskie też się w kopertach znalazły. I dwa złote krzyżyki ankh, kilka złotych medalików. Medaliki i złote łańcuszki włożyła do jednej koperty i razem z kopertą opatrzoną napisem "Katarzyna" odłożyła na bok. Resztę schowała z powrotem do szuflady i zamknęła ją. Resztą zajmiemy się później. Teraz trzeba jednak zrobić jakiś obiad. Chodź, ja obiorę kartofle a ty utłuczesz sznycle i pokroisz pomidory do sałatki.

A jutro wpadniemy do moich rodziców, dam matce  te łańcuszki, medaliki i tę kopertę. Powiem tylko, że było to zdeponowane u mnie i miałam jej to dać po śmierci babci. Bez zagłębiania się w szczegóły. A potem pójdziemy do  twoich rodziców jak było w planie.

Gdy zjedli obiad Michał zatelefonował do swoich rodziców i powiedział, że babcia  Mirki zmarła i że Mirce udało się z nią pożegnać i że jutro wpadną do nich, tak jak było umówione.

Potem w ramach odreagowywania poszli na długi spacer, z którego wrócili jednak taksówką, bo Mirka poczuła okropne zmęczenie. Do końca dnia trwała w objęciach Michała powtarzając- jak dobrze, że jesteś ze mną.

Następnego dnia zaniosła matce dwie koperty. Dowiedziała się, że matka musi porozumieć się z rodziną w sprawie pochówku, bo to rodzinny grób i być może trzeba będzie poddać zmarłą kremacji, bo tam już dość pełno. Trochę się matka dziwiła, że babcia zostawiła te koperty u Mirki, a nie dała ich jej sama, ale Mirka stwierdziła, że nie wie dlaczego. A ty coś dostałaś od  babci?-  tak, srebrny naszyjnik egipski- odpowiedziała Mirka.

Potem pojechali do rodziców Michała. Została tam wycałowana, wyściskana i zapewniona, że we wszystkim jej pomogą.

Pogrzeb babci załatwiała matka, finansowo zmieściła się w zusowskich kosztach, bo grób był "własnościowy". Matka była spowita  od stóp po czubek głowy w czerń, którą zakupiła na tę okazję a Mirka była ubrana w popielatą sukienkę z czarną malutką kokardką. Takie same kokardki mieli dopięte Michał i jego rodzice. 

Rodzina, która nawet nie wiedziała, że Mirka jest już mężatką (wszak nikt ich na ślub nie zapraszał) przyglądała się uważnie Michałowi. I byli wielce rozczarowani, bo Mirka z mężem i rodzicami Michała nie zjawili się na stypie, którą matka Mirki urządziła w  domu. A Mirka teściów zaprosiła na obiad do restauracji w Konstancinie. Obiadowali na oszklonej werandzie  obrośniętej kwitnącym kaprifolium. Było miło, cicho, rodzinnie i kojąco.

Mirka zawzięcie pisała swoją pracę dyplomową, a Ryszard ciągle ją naciskał by już teraz przeszła do  kancelarii. Obiecała mu, że zacznie pracować u niego od nowego roku. Powiedziała też, że jest skłonna  zostać udziałowcem, ale nim podejmie  taką decyzję to chce popatrzeć jak to wygląda  wszystko od strony finansowej. No wiesz- nie chciałabym  mieć  takich dylematów jak z tą spółdzielnią mieszkaniową. Chciałabym też wiedzieć czym konkretnie bym się miała zajmować. Nie zapominaj, że kończę prawo administracyjne, więc zastanów się dobrze czym się będę zajmować. Bo to dość specyficzny kierunek. Ryszard westchnął głęboko - tak naprawdę to ja chcę z ciebie zrobić wspólniczkę - bo sam nie daję rady- spraw jest coraz więcej a ja nie jestem w stanie tego wszystkiego dopilnować. Poza tym ja jestem labilny i mnie też powinien ktoś dyscyplinować.  A ty jesteś "uporządkowana", stale przytomna, obowiązkowa, szalenie logicznie myślisz. Przemyśl to i  za kilka dni o tym porozmawiamy powtórnie, zgoda? No tak, zgoda, ale licz się z tym, że będę miała więcej pytań. I pomyśl o tym, że mnie się może zamarzyć dziecko i co wtedy? No ale na razie nie masz dziecka, będę się martwił gdy  się okaże, że je będziesz miała. Mogę być wujkiem tego dziecka i je zabawiać gdy ty będziesz  w pracy. Ryszard, litości, bądź poważny- nie dołuj mnie, mam cię za poważnego faceta a ty  teraz  bredzisz.

                                                            c.d.n.






czwartek, 31 grudnia 2020

Zimowa eskapada -VIII

Michał był bardzo zadowolony ze swej pracy, tym bardziej, że  urządzenie, które projektował  powoli się materializowało. Ale jak to w życiu- były dni, że wszystko szło sprawnie i szybko ale były też dni, że najchętniej zamordowałby siebie i kilka osób, bo nikt nie zauważył w fazie projektu, że to "coś" nie ma prawa działać! Zdarzało się też  czasem, że ktoś coś niechcący popsuł.  

Praca dyplomowa Mirki była o tyle lepsza, że nie była  to żadna nowa konstrukcja, która  musiała działać, ale opis pewnych mechanizmów prawnych, ich działanie, pozytywne  ewentualnie negatywne.

Oboje byli zapracowani i  śmieli się, że największą i najbardziej pożądaną rozrywką jest gotowanie obiadów, wypad na zakupy lub przebieżka po domu z odkurzaczem.

Mirka kilka razy korzystała z konsultacji Ryszarda, czasem się wręcz kłócili, bo Mirka twardo broniła swoich tez i nie  przemawiało do niej sformułowanie typu " bo tak się  zawsze robi", lub  "tak się zawsze  dzieje, chociaż wiadomo że....". Pewnego dnia, po takiej sprzeczce Ryszard powiedział- ty ciągle  zapominasz,  gdzie żyjesz, oprzytomnij dziewczyno! Odłóż tę pracę na tydzień lub dwa, nie zaglądaj o niej, poczytaj dobrą książkę, najlepiej z serii  "zabili go i uciekł", zajrzyj do Jasienicy i zaraz mniej nerwów sobie stargasz denerwując się na "tu i teraz." 

A tak w ogóle przypominam ci, że mieliście z Michałem do mnie wpaść, więc może wpadniecie do mnie w tę sobotę. Nie wiem czy wiesz, ale mieszkam całkiem blisko was, możecie nawet spacerkiem do mnie przyjść. I umówmy się, że nie będziemy rozmawiać o sprawach poważnych, możecie mi opowiedzieć  np. o waszym urlopie w Egipcie. I ani słowa o tym, że chcę cię mieć w swojej kancelarii, dobrze? 

No pewnie, twój teren, ty dyktujesz warunki pobytu na nim. A ty pomimo tych naszych kłótni nadal chcesz mnie  w kancelarii?- zdziwiła się nieco. Masz jakieś zadatki na masochistę?  

Nie mam zadatków na masochistę, to ty zmienisz poglądy gdy w to wszystko głębiej wejdziesz. Na razie wciąż się obracasz w sferze teorii,  praca którą wykonujesz nie rozwija cię wcale. W twojej firmie  dział prawny mógłby nawet nie istnieć, sprawdzacie tylko czy się poruszacie ścieżkami  wytyczonymi przez regulacje prawne. Ty się tam marnujesz, nie musisz wysilać mózgu jak z czegoś wybrnąć, jak udowodnić, że białe jest szare a nie białe a czarne tak naprawdę czerwone. 

Przerażasz mnie Ryszardzie, nie wiem czy jestem aż tak zdolna, by widząc czarne wmówić komuś, że to jest czerwone.

Ależ to nie jest żadne wmawianie- po prostu  w procesie myślowym sama dojdziesz do takiego wniosku. Mirka popatrzyła na niego jak na wariata, a Ryszard powiedział- uwielbiam to twoje spojrzenie, wiadomo co myślisz. 

Szkoda, że już jesteś mężatką - bylibyśmy świetną parą.  I ciągle byśmy się kłócili - no nie wiem czy to byłoby takie zabawne na dłuższą metę- stwierdziła Mirka. No ale wyobraź sobie  jak byśmy się zawsze mogli pięknie potem godzić.... Taaa, a po drugiej kłótni to już byś mnie  nie oglądał we wspólnym mieszkaniu- nie miałbyś okazji się ze mną więcej niż raz pięknie pogodzić- bo dla mnie kłótnie nie są sensem życia. Poza tym mimo wszystko nie uważam, że zawsze moje musi być na wierzchu. No ale się wciąż sprzeczamy gdy omawiamy twoją pracę- zauważył Ryszard.  To prawda, ale to dlatego, że prawo podobnie jak religia jest dość skostniałe, a życie nie stoi w miejscu!    Brawo! Jesteś świetna, coraz bardziej widzę cię w mojej kancelarii !

W sobotę,  w porze poobiedniej,  wybrali się na umówioną godzinę do Ryszarda.  Mirka oczywiście  uprzedziła Michała,  żeby czasem nic nie wspominał o ewentualnym jej przejściu  do kancelarii Ryszarda.   I tak zupełnie nie po polsku, nie byli ubrani odświętnie - Mirka  była w czarnych dżinsach i szarym golfie, Michał też oczywiście w dżinsach i w bluzie dobranej kolorem do golfu Mirki. I tak zupełnie  nie tradycyjnie przynieśli ze sobą nie "sztywny bukiet", czyli butelkę jakiegoś alkoholu, ale  całkiem spore ładne pudełko  domowej roboty  kruchych  ciasteczek, z których część była słodkich a część wytrawnych, dzieło mamy Michała.  Oczywiście Mirka od razu wyjaśniła,  że ciasteczka są dziełem   jej teściowej, bo ona jeszcze nie posiadła umiejętności pieczenia  ciast i ciasteczek. Może gdy skończy studia weźmie kilka lekcji pieczenia różnych słodkości.

Ryszard zrobił kawę, przeprosił, że na chwilę ich opuści, ale musi wyskoczyć po swą towarzyszkę, która uparła się, że bezwzględnie musi złożyć wizytę fryzjerowi, więc  musi ją stamtąd odebrać. Oczywiście oboje go zapewnili, że nie ma problemu, spokojnie na niego przy kawie poczekają. 

Gdy wyszedł Mirka zaczęła się zastanawiać kiedy to ostatni raz była u fryzjera - chyba jeszcze  przed   ślubem. Miała teraz  długie włosy i często nosiła je upięte w kok. Planowała by je ściąć  dopiero przed wyjazdem do Egiptu.  Nie ścinaj - zaoponował Michał - lubię gdy masz  je długie i lubię  się nimi bawić gdy masz je  rozpuszczone.

Naprawdę wolisz gdy mam długie włosy?- zdziwiła się Mirka. No dobrze, to je tylko nieco skrócę i nie będę ich wtedy musiała upinać.

Ryszard powrócił w ciągu pół godziny. U jego boku tkwiła beżowo włosa blondynka, 
w bardzo obcisłej i dość krótkiej  jersejowej blado zielonej sukience, na nogach miała
dobrane kolorem do sukienki bardzo wysokie szpilki. 
Warstwa  makijażu zapewne kryła drobne niedoskonałości , takie jak zmarszczki. Wiek owego zjawiska u boku Ryszarda Mirka oceniała na 45- 50 lat. I chyba te szpilki były dla niej za wysokie, bo niezbyt pewnie się w nich poruszała.

Ryszard dokonał prezentacji- okazało się, że pani tak naprawdę ma na imię Maria, ale od lat wszyscy  mówili na nią Rysia, od Marysi, jak wyjaśniła. A teraz ta jej ksywka pasuje do Ryszarda. 

Ryszard wyszedł do kuchni i po chwili zawołał Mirkę, by mu pomogła. Mirka puściła oko do własnego męża i szybko wyszła do kuchni. W kuchni Ryszard walczył z jakąś
kremową roladą- co prawda bez trudu ją pokroił, ale nie bardzo wiedział jak ją przełożyć na paterę. Przy okazji rzucił cichutkie pytanie - no i jak?  

Nijak - odpowiedziała Mirka- nie widzę jej ani w twojej kancelarii ani na przyjęciu oficjalnym. Ale dobrze gotuje- odpowiedział Ryszard i stosunkowo niezła w łóżku. Ale nie sprosta ci intelektem zapewne - a do gotowania to możesz sobie  znaleźć dobrą kucharkę, stać cię. Wracaj do pokoju, sama się tu uporam z tą roladą. Idź już, talerzyki też znajdę. I podeślij mi Michała.

Za moment przyszedł Michał i powiedział - wyjątkowo milczącą kobietę sobie Rysio
wybrał. Mirka parsknęła śmiechem - to może być jej zaleta, że milczy gdy nie wie co ma mówić. Lepiej nic nie mówić niż gadać głupstwa. Znalazła widelczyki do ciasta, bardzo ładne, chyba iberyjskie talerzyki deserowe, na trzy raty udało się jej ułożyć pokrojoną roladę na paterze brudząc sobie przy tym palce kremem. Wskazała Michałowi tacę i poprosiła by zaniósł ją do pokoju. Umyła starannie ręce i też poszła do pokoju.

Wchodząc powiedziała - pyszny ten krem, ale rolady powinni sprzedawać już na jakiejś tacce bo przekładanie tego na paterę to wyższa szkoła jazdy- dobrze, że miałam tylko 10 palców do oblizania. A gdzie ty ją kupiłeś, chyba nie w tej wiedeńskiej cukierni kolo nas?  A nie, nie tu, na Powiślu. Tam  mają pyszną tę roladę i takie bezowe ciastka tym samym kremem przekładane. Warte grzechu i przytycia.

Rozmowa zeszła na Egipt i Michał powiedział, że zimą wybierają się znów do Egiptu, bo rodzice im zafundowali pobyt jako prezent ślubny a i sami też jadą w tym samym terminie. To niesamowite - stwierdził Ryszard- na ogół młodzi nie chcą nigdzie jeździć w towarzystwie rodziców, a wy jedziecie i to w podróż poślubną.

Ale rodzice Michała są naprawdę  bardzo fajni, a jego mamę to ja wręcz uwielbiam- zapewniła Ryszarda Mirka. Mam wprost niebywałe szczęście, że trafiłam taką teściową. Oni są z gatunku ludzi, którzy potrafią pomóc w taki sposób, że masz wrażenie, że to ty im pomagasz  a nie oni tobie. A poza tym mieliśmy już intensywną podróż przedślubną.

Słuchaj Ryszard- moja matka dałaby się zabić gdyby to miało pomóc Mirce- ona ją uwielbia- dodał Michał. I jak bywałem czasem u nich sam to ciągle się mama martwiła o to, że Mira i pracuje i studiuje i nie mogła się nadziwić, że ja nie wiem jaki makaron do zupy lubi Mirka. A ja to nawet nie umiem powiedzieć jaki ja lubię a co dopiero jaki ona lubi.

Ryszard zaczął się śmiać, w końcu powiedział - jesteś chłopie dzieckiem szczęścia, masz super rodziców a na dodatek super żonę. Doceniaj te  dwie rzeczy. Opowiedzcie mi trochę o tym Egipcie, bo jakoś nigdy tam nie byłem. Opowieści o pobycie trwały z godzinę . Zainteresowanie pani Rysi wzbudziła wiadomość o tym, że Beduini malują sobie oczy. 

Ojej, coś podobnego, faceci robią sobie  makijaż - było to jedyne pełne zdanie, które tego wieczoru powiedziała.

Wiecie co, też bym pojechał w tym terminie do Egiptu , zwłaszcza, że lubię was wszystkich. Sprawdzę tylko czy jeszcze są wolne miejsca w tym biurze, w którym wy się zaokrętowaliście. Nie macie nic przeciwko temu?

Ale dlaczego mielibyśmy mieć? Te hotele duże są i na szczęście wszystkie z basenami. A że będziemy i w Karnaku, to nawet na zewnątrz będzie można popływać stwierdził Michał.

                                                                c.d.n.