środa, 9 marca 2022

Ryzykantka - 40

 Wyniki badań Zigi wypadły, delikatnie  mówiąc, nieciekawie. No ale  czego się można  spodziewać u kogoś, kto zaczął palić papierosy jeszcze  w podstawówce i nigdy nie  dbał o swoje  zdrowie? Tomografia niestety niczego nie  wyjaśniła, poza tym, że należy zrobić kolejne  badanie- niestety bardzo niemiłe, czyli bronchoskopię. 

No tak - narzekał Zigi- zaczęło mi się lepiej układać na  gruncie prywatnym to zaraz  musiało coś wyleźć! Nie mam odwagi powiedzieć tego Dorocie. Ale  musisz, Zigi,  musisz. A tak na przyszłość - ona, ponieważ jest twoją żoną, powinna wszystko wiedzieć pierwsza- ona- nie ja. To ona się związała z tobą na dobre i na  złe. Potem, gdy już ona będzie wiedziała o wszystkim możesz ze mną podyskutować, ale  nie chcę by była inna  kolejność. Ja rozumiem, że się przyzwyczaiłeś dzielić  swoimi problemami ze mną, ale teraz to się nieco  zmieniło. Możemy o tym wszystkim  pogadać,  ale o wszystkim co ciebie  dotyczy Dorota  powinna wiedzieć  pierwsza. 

A poza  tym, skoro ci powiedzieli, że musisz  zrobić dodatkowe  badanie to musisz je  zrobić. Tyle  tylko, że jak już przećwiczyłam na sobie,  czasami wiele zależy od tego kto te  wyniki ogląda. Po mojej  tomografii byłam pewna, zresztą Robert też, że wyląduję pod nożem. Dopiero  RMI wykluczyło kwestię operacji. Teraz  niby wszędzie taka  sama  aparatura, ale ponieważ jest wściekle  droga, to nieco biedniejsze  ośrodki oszczędzają i np. głowice do USG mogą być już przechodzone, czasem brak stabilnego napięcia w sieci i są przekłamane wyniki analiz. A czasem każdy na kliszy RTG co  innego widzi. To to mnie akurat nie  dziwi- naprawdę  trzeba być niesamowicie  dobrym w odczytywaniu tego co widać. Kiedyś mi lekarz  powiedział, gdy miałam mieć zrobioną  mammografię, bym  wpierw się dowiedziała kiedy ma dyżur pan dr. XS, bo tak naprawdę to tylko on wie co widać na mammografii, a reszta to zmyśla.  A już odczytywanie USG to wyższa szkoła jazdy na  kółkach. Na  własnej skórze się przekonałam, że albo widzą to czego nie ma,  albo nie widzą tego co jest. Jeszcze 20 lat wcześniej gdy lekarz był dociekliwy, to  kazał tego samego dnia  zrobić  analizę w dwóch różnych  laboratoriach i od obu przynieść  wyniki. To jak z dentystami - jeden ci zrobi plombę i masz ją do śmierci a po innym gubisz ją po trzech  miesiącach i nawet  nie wiesz kiedy ją  zjadłeś. I dlatego po pierwszym  wyniku nie ma co się  załamywać, tylko  zacisnąć  zęby i robić następne badania. 

Wiem czego się  boisz, ale ponieważ z natury jestem okrutna to ci brzydko  powiem - jeśli idzie o Dorotę, to widziały gały co brały. A jeśli idzie o ciebie - dobrze  wiedziałeś, że nie powinieneś palić, pić i się  "nadużywać". Jeśli cię ktoś uprzedza, że gar  stojący na  gazie jest bardzo gorący i możesz się oparzyć to też masz wybór- wziąć gołą  łapą albo przez jakąś  rękawicę ochronną. Taki a nie inny styl życia  był twoim  wyborem. I nie mów mi, że jestem  cyniczna. Ja o siebie  zawsze dbałam i dbam nadal. I wcale  mi nie jest lekko na duszy, że masz takie  złe wyniki. Martwi mnie to i mam ochotę cię natłuc- choć wiem, że to w niczym nie pomoże.  

Może porozmawiaj z Robertem, on jest lekarzem i zna wielu lekarzy. Ale to ty musisz  z nim porozmawiać, nie ja. Chyba to rozumiesz? Zadzwoń po prostu do niego, czy  może zna przypadkiem jakiegoś dobrego pulmonologa, lub dobrego onkologa bo wynik TK nie  rozjaśnił lekarzowi w głowie. A wpierw sprawdź gdzie masz  najbliższą przychodnię chorób płuc. Ja wiem, że jest jedna na Belgijskiej, bo tam nas kiedyś  szczepiono przeciw  gruźlicy, jeszcze na  studiach. 

Jedno jest pewne - lekarz  za tobą goni. Masz 43 lata, palisz  już 30 lat to wyobraź sobie jak masz  zmarnowane oskrzela - one chyba już niemal  nie  działają. No i to coś, co nie wiedzą co to jest. Pewnie chcą ci dlatego zrobić bronchoskopię, bo wtedy  mogą wziąć wycinek tego czegoś do badania. Usiądź  wreszcie  na tyłku, jak tak ciągle latasz w kółko  po tym pokoju to mi się  zaczyna  w głowie  kręcić. Poczytaj o bronchoskopii, na pewno jest sporo materiału. Tych stron medycznych jest coraz  więcej. Tylko nie  czytaj co piszą internauci, szukaj  stron placówek medycznych.

Ewa, a ty naprawdę znalazłaś  Roberta  na stronie internetowej?  Nooo, naprawdę. Jest taka  strona  "dobry lekarz"  czy jakoś tak. Szukałam ortopedę, najlepiej w prywatnej  klinice. I w opiniach  stało, że profesjonalista  i bardzo empatyczny, bardzo dobry  diagnosta, cierpliwy, dobrze tłumaczy pacjentowi co mu jest. Co najfajniejsze to wszystko pisali o nim  faceci. Obejrzałam  zdjęcie, no cóż- widać że facet, że lekko siwieje, żaden don Juan, adres kliniki też mi  pasował, w ciągu kilku dni  miałam wizytę, cena poniżej 300 złotych  choć to profesor.  

Ale tego ci jeszcze nie mówiłam - pamiętasz jak zleciałam kiedyś z drabiny? I wtedy Julek wezwał pogotowie. I gdy byłam u Roberta  na  pierwszej wizycie on  mnie poznał, a  to było już 2 lata od tamtego wezwania. On był pewien, że to Julek  mnie  zwalił z drabiny i dlatego tak sobie  dobrze  mnie  zapamiętał. A widział mnie wtedy tyle  czasu ile wymagało wrzucenie  mnie na  nosze i dowiezienie na SOR. On chyba do dziś nie wierzy, że  sama  zleciałam, bez niczyjej pomocy. 

Ale, ale, wyobraź sobie, że niedawno Julek się do nas przysnuł, bo coś  jeszcze  zostawił u mnie  w piwnicy i Robert nas tam wiózł. Na "do widzenia" Julek powiedział mi, że jestem  zgryźliwa. To było niczym spóźnione odkrycie Ameryki - wszyscy o tym wiedzą a ten właśnie to odkrył.

To może ja też powinienem przejrzeć taką  stronę i może wypatrzę  jakiegoś  lekarza chwalonego przez  pacjentów.  No popatrz,popatrz  - szukaj wśród dwóch specjalności - pulmonolog i onkolog. Masz wyniki w garści, to możesz z nimi pójść. Rzecz w tym, że jeszcze  z żadnym z tych specjalistów  nie  miałeś do czynienia. Miałeś skierowanie  tylko od internisty.

Dalszą dyskusję przerwało im powarkiwanie  telefonu Zigi- kiedyś dzwonkiem było pianie  koguta, od jakiegoś czasu było warczenie psa. Po dwóch  minutach  Zigi powiedział- tak, no trudno. Dziękuję  za informację. 

No to mamy  znajomy pogrzeb- powiedział odkładając telefon  na  biurko. Twój ulubieniec przeniósł się w  zaświaty. Księżniczka Burgunda owdowiała.  Zabił się na tym motorze? -zapytała Ewa.Nie, umarł spokojnie, grzecznie  we własnym  łóżku. Położył się na popołudniową  drzemkę i już się nie obudził. Przynajmniej  estetycznie odszedł a nie w kawałkach. 

Ciekawe ile  długów po sobie  zostawił, bo to  całe jego bogactwo było nieco dęte. Ja w każdym razie cieszę  się, że nie  mieliśmy z nim ostatnio żadnych  interesów. Ciekawy jestem czy złapał chętnych na ten ostatni teren. Grunt, że my nie daliśmy się  w to  wciągnąć. My to już dawno nic  z nim nie załatwialiśmy i szczerze mówiąc nie  czuję  się na tyle  dobrze by jechać  na  jakiś  pogrzeb a potem  na pochlaj  party. Możemy tylko wydelegować któregoś z chłopaków z wiązanką opatrzoną wstęgą z  jakimś  napisem, żeby dobrze  wypaść. Zawiadomią nas kiedy ten  pogrzeb.

No cóż -   urodziliśmy  się to i umrzeć kiedyś musimy - filozoficznie  zauważyła Ewa. Myślę, że  delikwentom to dość obojętne, ale tak  naprawdę to miał facet  szczęście - położył się i  zasnął na  zawsze. Przecież to całkowity  luksus. Też  bym tak chciała. Gorzej mają ci co zostają. To mnie przeraża.

Zigi wpatrywał się  w nią - aż mi się  wierzyć nie chce, że ciebie  coś przeraża. Jesteś  dla  mnie  niedościgłym wzorem uporządkowania i racjonalności. Wszystko zawsze tak logicznie tłumaczysz, nie wpadasz w histerię, nawet jeśli jesteś na kogoś  wściekła to mam wrażenie, że to tylko zewnętrzna  powłoka, a w środku jesteś nadal opanowana. Należysz do  tych osób, których  nie  potrafię do końca  rozgryźć.

Przesadzasz, ja po prostu przestrzegam  pewnych reguł - Robert jest dla mnie  wszystkim -ma prawo do moich wszystkich myśli, odczuć, mogę przed nim odkryć wszystkie  swoje słabości, jesteśmy dla  siebie  w pewnym  sensie stale  nadzy- nie ukrywamy przed sobą niczego, znamy na wylot swoje  reakcje, możemy wzajemnie  kończyć  jedno za drugie  zaczętą myśl. I nie ukrywamy niczego przed sobą, nie  boimy się pokazać  swych  słabości,  swych uczuć. Wiem, że w opinii wielu współczesnych kobiet jestem skończoną idiotką, która wciąż  myśli o tym w jaki  sposób umilić swojemu mężowi życie. Ale on robi to samo w stosunku do  mnie. Jesteśmy po prostu nietypowi i na całe  szczęście jesteśmy tacy oboje.

Powiedziałam  ci, nadal to podtrzymuję, że jeśli naprawdę kochasz Dorotę , a myślę, że tak właśnie jest,tylko ty jeszcze  sobie  z tego nie  zdajesz  sprawy, to ona  powinna być pierwszą  adresatką twoich lęków, pragnień, radości, pomysłów na  wasze  wspólne życie a nie  ja. Nasza  przyjaźń  nie ucierpi na tym, może tylko  zmieni  się nieco tematyka  bo  nie będziesz nadal szukał wrażeń z innymi  kobietami, a ja naprawdę nie jestem  ciekawa twoich wrażeń rodem  z pościeli - mam własne.

Możemy się przecież gdzieś w weekendy razem  wybierać, chociaż z  wyjazdem gdzieś  na urlop to jest  mała  szansa, bo  mamy wszak  wspólne  biuro i  zawsze któreś  z nas musi w nim być. Wiesz Zigi, czasem  mi się  wydaje, że jesteś  moim  bratem.

Myślę, że na ten  pogrzeb to wyślemy dwóch  chłopaków będzie im raźniej. Żeby się tylko któryś nie narwał na ten  motocykl wdowy. Albo na nią. Ona już nie taka  młódka znowu, tylko dobrze utrzymana. Jak myślisz Ewa, kto się na  nią napali? Bo to, że on  przepisał na  nią testamentem  cały  majątek to chyba  nie tylko my wiemy.  Wiesz Zigi  - jeśli on rzeczywiście przepisał na  nią  cały  majątek  a jak  wiemy był dość  solidnie  zadłużony to  czarno to widzę, bo ona te długi będzie  spłacać jeśli przyjmie ten testament. To nieładnie  z mojej   strony,  ale  nigdy  nie  miałam do tego  faceta  zaufania. Na  wszelki wypadek powiedz  chłopakom, żeby się nie  napalali na ten motor ani na wdowę.

                                                           c.d.n.

wtorek, 8 marca 2022

Ryzykantka -39

 Ślub Zigi był w  grudniu. Jak się podśmiewała Ewa -panna  niemłoda z panem  niemłodym, po ponad  dziesięciu  latach  wspólnego życia "na  kocią  łapę" wstąpili na oficjalną  ścieżkę prowadzącą do w pełni oficjalnego rozwodu. Obrączki ślubne były wyrazem kompromisu - z "normalnego" złota, szerokie, z grawerunkiem wypełnionym czarną emalią, bo jak tłumaczył Zigi - przecież te  wszystkie  wgłębienia zapełnią się  w krótkim  czasie  brudem, to lepiej  je od  razu  zapełnić emalią. 

"Oblubienica" witając  się  z Ewą szepnęła jej do ucha: " o cholera, ale masz przystojnego chłopa!",  co Ewa skwitowała młodzieżowym  "mowa, wiem o tym!" nie  dodając przy  tym, że przy Zigi, który urodę z lat  studiów  gdzieś  zgubił,  niemal każdy średnio przystojny facet wygląda jak młody bóg.

Przyjęcie ślubne odbyło się w  zaprzyjaźnionej kawiarni,  w której pracownia Zigi nie jeden  raz świętowała. Ale ponieważ tym razem sprawę  załatwiała Ewa to mocniejszego  alkoholu ponad lekkie białe wino nie  było. A i tego było mało, iście  symbolicznie. Ale  nikt nie  narzekał, bo Ewa, za plecami Zigi, uprzedziła  wszystkich, że nie będzie żadnej popijawy- to raz, a  dwa jeśli ktoś ma zastrzeżenia, to może już zacząć szukać nowej pracy no i ominąć ten obiad. I mają wziąć pod  uwagę, że ich  szef jest na odwyku, od wszelakich używek, bo musi  ratować swoje  zdrowie. A nad towarzyskimi posiadami opiekę przejmuje  Ewa- Zigi po prostu jest  naprawdę  chory i musi wziąć się  za ratowanie  własnego  zdrowia.  Zresztą przy  wejściu  wisi zakaz palenia. A kiedyś  nie wisiał- zauważył jeden z "bystrzaczków".  Czasy się zmieniły - wyjaśniła  mu Ewa. A co jeśli bardzo mi się  zachce palić - pytał namolnie. No to sobie  wtedy weźmiesz więcej jedzenia na talerz i zajmiesz  się jedzeniem. Jedzenia i zdrowych  napojów nie  zabraknie.

Pogoda w pewnym  sensie przyszła w sukurs - akurat  zdążyli zająć  miejsca przy  stole gdy nadeszła nad  miasto pierwsza w tym  sezonie  całkiem niezła śnieżyca. Okazało się, że i bez "procentów" wszyscy mogą całkiem  miło spędzić  za stołem kilka  godzin. Najbardziej zaskoczony był tym odkryciem  sam Zigi.

Po sutym obiedzie, prawdziwym obżarstwie  słodyczami i wypitym zaledwie  jednym kieliszku  wina wszyscy  mogli bez obaw wracać  własnymi   samochodami. Świeżo upieczona  żona Zigi bardzo długo wisiała  na szyi Ewy  dziękując jej za organizację tego przyjęcia, za otworzenie  parasola ochronnego nad Zigi  i przepraszając ją  za to, że podejrzewała  Ewę, że chce zagarnąć Zigi dla  siebie. Ewa  króciutko jej powiedziała tylko, że było to jeszcze w czasach studenckich a i tak nie wyszło, bo ona wyszła  za mąż za innego. A to, że Zigi się  w niej kochał?- być może tylko tak mu się  zdawało, a teraz od lat łączy ich tylko i wyłącznie  przyjaźń, ale nic ponadto. I jeśli już bardzo chce  kogoś przepraszać to nie ją ale właśnie Zigi, bo mu nie wierzyła. A Zigi to bardzo uczciwy  facet, który nie kłamie. Owszem, może coś przemilczeć, ale na pewno nie powie  nieprawdy.

Zima chyba sprzyjała nauce, Wela wspięła się na szczyty pracowitości i już miała  absolutorium. Pośpiech był wymuszony przez jej promotora, który powiedział jej w  wielkiej tajemnicy, że w maju wyjeżdża z Polski na kilka  miesięcy a jest  bardzo  możliwe, że wcale już tu nie  wróci. Więc jeśli się Wela  spręży to załatwi obronę na koniec marca a najpóźniej na początek kwietnia. Wobec takiego dictum Wela  ostro harowała ucząc się do ostatnich egzaminów, żebrząc by  mogła je  zdać w terminie  zerowym, wygładzając ostatnie  rozdziały swej pracy.

Czas  zimowy nie  był zbyt absorbującym okresem w biurze Zigi, więc  namówiony przez Ewę i swą żonę, Zigi wziął  "aż" dwa  tygodnie urlopu , które  spędzili w.........Zakopanem w dobrym pensjonacie. Zigi nadal nie  palił i jak  doniósł Ewie, to pasek od  spodni zaczął zapinać o jedną  dziurkę  dalej niż dotychczas. A unormowane życie  wyraźnie  mu służyło, nie  było seksu na  zapas. Co prawdą Ewa  nie  bardzo rozumiała pojęcie  "seks na  zapas", ale  nie dopytywała się o co chodzi. Wiadomo było, że gdy Zigi wróci to jeden  dzień na pewno stracą na jego opowieści. Zachwycał się niespotykaną dotąd łagodnością  swej żony, od  dnia  ślubu  ani razu  nie było żadnej kłótni. 

W czasie nieobecności Zigi Ewa była  codziennie w biurze, co zmęczyło nie  tylko ją, ale i pracowników, bo pomału zaczęła ich  cywilizować. Przerwy na papierosa - góra  cztery na 8 godzin  pracy.  I nie dłużej niż 20 minut pomiędzy odejściem od miejsca pracy do  powrotu. I nie wyłazić w  samym  swetrze, tylko ubrać kurtkę- nikt tu nie potrzebuje potem zasmarkanych i kaszlących. Wprowadziła obowiązek mycia po sobie  szklanek i kubków oraz dbania o czystość expresu do kawy. A jak się komuś to nie podoba to droga  wolna- niech sobie  szuka innego miejsca zatrudnienia. I niech sobie  chłopcy popatrzą na innych użytkowników tego budynku - nikt tu nie  chodzi do pracy w dresie bo nie lubi garnituru. Ona nie upiera się by chodzili  do pracy w  garniturach,  ale koniec  z dresami bo po pracy idą  na  siłownię. I koniec  z rzucaniem "mięsem" - nie dlatego, że ją gorszą przekleństwa, (wszak ona ma całkiem niezły repertuar)  ale  dlatego,  że nie widzi powodów dlaczego ktoś, kto się pomylił w obliczeniach ma w głos przeklinać. Może sam sobie  nawymyślać  w myśli. O tych  wszystkich nowościach napisała nawet maila  do Zigi, który ze zdumienia omal nie  zemdlał, jak doniosła Ewie  jego druga połówka.   Zrobiła listę "niepewnych" inwestorów z którymi były  zawsze kłopoty- wypisała nawet jakiego rodzaju były to kłopoty. 

Na  dwa dni przed powrotem Zigi Ewa nawiązała kontakt  z wielce obiecującym inwestorem , który planował  zakup całkiem  niezłego terenu bardzo blisko stolicy. A co ważniejsze - miał już sporo chętnych osób na  zakup na tym terenie  domów. Nie był to duży teren, ale  za to blisko "cywilizacji".

Zigi, gdy tylko wrócił z urlopu pierwsze  swe kroki, jeszcze tego samego dnia,  skierował do  domu Ewy. Przy "naradzie  wojennej"  mieli cały  czas towarzystwo Roberta, bo Zigi nie widział powodu  dla którego Robert nie miałby posłuchać o  czym  rozmawiają. Przy okazji  panowie przeszli  "na  ty". Zigi  rozbawił oboje  pytaniem,  czy Robert  jest "krótko trzymany" przez Ewę, na co Robert powiedział - ja nie jestem trzymany, ja się po prostu do niej przyssałem i przykleiłem i nic  nie jest  w stanie  mnie od  niej odczepić. 

To, to  akurat  rozumiem - stwierdził Zigi. Kochałem się  w niej przez cały rok mając nadzieję, że mnie  wreszcie  zaakceptuje.  No przecież cię zaakceptowałam - tyle  tylko, że na innej płaszczyźnie - stwierdziła  Ewa.  I na tej płaszczyźnie się  sprawdzasz. A Robert jest po prostu dla mnie  całym światem i tyle w tym temacie. Wiem, wiem- to widać,  słychać i  czuć i......zazdroszczę  wam.

Ewa uśmiechnęła  się - przecież ty też tak możesz mieć  ze swoją  żoną. Wystarczy, że nie potraktujesz jej jako element przejściowy, będziesz szanował, otaczał swą opieką i z wdzięcznością przyjmował jej troskę o ciebie. Bo to, że ci będzie  wbijała do głowy, że musisz  rzucić palenie, popijanie, zmienić  dietę to wyraz jej troski a nie chęć dręczenia  ciebie. 

Wykorzystałam twą nieobecność w  biurze, by nieco zdyscyplinować chłopaków, więc proszę  cię - nie  zepsuj tego, kontynuuj to razem  ze mną. Zabroniłam im przyłażenia w  dresach, zwłaszcza, że te  dresy najczęściej  nie są pierwszej świeżości. Nie  muszą być na co dzień w garniturach i pod  krawatem, ale ich ciuchy  muszą być czyste a nie wyglądające tak, jakby się na nich przespało kilka bezpańskich  psów.

O ile się nie mylę, to wszyscy mają mieszkania z węzłem sanitarnym, tylko jakby zbyt rzadko z niego korzystają. Opieprz ich- najlepiej każdego z osobna w swojej norze, którą trzeba czym prędzej przekształcić w cywilizowany gabinet. Nie  zapominaj, że ryba psuje się od  głowy - masz być dla nich  wzorem.

Jeśli chcesz, to Robert pokaże ci jak przeprojektowałam poddasze. Ja unikam  schodów, więc zaczekam tutaj  na  was. Wizja  lokalna trwała dość długo, bo Zigi bardzo  dokładnie  wszystko oglądał, a potem obaj się  zachwycali jaka  ta Ewa mądra.  Gdy  wrócili Ewa powiedziała - gdybyście wrócili z oglądania piwnicy to bym was podejrzewała, że degustujecie jakieś zapasy lub tatowe nalewki zdrowotne.

Nie, tylko musiałem obejrzeć robotę tej ekipy - masz na nich jeszcze  namiary? Oczywiście, że mam to naprawdę dobrzy  fachowcy i warto z nimi utrzymywać kontakt. A zrobili by  mi też parkiet? Bo ta moja  chce by ten co mam zmienić, bo skrzypi no i nieco nadwyrężony jest.  Myślę, że zrobią, nawet jeśli nie oni dwaj, to wezmą kogoś, do kogo  mają  zaufanie, że nie  spartoli. A parkiet to musisz już kupić, bo on musi być wystarzony przed położeniem, więc zakupisz i będzie musiał sobie dość długo poleżeć. Oni ci też  doradzą gdzie  masz go kupić i potem zrobią jakieś czary-mary nad  nim i ci powiedzą jak długo musi pooddychać nim go położą. 

Zigi, a ty pamiętasz jak "ta twoja" ma  na imię? Bo byłoby chyba  milej gdybyś  mówił o niej albo bardziej oficjalnie "moja żona" albo imieniem. Jeśli nie pamiętasz jak ma na imię to ci mogę przypomnieć - Dorota -  tak jej na imię dali. I ponoć jej przyjaciółki mówią na  nią  "Doti".  Ja mówię do niej po prostu Dorota- dla mnie to ładne imię. Zigi przełknął tę uwagę  bez komentarza. W pięć  minut później zaterkotała jego  komórka - to Dorota dopytywała się o której  wróci do domu. Ewa zabrała z ręki Zigi komórkę  i powiedziała - Dorotko, my już właściwie  skończyliśmy ględzenie o sprawach służbowych, teraz  omawiamy kwestię  waszego parkietu.  I zaraz ci odeślę Zigi do  domu. Oglądał u nas to co zrobili fachowcy u mnie przy przeróbce.  No pewnie, mogę o tym pomyśleć, ale  ja nie pamiętam mieszkania Zigi, chociaż byłam  tam ze dwa razy, ale  strasznie  dawno i nie oglądałam go.  Dobrze, to jasne, że żeby pomyśleć muszę wpierw obejrzeć to raz, a dwa  muszę wiedzieć jaka jest twoja  wizja tego miejsca. Bo to ty tam  będziesz mieszkać a nie ja. Będzie  fajnie,  jak sobie to wszystko przemyślisz i w kilku punktach  zapiszesz. No co ty, dziewczyno głową  porusza  szyja- wszak. No to pa- do zobaczenia.

No tak- stwierdził  Zigi - no to koniec- już się namówiły. Ja chyba też mam  tam coś do powiedzenia. Ewa zaśmiała się - po prostu  musicie  się oboje nad tym  zastanowić, potem każde z was poda mi swoją wizję waszego gniazdka a ja  na końcu się  zastanowię, rozrysuję i wam pokażę projekt. Pasuje ci to?

Bo może dojdziecie  do wniosku, żeby te  dwa  zamienić na jedno większe? Tylko teraz te  lokalizacje bywają ,  że tak powiem  dziwne. Mnie z byłym udało się 4 pokoje na Ursynowie  zamienić na dwa mieszkania  typu M-3. 

                                                                       c.d.n.




poniedziałek, 7 marca 2022

Ryzykantka - 38

Paryż wcale  nie zachwycił Ewy. Obejrzawszy sporo filmów fabularnych , których  akcja  rozgrywała  się  w Paryżu podświadomie  szukała tego klimatu, uroku itp. Rzeczywistość  niestety  mocno odbiegała od tego co widziała  na filmach. I przestała się  dziwić, że Robert  nigdy  nie wyrażał się  z zachwytem o Paryżu. Owszem - poszczególne  zabytki były ciekawe. Teraz  rozumiała, dlaczego Robert tak  mało  zwiedzał Paryż, za to odwiedzał wszystkich  kolegów,  z których większość mieszkała  poza Paryżem. Paryż był brudny, zaułki były eufemistycznie mówiąc brzydko pachnące i nie było w  nich nic ładnego. Zabytki były oblegane przez tłumy turystów trzaskających tony zdjęć, "odptaszkowujących" w trzymanym w ręce przewodniku  miejsca już  sfotografowane. Selfie tu, selfie tam. Wieczorne  spacery - zapomnij- miejscowi  miłośnicy psów nie  sprzątali po swych pupilach a psy  załatwiały swe potrzeby w dowolnie wybranym przez siebie  miejscu na chodniku. Podobały się jej stare kamienice. Gdy powiedziała to do jednego  z kolegów Roberta dowiedziała się, że po jednej wspinaczce na 5 piętro bez windy zaraz by się jej przestały te kamienice podobać. Ale  dwa tygodnie  to  nie  wieczność- była wdzięczna przyjaciołom Roberta za to , że obwozili ich po mieście i  za to, że odtransportowali ich na lotnisko. Bo podróż  paryskim metrem nigdy nie była  miłym  przeżyciem. I ten  brak wind i ruchomych  schodów- trzeba mieć końskie  zdrowie żeby to bez wrażenia  przeżyć.

Z prawdziwą przyjemnością wsiadła do  polskiego  samolotu. Ale najmilej  wspominała to, że widziała Roberta przy stole operacyjnym, że widziała i czuła to co on przeżywa i jeszcze  bardziej go  podziwiała. Była  wdzięczna mu za to, że tak bardzo się przed nią "odkrył". Dzieliła  z nim chwile przed operacją, przytulała do niego i  zapewniała o swojej  miłości gdy wchodzili na blok operacyjny a potem czekała na  niego aż wyjdzie z  sali operacyjnej już w "cywilnym ubraniu". Te  dwa tygodnie  nie były wspaniałe pod  względem turystycznym, ale związały ich ze sobą w niebywały wręcz sposób. Ewa  zawsze podziwiała lekarzy, ale teraz zrozumiała jak bardzo obciążający psychikę jest ten  zawód i to właściwie niezależnie od   specjalności. I wiedziała, że jeżeli wieczorem Robert zapada w  dziwne  zamyślenie to nie  marzy o innej  kobiecie ani o  dalekich podróżach, ale  już myśli o czekającym go następnego dnia zabiegu, możliwych kłopotach  i trudnościach. Po tych dwóch tygodniach w Paryżu Robert często wieczorem zwierzał się Ewie ze swych obaw i za  każdym razem dziękował jej za to, że  z nim jest, że go kocha nawet takiego rozedrganego, niespokojnego. A Ewa czuła, że bez  trudu , gdyby to było konieczne, oddałaby za niego życie.  Dbała o jego wygody, pilnowała by zawsze jadł to co najzdrowsze, a Robert odpłacał się  jej tym samym.

Czas, ten wymysł szatana, jak mawiał ojciec Ewy, biegł ostatnio jakby  szybciej niż  zawsze. Wela już zaczęła pisać swą  pracę  magisterską, co sprawiało, że chwilami wyglądała  jakby dopiero co przybyła  na Ziemię z Kosmosu i  nie bardzo mogła się  zorientować co to za planeta na której niechcący się znalazła. Paweł też był zapracowany. Szanował swych  studentów i  bardzo starannie przygotowywał się do swoich wykładów. Poza tym już nieco "rozgrzebał" swój doktorat. Oboje dużo  czasu spędzali na  swych uczelniach.

Ewa, tak jak to zapowiedziała w Paryżu, "zarządziła" by w dni, w które Robert przeprowadzał operacje chirurgiczne miał wieczorem profesjonalny masaż.  I był to dobry pomysł, a Robert był Ewie   bardzo wdzięczny za to, że wpadła na  taki pomysł i dopilnowała by był  realizowany. Jedynym "odstępstwem" od tego planu było to, że Robert uparł się, by Ewa też  miała masaże, by  znów nie  nastąpił przykurcz mięśni,  bo Ewa niezbyt przykładała się do wykonywania ćwiczeń, które tak naprawdę powinna była robić  codziennie. Kuzyn Zigi okazał się  bardzo sympatycznym  facetem i  dobrym fachowcem i jak stwierdził Robert nie  straszył swym wyglądem jak Zigi, który  często bywał w  dołku psychicznym i mało o siebie  dbał.

Firma Zigi jak zwykle "falowała" przeżywając  wzloty i upadki, nie  mniej  nadal utrzymywała płynność finansową, ale Ewa mówiła, że każda firma jest odzwierciedleniem stanu psychiki swego właściciela, a psychika  Zigi była dość odległa od stanu  stabilności.

W październiku Zigi  zapytał się Ewę, czy  nie zechciałaby wyświadczyć mu pewną przysługę bo........wreszcie oświadczył się. No i co? -zapytała nieco głupawo. 

Oooo, było dość  wesoło - wpierw dostałem książką po łbie , bo właśnie  czytała, potem zapytała się jadowitym  głosikiem na  jakim odpuście kupiłem pierścionek, potem obejrzała z pomocą lupy czy to złoto czy może tombak, potem jazgotała, że jeszcze  nie  widziała by ktoś  dawał kobiecie pierścionek w kształcie dwóch węży oplatających  prawdziwy  (a nie syntetyczny malachit) potem  szperała w  swoich notatkach i odkryła, że ten pierścionek jest  amuletem gwarantującym wzajemność w miłości i głupio  zapytała czy on oznacza, że ja  ją kocham i naprawdę  chcę byśmy byli  małżeństwem. No a potem kochaliśmy się , jak to mówią  "do utraty  tchu" i przeszła  samą siebie, aż się przez moment zastanowiłem skąd ona  zna takie  numery. Ale przezornie  nie  zapytałem się, jeszcze nie chcę umrzeć w męczarniach. No i teraz  mi się marzy, byś była  moim świadkiem. Tylko się nie wygadaj, że to ty mnie wykierowałaś w stronę  małżeństwa. Bo przecież ona nie wie jak dziwna  przyjaźń nas łączy i nawet odetchnęła z wyraźna ulgą, gdy jej powiedziałem, że wyszłaś za mąż. A wszystko przez to, że kiedyś jej powiedziałem, że w zamierzchłej przeszłości kochałem się w tobie. 

Noooo, to będzie  niemal ślub  stulecia- śmiała się Ewa. Bierzecie  dwa  śluby? Jakie  dwa?- zdziwił się Zigi. Ani ona ani ja nie korzystamy z usług "sukienkowych". No wiesz, taki normalny, jak wyście z Robertem  brali. A wiesz? - mój kochany  kuzyn jest  zachwycony twoim mężem i tym jacy jesteście dla siebie wzajemnie.

No wiesz, z Robertem to jakoś mało wzajemnie się zaskakujemy. Poza tym to jest opanowany facet. Podejrzewam, że na jego tle to ja wypadam raczej na z lekka palniętą, bo nie  zawsze umiem stłumić  swoje  emocje i czasem nie jestem  miła. Z tym, że jak dotąd tylko raz na niego nawrzeszczałam, na  zakupach odzieżowych. A co,  nie podobała mu się  sukienka, w której twoim  zdaniem wyglądałaś jak Królewna  Śnieżka?  Co ty Zigi,  na swoje  zakupy to łażę sama. Po prostu  nie miał pojęcia  jaki rozmiar kołnierzyka ma i w ogóle nic  mu nie było potrzebne.  W czasach przede mną to czas spędzał głównie  w służbowych  ciuchach.Cywilne to tyle, że przyjeżdżał w nich do pracy, wskakiwał w służbowe i całymi dniami w  nich łaził.

Zigi, a gdzie będziecie  mieszkać? U niej czy u  ciebie? Nie wiem, ale to chyba  wszystko jedno. Mylisz się Zigi - w twoim  przypadku to nie jest  wszystko jedno.  Omówcie to przed  ślubem-bo jeśli u  ciebie, to wpierw  musisz swoje  mieszkanie do tego przygotować i pousuwać z niego niektóre  gadżety, bo jeśli  ona je  zobaczy, to zaraz po ślubie będzie extra  awantura a potem  rozwód. Nie wmówisz jej, że to wszystko kupowałeś  z myślą o niej. 

A skąd ty wiesz  jakie mam gadżety  w domu? Przecież ty i ja nigdy nie byliśmy parą! Ewa uśmiechnęła się - ale o tych gadżetach to połowa zespołu wie. Kiedyś się  nieźle ubzdryngoliłeś i gdy cię razem z  Bratkiem odwoziliśmy do domu- musieliśmy to zrobić w duecie, bo nie  miałeś  siły stać na  nogach - pokazywałeś je nam  z dumą. Wtedy trzymałeś je w szafce nocnej koło łóżka, żeby były pod ręką. Bratek był w tym  samym stopniu wstrząśnięty co i zachwycony, tylko nie mógł pojąć po co ci był wibrator, więc wtedy wysnułam tezę, że to miało być  zastępstwo  za ciebie gdy będziesz  zbyt zalany i nie  sprostasz  zadaniu. To jedna  sprawa - a druga- pooglądaj trochę czasopism i zobacz, że twoje  mieszkanie  woła o remont i  porządek. Przecież masz forsę, nie musisz kupować mebli z najdroższej półki, wystarczy poczciwa IKEA albo BODZIO. Nawiasem mówiąc, to nawet jeśli będziesz  mieszkać w jej  chacie to tę i tak musisz odnowić i przemeblować i wywalić te gadżety.

Zigi wpatrywał się w nią szeroko otwartymi oczami i nerwowo skubał mankiet  swego ukochanego   bawełnianego swetra. Czemu  mi tego wszystkiego wcześniej nie powiedziałaś?-zapytał- tym razem ręka przestała skubać mankiet swetra a wylądowała na łysej głowie i gładziła ją uspakajająco. 

Nie mówiłam ci tego wcześniej, bo  brak  było  czynników, które mogłyby cię do tego zmotywować. Ja bym się nagadała a ty i tak byś tego nie  zrobił. A teraz jest szansa, że to zrobisz. A najlepiej będzie gdy do remontu weźmiesz którąś z ekip tych co działają na aktualnie robionych osiedlach przez nas projektowanych, nie zedrą z  ciebie bo cię  znają i nic ci nie zginie. U mnie już dwa razy działali - przesuwali  mi ściany w domu, ocieplali strych,czyli ściany i dach, instalowali okna, wyciszali ściany korkiem. A ponieważ masz  mieszkanie  typu M-3 to przejrzyj  katalog  BODZIO-meble, są w sieci,oni do tego metrażu są dopasowani  bardziej niż IKEA. Kuchnie też mają. Łazienkę  możesz  skompletować z Castoramy lub  z Merlin. Praktiker też ma niezłe, ale na mój gust za drogie. Ostatnio tam kupiłam  łazienkę dla  moich  młodych. Kabiny też  mają. I może poproś  kuzyna by z tobą pojechał wybierać - to poukładany człowiek.  Tylko się zorientuj w  jakich kolorach gustuje ta  twoja. Możesz też  zaryzykować i wybrać się  z nią. Tak  czy siak obejrzyj  wpierw  wszystko  sieci.

I chyba powinieneś się trochę zregenerować. Byłeś u lekarza? Byłem - mam rzucić palenie. A tyle to ja sam wiem. I mam odwiedzić pulmonologa i kardiologa. U pierwszego byłem i mam skierowanie na jakieś tam  badanie  z kontrastem i termin  mam chyba  za miesiąc. A do kardiologa to chyba pójdę prywatnie, nawet mam  namiary.

Zigi, a gdzie  kupiłeś taki fajny  pierścionek- amulet? Kumpel  mi go przywiózł ze Stambułu, ale podobno to jest  pierścionek z Indii. Podejrzewam co prawda, że tylko wzór jest z Indii, a  sam wyrób jest turecki. Jeśli będziesz coś chciała z biżutków to powiedz, podaj rozmiar i on przywiezie. On teoretycznie nie  handluje  biżuterią, ale coś  za dobrze się na niej  zna jak na kogoś kto tym  nie  handluje.

Obrzucił Ewę uważnym  spojrzeniem i stwierdził - ale ty to mało nosisz  biżuterii. Ale te zabawne obrączki to macie  naprawdę  fajne. Ale  moja  stwierdziła, że ona chce  mieć tradycyjną obrączkę, złotą,  szeroką z jakimś  wygrawerowanym  wzorem. Ostatnio u kogoś widziała obrączkę szeroką na 1 cm i pośrodku  miała pasek z pyłem  diamentowym, a obrączka była z białego złota. Wyobrażasz sobie Ewka mnie, w obrączce szerokiej na centymetr i do tego z paskiem ozdobionym diamentowymi drobinami? Już prędzej jestem  w stanie  wyobrazić sobie że projektuję  szalety na stacje  benzynowe.

Zigi, tak z ręką na  sercu to ja nawet nie jestem  w stanie wyobrazić sobie, że będziesz żonaty. Jakoś to przerasta  moją wyobraźnię. Nie przejmuj się Ewa, moją też. Ale wiesz- pożyjemy, zobaczymy. Pośpiechu  nie ma. Jeszcze  nawet papierów  nie  złożyliśmy.

                                                                       c.d.n.



niedziela, 6 marca 2022

Ryzykantka - 37

 Tego wieczoru, już w sypialni, Robert powiedział - wystawiłaś mi, moja cudna, przepiękną  laurkę, ale nie wiem  wcale , czy na  nią  zasługuję. Po prostu nie potrafię już funkcjonować bez ciebie i wszystko co robię jest o to właśnie oparte. 

Wsiadam rano do  samochodu i zaraz zaczynam obliczać ile godzin  minie nim  znów będę cię  miał w  zasięgu wzroku i ręki. To chyba nie jest normalne u faceta, który już ma ukończone 50 lat, czyli więcej niż połowę  życia  za sobą. Podglądam  cię czasami w nocy, gdy  śpisz i rozczula  mnie twój widok  pogrążonej  we śnie i próbuję odgadnąć o  czym  śnisz. 

Wymówiłem się już od kilku wyjazdów zagranicznych, bo wiedziałem, że masz pilną pracę i nie pojedziesz  ze mną. Ewuś, ty jesteś całym moim światem. Mam  zaproszenie do Francji na dwa tygodnie, do kliniki, w której już kiedyś byłem. Ale jeśli ty nie będziesz  mogła w tym czasie pojechać to ja odmówię przyjazdu, to nie żart!  Ewa wpatrywała się w niego i coraz  mocniej się przytulała. Pojadę z  tobą, przecież i tak głównie pracuję w domu, a poza domem wtedy, gdy ciebie w domu  nie ma. Projekt wszak powstaje w mojej głowie, mogę go zapisać gdziekolwiek jestem, obliczenia też przecież robię zdalnie. A teraz, w  dobie komputerów nie ma problemu z komunikacją- zawsze mogę się  porozumieć z Zigi lub z inwestorem. Tylko będę  musiała sobie kupić nieco mniejszego laptopa, ten jest ciężki. 

Ja też nie potrafię dobrze funkcjonować gdy cię nie ma  w pobliżu. I dobrze, że oboje jesteśmy tak jakoś od  siebie  uzależnieni i że zdajemy sobie  sprawę z tego. Gdy miałeś nocne  dyżury to brałam wieczorem tabletkę nasenną, bo nie mogłam bez ciebie  zasnąć. 

Nie bierz ich Ewuś, to trucizna.  Zresztą już nie będę   miał na razie  nocnych dyżurów,  wziąłem 12-godzinne soboty lub  niedziele, bo wtedy  zawsze  mogę cię ściągnąć do siebie  do kliniki. A to tak wolno? -zdziwiła się Ewa. Jesteś moją żoną, więc mogę cię  gościć w moim służbowym pokoju, mogę cię  wziąć do  naszej kantyny, możemy posiedzieć w dowolnym  miejscu ogólnie dostępnym w naszym  szpitalu- jeden  warunek - pielęgniarka  dyżurna  musi wiedzieć gdzie będzie  mogła  mnie  znaleźć. No i muszę mieć przy sobie  komórkę. Na połączenia służbowe mam oddzielną kartę. 

A wiesz Ewuś co jest w tym wszystkim cudowne i dla mnie  zupełnie  nieoczekiwane i mnie  zdumiewa? No co, powiedz! To, że za każdym razem jest tak samo cudownie jak za naszym pierwszym, że nadal czuję ten  sam dreszczyk niepewności czy  mnie  zaakceptujesz i tak  samo niesamowicie  mocno cię pożądam. Poza tym jesteśmy niesamowicie dobrani anatomicznie a ty tak cudownie na  mnie reagujesz i natychmiast się uaktywniasz wewnątrz. Nie wiem  zupełnie o czym mówisz, bo zawsze gdy we mnie  wchodzisz  przechodzi  mnie prąd a co jest potem to nie bardzo wiem, poza tym, że jest mi cudownie, od początku do końca. Ale to chyba dobrze, że ci nie  spowszedniałam? 

Nie spowszedniejesz, nie  ma obawy! Kocham cię, kocham  wszystko w tobie- to jak wyglądasz, jak się poruszasz, uwielbiam cię całować, przytulać, pieścić, rozmawiać  z tobą, brać z tobą prysznic, patrzeć na ciebie gdy czytasz coś co cię interesuje, uwielbiam nasze wspólne  ablucje i gdy mi  myjesz głowę i myjesz  delikatnie uszy i wiercisz palcem  w pępku. Ewuś, wszystko co jest z tobą  związane po prostu uwielbiam. I czuję się szczęśliwy, że tak właśnie jest. I jestem  wdzięczny za to, że w pewnym  sensie adoptowałaś Pawła, że stworzyłaś nam obu szczęśliwą rodzinę. A co do  Pawła - zauważyłaś, że  się pogodzili?  

Oczywiście,  zauważyłam i cieszę się  z tego. Wiesz, gdy mi mówił o co się  z nią "pożarł" w pewnym sensie  cieszyłam się z tego, że wyciągnął właściwe  wnioski ze swego niezbyt szczęśliwego dzieciństwa. Wela była oszukiwana przez  swoich w tak zwanej "dobrej wierze", a Harpia oszukiwała go ze  złości na ciebie i on przez to cierpiał, bo bał się cały czas, że go nie  akceptujesz. Chwal go trochę więcej, to mu dobrze  zrobi. To fajny chłopak i tak bardzo, bardzo dużo ma  z ciebie. Po Harpii to ma tylko te brązowe ciapki w oczach. No i starczy- stwierdził Robert - natura  sama  zadbała o to by zło się  nie  powielało.

Sobotę spędzili na zakupach  rodzinnych.Oczywiście  najwięcej rzeczy zakupiono dla Weli i Pawła i przy  tych  zakupach Robert tak  lawirował, by większość z nich sfinansować. Ewa nareszcie  miała dla siebie "kumpelkę" do damskich  zakupów. I chociaż jedna i druga  nie nadużywały kosmetyków, to całkiem  sporo czasu straciły właśnie  przy tych stoiskach. Wpadli na gorącą  czekoladę do Wedla - Wela była tu pierwszy raz i bardzo się jej podobało. W tak zwanym "międzyczasie" Paweł odstał nieco czasu w kolejce do słodyczy i kupił to wszystko, co dziadek i babcia bardzo lubili.

Obkupieni i  zadowoleni wrócili do  domu. Na  niedzielę zaplanowali wyjazd do Ciechocinka - Robert umyślił sobie, że można by  dziadków wysłać na  dwa tygodnie lub dłużej  do Ciechocinka- nie było to daleko od  domu, mogliby  zamieszkać w pobliżu sanatorium dla  "sercowców" i nawet brać udział w zajęciach rekreacyjnych, prowadzonych przez sanatorium.

Ciechocinek przypadł dziadkom do gustu - nie było tu tłumów ludzi tak jak w Kazimierzu  i przed powrotem do Warszawy wpadli do jednego z  domków w pobliżu sanatorium  oraz do recepcji sanatorium. Okazało się, że mogą  mieszkać prywatnie a jeśli będą mieli od swego lekarza  pierwszego kontaktu skierowanie  na  zabiegi w  sanatorium to  bez problemu  mogą z tego korzystać- zabiegi oczywiście będą  na koszt NFZ.  Po wyjściu z recepcji trwała  zawzięta  dyskusja, czy oni mogą w dowolnej chwili pozostawić "biedne  dzieci" bez opieki i w  końcu ustalili termin, w którym mogą tu przyjechać, wrócili do domku, w którym oglądali niecałą godzinę  wcześniej   pokój i zadatkowali  jego wynajem. Jeszcze raz  wdepnęli na recepcję  sanatorium i zgłosili swój termin pobytu.

Babcia miała cały czas wątpliwości, czy Ewa da sobie radę z pracą i prowadzeniem  domu i  w końcu się babci nieco oberwało, bo  zniecierpliwiona  Ewa wypomniała jej, że mamcia nie miała takich obiekcji wydając ja  za mąż za kretyna, który niczego w domu nie potrafił zrobić oprócz bałaganu a na dodatek ją zdradzał. A Robert wszystko potrafi w domu  zrobić a poza tym będą tu jeszcze Wela i Paweł. Więc sobie  wszystkie "biedne  dzieci" poradzą koncertowo. 

Ustalili,  że Robert i Ewa odwiozą  rodziców swoim samochodem i oczywiście  potem po nich przyjadą. W myśli Ewa  dodała- jak nie my to Wela z Pawłem. Dziadek bowiem  stwierdził,  że już nie  czuje się pewnie na  szosie, więc lepiej nie ryzykować. Po mieście jednak jeździ się  dużo wolniej, zwłaszcza, że dziadek jeździ tylko kilkoma trasami, na których nikt nie rozwija obłędnych  szybkości. Na  czas wyjazdu do sanatorium dziadek zostawił Pawłowi dowód rejestracyjny i kluczyki do samochodu by Paweł z niego korzystał. A Ewie szepnął do ucha - jeśli mu się spodoba to będzie nim jeździł stale, mnie już  samochód właściwie  nie jest potrzebny. Jak myślisz, Robert się na to  zgodzi? Tatuniu, to twój samochód, nie Roberta i ty nim rozporządzasz, nie Robert. Myślę, że się zgodzi, ale jak znam Roberta, to przykaże Pawłowi, by zawsze was gdzieś podwiózł jeśli będziecie gdzieś dalej musieli się wybrać. Oni obaj to tacy dobrzy chłopcy! - stwierdził ojciec. Ewa uściskała tatę i już nic nie powiedziała - przecież ona to od  dawna wiedziała.

Na dwa dni przed powrotem dziadków z sanatorium Ewa z Robertem odlecieli  do Paryża, więc po dziadków, samochodem Roberta, pojechał Paweł - sam, bo Wela "miała randkę" ze swoim promotorem.

Robert  miał, zdaniem Ewy poroniony pomysł, żeby do Paryża jechać  samochodem, ale Ewa mu przypomniała, że taka długa podróż wcale jej  może nie wyjść na  zdrowie. A poza tym niewiele po drodze  zobaczą, bo będą głównie jechali autostradami a póki co jazda  autostradą to nic  ciekawego. Co najwyżej zwiedzą po  drodze parkingi.

Paryż zwiedzali głównie samochodem, którym woził ich  po mieście ich jeden z francuskich przyjaciół Roberta. I w Paryżu spotkała Ewę niespodzianka - oglądała "z teatru" operację, którą przeprowadzał Robert. Z tej okazji przydzielono Ewie opiekunkę - młodą lekarkę rodem  z Polski. Po raz pierwszy Ewa zobaczyła zestaw narzędzi do operacji ortopedycznej i pomyślała - noooo, Święta Inkwizycja byłaby wielce dumna z tego zestawu. Oczywiście  zaraz  podzieliła się tą myślą ze swą opiekunką, która się roześmiała. Ale przy tej operacji 95% zestawu nie będzie potrzebne. Wchodząc na salę gdy już pacjent był w pełni gotowy do operacji, Robert popatrzył w okna teatru i posłał Ewie uśmiech - no i dobrze, bo bym ich nie odróżniła w tych roboczych stroitkach. Obaj w takich  samych ubrankach, tego samego wzrostu. "Opiekunka" tłumaczyła Ewie co w  danej chwili robi Robert,  który miał odtworzyć zerwane i mocno  zaniedbane po urazie więzadło krzyżowe przednie pacjenta. Operacja była zupełnie bezkrwawa, no może poza  małym nacięciem, poprzez które Robert pobrał ścięgno, z którego  miał zrobić nowe więzadło pacjentowi a potem wprowadzał artroskop. Był to tak zwany  autoprzeszczep. Ta druga część operacji przebiegała z pomocą  artroskopu i można było śledzić obraz z jego kamery. Ten pacjent był znieczulony ogólnie, ale  "normalnie" to pacjenci dostają znieczulenie podpajęczynówkowe przy tej operacji. Ale dlaczego ten pacjent miał pełną narkozę  opiekunka Ewy nie wiedziała.

Ewa była  z jednej  strony  zachwycona a  z drugiej lekko rozczarowana, bo nie było żadnego  dramatyzmu no i  zdecydowanie  zbyt krótko to trwało. Te operacje, które dotychczas oglądała, trwały naprawdę  długo, były krwawe i czasami były poważne  trudności. Nie mniej  była zachwycona, że widziała swego ukochanego faceta przy operacji. Chyba  niewiele żon chirurgów ogląda  swe drugie połówki przy pracy.

Gdy Ewa wraz ze  swą towarzyszką dotarły do  wejścia do bloku operacyjnego czekała Ewę następna  niespodzianka -w przedsionku czekali na nią francuscy przyjaciele Roberta i oczywiście Robert, który natychmiast ją do siebie  mocno przytulił mówiąc - patrzcie  chłopcy, to moja królowa! Każdy z owych "chłopców" uważał za stosowne objąć "Królową Roberta" i ją ucałować w oba policzki. Najzabawniejsze  w tym wszystkim było to, że ta operacja  była robiona ad hoc, a jako operator  miał być kolega Roberta, który znając "zacięcie  do chirurgii" żony Roberta w ostatniej  chwili wpisał jego jako operatora, tłumacząc Robertowi, że nie jest dziś w pełni  sił by operować i będzie  tylko asystował.

Następnego dnia Ewa znów oglądała Roberta w akcji ale już przy poważnej i dużo dłuższej operacji, przy której Robert bardzo się napracował. Gdy wyszedł z  sali Ewa  już na niego czekała- zmordowany Robert przytulił się do niej i  powiedział- jak dobrze, że byłaś przy mnie i że teraz jesteś. Lubię operować  razem z Jeanem - klnie niczym  szewc, ale jest świetnym  chirurgiem i twierdzi, że Twoja obecność na teatrze dobrze na  mnie  wpływa . Chyba emanujesz jakimiś dobrymi falami mózgowymi, które do mnie  docierają. O czym myślałaś tam na górze? O tym, że cię kocham bezwarunkowo, że jestem z tobą  szczęśliwa i czuję się bezpiecznie. I o tym, że tak sprawnie działasz  przy stole i że widać, że wiesz co masz robić- zero wahania, zero jakiejś niepewności i to jest cudowne. Podziwiam cię, dla mnie jesteś cudownym człowiekiem. 

Ale teraz to jestem  bardzo zmęczonym  człowiekiem, przebiorę  się i pojedziemy do hotelu - muszę odpocząć. W kwadrans później  jechali taksówką do hotelu. W małym sklepie obok hotelu Ewa kupiła małą buteleczkę oliwy  nicejskiej, co bardzo zdziwiło Roberta. Na co ci ta oliwa, skarbie? Przecież tu ona  zawsze stoi na stole w trakcie  posiłku. Zobaczysz, w pokoju ci wytłumaczę.

Pod prysznic  poszli razem, a gdy wyszli spod  niego Ewa położyła na łóżku duży, kąpielowy ręcznik i powiedziała- połóż się na nim na brzuchu i  zamknij oczy. Gdy już leżał częściowo nakryła go szlafrokiem i zaczęła masaż - wpierw wymasowała stopy, potem łydki, uda , cały pas  lędźwiowy,  plecy i tylną  stronę rąk. Masowała tak długo, aż oliwa wniknęła dobrze w  ciało. Ewuś, gdzie się   tego nauczyłaś? Odeszło mi przynajmniej trzy czwarte  zmęczenia! Niesamowite! 

To nie jest  niesamowite, to normalne. Po prostu cię  rozluźniłam. A teraz wskakuj pod kołdrę, podrzemiemy trochę, żeby reszta  zmęczenia odeszła. A z przodu nie  pomasujesz? Nie, bo masz wszak odpocząć. Przodem możemy się  zająć gdy już odpoczniesz. Podrzemiemy, potem pójdziemy na dobrą  kolację, a jeszcze później pospacerujemy brzegiem  Sekwany. A w Warszawie po każdym dniu operacyjnym będziesz  miał obowiązkowo robiony masaż. Jeżeli przez ciebie, to się  zgadzam. Nie , nie przeze mnie, przez  fachowca, mam namiary. Będzie przyjeżdżał do nas do domu. To jakiś kuzyn Zigi i mieszka na Wilanowie II, więc blisko nas, dojdzie nawet piechotą.

Nie poszli na  kolację,  nie poszli pospacerować  bulwarami nad Sekwaną. Spali spokojnie  aż do rana.W tym  dniu Robert był w  szpitalu krótko, zebrał tylko  dane od następnego pacjenta, wynajął  samochód i pojechali pozwiedzać nieco Paryż. 

"Teatr" nagle  stał się bardzo często odwiedzanym miejscem i ilekroć  była tam  Ewa (a obejrzała  wszystkie operacje, które  robił Robert) było tam dość  tłoczno i Ewa  ze zdziwieniem  stwierdziła, że niektórzy się jej  badawczo przyglądają, niektórzy się  z nią witali  i mówili jak  bardzo się  cieszą, że znów widzą Roberta i że jest on  bardzo  szczęśliwy i miło widzieć tak radosnego Roberta.

Robert przedstawił ją wielu osobom, w  tym kilku profesorom mocno już  leciwym, swym mentorom w  czasie gdy pracował w  tym  szpitalu. Gdy Ewa wyraziła  mu swe zdziwienie, że  budzi  swą osobą taką  sensację to jej  wyjaśnił - jesteś  dziecinko pierwszą osobą spoza tego  zawodu, która z takim  zamiłowaniem, bez omdlenia ogląda operacje. Ojej, to ich  chyba  zawiodłam, bo ani razu nie  zemdlałam a nie  nie uciekłam  z krzykiem-  śmiała się Ewa. Nie, to nie tak, oni się  raczej  dziwią, że nie jesteś przynajmniej pielęgniarką. W głowach im się nie mieści, że pani architekt ogląda operacje  a nie budowle Paryża.

                                                                  c.d.n.

 

sobota, 5 marca 2022

Ryzykantka - 36

 "Chmura  gradowa" wisiała  nad Welą i Pawłem niemal całe  3 dni. Rozmawiali tylko "służbowo" i to tylko przy rodzinie. A rodzina udawała, że  niczego nie  dostrzega. 

Piątkowego popołudnia zatelefonowała do Ewy  była teściowa z wiadomością, że  Julian chciałby się  z nią  zobaczyć. A on co? sparaliżowany i nie może  sam zatelefonować?- spytała niezbyt uprzejmie, bo nigdy  za swoją teściową nie  przepadała. Jeśli ma  do mnie jakąś  sprawę to może zatelefonować lub tu przyjść i powiedzieć. Niech się nie boi, nie pobiję  go. Byłą teściową wyraźnie  przytkało i tylko powiedziała- przekażę mu to i wyłączyła się. Oczywiście Ewa od  razu powiedziała Robertowi z kim tak mało uprzejmie rozmawiała.

W pół godziny później zadzwonił dzwonek do drzwi wejściowych. Oooo, to pewnie  Koczkodan, stwierdziła Ewa. Robert  mrugnął do niej i  powiedział- to ja mu otworzę drzwi, jeszcze go nie  widziałem w naturze. A ty  kochanie  posiedź w  salonie, przyprowadzę go  do  ciebie. W chwilę później usłyszała, że Robert otworzył drzwi i spytał : a pan w jakiej sprawie?  Bo my na nic  nie  reflektujemy, wszystko w domu  mamy. Koczkodan odchrząknął i powiedział - ja przyszedłem do pani Ewy. Taak? Robert udał wielce  zdziwionego- nic mi żona  nie mówiła, że ktoś ma  do nas przyjść. No ale  skoro jest pan umówiony, to proszę- prosto i  na lewo. Nie da się ukryć, że Koczkodan do wysokich  raczej nie  należał, Robert przewyższał go o głowę i choć był bardzo szczupły, to jednak  znacznie  mocniej  zbudowany.

Koczkodan  nerwowo obejrzał się  za siebie, a Robert powiedział- proszę, proszę, żona jest w  salonie.

Koczkodan wszedł mówiąc - cześć Ewa, mam do ciebie  sprawę. Taaak? dzień dobry, a jaka to sprawa? Prosiłem cię kiedyś bym mógł zostawić w twojej piwnicy jedno pudło, bo wtedy nie  miałem  gdzie  go zostawić. Masz je  jeszcze? Ewa  wzruszyła  ramionami - szczerze mówiąc  to nie pamiętam byś cokolwiek u mnie  w piwnicy  zostawiał. Może  zostawiłeś je u którejś  ze swoich  koleżanek, bo ja sobie  nie kojarzę byś zostawiał jakieś pudło w mojej piwnicy. No to daj mi klucze a ja pojadę i zobaczę- stwierdził Koczkodan. Co powiedziałeś? Ja mam ci dać klucze od mego mieszkania i mojej piwnicy? Czy cię  aby lekuchno nie  porąbało?  No nie musisz  dawać od  mieszkania, tylko od  piwnicy- tłumaczył Koczkodan. Ale ja tu nie mam  kluczy od tamtej  piwnicy, są w tamtym mieszkaniu. Musiałabym tam pojechać  z tobą, a nie bardzo mi się  chce. 

No to ja cię  mogę zawieźć - stwierdził Koczkodan. O nie, nie mam na tyle  zaufania do ciebie  jako kierowcy by wsiąść do samochodu, który ty  prowadzisz.  Kochanie moje- zwróciła się do Roberta- czy mógłbyś mnie teraz podwieźć z moim byłym  mężem do mojego drugiego mieszkania?

Ach oczywiście kochanie, nie ma problemu. Chcesz teraz pojechać? Tak, choć jestem pewna, że tam  żadnego pudła raczej nie ma.  No to ja w takim razie wyprowadzę  samochód - i Robert wyszedł z salonu.

Nie wiedziałem, że wyszłaś  już za mąż. A sądzisz Julianie, że powinieneś o tym  wiedzieć? Mamusia  ci nie doniosła, że wyszłam  za mąż? Przecież wiedziała, że się rozwiedliśmy, więc fakt, że sobie  na nowo ułożyłam życie nie powinien jej  dziwić.  Twoja mamusia  regularnie  nas tu podgląda, to jej hobby ostatnio. 

No to chodź, sieroto. Po drodze wyciągnęła z wiszącej małej  szafki w przedpokoju  klucze od tamtego mieszkania. Podjedziemy tam. Przed domem czekał w  swojej eleganckiej "bryce" Robert- jego Alfa Romeo było elegancko wyczyszczone i lśniło- zasługa Pawła, który dbał o wygląd obu samochodów. Ewa  wskoczyła w przedpokoju w półszpilki, przepuściła przodem Koczkodana mówiąc- usiądź z tyłu. Robert  szarmancko wyskoczył z  samochodu i z zewnątrz otworzył jej  drzwi z przodu, podtrzymując ją  gdy się  sadowiła na  fotelu.

Pracujesz gdzieś? - zapytał Koczkodan. Oczywiście, że pracuję gdzieś - odpowiedziała. Projektujesz nadal? - oczywiście, robię to co lubię. Dziwne, że o to pytasz. Pytam z grzeczności - stwierdził Koczkodan.  No to daruj sobie tę grzeczność, nie wysilaj się. Resztę  drogi przebyli w milczeniu. Nawet było  miejsce  w uliczce. Robert pomógł jej wysiąść i powiedział, że on sam pójdzie  po klucze od piwnicy, niech oni zaczekają na klatce  schodowej.  Macie  ładny  samochód- stwierdził Julian. To męża samochód,  ja mam drugi, suzuki.

Gdy stanęli pod drzwiami piwnicy  Koczkodan  stwierdził - ooo, wasze piwnice  są dużo lepsze od  tych, które są w blokach na mojej części osiedla. U mnie są drzwi z cieniutkich deseczek. Tu też, tylko wiele osób, a w tym i ja zainstalowało sobie  drzwi z prawdziwego zdarzenia. 

Robert otworzył box piwniczny, a Ewa  powiedziała - wejdź i szukaj, wszystkie  pudła są opisane przez  mojego ojca. Po dwudziestu minutach przekładania  pudeł i odczytywania etykiet Koczkodan trafił na pudło z napisem "CUDZE" i nie było nic wyszczególnione. No to pewnie to jest to twoje  pudło- jak widzisz  nie jest tu nic wyszczególnione, więc na pewno to pudło jest twoje. Weź je sobie , w domu sobie  przejrzysz  co tam masz. Jak widzisz  wszystkie inne mają dokładny opis co tam jest- czytałeś każdą z etykiet. Weź,  nie mam zamiaru sterczeć tu aż  sobie przejrzysz. Bierz i wychodź. Koczkodan wziął pudło, Robert zamknął starannie piwnicę na  dwa zamki i wyszli- Ewa i Koczkodan z budynku, a Robert wpadł do mieszkania odłożyć klucz od piwnicy.

Gdy stali pod klatką Koczkodan  zapytał- a twój mąż też  z branży? Z branży, ale nie mojej. Macie  dzieci? Tak, mamy syna. Mamusia  ci nie powiedziała? No popatrz, stale  sterczy  w oknie ilekroć jesteśmy w ogródku. Powiedziała mi tylko, że się przestała przyjaźnić z twoją mamą. No i całe szczęście- stwierdziła Ewa. Moja mama od razu odmłodniała od tego czasu.

Wiesz- stałaś się  zgryźliwa. Co ty powiesz? Ale bardzo mi  z tym dobrze,  nie  zamierzam się  zmieniać. Mój mąż lubi zgryźliwe. 

Gdy już byli blisko domu Ewa poprosiła Roberta, by stanął 20 metrów  za ich domem, bo tam jest przejście do  domu matki Koczkodana. Robert tam stanął, wysiadł  z samochodu, otworzył bagażnik i podał Koczkodanowi pudło. Tymczasem Ewa  wysiadła i poszła otworzyć  bramę by Robert mógł wjechać. Poczekała aż wjedzie i potem starannie  zamknęła i zaczekała na Roberta, który był uśmiechnięty od ucha do ucha.  Obejmując Ewę powiedział- góra  lodowa przy tobie była dziś okazem ciepła.  Wiem, ale tak na mnie  działa ten  facet. Powiedział, że jestem  zgryźliwa, więc powiedziałam, że ty takie  lubisz. No prędko się tu  nie pokaże i o to szło. 

W domu Robert opowiedział  mamci jak lodowato Ewa  potraktowała Koczkodana, a tata, który też tego słuchał stwierdził - i bardzo dobrze,  na nic lepszego ten Koczkodan  nie zasłużył. Nigdy tego  chłopaka  ani jego matki  nie lubiłem. Nie wiem, co tak  Kruszynkę do niej  ciągnęło. 

Ja wiem- stwierdziła Ewa- to było  powieścidło dla  grzecznych  panienek "Ania z  Zielonego Wzgórza".  Nigdy tego  nie przeczytałam do końca,  a one  we dwie wymyśliły  sobie, że ja  będę coś jak  ta Ania, Koczkodan  zaś Gilbertem.  Jestem jeszcze  w stanie  zrozumieć, że jako dość  młoda nastolatka jedna i druga czytała tę książkę z wypiekami  na twarzy, ale żeby dorosłe kobiety, które przeszły II wojnę światową, tułaczkę i ten ciężki stan po wojnie wciąż były maniaczkami  "Ani" to już tego pojąć nie  mogę. Mało tego - nie  mogę pojąć sama siebie,  że dałam się w to wciągnąć i dopuściłam tego debila  do siebie a do tego tkwiłam w  tym tyle  lat. Sama do siebie mam  żal o to, że nie  ruszyłam  wcześniej sama mózgiem.  A gdy już dojrzałam do rozwodu , to do dziś nie pojmuję dlaczego  czułam się winna, skoro to on  się łajdaczył a nie  ja. To pewnie  skutek  wychowania  mnie w tak zwanej bojaźni bożej i czczeniu rodziców.  

Mamcia siedziała skulona w fotelu i zrobiła się jeszcze  mniejsza, tata powtarzał cichutko: pas,  Ewuniu, pas, to już minęło. Robert stał w oknie, obrócony do pokoju tyłem, ale  nie wytrzymał, podszedł do Ewy i mocno ją objął mówiąc - Kochanie  moje, to już przeszłość. Po latach niemal wszyscy nie  bardzo możemy zrozumieć to co  zrobiliśmy w młodości. Ale już jest dobrze, jesteśmy razem i zawsze  razem będziemy.

W tym momencie w drzwiach  salonu stanęli objęci Paweł i Wela.Obrzuciwszy  spojrzeniem wszystkich chcieli się  wycofać, ale Ewa  powiedziała- nie wychodźcie, nic się  właściwie  nie stało, to tylko zmory przeszłości z mego życiorysu na  chwilę nas dopadły. Przepraszam  Was  wszystkich, ale  gdy coś latami  w sobie tłumimy to w pewnej  chwili następuje  wybuch, jak w  wulkanie. Oprzytomniałam gdy mnie przytulił Robert - jest  miłością mego życia, moim  szczęściem, kołem ratunkowym w  chwilach  zwątpienia, tym co mnie utrzymuje  w pionie i pozwala  mi  wierzyć, że jeszcze nie  zwariowałam. Przepraszam cię mamo, za te  wszystkie  gorzkie  słowa, ale być może za mało o tym wcześniej rozmawiałyśmy, a ty wciąż patrzyłaś na mnie oczami błądzącymi jednocześnie po stronach tej  powieści.

Ewuniu, osobiście  zaniosłem te  wszystkie tomy do biblioteki, już ich nawet w domu  nie ma- powiedział ojciec. I Kruszynka  już się nie spotyka  z matką Koczkodana. Może powinienem przeprosić wszystkie  koczkodany, bo porównanie Juliana do nich jest dla  nich ujmą.

No to może my z Pawłem  zrobimy teraz  dla wszystkich kawę i zjemy drugą część tortu lodowego?- zaproponowała Wela. Ewa skinęła  głową- tak  dziecino,  zróbcie  kawę, a mnie dosyp łyżeczkę czekolady, jeśli jeszcze jest, a jeśli nie to wrzuć do mego kubka kostkę  czekolady. Do mego też - poprosił Robert.

Ewa z Robertem siedzieli wciśnięci w jeden fotel - Robert obejmował ją, gładził jej  włosy i obcałowywał jej rękę. Paweł dosunął do ich  fotela mały stolik i na  nim ustawił kawę i  lody. Temat Koczkodana, Ani z  Zielonego Wzgórza został zamknięty.

Ewa skorzystała z okazji, żeby podziękować  swemu tacie  za to, że zrobił taki klar w piwnicy, że teraz to przynajmniej  bez problemu  można  wszystko znaleźć bez otwierania wielu  pudeł. Tata też  nie pamiętał co było w pudle  z napisem  "cudze". Wiem tylko, że powiedziałaś mi wtedy, że to nie  twoje, więc napisałem cudze i  zakleiłem je. Wiesz Ewuniu - a może kiedyś tam z tobą pojadę i przejrzymy, czy nie  przewieźć niektórych  pudeł tutaj.  Masz rację tato. Paweł, mam tam w piwnicy jeszcze jedną  szafę, nowiutką, jasną,  pasującą do  mebli w  waszym pokoju dziennym- może ją chcecie? Pomyślcie   jeszcze nad domeblowaniem waszego pięterka. Tam w piwnicy jest nawet i kulman, który powinnam tu przywieźć do  piwnicy. Możemy zamówić  sobie taksówkę  bagażową i wszystko za jednym  zamachem przewieźć. O tak, te  taksówki bagażowe to świetny wynalazek - stwierdził Paweł- coś o tym  wiem! No więc sobie  spokojnie pomyślcie co byście  chcieli jeszcze  mieć z mebli i albo to będzie w piwnicy lub w tamtym mieszkaniu to przewieziemy to, albo dokupimy. Myślę, że trzeba wam dokupić  szafek do  waszej łazienki. Ja wiem, że Pawłowi to wystarczy jedna półka, no  ale Wela chyba jednak potrzebuje  więcej powierzchni. Ostatnio odkryłam, że świetnie się spisują zamiast szufladek przezroczyste zamykane  pudełka, stojące na półce. Na ogół są w trzech rozmiarach i fajnie  na półce wyglądają- jest    kolorowo i od razu wiesz do którego pudełka sięgnąć, bez  szukania  w szufladkach.

A w ogóle, moja  kochana, musimy  się wybrać razem w którąś sobotę na wycieczkę po sklepach. Was też  możemy zabrać- powiedziała do Roberta i Pawła. Kilka nowych  koszul by się przydało i nowych  spodni. Wela, przejrzyj bieliznę Pawła, bo faceci noszą swe ulubione  podkoszulki i gatki tak długo, dopóki im  same z grzbietu lub tyłka nie  spadną. Tylko spisz rozmiar z metki, bo oni nigdy  nie wiedzą  jaki rozmiar noszą. Ani jeden  ani drugi tego nie wie - to chyba  dziedziczne. 

                                                                          c.d.n.





piątek, 4 marca 2022

Ryzykantka - 35

 Oczywiście Ewa opowiedziała w domu Robertowi jak  bardzo się razem  z Zigi  wpierw wściekli na niefortunnego inwestora, a potem pośmiali, że pan Jerzy  w kombinezonie motocyklowym będzie wyglądał jak przerośnięty mocno ludzik Michelin. Biedne to Kawasaki, jak takie 10XL go dosiądzie, to nie wiadomo czy osiągnie  owe 299 km na  godzinę.  

Robert kiedyś  "miał  zaszczyt" obejrzeć  pana Jerzego, bo chcąc być w  swój wolny dzień dłużej z Ewą, zawiózł ją do niego, by  wzięła  założenia  pod którąś z inwestycji. Już wtedy pan Jerzy wyglądał wielce okazale i zapewne  z trudem mieścił się w odzieży typu 3XL. No a skoro jeszcze utył, to Robert stwierdził, że tylko patrzeć jak pan  Jerzy zostanie stałym pacjentem jakiegoś ortopedy, bo kościec tego  nie  wytrzyma.  A żeby było jeszcze  śmieszniej i dziwniej, to żona pana Jerzego, zwana przez Zigi "księżniczką burgunda"(głównie z uwagi na jej imię) była od niego ze 20 lat  młodsza, ładna i zgrabna i jakoś wszyscy  bardzo powątpiewali w jej  szczerość uczuć  względem tego pana, ponieważ była wpierw opiekunką  matki pana Jerzego. A gdy się pan  Jerzy w  niej "na śmierć" zakochał oddał mamusię do prywatnego  domu opieki a  sobie zostawił panią opiekunkę.  Gdy któryś ze znajomych inwestorów powiedział mu  wprost, że  zrobił świństwo, bo wszystko co ma to zawdzięcza swoim rodzicom- przestał z nim rozmawiać.

Dni  mijały szybko i- ku zdziwieniu Ewy- życie pod jednym dachem trzech pokoleń przebiegało bez żadnych problemów. Babcia i dziadek żyli nieco innym rytmem niż  reszta, ale nawet jedna  kuchnia nie  zaburzała tego. Przestrzegali tylko nowego zwyczaju niedzielnego obiadu, gromadzącego wszystkich w aneksie jadalnym, powiększonym  przy  okazji przeróbki strychu. Zmniejszył się co prawda nieco salon ale i tak nadal służył tylko okazjonalnie. Babcia  niczym dobry  duszek pamiętała o tym co kto lubi i zawsze każdy z panów mógł odnaleźć w kuchni ulubione smakołyki. Raz na tydzień Ewa z Welą gotowały na cały tydzień. Zamrażarka w piwnicy zadziwiała swą zawartością- stały w niej rzędem słoiki z  zamrożonym bulionem, różnymi już gotowymi drugimi  daniami, wszystko opatrzone  karteczkami.

Ewa z Robertem  bardzo odnowili wyposażenie  kuchni, wszystko pod kątem ułatwienia przygotowywania posiłków. Atmosfera szczerości, miłości i wzajemnego zaufania wpłynęła  niezwykle kojąco na Welę. Wela wyraźnie  rozkwitła. Nie  dziwiło to wcale Ewy, bo tu niczego nie ukrywano, a zwłaszcza własnych uczuć. Poza tym każdy opowiadał co chciał i ile  chciał ze swego służbowego podwórka. I nikomu nie przeszkadzało, że Robert z Ewą wciąż się do siebie  tulą, że babcia głaszcze po głowie Pawła i Roberta  jakby byli małymi chłopcami, że gdy pada  deszcz to pilnuje by każdy miał parasol. 

Do sprzątania przychodziła  raz w tygodniu wynajęta  sprzątająca i nadziwić się nie mogła, że przy trzech rodzinach jest tak czysto, co zawsze podkreślała. Ale  babcia tłumaczyła- po prostu każdy  z nas jeśli coś nabrudzi to "od ręki" to sprzątnie. To cała tajemnica.  Poza tym  nie ma tu ani małych dzieci ani zwierząt. 

Dziadek w  dalszym ciągu urządzał "kamienny japoński ogród" w czym mu  pomagali Robert i Paweł, dbając by dziadek nie  dźwigał  kamieni. W którymś z czasopism  dziadek wypatrzył  "szklany wodospad"  i bardzo się do tego projektu zapalił. Projekt przypadł też bardzo do gustu Pawłowi i Weli i oboje bardzo pomagali  dziadkowi w realizacji. I chociaż wg projektu nie miało tam być ani kropli wody, tu woda spływała po szklanych kamieniach co dawało złudzenie, że tej wody jest dużo, a nie że cieknie jej niewiele a do tego w obiegu zamkniętym. Po "szklane kamienie" które były odpadami  z huty szkła jeździli poza Warszawę i nim któryś wybrali polewali go wodą, sprawdzając jaki jest efekt wizualny.

Gotowy "wodospad" przeszedł ich oczekiwania. Wyglądał naprawdę pięknie, choć nie był duży. Dla ptaszków była nawet malusieńka "fontanna" ze stale świeżą wodą i zaraz zaczęły przylatywać różne ptaki. Gdy Ewa wysłała  zdjęcie "wodospadu" do Aliny,  ta stwierdziła, że też chce taki mieć, ale Franek  zaoponował, że  nie ma  czasu by się tym  zająć, a poza tym to mu dodatkowe ilości ptaków nie są potrzebne- i tak jest tu za dużo amatorów czereśni i truskawek, a taki "obiekt z wodą" tylko by je przyciągnął. Z nowości ogródkowych  zakupiono dużą altanę, w której mogły stanąć trzy leżaki, a jej ściany, podobnie  jak  dach, były z gęstej, wodoodpornej tkaniny. Ściany można  było na dowolną wysokość opuszczać lub podnosić. Tę inwestycję zrealizował w całości Paweł.  Twierdził, że odkąd zaczął pracować poczuł się pełnoprawnym i wreszcie  dorosłym członkiem rodziny. A Wela odkąd  zamieszkała z rodzicami i dziadkami Pawła też się bardzo  zmieniła - wyraźnie  się uspokoiła, stała się pewna  siebie i ku niezadowoleniu matki dość  rzadko bywała w swej "patchworkowej" rodzinie a do tego nigdy nie przychodziła z własnej inicjatywy i zawsze była z Pawłem.

Zrealizowana wreszcie została wizyta Wojtka z żoną i maleńką  Martusią. Martusia już dreptała, chociaż bardzo często jeszcze lądowała na pupie. Była bardzo pogodnym dzieckiem, ciekawym świata i dobrze reagującym  na obce osoby - żadnego lęku, żadnego płaczu. Byli w Warszawie przez tydzień, mieszkali w mieszkaniu Ewy. Gdy się żegnali Wojtek stwierdził, że już nie ma ochoty na powrót do Warszawy. Ale zapraszali wszystkich do siebie- wystarczy gdy zatelefonują tydzień  wcześniej. "Wojtki" wcale  nie wynajmują  swoich  pokoi letnikom lub  narciarzom, a gdy rodzice  mają  gości, wtedy mieszkają z "Wojtkami". Przecież bez trudu wszyscy zmieszczą się w domu teściów Wojtka, a  teściowie  będą na pewno  bardzo ucieszeni gdy i  babcia  z dziadkiem przyjadą. I nawet was pomasuję i pomęczę - zapewniał Wojtek. Oczywiście dobrze  by przyjechali przed  sezonem, w takim terminie jak wtedy gdy jeszcze  nie ma  dzikich tłumów. Bo potem to jest "mało fajnie" bo wszędzie tłok.

Ewa stwierdziła, że przed  sezonem to tylko oni i dziadkowie  mogą przyjechać, bo Wela  i Paweł są uzależnieni od przerw na  swych uczelniach i nie  mogą mieć urlopów w dowolnym czasie. Ale oczywiście  pomyślą o tym. 

W kilka dni później wybuchła  mała scysja  pomiędzy Pawłem i Welą. Wela stwierdziła, że bardzo się jej spodobała  mała Martusia i że fajnie byłoby mieć dziecko. Paweł zerknął na nią i powiedział - jak skończysz  studia to pomyślimy o tym. Przecież rozmawialiśmy o tym jeszcze przed  ślubem. No ale gdyby się zdarzyło? Paweł spojrzał na nią groźnie- czy ty słyszysz siebie  samą? W tej rodzinie nie może być więcej dzieci z przypadku, bo się  "zdarzyły". I ty i ja jesteśmy takimi dziećmi i wystarczy. Ty byłaś  latami oszukiwana, a ja miałem koszmarne dzieciństwo. Nasze dziecko ma być zaplanowane i oczekiwane. Przecież to uzgodniliśmy jeszcze przed  ślubem. Jeśli chcesz mieć dziecko wcześniej to nie ze mną. I jeśli to co powiedziałaś przed minutą to miał być żart to masz wypaczone  poczucie  humoru. A ja naprawdę nie chcę dziecka dopóki nie skończysz studiów. Masz już niedużo, zdajesz  egzaminy w terminach  zerowych, chyba szkoda to wszystko  zaprzepaścić. Wela, ja nie żartuję - jeśli chcesz dziecko wcześniej to rozejdźmy się, znajdź sobie innego męża. Przeboleję za jakiś czas stratę ciebie, choć będzie bardzo i długo bolało. I nie płacz, od  dziś już niczego nie ugrasz  swoimi łzami. 

Tej nocy Paweł spał w ich dziennym pokoju. Wela przepłakała chyba  pół nocy, rano wyglądała jak zdjęta z krzyża i nie pojechała na uczelnię rano, ale  dopiero około godziny czternastej. Zastanawiała się, jaka będzie reakcja domowników, ale nikt nie  zapytał się ani jej ani Pawła co się stało. Zupełnie jakby mieszkali w tym domu całkiem sami. 

Robert i Ewa postanowili,  że nie  zapytają o nic  ani Pawła ani Weli - to przecież dorośli ludzie. Ewa tylko poprosiła mamcię, żeby przypadkiem  nie pytała się o nic Weli lub  Pawła. Oni muszą sami sobie poradzić z czymś, co spowodowało  łzy Weli. Wela wysłała tylko sms do Pawła, że wróci do domu późno, bo zapomniała, że ma  dziś dyżur w laboratorium. W odpowiedzi dostała: "nie ma sprawy, dzięki  za info". Żadnego buziaczka, żadnego tęsknię czy coś w tym rodzaju.  Był wdzięczny rodzicom, że nie pytali się, czemu Wela  była taka  spłakana. 

Tego popołudnia Robert miał swój dzień przyjęć w gabinecie, a Ewa postanowiła  zrobić przegląd zawartości piwnicznej  zamrażarki. Gdy urzędowała w piwnicy przysnuł się cichutko Paweł.   Na wiszącej nad  zamrażarką  tekturowej kartce zapisał podany przez Ewę aktualny stan jej  zawartości. Gdy  mieli już wychodzić powiedział - mamuś, muszę z tobą porozmawiać, zostańmy tu jeszcze  chwilę. Zaczynam się  zastanawiać czy moje  małżeństwo z Welą to był dobry pomysł.  Ewa uśmiechnęła się - zapewniam cię, że nie ty jeden na tym świecie masz takie wątpliwości i to nie tylko kilka miesięcy po ślubie ale i nieraz w kilka lat później. A powiedziałeś jej o co masz do niej pretensję?  Tak - nie wyrobiłem nerwowo, bo mi powiedziała, że "fajnie byłoby już mieć  dziecko", więc jej przypomniałem, że tę kwestię omawialiśmy przed  ślubem i uzgodniliśmy, że  wpierw to ona  skończy studia, bo przecież to był jej wybór by skończyć całość, a nie  poprzestać na licencjacie. A ta kretynka mi mówi, że przecież mogłoby się  zdarzyć przypadkiem! No i nie  wyrobiłem , powiedziałem, że jeśli tak zmienia plany i chce  dziecko teraz, to niech sobie  szuka innego męża. No to się rozryczała,  a ja spałem w drugim pokoju. Wypomniałem jej, że oboje jesteśmy dziećmi z przypadku i ona była całe swe życie oszukiwana a ja  miałem koszmarne dzieciństwo. I że nasze dziecko nie  może być przypadkiem  a ma być zaplanowane i oczekiwane. Wracając dziś  z pracy wpadłem do  apteki i zakupiłem gumki. Bo zasiała  we mnie podejrzenie, że "zapomni" wziąć tabletkę i będzie  dziecko z przypadku. I jeszcze powiedziałem, że od teraz swym płaczem  niczego nie ugra. 

A dotychczas coś ugrywała? -zapytała Ewa. No nie, ale  zawsze utulałem, zapewniałem o miłości a teraz  miałem przemożną chęć ją  zwyczajnie  walnąć. No ale  nie walnąłeś - mam nadzieję.  No nie, ale byłem  wściekły. Aż mnie to przeraziło. I dlatego ona jeszcze  nie wróciła  do domu? Nie, napisała, że  zapomniała, że ma  dziś  dyżur w laboratorium. Nie skłamała, sprawdziłem, bo kiedyś wypisała te  dyżury. Jestem  zawiedziony, bo miałem nadzieję, że  żyjąc w normalnej rodzinie zrozumie  do końca, że tamto życie było  w dużym stopniu czymś nienormalnym i nie  akceptowalnym. Mówiła, że ma żal do nich, że ją oszukiwali, a teraz mi mówi, że  dziecko może być z przypadku. Ma, idiotka, już tylko półtora roku do końca, magisterkę może już  nawet teraz  zacząć  pisać a takie idiotyzmy  wygaduje! Dlaczego ty i tata możecie  się  we wszystkim dogadać a ja  z nią, jak się okazuje, nie? 

Nie wiem  Pawełku, może po prostu zbyt  mało ze sobą rozmawiacie na różne "życiowe" tematy? Poza  tym my oboje mamy za sobą nieudane  małżeństwa i mamy więcej wiosenek na karku niż wy.

                                                                          c.d.n.

czwartek, 3 marca 2022

Ryzykantka - 34

Sobotni  dyżur Roberta  rozpoczynał się o 8 rano i  kończył o 8 wieczorem. Ojej, martwiła się babcia- jak ty biedaczku tyle godzin wytrzymasz  w pracy! Robert się śmiał- normalnie, bo natłoku pacjentów  nie będzie, to nie zima i raczej nie będzie połamańców, z tego co wiem pogoda też nie powinna  nam przysporzyć jakichś  nagłych przypadków, poza tym ci co skaczą na główkę do wody i sobie  ją wbijają w kręgosłup to do nas  nie trafiają. Posiedzę, poleżę, poczytam, zjem w kantynie obiad  w charakterze  drugiego śniadania, porozmawiam  z pacjentami na oddziale i z jakimiś kolegami. Kilku jest całkiem, całkiem miłych i rozmownych. Obejrzę Klona, zrobimy mu tomografię  komputerową i dzionek minie. Taki dyżur jest znacznie  milszy od dyżuru  nocnego - tak się rozbestwiłem,  że nie chcę  spać poza  domem. Więc tak sobie ustawiłem dyżury, żeby mieć głównie  te sobotnie lub niedzielne ale nie mieć nocnych. Nocne to były dobre gdy nie  miałem rodziny.

Około  południa przyjechała do Ewy i reszty  rodziny Alina  z Klonem. Byli już po badaniach w klinice Roberta. Wg Roberta wszystko  było w porządku, teraz tylko jak na razie żadnego skakania  na tej nodze, Robert pokazał zestaw codziennych ćwiczeń, a Alina  stwierdziła, że po prostu będzie musiała  dzieciaka przypilnować osobiście, bo tylko wtedy będzie  miała pewność, że te ćwiczenia on zrobi  na pewno. Bo Franek jest  zbyt  niecierpliwy a i zbyt pobłażliwy.

 Klon, dziecię  szczere i bardzo  bezpośrednie stwierdził, że "fajna  ta nasza  nowa kuzynka" czyli Wela, zaś Pawła przepytał jakiej płci woli mieć dziecko - chłopca czy  dziewczynę. Był wyraźnie  zdziwiony i zgorszony gdy Paweł stwierdził, że wolałby dziewczynkę, ale to tak  naprawdę nie jest istotne, bo rodzice i tak kochają każde  swoje  dziecko,  bez  względu  na  jego płeć. 

Ale gdybyś był królem - perorował Klon- to byś wolał mieć  chłopca, żeby  potem też był królem. Ale są kraje, którymi rządzą królowe - stwierdziła Alina, na przykład w Wielkiej Brytanii rządzi  królowa  Elżbieta. Klon się  skrzywił - chyba tylko na pokaz, bo na pewno to rządzi jej  mąż.  A kto rządzi u was w domu?- zapytał Paweł.  Mama, bo tata  nie ma  czasu. No widzisz Gapiszonie, kobiety potrafią bardzo dobrze i mądrze rządzić - podsumował Paweł. Dlaczego mówisz na  mnie Gapiszon?- obruszył się  Klon.  Paweł uśmiechnął się - bo tylko Gapiszon wchodzi tam gdzie  nie  wolno i  potem sobie  łamie  nogę zeskakując. Klon  zapowietrzył się i do końca  wizyty nie  odezwał się ani słowem. Alina  z trudem powstrzymywała się by nie wybuchnąć śmiechem. Gdy na pożegnanie objęła Pawła szepnęła mu do ucha - jesteś mistrzem- udało ci się  wyciszyć Klona.

Pierwszego października Paweł rozpoczął kolejny rozdział swego życia. Jak potem  zwierzał się w domu, to  nieco dziwne być na uczelni w innej niż dotychczas roli. Miał niewielką tremę przez kilkanaście pierwszych  dni, ale  potem nieco okrzepł. 

Ewa trzy dni w tygodniu spędzała w biurze, czyli wtorki, środy i czwartki, pozostałe  dwa dni pracowała  w domu. Zigi zwierzył się Ewie, że nawet  zakupił  "swojej kobiecie" pierścionek, ale jeszcze się  nie oświadczył, bo się znów pokłócili i aktualnie jest sam. Ale "trzyma rękę na pulsie", ona się z nikim  nie  spotyka. Ewa  spojrzała się na niego z politowaniem i wycedziła przez zęby -  miałam cię  za inteligentniejszego, no cóż, pomyliłam się. Oszczędź mi na przyszłość opowieści o sobie i jojczenia, że wciąż  jesteś sam. Jak widać  zasługujesz  na to w pełni. No to co mam zrobić?- zapytał. Wybacz Zigi, ale  mnie to już  nie interesuje, to twoja  sprawa, twoje  nie  moje  życie. Jesteś  już dużym  chłopcem - może idź do jakiegoś psychologa, albo  do psychoterapeuty albo do wróżki, ale  mnie już nie pytaj o to co masz zrobić.  

Sprawdziłeś już  faceta od tego wybetonowanego placu?  A tak, sprawdziłem. Ten plac jest  jego, to pozostałość po jakimś magazynie. Magazyn zlikwidowano, bo pilnowanie  go było zbyt kosztowne - magazyn  był tuż przy rzadko uczęszczanej drodze i kusił złodziei. Gdy stał pusty to nawet deski ze ścian rozkradziono. No i facio kupił ten wybetonowany plac. I ma facet wyraźnie  chorą wyobraźnię, bo do najbliższego  względnie  cywilizowanego  miejsca jest nieco ponad 20 kilometrów, dookoła placu pustka niemal po horyzont, trochę rachitycznych brzózek, żadnego prawdziwego lasu, nawet strumyka  nie  ma, nie mówiąc już o jakimś  jeziorze czy rzece. Powiedziałem facetowi co myślę o stanie jego umysłu i pożyczyłem mu by znalazł kupca na sam pusty plac. Jemu się marzyło by tam zrobić parking i na nim mały hotel z knajpką. Tylko jakoś nie skojarzył, że to nie jest zbyt często uczęszczana trasa.

A co u  ciebie Ewuś? U mnie?- normalka. Młody się ożenił, zostałam  teściową. Miła dziewczyna, tylko trochę za nerwowa i zbyt płaczliwa jak dla mnie. Ma już licencjat z biotechnologii, ale idzie dalej. Mam jednak  nadzieję, że się oswoi i uspokoi. A Młody obronił magisterkę, został na uczelni i będzie  robił doktorat. Mamcia i tata w porządku, mamcia uwielbia Młodego, podobnie  jak mego męża. Tata jak zwykle wyważony, ale też obu bardzo mocno "usynowił". I, jak wiesz  mieszkamy wszyscy pod jednym dachem. Nigdy wcześniej  bym tego nie podejrzewała, że jestem do tego zdolna.

A ty- spytał wpatrując się w nią intensywnie. Nadal jesteś taka  zapatrzona i  zakochana w tym facecie? Ewa roześmiała się - no popatrz Zigi- nadal jestem  zakochana i  zapatrzona w niego jak w tęczę na niebie.  Tylko mi nie powiedz, że  po latach spędzonych z Koczkodanem to każdy może mi się wydawać cudowny. 

Nie, nie myślę tak, tylko nieco twojemu zazdroszczę. Właściwie  to zazdroszczę i tobie  jemu. Bo nawet gołym okiem bez okularów  widać, że bardzo do siebie  pasujecie. A wiesz, kochałem się kiedyś w tobie niemal rok. Wiem o tym, ale tak się złożyło, że nasze  zainteresowania wzajemne sobą "rozjechały się" w czasie - byłam kiedyś  tak oczarowana tobą, że się głupio do tej rady studenckiej dałam  wrobić. No  a potem, ponieważ mnie  nie dostrzegałeś wszystko mi minęło - skutecznie. No ale może to i lepiej, że łączy nas przyjaźń a nie wyrko. Bo znacznie  łatwiej  znaleźć kogoś do seksu  niż znaleźć  prawdziwego przyjaciela. Oczywiście opowiedziałam o naszej przyjaźni Robertowi. Nie ma o to żalu. I na pewno ci oczu  nie podbije z tej okazji. I wiesz co, porób badania  kontrolne i rzuć palenie. Jesteś tylko  trzy lata ode mnie  starszy a wyglądasz starzej  niż mój ślubny, który jest od  ciebie 8 lat starszy. Coś nie jest zbyt dobrze z twoim zdrówkiem.  

Zigi skrzywił się - że też ty wszystko musisz  wypatrzeć - ostatnio jakoś  szybciej się meczę. Dobrze, porobię okresowe badania i to nawet prywatnie się wybiorę do lekarza. Mam w pobliżu  domu  prywatną przychodnię, jeszcze  mnie  na nią stać. Wiesz co Ewuś, powinniśmy dziś a najdalej jutro pojechać do Jerzego P.  On się przymierza do jakiejś nowej inwestycji i widzi nas  jako projektantów. 

No to jedźmy dziś- stwierdziła Ewa. Tak naprawdę to nigdy  nie  dowierzam Jerzemu, zawsze mam  wrażenie, że ten facet coś ukrywa. Na mnie robi wrażenie czegoś  śliskiego i lepkiego jednocześnie. I to jego "całuję rączęta" przez telefon przyprawia  mnie o  mdłości. W ogóle  wścieka mnie to wieczne cmokanie kobiet po rękach. Mam ochotę kiedyś wysmarować sobie  wierzch dłoni  czosnkiem.  Ciekawe jaką minę miałby jeden  z drugim.  Zigi zaśmiał się - możemy  kiedyś na Jerzym to wypróbować, gdy już podpiszemy  z nim jakąś umowę. Będzie  ciekawie jeśli jest  miłośnikiem  surowego  czosnku i  zacznie  ci rękę  lizać. No nie, przestań, to byłoby okropne! Jedno wielkie fuj!!!

Pojechali samochodem Ewy, która  nie lubiła Zigi w roli kierowcy. Kilka razy gdy on był za kierownicą omal nie  mieli kolizji i od tamtego czasu Ewa siadała za kierownicą, nawet gdy jechali jego samochodem. Nim na miejscu wysiedli z  samochodu Ewa wygrzebała  ze schowka cienkie rękawiczki i założyła je. Na pytające  spojrzenie Zigi powiedziała - no co, powiem, że mam egzemę i muszę chronić ręce. Posiedzę  dziś cały czas w rękawiczkach.  To jak  zrobisz  notatki? Zwyczajnie, one są dopasowane, można w nich pisać  na  klawiaturze. Mam wszak w mojej przepastnej torbie laptopa.  Co prawda  wolę robić notatki odręcznie, no ale skoro "mam egzemę"....

Ej zobacz, nie ma jego samochodu, dzwoniłeś do niego, że przyjedziemy? Dzwoniłem. Może wyskoczył gdzieś na chwilę, np. po kawę bo już zabrakło? Przecież ma  sekretarkę. No to wysiądź Zigi i sprawdź co jest grane.

W chwilę później z biura wyszedł Zigi i Jerzy P.  Zigi podszedł do samochodu, otworzył drzwi i szepnął- tylko nie zemdlej  z wrażenia i pomógł Ewie wyjść z samochodu. Ewa czym prędzej nałożyła na twarz służbowy uśmiech i wyciągnęła do Jerzego urękawicznioną dłoń mówiąc - och przepraszam, ale mam okropną egzemę. Boli, swędzi i okropnie  wygląda! Wyciągnięta do  niej dłoń Jerzego nieco opadła, a on wystękał- oooo, to bardzo przykre. No właśnie- dokończyła swą kwestię Ewa.

Zamiast do biura obaj panowie skierowali się na  zaplecze budynku i Jerzy z dumnym wyrazem twarzy powiedział- zobaczcie moi mili, czym teraz jeżdżę i z rozmachem otworzył ciężkie metalowe  drzwi i włączył oświetlenie - oczom Ewy i Zigi ukazał się motocykl - a dumny właściciel przedstawiał swój najnowszy pojazd - był to motocykl Kawasaki ZX 12R Ninja, który rozwijał prędkość 299km  na godzinę, jak z dumą opowiadał Jerzy. I teraz  mi żadne korki na drodze nie straszne! chwalił się Jerzy P. I pan tym jeździ do pracy? No pewnie, ma kopa  niemiłosiernego. I jak pan omija te  korki? jedzie pan rowem przydrożnym? - Ewa wyraźnie rżnęła głupa. Ależ skąd - zapewnił ją  Jerzy- po prostu  mogę lawirować pomiędzy samochodami. A  nie boi się pan, że z któregoś stojącego w korku samochodu ktoś niespodziewanie otworzy  drzwi i trzaśnie nimi  w pana gdy będzie  pan  akurat obok przejeżdżał? Toż przecież mam refleks, ominę je! Entuzjazm Jerzego i jego głęboka  wiara we własne możliwości były powalające. Tylko wtedy je pan ominie, gdy będzie wystarczająco  dużo miejsca, co w korku raczej  bardzo  rzadko się  zdarza. Chyba panu , panie Jurku, życie niemiłe!

A żonie się  podoba  pana  zakup? A skądże! Zaciągnęła mnie do notariusza i kazała zrobić testament. Tłumaczyłem, że przecież i tak wszystko odziedziczy po  mnie, ale nie odpuściła, musiałem zrobić zapis. Też bym tak  zrobiła będąc na jej  miejscu.

Wy kobiety jesteście przewrażliwione- 30 lat jeżdżę samochodem i tylko raz wpadłem w poślizg, bo zaczęła padać marznąca mżawka a jezdnia była  czarna i to mnie  zmyliło. No ale nic mi się  nie stało!

No a  motorem też  pan jeździ już 30 lat? Niech pan pojeździ nim  wpierw na torze nim się pan wybierze na szosę. Osobiście  bardzo nie lubię pogrzebów. A ubranko odpowiednie już pan kupił? Bo jednak na motorze nie da się pojeździć w  garniturze.

Pani Ewuniu, pani to mnie  chyba nie lubi! Ależ skąd, lubię pana, ale  nie lubię znajomych pogrzebów i dlatego to panu mówię. I mówię  całkiem poważnie- niech pan wpierw pojeździ tym swoim  "cudem" na torze. Wiem, że w Poznaniu jest tor, na którym amatorzy , oczywiście  za opłatą, mogą trenować samochodami, więc  może i motory w  jakieś dni lub  godziny też  tam  mogą  poszaleć. I niech pan  zacznie od  zakupu ubranka ochronnego. A pani jeździła  kiedyś na  motorze? No tak ze 20 lat do tyłu , tylko jako pasażer i to od razu dwa razy- pierwszy i ostatni. Nie pociągają mnie  motocykle. Nie  lubię  marznąć i  ewentualnie  moknąć.

A powie nam pan co ewentualnie  mamy projektować, gdzie i jakieś  założenia? Och, kochani, znalazłem piękne  miejsce! Gdy je  zobaczycie to zaraz będziecie  chcieli po jednym domku  dla siebie. Ewa wykrzywiła się w  niby uśmiechu- ja to na pewno  nie- bo ja  mieszkam  domku, w którym  mam wszystkie  miejskie  media- gaz, prąd i ciepłą wodę z elektrociepłowni.  I zadbany ogródek.No i mąż ma do pracy bliziutko, synowa też. I żadne  z nas  nie tęskni za ciszą i głuszą i przemierzaniem dwa razy dziennie kilometrów. Może Zigi jest  zainteresowany, ja na pewno nie! A gdy chcę kontaktu z przyrodą to jadę na Słowację.

Mina pana Jerzego wyraźnie ukazywała jego rozczarowanie- nawet pani nie wie gdzie to jest a już pani skreśla. No bo ja mam dom, panie  Jurku, drugi  mi nie jest potrzebny. A oprócz domu mam jeszcze  mieszkanie, w dobrej lokalizacji - osiedle  dobrze  skomunikowane z resztą  miasta,  na którym już jest pełna cywilizacja  miejska, łącznie  z przychodniami lekarskimi, aptekami, targowiskiem, przedszkolami, żłobkiem, szkołą. I nawet kościół jest.  No tak, no tak - powtarzał mocno rozczarowany pan  Jerzy.

No to gdzie masz ten  teren?- naciskał Zigi. W Kampinosie . Dobrze , że nie w Małdytach  albo pod Toruniem, zaśmiał się Zigi.  A masz już pewnych  kupców przynajmniej na 75 % domków?  Ty stary to chyba  rozum gdzieś zgubiłeś! To jest ponad 40 kilometrów od Warszawy! I kto to kupi? Upiłeś się, czy co? Chyba  nie  sądzisz, że ktoś będzie  dzień w  dzień  80 kilometrów zasuwał ! Na  nas nie licz - no chyba  że  dostałeś  jakiś duży  spadek i  zapłacisz  nam  z góry za projekt. Już się  naużerałam, żeby nam  zapłacili za projekt osiedla znacznie  bliżej  Warszawy, drugi raz się nie  dam nabrać.

Chodź Ewa, bo mnie zaraz szlag trafi. Pozdrowienia  dla Księżniczki Burgunda. Pan Jerzy był wielce zaskoczony obrotem sprawy i  miał bardzo głupią minę. Zigi pociągnął Ewę do samochodu i nim się pan Jerzy ocknął Ewa zdążyła  już wyjechać z posesji. No zgłupiał stary cap! Kampinos! Bo tereny tanie! To niech je sobie  kupi i zje. Przez całą drogę powrotną do biura Zigi obrzucał  pana  Jerzego niezbyt wybrednymi  epitetami.

                                                                          c.d.n.