sobota, 12 marca 2022

Ryzykantka- 44

Rozmowa obu par na temat zakupu nieruchomości w  Juracie odbyła się na  parkingu już blisko Warszawy. Siedzieli  w  samochodzie Zigi i pili  kawę. Pierwsze poruszyły temat obie  panie - i obie zgodnie stwierdziły, że ich  zdaniem nie jest to dobra inwestycja bo: daleko od Warszawy, trzeba będzie poszukać  kogoś  zaufanego, kto będzie tego doglądał, a jeśli zdecydowali by się na  wynajmowanie wczasowiczom, to wtedy praktycznie  cały rok musiałby się  tym ktoś odpłatnie  zajmować. Ewa dodała, że wtedy logika  by nakazywała by tam spędzali  swoje  urlopy, ale jej  się wcale nie marzy by stale jeździć w to samo miejsce, kolejne "nie" to fakt, że  sezon wynajmu jest dość krótki, a ktoś  musi  się tym cały rok  zajmować, bo przecież  tam będzie   cały czas włączone ogrzewanie, żeby dom nie chłonął wilgoci no i ostatni argument - Bałtyk nie jest morzem  ciepłym, a obie panie  lubią ciepłe morze. Zigi i Ewa twierdzili, że im ten "dom w  domu" wydaje  się podejrzaną inwestycją, ale  nie mają  czasu na dociekanie, tym bardziej, że musieliby w tym  celu jeździć do Gdańska i tam w urzędach  sprawdzać czy to wszystko legalne itp.. Na  koniec obie  panie  stwierdziły, że skoro one  cały rok gotują obiady, muszą dbać o  zaopatrzenie,  to w  czasie urlopu chciałyby  mieć ten problem "z głowy", a w Juracie są kłopoty by dobrze  zjeść, bo nawet jeśli wykupią jakieś obiady w którymś z domów  wczasowych to będzie to  żywienie zbiorowe, nie  będzie  można zjeść  tego na co ma się ochotę.

Cała  czwórka  była  zadowolona, że tak szybko i   zgodnie  rozwiązali problem. Zigi stwierdził, że rano zatelefonuje  do tego właściciela i powie  mu, że rezygnują z kupna tej  nieruchomości. A jeśli będzie  się dopytywał, to  mu powie,  że dostali  ciekawszą propozycję nad  cieplejszym  morzem i będzie to  koniec  dyskusji. Co do  nieruchomości nad  cieplejszym  akwenem Robert opowiedział o swoim doświadczeniu  w tym względzie.

Zadowoleni, że tak zgodnie  myślą, ruszyli do Warszawy. O godz. 22,30 wszyscy byli już w swych domach, o czym  się wzajemnie  poinformowali.

W domu czekała Roberta niezbyt  miła  wiadomość- na "dobry wieczór" Paweł go poinformował, że poszukuje go  Harpia, która właśnie  została  wdową po  panu dentyście. Robert się  tylko roześmiał - przecież nie jestem przedsiębiorcą pogrzebowym, nic jej  w tym nie pomogę, pomyliła adres. A powiedziała czego chce? Tak- ma dla ciebie  propozycję, jej  zdaniem  nie do odrzucenia- żebyś w tym   domu założył prywatną przychodnię chirurgiczną. Jeszcze mi powiedziała, że jeśli ja tego z tobą nie  załatwię, to ona mnie  wydziedziczy, nie dostanę  ani złotówki w spadku  po niej. A ja  jej powiedziałem, że nawet gdybym  miał umrzeć z głodu to i tak  każdy  spadek po niej odrzucę. Chciała bym cię  dał do telefonu, ale  powiedziałem  zgodnie  z prawdą, że cię w Warszawie  nie ma, na co usłyszałem, że pewnie  dlatego nie  może się do ciebie  dodzwonić.  

Robert wyciągnął z  kieszeni komórkę - popatrzył i  powiedział- faktycznie  dzwoniła, ale ponieważ u mnie  figuruje jako "obcy" - nie odbierałem. Mam  całą listę "obcych" i tych telefonów nigdy  nie odbieram. Gdybym je odbierał musiałbym przez 3/4 dnia   tylko tym  się  zajmować . Ale przeglądam co 2,3 dni i jeśli jest tam numer, który znam to czasem oddzwaniam. Po prostu mam osoby, z którymi rozmawiam pogrupowane i każda  grupa ma inny dzwonek, a ci "obcy" którzy  mają mój numer nie wiadomo skąd są sygnalizowani sygnałem firmowym, więc ja  nie reaguję na takie dzwonki. 

Oooo, stwierdziła Ewa to ciekawe a ja w której grupie  jestem? W wydzielonej - od ciebie  to nawet na  operacyjnej mogę odebrać. Przed każdą operacją ustawiam  cię tylko na wibrowaniu, bo telefon mam przy sobie, wtedy wiem, że  dzwoniłaś-  ale odkąd jesteśmy po ślubie wiesz jaki mam rozkład  dnia i  tylko raz  zadzwoniłaś gdy operowałem. I już nawet  nie patrzyłem  jak mi pacjenta  zszywają, tylko szybko wyszedłem. A gdy nie operujesz? - drążyła temat Ewa. Masz oddzielną, własną  melodyjkę -  "You are my destiny" A ja? -spytał Paweł. Ty- w grupie  rodzina a z tobą babcia, dziadek, ciocia Alina,Franek, Wela, teraz dopisałem i Zigi żeby  mi dał znać jakby się co  z mamą działo. 

A co ma   się  ze mną  stać?- zdziwiła się Ewa. Nie  wiem, ale  wiem, że bluszczyki są na ścianie pracowni a dostęp do  nich tylko po wejściu na wysoki  stołek. Ja tam nie  wchodzę, panie  sprzątające je  podlewają -wyjaśniła Ewa.

Tato, a czy mógłbyś  wytłumaczyć  Weli, że jej rodzice  nie są twoją  rodziną?  A co się stało? Jej matka ma skierowanie  do szpitala na urologiczną  operację i chce leżeć w twojej klinice i wymyśliła sobie, że skoro jesteś teściem Weli to możesz jej matkę tam umieścić. 

Robert tylko ciężko westchnął- przydałaby się  tej pani operacja mózgu. W tej klinice  nie wykonuje się  wszystkich  operacji jakie istnieją. I chyba  wcale  żaden urolog  nie przyjmuje. Niech sobie  twoja  teściowa poszuka urologa na  stronie "dobry lekarz", idzie  prywatnie na wizytę i wtedy może się  dostanie  do prywatnej kliniki, która ma chirurga- urologa, powiedz to synku Weli. Albo ja jej to jutro powiem, bo teraz to idziemy z mamą spać.

Gdy Paweł wyszedł Robert jęknął -myślałem, że to rozsądniejsza dziewucha. A Ewa, którą ta sprawa rozśmieszyła  powiedziała: no wiesz,  "zawsze można się pomylić- rzekł jeż  złażąc ze  szczotki".

Poniedziałek Robert  miał  wolny, więc oboje  dłużej pospali, potem Robert zszedł na dół przygotować  dla  nich śniadanie i  zaniósł je do ich pokoju dziennego. Na dół zeszli dopiero około czternastej. Mamcia i ojciec Ewy byli w ogrodzie, więc Robert dołączył do  nich, a Ewa przypatrywała się im wszystkim  z okna  aneksu jadalnego rozmyślając o tym, że Robert jest dla  niej  wyraźnie  podarunkiem od  losu. Uwielbiała go - słowo  kochała  nie oddałoby tego  wszystkiego, co do niego  czuła. Podziwiała jego wiedzę, która  nie  kończyła  się na sprawach  zawodowych. Był bardzo oczytany, interesowały go różne  dziedziny nauki, czytali te  same książki, lubili tych  samych kompozytorów i  malarzy, śmieszyły ich te same  dowcipy. I bardzo, bardzo dbali o  siebie  wzajemnie. Gdy były bardzo  chłodne  dni Robert zawsze  sprawdzał, czy Ewa jest odpowiednio ubrana,  nie  zdarzyło się, by choć  raz nie  zapytał czy może jej  w czymś pomóc . Wiedziała, że Robert nadal  cierpi z tego  powodu, że nie zawalczył kiedyś o Pawła, a poprzedniego wieczoru, gdy  Paweł mówił o swojej matce, bez trudu  zauważyła  jak bardzo trudno  było Robertowi powstrzymać  się przed jakąś niewybredną uwagą pod adresem Harpii. Ale jednak się  powstrzymał. I za to  wszystko też go  podziwiała. Któregoś wieczoru coś ją podkusiło i zapytała go ile było kobiet przed nią, bo sądząc po jego umiejętnościach, to  musiało ich być wiele, bo podobno tylko  trening  czyni z faceta wspaniałego  kochanka, a on umie dokonać tego, że ona niemal mdleje z rozkoszy w jego ramionach. Robert usiadł na łóżku - już ci raz mówiłem i powiedziałem ci prawdę. 

A teraz  wstań i chodź ze mną, bo jak sama tego nie  zobaczysz na własne oczy, to  powiesz, że  zmyślam. Wziął ją za rękę i podprowadził do regału  ze  swoimi książkami. Wśród różnych  mądrych książek z dziedziny medycyny w jednym z  atlasów medycznych była rozpadająca  się książeczka  pod tytułem  "seksuologia". To właśnie  moja  nauczycielka, mój przewodnik po  świecie intymnym. Ale gdybyśmy się  nie  kochali, nie byłoby to tak silnym przeżyciem dla nas obojga. To uczucie  wszystko potęguje. Nasz pierwszy raz  mnie dosłownie  powalił. To wszystko przed tobą to było tylko mechaniczne zaspokojenie żądzy, rodzaj masturbacji. Bo ja  żadnej z  nich nie  kochałem i nie obchodziło mnie  co one do  mnie  czują. Chciały seksu, godziły się na seks- to go miały. I naprawdę były to tylko trzy kobiety, razem  z Harpią. I naprawdę nie obchodziły   mnie  ich  doznania, czy szczytowały czy też nie. Nie jestem z tego powodu dumny. I jeszcze  coś - nie  wspomagałem się wtedy tą książeczką, choć ją  miałem.  Ale nasze uczucie sprawiło, że każde nasze  zbliżenie jest  dla mnie i dla ciebie wspaniałym  doznaniem. Gdyby  autor tego podręcznika jeszcze  żył- złożyłbym mu podziękowanie, że wiem  jak  mogę  sprawić  rozkosz nam obojgu. No ale ja jestem zupełnie  zielona w tej  dziedzinie- wyszeptała Ewa. W tej dziedzinie,  kochana  moja, obowiązuje jedno prawo- jest  akcja to jest i  reakcja- dlatego sięgnąłem po tę książeczkę. A teraz to nawet ona  nie jest nam potrzebna. Naprawdę cię kocham, Maleńka.

Ewa patrzyła przez okno na Roberta i wracały jej wspomnienia tego pierwszego razu. Była wzruszona, ale była też niezmiernie  szczęśliwa. Otuliła się  szalem i wyszła do ogrodu i zaraz objęły ją ramiona Roberta. Nie zmarzniesz?  wieje chłodny wiatr, zaraz ci przyniosę kurtkę. Nie zmarznę, to przecież kaszmirowy  szal, a więc  wełna. A poza tym ty  mnie osłaniasz od wiatru a do tego mam ciepły pulower. A pod nim pewnie  tylko gołe  ciałko- zgadłem?  Tak , zgadłeś. No to idę po kurtkę, skoro nadal chcesz być w ogrodzie. I nim Ewa  coś odpowiedziała ruszył biegiem do  domu. A co się Robertowi stało - zdziwił się ojciec. Nic, tylko pobiegł po kurtkę  dla  mnie. No i dobrze  zrobił - prawdziwy z niego mężczyzna- podsumował ojciec. Tato, a  zapytaj  się Roberta  czy  możesz dać swój  samochód Pawłowi. Och, dobrze  że mi przypomniałaś córeczko!

Ewa uśmiechnęła się - no to się  dowiem co było przyczyną jego pobłądzenia i paniki że już nie powinien prowadzić  samochodu. Robert przyniósł Ewie  kurtkę, pomógł jej ją  włożyć, dokładnie  zapiął i na koniec Ewę przytulił i ucałował szepcząc  jej  do ucha- wolałbym  co prawda cię  rozbierać, no ale skoro chcesz  być w ogrodzie to  musiałem cię ubrać. Ewa uśmiechnęła  się- nic  straconego ty mnie  dziś rozbierzesz, ja  ci w tym  nie  pomogę. Gdy Robert  już opatulił Ewę, Tata podszedł do  nich mówiąc- Robert, chciałbym cię o coś  zapytać - tylko  powiedz  mi szczerze-  w tym  momencie  Robert  mu przerwał mówiąc -  jeżeli chcesz  mnie zapytać, czy  nadal  kocham  Ewę to mogę  cię  tato  zapewnić, że nadal i coraz  bardziej ją  kocham- odpowiedział Robert. Oj, to to wiem, ale chcę  cię  zapytać, czy nie  poczujesz się  dotknięty, gdy dam Pawłowi  swój  samochód? - bo on jednak  już nie jest nowiutki, jest  z tego samego roku co  samochód Ewy. 

Ojej, jak  możesz  się o coś  takiego pytać w sytuacji, gdy  robisz  Pawłowi  prezent?  To jeszcze  całkiem dobry  samochód i wcale  nie stary. Ale ty  mi lepiej  powiedz,  dlaczego chcesz  się  pozbyć tego  samochodu? Kupujesz  nowy?  Nie, nie  kupuję,  ja  po prostu powinienem już  zrezygnować z prowadzenia  samochodu. Dlaczego, robiłeś  badania i  ci nie wydali już prawa   jazdy? Czy  może  gorzej  widzisz lub  słyszysz?  Nie  nie robiłem żadnych  badań,  ale miałem  pojechać do znajomego do  Zalesia  i się  zgubiłem. Nie  dojechałem do tego  Zalesia i ledwo potem  do  domu  trafiłem, tak  się  zdenerwowałem. Robert przytulił ojca- wcale   mnie  nie dziwi, że się  zgubiłeś. Warszawa się  bardzo  powiększyła, powstały  zupełnie  nowe osiedla i nowe ulice i po prostu trzeba sobie  przed  wyjazdem z  domu przepatrzeć trasę albo nawet  zapisać  którędy jechać i najlepiej  mieć  ze sobą w  samochodzie plan  Warszawy. Zawsze wtedy  można  się gdzieś  zatrzymać i przejrzeć trasę. Ale  wiesz  co - jeśli  czujesz  się niepewnie i masz jakieś  zastrzeżenia do swej jazdy, to mogę  z tobą pojechać na  badania diagnostyczne  dla  kierowców. Badają wzrok i słuch i mierzą  czas reakcji. I  albo je przejdziesz  albo nie- ale wtedy będzie twoja  rezygnacja  z prowadzenia  samochodu uzasadniona. A ja planowałem, żeby  kupić Ewuni nowy  samochód a ten  dać Pawłowi, bo on  mu się  bardzo  podoba- że nie  za duży i zrywny. A Ewa twierdzi, że jej to  żaden  samochód  nie jest  potrzebny, bo w  mieście  nie  ma  gdzie  parkować, więc jeździ do pracy  autobusem. Ja tylko się  dowiem gdzie  są te  badania  dla   kierowców, w jakich  godzinach i wtedy tam razem  pojedziemy- zgadzasz się?  No pewnie, że się  zgadzam! Jesteś  zupełnie  taki, jakbyś był  moim  synem, to naprawdę nadzwyczajne! To może poczekaj Robercie  z tym kupnem  samochodu  dla Ewy, bo jak odpadnę  na tych sprawdzianach to będzie  samochód  dla Pawła. Dobrze,  powiedział Robert. A my  chyba  mamy jakiś  plan  Warszawy, więc  ci dziś do wieczora  go przyniosę.

                                                                   c.d.n.

piątek, 11 marca 2022

Ryzykantka - 43

 Pan właściciel okazał się być w wieku zbliżonym do wieku Roberta. Domek odziedziczył po swych rodzicach,  a chce  go sprzedać, bo mu niepotrzebny. Osobiście  ma już dość zimnego morza, wystarczy  mu fakt, że mieszka  we Wrzeszczu, bo jak stwierdził "wżenił" się w willę  w tej  części Gdańska. Oboje z żoną wyjeżdżają na stałe z Polski, do swego syna, który mieszka w znacznie cieplejszym i łagodniejszym  klimacie, bo w  Nicei. Na willę  miejską ma  już kupca. Ten "letniskowiec" mógłby zostawić  własnemu  losowi, ale stwierdził, że przeważył sentyment -  zamiast niszczeć niech ten domek żyje w innych rękach- on jako dziecko spędzał tu dużo  czasu i  zawsze mu tu było dobrze-  może jestem  sentymentalny, ale  jakoś  mi głupio zostawić to na  pastwę losu. 

Ceny  nie będzie  windował, sprzeda  za tyle, za ile "chodzą tu  działki", domku nie  dolicza, bo wie, że  dziś  nikt takiego domku  raczej  nie chce. Przywiózł nawet dokumenty, by  zobaczyli ile metrów ma posesja i jeśli są  zainteresowani  to oczywiście  może im wnętrze domku pokazać. Ogródek za domkiem jest  bezużyteczny bo rosną tam drzewa, a tu na wycięcie  każdego drzewa potrzebne jest  zezwolenie, poza tym trzeba by nawieźć sporo  ziemi by coś urosło. Dach jest spadzisty, żeby  woda  deszczowa  z niego dobrze  spływała i  zimą  śnieg  za długo  nie  zalegał. Dzięki temu jest  coś  w rodzaju strychu, zawsze tam był sprzęt wodniacki, 2 kajaki, leżaki i inne przydatne plażowe duperele. No to jak, chcecie państwo  zajrzeć?

Oczywiście  chcieli "zajrzeć". Gdy właściciel wyciągnął  ze  swej porządnej, skórzanej  aktówki  klucze,  Ewę zastanowiła ilość tych  kluczy i ich wielkość. Okazało się, że domek- ruina to jedna  wielka  niespodzianka. Niewielkim kluczem otworzył  wpierw  zamek pod  klamką, potem drugim kluczem górny  zamek. Po otwarciu tych  drzwi okazało się, że są  jeszcze jedne drzwi, bardzo solidne, z blokadą zamka  do futryn. Po ich otwarciu  wyłączył zdalnie alarm. Ale to nie był koniec  niespodzianek.

Oglądając  domek z zewnątrz spodziewali się ścian  zrobionych  z płyt MDF czy też  podobnych, a tu okazało się, że ściany  są z tak zwanych pół bali i są pokryte modrzewiową  boazerią. To był wyraźnie dom  w domu! Właściciel uśmiechnął się, widząc ich zdumienie. To nie przypadek, to przemyślana sprawa- swego czasu każdej  zimy włamywano się do co lepszych domków i je  okradano. Do naszego się nie  włamywano, chociaż wystarczyło kopnąć w drzwi by je otworzyć. A my mieliśmy chęć wybudować coś lepszego niż ten przedwojenny  niemal  "letniskowiec". I wtedy znajomy leśniczy powiedział  mi, żeby zbudować dom w  domu. Sam dobrał  mi drewno, dał ludzi i pewnej  zimy  zaczęła się budowa domu w  domu. Tu są, jak państwo widzicie  dwie  sypialnie  salon połączony z  kuchnią, ale są suwane  drzwi i można tę przestrzeń  zamknąć. Jest też łazienka i toaleta. Domek jest ogrzewany, w piwnicy jest piec  na olej opałowy. Domek jest ogrzewany od połowy września do połowy  kwietnia. Jeden zbiornik wystarcza tu na  dwie  zimy. Ciepła  woda jest  niestety na termę przepływową. Kuchenka jest też na prąd, ale zainstalowaliśmy płytę indukcyjną. Żona ma jakiś uraz do kuchenek  gazowych, podobno jedna  z jej  kuzynek kiedyś otruła się  gazem. Tłumaczyłem, że wtedy był gaz miejski, trujący a  teraz jest inny, ale dla  niej gaz to jest gaz i tyle.

W tej  części kuchennej jest  zejście  do piwnicy a w łazience, a właściwie tuż za nią, ale trzeba  w tym celu jednak  wejść do łazienki, wejście na  strych. Pomiędzy domami jest 10-centymetrowa  przestrzeń powietrzna - małe otwory do wymiany  powietrza są pod okapem. Jak państwo widzicie nie ma tu wilgoci.

Gdy właściciel opowiadał o domu, Ewa cały czas szkicowała, a Zigi zapytał się,  czy  może zrobić kilka  zdjęć, żeby mogli dobrze  się  nad  wszystkim  zastanowić.

Ależ oczywiście, tylko prosiłbym byście państwo  zdecydowali się możliwie szybko - najlepiej może  w czasie 1 tygodnia. Jeśli się państwo zdecydują to proszę o telefon, wtedy w Gdańsku podpiszemy umowę  kupna-sprzedaży. A pani pięknie i szybko szkicuje - jest  pani plastyczką?- zagadnął Ewę. Nie, nie jestem plastykiem jestem  architektem, wspólniczką biura  projektowego w Warszawie. Jego właścicielem jest o ten pan - i wskazała palcem na Zigi. 

A czy mógłbym jeszcze  zobaczyć ten  strych- spytał  Zigi. Ależ oczywiście, włącznik  światła jest na dole, zaraz  za przejściem, po prawej  stronie.

Robert objął Ewę i  powiedział - ale  ty kochanie nie  będziesz wchodziła na strych- zestawienie ty i takie  strome, wąskie  stopnie wzajemnie  się wykluczają. A gdy Zigi  poszedł na górę  szepnął jej do ucha- jak Zigi nie będzie  chciał to ja  to kupię -  zamiast tego nieużytku pod  lasem obok Aliny. Bo na ten  nieużytek  napalił się R. i chce byś mu zaprojektowała domek letni. Zobacz co mi napisał tej nocy. A czy R. zdaje  sobie  sprawę z tego, że to nieopłacalna  sprawa? Budowa tam to będzie bardzo droga.  I to straszliwe  zadupie, nic tam nie  ma. To jego pomysł czy  jego żony? Bo jak jego to ma  facet świra, a jeśli jej to ona  ma jakiś  cel i nie jestem pewna czy  zacny. Muszę podpytać Alinę,  stwierdził Robert.

Fajny ten domek, ale trzeba to przemyśleć, bo jednak jest to uwiązanie  do jednego miejsca, a ja bym  chciała jeszcze  trochę  pojeździć z tobą w różne miejsca, a nie uwiązać się i co roku pędzić na urlop do Juraty. No chyba, że potraktujemy to jako lokatę i będziemy  wynajmować. Dobrze, że jedziemy dwoma  samochodami, to się przynajmniej  nie będę kłócić  z Zigi w drodze.  Bo więcej  niż pewne, że się  z nim pokłócę. Niezależnie od tego czy to będzie wspólny  zakup, czy tylko jednej rodziny to i tak trzeba będzie  znaleźć kogoś by na ten dom poza  sezonem  miał oko. A jeśli się go będzie  wynajmować letnikom to też ktoś to musi  za każdym razem sprawdzić gdy  ludzie  opuszczają dom i muszą  mieć komu zdać dom i klucze.

Zigi  zszedł z góry zachwycony - dach jest  ocieplony, czego nawet właściciel  nie  wiedział, ale ja to sprawdziłem. I na dobrą  sprawę  można by tam  zrobić pokoje, tylko trzeba by zrobić okna dachowe.  Ciekawe czy widać  stamtąd  Zatokę, ale nie  mam jak tego  sprawdzić bo okien  nie ma.  No to nie  zostaje nic innego niż  wypożyczenie łodzi, wypłynięcie na Zatokę i  sprawdzenie,  czy widać z niej ten dach - stwierdziła z bardzo poważną miną Ewa i wymownie  postukała  go w  czoło. I to jest  jedyne  rozwiązanie, bo  z tego co pamiętam to na  tym odcinku nie ma ścieżki brzegiem zatoki.  A skąd  wiesz? - zdziwił się Zigi. Wiem, bo byłam w Juracie  dwa razy z rodzicami i  potem raz z Julasem. No co cię tak  to  dziwi Zigi?  Przecież był moim  mężem i czasem jeździliśmy gdzieś  razem. A mieszkaliśmy wtedy w tym ośrodku, w którym  byliśmy dziś  na kawie. Tylko się wtedy  jakoś inaczej  nazywał, ale  nie pamiętam jak. I wtedy  nie było w nim kawiarni. Tyle tylko z tego pobytu pamiętam. Z góry zszedł właściciel z kilkoma workami jutowymi. Dzięki państwu je  znalazłem - a ile się ich w domu naszukałem! No cóż, chyba  skleroza  mnie  pomału dopada.  Czy jeszcze  jakieś informacje  są państwu  potrzebne?

Nie, nie,  raczej  wszystko już wiemy. No to świetnie, w takim razie wychodzimy. Więc teraz ja  czekam  na wiadomości od państwa.

Gdy wyszli stwierdzili, że są głodni, ale tu  nie było żadnej  godnej  uwagi restauracji, więc postanowili pojechać na obiad  do Jastarni, która  zawsze w porównaniu z Juratą była tętniącym życiem  ośrodkiem.  Po obiedzie ruszyli w  drogę do Warszawy. 

W drodze Ewa  stwierdziła, że na pewno  nie ma  ochoty na kupno domu w Juracie, bo  nawet  jako lokata to będzie  jednak przysłowiowy "strup na  głowie". A poza tym jakoś ją przeraża, by wciąż jeździć  w to samo  miejsce na  wakacje. A kwestia kupna tego domu jako  lokaty i wynajmowanie go letnikom to ją  przerasta. Teraz to jeszcze  rodzice  są "na  chodzie", ale za jakiś  czas trzeba  będzie im  zapewnić opiekę, więc praca  zawodowa, zorganizowanie im opieki i egzekwowanie jej, organizacja życia  domowego i jeszcze  wynajmowanie  domu w Juracie  letnikom to już jednak  zbyt wiele jak dla  niej. I gdyby do pokonania było do 100 km od domu, to może by się na to porwała, ale to jest jednak ponad 400. Ale jeszcze to omówią też z dziećmi - bo może, może gdyby oni się na to napalili i pomagali przy tym no to jeszcze.  

Robert też  nie  był zbyt przekonany do tej inwestycji właśnie  z uwagi na odległość. Poza  tym, gdyby to było  miejsce, w którym  sezon trwa  niemal cały rok  to może by się na to warto było zdecydować, ale polskie  morze ma dość krótki sezon, praktycznie czerwiec i lipiec, bo po połowie  sierpnia to już jesień  zagląda  w oczy nad Bałtykiem.  I wiesz  kochanie  moje - nawet  chyba  nie  warto o tym  wspominać  dzieciom- stwierdził Robert. Bo się "napalą", ale to będzie  słomiany ogień. A potem i tak  wszystko spadnie  na  nasze głowy. Kiedyś zastanawiałem  się nad kupnem  jakiegoś domku we Włoszech, ale też doszedłem  do wniosku, że to  za duże obciążenie- musiałbym i tak  kogoś  wynająć tam  na miejscu, żeby się tym opiekował i "kierował ruchem".     Poza tym w Juracie  jak  widać  nadal kiepsko ze  stołowaniem  się  więc trzeba by  tam gotować - stwierdziła Ewa. A  zaopatrzenie  wozić z Jastarni  lub z Helu. Żadna  frajda. 

Robert wziął ją za rękę i ucałował - popatrz Maleńka, jak  my się jednak dobrze  ze sobą  zgadzamy! Ciekawy jestem co postanowią  Zigi i jego żona. Bo ona  cały czas  milczała jakby jej nie było. No bo ona jeszcze lepiej ode  mnie  wie  jaki jest Zigi i na pewno  nie  da sobie  wsadzić na głowę strupa  w postaci domu pod  wynajem. Dla mnie był to ciekawy dom tylko z powodu tego "domu w domu". Jeszcze  takiego nie  widziałam. Wiem,  że czasem bywało tak, że ktoś budował nowy dom w starym, gdy  czekał długo  na zezwolenie na wybudowanie  nowego. Nie wiadomo przecież jak było w  tym  przypadku. Nie  znamy faceta. Ale mam wrażenie, że nie jesteśmy pierwsi, którzy się  tym  domkiem  zainteresowali. Ale nie  zamierzam "wdrażać  śledztwa". Dobrze, że Zigi  już wraca do pracy, popracuję jutro w domu. Podziwiam  tę Dorotę, że  z nim wytrzymuje.

A ja  podziwiam  ciebie , moje  kochanie, że wytrzymujesz  ze mną. Ewa roześmiała się - ja tylko  nie  bardzo  wytrzymuję bez ciebie, czekam  na ciebie  niczym mały psiak na  swego  właściciela. Najszczęśliwsza jestem wtedy gdy się  za nami zamykają  drzwi naszego pokoju. Wtedy mam cię tylko dla siebie. Powinniśmy gdzieś wyjechać na kilka  dni - sami, bez  nikogo.

Może w takim  razie  pojedziemy zimą na tydzień  na Słowację? Weźmiemy sobie  narty  śladowe i na  nich sobie poczłapiemy? Nawet  koło tego naszego Kukeczki można  na śladówkach pojeździć. Nie  będzie  to bardziej  męczące  dla ciebie  niż dreptanie  w  botkach  ścieżką pod Reglami. Bo ja już nie mam ochoty pędzlować  stoków. Chcę  być cały czas z tobą. Skoro  nie  kupujemy domu w Juracie  to możemy sobie  kupić porządne, nowoczesne  narty  śladowe i wygodne do  nich buty i w ogóle   całe  stroje. I to kupimy już teraz. A wiesz Kochany, że  na śladówkach to  możemy nawet w Powsinie  pospacerować? No może nie jest tam takie  dobre  powietrze jak  na Słowacji ale za to w  zasięgu ręki. Ale ta  Słowacja to bardzo dobry  pomysł. A wiesz co, tata mi mówił, że coraz  mniej pewnie się czuje za kierownicą i chce   swój  samochód dać Pawłowi, tylko on biedaczek  nie wie,  czy ty się  zgodzisz.

Ewuś, ty masz bardzo fajnego tatę-  nie  dlatego, że chce przyszywanemu  wnukowi  dać  samochód, ale  dlatego że  bardzo  trzeźwo patrzy na  wszystko. Na ogół starsi  panowie  jeżdżą tymi swoimi  samochodzikami  nie  zdając  sobie  sprawy z tego, że niedowidzą, niedosłyszą i już nie  mają refleksu. Na ogół to ciężko im wyperswadować, że już należy zrezygnować z tej frajdy. Patrz,  a tata nie  miał jeszcze  żadnego  dramatycznego wydarzenia a sam się orientuje, że gorzej  mu idzie  za kierownicą. 

Bo tata się kiedyś pogubił - teraz  tyle  nowych ulic i osiedli, że faktycznie gdy się  nie jeździ w pewne   rejony  miasta to można  się pogubić.   Ty wiesz,  którego  dnia popatrzyłam  na jakieś zdjęcie w gazecie i czytam, że to Warszawa- a ja patrzę  na zdjęcie  i nie  mam zielonego pojęcia gdzie to jest.  A to było to nowe osiedle po lewej stronie Racławickiej jadąc w kierunku Żwirki i Wigury. Ono jest tak mniej więcej  na wysokości terenu dawnego klubu Gwardii. Tam kiedyś były  chyba  forty wojskowe. Wojsko wyrzucili i  wymodzili osiedle.

Muszę z tatą porozmawiać, bo może po prostu gorzej  widzi albo gorzej  słyszy i stąd to wszystko. Ja pomyślałem, że może byśmy kupili dla  ciebie jakiś nowy automobil, a ten twój dali  dzieciom. Jak ci się  widzi ten pomysł? Nie wiem czy  mi w ogóle jest  potrzebny samochód, do pracy jeżdżę  autobusem bo nie mam z reguły gdzie  zaparkować. Ja uważam, że  powinnaś jednak  mieć samochód. No dobrze,  porozmawiam dyplomatycznie  z tatą, przepytam kiedy był ostatni raz u okulisty. Ale wg  mnie to tata czyta jeszcze bez okularów i trzyma  tekst we właściwej odległości od oczu. Ale okulista  mu nie  zaszkodzi, mogę go wziąć do siebie - rodziny lekarzy mogą się u nas badać. Tylko sprawdzę czy jest u nas okulista, bo nawet  nie wiem. 

Wiem tylko, że nie  mamy wszystkich  specjalistów.Wiem też na pewno, że nie  zajmujemy się porodami. Kolega mówił mi, że taka klinika położnicza to straszny  strup na głowie. Ale nie pytałem się  dlaczego, mało mnie ten temat interesuje.

                                                                       c.d.n.



 

Ryzykantka - 42

 Zigi  spędził w szpitalu nie  trzy dni, ale znacznie  więcej, z tym , że 4 dni  na koszt własny(sam pobyt, bo badania  były na NFZ) a pozostałe  dni pobytu płacił NFZ. Zigi stwierdził, że skoro oszczędza bo nie  pali już po 30 papierosów  dziennie, to może te pieniądze spokojnie  wydać  na pobyt w  szpitalu.  Po bronchoskopii okazało się, że  to "coś"co widać na  TK jest  otorbielone i  zapadła  decyzja, że jednak powinno to być usunięte. Po wydobyciu "wdrożono śledztwo" i okazało się, że jest to mały odłamek kostny z któregoś połamanych wówczas żeber Zigi. 

Dorota bywała  codziennie  w szpitalu, Ewa i Robert byli raz. Ewa była nieco zdegustowana, bo musiała bywać  codziennie w biurze, a  "chłopcy" byli jeszcze bardziej  zdegustowani, bo.......musieli  pracować i mieli zero luzu - nawet sobie  pokląć  swobodnie  nie mogli.

Ewa  skorzystała  z nieobecności Zigi i trochę przemeblowała jego "norę", która zaczęła (niestety) przypominać cywilizowany gabinet a odmalowane  ściany pozbawiły pokój  specyficznego  zapachu zastarzałego dymu tytoniowego.  I, o zgrozo! - były w nim teraz jakieś zielone rośliny, które podobno były wielce  zdrowe- roślinami zajęła się oczywiście  Dorota, jako że była  z wykształcenia botanikiem.

Personel był kompletnie  zdegustowany - na jednej ścianie były  jakieś pnącza a w jednym  z kątów panoszył się  specjalny stojak na kwiaty. W    ich  pracowni zainstalowano na ścianach półki ,  z których  zwisały jakieś drobnolistne  "bluszczyki" jak je  nazwała Ewa.

W ramach  zaleceń jak ma się  Zigi dalej  "prowadzić" było zalecenie o corocznym pobycie nad pełnym  morzem ewentualnie nad jeziorami oraz w dużych lasach sosnowych. Ewka stwierdziła, że  w tym układzie  najlepszym  miejscem  na  urlopy w Polsce jest Półwysep Helski- z jednej strony pełne  morze, z drugiej  Zatoka Pucka  a las nadmorski jest właśnie  głównie  lasem  sosnowym. Zigi natychmiast  zapalił się do tego  pomysłu i stwierdził, ze trzeba  się rozejrzeć  albo za  działką i wybudować domek, taki  na dwie  rodziny, albo może "upolować"  jakąś  nieruchomość. Wtedy to nawet  na  weekendy będzie można tam jeździć. Co prawda nie jest to tak blisko, bo jednak nieco ponad 400 km, ale już lada  dzień  miała być otwarta  autostrada, co znacznie skracało czas podróży, choć była to droga  nieco dłuższa. Postanowili wpuścić  sprawę  swoim "połówkom", a Ewa  stwierdziła, że można by przepatrzeć też inne fragmenty wybrzeża, bo lasy nad  Bałtykiem to chyba  głównie  są  szpilkowe. Przynajmniej te, które ona  zna.Oczywiście, jak to mówią, skóra  była jeszcze na niedźwiedziu,  a oni  już się kłócili o to jaki to ma być domek i czy lepiej kupić już coś  gotowego czy lepiej tylko  działkę. 

Ewa  często bywała na Półwyspie i z niepokojem  patrzyła na to, jak na tym małym  skrawku ziemi wyrastały  wciąż  nowe domy. W końcu stwierdzili, że w któryś z weekendów  będą się  musieli wybrać na Wybrzeże, w  związku z czym zamówią  dwa pokoje w jednym z  gdyńskich hoteli. Wyjadą w piątek po pracy, spędzą dwie  noce  w hotelu, do Warszawy wrócą w niedzielę  wieczorem. Nie  mogli się  dogadać  czy pojadą w czwórkę jednym  samochodem czy dwoma- ten punkt to Ewa  chciała  by rozstrzygnął Robert. Ona jednak  wolałaby  dwoma. W końcu zwyciężyła  wersja, że pojadą  dwoma  samochodami, ale Zigi musiał  jej  przyrzec, że nie  będą to wyścigi, bo ani ona  ani Robert nie są wariatami i jeszcze im życie  miłe. Wyjechali  w dwa tygodnie później, kończąc dzień pracy o godzinie 14,00. W godzinę później byli już w drodze. Robert i Ewa  prowadzili na  zmianę, w  drugim  samochodzie cały czas  prowadziła Dorota. Ewa z przyjemnością odnotowała, że jazda nową  autostradą to wręcz  frajda. W ciągu  czterech  godzin dojechali na  miejsce, czyli do Sopotu, bo  Dorota właśnie  tam zamówiła  nocleg. Pospacerowali jeszcze po wieczornym Sopocie, o ósmej rano  pojawili się  na śniadaniu i wyruszyli w  dalszą drogę. Niestety  na drodze  na Półwysep był już poranny  korek, więc po krótkim  namyśle pojechali w  stronę przeciwną czyli do Jastrzębiej Góry.   Jastrzębią  Górę  znała tylko Ewa, która  stwierdziła, że gdyby tu  znaleźli jakiś  domek to na plażę  musieliby jeździć 6 km  w stronę Karwi, bo Jastrzębia  Góra leży na  wysokim  klifie i by dostać się  do plaży  trzeba pokonać bardzo wiele  pięter, więc o ile idzie o nią, to nie jest to duży problem, bo po prostu wsiądzie w  samochód i pokona owe 6 km by  mieć do plaży tyle co szerokość  szosy i kawałek  drogi właśnie  przez  sosnowy las. Wiec może się  wpierw  rozejrzą po Jastrzębiej a potem pojadą jeszcze w stronę Karwi i ona  pokaże im piękną, dziką plażę. 

Spacer po Jastrzębiej  Górze utwierdził ich  w przekonaniu, że nie jest to najlepsze  miejsce do zamieszkania i pojechali obejrzeć ową dziką plażę. Plaża rzeczywiście  była  puściuteńka,  szeroka, było tak pięknie, że  aż nie chciało im  się nigdzie  jechać. Dręczyła ich tylko  myśl o pozostawionych na łasce  losu samochodach na leśnym  parkingu w pobliżu drogi, więc dość  szybko skończyli  swe  zachwyty. Zajrzeli jeszcze do osławionych Dębek, gdzie królowały namiotowiska ale i to  miejsce nie  wzbudziło w nich  entuzjazmu. W końcu  zrobili  "w  tył zwrot" i pojechali  niespiesznie z powrotem.  Przejechali cały  Półwysep i pierwszy  postój zrobili  w Helu. Plaża im  się podobała, ale  sama  miejscowość nie  za bardzo. Ewa  się śmiała, od  razu wiedziała, że Hel im  nie przypadnie do gustu, więc  pojechali do Juraty.  Samochody zostawili  na płatnym, strzeżonym  parkingu przy  prywatnym, sporym ośrodku wypoczynkowym i Robert  wpadł na  pomysł by  wpaść tu na  kawę i porozmawiać z kimś z biura owego ośrodka na temat czy są tu gdzieś jakieś domy na  sprzedaż.   Cała Jurata była zbudowana właściwie  w lesie i można było do niej  dojechać z Warszawy również pociągiem. Pomysł Roberta się sprawdził - recepcjonistka  wiedziała o jednym  z bardzo  starych  domów stojących bliżej  zatoki, że jego właściciel  chce sprzedać dom i działkę , na której  stoi.  Ale to strasznie  stary dom, właściwie  ruina, proszę państwa- stwierdziła . Ooooo, to świetnie roześmiał się Zigi - w ruinach to ponoć  straszy.  Ja  państwa  zaprowadzę, tylko poproszę  koleżankę o  zastępstwo. To blisko, stąd. Właściciel  mieszka chyba w Gdańsku, albo we Wrzeszczu, ale to właściwie  to samo.

W kwadrans  później stali przy  posesji, na której  stał wyraźnie jeszcze przedwojenny  domek letniskowy - parterowy domek typu "wielosobowy domek  campingowy ze spadzistym  dachem". Ale szyby w oknach  były, trawnik na  posesji był przystrzyżony, dach wyraźnie  cały. Na drzwiach była kartka w celuloidowej okładce z  numerem telefonu, a że drzwi były  z boku budyneczku to pewnie  zbyt  wiele telefonów właściciel  nie  miał w sprawie  kupna.  Pani z recepcji odpięła  kartkę i poprosiła, ich by dali jej  znać w ciągu  trzech  dni czy skontaktowali się z właścicielem. Oczywiście  podała im też swój numer  telefonu. Jeszcze przy  niej Robert zatelefonował do właściciela i umówili się, że spotkają się jeszcze dzisiejszego dnia, bo pan właściciel przyjedzie  do Juraty. Umówili się, że o godzinie  15,30 będą koło obiektu swego zainteresowania.

Zigi i Ewa stwierdzili, że ponieważ  domek jest typu "dykta, klej,  woda" to gdy tam  wejdą to niemal zapleśnieją od  pierwszego oddechu. Ewa  stwierdziła, że w takim układzie dopóki tam się  nie otworzy   okien to Zigi nie  powinien  wchodzić. Jego narządy oddychania wymagały jednak  szczególnej troski. Na razie postanowili  posiedzieć w koszach na plaży. Do kosza ,  w którym  miał siedzieć Zigi Dorota  wzięła z  samochodu  koc campingowy, który  miał wodoodporny spód. Dzięki temu nie przewiewał go wiatr- zaziębienia też nie były dla  Zigi czymś pożądanym.  Ewa i Robert  zadowolili się  swoim  kocem, złożonym  podwójnie.

Ewa śmiała się, że ten "posiad na  plaży" to dojrzewanie do zakupu tego domu. Zastanawiali się nad opieką nad domkiem  zimą, bo każdy wolno stojący  budynek nie wietrzony i nie ogrzewany niszczeje. Te 400 km odległości to jednak nieco komplikowało sprawę. Jedno co jest pewne -  tylko oni, ewentualnie ich najbliższe rodziny będą  korzystały z tego domu, obcym  nie chcą go wynajmować. Ewa z Wojtkiem pomyśleli też o Wojtku i jego żonie z dzieckiem. Martusi byłoby tu dobrze latem. Ponieważ "Wojtki" we wrześniu mieli wpaść na kilka  dni do Warszawy, Ewa  planowała, by obie  pary jej przyjaciół poznały się. Oczywiście  zaraz podzieliła się tą myślą z Dorotą i Zigi.  

Zigi popatrzył się na Ewę i  zapytał - a ta mała nie  boi się  ciebie? Nie,  nie  boi się. No to strasznie  odporne to dziecko, skoro patrzysz się na  nią a ona nie płacze  ze strachu. Wiesz, tak się  pytam, bo chłopcy  mówią, że czasami jak się na podpadniętego  popatrzysz to wolałby dostać  czymś po łbie niż znieść to spojrzenie.

Zigi, Martusia to mała, śliczna  dziewczynusia a nie facet po trzydziestce z żałobą pod  co drugim paznokciem, w  niedopranej koszulce polo i w dżinsach, które mają  awersję do pralki. Ja naprawdę nie  wymagam  by chodzili w garniturach, pod  krawatem-  mogą i w  dżinsach, sama też  chodzę na co dzień w dżinsach, ale  moje  nie noszą śladów tego co tydzień temu jadłam na stojaka w jakimś barze  35  kategorii. I nie  wycieram  w nie brudnych rąk. Jak na krajowe warunki  nie  zarabiają źle, większość ma własne mieszkania.  Nie  wiem dlaczego ty Zigi  nie widzisz tego, że to banda niechlujów. Wiem, 3/4  z nich nie jest rodem ze stolicy, ale  litości - łazienki i pralki są też nawet na  całkiem odległej od  Warszawy prowincji. 

Kiedyś byłam w budynku Budownictwa  Lądowego i jechałam windą z kilkoma młodymi osobnikami płci męskiej - oni zwyczajnie  cuchnęli brudem. Pot dorosłego człowieka niestety nie pachnie a zwyczajnie  śmierdzi gdy przez  kilka  godzin  nie  zostanie z ciała usunięty. Nie  sprawia  mi najmniejszej  frajdy stałe opieprzanie dorosłych  ludzi, więc nie wykluczam, że dość  często patrzę na  nich po prostu z odrazą. Może przyjmując kogoś do pracy trzeba również  zadać mu pytanie w jaki sposób facet dba o siebie i czy wie jak często należy  zmieniać  ciuchy na  czyste.  Ty też często przedtem bardziej przypominałeś bezdomnego, a jesteś rodem z Warszawy, masz  mieszkanie itp. Nie jest mi miło, że muszę z tobą takie  sprawy omawiać. Jesteś naprawdę bardzo dobry pod względem zawodowym, ale chwilami mam naprawdę ochotę zmienić swoje miejsce pracy, otoczyć  się bardziej cywilizowanymi facetami niż nasz  zespół. Pamiętasz chyba, że gdy pracowaliśmy w państwowych placówkach to wszyscy  musieli tam  dbać o swój wygląd - nikt  nie przychodził brudnawy lub  wymiętoszony, nawet jeśli nie  przychodził w garniturze.

Zigi spuścił głowę- pamiętam, zwłaszcza  wszystkie dziewczyny - wszystkie umalowane i takie  jakieś nieosiągalne a jednocześnie uwodzicielskie. Wiem, muszę  z nimi porozmawiać. Ja się im  nigdy nie przyglądam, ale chyba  muszę  zacząć to robić. Ważniejsze było dla mnie jak pracują, ale  chyba ostatnio za bardzo im odpuściłem. Przepraszam  cię za to, poprawię się. Ale gabinet mi odstawiłaś taki, że już nie siedzą mi na karku bez przerwy. 

Ewa  roześmiała się - po prostu przychodzili do ciebie by razem z tobą  palić- a teraz to się  skończyło i biedacy  już nie  mogą sterczeć godzinami pod biurem fajcząc. Taki wredny numer im wycięłam. Ale  zobacz, żaden nie odszedł, tylko jeden Piotrek, który  został do tego  zmuszony.

Robert zerknął na  zegarek - kochani, idziemy na  randkę z panem właścicielem! Zbieramy się!

                                                                           c.d.n.


czwartek, 10 marca 2022

Ryzykantka -41

 Personel oddelegowany na pogrzeb "ulubieńca" Ewy  wrócił z tej  smętnej uroczystości dość  rozbawiony. Wg ich opowieści wdowa wystąpiła w czarnej, wielce obcisłej  czarnej sukience dobrze podkreślającej jej walory zewnętrzne, nadającej  się  zdaniem większości na jakieś ekskluzywne party. Obie wdowie rączęta były okryte  czarnymi,  ażurowymi  matinkami, na których lśniły sporej  wagi i  wartości  pierścionki. Podobno  makijaż również był wyraźnie  wieczorowy, co o godzinie jedenastej przed  południem nawet na płci brzydkiej wywarło niekorzystne  wrażenie. Najbardziej zmartwieni odejściem pana Jerzego byli ci, co mu ostatnio nieoficjalnie pożyczyli pieniądze. Podobno jeszcze  nim trumna  została  zasypana więcej  niż połowa osób odeszła z  cmentarza. "Delegaci" Zigi i Ewy też  nie zostali do końca, zostawiając kwiaty  na  stosiku "kwiatowym". 

Zmarli odchodzą a  życie  toczy  się  dalej. Ostatnio namierzony przez  Ewę kontakt  z inwestorem okazał się  bardzo owocny. Pan inwestor  chciał, by domy nie były  wszystkie jednakowe pod względem wyglądu  zewnętrznego, miały być w  dwóch metrażach ogólnych i miały mieć praktyczne wnętrza, czyli takie, do których  zakup  mebli nie  będzie  szukaniem  igły w stogu siana. Wszystkie  miały mieć  porządne i przestronne  piwnice bo wiadomo, że musiały tam być umieszczone urządzenia grzewcze i by mogły być też  suszarnią, bo nie  było strychów. A dekorowanie tarasów suszącą  się bielizną nie było tu w  modzie.

Ewa tym razem błysnęła i to tak, że Zigi omal  nie  zemdlał, bo z pomocą swego ojca  zrobiła wpierw makietę tego osiedla ( tatko z wielką  wprawą wycinał i sklejał domki) , potem przejrzała  wszystkie dotychczasowe swoje  projekty,wybrała  pasujące do  założeń, przejrzała  również  oferty mebli dostępnych w popularnych sieciach i zebrawszy  wszystko w całość ustawiła makietę na biurku Zigi mówiąc - możesz  patrzeć, ale  nie  wolno ci tego dotykać, bo ty jesteś  straszny psuja.  Zigi  cały  dzień dreptał nerwowo koło  biurka, wypytywał o szczegóły w  końcu  zatelefonował do inwestora i  zaprosił go do ich  biura. Na ten  dzień wcisnął się  nawet  w normalne  spodnie  a nie  w dżinsy, co Ewa  skwitowała komentarzem: "wiesz  co, w normalnych  spodniach wyglądasz  bardziej sexy a ta twoja  kamizelka  zamszowa świetnie się tu komponuje". Tę  kamizelkę  dostałem kiedyś od Doroty, tylko jej nie  nosiłem. No to dobrze, że  zacząłeś, naprawdę  wyglądasz dziś jak należy! 

Najbardziej  się wszystkim w pracowni  podobało, że domki  nie  były przyklejone  do podłoża klejem a tylko specjalną masą. Ewa  wyjaśniła, że gdy już wszystko zostanie zatwierdzone i "przyklepane" to wtedy zostaną przyklejone na  stałe. Makietę niemal każdy uwiecznił w  swej komórce, Ewa i Zigi też. Poza  tym któryś sfotografował makietę w chwili gdy oboje kucali obok biurka, więc  było też  zdjęcie makiety na tle ich głów. I to zdjęcie natychmiast  powędrowało do.....Doroty z podpisem- zobacz co Ewa wymyśliła! A Ewa dopisała - a ty mogłabyś zaprojektować do tego ogródki, bo to chyba  zgodne  z Twoim kierunkiem, to wszak botanika.

Oczywiście Robert też otrzymał takie  zdjęcie, ale  w podpisie  było - wiem, że teraz operujesz, kocham  cię, Ewa.  Zigi, który jak  zwykle podglądał co Ewa  pisze pokiwał tylko   głową  i  zapytał - ile  razy  dziennie tak się  sobie  oświadczacie?  Ewa odpowiedziała krótko - tyle razy, ile  razy do siebie  piszemy. A czasem wysyłamy do siebie tylko króciutki komunikat- "kocham" i tyle. I co?- dopytywał się  Zigi. I wtedy i jemu  i mnie robi się  ciepło i miło i życie  wydaje  się  łatwiejsze. Ciekawe - muszę  spróbować jak to działa. Mam nadzieję, że Dorota nie padnie martwa z  wrażenia. Oj, dojrzewasz Zigi, dojrzewasz- zaśmiała się Ewa. 

A co z twoim leczeniem? działasz coś w tym kierunku? Tak, w przyszłym tygodniu mam pulmonologa - kobietę, sądząc z imienia. Podobno świetna w  swym fachu, choć ostra. I nieurodna. I niezbyt młoda. Same  zalety, jak widzisz. No i podobno nie jest orędowniczką zbyt pochopnych działań chirurgicznych. Wiesz Ewka - po raz pierwszy się  boję, że to może być początek  końca.

Zigi, początek  końca już się  zaczął w momencie  kiedy zaczerpnąłeś  samodzielnie  pierwszy oddech, wrzeszcząc  z oburzenia, że cię wydobyto z  zacisznego i  przyjaznego miejsca. Od tej  chwili  zmierzamy z każdą  sekundą do  swojego końca - czy się to  nam podoba  czy też  nie. Po prostu mamy  bilet w jedną  stronę. I wiesz co ? Kiedyś, podobnie  jak ty teraz przeżyłam koszmar bojąc się, że być może  mam raka i będę po kawałku umierać. I wtedy ktoś mi uświadomił, że i tak, nawet gdybym broniła się  rękami i  nogami to już i tak  jadę  pociągiem, który ma  tylko jedną  stację  docelową, ale  warto do niej  dojechać jak  najpóźniej, więc trzeba  się badać, leczyć i dbać o siebie.

Ewka,  a  pamiętasz , że miałem na  studiach długą dziekankę? Nooo, pamiętam. Plotka  głosiła, żeś  pojechał do pracy w którymś  z krajów  Europy  Zachodniej. I uważano za skandal, że masz jedną  dziekankę po  drugiej. Zigi pokiwał  głową - to właśnie  wtedy wypadłem na trochę z pociągu zwanego życiem,  cudem do  niego z powrotem wsiadłem. Byłem z moim ojcem w Alpach ( bo ojciec wtedy mieszkał w Austrii) i zawsze w  zimę brał mnie do siebie. No i oczywiście zrobiłem to, czego  nikt normalny  nie robił - zjeżdżałem nie trasą, ale "na  dziko" i  miałem  bardzo bliskie spotkanie z gruntem i pewnym drzewem. Matka  dostała  zawału, ojciec  wydał majątek na  moje leczenie, jakiś  czas leżałem w  śpiączce, ale w końcu wsiadłem do tego pociągu  jadącego w jedną  stronę. Korzyści wymierne jednak z tego były - ojciec wrócił do  matki, zostawiając inną  kobietę, która  przecież  wiedziała, że mój stary nie  ma rozwodu z polską żoną i  ma syna  w Polsce. I tak właśnie  wyglądała  moja "dziekanka", którą  mi tyle  razy wymawiano. Widocznie wtedy  za długo spałem , bo po powrocie miałem  cholerne problemy  ze spaniem, więc  się  co wieczór poiłem-  wpierw piwkiem  potem dodawałem procenty. Jakoś to wszystko przetrwałem- dostawałem  jakieś  dobre przeciwbólowce bo  miałem potrzaskane  żebra , pewnie od tego obejmowania drzewa i nabrałem zwyczaju bardzo płytkiego oddychania. 

Zigi, a Dorota o tym wszystkim  wie? Wie, bo na "dzień dobry" to wszystko jej opowiedziałem mówiąc  by  nie liczyła  na mnie  jako materiał na męża i ojca. Patrz Ewa- a jednak się  za mnie  wydała.  No więc doceń to pacanie! Ona cię kocha. I wiesz? Opowiedz tej  pani doktor o tym twoim nawyku płytkiego oddechu i skąd się to wzięło. Swoja  drogą  podziwiam  cię, bo po takich przejściach byłeś bardzo dobrym studentem.

Ale i tak mnie  nie chciałaś - pracowałaś  ze mną wpierw w tej radzie uczelnianej, potem  w tych  wszystkich biurach, ale wyszłaś  za innego. Nie  marudź Zigi - po prostu  za bardzo odbiegałeś od  mojego wyobrażenia męża i partnera - za dużo i za często piłeś,  paliłeś i podrywałeś  dziewczyny i to często takie, że aż  żal było na  nie  spojrzeć ze strachu, żeby się  czymś  nie  zarazić.  Zigi, to było, minęło, żyjemy w innym świecie. Przyjaźnimy się i tak jest dla nas obojga  dobrze. Ja po pierwszej awanturze z tobą to pewnie bym po prostu zerwała - nie lubię kłótni,  awantur na gruncie domowym. Tu się  czasem kłócimy, ale to są sprawy  zawodowe, nie  dotyczą naszego wnętrza. A Dorota przeczekiwała twoje  wyskoki i znów  wracaliście  do siebie. Jest  między  wami chemia taka jak między Robertem  a mną.

Dyskusję przerwał przyjazd inwestora - facet był w pełni  zaskoczony. Takiej  prezentacji jeszcze  nikt mu nie przedstawił. Bardzo uważnie  wysłuchał wszystkiego co na  temat tego  osiedla  mieli oboje do powiedzenia. Oni z kolei dowiedzieli się że ma  bardzo dobrych  murarzy spoza  Warszawy. Do prac wnętrzarskich Ewa i Zigi  dali mu namiary  na ludzi, z tym, że uprzedzili, że musi się powołać  na nich. 

Na  koniec  zapytał, czy mógłby dostać od  nich tę makietę - oczywiście  może za nią  zapłacić, bo to świetna  reklama tego osiedla i będzie  stała w holu jego biura,  ale oni  nie chcieli za nią pieniędzy. Dodatkowo Ewa dała  mu wykaz producentów mebli pasujących  wymiarowo do tych wnętrz. 

Dwóch  najmłodszych  pracowników dostało  polecenie  zniesienia makiety do samochodu- niestety winda w tym  wieżowcu była wiecznie "oblężona" i musieli 6 pięter pokonać na własnych  nogach. Makieta była leciutka,  ale ponieważ jej  podłoże to były tylko  dwie  warstwy bristolu była dość wiotka, więc musiały ją nieść  dwie osoby.

I Zigi i  Ewa byli  bardzo  zadowoleni z nowego inwestora. Przede  wszystkim "nie   grał  w ciemno", zakupiony przez  niego teren nie był co prawda  najtańszy pod słońcem, ale był w  dobrej okolicy, dość  blisko szosy "zimowego utrzymania  pierwszej   kolejności", ponieważ jeździł nią podmiejski  autobus i do  najbliższego stałego przystanku było około 400 metrów. Do  szkoły  podstawowej były dwa kilometry, w pobliskiej  osadzie była też "lekarzówka" i  ze dwa  sklepy spożywcze.

W kilka  dni później zatelefonował pan inwestor, że  "ugrał" od jednego z producentów  mebli, że w  zamian za udzielanie  informacji, że na  tym osiedlu pasują   meble jego  produkcji on zafunduje żywopłot  okalający osiedle z trzech   stron, a  w ogóle to przy  tym terenie postawił tablicę,   na której jest fotografia osiedla i podane są metraże  domków i.......bardzo  wzrosło zainteresowanie  inwestycją, a poza  tym uaktywnili się i  okoliczni mieszkańcy, bo  zaraz  na słupkach tablicy poprzyklejali w co i u  kogo będzie  się  można zaopatrzyć. 

Zigi się śmiał, że teraz trzeba  będzie  wciągnąć tatę Ewy na listę płac żeby "produkował" domki do makiet i że  zamiast z kartonu to lepiej  będzie je "produkować" z cienkich  arkuszy  styropianu, takiego o grubości 3 milimetrów. A styropian  się  dobrze maluje to będzie  można je robić w kolorze. Poza tym wielce dręczyło go  pytanie  skąd Ewa wzięła ten  pomysł, więc Ewa pokazała  mu jeden z internetowych  sklepów z materiałami do  dekupażu oferujący   z okazji świąt Bożego Narodzenia plansze kartonowe z domkami do wycięcia i  posklejania. No coś  podobnego -  nie  miałem  pojęcia, że jest  coś  takiego jak  dekupaż i że sporo osób się  tym bawi- niesamowite!

Nadszedł termin wizyty Zigi u pulmonologa. Pani doktor poświęciła  mu bardzo  dużo  czasu, wypytała o mnóstwo rzeczy, kiedy  na co chorował, więc  siłą  rzeczy  powiedział o swoim wypadku w górach, lekarka  ciągle  coś  notowała,  zrobiła  mu spirometrię, chwaląc jego  pojemność płuc, wyraziła  zadowolenie, że  już przestał palić, opowiedziała jakie  spustoszenia  poczyniły w jego oskrzelach papierosy i  zaproponowała  mu 3-4 dniowy  pobyt w prywatnej klinice na jego koszt, ale  badanie  na koszt NFZ. Według  niej, Zigi  po tych  wszystkich  przejściach  zdrowotnych  musi być przed  tym badaniem przebadany, bo  badanie jest inwazyjne i będzie  musiał być do  niego znieczulony i to nieco lepiej  niż to robią w  państwowym  szpitalu. I dobrze gdy po badaniu spędzi  dobę w  szpitalu. Obejrzała wyniki, które przyniósł i stwierdziła, że nie  wygląda jej ta  zmiana na  zmianę rakową, ale nie  ma  bladego pojęcia co to może  być. A nawet jeśli by to była taka  niepożądana  zmiana, to zostanie wycięta  a bez kawałka jednego płata  można żyć długo i  szczęśliwie.

Czekająca na niego pod  gabinetem Dorota widziała najczarniejszy z  czarnych  scenariuszy i niemal była zdziwiona, że wyszedł z gabinetu  żywy  i cały. Od razu napisali sms do Ewy, że Zigi ma skierowanie  do kliniki, że wpierw  porobią mu badania, bo bronchoskopia jest bardzo inwazyjnym  badaniem i że pani doktor  też nie  wie co na tej jego tomografii widać.

                                                                      c.d.n.







środa, 9 marca 2022

Ryzykantka - 40

 Wyniki badań Zigi wypadły, delikatnie  mówiąc, nieciekawie. No ale  czego się można  spodziewać u kogoś, kto zaczął palić papierosy jeszcze  w podstawówce i nigdy nie  dbał o swoje  zdrowie? Tomografia niestety niczego nie  wyjaśniła, poza tym, że należy zrobić kolejne  badanie- niestety bardzo niemiłe, czyli bronchoskopię. 

No tak - narzekał Zigi- zaczęło mi się lepiej układać na  gruncie prywatnym to zaraz  musiało coś wyleźć! Nie mam odwagi powiedzieć tego Dorocie. Ale  musisz, Zigi,  musisz. A tak na przyszłość - ona, ponieważ jest twoją żoną, powinna wszystko wiedzieć pierwsza- ona- nie ja. To ona się związała z tobą na dobre i na  złe. Potem, gdy już ona będzie wiedziała o wszystkim możesz ze mną podyskutować, ale  nie chcę by była inna  kolejność. Ja rozumiem, że się przyzwyczaiłeś dzielić  swoimi problemami ze mną, ale teraz to się nieco  zmieniło. Możemy o tym wszystkim  pogadać,  ale o wszystkim co ciebie  dotyczy Dorota  powinna wiedzieć  pierwsza. 

A poza  tym, skoro ci powiedzieli, że musisz  zrobić dodatkowe  badanie to musisz je  zrobić. Tyle  tylko, że jak już przećwiczyłam na sobie,  czasami wiele zależy od tego kto te  wyniki ogląda. Po mojej  tomografii byłam pewna, zresztą Robert też, że wyląduję pod nożem. Dopiero  RMI wykluczyło kwestię operacji. Teraz  niby wszędzie taka  sama  aparatura, ale ponieważ jest wściekle  droga, to nieco biedniejsze  ośrodki oszczędzają i np. głowice do USG mogą być już przechodzone, czasem brak stabilnego napięcia w sieci i są przekłamane wyniki analiz. A czasem każdy na kliszy RTG co  innego widzi. To to mnie akurat nie  dziwi- naprawdę  trzeba być niesamowicie  dobrym w odczytywaniu tego co widać. Kiedyś mi lekarz  powiedział, gdy miałam mieć zrobioną  mammografię, bym  wpierw się dowiedziała kiedy ma dyżur pan dr. XS, bo tak naprawdę to tylko on wie co widać na mammografii, a reszta to zmyśla.  A już odczytywanie USG to wyższa szkoła jazdy na  kółkach. Na  własnej skórze się przekonałam, że albo widzą to czego nie ma,  albo nie widzą tego co jest. Jeszcze 20 lat wcześniej gdy lekarz był dociekliwy, to  kazał tego samego dnia  zrobić  analizę w dwóch różnych  laboratoriach i od obu przynieść  wyniki. To jak z dentystami - jeden ci zrobi plombę i masz ją do śmierci a po innym gubisz ją po trzech  miesiącach i nawet  nie wiesz kiedy ją  zjadłeś. I dlatego po pierwszym  wyniku nie ma co się  załamywać, tylko  zacisnąć  zęby i robić następne badania. 

Wiem czego się  boisz, ale ponieważ z natury jestem okrutna to ci brzydko  powiem - jeśli idzie o Dorotę, to widziały gały co brały. A jeśli idzie o ciebie - dobrze  wiedziałeś, że nie powinieneś palić, pić i się  "nadużywać". Jeśli cię ktoś uprzedza, że gar  stojący na  gazie jest bardzo gorący i możesz się oparzyć to też masz wybór- wziąć gołą  łapą albo przez jakąś  rękawicę ochronną. Taki a nie inny styl życia  był twoim  wyborem. I nie mów mi, że jestem  cyniczna. Ja o siebie  zawsze dbałam i dbam nadal. I wcale  mi nie jest lekko na duszy, że masz takie  złe wyniki. Martwi mnie to i mam ochotę cię natłuc- choć wiem, że to w niczym nie pomoże.  

Może porozmawiaj z Robertem, on jest lekarzem i zna wielu lekarzy. Ale to ty musisz  z nim porozmawiać, nie ja. Chyba to rozumiesz? Zadzwoń po prostu do niego, czy  może zna przypadkiem jakiegoś dobrego pulmonologa, lub dobrego onkologa bo wynik TK nie  rozjaśnił lekarzowi w głowie. A wpierw sprawdź gdzie masz  najbliższą przychodnię chorób płuc. Ja wiem, że jest jedna na Belgijskiej, bo tam nas kiedyś  szczepiono przeciw  gruźlicy, jeszcze na  studiach. 

Jedno jest pewne - lekarz  za tobą goni. Masz 43 lata, palisz  już 30 lat to wyobraź sobie jak masz  zmarnowane oskrzela - one chyba już niemal  nie  działają. No i to coś, co nie wiedzą co to jest. Pewnie chcą ci dlatego zrobić bronchoskopię, bo wtedy  mogą wziąć wycinek tego czegoś do badania. Usiądź  wreszcie  na tyłku, jak tak ciągle latasz w kółko  po tym pokoju to mi się  zaczyna  w głowie  kręcić. Poczytaj o bronchoskopii, na pewno jest sporo materiału. Tych stron medycznych jest coraz  więcej. Tylko nie  czytaj co piszą internauci, szukaj  stron placówek medycznych.

Ewa, a ty naprawdę znalazłaś  Roberta  na stronie internetowej?  Nooo, naprawdę. Jest taka  strona  "dobry lekarz"  czy jakoś tak. Szukałam ortopedę, najlepiej w prywatnej  klinice. I w opiniach  stało, że profesjonalista  i bardzo empatyczny, bardzo dobry  diagnosta, cierpliwy, dobrze tłumaczy pacjentowi co mu jest. Co najfajniejsze to wszystko pisali o nim  faceci. Obejrzałam  zdjęcie, no cóż- widać że facet, że lekko siwieje, żaden don Juan, adres kliniki też mi  pasował, w ciągu kilku dni  miałam wizytę, cena poniżej 300 złotych  choć to profesor.  

Ale tego ci jeszcze nie mówiłam - pamiętasz jak zleciałam kiedyś z drabiny? I wtedy Julek wezwał pogotowie. I gdy byłam u Roberta  na  pierwszej wizycie on  mnie poznał, a  to było już 2 lata od tamtego wezwania. On był pewien, że to Julek  mnie  zwalił z drabiny i dlatego tak sobie  dobrze  mnie  zapamiętał. A widział mnie wtedy tyle  czasu ile wymagało wrzucenie  mnie na  nosze i dowiezienie na SOR. On chyba do dziś nie wierzy, że  sama  zleciałam, bez niczyjej pomocy. 

Ale, ale, wyobraź sobie, że niedawno Julek się do nas przysnuł, bo coś  jeszcze  zostawił u mnie  w piwnicy i Robert nas tam wiózł. Na "do widzenia" Julek powiedział mi, że jestem  zgryźliwa. To było niczym spóźnione odkrycie Ameryki - wszyscy o tym wiedzą a ten właśnie to odkrył.

To może ja też powinienem przejrzeć taką  stronę i może wypatrzę  jakiegoś  lekarza chwalonego przez  pacjentów.  No popatrz,popatrz  - szukaj wśród dwóch specjalności - pulmonolog i onkolog. Masz wyniki w garści, to możesz z nimi pójść. Rzecz w tym, że jeszcze  z żadnym z tych specjalistów  nie  miałeś do czynienia. Miałeś skierowanie  tylko od internisty.

Dalszą dyskusję przerwało im powarkiwanie  telefonu Zigi- kiedyś dzwonkiem było pianie  koguta, od jakiegoś czasu było warczenie psa. Po dwóch  minutach  Zigi powiedział- tak, no trudno. Dziękuję  za informację. 

No to mamy  znajomy pogrzeb- powiedział odkładając telefon  na  biurko. Twój ulubieniec przeniósł się w  zaświaty. Księżniczka Burgunda owdowiała.  Zabił się na tym motorze? -zapytała Ewa.Nie, umarł spokojnie, grzecznie  we własnym  łóżku. Położył się na popołudniową  drzemkę i już się nie obudził. Przynajmniej  estetycznie odszedł a nie w kawałkach. 

Ciekawe ile  długów po sobie  zostawił, bo to  całe jego bogactwo było nieco dęte. Ja w każdym razie cieszę  się, że nie  mieliśmy z nim ostatnio żadnych  interesów. Ciekawy jestem czy złapał chętnych na ten ostatni teren. Grunt, że my nie daliśmy się  w to  wciągnąć. My to już dawno nic  z nim nie załatwialiśmy i szczerze mówiąc nie  czuję  się na tyle  dobrze by jechać  na  jakiś  pogrzeb a potem  na pochlaj  party. Możemy tylko wydelegować któregoś z chłopaków z wiązanką opatrzoną wstęgą z  jakimś  napisem, żeby dobrze  wypaść. Zawiadomią nas kiedy ten  pogrzeb.

No cóż -   urodziliśmy  się to i umrzeć kiedyś musimy - filozoficznie  zauważyła Ewa. Myślę, że  delikwentom to dość obojętne, ale tak  naprawdę to miał facet  szczęście - położył się i  zasnął na  zawsze. Przecież to całkowity  luksus. Też  bym tak chciała. Gorzej mają ci co zostają. To mnie przeraża.

Zigi wpatrywał się  w nią - aż mi się  wierzyć nie chce, że ciebie  coś przeraża. Jesteś  dla  mnie  niedościgłym wzorem uporządkowania i racjonalności. Wszystko zawsze tak logicznie tłumaczysz, nie wpadasz w histerię, nawet jeśli jesteś na kogoś  wściekła to mam wrażenie, że to tylko zewnętrzna  powłoka, a w środku jesteś nadal opanowana. Należysz do  tych osób, których  nie  potrafię do końca  rozgryźć.

Przesadzasz, ja po prostu przestrzegam  pewnych reguł - Robert jest dla mnie  wszystkim -ma prawo do moich wszystkich myśli, odczuć, mogę przed nim odkryć wszystkie  swoje słabości, jesteśmy dla  siebie  w pewnym  sensie stale  nadzy- nie ukrywamy przed sobą niczego, znamy na wylot swoje  reakcje, możemy wzajemnie  kończyć  jedno za drugie  zaczętą myśl. I nie ukrywamy niczego przed sobą, nie  boimy się pokazać  swych  słabości,  swych uczuć. Wiem, że w opinii wielu współczesnych kobiet jestem skończoną idiotką, która wciąż  myśli o tym w jaki  sposób umilić swojemu mężowi życie. Ale on robi to samo w stosunku do  mnie. Jesteśmy po prostu nietypowi i na całe  szczęście jesteśmy tacy oboje.

Powiedziałam  ci, nadal to podtrzymuję, że jeśli naprawdę kochasz Dorotę , a myślę, że tak właśnie jest,tylko ty jeszcze  sobie  z tego nie  zdajesz  sprawy, to ona  powinna być pierwszą  adresatką twoich lęków, pragnień, radości, pomysłów na  wasze  wspólne życie a nie  ja. Nasza  przyjaźń  nie ucierpi na tym, może tylko  zmieni  się nieco tematyka  bo  nie będziesz nadal szukał wrażeń z innymi  kobietami, a ja naprawdę nie jestem  ciekawa twoich wrażeń rodem  z pościeli - mam własne.

Możemy się przecież gdzieś w weekendy razem  wybierać, chociaż z  wyjazdem gdzieś  na urlop to jest  mała  szansa, bo  mamy wszak  wspólne  biuro i  zawsze któreś  z nas musi w nim być. Wiesz Zigi, czasem  mi się  wydaje, że jesteś  moim  bratem.

Myślę, że na ten  pogrzeb to wyślemy dwóch  chłopaków będzie im raźniej. Żeby się tylko któryś nie narwał na ten  motocykl wdowy. Albo na nią. Ona już nie taka  młódka znowu, tylko dobrze utrzymana. Jak myślisz Ewa, kto się na  nią napali? Bo to, że on  przepisał na  nią testamentem  cały  majątek to chyba  nie tylko my wiemy.  Wiesz Zigi  - jeśli on rzeczywiście przepisał na  nią  cały  majątek  a jak  wiemy był dość  solidnie  zadłużony to  czarno to widzę, bo ona te długi będzie  spłacać jeśli przyjmie ten testament. To nieładnie  z mojej   strony,  ale  nigdy  nie  miałam do tego  faceta  zaufania. Na  wszelki wypadek powiedz  chłopakom, żeby się nie  napalali na ten motor ani na wdowę.

                                                           c.d.n.

wtorek, 8 marca 2022

Ryzykantka -39

 Ślub Zigi był w  grudniu. Jak się podśmiewała Ewa -panna  niemłoda z panem  niemłodym, po ponad  dziesięciu  latach  wspólnego życia "na  kocią  łapę" wstąpili na oficjalną  ścieżkę prowadzącą do w pełni oficjalnego rozwodu. Obrączki ślubne były wyrazem kompromisu - z "normalnego" złota, szerokie, z grawerunkiem wypełnionym czarną emalią, bo jak tłumaczył Zigi - przecież te  wszystkie  wgłębienia zapełnią się  w krótkim  czasie  brudem, to lepiej  je od  razu  zapełnić emalią. 

"Oblubienica" witając  się  z Ewą szepnęła jej do ucha: " o cholera, ale masz przystojnego chłopa!",  co Ewa skwitowała młodzieżowym  "mowa, wiem o tym!" nie  dodając przy  tym, że przy Zigi, który urodę z lat  studiów  gdzieś  zgubił,  niemal każdy średnio przystojny facet wygląda jak młody bóg.

Przyjęcie ślubne odbyło się w  zaprzyjaźnionej kawiarni,  w której pracownia Zigi nie jeden  raz świętowała. Ale ponieważ tym razem sprawę  załatwiała Ewa to mocniejszego  alkoholu ponad lekkie białe wino nie  było. A i tego było mało, iście  symbolicznie. Ale  nikt nie  narzekał, bo Ewa, za plecami Zigi, uprzedziła  wszystkich, że nie będzie żadnej popijawy- to raz, a  dwa jeśli ktoś ma zastrzeżenia, to może już zacząć szukać nowej pracy no i ominąć ten obiad. I mają wziąć pod  uwagę, że ich  szef jest na odwyku, od wszelakich używek, bo musi  ratować swoje  zdrowie. A nad towarzyskimi posiadami opiekę przejmuje  Ewa- Zigi po prostu jest  naprawdę  chory i musi wziąć się  za ratowanie  własnego  zdrowia.  Zresztą przy  wejściu  wisi zakaz palenia. A kiedyś  nie wisiał- zauważył jeden z "bystrzaczków".  Czasy się zmieniły - wyjaśniła  mu Ewa. A co jeśli bardzo mi się  zachce palić - pytał namolnie. No to sobie  wtedy weźmiesz więcej jedzenia na talerz i zajmiesz  się jedzeniem. Jedzenia i zdrowych  napojów nie  zabraknie.

Pogoda w pewnym  sensie przyszła w sukurs - akurat  zdążyli zająć  miejsca przy  stole gdy nadeszła nad  miasto pierwsza w tym  sezonie  całkiem niezła śnieżyca. Okazało się, że i bez "procentów" wszyscy mogą całkiem  miło spędzić  za stołem kilka  godzin. Najbardziej zaskoczony był tym odkryciem  sam Zigi.

Po sutym obiedzie, prawdziwym obżarstwie  słodyczami i wypitym zaledwie  jednym kieliszku  wina wszyscy  mogli bez obaw wracać  własnymi   samochodami. Świeżo upieczona  żona Zigi bardzo długo wisiała  na szyi Ewy  dziękując jej za organizację tego przyjęcia, za otworzenie  parasola ochronnego nad Zigi  i przepraszając ją  za to, że podejrzewała  Ewę, że chce zagarnąć Zigi dla  siebie. Ewa  króciutko jej powiedziała tylko, że było to jeszcze w czasach studenckich a i tak nie wyszło, bo ona wyszła  za mąż za innego. A to, że Zigi się  w niej kochał?- być może tylko tak mu się  zdawało, a teraz od lat łączy ich tylko i wyłącznie  przyjaźń, ale nic ponadto. I jeśli już bardzo chce  kogoś przepraszać to nie ją ale właśnie Zigi, bo mu nie wierzyła. A Zigi to bardzo uczciwy  facet, który nie kłamie. Owszem, może coś przemilczeć, ale na pewno nie powie  nieprawdy.

Zima chyba sprzyjała nauce, Wela wspięła się na szczyty pracowitości i już miała  absolutorium. Pośpiech był wymuszony przez jej promotora, który powiedział jej w  wielkiej tajemnicy, że w maju wyjeżdża z Polski na kilka  miesięcy a jest  bardzo  możliwe, że wcale już tu nie  wróci. Więc jeśli się Wela  spręży to załatwi obronę na koniec marca a najpóźniej na początek kwietnia. Wobec takiego dictum Wela  ostro harowała ucząc się do ostatnich egzaminów, żebrząc by  mogła je  zdać w terminie  zerowym, wygładzając ostatnie  rozdziały swej pracy.

Czas  zimowy nie  był zbyt absorbującym okresem w biurze Zigi, więc  namówiony przez Ewę i swą żonę, Zigi wziął  "aż" dwa  tygodnie urlopu , które  spędzili w.........Zakopanem w dobrym pensjonacie. Zigi nadal nie  palił i jak  doniósł Ewie, to pasek od  spodni zaczął zapinać o jedną  dziurkę  dalej niż dotychczas. A unormowane życie  wyraźnie  mu służyło, nie  było seksu na  zapas. Co prawdą Ewa  nie  bardzo rozumiała pojęcie  "seks na  zapas", ale  nie dopytywała się o co chodzi. Wiadomo było, że gdy Zigi wróci to jeden  dzień na pewno stracą na jego opowieści. Zachwycał się niespotykaną dotąd łagodnością  swej żony, od  dnia  ślubu  ani razu  nie było żadnej kłótni. 

W czasie nieobecności Zigi Ewa była  codziennie w biurze, co zmęczyło nie  tylko ją, ale i pracowników, bo pomału zaczęła ich  cywilizować. Przerwy na papierosa - góra  cztery na 8 godzin  pracy.  I nie dłużej niż 20 minut pomiędzy odejściem od miejsca pracy do  powrotu. I nie wyłazić w  samym  swetrze, tylko ubrać kurtkę- nikt tu nie potrzebuje potem zasmarkanych i kaszlących. Wprowadziła obowiązek mycia po sobie  szklanek i kubków oraz dbania o czystość expresu do kawy. A jak się komuś to nie podoba to droga  wolna- niech sobie  szuka innego miejsca zatrudnienia. I niech sobie  chłopcy popatrzą na innych użytkowników tego budynku - nikt tu nie  chodzi do pracy w dresie bo nie lubi garnituru. Ona nie upiera się by chodzili  do pracy w  garniturach,  ale koniec  z dresami bo po pracy idą  na  siłownię. I koniec  z rzucaniem "mięsem" - nie dlatego, że ją gorszą przekleństwa, (wszak ona ma całkiem niezły repertuar)  ale  dlatego,  że nie widzi powodów dlaczego ktoś, kto się pomylił w obliczeniach ma w głos przeklinać. Może sam sobie  nawymyślać  w myśli. O tych  wszystkich nowościach napisała nawet maila  do Zigi, który ze zdumienia omal nie  zemdlał, jak doniosła Ewie  jego druga połówka.   Zrobiła listę "niepewnych" inwestorów z którymi były  zawsze kłopoty- wypisała nawet jakiego rodzaju były to kłopoty. 

Na  dwa dni przed powrotem Zigi Ewa nawiązała kontakt  z wielce obiecującym inwestorem , który planował  zakup całkiem  niezłego terenu bardzo blisko stolicy. A co ważniejsze - miał już sporo chętnych osób na  zakup na tym terenie  domów. Nie był to duży teren, ale  za to blisko "cywilizacji".

Zigi, gdy tylko wrócił z urlopu pierwsze  swe kroki, jeszcze tego samego dnia,  skierował do  domu Ewy. Przy "naradzie  wojennej"  mieli cały  czas towarzystwo Roberta, bo Zigi nie widział powodu  dla którego Robert nie miałby posłuchać o  czym  rozmawiają. Przy okazji  panowie przeszli  "na  ty". Zigi  rozbawił oboje  pytaniem,  czy Robert  jest "krótko trzymany" przez Ewę, na co Robert powiedział - ja nie jestem trzymany, ja się po prostu do niej przyssałem i przykleiłem i nic  nie jest  w stanie  mnie od  niej odczepić. 

To, to  akurat  rozumiem - stwierdził Zigi. Kochałem się  w niej przez cały rok mając nadzieję, że mnie  wreszcie  zaakceptuje.  No przecież cię zaakceptowałam - tyle  tylko, że na innej płaszczyźnie - stwierdziła  Ewa.  I na tej płaszczyźnie się  sprawdzasz. A Robert jest po prostu dla mnie  całym światem i tyle w tym temacie. Wiem, wiem- to widać,  słychać i  czuć i......zazdroszczę  wam.

Ewa uśmiechnęła  się - przecież ty też tak możesz mieć  ze swoją  żoną. Wystarczy, że nie potraktujesz jej jako element przejściowy, będziesz szanował, otaczał swą opieką i z wdzięcznością przyjmował jej troskę o ciebie. Bo to, że ci będzie  wbijała do głowy, że musisz  rzucić palenie, popijanie, zmienić  dietę to wyraz jej troski a nie chęć dręczenia  ciebie. 

Wykorzystałam twą nieobecność w  biurze, by nieco zdyscyplinować chłopaków, więc proszę  cię - nie  zepsuj tego, kontynuuj to razem  ze mną. Zabroniłam im przyłażenia w  dresach, zwłaszcza, że te  dresy najczęściej  nie są pierwszej świeżości. Nie  muszą być na co dzień w garniturach i pod  krawatem, ale ich ciuchy  muszą być czyste a nie wyglądające tak, jakby się na nich przespało kilka bezpańskich  psów.

O ile się nie mylę, to wszyscy mają mieszkania z węzłem sanitarnym, tylko jakby zbyt rzadko z niego korzystają. Opieprz ich- najlepiej każdego z osobna w swojej norze, którą trzeba czym prędzej przekształcić w cywilizowany gabinet. Nie  zapominaj, że ryba psuje się od  głowy - masz być dla nich  wzorem.

Jeśli chcesz, to Robert pokaże ci jak przeprojektowałam poddasze. Ja unikam  schodów, więc zaczekam tutaj  na  was. Wizja  lokalna trwała dość długo, bo Zigi bardzo  dokładnie  wszystko oglądał, a potem obaj się  zachwycali jaka  ta Ewa mądra.  Gdy  wrócili Ewa powiedziała - gdybyście wrócili z oglądania piwnicy to bym was podejrzewała, że degustujecie jakieś zapasy lub tatowe nalewki zdrowotne.

Nie, tylko musiałem obejrzeć robotę tej ekipy - masz na nich jeszcze  namiary? Oczywiście, że mam to naprawdę dobrzy  fachowcy i warto z nimi utrzymywać kontakt. A zrobili by  mi też parkiet? Bo ta moja  chce by ten co mam zmienić, bo skrzypi no i nieco nadwyrężony jest.  Myślę, że zrobią, nawet jeśli nie oni dwaj, to wezmą kogoś, do kogo  mają  zaufanie, że nie  spartoli. A parkiet to musisz już kupić, bo on musi być wystarzony przed położeniem, więc zakupisz i będzie musiał sobie dość długo poleżeć. Oni ci też  doradzą gdzie  masz go kupić i potem zrobią jakieś czary-mary nad  nim i ci powiedzą jak długo musi pooddychać nim go położą. 

Zigi, a ty pamiętasz jak "ta twoja" ma  na imię? Bo byłoby chyba  milej gdybyś  mówił o niej albo bardziej oficjalnie "moja żona" albo imieniem. Jeśli nie pamiętasz jak ma na imię to ci mogę przypomnieć - Dorota -  tak jej na imię dali. I ponoć jej przyjaciółki mówią na  nią  "Doti".  Ja mówię do niej po prostu Dorota- dla mnie to ładne imię. Zigi przełknął tę uwagę  bez komentarza. W pięć  minut później zaterkotała jego  komórka - to Dorota dopytywała się o której  wróci do domu. Ewa zabrała z ręki Zigi komórkę  i powiedziała - Dorotko, my już właściwie  skończyliśmy ględzenie o sprawach służbowych, teraz  omawiamy kwestię  waszego parkietu.  I zaraz ci odeślę Zigi do  domu. Oglądał u nas to co zrobili fachowcy u mnie przy przeróbce.  No pewnie, mogę o tym pomyśleć, ale  ja nie pamiętam mieszkania Zigi, chociaż byłam  tam ze dwa razy, ale  strasznie  dawno i nie oglądałam go.  Dobrze, to jasne, że żeby pomyśleć muszę wpierw obejrzeć to raz, a dwa  muszę wiedzieć jaka jest twoja  wizja tego miejsca. Bo to ty tam  będziesz mieszkać a nie ja. Będzie  fajnie,  jak sobie to wszystko przemyślisz i w kilku punktach  zapiszesz. No co ty, dziewczyno głową  porusza  szyja- wszak. No to pa- do zobaczenia.

No tak- stwierdził  Zigi - no to koniec- już się namówiły. Ja chyba też mam  tam coś do powiedzenia. Ewa zaśmiała się - po prostu  musicie  się oboje nad tym  zastanowić, potem każde z was poda mi swoją wizję waszego gniazdka a ja  na końcu się  zastanowię, rozrysuję i wam pokażę projekt. Pasuje ci to?

Bo może dojdziecie  do wniosku, żeby te  dwa  zamienić na jedno większe? Tylko teraz te  lokalizacje bywają ,  że tak powiem  dziwne. Mnie z byłym udało się 4 pokoje na Ursynowie  zamienić na dwa mieszkania  typu M-3. 

                                                                       c.d.n.




poniedziałek, 7 marca 2022

Ryzykantka - 38

Paryż wcale  nie zachwycił Ewy. Obejrzawszy sporo filmów fabularnych , których  akcja  rozgrywała  się  w Paryżu podświadomie  szukała tego klimatu, uroku itp. Rzeczywistość  niestety  mocno odbiegała od tego co widziała  na filmach. I przestała się  dziwić, że Robert  nigdy  nie wyrażał się  z zachwytem o Paryżu. Owszem - poszczególne  zabytki były ciekawe. Teraz  rozumiała, dlaczego Robert tak  mało  zwiedzał Paryż, za to odwiedzał wszystkich  kolegów,  z których większość mieszkała  poza Paryżem. Paryż był brudny, zaułki były eufemistycznie mówiąc brzydko pachnące i nie było w  nich nic ładnego. Zabytki były oblegane przez tłumy turystów trzaskających tony zdjęć, "odptaszkowujących" w trzymanym w ręce przewodniku  miejsca już  sfotografowane. Selfie tu, selfie tam. Wieczorne  spacery - zapomnij- miejscowi  miłośnicy psów nie  sprzątali po swych pupilach a psy  załatwiały swe potrzeby w dowolnie wybranym przez siebie  miejscu na chodniku. Podobały się jej stare kamienice. Gdy powiedziała to do jednego  z kolegów Roberta dowiedziała się, że po jednej wspinaczce na 5 piętro bez windy zaraz by się jej przestały te kamienice podobać. Ale  dwa tygodnie  to  nie  wieczność- była wdzięczna przyjaciołom Roberta za to , że obwozili ich po mieście i  za to, że odtransportowali ich na lotnisko. Bo podróż  paryskim metrem nigdy nie była  miłym  przeżyciem. I ten  brak wind i ruchomych  schodów- trzeba mieć końskie  zdrowie żeby to bez wrażenia  przeżyć.

Z prawdziwą przyjemnością wsiadła do  polskiego  samolotu. Ale najmilej  wspominała to, że widziała Roberta przy stole operacyjnym, że widziała i czuła to co on przeżywa i jeszcze  bardziej go  podziwiała. Była  wdzięczna mu za to, że tak bardzo się przed nią "odkrył". Dzieliła  z nim chwile przed operacją, przytulała do niego i  zapewniała o swojej  miłości gdy wchodzili na blok operacyjny a potem czekała na  niego aż wyjdzie z  sali operacyjnej już w "cywilnym ubraniu". Te  dwa tygodnie  nie były wspaniałe pod  względem turystycznym, ale związały ich ze sobą w niebywały wręcz sposób. Ewa  zawsze podziwiała lekarzy, ale teraz zrozumiała jak bardzo obciążający psychikę jest ten  zawód i to właściwie niezależnie od   specjalności. I wiedziała, że jeżeli wieczorem Robert zapada w  dziwne  zamyślenie to nie  marzy o innej  kobiecie ani o  dalekich podróżach, ale  już myśli o czekającym go następnego dnia zabiegu, możliwych kłopotach  i trudnościach. Po tych dwóch tygodniach w Paryżu Robert często wieczorem zwierzał się Ewie ze swych obaw i za  każdym razem dziękował jej za to, że  z nim jest, że go kocha nawet takiego rozedrganego, niespokojnego. A Ewa czuła, że bez  trudu , gdyby to było konieczne, oddałaby za niego życie.  Dbała o jego wygody, pilnowała by zawsze jadł to co najzdrowsze, a Robert odpłacał się  jej tym samym.

Czas, ten wymysł szatana, jak mawiał ojciec Ewy, biegł ostatnio jakby  szybciej niż  zawsze. Wela już zaczęła pisać swą  pracę  magisterską, co sprawiało, że chwilami wyglądała  jakby dopiero co przybyła  na Ziemię z Kosmosu i  nie bardzo mogła się  zorientować co to za planeta na której niechcący się znalazła. Paweł też był zapracowany. Szanował swych  studentów i  bardzo starannie przygotowywał się do swoich wykładów. Poza tym już nieco "rozgrzebał" swój doktorat. Oboje dużo  czasu spędzali na  swych uczelniach.

Ewa, tak jak to zapowiedziała w Paryżu, "zarządziła" by w dni, w które Robert przeprowadzał operacje chirurgiczne miał wieczorem profesjonalny masaż.  I był to dobry pomysł, a Robert był Ewie   bardzo wdzięczny za to, że wpadła na  taki pomysł i dopilnowała by był  realizowany. Jedynym "odstępstwem" od tego planu było to, że Robert uparł się, by Ewa też  miała masaże, by  znów nie  nastąpił przykurcz mięśni,  bo Ewa niezbyt przykładała się do wykonywania ćwiczeń, które tak naprawdę powinna była robić  codziennie. Kuzyn Zigi okazał się  bardzo sympatycznym  facetem i  dobrym fachowcem i jak stwierdził Robert nie  straszył swym wyglądem jak Zigi, który  często bywał w  dołku psychicznym i mało o siebie  dbał.

Firma Zigi jak zwykle "falowała" przeżywając  wzloty i upadki, nie  mniej  nadal utrzymywała płynność finansową, ale Ewa mówiła, że każda firma jest odzwierciedleniem stanu psychiki swego właściciela, a psychika  Zigi była dość odległa od stanu  stabilności.

W październiku Zigi  zapytał się Ewę, czy  nie zechciałaby wyświadczyć mu pewną przysługę bo........wreszcie oświadczył się. No i co? -zapytała nieco głupawo. 

Oooo, było dość  wesoło - wpierw dostałem książką po łbie , bo właśnie  czytała, potem zapytała się jadowitym  głosikiem na  jakim odpuście kupiłem pierścionek, potem obejrzała z pomocą lupy czy to złoto czy może tombak, potem jazgotała, że jeszcze  nie  widziała by ktoś  dawał kobiecie pierścionek w kształcie dwóch węży oplatających  prawdziwy  (a nie syntetyczny malachit) potem  szperała w  swoich notatkach i odkryła, że ten pierścionek jest  amuletem gwarantującym wzajemność w miłości i głupio  zapytała czy on oznacza, że ja  ją kocham i naprawdę  chcę byśmy byli  małżeństwem. No a potem kochaliśmy się , jak to mówią  "do utraty  tchu" i przeszła  samą siebie, aż się przez moment zastanowiłem skąd ona  zna takie  numery. Ale przezornie  nie  zapytałem się, jeszcze nie chcę umrzeć w męczarniach. No i teraz  mi się marzy, byś była  moim świadkiem. Tylko się nie wygadaj, że to ty mnie wykierowałaś w stronę  małżeństwa. Bo przecież ona nie wie jak dziwna  przyjaźń nas łączy i nawet odetchnęła z wyraźna ulgą, gdy jej powiedziałem, że wyszłaś za mąż. A wszystko przez to, że kiedyś jej powiedziałem, że w zamierzchłej przeszłości kochałem się w tobie. 

Noooo, to będzie  niemal ślub  stulecia- śmiała się Ewa. Bierzecie  dwa  śluby? Jakie  dwa?- zdziwił się Zigi. Ani ona ani ja nie korzystamy z usług "sukienkowych". No wiesz, taki normalny, jak wyście z Robertem  brali. A wiesz? - mój kochany  kuzyn jest  zachwycony twoim mężem i tym jacy jesteście dla siebie wzajemnie.

No wiesz, z Robertem to jakoś mało wzajemnie się zaskakujemy. Poza tym to jest opanowany facet. Podejrzewam, że na jego tle to ja wypadam raczej na z lekka palniętą, bo nie  zawsze umiem stłumić  swoje  emocje i czasem nie jestem  miła. Z tym, że jak dotąd tylko raz na niego nawrzeszczałam, na  zakupach odzieżowych. A co,  nie podobała mu się  sukienka, w której twoim  zdaniem wyglądałaś jak Królewna  Śnieżka?  Co ty Zigi,  na swoje  zakupy to łażę sama. Po prostu  nie miał pojęcia  jaki rozmiar kołnierzyka ma i w ogóle nic  mu nie było potrzebne.  W czasach przede mną to czas spędzał głównie  w służbowych  ciuchach.Cywilne to tyle, że przyjeżdżał w nich do pracy, wskakiwał w służbowe i całymi dniami w  nich łaził.

Zigi, a gdzie będziecie  mieszkać? U niej czy u  ciebie? Nie wiem, ale to chyba  wszystko jedno. Mylisz się Zigi - w twoim  przypadku to nie jest  wszystko jedno.  Omówcie to przed  ślubem-bo jeśli u  ciebie, to wpierw  musisz swoje  mieszkanie do tego przygotować i pousuwać z niego niektóre  gadżety, bo jeśli  ona je  zobaczy, to zaraz po ślubie będzie extra  awantura a potem  rozwód. Nie wmówisz jej, że to wszystko kupowałeś  z myślą o niej. 

A skąd ty wiesz  jakie mam gadżety  w domu? Przecież ty i ja nigdy nie byliśmy parą! Ewa uśmiechnęła się - ale o tych gadżetach to połowa zespołu wie. Kiedyś się  nieźle ubzdryngoliłeś i gdy cię razem z  Bratkiem odwoziliśmy do domu- musieliśmy to zrobić w duecie, bo nie  miałeś  siły stać na  nogach - pokazywałeś je nam  z dumą. Wtedy trzymałeś je w szafce nocnej koło łóżka, żeby były pod ręką. Bratek był w tym  samym stopniu wstrząśnięty co i zachwycony, tylko nie mógł pojąć po co ci był wibrator, więc wtedy wysnułam tezę, że to miało być  zastępstwo  za ciebie gdy będziesz  zbyt zalany i nie  sprostasz  zadaniu. To jedna  sprawa - a druga- pooglądaj trochę czasopism i zobacz, że twoje  mieszkanie  woła o remont i  porządek. Przecież masz forsę, nie musisz kupować mebli z najdroższej półki, wystarczy poczciwa IKEA albo BODZIO. Nawiasem mówiąc, to nawet jeśli będziesz  mieszkać w jej  chacie to tę i tak musisz odnowić i przemeblować i wywalić te gadżety.

Zigi wpatrywał się w nią szeroko otwartymi oczami i nerwowo skubał mankiet  swego ukochanego   bawełnianego swetra. Czemu  mi tego wszystkiego wcześniej nie powiedziałaś?-zapytał- tym razem ręka przestała skubać mankiet swetra a wylądowała na łysej głowie i gładziła ją uspakajająco. 

Nie mówiłam ci tego wcześniej, bo  brak  było  czynników, które mogłyby cię do tego zmotywować. Ja bym się nagadała a ty i tak byś tego nie  zrobił. A teraz jest szansa, że to zrobisz. A najlepiej będzie gdy do remontu weźmiesz którąś z ekip tych co działają na aktualnie robionych osiedlach przez nas projektowanych, nie zedrą z  ciebie bo cię  znają i nic ci nie zginie. U mnie już dwa razy działali - przesuwali  mi ściany w domu, ocieplali strych,czyli ściany i dach, instalowali okna, wyciszali ściany korkiem. A ponieważ masz  mieszkanie  typu M-3 to przejrzyj  katalog  BODZIO-meble, są w sieci,oni do tego metrażu są dopasowani  bardziej niż IKEA. Kuchnie też mają. Łazienkę  możesz  skompletować z Castoramy lub  z Merlin. Praktiker też ma niezłe, ale na mój gust za drogie. Ostatnio tam kupiłam  łazienkę dla  moich  młodych. Kabiny też  mają. I może poproś  kuzyna by z tobą pojechał wybierać - to poukładany człowiek.  Tylko się zorientuj w  jakich kolorach gustuje ta  twoja. Możesz też  zaryzykować i wybrać się  z nią. Tak  czy siak obejrzyj  wpierw  wszystko  sieci.

I chyba powinieneś się trochę zregenerować. Byłeś u lekarza? Byłem - mam rzucić palenie. A tyle to ja sam wiem. I mam odwiedzić pulmonologa i kardiologa. U pierwszego byłem i mam skierowanie na jakieś tam  badanie  z kontrastem i termin  mam chyba  za miesiąc. A do kardiologa to chyba pójdę prywatnie, nawet mam  namiary.

Zigi, a gdzie  kupiłeś taki fajny  pierścionek- amulet? Kumpel  mi go przywiózł ze Stambułu, ale podobno to jest  pierścionek z Indii. Podejrzewam co prawda, że tylko wzór jest z Indii, a  sam wyrób jest turecki. Jeśli będziesz coś chciała z biżutków to powiedz, podaj rozmiar i on przywiezie. On teoretycznie nie  handluje  biżuterią, ale coś  za dobrze się na niej  zna jak na kogoś kto tym  nie  handluje.

Obrzucił Ewę uważnym  spojrzeniem i stwierdził - ale ty to mało nosisz  biżuterii. Ale te zabawne obrączki to macie  naprawdę  fajne. Ale  moja  stwierdziła, że ona chce  mieć tradycyjną obrączkę, złotą,  szeroką z jakimś  wygrawerowanym  wzorem. Ostatnio u kogoś widziała obrączkę szeroką na 1 cm i pośrodku  miała pasek z pyłem  diamentowym, a obrączka była z białego złota. Wyobrażasz sobie Ewka mnie, w obrączce szerokiej na centymetr i do tego z paskiem ozdobionym diamentowymi drobinami? Już prędzej jestem  w stanie  wyobrazić sobie że projektuję  szalety na stacje  benzynowe.

Zigi, tak z ręką na  sercu to ja nawet nie jestem  w stanie wyobrazić sobie, że będziesz żonaty. Jakoś to przerasta  moją wyobraźnię. Nie przejmuj się Ewa, moją też. Ale wiesz- pożyjemy, zobaczymy. Pośpiechu  nie ma. Jeszcze  nawet papierów  nie  złożyliśmy.

                                                                       c.d.n.