wtorek, 29 grudnia 2020

Zimowa Eskapada -V

 Słowa Mirki sprawiły, że Michał pacnął się w czoło i  powiedział - no debil ze mnie, ale to nic dziwnego, tak na mnie działasz, że kompletnie głupieję. Pomijam fakt,  że nie mam  absolutnie wprawy ani w wyznawaniu komuś miłości ani w oświadczaniu się.
Posłuchaj, zapewne wyglądam idiotycznie, gdy to mówię, ale mówię to z pełną świadomością - kocham cię i pragnę byś była ze mną do końca moich dni. Przysięgam, że zrobię wszystko byś była ze mną szczęśliwa i że nie jest to chwilowe zauroczenie lub efekt tylko i wyłącznie pożądania. Nie jesteś pierwszą kobietą w moim życiu, kilka się przewinęło i przemknęło w siną dal. Tym razem jest to coś zupełnie innego, nie zwykłe zaspokojenie pożądania. Obudziłem się tej nocy, wpatrywałem się w ciebie i poczułem, że dopadła mnie miłość, której dotąd nie  czułem do żadnej kobiety. Wiem, znamy się krótko,  ale czuję to każdym swoim nerwem, każdą myślą, że ty jesteś moim  przeznaczeniem. Proszę cię, pobierzmy się. 
Mirka objęła go i powiedziała- nie wyglądasz idiotycznie, tylko tak jakoś.....goło. 
Nie  słyszałam jeszcze by się jakiś facet oświadczał swej wybrance w łóżku, klęcząc na golasa. Może powinniśmy to opatentować? 
Ale tak poważnie - też przeraża mnie myśl, że nagle  nie będzie cię obok mnie, że nie będę mogła się do ciebie przytulić lub się ciebie o coś zapytać. I chcę być z tobą na zawsze. I też cię kocham. Ale musimy to wszystko spokojnie, na zimno omówić, teraz najważniejsze żebyś obronił spokojnie  dyplom. 
I musimy  usiąść, z kartką i ołówkiem w ręce i spisać to wszystko co musimy zrobić by być razem, byśmy się nie szamotali niepotrzebnie. Trzeba to wszystko nieco obejrzeć z różnych stron. Jeżeli będziesz mógł pisać pracę w Warszawie to możesz wtedy cały czas mieszkać u mnie. Mieszkanie jest przepisane na mnie. Oddam ci większy pokój, spać będziesz mógł ze mną, w moim. Ja pracuję i mam jeszcze trochę wykładów na uczelni. I sesję w lutym. Gotuję raz na cały tydzień i zamrażam, żeby nie sterczeć wciąż przy garach. I zrezygnuję z klubu tanecznego, żeby się nie rozdrabniać. I jeszcze coś - jeżeli naprawdę mnie  kochasz i nie będziesz zdradzał to zacznę  brać tabletki, będziemy  mieli większy komfort. Odpowiada ci to?
Odpowiada mi wszystko co tylko zaproponujesz w tej materii, byleby być z tobą!
Przeleżeli i przegadali czas aż do obiadu. Po obiedzie spakowali się i poszli jeszcze na spacer.Wspominali wszystkie  wycieczki i już planowali następny pobyt najlepiej w dwóch różnych miejscach - koniecznie tydzień w Kairze i być może drugi tydzień w Luksorze albo w Karnaku? I też w  zimie, bo to jednak lepsza pora na zwiedzanie. 
A w Karnaku będzie cieplej niż tu nad morzem. I ludzi mniej, bo jednak większość rodaków woli święta spędzać rodzinnie przy stole.
Znów wylatywali o dziwnej porze, zbiórka na lotnisku była o 23,30, wylot o 2,00 w nocy. Wylatywali w nocy i lądowali gdy jeszcze było ciemnawo. Nawet dość szybko odebrali bagaże, wzięli taksówkę i pojechali do mieszkania  Mirki.
W samolocie Mirka wpadła na genialny pomysł - żeby rodziców obojga nie wpędzić w podejrzenia, że  "młodym rozum odebrało" nie przyznają się do tego, że poznali się zaledwie 16 dni temu. A że nie mówili wcześniej ? bo to już nie te czasy, że mówili rodzicom o każdym nowym koledze czy koleżance. Michał uznał to za wielce genialny pomysł. W pobliskim sklepie kupili świeże pieczywo i śmietankę do kawy. Byli jednak bardzo zmęczeni, więc wpierw postanowili odespać zarwaną noc. 
Okazało się, że  w dalszym ciągu są sobą zachwyceni. W ciągu dnia Michał zatelefonował do swojej mamy, że już wrócił z Egiptu i jest w  Warszawie u swojej
dziewczyny, a tak dokładnie to właściwie już narzeczonej. Nadsłuchiwał uważnie czy mama  aby nie spadła z krzesła na podłogę, a Mirkę skręcało ze śmiechu gdy słuchała tej rozmowy. Bo Michał spokojnie tłumaczył, że przed wyjazdem to nie wiedział jeszcze, że będzie ona jego narzeczoną, to nic nie mówił. No a teraz wie, to mówi. 
Obiecał, że w niedzielę wpadnie do rodziców razem ze swą narzeczoną. Po obiedzie.
Potem musi jechać na dwa lub trzy dni do Krakowa, a potem będzie tu pisał część pracy i niekoniecznie u nich w domu, raczej u niej, bo tu będzie miał ciszę i spokój. Bo ona, biedulka pracuje i studiuje, calutki dzień jej w domu nie ma, to jej przynajmniej zakupy zrobi. Oczywiście w Krakowie też musi bywać, a tu też musi bywać na Wojskowej Akademii Technicznej. Poza tym ma nadzieję, że może  dostanie u nich pracę, bo jak nie to wyjedzie z Polski, bo  ta propozycja, która dostał jest bardzo ciekawa.
Gdy odłożył telefon powiedziała- przerażasz mnie- łżesz jak z nut. I jak ja mam ci wierzyć, może i mnie oszukujesz?
Ooo, przepraszam - ja tylko powiedziałem niemal prawdę - przed wyjazdem oraz  nawet w dniu wyjazdu nie wiedziałem, że będziesz moją narzeczoną. Przed wyjazdem powiedziałem też niemal prawdę, bo powiedziałem tylko, że jadę w czyjeś miejsce i nie znam osób, z którymi jadę. No przecież cię nie znałem, prawda? 
Nie podejrzewałem, że mój braciszek ma taką fajną partnerkę w klubie. Wiedziałem
tylko, że cały czas tańczy z jedną i tą samą dziewczyną, bo to jednak kwestia wielu
wspólnych treningów, jak twierdził.
No fakt, on chciał w ogóle zająć się tylko tańcem, ale żeby przejść na zawodowstwo to mu jeszcze dużo brakuje.Chciał wziąć trochę lekcji za  granicą, no ale nic nie ma darmo. Z kolei pracując w tym fachu budowlano-remontowym nie nabierał raczej gracji i gibkości, które są niezbędne w tańcu, tyle tylko, że nieźle zarabiał.
Mira, podaj mi swój numer konta, przeleję  ci pieniądze za te wycieczki. 
Po co, skoro mamy się  pobrać, a wtedy będą to przecież wspólne pieniądze. Podam ci
jeśli dojdziesz do wniosku, że jednak nie będziemy  razem. Obecnie  finansowo stoję całkiem dobrze. Awansowałam to raz, a dwa- na ten wyjazd dostałam pieniądze od babci, więc nie ruszyłam swoich  oszczędności. I żeby było śmieszniej, to je dostałam w tajemnicy przed moją mamą. Babcia po prostu podzieliła to co miała na książeczce na dwie części, mnie dała połowę i moim rodzicom połowę. W sumie dostałam  więcej, bo przepisała na mnie  mieszkanie jako darowiznę. W razie czego wytłumaczysz rodzicom, że nie bierzesz gołej i bosej za  żonę.
A co do moich rodziców- na razie nie muszę się ujawniać że już wróciłam bo powiedziałam, że nie wiem dokładnie kiedy wracam. Jakby powiedziała datę przylotu to już dziś musiałabym się im pokazać i wysłuchać jakie to były okropne święta itp. Za kilka dni "koszmar świąt" nieco przyblednie, mama się uspokoi i nie będę musiała wysłuchiwać wspominek wigilijnych. 
Michał, a gdzie ci tę pracę proponowano?
Daleko, w Izraelu, a dokładnie w Tel Awiwie.  Zadałem im kilka pytań, pisząc, że te dane są mi potrzebne do mojej pracy magisterskiej i się bardzo mną zainteresowali i poprosili bym się z nimi skontaktował już po dyplomie, bo widzą mnie u siebie. Pojechałabyś ze mną gdybym tam dostał pracę?
To chyba jasne, że tak, na ogól to żona wyjeżdża razem z mężem. A że Izrael? Żaden
problem, nie mam żadnych uprzedzeń do którejkolwiek nacji. I mielibyśmy blisko do Egiptu. To cywilizowany  kraj i z tego co wiem to mają spore osiągnięcia w medycynie.
Mirka przejrzała zawartość zamrażarki i stwierdziła, że musi niestety iść na zakupy. Michał był w minutę gotowy do wyjścia. W pobliskim sklepie zrobili naprawdę spore zakupy i Mirka stwierdziła, że dobrze jest mieć obok siebie silne męskie  ramię do noszenia wypchanych zakupami toreb.
W domu okazało się, że to męskie ramię jest nawet zdolne do całkiem wydatnej pomocy w gotowaniu. Razem ugotowali obiady na 3 dni dla dwojga. I Mirka musiała się tym faktem zachwycić- jej tata to tylko służył jako podkuchenny do obierania kartofli a Michał potrafił  całkiem fachowo podzielić  kurczaki, doprawić je  do smaku, ułożyć w brytfance i dopilnować gdy się piekły. Zrobienie surówki też nie przekraczało jego możliwości. Przyznał się, że w Krakowie często sam pichci, bo jedzenie na stołówce studenckiej zupełnie mu nie szło.A mama to mu przywozi wecki głównie z pasztetem lub jakimś  mięsem pieczonym, które wykorzystuje do kanapek.
W niedzielę po obiedzie pojechali do rodziców Michała.Przed wyjściem z domu Mirka starannie odprasowała "wdzianko arabskie" i arafatkę, znalazła ładne pudełeczko na wisiorek dla przyszłej teściowej, nawet wyłożyła je  ozdobną bibułką. 
Nie da się ukryć, że była  nieco stremowana. Czuła się niemal jak pies na wystawie
kynologicznej - załapie się na dobre miejsce czy nie? Jedyną pociechą był fakt, że za
dzień lub dwa tak samo poczuje się Michał.
Ale nie było wcale źle - powitano ją serdecznie, rodzice byli ciekawi jak jest zimą w Egipcie, Michał zaraz wyeksponował  jak wiele wiadomości ma  Mirka z zakresu
starożytnego Egiptu. Było trochę śmiechu gdy Michał ubrał tatę w  galabiję,  Mirka z kolei wytłumaczyła dlaczego arafatka jest  w biało- czerwoną pepitkę a nie biało-czarną. Przyszła teściowa rozczulała się nad Mirką, że i pracuje i studiuje. Usiłowała przekonać oboje, że w takim razie powinni się stołować w domu rodziców Michała, ale
Mirka grzecznie wytłumaczyła, że ona prosto z pracy idzie na uczelnię i do  domu dociera około ósmej wieczorem,  czasem później. A Michał stwierdził, że znacznie mniej czasu straci jedząc w domu Mirki niż pokonując dwa razy drogę między domem Mirki a rodziców.
A w ogóle to on chciałby jak najprędzej wziąć z Mirką ślub, ale ona chce by wpierw
obronił pracę, ale będzie nad nią pracował by zmieniła zdanie. W tym momencie  Mirka poczuła, jak jej akcje idą w górę. Nooo- pomyślała- nie głupi ten mój facet. Potem rodzice jeszcze wypytywali się o Egipt i stwierdzili, że w przyszłym roku to oni by się też wybrali do Egiptu zimą. Więc oboje  od razu powiedzieli,  że już wymyślili, że w przyszłym roku  pojadą na tydzień do Kairu i na drugi tydzień do Luksoru lub Karnaku, bo tam są o tej porze temperatury w sam raz do zwiedzania. Mieszkając tam będą mieli nie godzinę na zwiedzanie  ale całe dnie. Michał zastanawiał się głośno co zrobić z mieszkaniem w Krakowie, ale usłyszał, że czynsz ma opłacony do końca roku, a gdy stoi puste to media mało kosztują. A co potem to się postanowi  jak obroni pracę, co przecież nie wiadomo kiedy nastąpi, czy zdąży do czerwca. Spędzili w domu rodziców ze trzy godziny, a na dobranoc  Mirka  została przytulona przez oboje i zapewniona, że się  bardzo cieszą, że będzie ich synową.
Gdy wracali do  domu Michał powiedział- no to już wiem co dostaniemy w prezencie ślubnym - dwa tygodnie pobytu w Egipcie musowo w najlepszym  hotelu. Nas to będzie kosztować ich towarzystwo w Egipcie. Ale to nie wielki koszt, nie są męczącymi ludźmi. A ty awansowałaś na bohaterkę-  bo pracujesz i studiujesz.

                                                                  c.d.n.


poniedziałek, 28 grudnia 2020

Zimowa eskapada -IV

Do Luksoru wyruszyli po bardzo wczesnym śniadaniu, przed nimi było do przejechania   około 360 kilometrów. Zdaniem wielu turystów zespół świątyń w  Karnaku jest jakby wizytówką Egiptu - wystarczy zwiedzić Karnak . To starożytny Egipt w pigułce.
Nazwa Karnak oznacza "najbardziej dobrane z miejsc". 
A zdaniem Mirki i Michała było to najbardziej zadziwiające miejsce. Ogrom tutejszych świątyń wręcz porażał swą wielkością.
Gdy szli do Świątyni Amona Aleją  Sfinksów o baranich głowach a przed każdym sfinksem pomiędzy łapami stał posąg faraona, Mirka stwierdziła, że dziwnie się czuje- zupełnie jak na planie jakiegoś filmu science fiction albo tak jak Alicja w Krainie czarów.
Zadziwiająca  swym ogromem była również sala hypostylowa podparta 134 kolumnami.
Mirka nawet zaczęła je liczyć, ale w końcu się pomyliła i powiedziała do Michała- nigdy nie miałam głowy do matematyki.
Posąg Ramzesa II z różowego granitu był niewątpliwie piękny. Przed nim stał posąg jego żony Nefertari, który  sięgał posągowi Ramzesa zaledwie do kolan, co bardzo rozbawiło Mirkę- popatrz - i dziś niejeden by chciał tak wyglądać na fotografii ze swą żoną. Michał uśmiechnął się i powiedział - ale nie ja, dla mnie żona jest równa mężowi rangą. A często go nawet przewyższa.
Po zwiedzeniu Karnaku pojechali na lunch. W Karnaku było nawet bardzo przyjemnie - termometr wskazywał 22 stopnie C. Po lunchu podjechali do Doliny Królów. To tutaj odkopano grobowiec Tutanchamona , którego  mumię w sarkofagu oglądali w muzeum  w Kairze. Oprócz grobowca Tutanchamona odkryto tu grobowce: Setiego I, Amenhotepa II, Merenptaha, oraz Ramzesa I, Ramzesa IV, Ramzesa V i Ramzesa VI.
Pozostało im jeszcze   Deir el Bahari. To tutaj w  XV wieku przed naszą erą Senenmut, budowniczy królowej Hatszepsut,  która sięgnęła po tytuł faraona, wybudował dla niej świątynię grobową. Świątynia została wykuta w skale. Niestety do czasów współczesnych  dotrwały  smętne resztki a kiedyś były to 3 ułożone kaskadowo tarasy, łączone platformami.
W 1961 roku powstała Polsko-Egipska Misja Archeologiczno-Konserwatorska a na jej czele stanął profesor Kazimierz  Michałowski. I pod  jego kierunkiem zaczęto rekonstrukcję tejże świątyni grobowej.
W 2002 została udostępniona po raz pierwszy dla zwiedzających. Obecnie można  zwiedzić Kompleks Kultu Solarnego oraz Sanktuarium Amona-Re.
I chociaż to tylko rekonstrukcja , ale zrobiła na Mirce i Michale olbrzymie  wrażenie.
Cieszyli się  bardzo, że są tu zimą, bo latem temperatury są tu naprawdę wysokie i nie jest to miłe ciepełko jak w grudniu a powalający upał.
Z Deir Bahari wracali już do swojego hotelu. Byli nieco zmęczeni, ale pełni wrażeń i wciąż wracali myślami do Karnaku.
Idąc do swego pokoju wpadli jeszcze do baru na spóźnioną kolację.
Przed nimi była jeszcze jedna wycieczka - na Jeep Safari. Mieli pojechać do wioski  beduińskiej leżącej na pustyni pomiędzy Nilem a Morzem  Czerwonym. Tego wieczoru Michał zsunął razem ich  łóżka, a Mirka nie  zaprotestowała. Byli oboje  bardzo zmęczeni  a pomimo tego jeszcze  porządkowali swe wrażenia z wycieczki. W końcu zasnęli trzymając się za ręce.
Oboje odkryli, że miło jest zacząć dzień od  zapewnień o uczuciach, pocałunków i pieszczot. Dla obojga było  to coś zupełnie nowego. Ten dzień był dniem wolnym od wycieczek, postanowili więc wyjść po śniadaniu  nieco poza teren swego hotelu. 
I nie był dobry pomysł, bowiem tereny poza hotelowymi były "niczyje" i bardzo źle utrzymane. Szybciutko wrócili więc  na  teren hotelowy. Pograli kolejny raz w mini golfa, tym razem wygrała  Mirka. 
W hotelowym butiku Michał kupił dla swej mamy wisiorek- oczywiście oko Horusa. A co dla taty? -zapytała Mirka. Dla taty nic, bo nie lubi żadnych gadżetów , ale może na lotnisku coś zobaczę albo kupię mu arafatkę. A może  galabiję, jeśli  tylko ma poczucie humoru- powiedziała Mirka. No ale tu ich nie ma-zauważył  Michał. 
Nie szkodzi, ja kupiłam jedną na  bazarze, bo chciałam ci dać na pamiątkę, więc może być dla twego taty. Rozmiar wszak uniwersalny.
A co ty przywieziesz swoim rodzicom?- zapytał Michał. Nic, bo nakrzyczeli na mnie, że wydaję pieniądze na głupstwa i jadę do Egiptu zamiast np. w Beskidy lub na Mazury. No a tak naprawdę są jak co roku obrażeni, że wyjechałam w okresie świątecznym i włóczę się gdzieś po świecie zamiast, jak  Bóg przykazał, wcinać karpia w trzech postaciach i pożerać jakąś postną kapustę, której  już  sam zapach przyprawia mnie o mdłości. Co zabawniejsze  zawsze jest narzekanie na to, że tyle dań trzeba przygotować a potem tyle się garów namyć! Że już pominę milczeniem to zbiorowisko przy stole, bo raz do roku należy znienawidzone kuzynki i ciotki-idiotki zaprosić. Odkąd mieszkam sama to nawet jeśli nie wyjeżdżałam nigdzie zawsze mówiłam, że wyjeżdżam i albo wyjeżdżałam gdzieś ze znajomymi albo siedziałam sama w domu udając, że mnie nie ma w Warszawie.
Pomni wskazówek podanych w  trakcie omawiania z rezydentem owej wyprawy do beduińskiej wioski zakupili słodycze dla beduińskich dzieci i rozmienili pieniądze by były na napiwki dla kierowcy i przewodnika. Bardzo im się podobało, że wystarczyło w butiku powiedzieć hasło "jeep safari" a na ladzie od razu znajdowały się potrzebne atrybuty. Michał wpadł na pomysł zakupienia jeszcze jednej arafatki , by była uzupełnieniem galabiji. Śmiał się, że gdy ojciec stanie przed lustrem w galabiji i arafatce to zaraz zacznie  zapuszczać wąsy, by wyglądać bardziej po arabsku.
Następnego dnia o godz.13,00 wyruszyli w trzy jeepy w drogę. Do celu mieli mniej więcej 70 kilometrów. Szybko doszli do wniosku, że bardzo się cieszą, że nie mieszkają na pustyni. I chociaż ciekawie prezentowały się różne formacje kamienne to jednak  nie chcieli by tu mieszkać nawet tylko tydzień. Tutejsi Beduini byli, jak to określił Michał  "uturystycznieni"- niemal etatowi pracownicy skansenu, żyjący na pokaz. 
Program przewidywał na miejscu dwie atrakcje -  do wyboru - półgodzinną przejażdżkę wielbłądem lub quadem. Michał popatrzył na stojącego wielbłąda i...wybrał quad. Oczywiście Mirka też wybrała  quad. Domyślała się, że siedzenie wysoko na wielbłądzie mogło się Michałowi źle kojarzyć - wszak wielbłądowi "może odbić" i pogalopuje w dal a niewprawny turysta może z jego grzbietu spaść. Ale obojgu najbardziej podobały się opowieści o Beduinach.
Nazwa Beduin pochodzi od arabskiego określenia  pustyni i nazwą tą określano koczownicze lub półkoczownicze plemiona. Sami siebie Beduini nazywają Arabami. Do początku XX wieku ich głównym zajęciem była hodowla wielbłądów, owiec i kóz. W Egipcie  żyje ich około miliona a koczowniczy tryb życia prowadzi zaledwie 1 do 2% tej populacji,  prawdziwymi mieszkańcami pustyni jest około 100 tysięcy osób.
Na całym świecie żyje ich około 21 milionów,  w tym połowa w Sudanie. Plemię  beduińskie żyje w ustroju patriarchalnym , przywódcą grupy jest szejk. Nie mają dokumentów, nie ma ewidencji narodzin i zgonów, dzieci nie chodzą do szkół. Małżeństwa są zawierane w ramach własnego plemienia by zachować swą odrębność i czystość krwi. Wypracowali w sobie prawość, solidarność, gościnność. Dziś wielu Beduinów zajmuje się obsługą turystów-zwłaszcza w Egipcie. Pilotują wycieczki na pustyni, organizują przejażdżki na swych wielbłądach, pełnią role przewodników na trasach  dawnych karawan.
Męski strój to koszula (tawb) z paskiem, płaszcz (abaja) , na głowie jest rodzaj turbanu.
Beduinki noszą czarne  szaty (abaje) haftowane na piersiach i rękawach, na głowie chusty. Ale dzieci ubierane są bardzo kolorowo.
Mężczyźni malują oczy używając czarnego barwnika z  żywicy, nałożony grubo na górny brzeg powieki chroni oczy przed słońcem. Malują oczy bardzo mocno, nadając im  "koci" wyraz. Obie płcie słyną z tatuowania twarzy, z tym, że  teraz młodsze pokolenia odstępują od tego zwyczaju. W wielkiej cenie są....złote zęby i to dla wszystkich osób w rodzinie.  
W wiosce beduińskiej są dwie strefy- kobieca, czyli strefa "zakazana" dla  mężczyzn oraz strefa męska pełniąca funkcję współczesnego salonu - w tym miejscu pije się kawę i herbatę, spożywa posiłki, przyjmuje gości, prowadzi się  rozmowy.
Każdy gość dostaje trzy filiżanki kawy. W każdej z nich jest tak naprawdę łyk kawy. Kawę pije się spełniając trzy różne toasty - toast pierwszy wznoszony jest za gościa, toast drugi pity jest za szablę, wychwala on męstwo Beduinów, trzeci toast jest
wznoszony za....dobry nastrój.
Namioty, w których mieszkają już nieliczne plemiona koczownicze są przeważnie wykonane z gęsto tkanej przez kobiety wełny. Ale w nie turystycznych wioskach coraz częściej namioty są budowane z "byle czego" jak wszystkie slumsy.
Coraz więcej Beduinów porzuca  życie w namiotach i wędruje  do miast. Niestety z powodu  braku wykształcenia mają  problemy ze znalezieniem dobrze płatnej pracy i
zasilają szeregi biedoty.
Kolację jedli w wiosce beduińskiej- oczywiście siedząc "po turecku" na grubych kocach w strefie męskiej. Prawdę mówiąc ten zestaw obiadowo kolacyjny ani Mirce ani Michałowi nie smakował - ani pilaw z ziaren zbóż gotowanych w jogurcie ani 
smażone kulki baraniego mięsa ani cienkie placki z ciasta, maczane w tłuszczu  a potem w cukrze. Herbata była co prawda aromatyczna ale piekielnie  słodka. Jedyne co im jeszcze odpowiadało to...daktyle.
Wracając do hotelu stwierdzili, że muszą teraz iść coś zjeść bo to beduińskie menu zupełnie im nie pasowało.
Przed nimi był już ostatni dzień pobytu. Spędzili go głównie w pozycji  horyzontalnej zastanawiając się jak dalej ułożyć swe życie by być razem.  
Michał już pisał pracę magisterską i jak twierdził nie musiał być z tego powodu stale w Krakowie. Mirka miała w Warszawie pracę i półtora roku do absolutorium.  Michał miał dość ciekawą propozycję pracy po uzyskaniu tytułu magistra, ale poza granicami Polski i nie wyobrażał sobie sytuacji, że on wyjedzie, a tu zostanie Mirka. Postanowił, ze zaraz po przyjeździe do Warszawy rozejrzy się za pracą dla siebie oraz zacznie intensywniej zajmować się swoją pracą magisterską. A pracę mógłby pisać w mieszkaniu Mirki, swoje w  Krakowie wynająłby. Wymyślił również, że powinni się jak najprędzej pobrać, bo wtedy będą siłą rzeczy więcej razem. Mirka nieco chłodziła jego zapał dowodząc, że chyba jednak zbyt krótko się  znają by podejmować taki krok. Że oczywiście, może Michał pisać u niej swą pracę, może często bywać i nocować, ale 
niech weźmie pod  uwagę, że jeszcze jakiś czas pomoc rodziców będzie mu niezbędna, bo najważniejsze by  napisał  i obronił pracę.
A ona osobiście dobrze wie jak  jego rodzice i jej zareagują na taki nagły ślub, bo co z tego, że są "dorośli", skoro nadal nie są w pełni samowystarczalni.
Poza tym ona sobie nie przypomina by Michał poprosił ją o to, żeby została jego żoną.

                                                                 c.d.n.


niedziela, 27 grudnia 2020

Zimowa eskapada -III

Następna wyprawa była do Abu Simbel. Wyjazd był o świcie, a tak dokładnie o 5 rano. Okazało się, że jadą w tym samym składzie co do Kairu, a więc małym busem. Pierwszy "popas" był w Assuanie, gdzie zjedli lunch. 
Po posiłku pojechali na wyspę Aglikia, gdzie znajdował się  zespół świątynny poświęcony Izydzie, który został w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku przeniesiony z wyspy File, która miała ulec zalaniu w związku z budową  Wielkiej Tamy na Nilu.
Z owej zapory mieli  piękny widok na Jezioro Nassera oraz na pierwszą kataraktę na Nilu. Wszyscy pstrykali jak  oszalali zdjęcia, ale nic  dziwnego - i zespół świątynny był piękny i wyspa na którą został przeniesiony. 
Tę noc spędzili w Assuanie w hotelu "tylko trzygwiazdkowym" jak się śmiała Mirka i znów ruszyli w drogę o świcie. 
Śniadanie jedli w busiku. Po trzech godzinach jazdy dotarli do Abu Simbel. Temu zespołowi świątynnemu poświęconemu Ramzesowi II i jego żonie Nefertari podobnie jak i świątyni Izydy groziło zalanie wodami Nilu w chwili uruchomienia zapory. 
A była to niewątpliwie unikalna budowla, cała wykuta w skale. By nie uległa zagładzie z pomocą finansową UNESCO pocięto całą budowlę na 1036 bloków i całość  złożono razem o 90 m wyżej. A pracami kierował nasz rodak- prof. Kazimierz Michałowski.
I Mirka i Michał czuli wielkie wzruszenie - podziwiali cztery olbrzymie posągi Ramzesa i wielką salę wykutą wewnątrz skały.  
Nawet przy obecnej technologii byłoby to gigantyczne przedsięwzięcie a co dopiero w czasach Ramzesa II. Oboje, podobnie jak i współcześni kontrowersyjni badacze zastanawiali się jak to było możliwe przy pomocy prymitywnych miedzianych narzędzi i popierali teorię, że większość tych wspaniałych budowli powstała wcześniej, dzięki wysoko rozwiniętej cywilizacji, która uległa zagładzie. 
W Abu Simbel zjedli lunch i wyruszyli w drogę powrotną do Marsa el Alam. Calutką drogę powrotną dyskutowali o tym wszystkim co tego dnia zobaczyli i przy okazji odkryli, że na wiele  tematów mają takie samo zdanie i bardzo wiele wspólnych zainteresowań. 
Na miejscu byli  około godziny 23,00. Nieco zmęczeni, ale ogromnie zadowoleni.
W drodze do swego pokoju zgarnęli jeszcze kilka butelek picia i  jakieś straszliwie słodkie arabskie ciasteczka.
W pokoju jeszcze długo dzielili się swoimi wrażeniami i spostrzeżeniami. 
Michał stwierdził, że właściwie to dobrze, że jego brat zrezygnował z tego wyjazdu, bo dzięki temu on przede wszystkim poznał Mirkę a poza tym spełnił swoje marzenie w jej towarzystwie. 
A twoja  "była" nie interesowała się turystyką? - zapytała Mira. Ależ tak, interesowała się, ale głównie wyjazdem na Ibizę ewentualnie do Tajlandii. Wiesz- takie "modne kierunki" ją interesowały. Żartujesz chyba z tą Ibizą - powątpiewała Mirka.
Ależ nie, ona była z tych co jadą do Rzymu i tylko papieża w nim obejrzą i ani jednego zabytku, choćby przechodziły  obok pięć razy dziennie. 
Ale wiedziała gdzie są Schody Hiszpańskie, bo na nich bywały pokazy mody.
Następny dzień był dniem  stricte wypoczynkowym - chodzili po terenie, pograli w mini golfa i popływali motorówką i ku niezadowoleniu jej sternika życzyli sobie by pływać statecznie a nie gnać "ile fabryka dała". Po obiedzie wygrzewali się na loggii i nawet zsunęli  swe fotele razem, tak że się stykały. 
Tego wieczoru po raz pierwszy poszli potańczyć. Mirka założyła szpilki i dość obcisłą mini sukienkę z  dużym wycięciem z tyłu, a z przodu pozbawioną dekoltu. Na jej widok Michał cichutko gwizdnął i stwierdził, że będzie musiał pilnować, by się komuś ręka nie chciała zatrzymać na jej plecach. Mirka zaśmiała się - przecież tobie ręka będzie wypadała na tym dekolcie, to bez trudu obcą rękę odtrącisz. No ale jeśli ci się nie podobam w tej sukience to mogę założyć inną.
Dziewczyno, podobasz mi się we wszystkim, nawet w tej piżamce w te  żółte i niebieskie misie, nie mówiąc już o tym jak się super  prezentujesz w bikini. 
No to chodźmy potańczyć. A jeśli zagrają sambę też zatańczysz?- spytał wpatrując się w jej oczy.
Ależ oczywiście, ale nie będzie to taka jaką tańczyłam w klubie. I na popisowego rocka też nie licz- będę tańczyć tak jak się tańczy na każdym dancingu a nie w klubie tańca.
Chcę tańczyć z tobą tak jak mnie poprowadzisz a nie według z góry wyznaczonych i wyuczonych figur. To ma być nasz taniec, nasza wspólna zabawa. 
Poczekaj, jeszcze wezmę pasek z mini torebką, muszę mieć miejsce na chusteczkę, klucz od pokoju i pieniądze. W dość szerokim pasku od wewnętrznej strony miała ukryte dwie kieszonki, ale wcale nie były widoczne gdy miała zapięty pasek.
Z przyjemnością skonstatowała, że Michał rzeczywiście dobrze tańczy.I było jej bardzo
miło tańczyć w jego objęciach. Szczególnie dobrze tańczyło się  jej z nim tango.
Przyznasz  Michał, że zawracanie głowy nogami to duża frajda- powiedziała w pewnej chwili.  Nawet ogromna- zgodził się z nią i nieco mocniej ją objął. 
Nie broniła się, nie odsunęła. Było jej dobrze i bardzo cieszyła się, że jednak nie  zrezygnowała z tego wyjazdu.
Przed północą wrócili do swego pokoju. Następnego dnia mieli wycieczkę do El Quesir.
El Quesir to najstarsze prawdziwe egipskie miasto. Pojechali tam zaraz po śniadaniu.
Organizatorzy zadbali by poczuli się jak najbardziej "po arabsku". Panie dostały damskie galabije, panowie galabije męskie. Trzeba powiedzieć, że o ile panie w swych galabijach wyglądały całkiem nieźle, to panowie wyglądali nieco dziwacznie, co Michał określił jakby wszyscy nagle uciekli z jakiegoś szpitala. 
Galabija męska wygląda tak jak długa do ziemi męska koszula nocna, którą kiedyś nosili nasi pradziadkowie. Egipskie męskie  galabije są białe. 
Damskie są w różnych kolorach, często ozdobione haftem  lub naszytymi kolorowymi taśmami. Nie są jednak tak strojne i barwne jak galabije marokańskie.
Poprzebierani zwiedzili miejscowy meczet, kościół koptyjski,  w restauracji rybnej zjedli obiad. 
 Odwiedzili też bazar a na nim  perfumerię i coffe shop, w którym mogli wypić kawę z kardamonem lub herbatę z hibiskusa oraz zapalić fajkę wodną.
Mirka kupiła na bazarze dla siebie  galabiję w pięknym ciemnoróżowym kolorze, zdobioną pasującym do niej haftem. A że zakupy robiła w czasie gdy Michał usiłował zgłębić bez powodzenia  urok palenia fajki wodnej, kupiła dla niego galabiję, żeby miał na pamiątkę. Postanowiła dać mu ją gdy już dolecą z powrotem do Warszawy.
Na kolację powrócili do swojego hotelu. Ten wieczór spędzili spacerując po terenie. Niewiele osób spotkali, większość spędzała ten czas przy stole z winem i sądząc po zachowaniu niektórych osób, nie tylko wino było w roli głównej.
Podczas spaceru Michał delikatnie objął Mirkę  i wpółobjęci przemierzali teren czasem przystając i podziwiając odbicie księżyca w  lagunie. Wiatr nie  szalał tak jak w ciągu dnia, a zimowe kurtki dobrze chroniły od zimna.
Wędrując pod rozgwieżdżonym niebem  snuli plany swej przyszłej wyprawy do Egiptu- tym razem byli, jak to określił Michał, ledwie przygotowani na ten pobyt. Ale i tak lepiej niż 3/4 będących tu turystów.
Kolejna ich wycieczka miała być wyprawą na pustynię i w ostatniej chwili udało im się zmienić wycieczkę quadami na wycieczkę "Jeep Safari", bo Michał całkiem przytomnie zauważył, że jazda quadami w taki zimny czas może wcale a wcale nie być zabawna i skończyć się niezłym przeziębieniem.
Ten wieczór też spędzili tańcząc. Przebierając się "na tańce" Mirka przymierzyła przy okazji zakupioną przez siebie galabiję, w której zdaniem Michała wyglądała bosko - kolor wybitnie pasował do jej karnacji a długa (niestety za długa i wyraźnie wymagała skrócenia) galabija dodawała jej uroku. W pewnej chwili Michał okręcając ją dookoła przyciągnął ją  do siebie i przylgnął do jej ust. Gdy się od siebie oderwali po naprawdę bardzo długim pocałunku Michał wyszeptał- przepraszam, nie mogłem się opanować- a Mirka szybko powiedziała- nie przepraszaj za to, że pięknie całujesz i że ci się podobam. Ale licz się z tym, że będę chciała jeszcze, a może się nawet uzależnię od  twych ust i co wtedy? Chodź, pójdziemy trochę potańczyć, dobrze mi się tańczy w twoich ramionach.  Po drodze do kawiarni odwiedzili hotelowy butik, w którym mając w perspektywie pustynne safari zakupili dwie arafatki, by chronić się przed piaskiem miecionym przez wiatr. Mirka stwierdziła, że ona  zaniesie je do pokoju, bo chce jeszcze zmienić szpilki- jeden but wyraźnie ją ocierał, więc Michał miał zająć tymczasem jakiś stolik. Gdy wróciła i usiadła przy stoliku Michał  wziął jej rękę i bez pytania o zgodę założył jej na rękę bransoletkę dość lekką, ażurową, z motywem oka Horusa. Z kieszeni wyjął drugą, nieco masywniejszą, ale z tym samym motywem i założył ją na swój nadgarstek mówiąc, że w Warszawie odda do znajomego jubilera by ją przerobił na bransoletkę  do jego zegarka, a tu może ją tak ponosić, na drugiej ręce. I że to jest najprawdziwsze srebro, nawet ma próbę. Mirka tak trochę dla porządku go zrugała, że wydaje pieniądze, ale  bardzo dokładnie obejrzała swoją  bransoletkę, pochwaliła wybór, podziękowała pocałunkiem i stwierdziła, że z tym okiem Horusa to są różne tłumaczenia, bo wg niektórych egiptologów to był   znak oznaczający konkretną ilość czegoś w magazynie.  A według innych to tak zwane "oko udżat", czyli sokole oko boga nieba  Horusa, które  spoczywa na berle. Oko symbolizuje przewidywanie i wszechwiedzę, a berło -władzę. Zaś cały amulet miał użyczać nietykalności i wiecznej płodności i chronił ludzi tak jak i bogów przed niebezpieczeństwem. Więc niech nas oboje chroni przed niebezpieczeństwem- dodała. Przy okazji wymienili się wiedzą na temat "oka", które  w wielu religiach świata miało swą własną symbolikę. 
Michał był pod wrażeniem jej wiedzy i stwierdził, że chyba powinna była pójść na  etnografię a nie na prawo administracyjne. Bardzo Mirkę rozśmieszyło to stwierdzenie,
bo nie bardzo wiedziała gdzie by  potem znalazła pracę. To nie są czasy gdy można było robić studia dla własnej przyjemności. No a poza tym tereny,  na których być może znalazłoby się coś nowego, nieznanego, co można by badać to są raczej na przysłowiowym końcu świata. Bo raczej już nie ma terenów zamieszkanych a do tego nie odkrytych przez "białego człowieka". Poza tym ma raczej dość wybiórcze zainteresowania a o Egipcie już tyle  wiadomo, że głowa mała.
Gdy przed północą wracali do swego pokoju zobaczyli na tablicy ogłoszeń informację, że są dwa miejsca na rejs łodzią podwodną typu semi-submarine. 
Jedyny mankament- rejs zaczynał się i kończył w Hurgadzie, czyli  265 km od miejsca w którym aktualnie byli. Czyli nieco ponad 3 godziny samochodem lub 23 minuty samolotem tanich linii. 
Ten typ łodzi podwodnych ma dość płytkie  zanurzenie i posiada  duże, panoramiczne  okna, przez które można oglądać podwodny świat.
Gdy niezdrowo podnieceni perspektywą takiej podmorskiej wyprawy dotarli do swego pokoju przejrzeli harmonogram wycieczek, które już mieli wykupione i dostrzegli drugi mankament - termin tego pływania pokrywał się z terminem wycieczki do Luksoru. Po "aż" trzyminutowym namyśle wybrali jednak Luksor. Doszli do wniosku, że skoro w przyszłym roku pojadą razem do Kairu to może wtedy też na tydzień do Hurgady i wtedy popływają. 
Michał, a skąd wiesz, że  będziemy za rok razem?-zapytała nieco przekornie. 
Michał spojrzał na nią  z ukosa - wiem, bo jesteśmy jednak dla siebie stworzeni, nie zauważyłaś tego?  
Ale skąd ty to wiesz- Mirka nie odpuszczała. 
Stąd, moja miła, że jesteś jedyną kobietą przy której mam problem z powstrzymaniem się by nie zacałować cię na śmierć, nie nosić kilometrami na rękach, nie trzymać cały czas w uścisku. Boję się tylko, że może nie jestem dla  ciebie dość dobry. To, że jestem "bezprzydziałowy" wynika z tego, że nie spotkałem dotąd takiej dziewczyny, przy której czułbym to, co czuję przy tobie. Przy mojej byłej też tego nie czułem. I wiem, że będę robił wszystko byśmy byli razem. No to może mnie pocałuj,bo już tęsknię za twoim całowaniem- cichutko powiedziała Mirka. Cudna moja, wywołujesz wilka z lasu, nie jestem z drewna, sporo ryzykujesz. Ty też ryzykujesz, możesz się rozczarować. Ale ręka Michała właśnie wyczuła suwak sukienki i pomalutku zaczęła go przesuwać w dół, wezwana na pomoc druga ręka wyzwoliła ciało Mirki z sukienki, zostały tylko  figi i staniczek. 
Wtedy Mirki ręce zabrały  się do aktu pozbywania Michała garderoby- niespiesznie odpinały guziki dżinsowej koszuli, wpierw wyzwoliły  prawą rękę z długiego rękawa a prawa dłoń Michała  powędrowała  do prawej kieszeni dżinsów i ulokowała jej zawartość na nocnym stoliku -to był kolejny zakup Michała w hotelowym butiku, w którym  niemal wszystko można było kupić. Potem ręce Mirki wyzwoliły z rękawa drugą rękę Michała z rękawa koszuli i gdy koszula cicho, bez słowa skargi wylądowała na podłodze zaczęły pracować nad wyzwoleniem go z dżinsów. A ręce Michała bardzo im w tym pomogły. 
Obydwa ciała w wielkim tempie  pozbyły się resztek przyodziewku i stęsknione siebie wzajemnie bardzo mocno do siebie przywarły. To była bardzo pracowita noc - trzeba było wzajemnie poznać preferencje, pozachwycać się sobą wzajemnie, całować, pieścić, przytulać. Było strasznie mało czasu na sen i po raz pierwszy ledwo rano zdążyli na śniadanie.
Po śniadaniu nieco pospali opatrując drzwi wywieszką "nie przeszkadzać" a potem oddali się z całym zapałem swemu nowemu hobby.
Następnego dnia pojechali do Luksoru.
 
                                                                  c.d.n.








Zimowa eskapada - II

 Po obiedzie  postanowili posiedzieć nieco na swej loggii- było tu znacznie zaciszniej niż koło basenu, poza tym chcieli się trochę lepiej poznać. Michał przyniósł z barku napoje bezalkoholowe, na fotelach rozłożyli koce i nawet można się było opalać.Umówili się, że postarają się odpowiadać na pytania zgodnie z prawdą, a jeśli jakiś temat będzie zbyt uciążliwy to po prostu powiedzą, że to  temat nie do rozpatrywania. 
Zapadło na pół godziny niemal grobowe milczenie, w końcu Mirka stwierdziła, że trudno, może podpadnie, ale zapytała czy Michał ma jakąś dziewczynę. Michał uśmiechnął się - pewnie nie uwierzysz, ale nie mam. Miałem, ale na razie jestem wciąż "bezprzydziałowy". Rozleciało się po moim wypadku, nie wierzyła wpierw , że wyżyję a potem, że będę pełnosprawny. Bo nie wyglądało to dobrze. 
A co sobie zrobiłeś?- możesz powiedzieć? 
Mogę- po prostu złamałem sobie nogę i miałem wstrząs mózgu - niby nic wielkiego, ale ta noga ni diabła nie chciała się zrosnąć. Normalnie takie złamanie to powinno się zrosnąć migiem bo teoretycznie w moim wieku kostnina tworzy się szybko a tu nic- ciągle się paprało i nie zrastało. Nawet była obawa, że mi nogę amputują, ale po dwóch operacjach i niemal rocznej rehabilitacji jak widzisz chodzę i to chyba nawet nieźle. Blizny też nie takie tragiczne, już prawie  niewidoczne. 
Profesor, u którego na oddziale leżałem był łaskaw w ramach eksperymentu zespolić mi te kości trwale i gdy po wielu miesiącach jednak się zrosły usunął mi dwie płytki ściągające kości razem. Byłem w pewnym sensie królikiem doświadczalnym. 
A teraz już jestem w pełnej formie, tylko uważam na to co robię i nie wchodzę na żadne wysokości bez ubezpieczenia. Wtedy zleciałem z dachu na działce u przyjaciół moich rodziców. Nie mam też  żalu do dziewczyny, że w czasie gdy leżałem połamany i załamany przestała mnie odwiedzać. Pewnie to nie była właśnie ta dziewczyna, która jest mi pisana. 
A skoro jesteśmy przy tematach drażliwych to powiedz mi skąd znasz mojego brata. Bo tak prawdę mówiąc to wcale on do ciebie nie pasuje. Powiedziałaś, że ostatnio strasznie schamiał, powiedziałbym raczej, że to u niego był od pewnego czasu standard. 
Ja rozumiem, że on pracuje fizycznie ale to chyba nie powód by w kółko przeklinać, nie rozumiem dlaczego chce zejść do poziomu swych kumpli od młotka i kielni. 
Pożarł się z rodzicami i się wyprowadził z domu bo biedaczka w domu gnębili- nie życzyli sobie by wracał codziennie po północy i palił w domu papierosy, bo dym szkodzi jego mamie. No to się uniósł honorem i poszedł do pracy i wyprowadził  domu. 
Dla niego jestem ciamajdą, bo tylko studiuję i nie pracuję. Nikt na moim kierunku nie pracuje oprócz studiowania, bo to trudny kierunek. Ja już teraz zacząłem pisać pracę dyplomową. Pracowałem zawsze w każde wakacje i to najczęściej poza Polską, więc jakieś własne pieniądze mam, a rodzice są zdania, że mają mnie jednego więc pomagają. 
Kupili mi nawet malutkie mieszkanie w Krakowie, żebym się nie gnieździł w akademiku. Raz w miesiącu do mnie przyjeżdżają co można uznać jako inspekcję, ale nie mam o to pretensji, ja ich rozumiem. Mama zawsze mi nazwozi wecków, puste zabierze. Czasem coś nagada, że np. uzbierałem za  dużo prania i muszę się wtedy brać jeszcze w jej obecności za pranie. Albo się przyczepi, że guzik nie przyszyty i nie ma zmiłuj- muszę się brać do przyszycia. 
Przepraszam, zadałem ci pytanie a zagadałem cię na śmierć. 
Mirka roześmiała się. Nie zagadałeś na śmierć, jeszcze żyję. Twojego brata poznałam w klubie tańca rok temu. On jest apodyktyczny, każdemu by wszedł na głowę, ale na początku taki nie był. 
Ja musiałam zacząć pracę gdy się nie dostałam na wymarzone studia, czyli SGH, zabrakło mi punktów, ale tylko z jednego przedmiotu, z matematyki. A jak zaczęłam pracować to trafiłam do działu prawnego i oni mnie zaraz skierowali na prawo administracyjne i teraz mam jeszcze tylko rok do skończenia. Mieszkam w mieszkaniu mojej babci, którą rodzice zabrali do siebie, bo wymaga opieki. Prościej mieć babcię "pod rękę" niż stale, czasem dwa lub trzy razy dziennie do niej jeździć.
Zobacz, to słońce to nawet opala! Zaraz przyniosę krem i się nasmarujemy. I Mirka szybko pobiegła po krem. 
No to już wiem czego zapomniałem - właśnie kremu. Gdy zejdziemy na dół to może będzie gdzieś jakiś kiosk z kosmetykami to zakupię - Michał był wyraźnie zmartwiony swoim gapiostwem. Ale Mirka  wytłumaczyła mu, że ona zabrała 3 duże tubki kremu to im z pewnością na cały pobyt wystarczy, bo przecież codziennie nie będą się opalać  "w całości"- mają sporo wycieczek w planie a wtedy to tylko twarze będą smarować, więc kremu im wystarczy. 
Na loggii przesiedzieli aż do kolacji cały czas rozmawiając.Zupełnie im nie brakowało tematów do rozmów. Mirka tylko poprosiła by więcej nie rozmawiać o niej i Miśku, bo to temat już zamknięty bezpowrotnie i nie ma o czym rozmawiać.
Wieczorem Iza stwierdziła, że pierwsza skorzysta z łazienki. Wyszła z niej w piżamce szczelnie  ją okrywającej i szybko ułożyła się w wybranym przez siebie  łóżku. Zasnęła nim Michał skończył swe wieczorne  ablucje. Była jednak bardzo zmęczona. 
Rano obudziły ją słowa- "przepraszam, że cię budzę, ale Kair na nas czeka, trzeba iść na śniadanie". Otworzyła oczy i zobaczyła Michała siedzącego na podłodze obok  jej  łóżka i ładującego do swego plecaka butelki z piciem, przewodnik po Egipcie w jęz. angielskim, cienki sweter, czapeczkę, piżamę, dodatkową podkoszulkę. Nic dziwnego - przed nimi było do pokonania 750 km do Kairu. Poprosił by przygotowała to co chce zabrać i wszystko wrzucą do jego plecaka. Był to bardzo ciekawy plecak, który po złożeniu mógł z powodzeniem schować się w kieszeni męskiej kurtki. Przed nimi był jeden nocleg w innym hotelu. Mirka oczyma wyobraźni widziała się w olbrzymim  autokarze, ale  na tę wycieczkę było mało chętnych, tylko ci, którzy wykupili ją jeszcze w Warszawie. Jechali  w 10 osób całkiem wygodnym busikiem i zdaniem ich obojga stanowczo za szybko.
Kair poraził ich swą wielkością i kontrastami. Tłokiem i hałasem, kolorami. Jechali przez bogate dzielnice  mieszkaniowe, centrum z biurowcami , przejeżdżali przez zabytkowe  dzielnice islamskie i koptyjskie, dzielnice handlowe  oraz dzielnice biedoty. Kair zdawał się nie mieć końca. Ale przecież gdzieś te 18 milionów ludzi musi mieszkać. Przy nim stolica Polski to główka od szpilki w porównaniu z golfową piłką.
Dwie godziny spędzili w Muzeum Egipskim oglądając najsłynniejsze eksponaty a  gdyby chcieli je zwiedzić dokładnie musieliby na to poświęcić ciurkiem chyba ze dwa dni. 
Na terenie Cytadeli Kairskiej oglądali piękny Meczet Alabastrowy. Przymiotnik "alabastrowy" to informacja dotycząca materiału z którego został zbudowany w ciągu 27 lat. Jest chyba najpiękniejszym zabytkiem Kairu. Zmęczeni , pełni wrażeń a jednocześnie  niedosytu, bo to właściwie był widok Kairu "z lotu ptaka" trafili do hotelu, gdzie zjedli coś pośredniego między kolacją i obiadem. 
Pokręcili się jeszcze trochę po okolicy tegoż hotelu i o 22,00 grzecznie poszli spać. Raniutko, zaraz po śniadaniu wyruszali do Gizy.
Zwiedzanie piramid odbywa się zawsze tak samo. Wpierw wszyscy podjeżdżają pod piramidę Cheopsa - wycieczka wysiada, wycieczka pstryka zdjęcia, wycieczka zwiedza wnętrze piramidy, wycieczka  opuszcza piramidę, wszyscy sadowią się na powrót w swym pojeździe. 
Teraz podjeżdżają pod Piramidę Chefrena - wycieczka wysiada, terkoczą mechanizmy kamer, pstrykają migawki, uśmiech, znak V z palców, zdjęcia, wycieczka wsiada do swego pojazdu. 
Zajeżdżają na  punkt widokowy - nie ma końca zdjęciom z gatunku: trzymam rękę na czubku piramidy, wdrapuję się na piramidę, zobaczcie jakie one malutkie. Mirka stoi poważna, zero wygłupów, w końcu Michał mówi - uśmiechnij się choć troszeczkę. Po chwili wręcza swój aparat jednemu ze współuczestników i prosi by sfotografował ich razem na tle  piramid. Nie wie jeszcze , że to właśnie zdjęcie będzie przez najbliższy rok stało u niego na biurku i wisiało u Mirki nad biurkiem.
Teraz jazda pod Sfinksa - wycieczka wysiada, wycieczka fotografuje Sfinksa i siebie wzajemnie, wycieczka wydziwia jaki ten faraon był brzydki, inni twierdzą, że to uczłowieczona  głowa lwa. Wycieczka wsiada do autokaru i opuszcza płaskowyż .
Część wycieczki zastanawia się  "czy warto było", część jest pewna, że warto było bo będzie się można pochwalić zdjęciami wśród znajomych. A nieliczni, wśród nich Mirka i Michał są zdecydowani powrócić tu jeszcze raz . Wrócimy tu jeszcze, dobrze?
Ale przyjedziemy tylko do Kairu i sami sobie opracujemy trasę jeszcze w Polsce- proponuje Mirce Michał i delikatnie całuję ją w rękę dodając - to z radości, że jestem tu z tobą a nie sam. Mirka pozostawia swą rękę w jego i jakiś czas siedzą w busiku trzymając się za ręce.
Mirka zaczyna rozmyślać o tym, jak bardzo różni są ci stryjeczni bracia. Wspomnienie "byłego Michała" blednie, ma szansę rozpłynąć się w powietrzu. I może dobrze, że poznała wpierw ten mniej miły wariant  Michała, bo mniej zaborczy, bardziej delikatny i nieco chyba nieśmiały Michał nr 2  coraz bardziej zyskuje w oczach Mirki.
Do swego hotelu w Marsa el Alam docierają o trzeciej nad ranem. Piją gorącą herbatę, wzmacniają się  barowymi chipsami i idą do swego pokoju. Jeszcze tylko prysznic i każde  ląduje w swoim łóżku. Michał jeszcze raz dziękuje jej za tę wycieczkę.
Dobrze, że śniadanie można tu zjeść do godziny 10,30. Są jeszcze nieco zmęczeni więc po śniadaniu zalegają na loggii. Mirka pilnuje by się dobrze wysmarowali kremem. Zimowe słońce też wszak może  zaszkodzić skórze. 
Michał studiuje swój przewodnik po Egipcie i co jakiś czas przekazuje informacje Mirce. Mirka bardzo stara się nie usnąć, w końcu wstaje z fotela i mówi - nie wiem jak ty,  ale ja muszę się jeszcze przespać i wracam do pokoju. Nie  chcę spać na słońcu to co najmniej niezdrowe. Michał uśmiecha się i mówi - to ja chyba ci potowarzyszę w tym spaniu, ale jednak nastawię alarm w komórce, żebyśmy się załapali na obiad.

                                                           c.d.n.



sobota, 26 grudnia 2020

Zimowa eskapada

 Od trzech godzin Mira czekała na przyjście Michała. Przez pierwszą godzinę czekała spokojnie - Michał nie należał do osób punktualnych, notorycznie się spóźniał na niemal wszystkie  spotkania. Za 4 dni mieli lecieć razem do Egiptu i tam spędzić święta Bożego Narodzenia i Sylwester. Usiłowała dodzwonić się do niego na komórkę, ale wciąż był komunikat, że abonent jest poza zasięgiem.

Zdenerwowana postanowiła  zatelefonować do mieszkania, w którym z kolegą wynajmowali dwa pokoje. Po kilku sygnałach usłyszała wreszcie obcy głos - taaaak, słucham? Przedstawiła się i zapytała czy zastała Michała. Michała? - upewnił się obcy męski głos. Tak, Michała. A to może pani Mirka dzwoni? Tak, przecież powiedziałam na początku.  No to chwileczkę- bo ja mam coś pani przeczytać, zaraz odczytam: "Miruniu, między nami wszystko skończone, uparłaś się na ten Egipt, to sobie do niego leć, ja jadę w Bieszczady. A w samolocie i tam na miejscu będzie obok ciebie mój dla ciebie prezent  świąteczny- uosobienie punktualności i kultury,  z gatunku homo-nie wiadomo, więc krzywdy ci nie zrobi, bo grzeczny z niego facecik. I zawsze zadbany i nie jest łajzą, jak ja. Załatwiłem wszystko w biurze podróży, nic na tym nie stracisz finansowo, choć może się nie zabawisz tak szaleńczo jak my byśmy się bawili. Ale on całkiem dobrze tańczy i ma poczucie  humoru. Misiek."  Słyszała pani dobrze? - dopytywał się głos. Tak, dziękuję - odpowiedziała i odłożyła słuchawkę telefonu na  miejsce. Poczuła się tak, jakby przejechał po niej walec drogowy.

Spojrzała na  zegarek - biuro turystyczne już na pewno jest zamknięte, wpadnie tam jutro. Ale czy zwrócą jej pieniądze jeśli teraz zrezygnuje z tej wycieczki? Pewnie nie, ale choć wycieczka nie była bajońsko droga to jednak trochę kosztowała. Dobrze, że hotel nie był pięciogwiazdkowy, miał tylko cztery gwiazdki.

Następnego dnia pojechała do biura  w którym wykupili wycieczkę. Ku jej wielkiemu zdziwieniu na liście wczasowiczów  nadal figurował Michał. Dowcipniś, pomyślała. Może tylko chciał mnie zdenerwować. Ostatnio faktycznie niezbyt im się układało, o wszystko się kłócili.  Mira była bardzo słowna, punktualna, typowa odpowiedzialna osoba. Michał się z niej naśmiewał, nie mniej  były pewne aspekty życia, w których było im razem świetnie - regularnie bywali w klubie tańca i stale razem tańczyli. Chociaż ostatnio to i z powodu tańca były spory. I o to, że Mirka coraz mniej ma dla niego czasu, bo zaczęła studia wieczorowe. On też studiował wieczorowo, ale sporo wykładów  opuszczał.  Nie zależało mu na bardzo dobrych ocenach, a ten "papierek" ukończenia studiów był dla niego najważniejszy a nie ocena z jaką się dyplom uzyskało.

Mira postanowiła nie reagować na to co usłyszała przez telefon. I nie rezygnować z wyjazdu. O spędzeniu zimowego urlopu w Egipcie marzyła od lat i wykupiła wszystkie proponowane przez biuro wycieczki - do Luksoru, Kairu, Abu Simbel, El-Queseir i wyprawę na pustynię. A ponieważ  serce miała dobre to oczywiście wykupiła je też dla Michała, co doprowadziło do małej awantury, bo Michał nie życzył sobie by ktoś mu układał pobyt, a zabytki Egiptu mało go interesowały. Zgodził się na ten wyjazd, bo wolał poleżeć na plaży i potańczyć wieczorem  na dancingu niż siedzieć z rodziną za zastawionym stołem i nudzić się.

Wylot był o zupełnie  niechrześcijańskiej godzinie- zbiórka na lotnisku  o 23,00, na miejsce przylatywali bladym świtem. Na lotnisku bez  trudu odnalazła grupę pod plakatem Marsa el Alam, opiekun grupy "odptaszkował" ją na liście i przy okazji zobaczyła, że Michał też jest "odptaszkowany". Oddała swój bagaż i zaczęła się rozglądać za Michałem. W tym momencie usłyszała, że jest proszona do stanowiska informacji. 

Przy informacji stał młody człowiek w jakiś dość nieuchwytny sposób podobny do Michała. Podszedł do Miry i się przedstawił : Michał Sz. stryjeczny brat Michała Sz. Na dowód wyciągnął z kurtki swój paszport i podał Mirce - na zdjęciu był bardziej podobny do  Michała, którego znała a z danych osobowych wynikało , że jest  równo o rok i kilka dni od niego starszy. Chcę panią przeprosić ale Michał nie podał mi pani numeru telefonu ani adresu, pewnie dlatego, żeby pani nie zrezygnowała z tego wyjazdu gdy się pani zorientuje, że on nie jedzie. Nie chciał jechać do Egiptu i w swoje miejsce wstawił mnie, tym bardziej bez problemu, że wizę dostaniemy dopiero na lotnisku. A ja już dawno chciałem pojechać do Egiptu, a jeszcze gdy się dowiedziałem, że są wycieczki do miejsc, które bardzo chciałem zobaczyć to się zgodziłem. Choć wiem, że to raczej nie było wobec pani w porządku. I szczerze przepraszam, ale pokusa była ogromna. Na miejscu postaram się załatwić sobie za dopłatą "pojedynkę", o ile takowe będą. I oczywiście zwrócę pani wszystkie koszty, jakie pani poniosła. Poza tym wiem, że w tym czasie woda jest zimna, więc raczej pływania nie będzie, ale za to będzie dobrze szło zwiedzanie, bo nie będzie wściekłego upału. A z tego co wiem, to ten hotel ma nie jeden basen.

Mirka przez chwilę milczała , w końcu powiedziała - podobno tam są duże pokoje więc jakoś się pomieścimy, nie będziemy przez jednego kretyna robić przedstawienia. Nie będzie tam takich upałów byśmy musieli biegać po pokoju nago. I mówmy sobie po imieniu, będzie  prościej. Może gdybym  dla niego nie wykupiła tych wycieczek to by pojechał. 

"Dubler" stwierdził spokojnie - obawiam się, że nie, jego interesowało nurkowanie, a nie zwiedzanie. Gdy dowiedział się, że woda o tej porze zimna postanowił nie jechać- tak mi to tłumaczył. Był u mnie z jakąś dziewczyną i ich zachowanie wskazywało na wielką zażyłość. To z nią się wybiera w Bieszczady. Mirka wzruszyła ramionami - no cóż, krzyżyk na drogę. Chodź, już trzeba  iść na odprawę paszportową. Czy odpowiada ci, gdy mówię na ciebie Michał czy masz jakieś inne preferencje , jak twój brat stryjeczny? Nie, nie mam, jestem po prostu Michał, a jak do ciebie mówić? Zwyczajnie, Mira lub Mirka. Co wolisz. Nie wiem, obie wersje mi się podobają, a nie znam osobiście żadnej dziewczyny o tym imieniu. Mira roześmiała się- no to masz okazję poznać.  

Była zdenerwowana,  w środku rozedrgana - z jednej strony wściekła i rozżalona, z drugiej szczęśliwa, że jedzie wreszcie do Egiptu, z trzeciej strony ten inny Michał budził w niej zaciekawienie - był zupełnie inny niż jego stryjeczny imiennik. Przede wszystkim emanował spokojem - stał przy niej nieruchomo, wpatrywał się w jej oczy gdy coś do niego mówiła, widać było, że dba o swój wygląd, miał starannie wyczyszczone buty, zadbane dłonie, był starannie ogolony i dobrze ostrzyżony, miał czyste i nie postrzępione dżinsy, a kurtka była wyraźnie z "wyższej" półki. Nie kręcił się w miejscu, nie odchodził co chwilę - poza imieniem i nazwiskiem nie miał niczego wspólnego ze  swoim stryjecznym bratem.

Gdy na schodkach wsiadając do samolotu lekko się zachwiała natychmiast ją zaasekurował, w samolocie poprosił by wybrała miejsce które jej bardziej odpowiada, w czasie lotu interesował się czy aby nie za bardzo na nią wieje nawiew. W czasie tej ponad czterogodzinnej podróży starali się  coś niecoś  dowiedzieć o sobie wzajemnie. 

Mirka była zdziwiona, że "dubler" też mieszka w Warszawie i to bardzo niedaleko od jej znanego Michała, odległość wynosiła nieco mniej niż kilometr a nigdy o nim nie słyszała. Być może dlatego, że ja studiuję na AGH w Krakowie, przez okres studiów to widzieliśmy się zaledwie kilka razy, poza tym on uważa mnie za mięczaka i ciamajdę. Bo nie przerwałem studiów i nie poszedłem do pracy tak jak on. A poza tym kończę studia rok później, bo miałem wypadek i po nim długą przerwę. No i kierunek jest według niego dość "wydumany", bo to jest inżynieria biomedyczna. I to wcale nie  są lekkie studia, jest naprawdę sporo wiedzy do ogarnięcia.

Po ponad czterech godzinach lotu wylądowali na miejscu. I wcale a wcale nie było ciepło. I jakoś się w swych zimowych kurtkach nie zgrzali. Trochę czasu trwało wykupienie wiz na lotnisku i mniej więcej w dwie godziny później zameldowali się w hotelu usytuowanym w zatoczce nad niewielką laguną. 

Całe Marsa el Alam jest na  starej rafie koralowej Morza Czerwonego. Wiele hoteli ma dostęp do wody tylko z pomostów, które łączą ze sobą niektóre części rafy. To bardzo wietrzne miejsce i podobno latem też tu ciągle wieje. Za to świetne do wind surfingu.

Hotel był ładny, a pokoje naprawdę duże. Łóżka nie stały zestawione razem i nie były to  wąskie 90 cm a o szerokości 120 cm. Pokoje miały duże loggie z rozkładanymi fotelami i niedużym stolikiem i wszystkie wychodziły na hotelowe baseny. Trochę ich rozśmieszyły palmy rosnące  w ściśle określonych miejscach ,  "pod sznurek", każda miała posadzone jakieś rośliny u podstawy  a wszystko razem okolone ceglanym "krawężnikiem", co dawało złudzenie, że palmy rosną w doniczce wkopanej w podłoże. 

Na wyposażeniu pokoju był duży odbiornik TV, biurko, nieduży stolik, 2 krzesła, szafa w ścianie. Łazienka miała dużą kabinę  prysznicową wyposażoną w siedziszcze, oprócz niej była jeszcze spora umywalka i kilka półeczek z kosmetykami. 

Na poziomie zerowym długiego dwupiętrowego budynku odwzorowującego połówkę  basenu  był ogródek kawiarniany z widokiem na baseny.  Jedna z części dużego  basenu miała jakieś  nieduże górki piaskowe, zapewne dla dzieci. W sumie cały teren sprawiał miłe wrażenie, nawet te palmy rosnące "pod sznurek". Była duża  sala jadalna, ładnie urządzony był hol hotelowy. Poza basenami były tu również tereny sportowe. 

Oboje postanowili cieszyć się z tego pobytu i wynajdywać same dobre strony. Nie było co prawda upału i zapewne  zamiast obok basenu będą się opalać na loggii bo 19 stopni ciepła i wiatr raczej nie sprzyjają korzystaniu z basenu. Ale przyjechali z kraju, w którym teraz temperatura oscylowała około zera i padał deszcz ze śniegiem  a rano na chodnikach była warstewka lodu, więc jednak tu było przyjemniej.

Wiesz, właśnie doszłam do wniosku, że dobrze Misiek zrobił, że tu nie przyjechał - cały  czas  by się złościł i narzekał- powiedziała Mirka. I właściwie dobrze się stało, że ze mną zerwał. Jak na niego to w całkiem kulturalny sposób. Bo ostatnio wyraźnie schamiał. Będę tylko musiała zmienić klub, żebyśmy się nie spotykali. I znaleźć innego partnera do tańca. I jest spory plus tej sytuacji -koniec z sambą. Bo on tylko sambę uznawał. No niezły był, ale ja marzyłam by tańczyć nie tylko sambę. To też jeden z powodów naszych kłótni. Nie chciałam zamykać się w kręgu samby. A co lubisz tańczyć - zapytał. Właściwie wszystko, najbardziej tango argentino, walca angielskiego, rocka, bolero -właściwie to wszystko przy czym można się poruszać do rytmu. Uwielbiam muzykę, dużo jej słucham, nie tylko muzykę taneczną, klasykę też.

A więc wygląda na to, że dobrze  powinien nam się ułożyć ten pobyt - oboje jesteśmy zainteresowani starożytnym Egiptem, lubimy tę samą muzykę i lubimy  tańczyć - podsumował Michał. Wybierz zatem łóżko, na którym będziesz spała i półki w szafie.  I wiesz co, za chwilę będziemy musieli iść na śniadanie. Ja to już nawet zgłodniałem, a  ty? Mnie to się zwyczajnie chce pić, napiłabym się kawy. Jak nie dadzą do śniadania to pewnie padnę - nisko ciśnieniowa jestem. Ale mam nadzieję, że dadzą, to jednak 4 gwiazdki.

Z tymi gwiazdkami tu to zupełnie nie wiadomo- oglądałem prospekty i kilka hoteli trzygwiazdkowych było droższych od  czterogwiazdkowych i zastanawiam się dlaczego. I to w tym samym polskim  biurze podróży.  No bo gdyby w różnych to bym się nawet nad tym nie zastanawiał, ale w jednym?

Po śniadaniu (kawę zaserwowali) była krótka informacja,  na temat,  co gdzie się tu znajduje, podane terminy wycieczek , dodatkowe zapisy dla tych którzy są chętni i przy żywej gotówce, czyli posiadają dolary. Pierwsza wycieczka była do Kairu i to już następnego dnia. Oczywiście z przewodnikiem, wyjazd w godzinę po śniadaniu i "suchy prowiant" na drogę. Po powrocie obiado -kolacja. Ktoś zaczął się dopytywać a co będzie z wigilią, która wypadała za  dwa dni i większość ryknęła gromkim śmiechem, ale opiekun grupy spokojnie wytłumaczył że to nie są jakieś świąteczne wczasy i żadna wigilia nie była przecież   w programie pobytu przewidywana, więc brak owej wigilii nie powinien być dla nikogo zaskoczeniem.

Mirka z Michałem poszli zwiedzać teren- słońce pięknie świeciło i wiał cały czas dość silny wiatr, więc oboje wrócili się po kurtki- w samym swetrze było jednak zbyt  chłodno. Swetry zostawili w  pokoju, wzięli kurtki.Teren był naprawdę spory i mógł pomieścić mnóstwo osób. Nad basenami były rozstawione łóżka do opalania, fotele, parasole. I wszędzie   palmy rosnące pod sznurek w tych pseudo doniczkach. Generalnie było ładnie ale w pewien sposób wielce sztucznie.  Woda w morzu była bardzo zimna, niczym nie różniła się temperaturą od wody w Bałtyku. Miała natomiast zupełnie inny kolor.

                                                       c.d.n.

P.S.

Jak zwykle  proszę albo o kilka słów a przynajmniej o znaczek graficzny :) lub :(

wtorek, 22 grudnia 2020

Nie wigilijna opowieść -XX

Jest takie powiedzenie: "operacja się udała, pacjent  zmarł" i było ono adekwatne do zaistniałej sytuacji - gdy któregoś dnia Marysia pojechała jak zwykle rano do szpitala okazało się, że w nocy ojciec umarł. Marysia zatelefonowała czym prędzej do Karola, który tego dnia za nic nie mógł przyjechać, bo po południu  miał zaplanowaną operację w klinice. Ale udało mu się wyrwać na 3 następne dni i po operacji wyruszył w drogę. Do Sopotu dojechał około 2 w nocy. Marysia czekała na niego i po raz pierwszy Karol nocował w domu Marysi. Był zmordowany do granic wytrzymałości, bo operacja wymagała wielkiej uwagi i precyzji i niemal  prosto z kliniki ruszył w drogę opiwszy się  kawy, żeby nie zasnąć za kierownicą. Marysia telefonowała do niego, by nie jechał przypadkiem nocą i ruszył w drogę dopiero  wczesnym rankiem, ale Karol zapomniał po operacji o włączeniu telefonu i nie odbierał. Siedziała więc do jego przyjazdu przy oknie by przypadkiem Karol nie obudził w nocy Tolka i jego rodziny. Karol był tak zmordowany, że już nawet nic nie pił tylko ledwo się rozebrał,  położył i  natychmiast zasnął.

Obudził się po 2 godzinach i ze zdziwieniem zobaczył, że obok niego śpi Marysia niemal  naga, przyodziana w króciutką  przezroczystą koszulkę, która właściwie niczego nie osłaniała. Pomyślał, że ze zmęczenia majaczy, nie mniej się do swego snu przytulił. Około 10 rano obudził się z wtuloną w niego Marysią. To był wielce zaskakujący poranek i to z wielu powodów. Bo nagle jego męskie kłopoty minęły jak ręką odjął  a Marysia zaledwie 7 lat od niego młodsza, okazała się rewelacyjnie niedoświadczona w dziedzinie seksu, bo rybak bardzo rzadko i byle jak egzekwował swe małżeńskie przywileje. Pływał długo na  połowach dalekomorskich, na statkach przetwórniach a jak był na lądzie to głównie interesował go hazard i alkohol. A gdy był po alkoholu to na ogół w  stanie nie do użytku i Marysia zamykała się w swoim pokoju na klucz. Ale skąd Iza o tym wiedziała i powiedziała mu by Marysię traktował jak płochliwą dziewicę? Jego podziw dla  Izy znów wzrósł o kilka kresek. Niespodzianką było też dla niego ciało Marysi nie adekwatne do jej metryki - na czym jak na czym ale na ciele kobiet to się Karol znał naprawdę dobrze.  Ciało Marysi było naprawdę  w świetnym gatunku. Elastyczne i sprężyste, które nigdy nie  było na zmianę tuczone lub odchudzane, gładziutkie jak wypolerowane. Zachwycała go też Marysia swoją reakcją na jego pieszczoty ale  i też swoim wielkim  zdziwieniem tym co ona sama odczuwa . Sprawiała wrażenie wielce czułego instrumentu reagującego na każdy  dotyk jego ust lub rąk. Dotarło  do niego, że po raz pierwszy w życiu nie zainteresował się czy będą jakieś konsekwencje tego seksu bez żadnych zabezpieczeń. Trochę go to nurtowało i zapytał Marysię co będzie, jeśli okaże się że będzie w ciąży. Marysia patrząc mu w oczy  spokojnie powiedziała - jeśli będziesz ze mną tak jak obiecałeś to wychowamy dziecko razem, jeśli odejdziesz to wychowam je sama. Pewnie nie uwierzysz, ale jeśli zajdę w ciążę teraz to urodzę chłopca , bo to sam środek cyklu i seks poranny, gdy ty masz jeszcze dużo sił. Sex wieczorny gdy mężczyzna jest po całym dniu pracy sprowadza  na świat przeważnie dziewczynkę. To stara mądrość naszych  babek - chcesz mieć córkę - uprawiaj seks tylko wtedy gdy mąż jest zmęczony.  A dlaczego lekarz  żaden nic o tym nie wie?- dziwił się Karol. No bo to są podobno przesądy-wyjaśniła  Marysia.  No a po jakim seksie rodzą się w takim razie bliźniaki?-dopytywał się zaciekawiony.  Wg przesądów to po prostu kwestia dziedziczenia - jeśli w którejś rodzinie nawet dawno temu urodziły się bliźnięta to co jakiś  czas będą się one u członków tych rodzin powtarzać - jednojajowe gdy występowały w rodzinie mężczyzny a dwujajowe gdy występowały w rodzinie kobiety. Marysiu, ty naprawdę w to wierzysz? Nie wiem, niczego nie sprawdzałam, mówię ci tylko co mówią na ten temat przesądy. Chyba jednak powinniśmy wstać- ale Karol bardzo zaprotestował- oj nie, jeszcze trochę daj mi się sobą nacieszyć, jeszcze mi trochę sił zostało, proszę. Może  faktycznie będziemy mieć syna? 

Gdy już się Karol trochę nacieszył Marysią wyszli z domu i pojechali załatwiać formalności pogrzebowe oraz złożyć dokumenty potrzebne do zawarcia małżeństwa.

Marysia była spokojna co nawet nieco zdziwiło Karola - i jakby w odpowiedzi na jego zdziwienie Marysia powiedziała- ja wiedziałam, że ojciec umrze spokojnie  gdy tylko się dowie, że wyjdę za mąż. On się  trzymał życia ze względu na mnie, bo  mówił, że samotna kobieta nie jest przez społeczność szanowana. Już od dawna chorował, lekarz już dawno go wysyłał do szpitala, ale przecież nikt pacjenta na siłę nie zawlecze do szpitala. Już miałam zamiar go oszukać nawet, bo widziałam, że goni resztką sił. Ale wtedy ty mi się oświadczyłeś. Ty jesteś bardzo dobrym człowiekiem. A pani Iza mówi, że jesteś wspaniałym przyjacielem.  I tyle mi pomagałeś a przecież nawet mnie nie znałeś. To chyba jakieś przeznaczenie. Marysieńko tu wszyscy dookoła wciąż mówią o przeznaczeniu.Tolek i Iza też. A Iza ma jakiś szósty zmysł, prześwietliła mnie na wylot. Powiedziała mi prawdę o mnie, to wszystko czego nigdy o sobie nie wiedziałem, bo o tym nie myślałem. Zmusiła mnie do przemyślenia wszystkiego, istna czarownica z niej. 

Mężczyźni wszystkie mądre kobiety nazywają czarownicami bo się ich boją - stwierdziła Marysia. Kiedyś owe czarownice topili lub palili. Bo nie chcieli uznać mądrości kobiet, tego, że są kobiety które mogą mężczyzn "rozgryźć". Ale ja nie jestem czarownicą, gdybym była nie wyszłabym przecież za mąż za tamtego. Jestem dość naiwna i wierzę we wszystko co mi mówisz i mam nadzieję, że to wszystko co mówisz jest prawdą. Marysieńko, nigdy nie mówiłem kobiecie że ją kocham  tylko po to by ją wykorzystać seksualnie. Seks naprawdę całkiem dobrze funkcjonuje i smakuje bez miłości, wystarczy pożądanie. Zwłaszcza gdy idzie o mężczyzn. A wiele kobiet też tak funkcjonuje, ale starannie to ukrywają bo wmówiono im, że tak nie wypada.

W szpitalu odebrali świadectwo zgonu, w zakładzie pogrzebowym Marysia wybrała kremację, czemu Karol przyklasnął, miejsce było  już zapewnione  w grobie rodzinnym, ba nawet na tablicy należało tylko uzupełnić datę śmierci- reszta już była wyryta w kamieniu. Po prostu gdy kilka lat wcześniej zmarła matka Marysi ojciec kazał od razu wyryć na tablicy nagrobnej swoje dane.Niestety na kremację trzeba było zaczekać, zwłaszcza, że była w miejscu dość oddalonym od Sopotu.  Marysia zapytała się Karola, czy on będzie na pogrzebie. Pytanie nieco zdumiało Karola, bo dla niego była to  "oczywista oczywistość" a Marysia mu wytłumaczyła, że skoro nie będzie sama przy tej ceremonii to nie zaprosi  dalszej rodziny, bo ojciec nie utrzymywał z nimi kontaktów od wielu lat a odkąd mieszkał w Sopocie zwłaszcza. I ona ich tylko zawiadomi, że zmarł. I może się założyć o duże pieniądze, że nikt po otrzymaniu od niej tej wiadomości nie zatelefonuje do niej by się spytać kiedy pogrzeb. Pogrzeb jej matki też ich nie interesował. A wszystko dlatego, że ojciec się ożenił nie  z tą kobietą z którą życzyli sobie jego rodzice. 

Termin ślubu mieli wyznaczony za  sześć tygodni, tak by już było po pochówku. Pozostała do omówienia kwestia ich wspólnego mieszkania po ślubie - Karol powiedział, że to ona ma wybrać miejsce ich zamieszkania. Albo Warszawa albo Sopot. On pracę znajdzie w Gdańsku bez problemu, a nawet jeśli w Gdańsku mniej zarobi nie będzie tragedii - jest zabezpieczony finansowo. Marysia wbiła w niego swe piwne oczęta i wyszeptała - ja bym wolała tutaj, w tym domu wybudowanym przez ojca. Ale pójdę za Tobą wszędzie gdzie zechcesz. No to zamieszkamy tutaj,mieszkanie warszawskie wynajmę bez trudu. A ja się tutaj rozejrzę za jakąś pracą-  albo tu albo    w Gdańsku, na razie mam jeszcze jeden miesiąc urlopu bezpłatnego - powiedziała Marysia.

Gdy wrócili do domu Karol zatelefonował do Izy z pytaniem, czy mogą do nich wdepnąć na trochę - kupili po drodze ciacha i chcą się wprosić na kawę. Oczywiście - Iza się ucieszyła i powiedziała, że kawa będzie, ale po obiedzie który ona ma już gotowy i ich na niego zaprasza. Do stołu siądą za 15 minut bo Tolek dojedzie pewnie za 5 minut. Gdy wchodzili do domu Tolków Karol śmiejąc się od ucha do ucha nadał Izie sekretny znak pani Basieńki i jeszcze porozumiewawczo mrugnął. Zaraz po wyściskaniu Izy, dzieci, wymienieniu powitań z rodzicami Tolka powiedział - od dziś za 6 tygodni będziemy oficjalnym małżeństwem. A na razie jesteśmy nieoficjalnym. Gdy tylko  przyjechał Tolek i uwolnił się od wieszających się na nim dzieciaków usiedli do stołu - oczywiście w kuchni, bo jak zauważyła Iza łatwiej sprzątnąć podłogę w kuchni niż dywan w pokoju. Przy kawie i ciachach Karol opowiedział o wszystkim co już załatwili i o tym, że będą  wkrótce sąsiadami, bo Marysia chce pozostać w domu swego ojca. A dopóki Karol nie  zakończy swoich spraw w Warszawie będą krążyć pomiędzy Warszawą a Sopotem. Nie może tak nagle przestać działać w klinice, muszą tam znaleźć kogoś na jego miejsce. No i musi porozmawiać ze swoim kolegą o pracy w Gdańsku. I że muszą jeszcze podać do USC  dane swych świadków, czyli Izy i Tolka.

A Iza i mama niemal chórem powiedziały, że po ślubie tu u nich będzie takie rodzinne przyjęcie i oczywiście nie w kuchni a w salonie. Karol usiłował coś protestować, ale Iza spojrzała się na niego i powiedziała - w tej rodzinie rządzą kobiety, nikt się ciebie nie pyta o zdanie. Jesteśmy po prostu rodziną zastępczą Marysi, a to rodzina zawsze organizuje z tej okazji przyjęcie. Ty co najwyżej możesz oprotestować kilka dni wcześniej menu, które zaproponujemy. I musisz mi podać swój "rozkład jazdy" po ślubie i to dość szybko. A po ci Izuniu mój rozkład jazdy po ślubie-zapytał zdziwiony Karol. Tolek roześmiał się i powiedział- ja się domyślam, ale zapewniam cię, że ci nie powiem, bo mi życie miłe. Jak widzisz, Karolu, pod pewnymi względami nie łatwo być mężem Izy. Ale uwielbiam to moje niełatwe życie  z nią. Wiecie co przyszło mi na myśl? powinniśmy zrobić sobie wewnętrzną furtkę  między naszymi ogrodami, żeby ciągle nie wychodzić na ulicę gdy się chce przejść z domu do domu- stwierdził Tolek. Kto się zgadza  ręka w górę! I wszystkie ręce były w górze, nawet bliźniaków.

                                                                  Epilog

Zarówno pochówek ojca Marysi jak i ślub odbyły się bez żadnych zakłóceń. Do ślubu Iza zrobiła Marysi makijaż taki, że wyglądała niemal jak modelka Rafaela Santi. Karol nie mógł wręcz oderwać oczu od Marysi, zwłaszcza że odpowiednia  bielizna poprawiła linię dekoltu Marysi.

A prezentem ślubnym od Izy i Tolka był tygodniowy rejs barką po kanałach Holandii. Gdyby Karol mógł mieć więcej wolnego czasu zafundowaliby im 2 tygodnie, ale wciąż jeszcze miał zobowiązania wobec warszawskiej prywatnej kliniki i trudno było wytłumaczyć pacjentom, którzy wybrali jego by oddali się w ręce innego chirurga. W 10 miesięcy po ślubie rodzina im się powiększyła o ślicznego chłopczyka i Karol nie mógł wyjść ze stanu zadziwienia jak skuteczny był seks poranny w środku cyklu. Co prawda nie był to efekt pierwszego razu, ale jednak.

Z czasem Karol przeniósł się do Gdańska i z kilkoma kolegami utworzyli spółdzielnię lekarską. Iza i Marysia nie podjęły już pracy zawodowej, co nie oznaczało, że sterczały całymi dniami przy garach. Bliźniaki traktowały synka  Marysi i Karola jak młodszego brata. Gdy zmarł ojciec Tolka wszyscy za nim płakali, nie tylko Tolek, Iza i mama Tolka. Po prostu tworzyli wszyscy razem  jedną rodzinę a jedenastoletni wtedy Karolek powiedział - bycie rodziną to nie tylko więzy krwi.

                                                              KONIEC

 

Za kilka dni Święta - inne niż dotychczas, naznaczone lękiem przed chorobą, smutkiem, że nie ze wszystkimi bliskimi się spotkamy. Ale jak widzicie przyjaźń to naprawdę budujące uczucie, które przetrwa niejedną życiową burzę.


Wszystkim tu zaglądającym życzę spokojnych Świąt i

Dobrego Nowego Roku!!!

poniedziałek, 21 grudnia 2020

Nie wigilijna opowieść - XIX

 Wyjazd do Amsterdamu był dla Izy swoistą atrakcją. Gdy Tolek powiedział u kontrahenta, że  przyjechał razem z żoną, więc zaraz po służbowym spotkaniu  chce jej pokazać miasto, natychmiast jego rozmówca zatelefonował do swojej żony, powiedział, że pewien Polak jest tu z żoną, więc zaprosił ich na wspólną kolację i wieczorny spacer po mieście. A potem powiedział do Tolka- będziecie mieli dużą niespodziankę. Tolek powiedział, że akurat Amsterdam nie jest dla niego niespodzianką, bo już tu bywał, a ze trzy razy to właśnie  tu się okrętował, no ale dla Izy na pewno będzie. Ale jednak niespodzianka była, bo żoną Holendra była Polka. Dzięki niej Iza bardzo dokładnie  zwiedziła miasto w czasie dnia, gdy Tolek załatwiał sprawy służbowe. Popołudnia spędzali już w komplecie i umówili się, że gdy Krystyna z mężem przyjadą do Polski to koniecznie  odwiedzą w Sopocie Izę i Tolka.

Następną niespodziankę mieli już w Polsce, bo na lotnisku czekał na nich dziadek z wnukami.Zaraz na wstępie po wyściskaniu i wycałowaniu rodziców  Karolek stwierdził, że on już nie będzie marynarzem a lotnikiem. Ja też będą lotnikiem, wtórowała mu Eliza,  na co brat powiedział -"dziewcyny nie są lotnikami", a Elizka się  rozpłakała.

W domu było sporo zamieszania, dzieci na widok przywiezionych zabawek dostały, jak to ładnie określiła  babcia, małpiego rozumu. Karolek biegał z samolotem po ogrodzie i warczał, lub wydawał inne dziwne dźwięki, a Elizka pławiła w misce z wodą lalkę - dzidziusia.  I jeśli Iza całkiem niedawno zastanawiała się czy ich po wakacjach posłać do przedszkola tak teraz była o tym przekonana w stu procentach. 

Niewiele się wydarzyło w ciągu ich trzydniowej nieobecności i jak doniósł Karol operacja ojca Marysi powiodła się, pacjent żyje ale w dalszym ciągu nie wiadomo co będzie dalej. Marysia całe dnie spędzała w Klinice siedząc obok oplątanego różnymi rurkami ojca, teraz nocowała już w mieszkaniu Karola a w podzięce  za jego troskę gotowała mu obiady i zmuszana przez niego również je jadła. Wielogodzinna narkoza i krążenie pozaustrojowe oraz wiek pacjenta sprawiły, że nawet nie za bardzo zdawał sobie sprawę gdzie jest i co się z nim dzieje. Karol codziennie wieczorem przyjeżdżał po Marysię do kliniki i gdy stawał "po cywilu" obok  łóżka czekając aż się Marysia pożegna z ojcem, chyba stanowił dla jej ojca niezwykłą zagadkę - codziennie Marysia musiała mu tłumaczyć kto to jest i skąd się tu wziął.Nie za bardzo też mógł pojąć, że nie jest w Gdańsku a w Warszawie. 

Pewnego pięknego dnia uznano, że czas by pacjent w większym stopniu powrócił do świata żywych i go spionizowano. I uznano, że teraz to można go już z powrotem dać pod opiekę kliniki, z której trafił do instytutu. I pewnej środy o ósmej rano załadowano pacjenta znów w karetkę i odesłano z powrotem do Gdańska. I gdyby nie fakt, że dwie godziny przed przyjazdem karetki do szpitala w Gdańsku dojechał tam Karol z Marysią,  to pacjent spędziłby kilka godzin na izbie przyjęć. Bo żeby chorować to trzeba mieć zdrowie jak mawiają niektórzy.

Całe lato Karol w każdy piątek wieczorem zjeżdżał do Sopotu, mieszkał co prawda u Izy i Tolka, ale całe dnie spędzał z Marysią. Pilnował żeby przynajmniej wtedy gdy on jest regularnie jadła, pocieszał, faszerował ją witaminami, kosił w ogródku trawę i był coraz cichszy. To już nie był ten złośliwy nieraz i głośny Karol. Któregoś wieczoru gdy oni już byli po kolacji a Karol przyszedł by położyć się spać Iza poprosiła by Karol wyszedł z nią na krótki spacer. Wychodząc mrugnęła do Tolka, a Tolek tylko posłał jej uśmiech. Iza przepytała Karola jaki jest stan ojca Marysi, ale nie były to dobre  wieści. Karol przyznał się Izie, że naprawdę zakochał się w Marysi, ale nie ma śmiałości jej o tym powiedzieć. Nie wie czy wypada mówić jej o swym uczuciu gdy jej ojciec  jest w tak złym stanie. Iza stwierdziła, że powinien jednak z nią o tym porozmawiać jeżeli ma jakieś poważne  plany względem  Marysi. Tak, chciałbym by została moją żoną. A jesteś tego na sto procent pewien?- zapytała. Bo myślę, że Marysia nie zostawi tu ojca samego i podejrzewam, że nie bardzo można tak chorego i starego człowieka nagle przesadzać stąd do Warszawy. I podejrzewam, że Marysia nie marzy wcale o mieszkaniu w Warszawie, to miejscowa dziewczyna, przedtem mieszkali na Półwyspie. Jej ojciec miał tam wędzarnię a potem się tu pobudował a na Półwyspie mieszkała Marysia  z mężem. Po śmierci męża sprzedała tamten dom , mieszkała w Jastarni w wynajętym mieszkaniu. A sprzedała dom, bo jej mąż  narobił długów, był hazardzistą. A potem przeniosła się do ojca. Iza, skąd to wszystko wiesz? No przecież tu mieszkam dostatecznie długo, a tu nawet piasek ma oczy i uszy. Karol bezwiednie rozejrzał się dookoła. Wiesz Karolu, ja po prostu nie tylko się ludziom przyglądam, ja nawet z nimi rozmawiam, mama również. Więc nim  porozmawiasz poważnie z Marysią pomyśl nad tym co ci powiedziałam. I potraktuj ją jak płochliwą dziewicę a nie doświadczoną mężatkę z Warszawy rodem. I zapewniam cię, że odkąd tu mieszkam wcale nie tęsknię za Warszawą, mocno tu zapuściłam korzenie. Patrz jakie piękne dziś morze. Chodź, wracamy. No i miał Karol o czym myśleć długo w noc.

Rano Karol wyglądał jak z krzyża zdjęty a Tolek powiedział, że Karol wygląda tak jakby obskoczył z dziesięć pracownic w tajlandzkim domu rozkoszy i rozpusty. Zapytany skąd wie jak jest w tajlandzkim "takim domu" wyjaśnił, że ci z załogi którzy  korzystali z usług tych pań tak właśnie wyglądali gdy wracali na statek. Ale Karol nie był w nastroju do żartów. Był poważny i zamyślony. Przed wyjściem z domu objął Izę i powiedział - dziękuję ci, trzymaj za mnie kciuki. Iza obiecała, że go myślami wspomoże. Tolek w końcu nie wytrzymał i zapytał o co chodzi i Iza wyjaśniła mu o czym poprzedniego wieczoru rozmawiała z Karolem na plaży. No tak- powiedział Tolek - ma Karol o czym rozmyślać. A ja rozmyślam nad tym gdzie dziś się wybrać. Słońce jakieś przymglone, więc może pojedziemy do lasu? Może w dwa samochody, rodzice pewnie też się z nami wybiorą. Szkoda, że nie mamy mikrobusu, bo w jeden samochód się nie mieścimy. Ale my zbyt często nie jeździmy w pełnym komplecie - jak zwykle zawsze trzeźwa Iza sprowadziła Tolka na ziemię. W godzinę później jechali w dwa samochody w stronę Karwi. Nie było to bardzo daleko od Sopotu, ale już nad pełnym morzem i pogoda była lepsza, więc zamiast w lesie posiedzieli na plaży. I fale były tu większe niż na zatoce, więc dzieciaki miały uciechę. Piszczały tak, że aż uszy bolały. Iza z mamą leżały na kocu obserwując jak męska część rodziny zajmuje się dziećmi i Iza znów usłyszała, że dzięki niej Tolek odżył, że spełniona miłość Tolka do Izy odmieniła nie tylko jego ale i ojca. Za chwilę przybiegł Karolek, położył obok Izy swój ulubiony samolot i powiedział: mami, pilnuj, żeby  żadni pasażerowie do niego nie wsiadali, bo ja teraz będę się uczył nurkować. Dziadek będzie mnie uczył. A tata będzie pływał z Elizką na plecach. Dobrze, że szybko odbiegł, bo się  Iza mogła swobodnie pośmiać. Nurkowanie  polegało na wsadzaniu głowy do wody z nabranym powietrzem, ale  przecież od czegoś trzeba zacząć . A określenie, że tata będzie pływać z Elizką na plecach było mocno nieprecyzyjne, bo to tata pływał na plecach a na nim  w poprzek jego klatki piersiowej leżała Elizka i usiłowała robić nóżkami nożyce. Ten widok przypomniał Izie , że wiele lat temu to Tolek nauczył ją pływać i jak podpływał pod nią by się choć na moment w wodzie przytulić.

Iza chłonęła piękno plaży na której byli. Dookoła było zupełnie pusto byli na tej pięknej plaży zupełnie sami i pomyśleć, że 6 kilometrów w prawo od  nich była zatłoczona niemiłosiernie plaża w Jastrzębiej Górze.  Iza patrzyła na dzieci, Tolka i teścia a  myślami była przy Karolu - naprawdę wyglądał rano nieszczególnie, wręcz wzbudzał swym wyglądem litość. Życzyła mu z całego serca by sobie ułożył życie bo był naprawdę dobrym przyjacielem, bardzo dobrym chirurgiem i życzliwym ludziom facetem. Pomagał wielu osobom, a dla przyjaciół nie żałował nigdy czasu ani pieniędzy.  

Tolek w końcu uznał, że czas by dzieci pogrzały się na  brzegu, więc zostały wytarte, pobawiły się w berka z dziadkiem i ojcem  bo panowie  musieli wysuszyć swe spodenki, jako że obaj zapomnieli by zabrać zapasowe. Iza i mama spojrzały na siebie i wybuchnęły śmiechem - obaj tak mieli od lat. Jeśli one  nie spakowały zapasowych spodenek oni na pewno ich nie mieli ze sobą. Ach te geny! śmiały się obie . A najwięcej bawiło jedną i drugą to, że  ojciec dostrzegał wady syna  i je krytykował   nie dostrzegając, że są one identyczne z jego wadami. Iza  nabrała ochoty na kąpiel więc Tolek natychmiast wszedł za nią do wody, a ona mu przypomniała jak to pływali na Wiśle na  klubowym basenie i zaraz Tolek podpłynął pod nią, ale teraz to nie było takie nieśmiałe, delikatne dotknięcie ale silne wypchnięcie Izy w górę. Z brzegu dotarło do Izy- tata nurkuje jak delfin, a dziadkowie spojrzeli po sobie i powiedzieli - ciekawe gdzie on się tego nauczył i wybuchnęli śmiechem.

Tak im się podobało na tej plaży, że postanowili tu częściej przyjeżdżać, choć jak Tolek zauważył to trzeba  mieć świra by mając plażę niemal pod  domem  jechać 60 km od domu.

Gdy wrócili do domu na stole kuchennym znaleźli kartkę o treści  "Iza, ozłocę cię. K." Tolek popatrzył na swą żonę mierząc ja wzrokiem wzdłuż i wszerz i powiedział  - wpadnie w kłopoty finansowe, ale nie napisał czy idzie o wagę czy o powierzchnię. Nie mniej ani na jedno ani na drugie to raczej go nie stać. Straszny optymista z niego.  I zaczęli się śmiać.

Około siódmej wieczorem wrócił Karol z Marysią. Tym razem oboje weszli do domu- a tak dokładnie to Karol otworzył drzwi i leciutko popchnął do przodu Marysię jednocześnie tarasując  swoją osobą drzwi, by Marysia nie zawróciła. Wchodźcie, wchodźcie zapraszały chórem Iza i mama, zaraz będzie obiadokolacja, więc przyszliście w samą porę. Pani Marysiu, normalna kolacja, nawet nie w  salonie ale  w kuchni, tak zwyczajnie, po rodzinnemu.

Czasem przydaje się interwencja dzieci - Karolek szybko przyniósł swój samolot i pokazywał Marysi którędy wchodzą pasażerowie, gdzie jest  kabina pilotów a gdzie luki bagażowe. A potem Elizka przyniosła pokazać Marysi swą lalkę- dzidziusia i lalkę mamusię tegoż dzidziusia, która była o połowę mniejsza od swego dziecka, ale na szczęście te dysproporcje w niczym nie przeszkadzały Elizce. Rozmowa z dziećmi wyraźnie odprężyła Marysię. Bardzo szybko znalazła wspólny język z dziećmi i one ją szybko zaakceptowały. Iza z mamą tymczasem przygotowały posiłek i żeby było szybciej i mniej oficjalnie podały wszystko na stół w kuchni, tłumacząc się Marysi, że jak przy stole są dzieci, to lepiej jednak jeść w kuchni bo nie ma w niej dywanu.

Po kolacji dzieci dostały jeszcze pozwolenie na zabawę w swoim pokoju, a Tolek wręczył im zegarek-zabawkę ustawiony na godz. 8,30 i powiedział, że gdy na ich pokojowym zegarze będzie taka sama  godzina to mają się skończyć bawić i iść myć  ząbki. 

Gdy dzieci już zniknęły Karol chrząknął i powiedział- chciałem wam tylko powiedzieć, że dziś oświadczyłem się Marysi i tu wyszarpnął rękę Marysi spod stołu pokazując pierścionek z szafirem. I o tym radosnym dla  nas fakcie poinformowaliśmy również jej ojca. Postanowiliśmy jak najszybciej wziąć ślub -tylko cywilny. Nie musi nas nikt kropić. Natomiast zależy nam na szybkim terminie a wydaje mi się, że ktoś tu ma jakieś możliwości w tej materii i spojrzał na Tolka, a Tolek wskazał na swego ojca. I chcemy prosić na świadków Izę i Tolka. Bo ślub będziemy brać w Sopocie. Nie wiemy jeszcze czy uda się na tyle podciągnąć stan zdrowia ojca Marysi by mógł być obecny przy ślubie bo nawet siedzenie go męczy.  I postanowiłem, że na pewno do końca życia ojca Marysi będziemy mieszkać tu a jeśli dobrze mi się tu praca ułoży to pewnie tu zostaniemy na zawsze.A i jeszcze coś - napisałem, że ozłocę Izę więc właśnie to robię- mam nadzieję, że się spodoba- bo to białe złoto, a wiem, że takiego typowego by nie  nosiła. Wybierała głównie Marysia, bo ja się na damskiej biżuterii nie znam - sięgnął do torebki Marysi i wyciągnął z niej pudełeczko, które podał Izie. W pudełeczku był naszyjnik typu dość gruby łańcuszek, na którym był zawieszony  najprawdziwszy owalny szmaragd oprawiony w dwa cienkie owale. Iza spojrzała  i powiedziała- piękny, kojarzy mi się ze szmaragdem Izydy, choć tak naprawdę nie wiem jak wyglądał. Karol wybuchnął śmiechem - widzisz Marysiu, mówiłem ci, że gdy to zobaczy zaraz powie o szmaragdzie Izydy. No i jeszcze coś dodam - musiałem ją ozłocić, bo otworzyła mi oczy   mówiąc rzeczy o których jakoś nie miałem pojęcia. Tolku- masz niesamowite   szczęście bo Iza to bardzo mądra   kobieta, choć jednocześnie szczera do bólu. Bolało to wszystko co mi powiedziała, ale mnie uzdrowiło jednocześnie. Wstał od stołu, podszedł do Izy, wziął z jej ręki naszyjnik , zawiesił na jej szyi i pocałował w policzek. Iza powiedziała cicho - jesteś niesamowity, dziękuję. Nie chciałam, żeby bolało to co mówiłam i przepraszam. Iza- dzięki temu co mi powiedziałaś wreszcie nie będę sam jak palec. W tym momencie przybiegł  Karolek meldując, że już idzie myć  zęby. A babcia wstała od  stołu i poszła dopilnować dzieci przy myciu zębów.


                                                                           c.d.n.