czwartek, 23 marca 2023

Lek na wszystko? - 77

 Początek listopada był deszczowy. Teresa i Kazik kilka dni przed 1 Listopada uporządkowali rodzinne groby- zawsze  robili  to kilka  dni wcześniej i 1 Listopada  już nie jechali na  cmentarze. Pogoda  była paskudna, było  zimno, padał deszcz ze śniegiem. Kazik w swoim gabinecie przeglądał  jakieś  materiały, tata z Alkiem budował dom z dużych klocków  Lego  a Teresa przeglądała czasopisma ze  wzorami i modelami odzieży do samodzielnego wykonania na drutach  lub  szydełku.

Późnym popołudniem na  komórkę Teresy zatelefonował Jacek, pytając  się,  gdzie jest jej  druga połowa.  Moja druga  połowa jest w domu i zapewne ma wyłączony telefon, bo albo pisze  albo  czyta.  A bardzo ci jest potrzebny? bo tak za półtorej godziny to pewnie powróci do rzeczywistości, bo pewnie po prostu zgłodnieje. Nie, nic pilnego do niego  nie mam, jutro razem z Pawłem jedziemy na grób do Gdańska. A od Kazika  to tylko chciałem  się  dowiedzieć dlaczego  nie  chce  lecieć do Szkocji.  Do Szkocji?- zdziwiła  się Teresa- widocznie mu ta Szkocja do niczego nie jest potrzebna, a ubranek w kratkę to on  nie lubi. Ja też nie przepadam  za facetami ubranymi w spódniczki zamiast w  spodnie. A do Gdańska jedziecie samochodem czy pociągiem?  Pociągiem, bo jutro wcale  nie będzie lepsza pogoda. Unikam jazdy  samochodem we wszystkie takie około świąteczne dni, zwłaszcza przy takiej pogodzie. Bo jednak sporo osób nadal jeździ na podwójnym  gazie. A co  robi mój ukochany przyszywany  wnuczek? Alek buduje z dziadkiem dom. Nasz kolega przywiózł dla  Alka duże wielkością klocki Lego - takie  specjalne  dla maluszków, żeby się żaden  klocek  w dziobie  nie zmieścił.  To fajowa zabawa, bo musi sobie dzieciak pokombinować jak ma te klocki poskładać. No i jest to praktyczne, bo się klocki w trakcie   budowy nie rozpadają. Podejrzewam, że w naszym  mieszkaniu to będzie z czasem tona klocków Lego.Wiesz  dwóch dorosłych  facetów i dziecko płci  męskiej to już wiadomo jakie zabawki będą  najbardziej pożądane- klocki, samochody i samolociki. Kazik już kombinuje żeby mu pokazać lotnisko. No ale na  szczęście pogoda nie taka lotniskowa. No pewnie, pokaże mu  się lotnisko na wiosnę. Pojedziemy na takie, żeby mógł obejrzeć samoloty z bliska poinformował  Teresę Jacek.  A jak się Pawłowi podoba praca w Akademii?  - spytała. On już  chyba  zaczął tam pracować, prawda?  No zaczął - na  razie jeździ samochodem. To jednak dość daleko z naszego osiedla. No wiem,  ale to jest coraz  bardziej rozrastająca  się Warszawa, tu  nigdzie  nie jest blisko. Pewnie Wisłostradą jeździ?  Tak i stara  się "wyczaić" o której godzinie najlepiej  jeździć. Już się trochę przyzwyczaił. A może wpadniecie któregoś dnia do nas gdy wrócicie z Gdańska ? Najlepiej to jak zwykle albo   w piątek  albo   w sobotę.  A może raczej  wy do nas? - zaproponował Jacek.  Nie, znacznie  wygodniej jest gdy jesteśmy z małym w domu. On jeszcze  wciąż jest malutki i lepiej  się czuje na  swoich "śmieciach". Rozumiem. W takim  razie ucałuj  wszystkich ode  mnie i dam  głos  gdy wrócimy z Gdańska. 

Po skończonej rozmowie Teresa poszła  do gabinetu Kazika. Ucieszył się jej widokiem  i powiedział- może jak się  troszeczkę  do ciebie przytulę to  mi się myśli uporządkują w głowie. To straszne, ale najlepiej  mi się myśli gdy mam  cię w  zasięgu ręki. Ojej, to naprawdę straszne - dotychczas sądziłam, że moja bliskość działa na inne twoje receptory, które wcale  nie  są związane z pisaniem doktoratu. Nie wiedziałam, że  aż tak zmarniały  moje  walory, że mając  mnie w  zasięgu  ręki możesz obmyślać jakąś konstrukcję. Ależ kochanie - po prostu twoja obecność, twój dotyk  działa na  mnie kojąco, porządkuje  mi  myśli, mam wtedy bodziec do pracy. A wszystkie twoje walory już wróciły do stanu sprzed  ciąży - wszystko ci  się już w brzuszku wygoiło, na brzuszku też, blizny prawie nie widać, piersiątka masz już takie  same jak przed karmieniem Alka. Jesteś tak samo  cudna jak wtedy, gdy się kochaliśmy pierwszy raz i tak samo na  mnie  działasz. I ciągle mi ciebie  mało. Jakoś lepiej mi się pracuje, gdy jestem w domu.

Dzwonił Jacek- powiedziała Teresa- poskarżył, że odmówiłeś wyjazdu do Szkocji. No bo nie mam po  co tam jechać - pobyt  tam w  niczym mi nie pomoże. Niech sobie dyrekcja weźmie kogoś innego na moje miejsce na ten wyjazd. Chętnych na pewno nie zabraknie. No to dobrze  powiedziałam Jackowi, że widocznie ten  wyjazd do niczego nie jest ci przydatny, więc  nie jedziesz. A oni jutro jadą pociągiem do Gdańska   na cmentarz. 

No to dobrze, że pociągiem   a nie  samochodem bo pogoda jest mocno wredna. Jacek pewnie bardzo ten wyjazd przeżywa - bo on wcale  nie jest jakimś twardzielem, tylko takiego udaje. Rzucą  się na niego wszystkie wspomnienia.To bardzo porządny i poczciwy facet. Dobrze, że będzie mieszkał tak blisko swego syna. Trzeba  będzie ich niedługo zaprosić do nas - stwierdził Kazik.  Już ich zaprosiłam  na piątkowy  lub sobotni wieczór - gdy wrócą z Gdańska  to doprecyzujemy  termin. Zadzwoń do niego, będzie szczęśliwy. Wyraźnie mu brakuje rodziny i pracy. Porozmawiaj  z nim, może by gdzieś jakieś pół etatu wziął, będzie  wtedy  miał jakieś zajęcie.  On jest dobrym organizatorem. A w twoim instytucie nie znalazł by się jakiś etat dla  niego? Przecież jest inżynierem. 

A co robią nasi?-gdzie ich spolaryzowałaś?  Budują u taty w sypialni domy z tych klocków  Lego, które przywiózł nam Franek. Pójdę zaraz do kuchni i rozejrzę  się co zrobić dziś na kolację. Zjadłbyś paellę? No jasne, mały też  z nami zje. Pomóc  ci coś w kuchni? Bo już mam na  dziś  dosyć  myślenia. No to chodź do kuchni, we dwójkę szybciej się pokroi  marchewkę - a kurczaka mam pokrojonego, tylko się go przez  moment rozmrozi. I zadzwoń do Jacka gdy się będzie paella pichciła. Albo zróbmy większą porcję paelli i zadzwoń do Jacka, żeby dziś do nas wpadli. Niech  się Jacek ogrzeje   rodzinnym  ciepełkiem  przed  tym wyjazdem na grób matki Pawła.  Kazik ucałował Teresę i powiedział - masz rację, zaraz  do niego zadzwonię i powiem by się przywlekli najdalej za pół godziny i nie wstępowali po  drodze  do kwiaciarni.

W kwadrans później w kuchni szykowaniem paelli zajmowała  się głównie Teresa, bo męska część  rodziny była  zajęta składaniem kolejnego domku i  z kuchni wygonił ich dopiero dźwięk domofonu. Kazik przyłożył małemu słuchawkę do uszka i głośno powiedział: zapytaj  się  synku kto tam?, więc Alek posłusznie zapytał: "to tam?". Kazik od razu poprawił małego i wtedy on zapytał wolniej,  ale już prawidłowo "kto tam?" i zaraz na buźce rozkwitł uśmiech a mały  zameldował: wujek Jacek i szybko oddał słuchawkę w ręce swego taty.  Teraz powędrował  szybko na ręce taty, bo ogromnie  lubił odsuwać zasuwkę zamka  w drzwiach. Kazik się  śmiał, że Alek  ćwiczy się by objąć  posadę portiera. Jacek był sam - okazało się, że Paweł wybrał się .......na randkę. A tak dokładnie to do kina.   Teresa  zaczęła  się śmiać - masz taką  minę, jakby Paweł został zwerbowany na pokład  statku płynącego nie  wiadomo dokąd, nie wiadomo  po  co  i na jak długo. Przecież to już dorosły chłopak!  

Ja też byłem dorosły, gdy się  zakochałem w jego matce i nie  skończyło się  to dobrze - przypomniał jej Jacek. No ale to było niemal trzydzieści lat  temu, coś niecoś  się chyba jednak zmieniło- usiłowała go pocieszyć Teresa. Poza tym wie, że wyjeżdżacie stąd bardzo wcześnie rano, więc może jeszcze  tego wieczoru nie zmajstruje potomka. Chyba  rozmawiałeś  z nim o tym co było miedzy tobą a jego mamą i wprowadziłeś w świat dorosłych, odpowiedzialnych  facetów?  Tak- mówiłem- gdy  skończyłem mówić powiedział, że on to wszystko już słyszał od mamy i wie skąd  się biorą  dzieci. I że jak na razie to on nie zalicza  się  do "kochliwych facetów" i sama uroda go nie bierze. I przypomniał mi ile ma lat - zupełnie jakbym ja tego nie  wiedział.  Jedno jest pewne - role rodziców są dość  trudne.  Tata spojrzał się na  niego z uśmiechem - mnie jakoś nie  sprawiała ta  rola problemu. Uczyliśmy Teresę, że może nam zawsze  wszystko powiedzieć, że nie ma tematów tabu właśnie  dlatego, żeby  można  dziecku w każdej sytuacji pomóc. 

To prawda - powiedziała Teresa ale to i tak  nie uchroniło mnie przed zawarciem związku z niewłaściwym facetem - stwierdziła  Teresa. Kazik był tak samo "hodowany" i też oberwał po uszach od losu. No ale teraz- powiedział tata - gdy już mamy nie ma, ty spełniłaś jej najskrytsze marzenie - zawsze marzyła o tym, byście  się z Kazikiem pobrali.  I była bardzo rozczarowana zięciem, którego jej naraiłaś. Zresztą ja też. 

Paella, której Teresa  zrobiła  tyle, że i pułk wojska  by się wyżywił, znikała szybko z talerzy, każdy z panów załapał się  jeszcze na  dokładkę, a po kolacji  Teresa wręczyła Jackowi pojemnik z resztą paelli mówiąc - to dla was obu na jutrzejsze śniadanie przed  podróżą. Pogoda ma  być równie  wredna jak  dziś,  więc dobrze  byście  zjedli coś  ciepłego przed drogą. Odgrzej w mikrofali. W tym pociągu nie ma  wagonu restauracyjnego. Jacek usiłował protestować, ale Teresa powiedziała-  jeżeli nie  weźmiesz, to ja nigdy od  ciebie  ani kawałka perliczki nie  wezmę - pomyśl o tym.  A Kazik powiedział - w naszych układach towarzysko- przyjacielskich liczy się troska o przyjaciół a nie to co się dostaje  ręki. Często nie dajemy sobie  wzajemnie czegoś do ręki, ale dajemy troskę i  zrozumienie. To chyba się więcej liczy. Daj głos jak wrócicie stamtąd. Na pożegnanie Jacek został przez Alka "ukochany" i Jacek stwierdził, że gotów jest bywać codziennie, żeby go tak Alek "ukochiwał" i że tego "ukochiwania" to zazdrości tacie  Teresy.

Wieczorem Kazik powiedział Teresie - masz rację, Jackowi wyraźnie nie  służy emerytura. Zabieraj go razem z tatą na spacery. A ja  się rozejrzę za jakimś półetatem dla niego. U nas to mała  szansa, bo tak naprawdę nie ma co robić. To stypendium dla mnie to jakiś cud nad Wisłą. Tak nieskromnie rzecz ujmując to należało mi się, wreszcie mnie doceniono. A gdy zrobię ten doktorat to zajmę się pracą naukową na politechnice. I pomęczę trochę studentów. To też dość  miłe  zajęcie. 

A wiesz, że nasz cudaczek sam się dziś wdrapał na  nasze łóżko? Trochę się przy  tym namęczył ale to sygnał, że zacznie  się teraz wdrapywać tam gdzie  go nikt nie  zaprosił. Łypał na  mnie czekając na  moją  reakcję, ale ja udawałem, że jestem bardzo zajęty czytaniem.  Zawołał mnie gdy już był na środku łóżka,  więc się go zapytałem czy chce pospać, ale odpowiedział, że  nie spać, tylko tulić.  No to mu powiedziałem, że przecież ja  siedzę na fotelu a nie na łóżku, więc na przytulenie powinien przyjść do  mnie na  fotel.  Podumał chwilę, całkiem prawidłowo zlazł i przytuptał do  mnie.  Zastanawiam się jak umocować na stałe jego wysokie krzesełko, bo się boję, że zechce się na  nie  sam wdrapywać i to się źle skończy. W kuchni to nie problem, przymocujesz je jednym bokiem do ściany - stwierdziła Teresa. Na to krzesełko sam nie  wejdzie, bo jest przeszkoda w postaci mocowania blatu do siedziszcza.  Pod boczną poręczą też  się nie wślizgnie, trzeba go zawsze wsadzać od góry. Przecież  my głównie jemy  w kuchni. A gdy będą goście to będzie jadł przy swoim stoliku, albo u  mnie na kolanach, co  mu  się zapewne szybko znudzi i przeniesie się do własnego stolika.

Za jakiś czas przeniesiemy go do twojego gabinetu, będziesz  miał swoje miejsce  do pracy w naszej sypialni - będę w  zasięgu twojej ręki i wzroku gdy będziesz wieczorem chciał pracować. Według mnie to jeszcze  może  spać z nami w jednej  sypialni, chociaż gdzieś  wyczytałam, że od  samego początku "dziecko powinno  mieć oddzielny pokój". Trochę  mnie to rozśmieszyło - oddzielny pokój- zwłaszcza  wtedy gdy jest karmione w nocy piersią.  A moja mama to spała  w jednym łóżku ze  swoją starszą siostrą i to aż do chwili ukończenia  siedmiu lat. I jakoś obu dziewczynkom to spanie w jednym łóżku nie szkodziło. Żeby było śmieszniej, to było w tym pokoju drugie łóżko, ale dziewczynki wolały spać razem. Mamy  siostra była od  niej starsza chyba o osiem lat. Wyszła za mąż za Egipcjanina i......wykreślili ją z rodziny- babcia uważała, że to małżeństwo było skandalem. A w "odwecie" siostra mamy tylko raz przysłała list, w którym napisała, że jej mąż jest co prawda Arabem, ale jest lekarzem, a studiował w Wielkiej Brytanii i ona życzy każdej dziewczynie takiego męża. Więcej nie napisała, adresu swego nie podała.  Ja to dość  długo spałam razem z rodzicami- przez  cały cały pierwszy rok to na pewno. A potem jeśli tylko coś mi  się "złego" śniło w nocy i się bałam to przybiegałam do  nich  do łóżka. Tata się  śmieje, że Alek po  mnie jest taką przylepką. Podobno  czasem płakałam przez  sen, wtedy to, które  się pierwsze  przebudziło to mnie przytulało i spałam dalej.  I pewnie dlatego teraz potrafię przespać na jednym boku całą  noc tuląc  się  do ciebie. 

I to jest bardzo dobry zwyczaj- lubię gdy się do  mnie tulisz, gdy wręcz chowasz  się w moich  ramionach. Czuję się wtedy cudownie, nawet  wtedy gdy  swe lodowate  czasem stópki grzejesz sobie na moim udzie- stwierdził Kazik. Czasem, gdy mi  się zdarzy w nocy obudzić to cię delikatnie całuję, a ty zawsze wtedy mocniej  się przytulasz i to jest dla  mnie  cudowne. I wciąż powraca  do mnie jedno wspomnienie- gdy byliśmy w Baligrodzie i ty leżałaś z  głową wtuloną  w moją  szyję. Łaskotały mnie  twoje  włosy niemiłosiernie, ale jednocześnie było to super. I za każdym razem gdy się kochamy odczuwam ten sam zachwyt jak wtedy gdy robiliśmy to po raz pierwszy. To dobrze-ucieszyła  się Teresa - bo ja nie wiem jak to robisz, ale za każdym razem gdy wchodzisz we mnie tracę zupełnie kontrolę nad sobą, bo to jest  zawsze  cudowne i potem się zastanawiam jak ty to robisz, że jest tak cudownie  za każdym razem. Nie wiem, nie mam pojęcia - po prostu tak wspólnie  działają nasze ciała, żyją jakimś jednym, wspólnym sposobem- stwierdził Kazik. To się dzieje w pewnym sensie poza  moją świadomością i nigdy przed tobą to  mi  się nie zdarzało. To jest jakby jakieś misterium. Uwielbiam gdy  mnie  dotykasz, uwielbiam nawet i to, gdy mi ręką "czeszesz"  włosy, choć wściekałem  się gdy mi czasem je w ten sposób porządkowała mama.

                                                                      c.d.n.


wtorek, 21 marca 2023

Lek na wszystko? - 76

 Tego  wieczoru i Teresa i Kazik długo nie  mogli zasnąć. List od  matki nieżyjącej  już  Anki podziałał, zwłaszcza na Kazika, niczym strup zerwany z  częściowo  zagojonej  rany. Kazik wyrzucał sobie własną naiwność, miał też żal do swego nieżyjącego  już ojca, że ten wskazał mu "honorowe" rozwiązanie  problemu jako jedyne  możliwe. No tak- dumał Kazik - w czasach młodości mego ojca  dziewczyny zapewne  nie  sypiały  z każdym  spotkanym  facetem.  

Teresa, jak zwykle przytulona  mocno do Kazika, domyślała  się, że Kazik na nowo przeżywa tamten  czas i chcąc mu pomóc powiedziała: Zik, ani Anka ani Robert nie  są warci twoich i moich myśli. Każdy człowiek popełnia  w życiu wiele  błędów.  Podobno najlepiej jest  się uczyć na  własnych błędach. Ja bym tę teorię uzupełniła, że tylko wtedy nauczymy  się  czegoś  na własnych lub  cudzych  błędach jeżeli potrafimy wyciągać prawidłowe wnioski. Sądzę, że oboje  wyciągnęliśmy z naszych poprzednich  doświadczeń prawidłowe  wnioski i to aż  tak prawidłowe, że dość  długi  czas łączące  nas uczucie nazywaliśmy przyjaźnią. Kochanie, to  wszystko już za nami, jesteśmy razem, kocham  cię ogromnie, mamy cudownego synusia, mamy tatę, który kocha  nas i naszego synka. Nie myśl już o tym co było złe. Było,  minęło, nie  wróci. 

Pomogłam ci  się rozwieść bo byłam przekonana, że zostałeś wrobiony w dziecko. Pomyśl logicznie - gdyby ona wiedziała od początku czyje to  dzieło nie poleciałaby na  zabieg. A poszła gdy ciebie w Polsce  nie było i łatwo było potem powiedzieć, że to było samoistne poronienie. Dobrze  wiedziała,  że nie pójdziesz do  szpitala  by sprawdzić czy był taki  zabieg usunięcia  resztek ciąży. Usunęła, bo zawsze  dziecko jest choć trochę podobne do ojca i  nie byłoby fajnie gdyby w pewnej chwili ktoś się ocknął i zauważył, że dziecko w niczym  nie przypomina z urody i charakteru  tego faceta, który według metryki jest jego  ojcem. Dobrze  wiedziała, że każdy ocenia innych podług  siebie, a ty nigdy nie kłamiesz, więc  nie kojarzy  ci  się, że są tacy którzy  całe swe życie kłamią.  Pociesz  się, że oboje wykazaliśmy się dużą naiwnością - ty, bo uwierzyłeś bezpodstawnie, że jesteś sprawcą ciąży, ja - że Robertowi zależy nie tylko  na seksie, bo przed ślubem " nie dawałam" i żadne zapewnienia, że mnie kocha nie sprawiły by mógł wylądować w moim łóżku, w którym dbał zresztą tylko o  siebie, jak  się potem przekonałam. Zik, kocham tylko trzy osoby - ciebie, Alka i tatę. I wasze szczęście jest dla  mnie priorytetem. A ciebie po prostu i zwyczajnie uwielbiam. Jestem od ciebie po prostu uzależniona i jest mi z tym uzależnieniem  bardzo, bardzo dobrze. Nie myśl więc już więcej o przeszłości, to już nie wróci- na  szczęście. 

Kochali  się tej nocy niespiesznie, nie szczędząc  sobie wzajemnie czułych słów i zapewnień o tym, że się kochają. Rano Kazik stwierdził, że jest wykończony fizycznie i psychicznie i  jest  więcej  niż pewne, że nie napisze nawet jednego zdania  z sensem, więc ten dzień spędzi w domu, po śniadaniu razem pójdą lub pojadą na  spacer z dzieckiem. Śniadanie zrobił Kazik a gdy do kuchni wszedł tata Kazik objął go, przytulił i powiedział- masz tato cudowną  córkę i dziękuję  losowi i wszystkim  dobrym  mocom, że mogę być z nią razem. Tata zerknął na bladziutkiego Kazika, na jego podkrążone oczy i powiedział - chyba synku powinieneś nieco jeszcze pospać, więc po śniadaniu ja się zajmę Alkiem, a wy jeszcze trochę podrzemcie.  Kazik uśmiechnął się - jest coś co powinieneś wiedzieć tato - wczoraj dopadły mnie demony  przeszłości - napisała do mnie matka Anki. Uświadomiła mnie, że zostałem wrobiony przez Ankę w małżeństwo. A sprawcą  ciąży Anki  był twój były zięć.  Robert? - upewnił się tata. Tak tato, tak Anka napisała  w swoim pamiętniku.  Była  szczodrą kobietą, w tym samym czasie współżyła jeszcze z dwoma facetami. Imienia tego trzeciego jej matka nie napisała. Tata zrobił "wielkie oczy" i powiedział- biedna kobieta. Kto? - zapytał Kazik.  Mama Anki - cicho powiedział tata. Wyobrażam sobie ile zdrowia ją kosztowało czytanie tego pamiętnika. Bo każdy ma nadzieję, że jego dziecko to jeden z ośmiu cudów świata. Powinieneś  jej podziękować za ten list - wykazała  się odwagą cywilną  pisząc do ciebie.  Tato, to samo powiedziała Teresa. Wspaniale ją wychowaliście. Tata uśmiechnął się - ty kochany - też nie masz żadnych braków  w wychowaniu.  Do kuchni weszła Teresa z Alkiem uczepionym jej dresu mówiąc - dziecko szuka taty i  dziadka a oni tu spiskują! Alek króciutko się zastanawiał do kogo pójść na ręce i wybrał, jak  każdego ranka - dziadka.  

Po śniadaniu, które było dziełem wspólnym taty i Kazika postanowili skorzystać z bardzo ładnej tego dnia jesiennej aury i wybrać  się do lasu. Ich wybór padł na Wilgę-  miejsce,  w którym wiele razy  bywali  gdy jeszcze  żyli rodzice Kazika. Teresa przezornie zapakowała jedzenie i picie dla wszystkich oraz w ostatniej chwili wózek "parasolkowy" dla Alka. 

Byli nieco zaskoczeni "rozwojem" tej miejscowości - powstało bowiem wiele nowych domów letniskowych. I nie były to "jakieś drewniaki", ale  murowane, ceglane domy, z reguły jednopiętrowe, porządnie ogrodzone z dość dużym terenem wokół budynku. Podobało im  się, że nie były to tereny wykorzystane pod ogródek warzywny - najwidoczniej planiści uznali, że nie wolno działki pozbawiać  drzew, które na  niej rosły. Były to typowe leśne działki.    Bardzo się Teresie spodobał jeden z domów, bo na jego tarasie były ustawione duże drewniane pojemniki, w których część  zajmowały kwiaty a część- krzewy owocowe. Pojemniki były wysokie, więc pielęgnacja rosnących w nich  roślin nie była absolutnie uciążliwa.  Nooo, fajne- stwierdził tata - ale taka działka to straszne uwiązanie-  od wiosny do późnej jesieni trzeba tu albo mieszkać albo regularnie bywać bo rośliny przecież wymagają podlewania i pielenia.

Od nas  z domu to równe 60 kilometrów - zauważył Kazik. I zapewne właściciele nigdzie  nie jeżdżą na urlopy, bo przecież mają "działeczkę". No niby nie jest stąd daleko do Wisły, ale nie przypominam sobie by kiedykolwiek ktoś nad Wisłą plażował, za to się kilka osób utopiło, bo tu bywają jakieś dziury w dnie rzeki. 

Obejrzawszy "co słychać w Wildze" pojechali  kawałek za Wilgę, w  stronę Maciejowic i znów skręcili w las.  Był to teren młodników, za nim "geograficznie" już była Wilga. Na skraju starego lasu wyrosły nowe  "działeczki" i to chyba stosunkowo niedawno, bo domy nie były jeszcze otynkowane.  Ale zadupie - niezbyt elegancko określiła to miejsce  Teresa. Nawet za dopłatą bym tu  mieszkała. Ale znam kogoś, kto tu miał działkę - tylko trzy razy mieli włamanie - raz im poodkręcali i zabrali wszystko co się dało wynieść, raz tylko naświnili a raz zniszczyli całe wyposażenie kuchni - porąbali szafki i nawet stół. Facet usunął wszystkie  ślady zniszczenia i szybko działkę wraz z domem sprzedał. Ale możemy po tym młodniku pochodzić, zawsze były tu maślaki, pamiętasz tato?   No, pamiętam. A w tym starym lesie były podgrzybki, tam niedaleko jest nieduże wrzosowisko. Kazik rozejrzał się dookoła - ładnie tu nawet, ale ja nie mam zacięcia do posiadania domu z ogródkiem, nie napalałem  się nigdy na dom z ogrodem. Pewnie jestem za leniwy na to, by posiadać dom z ogródkiem. W Warszawie też  bym nie chciał mieszkać w domu z ogródkiem.

Wjechali kawałek w las i Teresa zajęła  się przybliżaniem dziecku tego, co w lesie rośnie.  Pokazała muchomory i zabroniła  dziecku dotykać  tego grzyba.  Pokazała mu kurki, znalazła jednego maślaka i choć Kazik patrzył się na nią z wyraźnym powątpiewaniem w jej rozum, opowiadała dziecku o grzybach. Potem demonstrowała  małemu jak miłe jest  dotykanie  rączką mchu i jak miło się siedzi na takiej poduszeczce z mchu. Ze zwalonego pnia sosny  swoim damskim scyzorykiem  oddzieliła kawałek kory i powiedziała  dziecku, że w domu ona z dziadkiem zrobią z tego łódkę. Nazbierała też  całkiem sporo żołędzi i wyjaśniła Kazikowi, że w domu zrobi z nich "ludziki". Zdumienie Kazika sięgało niemal nieba.

Maleńki turysta był zachwycony niemal wszystkim, nawet robakami, które żerowały w starym, mocno już dojrzałym podgrzybku. Potem z kolei Teresa była  zachwycona, bo kilka drzew  dalej przysiadł dzięcioł , ale szybko odleciał.

W drodze powrotnej Kazik stwierdził, że nie bardzo wie, po co Teresa robiła małemu "wykład o  tym co rośnie w lesie", ale wtedy tata zabrał głos mówiąc - nawet nie masz bladego pojęcia jak bardzo chłonny jest mózg małego dziecka i jak wiele wiadomości można wtłoczyć w główkę dziecka, które już zaczyna mówić. 

 Nie pamiętasz tego, ale twoi rodzice też do ciebie ciągle mówili i "tłumaczyli ci świat", który  cię w danej  chwili otaczał. Dorośli z reguły  nie doceniają potencjału malutkich dzieci i to jest błąd. Zupełnie inaczej rozwija się dziecko do którego się wciąż mówi tłumacząc mu to wszystko co widzi a inaczej dziecko pozbawione takiej możliwości. Alek zaczął szybko mówić- oczywiście jeszcze jego aparat  mowy nie jest w 100% odpowiednio przygotowany, ale niedługo już będzie. Popatrz, jeszcze nie skończył dwóch lat, a umie nazwać palce u rąk. Niedługo będzie umiał odróżnić ilości - na przykład jeden palec od dwóch palców. Ty i Tesia potrafiliście czytać nim poszliście do  szkoły. I wierz mi - nie wzięło się to z powietrza. A on ostatnio dopytuje się na spacerach o nazwy marek samochodów i bardzo uważnie im  się przygląda. Jeszcze  trochę a będzie je bezbłędnie rozpoznawał, niezależnie od koloru. Widzisz chyba ile zwierząt już umie rozpoznać na obrazku. I to nie bierze się z powietrza. Jeśli będzie pogoda za tydzień to się możemy z nim wybrać do ZOO.  Wprawdzie nie mówi "słoń" tylko "sioń", ale to kwestia kilku dni i te dwie spółgłoski obok  siebie wymówi poprawnie. Najważniejsze, że mówimy do niego normalnie, nie  zdrobniamy wszystkiego i nie seplenimy.

Przepraszam, nie  zdawałem sobie z  tego sprawy, że obecność Tesi w domu z dzieckiem to nie tylko kwestia pielęgnacji typu jedzenie i higiena życia. To może, jeśli będę w domu, w tygodniu pojedziemy na lotnisko?  Pogadam z Jackiem, fajnie byłoby na wojskowe, bo mógłbym mu pokazać i szybowce. No jasne, możemy - odpowiedziała Teresa. I dla równowagi do muzeum kolejnictwa. I na paradę starych samochodów.  Kochanie, naszym życiowym zadaniem jest objaśnianie  mu świata od najwcześniejszych jego lat. Nawet jeśli teraz  czegoś  nie pojmie, to za pół roku na pewno "załapie" o co chodzi. Teraz nie pojął, że dla taty jego mama jest dzieckiem a dla ciebie  żoną. Ale jeszcze kilka takich powtórek a on  to "załapie". Na obrazku odróżnia kurę od koguta - to znaczy panią kurę od pana koguta. I wie, że kurczaczki to ich dzieci.

On już jest mądrutki. I bardzo bystro wszystko obserwuje. Gdy będzie więcej mówił to będzie się nas o wszystko pytał. On jeszcze nie potrafi sformułować pytania, ale jeszcze  trochę i będzie nas zarzucał nimi. I tak jakoś dość harmonijnie się rozwija. Ostatnio po raz pierwszy sam wpadł na pomysł pochodzenia po ścieżce z pniaków i wystarczyło mu trzymanie się mojego palca.  Na początku to musiałam go trzymać za rączkę i  prostować gdy go "zginało  na boki". Na zjeżdżalnię po schodkach  wchodzi super.  Teraz ćwiczymy odróżnianie lewej i prawej rączki. Jak opanuje "rączki", to już nóżki będzie odróżniał bez problemu. Bardzo lubi gdy mu coś rysuję. I tak sobie  ostatnio  pomyślałam, że trzeba uważać co się przy  nim mówi - ma  stanowczo za dobry słuch i  muszę uważać żeby w złości nie  rzucić jakimś mało cenzuralnym słowem.

Jestem paskudna, ale skręca mnie  ze śmiechu gdy nasze dziecko patrzy na swego stryjecznego braciszka z takim jakimś zdziwieniem i mówi o nim małe bobo.  Pokazałam  mu na  spacerze jeszcze mniejsze od Tadzika dziecko to patrzył się na  nie z ogromnym zdumieniem, zupełnie jakby się dziwił, że takie  maleństwo a  żyje. A gdy mu mówię, że on też był taki malutki to jego wyraz buźki wyraźnie chce  mi przekazać, że  chyba mam nie po kolei w głowie.  W ramach zdobywania doświadczeń przejadę się z nim któregoś dnia autobusem. I jeśli będzie jakiś sympatyczny kierowca to jeden przystanek postoję z nim obok- pewnie mały będzie zachwycony. Oczywiście wpierw zapytam się pana  kierowcy czy  mogę tak zrobić. Na tych naszych liniach to nawet sympatyczni kierowcy jeżdżą. Przejadę się ze dwa przystanki, wezmę ze sobą "parasolkowiec" to z powrotem część  drogi mały opędzi w wózku. Kazik skrzywił się - to zrobimy to razem gdy będę tego dnia  w domu - nie gdy będziesz  sama z małym. Nie  chcę  byś go dźwigała, już nie jest leciutki.

                                                                      c.d.n.




niedziela, 19 marca 2023

Lek na wszystko?- 75

 Dni w  domu  wróciły do normy. Przez pierwszy tydzień  Alek codziennie sprawdzał czy  dziadek aby  jest   w domu, co bardzo  dziadka rozczuliło. Teresa  się  śmiała, że teraz  to dziadek będzie  musiał brać przepustkę na każde  wyjście  z domu. Dobrze, że Alek nie należał do tak  zwanych rannych ptaszków i "kontrolę" przeprowadzał dopiero około godziny dziewiątej. Kazik z początku się trochę  dziwił,  ale Teresa uświadomiła mu, że mały od samego początku był przyzwyczajony, że  dziadek zawsze jest z nimi w domu, natomiast jego tata rano wychodzi i nie ma  go długo w  domu.  I że  dla tak małego  dziecka każda  zmiana  w trybie  życia  rodziny to  swoiste  "trzęsienie  ziemi."  Teresa  nauczyła  go, by idąc do pokoju  dziadka wpierw zapukał i zaczekał aż dziadek otworzy mu drzwi. Ta sama zasada  obowiązywała  gdy Kazik   danego  dnia pracował w domu- do gabinetu taty też należało wpierw zapukać i zaczekać aż tata otworzy dziecku  drzwi.  Teresa  się śmiała, że do dziadka i ojca to trzeba  zapukać przed  wejściem, ale do niej  to  się  wchodzi jak do sklepu- bez pukania - mama to urządzenie, które  zawsze jest  dostępne i zawsze pod  ręką, niczym  smoczek. Nadal ogromnie  lubił leżeć między  nimi, sprawdzać  czy każde z nich ma taką samą ilość palców u rąk i nóg, umiał nawet nazwać poszczególne  palce. 

Któregoś dnia strasznie  się ubawili, bo wpierw Alek "ukochał" mamę mówiąc  "moja mama",  a potem Kazik przytulił Teresę i powiedział "moja kochana żona" a wtedy Alek spojrzał się na niego i powiedział: "nie zona, mama!"  Więc Kazik postanowił wytłumaczyć mu "troistość" Teresy, mówiąc  dziecku, że Teresa owszem jest mamą, ale  tylko dla Alka, a dla Kazika  jest żoną a dla dziadka-  córką. Ale dziecko niemal nic  nie pojęło z tego tłumaczenia i Kazik się śmiał, że Teresa jest tylko mamą i koniec.

Spacery z Alkiem i książką do czytania odeszły w siną  dal. Mały interesował się wszystkim, pytał się o marki samochodów,  gdy przelatywał helikopter zadzierał główkę do  góry i mówił do Teresy- "optel", leci. Wyraz helikopter był jeszcze  za długi dla  niego. Uwielbiał pchać  swój wózek spacerowy  i strasznie się denerwował, gdy Teresa  korygowała jego kurs. Odpychał  ręce Teresy i wołał : siam, siam. No to za którymś razem, gdy byli na mało uczęszczanej osiedlowej alejce Teresa przestała  korygować kurs wózka i mały utknął z wózkiem przy krawężniku trawnika. Pchał wózek do przodu,  a ten oczywiście ani drgnął. Po kilku minutach Alek  zostawił wózek, przydreptał do Teresy, wziął ją  za rękę i przyciągnął do wózka. Przecież chciałeś  sam kierować wózkiem, to sobie teraz  sam radź- powiedziała ta paskudna  mama. Mały wziął rękę Teresy i  powiedział - mama jedzie. Paskudna  mama wpierw  wygłosiła odpowiednią tyradę i powiedziała, że mama owszem pokieruje wózkiem, bo mama tylko kieruje a przecież by wózek jechał to musi go ktoś pchać, więc mama pokieruje, on będzie pchał i dopiero wtedy wózek będzie prawidłowo jechał.  

Na placu zabaw Alek zjeżdżał 150 razy na  zjeżdżalni i na  szczęście na zjeżdżalnię wchodził po schodkach  sam, ( w tym względzie  była to niemała  zasługa Kurta i jego prezentu w postaci schodków) tylko gdy był na  górze trzeba  było mu przypomnieć by się nie kładł tylko siedział. Potem  było pół godziny na huśtawce, potem chodzenie po ścieżce wykonanej z wbitych w podłoże pniaków, na koniec było zwieszanie  się z drążka.  Na szczęście wtedy już zbliżała się godzina drugiego śniadania i Alek donosił Teresie, że chce jeść. Wtedy  bardzo  chętnie pakował się do wózka, informując, że sam to zrobi i Teresa cała  w skowronkach wracała  z nim do  domu. W czasie gdy byli na  spacerze tata robił zakupy, ewentualnie tkwił w  domu, bo nadal przychodziła pani Maria by sprzątać. Po "sportowych" wyczynach Alek zjadał i zapadał  najczęściej w drzemkę.  Pani Maria przychodziła  do nich teraz tylko dwa razy w tygodniu  we wtorki i czwartki.  Do Aliny 3 razy w tygodniu - nie tylko sprzątała  ale też gotowała dla nich obiady. Zakupy robiła Alina, gdy w domu była  pani Maria. Na szczęście jedynym sklepem, którego nie  było na osiedlu była.....pasmanteria - wszystko inne, łącznie ze sprzętem AGD można było kupić  tuż koło domu.

Jedynym miejscem do którego Teresa nigdy nie pozwalała wejść Alkowi była.....piaskownica. Według niej była to istna  wylęgarnia  wszelakich infekcji - piasek w  niej był niestety dość  brudny, poza  tym jednak po osiedlu  biegało wieczorami sporo psów "luzem". Postanowiła, że w lecie pojadą gdzieś nad  Bałtyk i to jeszcze  przed  sezonem i może faktycznie w tym sezonie  skorzystają z oferty Jacka i wynajmą jakieś lokum w kolonii oficerskiej w Mrzeżynie. Wtedy Alek już będzie  miał dwa i pół roku. Oczywiście wezmą ze sobą tatę. Jacek przebąkiwał, że on też by wtedy tam pojechał, więc mogłoby być całkiem miło.

Wracając z małym do  domu Teresa wstąpiła  jeszcze na pocztę by sprawdzić,  czy  są jakieś  listy w ich skrytce pocztowej. Kazik ilekroć nie chciał podawać  swego adresu podawał tylko ich  wspólny teraz numer skrytki pocztowej. Był tylko jeden list,  do Kazika. Wracając  z poczty kupiła jeszcze jabłka i marchew na  stoisku u pana, który przyjeżdżał tu ze  swoim  towarem tylko dwa razy w tygodniu. Pan już ją rozpoznawał i często prowadzili miłe pogawędki. A wszystko dlatego, że marchew od tego hodowcy miała  smak marchwi, była  słodka i soczysta, poza tym miał też jabłka "niemodne", czyli z drzew, które dobrze owocowały nie co  roku, ale co  drugi  rok. 

Gdy dotarła do  domu tata już  był, a  Kazik z kimś "konferował" przez telefon. Położyła mu kopertę na biurku, i szepnęła do ucha- idę nakarmić Alka, bo strasznie  głodny. Nie dziwiło jej  wcale, że mały taki głodny - jakby na  to nie  spojrzeć to stracił na spacerze  sporo kalorii. Na drugie  śniadanie  Teresa  zaserwowała  małemu ryż z musem dyniowym. Ryż był gotowany na rosole z kurczaka.   Teoretycznie Alek jadł sam, a wyglądało to tak, że porcję dostosowaną wielkością do  pojemności buźki dziecka Teresa nabierała na łyżeczkę i kładła ją  na talerzu,  a mały sam sobie łyżeczkę wkładał do buźki. Tata mówił, że tym sposobem i wilk syty i owca cała. Mały się cieszył, że sam chwyta  łyżeczkę i sam  wkłada ją pełną do buzi, a Teresa była  szczęśliwa, że nie  musi zbierać ryżu ze stołu i podłogi. Oczywiście  cały  czas Teresa nie  szczędziła  dziecku pochwał jak pięknie dziecko samo je. Teresa w ogóle często chwaliła Alka,  bowiem jej zdaniem pochwały mobilizowały dziecko bardziej  niż ciągłe pouczanie. Dziadek też  się przyłączył.  Mały zjadł, popił wszystko swą ulubioną herbatką z rumianku i wpakował się na kolana dziadka. Dziadek tylko zapytał się swego ukochanego  wnusia, czy pójdą razem troszkę poleżeć i w kwadrans później obaj leżeli u dziadka w pokoju otuleni jednym kocem. Gdy mały już przeszedł pod opiekę dziadka Teresa zrobiła kawę dla siebie i Kazika, a ponieważ nie przychodził wzięła kawę i poszła do gabinetu. Kazik siedział z ponurą miną, na stole leżała otwarta  koperta, na niej list. Teresa postawiła przed  nim kubek z kawą i talerzyk z orzechowymi  ciastkami, a widząc jego minę spytała- co się stało, wyglądasz jakbyś spadł z konia.  

Kazik przyciągnął ją do siebie,  posadził sobie na kolanach i mocno objął. Kochasz mnie? - zapytał. Nie, nie kocham, ja cię o prostu ubóstwiam i ty przecież  wiesz o tym. Co się stało?- powiedz, co dwie głowy to nie jedna. Kazik uśmiechnął się smętnie - wróciły do mnie potwory z przeszłości. To list od mojej byłej teściowej. Wyprowadza  się z Warszawy i likwidując  mieszkanie znalazła pamiętnik Anki. To ona umiała  pisać? - nieco złośliwie zdziwiła  się Teresa. Tak, znała  alfabet. I  moja była teściowa przeczytała ten pamiętnik i doszła do wniosku, że powinienem pewne rzeczy wiedzieć. Najśmieszniejsze jest w tym wszystkim to, że ty miałaś rację. Jej ciąża nie była moją winą, o czym ona dobrze wiedziała. Z pamiętnika wynikało, że z jej wdzięków korzystało niemal w tym samym czasie trzech facetów.To jedna sprawa. Według pamiętnika sprawcą był jeden, taki jeden, który "uważał". Bo dwaj pozostali byli z barierą. Na ojca wybrała mnie, bo wiedziała, że moi rodzice są odpowiedzialni i tego  samego zażądają ode mnie. I nie było to poronienie samoistne, była na zabiegu, prywatnie, pieniądze ponoć pożyczyła od tego trzeciego. I wyobraź sobie, że moja była teściowa przeprosiła mnie za dwie rzeczy- za to, że jej córka wrobiła  mnie  w ślub i za to, że kiedyś teściowa  mnie przypisała winę za Anki alkoholizm. A do alkoholu to Ankę przyzwyczaił......jej własny tatuś  i to jeszcze w czasach liceum. Gdy wpadała  w histerię, bo się bała klasówki..... to dawał jej kieliszek lub  dwa wina. A kim był w takim razie sprawca owej ciąży?  Powiedziałem ci - ten który "zawsze uważał". Czyli Robercik - dokończyła Teresa. Co za skurwiel! Nie życzę mu źle,  ale oby go piekło, jeśli istnieje, pochłonęło.

Zik, to już przeszłość, najważniejsze, że się jednak odnaleźliśmy, że się kochamy, że mamy cudownego synka, że tworzymy dobrą rodzinę. Jesteś dla mnie najważniejszy, potem Alek i tata- obaj na drugim miejscu. Wiesz, podejrzewam, że musiało matkę Anki sporo kosztować  napisanie tego listu. Jest tam jakaś data? Nie, nie ma, a na znaczku stempel jest z ubiegłego tygodnia - odpowiedział Kazik. 

Dziś jest poniedziałek, a w ubiegłym tygodniu nic  nie było w  skrytce - sprawdzam zawsze gdy jestem na  bazarku- powiedziała Teresa. Zik, to już przeszłość, jesteś miłością mego życia. Kocham cię, jesteś całym  moim światem. Najważniejsze, że pomimo wszystko jesteśmy razem. Nie wiem, czy ci co od nas  odeszli w inny wymiar wiedzą co się dzieje w naszym wymiarze, ale czasem mam wrażenie, że być może wiedzą i jestem w  stanie wyobrazić sobie jakie wyrzuty sumienia musi odczuwać twój ojciec. 

A gdzie jest Alek? - spytał Kazik. Śpi w ramionach  taty - pięknie zjadł swój lunch- a był głodny bo był dziś bardzo aktywny na  spacerze - pchał wózek, wchodził sam na  zjeżdżalnię, chodził po pniakach i na sam koniec wisiał na drążku. No i huśtał się na  huśtawce. Sporo, jak na takiego maluszka. Jest szczupły, ale silny z niego chłopczyk. A chodząc po pniakach trzymał się mego palca. Wcale się nie chwiał, dobrze utrzymywał równowagę.

Kazik nie wypuszczał Teresy z objęć, a Teresa  delikatnie całowała jego oczy, czoło, całą twarz. Wybaczysz  mi, że byłem z Anką?- spytał. Zostałem za to co prawda dość dotkliwie  ukarany.  Zik, kochanie - to już przeszłość. Ty się zakałapućkałeś w Ankę,  ja się jak ostatnia  idiotka dałam oczarować Robertowi. Nie mamy sobie co wybaczać wzajemnie, dostaliśmy już za to baty. Będziemy tylko  musieli dobrze przygotować do życia Alka. I musimy go tak przyzwyczaić by rozumiał, że w trudnych dla siebie sytuacjach życiowych zawsze znajdzie u nas zrozumienie i pomoc. Bardziej rozumną niż honorową. I     wiesz - podziękuj swojej byłej teściowej za to, że do ciebie napisała. Dostateczną karą dla niej jest to, że nie tylko straciła córkę ale i po niewczasie przejrzała na oczy. Bo wszyscy  rodzice  nieco idealizują swoje dzieci. Zapewne nie podejrzewała, że to był tak nieudany produkt. To musiało być tak  samo bolesne jak śmierć Anki. Życie to surowy nauczyciel, niczego nam nie  wybacza. Nawet jeśli "od  ręki" nam nie dokopie to i tak nie odpuści. 

Gdy byłam dziś na spacerze z Alkiem to pomyślałam, że moglibyśmy latem skorzystać z propozycji Jacka i pojechać do  tej wojskowej  części  Mrzeżyna. Tu to strach go  wpuścić do piaskownicy, brudny ten  piach jak licho. Oczywiście weźmiemy ze sobą tatę. A co do Aliny to nie wiem- zależy co jej doradzi pediatra. A wiesz, że oni  mają kogoś innego? Nasz się Alinie nie  spodobał, powiedziała, że to taki oschły facet. Ja bym go raczej nazwała konkretnym, nie rozmienia  się na drobne i nazywa rzeczy    po imieniu. Jakby jechał tata to i Jacek by z nami pojechał, co nie byłoby złe. Bo nawet na  emeryturze to jego stopień jeszcze  się liczy. Dziś obserwując Alka pomyślałam, że on to sobie da radę w przedszkolu.  Tylko pojęcia nie mam jak będzie z moją pracą.

O to się nie martw na  zapas -mamy zabezpieczenie, tym bardziej, że dostałem to stypendium. A  Kris ma zamiar  zorganizować kancelarię i powiedział, że widzi tam ciebie. No to chyba ma omamy  wzrokowe - zawyrokowała  Teresa - nie jestem mgr prawa. Ależ on o tym dobrze  wie, ale jest potrzebny ktoś kto będzie  od spraw organizacyjnych - to taka super sekretarka, która zorganizuje pracę całego zespołu, dopilnuje żeby  było wszystko co całemu zespołowi jest do pracy potrzebne. I do tego potrzebne  są dwie osoby, bo kancelaria działa cały dzień. Czyli tak zwany kierownik kancelarii i jego pomoc. I choć bardzo kocha Aliną to on jej w tej roli nie widzi - nawet w roli  pomocnika kierownika kancelarii.

                                                                          c.d.n.


sobota, 18 marca 2023

Lek na wszystko?-74

 Tydzień minął szybko i w sobotni ranek Kazik z Teresą i Alkiem pojechali do Nałęczowa. Kazik podśmiewał się  z Teresy, że stała  się osobistym tłumaczem Alka i tłumaczy z języka  "alkowego" na ludzki. A mały, który ostatnio jeździł samochodem tylko na krótkie dystanse nie mógł się  doczekać, kiedy wreszcie zobaczy dziadka i pójdzie  z nim na spacerek. Ale, zdaniem Teresy, malec był bardzo dzielny i grzeczny.  Na wszelki  wypadek  zabrała  z domu  ukochanego pluszowego  pieska i dwie książeczki.  Okazało się, że mały człowieczek pilnie obserwuje  drogę. Wszystkie  spore i ciemne samochody to były samochody wujka   Krisa i Teresa  mu cierpliwie tłumaczyła, że wujek ma podobny samochód, a Kazik słysząc to powiedział, że Teresa  robi małemu  wodę  z mózgu, bo po drodze widzą nie tylko toyoty. W końcu Teresa zapytała  się Kazika,  czy on pamięta, że Alek jeszcze nie ukończył dwóch lat, więc  niech przestanie margać- dziecko po prostu teraz reaguje na kolory samochodów  a nie na marki. Ale maluszek nie tylko reagował na ciemne, duże  samochody - na jednym z pastwisk zobaczył krowy, o  czym od razu  rodzicom  doniósł. W pewnej chwili dziecko zameldowało, że chce  "eee", więc w pierwszym możliwym miejscu zjechali  z szosy na pobocze,  by wysadzić  dziecko na  nocniczek. Oczywiście oboje  rozpływali  się  w pochwałach, bo po raz pierwszy zameldował, że musi zrobić siku. No tylko popatrz jak  nam niewiele  do szczęścia  dziś potrzeba  śmiała się Teresa. 

Gdy  dojechali do Nałęczowa  trochę pobłądzili  nim trafili pod  właściwy  adres.  Gdy zajechali pod  dom Teresa  zatelefonowała do ojca, że już  są i tata wyszedł do  nich razem z sunią. Radości  było sporo po obu  stronach, Alek od razu  wylądował u dziadka  na rękach i bardzo "starannie " dziadka ukochiwał, sunia warowała kręcąc ogonem młynka. W końcu wszyscy weszli do wynajmowanego przez tatę  mieszkania. Był to bardzo  duży pokój  z kuchnią i łazienką, miał też coś pośredniego pomiędzy balkonem  a tarasem, czyli jak określił tata za duże to "coś"  na balkon, a za małe na taras.  Ale  suni bardzo się to miejsce podobało, miała tu rozłożony dla siebie duży kawałek starego dywanu  a na nim kocyk. Tata wiedząc, że przyjadą z Alkiem kupił kawałek kurczaka i ugotował dla Alka zupę jarzynową, w której były jarzyny i bardzo drobno pokrojone mięso kurczaka, a dodatkowym "wypełniaczem" były własnej  roboty zacierki. Ponieważ w  weekendy pacjenci  jakby  zdrowieli to zabiegów była minimalna ilość i wkrótce dołączyła do  nich i Jadwiga. Alek siedział z psem na balkonie, głaskał ją i poklepywał po głowie, a sunia  wszystkie  jego karesy cierpliwie znosiła,  co jakiś czas liżąc jego nóżki. Po zjedzeniu zupki  Alek przeniósł się z balkonu na kolana dziadka, chwilę pooglądał  swą książeczkę i przytulony do dziadka usnął. Jadwiga  poszła na masaż,  a dziadek z pomocą Kazika przeniósł się na fotel, potem poprosił Teresę by z jego komórki napisała do Jadwigi, że na  razie to mały  zasnął u  niego na rękach, więc spacer to odłożą na później. Jadwiga odpisała, że to się  dobrze  składa, bo ona też  się trochę położy, bo po kąpieli i  masażu jest  zmęczona. Sunia przeniosła  się z balkonu na podłogę w okolicy fotela- widać  było, że już bardzo się zżyła  z dziadkiem.  Słodziak  spał, a Teresa z Kazikiem opowiadali o parapetówce u Jacka i Pawła, o tym jakie prezenty im  dali na  nowe mieszkania, rozmawiali  też o Alinie  i jej chorobie. Tata stwierdził że najważniejsze, że mały Tadzik nie jest  zagrożony tą  chorobą. 

Tata opowiedział im, że miał  kolegę, którego żona, z  zawodu psycholog, też miała tę chorobę  i taty  kolega przechodził gehennę, bo pani psycholog dość długo nie poddawała  się leczeniu i swe wszystkie frustracje rozładowywała na mężu i  dwójce  dzieci. Zaczęła się leczyć dopiero wtedy, gdy jej mąż zaczął się spotykać z inną kobietą i  mówić o rozwodzie.  I że tak to przy tej  chorobie jest, że właściwie cała  rodzina  choruje, zwłaszcza wtedy, gdy jest to ciężka postać choroby z długotrwałymi okresami  depresyjnymi, przeplatanymi  stanami nieuzasadnionej  niczym  euforii.  Też  był zdania, że śmierć matki Aliny, potem miłość do  Krisa, ciąża, dziecko na pewno  miały  wpływ na  stan zdrowia Aliny. Być może, że gdyby żyła  mama to Alina  brałaby nadal lek, który powinna była brać  i nie  miałaby nawrotu choroby.

Alek chyba był bardzo stęskniony, cały  czas leżał mocno przytulony do  dziadka i  nie  wypuszczał z  zaciśniętej piąstki dziadkowej koszulki polo. Oczywiście Kazik zaraz to  uwiecznił na  zdjęciu, które wysłał do Krystiana. Przesłał je  też na komórkę taty, żeby sobie  popatrzył na  nie gdy  oni wrócą do Warszawy, a on tu jeszcze  zostanie. 

Tata z kolei twierdził, że stęsknił  się za nimi wszystkimi, oczywiście  najbardziej za  Alkiem, Kazikiem i Teresą. Tato, to jeszcze  tylko tydzień a jak  wrócisz to zobaczysz  różnicę w stanie swego zdrowia. Tu jest znacznie  lepsze powietrze  niż  w Warszawie. No i nie jesteś tu sam, to  chyba też  się liczy, tłumaczył tacie  Kazik. A jak chcesz to mogę po ciebie przyjechać  w sobotę, niezależnie od tego czy przyjedzie syn pani Jadwigi czy też nie. No ale  się jeszcze  zdzwonimy najdalej w czwartek. Z tym, że wolałbym odebrać ciebie lub was oboje najdalej około południa w sobotę.

Alek spał półtorej godziny, dziecko obudziło  się w świetnym humorku, znów "ukochało" dziadka i zaraz zajęło się głaskaniem suni. Po kawie i ciastkach przywiezionych z Warszawy Teresa  stwierdziła, że najchętniej to ona  by już wróciła  do Warszawy. I chyba się pani Jadzia   nie obrazi, gdy ich już  nie  zastanie tutaj. 

Oj tak, byłoby nieźle, gdybyśmy zaraz wracali, bo muszę  sobie jeszcze  trochę popisać, w czasie jazdy coś mi jeszcze  wpadło do głowy - stwierdził Jacek. A ja, naiwna,   myślałam, że jadę z odpowiedzialnym kierowcą, który myśli o tym co aktualnie  robi  a nie o tym czego nie robi - powiedziała  ze śmiechem Teresa.  Tatku, to my już pojedziemy do Warszawy, skoro Kazik na coś wpadł.  I w takim razie  w czwartek się z tobą skontaktujemy odnośnie powrotu- czy odbiera Kazik ciebie, Jadwigę i psa, czy tylko ciebie. Jak tylko ciebie to pewnie przyjedziemy po ciebie w pełnym składzie tak jak dziś i jeśli będzie pogoda to podjedziemy razem z tobą do Kazimierza. Bo  oboje z Kazikiem  to jeszcze tam razem  nie  byliśmy.

Tata chwilę pomyślał i powiedział - mam wrażenie, że syn Jadwigi nie jest  zadowolony  z faktu, że Jadzia się ze mną zaprzyjaźniła. Muszę  chyba to dość brutalnie  Jadzi uzmysłowić  i mam wrażenie, że będzie najlepiej gdyby Kazik przyjechał po nas oboje. I tak między wierszami jej powiem, że nie jesteście oboje zainteresowani jej mieszkaniem, bo Tesia już jedno ma  ode mnie jako darowiznę,  a to drugie jako zapis testamentowy oraz "z urzędu" połowę tego, w którym mieszkamy.  Zabawne, ale Jadwiga  woli swoją synową niż syna, bo jak mówi synek poszedł w tatusia. A jak to ładnie określiła z jej mężem lepiej było coś  zgubić niż znaleźć. I dlatego się rozwiedli.

W drodze powrotnej   za kierownicą  siedziała Teresa,  bo Kazik postanowił  "coś sobie  policzyć", więc  się bardzo ucieszył, że Teresa  zgodziła  się prowadzić. W sumie oboje  byli zadowoleni, bo Teresa bardzo lubiła "szoferowanie" jak to nazywał jej tata. Juniorowi było zupełnie obojętne które  z rodziców siedzi za kierownicą. Dla niego  było najważniejsze,  że jedno  z nich jest obok niego. Droga  powrotna minęła bez żadnych  dodatkowych  atrakcji, a Warszawa powitała  ich niewielkim  deszczem.

W czwartek  wieczorem okazało się, że "kuracjuszy" odbierze  syn Jadwigi i że zapewne dotrą  do Warszawy pomiędzy  godziną  czternastą  a piętnastą. W związku   z tym  Teresa przewidziała o jedną osobę  więcej na obiedzie,  mając  na uwadze również  Jadwigę, o  czym poinformowała tatę. Ale, że nic nie  może być proste, w piątek rano syn Jadwigi poinformował ją, że niestety, wszystko się wywróciło do góry nogami,  bo gdy wracał  w czwartek bardzo późnym wieczorem do  domu, to wpadł do jakiejś dziury w jezdni  i ma problem z zawieszeniem, więc właśnie mu odholowują samochód do warsztatu i na pewno nie  będzie mógł po nich do Nałęczowa przyjechać,  więc niech mamusia  wraca  "pekaesem", a z dworca autobusowego niech sobie  weźmie taksówkę.  Teresa usłyszawszy te nowinę tylko się  głośno  uśmiała i powiedziała, że faktycznie  synuś pani Jadzi jest z lekka niedorobiony. Tata stwierdził, że może i on  w takim razie  dla towarzystwa też powróci "pekaesem", ale na takie rozwiązanie  Teresa i Kazik absolutnie  się nie  zgodzili. Po prostu w sobotę przed południem Kazik oboje odbierze z Nałęczowa. Tyle tylko,  że będzie  zapewne  lepiej, gdy Jadzia nie poinformuje o tym swego syna. Kazik był oburzony, bo przecież mógł syn wypożyczyć na 1 dobę samochód z wypożyczalni ewentualnie od któregoś ze  swoich kolegów. W każdym  razie jedno jest  pewne - nie będzie synuś wsparciem dla  matki gdy ta opadnie  z sił i zdrowie się jej pogorszy. A Teresa  stwierdziła, że dobrze, że teraz  synuś tak  się zaprezentował, bo  z tego co ona  widzi to na  szczęście  Jadwiga spogląda  na swego syna trzeźwym wzrokiem i dobrze  zrobiła, że nie zgodziła  się by  swoje mieszkanie  sprzedać i  zamieszkać  razem z synem i synową, bo wtedy dość szybko by ją oddali do jakiegoś domu opieki w chwili gdyby  się jej pogorszyło zdrowie.  Tata, który był wręcz rozpieszczany przez Teresę, Kazika a nawet przez Krystiana i Alinę nie mógł tego pojąć, a Teresa wręcz powiedziała tacie, że bardzo się cieszy, że on się z Jadwigą tylko przyjaźni i  niech tak pozostanie. 

W sobotę wcześnie rano Kazik wyruszył do Nałęczowa i około godziny trzynastej byli już z powrotem w Warszawie. Jadwiga i sunia zostały odstawione do domu, Kazik nawet  wniósł walizkę   Jadzi do jej mieszkania.  A tata był szczęśliwy, że za kilkanaście  minut znajdzie  się w  swoim pokoju i że będzie wśród kochających go osób. Kazik zaproponował Jadwidze, by przyszła do  nich na obiad,  ale Jadwiga  zapewniła  go, że ma w  zamrażarce gotowy obiad, wystarczy go odmrozić w mikrofali  i potem odgrzać. Dla suni też ma jedzenie w ten  sam sposób przygotowane.

Gdy już  się tata znalazł w domu, Alek go nie odstępował - przyglądał się z uwagą jak  dziadek rozpakowuje walizkę, pomógł dziadkowi zanieść brudne  rzeczy do łazienki i "kontrolował", czy dziadek dobrze nastawi pralkę.  Przy obiedzie zażyczył sobie by siedzieć pomiędzy mamą a dziadkiem a nie pomiędzy rodzicami. Po obiedzie , gdy dziadek po  coś wyszedł do przedpokoju maluszek pobiegł za nim wołając: "dada, pa,pa -nie". Dziadek wzruszony bardzo wziął malca na ręce i cierpliwie  mu tłumaczył, że dziadek nigdzie  się nie wybiera i że będzie cały czas w domu z nim oraz Teresą i Kazikiem. I co najwyżej to pójdzie na  spacer z Alkiem.

Wczesnym popołudniem wpadł do nich Krystian by się przywitać z tatą, bo jak twierdził on też się stęsknił. A ponieważ tata obiecał małemu wspólny spacer, cała  męska część  rodziny  wybrała  się na  wspólny  spacer, na który załapał się też synek Krystiana.  A damska część rodziny "obgadała" panią Jadwigę. Teresa odniosła  wrażenie, że ten pobyt w Nałęczowie spowodował, że stosunki pomiędzy  tatą a  Jadwigą nieco ochłodły, co Teresy wcale  nie  zdziwiło.  Przez  to, że tata opiekował się psem Jadwigi to widywali się codziennie, a w Warszawie to tylko wtedy, gdy tata miał na to ochotę.

                                                                 c.d.n.

czwartek, 16 marca 2023

Lek na wszystko? -73

 Tata codziennie telefonował do Teresy - powiedział, że to pewnie  śmieszne,  ale......tęskni za nimi. Brakuje mu Alka trzymającego  się jego spodni, brakuje mu "ukochiwania". I dobrze, że ma  zdjęcie małego w komórce, to sobie  chociaż  na niego popatrzy. A poza tym to chodzi na  masaże i na gimnastykę dla ludzi starszych, codziennie  z Jadwigą chodzą na długie  spacery. Teresa   wysłała  więc tacie wspólne  zdjęcie  ich trojga i  zapewniła, że też za nim  tęsknią. Ale w najbliższą sobotę  nie przyjadą, bo Jacek z  synem robią "parapetówkę" i oni z małym idą do nich na obiad. No ale w następny weekend , jeśli będzie ładna pogoda to mogą do Nałęczowa podjechać razem z Alkiem. Opowiedziała tym razem nieco więcej o spotkaniu z byłą  teściową a tata jej poradził, by jak  najprędzej przestała  się  tym przejmować, bo ani Robert ani jego matka absolutnie  nie są tego  godni.  I że po Robercie to  można  się  spodziewać, że nie raczył wtajemniczać  własnej  matki w  swoje plany zawodowe i życiowe.   Gdy Kazik  wrócił z pracy, to też  zatelefonował do taty i powiedział, że też mu taty  w domu  brakuje i w  następny weekend, jeśli tylko nie będzie  cały dzień lało, to oni do niego przyjadą z Alkiem.

W sobotę, przed wyjściem  do "chłopaków" Kazik wpadł jeszcze  do kwiaciarni by kupić Pawłowi "jakiś obowiązek", czyli kwiatek doniczkowy do hodowania. Pani w kwiaciarni szczerze  się uśmiała, gdy Kazik poprosił o "coś  zielonego, co właściwie  nie  wymaga żadnej pielęgnacji". Po takim  wstępie pani sprzedała mu zamiokulkas, do którego doniczki dołączyła kartkę o treści - podlewać raz na tydzień, odstaną  wodą. Kazik stwierdził, że jeśli ta roślinka przetrzyma pielęgnację jego kolegi to on wtedy i  sobie taką kupi.  Roślinka  podobała się Teresie i stwierdziła, że ona najchętniej to miałaby w domu rośliny, które nie  wymagają  doniczki z  ziemią i do szczęścia  wystarczyłby im pojemnik z wodą. I musi  się rozejrzeć po centrach ogrodniczych, żeby kupić tillandsię, bo wystarczy ją raz na trzy  tygodnie  wstawić do wody, żeby się "napiła na  zapas", a po polsku nazywa  się ta  roślinka oplątwa.  Kazik popatrzył się  z niedowierzaniem na Teresę i powiedział - nazwa "tego czegoś" brzmi jak klątwa. A w jakim kolorze? Bardzo jasnym, nieco szarawym zielonym- z tego co widziałam na obrazku- wyjaśniła Teresa.  Szaro- zielony to ja  kiedyś  byłem gdy się  czymś zatrułem- powiedział- ale nikt  mnie na szczęście nie  wstawiał do  wody.

Przed wyjściem  Alek został nakarmiony, Teresa  wzięła dla niego również picie, jabłuszko, zabawki i dodatkowe  wyposażenie, by w razie potrzeby mały mógł w  wózku spać. "Zieleń doniczkową" starannie opakowaną niósł Kazik,  a opakowane Portrety jechały w koszu  zakupowym wózka. Ponieważ mały był już po  swoim  obiadku  zaraz po wylądowaniu  w  wózku i opuszczeniu  windy zmęczone   dziecko usnęło. Gdy doszli do bloku  Alek spał jak  zabity, więc Kazik uprzedził Jacka i  Pawła, że dzieciak  śpi, więc go od razu wstawią do pustego pokoju. Jacek wielce  przejęty zjechał do  nich na dół i w końcu  dwiema windami dotarli na siódme piętro do  mieszkania Pawła. W drzwiach  mieszkania stał Paweł w eleganckim męskim fartuszku w białe i  czarne paski, a że trzymał w ręce widelec Kazik mruknął-  dobrze, że nie  czeka na  nas  z tasakiem.  Kazik od  razu "spolaryzował" małego w  sypialni Pawła, sprawdził tylko,  czy  dziecko jest  dobrze  w  wózku przypięte. Kwiatek i portrety trafiły  do rąk Teresy, która szybko je rozparcelowała. Wpierw wcisnęła Pawłowi  zieleń, potem  oba opakowane portrety wcisnęła w garść Jackowi, mówiąc, że to niemal takie same prezenty dla nich obu. Ponieważ mały spał w wózku, drzwi sypialni zostawili  otwarte.

Kwiatek bardzo się podobał Jackowi a Paweł wyraził  nadzieję, że kwiatek  wytrzyma jego absolutny brak talentu ogrodniczego. Pocieszyła  go informacja  napisana na przymocowanej do doniczki kartce. Gdy już obejrzeli mieszkanie, Paweł powiedział,  że ptak jeszcze "dochodzi" w piekarniku i za 15 minut będzie już można  zająć  się jedzeniem.  A co jest w tych dwóch opakowaniach? -  spytał  Jacek. 

Prezenty dla was, żeby nieco ożywić ściany - wyjaśniła  Teresa. Pomyślałam, że dobrze będzie, gdy każdy z was będzie miał u siebie  portret kobiety, którą obaj kochaliście. To znaczy - zaczął Jacek,  ale Teresa mu przerwała- to znaczy, że będziesz wiedział, gdy je rozpakujesz. Pociągnij za ten kawałek taśmy,  ale zrób to na jakimś podłożu, na przykład na  stole - wyjaśniła Teresa. Teraz tak fajnie opakowują obrazki, że jednym pociągnięciem  można obrazek uwolnić z opakowania.

Jacek pociągnął za taśmę i zamarł w bezruchu  gdy papier odsłonił zawartość. To był portret wykonany ołówkiem.  Boże, jęknął - skąd to wzięliście? A ten  drugi?   Otwórz to zobaczysz - powiedziała  cicho Teresa  - drugi jest wykonany farbami  akrylowymi.  Teresa wyjęła z torebki kopertę ze zdjęciami matki Pawła i powiedziała-  zwracam ci  zdjęcia Pawełku.   Jacek patrzył  oniemiały.   Skąd miałaś  zdjęcia?  Ja ich  nie miałam,  Paweł je  znalazł w pamiętniku swojej mamy, były zaklejone pomiędzy dwiema kartkami.  Pokazał mi je,  a ja pomyślałam, że powinniście chyba mieć , każdy z was, jej portret. Była piękną kobietą. A portrety wykonała na moją prośbę moja utalentowana koleżanka, absolutna amatorka.  Paweł wycofał się do kuchni mówiąc, że chyba teraz powinno się rozpakować indyka z piekarnika.  Jacek podszedł do Teresy, objął ją i ucałował - dziękuję ci dziecino z  całego serca. Nawet nie  wiesz, jak bardzo mnie ten twój pomysł wzruszył i jednocześnie zachwycił. Kazik, tym razem masz w domu skarb, nie  żonę.  Ale,  ale gdzie jest  Tadeusz?  Chyba nie jest chory? 

Tata jest w Nałęczowie  i hołubi znajomą sunię, bo jej pańcia kuruje  się w  sanatorium. Gdy pańcia ma  zabiegi to z psicą siedzi w domu lub w parku tata, a gdy on  ma  zabiegi swą sunią zajmuje  się jej pani- wyjaśniła Teresa.  Już są tam tydzień, za dwa tygodnie wrócą. I albo przywiezie ich do  domu syn pani Jadwigi,  albo Kazik po  nich pojedzie. To sąsiadka taty, mieszka na parterze. A tata się z tą panią Jadwigą przyjaźni - tak mi powiedział - wyjaśniła Teresa. Bo wiesz - to takie  nasze rodzinne  psychiczne schorzenie, że długo jesteśmy przekonani, że łączy nas  z kimś  tylko przyjaźń.  Tak było ze mną i Kazikiem.   Ale nie narzekam, przynajmniej  się dobrze poznaliśmy. W sumie to dziesięć lat tak  się "przyjaźniliśmy"  zwierzając  się sobie z różnych problemów.

Paweł zniknął w  kuchni, a po chwili dołączył do  niego Jacek. Wrócili z nałożonymi  już na talerze porcjami. Muszę wam powiedzieć, że to co widzicie to nie jest  wcale indyk ani kurczak a......perliczki. Mam nadzieję, że będzie  wam smakować. Jest to mięso znacznie  zdrowsze od kurczaka i indyka. Jest delikatniejsze. Odkryłem ostatnio metę na perliczki i będziemy je  co jakiś  czas przywozić. W Warszawie nigdzie  perliczek nie   sprzedają. Zamroziłem też małe porcyjki dla Alka, gdy będziecie  wracać do domu to ze sobą weźmiecie. Dość chłodno dziś, więc zamiast do termo torby włożę je do plastikowego pudełka i wrzucę kilka  kostek lodu. 

Rzeczywiście perliczki były bardzo smaczne, "szopska  sałatka" była nieomal artystycznie pokrojona- okazało  się, że Paweł ma  niezwykły talent to krojenia  idealnie  równych  kawałków  warzyw.  Nim zjedli Alek stwierdził, że dość tego  spania i dał  głos. Natychmiast ruszył do  niego Kazik i po zmianie pampersa  przyszedł z nim. Dziecko  było wyspane i w świetnym  humorku, siedziało  na kolanach  Kazika dzierżąc w rączce kawałek jabłka. Wcale  mu  nie przeszkadzał fakt, że nie jest w  swoim domu, dwa razy zawołał  dziadka, ale zaraz mu Kazik wytłumaczył, że  dziadek pojechał z pieskiem daleko, daleko i jeszcze  go nie ma.  Słodziak powiedział  " dada pa,pa", Kazik mu przytaknął, a Jacek rozpływał się nad malcem, że taki grzeczny i  mądry.  Teresa się  śmiała, że gdyby Jacek tyle  razy w ciągu dnia słyszał, że "dziadek zrobił pa,pa" i wyjechał  to nie  dziwiłby się, że dziecko takie  mądre.  A mały  "mądrala" zażyczył sobie  zejścia  z kolan taty i podreptał do mamy prosząc  ją o  "piciu". A może chcesz coś jeszcze  zjeść? - zapytała  Teresa. Mały człowieczek przecząco pokręcił główką i powtórzył "piciu".

No to chodź, powiedziała Teresa- picie mamy jeszcze w wózku. I mały gdy wychodził z Teresą z pokoju zrobił wszystkim  pa,pa.  Aleście go wytresowali - powiedział  Jacek.   Kazik zaśmiał się - Tesia każdego może wytresować, ma do tego talent. Mnie też wytresowała, nie  zauważyłeś?  A czego cię nauczyła?- -spytał  Jacek.  Tego, że nie   umiem  już bez niej być.  Najchętniej siedziałbym całą dobę tak  blisko,  by mieć ją w zasięgu  wzroku i ręki. Wydawało mi  się, że jakoś "otrzeźwieję" bo się przyzwyczaję, ale efekt jest zupełnie inny -  cały  czas wysilam mózgownicę by spędzać  z nią jak najwięcej  czasu. Nie wiem jak ja wrócę do ośmiu godzin pracy w biurze. Teraz to tylko na badaniach jestem poza domem, ale jak napiszę doktorat to mi się laba  skończy.  Ale  może pracę wtedy  zmienię. Kurt już  sobie ostrzy   pazurki by  mnie do  nich  ściągnąć. Prawdę mówiąc, gdyby  nie to  stypendium to już bym  tam  siedział.  A co ty Jacku planujesz? 

Ja to mam uczucia  mieszane - stwierdził Jacek. Ale już nie mam ochoty  siedzieć gdzieś osiem na osiem godzin. Urządzałby  mnie jakiś półetat. I już nie mam ochoty na jakieś podwarszawskie mieściny. Podoba  mi  się tutaj. Dość przestrzennie jest tutaj. Ale jak znam życie to za  dziesięć lat, najdalej, wszystko to będzie zabudowane. Ciekawe co zrobią z tymi łąkami, bo to torfowa  ziemia, dobra  pod buraki a nie pod wieżowce. Kiedyś, sam widziałem to na planach,  miał być stąd aż do skarpy  park wypoczynkowo- sportowy. Miały być korty, baseny, teren do jazdy konnej. I......zero z tego. Zielsko się  tylko panoszy. Zabrali ludziom pola uprawne, które tu były. A fajny, cywilizowany park to przecież  by się przydał. No ale o tereny rekreacyjne trzeba stale dbać,  a to kosztuje.  Jednak te lata  radosnego socjalizmu mocno ludzi  zdemoralizowały. Ludzie  szalenie przyzwyczaili  się do  darmochy.   A gdyby tu zrobić obiekty  sportowe to przecież  nie mogłyby być darmowe, więc wszyscy by bez przerwy jęczeli i usiłowali ze  wszystkiego  korzystać za darmo. Pewnie za jakiś czas ktoś wpadnie na  pomysł by te tereny sprzedać prywatnym inwestorom pod  zabudowę jednorodzinną. Bo  niskie domy, parterowe, to  mogą  sobie stać na torfowisku, wieżowce niestety  nie. Miałem propozycję z Politechniki ale jakoś taką mało konkretną. No i wcale mnie  nie  zdziwi gdy się przeniesiesz do Kurta, choć  wolałbym byście jednak pozostali tutaj. Jakoś tak się zżyłem z wami. Ciekawy jestem jak  się będzie Pawłowi podobało na Akademii.  Wiesz- powiedział Kazik-  Paweł ma ukończony bardzo dobry  kierunek, rozwojowy. Myślę, że da tam  sobie  radę bez problemu.

A gdzie jest Tesa? - zainteresował się Jacek. Pewnie pomaga małemu zasnąć, bo on bardzo krótko dziś drzemał- wyjaśnił Kazik.  Wiesz Kaziu , zrobiła mi twoja  żona naprawdę niezwykłą niespodziankę tymi portretami. No najzwyczajniej  mnie  zatkało gdy  rozpakowałem, niewiele brakowało bym  się rozpłakał.

Tak, moja  żona ma czasami bardzo niezwykłe pomysły. Ona i ciebie i Pawła  bardzo lubi i bardzo przeżyła  historię waszej miłości. Obsobaczyła  cię  trochę bo wczuła  się w  sytuację matki Pawła. Mimo wszystko mężczyźni i kobiety nieco inaczej patrzą na  otaczającą nas rzeczywistość. 

A co u twojego brata? - spytał Jacek. Dobrze i  niedobrze - stwierdził Kazik. Okazuje  się, że jego żona ma chorobę dwubiegunową - to jest ta  zła wiadomość, ale jest to na  szczęście lekka postać. Tyle  tylko, że do końca  swych  dni będzie  brała lek, niezależnie od tego jak się będzie  czuła.  Druga dobra  wiadomość, że to nie jest dziedziczne jeśli nie są  chorzy oboje  rodzice. No a Krystian nie ma tej choroby. Ona chorowała na to "od  zawsze"  i pilnowana przez matkę  zawsze brała lek, a potem gdy się dobrze  czuła odstawiła lek. No a potem miłość,  ciąża, poród i posypało się zdrowie. I Tesia teraz  wciąż sobie  wyrzuca, że ochrzaniała ją i złościła  się na  nią. Ale wiesz- Tesia to dochodzeniowiec - pogrzebała w pamięci, że kiedyś już widziała Alinę w  podobnym rozkojarzeniu, przewertowała  encyklopedię  zdrowia i powiedziała memu bratu co podejrzewa, dała mu do poczytania odpowiedni rozdział  i zabrał żonę do lekarza. Teraz  wszystko się wyprostowało, ale Tesia ma "kaca" i trochę się bała jak zareagujesz na te portrety.

                                                                   c.d.n.

 


wtorek, 14 marca 2023

Lek na wszystko? -72

 Dzień , w którym Kazik odwoził do Nałęczowa tatę i  i jego przyjaciółkę  z  psem, utkwił w pamięci Teresy na dość długo. Nie dość, że bardzo  nie  lubiła, gdy Kazik gdzieś wyjeżdżał bez niej to na  dodatek  miała   niemiłe  spotkanie. Gdy przechodziła z Alkiem  w  wózku obok "pętli" autobusowej , natknęła  się na swą  byłą teściową, która właśnie  wysiadła  z autobusu. Teresa pochłonięta opowiadaniem dziecku o tym, że autobus tu tylko chwilkę postoi i potem wsiądą do niego  nowi pasażerowie i autobus z powrotem pojedzie  do centrum  miasta, nie  zauważyła swej byłej teściowej, która zniecierpliwiona faktem, że Teresa jej  nie  zauważyła przyspieszyła kroku i powiedziała:  nie udawaj, że mnie  nie widzisz- przyjechałam do Roberta, nie do Ciebie! 

Na dźwięk jej mało miłego  głosu, Teresa przystanęła i obejrzała  się. Do Roberta?- zdziwiła  się - przecież Robert tu  nie mieszka już od  kilku lat, on  zapewne mieszka w Moskwie. Mina byłej teściowej wskazywała  nieme i wieeeelkie zdumienie. Jak to? w Moskwie? Proszę pani- spokojnie odpowiedziała Teresa-  ja nie mam pojęcia gdzie aktualnie Robert  mieszka czy też  przebywa, bo ostatni raz widziałam go  kilka lat temu, gdy wybierał się na placówkę do Moskwy. I od tamtej pory, czyli od orzeczenia przez  sąd naszego rozwodu nigdy  więcej go już  nie widziałam. Więc proszę mnie  nie pytać o to, gdzie on jest, bo ja nie wiem, to raz, a dwa, że to mnie  zupełnie  nie interesuje. 

Była teściowa wyglądała tak, jakby się udławiła zbyt dużym "gryzem"  chleba  lub kartofla a na dodatek zrobiła  się trupio blada. Teresa, nieco wystraszona jej wyglądem powiedziała: proszę chwilę odpocząć  i wrócić do  domu. Ja naprawdę nie wiem gdzie jest mój były mąż. Jeśli pani go  szuka, to musi pani to zgłosić na policji, oni pani pomogą. Gdy się rozwodziliśmy to szykował się na placówkę w Moskwie. A tak przy okazji do pani  wiadomości - sąd orzekł, po jednej rozprawie, że to Robert był winny rozpadowi naszego małżeństwa.  Żegnam- powiedziała i szybkim krokiem odeszła z dzieckiem. Na wszelki wypadek  nie poszła  w stronę swego domu,  ale jeszcze pokrążyła po osiedlu, co jakiś czas oglądając  się, czy nie idzie  za nią była teściowa. 

Gdy Teresa  wróciła do mieszkania od  razu zatelefonowała do taty z pytaniem, gdzie aktualnie  są i dowiedziała  się, że najdalej za kwadrans  będą już na  miejscu. Tato, poproś Zika, by do  mnie  zadzwonił nim  wyruszy w  drogę powrotną. Spotkałam matkę Roberta, ona go szuka. Ale  nie mów mu tego, sama mu to powiem. Ściskam was.

W pół godziny później zatelefonował Kazik, że już ulokował tatę i  sukę,  Jadzia też ulokowana już w swoim sanatorium, a on już jest w drodze powrotnej. O, to fajnie, - ucieszyła  się  Teresa. Tylko błagam  cię,  nie szalej  za kierownicą. No pewnie, że nie będę  szaleć, tu nie ma gdzie poszaleć, ale na  szczęście  ruch jest  nieduży. Pewnie za dwie  godziny będę  w domu,  jeśli  nie będzie  po drodze żadnego korka. Jeśli po drodze będą stali z jabłkami to kupię, dobrze? No pewnie, kup, zgodziła  się Teresa.

Spotkanie byłej teściowej  nieco  ją zdenerwowało. To znaczy, że tata naprawdę ją widział a nie jakąś podobną kobietę. To bardzo dziwna sprawa- pomyślała- wprawdzie Robert nigdy  nie  wtajemniczał swej matki w  swoje  sprawy  służbowe,  ale nie podejrzewała,  że mógł wyjechać na placówkę nie informując o tym swojej matki. Bo jakby nie  było, była to raczej "nobilitująca sprawa", a Robert  lubił  się chwalić  tym jaki jest ważny. Zdaniem Teresy nie miał też powodu by utrzymywać w tajemnicy fakt, że się rozwiedli.  Nie była  wszak uwielbianą  synową  matki Roberta. Przeleciała  w myślach wspólnych  znajomych, którzy  mogliby coś o nim  wiedzieć ale  nikt jakoś nie wpadł jej do głowy a poza tym to jej nie  zależało na rozwiązaniu tej  zagadki.

Kazik, tak jak przewidywał, przyjechał po dwóch  godzinach i przywiózł kilka kilogramów jabłek, które wyglądały  niezwykle zachęcająco. Gdy zjedli obiad Teresa opowiedziała mężowi o swym dziwnym spotkaniu. Kazik też był tą historią zdziwiony.  

No wiesz- jakoś mi się  to wszystko kupy nie trzyma - wiem, że nigdy nie był miłym facetem, no ale  nie  mieści mi się w  głowie, żeby syn nie powiedział matce, z którą  mieszka, że wyjeżdża na placówkę zagraniczną. I tak  samo to jakieś dziwaczne, że nie powiedział ani słowa, że się z tobą rozwiódł. To w całości jest jakieś chore. A może ona po prostu sfiksowała- podobno zdarza  się to kobietom po menopauzie - stwierdził. 

Nie mam pojęcia - stwierdziła Teresa- ale gdy jej powiedziałam, że Robert tu  nie mieszka i że pewnie mieszka  w Moskwie to omal  nie padła  ze zdumienia. Zbladła  niczym trup, bałam  się, że może za moment zemdleje i dopiero  miałabym tam cyrk z nią. Jeszcze nigdy tak  szybko  nie  szłam z wózkiem. Na wszelki wypadek pokrążyłam po osiedlu co chwilę sprawdzając, czy nie idzie za mną. Czyli tata ją widział przy naszym drugim  mieszkaniu,  a nie kogoś podobnego. Nie wiem, czy gdyby faktycznie  sfiksowała to pamiętałaby  nasz  adres, tym bardziej, że ona  chyba nigdy u nas, gdy tam  mieszkałam z Robertem to nie była. A nawet jeśli była to najwyżej raz i to bardzo, bardzo  dawno, na samym początku. Dobrze, że chociaż to blisko, to jednak w nieco innej części osiedla. A o małego się  nie  zapytała? - dopytywał się  Kazik.  Nie, bo była zaskoczona wielce tym, że Robert  tu nie  mieszka i tym, że pewnie jest w Moskwie. No i jeszcze jej poradziłam, że jeśli szuka swego syna, to powinna  się z tym zwrócić do policji, oni jej pomogą.

Ja nawet nie mam do kogo zatelefonować by się dowiedzieć co się stało z personelem, który przed prywatyzacją  CHZetów był oddelegowany do pracy w branżowych BRH.  Gdyby  mi bardzo zależało to mogłabym się  spytać Franka, on pewnie  wie, no ale mi na tym  nie  zależy.

Kazik przytulił mocno Teresę - no cóż - nie da  się ukryć, że oboje mieliśmy dość dziwnych pierwszych partnerów. No i  nie zdziw się gdy kiedyś jakiś  policjant wpadnie tu zapytać  się czy  aby  nie przechowujesz w piwnicy Roberta żywego ewentualnie  w postaci zwłok - roześmiał  się. A pani Jadzia powiedziała,  że z Nałęczowa odbierze ich jej syn. Jeśli nam  się będzie  ckniło za tatą  to możemy w któryś weekend tam podjechać. To tylko 158 km od nas. 

No jasne- roześmiała  się Teresa- to tuż za rogiem, zaraz za piekarnią, wystarczy  się  tylko bardziej wychylić  z okna i już widać Nałęczów. W najbliższy weekend  to będzie "parapetówka" u Pawełka.  Nawet  nie masz  pojęcia, jaki dzieciak  z siebie  dumny, że zdecydował  się jednak mieszkać  sam a nie  z ojcem w jednym mieszkaniu. A Jacek chce  sobie kupić nowe  meble i  nie będzie to dąb na  wysoki połysk a raczej IKEA, bo chce  zerwać czy też pogrzebać  przeszłość- tak powiedział Pawłowi. I ponoć Młody mu powiedział, że nie uda  mu się uciec od przeszłości, bo przecież Paweł jest dowodem jego przeszłości. Popatrz jaki wygadany się zrobił.   

No fakt, ale to przecież prawda- stwierdził Kazik. To mądry chłopak i dobrze, że Jacek nie stara się natychmiast  wskoczyć w mundurek ojca a raczej przywdziewa  strój starszego nieco kumpla. On ma spore doświadczenie i był bardzo przez  chłopaków lubiany, chociaż był bardzo wymagający. Ale miał tę zaletę, że nadawał zawsze jasne, czytelne komunikaty i jeśli musiał któregoś z chłopaków opieprzyć tak z góry na  dół i nazad, to  zawsze to robił w  cztery oczy a nie przy innych. I ma jeszcze jedną zaletę - jeśli się w czymś pomyli to zawsze  się do tego przyzna. Bo - jak twierdzi - nie ma ludzi nieomylnych. Bóg też się nieco pomylił stwarzając  człowieka.

A co kupimy Pawłowi na nowe miejsce   zamieszkania?- spytał Kazik. Ja już wymyśliłam - Młody w tajemnicy przed ojcem dał mi do poczytania pamiętnik  swojej mamy. Ona ogromnie Jacka kochała. Wiedziała, że Jacek jest  z  szalenie biednej rodziny, że jego rodziców nie stać na to, żeby studiował i on dlatego wstąpił do woja. I że nie stać go będzie na założenie  rodziny, więc gdy  "wpadła" postanowiła,że sama dziecko wychowa. I wychowała. To nie było tak, jak nam powiedział, że zrobił rodzicom na  złość.  To była z jego strony przemyślana decyzja.   A ja w tym pamiętniku znalazłam dwa zdjęcia jego mamy i nie pytając  się Młodego o  zgodę   poprosiłam Elę, z którą kiedyś chodziłam na  angielski, żeby zrobiła  mi z nich portrety. Jeden to szkic ołówkiem, drugi- farba   akrylowa. Teraz są w oprawie u osiedlowego fotografa, w tygodniu odbiorę. I to będzie prezent od nas dla obu- portrety. Na  wszelki wypadek obydwa  zdjęcia cyknęłam komórką. Poza  tym nie  wiedziałam  jak Elce  wyjdą te portrety, bo nie  zawsze się jej udawały- ona nie kończyła Akademii Sztuk Pięknych, kompletny  z niej  samouk. Zobacz - ładna  była, zresztą Pawełek też jest ładnym chłopakiem.   Gdyby się  nie udały to dałabym do  zrobienia odbitki na płótnie- wyglądają wtedy jak obraz.   Ale udały  się  Eli. Chciałam  jej  zapłacić- w końcu się   nieco napracowała, ale ona  stwierdziła, że dla  niej samo malowanie to wielka  frajda i nagroda. I obiecała mi, że gdy Alek będzie  trochę starszy to go namaluje i to ze  zdjęcia, bo maluch  nie  wysiedzi tyle  czasu ile będzie jej potrzebne. Podobno  dzieci  się strasznie  ciężko maluje.

No pomysł dobry, ale czemu mi nic nie powiedziałaś? Bo nie  wiedziałam czy się Elce udadzą, bo w końcu  czasu miała  mało. No i nie byłam pewna,  czy się przypadkiem nie  wygadasz. A teraz to się już przestałaś bać, że  się wygadam? Teraz to się z nimi zobaczysz dopiero w  sobotę-  zaśmiała się Teresa. Jacek zjedzie dopiero późnym wieczorem w piątek. A Młody w tym tygodniu będzie po coś  w Gdańsku, chyba będzie podpisywał z najemcami umowę i któryś  kolega ma  "mieć oko" na to  mieszkanie. I też zjedzie dopiero w piątek wieczorem. A w sobotę rano to będą zajęci  szykowaniem parapetówki. Jacek się odgrażał, że przywiezie jakąś dobrą wyżerkę od siebie. I na pewno będzie  bardzo zmartwiony, że nie będzie taty, bo on  raczej nic o  tym  nie wie, że tata pojechał się kurować do sanatorium.

Nie  miałem pojęcia, że nasz osiedlowy fotograf  oprawia obrazki. No właśnie- wpadłam  do niego i zamarłam  ze  zdumienia- mają teraz na  sprzedaż albumy do zdjęć i spory wybór ramek do zdjęć. I jeszcze sobie zafundowali kserokopiarkę i w  razie   czego można sobie u  nich  zrobić ksero w formacie A3 - w końcu nie każdy ma w  domu komputer a do  niego urządzenie wielofunkcyjne. I zwierzył mi  się, że zastanawia  się nad oprawianiem prac, np. magisterskich, bo najbliższy taki punkt jest od  nas  daleko.  Taki obrotny z niego facecik. A to ksero to ma też kolorowe. I podobno ma być kawiarnia w tym lokalu,  gdzie  był sklep ze  słodyczami. Sklep  ze słodyczami  został "zagryziony" przez spożywczak, który drastycznie obniżył ceny słodyczy i ludzie przestali u  nich kupować i kupowali tylko w  spożywczaku. Ciekawe  jaka to będzie ta kawiarnia bo na moje oko to tam  może stać góra 5 stolików, takich na  dwie  osoby. A hotele robotnicze mają być teraz normalnymi,  aczkolwiek dość tanimi  hotelami.  I jeszcze mi obrotny facecik  doniósł, że w tych nowiutkich blokach po drugiej  stronie są bajecznie  drogie   mieszkania, a w jednym  z  okien wisi anons, że sprzedają mięso ze strusia.  No  nieźle, śmiał się  Kazik. Nie mam pojęcia jakie  walory ma  mięso ze strusia, ale chyba  nie będziemy go próbować. Indyk nam  jak na  razie wystarcza. Ale to  nie wszystkie nowiny - śmiała  się Teresa- podobno będzie zainstalowany "mlekomat" i będzie  można  kupić świeże mleko do własnej butelki. I zmienił się właściciel kwiaciarni. I to już wszystko? -śmiał się  Kazik. Nie wiem, bo wyszłam zmęczona nowinami. Ale Alkowi bardzo  się u tego pana podobało, bo był włączony duży ekran TV i szedł jakiś  film z psami. Odbiorę te oprawione obrazki i  długo  mnie pan obrotny  nie  zobaczy.

                                                               c.d.n.

poniedziałek, 13 marca 2023

Lek na wszystko? -71

 Minęło lato spędzone  znowu w Warszawie - tym razem z powodu doktoratu Kazika, bo tak się ułożyły  sprawy, że musiał być  w Warszawie.  Teoretycznie Teresa  mogła pojechać na  jakieś  wczasy  sama z dzieckiem, ale stwierdziła, że  woli jednak jeszcze i te  wakacje spędzić w domu. Gdy tylko była pogoda  pakowała  do  samochodu dziecko i tatę i jechała  albo do Konstancina  albo do Zalesia.

Wprawdzie Jacek chciał jej załatwić wczasy w Mrzeżynie w kolonii oficerskiej,  ale Teresa  stwierdziła, że sama tam z dzieckiem nie pojedzie, bo Kazik ogarnięty gorączką pisania pracy zbytnio  się  zaniedba i zmarnieje. Poza tym nie będzie też w tym czasie taty, który będzie  zajęty pilnowaniem pewnej suni, bo pani sąsiadka taty, czyli "pani Jadwisia" jedzie na trzy tygodnie do sanatorium do Nałęczowa i tata będzie w tym czasie miał pod opieką jej sunię. W Nałęczowie. 

Teresa przez  dwa dni chodziła  z półotwartymi ze zdziwienia  ustami i lekko wytrzeszczonymi oczami. Bo oczywiście pani Jadwisia nie może przecież oddać psa do psiego hotelu, bo sunia  się za nią zatęskni, więc on też pojedzie do Nałęczowa, ale pani Jadwisia dla taty wynajęła prywatną kwaterę w pobliżu sanatorium, do którego  miała  skierowanie. A tata już nawet był u lekarza i wziął skierowanie  na zabiegi. A tak nawiasem mówiąc to pani Jadwisia nie ma  zaufania do swoich dzieci i pod ich opieką nie może zostawić swej suni, bo przecież by ją zamykali  samą w domu. Teresa słuchając tego  wszystkiego na wszelki wypadek odwracała od  wzrok od twarzy ojca by go przypadkiem nie  zabić  wzrokiem lub  nie urazić śmiechem, który ją rozsadzał. W końcu powiedziała któregoś dnia do ojca:  tatku, jesteście oboje wolni, czemu nie powiesz po ludzku, że się w pani Jadzi   zakochałeś. No bo chyba  się nie  zakochałem, w moim wieku to się już raczej nie  zdarza, my się po prostu przyjaźnimy. No tak, powiedziała Teresa - to już teraz  wiem, że moje  wmawianie  w siebie  przez  dziesięć lat, że ja się  tylko przyjaźnię z Kazikiem to było dziedziczne schorzenie, po tobie. 

Teresa opowiedziała  wszystko wieczorem Kazikowi, który powiedział - ciesz  się, że jest  zajęty panią Jadwisią a nie jakąś gówniarą czterdzieści lat od  siebie  młodszą.  Mogą się nawet pobrać i też nie będzie  dziury w niebie, o ile oczywiście podpiszą odpowiednio sformułowaną  intercyzę zapewniającą ich dzieciom to co dzieci chcą otrzymać po ich zejściu z tego świata. A ta pani Jadwisia to miła osoba i  ma fajną psicę. Tyle  tylko, że pobyt taty w Nałęczowie to ja sfinansuję i nawet mogę ich  ze  psem zawieźć do sanatorium i potem po  nich pojechać. To nie jest daleka droga. Zawiozę, ulokuję i tego samego  dnia  wrócę. Wolę by tata nie jechał tam swoim samochodem. Bo jak pojedzie  swoim  samochodem to będą  się  szlajać po szosie  zamiast wypoczywać w  sanatorium i brać  zabiegi.

Następnego dnia Teresa powiedziała tacie, że Kazik też akceptuje "przyjaźń" taty i pani  Jadwisi, że nawet  bierze na  siebie ich transport w obie  strony, ale pobyt  taty w Nałęczowie to Kazik sfinansuje, a nie pani Jadwisia  w ramach  wdzięczności za opiekę nad  sunią.  Poza tym powiedziała tacie, że ona i Kazik nie mają  nic przeciwko nawet bliskiemu  związkowi taty z panią Jadwisią, bo gdyby się chcieli np. pobrać, to po prostu będzie  wpierw spisana intercyza  zapewniająca ich dzieciom to co sobie dzieci umyśliły , że dostaną w spadku. I że przecież Tesia i tak już ma zapisane jedno mieszkanie testamentem a drugie, to w starym budownictwie otrzymała jako darowiznę, więc to tylko dzieci  pani Jadwisi będą sobie musiały zapewnić to co chcą dostać po pani Jadwisi. No fakt- ja już  zupełnie  zapomniałem, że my to mamy już uregulowane dzięki  problemom z Robertem  - stwierdził tata.

Oczywiście Krystian  też został poinformowany o tym wydarzeniu i powiedział, że jemu to się bardzo podoba, bo przecież oboje  są stanu wolnego i mogą wchodzić w jakie  chcą układy. Mogą mieszkać razem, mogą mieszkać oddzielnie, mogą się pobrać lub nie. To wolni ludzie. Alina była wielce zdziwiona takim obrotem sprawy, ale Teresa jej powiedziała, że właściwie bardzo  dobrze, że się tata tak bardzo zżył z panią Jadwigą i na pewno  mają wiele wspólnych tematów, bo pani Jadwiga jest tylko 5 lat młodsza od  taty, a więc  są tym samym pokoleniem.  Poza tym pani Jadwiga  jest bardzo sympatyczną osobą a jej sunia jest grzeczna i mądrutka. No i dobrze,  że tata pojedzie na  trzy tygodnie do Nałęczowa, zmieni klimat i pobędzie w ładnym  miejscu, bo Nałęczów jest ostatnio bardzo zadbaną miejscowością. 

 I myślisz, że oni jeszcze będą ze sobą współżyli? - spytała Alina- w tym wieku?  No przecież jeszcze  nie mają po 100 lat - stwierdziła Teresa. Nie wnikałam nigdy w życie intymne  mego taty, on  w moje też nie. Ale wiem, że nie ma  dolegliwości ze strony prostaty, czyli nie pościł. I nigdy nie  dociekałam  czy  się z kimś  spotyka czy też nie, czy go jeszcze seks interesuje. Ale wiem, że się różnym paniom podobał i nie chodził do teatru i do kina  sam. Wiem, że gdyby wcześniej spotkał panią, którą obdarzyłby uczuciem to na pewno by mi o  tym powiedział. Bo gdy ja, nim jeszcze pobraliśmy się z Kazikiem zdecydowałam  się, że się do niego wprowadzę, to tacie o  tym powiedziałam. Nigdy nie  miałam problemu by z tatą rozmawiać o takich  sprawach.Tata w pewnym momencie mi powiedział, że już pozbierał się psychicznie po śmierci mamy i że lepiej że odeszła nieco niespodziewanie ale w spokoju i nie umęczona bólem i cierpieniem. No a skoro ta pani Jadwisia, jak ją  nazywa, ma do niego tak wielkie  zaufanie, że swoją drogocenną wystawową sunię już nie jeden  raz  zostawiała pod jego opieką, to  może ich coś łączy. Bo tak naprawdę to tata nigdy wcześniej nie zajmował się żadnym psem. A ta  sunia to mojego tatę wręcz uwielbia. I jest bardzo mądra. Wie, że jest olbrzymia i gdy na spacerze Alek nie jest w  wózku a  drepcze na  własnych nóżkach  to sunia zaraz waruje, by nad  nim nie górować. Pani Jadwiga  ma dwoje  wnucząt,  więc  sunia już wie, że  dzieci to małe i delikatne  stwory. A jak sunia stanie na dwóch łapach to  nie ma problemu by polizać w policzek  Kazika. Teraz to pani Jadwiga  już jej nie wystawia, bo jak  stwierdziła  to za bardzo męcząca impreza i dla psa i dla właściciela. I tak naprawdę to mało mnie interesuje co i jak tata robi z panią Jadwigą  za  zamkniętymi  drzwiami.  Ale na  pewno będę  się cieszyć,  gdy zobaczę, że jest szczęśliwy z tą panią. 

A nie boisz  się, że Alek może dostać jakiegoś liszaju od tego, że go pies  poliże?- spytała  Alina. Nie nie boję  się, bo ona Alka  nie liże. Sunia wie, że nie  wolno dzieci lizać. Co najwyżej  może polizać kocyk  w  wózku. To jest naprawdę bardzo  dobrze ułożona  sunia. Poza tym ona  zawsze chodzi na  smyczy a jej pani zawsze patrzy za czym  sunia  węszy. Czy wiesz, że jakiś zboczeniec na  naszym osiedlu rozrzucał wędlinę w którą wtykał trutkę na  szczury?  Boże - jęknęła Alina - co za bydlak! Złapali go? Nie. Ale dwa nieduże psy padły. Nie udało się weterynarzom ich uratować.  Pewnie były wypuszczone   luzem,  nie na  uwięzi,  nażarły się świństwa w jakichś krzaczorach i zbyt późno trafiły  do weterynarza. No i pani Jadwiga oka  nie  spuszcza z psicy, by ta  czegoś nie liznęła  przypadkiem.  

Bo gdyby ludziom przysolili porządne mandaty za wypuszczenie  psa z domu luzem, to zaraz byłby porządek- stwierdził Kris. No ale jeśli ktoś wypuści psa bez obroży i  numerka to nawet jeśli go złapiesz to nie masz pojęcia  czyj to pies- stwierdziła Teresa. Pewnie nie  wiesz, ale latem roi się tu od psów, które wcale nie  mieszkają na  naszym osiedlu.  Tak  zwani ludzie, czyli zwykłe  bydło, potrafi przywieźć na osiedle  psa, którego chcą  się pozbyć z domu, bo wyjeżdżają na wakacje. A koleżanka mi mówiła, że na szosie poznańskiej, tam gdzie jest odgałęzienie na  Żelazową  Wolę,  to  notorycznie biegają stada bezpańskich psów wyrzuconych przez  właścicieli z jadącego samochodu. I nie są to kundle, sporo rasowych  jest także. Ona sama "upolowała" tam sznaucerkę, szczenną. Na szczęście udało się jej umieścić szczeniaki u dobrych  ludzi, ona sobie zostawiła matkę. Oczywiście ją weterynarz  wysterylizował z okazji porodu. Jak mi opowiadała, to najczęściej  scenariusz wygląda tak, że bachor  w domu marudzi, żeby mu kupić  psa, dostaje  w końcu psa pod choinkę, bo go kupują  dziadkowie, a przed wyjazdem na  wakacje jest problem co zrobić  z psem, więc się go wywozi albo do lasu, albo na odległe osiedle albo na  szosie  wywala z  samochodu - i gaz  do dechy. Nasz znajomy ma psa, którego znalazł w lesie uwiązanego do  drzewa. Pies  był pół żywy z głodu i pragnienia. I to był cocker spaniel, nawet jeszcze  roku nie miał, jak powiedział weterynarz.  Facet poszedł na grzyby a  zamiast grzybów przyniósł psiaka. Nie wiem też po jakie  licho kupują psa ci co siedzą  po 12 godzin poza domem i pies jest cały  dzień sam  w domu.  Pani Jadwiga nigdy  nie  zostawia suni  samej  w domu na dłużej niż  trzy godziny. Gdy jechała na jakiś ślub to sunia ze  swym posłankiem była u naszego taty. I jak tata mówił, to była bardzo grzeczna, chociaż taty jeszcze  wtedy  nie znała, bo wtedy tata dopiero co się tu przeprowadził.

Kurt zatelefonował, że niestety nie przyjadą z chłopcami na ferie w październiku, bo on wyjeżdża służbowo wtedy gdy będą jesienne ferie a Sophie z trójką dzieci sama nie pojedzie. A mówi o  tym już teraz, żeby wiedzieli o  tym dużo  wcześniej i nie uwzględniali ich w swoich planach. A poza tym to u  nich nic nowego się nie dzieje. Teresa tylko uśmiechnęła  się na tę  wiadomość i powiedziała - no właśnie planowanie w dzisiejszych czasach  zaczyna być niemożliwe.  

Następnego dnia Teresa poprosiła tatę by poszedł razem z nią na  spacer z Alkiem, to ona sobie od razu zrobi  zakupy, nie będzie musiała wychodzić później. Na osiedlowym bazarku spotkali panią Jadwigę, która też była na  zakupach, sama, bez psa. Panie wymieniły  się spostrzeżeniami na temat które wg  nich stoiska  mają zawsze dobry towar, pani Jadwiga wyjaśniła Teresie, które buraki są smaczniejsze. Teresa za to powiedziała  w którym sklepie jest zawsze bardzo dobra  szynka, powiedziała by pani Jadwiga koniecznie  swoje  zakupy umieściła w koszu zakupowym wózka a nie dźwigała sama  wszystkiego, Teresa namówiła ją by koniecznie używała torby- wózka, bo dźwiganie zakupów to mało zdrowy  sport i że Teresa to ma nawet dwie takie  torby, więc z radością jedną  z nich jej sprezentuje- jedna jest ciemno zielona a  druga ciemno granatowa, więc niech  sobie  wybierze. A są dwie, bo jedną kupił Kazik, a drugą tata i jak to faceci- nie  wpadli na to, żeby ustalić który kupi i kupili obaj. Teraz obie  wózko-torby stoją w domu, bo Teresa ma koszyk na  zakupy pod wózkiem. Powiedziała też, że wie o  tym, że jej tata będzie  towarzyszył pan Jadzi w Nałęczowie i ma nadzieję, że będą  mieli tam pogodę , nawdychają się świeżego powietrza i miło spędzą czas. I że do i z Nałęczowa to ich w takim  razie  zawiezie Kazik, zwłaszcza,że przecież pani Jadzia bierze też sunię. A wózko- torbę na  zakupy to jeszcze  dziś tata  podrzuci pani Jadzi do  domu. No to może tę ciemno- granatową odkupię - stwierdziła pani Jadwiga. Ależ nie odkupi  pani, tylko ją pani po prostu weźmie - mnie naprawdę dwie nie są potrzebne, a  bratowa męża też  nie potrzebuje, bo też ma koszyk pod  wózkiem. I może by tak pani Jadzia  wpadła któregoś  dnia na kawkę przed południem? Oczywiście  może razem z sunią, żeby psinka  nie tęskniła,  a pani Jadzia nie piła kawy na tempo spiesząc  się do suni.  Teresa ukradkiem obserwowała tatę, który  był wyraźnie  nieco zażenowany.  Gdy z  zakupami podeszły do wózka by schować w koszu zakupy  powiedział - to teraz idziemy do nas, do domu, wjedziemy windą, napijemy  się kawy , Jadzia  weźmie  wózek który będzie  chciała i ja ją odprowadzę do domu. Bardzo dobry pomysł - pochwaliła Teresa. Panią Jadzię chyba lekko zatkało z wrażenia, bo tylko kiwnęła głową na zgodę. Gdy szli do  domu wózek z dzieckiem  pchała Teresa, a  tata z panią Jadzią szedł obok. Gdy dotarli do domu tata powiedział, że kawę to on  zrobi, bo już umie posługiwać  się  expresem, zakupy Jadzi postoją w  wózku małego na balkonie, bo upału to jakoś  nie ma a Teresa niech pokaże Jadzi mieszkanie. Potem wypiją kawusię, przepakują zakupy  Jadzi w  wybrany przez  nią torbo-wózek i tata ją odprowadzi do domu.

Teresie  chciało się  śmiać i z trudem utrzymywała  powagę.  Gdy doszli do budynku to jedną windą pojechała Teresa z wózkiem, drugą tata z panią Jadwigą.  Teresa od razu wyjęła Alka  z wózka, a ojciec  wystawił wózek na  balkon a  potem udał się  do kuchni, a  Teresa oprowadziła gościa po mieszkaniu, przy okazji pokazała obie  torby i pani  Jadzia pozostała przy  ciemno-granatowej torbie. Kawę tata podał w kuchni, bowiem  była to pora jedzenia  Aleksa. Teresa przezornie  podała  mu mus brzoskwiniowy z kaszką, który wyjątkowo  szybko i gładko  znikał w buźce Alka.  

Gdy pili kawę tata powiedział - "czy nie mogłybyście mówić  sobie po imieniu zamiast per pani?  Od razu będzie milej i prościej". Pani Jadwiga powiedziała, że bardzo chętnie, Teresa powiedziała, że dobrze, że ojciec to zaproponował, bo ona  nie śmiała tego  proponować.  

Przyjaciółce taty bardzo podobało się ich  mieszkanie, bo z obu stron  mieszkania był ładny widok. No tak, ale gdy  się winda  zepsuje to może być kłopot- powiedziała Jadwiga. Więc Teresa od razu powiedziała, że blok stoi już 12 lat i tylko raz były obie  windy  nieczynne no a poza tym to mają to drugie  mieszkanie na pierwszym  piętrze, stale utrzymywane  w stanie pełnej gotowości, łącznie z pełną zamrażarką. Po godzinie  Jadwiga  stwierdziła, że musi niestety wracać do psa, więc Teresa powiedziała, że następnym  razem to może przecież  przyjść,  z sunią, na wycieraczce przetrze się jej tylko łapy  szmatką, żeby  piachu nie naniosła. Tata wraz z Jadwigą przełożył zakupy do wózko- torby, Jadwiga  stwierdziła, że to jest świetne  rozwiązanie, uścisnęły  się wzajemnie  z Teresą, a tata powiedział, że wkrótce  wróci, a po drodze odbierze prasę z kiosku.  Mały bystrzak  skonstatował, że dziadek wychodzi i powiedział "dada pa,pa" i pokiwał rączką. Jadwidze też zrobił pa,pa i pożeglował do sypialni po swojego pieska. Tata wychodząc mrugnął porozumiewawczo do Teresy i jeszcze raz  powiedział, że wkrótce wróci.

                                                                  c.d.n.