wtorek, 8 lutego 2022

Ryzykantka -3

Jakoś  nie  spieszyło się zbytnio Robertowi do wyjścia z domu Ewy. Z wielkim westchnieniem i wyraźnym  smutkiem w niebieskich oczach stwierdził około 23,00, że jednak  musi opuścić Ewę.

Żegnając się  z nią stwierdził, że nie bardzo wie dlaczego naruszył swój własny kodeks  moralny i że Ewa jest pierwszą pacjentką w jego karierze medycznej z którą poszedł na obiad do restauracji, potem razem robił zakupy  a w końcu  naruszył  wyraźnie  jej  spokój w domu. Jesteś , Dziecinko, po prostu czarodziejką a nie żadną jędzą. 

Ewa  żywo  zaprotestowała - nie jestem  żadną czarodziejką,  ale jesteśmy po prostu jak rozbitkowie na  morzu, którzy uczepieni swych kawałków tratw ratunkowych cieszą się i dziwią jednocześnie, że nie są sami w przeogromnym oceanie. I tobie i mnie  nie wyszło życie w małżeństwie. Ale wiesz jak to jest - co nas nie  zabiło to nas wzmocniło. Nie zadręczaj się  myślą, że naruszyłeś swoje  zasady - to nie zbrodnia,  mnie tym  nie skrzywdziłeś.  Widocznie nadajemy na tej samej długości fal - to się przecież w życiu zdarza, chociaż może niezbyt często.  Chodź, odprowadzę cię na parking, muszę trochę pospacerować, siedzenie  mi nie  służy. A potem ty mnie podwieziesz  w pobliże mojego bloku i pojedziesz  do siebie- zgoda? I weź z lodówki torbę  ze swymi zakupami, same nie trafią pod właściwy adres.  

No fakt, niemal o nich zapomniałem.   W dwadzieścia pięć minut później Ewa wysiadała już w pobliżu swego bloku. A gdy już leżała w łóżku dostała sms : "jesteś niesamowita, dziękuję to za mało powiedziane! Zadzwonię po 10,00 rano".

Rano, jeszcze przed 10,00 wpierw dotarł do Ewy sms od Roberta z zapytaniem jak się czuje i wiadomością, że  za chwilę zadzwoni do niej recepcja i że rozmawiał o niej z profesorem R. W kilkanaście minut później rzeczywiście zatelefonowała recepcjonistka  i powiadomiła Ewę, że następnego dnia ma wyznaczone badanie  rezonansem magnetycznym o godzinie 14,00 i że w związku z tym powinna już nic nie jeść od  godziny 8 rano, oczywiście powinna  pić, najlepiej samą wodę. Potem  zatelefonował Robert, mówiąc, że  dzwoni pomiędzy dwiema operacjami i że w ramach drugiego śniadania wzmacnia się "zdrowymi przekąskami", które mu Ewa ukradkiem poprzedniego dnia dołożyła do jego  zakupów. I że po rezonansie pojadą razem na obiad a po obiedzie on jest wolny do godz.21,00, bo potem ma dyżur. No i ma nadzieję, że ten czas do jego dyżuru Ewa umili mu swą obecnością. 

Ewa wysłuchała wszystkiego, zgodziła się na wspólny obiad, ale stwierdziła, że ten czas do dyżuru Robert powinien  wykorzystać na wypoczynek, skoro ma nocny dyżur. Robert z 10 minut jej tłumaczył, że dla niego najlepszym wypoczynkiem będzie spędzenie  czasu w jej obecności. A na nocnym dyżurze to on wszak głównie śpi, tyle tylko, że  nie w domu a w służbowym łóżku. Obchód robi zawsze pomiędzy godziną 21,00 a 22,00, potem po prostu śpi. W razie czego obudzi go któraś z nocnych pielęgniarek. To one dyżurują "na pierwszej linii frontu". Ale tu nie ma akurat jakichś bardzo ciężkich stanów. A poza tym każdy lekarz po  iluś latach pracy w szpitalu umie w dwie  minuty po przebudzeniu się być w pełni gotów do działania.

Po rozmowie z Robertem Ewa zeskanowała swoje  zwolnienie  lekarskie i wysłała skan do swego biura, dodając wiadomość, że oryginał zwolnienia wyśle zwykłą pocztą. Zadzwoniła też do swego szefa, który tylko jęknął na wieść, że przez najbliższe dwa tygodnie jej nie będzie w biurze. Wiedział, że Ewa rzadko brała  zwolnienia  lekarskie - nie miała dzieci a sama  bardzo rzadko chorowała. Porozmawiali chwilę o jej ostatnim projekcie i szef doszedł do wniosku, że właściwie to on już jest niemal ukończony, on go jeszcze przejrzy i jeśli dojdzie do wniosku, że coś by tam warto było dodać, to po prostu wpadnie do niej do domu, uzgodnią  wszystko razem i w razie czego on go dokończy. Zapytał się też, czy Ewa  nie potrzebuje jakiejś pomocy, czym wprawił Ewę w stan wielkiego zdziwienia.

Resztę dnia Ewa spędziła głównie w pozycji horyzontalnej czytając lub.......wspominając poprzedni wieczór spędzony w  towarzystwie Roberta.  Podobał się jej nie tylko pod względem zewnętrznym. Nie zasypywał jej głupimi komplementami, przetrzymał dzielnie jej eksperymenty kulinarne, słuchał uważnie tego co mówiła, nie pluł jadem na swą byłą żonę, zdawał sobie  sprawę z tego, że przeważnie wina leży po obu stronach, nie komentował idiotycznie  faktu, że Ewa nie chciała  mieć dzieci. Nie opowiadał głupich  dowcipów, nie szermował dwuznacznikami i nie przechwalał się swoimi osiągnięciami zawodowymi, których miał na  swoim koncie  sporo, o czym Ewa wiedziała z internetu. Byłoby fajnie, gdybyśmy się  zaprzyjaźnili - pomyślała Ewa. Mądry i kulturalny facet w charakterze przyjaciela jest nie do przecenienia. Nie wygląda  na te swoje 50 lat - nic dziwnego, skoro nie pije i nie pali. 

I fajnie będzie leżeć w tym szpitalu - czysto, przestronnie, pielęgniarki uprzejme. Była zdecydowana poddać się operacji, jeśli Robert stwierdzi, że to jedyne dobre dla niej rozwiązanie. Był wyraźnie zmartwiony faktem, że tomografia  niewiele mu wyjaśniła, ale nie ukrywał tego faktu. I chce to konsultować ze starszym od siebie profesorem - jak wiedziała  z rozmów rodzinnych była to rzadkość - z reguły każdy profesor był przekonany o swej nieomylności. Miała w rodzinie jednego profesora - unikała go jak ognia, bo kuzyn jej matki był przekonany, że  sam fakt, że jest profesorem sprawił, że na wszystkim się zna, również na tym co nie  miało nic wspólnego z kierunkiem jego wykształcenia.

Jej myśli  znów powędrowały do poprzedniego wieczoru - te mocno niebieskie oczy znów  zaprzątały jej myśli. W pewnym momencie przyszło jej na myśl, że może on nosi soczewki zmieniające kolor oczu. Ze dwie jej znajome nosiły takie  soczewki. Miał bardzo krótko ostrzyżone włosy a pewnie dużo lepiej by się prezentował w nieco dłuższych włosach. No tak, ale przecież on do operacji musi wkładać na głowę czepek, w którym w pomieszczeniu zamkniętym jest raczej  zbyt ciepło, więc im włosy krótsze tym lepiej. Poza tym na sali operacyjnej jest  ciepło- przypomniała sobie swój ostatni pobyt w tym miejscu. Do ostatniej operacji  szykowała ją para bardzo  młodych lekarzy - rozebrali ją do naga nim wstrzyknęli jej ewipan. Poprzednie  dwa razy to wpierw podawano jej ewipan a dopiero potem rozbierano i okładano prześcieradłami, intubowano.

Zawsze podziwiała  chirurgów.Wiele razy z zapartym tchem oglądała filmy dokumentalne z sali operacyjnej - widok krwi, rozkrawanych narządów itp. nie  robił na niej wrażenia. Podziwiała ich pracę, niemal odczuwała ich niepokój gdy były jakieś trudności. Przed ostatnim swym pobytem w szpitalu, gdy już wiedziała, że operacja jest nieunikniona obejrzała film z operacji na którą  musiała iść. To miała być operacja prowadzona  laparoskopem, ale doskonale wiedziała, że w trakcie  może się okazać, że trzeba będzie jednak ją tradycyjnie operować. Jej wiedzę w tym temacie potwierdził chirurg, który miał ją operować. Dziwił się trochę, skąd ona o tym wie, a gdy mu powiedziała, że oglądała taką operację na filmie biedaka nieco zatkało - tak dziwnej pacjentki to on jeszcze nie miał. Postanowiła, że gdy się  spotka następnego dnia z Robertem opowie  mu o swych dziwnych  zainteresowaniach. Ciekawa była jego reakcji.

Około godziny osiemnastej zatelefonował Robert pytając, czy nie trzeba jej czegoś przywieźć, bo on właśnie jedzie do domu. Ewa podziękowała mówiąc, że ma wszystko, na co usłyszała- "szkoda, a już myślałem, że będę miał pretekst by cię odwiedzić". A bez pretekstu nie możesz mnie odwiedzić? - spytała.  Nooo, mogę, ale nie  wiedziałem czy wypada tak się narzucać.  No to przyjedź, ale pod  domem już wszystkie  miejsca parkingowe  zajęte - uprzedzam. Nie feler, poradzę sobie. Będę za jakieś 15 minut.

Ewa obrzuciła wzrokiem pokój dzienny, w sypialni wyrównała na łóżku pościel, spojrzała w lustro i nieco przygładziła włosy, musnęła pudrem nos i policzki. Nie była zadowolona ze swego wyglądu - no cóż- szepnęła sama do siebie- starość nie radość, latka lecą. W chwilę później zadzwonił domofon co nieco zdziwiło Ewę - na pewno jeszcze  nie upłynęło 15 minut od telefonu. Zgłaszając się była pewna, że to nie Robert, ale to był on. 

Jeszcze w przedpokoju wcisnął jej w rękę "coś" opakowane w kolorowy papier, prosząc by nie przewracała tego, tylko tak jak jest postawiła na stole. Zostawił buty w przedpokoju i wskoczył w gościnne kapcie.

W pokoju rozwinął pakunek - był to oryginalny szklany pojemnik , zamknięty, z jedną jedyną piękną różą,  zanurzoną w jakimś płynie. Ojeju- pisnęła Ewa - jaka ona piękna!  Skąd to masz? Jeszcze takiej nie widziałam! 

Ukradłem z kwiaciarni  na twoim osiedlu ze śmiechem odpowiedział Robert.  Ta kwiaciarnia maleńka, ale wypatrzyłem takie  cudo i wybłagałem  właścicielkę, żeby  mi to sprzedała, bo ta róża nie była na sprzedaż, to taka żywa  dekoracja. Opowiedziałem jej historię jak to nie zostałaś  ochrzczona  Różą i ta przemiła pani w końcu mi ją sprzedała. Będzie stała w tym pojemniku 2 tygodnie- bez zmieniania  tego płynu. A miejsce do zaparkowania znalazłem na samym początku  twojej uliczki, właśnie ktoś odjechał.  To jakiś szczęśliwy dzień - ty się zgodziłaś, żebym przyszedł, kwiaciarka sprzedała mi coś, co nie było na sprzedaż a na dodatek udało mi się  zaparkować na twojej uliczce.

No to muszę cię zmartwić - koniec twego szczęścia, za karę zjesz ze mną obiado -kolację. Jadasz kurczaki, czy mam coś innego przygotować? A twoja pomoc będzie polegała na  zabawianiu mnie w kuchni gdy będę szykowała. W roli wypełniacza będą pieczone kartofle, które ty wpierw wyszorujesz pod kranem szczotką i wytrzesz do sucha.

No pewnie, że jadam kurczaki a pieczone  kartofle to brzmi pysznie. Wieki całe nie  jadłem takich. Możesz mnie tak codziennie karać. A jutro masz rezonans - pamiętasz?  Ale  nie dam rady po ciebie przyjechać. Nie wiem nawet czy będę przy rezonansie, bo będę operował a to może mi się  trochę przeciągnąć, bo pacjentka dość leciwa. Więc mam prośbę  - po rezonansie zaczekaj na mnie w holu. Pojedziemy na obiad, jeśli będzie  dobra pogoda to też na jakiś lekki spacerek, potem cię odwiozę do domu i wrócę do kliniki na dyżur. A pojutrze mam wolne przedpołudnie, więc  chyba wyskoczymy na  jakieś zakupy spożywcze - nie chcę byś coś nosiła. 

Robert, a ty tak o wszystkie pacjentki dbasz, że je wozisz na zakupy itp.? Bo ja jeszcze nie spotkałam żadnego lekarza by tak dbał o swoją pacjentkę jak ty o mnie. Robert roześmiał się - Dziecinko, ty nie masz nawet bladego pojęcia jak ja potrafię dbać o kobietę. To co robię teraz to zwykła uprzejmość wobec kobiety którą lubię. Chcę  cię operować, bo wiem, że jestem dobry w te klocki a skoro masz lekarzy w rodzinie to wiesz jakie  obowiązują prawa w dziedzinie  chirurgii. Nie chcę by mi ręka zadrżała gdy będę ci grzebał w kręgosłupie. To nadzwyczajna konstrukcja -wierz mi.  Teraz nie będziemy jeszcze o tym rozmawiać, choć równie dobrze jak ty wiem, że nadajemy na tych samych długościach fal.  A na jutro na drogę do kliniki zamów taxi, bardzo cię o to proszę. Od autobusu jest niestety spory kawałek drogi do kliniki.

A wiesz, że po operacji spędzisz ze dwa tygodnie wpierw u nas w klinice  a potem drugie  dwa w Konstancinie? Zajmie się tam tobą mój kolega. I już  się  z nim dogadałem, że mi znajdzie tam na ten czas kwaterę a ja będę  miał do ciebie bliziutko, bo wezmę wtedy zaległy urlop. Ty będziesz się rehabilitować a ja będę się lenił gdy ty będziesz się męczyła  na rehabilitacji. I będziemy codziennie na basenie.Jak ci się to widzi?

                                                             c.d.n.




poniedziałek, 7 lutego 2022

Ryzykantka - 2

Gdy po zakupach zajechali na osiedle na którym mieszkała Ewa, Robert  stwierdził, że kiedyś w tym miejscu była właściwie  wioska, on ją jeszcze pamięta. W rewanżu Ewa stwierdziła, że  w miejscu, w którym dziś  stoi szpital, w którym on pracuje,  jeszcze około 10 lat wcześniej było pastwisko dla krów, a dookoła były poletka  doświadczalne Szkoły Głównej  Gospodarstwa Wiejskiego. A teraz- nowe osiedle, piękny szpital  na naprawdę dużej powierzchni, otoczony terenem zielonym. A Warszawa ma coraz więcej nowych osiedli powstających na terenach, które nigdy przedtem do miasta  nie należały.  

Ewa nie była pewna, czy będzie jeszcze  jakieś wolne miejsce do zaparkowania koło jej bloku i niestety jej obawy były słuszne, więc stwierdziła, że w takim razie wezmą z samochodu jej część zakupów oraz to co powinno z zakupów Roberta być w lodówce, zostawią to w lodówce Ewy, a potem podjadą razem na strzeżony parking (samochodem niemal 2 kilometry od domu Ewy) a potem  wrócą per pedes drogą o połowę krótszą. Gdy jechali na parking Ewa śmiała się, że biedne  sąsiadki dostaną bólu głowy od domysłów kto targał siaty z  zakupami do mieszkania Ewy. Gdy potem "na skróty" wracali  do mieszkania Ewy, Robert rozglądał się i stwierdził, że wtedy gdy był z pogotowiem u Ewy to był na Ursynowie   a nie na tym osiedlu. Ewa potwierdziła- tak, wtedy  mieszkałam na Ursynowie, tu mieszkam od  niedawna. Z racji rozwodu  zamieniliśmy  tamto czteropokojowe  mieszkanie na dwa małe i na szczęście drugie mieszkanie, jej byłego męża, jest na sąsiednim osiedlu -  dostatecznie  daleko by się przypadkiem nie  spotkać- wyjaśniła Ewa. 

A ja  niedługo będę  mieszkał w "Miasteczku Wilanów", odbiór bloku powinien nastąpić jeszcze w tym roku- poinformował Ewę Robert. Będę mógł chodzić do pracy, a nie gnić za  kółkiem stojąc w korkach. Wreszcie się wyprowadzę z mojej kawalerki na Świerczewskiego. Ale jej nie sprzedam, wynajmę komuś. Albo sprezentujesz synowi - w dzisiejszych czasach to niezły prezent dla dziecka- stwierdziła Ewa.  Oooo, nie ma mowy! On i jego matka traktują mnie jak skarbonkę  samonapełniającą się pieniędzmi - to już dorosły facet, ma 24 lata. Kończy informatykę, z całą pewnością będzie miał pracę. Poza tym ostatnio coś przebąkiwał, że pewnie wyemigruje. Pewnie jestem pozbawiony sfery wyższych uczuć, bo jakoś  za własnym synem  nie przepadam. Gdy się rozwodziliśmy był w wieku, w którym mógł decydować u kogo zostanie po naszym rozwodzie.  Wybrał matkę. Zresztą chyba dobrze zrobił za często to ja  nie bywałem wtedy w domu, więc w czasie moich nieobecności w Warszawie  musiałby i tak być u matki.

W domu Ewa szybko uruchomiła włoski express do kawy, wyciągnęła kryształową dość głęboką paterę wypełnioną po brzegi różnymi suszonymi owocami , kilkoma rodzajami już wyłuskanych orzechów i kostkami czekolady różniącymi  się od siebie kolorami - te niemal czarne kosteczki  to czekolada o zawartości 85% kakao- wyjaśniła Robertowi. Nie jestem  fanką ciast i ciasteczek, wolę przeróżne suszone owoce i gorzką czekoladę. Ale są tu też kostki o dużo mniejszej zawartości kakao - jak widzisz, jest nawet  biała czekolada  - mam świadomość, że nie wszyscy jedzą to co ja.

Robert z wielkim zainteresowaniem zajął się  degustacją przeróżnych suszonych owoców, w końcu między jednym a drugim "gryzem" plasterka kiwi powiedział - nie będę ukrywał Dziecino, że zżera mnie ciekawość co spowodowało twój rozwód. Jesteś ode mnie młodsza o całe 10 lat, z ankiety, którą wypełniłaś wiem, że nie rodziłaś, więc nie masz dziecka, którego pojawienie się na świecie w 80% przypadków jest czynnikiem konfliktogennym w małżeństwie, co z jakiegoś względu ludzie starannie ukrywają nawet sami przed sobą.

Ewa chwilę milczała - głęboko westchnęła i powiedziała - bo ja po prostu jestem jędza i trudno ze mną wytrzymać. A posiadanie dziecka jakoś nigdy mnie nie pociągało - pewnie  natura  nie wyposażyła mnie w tak zwany instynkt macierzyński. Niestety w zdolność zachodzenia w ciążę i owszem. Farmacja na mnie  zarabiała i nadal zarabia. Były też nie tęsknił za posiadaniem dziecka. Chociaż, jak twierdzą moje nieliczne przyjaciółki, jestem bardzo opiekuńcza, zwłaszcza wobec psów. Poza tym nie lubię się dzielić rzekomo kochającym mnie facetem z innymi kobietami. Zaraz spytasz, czy  miałam dowód - tak, miałam,  w postaci infekcji. Tylko jakoś to zlekceważyłam, bo chodziłam  na basen. Na ten sam basen chodziły w tym czasie moje dwie koleżanki. I dziwnym trafem żadna z nich nie miała  żadnej infekcji. Te kryte  baseny są jednak nieźle "odtruwane" z różnych patogenów. Są znacznie bezpieczniejsze niż te odkryte. Rok później ktoś "życzliwy" mi doniósł jak to na delegacji zagranicznej brylował mój mąż. A w domu trudno byłoby go nazwać "demonem seksu". Gdy się o to "czepnęłam" usłyszałam, że był pijany i niczego takiego sobie nie przypomina. A z tej drabiny naprawdę spadłam przez własne gapiostwo.   Był wściekły, bo znów szykowała mu się dobra, zagraniczna delegacja i bał się, że będzie musiał zostać  ze mną w domu. A ja po badaniach leżałam 3 dni w szpitalu i wysłali mnie do domu, bo niczego złego na rtg nie wypatrzyli. Potem miałam rehabilitację, która mi i tak nie pomogła i wpadłam na pomysł, że lepiej być samą niż z kimś, do kogo straciłam zaufanie. Nie protestował, a moja droga teściowa stwierdziła, że ona od początku była przeciwna naszemu małżeństwu. A w ogóle co to za małżeństwo w którym nie ma dzieci i że to jest prawdziwa przyczyna rozwodu. Nie dyskutowałam  z nią na ten temat - było mi naprawdę obojętne co ona o tym myśli i że w jej mniemaniu jestem bezpłodna. A rozwód dostałam szybciutko- miałam świetnego adwokata, którego opłacili moi rodzice. I tym sposobem skończyło się po 18 latach moje małżeństwo. A ty "staruszku"? Mówisz do mnie Dziecino, a tak naprawdę w naszym  wieku 10 lat różnicy  nie ma najmniejszego znaczenia.  Ty już wiesz dlaczego się rozwiodłam, więc teraz twoja kolej. Jesteś chirurgiem, a więc człowiekiem stale narażonym na stres, który trzeba  jakoś rozładowywać, żeby nie  zwariować.Wielu chirurgów wpada w  alkoholizm, część nałogowo zdradza swe żony z pielęgniarkami, lub zamienia się w domowych katów. Ale też spora część jakoś  sobie radzi bez tych ekscesów.

Robert wpatrywał się w nią z uwagą. Ewa czuła wręcz jak te niebieskie oczy usiłują przeniknąć jej myśli. Cicho westchnął i stwierdził - sporo wiesz o lekarzach. Nie wpadłem w  alkoholizm, nie tłukłem w domu żony lub syna, nie tarzałam się w szpitalnych  łóżkach z chętnymi pielęgniarkami. Pochłaniała mnie praca nie tylko ta codzienna, ale również naukowa - współpracowałem z profesorem R., opracowywaliśmy nowe techniki w zakresie chirurgii ortopedycznej.  Nie było mnie całymi dniami w domu. Pisałem doktorat, jeździłem na różne konferencje zagraniczne, bywałem w szpitalach europejskich na praktykach. Tak naprawdę nie powinienem był się żenić, tylko po prostu płacić alimenty. To byłoby zdrowsze i logiczniejsze. Nie byłem z żoną gdy ona rodziła, byłem w tym czasie we Francji, na praktyce.  Ona po prostu urodziła przedwcześnie. Nie mogła mi tego wybaczyć, ani też tego że ważniejsza była moja praca niż ona, dziecko, dom. Nie wierzyła, że spędzam popołudnia i wieczory razem z profesorem R. i doświadczalnie sprawdzamy nasze teorie dotyczące sposobów leczenia różnych dolegliwości ortopedycznych. Nigdy nie chciała słuchać czegokolwiek o mojej pracy, moich kłopotach, o tym,że jestem zmęczony czy też o tym, że właśnie opracowaliśmy jakiś nowy sposób niwelowania szkód powstałych w którejś z części kośćca. Ją tylko i wyłącznie interesowały moje pieniądze. I cały czas powtarzała, że była głupia, że podpisała intercyzę. A ja właśnie wtedy po raz pierwszy posłuchałem się ojca i dzięki temu ocaliłem swoją schedę po rodzicach. Teraz moja była jest żoną pewnego dentysty, który ma prywatną praktykę. Ciekawy jestem kiedy się  facet zorientuje, że głównie interesuje ją jego kasa. Ale nie mam zamiaru go uświadamiać.

Ewa zaśmiała się - no chyba  nie ma jeszcze  w zwyczaju by rozwiedzeni małżonkowie wypisywali swym byłym opinie! Ale kto wie, może jakiś prawodawca wpadnie kiedyś na  taki pomysł.  Stwierdziłeś, że sporo wiem o lekarzach. To prawda -  mam w rodzinie pediatrę i kardiologa a poza tym jak widziałeś już trzy razy zaliczyłam chirurgię miękką. Poza tym mam sporo literatury z zakresu medycyny no i jestem  niezłym obserwatorem. Moja najlepsza  przyjaciółka uważa, że byłabym niezłym śledczym - dobrze obserwuję i uważnie słucham a poza tym umiem pytać i wyciągam prawidłowe wnioski. A propos słuchania-  opowiedz mi z grubsza co zobaczyłeś na tym tomografie. 

No cóż, tak naprawdę niewiele widać, poza tym, że nie ma  złamania, co też jest ważne. Masz uwypuklone nieco dwa krążki międzykręgowe w odcinku lędźwiowym. Na razie naprawdę nic nie wiem, niewiele mi to badanie rozjaśniło. Może się robi kręgozmyk- po prostu trzeba tam zajrzeć i tyle. No właśnie, muszę posiedzieć nad tym wynikiem i poczekać na opis speców od rtg. I może jeszcze zrobimy ci rezonans magnetyczny. Chociaż jestem chirurgiem to nie jestem fanem namiętnego krojenia  pacjenta. Dla mnie to zawsze ostateczność. A twoje wyniki pokażę jeszcze profesorowi R. Ucieszy się, że chcę coś  z nim  skonsultować. I być może nawet cię do niego zawiozę.  Jutro do ciebie zatelefonuję- już nawet figurujesz w mojej komórce. A wiesz co, to nieco zabawne, bo jesteś jedyną Ewą która  znam.

Niemożliwe! Przecież to bardzo popularne imię - zdziwiła się Ewa. Z tym moim imieniem to była cała historia - wszystkie kumy i pociotki przepowiadały mojej mamie, że urodzi chłopca, więc razem z tatą wymyślali  głównie imię dla  chłopca a mama powiedziała, że jeżeli urodzi się dziewczynka, to dostanie na imię Róża. Gdy wreszcie mamę chwyciły bóle i zabrali ją do szpitala, tata zaraz tam pojechał, czekał na dole przy izbie przyjęć na sygnał, że ukochana  żonusia urodziła. No ale poród to nie wypicie małej czarnej, w końcu go wygonili stamtąd i powiedzieli, że zatelefonują gdy się dziecko urodzi. Zatelefonowali  w środku nocy, powiedzieli, że urodziła się córka i żeby rano przyszedł po zaświadczenie do urzędu stanu cywilnego, bo trzeba dziecko zarejestrować. Tata przyszedł, wziął kartkę i pomaszerował do urzędu. Tam zapytano go jakie ma mieć dziecko imię, a tata słodziutko się przyznał, że on pamięta tylko imiona wybierane dla chłopców.  A to pana pierwsze  dziecko?- zapytała urzędniczka. Tata pokiwał głową, że tak a ona  stwierdziła- no skoro jest pierwsza to damy jej na imię Ewa, a  drugie imię po pańskiej żonie. Tata się zgodził i tym sposobem jestem Ewa, Maria. Cała rodzina śmiała się potem, że mam imię wybrane przez panią z Urzędu Stanu Cywilnego. Mama podeszła do tego dość filozoficznie  stwierdzając, że widocznie było mi pisane takie  zwykłe imię, a nie jakieś oryginalne. A  tata od tamtej pory zawsze zapisuje sobie to, co ma  zapamiętać. I ma stosy karteczek w kieszeniach.

Ewuniu, a gdzie ty kupujesz te owoce i taką wysokoprocentową  czekoladę?  W wielu miejscach - najczęściej w sklepach z tak zwaną "zdrową żywnością". Co prawda określenie "zdrowa żywność" trzyma mnie przy życiu, bo to oznacza, że część żywności jest zdecydowanie  chora. Część tych suszonych owoców robię sama, bo mam suszarkę do grzybów. Część zamawiam w sklepach internetowych. Mogę się z tobą podzielić swoimi zapasami i zawsze zamawiać również dla ciebie - żaden problem. Jabłka, marchewki, kiwi mogę też ususzyć dla ciebie - żaden kłopot.  Tylko z  malinami mam problem - jakoś za szybko mi znikają w postaci surowej i nie mam co suszyć. Ale wiem, gdzie jest najbliższa plantacja  malin - tyle tylko, że trzeba wtedy samemu je zbierać. I dojechać tam  samochodem. 

Robert wpatrywał się w Ewę jakby była nie  z tego świata, w końcu powiedział- to w takim razie  ilekroć będziesz robiła  takie  zakupy to weź mnie  ze sobą, proszę. A za  zakupy w necie  zwrócę ci natychmiast pieniądze na konto.

A teraz wykop mnie stąd, chociaż wcale a wcale nie mam jeszcze ochoty stąd iść. No to możesz jeszcze zjeść ze mną kolację stwierdziła Ewa. Tylko mi powiedz co zwykle jadasz na kolację. Masz do wyboru rybę z surówką i ryżem, falafelowe placuszki, lub stereotyp w postaci kanapek z wędliną lub  serami. A co na dziś planowałaś?- spytał z uśmiechem. No właśnie  ci wymieniłam, jedną z tych trzech rzeczy mam zamiar zrobić na kolację, więc wybieraj.

Robert wpatrywał się w nią, w końcu powiedział- właśnie sobie uświadomiłem, że od wielu lat nie słyszałem tego pytania "co byś zjadł na kolację?" I może dlatego nieco mnie  zatkało. Zaintrygowały mnie te  placuszki i jeśli to nie jest zbyt dużo pracy to ja je  wybieram. I, proszę, wykorzystaj mnie w kuchni. 

No to chodź, jako specjalista od  krojenia pokroisz  domowe ogórki kwaszone. Nie musisz ich obierać, były dobrze umyte przed  zakwaszeniem.A owe falafelowe placuszki to nieco zmienione danie  arabskie- oni robią je w postaci kulek, a ja wolę w postaci  placuszków. Robi się to z mąki z ciecierzycy. Do nich dodamy sobie na wierzch  tandoori masalę, tylko uważaj, bo to ostra przyprawa bo jest w niej i czarny pieprz i pieprz  kajeński, imbir i jeszcze sporo innych przypraw. Więc w pewnym sensie  będzie to danie  arabsko indyjskie. Jak widzisz u mnie to sama zdrowa żywność króluje. 

W pół godziny później już zajadali się placuszkami. Ewa przezornie od razu uruchomiła  dwie duże patelnie a placuszki były cienkie i szybko się  smażyły. By  nieco podnieść ich wartość odżywczą Ewa dodała do  mąki dwa jajka.

Zamiast zwykłej herbaty Ewa zaparzyła rooibos czyli czerwonokrzew afrykański, który rośnie w Górach Cederberg w RPA. 

Robert nie mógł się nadziwić, że takie zupełnie  proste jedzenie  może być tak smaczne. W jeszcze większy zachwyt wprowadziła go informacja, że te wszystkie składniki są w Warszawie  dostępne - to raz, a dwa- że  Ewa potrafi je odpowiednio przygotować i jeśli on zechce ona go nauczy jak to przyrządzać.

                                                                    c.d.n.


 


niedziela, 6 lutego 2022

Ryzykantka

 Ewa odebrała u "swojej" lekarki receptę na środki przeciwbólowe oraz  skierowanie do poradni leczenia bólu oraz do neurologa i neurochirurga, ponadto skierowanie na prześwietlenie  kręgosłupa.  Od wypadku, w którym spadła z drabiny minęło ponad dwa lata i ciągle  zmagała się z bólem. Przepisana  wówczas przez lekarza ortopedę rehabilitacja pomogła niczym umarłemu kadzidło.  Lekarka  całkiem trzeźwo  zauważyła, że najlepiej będzie jeżeli zacznie od prześwietlenia kręgosłupa i będzie dobrze, jeżeli zrujnuje się na prywatną przychodnię rentgenowską, bo jakimś cudem tamci lekarze "więcej i lepiej widzą" niż ci w państwowych. A potem ma przyjść do niej z opisem i w zależności od tego  co tam  "w środku" lekarze zobaczą lekarka wystawi odpowiednie  skierowanie do dalszego leczenia u właściwego specjalisty. W trzy dni później Ewa  już miała wynik i tego samego dnia lekarka wystawiła skierowanie do chirurga ortopedy.  

Ewa, udręczona  wiecznym dyskomfortem, postanowiła wykupić wizytę w przychodni należącej do prywatnej kliniki. W recepcji dowiedziała się, że może być przyjęta za  1,5 miesiąca na koszt NFZ lub za dwa dni jeżeli zdecyduje się na prywatną wizytę - bo właśnie pan  profesor już wrócił z długiego naukowego urlopu i są jeszcze dwa miejsca wolne. Recepcjonistka podała jej do wypełnienia ankietę, w której musiała podać nieco swoich danych, łącznie z danymi zdrowotnymi, czyli wyliczeniem chorób które przeszła, leków które  bierze, posiadanych uczuleń na leki i/lub na pożywienie, odniesionych kontuzji. Ewa pomyślała, że musi "przelecieć" w myślach zaledwie 40 lat, więc jakoś "da radę", gorzej byłoby gdyby  miała tych lat ponad 70.

Dwa dni później Ewa siedziała pod  gabinetem profesora czekając aż z gabinetu wyjdzie będący przed  nią  zapisany starszy pan, a miły damski głos zapowie - "następny pacjent proszony jest do gabinetu nr 3".  Starszy pan wyszedł z rozanielonym wyrazem  twarzy i powiedział do Ewy - "przesympatyczny i pełen empatii ten lekarz". W trzy minuty  później damski głos wezwał ją do gabinetu.

Ewa ostrożnie podniosła się z krzesła i weszła do gabinetu. Po prawej stronie pokoju stało nieduże biurko, a po przeciwnej stronie stała kozetka okryta jednorazowym prześcieradłem, obok stał parawan tak ustawiony by leżący na niej pacjent  nie był widoczny dla kogoś, kto wejdzie do gabinetu. Na wprost drzwi było okno, obudowane płaskimi , białymi szafkami.

Za biurkiem siedział lekarz i wyraźnie "studiował" uważnie wypełnioną przez nią ankietę. Rzucił spojrzenie na Ewę i poprosił by usiadła. "Wytresowana" swymi dolegliwościami Ewa delikatnie przytrzymała się oparcia krzesła i  usiadła tak jakby na siedzeniu leżał kłujący kaktus. Lekarz nadal wpatrywał się w ankietę i w dołączone do niej zdjęcie rtg.

Potem uśmiechnął się przepraszająco i powiedział - muszę jednak panią zbadać, postaram się nie  zadać pani bólu. Ale muszę sprawdzić kilka rzeczy. Za parawanem jest krzesełko na ubranie.

Gdy podszedł do leżącej na kozetce Ewy powiedział - nie mogę się oprzeć wrażeniu, że już kiedyś panią widziałem, choć jestem pewny, że nie  jest pani moją pacjentką. Tyle tylko, że miała pani wtedy bardzo długie włosy. Nadal wpatrywał się w Ewę uważnie i wreszcie powiedział - już wiem-  byłem u pani gdy pani ponoć zleciała z drabiny, ale mnie to wyglądało na to, że to pani mąż pomógł pani z niej zlecieć. Gość był wyraźnie wściekły a nie przerażony  czy zmartwiony. Ewa przyjrzała mu się i powiedziała-  sama z niej  zleciałam, bo źle wyliczyłam odległość od karnisza a nie chciało mi się z niej schodzić, by ją inaczej ustawić. Jego winą było to, że nie zdjął tych firanek, choć go o to prosiłam. Złość na niego uśpiła moją czujność. 

A kto  po tym pani upadku ściąga firanki?- zapytał z uśmiechem.  
Pani, która u mnie  sprząta. Jestem od kilku miesięcy po rozwodzie. 
To dobrze, że już pani  nie skacze po drabinie. Co do rozwodu - ja już od kilku lat trenuję ten stan. Chociaż z powodu żony nie zleciałem z drabiny- dodał z uśmiechem.            

Proszę się jeszcze nie ubierać, może uda się nam teraz zaraz zrobić tomografię komputerową. A o której jadła pani  dziś ostatni posiłek? Byłoby dobrze, gdyby było to tak z 5, 6 godzin  wcześniej. O 7,30,  potem około 14,00 tylko zaliczyłam kawę - wyjaśniła Ewa.

Lekarz podszedł do telefonu i zatelefonował do kogoś prosząc by przyniesiono mu do gabinetu damski szlafrok i jakieś damskie kapcie ochronne.

Pani Ewo- zrobimy tomografię  komputerową, bo mam podejrzenie, że jednak będzie potrzebna interwencja chirurga. Zaraz przyjdzie pielęgniarka, zabierze  panią wraz z rzeczami do pokoju, w którym zaczeka pani na tomografię, przy której będę. Mam tylko jeszcze jednego pacjenta, ale to krótka sprawa. A co dalej z panią - powiem gdy wrócimy z tomografii.

Pokój do którego zaprowadziła Ewę pielęgniarka był jednym z pokoi szpitalnych i bardziej przypominał pokój hotelowy  niż szpitalny. Pielęgniarka zaproponowała, by Ewa wypiła nieco wody i może nawet nieco odpoczęła w pozycji horyzontalnej, bo jak na razie to muszą poczekać na zaproszenie do tomografu. Proszę się tu rozgościć, ja pójdę po pojazd dla pani, bo do tomografu jest dość daleko. Owinę panią kocem gdy będziemy tam jechać - to jest w innym skrzydle budynku. Uśmiechnęła się do Ewy uroczo i wyszła z pokoju.

Ewa uszczypnęła się lekko w rękę, żeby udowodnić samej sobie, że nie śni - że naprawdę jest w prywatnej klinice, że ten szpakowaty facet z nieziemsko niebieskimi oczami to nie wytwór jej chorej wyobraźni, że jest w ładnie urządzonym małym pokoju szpitalnym a za niedługo pielęgniarka zawiezie ją na badanie i wreszcie będzie miała jakąś konkretną i zapewne prawidłową diagnozę.

Trochę niepokoiła ją myśl, że może trzeba będzie jednak operować a operacje kręgosłupa wcale nie były lekkie, łatwe i przyjemne. Zresztą każda, nawet najprostsza interwencja chirurgiczna była zawsze w jakimś stopniu ryzykowna. Ona już zdążyła w ciągu tych 40 lat życia "zaliczyć" trzy operacje - jednak jakoś je przeżyła.

Rozległo się pukanie do drzwi, Ewa głośno powiedziała "proszę wejść" i do pokoju wjechała z wózkiem pielęgniarka. Poprosiła by Ewa ubrała się w szpitalną koszulę i schowała swoje rzeczy do szafy. Wychodząc pielęgniarka zamknęła pokój na klucz mówiąc - będę go miała cały czas przy sobie i będę  cały czas z panią w  trakcie badania. Pan profesor już jest przy tomografie.

Pielęgniarka i profesor pomogli Ewie ułożyć się "na stole", potem niebieskooki profesor zapewnił Ewę, że to długo nie potrwa i że bardzo jej współczuje leżenia na tym twardym podłożu. Ale zrobią jej wpierw badanie odcinka lędźwiowego a potem, w zależności od wyniku, ewentualnie całego kręgosłupa. 

W trakcie badania "niebieskooki" omawiał to co widać z innym chirurgiem i  obaj byli przekonani, że interwencja  chirurgiczna jest konieczna. I to raczej dość szybko. A do czasu operacji pacjentka powinna się "oszczędzać", więc najlepiej będzie ją wysłać na  zwolnienie lekarskie. Po badaniu pielęgniarka odwiozła ją do pokoju, a "niebieskooki" powiedział, że zaraz wystawi dla Ewy zwolnienie lekarskie i przyjdzie do jej  pokoju. Pielęgniarka pomogła Ewie w ubieraniu się, pokazała kilka " tricków" oszczędzających kręgosłup przy ubieraniu się. Gdy do drzwi zapukał "niebieskooki" Ewa była już ubrana.  Lekarz opowiedział jej, co jego zdaniem trzeba zrobić w jej kręgosłupie, omówił przybliżony termin operacji, która będzie  finansowana z NFZ. Ze szpitala wyszli razem, a niebieskooki powiedział - odwiozę panią do domu, tylko proszę mi podać swój adres, bo nie pamiętam go. Ale to tylko trzy przystanki autobusowe stąd, szkoda pana czasu- zaprotestowała Ewa. Poza tym muszę po drodze zrobić zakupy. 

Noooo, roześmiał się niebieskooki - to świetnie, bo ja też, a poza tym to pani nie powinna nic dźwigać, a zdanie "muszę zrobić  zakupy" jakoś kojarzy  mi się z kilkoma kilogramami do noszenia.  

No dobrze, zgodziła się Ewa, skorzystam z pana transportu, ale skoro i pan i ja mamy puste  lodówki, to ja  zapraszam pana na obiad do restauracji, tu niedaleko, tam nawet całkiem dobrze karmią i jeszcze nigdy nic mi tam nie  zaszkodziło. Zjemy ( ja zapraszam, więc ja płacę)  a potem pana niecnie wykorzystam i pojedziemy do L'Eclerca  na zakupy. A że  każdy dobry uczynek musi być ukarany, karą będzie kawa u mnie i opowiedzenie mi jak ta operacja będzie wyglądała. Jak pan widział, trochę już mnie różni chirurdzy pocięli. Złośliwi śmieją się ze mnie, że teraz gdy laryngolog zagląda mi do gardła  to widzi czubki moich butów. 

Niebieskooki roześmiał się - no rzeczywiście - złośliwi ci pani znajomi. Ale następny obiad to  ja stawiam - proszę sobie to zapamiętać.

W czasie obiadu gładko przeszli na ty - bo przecież tak lepiej się rozmawia, jak tłumaczył niebieskooki. Podczas gdy zajadali się szaszłykami zadzwonił telefon niebieskookiego - przeprosił Ewę i powiedział- to telefonuje mój syn, pozwolisz, że odbiorę?

Rozmowa  była krótka i wynikało  z niej, że syn chciał pożyczyć od ojca samochód na weekend, ale odpowiedź była krótka- "już raz  ci mówiłem- nie pożyczę  ci samochodu, bo muszę go mieć  cały czas do dyspozycji, weź samochód od  matki. Tak, synu, taki właśnie jestem- nieużyty.Przeszkadzasz mi w obiedzie, na którym nie jestem sam"- i to był koniec rozmowy z synem.

Jeszcze raz przeprosił Ewę, za to, że odebrał telefon, ale gdyby  nie odebrał to dzieciak dzwoniłby co 15 minut, a on  nie może wyłączyć telefonu- musi być zawsze osiągalny dla kliniki, bo zdarza się, że musi nagle jechać do kliniki by stanąć przy stole operacyjnym. Nie ty jedna uszkadzasz sobie kręgosłup w tym mieście, a my mamy podpisaną umowę z NFZ, że pewną ilość pacjentów "enefzetowych" leczymy u siebie i za nich płaci NFZ, do nas  też przywożą karetki "państwowych pacjentów". To pozwala utrzymać  szpitalowi płynność finansową- wyjaśniał Ewie. Za twoją operację  i badania przed i po operacji  też  zapłaci NFZ. Różnica w obsłudze pacjenta żadna, tyle tylko, że nie będziesz miała pokoju jednoosobowego a dwuosobowy.  Ty zapłaciłaś za wizytę u mnie sama, ale mam nadzieję, że zgodzisz się na pobyt w szpitalu i leczenie operacyjne na koszt NFZ.

Ewa kiwnęła na kelnera, zapłaciła za obiad i pojechali na  zakupy. Niebieskooki nie pozwalał Ewie nawet na pchanie wózka i ciągle słyszała- weź więcej, to może poleżeć długo. Gdy coś leżało jego zdaniem zbyt nisko nie pozwalał się jej po to schylać, sam to brał z półki.

                                                  Ciąg dalszy nastąpi

I jak zawsze proszę o komentarze lub znaczki ;) lub ;(

niedziela, 19 grudnia 2021

Spóźnione uczucia - 20

 Wieczorem w ciągu zaledwie pół godziny uzgodniono, że następnego dnia ojciec Krystyny sprzedaje  działkę, w tym czasie Pierre  wpierw upewnia  "starszego pana" o wdzięcznym  imieniu Paweł, że jego
rodzice kupią to mieszkanie i umawia w obecności pana  Pawła termin z notariuszem. Zgodnie z tym
terminem przyjeżdża do Warszawy ojciec Krystyny na podpisanie umowy u notariusza. Potem ustalają
z panem  Pawłem kiedy on opuści swoje  mieszkanie i wtedy Pierre ustala dzień przeprowadzki rodziców Krystyny z Poznania do Warszawy. 
Pierre wszystko miał rozpisane i wydrukowane w kilku egzemplarzach. I każdy z uczestników "imprezy zwanej przeprowadzka" miał własny egzemplarz "rozpiski".
W oczach swojej teściowej Pierre urósł do rangi bohatera- śmiał się, że  czuje się  niemal jakby grał rolę Spider Mana. 
A przeprowadzka, przy której nie musiała nawet palcem kiwnąć przeszła jej  wszystkie oczekiwania. Bała się, że coś się zagubi, może stłucze albo zniszczy- Pierre podejrzewał, że chyba była wręcz 
zawiedziona, że nic takiego się nie stało.
Wszystkie  formalności oraz sama przeprowadzka pochłonęły ponad miesiąc.
Dziewczynki pomału zaczynały się oswajać ze swoimi malutkimi siostrzyczkami, które , jak orzekł Pierre  stanęły  na wysokości zadania i świetnie odgrywały rolę zadowolonych z życia  niemowląt. Starsze panienki zaczęły chodzić do przedszkola, młodsze miały zagwarantowany codzienny spacer z mamą i  babcią do Łazienek. Gdy padał deszcz starsze były do przedszkola podrzucane rano samochodem przez Pierre'a, a potem odbierała je babcia.
 Pan Paweł prosił, by koniecznie Pierre wraz z Mietkiem  odwiedzili go w Nadarzynie u córki. Twierdził, że dawno nie miał kontaktu z tak miłymi, młodymi ludźmi. 
Przymiotnik  "młodzi" był w przypadku Mietka wielkim komplementem bo 57- latek zupełnie nie czuł się już młodym człowiekiem. 
Chodź zdaniem Heleny i nie tylko jej,  wyglądał naprawdę świetnie. Jego niemal czarne włosy były nadal gęste,  błąkało się  wśród nich zaledwie kilka srebrnych nitek. Nadal miał  świetną figurę.
Prawdę mówiąc młodszy od niego o 6 lat Pierre też raczej nie  zaliczał siebie do grupy młodych ale nadal wyglądał interesująco.   
Obaj sami siebie nie  zaliczali do młodych, ale po namyśle  obaj stwierdzili, że być może, gdy się jest bliżej "osiemdziesiątki" tak jak pan Paweł,  to  oni są jeszcze młodzi.
Helena "zdobyła" dla siebie i firmy, z którą współpracowała, tak zwaną  "żyłę złota" w postaci żony szefa Mietka. Sophie co miesiąc zamawiała u niej jakąś nową kreację i dzięki temu pracownia cały czas miała zamówienia i niemal nie było "martwych okresów". Sophie naraiła im jeszcze dwie klientki, które z kolei korzystały z wcześniejszych projektów Heleny. Helena udowodniła z kolei Sophie, że nawet ten sam projekt wygląda inaczej na każdej "modelce", bo jak  powiedziała Helena  każda pupa i każdy biust jest inny, żyje własnym życiem, każda osoba inaczej się porusza i fakt, że coś wygląda super na pani "X" nie  gwarantuje, że będzie wyglądało super na pani "Y".
Sophie i jej mąż stali się dość częstymi gośćmi domku pod lasem. I byli to naprawdę mało kłopotliwi
goście, którzy nie mieli problemu by przelecieć odkurzaczem podłogę w domku, wytrzeć kurze, podlać ogród lub  wytrzepać w pobliskim lesie dywaniki (Mietek zaimprowizował w lesie coś w rodzaju trzepaka) .
Sophie wyspecjalizowała się w daniach rybnych i owocach  morza i pełna zapału sterczała w kuchni szykując je. Helena była pełna podziwu, bo jak mówiła "rybi trup" był dla niej niemiłym widokiem.
Czasami do domku pod lasem wpadali też Pierre i Krystyna, oczywiście bez latorośli, bo nikt w tym gronie nie tęsknił za  dziećmi, co dziwiło tylko Krystynę. 
Krystyna co  jakiś czas bywała z wizytą u psychoterapeuty, ale ogólnie obecność rodziców w Warszawie  wpłynęła na nią bardzo korzystnie.
Czasem Mietek i Helena jeździli z wizytą do pana Pawła, który mieszkał w Nadarzynie u córki, która oddała mu parter domu, w którym mieszkała z mężem i synem. Córka pana Pawła wyszła za mąż za ogrodnika, który z  zamiłowania uprawiał kwiaty a ze względów praktycznych - pomidory. Miał też kilka  zagonów truskawek - dla rodziny i znajomych.
"Gerrberry i Pomidorry" - jak mawiał Mietek- roślinki z literką "R" w środku, co przynosi szczęście jak branie ślubu w miesiącu zawierającym ową magiczną literę "R".
Po każdej takiej wizycie trzy rodziny miały w domu piękne kwiaty i pyszne pomidory oraz  inne sezonowe owoce lub warzywa, a pan Paweł był zachwycony, że ktoś go odwiedza.
Gdy  młodsze córeczki Krystyny i Pierre'a osiągnęły poważny wiek dwóch lat  polecieli wszyscy z wizytą do ojca Pierre'a, który był już tzw. w wieku słusznym i Pierre dobrze  zdawał sobie  sprawę z tego, że  to może być ostatnia okazja do zobaczenia ojca.
Miał rację, rok później ojciec  zakończył życie, ale zdążył jeszcze poznać swoje wnuczki i uściskać syna.
Tak jak Pierre podejrzewał Lea była kochanką jego ojca, który w porozumieniu z synem część swego majątku (sporego, więc Pierre nie czuł się poszkodowany) przekazał jej. I w dwa miesiące przed śmiercią  wziął z nią  ślub.
Pierre usiłował się dowiedzieć czegoś o swej matce, ale było to poszukiwanie igły w stogu siana. Jego ojciec stwierdził, że wybaczył swej żonie, że od niego odeszła, bo ......zostawiła mu syna. Nigdy jej nie poszukiwał. Krystyna nie  za bardzo mogła to pojąć, ale Pierre rozumiał ojca.
Dziadek przed śmiercią każdą z wnuczek obdarował kontem bankowym, które do ich pełnoletności  miały być zasilane z wpływów osiąganych z jednej z inwestycji.
Pełen dumy wydał u siebie wielkie  przyjęcie na cześć swych gości. Lea chyba  miała jakieś wyjątkowe podejście do dzieci bo młodsze dziewczynki najchętniej spędzały czas w jej towarzystwie.
W podzięce za piękne wnuczki ojciec Pierre'a obdarował synową piękną i  drogą biżuterią, dziwiąc się, że jego syn dotąd tego nie zrobił.
Zapytany o to, czemu dotąd tego nie  zrobił - Pierre powiedział-  tato, ja mieszkam w cywilizowanym europejskim  kraju, tam nie ma takich haremowych  obyczajów.
No patrz synku, a ja  już tyle lat  mieszkam w tym dzikim  kraju, sporo po nim jeździłem ale nigdzie haremu tu nie widziałem. 
W kilka lat po śmierci Pierre'a seniora  zmarła niespodziewanie Lea. Najprawdopodobniej z powodu sepsy, jak się dowiedział później Pierre. 
To idiotyczne powiedział Pierre - skaleczyła się w rękę i w ciągu 3 dni zmarła! W dwudziestym wieku!
Pierre  po śmierci ojca był już tylko raz w Kanadzie, a Mietek już nigdy więcej tam nie był i nie spędził   z Heleną nocy  na łodzi pod kanadyjskim niebem pełnym  gwiazd.

                                                              KONIEC

Spóźnione uczucia - 19

Mieszkanie, które wzbudziło  zainteresowanie Mietka i Pierre'a było 550 metrów od apartamentowca.
Panowie obliczyli to licząc swe kroki.  Uliczka  przy której stał stary, jeszcze przedwojenny budynek nie była "przelotowa" i ruch na niej był tym samym bardzo ograniczony. 
Dwa pokoje z kuchnią miały  65 metrów kwadratowych powierzchni. Jak opowiadał mocno starszy właściciel mieszkania, budynek jakimś cudem nie  został w czasie  wojny i powstania  w 44 roku zrujnowany, a stojąca wtedy obok duża willa legła w  gruzach. A on chce to mieszkanie sprzedać, bo przeprowadza się do córki pod Warszawę, do Nadarzyna. Sam już nie za bardzo daje sobie radę, jego żona  zmarła 2 lata wcześniej.
Starszy pan pomyślał, że Mietek i Pierre chcą tu zamieszkać razem i w pewnej chwili powiedział - będzie się tu panom dobrze  mieszkało, lokatorzy tego domu nie są wścibscy, a gdy było na ulicach ślisko to mi nawet pomagali robiąc  zakupy bym  nie wychodził na oblodzone ulice. Bo w tej powojennej Warszawie to jezdnie  są odladzane ale chodniki to już niekoniecznie.
Pierre wyjaśnił szybko, że to nie oni chcą tu  zamieszkać, a on szuka mieszkania dla swoich rodziców. On z żoną i córeczkami mieszka w tym nowym, żółtym apartamentowcu. 
Aaaaa, w tym paskudztwie -  stwierdził z dezaprobatą starszy pan. A jak się tam  mieszka? 
Dość dobrze, widok z okien mam ładny, bo mieszkamy na ósmym piętrze i na szczęście jest garaż. I dlatego, że stąd jest tak  bliziutko do tego żółtego  brzydactwa zainteresowało nas pana ogłoszenie o sprzedaży  mieszkania. A teściowie przyjadą tu spoza Warszawy, z Poznania. 
Och, poznaniacy to nadzwyczaj uporządkowani i rzetelni ludzie- stwierdził z przekonaniem starszy pan.
To pewnie przydadzą  się im i te  "patenty" łazienkowe, które nam kiedyś tu zainstalowała córka. Bo nam zlikwidowała wannę ale jest wygodna, duża kabina prysznicowa, robiona na zamówienie. No właśnie, zaraz panom pokażę całe mieszkanie. 
Kuchnia i jeden z pokoi  były od strony północnej budynku. Kuchnia była duża, z czymś co przypominało wąski pokój bez okna, ale miało "świetliki". Jeszcze nim się zdążyli zapytać co to za pomieszczenie otrzymali wyjaśnienie- to była spiżarnia. Różnie  sobie  lokatorzy tego budynku  zagospodarowywali to pomieszczenie. My mieliśmy tu spiżarnię.
Pomieszczenie miało odrębne  oświetlenie i ściany obudowane półkami a dolna część półek  miała drzwiczki. No i miało drzwi.Na jednej z jego bocznych ścian była regularna szafa, a w niej sprzęt typu szczotki i odkurzacz. 
W samej kuchni  część mebli była jeszcze przedwojenna, ale nadal w pierwszorzędnym stanie  - pod oknem szafki poryte  blatem i "kolumna szafek"od podłogi do sufitu. Po przeciwnej stronie kuchni na całej ścianie był kredens.Na środku kuchni stał oryginalny piec kuchenny z bardzo ładnymi  kaflami. Wierzch pieca nakryty był blatem i piec  służył jako stół. 
Starszy pan powiedział,że  zabierze ten "pieco-stół" ze  sobą, chociaż wie, że u córki to on będzie stał w szopie  gospodarczej, albo  w ogrodzie, w letniej kuchni. Ale ma  masę wspomnień  związanych z tym piecem  i nie chce się z nim rozstawać.
Pokój od północy  miał balkon. Okno w pokoju było duże, trzyczęściowe. 
Łazienka była  naprawdę spora, była duża kabina prysznicowa z uchwytami wewnątrz, obok umywalki też były uchwyty. Wieszaki na ręczniki były na wygodnej wysokości. W kabinie było ustawione medyczne krzesełko  z poręczami.  
Toaleta była w oddzielnym pomieszczeniu, sedes był obudowany poręczami, tak by i siadając i wstając korzystający mógł się oburącz  wspierać. W toalecie była też miniaturowa umywalka i wieszaczek na mały ręcznik. 
Pokój od południa też miał trzyczęściowe okno. Bardzo podobał się im przedpokój, w którym była  firmowa  szafa wnękowa na okrycia wierzchnie i miejsce na regularną szafę  ubraniową. 
W kuchni, spiżarni, łazience i toalecie były na podłodze  kafelki, w kuchni kafelki były od podłogi na wysokość 1,5 metra, ściany w łazience i toalecie miały  glazurę od podłogi do sufitu. 
W przedpokoju i pokojach był parkiet z jesionowego drewna.
Drzwi wejściowe do mieszkania były pomalowane od zewnątrz na obrzydliwy, szary kolor-  w całym budynku były tak  pomalowane, a dopiero od wewnątrz było widać,  z jakiego porządnego są drzewa- lity dąb pokryty politurą w kolorze  ciemnej wiśni.
Pierre zapytał się, czy może obfotografować wszystko, na co  dostał zgodę. Po zrobieniu zdjęć pokazał je  wszystkie właścicielowi. Zapytał się też, czy mógłby tu przyjść ze swoją matką, która aktualnie jest w Warszawie. 
I miał też gorącą prośbę, by pan właściciel nie umawiał się przez najbliższe dwa dni z nikim na oglądanie, bo on już  jest pewien, że kupią to mieszkanie, bo ono na pewno rodzicom się spodoba, ale chce jeszcze porozmawiać z ojcem. Do obejrzenia była jeszcze piwnica, ale jak powiedział pan właściciel jest pusta, a jedną ścianę ma obudowaną półkami i ma pełne drzwi, bo przez te , które zainstalowała administracja to właziły do niej koty, więc je  zmienił. Na "do widzenia" właściciel stwierdził, że cieszy się, że  Pierre jest skłonny kupić to mieszkanie, bo on tu mieszkał od 1936 roku, (wtedy by ten dom oddany do użytku) i udało mu się tu wrócić w  1945 roku w marcu. I ma wrażenie, że jest to bardzo szczęśliwe do mieszkania miejsce. 
Gdy wyszli z mieszkania przeszli się jeszcze do końca uliczki - stało tu jeszcze kilka dość dużych willi z ogrodami i jeden budynek powojenny, w którym na górze były  mieszkania a na parterze pralnia chemiczna i zakład szewski.
Zaczynam wierzyć, że jednak nie rozleci mi się małżeństwo - stwierdził Pierre. Krystyna  będzie  miała dodatkowe wsparcie w postaci rodziców. Myślę, że i im się  to mieszkanie  spodoba. I wiesz, wydaje mi się, że jego cena nie jest wygórowana. I, zauważyłeś?  Ono jest bardzo zadbane, właściwie  niczego tam nie  będzie trzeba  zmieniać. Rodzice przecież już nie są młodzi, więc te  wszystkie udogodnienia będą  niezwykle przydatne.
Gdy wrócili do " żółtego paskudztwa" zaraz pokazali Krystynie i jej matce to mieszkanie. Obie panie bardzo uważnie oglądały zdjęcia, dopytywały się o szczegóły a matka Krystyny zastanawiała się, co trzeba  mieć w głowie  zamiast  mózgu, by takie  piękne dębowe drzwi zamalować  farbą olejną.  Zwróciła uwagę na to, że mieszkanie jest bardzo zadbane i chyba nawet nic tam nie wymaga remontu. Ze zrozumieniem przyjęła fakt, że w łazience i toalecie jest tyle udogodnień i stwierdziła, że oni w swoim poznańskim  mieszkaniu też planowali zlikwidowanie  wanny, bo coraz ciężej jest z niej korzystać, poza tym wyczytała, że po ukończeniu 6o lat kąpiele w wannie nie są korzystne, zdrowsze jest korzystanie z prysznica.
No to teraz  musimy się szybko pozbyć mieszkania i działki - stwierdziła teściowa. Zaraz  zatelefonuję do Poznania. Teraz ojciec jest na jakimś spotkaniu emeryckim- powiedział Pierre- będzie na 3 godziny. Rozmawiałem  z nim wracając z tego mieszkania. Bardzo mu odpowiada cena tego mieszkania, twierdzi, że wystarczy sprzedać działkę. Bo ceny tych działek skoczyły w górę w związku z planem zagospodarowania tych terenów. I ojciec  stwierdził, że tylko sprzeda działkę, mieszkanie opróżni się meblując warszawskie mieszkanie i wynajmie się je. I uważam,że to dobry pomysł. Będziecie  mieć co miesiąc jakieś pieniądze z tego mieszkania. A ja wam sfinansuję przeprowadzkę taką jak my mieliśmy.
A co? ty taki Krezus jesteś? - spytała teściowa.
Pierre uśmiechnął się - no  Krezus to może nie, ale na ubogiego to Kristin nie trafiła. Ojciec mi  sfinansował to mieszkanie, chociaż go o to nie prosiłem. Na przeprojektowanie tego miałem ze sprzedaży tamtego mieszkania. Zresztą to była naprawdę niewielka suma za to przeprojektowanie.
Krystyna popatrzyła na  męża - nigdy mi nie mówiłeś, że jesteś bogaty!
No bo nie jestem, bogaty to być może jest mój ojciec, bo kilka razy dobrze zainwestował pieniądze. Ale  ja nie mam zwyczaju prosić go o pieniądze. A czasem to ojciec, gdy mu jakiś biznes wyjątkowo dobrze pójdzie to mi coś wpłaca na moje subkonto, które  mi  założył gdy jeszcze byłem w szkole, ale  nigdy mnie o tym nie informuje. Wiem tylko, że już dawno spisał testament wg którego jestem jego jedynym spadkobiercą wszystkiego co stanowi jego własność. 
A Twoja  mama nic nie  dostanie? - spytała  teściowa.
Nie, bo się rozeszli, rozwód  był z jej winy, pokochała innego i zostawiła tatę i mnie. Miałem wtedy  10 lat.
O Boże, to straszne. Nigdy mi o tym nie mówiłeś- stwierdziła Krystyna. I czegoś nie rozumiem - powiedziałeś, że w Quebecu jest duży dom rodzinny i rodzice  nam pomogą.
Pierre wzruszył ramionami - nie było  potrzeby bym ci opowiadał o  swoim dzieciństwie i sprawach rodzinnych, poza tym nigdy się o to nie  zapytałaś, nie interesowało cię to wcale. I nie widzę w tym nic strasznego, że mama  odeszła od ojca. Ludzie w życiu się zmieniają- zakochują, lub przestają kogoś kochać- takie jest życie. Mój ojciec nie ożenił się po raz drugi, chociaż nie sądzę by wiódł życie  zakonnika. 
Po odejściu mamy zamieszkała z nami babcia a ojciec  zatrudnił dwie kobiety - jedną do sprzątania i gotowania i drugą do tego by cały czas uważała na  mnie - sądził, że babcia sobie  ze mną nie poradzi. Lea, ta która pilnowała mnie, mieszka w tym domu nadal. Mam wrażenie, że jest kochanką mego ojca, ale nie pytałem go o to. To nie moja sprawa. Ale wiem, że gdybym napisał, lub zatelefonował do Kanady, że wracam  i przywożę ze sobą żonę i 4 córeczki  to poza wielkim entuzjazmem byłaby i wielka pomoc dla nas. Bo taki jest mój ojciec.  I jestem pewien, że ojciec  z całą pewnością dobrze  zabezpieczył przyszłość Lei na wypadek swego zgonu.

                                                                 c.d.n.

sobota, 18 grudnia 2021

Spóźnione uczucia - 18

 Pierre pędził do Poznania jak wariat- o godzinie  7,30 rano już  zameldował się u teściów. Odbył też z nimi bardzo poważną i niezbyt miłą rozmowę. Dowiedział się  z niej, że Krystyna  miała już w życiu "epizod nierównowagi psychicznej" gdy  miała 15- 16 lat. Ale tak dokładnie to zupełnie nie do końca rodzice  wiedzieli czym był spowodowany. Była dość długo pod opieką przychodni  zdrowia  psychicznego, brała leki. Gdy była na drugim roku anglistyki lekarze uznali, że już z nią wszystko w porządku, odstawiono leki. 
Pierre był przerażony i oburzony, że ani Krystyna  ani jej rodzice  nie powiedzieli mu o tym przed  ślubem. Gdyby o tym wiedział wtedy to nie decydował by się na dzieci. No ale przecież  dziewczynki są normalne, nie  mają żadnych zaburzeń- stwierdziła teściowa. 
No tak - zgodził się Pierre- jak na razie nie mają, ale u Krystyny to wypłynęło dopiero gdy  miała już kilkanaście lat, a nie gdy  miała lat sześć. I prawdę mówiąc, to gdybym wiedział o tym wtedy, to zapewne nie  żeniłbym się  z nią, nie  zakładał rodziny. Czuję się oszukany przez nią i przez was. I  boję się o dzieci. Tyle tylko, że teraz będę się baczniej im przyglądał i na pewno będę się kontaktował z psychologiem dziecięcym już teraz, żeby wcześniej wyłapać jakieś nieprawidłowości.  
I bardzo, ale to bardzo poważnie zastanawiam się nad  przeniesieniem się z Krystyną i dziećmi do Kanady   by tam  zamieszkać razem z moimi rodzicami. Oni mają w Quebecu bardzo duży dom, znalezienie pomocy domowej nie stanowi tam takiego problemu jak w Polsce, bo tam żadna praca 
nie hańbi. Z dostępem do lekarzy  też nie ma  problemu. To tylko kwestia  pieniędzy.A te mam- i ja i moi rodzice.
Teściowa z lekka pobladła, nabrała powietrza i powiedziała - byłam bardzo przeciwna małżeństwu Krysi z  tobą  Piotrusiu, chyba coś przeczuwałam.
Teść roześmiał się  nerwowo- nie gadaj głupot Marysiu, ona nie była wtedy nastolatką,  miała dobrze ponad  dwadzieścia lat i nawet nam wcześniej nie przedstawiła Pierre'a, twój sprzeciw i tak  nie robił nigdy na niej żadnego wrażenia. Lepiej się zastanówmy nad obecną sytuacją, bo jest nad czym  myśleć i trzeba zacząć działać. Jest czworo dzieci i trzeba się nimi zająć. 
Pierre, a jakie ty widzisz rozwiązanie sytuacji  poza zabraniem całej rodziny do Kanady? Bo jednym  ze sposobów to jest byście  zamieszkali w Poznaniu, ale nie wiem, czy  ty będziesz tu miał pracę, poza tym  w tym mieszkaniu to się nie pomieścimy  wszyscy.
Na tzw. "pierwszy ogień to" jedno z nas pojedzie teraz  razem z dziećmi do Warszawy, żeby zająć się
dziećmi i Krystyną.  Możemy szybko  sprzedać działkę pod  Poznaniem i to mieszkanie i przenieść się do Warszawy. 
Myślę, że najmądrzej będzie jeśli teraz ty -zwrócił się do swej żony- pojedziesz  do Warszawy,
a ja tutaj zorientuję się ile pieniędzy uzyskamy ze sprzedaży mieszkania i działki- zapewne starczy to na kupno niedużego mieszkania w Warszawie. Pierre, co o tym myślisz?
Rozmawiałem o tym z moim najbliższym przyjacielem, on był kilka lat w Kanadzie i tam się kiedyś poznaliśmy, teraz pracujemy razem w Warszawie. I on stwierdził, że jeśli sprzedamy swoje warszawskie  mieszkanie   a wy swoje tutaj, to najprawdopodobniej będzie  można  kupić dom pod  Warszawą, oczywiście w miejscu dobrze  skomunikowanym z miastem, czyli na trasie szybkiej kolei miejskiej. On nawet przeglądał ogłoszenia, ale był zdania, że dom powinniśmy wybierać razem, czyli wy dwoje, no albo sam tata i ja z Krystyną, albo ja sam, bo nie  wiem czy ona ostatnio nadaje się do takich poważnych decyzji. Ona ostatnio nawet na spacer  z dziećmi nie wychodzi, a gdy telefonuję do niej w ciągu dnia z pracy  to bardzo dziwnie  mi odpowiada. Zastanawiam się czy ona  aby nie pije alkoholu gdy jestem w pracy.
Nie można tego wykluczyć- stwierdził beznamiętnie teść. Marysia, idź pakować siebie i dziewczynki. One na pewno za chwilę już wstaną- tylko nie rozmawiajmy przy  nich o Krystynie. Nie wiem czemu, ale one  wcale nie tęsknią za nią. I nie są ciekawe jak wyglądają ich siostrzyczki. A ja zrobię coś do jedzenia. Zjecie śniadanie i wyruszacie w drogę.
W dwadzieścia minut później , gdy już było gotowe śniadanie, dziewczynki wisiały na szyi Pierre'a i piszczały  radośnie. Pierre im powiedział, że już tak bardzo się za nimi stęsknił, że dziś już je  zabiera od dziadków do mamy i siostrzyczek . I pojedzie  z nimi też  babcia, bo chce  zobaczyć swoje młodsze
wnuczki. 
Na pożegnanie teść powiedział Pierre'owi na osobności, że całkowicie  polega na jego zdaniu w kwestii wyboru domu i że przeprasza, że nie powiedział mu nic nigdy o zaburzeniach swej córki. No popatrz Pierre, a druga jest cały czas zupełnie normalna i w 100% przewidywalna. Będą do was telefonował codziennie, bo będę tęsknił za dziewczynkami.
Droga powrotna minęła bez żadnych sensacji, teściowa milczała jak grób a dziewczynkom buzie się nie  zamykały. Pierre miał wrażenie, że do jego teściowej dopiero teraz dociera to wszystko co powiedział kilka godzin wcześniej.
Co jakiś czas wzdychała ciężko, więc pomyślał, że może chce by się zatrzymać  na jakimś parkingu i napić się czegoś lub skorzystać  toalety, ale nie - teściowa powiedziała tylko, że jest jej "ciężko na duszy".
Pierre nie za bardzo zrozumiał o co biega i stwierdził, że będzie musiał teraz częściej  rozmawiać z Mietkiem po polsku by rozumieć  dokładniej  co mówi jego teściowa. I po raz pierwszy pozazdrościł Mietkowi i Helenie, że nie mają dzieci. I aż się przeraził własnych myśli.
Dziewczynki natomiast były bardzo podniecone, bo wyjechały z Warszawy jeszcze przed zmianą
mieszkania. No i bardziej je obchodziło jak wygląda  nowe mieszkanie  niż ich siostrzyczki. Bardzo 
były ciekawe  kiedy pójdą do nowego przedszkola i czy jest daleko od  domu. Były rozczarowane, że 
nie będą mogły same wychodzić na balkon i na nim się bawić.  I do przedszkola też nie będą chodzić same tak jak to było możliwe w Poznaniu, bo tu nie przechodziło się do przedszkola osiedlową, wewnętrzną uliczką z dala od samochodów,  ale trzeba było pokonać bardzo ruchliwe skrzyżowanie.
Zajechali  do podziemnego  garażu  i dziewczynkom nieco "szczęki  opadły". Ich mieszkanie było 
na przedostatnim, ósmym piętrze.
Gdy stanęli przed drzwiami mieszkania, starsza odczytała na tabliczce  nazwisko rodziców i zapytała-
 a dlaczego tu nie ma naszych imion? Bo nie robią tak wielkich tabliczek by się na nich  zmieściło sześć imion- odpowiedział Pierre. Starsza sięgnęła w stronę dzwonka, ale  babcia zatrzymała jej rękę- zostaw, tatuś ma klucz. Gdy w domu są malutkie dzieci to się nie dzwoni, żeby ich przypadkiem nie obudzić. 
I macie mówić  cicho, żeby małych  nie wystraszyć.  Pamiętajcie- żadnych wrzasków! Za wrzaski będę was stawiać do kąta.
Pierre otworzył drzwi i zaświecił w przedpokoju światło. O rany -   jak tu dużo miejsca! A gdzie mama? zapytała młodsza. Kristin- cicho zawołał Pierre. Z drzwi po lewej stronie wysnuła się Krystyna 
z butelką mleka w ręce -  widok dziewczynek i własnej  matki  wyraźnie ją wystraszył. 
Boże, co się stało?!
Nic się nie stało, odpowiedziała jej matka- przyjechałam bo się stęskniłam za tobą no i chcę wreszcie zobaczyć maleństwa. A ty dlaczego jesteś w szlafroku, chorujesz? Krystyna wpatrywała się  na zmianę w dzieci, w matkę i starannie omijała wzrokiem Pierre'a. W końcu podeszła do matki, przytuliła się do niej i wyszeptała -  jak dobrze że jesteś. Przytul dzieci- szepnęła jej do ucha  matka.  Krystyna przygarnęła  dziewczynki, ale w tej chwili  osóbka pozbawiona nagle ciepłego mleka zaprotestowała ostro. Pierre wziął z ręki Krystyny  butelkę i poszedł dokarmić małą. Obie "starsze siostry" poszły zobaczyć jak ich młodsza  z zapałem ssie z butelki mleko. Popatrz jaka bystra- zauważyła młodsza- trzyma tatę za rękę!  Pewnie żeby jej  nie uciekł z butelką. Pierre jedną ręką trzymał butelkę, a  drugą obejmował starsze dziewczynki. Druga  z bliźniaczek, już nakarmiona, spała w swoim łóżeczku.
W niedzielę wszyscy razem poszli na spacer do Łazienek. Był koniec kwietnia  i pomału wiosna wkraczała do parku. Pierre zaprowadził całe towarzystwo do części parku, w której był plac zabaw dla dzieci. Dziewczynki szalały na huśtawkach, a teściowa w tym czasie spacerowała z wózkiem po okolicznych alejkach. A Pierre zaczął poważną rozmowę z Krystyną. Powiedział, że są właściwie dwie opcje do wyboru - albo wyjazd do Kanady,  albo kupno  domu pod Warszawą i zamieszkanie w nim z rodzicami Krystyny. Jest i trzecia opcja- rozwód, ale on ją odrzuca, więc nie będą o tym dyskutowali. Poza tym powiedział, że zauważył, że Krystyna jest bardzo wyczerpana nerwowo ciążą i porodem i może powinna wzmocnić swoją psychikę z pomocą lekarza specjalisty w tej  dziedzinie. Potem dodał -  twoja mama opowiedziała mi o twojej chorobie. Mam do ciebie żal, naprawdę duży, że nie powiedziałaś mi o tym sama. Gdybym o tym wiedział zadbalibyśmy z pomocą specjalistów o to, by cię to nie spotkało po raz drugi. I od poniedziałku zacznę szukać dla nas wygodnego domu pod Warszawą. I dla  ciebie dobrego rozumnego lekarza,  musisz stanąć na nogi. Musisz zacząć normalnie funkcjonować.
I zamieszkamy w domu pod Warszawą  razem z twoimi rodzicami. No chyba, że wolisz wyjechać razem ze mną i dziećmi do Kanady. 
Poszukamy mieszkania w którejś z podwarszawskich miejscowości na linii kolejki elektrycznej. I będziemy szukać takiego miejsca by było tam przedszkole i szkoła, nie tylko podstawowa.  Mietek obiecał mi pomoc w tej materii.  Co dwie pary oczu to nie jedna. Zależy mi na tym, by było dobre połączenie komunikacyjne z Warszawą. 
Krystyna oparła głowę na ramieniu męża i wyszeptała - jestem strasznie  zmęczona, bałam się wczoraj, że wyjechałeś po cichu do Kanady.
Pierre popatrzył się na nią i powiedział - no nie wiem czy   mam się śmiać z twojej głupoty czy płakać, że tak mało  mi ufasz i tak mało mnie  znasz.  Chyba będziemy pomału wracać do domu, bo za pół godziny małe i te nieco większe muszą jeść.
Dziewczynki były niepocieszone, że trzeba wracać do domu, ale jedno spojrzenie babci przerwało narzekania.Babcia należała do tych babć, które nie rozpieszczają dzieci i to się Pierre'owi bardzo podobało. 
Przypomniała mu się jego własna babcia, która wprawdzie wciąż go tuliła i pieściła, przynosiła różne  łakocie, zabawki i książki, ale jednocześnie wymagała posłuszeństwa i porządku. Do dziś pamiętał babcine powiedzenie, że na to Bóg dał ludziom rozum by z niego w pełni korzystali i stale myśleli o tym co robią i dlaczego. Zawsze musiał się tłumaczyć gęsto dlaczego coś  zrobił lub dlaczego czegoś nie zrobił. Jeśli nie potrafił wytłumaczyć dlaczego coś zrobił lub  nie zrobił czegoś- musiał odsiedzieć sam w pokoju i dobrze  zastanowić się nad odpowiedzią. I to była właściwie jedyna kara- nigdy nie był w domu bity, nigdy nikt na niego nie krzyczał.
Od poniedziałku Pierre zaczął wertować ogłoszenia o sprzedaży domów w okolicach Warszawy. Ceny domów wzdłuż linii Szybkiej Kolei Miejskiej były porażające a oferty dziwne. Najbardziej go ubawiła 
jedna  z ofert głosząca, że jest do kupienia piękny, wolno stojący dom 50 metrów kwadratowych. Ich mieszkanie w apartamentowcu  miało więcej metrów kwadratowych. Tak go to ubawiło, że podrzucił link mailem  Mietkowi. Godzinę później Mietek podrzucił mu inną ofertę - mnie więcej w odległości mniej niż pół kilometra od ich apartamentowca  ktoś chciał sprzedać mieszkanie dwupokojowe z kuchnią. Mietek dopisał - na twoim miejscu bym to zaproponował teściom- pół kilometra to śmiesznie blisko, warto to mieszkanie obejrzeć. A przy takim układzie i wy i teściowie zachowacie pewną,  jednak nieodzowną odrębność. Przejść dwa razy dziennie taką odległość to pestka. Ja tam zaraz  poślę  maila, ty też to zrób, zrobimy im radochę, a oglądać i tak pójdziemy razem. Oglądałem domy wzdłuż linii SKM, ceny chyba z Kosmosu, zupełnie nie do przyjęcia.  A w Otwocku to ceny  jak w Paryżu, zwłaszcza w tak zwanych szeregowcach. Dwa pokoje z kuchnią 2 mln. I to jest dom ich zdaniem. Aż się zastanawiałem, czy może mają ściany obleczone  warstewką złota. 
Gdy tylko Mietek dostał odpowiedź na swego maila i termin, w którym można mieszkanie obejrzeć powiedział o tym Pierre'owi. Mieszkanie mogli obejrzeć następnego dnia wieczorem,  więc Pierre zatelefonował do teścia i powiedział mu o tym mieszkaniu . Teść pochwalił ten pomysł i powiedział, że w pełni się zdaje  w tym temacie na Pierre'a i jego przyjaciela. A dwa pokoje z kuchnią całkowicie im wystarczą do szczęścia i pierwsze piętro też im pasuje.  I stwierdził, że w razie przeprowadzki skorzysta z usług tej firmy przeprowadzkowej, która przenosiła Pierre'a i Krysię, więc nawet nie będzie musiała do Poznania przyjeżdżać z okazji przeprowadzki jego żona. Bo ja ci synu ufam całkowicie. Po raz pierwszy teść do Pierre'a zwrócił się  per "synu".

                                                                               c.d.n



Spóźnione uczucia - 17

 W kilka dni później Mietek położył na biurku szefa  zaklejoną kopertę, adresowaną do jego żony. I choć to były godziny pracy szef niczym rączy jeleń porwał kopertę i szybko wyszedł z gabinetu kierując się w stronę prywatnej części  budynku. Mietkowi  zachciało się  śmiać bo pomyślał z niejaką ulgą, że nie tylko on jest  zapatrzony we własną żonę jak w tęczę i że zawsze spełnia wszystkie jej polecenia.
Oczywiście dobrze wiedział jaka jest zawartość koperty - był tam starannie  naszkicowany model sukienki uzupełniony opisem. Poza tym Helena dołączyła model torebki, którą można było do tej
kreacji dorobić  z resztek tego jedwabiu. Rozrysowane były także trzy warianty jej wersji - mogła być
na długim paseczku, noszona na  ramieniu, mogła być w wersji kopertówki ewentualnie mogła być mocowana przy pasku sukienki. Był też dodatkowy szkic bluzki z krótkimi, powiewnymi rękawami, bo ten kupon był naprawdę spory, a Sophie nie była  ani bardzo wysoka  ani gruba i  bez problemu z tego kuponu mogła wyjść sukienka i bluzka oraz  nieduża torebka.
Sophie, gdy tylko otrzymała kopertę wpierw pokazała mężowi  jaką  kreację dla niej  zaprojektowała żona  Mietka a potem zatelefonowała do Heleny i umówiły się na spotkanie by omówić ten model i wybrać dzień,  w którym Helena  przyjedzie po nią  i zabierze ją do pracowni by zdjęto z niej miarę.
Sophie  była niesamowicie  zaintrygowana tym, że można  zrobić torebkę z jedwabiu, więc Helena obiecała, że przywiezie taką  torebkę, którą kiedyś sama uszyła z dżinsu a tak dokładnie ze starych spodni dżinsowych. Bo wewnątrz torebka będzie taka sama, tylko wierzch będzie miała inny.
Pierre, za radą któregoś z pracowników, zaczął szukać opiekunki dla bliźniaczek poprzez agencję, 
która wyszukiwała panie do pracy w  ambasadzie w charakterze pokojówek oraz  gospodyń domowych.
Krystynie  powiedział, że gdy znajdzie kogoś do opieki nad dziewczynkami to będzie dobrze, gdy ona rozejrzy się za jakąś pracą dla siebie na pół etatu. Jeśli nie, to on jest zdecydowany na wyjazd z Polski do Kanady - oczywiście z nią i dziećmi.  Jego rodzice  mają duży dom a znalezienie pomocy domowej nie będzie żadnym problemem. 
Domowe "potwory" prowadzone  teraz  przez doświadczoną lekarkę- pediatrę przestały nocą  ryczeć, zostały przestawione na sztuczne karmienie bo zdaniem lekarki Krystyna miała za mało pokarmu, więc wrzeszczały  z głodu.  
Krystyna zaraz zatelefonowała i wyżaliła się Helenie, ale trafiła pod niewłaściwy adres, bo Helena powiedziała, że w pełni rozumie Pierre'a, który przecież nie planował większej ilości dzieci.  I nic dziwnego, że jest gotów by zmienić Warszawę na Quebec, gdzie mieszkają jego rodzice, którzy mogą im pomóc przy czwórce dzieci, bo na dodatek mają duży dom, a mieszkają sami. 
Krystyna się lekko "zapowietrzyła", w końcu stwierdziła, że przecież jej rodzice też im pomagają, bo mają u siebie dwójkę starszych dziewczynek.
Ale Helena była bezlitosna - spokojnym głosem powiedziała, że chociaż nie  zna się na hodowli dzieci, to uważa, że istniejąca sytuacja nie jest właściwa, bo dzieci powinny być razem od pierwszych dni powrotu Krystyny ze szpitala. I że nie trzeba było odwozić dzieci do mamy, ale  mamę uprosić by do niej przyjechała na  czas porodu i na pierwsze dwa tygodnie po porodzie. A w ogóle to powinna wszystko to omówić dokładnie z własnym mężem, bo to ich wspólna sprawa. A milczenie niczego tu nie  załatwi a może tylko sprawę pogorszyć.
Ale ja nie chcę wyjeżdżać z Polski - stwierdziła Krystyna bliska już płaczu.
No to porozmawiaj o tym wszystkim z mężem, ja tu nie jestem osobą, z którą masz to omówić. I zacznij myśleć logicznie, bo jak na razie to ja bym na jego miejscu ciebie ubezwłasnowolniła i zabrała decyzją sądu całą czwórkę do Kanady, bez ciebie.
Sąd by tak nie postanowił, nie może tak postanowić, stwierdziła płaczliwym głosem Krystyna. Helena roześmiała się - sąd wszystko może, nie masz żadnych argumentów by udowodnić, że jesteś wzorową matką. Może się przejdź do jakiegoś psychologa lub psychoterapeuty, może masz depresję poporodową.
Tylko musisz pójść do prywatnego, bo w państwowych to się dostaniesz  za pół roku, jak dobrze pójdzie.
Krystyna rzuciła w przestrzeń niecenzuralnym wyrazem i wyłączyła się.
No cóż, świnia jestem - pomyślała Helena. Ale to nie  moja wina, że to taka bezmyślna kobieta. Ona nawet nie tęskni za tymi starszymi dziewczynkami, a co dziwniejsze, to one wcale nie tęsknią za nią.
Pierre mówił, że gdy ostatnio z nimi rozmawiał to starsza  stwierdziła, że jeszcze nie chcą wracać, bo
już chodzą do przedszkola. Ona ma już  sześć lat, więc coś jest na rzeczy.
Spotkanie z Sophie zajęło  Helenie pół dnia. Nie dlatego, że w pracowni bardzo dokładnie panie  brały miarę, ale dlatego, że Helena chciała koniecznie  wpaść do domku pod lasem i zabrać  kilka rzeczy. Oczywiście  zapytała się Sophie czy może w drodze powrotnej wstąpić na chwilę do domu pod lasem, ale ta chwila  zamieniła się w niemal 3 godziny. Sophie była  zachwycona położeniem domu, że tuż pod lasem, zwiedziła całość wzdłuż i wszerz, nawet do piwnicy zajrzała, zachwycona  była 
werandą i nawet nieco zapyziałym ogrodem. W nagrodę  za zachwyt, jak się śmiała Helena, została nakarmiona pierogami z jagodami, napojona kawą i nakarmiona  paluszkami z makiem. Dziwiła się,
 że w domu tak ciepło i że oni nie wyłączyli pieca, więc Helena musiała tłumaczyć, że każde włączenie wymaga potem  fachowca, więc piec włącza się na początku sezonu i jest czynny cały czas na  najmniejszych obrotach.
Gdy przyjeżdżają w piątek wieczorem to wtedy go podkręcają na wyższe obroty.  
Panie umówiły się, że w następną  sobotę Sophie  z mężem przyjadą do nich i....przenocują. A w niedzielę późnym popołudniem  wrócą w dwa samochody do Warszawy. Helena uśmiała się, że do noclegu u  nich najbardziej zachęcił Sophie fakt, że ona z mężem będą  mieli osobne  sypialnie, bo szanowny mąż koszmarnie  chrapie w nocy. Sophie stwierdziła, że najgorzej jest gdy gdzieś jadą 
i śpią  w hotelu w jednym pokoju bo wtedy to ona musi spać w stoperach, co miłe nie  jest. I choć Sophie wciąż wysyła go do lekarza- on do niego nie dotarł, twierdząc, że chrapanie to ludzka rzecz.
Któregoś dnia Mietek wrócił z pracy w kiepskim humorze. Helena przyglądała mu się milcząco, potem spytała- co się dzieje, żeś taki milczący? Podpadłam ci czymś?  A skąd! -zaprzeczył. Dziś Pierre mi powiedział, że zupełnie nie może się  dogadać z Krystyną, która stwierdziła nagle, że jej  żadna pomoc przy dzieciach  nie jest potrzebna i że nie będzie rozmawiać z jakimiś kandydatkami na niańkę. A w domu piętrzy się stos pieluch bo  zapomniała je wrzucić do pralki,  jedna  z dziewczynek ma pupę czerwoną  jak pawian, taka jest odparzona. I Pierre jest załamany, bo już nie wyrabia. On codziennie wstaje o świcie i szykuje na cały dzień mieszanki dla dzieci, a ona  nawet nie umyje i nie wyparzy tych butelek, tylko on to musi robić.  I on się mnie pyta co ma robić - a skąd ja mam wiedzieć? Na dodatek podejrzewa, że ona popija, bo jak dzwoni do domu w ciągu dnia to Krystyna odpowiada często ni w pięć ni w dziewięć. I wcale nie chodzi z dziećmi na spacery. Pierre jest tak rozbity, że dziś musiałem za niego wziąć dwie sprawy. Wiesz, nie idzie mi o to, że je wziąłem , ale o to,  że jest rozbity.
Helena w związku z tym opowiedziała mu o swojej rozmowie z Krystyną i że ma wrażenie, że coś się dzieje  złego z umysłem Krystyny. Więc może Pierre powinien  zatelefonować do swej teściowej , opowiedzieć z grubsza co się dzieje i niech może ona przyjedzie tu razem z dziewczynkami. A tak ogólnie rzecz biorąc to może Krystyna powinna mieć jakąś konsultację z psychologiem, bo może to 
jest depresja poporodowa. 
Ona tak sobie  wbiła do głowy, że będzie jedno dziecko w postaci chłopczyka, że się teraz  nie może pogodzić z faktem, że jest dwoje i to dziewczynki. Poza tym ona wcale nie tęskni za córeczkami które 
są w Poznaniu. Wiesz, miałam kilka  koleżanek, które miały dzieci, ale nie było takich cyrków. Wszystkie cieszyły się tymi niemowlakami tak, jakby znalazły furę diamentów lub wygrały miliard w totka. Denerwowały mnie gadając ciągle o kaszkach, kupkach itp. bo mnie to akurat  nie  obchodziło, 
ale się tymi dziećmi zachwycały. Ale ona i tymi starszymi też się za bardzo nie  zajmowała gdy byli u nas, nawet nie bardzo słuchała co one do niej mówią.
Mietek bardzo przeżywał sytuację rodzinną przyjaciela, jednocześnie uświadamiając sobie jak jemu jest dobrze z Heleną. Cały pobyt w Kanadzie na Dalekiej Północy odpływał w niepamięć, plasował się w warstwie wspomnień  spychanych coraz dalej. Doradził przyjacielowi by zatelefonował do swojej teściowej i uświadomił jej, jak przedstawia się sytuacja, ale nim to zrobi, to niech jeszcze raz porozmawia (tylko bardzo spokojnie) z Krystyną o całej sytuacji. Pierre stwierdził, że coraz trudniej mu rozmawiać z Krystyną spokojnie, bo go ta sytuacja  zaczyna przerastać. A do teściowej to nie za bardzo ma po co telefonować, bo boi się, że  jego znajomość polskiego jest jednak niewystarczająca by wszystko teściowej dokładnie opowiedzieć. No to napisz wszystko w liście, po angielsku i daj tłumaczowi przysięgłemu do tłumaczenia - doradził Mietek. Mógłbym ci to wszystko sam przetłumaczyć, ale pieczątka tłumacza przysięgłego uświadomi twym teściom, że sytuacja jest poważna a nie rozdmuchana pod wpływem nerwów. Tylko weź kogoś, kto cię  nie zna- po co  ci ewentualne plotki w firmie na wasz temat.
Dwa tygodnie później Pierre powiedział Mietkowi, że rozmawiał z teściową, która poprosiła go by przyjechał po nią i dziewczynki. I na koniec swej rozmowy z teściową usłyszał coś co go mocno zaniepokoiło, a brzmiało to : "tylko nic nie mów jej, że po nas jedziesz, niech lepiej ma niespodziankę". Nie  dopytywał się o co chodzi, no bo przecież dowie się wszystkiego, gdy teściowa tu będzie.  No więc powie w domu, że ma służbowy wyjazd, wyjedzie o czwartej rano,  wróci na noc już z  dziećmi i teściową. To raptem około czterech  godzin jazdy w jedną stronę. A mówi o tym wszystkim Mietkowi, żeby wiedziała o tym i Helena i gdyby ewentualnie zatelefonowała do niej Krystyna to żeby podtrzymała tę wersję o służbowym wyjeździe.
Mietek obiecał przyjacielowi, że oczywiście wszystko to powie Helenie i w razie czego Helena poświadczy, że Pierre wyjechał służbowo w weekend. Bo takie wyjazdy zdarzały się czasami, nie częściej co prawda niż  cztery razy w roku.

                                                             c.d.n.