środa, 6 lipca 2022

Trudny wybór - 56

 Tak jak zaplanowali w piątek rano wyruszyli w  drogę powrotną do Warszawy. W czwartkowy wieczór Emil i Piotr długo wertowali  mapę, przeglądali internet i  stwierdzili, że wracając  wcale  nie pojadą przez Kraków a przez Bielsko Białą, Częstochowę, Piotrków  Trybunalski, Tomaszów Mazowiecki, Rawę Mazowiecką, Grodzisk Mazowiecki i Piaseczno. A panie  wymyśliły, że nie  będzie tym razem obiadu na gorąco, zwłaszcza, że  dzień się  zapowiadał  słoneczny- one przygotują "campingowy" posiłek, który  zjedzą albo na  regularnym  parkingu albo na "dzikim parkingu", w lesie. I pewnie będzie  to gdzieś  w okolicach Piotrkowa Trybunalskiego i potem za kierownicą usiądzie Adela. Przy  przeciętnym  ruchu na  szosie te 470 kilometrów powinno im  zabrać 6 godzin i 15  minut "czystej  jazdy" - wszak postój na parkingu to nie "jazda". 

Wybór trasy okazał  się "strzałem w  dziesiątkę", bo część  trasy przebiegała przez  Słowację. I jak  się okazało droga  nie była nadmiernie uczęszczana w przeciwieństwie do  trasy Zakopane - Kraków. Przerwa śniadaniowa  w podróży była na leśnym parkingu w okolicach Rawy Mazowieckiej i byli jego jedynymi użytkownikami. Znaleźli ten  parking przez  czysty przypadek, bo skręcili w bitą drogę  jezdną odchodzącą od szosy. Chcieli postać  nieco  w cieniu, a wiedzieli, że większość parkingów nie posiada dużych, dających  porządny  cień drzew. I tym sposobem trafili na  bardzo miły, typowy leśny parking, usytuowany ze 200 metrów od szosy. Spędzili na nim trzy kwadranse, jedni chodząc i łudząc  się, że może znajdą grzyby, drudzy leżąc na kocu i snując plany urlopowe już na przyszły sezon. 

Adela i Emil doszli w pełnej zgodzie  do  wniosku, że urlop powinien trwać dwa  miesiące- jeden  miesiąc to stanowczo  za mało. I najlepiej  byłoby  mieć nienormowany czas pracy.  I oboje zaczęli całkiem przychylnie myśleć o pracy w kancelarii prawniczej. Przecież  my będziemy mogli w każdej chwili odejść z Urzędu, jeśli  się nam praca tam zupełnie  nie spodoba - stwierdził Emil.  Ja naprawdę nie wiem jak ja bez ciebie wysiedzę w biurze - martwił się Emil.  

No chyba tak, jak to wytrzymywałeś gdy nie pracowałam z tobą - po prostu pracowałeś sam. No  zgoda,  miałeś więcej pracy, ale dawałeś radę ze  wszystkim.  Pomyślałam, że w lipcu trzeba uporządkować wszystkie papierzyska, wszystko dokładnie poopisywać, może do każdej teczki dodać spis treści. Bo jeśli zostaniemy w urzędzie to nie będziemy już robić tego co robimy teraz, my będziemy zatwierdzać to co ktoś inny opracuje, będziemy musieli samodzielnie orzekać, czy jakiś rzecznik właściwie coś uznał za patent, albo właściwie uznał za czyjąś własność. Tyle zrozumiałam  z tej rozmowy z moim przyszłym szefem. 

Maleństwo ,  dobrze to zrozumiałaś, ale  dlaczego nie możesz  zrozumieć, że  gdy mówię o pracy bez  ciebie to nie idzie  mi o to, że część jej ty robiłaś tylko o fakt, że cię nie będzie  obok? No ale to będzie tak tylko przez dwa miesiące,  czyli przez 44 dni i zaledwie z 9 godzin  dziennie, czyli przez 396 godzin przez dwa miesiące. A potem będziemy się widywać w ciągu dnia pracy. Sierpień ma 22 dni robocze, wrzesień tak  samo.Oczywiście, jeśli będziemy  w Kancelarii to zapewne będziemy tandemem, co ewentualnie trzeba będzie od  razu omówić z Arkadiuszem i to nim tata z nim wejdzie do spółki. 

A powiedz mi  Maleństwo  jakim cudem sierpień i wrzesień mają tyle  samo  dni roboczych? Bez cudów. 15 sierpnia jest święto kościelne,  dzień  wolny od  pracy. No tak, rozumiem,  zapomniałem o tym święcie. Dobra jesteś w tym liczeniu! Nawyk z czasu bycia sekretarką - wiecznie  siedziałam z nosem w kalendarzu. I tak  mi kretyńsko zostało. 

Adela delikatnie przeczesywała palcami włosy Emila mówiąc: lubię  się bawić twoimi  włosami, są takie podatne na układanie! Chyba  miałeś  loczki jako małe  dziecko.  Muszę poprosić  tatę, żeby  mi pokazał twoje zdjęcia  gdy byłeś malutki.  Szkoda, że  wtedy nie było kolorowych zdjęć! Niemowlak z piwnymi oczami! Ale tak naprawdę   niemal  wszystkie dzieci na początku mają oczy  niebieskie i dopiero około 3 roku życia "ustala" się  dzieciom kolor oczu - powiedział Emil. Podobno byłem znacznie ładniejszym dzieckiem z oczami niebieskimi. 

No ale mnie się bardzo podobają twoje oczy  w kolorze ciemnego piwa, delikatnie podświetlonego promieniem słońca. Hmmm, niedobrze jest, bo mi się wszystko w tobie  podoba! I już  widzę te tabuny pań zapraszające  cię na kawusię, bo nie  będzie obok  twojego Cerbera ,  czyli mnie. 

No to będą ciężko rozczarowane i obrażone - ja naprawdę nie będę chodził do którejkolwiek na kawę a tym bardziej żadnej na kawę do swego  pokoju  nie  zaproszę. Pamiętaj o tym, że ja należę do tych  wiernych i nie  rzucam słów na wiatr. Dobrze wszystko przeanalizowałem i przemyślałem nim  ci powiedziałem że cię kocham i chcę  być z tobą na  zawsze.  Gryzie mnie  tylko jedna  sprawa - dziecko. Z jednej strony chcę byśmy mieli  dziecko a  z drugiej szalenie  się tego boję bo nim się toto pojawi w zmaterializowanej  formie jest ciąża i poród. I obie  sprawy w  sumie dość niebezpieczne i bolesne dla kobiety. Poza tym obydwa te  stany niosą dla kobiety i niewygodę i niebezpieczeństwo. A w czasie porodu to i matka i dziecko są narażone na całą masę niebezpieczeństw. No ale jeśli się mimo wszystko zdecydujemy to zapewne wyjedziemy wtedy na miesiąc wcześniej do jakiegoś  bardziej cywilizowanego kraju. Muszę to jeszcze  skonsultować z Twoim lekarzem Znam kilka osób, które tak zrobiły. I mam nawet na to już oddzielny fundusz. Gdy myślę o tym, ile się wycierpisz przy porodzie zaczynam rozumieć pewnego Indianina, który widząc cierpienia swej żony i mając świadomość, że on nic a nic  nie może jej pomóc, podciął sobie  żyły.  Adela przyjrzała  się uważnie  Emilowi - po chwili powiedziała - no  to wiedz,  że ów Indianin  postąpił wielce  egoistycznie - myślał de facto tylko o  sobie, a nie o swej żonie, która po takim okropnym porodzie została  sama z dzieckiem. To tak jakbym ja, widząc, że mój mąż cierpi jakiś okrutny  ból nowotwory popełniła  samobójstwo zamiast wyłazić ze skóry i pomagać mu ze  wszystkich sił by przetrwał i nadal był ze mną bo go kocham.  Też się boję porodu, ciąży znacznie  mniej, ale porodu  się  boję ze względu na bezpieczeństwo dziecka. Moja koleżanka rodziła 36 godzin i dziecko było niedotlenione, ma DPM i jest na wózku i z obniżoną normą intelektualną. I nie rodziła gdzieś na głębokiej prowincji, ale w jednym z warszawskich szpitali, dużych, dobrze wyposażonych.

Na razie jeszcze nie jestem gotowa psychicznie na ciążę i dziecko. Jedno jest pewne - po tym co przeszłam w domu  rodzinnym będę się nastawiać na  dziecko - obojętnie   jakiej  płci, byle mi dziecka  nie uszkodzili w  czasie porodu. Bo o ciążę to już na  pewno sama zadbam, z niewielką pomocą lekarza. Myślę, że ty też jeszcze  nie jesteś gotowy na ojcostwo, jesteśmy tak naprawdę dość krótko razem. Przytul mnie na moment i chyba trzeba poszukać naszych  rodziców. Kocham cię ogromnie i jestem szczęśliwa, że możemy ze  sobą o  wszystkim rozmawiać. Dzięki temu  nie ma w naszym związku białych plam.

Emil uniósł się na łokciu i rozejrzał - ooo, widzę ich,  mama coś niesie na liściu łopianu. Maleństwo, chcesz teraz prowadzić?  Bo tak naprawdę to wolałbym dalej prowadzić,  bo wtedy ty trzymasz rękę na moim udzie, a ja to ogromnie lubię i działa to na mnie jakoś tak  mobilizująco. Dobrze kochany, ty prowadź, jeśli cię ta  jazda nie  zmęczyła.  

Okazało się, że rodzice przynieśli dla  nich maliny- sami konsumowali na  miejscu. Ten las,  a może  raczej zagajnik kończył się mniej więcej w odległości 700 metrów od szosy i na jego skraju rosły  maliny.

Rodzice przyszli po pojemnik, bo  chcieli jeszcze trochę malin  nazbierać, ale Emil  spojrzał na  zegarek i powiedział - odpuśćmy sobie te  maliny, skoro są tu to i  na pewno będą  w Warszawie. Zjadłbym już chętnie zwykły obiad.  A macie coś naszykowanego? - zainteresowała  się Helena. Mamy- trzeba  tylko  wstawić do mikrofali. Są zrazy wołowe zawijane z pieczarkami w środku. I jest tego dla  wszystkich. Trzeba  tylko kupić pomidory, więc  jak będziemy jechać przez  Piaseczno to na moment wyskoczę po pomidory. I jest ryż już upichcony. Rozmrozimy wszystko i wstawimy na 15 minut  do  piekarnika. Pieczywo też  zamroziłam, więc będzie  na kolację. A regularne zakupy to  zrobimy jutro. Czyli dziś jecie obiad u nas.  A ja myślałem, że wpadniemy dziś na jakieś pierogi- marzycielskim  tonem powiedział Piotr. A te  zrazy sama robiłaś?  Nie sama, Emil kroił pieczarki i tłukł mięso. No to  dobrze,  bo ty go córeczko ogromnie  rozpieszczasz.

Tata, pierogi to możemy kupić po drodze do  domu i zjesz je  na kolację. Albo pójdziecie do pierogarni, skoro wolisz jeść w ciasnocie. No ale ja nie chcę byście  mieli kłopot. Tatuniu, przecież nie robię tego jedzenia  extra tylko dla  was, ono już jest gotowe, to tylko kwestia kilku  minut rozmrożenia i przeniesienia tego na blachę do piekarnika. I niezależnie  czy byłyby to dwie porcje  czy  cztery to i tak dałabym  to na blachę  do piekarnika.  A co do rozpieszczania Emila - powinieneś się cieszyć że  go rozpieszczam, wszak to twój syn.A poza tym to my  się  rozpieszczamy wzajemnie - on mnie  a ja jego.

Tacie  to  chyba te zjedzone    maliny zaszkodziły i coś zaczyna   majaczyć- stwierdził Emil. Przecież  jeśli nie ma  ochoty  u nas jeść to nie musi. Niezależnie od tego czy będziecie  u nas jedli  czy  nie to i tak  my zjemy  obiad w domu. Po prostu lubię wołowe  zrazy  zawijane i będziemy  dziś je z Adelką jedli. Chcę ci tylko  jeszcze  powiedzieć tato, że pierogi to ciasto i że  są tuczące.  Nie po  to się odchudzałem po tych  plackach meksykańskich  by z powrotem  utyć,  tym  razem przez  ciasto pierogowe. Poza tym ogromnie  mi kuchnia Adeli  smakuje. I wolę jeść w domu niż nawet  w najlepszej restauracji. A w ogóle to już jedziemy.

Gdy wreszcie ruszyli Adela jak  zwykle położyła rękę na udzie Emila, a ten powiedział - szkoda, że nie mam na sobie  szortów. No ale te spodnie są cieniutkie, nie  zgrzejesz  się od  mojej  ręki. No tak, cienkie, ale  w  szortach miałbym więcej przyjemności.    Adela uśmiechnęła się i powiedziała - no popatrz, nie  wpadłam na to. No ale gdybyś  miał zbyt  wiele przyjemności to nie wiadomo, czy mógłbyś prowadzić samochód w bezpieczny sposób. 

Wiesz  kochany, pomyślałam, że zakupy to możemy zrobić jeszcze  dziś gdy zjemy. Ja mam lepszy pomysł stwierdził Emil. Podjedziemy pod  dom, zaniosę do  domów wszystkie bagaże, wezmę z domu torby na  zakupy i pojedziemy do L'Eclerca na  zakupy. Ale ja muszę wpaść na chwilę do  domu - stwierdziła Adela. No to wpadniesz, 15 minut możemy stać na podwórku. Tylko żebym z rozpędu  nie  zaniósł do mieszkania termo torby- trzeba uzupełnić stan lodów w stoisku Grycana. I zrobimy koniecznie zakupy w "Krakowskim Kredensie"- wędliny to oni  mają bezbłędne. I wiesz co mają? - nie  wiem, ale mają pyszną  szynkę i polędwicę. Mają mnóstwo fajnych rzeczy, np. śliwki w occie, nie mam  pojęcia co zwróciło twoją uwagę. Czasem mają kopytka- podobno mają je  codziennie, ale krótko. Wolałabym gdyby mieli pyzy- bo przy  nich jest od  metra roboty. No to się zapytamy czy i kiedy  miewają.  Może można się na pyzy zapisać.Czy  zauważyłaś, że  dawno nie robiliśmy razem  zakupów żywnościowych? Zauważyłam, a nie  robiłam, bo mnie oszczędzałeś. A ja bardzo  lubię robić zakupy  z tobą. Teraz nie będzie  żadnych egzaminów i uczenia się  do nich, więc będziemy  razem jeździć na  zakupy.

No popatrz, przed  nami jakieś zwężenie drogi- albo jakieś roboty drogowe albo jakiś wypadeczek - tam daleko na lewym pasie stoi karetka - powiedziała Adela. Z mojej strony lepiej widać. Na wszelki wypadek już teraz  zjedź na prawy pas. Bo potem możemy utknąć na lewym. Emil posłusznie  zjechał na prawy pas i powiedział - no teraz to i ja widzę sanitarkę. Pewnie  był wypadek. Ale na  szczęście  ruch jest utrzymany. Przynajmniej  na razie. No i lepiej by tak zostało. Nie jestem amatorem oglądania wypadków drogowych. Nie nadaję  się na  sanitariusza. Wpieniają mnie  ludzie, którzy lecą by zobaczyć jakiś  wypadek, potem stoją i gapią  się ale nikt nie potrafi udzielić pomocy. Przecież to okropne. 

Kochanie bo nie uczą w  szkołach czegoś takiego jak udzielanie pierwszej pomocy.  Niektóre wypadki są tak okropne, że nawet doświadczanego ratownika przerażają. Mąż jednej z moich koleżanek był ratownikiem medycznym i jak sam powiedział to czasami czuł się jak przedszkolak. Pracował kiedyś we Francji i miał nieprzyjemność ściągać z gór niefortunnych alpinistów. Bo widok kogoś, komu nagle  noga wystaje z brzucha nawet dla ratownika  medycznego jest wstrząsający. Ale najgorzej to było z paralotniarzami, których  właściwie powinno  się  było ostrą  szczotką zeskrobywać ze zbocza góry.

                                                                 c.d.n.



wtorek, 5 lipca 2022

Trudny wybór - 55

A wiecie, że my już w piątek wracamy  do Warszawy?  A nie możecie pojechać w niedzielę? - spytała Linka. Raczej nie, bo musimy w sobotę  zrobić zakupy na  cały tydzień a poza tym mam umówioną fryzjerkę. Musimy się spokojnie rozpakować i przygotować do nowego tygodnia  pracy. W sobotnie popołudnie będę gotować na  następny  tydzień, w niedzielę już   zamrażać.

Ojej, to wy  cały czas jecie  mrożonki- stwierdziła Linka. No w pewnym  sensie tak, ale to mojej własnej produkcji no i są dość krótko w tym  zamrożonym  stadium. Mamy na osiedlu pierogarnię, gdzie pierogi robią  ręcznie. No to czasem idziemy tam na pierogi albo kupujemy je do  domu. Wszystkie  które oni  robią są bezbłędne. Czasem rodzice Emila, gdy się Piotrowi zachce pierogów to tam jedzą i wtedy dostaję sms z  zapytaniem jakie  pierogi mają dla nas  kupić. Dobrze wiem, że gdybym tylko pisnęła  słowo to Helena zaraz zajęła by  się żywieniem  nas, co reszta  robiła, gdy mieszkaliśmy w naszym mieszkaniu, to znaczy w mieszkaniu Heleny. Bo Helena bardzo  szybko zaadoptowała do rodziny Emila a potem Piotra. Emil to nawet przed  ślubem u nas  mieszkał.

Ojej, to mieliście dobrze!- w głosie Linki zabrzmiała nuta podziwu i lekkiej  zazdrości. Do rozmowy włączył się Emil - Helena jest  wspaniałą kobietą, niesamowicie życzliwą i jeszcze przed  ślubem poprosiłem ją bym mógł do niej mówić "mamo". Ale mój ojciec też szybko , nawet  bardzo  szybko ujrzał w Adeli swoją  synową - w pewnym momencie powiedział do mnie, że powinienem  się  modlić o  to, by Adela mnie  zechciała. No to się w pewnym sensie o to modliłem. 

A gdzie ją poznałeś? - zapytał Tomek. Tak dokładnie to na  Mokotowie, 2 maja w samo południe. Dyrektor wezwał mnie  do siebie i powiedział, że będzie  miał dla  mnie pracownika, a  raczej pracownicę, ale muszę  ją przywieźć do firmy. No to pojechałem po "pracownicę" i zobaczyłem takie maleństwo na wysokich szpilkach, małe zgrabne i dość pewne  siebie. Wpierw musiałem przeczekać aż wróci z chorobowego sekretarka, którą Adela zastępowała, potem dopiero dyrektor skontaktował ją  ze mną i miała do  wyboru dwa miejsca - albo u  mnie  albo w planowaniu. No i  wybrała mnie. I przez  cały ten  czas ciągle o  niej  słyszałem- że "ta  nowa" to fajna  jest, choć jak  czasem człowiekowi przygada to aż w pięty dojdzie. 

Oj nie przesadzaj,Milek,  nie przesadzaj. Po prostu wprowadziłam nowy zwyczaj - jeśli szanowny dyrektor  wzywał kogoś, to się  zawsze wypytałam  po co ten ktoś ma przyjść -co dyrektora wpierw  bardzo  zdziwiło- ale szybko to zaakceptował. W drugą  stronę tak samo, bo wiedziałam co facet ma danego "w rozkładzie   jazdy" i musiałam tego jego  planu dnia pilnować. 

Przedtem pracowałam jakiś czas jako asystentka dyrektora, nie jako sekretarka. A zrezygnowałam  z tej pracy, bo nie dawałam rady z ciągłymi  wyjazdami w trakcie  studiów. Bo asystent dyrektora  niestety  jeździ z nim w delegacje no i w sumie to jest więcej pracy  niż gdy się jest sekretarką, bo jest też rozplanowanie  dyrektorskiego  dnia, przygotowanie  mu materiałów, które musi mieć  na  wyjazd a poza tym takie   zwykłe, ludzkie  zadbanie o człowieka, żeby brał leki, które powinien, żeby  zjadł  w porę -  w sumie masz pięć razy  więcej spraw  na głowie  niż sekretarka. I dobrze jest móc  się niemal zaprzyjaźnić z jego żoną, żeby pojęła, że nie jesteś jego kolejną flamą i że to praca was łączy a nie coś innego. Poza tym asystenta   dyrektora obowiązuje tajemnica służbowa, bo wie  się o  wielu ważnych  sprawach. I szalenie mnie śmieszą te żony, które upatrują swej  rywalki w  sekretarce.  Owszem, niektórzy sypiają z  własnymi sekretarkami - znam nawet takiego, co miał ze swoją sekretarką dzieci i w końcu się rozwiódł i ożenił właśnie z tą  sekretarką, której te dzieci zrobił. 

Ostatniego dyrektora z którym pracowałam mile  wspominam, bo to był bardzo miły i kulturalny facet . I jego żona była nawet na  naszym ślubie, wydelegowana przez męża. A ponieważ Emil zmarszczył czoło Adela mu powiedziała- to ta pani w średnim wieku, która nam życzyła by każdy nasz wspólny  dzień był kolejnym  oczarowaniem. I wiem, że były to życzenia sformułowane przez jej męża. I może  szkoda, że ten program z asystentkami dyrektorów zmarł śmiercią naturalną - po prostu ludzie  do niego  chyba  jeszcze  nie  dorośli mentalnie.

Powiedzcie - a jak to jest pracować razem będąc małżeństwem?  No a jak to jest pracować z własnym ojcem? - odpowiedział pytaniem Emil.   Praca to jest praca-  nie  ma miejsca na nic  innego. Ona cały rok robiła kurs  na rzecznika patentowego, a wpierw jeszcze  kończyła magisterkę na prawie. Tak naprawdę to podziwiałem ją  niezmiernie. Widziałem, że była wymęczona bardzo, dziwiłem  się skąd  taka nieduża kobieta  ma tyle  sił.  

No to jeszcze powiedz  Mileczku, że temat  mojej pracy ty  mi podpowiedziałeś, żeby był dopasowany do kursu  na rzecznika patentowego. I wszystko mi tak cierpliwie tłumaczyłeś po kilka  razy. Nie mogłam  się wręcz nadziwić, że masz tyle  cierpliwości.  

Nie widzę  w tym nic nadzwyczajnego, przeszedłem taki kurs więc  wiedziałem, które tematy są bardzo niewdzięczne. Ciekawy jestem  jak teraz będzie, bo będziemy  pracować w tej  samej  firmie,  ale w różnych departamentach. Ale tam już wiedzą, że jesteśmy  małżeństwem. Adela przejdzie tam od sierpnia, ja dopiero od października. Chyba  się zatęsknię za nią dokumentnie. I nawet nie  będę jej mógł przez te  dwa miesiące odwozić  do pracy, bo będzie  pracowała w innych  godzinach niż ja. Ona od 9,00 a ja od 7,30. Ale pewnie  będę po nią przyjeżdżał i czekał  aż skończy  pracę. Adela roześmiała  się - jak  znam życie  to będziesz  przynajmniej  dwa razy w tygodniu w ciągu  dnia u mnie w pracy i to tak, żebyśmy  wracali razem. No pewnie - potwierdził Emil.

Wiecie  co, jak odejdę  z pracy to wiele babek odetchnie pełną  piersią, bo Emil był najbardziej pożądanym facetem w tej instytucji, a  dziewczyn  niezamężnych  nie  było tam wiele. A jaka była sensacja gdy się zorientowali, że jesteśmy parą - musieliśmy  wręcz podać datę i  miejsce ślubu żeby się  mogli  naocznie przekonać, że ten wyścig  do Emila  to ja  wygrałam. Bo Emil głosił wcześniej, że nie należy  do tych  co to się  żenią.

To na rzecznika patentowego trzeba  robić  specjalny kurs? -  dziwiła  się  Linka. Nie  wystarczy  być prawnikiem?  No nie- trzeba mieć  ukończone  studia prawnicze  lub specjalistyczne inżynierskie z tytułem magistra.  I trzeba zrobić ten kurs na rzecznika i zdać  całkiem trudny  egzamin, czyli jest  to kilka  godzin pisania na  zadany temat. A na  dodatek oprócz uczenia  się  na kursie trzeba  śledzić  na  bieżąco literaturę.  Na tym egzaminie jest strasznie  duży "odsiew". A  wszyscy piszą pracę na ten  sam temat. Skądinąd  bycie  rzecznikiem patentowym  to ciekawa praca - najwięcej czasu to spędzałam na  czytaniu czasopism  z branży. Dobijały mnie  tylko wizyty w naszym branżowym "ośrodku informacji naukowo-technicznej",  czyli po prostu w bibliotece technicznej. Bo nie wiem  czemu,  ale każdemu facetowi  się  wydaje, że jego naczelnym obowiązkiem w pracy to jest podrywanie babek. A poza  tym ostatnio przyjęto do pracy chyba  z sześciu młodych chłopaków, takich  zaraz po ukończeniu Politechniki. Niewyżyte to bractwo, hormony buzują, wszyscy spoza Warszawy rodem. Oczywiście są  bez własnych  mieszkań, które mają obiecane gdy spółdzielnia wybuduje kolejne dla tego zakładu. To było podstawą, że wybrali właśnie ten Ośrodek Badawczo Rozwojowy jako miejsce  swej  pierwszej pracy.  Na razie mieszkają w kwaterach prywatnych opłacanych przez miejsce pracy. I mają warunki niewiele  lepsze niż mieli w Akademiku Politechniki. I jak  mi szczerze powiedział jeden  z nich - szukają panienek z  mieszkaniem.

Słuchajcie kochani,  a kiedy byście wpadli do Warszawy? A tak w ogóle to sobie   zapiszcie nasz  adres i domowy telefon. Numery komórek macie zapisane? Coś  podejrzewam, że pewnie  dopiero w następne wakacje do nas  przyjedziecie. Bardzo jestem ciekawa jak ci pójdzie ta praktyka w  szpitalu. Obyś się tylko nie  zraził do  zawodu. I musisz się uzbroić w dużą dawkę odporności, bo  wiem, że w każdym miejscu pracy stażyści i praktykanci są traktowani  per noga i jako dopust Boży.  No ale może będziesz  miał szczęście i trafisz na kulturalnych ludzi.  Ortopedzi, z którymi miewałam  czasami do czynienia bywają dość niemili i brutalni, ale to może  dlatego, że w ortopedii jest bardzo dużo mechaniki - w  sensie działania  organów. Czasem  mają problem, żeby  zrozumieć, że nikt sobie  dla przyjemności nie łamie  kości.

A miałaś coś złamane? zaciekawił się Tomek. Miałam, bo raz poszłam na miasto nie  w szpilkach ale w butach na  modnym, "bezpiecznym" jak uważają  faceci, szerokim obcasie o wysokości niecałe 5 cm. I na warszawskim  chodniku tak elegancko skręciłam nogę w kostce, że wylądowałam na 6 tygodni w gipsie do kolana. Najlepsze było to, że mając zwolnienie lekarskie byłam codziennie w pracy, codziennie po mnie przyjeżdżał samochód. W domu byłam tylko pierwsze dwa tygodnie. Opanowałam  do perfekcji skakanie na jednej nodze. I chodzenie o kulach.

A dlaczego ja nic o  tym nie wiem?- zdziwił się Emil.  Nie  wiesz, bo nie  było o  czym mówić. Zrosło się i po problemie.  Poza tym to było już bardzo dawno. Teraz  chodzę albo na  szpilkach albo w  wibramach  ewentualnie w adidasach.  I od tamtego czasu nauczyłam się spoglądać na podłoże po którym mam iść. I tylko przejście po rumowisku na  Kościelcu trochę mnie ruszyło i pewnie nie poszłabym gdybym nie miała wibramów. One jednak dobrze trzymają nogi na podłożu no i chronią kostki. A miałam do wyboru albo wibramy "normalne"  albo adidasy z cholewką. Strasznie drogie te wibramy były, ale jak dla mnie to warte  są tych wydanych  pieniędzy. Podobno teraz  można kupić i adidasy  na  wibramowej podeszwie. Ale ponieważ raczej nie wybieramy się na trekking w podnóże Himalajów to te jedne wibramy na długo  mi wystarczą, stopa mi już nie  rośnie. Nie wiem jak  wam, ale  mnie Tatry w zupełności wystarczają, nie potrzeba mi wycieczek w  wyższe góry. Chociaż - jest  jedno miejsce w Alpach, które oglądałam na filmie- to Via  Mala . To starożytna ścieżka  przez wąwóz Via Mala  idący wzdłuż rzeki Hinterrhein w Szwajcarii. Pięknie tam  aż do bólu, ale raczej tamtędy nie będę chodzić. Ścieżka  i wąwóz mają tę  samą nazwę. To faktycznie Zła  Droga - wąziutka i z ekspozycją. A kiedyś ponoć tamtędy wędrowali kupcy, z towarami.  Pojechałabym kiedyś w Alpy, ale bez żadnego łażenia po górach. Wystarczy mi do szczęścia popatrzenie na góry i ewentualnie wjazd na którąś  z gór kolejką linową. I marzą mi się Dolomity i to zarówno w porze letniej jak i  zimowej. 

Oooo tak!- Dolomity zimą to jest to o czym i ja marzę - stwierdził Tomek. Ale wiesz co Adelko - powinnaś zawsze na tej ongiś złamanej  kostce mieć opaskę elastyczną gdy idziesz w góry. Są do kupienia w aptekach. No i  zawsze w nierównym terenie  powinnaś nosić nie adidasy ale buty trekkingowe, mogą być tzw. letnie, czyli nie  skórzane. No i idealnie gdyby  były na  wibramie.

Dobrze, że o  tym mówisz, przed sezonem zimowym będą na nie obniżki cenowe, więc wtedy dopilnuję by je kupiła - zapewnił Tomka  Emil.

Bardzo dobrze im się rozmawiało, w końcu Emil powiedział - wiecie co,  chodźcie  do nas, to sobie jeszcze porozmawiamy albo będziemy tu musieli jeszcze zamówić kolację- jakby  nie było blokujemy stolik. A u nas są lody w  zamrażarce. No fajnie, podchwycił  Tomek- tylko zatelefonuję do teściów, że późno wrócimy. W 10 minut później już byli na kwaterze i witali  się radośnie z Heleną i  Piotrem. Wieczorne spotkanie przeciągnęło się aż do północy. Adela razem z Linką zajęły strategiczne miejsce przy kuchni i usmażyły placki z cukinii, czyli wynalazek kulinarny -starta cukinia, jajka, skrobia ziemniaczana, po usmażeniu dodatek albo dżemu jagodowego albo  śmietany albo obu dodatków. Oczywiście Helena wiedziała  z czego są owe placki, ale płeć męska stwierdziła, że to pewno jakaś nowoczesna odmiana ziemniaków, a tak w ogóle  to  wszystko jedno z czego one  są- grunt, że im  smakują.

                                                                    c.d.n.



niedziela, 3 lipca 2022

Trudny wybór - 54

 Gdy już wracali do Zakopanego  Tomek powiedział - zatelefonuję dziś do rodziców, bo faktycznie może  się matka  wściec, jeśli  wpadniemy niespodziewanie. Pocieszyłaś  mnie Adelko, że nie jestem jedynym na świecie  dzieckiem w pewnym  sensie  skłóconym z  własnymi  rodzicami. 

Adela- roześmiała się - no popatrz jaka niespodzianka. Cała masa  moich znajomych koleżanek i kolegów ma takie  same  problemy. Po prostu gdy kimś kierujesz przez kilkanaście lat, to ciężko ci jest  się przestawić z pozycji  kierownika na pozycję współpracownika i  zaakceptować  fakt, że twoje  dziecko już potrafi samo  sobą posterować  w życiu. I że pomimo tego, że całe jego dotychczasowe  życie  wmawiałaś mu, że kolor niebieski to najpiękniejszy pod słońcem kolor - ono woli czarny lub  zielony. I że  zamiast  wybrać na partnera syna twojej przyjaciółki wybrało  sobie  kogoś  "z innej  wsi". Mam tylko cichą nadzieję, że mnie  lepiej pójdzie gdy ewentualnie zostanę matką i będę pamiętać wszystko to co  mnie tak  bardzo denerwowało u rodziców i przez  co tak bardzo  się od  nich odseparowałam.

Milczący dotąd Emil powiedział - zastanawiam się nad tym, co powiedziałeś Tomku o tym, że Słowacja  za droga. A byłeś  na Bukowinie w termach? Moi rodzice tam  spędzili jedną noc, bo nie chciałem by ojciec  o zmroku  wracał samochodem do Zakopanego. Ceny tam nie są dla przeciętnego Kowalskiego. Ceny jak w Hiltonie. Powiedzmy też  sobie szczerze, że pobyt w Zakopanem i wynajęcie pokoju w porządnym pensjonacie tak naprawdę nie jest dostępne dla  każdego. Nie  wiem jak prosperują tutejsze  SPA, ale ostatnie święta Nowego Roku spędziliśmy w szóstkę, czyli z rodzicami Adeli i moimi w hotelu, w Nałęczowie, w którym było pierwszorzędne SPA, naprawdę super  śniadania uwzględnione w cenie pokoju, hotel miał pierwszorzędny basen z przeciwprądem, było czyściutko, elegancko i cicho, bo hotel nie przyjmował osób  z dziećmi poniżej 18 roku życia. Obiado  kolacje były normalnie zamawiane w bardzo ładnej sali restauracyjnej i były to dania z karty. Naprawdę nie  było do czego się przyczepić. I sporo to wszystko kosztowało ale hotel był pełny i miejsca trzeba tam rezerwować ze sporym wyprzedzeniem. Więc tak naprawdę  może być tak, że te ceny słowackie wcale nie będą cenami zaporowymi. A cały pobyt my rodzicom finansowaliśmy i jak potem przejrzałem ceny to i tak  było to tańsze niż niejedna sylwestrowa zabawa w stolicy. Bo samo Boże  Narodzenie to spędziliśmy z rodzicami w mieszkaniu Heleny i ojca - w naszym jeszcze  ciągnęło się urządzanie kuchni.

Ja tylko widzę jedną przeszkodę - Łomnicę, a podejrzewam, że to ona byłaby  największą atrakcją. Bo bardzo często Łomnicę spowija  mgła lub gęste chmury, chociaż dookoła jest pogoda. Gdy teraz byliśmy  na górze  już się zbierały nad Łomnicą  chmury. Zarezerwowanie biletów na kolejkę może być niewypałem, bo tak naprawdę nie ma po co wjeżdżać na Łomnicę gdy nic dookoła nie widać. Nie wiem, czy oni zwracają pieniądze jeżeli wjazd nie dojdzie do skutku z powodu gęstej mgły. Ale gdy uruchomią to całoroczne  tarło przy Łomnickim Stawie to pewnie wtedy będzie o tyle  lepiej, że  z Tatrzańskiej Łomnicy większość ceprów wpierw się doturla gondolami do przystanku "Start", stamtąd jakimś górskim pojazdem do Łomnickiego Stawu i dopiero tam albo ugrzęźnie na  resztę dnia  albo pojedzie na szczyt. Bo może by ten pobyt na Słowacji organizować tak  jak teraz macie organizowany spływ - nie busiki 10 osobowe ale samochody osobowe  zabierające 4 osoby. 

A jeśli w Zakopanem powstaną termy w Chochołowie i Kościeliskach to wtedy i na Słowację raczej nie będzie zbyt wielu chętnych. Zauważ, że ci co lubią łazić po górach mają lepiej po polskiej stronie  Tatr - u nas są wytyczone i opisane szlaki, nie ma góry na którą możesz pójść tylko i wyłącznie z kwalifikowanym przewodnikiem, nie  musisz też wykupić ubezpieczenia i jeśli będzie cię musiał TOPR ściągać z gór połamanego to zrobi to za darmo. Nie wiem czy dalej tak będzie, ale w Polsce bardzo krytykowali fakt, że w Szwajcarii usługi pogotowia  górskiego są płatne.  To takie bardzo polskie -  wściubianie  nosa w cudze  sprawy. To sprawa Szwajcarii a nie Polski przecież.

Emil, a ty nie tęsknisz czasami za Meksykiem? - spytał Tomek- to podobno bardzo ładne miasto. No ładne, ale może lepiej powiedzieć  ciekawe - odpowiedział Emil. Bo miasto jest olbrzymie, leży wysoko bo na wysokości 2240 metrów i właściwie  całe otoczone jest  górami. I to wysokimi górami, których wysokość oscyluje od  4000 metrów do 5000 metrów z kawałkiem. W górach Nevada, które są od wschodu,  są nawet dwa wulkany. A średnia roczna temperatura to tylko 18 stopni. W grudniu i styczniu są nawet  przymrozki, kwiecień i maj są najcieplejszymi  miesiącami a od maja do września  dużo pada, bo wtedy tam jest pora  deszczowa.  W obrębie samego  miasta klimat jest różny - w jego części  zachodniej i południowo-zachodniej jest chłodniej i bardziej wilgotno, bo jest  więcej  roślinności a w części północnej i północno  wschodniej, pozbawionej  roślinności jest gorąco i  sucho. Nie wiem czy wiesz,  ale  miasto leży  właściwie na zasypanym jeziorze i ta jego część, najstarsza,  jest bardzo niebezpiecznym miejscem, bo bardzo reagującym  na trzęsienia  ziemi. Bo wulkany meksykańskie nadal są czynne i czasami "mają dreszcze" i się trzęsą a wraz  z nimi okolica. I w wyniku tych trzęsień  ziemi niszczeje najstarsza  część zabudowy miasta. Poza tym miasto jest przeludnione. I naprawdę - nie tęsknię za czymkolwiek - ani za miastem ani za kimkolwiek z jego  mieszkańców. Za kuchnią meksykańską też nie. Na myśl o fasoli od razu odechciewa  mi się jeść.  A poza  tym to ja nie jestem z gatunku tych co to "zobaczyć Neapol" i umrzeć. Każde miejsce na  Ziemi ma swoje piękne i nie piękne fragmenty. Czasem oglądasz coś w telewizorze, zachwycasz się tym co widzisz, potem tam jedziesz i......zastanawiasz  się czym  się właściwie zachwycałeś bo to co widzisz w naturze jakieś mało zachwycające jest. Po prostu zdjęcia  do  folderów  robią specjaliści.

W czasach studenckich marzyła mi się Grecja i pojechaliśmy z chłopakami.  Mnie finansowali podróż rodzice. Gdy w 40 stopniowym upale doczłapałem do Akropolu miałem wszystkiego powyżej uszu - upału, tłumu spoconych turystów i Grecji. Wtedy po raz pierwszy "załapałem", że najlepiej jest jeździć wszędzie poza sezonem. I dopóki będziemy mogli to będziemy jeździć przed  typowym  sezonem turystycznym. 

Gdy zajechali do Zakopanego Emil powiedział - a teraz  zadzwoń do ojca, że dojechałeś z powrotem cały i  zdrowy, ale że do  domu to traficie za jakiś czas. Jedziemy teraz  na prawdziwe, włoskie  żarciuszko. Zapraszam  na pizzę - białą pizzę, bez sosu pomidorowego. A ja zadzwonię do ojca i powiem mu gdzie  będziemy. Jak znam życie to pewnie już tu byli dzisiaj. Oczywiście jeżeli któreś z  was nie lubi pizzy, to jest  tu cała masa dobrego, włoskiego jedzonka.

No popatrz Linka, jeszcze nigdy tu nie byliśmy! -stwierdził Tomek . Nie byliśmy, bo to lokal  tylko dla dorosłych - stwierdziła Linka. To mały lokal i nie ma dań odpowiednich dla  dzieci- ani pod względem objętości porcji ani pod  względem diety, co wielce niektórych  drażni. Ale ponoć dobrze jeść dają - powiedziała Linka. I dlatego tu nie byliśmy? - dziwił  się Tomek. To od teraz będziemy bywać, w tajemnicy przed Elutką i rodzicami - stwierdził Tomek.

Dziewczyny zgodnie zrezygnowały  z pizzy i obie  zamówiły sałatkę z szynką parmeńską  oraz deser firmowy, panowie po białej pizzy z szynką parmeńską no i oczywiście deser firmowy. Na  czas oczekiwania  włoskim  zwyczajem na  stole  wylądowała taca z pieczywem i oliwą, a tak dokładnie  dwoma pojemniczkami z oliwą.   Emil szybko oderwał kawałek białego pieczywa, na talerzyk nalał nieco  oliwy i zamoczył w nim kawałek  pieczywa mówiąc- spróbujcie  jakie  to pyszne- u nas nie ma takiej oliwy, ta jest włoska oryginalna. Ma lekko jabłkowy  smak.

Linka wpakowała  palec w oliwę na talerzyku Emila i szybko go oblizała. Hmmm, faktycznie   zupełnie inna niż ta, na której smażę.  Nie  smaż na oliwie, ale na oleju, najlepiej na kokosowym lub na maśle klarowanym- powiedziała  Adela. A oliwa w takim stanie  jest wskazana po to, żeby regulować proces trawienia. Nie jem w tej postaci, nie mam potrzeby. Ale skrapiam nią wypieki nim włożę do pieca i gdy  robię pieczone kartofle. W domu wszystko smażę albo na oleju kokosowym  albo na maśle klarowanym. Czasem też na  oleju sezamowym, jeśli  akurat mi się trafi.

Ojej, to sprzedaj mi trochę swoich przepisów- poprosiła Linka. Dam ci, nie  sprzedam, ale wpierw musisz to na  własnym języku i żołądku wypróbować. Jak będziecie w Warszawie i będzie Wam odpowiadać to co upichcę to wtedy sobie  spiszesz. Kartofli to robię  mało, głównie robię  ryż. Podstawą jest  by nie  był rozpaciany i nie był na słodko. Przepis  na ryż to już  ci mogę  dać. Głównie to robię ten długoziarnisty  ryż. Wpierw  kroję  drobno  cebulę i ją przesmażam, gdy się  zeszkli to daję łyżkę stołową przecieru pomidorowego, chwilkę podsmażam i daję porcję  ryżu na nas  dwoje. Chwilę to smażę  mieszając aż ryż jest dobrze  wymieszany z pomidorami, wtedy dodaję zimną wodę na objętość dwa razy tyle co dałam ryżu i gotuję pod  przykryciem  do chwili aż  ryż wchłonie całą  wodę. A w międzyczasie dodaję sól, oczywiście próbując jaki jest  smak - bo przeciery pomidorowe mają różny poziom  soli. A czasem do cebuli dodaję też marchew pokrojoną w kosteczkę. No i ja, obowiązkowo dodaję do gotowania curry i gdy dodaję marchewkę to i też odrobinę (łyżeczkę taką od kawy) cynamonu. Curry i cynamon stale gości u  mnie, dodaję je  do każdego mięsa. A czasem robię włoskie risotto, ale to wtedy gdy mam rosół własnej produkcji. Co prawda  nie  z kury ten  rosół, ale z 2 lub trzech rodzajów mięsa. I zawsze mam w Warszawie w  zamrażarce zamrożony rosół jako bazę do  zup. Risotto robię rzadko, bo niestety przy jego gotowaniu na patelni trzeba cały czas stać i  mieszać i dolewać  rosołu. Risotto to z reguły robi Emil. A mojej produkcji obiad, który się robi sam to kasza gryczana- rano przed  wyjściem do pracy wsypuję przebraną kaszę do termosu takiego "obiadowego", zalewam słonym wrzątkiem, zakręcam  i przykrywam ręcznikiem frotowym. Wracamy z pracy, kroimy odpowiednią ilość chudego, wędzonego boczku, podsmażamy go, otwieramy termos, dorzucamy  na patelnię pożądaną ilość kaszy gryczanej, mieszamy, w międzyczasie  wyciągamy ze słoika  ogórki kwaszone i mamy gotowy obiad. To jest mój patent na obiad.

A gdy jestem w  wyjątkowo "kucharskim ciągu" to wieczorem kroję w  cieniutkie paski całą włoszczyznę i kawałek białej kapusty oraz w nieco większe, grubsze paski biust kurczaka i wszystko zostawiam w lodówce przykryte. Następnego  dnia po przyjściu do  domu biorę wok, wlewam olej lub daję spory  kawałek ghee (masło klarowane) i smażę na dużym ogniu po 2 minuty mięso, potem je  odsuwam na brzeg woka i smażę minutę warzywa, na koniec  wszystko spryskuję olejem  sosem sojowym i mieszam. Gotowe! Jeden warunek- warzywka muszą być krojone  nożem,  a nie starte na dużych oczkach.

Marnujesz się - stwierdził Tomek- powinnaś prowadzić jakąś ekskluzywną knajpkę. Ja już  czuję od  samych przepisów  smak tego wszystkiego.

Ale piec nie umiem niczego poza  ciastkami z płatków owsianych. Ale Helena  to robi super, hiper ciastka kruche,  z cukrem kryształem na wierzchu. I na te ciastka poderwałam Emila,  śmiała  się Adela.  Nooo, ciastka  miały znaczenie- uśmiechając  się stwierdził Emil.  Ale ja ją poderwałem na jabłka z ojcowego sadu, na renetę landsberską. Ale spodobała  mi się od pierwszej chwili gdy ją zobaczyłem i to w  samo południe. A  w trzy tygodnie później została  moim pracownikiem. I siedzieliśmy biurko w biurko i nie mogłem jej tknąć, chociaż miałem  straszną na to ochotę.

                                                                     c. d. n.



sobota, 2 lipca 2022

Trudny wybór - 53

Bywalcy Zakopanego śmieją  się,  że Słowacy też mają Gubałówkę. Ową  rolę gra  Hrebienok , czyli Siodełko. Można  wjechać na Hrebienok kolejką linowo-szynową ze Starego Smokowca. Ale  tylko nieliczni muszą przyznać, że Hrebienok  spełnia jeszcze  więcej  funkcji - można  stąd przejść spacerem pod Wodospady  Zimnej  Wody- i  w tym miejscu miłośnicy polskich Tatr mówią, że "kudy im do naszych Wodogrzmotów lub Siklawy" i można wyruszyć jeszcze  w kilka  miejsc latem,  a  zimą korzystać z wyciągów narciarskich i kilku tras narciarskich. Ambitniejsi  mogą przejść oznakowaną trasą do Tatrzańskiej  Łomnicy, a stamtąd wrócić "elektriczką". Poza tym jest tu snack bar z bardzo dobrą  kuchnią. Gdy Adela była tu ostatnim razem ów "snack bar" był  małą restauracyjką serwującą proste,  ale bardzo smaczne  dania, serwowane na ładnej  zastawie, czyściutkich kolorowych obrusach a  sztućce nie  były  rodem z  warszawskiego baru mlecznego. Oczywiście może ktoś  powiedzieć, że jak  człowiek  głodny to i aluminiowe sztućce mu nie przeszkadzają, ale Adela była "z tych", którym one zawsze przeszkadzały, nawet  gdy była bardzo głodna.

Tomek cały czas  coś notował i  miał coraz  bardziej  ponurą  minę. W pewnej chwili z trzaskiem zamknął notes i powiedział: nic  z tej Słowacji nie będzie bo oni są tani dla Zachodu,  ale  nie dla nas, chociaż  kiedyś byli właśnie tani. Oni przyjęli euro jako swoją  walutę i są wygrani. Oni nadal są tani,  ale dla innych, który też przyjęli euro. Muszę się zorientować jak  tu "lądują" fizjoterapeuci. 

Halinka patrzyła na Tomka z przerażeniem. Tomek przytulił ją i powiedział - nie  zostawię ciebie i Eluni, ale chyba  czas by w stu procentach dorosnąć i się w pełni usamodzielnić. Po prostu muszę skończyć te  studia, popracować tu  trochę by mieć rozeznanie czy mamy po co się tu na stałe przenieść. To w pewnym  sensie obojętne  czy będę tydzień spędzał w Krakowie  czy  tu. Bo w Zakopcu mam pewną tylko tą praktykę. Chyba lepiej byśmy ewentualnie tu  zamieszkali razem niż żebym tak jak wielu  zakopiańczyków  zasilał kadry pracowników fizycznych w USA, prawda?  Przecież w Zakopanem i okolicach to normalka, że wyjeżdża kto tylko  może i chce  do strefy dolarowej, haruje  tam 2 lub 3 lata jedząc byle  co i mieszkając w paskudnych  warunkach, wraca i buduje chałupę  by przyjmować  turystów.  Twoi dziadkowie z obu stron byli "bogaci z domu", więc twoi rodzice nie wyjeżdżali do pracy w USA. I nawet letników rzadko przyjmowali. 

Nie  rób takiej zrozpaczonej miny, przecież  cię nie porzucam, chcę się  tylko usamodzielnić w pełni. Słowacja jest blisko Zakopanego, nie będzie cię ocean oddzielał od  rodziców a tylko 60 kilometrów szosy.  Jesteś po hotelarstwie i pracę tu znajdziesz. Elunia już nie przy  piersi, dzieci bardzo łatwo  się aklimatyzują do nowych  warunków. To, że o tym  myślę to nie  dowód że tak będzie - to tylko jedna  z możliwości. Nie  wykluczam, że gdybym załapał się  do któregoś z  zakopiańskich SPA to też nie  byłoby źle. Te wszystkie możliwości Zakopanego muszę po prostu rozpatrzeć w  czasie trwania praktyki. Na Antałówce też ma powstać jakieś SPA z uwagi na te  siarczkowe  wody. Prawdę  mówiąc to wolę być gdzieś  zatrudniony na etacie niż prowadzić samemu  jakąś działalność i co chwilę reagować na przepisy zmieniające  się  niemal z prędkością  światła.

Adela i Emil słuchali wywodów Tomka, ale nie  zabierali głosu - uznali, że to jest  tylko i  wyłącznie sprawa Tomka i Halinki.  No coście tak zamilkli - spytał Tomek. Bo słuchamy - odpowiedział Emil. Masz rację, masz fajnych teściów, ale ja rozumiem twoją  chęć usamodzielnienia  się. W gruncie  rzeczy ja też głównie z tego powodu  wyjechałem na kilka lat z Polski i teraz, z perspektywy czasu wiem, że  zrobiłem dobrze. Po prostu dobrze tam byłem wynagradzany. A że nie  szalałem tam to i się "wzmocniłem finansowo". Wiem, że inni w tej sytuacji bardzo intensywnie korzystali  z życia, ale mnie to nawet  nie wypadało szaleć z uwagi na to, czym  się  zajmowałem. Musiałem się porządnie ubierać i porządnie prowadzić.

Wiem o kimś, z twojej branży, kto osiadł poza Polską, w rejonie  podalpejskim i ma własną klinikę rehabilitacyjną. A wyjechał stąd jak mówią "goły i bosy", po rozwodzie. Rozwód nie miał nic  wspólnego z tym  wyjazdem, no może tylko tyle, że facet został w pewnym  momencie bez  mieszkania. Oczywiście wpierw kilka lat minęło nim  mógł taką klinikę otworzyć i przestać pracować u innych. Osobiście człowieka nie znam, ale  wiem, że skończył tę  samą uczelnię co ty, pracował w szpitalu i jeszcze  zrobił doktorat, właśnie gdy pracował w  szpitalu. Czyli wyjechał gdy był już dla innych atrakcyjnym nabytkiem do szpitala lub kliniki. A kontakty zagraniczne  nawiązał głównie  w środowisku sportowców. Bo to "murowani" pacjenci. Po prostu ktoś  mi o nim opowiadał. 

Wiesz, takie pełne usamodzielnienie to w naszych warunkach następuje dopiero po trzydziestym roku  życia. To prosty  rachunek- podstawówkę kończysz  mając 15 lat, szkołę średnią mając 19 lub 20 lat. Studia trwają przeważnie 5 lat, więc dyplom ukończenia  takowych uzyskujesz najwcześniej mając 25 lat. I w opinii wszystkich jesteś wciąż "zielony", bo dopiero co skończyłeś się uczyć. Ale zawsze możesz coś zawalić albo z własnej winy  albo z powodu zbiegu okoliczności i wtedy możesz ten  dyplom otrzymać  później. A absolwenci wszelakich kierunków medycznych zaraz po ukończeniu studiów raczej jeszcze  nie są w pełni przygotowani do samodzielnej pracy, bo z tego co słyszałem w tej  dziedzinie ogromne znaczenie  ma doświadczenie. Są kraje, w których studenci kierunków medycznych już od pierwszego  roku mają kontakt codzienny ze  szpitalami lub innymi placówkami medycznymi, a w nich kontakt z pacjentem. Na  mój rozum, to na studiach jest za dużo teorii a za mało praktyki. Jak mawia jeden z moich kolegów- od samego studiowania nie nauczysz się  zbudowania domu własnymi rękami.

Myślę, że na  razie wyciśnij co się  tylko da z tych  studiów,  skończ je  i wtedy będziesz miał być może jeszcze jakieś inne pomysły. Masz jeszcze 2 lata, to sporo czasu. I świetnie, że będziesz  miał praktykę w tutejszym  szpitalu, tu na ortopedię raczej nie trafiają ci z otartą piętą, tylko jakieś skomplikowane przypadki.  

Jesteś komunikatywnym człowiekiem, sądzę,  że bez najmniejszego  problemu nawiążesz kontakty i zorientujesz  się co do swego przyszłego zatrudnienia. Skoncentruj się teraz na tej praktyce, bo ważne jest jak cię tam ocenią. Wiadomo, że będą cię traktowali jakbyś  był weterynarzem, lub pielęgniarzem, wszystkie praktyki studenckie są wredne, bo po prostu ludzie  są wredni. Zresztą na uczelniach też niektórzy profesorowie i  asystenci traktują  studentów  jak podgatunek a nie jak ludzi, więc musisz  się uzbroić w całe tony cierpliwości. Pytaj, podpatruj, zapisuj. Skorzystaj jak najwięcej. To będzie procentować. Być może, że fakt, że twoja  żona to miejscowa  dziewczyna ustawi cię na  całkiem niezłej pozycji pod  względem towarzyskim i nie będziesz ceprem a namiastką miejscowego.

A jak widać  Słowacy stawiają na turystykę, więc przez te  dwa lata na pewno przybędzie jeszcze obiektów sportowo-rekreacyjnych i w  związku z tym.....kontuzji.  I jeszcze  jedno - czas  szybko ucieka, ani się  spostrzeżecie jak nagle  zaczniecie   zauważać, że  lepiej będzie gdy będziecie mieszkać blisko rodziców. My  z moimi nie mieszkamy w jednym  mieszkaniu, ale  w jednym bloku.  Łatwo wtedy dopilnować w razie choroby. Rodzice Adeli mieszkają w innej  dzielnicy, Adela nie jest z nimi zbyt związana  uczuciowo, ale może nadejść taki moment, że trzeba  będzie im też pomóc.  No i  nie  zapominaj, że ty też masz  rodziców i oni z czasem też będą pewnie wymagali  jakiejś pomocy, którą trzeba będzie zorganizować tam gdzie oni  mieszkają. Nie pamiętam ile jest kilometrów z  Zakopanego do Ojcowa, ale tak na oko to pewnie poniżej 150 kilometrów. W Ojcowie to chyba  byłem jeszcze w czasach studenckich. I kto wie, czy twoi rodzice  nie będą chcieli za kilka lat mieszkać gdzieś bliżej was. To że w tej  chwili "drzecie  koty" może się  zmienić. 

Tomek chwilę milczał, potem  powiedział - wiem, że masz rację. Na razie jakoś mi te  studia nieźle idą, wszystko zdaję za pierwszym podejściem. I nie  żałuję, że idę kursem pięcioletnim, to jednak jest inny start. I dziękuję ci  za to wszystko co powiedziałeś. W pewien sposób utwierdziłeś mnie, że zrobiłem dobrze wybierając pięcioletnie studia, bo miałem chwilę niepewności czy  aby dobrze  zrobiłem. Inni już będą zarabiać a ja dalej na  garnuszku rodziców.

Swój dług wobec  rodziców spłacisz inwestując w  Elunię i pomagając rodzicom gdy zobaczysz, że twoja pomoc przydałaby  się im. Elunia coraz  starsza, pojedźcie kiedyś z nią do Ojcowa w któryś weekend w czasie wakacji. Nie  musicie tam nocować, wrócicie tego samego dnia. Elunia jest bardzo mądrą i grzeczną dziewczyneczką. Kiedy oni ją widzieli po raz ostatni? Na chrzcinach, gdy  mała miała  rok. 

No to tak jakby jej  wcale jeszcze  nie widzieli- roześmiała  się Adela. Zadzwoń do  nich, że wpadniecie na kilka  godzin z wizytką, by mała  poznała również drugą babcię.  Znasz  swoich rodziców , więc się zastanów jak lepiej - "wziąć ich z  zaskoczenia", czy może lepiej uprzedzić, ale od razu ustawiając, że to żadna "protokólarna  wizyta na  szczeblu" tylko normalne spotkanie niczym po drodze,  na ulicy. Mam znajome, które  zawsze wyglądają jak  prosto  od  fryzjera,  ale  mam i takie, które jeśli nie  muszą danego dnia wyjść z domu to chodzą  cały  dzień w piżamie i rozczochrane. I strasznie  się złoszczą gdy ktoś je nagle zaskoczy swą wizytą. A może po prostu powinieneś wpierw sam do nich  wpaść? I pokazać im zdjęcia Eluni - na ogół każdą  babcię rozczulają zdjęcia ich wnucząt. Pomyśl i o  tym. 

Helena  zawsze mówi, że o dojrzałości człowieka świadczy i to jak ustawia stosunki z własnymi rodzicami. Ja też mam swego rodzaju problem z ustawieniem  swoich kontaktów z własnymi rodzicami. Zawsze bardziej kochałam siostrę swej matki, Helenę, która jest teraz  żoną mego teścia. Mieszkałam u niej od 16 roku życia. Bo ja byłam od  samego początku nie akceptowana przez matkę - ona chciała syna,  no a urodziła córkę. I wszystko co robiłam było zawsze złe, oczywiście  dlatego, że byłam niewłaściwej płci. To nawet dość  zabawne. I do dziś nie umiem się z tym pogodzić, że nie umiała mnie, mojej płci zaakceptować. A ojciec Emila od razu mnie zaakceptował, nawet niewiele o mnie wiedząc. I jest mi tysiąc razy bliższy niż mój ojciec. Żałuję tylko, że nie miałam możliwości poznania   mamy Emila- niestety odeszła ze świata nim poznałam Emila. A ten piękny pierścionek kiedyś do niej należał i jestem dumna, że teraz należy  do mnie. Rodzice  Emila bardzo  się  kochali i według  mnie cudownie go wychowali.

Myślę, że każde  dziecko jest szalenie wrażliwe na to jak jego rodzice odnoszą  się do siebie wzajemnie. W ogóle obserwacja jest podstawą egzystencji dziecka, jego rozwoju emocjonalnego.To szkoła życia dla dziecka, to nasze lustro i to od pierwszych dni swego życia. I o tym trzeba  pamiętać.

                                                                c.d.n.

środa, 29 czerwca 2022

Trudny wybór - 52

 Pośmieli  się  trochę, bo postanowili ubrać  się w kurtki jeszcze przed  wejściem do kolejki a rozbawiło  ich  to, że Linka i Tomek mieli oboje  kurtki szafirowe a Emil i Adela czerwone. A już myślałam, że tylko  my dwoje kupiliśmy  sobie kurtki w takim samym kolorze - śmiała  się Linka. Ja tu  widzę coś jeszcze zabawniejszego - jesteśmy jak  z jednej prywatki, to kurtki tego samego producenta, sprzedawane w dość ekskluzywnym sklepie - zauważył Emil. Ale co zrobić,  skoro wszędzie  kurtka dobra na mój  wzrost była za obszerna i wisiała na  mnie  jak  na wieszaku. Ja naprawdę nie mam  fioła na punkcie  markowych  ubrań,  ale gdy  kupuję markowe  dżinsy to nie jestem do  nich zbyt  chudy, a inne  mi  wiszą na tyłku. Dobrze, że nie  za często muszę porządnie  wyglądać. 

No fakt, problem  jest z tymi rozmiarami - do ślubu to  musiałem garnitur szyć u krawca- powiedział Tomek. Ha- a mnie  się udało -zmieniłem kuchnię meksykańską na polską i mam z tej  okazji garnitury  kupione jeszcze  w Meksyku.  Halina i Adela spojrzały po sobie - obie były wzrostu "prawie 160 cm", szczupłe i ciągle miały kłopot z gotową  konfekcją. Halina suknię ślubną miała  szytą na  zamówienie, a  Adela, która  miała  tylko ślub cywilny miała  szyty wcześniej kostiumik. Halinie, gdy szukała gotowej sukni doradzono, by poszukała w sklepach z odzieżą komunijną. No więc  szukała w Krakowie,  ale sukienki na jej wzrost nie przewidywały absolutnie czegoś  takiego jak biust. Więc  trzeba  było szyć sukienkę. 

Gdy wsiedli do  wagonika kolejki Emil od razu ogarnął Adelę ramieniem, Tomek zerknął i zrobił to samo z Linką. Dziewczyny stały obok siebie, mężowie za nimi obejmując je. Nie  wiem czy wiecie, ale  niedługo bardzo się  tu  zmieni - powiedział Tomek. Na  szczyt, jeśli  się ktoś uprze  będzie  się wjeżdżało aż trzema różnymi wagonikami. Etap pierwszy to będą 4-osobowe gondole do stacji "Start" skąd pojedzie się do Łomnickiego Stawu, gdzie  będzie całoroczny ośrodek - zimą  narciarski, latem letni i stamtąd małym 14 lub 15 osobowym  wagonikiem dojedzie  się na  szczyt. Tu już jest jeden  ekstremalny odcinek, bo ostatnie 1867m wagonik pokonuje bez podpór, jest  tylko na  linie. 300 metrów nad zerwami Łomnicy.I lubię ten  moment gdy  wagonik wjeżdża w  ścianę Łomnicy do końcowej  stacji.  Tu  wszystko  chodzi  jak  w zegarku, dostaniemy  karnety z godziną odjazdu. Tu jest nawet  jeden czteroosobowy apartament, w którym można przenocować  chyba  za 500€, ale myślę,  że nam jednak  szajba  nie  odbije. No, to szkoda że o tym nie wiedziałem - z poważną miną stwierdził Emil - przecież moglibyśmy tu  sobie zrobić noc poślubną. Ale nie  mam pojęcia jak wysokość apartamentu wpływa na potencję - podwyższa czy  wprost przeciwnie?  Zapewne gdyby tak się wybrać na Łomnicę per pedes to wątpię czy  nastąpiła  by konsumpcja  związku. Adelko, a  z kim tu byłaś  przedtem?- spytała Linka. Byłam służbowo - raz w 6 osób, a  raz w cztery. Byłam asystentką dyrektora- pewnie głównie  dlatego, że studiowałam prawo jako jedyna z sekretarek w ministerstwie. 

Raz to byłam na takiej dużej międzynarodowej konferencji w Czechosłowacji i na  zakończenie tu nas przywieźli, a ostatnio  z własnym dyrektorem gdy był zaproszony  na  rozmowy  w jednym z  zakładów i wtedy była nas   szóstka. I bardzo mi się podobała i Tatrzańska Łomnica i Stary  Smokowiec. Ale , jak widzę, to minęło kilka lat a tu się  bardzo a  bardzo zmieniło. Wszędzie coś się buduje. Nie wiem  tylko czy to akurat Tatrom służy. Popatrzcie, jedziemy niemal  pionowo,  zaraz koniec  trasy. Gdy jechałam tu pierwszy raz byłam nieco przerażona, każde drgnięcie wagonika na podporze przyprawiało mnie o szybsze tętno a świadomość, że  1867 metrów jesteśmy  bez żadnej  podpory aż mnie zatykała. A bałam  się nie śmierci, ale tego, że może nie umrę od  razu, ale  na przykład będę leżała ranna i zdychała z bólu. Wiesz, każdy z nas  boi  się  czegoś innego. Boję  się śmierci osób, które  kocham lub  bardzo lubię, to sprawiłoby mi długotrwały ból, no ale jeśli umrę to przecież nie będę sama za sobą rozpaczała. To będzie zadanie innych, nie  moje. 

Gdy wysiedli z kolejki Adela stuknęła łokciem Linkę i spytała - no i jak, serce w gardle? Nie, a spodziewałam się czegoś  gorszego - odpowiedziała. Więcej strachu miałam wjeżdżając na Kasprowy. Adela pokiwała  głową i  powiedziała - bo tu  miałaś   dobre towarzystwo, własnego męża i odpornych  na histerię znajomych. To teraz tylko pamiętaj żebyś nie patrzyła się w dół gdy staniesz  przy barierce i pod nogi, jeśli wyjdziesz na balkonik. Bo kratownica pod  stopami robi jednak wrażenie. Tak jak posadzka ze szkła. Teoretycznie wiesz, że to grube szkło i wszystko jest dawno obliczone i sprawdzone, ale gdzieś tam z tyłu głowy kołacze się świadomość, że przecież  szkło ma  zwyczaj się tłuc. Tak samo jest z kratownicą. Te "dziurki" są nieduże, ale jednak są dziurkami i wyobraźnia pracuje. Ale wyobraźnię można zwalczyć. Wystarczy sobie uświadomić, że jak się ma pecha to nawet miejski chodnik może się nagle  akurat pod nami  zapaść. Ty to umiesz pocieszyć- zaśmiała  się Linka.

Jeśli chcemy się napić kawy i zjeść jakieś ciacho to zróbmy to teraz, widzę jeszcze wolne miejsca. Ja stawiam - ogłosił Emil, wy potem. Bo pójdziemy na kawę i obiad w Smokowcu. A że Tomek chciał protestować Emil powiedział - słuchaj  się młodzieńcze starszych, dobrze na tym wyjdziesz. Korzystamy z  twoich usług jako kierowcy i twojej benzyny, eksploatujemy twój samochód.  Ale to przecież służbowe - usiłował protestować Tomek. No ale to firma Twego teścia a ty i teść to wszak jedna rodzina, kasa  wspólna, zacznij myśleć kolego. Mówię ci, słuchaj się starszych i to głównie  tych, co ci  dobrze  życzą. Wcale nie jesteś ode mnie  starszy - protestował Tomek.  Jestem. Ty jesteś z rocznika Adeli a jestem od niej 10 lat starszy. A wyglądam młodo,  bo się dobrze prowadzę, kocham tylko żonę i nie piję, nie palę i się nie łajdaczę z obcymi babami i nie obżeram.

Niemożliwe - stwierdził Tomek, wyglądasz na naszego rówieśnika. Adelko, ty też nie wyglądasz na to, że jesteś z mojego rocznika, wyglądasz na młodszą. Bo blondyni tak mają - powiedziała Adela. On co prawda średni blondyn, z tych  ciemniejszych blondynów, ale faktycznie jest 10 lat ode mnie  starszy. No a ja robię co mogę  by wyglądać poważniej i jakoś mi się to nie udaje- śmiała  się  Adela. Już nawet zrobiłam się na  siwo. To nie jest wcale  siwy kolor, to jest popielaty blond - orzekła Linka. Naturalny siwy wygląda inaczej. Ale  tobie ten kolor pasuje, fajnie w nim wyglądasz. A jaki masz własny  kolor? Oj, już nie pamiętam, farbuję włosy od 17 roku życia,  czyli od  matury. Ale też był to dość ciemny blond. Ale  już byłam nawet czarnowłosa, a potem ciemnym brązem farbowałam. Ale Emil wie tylko jak wyglądam w tych popielatych włosach. I niech tak  zostanie.

No to  co, idziemy obejrzeć krajobraz? Bardzo możliwe, że będziemy mogli wcześniej zjechać na dół, te 50 minut to maksymalny czas pobytu tutaj. A wiecie , że tutejsze obserwatorium astronomiczne jest bardzo znane i  cenione na świecie? No bo jest na takiej dużej wysokości.  

Wyszli na otaczający tarasik widokowy, Linka kurczowo uczepiona ramienia Tomka, jakby w obawie, że ją  zmiecie  jakiś nagły podmuch  wiatru, którego nie  było. Pomimo posiadanej "ściągi" Adela nie  potrafiła rozpoznać poszczególnych szczytów  tatrzańskich, co ją bardzo denerwowało. Potrafiła jedynie orientacyjnie rozgryźć gdzie  co się  znajduje. Nad Łomnicą, jak zwykle zbierały się chmury. Adela ze złością schowała kartkę do kieszeni mówiąc - chyba następnym razem to będę musiała  wziąć ze  sobą lornetkę. Razem z Emilem poszli na "balkonik", na którym bezwstydnie  cię  całowali i co zostało uwiecznione na fotce  zrobionej komórką Tomka.  Linka wolała jednak nie  wchodzić na  balkonik i nikt zresztą  jej nie namawiał.

Na  dół zjechali  po 40 minutach pobytu  na  szczycie. Tym razem Adela patrzyła z lekkim przerażeniem na nowe inwestycje, które oczywiście przyniosą miejscowym spore  zyski finansowe, ale na pewno przyniosą też  ze sobą sporą degradację środowiska naturalnego. Budowa tej kolejki już wniosła sporo zamieszania w okolice Łomnickiego Stawu, który jest na wysokości 1761 metrów i okresami wysycha, bo budowa kolejki naruszyła równowagę w przyrodzie. A teraz w tym miejscu ma powstać nowa inwestycja, która latem i  zimą będzie  gościć tysiące ludzi, co przyrodzie nie wyjdzie na  zdrowie. Przyszło jej na myśl że jeszcze  trochę i  Łomnicki Staw będzie napełniany wodą tak jak basen. Bo wyschnięty staw nie  dość, że nie wygląda  ładnie to do niczego się nie nadaje.

Emil, który "od zawsze" obserwował Adelę spytał - co cię tak zasmuciło kochanie? Adela ciężko westchnęła- bo się  zastanawiam nad  tym, czy  dziś aby  nie ostatni raz widzieliśmy Łomnicę jeszcze taką jaką  widzieli ludzie na początku dwudziestego wieku. Przecież ludzie bez opamiętania zmieniają swoje otoczenie  tworząc różnego rodzaju Disneylandy. Jesteśmy szalenie  ekspansywnymi istotami i  zaczynam wierzyć  w to, że kiedyś  sami siebie  zniszczymy, albo, żeby przetrwać  jako gatunek będziemy  zmuszeni do znalezienia innego miejsca  pobytu. Oczywiście doceniam fakt, że mogłam popatrzeć z takiej wysokości na  Tatry, ale prawdę  mówiąc to i bez tego bym  przeżyła. Albo starałabym się, jak wielu innych przed nami, po prostu wspiąć  się na  szczyt jak robili to inni. A za kilka lat nasze Zakopane też będzie zdewastowane i zdeptane. Mam tylko nadzieję, taką wielce egoistyczną, że ja tego nie  zobaczę na własne oczy.

No to jedziemy do Starego Smokowca. Tych Smokowców jest od  groma i trochę- Nowy, Górny, Dolny i jeszcze jakiś- powiedziała Adela. Ale dla mnie najpiękniejszy jest Stary  Smokowiec, ten  najstarszy, nad  którym  góruje  Sławkowski  Szczyt. Miasteczko rozwinęło skrzydła  głównie  w XIX wieku, gdy zbudowano w latach 1839 -1850 budynki  sanatoryjne, a w 1904, dla mnie  cudny, budynek Grand Hotelu. No i mnóstwo tu naprawdę  ślicznych  starych  willi. Niestety w  czasach słusznie minionych, gdy zapadła decyzja,  że w 1970 roku właśnie tu się odbędą narciarskie mistrzostwa świata  pomiędzy te piękne domy z poprzedniego stulecia upchnięto kilka paskudnych ale pojemnych i względnie tanich betonowych budynków. A w 2004 roku huragan  zniszczył całkowicie okoliczne lasy i te szkody usuwano całe  dwa lata. Ja tu byłam jeszcze przed huraganem nie wiem jak tu jest teraz. Z prasy  wiem,  że jest tor  saneczkowy czynny całodobowo i poszerzona  trasa  narciarska. No i trwa  nadal zalesianie. 

U nas też huragan narozrabiał-  powiedziała  Linka. A chałupa  trzeszczała tak, że się  zastanawiałam  czy  się  aby  nie  rozleci. Ale dobrze  ją poskładali po rozłożeniu. Tak naprawdę to  podziwiałam tych co ją rozbierali a potem składali w  całość. Robili cała masę znaczków a oprócz tego były jeszcze  jakieś opisy. A długo byliście bez  domu?  Długo, ja to  mieszkałam wtedy u babci, a rodzice u jednej z sióstr ojca. A chałupa to przy każdym  halnym jęczy jak potępieniec. Mama  mówi, że  zawsze jęczała, ale  mnie się wydaje , że dopiero od tej  przeprowadzki. 

No na pewno zawsze w czasie  halnego jęczała- stwierdził Tomek, ale ty byłaś  w niej od  niemowlaka więc te  wszystkie  dźwięki były dla  ciebie  naturalne a nie  dziwne bo nikt ci na nie  zwracał uwagi. Potem jakiś  czas mieszkałaś w  murowanym domu i gdy  wróciłaś do domu  z bali, "pracującego" w  czasie halnego to te  dźwięki  zwróciły  twoją uwagę.

W Starym Smokowcu zjedli obiad  w starej restauracji, której wnętrze  nieodparcie kojarzyło się z oranżerią. W dużych donicach rosły palmy i bliżej im  nieznane oryginalne rośliny obdarzone ogromnymi, ciemnozielonymi  liśćmi.  Było cicho i bardzo przyjemnie. Zamówili  pieczone pstrągi z młodymi kartoflami i dużą ilością koperku. Dziewczyny "załapały się" na  białe  wino, panowie ograniczyli się do miejscowej wody mineralnej. Gdy kelner podał pstrągi cała  czwórka wytrzeszczyła oczy - te pstrągi były.....bardzo duże. A może to jakieś inne  ryby? Ja jeszcze tak dużych pstrągów nie  widziałam na talerzu - stwierdziła Adela. Tomek roześmiał się - kochani, to nie jest jeszcze sezon, więc  biedne pstrągi mogły  sobie spokojnie rosnąć. W pełni sezonu to one nie mają szans dobrze dorosnąć i są wielkości płotek. Pstrągi naprawdę bywają duże. Zobaczcie , są podane na półmisku dobranym  do ich wielkości. Zresztą tu  w karcie nie ma innych ryb. To zresztą nie  dzikie pstrągi, ale z jakiejś hodowli na którymś ze  strumieni. Te pełnowymiarowe pstrągi były naprawdę pyszne. Na deser zamówili  truskawki z bitą śmietaną i kawę.

No to w jednej sprawie mam pełną jasność - na urlopy należy jeździć albo tuż przed  sezonem  albo zaraz po jego  zakończeniu - stwierdziła  Adela. A w  wakacje trzeba  być w  Warszawie- naprawdę Warszawa w lipcu i sierpniu jest całkiem dobrym miejscem. Nie ma korków w godzinach pracy i tłoku w komunikacji. Czyli - trzeba brać urlop na początku czerwca albo września. Udało się nam przejść bez  obijania się o ludzi Kościeliską i Chochołowską, na Gąsienicowej  nie trzeba było stać w kolejce do toalety, co ponoć w  sezonie jest normalką no i było czysto. Tu udało nam się od  ręki załapać na Łomnicę, nie mieliśmy nigdzie korków. Wyjazdy nad  cieplejsze niż Bałtyk morza to trzeba realizować najlepiej na początku września, chociaż jak  mi mówiła taka jedna  bywała  w świecie,  na Cypr to i w październiku można-w  dzień temperatura powietrza to 27 stopni a wody 24. Tylko noce  są już chłodne - 16 stopni w nocy. Tyle tylko, że tak długo można  sobie w tych terminach pojeździć dopóki nie ma  się dzieci lub nie  są w  wieku szkolnym.

                                                                 c.d.n.



wtorek, 28 czerwca 2022

Trudny wybór - 51

Wieczorem do Emila zatelefonował Tomek- dziękował obojgu, że  wzięli ze  sobą jego z dzieckiem- mała ponoć  cały czas opowiadała babci i  dziadkowi co było na tej wycieczce i wyciągając rączkę przed  siebie pokazywała jak blisko był Giewont i jakie były ogromne kamienie gdy  szli na Sarnią Skałę. No fakt, te prożki skalne były niewiele niższe od  niej - zgodził się  Emil - przecież ona jest jeszcze  malutka, ale to bardzo, bardzo udane  dziecko, mądre i bardzo dobrze  rozwinięte umysłowo.

Emil powiedział, że  następnego  dnia chcą  się  wybrać na Słowację, ale jeszcze  nie wiedzą czy  aby nie pojadą tylko we dwoje, bo rodzice nie palą  się  do tej wycieczki. Bo oni to chcą wjechać  na Łomnicę, a ojciec nie ma na to ochoty i rodzice nie mają pomysłu   na  zagospodarowanie czasu gdy młodzi będą na Łomnicy. 

Tomek stwierdził, że jeśli ich  rodzice nie pojadą, to on chętnie  by się na  Słowację  z nimi zabrał bo mają  z teściem pomysł, żeby oprócz spływu organizować  również jednodniowe  wypady  na Słowację, bo teraz w Tatrzańskiej  Łomnicy i Starym  Smokowcu już cepry  mają co robić. I, wyobraź sobie, że nawet moja by pojechała- oczywiście mała zostałaby w domu. No fajnie, to zdzwońmy się za godzinę i doprecyzujemy sprawę- powiedział Emil  - bo chyba wtedy możemy pojechać jednym samochodem - po co w cztery osoby  jechać  dwoma  samochodami.

W pół godziny później zapadła decyzja, że pojadą jednym samochodem, ale firmowym, bo teść Tomka potraktował to jako  wyjazd służbowy. Linka też pojedzie, bo jak wyjaśnił Tomek, ona jest zazdrosna, bo Tomek podziwia Adelę, bo jego zdaniem jest  za co ją podziwiać. Najwyżej Linka wstydu sobie  narobi, bo boi się jazdy kolejką, ale pojedzie. 

Umówili  się na  niechrześcijańską jak na urlop godzinę, bo na siódmą rano.  Tomek już zamówił dla nich bilety, wjazd mają o godzinie 10,00. No i pojadą służbowym samochodem, a "spływającymi Dunajcem gośćmi" zajmie  się ktoś inny, zresztą  teść służbowy  samochód  daje  tylko w ręce Tomka. Poza  tym nawału turystów jeszcze  nie ma. No i  sprawdzał prognozę - ma być pogoda. Emil zaśmiał się -ja tam w te prognozy  nie  wierzę - w górach nigdy nic  nie  wiadomo. Wiesz jak jest- pogoda to jest  zawsze, tylko ludzie nie  zawsze dobrze  do  niej ubrani.

 I muszę cię pocieszyć - moja już dwa razy jechała na Łomnicę i chociaż  dwa razy miała pietra to jedzie  trzeci raz. Obiecała  sobie, że opracuje metodę by się  nie bać. Doszła do  wniosku, że po prostu nie  należy patrzeć w dół tylko w górę albo na  ścianę góry na wysokości oczu.Trenowała to na oszklonej windzie zewnętrznej jednego z budynków w Warszawie. Pewnie sprzeda ten patent twojej. A za co ty tak podziwiasz  moją? Za to, że pracowała i robiła  studia, to wcale nie jest ani łatwe,  ani proste,  ani przyjemne. Przecież  wtedy wcale  nie ma  się życia  osobistego, trzeba być wielce zdeterminowanym. I wiele osób poddaje  się, a ona wytrzymała. Masz rację Tomku. No to w takim  razie  do jutra.  

Przed pójściem spać Emil zostawił  na kuchennym  blacie kluczyki od  samochodu i dowód rejestracyjny i kartkę z informacją, że jadą na  Słowację z Tomkiem służbowym samochodem jego teścia. I że na pewno wrócą późno,  ale w ciągu dnia "dadzą głos". 

Poza  tym naszykował na rano kanapki i picie na  drogę, łącznie z energetycznymi  batonikami. Wiadomo  było, że gdy wstaną  tak  wcześnie to żadne  z nich nic  nie będzie jadło. A rozpoczynanie  pracy o 7,30 jeszcze  tylko utrwaliło ten  nawyk. Jak się przekonali  to większość osób z biura,  w którym pracowali, dzień pracy rozpoczynało od......zjedzenia  śniadania i wypicia kawy.

Gdy dotarł do łóżka, Adela, która teoretycznie już spała przytuliła  się do niego ściśle  niczym balanus  glandula do  skały lub kadłuba  statku, ramię ułożyła na jego klatce  piersiowej a swe dolne odnóże na dolnej części jego brzucha, westchnęła  z ulgą i zaraz  już mocno  zasnęła. Emil nim  zasnął pomyślał jeszcze o  tym, że chyba  bez tego wielce oryginalnego pąkla tak  mocno do niego przytulonego już nie umiałby  zasnąć.

Rano Adela uruchomiła przywieziony z Warszawy expres do kawy, zrobiła  cztery  porcje  kawy i napełniła  gorącą kawą termos,  ukroiła jeszcze  dla siebie i Emila po plasterku szynki i sera "na teraz", kanapki włożyła do termo torby. Ilość kanapek uwzględniała  również obecność Tomka i Linki. Przed dom wyszli pięć  minut przed siódmą. Było rześko, świeciło słońce,  zapowiadał się ładny dzień. W trzy minuty później zajechał Tomek. Obok  niego siedziała Linka.

Pojechali Drogą Balzera, nie żyłując tempa i zachwycając się widokami. Przez Łysą Polanę przejechali jak burza, jednak nieźle było być członkiem UE. W Ździarze  zatrzymali się na jednym z parkingów by spokojnie , w "pięknych okolicznościach  przyrody" jak to określił  Tomek, spokojnie  i niespiesznie  zjeść śniadanie. Słowackie Tatry nabierały turystycznego rozpędu, wszędzie powstawały  nowe obiekty nastawione  na turystów. 

W Ździarze   aktualnie  powstawała  ścieżka  w koronach  drzew.  Właśnie  wybudowano wieżę, którą dochodziło  się do owej ścieżki. Konstrukcja   całości   była  drewniana, kąt nachylenia chodnika, który spiralnie wznosił  się ku górze,  umożliwiał wjazd     wózkiem osobom niepełnosprawnym oraz osobom z dziećmi w  wózkach.  W Ździarze już działały termy. Zresztą na  całej Słowacji w pasie górskim powstawały całe masy kąpielisk. Nie  rozumiem- powiedziała  Adela - u nich są  ciepłe źródła a u nas  nie ma? Przecież to te  same góry! U nich jest ciepła  woda, a u nas nie? 

Halina  się śmiała- ależ u nas też są ciepłe wody -  wg niektórych woda w basenie  na Jaszczurówce, która ma raptem +17 stopni jest to woda  ciepła. A że po 5 minutach kąpieli  jesteś zmarznięta to twoja  wina, nie wody. Ale gdy normalnie woda ma tylko kilka  stopni  ciepła, to tę co ma  17 stopni  jest po prostu łatwiej podgrzać do  strawnej  dla  człowieka temperatury. Na Antałówce  też będzie  lata  moment basen z wodą  siarkową. I gdy tylko trochę zacznie  zarabiać  zaraz  zrobią tam  SPA, wymodzą extra  hotel- już nawet zawiązała  się jakaś spółka. Wraz ze zmianą ustroju z socjalistycznego na kapitalistyczny w Zakopanem upadło finansowo masę zakładowych domów wypoczynkowych, zostały wykupione przez prywatnych inwestorów, a ceny dla zwykłego Kowalskiego pozbawiają  go możliwości korzystania z tego.

Zauważyłaś, że już nie ma pensjonatów Orbisu?  Zauważyłam, kiedyś  mieszkałam w takim fajnym, malutkim na Żeromskiego. Nie ma go- odpowiedziała Adela.  Pewnie  wrócił do właścicieli, bo Orbis go kiedyś odkupił, więc może teraz  wrócił do właścicieli- powiedziała Linka. A byłaś kiedyś w Orbisowskim super  hotelu koło Szymoszkowej? Wiesz, nad tą  nową Drogą Junaków prowadzącą do Kościeliska ? To właśnie z okazji jego  budowy gdy go budował Orbis nasz  dom przeniesiono na Antałówkę. Ona oczywiście już nie jest Drogą  Junaków, tylko Nędzy Kubińca.Tam nadal jest hotel, ale już nie orbisowski. Ceny jak z księżyca, wystrój jak z amerykańskiego  filmu o "Dynastii", basen, SPA, parking. Pięć kroków  zimą do  wyciągu  narciarskiego na  Szymoszkowej.

No byłam tam kilka  lat wcześniej, nawet 10 dni tam mieszkałam- powiedziała Adela. Wydawał mi się dostatecznie  elegancki i bardzo  dobrze  tam karmili. Wiesz, ja ciągle nie mogę polubić tego nowego Zakopanego, nawet te  nowe Krupówki mnie  wpieniają tą kostką  bauma - przecież to beton. Przyjechałam tu po kilku latach nieobecności i bardzo mnie dzisiejsze Zakopane denerwuje. Brakuje  mi niektórych punktów gastronomicznych, obiadów domowych  "u Pani Zosi",  knajpki w drewniaku "U Jaśka"a nawet tego targu   na Kamieńcu, do którego zejście  zimą groziło śmiercią lub kalectwem. Przeraża mnie  to, że na Parcelach gdy  kichniesz pod "trójką" to cały rząd odpowie ci na  zdrowie. A jeśli w nocy chrapiesz to sąsiad  zapewne stuka do okna, że go budzisz  swoim  chrapaniem. 

A kto to był ten Nędza Kubiniec co wysiudał  Junaków z nazwy?  Podobno poetą i prozaikiem - odpowiedziała Halinka. Ale  nie powiem żebym  znała jego choć jeden tomik  poezji  lub  prozy. Adela roześmiała  się - pewnie  "wierszył"  białym wierszem,  nie  rymował. To co było z rymem uznano za poezję, a  biały wiersz za prozę. I wiesz co  zauważyłam? Straszliwie się tu namnożyło kościołów lub innych tego  gatunku  miejsc. Dziwi mnie  to, bo dość  dobrze  znam dzieje  Zakopanego a górale to  za bardzo pobożni  nigdy  nie byli. No fakt- podsumowała Linka.

Kochani, jedziemy  dalej, trzeba na tę Łomnicę  wjechać. Tylko weźcie  wszyscy kurtki  ze  sobą, na górze nie będzie upału- bo jednak będziemy na wysokości 2634 metry, wyżej niż na szczycie  Rysów. W Tatrach tylko Gerlach jest  wyższy i to o całe 21 metrów. A do tego  ma mnóstwo szczytów- bardzo długa jest jego  szczytowa grań. Ktoś się   kiedyś śmiał, że gdyby tam  wybudować  schronisko to byłoby długie jak węgorz - zapodał Tomek.

Trochę się boję - stwierdziła  Linka. A czego? -zapytała Adela gdy stanęły na  chwilę razem na parkingu. No, ekspozycji. My nie idziemy na  wspinaczkę, więc ekspozycja  nam  nie  grozi - beznamiętnym  tonem stwierdziła Adela. Tam jest  zapewne  tyle  samo ekspozycji  co na innych tatrzańskich  szlakach. Poza tym nie będziemy wchodzić czy też  wjeżdżać przewieszką.  Szłaś na Kalatówki , z jednej strony miałaś zbocze do góry,  z drugiej zbocze w dół.  Jakoś nie  zauważyłam  żebyś przemykała  się pod ścianę bo  cię stok schodzący w  dół "ciągnął". A gdybyś tak zleciała tym stokiem do Kuźnic to byś  się nieźle połamała chociaż nie było jeszcze  wysoko.  Jeśli masz lęk wysokości to po prostu  nie patrz się w dół- patrz  się w dal, na horyzont  albo na przesuwającą  się ścianę zbocza za szybą kolejki. A gdy wyjdziemy na tarasik widokowy to nie patrz się pod  nogi, bo podłogi wysuniętych "korytarzyków" widokowych  są z kratownicy - dość gęstej. Po prostu jak wyjdziesz  to patrz  się przed siebie a nie  w dół. No i  nie musisz wchodzić na ten wąski tarasik, możesz sobie  stać na szerokim. Zresztą jakby się ktoś  pytał one  są z poręczami. Jedno jest pewne - Twoje dziecko nie ma lęku wysokości- spokojnie siedziała w nosidełku a przecież  Tomek mały  nie jest, jest trochę wyższy od Emila, więc  dziecko siedziało wysoko. A poza tym przytul się do Tomka to się przestaniesz  bać. Nie wydaje mi się by przytulanie  się  do własnego męża było czymś nieprzyzwoitym. Niech poczuje, że mu ufasz, że liczysz na to, że cię ochroni od  wszystkiego złego. To im dobrze  robi, nawet więcej niż słowa. 

                                                                 c.d.n.


poniedziałek, 27 czerwca 2022

Trudny wybór - 50

 Adela po raz pierwszy szła na Kalatówki latem - dotąd zawsze wędrowała tu  zimą. I właśnie opowiadała jak ostatnim  razem gdy wracała z Kalatówek droga  była tak wyślizgana, że brnęła jej samym  skrajem i co krok zapadała się w śniegu. Ale wolała to niż  wywrotkę  na drodze udekorowanej końskimi odchodami. 

 Elunia w pewnej chwili raptownie stanęła w miejscu mówiąc : przecież on nic  nie widzi! Wszyscy zaskoczeni popatrzyli na dziecko a Helena przytomnie zapytała - a kto nic nie widzi? Miś nic nie widzi - nieco płaczliwym głosikiem powiedziała Elunia. A gdzie jest ten miś? - dociekała  Helena. W moim plecaku.  No a ty chcesz, żeby on widział to samo co my? - Tomek ocknął się  z chwilowej  zadumy. Tak - głos  Eluni nieco się  rwał. No to staniemy i wyjmę ci misia z plecaka. Eluniu,  a po co ty wpakowałaś do plecaka trochę klocków lego? Żeby się miś nie nudził w plecaku - wyjaśniła mała. Wszyscy przytomnie  powstrzymali się od śmiechu, Tomek wyciągnął misia i wręczył go córeczce. Dobrze wytresowane  dziecię grzecznie podziękowało, a w dziesięć minut potem wręczyła misia mamie mówiąc - mama, ponieś go trochę, ale  tak, żeby wszystko widział. Gdyby wzrok zabijał, Tomek padłby martwy pod spojrzeniem swej  żony, bo to on szykował małą na wycieczkę i zapewne namówił na wzięcie misia.

Helena wyciągnęła ze  swojego plecaka jedwabną dość dużą apaszkę, złożyła ją w  formę paska i powiedziała do małej - daj mi Eluniu  misia, zrobimy dla niego nosidełko i sama będziesz mogła nosić tak, żeby ci  było wygodnie iść i żeby on widział to co my wszyscy. Z wielką wprawą zawiązała  apaszkę na misiu i wolnymi końcami  apaszki opasała talię dziecka mówiąc - zobacz, kochanie - teraz  miś będzie się patrzył na to samo co my a tobie będzie wygodnie  z nim iść. Chodź,  daj rączkę, będziemy mu opowiadać co widać po drodze. I miś wraz z Elunią oglądał przydrożne kwiatki, krzaczki i kamyki. 

Adelko,  a co robiłaś  zimą na  Kalatówkach?- zapytał Tomek. Głównie opalałam  się, trochę  siedziałam przy uzupełnianiu  płynów i obserwowałam jak inni jeżdżą na  nartach. I chyba raz jadłam w restauracji hotelowej  obiad. Koleżanka chciała się zorientować czy  nie  byłoby dobrze  tu zimą  sobie wynająć pokój ale w końcu  stwierdziłyśmy, że jeśli nie  jeździmy na nartach to jest to ciężka  głupota by tu  zimą przez  tydzień lub  dwa siedzieć i płacić kupę  forsy.

Ponieważ dreptanie z Elunią było bardzo powolne bo na tej  kamienistej drodze małym stópkom dziecka nie  szło się wygodnie, Tomek wziął małą "na barana"  od  razu tempo marszu  wzrosło. Na  polanie  koło hotelu nie było wiele ludzi, ci co  się  wybierali tym  szlakiem na Halę Kondratową lub na Giewont i Kopę Kondracką  już  zapewne  do celu docierali, część  z kolei  po drodze  skręciła do pustelni św. Brata  Alberta.

W bufecie  wszyscy  napili  się domowej limoniady, czyli wody z miodem i sokiem z limonki. Helena z Piotrem i  Halinką zostawali na razie na Kalatówkach. Reszta miała  przedreptać do Strążyskiej.  Z Kalatówek  Elunia   dreptał na  własnych  nogach, zwłaszcza, że  droga  prowadziła  w lesie, nieco w  dół i  zakosami. Ścieżka  była wygodna, urozmaicona licznymi mostkami nad  strumieniami. Przechodziła pod tak zwanymi  "Zameczkami",  czyli niewielkimi, poszarpanymi turniczkami, których  widok  niektórym przypominał mocno uszkodzone  małe  budowle. Mała dzielnie tuptała, Tomek jej  tłumaczył dlaczego  mijane  skałki nazywane  są  "zameczkami". Dziecko było dociekliwe i bardzo chciało wiedzieć kto je tak  nazwał, no  ale tego to nikt z dorosłych  nie  wiedział. Emil powiedział  Eluni, że pewnie ten, kto tędy szedł po raz  pierwszy tak je  nazwał i ta  nazwa została,  a było to bardzo, bardzo  dawno i nie wiadomo kto widział je po raz  pierwszy. Potem cała czwórka  na  zmianę tłumaczyła dziecku : kiedy  było to dawno i dlaczego ludzie  nazywają jakimiś nazwami góry. Chyba  najbardziej  trafiło dziecku do przekonania porównanie różnych nazw gór do  adresów w miejscowościach. Oczywiście zaraz  było pytanie a dlaczego Kasprowy nazywa  się Kasprowy. W pewnej chwili Elunia ogłosiła, że jej  się  chce "sikuniu", więc Tomek odszedł z nią od ścieżki na owo  "sikuniu".  Do ścieżki Elunia  już wróciła  siedząc na turystycznym  nosidełku. Tempo marszu  wyraźnie im  wzrosło i wkrótce osiągnęli Czerwoną Przełęcz i z niej, głównie  z uwagi na  ładny  widok  podeszli na Sarnią  Skałę.  Mała z  miejsca  rozpoznała Giewont, który wygląda z tej perspektywy bardzo okazale i jakoś tak blisko. Na lewo, na  horyzoncie  było widać część  otoczenia Czarnego Stawu Gąsienicowego,czyli Żółtą Turnię  i dalej aż do Koziego Wierchu,    na  prawo od  Giewontu widać  było Czerwone Wierchy i Kominiarski Wierch. Gdy stanęli tyłem do Giewontu rozpościerała się  przed nimi panorama Zakopanego i Gubałówka a w tle   Podhale. Z Sarniej  Skały doszli z powrotem do Czerwonej Przełęczy i stąd obaj panowie zatelefonowali, że już za pięć minut wejdą na  szlak prowadzący do Doliny Strążyskiej, za 20 minut będą na  Polanie Strążyskiej i potem już  będą szli do wyjścia  z Doliny, a że dziecię jest w nosidełku, to będą szli  a nie  wlekli się.

Adela  zastanawiała  się ile  jeszcze razy w tym sezonie  będzie w Strążyskiej, bo  w czasie każdego zimowego pobytu bywała 3 lub 4 razy. Śmiała  się, że to był "zimowy  spacerniak",  bo na ogół  mieszkała na Bystrem, więc do Strążyskiej nie było daleko. Idąc do Doliny śmiali  się, że dziś zdobyli szczyt na wysokości 1377, bo na takiej  wysokości  nad poziomem morza  jest szczyt Sarniej Skały. A Czerwona  Przełęcz jest na  wysokości 1303metry. 

Obie pozostałe części rodzin już  czekały na  nich po wyjściu  ze Strążyskiej.  Mała od  razu wpakowała  się matce  na ręce mówiąc- widziałam dziś Giewont! Halinka  spojrzała  się na nią i powiedziała-  no to już drugi  raz  dziś widziałaś Giewont, przecież go widzisz  codziennie.  Tomek "ruszył na  ratunek" mówiąc - ale Giewont z Sarniej  Skały jest dużo Bliższy niż widziany z Antałówki i dlatego zrobił na  dziecku  wrażenie.

Adela wychwalała Elunię, że jest mądra,  bardzo grzeczna, nie kaprysiła i  bardzo  dzielnie sporą część drogi przetuptała na  własnych nóżkach.  Okazało się, że Halina nigdy jeszcze nie  przeszła  ani jednego fragmentu Drogi nad Reglami, a jedyne  szczyty na których była dotąd to Kasprowy, na który wjechała  kolejką,  Gubałówka (też wjazd kolejką) i Antałówka, na której  wszak mieszka. Oooo, dziwiła  się Adela- to ty tak jak szewc, który  bez butów  chodzi. Coś tak   jakby - stwierdziła Halina- dziś po raz pierwszy byłam na  Kalatówkach. Tomkowi na  moment mowę odjęło, ale po chwili zapytał - no i co, jak  się podobało?  Szło wytrzymać bo towarzystwo miałam ciekawe. Ty w Krakowie od  dziecka   mieszkasz  a nie wiesz gdzie jest jaki  sklep. 

Bo mnie  galerie handlowe  nie interesują, wystarczy, że wiem gdzie  są księgarnie,  antykwariaty, baseny i dobry spożywczak i wszystkie zabytki - odgryzł się  Tomek. Dyskusję przerwała Elunia   zapytaniem czy pojadą teraz   na lody.  No teraz  nie, bo teraz  to jedziemy do  domku na obiad a lody dostaniesz  w domu po obiedzie - wyjaśnił dziecku Tomek. 

Podziękowali sobie  wszyscy za miło spędzony  czas, a Tomek stwierdził, że skontaktuje  się jeszcze  z nimi pod  wieczór. Elunia  była  wyraźnie  rozczarowana, że dziś nie przyjdą do nich  nowi znajomi. Pojechali znowu na  włoskie jedzenie, bo - jak  stwierdził Piotr- tu już  wiemy, że jest  wszystko smaczne i świeżutkie. Przez  moment chciałem ich  zaprosić na obiad, ale  sobie przypomniałem, że ta włoska restauracja nie przyjmuje osób  z małymi  dziećmi. Nie  dziwię się im, tam jest dość  mało miejsca a poza  tym  menu zupełnie  nie  dla  dzieci. Zaskoczyła  mnie ta żona  Tomka - dość długo przecież  dziś z nami rozmawiała, ale  nie przyznała się, że jest na Kalatówkach pierwszy raz. Ale Tomka to  wyraźnie zatkało - stwierdził Emil. To tylko widać,  jak mało ze sobą rozmawiają- są przecież  ze sobą już pięć lat.

No wiesz Mileczku,  nie  każda jest taka rozmowna jak ja. Oni to  w sumie mają  dość  mało czasu  dla  siebie, przecież on jeszcze  studiuje. Nie każdy miał taki luksus jak  my, że jeszcze nam  się o ślubie  nie śniło a pracowaliśmy w  jednym pokoju i mogliśmy  siebie wzajemnie obserwować i na  różne tematy rozmawiać. Gdybyśmy pracowali w wieloosobowym pokoju to na pewno dużo  czasu by nam  zeszło na wzajemnym  poznawaniu  się. Ale  dziecina im  się udała- mądrutka  ta trzylatka. I całkiem grzeczna i nieźle przez  babcię  wytresowana. A Tomek fajnie  się  nią  zajmuje. I dociekliwe  z niej  dziecko. Za rok to dopiero będzie  miała mnóstwo pytań. I Emil opowiedział  rodzicom jak  tłumaczyli małej dlaczego  góry i różne  miejsca mają  swoje   nazwy. A jak  ślicznie poinformowała  swego tatę, że się jej  chce siku.

Fajna  z niej  dziewczyneczka. Podobało  mi się  z tym  misiem, który leżąc w plecaku niczego nie widzi. Ona do samego końca miała  przywiązanego do siebie tego  misia. I twoja   apaszka jest teraz u  nich  w domu. Nie szkodzi, mam tu jeszcze  dwie  i z pięć w Warszawie - stwierdziła  Helena. Grunt, że to się  sprawdziło i dziecko było zadowolone.

Może byśmy pojechali jutro na  Słowację?- zaproponowała  Adela. Możemy  pojechać do Tatrzańskiej Łomnicy i wjechać na  Łomnicę kolejką  linową. Ja już  dwa razy jechałam i  za każdym razem miałam w pewnej  chwili stracha. Oba razy jechałam "służbowo"- raz  na tej konferencji, z której mnie pamiętał  naczelny,  a  wcześniej to zaraz na początku  gdy byłam  z szefem dwa dni w jakimś  zakładzie  produkcyjnym i ani słowa nie  powiedziałam przez dwa dni, bo tak  mnie  bolało gardło. Potem  to  mnie dodatkowo bolała  ręka od  pisania  zamiast mówienia. I żołądek  mi wysiadł, bo co chwilę ssałam jakieś cukierki i tabletki odkażające.

 Łomnica ma 2634 m wysokości a wchodzić  na piechotę  można tylko z wykwalifikowanym przewodnikiem. I część trasy pokonuje  się  z liną. Podobno  Gagarin  też  się na  nią  wdrapywał. Jest  tylko jeden problem - jeśli wdrapałeś  się   na górę piechotką to i  zejść musisz  piechotką. A takie  wejście z przewodnikiem  to 300€. Kask i uprząż wspinaczkową  zapewnia przewodnik. Mówię o  tym, ale ja  na to nie  reflektuję. Wystarczy  mi  jazda dwuodcinkowa  kolejką i pobyt  na szczycie 50 minut. Naprawdę to fajne przeżycie. I w ogóle  Słowacja jest bardzo w porządku. I nie ma  kłopotów językowych. Słowaków  rozumiesz bez problemu. Zawsze  sobie obiecywałam, że przyjadę tu na urlop, a potem okazywało się, że albo nie mam z kim albo gorzej  stoję finansowo albo nie dostanę urlopu w wakacje, albo mam jakiś zaległy egzamin i muszę w  wakacje  ryć.

Nie będziemy  mieć   problemu  ze  wzięciem  urlopu w jednym  czasie bo będziemy  w dwóch  różnych  departamentach.  Poza  tym możemy wziąć urlop poza okresem stricte wakacyjnym, w trakcie  roku szkolnego i  nie  w okresach świątecznych.

Nie widzę problemu- stwierdził Emil. Możemy teraz  pojechać i przepatrzeć a w następnym roku  przyjechać. Będzie to o tyle dobre, że będziemy wiedzieć co rezerwujemy. Tato,  a macie  ochotę pojechać  jutro  nami  na Słowację?- zapytał Emil wychodząc na balkon,  na którym urzędowali rodzice. Bo my  chcemy przepatrzeć trochę gdzie  można  coś fajnego wynająć na Słowacji i w przyszłym  sezonie pojechać  na Słowację. Chcemy jutro  pojechać  do Tatrzańskiej  Łomnicy i może przy okazji, jeśli będzie dobra pogoda to wjechać na Łomnicę kolejką.  No to jedźcie, my sobie podrepczemy do Doliny  Białego.Weźmiemy ze sobą kocyk  piknikowy, żebyśmy  mieli na  czym  posiedzieć. Bo na wyjazd kolejką wysoko w górę to nie  mam ochoty- stwierdził ojciec. No  ale przecież  nie musicie  razem z nami wjeżdżać  na górę, możecie zostać gdzieś w okolicy  dolnej  stacji kolejki, nam ta frajda  zajmie najwyżej półtorej  godziny, bo na  szczycie można  być tylko 50 minut.

                                                                  c.d.n.