poniedziałek, 27 czerwca 2022

Trudny wybór - 50

 Adela po raz pierwszy szła na Kalatówki latem - dotąd zawsze wędrowała tu  zimą. I właśnie opowiadała jak ostatnim  razem gdy wracała z Kalatówek droga  była tak wyślizgana, że brnęła jej samym  skrajem i co krok zapadała się w śniegu. Ale wolała to niż  wywrotkę  na drodze udekorowanej końskimi odchodami. 

 Elunia w pewnej chwili raptownie stanęła w miejscu mówiąc : przecież on nic  nie widzi! Wszyscy zaskoczeni popatrzyli na dziecko a Helena przytomnie zapytała - a kto nic nie widzi? Miś nic nie widzi - nieco płaczliwym głosikiem powiedziała Elunia. A gdzie jest ten miś? - dociekała  Helena. W moim plecaku.  No a ty chcesz, żeby on widział to samo co my? - Tomek ocknął się  z chwilowej  zadumy. Tak - głos  Eluni nieco się  rwał. No to staniemy i wyjmę ci misia z plecaka. Eluniu,  a po co ty wpakowałaś do plecaka trochę klocków lego? Żeby się miś nie nudził w plecaku - wyjaśniła mała. Wszyscy przytomnie  powstrzymali się od śmiechu, Tomek wyciągnął misia i wręczył go córeczce. Dobrze wytresowane  dziecię grzecznie podziękowało, a w dziesięć minut potem wręczyła misia mamie mówiąc - mama, ponieś go trochę, ale  tak, żeby wszystko widział. Gdyby wzrok zabijał, Tomek padłby martwy pod spojrzeniem swej  żony, bo to on szykował małą na wycieczkę i zapewne namówił na wzięcie misia.

Helena wyciągnęła ze  swojego plecaka jedwabną dość dużą apaszkę, złożyła ją w  formę paska i powiedziała do małej - daj mi Eluniu  misia, zrobimy dla niego nosidełko i sama będziesz mogła nosić tak, żeby ci  było wygodnie iść i żeby on widział to co my wszyscy. Z wielką wprawą zawiązała  apaszkę na misiu i wolnymi końcami  apaszki opasała talię dziecka mówiąc - zobacz, kochanie - teraz  miś będzie się patrzył na to samo co my a tobie będzie wygodnie  z nim iść. Chodź,  daj rączkę, będziemy mu opowiadać co widać po drodze. I miś wraz z Elunią oglądał przydrożne kwiatki, krzaczki i kamyki. 

Adelko,  a co robiłaś  zimą na  Kalatówkach?- zapytał Tomek. Głównie opalałam  się, trochę  siedziałam przy uzupełnianiu  płynów i obserwowałam jak inni jeżdżą na  nartach. I chyba raz jadłam w restauracji hotelowej  obiad. Koleżanka chciała się zorientować czy  nie  byłoby dobrze  tu zimą  sobie wynająć pokój ale w końcu  stwierdziłyśmy, że jeśli nie  jeździmy na nartach to jest to ciężka  głupota by tu  zimą przez  tydzień lub  dwa siedzieć i płacić kupę  forsy.

Ponieważ dreptanie z Elunią było bardzo powolne bo na tej  kamienistej drodze małym stópkom dziecka nie  szło się wygodnie, Tomek wziął małą "na barana"  od  razu tempo marszu  wzrosło. Na  polanie  koło hotelu nie było wiele ludzi, ci co  się  wybierali tym  szlakiem na Halę Kondratową lub na Giewont i Kopę Kondracką  już  zapewne  do celu docierali, część  z kolei  po drodze  skręciła do pustelni św. Brata  Alberta.

W bufecie  wszyscy  napili  się domowej limoniady, czyli wody z miodem i sokiem z limonki. Helena z Piotrem i  Halinką zostawali na razie na Kalatówkach. Reszta miała  przedreptać do Strążyskiej.  Z Kalatówek  Elunia   dreptał na  własnych  nogach, zwłaszcza, że  droga  prowadziła  w lesie, nieco w  dół i  zakosami. Ścieżka  była wygodna, urozmaicona licznymi mostkami nad  strumieniami. Przechodziła pod tak zwanymi  "Zameczkami",  czyli niewielkimi, poszarpanymi turniczkami, których  widok  niektórym przypominał mocno uszkodzone  małe  budowle. Mała dzielnie tuptała, Tomek jej  tłumaczył dlaczego  mijane  skałki nazywane  są  "zameczkami". Dziecko było dociekliwe i bardzo chciało wiedzieć kto je tak  nazwał, no  ale tego to nikt z dorosłych  nie  wiedział. Emil powiedział  Eluni, że pewnie ten, kto tędy szedł po raz  pierwszy tak je  nazwał i ta  nazwa została,  a było to bardzo, bardzo  dawno i nie wiadomo kto widział je po raz  pierwszy. Potem cała czwórka  na  zmianę tłumaczyła dziecku : kiedy  było to dawno i dlaczego ludzie  nazywają jakimiś nazwami góry. Chyba  najbardziej  trafiło dziecku do przekonania porównanie różnych nazw gór do  adresów w miejscowościach. Oczywiście zaraz  było pytanie a dlaczego Kasprowy nazywa  się Kasprowy. W pewnej chwili Elunia ogłosiła, że jej  się  chce "sikuniu", więc Tomek odszedł z nią od ścieżki na owo  "sikuniu".  Do ścieżki Elunia  już wróciła  siedząc na turystycznym  nosidełku. Tempo marszu  wyraźnie im  wzrosło i wkrótce osiągnęli Czerwoną Przełęcz i z niej, głównie  z uwagi na  ładny  widok  podeszli na Sarnią  Skałę.  Mała z  miejsca  rozpoznała Giewont, który wygląda z tej perspektywy bardzo okazale i jakoś tak blisko. Na lewo, na  horyzoncie  było widać część  otoczenia Czarnego Stawu Gąsienicowego,czyli Żółtą Turnię  i dalej aż do Koziego Wierchu,    na  prawo od  Giewontu widać  było Czerwone Wierchy i Kominiarski Wierch. Gdy stanęli tyłem do Giewontu rozpościerała się  przed nimi panorama Zakopanego i Gubałówka a w tle   Podhale. Z Sarniej  Skały doszli z powrotem do Czerwonej Przełęczy i stąd obaj panowie zatelefonowali, że już za pięć minut wejdą na  szlak prowadzący do Doliny Strążyskiej, za 20 minut będą na  Polanie Strążyskiej i potem już  będą szli do wyjścia  z Doliny, a że dziecię jest w nosidełku, to będą szli  a nie  wlekli się.

Adela  zastanawiała  się ile  jeszcze razy w tym sezonie  będzie w Strążyskiej, bo  w czasie każdego zimowego pobytu bywała 3 lub 4 razy. Śmiała  się, że to był "zimowy  spacerniak",  bo na ogół  mieszkała na Bystrem, więc do Strążyskiej nie było daleko. Idąc do Doliny śmiali  się, że dziś zdobyli szczyt na wysokości 1377, bo na takiej  wysokości  nad poziomem morza  jest szczyt Sarniej Skały. A Czerwona  Przełęcz jest na  wysokości 1303metry. 

Obie pozostałe części rodzin już  czekały na  nich po wyjściu  ze Strążyskiej.  Mała od  razu wpakowała  się matce  na ręce mówiąc- widziałam dziś Giewont! Halinka  spojrzała  się na nią i powiedziała-  no to już drugi  raz  dziś widziałaś Giewont, przecież go widzisz  codziennie.  Tomek "ruszył na  ratunek" mówiąc - ale Giewont z Sarniej  Skały jest dużo Bliższy niż widziany z Antałówki i dlatego zrobił na  dziecku  wrażenie.

Adela wychwalała Elunię, że jest mądra,  bardzo grzeczna, nie kaprysiła i  bardzo  dzielnie sporą część drogi przetuptała na  własnych nóżkach.  Okazało się, że Halina nigdy jeszcze nie  przeszła  ani jednego fragmentu Drogi nad Reglami, a jedyne  szczyty na których była dotąd to Kasprowy, na który wjechała  kolejką,  Gubałówka (też wjazd kolejką) i Antałówka, na której  wszak mieszka. Oooo, dziwiła  się Adela- to ty tak jak szewc, który  bez butów  chodzi. Coś tak   jakby - stwierdziła Halina- dziś po raz pierwszy byłam na  Kalatówkach. Tomkowi na  moment mowę odjęło, ale po chwili zapytał - no i co, jak  się podobało?  Szło wytrzymać bo towarzystwo miałam ciekawe. Ty w Krakowie od  dziecka   mieszkasz  a nie wiesz gdzie jest jaki  sklep. 

Bo mnie  galerie handlowe  nie interesują, wystarczy, że wiem gdzie  są księgarnie,  antykwariaty, baseny i dobry spożywczak i wszystkie zabytki - odgryzł się  Tomek. Dyskusję przerwała Elunia   zapytaniem czy pojadą teraz   na lody.  No teraz  nie, bo teraz  to jedziemy do  domku na obiad a lody dostaniesz  w domu po obiedzie - wyjaśnił dziecku Tomek. 

Podziękowali sobie  wszyscy za miło spędzony  czas, a Tomek stwierdził, że skontaktuje  się jeszcze  z nimi pod  wieczór. Elunia  była  wyraźnie  rozczarowana, że dziś nie przyjdą do nich  nowi znajomi. Pojechali znowu na  włoskie jedzenie, bo - jak  stwierdził Piotr- tu już  wiemy, że jest  wszystko smaczne i świeżutkie. Przez  moment chciałem ich  zaprosić na obiad, ale  sobie przypomniałem, że ta włoska restauracja nie przyjmuje osób  z małymi  dziećmi. Nie  dziwię się im, tam jest dość  mało miejsca a poza  tym  menu zupełnie  nie  dla  dzieci. Zaskoczyła  mnie ta żona  Tomka - dość długo przecież  dziś z nami rozmawiała, ale  nie przyznała się, że jest na Kalatówkach pierwszy raz. Ale Tomka to  wyraźnie zatkało - stwierdził Emil. To tylko widać,  jak mało ze sobą rozmawiają- są przecież  ze sobą już pięć lat.

No wiesz Mileczku,  nie  każda jest taka rozmowna jak ja. Oni to  w sumie mają  dość  mało czasu  dla  siebie, przecież on jeszcze  studiuje. Nie każdy miał taki luksus jak  my, że jeszcze nam  się o ślubie  nie śniło a pracowaliśmy w  jednym pokoju i mogliśmy  siebie wzajemnie obserwować i na  różne tematy rozmawiać. Gdybyśmy pracowali w wieloosobowym pokoju to na pewno dużo  czasu by nam  zeszło na wzajemnym  poznawaniu  się. Ale  dziecina im  się udała- mądrutka  ta trzylatka. I całkiem grzeczna i nieźle przez  babcię  wytresowana. A Tomek fajnie  się  nią  zajmuje. I dociekliwe  z niej  dziecko. Za rok to dopiero będzie  miała mnóstwo pytań. I Emil opowiedział  rodzicom jak  tłumaczyli małej dlaczego  góry i różne  miejsca mają  swoje   nazwy. A jak  ślicznie poinformowała  swego tatę, że się jej  chce siku.

Fajna  z niej  dziewczyneczka. Podobało  mi się  z tym  misiem, który leżąc w plecaku niczego nie widzi. Ona do samego końca miała  przywiązanego do siebie tego  misia. I twoja   apaszka jest teraz u  nich  w domu. Nie szkodzi, mam tu jeszcze  dwie  i z pięć w Warszawie - stwierdziła  Helena. Grunt, że to się  sprawdziło i dziecko było zadowolone.

Może byśmy pojechali jutro na  Słowację?- zaproponowała  Adela. Możemy  pojechać do Tatrzańskiej Łomnicy i wjechać na  Łomnicę kolejką  linową. Ja już  dwa razy jechałam i  za każdym razem miałam w pewnej  chwili stracha. Oba razy jechałam "służbowo"- raz  na tej konferencji, z której mnie pamiętał  naczelny,  a  wcześniej to zaraz na początku  gdy byłam  z szefem dwa dni w jakimś  zakładzie  produkcyjnym i ani słowa nie  powiedziałam przez dwa dni, bo tak  mnie  bolało gardło. Potem  to  mnie dodatkowo bolała  ręka od  pisania  zamiast mówienia. I żołądek  mi wysiadł, bo co chwilę ssałam jakieś cukierki i tabletki odkażające.

 Łomnica ma 2634 m wysokości a wchodzić  na piechotę  można tylko z wykwalifikowanym przewodnikiem. I część trasy pokonuje  się  z liną. Podobno  Gagarin  też  się na  nią  wdrapywał. Jest  tylko jeden problem - jeśli wdrapałeś  się   na górę piechotką to i  zejść musisz  piechotką. A takie  wejście z przewodnikiem  to 300€. Kask i uprząż wspinaczkową  zapewnia przewodnik. Mówię o  tym, ale ja  na to nie  reflektuję. Wystarczy  mi  jazda dwuodcinkowa  kolejką i pobyt  na szczycie 50 minut. Naprawdę to fajne przeżycie. I w ogóle  Słowacja jest bardzo w porządku. I nie ma  kłopotów językowych. Słowaków  rozumiesz bez problemu. Zawsze  sobie obiecywałam, że przyjadę tu na urlop, a potem okazywało się, że albo nie mam z kim albo gorzej  stoję finansowo albo nie dostanę urlopu w wakacje, albo mam jakiś zaległy egzamin i muszę w  wakacje  ryć.

Nie będziemy  mieć   problemu  ze  wzięciem  urlopu w jednym  czasie bo będziemy  w dwóch  różnych  departamentach.  Poza  tym możemy wziąć urlop poza okresem stricte wakacyjnym, w trakcie  roku szkolnego i  nie  w okresach świątecznych.

Nie widzę problemu- stwierdził Emil. Możemy teraz  pojechać i przepatrzeć a w następnym roku  przyjechać. Będzie to o tyle dobre, że będziemy wiedzieć co rezerwujemy. Tato,  a macie  ochotę pojechać  jutro  nami  na Słowację?- zapytał Emil wychodząc na balkon,  na którym urzędowali rodzice. Bo my  chcemy przepatrzeć trochę gdzie  można  coś fajnego wynająć na Słowacji i w przyszłym  sezonie pojechać  na Słowację. Chcemy jutro  pojechać  do Tatrzańskiej  Łomnicy i może przy okazji, jeśli będzie dobra pogoda to wjechać na Łomnicę kolejką.  No to jedźcie, my sobie podrepczemy do Doliny  Białego.Weźmiemy ze sobą kocyk  piknikowy, żebyśmy  mieli na  czym  posiedzieć. Bo na wyjazd kolejką wysoko w górę to nie  mam ochoty- stwierdził ojciec. No  ale przecież  nie musicie  razem z nami wjeżdżać  na górę, możecie zostać gdzieś w okolicy  dolnej  stacji kolejki, nam ta frajda  zajmie najwyżej półtorej  godziny, bo na  szczycie można  być tylko 50 minut.

                                                                  c.d.n.

2 komentarze: