środa, 1 lipca 2020

Zastępstwo

Iza spojrzała na  zegarek- była godzina do spotkania z Jackiem. Umówili się w Galerii
na MDM-ie.
Iza lubiła tę kawiarnię - podawali  naprawdę dobrą kawę, ciastka były zawsze świeże,
stoliki stały niezbyt blisko siebie a co 2 lub 3 tygodnie zmieniały się obrazy wiszące na
ścianach  kawiarni. Poza tym  tuż obok był sklep firmowy jednej z lepszych  firm
odzieżowych , w którym Iza często robiła zakupy. Teraz też postanowiła, że przed
spotkaniem zajrzy do sklepu - może będzie coś ciekawego?
Jacka znała od dawna - lubiła go, był całkiem przystojnym chłopakiem, spotykali
się dość często, ale gdy kiedyś Jacek przedstawił ją swemu koledze  mówiąc o niej
"moja dziewczyna" - ofuknęła go ostro. Jacek się poczuł nieco dotknięty i przez
dwa tygodnie ani razu do niej  nie zatelefonował. Ale Iza wiedziała, że i tak się
spotkają wkrótce, bo będą urodziny jej ojca, na które zawsze przychodzili  rodzice
Jacka i oczywiście  Jacek też.
Rodzice obojga poznali się gdy Iza i Jacek byli jeszcze w liceum i bardzo się
zaprzyjaźnili. Rodzice Jacka mieli działkę dość daleko od miasta i jeden miesiąc
wakacji dwie rodziny spędzały pod jednym dachem. Iza z Jackiem włóczyli się po
lesie, chodzili do ośrodka wczasowego gdzie był dostępny basen, czasem w dwa
samochody wraz z rodzicami wyruszali na zwiedzanie okolic bliższych i dalszych.
Gdy byli w II klasie liceum całe wakacje  Iza spędziła na działce - w lipcu byli
oboje pod opieką mamy Jacka, w sierpniu jak zwykle mieli  też być rodzice
Izy.
Tego lata wędrując brzegiem rzeki odkryli mikroskopijną plażę z trzech stron
osłoniętą nadrzecznymi krzakami. Była tak niewielka, że leżąc na  piasku Jacek
stopami dosięgał wody.
No to ja się rozbiorę- stwierdziła Iza. To istne  solarium jest - i szybko pozbyła
się części garderoby zostając  tylko  w niewiele kryjących  majteczkach.
Złożyła starannie spodnie i na nich usiadła.
Jacek patrzył na nią lekko oszołomiony. W końcu pozostał w slipkach i z uporem
wpatrywał się w wodę.
Jacek- Iza trąciła go łokciem - pierwszy raz widzisz dziewczynę bez stanika?
Właściwie to tak, żadna się przy mnie nie rozebrała do gołego- wystękał.
Jacusiu- ja nie jestem goła, mam na sobie figi. Jestem w stroju topless. I jak?
podoba ci się mój strój? Możesz się patrzeć, mnie to nie przeszkadza. Tylko
nie dotykaj.
Iza - prowokujesz mnie - wyjęczał Jacek.
Nie Jacusiu - ja cię tylko przyzwyczajam do widoku gołych piersi, bo
w sierpniu Ty jedziesz z mamą do Francji, na Lazurowe Wybrzeże, a tam
na plaży będziesz  widział nie jedną parę gołych cycków a setki - mniejszych,
większych, ładniejszych niż moje ale zapewne też  i brzydszych niż moje.
Zmyślasz - stwierdził Jacek.
Nie zmyślam - ja to wiem, bo podsłuchałam naszych starych. Pociesz się tylko,
że ja też tam będę i moja matka.
My z matkami na Lazurowe Wybrzeże a  nasi ojcowie  na wycieczkę objazdową
autokarem - "Zamki nad Loarą".
I nasze matki będą paradować z gołymi piersiami na plaży? Nie wierzę -
Jacek aż potrząsnął przecząco głową. Głupio bym się czuł widząc piersi swojej
matki.
No popatrz, a nie przeszkadzało ci to ssać mleka z tych piersi - zaśmiała się.
Jacek to taka sama część ciała jak ręka czy  noga.
Może i taka sama, ale piersi mają strefę erogenną-zaoponował Jacek.
No to ja mam widocznie niewłaściwe piersi- strefę erogenną mam w zupełnie
innym miejscu. Ale ci nie powiem gdzie. Może kiedyś będę chciała byś ją
odszukał i to będzie przednia zabawa.
Choć, popływamy chwilę i pójdziemy do domu.
W kilka  dni później ich rodzice poinformowali oboje, że  w sierpniu obie panie
z "młodzieżą" jadą do Nicei - to nagroda dla obojga za dobrą naukę.
A ojcowie w tym czasie pojadą na autokarową wycieczkę "Zamki nad Loarą."
Iza świetnie odegrała wielkie zaskoczenie i radość a gdy razem z Jackiem nakrywali
stół na tarasie,  Jacek szepnął  - powinnaś chyba iść do szkoły teatralnej. Dobrze
wypadłaś w tej roli uradowanego dziecka.
Iza roześmiała się - ależ ja naprawdę się cieszę, nie  musiałam udawać radości.
Od tamtej pory minęło kilka lat, nadal tworzyli dwie zgrane i zaprzyjaźnione rodziny.
Jacek i Iza nadal się przyjaźnili, bardzo dużo o sobie wiedzieli, często się spotykali,
Opowiadali sobie wzajemnie  o wszystkim - o swych sympatiach i antypatiach,
o marzeniach, zachciankach, smutkach i radościach.
Oboje sobie zdawali sprawę z faktu, że taka przyjaźń nie często się zdarza. Iza
opowiadała o swoich małych pacjentach, mówiła o tym, że praca  z tymi dziećmi
daje wiele satysfakcji ale zasiała również w niej  strach przed posiadaniem
dziecka, bo nigdy do końca nie jest wiadomo czy na świat przyjdzie zdrowe,
pełnosprawne dziecko, choć oboje  rodzice młodzi, zdrowi, ciąża była zadbana,
cały czas pod kontrolą lekarską a dziecko "uszkodzone" jak mawiali lekarze.
Wizyta  w firmowym sklepie okazała się wielce owocna. Iza  zakupiła "ostatni
krzyk mody" czyli dżersejowe spodnium w atrakcyjnym ciemnofioletowym
kolorze w delikatny konturowy wzór lilii burbońskich. Tak się sobie spodobała
w tym stroju, że do  firmowej torebki spakowała to,  w czym  trafiła do sklepu.
Wychodząc przeszła powoli wzdłuż ściany luster kontrolując swe odbicie i
zastanawiając się jakie wrażenie sprawi jej wygląd na  Jacku. Bo nie dało się
ukryć, że w tym spodnium wyglądała świetnie.
Doskonale wiedziała, że podoba mu się, zresztą oboje często zapewniali się
wzajemnie o tym, że się lubią. Iza często używała zwrotu "Jacusiu, kochanie",
a Jacek często mówił do niej  "belissima".
Przez te kilka lat każde z nich miało w pewnym sensie  "dwa komplety"
rodziców.
Po liceum Iza poszła do studium dla rehabilitantów, Jacek zaś rozpoczął
studia na wydziale biotechnologii.
Iza weszła do kawiarni wystudiowanym krokiem modelki - już  z daleka
zobaczyła, że Jacek siedzi z jakimś nieznanym jej młodym mężczyzną.
Jacek dokonał wzajemnej prezentacji- to jest Aleks, kolega z mojego
wydziału, a to  -   prawie moja siostra i prawie moja dziewczyna.
W tym momencie Iza skrzywiła się  lekko,  ale powstrzymała się od jakiegoś
komentarza, tym bardziej, że podeszła kelnerka by wziąć zamówienie.


 P.S.
ciąg dalszy na pewno nastąpi a miłych czytaczy proszę o zostawienie  małego
znaczka -   ;(   lub ;)





wtorek, 19 maja 2020

Podróż sentymentalna

Siedziała  na prawie już pustej plaży. Ciszę przerywały tylko piski mew przeszukujących
plażę - co jakiś czas znajdowały coś nadającego się ich zdaniem do ptasiego żołądka.
Nic dziwnego - w ciągu dnia  plaża była pełna ludzi z dziećmi, a troskliwe mamy, ciocie
i babcie bardzo dbały o to by dzieci ciągle coś jadły -  jak nie  kanapkę to przynajmniej
jakiegoś herbatnika  lub wafelka. Dla  świętego spokoju starsze nieco dzieci brały w rękę
to co im dano i natychmiast znikały z pola widzenia opiekunów  wracając  do przerwanej
zabawy. Najczęściej połowa przekąski lądowała w piachu stając się potem łupem mew.
Wpatrywała się w morze -  było jak zwykle piękne . Fale niemal bezgłośnie obmywały
brzeg plaży. Słychać było odległy warkot małego traktorka czyściciela plaży.
No proszę - i tu cywilizacja wkroczyła - pomyślała.
Ostatni raz była w tym miejscu gdy miała szesnaście lat, czyli wieki temu.
Świat był wtedy jednak inny - nikt  nie czyścił plaży, nie było koszy na śmiecie a plaża
była czysta. Wtedy jednak bardziej ludzie dbali o swe otoczenie. No i nawet w szczycie
sezonu nie było tłumów. Po prostu baza  noclegowa była skromna-  nie było dużych
domów wczasowych, królowały kwatery prywatne  i nie każdego było stać na wynajęcie
takowej.
Dobrze, że choć morze i latarnia morska były takie jak zawsze. Obejrzała się za siebie-
zza wydm porośniętych ostrą,  kaleczącą ciało trawą, wystawała pomalowana w białe
i czerwone szerokie pasy latarnia  morska. Tej latarni nie można było zwiedzać tak jak
tej w Rozewiu. Była dla wszystkich dzieci wielce tajemniczym obiektem, wieczorem
rzucającym snopy światła w morską dal. W dzień u jej stóp gromadziły się dzieciaki,
marząc o wejściu na jej szczyt.
Dopiero dziś wyczytała, że to najniższa latarnia morska na polskim wybrzeżu,
zbudowana w 1950 r na pozostałościach poprzedniej latarni,którą zburzono w 1939r by
nie padła łupem Niemców.  Nadal latarnia nie była dostępna dla zwiedzających, ale tym
faktem  Maria wcale nie była zmartwiona.
Na horyzoncie w ślimaczym tempie przesuwał się jakiś biały statek - przez moment
żałowała, że nie ma ze sobą lornetki.
Minęło wiele  lat, a nadal doskonale pamiętała w którym miejscu był "jej grajdoł"
a w którym  miejscu był grajdoł "Jerrego".
Uśmiechnęła się na samo wspomnienie - kilkanaście kroków od jej miejsca okopali się
dwaj młodzi ludzie.  Jeden naprawdę wpadł jej w oko- wysoki, zgrabny, czarnowłosy.
W dwa dni później, gdy brodziła w wodzie wyławiając dla braci będących pod jej
opieką muszelki, ten "ładny"  wszedł do wody, obrzucił ją uważnym spojrzeniem ,
powiedział "dzień dobry" i poszedł pływać. Po jakimś czasie znów znalazł się
w pobliżu i wyciągnął do niej rękę z.....muszelkami.
-Widziałem, że zbiera pani muszelki, tam na głębszej wodzie  jest ich więcej i tyle
udało mi się wyłowić dla  pani dzieci- powiedział trzymając blisko niej rękę- proszę
je wziąć.
-Ale to nie są moje dzieci, to są moi bracia - wyjąkała, czując, że się czerwieni.
Młodzieniec uśmiechnął się i powiedział- a to fajnie, jestem Jerry, a właściwie Jerzy
i tu wymienił swe nazwisko.  A na brzegu jest mój kolega, Staszek.
Tak pani tresuje tych chłopców,  a oni się słuchają, że myśleliśmy, że jest pani ich
mamą.
Spojrzała na braci i zarządziła - wychodzimy z wody, idźcie się przebrać w suche
majtki. Chłopcy  bez protestu pobiegli do  grajdoła.
A można wiedzieć jak  pani ma  na imię?
Spojrzała na niego  - był wyraźnie w  jej typie - brunet o zielonych oczach. Cuuudny!
Mam na imię Maria - i proszę nie mówić mi przez "pani". Możemy mówić do siebie
po imieniu.
O, to świetnie! Dziękuję!  Ale mów do mnie  Jerry, tak mi  bardziej pasuje.
A ja dziękuję za muszelki - niedługo pół pokoju będzie w muszelkach i kamykach.
Oni zbierają muszelki a ja kamyki.
Powoli  doszli do grajdoła, w którym czekali na nią już  przebrani chłopcy. Jerry
zapytał się chłopców czy nie chcieli by przypadkiem pograć z nim i jego kolegą w piłkę
a może wolą zbudować zamek z piasku?
Oczywiście  gra w piłkę  zwyciężyła i Maria mogła się spokojnie rozpłaszczyć na kocu,
co jakiś czas zerkając w stronę, gdzie dwaj mali i dwaj  duzi chłopcy kopali z wielkim
przejęciem piłkę.
Przed szesnastą zabrała dzieciaki z plaży i poszła z nimi na obiad. Jerry zapytał się czy
mogą się również spotkać  po obiedzie. Powiedziała, że będzie po obiedzie nad zatoką, bo
zawsze popołudnia spędzają pływając kajakiem po zatoce.
W czasie obiadu zastanawiała się czy rzeczywiście Jerry odnajdzie ją nad zatoką. Jakoś nie
dotarło do niej, że nad zatoką jest tylko jedna wypożyczalnia  kajaków, więc na pewno Jerry
z kolegą trafią na jej ślad.
Dzieciaki szybko uporały się z obiadem, bo przezornie  zamówiła kotlet mielony.
Popołudniowe pływanie kajakiem obaj  uwielbiali, pływała z nimi na zmianę. Nigdy nie
wypływała daleko, dobrze wiedziała do którego miejsca jest płytko  i nie przekraczała
granic płycizny.
Cały czas była pod wrażeniem tych zielonych oczu, które spoglądały na nią z wyraźnym zainteresowaniem. Wzięła dla dzieci i siebie swetry, poprawiła bez lustra  swą zupełnie
nieskomplikowaną fryzurę , czyli  upięty na czubku głowy "koński ogon".
W ciągu 10 minut dotarła  nad zatokę.  Jerry stał oparty o ścianę wypożyczalni, w  dłoni
dzierżył  dwa wiosła, obok stały oparte o ścianę dwa kajaki.
Długo czekasz? - zapytała.
Nie, pewnie z 15 minut i właśnie dopiero co wybrałem dla nas kajaki- mam dać znać o której
wypłyniemy. Ty popłyniesz z jednym chłopcem a ja z drugim.
Godzina pływania  minęła błyskawicznie, a Jerry nie szarżował i uznał, że skoro Maria nie
chce wypływać dalej, to pozostaną w tych granicach, które ona  akceptuje.
Następne  dni niewiele się różniły od tego pierwszego, przed południem plaża nad morzem,
po południu  pobyt nad zatoką, z tym, że jeszcze tylko raz wypłynęli kajakami. Chcieli po
prostu  o wielu rzeczach porozmawiać, dowiedzieć się czegoś wzajemnie o sobie,  więc
chłopcy bawili się na  brzegu a oni  pilnując ich - rozmawiali.
Jerry był aktualnie w szkole oficerskiej. Poza tym grał na saksofonie altowym  i okazało się
że lubią te same  utwory i wykonawców. Niestety żyli w  dwóch odległych od siebie
miastach.
Lipiec dobiegał końca, 1 sierpnia miała przyjechać mama Marii i była szansa, że Maria będzie
miała trochę więcej czasu  tylko dla siebie.
W trakcie  którejś rozmowy powiedziała  Jerremu, że ma 16 lat, co wprawiło go w wielkie
zdumienie- sadząc z wyglądu był pewien, że ma już ponad 20 lat, on miał 21. Maria się
śmiała, mówiąc mu, że nie jest pierwszym, który się nabrał na jej kobiece kształty. Ale tak
to ona wyglądała już 2 lata wcześniej.
Gdy przyjechała matka, Maria przezornie nie powiedziała, że  Jerry to jest nowo poznany
chłopak. Jerry na powitanie  wytwornie cmoknął jej matkę w rękę i zapytał, czy będzie
mógł zaprosić obie panie  i chłopców  do kawiarni na lody. Matka wyraziła zgodę, ale
pod warunkiem, że każda ze stron sama za siebie płaci. Jerry protestował, ale matka Marii
stwierdziła, że albo przystanie na taki układ, albo nie będzie wspólnej konsumpcji lodów.
Do kawiarni dołączył również kolega Jerrego.  Mali chłopcy byli szczęśliwi, bo które
dziecko nie lubi lodów, a ci duzi nieco skrępowani.
Po tak miło rozpoczętym popołudniu wszyscy ruszyli na spacer do Juraty. Nie było wtedy
tych szerokich  wyłożonych kostką ścieżek,  ot po prostu leśna droga do sąsiedniej
miejscowości. I Maria  wspominając zatęskniła za tamtą zwykłą leśną ścieżką i za tym
dreszczykiem, który przeniknął ją gdy idący obok  Jerry wziął ją za rękę. I tak szli niczym
para przedszkolaków.
Maria i Jerry wymieniali się uwagami na temat ulubionych utworów. Matka rozmawiała
ze Staszkiem wypytując go tę szkołę oficerską i miasto , w którym mieszkali, a  dzieciaki
co chwilę wybiegały do przodu i wracały z rewelacjami typu: "o tam jest taki ogromny dół,
chodźcie, zobaczcie."
Ten ogromny dół to był po czołgu, jak orzekli "znawcy" tematu, bo tu kiedyś przecież
toczyły się walki. Oczywiście zaraz duzi chłopcy zostali zasypani serią pytań, przez tych
małych i  udzielali  bardzo wyczerpujących odpowiedzi.
Maria  miała w Juracie koleżankę (jej rodzina miała tu domek letniskowy), więc czym
prędzej skorzystała z okazji i zajrzała do niej. Po chwili towarzystwo się powiększyło
o Gosię, koleżankę Marii.  A Gośka miała ciekawą informację- za dwa dni do Jastarni
miał zjechać zespół  jazz band New Orleans Stompers. Grali jazz i nie tylko, bo grali
też muzykę taneczną. Od razu umówili się w czwórkę  na sobotni wieczór.
W Juracie jak zawsze wiało lekką nudą, dzieciaki, pocwałowały nieco po molu, Jerry
kombinował czy aby nie da się wrócić do Jastarni  brzegiem zatoki, ale Gosia twierdziła,
że już kiedyś próbowali i nic z tego nie wyszło- na przeszkodzie stały bardzo gęste krzaki
porastające  brzeg. Wierzyli jej, bo Gosia przyjeżdżała tu co roku, wszak tu był ich
domek letniskowy.
Maria zazdrościła Gosi, że może co roku być w wakacje na Półwyspie, a Gosia  z kolei
zazdrościła jej, że może co roku spędzać wakacje w innym miejscu.
Następne  dni zapadły dobrze Marii w pamięć - dziećmi zajmowała się matka i wreszcie
Maria miała wakacje- kilometrowe spacery brzegiem morza, wspólne pływanie, "posiady"
na brzegu  morza, wypływanie kajakiem daleko od brzegu aż do sterczących z wody
betonowych bunkrów, podglądanie węgorzy gdy żerowały w przynęcie - truchle owcy,
wspólne milczenie i wpatrywanie się w siebie  nawzajem.
Na popołudniowe spacery Jerry wskakiwał w autentyczne dżinsy (wtedy jeszcze  nie
były szyte w Turcji lub Bangladeszu) i w zamszową kurtkę z frędzlami. Wyglądał
super i Maria idąc z nim czuła się wspaniale..
Wieczór "taneczny" pozostanie zapewne w pamięci Marii na zawsze- wpierw szaleli
w czwórkę na parkiecie ( a raczej na dechach), potem Jerry powiedział, że musi na
moment zniknąć. I wtedy ktoś z zespołu powiedział, że "teraz dla pewnej Marysi
tajemniczy saksofonista zagra utwór  Sidneya Becheta  "Petit Fleur".
Tajemniczym saksofonistą był oczywiście Jerry, a Maria słuchała i była bliska płaczu.
Do dziś ilekroć słyszy ten utwór jest bliska płaczu. To tego wieczoru Jerry pocałował
ją we wnętrze dłoni, przytrzymując dłuższą chwilę jej rękę przy swoich ustach...
I to był ich jedyny kontakt cielesny.
W drugim tygodniu sierpnia Jerry i Staszek wracali już do  siebie, a Maria  zostawała
nad morzem do końca sierpnia.
Na pożegnanie Jerry prosił o coś na pamiątkę  i o adres , bo przecież pozostaną ze
sobą  w kontakcie listownym. Na pamiątkę dała mu prześliczną jedwabną apaszkę,
której używała jako opaskę, gdy chodziła z rozpuszczonymi włosami.
Korespondencja kwitła, choć przyprawiała Marię o ból głowy - nie jej treść, tylko
strona  graficzna - Jerry fajnie  grał na saksofonie, niestety robił koszmarne błędy
ortograficzne (dziś byłby uznany za dysgrafika i dyslektyka).
Czasami korespondencja się rwała, raz z tego powodu, że Jerry miał paskudny
wypadek i ledwie wyżył, potem wybierał się do miasta, w którym mieszkała ale
z bliżej  nie  wiadomego powodu przyjechał,  akurat w czasie wakacji, gdy Maria
była  w Szczyrku. W końcu pewnego dnia przyszedł list, w którym ją poinformował,
że zmuszony był się ożenić , bo pewnej panience zmajstrował dziecko. Ale do tejże
swej żony nic nie czuje, ona mu nawet obrączkę zwróciła, bo on kocha.... Marię.
Prawdę mówiąc Maria się nawet tym nie zdenerwowała, tak naprawdę nic do tego
człowieka  nie czuła. A to, że zagrał dla niej "Petit Fleur"  na saksofonie było tylko
miłym wspomnieniem- na tyle miłym, że ilekroć jest na Półwyspie słyszy w pamięci
ten utwór.
Żeby było jeszcze zabawniej, to gdy Maria była już dwa lata mężatką dostała list
od...owej przypadkowej żony Jerrego.  Prosiła w nim, by Maria wpłynęła na niego,
 bo "on nadal twierdzi, że kocha tylko Marię i że byli sobie przeznaczeni i nie chce
z nią być, choć są przecież małżeństwem, a on ją porzucił i wyjechał w Bieszczady".
Na wspomnienie tego listu Maria niemal się roześmiała w głos - nigdy nie było mowy
między nią a Jerrym na temat uczuć, nawet się nie  obejmowali i nie całowali.
Początkowo Maria miała zamiar nie odpisywać, ale przyszło jej na myśl, że to dość
zdesperowana kobieta, więc wysłała list, w którym powiedziała, że bardzo jej
współczuje,  ale nie napisze do Jerrego bo nie ma pojęcia gdzie on jest, a poza tym
jest od  dwóch lat szczęśliwą mężatką, a Jerry był tylko znajomym.
I nucąc cichutko Petit Fleur Maria powędrowała brzegiem morza.










niedziela, 12 stycznia 2020

III - O paniach i panach

Justyna zatelefonowała do Michała, ale go nie było, więc tylko podała jego asystentowi
datę i skrótowo  miejsce, gdzie będzie oczekiwany. Sądziła, że  sam przymiotnik z nazwy
lokalu wystarczy, by  Michał trafił gdzie należy.
Przezornie umówiła się pół godziny wcześniej, by mieli chwilę dla siebie. Była pierwsza i
gdy Michał podchodził do jej stolika poczuła się rozebrana i prześwietlona na wskroś.
Krótko przeprosiła, że tak go wykorzystuje, wyjaśniła w czym rzecz. Michał poznał kiedyś
Julię , stwierdził, że ładna  babka, tylko jakaś naiwna. Wyraził również nadzieję, że szybko
stąd wyjdą a potem gdzieś się razem wybiorą, może do "Hybryd"? Gdzie tylko zechcesz-
zapewniła go Justyna.
Chyba rzeczywiście ich biopola  ściśle ze sobą współpracowały, siedzieli niemal przyklejeni
do siebie od stawów barkowych do pięt.
"Wysoki" był rzeczywiście wysokim facetem, brunetem, nawet dość przystojnym. Niestety
nie był rozmownym człowiekiem.
Po wypiciu  kawy, Michał ogłosił, że zabiera Tinę, bo się właściwie bardzo spieszą. Żegnając
się z Julią szepnął jej do ucha- "wzrost to stanowczo zbyt mały atut".
Gdy wyszli  szybko złapał  taksówkę i pojechali do jego mieszkania.
Był stęskniony, nienasycony i zaproponował, by tę noc Justyna spędziła u niego, by mieli
dużo,  dużo czasu dla siebie. Justyna zatelefonowała więc do domu i poinformowała ojca
(bo to on odebrał telefon),że nie  wróci na noc, bo idzie na  nocny seans i będzie spała u
koleżanki.
Po głosie ojca poznała, że ojciec jej nie wierzy i na koniec roześmiała się mówiąc: przecież
wiesz,  że nie jestem głupia krowa i odłożyła słuchawkę. Wyrosła w domu,  w którym
o wychowanie seksualne dbali oboje  rodzice i nie był to temat tabu.
To było coś zupełnie nowego - Tina jeszcze nigdy nie spędziła całej nocy z Michałem.
Na ogół po kilku godzinach "zwijała żagle" i odjeżdżała do domu odwożona taksówką
przez  Michała. Nigdy nie pozwalał by wychodziła sama i sama jechała taksówką do
domu.
To była długa, piękna, choć nieco wyczerpująca noc. Po raz pierwszy  w życiu o 2 w nocy
jadła kolację , którą przygotował Michał i do świtu prowadziła w jego objęciach dialog
o życiu,  o swych planach  życiowych, poglądach.
Mniej więcej około 8 rano Michał zaproponował, by zamieszkała u niego, na próbę, bo
wspólne mieszkanie zawsze rodzi pewne problemy.
On jest bałaganiarzem , ale raz w tygodniu wszystko porządkuje, więc dobrze będzie gdy
Tina  zaakceptuje taki przejściowy bałagan.
Rozśmieszył tym Justynę, która z powodzeniem mogła iść z nim w tej materii w zawody.
Poza tym, choć już on ma za sobą jeden nieudany związek, to chce prosić Justynę by ona
z nim związała swe życie. Nie wie, czy to co czuje do niej to miłość, zresztą słowa "miłość
i kocham" są zbyt  nadużywane i przeceniane, a tak naprawdę to ważniejsze są inne sprawy
 w życiu, jak chociażby takie same poglądy i podejście do życia.
No i zapewne owa dziwna zgodność biopól czy też biopoli - dodała ze śmiechem Tina.
Po śniadaniu, czyli górze francuskich tostów wspólnie robionych, Justyna powiedziała,
że fajnie, wyjdzie  za niego, ale ona nie ma zamiaru mieć dzieci, więc czy mu taka żona
pasuje? I że jest bałaganiarą to chyba będą musieli wynajmować kogoś do sprzątania.
I że ona chce rozpocząć naukę w  studium dla rehabilitantów, bo chce mieć zawód, który
się jej podoba, czyli najbliższe dwa lata nie będzie pracować tylko się uczyć. Rodzice
o tym wiedzą i pomogą jej w tym okresie  finansowo.
A więc, gdy skończysz studium będziemy razem pracować! Bo ja chcę założyć własną
firmę i to niekoniecznie  tu. Zaczekam  aż skończysz Studium, na razie będę pracował
z Wojtkiem B. Przedstawię Ci go. Ale ślub weźmy już teraz.
O nie- zaprotestowała Tina- teraz to ja się muszę wyspać!!!
W 10 minut potem spała wtulona w Michała, którego wkrótce też pokonał sen.
W dwa tygodnie później Justyna przyprowadziła do domu Michała. Dziwne, ale jakoś
dość długo jej rodzice nie mogli uwierzyć, że ten szybki  ślub to nie wynik przypadkowej
ciąży a wyjątkowego "dopasowania się  ich biopól", które domagały się częstego kontaktu.
Ślub odbył się w najbliższym możliwie terminie, oczywiście tylko cywilny, co dalsza
rodzina Justyny źle odebrała. Ale ją to naprawdę niewiele obeszło. Oczywiście Julia była
świadkiem, świadkiem Michała był jeden z jego przyjaciół.
Ten w sumie niespodziewany ślub Justyny zaskoczył Julię. Wiedziała tylko tyle, że się
Tina z Michałem przyjaźni, że się rzadko widują,  że nigdy on jej nie powiedział, że ją
kocha, że  Tina też nigdy nie uważała, że są parą- a tu nagle - trzęsienie ziemi i ślub.
Wysoki brunet, o którym Michał szepnął, że wysoki wzrost jest zbyt małym atutem-nigdy
więcej nie ujrzał Julii.
Przyjaciółki spotykały się teraz znacznie rzadziej, głównie dlatego, że Tina miała jednak
sporo nauki. I tak miała nieźle, bo Michał był lekarzem i zawsze gdy coś było dla Tiny
niejasne wszystko tłumaczyl i wyjaśniał . Poza tym często była obecna przy różnych
zabiegach,  miała również możliwość wykonywania niektórych. Michał podziwiał jej
cierpliwość i łagodność w stosunku do starszych pacjentów i umiejętność  z jaką ich
mobilizowała do wysiłku.
Mniej więcej w dwa lata po ślubie Justyny Julia poznała kolejnego wysokiego, ale tym
razem szatyna. Szatyn o niebieskich oczach nie spieszył się do ślubu. Dopiero gdy Julia
wyraziła swą gotowość do wyjazdu na kilka lat do swej kuzynki do Szwecji, szatynowi
zrobiło się  żal i poprosił Julię o rękę.  Justyna na ślubie przyjaciółki była sama, niestety
Michał nie mógł opuścić kliniki, która była dość daleko od granic  Polski.
To był dość burzliwy związek, bo jak twierdził Michał, wysoki wzrost nie zawsze idzie
w parze z wysoką kulturą i rozumem. Kilka razy mąż Julii zachowywał się skandalicznie,
aż któregoś dnia Julia najzwyczajniej w świecie wezwała policję, bo ją mąż uderzył, a że
zrobił to dość mocno, Julii pękła warga i bardzo obficie krwawiła.  I choć potem skruszony
przysięgał, że nigdy więcej tego nie zrobi, Julia wystąpiła jednak o rozwód.
Sprawę prowadził znajomy adwokat ojca Juli i rozwód nastąpił dość szybko.
Jula po rozwodzie wyjechała do swej kuzynki, która od kilkunastu lat mieszkała w Szwecji.
Po jakimś czasie wyszła za mąż za Szweda, starszego od siebie chyba o 10 lat, który bardzo
ją kochał i szanował. Byli kilka razy w Polsce, raz pojechali  na spotkanie z Justyną i jej
mężem do Francji, gdzie Michał wraz z przyjacielem prowadził klinikę geriatryczną.
Michał nigdy nie powiedział  Tinie, że ją kocha, ale często mówił, że jest dla niego jak
krwiobieg, jak kroplówka ratująca życie. Ani Tina ani Julia nie chciały mieć dzieci i ich
mężowie zgodzili się z ich decyzją. W zeszłym roku dość niespodziewanie umarła Julia.
Nie chorowała, rano poskarżyła się  na ból głowy, a po południu zmarła. Jej mąż , bardzo
tym przytłoczony zmarł miesiąc temu. Michał i Tina jeszcze jakoś się trzymają, może
dlatego, że nadal są aktywni zawodowo?
                                                                
                                                            KONIEC
        
 

II- O paniach i panach

Zawartość "dwupaku" stanowiły dwie półroczne dziewczynki- małe pulchne amorki, które
przez sen co jakiś czas ssały trzymane w  buziach smoczki.
Dla niewprawnych oczu  dziewcząt wyglądały identycznie, choć ich ojciec zapewniał, że
jednak się od siebie różnią - jedna z nich ma nieco szczuplejszą buzię.
Wojtek, bo tak miał na imię posiadacz bliźniaczek, szybko zamówił "podwójną kawę z jedną
porcją wody" wywołując na twarzy kelnerki pełen zrozumienia uśmiech.  Był tu dość częstym gościem- mieszkał około 1 kilometra od parku i wolał krążyć z wózkiem po parku niż  blisko
domu po ulicach. Siedząc przy stoliku cały czas poruszał wózkiem, by dzieci miały złudzenie,
że cały czas  wózek pokonuje jakąś drogę. Bo jak będzie stał nieruchomo to zaraz się "małe
potwory" obudzą i zacznie się cyrk.
Julka i Tina zaczekały uprzejmie  aż Wojtek dopije swą kawę, a potem  oświadczyły, że one
niestety już muszą iść- wszak spędziły tu już ponad dwie godziny. Zapewniły go, że bliźniaczki
są prześliczne i czym prędzej opuściły kawiarnię. Jakoś nie miały ochoty zobaczyć  na własne
oczy jak bliźniaczki wyrywają sobie wzajemnie smoczki z buzi ani posłuchać ich płaczu lub
podziwiać jak Wojtek sprawnie je przewija. Wierzyły na słowo, nie  chciały tego oglądać.
Gdy tylko wyszły za żywopłot kawiarni ruszyły szybkim marszem do wyjścia- co prawda to
Wojtek im zaimponował tym, że chodzi z małymi na spacery, że potrafi się nimi zająć, no ale
skoro wraz z żoną zdecydowali się na posiadanie dzieci, to wiedział przecież co  go czeka.
Z biurowych opowieści Wojtka wynikało, że wiadomość o tym, że to ciąża bliźniacza dotarła
do nich na dwa miesiące przed rozwiązaniem i oboje byli nią załamani.
Rozmawiając o Wojtku  doszły do wniosku, że nie ma co się spieszyć do małżeństwa, a do
posiadania dzieci zwłaszcza. No i że nie zaszkodzi im dobra wiedza o antykoncepcji, bo wszak
każdemu mogą się przydarzyć dzieci, co jak widać i słychać mało zabawne jest.
Pewnego jesiennego dnia, pomiędzy jednym a drugim kawałkiem bułki konsumowanej
w czasie przerwy śniadaniowej, Julka oznajmiła Tinie - wczoraj spotkałam swą starą miłość
i dziś cały czas się zastanawiam czy jest sens w odgrzebywaniu starych uczuć.
Justyna wzruszyła ramionami - skoro się musisz nad tym zastanawiać, to pewnie nie ma po
co bawić się w  archeologa i odkopywać takie starocie.
A on co? Padł na kolana na Twój widok?
Nie, nie padł, ale powiedział, że nadal jest wolny i jeżeli chcę, to mi przyśle zaproszenie do
Szwecji, bo nadal tam mieszka i gra w tym zespole co kiedyś.
No dobrze- kontynuowała Tina- przyśle ci zaproszenie i co? Gdzie będziesz mieszkać i
z czego się tam utrzymasz? To, że się nie ożenił, to nie oznacza, że nie ma tam żadnej kobiety.
Na supełek sobie przecież nie zawiązał, za młody na to.
A tak w ogóle to mi chyba nigdy o nim nie mówiłaś. Co to za facet?
Syn znajomych moich rodziców. Mieliśmy się nawet pobrać gdy tylko zdam maturę, już nawet
miałam kupiony materiał na suknię, ale wtedy zespół,  w którym grał, załapał jakiś kontrakt na
promie  czy też jakimś wycieczkowcu czy też liniowcu i on wyjechał. Kontrakt był niby tylko
roczny, ale siedział tam 3 lata.
Julka, zastanów się! Na co ci taki facet, co wyjeżdża w siną dal i zostawia narzeczoną i nigdy
do niej nie pisze?
Przecież gdyby cię kochał to raczej nie wyjechałby przed ślubem, lub wyjechałby, ale przyjechał
na kilka dni by ten ślub wziąć i ciebie ze sobą zabrać.
Otrzeźwiej kobieto - możesz zaproszenie od  niego wziąć, ale nie licz na niego i jego miłość.
Możesz pojechać na tydzień, jeśli masz na to pieniądze, możesz się z nim nawet przespać ale
w sposób bezpieczny, tylko na nic nie licz, na małżeństwo zwłaszcza.
Jula ciężko westchnęła - właściwie to masz rację. Nie powinnam sobie nim zawracać głowy.
Roztył się i właściwie jakoś nieświeżo wyglądał, a jest tylko cztery lata ode mnie starszy.
No wiesz- dodała Tina-ci co grają w różnych zespołach podobno nie są wzorcami wierności
i lojalności. Zawsze się jakieś pomylone małolaty koło takich zespołów kręcą.
Myślę, że nim podejmiesz decyzję o kontynuacji tej znajomości to powinnaś z nim  długo
i na różne tematy porozmawiać.
Jula ciężko westchnęła - on był moim pierwszym, wiesz?
No to co, że był pierwszym? Liczy się ten, który będzie ostatnim. Zapewniam cię, że on, jak
większość facetów, już nie pamięta nie tylko tej, która była jego pierwszą, ostatniej też nie.
Wiesz, do małżeństwa to trzeba dojrzeć. Ja to nawet nie jestem pewna czy tak naprawdę
nadaję się do takiego związku jak małżeństwo.  Jeden facet do wszystkiego, na co dzień i od
święta. Czy sądzisz , że znajdziemy facetów "uniwersalnych"? Przecież na logikę biorąc jest
jest to  niemal niemożliwe.  Ta  sama osoba do tańca i do różańca! Jestem pewna, że zaliczę
w życiu kilku mężów. W końcu istnieją rozwody, choć z całą pewnością nie są rzeczą miłą.
Nie wiem dlaczego moi starzy się nie rozeszli - tak naprawdę żyją obok  siebie, mają tak
bardzo różne upodobania i zainteresowania. Ojciec uwielbia grzybobrania, więc jeździ na
grzyby z kolegą, potem pracowicie  te grzyby "obrabia", matka się do nich nie dotyka, ale
marynowane grzybki jada. Do muzeów, na wystawy, na zwiedzanie zawsze jeździł tylko ze
mną, matka siedziała w tym czasie w domu. Do teatru chodziłam zawsze z koleżankami albo
z tatą, raz do roku z mamą. Na wakacje wyjeżdżałam tylko z mamą, tata w tym czasie jeździł
na wczasy FWP. Zawsze miałam i nadal mam takie wrażenie, że razem im  źle a bez siebie
też niedobrze.  Nigdy się nie kłócą, zgodnie obsztorcowują mnie za to samo. Zawsze jeśli
mi czegoś zabraniali to razem, w tandemie. Tyle tylko, że matka  na mnie się głośno wścieka
a ojciec stale spokojnie mówi: "rusz wreszcie mózgiem, zacznij myśleć".
Skończywszy śniadanie  dziewczyny umówiły się, że po pracy "polatają" trochę po sklepach,
zwłaszcza tych prywatnych z butami. Śmiały się, że pewnie znowu będzie  brakowało ich
numerów- dla Tiny 35 a dla Julii 37.
Kilka dni później , w czasie przerwy śniadaniowej Julia powiedziała, że odchodzi z pracy.
Objęła ją redukcja pracowników. Ale  już  załatwiła sobie nową pracę. Odejdzie jeszcze przed
ustawowym upływem czasu wymówienia, bo w nowym miejscu potrzebują pracownika
"od zaraz". A poza tym "dała się poderwać" facetowi o wzroście 190 cm i bardzo chce by Tina
go poznała  i oceniła, czy wszystko z nim "w porządku". I wcale nie była na meczu koszykówki
ale u dentysty. Tyle godzin siedzieli w poczekalni, że w końcu zaczęli rozmawiać.
I umówili się na sobotnie popołudnie w "Zielonej Gęsi", więc będzie  fajnie, jeżeli Justyna
przyjdzie tam ze swoim "dyżurnym" chłopakiem, z którym się od kilku lat przyjaźni. Kiedyś
wydawało się, że będą parą, ale nie zaiskrzyło między nimi, może akurat zawiodła chemia, za
to  bardzo dobrze się dogadywali w różnych sprawach. Żeby było jeszcze śmieszniej i dziwniej
to całowali się, raz na wiele spotkań lądowali nawet w łóżku, ale oboje traktowali to jako
swego rodzaju eksperyment.
Tina twierdziła, że nie kocha Michała ani on jej nie darzy miłością, ale z jakiegoś powodu
raz na jakiś czas wspaniale im wychodził seks - sam seks, bez  bajania o miłości, wierności,
czy też jakimś trwałym związku. Byli wobec siebie szczerzy  aż do bólu, informowali się
wzajemnie o swoich odczuciach, co im  pasuje, co nie za bardzo, mówili o swych marzeniach, fantazjach,  zostawiając wstyd gdzieś daleko za drzwiami mieszkania. Nie było też zazdrości
 o innych partnerów, zastanawiania się co i jak każde z nich robi lub odczuwa z kimś innym.
Czasem chodzili razem potańczyć do klubów studenckich - Stodoły lub Medyka. W sumie był
to jakiś bardzo dziwny i nietypowy związek ciał i dusz.
Michał był  pięć lat starszy od Justyny, miał już za sobą rozwód. Oboje kiedyś zauważyli, że
gdy  się nie widzą i nie słyszą to o sobie nie myślą, niemal tak, jakby się nie znali.
Ale wystarczyło by któreś z nich spotkało kogoś, kogo oboje znali i zaraz do głowy wskakiwała
myśl -"ciekawe  co u niej,  ciekawe co u niego" i następował "mus zatelefonowania".
Michał twierdził, że ich biopola bardzo intensywnie ze sobą współpracowały.
                                                           c.d.n.






sobota, 11 stycznia 2020

O paniach i....panach

Było czerwcowe późne popołudnie.
W kawiarni, przy jednym ze stolików stojących pod starymi kasztanami, siedziały dwie
młode dziewczyny. Było duszno i gorąco nawet w głębokim cieniu starych kasztanów.
Przed każdą z nich stał szklany pucharek wypełniony lodami waniliowymi, bitą śmietaną
i kawałkami brzoskwiń polanych syropem zawierającym małą ilość likieru curaso, czyli
deser nazywany  melbą, stworzony przez Escoffiera ku czci śpiewaczki operowej Nellie
Melba , czyli Hellen Porter Mitchel rodem z Melbourne, żyjącej w latach 1861-1931.
Były to te cudowne czasy, gdy żadna z dziewczyn nie stresowała się zawartością cukru
i kalorii w deserze, śmietana była produktem naturalnym, nie pochodziła z jakiegoś proszku
a figura  modelki Twiggy nie była czymś pożądanym.
Obie miały po 20 lat, pracowały w jednym biurze i bardzo się przyjaźniły.
Obydwie były jedynaczkami, blondynka miała wielce romantyczne imię Julia, natomiast
drugą ochrzczono Justyną,  w domu nazywając Tinką.
Dwie typowe "panienki z dobrych domów", niższa ciemnowłosa o figurze klepsydry
i wyższa, o figurze  gruszki, za to z pięknymi naturalnymi włosami blond.
I jak to u kobiet bywa - ciemnowłosa zachwycała się blond włosami swej koleżanki,
blondynka zaś wymiarami anatomicznymi  ciemnowłosej: 90x60x90.
Zabawne, bo zazdrościły sobie nawzajem wzrostu- Tinka miała zaledwie 158 cm, a Julia
170 cm, co jej zdaniem bardzo utrudniało znalezienie chłopaka znacznie od niej wyższego
by mogła idąc z nim mieć na nogach wysokie szpilki, jak Tina,  a nie pantofle bez obcasów.
Teraz mało kto wie, że wtedy dzieci nie były od niemowlęctwa szpikowane witaminami a
chłopak, który miał 175 cm wzrostu był zaliczany do tych wysokich mężczyzn.
Pochłaniając melbę doszły do wniosku, że gdyby tak połączyć w jedną całość figurę
ciemnowłosej ze wzrostem i kolorem włosów wyższej, wyszłaby jedna "super babka".
Pozostawało pytanie -"ale jak to zrobić"?
W swych domach rodzinnych  wciąż słyszały, że powinny już mieć jakichś "kawalerów,"
kandydatów na męża. I najlepiej by to byli młodzi ludzie już po studiach, z mieszkaniem,
samodzielni, dobrze zarabiający. Rodzice obu  panienek wciąż myśleli kategoriami
przedwojennymi, choć otaczające ich realia ogromnie  różniły się od czasów ich młodości
z okresu międzywojnia.
Studia? A po co kobiecie studia? Przecież wyjdzie  za mąż, urodzi dziecko albo i dwoje,
więc zajmie się ich wychowywaniem a zarabiać będzie mąż.
Kobieta musi znać się na organizacji życia domowego, rodzinnego, dobrze wychować
dzieci a nie oddawać je do żłobka czy przedszkola. Zresztą było powszechnie wiadome,
że miejsc w obu tych placówkach  notorycznie brakuje.
Studia- no gdyby któraś z nich miała jakiś talent, np. do muzyki, talent, a nie tylko zwykłe
zamiłowanie, no to byłaby wysłana do Akademii Muzycznej. Ale - właściwie- zdaniem
rodziców obu panienek- studia kobiecie były  zupełnie zbyteczne. No bo zrobiłaby np. jakąś
filologię i co?- byłaby po prostu belferką, panią np. od polskiego czy panią od łaciny. Albo
panią od geografii czy biologii po bardziej kierunkowych studiach.
Żaden splendor, raczej pewna wieczna mordęga i kiepskie zarobki.
Obydwie urodziły się jeszcze w okresie wojny, co wydawało im się dziwne- nie mogły
zrozumieć jak można  zachodzić w ciążę w okresie gdy dookoła spadają bomby, gdy
jest okupacja i każdy dzień może być tym ostatnim dniem życia. Obydwie były urodzone
w Warszawie i słuchając rodzinnych opowieści o okresie okupacji i Powstania w 1944r.
patrzyły na swych rodziców jak na "przygłupów" - co za okropna nieodpowiedzialność!
Powoływać na świat dzieci w takim okresie! Ale sądząc po ilości dzieci urodzonych w tym
czasie, to takich "przygłupów" było sporo.
Delektując się naprawdę pysznym ( i drogim deserem) zastanawiały się skąd wytrzasnąć
kandydatów na mężów, którzy podobali by się zarówno im jak i ich rodzicom.
Obydwie miały już dosyć kurateli rodziców, tego ciągłego gadania, że powinny już się
rozejrzeć za jakimś "kawalerem", oczywiście takim, którego ich rodzice zaakceptują bez
oporu.
Wiadomo jaki miał być wg rodziców : z dobrej rodziny, wykształcony, pracowity,
zaradny,  dobrze zarabiający, najlepiej z własnym mieszkaniem.
Wiesz- mówiła Julka- wzrostem to by mi pasował Bogdan, ale on już jest  żonaty.
A Rysiek ?- zapytała Tinka.
Rysiek?- skrzywiła się Julka- on ma urodę wychudzonego mopsa, coś jest nie tak z jego
nosem. Nie podoba mi się, przecież nie wyjdę za kogoś, kto mi się nie podoba!
On nawet kiedyś mi proponował wyprawę do kina, ale jak popatrzyłam na jego profil to
zaraz powiedziałam, że nie mam zupełnie czasu.
A Stefan? Wzrostem byłby dla ciebie  niezły.
Tina, ty to chyba oczu nie  masz- przecież on wygląda paskudnie- ma trądzik młodzieńczy
a do tego stare blizny po trądziku, które wyglądają jakby był po  prawdziwej ospie.
Nie, nie, Stefan odpada. Wiesz, ja to chyba zostanę starą panną. Chociaż prawdę mówiąc
pozycja  "starej panny" też za ciekawie nie wygląda.
Jedna z moich ciotek jest taką właśnie "starą panną" i to z wyboru, bo jej narzeczony niemal
tuż przed ślubem umarł z powodu ciężkiego zapalenia płuc. A suknia ślubna już była gotowa.
Ciekawa tylko jestem czy aby naprawdę umarł czy to może tylko taka opowiastka rodzinna,
bo facet  w ostatniej chwili oprzytomniał i zrezygnował z zostania szczęśliwym mężem.
Bo już kilka opowiastek rodzinnych było tylko opowiastkami a nie prawdą.  Jeden z braci
ojca rzekomo zszedł z powodu jakiejś ciężkiej choroby, a tak naprawdę to się utopił po pijaku
w stawie niedaleko własnego domu- staw był  płytki, ale za to dość długi,wujkowi nie chciało
się go okrążać i postanowił pójść "na przełaj", bo nie jeden raz tak chodził. No ale tym razem
się potknął będąc w wodzie, a że był solidnie zalany to nie mógł się podnieść i utopił się. Nie
było nikogo w pobliżu, nikt nie widział  jak wujaszek chlupnął w tę wodę.
W stawie o wysokości poziomu wody zaledwie 70 cm. A wujaszek miał 185 cm wzrostu,
tak jak mój ojciec. Jedna z ciotek się kiedyś wygadała, gdy na któreś święta mój ojciec za
dużo wypił  i zasnął przy stole "przy fruktach i słodyczach". No i było wielce zabawnie, bo
druga  cioteczka stwierdziła, że właściwie  cała męska część tej rodziny miała pociąg do
butelki i że dobrze, że ostatnio same dziewczynki przychodziły na świat i "linia" wygaśnie.
I wszyscy się w końcu pokłócili, tatuńcio się przebudził od tego hałasu, stwierdził, że jakoś
marnie się czuje i pojechaliśmy do domu. I potem ze dwa lata nie było spotkań rodzinnych,
co akurat mnie wcale nie przeszkadzało, bo co za frajda siedzieć godzinami przy stole.
Tina słuchała z wielką uwagą - jej rodzina po wojnie rozjechała się po Polsce i rzadko
udawało się  zgromadzić wszystkich w jednym miejscu, a największym problemem były
wtedy  noclegi  dla wszystkich. W całym kraju sytuacja mieszkaniowa była dość trudna
oraz wszędzie była zbyt szczupła baza hotelowa.
Zrobiły jeszcze przegląd pozostałych kolegów z biura i wyszło na to, że tak naprawdę to
wśród męskiej części pracowników nie ma na kim oka zawiesić - albo żonaci albo zupełnie
nieciekawi.
W pewnej chwili dołączył do nich,  dość  niespodziewanie, jeden z kolegów z pracy- pchał
przed sobą głęboki "dwupak" z bliźniakami. Był wyraźnie uszczęśliwiony ich widokiem-
miał nadzieję, że to spotkanie umożliwi mu wypicie  kawy.
Dziewczyny w głębi duszy żałowały, że nie zakończyły nieco wcześniej swego spotkania,
ale zrobiły przysłowiową  dobrą  minę do złej gry. Z drugiej strony lubiły swego kolegę, który
w pracy często opowiadał jak to jest gdy się trafią bliźnięta.
                                           c.d.n

czwartek, 26 grudnia 2019

VIII- Zupełnie zwyczajne życie

Pomału, bez  "trzęsienia  ziemi" Rafał  wszedł w życie Marii.
Miał już dość zaawansowaną pracę magisterską, widywali się codziennie i jakimś cudem
wciąż mieli o czym rozmawiać.
Przez kilka lat znajomości z Jerzym Maria nie  "narozmawiała się" na tyle tematów co
z Rafałem jeszcze przed ślubem.
Każde widzenie się z  Jerzym było zdominowane seksem, korzystaniem z  przeróżnych
dostępnych rozrywek,  jak fajfy, dancingi, częstymi wypadami do  kina i teatru, spotkaniami  ze znajomymi Jerzego, wyjazdami w plener.
W pewnym sensie Maria była wizytówką Jerzego - pokazywała jego znajomym jaki jest fajny,
bo ma młodziutką dziewczynę, którą wychowuje sobie na żonę, a która podoba się jego rodzinie
i wszystkim znajomym.
A że jest tylko  cztery lata starsza od jego córki? - no i dobrze, dłużej  dzięki niej będzie się
czuł młodo. Jerzy codziennie zapewniał ją, że jest dla niego całym światem, był świetnym
kochankiem, Maria miała ten luksus, że cały czas czuła się pożądana, zaspokojona. I Maria
bardzo długo nie dostrzegała żadnych ciemnych stron tego związku.
I bardzo możliwe, że gdyby Maria przypadkiem nie odkryła, że Jerzy nie jest wobec niej
w stu procentach lojalny, byłaby z nim nadal.
Przez długi czas Jerzy nie dawał znaku życia, co jakoś nie martwiło Marii. Zastanawiała
się co prawda, czy aby znów nie jest pod zdalną obserwacją, ale nawet gdyby była nie
martwiło to jej.
Po pół roku bliższej znajomości, Maria i Rafał doszli do wniosku, że byłoby całkiem
nieźle, gdyby zostali małżeństwem.
Co prawda nie mieli mieszkania a budownictwo mieszkaniowe w Polsce tylko pozornie
"przeżywało rozkwit" - nowe osiedla w stolicy powstawały w miejscach uzbrojonych,
na których istniały mocno zaludnione domki jednorodzinne, nie mniej zasiedlone nie
przez jedną a kilka rodzin. Ludzi z tych domków przesiedlano w nowo wybudowane
osiedla- przecież musieli gdzieś mieszkać- i ten tryb powodował, że wciąż  brakowało
mieszkań dla tych, co zostawali członkami spółdzielni mieszkaniowych. Jak zwykle
ktoś nie pomyślał w porę, że to co zaoszczędzą inwestorzy na niewymagającym już
uzbrojenia terenie  obróci się  przeciwko nowym członkom wszelakich spółdzielni, a czas
oczekiwania na mieszkanie wszystkim spółdzielcom mocno się wydłuży.
Nastąpił swoisty, polski cud budowlany- im więcej budowano nowych domów tym dłużej
ludzie czekali na mieszkania. Opóźnienia w oddawaniu mieszkań dochodziły już do  dwóch
lat, z czasem się wydłużały, zależnie od lokalizacji nowych osiedli.
W lecie Maria z Rafałem wzięli ślub - bardzo skromny, bez wesela. Zdawali sobie dobrze
sprawę, że  lekko nie będzie - cała pensja Marii szła na wynajęcie dla nich lokum.
Mniej więcej w trzy lata po ślubie Maria spotkała Jerzego. Właściwie oboje ucieszyli się
z tego spotkania. Maria taktycznie nie dopytywała się czy Jerzy się ożenił czy też nie.
On był zmartwiony, gdy dowiedział się, że Maria przeszła bardzo ciężką operację i teraz
bardzo wolno powraca do normalności. Zaproponował,  by Maria zmieniła pracę na lepiej
płatną , w firmie, której dyrektorem naczelnym był jego dobry kolega.
Maria ze smutkiem odnotowała, że niewiele zostało z tego dawnego Jerzego- był całkiem
siwy, wyglądał na bardzo zmęczonego.Na pożegnanie dał Marii swój nowy numer telefonu
i prosił by zatelefonowała do niego za dwa dni w sprawie nowej pracy dla siebie.
Po raz pierwszy Maria coś ukryła przed Rafałem - właśnie to spotkanie z Jerzym. W dwa dni
później zatelefonowała do Jerzego, poszła  na umówione przez Jerzego spotkanie z jego
kolegą-dyrektorem i zmieniła pracę. Co jakiś czas spotykała Jerzego służbowo, pracowali
w jednej branży, a Jerzy był jednym z dyrektorów zjednoczenia, do którego należało biuro,
w którym ona pracowała.
Po sześciu latach przeniosła się do innej instytucji i nigdy już nie spotkała Jerzego. Ale i tak
pozostał na zawsze w jej pamięci.
Ale Jerzy tkwił nie tylko w jej pamięci - o jego istnieniu pamiętał dobrze i Rafał - wiele lat
obawiał się, że pewnego dnia Maria opuści go i wróci do Jerzego.
Ale opuszczenie Rafała nigdy nie wpadło Marii do głowy - kochała go, doceniała jego
inteligencję i lojalność.
Tak się złożyło, że ani Rafał ani Maria nie byli dla swych matek wymarzonymi partnerami
ich dzieci. Maria nie podobała się swej teściowej bo nie wniosła  żadnego posagu, nie była
również okazem zdrowia ani, wg. teściowej, nie olśniewała swą urodą, była "zbyt niska"
i.....nie była jasną blondynką.
Mama Marii też nie mogła  wybaczyć swemu  zięciowi, że nie jest krezusem, że jego matka
nie odpowiada jej pod względem intelektualnym, a  Rafał jest dość nieśmiałym osobnikiem.
I zapewne gdyby nie wyjątkowa "odporność na gadanie matek" i prawdziwe uczucie, które
ich łączyło, ich małżeństwo nie przetrwałoby nawet roku.
Wspólnie przetrzymali olbrzymi poślizg warszawskiego budownictwa mieszkaniowego, bo
uparli się by wziąć mieszkanie w lokalizacji, która im odpowiadała, a nie byle gdzie. Z tego
powodu czekali na mieszkanie  aż 9 lat od chwili  ślubu. No i straszna sprawa - nie spieszyli
się wcale by powołać na świat potomstwo by sprawić radość obu babciom, które wręcz nie
mogły się wnucząt doczekać.
A oni zdecydowali się na posiadanie dziecka dopiero wtedy gdy obliczyli, że Maria będzie
mogła wziąć bez drastycznego zachwiania budżetu bezpłatny, trzyletni urlop wychowawczy.
Oboje mieli tak nikłe zaufanie do swych matek, że nawet na moment nie zostawiliby z którąś
z nich swego dziecka.
I zapewne to niemal całkowite odizolowanie się ich od wpływów jednej i drugiej rodziny, to
ich wzajemne  takie silne i konsekwentne "zawieszenie się" tylko na sobie sprawiło, że byli          naprawdę dobrym małżeństwem.
A Maria do dziś jest przekonana, że jest to też zasługa Jerzego, bo jej znajomość z nim
uprzytomniła jej co jest w życiu ważne, o co warto walczyć, a co można z powodzeniem
pominąć.
                                                                KONIEC






















wtorek, 24 grudnia 2019

VII - Zupełnie zwyczajne życie

Droga powrotna z sanatorium była dość męcząca , do Warszawy dotarli późno i tę
noc Maria  przespała w mieszkaniu Jerzego.
Mieszkanie było odmalowane, w kuchni stał nowy stół, zamiast taboretów były nowe,
całkiem wygodne krzesła.
Jerzy, gdy tylko dowiedział się, że Maria ma jeszcze 7 dni zwolnienia lekarskiego, wziął
tydzień urlopu. Miał bardzo  dużo zaległego urlopu, bo jak twierdził, częste wyjazdy,
z których większość była poza PRL, z powodzeniem zastępowały mu  urlop.
Zaproponował Marii, by na ten czas pojechać do "znajomej leśniczówki" - pospacerują
trochę po lesie, pooddychają zdrowym leśnym powietrzem, Maria będzie mogła jeszcze
trochę poleżeć w ciągu dnia, on spędzi miło czas z leśniczym.
Ale ten projekt nie przypadł Marii do gustu- po pierwsze musiała nieco zmienić swą
garderobę, bo miesiąc , w którym spędzała wiele godzin leżąc oraz dieta typu "chudo
i słodko" spowodowały, że przybrała na wadze aż 10 kg. Nie mieściła się w to wszystko, co
nie było wykonane z dżerseju. A i te wszystkie dzianiny, teraz zbyt opięte na niej, sprawiały
niemiłe (głównie dla jej  oczu) wrażenie. Przed wyjazdem ważyła 48kg,  gdy teraz spojrzała
na wagę - omal nie  zemdlała i aż trzy razy się  ważyła- niestety waga uparła się by wciąż
pokazywać równe 58 kg. Nic dziwnego -w sanatorium musiała codziennie pochłaniać
glukozę, jedyne  ciastka, które były dozwolone w sanatoryjnej cukierni to były bezy a do
tego sanatoryjne wyżywienie  to było 5 posiłków dziennie. I albo się siedziało przy stole
i coś konsumowało albo  spędzało czas w pozycji horyzontalnej, na zabiegach lub na
zwykłym leżakowaniu. Spacery po parku zdrojowym, po którym wszyscy dostojnie krążyli,
nie były w stanie zrównoważyć ilości pochłoniętych kalorii.
Maria musiała teraz zająć się bieganiem po sklepach by zmienić swą garderobę bo tylko
dres na niej dobrze leżał, ponieważ poprzednio na niej wisiał. No ale niestety w dresie nie
chodziło się do pracy. Jerzy dzielnie towarzyszył jej w wędrówkach po sklepach, z wielkim
spokojem wysłuchiwał narzekań, że nie ma nic ciekawego ani ładnego w tych sklepach i
na okrągło powtarzał Marii, że ona i tak najładniej to wygląda we własnej skórze.
Na wszystkie uwagi Jerzego, że trzeba pomyśleć o ustaleniu terminu ślubu Maria miała jedną
stałą odpowiedź: "nie jestem jeszcze gotowa, nadal ci nie ufam w stu procentach, możemy
na razie być bez ślubu, mnie się nie spieszy."
Tak naprawdę to Maria sama chwilami nie bardzo wiedziała co ma  zrobić - jej uczucie do
Jerzego mocno ochłodło, faktycznie straciła do niego zaufanie. Zastanawiała się ile razy ją
zdradził, bo był facetem dla którego seks był lekarstwem  na wszystko - na zmęczenie pracą,
na kłopoty w pracy, na nudę a także na okres dużej prosperity i dobrego humoru. Zupełnie
tak jak gryzak dla ząbkującego dziecka.
W obowiązkowych godzinach leżakowania w sanatorium wiele razy zastanawiała się z kim
Jerzy "sypia" gdy ona jest daleko od niego, jak zniesie te duże ograniczenia zalecone przez
lekarza i czy jest jakikolwiek sens wychodzić za niego za mąż. Była sama na siebie zła, że
wciąż tęskni za jego dotykiem i obecnością dającą swoiste poczucie  bezpieczeństwa.
Tydzień minął szybko, Maria zaczęła pomieszkiwać na dwa domy- trochę u rodziców, trochę
z Jerzym.
Zatelefonowała do Rafała i on natychmiast zaproponował by się spotkali i porozmawiali, bo
przez telefon nie jest jednak wygodnie o wszystkim rozmawiać. Spotkali się w kawiarni, która
była niedaleko mieszkania Rafała a dostatecznie daleko od mieszkania Jerzego i absolutnie
nie na jego trasie. Przesiedzieli w dymie papierosowym trzy godziny, z oczami utkwionymi
w sobie i Maria powiedziała co nieco Rafałowi o swych rozterkach, mówiąc, że nie oczekuje
żadnej porady w tej kwestii, ale jakoś musi to z siebie wyrzucić i najłatwiej jest gdy rozmówca
jest osobą bezstronną. Przymiotnik zastosowany w tym zdaniu nieco rozbawił Rafała - chyba
nie był tak naprawdę osobą bezstronną.
Na początku grudnia zachorował niespodziewanie ojciec Marii i trafił do szpitala. Codziennie
po pracy Maria przychodziła do szpitala i siedziała tam do późnego wieczora. Oczywiście
poinformowała Jerzego co się stało i że teraz musi zajmować się ojcem, bo mama bardzo źle
znosi całą sytuację i w szpitalu bywa sporadycznie. W ramach "wsparcia" Jerzy kilka razy
odprowadził ją wieczorem do szpitala, ale nie przekroczył jego progu.
Gdy się  sytuacja pogorszyła i trzeba było zostać na noc, Rafał , nie proszony o pomoc, został
z Marią na noc w szpitalu. Gdy stan zaczął zagrażać życiu pacjenta zdecydowano się na operację -
był to akurat Sylwester, ludzie szli na zabawę a Maria z Rafałem siedzieli  na korytarzu pod salą
operacyjną czekając na wynik operacji. Po kilku bardzo długich godzinach, gdy pielęgniarki
wytoczyły wózek z sali operacyjnej Maria doznała szoku, a ordynator, który operował jej ojca
powiedział Rafałowi by natychmiast zabrał Marię ze szpitala, bo on nie potrzebuje w tę noc
następnego pacjenta do ratowania, w postaci nawet tak miłej osoby jaką jest Maria.
Rafał zabrał Marię, która chwilami nie bardzo wiedziała co się do niej mówi, do swego kolegi,
który zaprosił na Sylwestra kilkanaście osób. Maria została dość szybko "znieczulona"
jednym kieliszkiem wódki, siedziała zdrętwiała objęta ramieniem Rafała i cały czas powtarzała-
jest źle, tata umrze, bo nie leżał po operacji spokojnie, cały czas drżał, to źle rokuje.
Rafał milczał tylko chwilami mocniej ją przytulał i gładził delikatnie po policzku, zastanawiając
się jak ją  uspokoić, wlać w nią nieco otuchy.
Dookoła wszyscy tańczyli, co chwilę  spełniano toasty a Maria tkwiła mocno w swej rozpaczy.
Około ósmej rano oboje poszli do szpitala. Ojciec żył i chyba nawet lepiej wyglądał niż Maria.
O szczegółach tej operacji Maria dowiedziała się kilka dni później. Na razie było lepiej - przed
pacjentem był jeszcze jeden dzień krytyczny , dzień w którym z reguły roztapiały się szwy
wewnętrzne. Był to 9 dzień po operacji - Maria od rana siedziała w szpitalu, ale dzień minął
bardzo spokojnie, ojciec nadal czuł się dobrze.
Tego dnia po południu wpadła do mieszkania  Jerzego by zabrać stamtąd swoje rzeczy, które
akurat były jej potrzebne. Jerzy był już w domu. I wtedy, tak nieco niespodziewanie dla
siebie samej, Maria powiedziała mu, że nie wezmą nigdy ślubu, choć on pozostanie dalej w jej
życiu bardzo ważną osobą, ale ich związek nie uda się, czego dowodem jest to, że nie dał jej
wsparcia teraz, gdy tak bardzo tego potrzebowała.  Natomiast cały czas eksponował fakt, że
 czuje się samotny, bo ona nie przychodzi. że ani razu nie wpadł do jej ojca do szpitala.
W odpowiedzi usłyszała, że on daje jej trzy miesiące na zdecydowanie się kiedy wreszcie
będzie ten ich ślub. Maria wyszła z mieszkania teatralnie trzasnąwszy drzwiami wyjściowymi.
Cud , że nie  rozpadły się.
Niestety  szesnastego dnia po operacji ojciec Marii dostał krwotoku wewnętrznego.Rozpuściły
się szwy na niemal nie zrośniętej tętnicy i pomimo natychmiastowej interwencji chirurgicznej
nie udało się uratować ojca. Pielęgniarka, gdy potem rozmawiała z Marią powiedziała, że tuż
przed śmiercią  jej ojciec wzywał zapewne swego syna, bo wołał  "Rafał, Rafał, synku".
Maria była wstrząśnięta.
Na pogrzebie był i Rafał i Jerzy, ale Maria szła z matką i nawet nie bardzo wiedziała kto był
na tym pogrzebie. W kilka dni później widziała się z Jerzym i podziękowała mu za obecność
na pogrzebie i usłyszała, że mogła mu oszczędzić widoku siebie  w objęciach swego nowego
faceta. I Maria słysząc to dostała ataku śmiechu, bo tym "facetem" był ....siostrzeniec jej
matki, który przytulał płaczącą Marię, czekając aż  ta się nieco pozbiera i opanuje.
W odpowiedzi usłyszała, że czas biegnie do przodu i  zostaje jej coraz mniej czasu na podjęcie
decyzji. Maria nic nie odpowiedziała i wyszła - tym razem oszczędzając drzwi, wszak nie były
niczemu winne.
Była u  Jerzego jeszcze dwa razy, za każdym razem redukując swe rzeczy i mówiąc, że musi
je wziąć do prania lub wyrzucić bo z nich "wyrosła w poprzek".
Złośliwie zostawiła w szafce łazienkowej swoje kosmetyki- dobrze wiedziała, że każda z kobiet, która będzie korzystała z łazienki zajrzy do tej szafki - tak robiła  większość kobiet.
Spędzała teraz dużo czasu w domu z matką - jednego wieczoru, zupełnie niespodziewanie
przyszedł Jerzy.  Posiedział ze dwie godziny a na koniec powiedział, że wyjeżdża na 10 dni,
wraca na 3 dni i zaraz znów wyjeżdża i jeśli coś trzeba Marii lub jej mamie  przywieźć
z Zachodu to on z chęcią przywiezie. Maria stwierdziła, że chyba niczego nie potrzebuje,
poza tym zaczęła się odchudzać, to nawet nie wiadomo jaki rozmiar by miała zamówić.
Zostawił Marii klucze od swego mieszkania zupełnie nie wiadomo po co- w tym mieszkaniu
nie było ani pół kwiatka do podlewania.
Rafał miał sesję egzaminacyjną, bazowali  głównie na krótkich rozmowach telefonicznych
w godzinach pracy. Rozmawiali codziennie. Rafał był zmęczony.
W pracy dostał do realizacji nowy temat, który jego zdaniem mógłby być pracą magisterską.
Zależało mu by jak najszybciej uwinąć się z sesją i zabrać się za pisanie  pracy magisterskiej,
bo szef wyraził ochotę by być jego promotorem.
W czasie tej sesji Maria wpadała  do niego na uczelnię by go po egzaminie wyciągnąć na
krótki spacer.
Na dzień przed powrotem Jerzego z pierwszej części delegacji zrobiła mu zakupy by miał
co zjeść na kolację i śniadanie i ugotowała nawet obiad, do którego dołączyła "instrukcję
użycia". Oddała do pralni jego koszule i jeden z garniturów (przejrzawszy uprzednio
kieszenie), zadzwoniła do znajomych studentów by przyszli pomyć okna.
Poprane i uprasowane koszule tworzyły w szafie na półce zgrabny stosik, przy nich
zostawiła Jerzemu kartkę z informacją w której pralni były prane i że ma on tam swój
numer, pod którym będzie mógł zawsze zostawiać swoje pranie. Jednego popołudnia
zostawi koszule do prania, następnego poprane i poprasowane odbierze.
Pod stosikiem koszul zostawiła kopertę z króciutkim listem, w którym pisała, że zawsze
będzie miał miejsce w jej sercu, bo pewnych rzeczy nie można wyrzucić z serca i umysłu,
ale nie będą dobrym małżeństwem. Mogą  się tylko przyjaźnić, bo przecież dużo ich
kiedyś łączyło.
Chciała by ten list Jerzy znalazł tuż przed wyjazdem w drugą delegację i celowo jego
koszule w ulubionym błękicie nie leżały na samym wierzchu.
Wiedziała, że tchórzy, że to ucieczka przed rozmową w cztery oczy, ale bała się, że nie
oprze się jego namowom, prośbom i  perswazjom. Sama rozumiała, że 22 lata różnicy
wieku to nic gdy ona ma lat 20 a on 42, ale  to wszystkie stanie ością w gardle gdy oboje
będą o 20 lat starsi. Jak słusznie zauważyła jej matka,  to jest różnica pokolenia.
                                                         c.d.n.