środa, 22 czerwca 2022

Trudny wybór - 47

 Helena i  Piotr wrócili z Bukowiny zachwyceni całym obiektem. Dużo basenów, ale jak stwierdziła Helena to bardziej  była  zadowolona z obsługi w Nałęczowie. No i - jak się  śmiała Helena- płacisz niemal za każde  spojrzenie na basen. Niewątpliwie realizacja tego kompleksu musiała pochłonąć wiele pieniędzy. Jeżeli chce  się  spędzić  cały  dzień na  basenie w dniach poniedziałek- piątek to płacisz  za dzień pobytu  89 zł.  Jeżeli masz  czas tylko w soboty i niedziele to musisz  wydać 99 zł/dzień.  Można  również spędzić tylko 3,5  godziny i wtedy  w tygodniu ta  frajda kosztuje75 zł, w  weekend 79zł.  Już nawet  nie patrzyli ile kosztuje taka  frajda  z dzieckiem, ale  dzieci płacą nieco  mniej  niż  dorośli. Można również  wykupić moczenie  się przez  45 minut i to kosztuje wtedy tylko 30 zł, z tym, że każda minuta ponad 45 minut kosztuje 33 grosze. Są też jeszcze  jakieś opcje  "rodzinne"  z dziećmi, ale z uwagi na brak  takowych  w tej  rodzinie   nie  wnikali  w szczegóły.

Ale jest też opcja dla tych, co wstają  bladym świtem - pomiędzy 9,00  a 11,00 płacisz  tylko 2,49zł. I ta wiadomość przyprawiła Adelę i  Emila o ból brzuchów od  śmiechu. Oboje się  skręcali ze śmiechu, bo dla  nich była to wielce zabawna  pora  na  pływanie. Adela  stwierdziła, że jak  jej  życie  zbrzydnie to przyjedzie na te baseny i  gdy o 9,00 rano trafi do  basenu to na pewno nie wyjdzie  z niego o własnych siłach tylko ją wyniosą w charakterze  nieboszczki, bo ona rano niezbyt kontaktuje i  zwyczajnie by się utopiła. Oboje twierdzili, że nie  wiedzą jakim cudem rano trafiają do samochodu i jadą do pracy. Bo rano to Adelka trafia do łazienki bez otwierania  oczu i jakby jej coś na drodze postawić to pewnie by wylądowała w innej części mieszkania.

Emil chciał koniecznie  zwrócić rodzicom pieniądze za ten "bukowiński Hilton", ale ojciec  go wyśmiał mówiąc- jeszcze  mamy, w końcu  i Milanówek dobrze  się  sprzedał i mieszkanie dziewczyn, poza tym  nie  wydawałem  tych pieniędzy, które mi podsyłałeś. Nie miałem po prostu "żywej  gotówki",  ale można  było płacić kartą, więc  nie było problemu.

W ciągu  dnia zatelefonował do Emila  Tomek - "ten od  spływu Dunajcem", jak  się telefonicznie  przedstawił. Zapraszał  ich wszystkich na kolację na następny  dzień. Bo tyle opowiadał  swej  żonie i teściom  o "warszawiakach", że żona bardzo  chciałaby ich poznać- a najwygodniej  jest, by to oni do nich  przyjechali, dziecko jak zwykle  pójdzie o siódmej  spać, więc  będą mogli sobie  swobodnie   rozmawiać. Ale  niech  koniecznie przyjadą około 18,00 bo obiecali   małej, że spotka  się z  gośćmi z Warszawy. Emil  się  śmiał, że Tomek robi  z nich  atrakcję dla  dziecka i mała będzie  rozczarowana , że są tacy nudni. Poza  tym Tomek poprosił   by przypadkiem  nie  wpadli na pomysł przyniesienia  dla  małej  słodyczy, bo oni ją uczą  "życia bez słodyczy."  Okazało  się, że mieszkają na Antałówce i żeby goście nie błądzili  Tomek po prostu po nich  wpadnie- albo samochodem  albo per pedes. Bo na Antałówce, jak  w całym  Zakopanem sama  znajomość adresu to  nie  wszystko, trzeba jeszcze  wiedzieć jak  do niego  dotrzeć, by  nie błądzić godzinami. Emil  pocieszył Tomka, że z tymi  adresami tutaj to niemal jak na  warszawskim  Ursynowie- też  trzeba  się  niekiedy  nieźle   nabłądzić   nim  się  trafi pod  właściwy  adres. I kto wie,  czy aby projektant Ursynowa  nie był z rodu  zakopiańczyków, od  dziecka przyzwyczajonym do tego, że nazwa ulicy  to nie  wszystko.

No to mamy  problem - stwierdziła Adela. Z reguły nie przychodzi się  w Polsce "w gości" z pustymi rękami, więc najłatwiej  jest kupić coś  słodkiego dla dziecka i sztywny  bukiet dla gospodarzy. Sztywny bukiet to możemy przynieść, ale nie mam pojęcia co małej kupić. No to jutro mamy "sklepowy" dzień- stwierdziła Adela. Nie mam  bladego pojęcia  co  można  kupić dla  trzylatki. I nie  umiem z takimi małymi dziećmi rozmawiać- martwiła  się Adela. No ale  nie jedziesz do pilnowania  jej tylko na spotkanie z jej rodzicami i dziadkami, więc nie  wpadaj   w panikę - stwierdził przytomnie  Piotr. My z Helą wręczymy sztywny  bukiet by się tradycji  stało  zadość,  a wy zajrzyjcie   do sklepu z  zabawkami i do księgarni, personel z reguły  wie co  dla  jakiego  wieku jest przeznaczone. Najwyżej dostanie  coś, co już ma,  ale dzieciom  to na ogół  nie przeszkadza. Na  wszelki  wypadek poproście o coś  najnowszego co mają - jest szansa, że mała jeszcze tego nie ma.  Nikt przy  zdrowych  zmysłach  nie lata co  dzień po zabawki i książeczki dla  dzieci.

Dzień zakupowy nie był taki bezowocny, jak to widziała  w swych przewidywaniach  Adela. Przy okazji udało im się  zrobić  zakupy dla rodziców. Dla Piotra kupili (drogi jak  cholera) szalik kaszmirowy, który na  dodatek był dopasowany do szalenie  niebieskich jego oczu. Tym sposobem już mieli prezent  na  Piotra imieniny. Pamiątka w postaci poszewki na  jasiek z mięciutkiego  białego owczego futerka też  była dobrym  zakupem. Gorzej  było z portmonetką  skórzaną, bo zdaniem Emila  to wszystkie  były "jakieś -takie-nieporęczne"i na pewno ojciec  nie będzie  chciał tego nosić. Dla Heleny kupili wełnianą, cieniutką chustę, w duże czerwone róże. 

Jako  sztywny bukiet kupili lekkie  białe włoskie  wino, a dla pań mini ogródek w szklanym pojemniku, co Adela określiła mianem "storczyki w  zalewie". Dla trzylatki "upolowali" w antykwariacie Baśnie Andersena z ilustracjami Szancera, egzemplarz wyglądał jak nowy- chyba  nigdy  nie był w rękach  czytelnika, a w sklepie papierniczo-pamiątkarskim planszę "lalka z ubrankami". 

Adela pamiętała taką "zabawkę" z własnego dzieciństwa  i uważała, że mała  będzie  miała świetną zabawę - lalka jedna,  a ubranek multum. Jedyna niedogodność, że należało wpierw te ubranka i samą lalkę powycinać, co w tym przypadku spadnie  na kogoś  z dorosłych. Na szczęście plansze  były w formacie  A4, więc  nie  trzeba było ich do transportu zwijać w rulon i Adela  dokupiła  do nich teczkę plastikową z  zapięciem.  Gdy tak krążyli po Zakopanem Adela  stwierdziła, że już  chyba więcej tu  nie przyjedzie,  ani latem  ani  zimą. Następna wizyta  w Tatrach to już będą  Tatry Słowackie, w które  wyskoczą teraz na jeden  dzień, a potem może  zimą i na pewno w przyszłym roku latem.

W domu "pamiątki z Zakopanego" od razu trafiły do rąk rodziców (oprócz  szalika, który  miał być  wszak prezentem   z okazji imienin). Helena  się śmiała, że teraz to narzuci na siebie  chustę i wybierze  się na Krupówki, żeby pozować do zdjęć "pamiątka  z  Zakopanego z fałszywą  góralką", a Piotr natychmiast oblekł swój jasieczek podróżny w jagnięce  futerko i rozsiadł się na kanapie z podusią pod  głową.

A co dla siebie kupiliście? - zapytała  Helena. Nooo, dla  nas to są właśnie  te dwa tygodnie gdy  możemy  być ciągle  razem a do tego z wami - odpowiedział Emil.  Zaczynam doceniać  w pełni jak to fajnie jest być cały czas poza pracą, mieć Adelkę na wyciągnięcie  ręki. Zwłaszcza, że przez  dwa  miesiące nie będziemy w jednej  firmie, no   a potem nie będziemy  pracować  w jednym pokoju.  Pod  tym względem to pewnie  lepiej by  było pracować  w kancelarii. Ale i tak nieźle, bo będziemy w jednym  budynku i razem jeździć do i  z pracy.

No nie wiem, czy  w kancelarii byłoby pod  tym  względem lepiej -stwierdziła Adela. To będą raptem trzy pokoje z kuchnią. Kuchnia będzie  tzw. "pomieszczeniem  socjalnym" czyli miejscem na zjedzenie czegoś i jak znam życie to i na wypalenie papierosa, no  chyba że trafią  się  sami niepalący pracownicy. Jeden pokój będzie musiał być na rozmowy z klientami i reszta  będzie  się tłamsić w jednym pokoju-sekretariacie. Albo umawiać  się  z klientami gdzieś  w mieście. I nie  wiem czy to takie fajne  będzie. Tu pod  tym względem  mieliśmy  bardzo  dobre  warunki  do pracy, tylko te  dojazdy były  mało  zabawne i to poranne wstawanie by o 7,30 już być  w pracy. W nowym miejscu będziemy  rozpoczynać pracę o 9,00 rano. No i będziemy mieć  dobry dojazd do pracy, zwłaszcza gdy ruszy metro. No niby tak, zgodził  się Emil, ale będę  musiał zapewne jeździć "na wizje   lokalne". No to wtedy będziesz brał samochód, ale nie  będzie to dzień  w dzień jak  rok  długi. Zresztą nie da się  ukryć, że każda praca ma  swoje  wady i  zalety.

Tak jak  było umówione, przed godziną osiemnastą przyjechał po  nich samochodem Tomek. Wymyślił, żeby nie brali  swego  samochodu, bo będzie  kłopot z parkowaniem i potem "po nocy" ich odwiezie. Albo my  sami wrócimy do domu  w ramach  spaceru- powiedział Piotr. To będzie  wszak zejście  w dół a nie  wędrówka w górę.  

Tomek im  wyjaśnił, że  powiedzieli  małej, że dziś przychodzą dwie nowe  ciocie i dwóch wujków, więc niech  się nie obrażą  gdy mała  zacznie ich  tytułować ciocią i  wujkiem.  Mała ma zakodowany lęk przed obcymi, tak ją  "zakodowała" teściowa, która panicznie  boi  się tego, że ufne  małe  dziecko da się zwabić komuś obcemu. Jak już będzie   starsza to się ją przekoduje. I w związku z tym mała ma  mnóstwo "przyszywanych" cioć i wujków. którzy  są dobrymi znajomymi rodziny.

Dom, w którym mieszkał Tomek  razem z teściami, zrobił na  warszawiakach  spore wrażenie. Po pierwsze był to dom w starym, góralskim  stylu z pełnych bali, budowany  "na  zrąb". Był duży, jednopiętrowy. I był to dom  wybudowany wiele lat  wcześniej i wybudowany  wtedy w  zupełnie innym miejscu, które teraz było odcinkiem szosy. Dom został w starym miejscu rozebrany bal po balu, każdy bal miał swój  numer i dodatkowo był opisany. Nowy dom postawiono na solidnym murowanym podpiwniczeniu- w piwnicy  była dodatkowa kuchnia, toaleta i bardzo duży pokój zrobiony na  wzór bułgarskiej mechany,  z dużym stołem, który rozłożony mógł pomieścić 12 osób. Ściany  były obłożone boazerią modrzewiową. Pod  ścianami dookoła były "siedziszcza" z poduszkami w pokrowcach z ...."łowickich pasiaków". Razem  wszystko tworzyło kolorową i jednocześnie miłą dla oka całość. W rogu stał piękny kaflowy piec, w którym zimą palono. Reszta pieców w  domu miała  zamontowane grzałki elektryczne. Pomieszczenie "mechany"  było wspólne, parter zajmowali młodzi, piętro rodzice. Kuchnia na parterze  była  wspólna ale  urzędowała  w niej  tylko teściowa Tomka.  Z okien sypialni na piętrze był widok na Giewont. Pokoje na parterze i piętrze prezentowały bale,  z których dom  powstał.

To jest przepiękny dom i jak  dobrze, że udało się  go ocalić - stwierdziła  Adela. Fakt, zgodził  sięTomek. Teraz takie domy bardzo rzadko się  buduje - to bardzo  droga  inwestycja, chociaż to tylko drewno. Ale taki dom to spokojnie 150 lat może postać. Tylko trochę trudno zdobyć takie bale. A i dobrych fachowców nie łatwo.Teraz często buduje się  domy z "półbali". Z zewnątrz wygląda imponująco, ale to już nie  to.

Gdy tak słuchali  wykładu Tomka na temat budownictwa  do "mechany" przyszła  jego żona  z córeczką. Mała ściskała w jednej rączce małego misia, drugą trzymając  się maminych spodni.  Tomek wyciągnął do niej  ręce i podniósł ją  do góry i zaszeptał - przedstaw  się i przywitaj - to są nowe ciocie i nowi wujkowie. Podszedł wpierw do Heleny, mała wyciągnęła do niej rączki, objęła za szyję i powiedziała- ja jestem Elunia, dobry dzień. A ja jestem Helena, dzień dobry,ślicznotko! Helena przyciągnęła do siebie Piotra i powiedziała- a to jest mój mąż, Piotr. I jeszcze jest tu moja córka  Adela i skierowała Tomka  wraz  z małą  w kierunku Adeli. Adela też  została uściskana i Tomek stanął obok Emila, który powiedział do małej- ja jestem Emil, mąż Adeli. Witaj śliczna,  mała  panienko. I Emil załapał  się nie tylko na uścisk  ale i też na  całuska. Ale na ręce  nie  dała  się jemu  wziąć. Gdy już mała stała na podłodze Adela podała jej teczkę mówiąc - a tu w środku jest coś  dla ciebie do  zabawy. Dla mnie? upewniła  się mała. Tak, dla ciebie do zabawy. Teczka rozmiaru "A4" dla drobnej trzylatki to jak formatka "A O" dla dorosłego, więc  szybko powiedziała - dziękuję i dała teczkę mamie. Baśnie Andersena zostały wręczone żonie Tomka, bo książka była za ciężka i zbyt gruba  dla takiej kruszyny. 

Ojej, a gdzie to kupiliście, nie wiem czemu,  ale nie ma  wznowień, pewnie  biedny pan Andersen wyszedł  z mody. Ojej, to cudowny prezent,  sama z rozkoszą poczytam i pooglądam! W tym czasie Piotr postawił na  stole wino i "storczyki  w  zalewie" mówiąc- a to dla  rodziców małej ślicznotki. Tomek w ramach podziękowania  stwierdził, że nie po to ich zaprosił  by naznosili  prezentów, a tylko dlatego ich  zaprosił, że ich bardzo polubił.  Linka, otwórz małej tę teczkę, bo się  z nią morduje i zaraz się rozpłacze. 

Adela szybko podeszła do małej, przykucnęła obok  niej i  powiedziała - otworzymy  razem tę  teczkę i  zobaczysz co tam jest. A potem  ci pomogę byś się mogła tym bawić. Mała  zaczęła wpatrywać  się w koraliki, które Adela miała na  szyi i powiedziała- ładne te koraliki.  Adela niewiele się namyślając zdjęła je szybko z szyi i zapięła na  szyi  małej mówiąc - jeżeli ci się podobają, to możesz je nosić. Koraliki były z tworzywa sztucznego, choć wyglądały całkiem przyzwoicie  i ciekawie. Poza tym były lekkie. Linka, czyli  Halinka, rzuciła okiem na małą wybiegającą z pokoju i powiedziała- przepraszam, ona ma świra na punkcie korali. Ależ nie masz, kobieto, za co przepraszać, to zwykły plastik, a jeśli ma  dziecko radochę to niech spokojnie  nosi, mam w domu więcej takich. Dobre na  co dzień bo leciutkie. Niech  nosi, skoro się jej podobają. Zobacz co jej kupiłam - i otworzyła teczkę. Ojej, ja też  się tym bawiłam,  nie wiedziałam, że jeszcze to można kupić - Halinka wpatrywała  się w plansze bardzo uważnie. No właśnie, ja też  się  zdziwiłam, że jeszcze są produkowane. No i  zobacz, one mają więcej ubranek niż kiedyś. Jeśli mi dasz nożyczki to zaraz powycinam, oszczędzę  ci trochę pracy. A kupiłam tu w papierniczo-pamiątkarskim. A gdzie się podziała mała? Pobiegła do babci, żeby się przejrzeć w lustrze i pewnie pochwalić. Nie wiem po kim to takie próżne dziecko - stwierdziła  Halina. No wiesz, zapewne po tatusiu. Wszystkie  moje koleżanki zawsze twierdzą, że  wszystkie niepożądane  cechy  dzieci  dziedziczą po ojcu, te  dobre to po mamie- powiedziała  ze śmiechem Adela.

                                                                  c.d.n.



wtorek, 21 czerwca 2022

Trudny wybór - 46

 Rodzice  zatelefonowali z Bukowiny, że  wrócą raczej późno, bo będą  się odnawiać biologicznie, no a potem przecież trzeba nieco odpocząć, a Emil poprosił, by po prostu zostali na jedną noc w Bukowinie i nie  wracali wieczorem. Niech po prostu zafundują  sobie  jeden  nocleg i wrócą następnego dnia. On im  chętnie zrefunduje ten jeden  nocleg, bo to dla  niego lepsze niż denerwowanie  się, że wracają już po  zmroku. Poprosił też, by szybko dali  mu znać, czy znaleźli jakieś  miejsce w hotelu. Za pół godziny ojciec zadzwonił z wiadomością, że mają pokój  w hotelu należącym do term. Wprawdzie  cena jego taka, że Hilton w Nowym  Jorku jest  zapewne  tańszy, ale opłacili kartą, więc nie jest  źle. No i w takim razie  wrócą następnego dnia około południa.

Ale nie był to koniec atrakcji przewidzianych na ten  wieczór.W godzinę później zatelefonował dawny pracodawca Emila z propozycją, by od października   Emil poprowadził  wykłady w Madrycie na wyższej uczelni z zakresu Electrical Power Engineering. On wie, że Emil jest  żonaty, no ale Madryt jest na tyle ładnym miastem, że przez dziesięć miesięcy jego  żona wytrzyma te kilka godzin dziennie gdy on będzie w pracy. Mieszkanie będą mieli zapewnione,  jeżeli wystarczą im  dwa pokoje z kuchnią to będzie prawie bezpłatne, bo tylko media będą sami opłacać.  A wykłady prowadziłby w języku angielskim. No i co ty na to? - zakończył swoją propozycję  pytaniem. 

Adela z  zainteresowaniem obserwowała twarz Emila.Widać było na niej zadowolenie  ale i  niedowierzanie i w pewnej chwili Emil zmienił język - z hiszpańskiego przeszedł na  angielski i Adela zrozumiała jak powiedział: moja żona jest obok mnie, powiedz jej to wszystko po angielsku, nie  zna hiszpańskiego - i podał telefon Adeli, która dość odruchowo powiedziała "halo"- na co usłyszała już po angielsku - przepraszam, nie mówię dobrze angielskim, ale jestem szczęśliwy, że chociaż tak mogę panią poznać. Mam dla Emila propozycję pracy w Madrycie na uniwersytecie technicznym od października. A jeśli będzie z tej pracy zadowolony to byłoby dobrze by został tu na dłużej. Adela, nieco się jąkając stwierdziła, że to bardzo ciekawa propozycja, ale decyzja nie należy do niej a do Emila i że ona bardzo się cieszy, że Emil jest tak doceniany jako wykładowca.  A pani będzie się mogła w tym czasie uczyć języka hiszpańskiego. Mam nadzieję, że mój angielski nie przeraził pani.  Adela  zapewniła  go, że wszystko zrozumiała i jeszcze raz powtórzyła, że decyzja odnośnie złożonej propozycji należy tylko i wyłącznie do Emila, więc ona oddaje mu słuchawkę telefonu. 

Emil jeszcze  chwilę rozmawiał po hiszpańsku, po  czym zakończył rozmowę. Nim odłożył telefon przejrzał jego zawartość i powiedział - no faktycznie podesłał maila, ale ja go nie odczytałem, nie  czytam maili  na urlopie. 

Maleństwo, ty powinnaś pracować w dyplomacji. Adela roześmiała  się - żeby  być dobrą  sekretarką trzeba mieć takie zdolności.  Ale nie bardzo wiem do czego  pijesz - ja naprawdę uważam, że to ty musisz  zadecydować o  tym, czy  chcesz podjąć  się tej pracy. Należę do tych bardzo staromodnych  żon, z gatunku gdzie ty Kajus  tam ja, Kaja.  I wcale nie marzy  mi się, żeby nasze  dziecko, jeśli kiedyś  będzie, hodowało  się w żłobku, przedszkolu a potem w świetlicy w  szkole, bo ja  się muszę wyżyć  zawodowo.  Oczywiście jeśli pracuję i  robię to  dobrze, to chcę by mnie  doceniano. I chcę by tak  samo była doceniana moja praca  w domu - przecież  utrzymanie porządku i dbanie  by było w domu wszystko to co jest potrzebne to też jest praca. I nie tak bezmyślna jak się to większości ludzi   wydaje. Ty akurat to rozumiesz, bo przecież ileś  czasu mieszkałeś sam. I umiesz zadbać o porządek w domu, o  zaopatrzenie w potrzebne artykuły. 

Jeżeli dojdziesz  do  wniosku, że chcesz jechać do Madrytu, to ja na pewno pojadę  z tobą, jeśli będziesz tego chciał. Bo zakładam, że nadal chcesz byśmy byli  małżeństwem. Oczywiście małżeństwem w moim pojęciu. Które to  pojęcie  chyba  nie odbiega  zbytnio od twego.  Przemyśl to sobie, biorąc pod  uwagę konsekwencje tego wyboru. I może nie byłoby źle gdybyś dostał to wszystko na piśmie, żebyśmy się nagle nie znaleźli w pułapce, bo tu zrezygnujemy z nowego miejsca pracy a tam z jakiegoś powodu coś nie  wyjdzie bo nie  było domówione, zapisane, podpisane.

Maleństwo, nie ma mowy, żebym pojechał do Madrytu sam, bez ciebie. Aleksander jest aktualnie w Madrycie i  między zdaniami padło, że on już się w Meksyku nabył i wraca do Hiszpanii. Kiedyś nazwałem go potomkiem konkwistadorów i kilka  dni był szalenie obrażony. Bo on pochodzi z jakiejś bogatej rodziny i wtedy palnąłem, że bogactwo Hiszpanii zbudowane jest na konkwiście, na złocie zrabowanym plemionom Mezoamerykańskim. 

I masz Maleństwo rację, dopóki nie  dostanę tego wszystkiego na piśmie  to nie  dam konkretnej odpowiedzi. I jeszcze  jedno - nie chciałbym znów zostawiać ojca. Co prawda  ma teraz  Helenę, ale każdy rok mu dodaje lat  a nie ujmuje. Nawet nie wyobrażasz  sobie jak on  się cieszył gdy wróciłem do Polski. I wiesz? im dłużej myślę o tej propozycji tym mniejszą ochotę mam na wyjazd. Pewnie  zaczynam się starzeć. Myślałem o Hiszpanii, jako o miejscu naszych przyszłorocznych  wakacji.

Emil objął Adelę , mocno przytulił i  zapytał: a nie pogniewasz  się na  mnie jeśli odmówię i  nie pojedziemy tam zamieszkać? Stracisz przez to rok pobytu w Madrycie. Adela uśmiechnęła  się - przecież wiesz, że mnie jest dobrze tam, gdzie ty jesteś i jest  mi obojętne w którym  miejscu Europy czy świata  będziemy razem. Dla mnie liczy  się to "razem" a nie miejsce. Kocham cię i chcę byś był szczęśliwy i czuł się  spełniony pod każdym  względem. I pojadę  z tobą  wszędzie, nawet do Meksyku jeśli nagle stwierdzisz, że tylko tam będzie  ci dobrze.

No to teraz odpowiem na tego maila, którego  nie raczyłem przeczytać. Muszę tylko to ubrać  w ładne słowa, bo to wszak "odmowiedź" będzie  a nie  tylko odpowiedź. Napiszę po  angielsku, zrozumie. Polskie literki nie  za bardzo pasują do hiszpańskiego. W dziesięć minut później wiadomość mailowa już była  w drodze. Swą odpowiedź  "osłodził" zaproszeniem Aleksandra do Warszawy - wszak Madryt nie jest tak daleko od Warszawy jak Mexico City.

Reszta  wieczoru upłynęła im na  snuciu planów i domysłach  jak będzie im  się pracować w nowym  miejscu. Adela nie ukrywała, że  czuje lekki  niepokój, ale Emil ją uspokajał, że przecież od  razu,  od pierwszego  dnia nie będzie  musiała podejmować wiążących decyzji. Oczywiście będzie musiała wydać orzeczenie, ale będzie je mogła skonsultować. Tyle  tylko, że będzie wciąż  musiała bardzo dużo  czytać, no ale  do czytania  to ona już się przyzwyczaiła przecież- dotychczas też czytała mnóstwo. 

Patrząc się na  Emila powiedziała - jakoś szybko ci włosy odrosły, chodź do łazienki, to ci je przystrzygę. Czym mi przystrzyżesz? Nożyczkami, ja mam zawsze ze sobą  nożyczki w podróży, żeby nie latać do obcych fryzjerów gdy  mi grzywka za długa  urośnie. No chodź, zdejmij koszulę, owinę  cię  ręcznikiem, a potem się  wszystko strzepnie na podłogę i  zamiecie.  No chodź, nie bój  się , nie  skaleczę  cię, nie będę  przecież  cięła brzytwą lub żyletką  tylko nożyczkami. Przy okazji i sobie nieco przytnę włosy, a ty mi potem tylko wyrównasz  tył na karku.

Emil patrzył na  swą żonę tak, jakby  zobaczył ja po raz pierwszy w życiu. No chodź Mileczku, ja naprawdę umiem strzyc, nie jeden  raz  strzygłam Helenę. A męskie strzyżenie jest o  wiele prostsze. Tylko ci nieco włosy zmoczę, żeby  mi nie skakały. Emil  zrezygnowany usiadł na łazienkowym taborecie, a Adela  zabrała  się do strzyżenia. Po 25 minutach skończyła swe  dzieło i powiedziała - no to teraz umyj porządnie  głowę, pod prysznicem nad  wanną. Zrezygnowany Emil, nie zerknąwszy nawet  w lustro posłusznie  umył  głowę, Adela  mu wysuszyła włosy suszarką układając jednocześnie szczotką i gdy były suche powiedziała - no to może teraz zerknij  jak  wyglądasz - tylko przytrzymaj się umywalki, żebyś nie  padł z wrażenia.

O rany, ty naprawdę  umiesz  strzyc !- wykrzyknął. Adela pokiwała  głową - no umiem, jak widzisz. Ciekawa jestem ile lat upłynie nim zrozumiesz, że jeśli ja coś mówię to jest to prawda a nie fałsz. Jeśli mówię, że coś potrafię, to znaczy że tak jest. Jeśli czegoś nie potrafię to przyznaję się bez  bicia, że  nie potrafię. Gdy ci mówię, że cię kocham to mówię to dlatego, że tak  właśnie jest, a nie że tak mi się  zdaje. Chyba zadawałeś  się przed  mną z niewłaściwymi babkami, które plotły co im ślina na ozór przyniosła.

Kiedyś kupiłam sobie książkę dla szkół fryzjerskich i sobie  postudiowałam, a praktykowałam na koleżankach.  Bardzo  się nam ta książka przydała,  zaoszczędziłyśmy  sporo kasy. To był czas, że co miesiąc miałam inny kolor włosów. Nie miałam  tylko czerwonych, zielonych i fioletowych. A teraz przynieś odkurzacz, najlepiej  jest uprzątnąć włosy  odkurzaczem- minuta osiem i po problemie. A  ja to się ostrzygę już w  Warszawie, teraz  tylko grzywkę przytnę bo jest  za długa  i mi się skręca w jakieś loczki. 

Nie obcinaj- poprosił Emil. Lubię jak takie loczki ci  się robią. I lubię gdy masz trochę dłuższe włosy, lubię się nimi bawić. No dobrze, dziś jeszcze nie obetnę. Masz w tej  chwili niepowtarzalną okazję by wymienić  wszystko co u mnie, we mnie, lubisz w kwestii wyglądu, ubioru i tego co i jak robię. 

Emil zamyślił się - ja  naprawdę lubię wszystko co robisz, lubię gdy w nocy leżysz  tak ciaśniutko do mnie przytulona i jedną nogę trzymasz na  moim brzuchu. I lubię gdy mnie przez sen szukasz. I lubię gdy  mnie myjesz własną ręką   a nie gąbką. I wszystkie twoje  pieszczoty uwielbiam i podejrzewam, że wtedy wyplatam różne głupstwa. A twoje pocałunki przyprawiają mnie o zawrót głowy.Uwielbiam gdy się całujemy. 

 Wiesz, to się świetnie  składa, bo ja też szalenie  lubię  się z tobą  całować- masz takie całuśne usta. I lubię gdy  mnie  tulisz i lubię każdy twój dotyk. No i efekt taki, że mam bardzo mało czarnych serduszek w notesie- głównie  są to dni "fizjologiczne".   Aż byłam  tym zaniepokojona,  ale pan doktór powiedział, że to tylko świetnie i niech tak będzie jak najdłużej.

                                                                   c.d.n.



niedziela, 19 czerwca 2022

Trudny wybór - 45

Następnego dnia z sypialni "młodych" wychynął około 10 rano  tylko Emil- przygotował dla obojga śniadanie  w postaci  kawy i krakersów obłożonych białym górskim  serem. Na pytanie Heleny,  czy  wszystko jest  w porządku odpowiedział - oczywiście, ale zarabiam na odznakę idealnego męża. W moim odczuciu nie powinna  była  wczoraj  tyle  dreptać. No ale  dziś ją przetrzymam w pozycji horyzontalnej, może nie  cały  dzień, ale z pół dnia. Helena szybko ukroiła kilka  cieniutkich plasterków  szynki od prywatnego wytwórcy i w każdy  zawinęła  kawałeczek białego sera, ułożyła wszystko na talerzyku i powiedziała - mam nadzieję, że w ten  sposób zbierzesz więcej  punktów do tej odznaki- powiedziała   śmiejąc  się.  A my chcemy dziś podjechać do Bukowiny Tatrzańskiej i zobaczyć co tam słychać. Gdy byłam tam ostatnim  razem to term jeszcze  nie było. A mają tam ponoć dobrą odnowę biologiczną. Może uda nam  się  skorzystać od  ręki. Bo dla Adelki to pewnie będzie to dobre  dopiero za kilka  dni, prawda? Tak, mamuś,  pewnie za 4 lub 5 dni. Helena objęła go - u  mnie już  masz odznakę wzorowego męża Adelki i takąż  naszego  syna. No, idź do niej, bo jeszcze  z głodu  zemrze. 

Do zawartości tacy Emil  w  ostatniej  chwili dodał broszkę -szarotkę zrobioną ze  skóry.Oczywiście  okazjonalnie przepytał Helenę, czy nie jest to zbyt skromny prezent. Helena- roześmiała  się - do śniadania  jest w sam  raz, tylko przypilnuj żeby  nie zjadła. My za pół godziny wychodzimy. Daj ojcu swój dowód rejestracyjny samochodu.  Mamuś, on jest  zawsze w wewnętrznej  kieszeni mojej kurtki, którą  zawsze mam ze sobą gdy się gdzieś  wybieramy  samochodem. I wiesz  co? Jesteś po prostu super mamą dla nas obojga. W tym momencie  do kuchni wszedł ojciec a widząc  tacę   ze śniadaniem zapytał- a Adelka  zdrowa? Tak, zdrowa, tylko Emil zarabia na odznakę wzorowego męża - odpowiedziała Helena.

Aaaa, to bardzo dobrze  robi- stwierdził ojciec - od  dziecka mu  wbijałem  do głowy, że o kobiety należy dbać jak o najcenniejszy skarb. Nawet jeśli potraficie robić to  wszystko z prac fizycznych  co mężczyźni to i tak trzeba o was dbać. Helena objęła  Piotra i ucałowała- wiem kochanie, masz rację i cenię to twoje przekonanie. 

Tato, dowód rejestracyjny samochodu jest w mojej kurtce, tej cieniutkiej, możesz go sam  zawsze  brać gdy chcesz jechać. Kurtkę też  możesz wziąć, rozmiar uniwersalny, biorę ją tylko w góry. No po co, przecież mam taką  samą, tylko mniej jaskrawą. Czerwień twojej to  aż bije  po oczach. Ja się nigdzie na zdobywanie ośmiotysięczników  nie  wybieram, wiec  się nie  zagubię. Twoją to chyba z dwóch  kilometrów  widać, typowa kurtka dla wspinaczy. Ale fakt, że są  bardzo praktyczne bo się świetnie  składają i  zajmują  mało miejsca i są lekkie.

Emil w końcu zaniósł tacę do sypialni,  w której Adela stała przy oknie i napawała  się widokiem ogrodu sąsiadów. Właściciele mieli wyraźnie  zamiłowanie  do hodowli róż, które właśnie  były w pełnym rozkwicie. A Adela podziwiała właścicielkę, która wyraźnie smarowała spody liści róż jakimś roztworem. Patrząc na to pomyślała, że gdyby to były  jej  róże to z pewnością wszelakie szkodniki miałyby całkiem spore ucztowanie,  a ona zastanawiałaby  się  czemu padły.

Emil, który zawsze mówił prawdę, nie ukrył faktu, że roladki szynkowo - serowe  są dziełem Heleny. Skórzana broszka bardzo się  Adeli spodobała. Jest  świetna,  będzie pasowała  do każdej mojej  dzianiny. A gdzie  ty ją  kupiłeś? nie  widziałam żebyś  coś kupował - Adela wyraźnie usiłowała   wdrożyć śledztwo.  

W Szczawnicy, były w gablotce wiszącej  w bufecie. Wyboru żadnego nie było, wszystkie były takie  same  kolorystycznie. Kochanie, nie mogły  być  w różnych kolorach bo to są  szarotki, a one są właśnie w takim  kolorze - wszystkie. One  właśnie tak wyglądają  w naturze. Kiedyś widziałam jedną prawdziwą. Mama jednej z moich koleżanek miała zasuszoną  szarotkę oprawioną w plexiglas i była odświętnym wisiorkiem. A ta jest niesamowicie  dobrze "podrobiona". Jesteś kochany, że mi ją kupiłeś. Wiesz, musimy się przelecieć po Zakopcu i  może coś ładnego kupimy rodzicom. Tylko musisz wymyślić co dla taty, mimo  wszystko lepiej go znasz niż ja. Przewleczemy  się Krupówkami, bo często  wśród tego pamiątkowego  chłamu zdarzają  się bardzo fajne rzeczy.

Emil zamyślił się -  tacie  to  bym  chętnie poszukał jakiejś portmonetki skórzanej, bo ostatnio   nosi drobne w kieszeni  i nimi podzwania. A tak w ogóle to będzie  miał niedługo imieniny to pomyślałem o szaliku z kaszmiru. A co byśmy mamie  kupili - nie wiem, nie jestem mocny  w prezentach dla kobiet. 

Dla Helenki to ja chcę upolować cieniutką, wełnianą  chustę, stwierdziła Adela. One są cienkie, duże i  ciepłe i tkane od razu we  wzór kwiatowy. I wiesz,  dla obojga to moglibyśmy kupić drewnianą ramkę do zdjęć bo tata narzekał, że nie mają ramki stojącej do naszego ślubnego zdjęcia. Ale przed  wyjazdem byłam już tak skołowana, że  zupełnie nie miałam głowy by coś kupić. Ale mam pomysł- mam przecież  znajomego fotografa, mówił, że eksperymentuje  ze  zdjęciami na płótnie, to niech to nasze  ślubne zrobi na  płótnie w  formatce A4 i wtedy się dopasuje ramkę - on ma kogoś kto mu  ramki robi.  I może dla  taty kupilibyśmy taką małą podusię z owczego futerka- taką do popołudniowej drzemki lub do oglądania TV. Mignęła mi gdzieś taka podusia.

Po śniadaniu Adela wyraziła  chęć poleżenia jeszcze, więc Emil w błyskawicznym  tempie umył ich  kubki i talerzyki i z powrotem zalegli w łóżku. To było bardzo miłe ale i pożyteczne leniuchowanie. Oboje mówili o  swoich wzajemnych uczuciach. Pierwszy miał opowiadać i odpowiadać Emil, bo odpowiedź typu "lubię wszystko co tylko robisz" nie  liczyła  się, była zdaniem Adeli zbyt wymijająca. I tym sposobem odkryli kilka swych wrażliwych punktów. Postanowili  również, że na dziecko to zdecydują  się najwcześniej  gdy Adela  skończy 30 lat, tak by urodziła przed ukończeniem  35 roku życia.  A wiesz czego jeszcze  nie robiliśmy razem  ani razu? -spytała Adela. Emil chwilę milczał, potem zaczął wyliczać- nie byliśmy ani razu razem w kinie i w teatrze, nie kłóciliśmy  się też  ani razu, nie byliśmy też jeszcze  ani  razu na dłuższym pobycie poza  Polską, bo nasz pobyt w Szwajcarii był czysto "roboczy". I wiesz co, jeszcze  ani razu nie tańczyliśmy - podpowiedziała mu Adela. A ja bardzo lubię  tańczyć. Gdy byłam w liceum to chodziłam do studenckich klubów i trochę mi tego brakuje. Ale ostatnie pięć lat to miałam taki zasuw, że nawet  nie  zauważyłam, że na potańcówki nie  chodzę. A ty lubisz tańczyć?  Hmm- Emil wpadł w lekki  namysł - w Meksyku nie  chodziłem na potańcówki. W czasach studenckich to bywałem w Stodole, Medyku i Hybrydach. I tańczyłem. Czy  dobrze? no nie wiem. Ale jeśli będziesz  chciała to możemy nawet pójść na jakiś kurs  tańca. 

Szczerze mówiąc to mnie się po prostu nie podoba instytucja zwana dyskoteką - za głośno i właściwie trudno to co się tam  dzieje  nazywać tańcem.  Nawet  nie  wiem czy są gdzieś  normalne, staromodne  zapewne teraz  dancingi, gdzie można zatańczyć tango, walca lub inny taniec a nie trząść  się lub wyginać w tłumie niczym paralityk. Sprawdzimy to gdy wrócimy do Warszawy. Ale przecież, jeśli masz ochotę to przecież  nawet w domu możemy zatańczyć. Mieszkamy na parterze, więc możemy nawet tupać. Też nie lubię dyskotek - stwierdziła Adela- powyginać  się konwulsyjnie to mogę  w domu, w ramach gimnastyki. 

Milek, kocham  cię i jeśli mnie porzucisz to mi chyba serce pęknie. Nie licz na  to Maleństwo, z całą pewnością będą z tobą do swego ostatniego oddechu, ja już naprawdę dobrze  rozeznaję  się w swoich uczuciach, wiem co czuję. Jesteś dla mnie całym światem. Jesteś moją wyśnioną dziewczyną dla której, jeśli będzie  potrzeba  poświęcę  swoje  życie. Kocham cię ale i też podziwiam - jesteś bardzo mądrą, inteligentną  dziewczyną. Nawet nie  wiesz jak ważne  jest dla mnie  to, że mogę z tobą o wszystkim porozmawiać. Gdy rozmawiałem z tobą pierwszy raz byłem dość sceptycznie nastawiony, ale mnie zaskoczyłaś swą rzeczowością i kompletnym brakiem zalotności. A jednocześnie byłaś naprawdę miła. Gdy siedziałaś w sekretariacie pilnie słuchałem wszystkich plotek, bo byłaś w jakimś sensie sensacją- naczelny wysłał samodzielnego  pracownika po jakąś  nową pracownicę, to pewnie jakaś jego flama lub rodzina. Potem było trochę zdziwienia, że będziesz ze mną pracować, ale nasz ślub to chyba wszystkich dobił.

Oj tak, zgodziła  się z nim Adela - był najzwyczajniej w świecie sensacją. No a teraz kolejną  sensacją będzie to, że odejdę. Właśnie   sobie uświadomiłam, że to już niedługo nastąpi. Trochę się tego boję. Zawsze się denerwowałam albo gdy ja   zmieniałam pracę  albo gdy  mi się  nagle  szef  zmieniał.  Zmiana szefa następowała  częściej niż moja zmiana miejsca pracy. I nawet nie do końca  wiem do którego departamentu mnie "dopną"- podejrzewam, że do prawnego z racji kierunku , który ukończyłam.  

Tak, potwierdził Emil, to przecież  logiczne, pewnie  trafisz  do ochrony własności intelektualnej, wiem, że  dokładnie ktoś przeczytał twoją  pracę  dyplomową i to jeszcze gdy byłaś na kursie. A ja będę w elektronice i mechanice. Czytałem "laurkę", którą ci wystawiło ministerstwo- tylko pozazdrościć takiej opinii.  Eeee, przecież  ją  czytałam - opinia jak opinia. Maleństwo, ale ja czytałem to co powiedzieli  poza oficjalną opinią, w co nikt poza kadrową i dyrekcją nie ma  wglądu. Ja  miałem, bo na  rzecznika nie  może iść byle kto. Oficjalna opinia to jedno, ale  są i te  nieoficjalne, które bardzo często są przekazywane tylko telefonicznie. No i tą nieoficjalną masz niesamowicie  dobrą. I wcale  mnie to  nie dziwi- bo to jest po prostu  prawda. Fakt, że się  w tobie  zakochałem nigdy mi nie przesłaniał rzeczywistości, czyli obrazu ciebie jako pracownika.

A wiesz, gdy odejdę  odetchną  wszystkie pańcie, które  miały na  ciebie wielką ochotę. Emil  zaczął się śmiać -no to ten ich oddech  długo nie potrwa, bo góra dwa miesiące. Nim się  zorientują ja też odejdę. Jestem bardzo ciekawy kiedy Arkadiusz  znajdzie dla  siebie jakieś  lokum na tę jego kancelarię. Tak na  sto procent to go  wcale  nie  skreśliłem - zobaczymy jak będzie  wyglądała  sytuacja po wejściu  w życie nowych przepisów. Może być lepiej ale może być i znacznie gorzej. Ale na razie odstawmy tematy związane z pracą  na boczny  tor - przecież jesteśmy  na urlopie.

                                                                              c.d.n.


sobota, 18 czerwca 2022

Trudny wybór - 44

 Ponieważ wycieczka obejmująca  spływ  Dunajcem wcale nie  była męcząca, a pogoda nadal  była  dobra, Adela stwierdziła, że mogliby następnego  dnia pojechać do Doliny  Chochołowskiej. Wymyśliła,  że mogliby  tym razem wybrać  się z Doliny  Chochołowskiej  na Trzydniowiański Wierch, którego  wysokość to tylko 1758m, a  można tam  dojść od Schroniska w Dolinie. Rodzice   zostaliby w Schronisku lub obok   schroniska, a ona z Emilem poszliby na Trzydniowiański  Wierch. 

Trasa nie jest  trudna, wrócą  "po własnych śladach", czyli tą samą  drogą, którą pójdą  w górę. Jest  jedno podejście stromo  w górę żlebem, ale niezbyt  długie, potem jest  wąska ścieżka  przez  kosówki, następnie  będzie trawers wschodnim  zboczem Kulawca na grań. A stąd to już  tylko  kilkanaście minut na  Trzydniowiański Wierch. W nagrodę obejrzą  ładną  panoramę Tatr Zachodnich, czyli Bobrowiec, Wołowiec, Rohacze, Jarząbczy Wierch, Starorobociański Wierch, Bystrą,  Ornak, Czerwone  Wierchy i Kominiarski Wierch, znany bardziej jako  Kominy  Tylkowe. Jeśli będzie  dobra  widoczność to po wschodniej   stronie  będzie  widać Rysy i Krywań  a po  zachodniej  stronie Pachoł i Spaloną. W górę to pewnie  powloką  się  ze  dwie  godziny, może nawet odrobinę dłużej, powrót do schroniska to zabierze im  pewnie godzinę i  czterdzieści  minut,  będą  schodzić tą samą  drogą, którą  wchodzili, czyli  "szlakiem papieskim". W nagrodę zjedzą  w  schronisku najpyszniejszą w świecie szarlotkę. Adela, chociaż  bywała  zimą w Dolinie  Chochołowskiej to  nigdy  nie  docierała  dalej niż na Polanę  Huciska i nigdy owej  wspaniałej szarlotki nie konsumowała.

Od XVI wieku Dolina  Chochołowska była objęta intensywnym  wypasem, a poza  tym aż do XIX wieku wydobywano  tu rudę  żelaza.  Od 1819 roku właścicielem  Doliny jest "Wspólnota Uprawnionych Ośmiu Wsi" : Chochołowa, Witowa, Czarnego  Dunajca, Cichego, Dzianisza, Wróblówki, Podczerwonego i  Koniówki . 

Droga prowadząca od  wlotu  Doliny jest "różnorodna"- od początku do Polany Huciska jest  asfalt, który potem  zmienia  się w drogę o  nawierzchni ziemnej, potem przechodzi w  szlak kamienisty i może  dzięki temu  nie  spacerują do  schroniska  matki z dziećmi w  wózku. Ilekroć Adela była tu  zimą to zawsze była właściwie  jedyną turystką, ale  w pełni  sezonu to jest tu ponoć nielichy  tłok. 

Rozstając się  z rodzicami Adela powiedziała, że w górę to pewnie będą  szli dwie i pół godziny, na górze  chwilę odpoczną a schodzenie  zajmie im półtorej  godziny,  więc mniej więcej będą w schronisku za  cztery godziny. I jeśli  się  rodzicom znudzi pobyt w schronisku, to niech spokojnie jadą  do domu, bo oni wrócą albo taksówką  albo autobusem.

Już dawno Adela zauważyła, że te wyliczone czasy  przejścia  danego szlaku jakoś nie  zawsze pokrywają  się z  rzeczywistością, czyli wszystko  zależało od tego, kto  dany szlak opracowywał i per pedes przemierzał. Z własnego  doświadczenia wiedziała, że  ona  niektóre  szlaki pokonywała szybciej  niż to opisywał przewodnik a inne dużo  wolniej.

To pierwsze podejście  żlebem w górę było nawet  dość  strome, nie  da się ukryć, że  się nawet  zasapała a w dwóch miejscach to nawet przystanęła. Ale gdy  tylko skończył się ten stromy żleb trasa  dalej nie była już trudna. Musiała się  tylko nieco osłaniać przed gałęziami  kosówki. Dumna i blada pierwsza  wkroczyła na  Trzydniowiański Wierch. Szybko wyciągnęła kartkę z kieszeni i zaczęła "odcyfrowywać" co widać.  Bez trudu rozpoznała  Kominy  Tylkowe i Czerwone  Wierchy, reszta była kwestią  dedukcji. Tym razem zabrała  z domu mały aparat i sfotografowała to co było widoczne. Niestety  Rysów  ani Krywania  "na  wschodzie" nie  było widać- widocznie pogoda nadal miała  być taka jak teraz - bo jeśli nagle odległe obiekty bardzo dobrze widać, to wiadomo, że idzie  zmiana pogody- niestety zawsze na gorszą.  W  drodze  powrotnej stromy  żleb Adela pokonywała bardzo uważnie i dość długo, bo robiła   malutkie zakosy schodząc w dół. Do schroniska dotarli w niecałe cztery godziny od rozpoczęcia wędrówki w górę. Rodziców  już nie było i Adela stwierdziła, że ona  woli od  razu ruszyć do wyjścia  z  Doliny, nie chce wcale siadać i odpoczywać. Nie jest  głodna, nie chce się jej pić więc jeśli Emil nie jest głodny i  zmęczony to ona już by wyruszyła dalej, do wyjścia  z Doliny. Emil przyjrzał się jej  uważnie i zapytał  czy  aby naprawdę od razu  chce  iść dalej. Adela pokiwała  głową- tak, chcę iść dalej, mnie takie "posiady" nie służą. Żeby naprawdę odpocząć to ja potrzebuję minimum dwie  godziny. A tak to jestem "w kursie" i mogę te siedem i pół kilometra jeszcze przetuptać. Trochę wolniej  pójdziemy po tych końskich łbach  wbitych w drogę, ale potem to już równiutka  droga, jak po maśle. Za godzinę i trzy kwadranse powinniśmy być już przy wylocie  z Doliny.

Żeby  było  śmieszniej, rodziców spotkali na Polanie Huciska- właśnie  wychodzili z jednego z  szałasów. Helena układała  coś  w plecaku, który Piotr oparł na kamiennym ogrodzeniu koło szałasu. Adela i Emil przystanęli, poczekali aż Helena założyła swój plecak i dopiero wtedy do  nich podeszli. No i co dzieciaki, zdobyliście  miejscowy  Everest?- zapytał  się  Piotr. Taaak, mamy nawet zdjęcia. A to dobrze ,  w nagrodę dostaniecie w domu oscypki i.....podobno kozi ser. 

Tato,  a dlaczego mówisz podobno?- zdziwił się Emil. No bo tu ani jednej kozy nigdzie nie widziałem, więc  nie  wiem czy to  aby naprawdę kozi ser. Wygląda jak normalny  biały  ser z krowiego mleka. A może to owczy biały ser? 

No a jak wam się ta  wycieczka udała?  Całkiem fajnie, stwierdził  Emil, tylko   Adelka  nie  chciała odpocząć  w schronisku.  Ha,ha, miała  wyczucie - szarlotka będzie  dopiero za godzinę. Piliśmy  kawę w towarzystwie  jakiegoś biszkoptu. Nie  był  zły, ale biszkopt to  nie  szarlotka, nawet jeśli jest z bitą  śmietaną.

To właściwie  bardzo dobrze,  że Adelka   nie chciała nic jeść w  schronisku, to możemy pojechać  razem na obiad,  może znów na  włoskie  jedzonko? Maleństwo, ale teraz, gdy  dojedziemy  do Zakopanego to chyba już  zjesz?- spytał  Emil. Tak, oczywiście,  ale muszę  wpierw się przebrać. Trochę  się spociłam na tym podejściu, ale  chyba  nawet  bardziej na zejściu no i  wolałabym nie  siedzieć w wibramach. No jasne, mogę  cię  nawet szybkościowo wykąpać, jeśli  będziesz chciała- zaproponował Emil. No jasne, że będę  chciała żebyś mi plecki  umył. Wszystko ci umyję, co tylko zechcesz  szepnął jej do ucha. Jesteś pewien?- odszepnęła. Emil potakująco  pokiwał głową. 

Adela tym razem znów wzięła  sałatkę z szynką parmeńską, Emil też tę  sałatkę tylko poprosił o  dodatkową porcję  szynki parmeńskiej, Helena i Piotr  zamówili białą pizzę z szynką  parmeńską i wszyscy rozpustnie zamówili na  deser  tiramisu i cappuccino.

Gdy wrócili do  domu Adela  stwierdziła, że jedyne co  może jeszcze  tego dnia robić nazywa  się ...NIC. W ramach owego NIC zniknęła  w  sypialni. Oczywiście w robieniu NIC bardzo czynnie pomagał jej Emil. Maleństwo zostało wymasowane, wycałowane, dopieszczone, utulone i usnęło w ramionach męża.

Obudzili  się około dziewiątej  wieczorem. Ze  zdziwieniem odkryli, że są  sami w domu - na stole  w  salonie  leżała kartka informująca, że Piotr  z Heleną wybrali  się  do kina i wrócą  dopiero  po wieczornym  seansie. 

Adela  zrobiła kolację  przy  czynnej  pomocy Emila. Degustacja sera  zakupionego w bacówce  wypadła  dobrze- niezależnie z jakiego  mleka  on  był zrobiony- smakował im. Od razu przyczepili do  pokrywki pudełka  w którym  spoczywał karteczkę  z informacją, że  smaczny i że właściwie  wszystko jedno z jakiego mleka został zrobiony. A nawet jeśli to było  krowie   mleko, to tutejsze  krowy latem pasą  się na halach, na których z pewnością jest inna trawa  niż na  nizinach.

Po kolacji Adela  stwierdziła, że ma siłę już tylko na kąpiel, więc  się  wykąpią teraz, nim rodzice wrócą  z kina. A po kąpieli to ona zadomowi  się   w łóżku, jednak się  zmęczyła tą  wycieczką.   Zmęczyłaś  się, bo za kilka  godzin już będziesz  niedysponowana -  zauważył Emil. A ty jesteś  w tej  dziedzinie  niezwykle  punktualna.  Ale to nie moja zasługa, odkąd  biorę tabletki zrobiłam się taka punktualna niemal co do godziny, nie mówiąc  już  że co do dnia.  Muszę  się na tę noc  już  zabezpieczyć, nie  chcę się bawić jutro  w pranie  pościeli. Chyba  jutro pośpimy trochę dłużej, dobrze? No pewnie,  zgodził  się Emil.  Wiesz przecież,  że lubię rankami polenić  się  w łóżku. I  lubię, gdy się obudzę rano  a ty jeszcze tak słodko śpisz, przyglądać się  tobie i cieszyć  się   z tego, że mój sen się zmaterializował. Bo nadal jestem przekonany, że to właśnie ty mi się śniłaś cztery razy. A ty niemal  zawsze leżysz  właśnie  w takiej pozycji, w jakiej  widziałem cię   w tym śnie.  A przecież nie mówiłem ci nigdy  w jakiej pozycji leżałaś  w czasie   mojego  snu.  No fakt, zgodziła  się Adela. Mnie przekonuje  do twojej teorii to, że tak niezmiernie szybko i jak  widać trwale zakochaliśmy  się  w sobie. Zwłaszcza, że jak  dotąd niezbyt łatwo się  zakochiwałam a poza  tym to  nigdy nikogo tak  nie kochałam i  nie pożądałam. Naprawdę  byłabym najszczęśliwsza gdybyś mógł mnie  nosić w kieszeni. Wiem,  to brzmi infantylnie, ale tak  właśnie jest.

Dopóki się  nie  spotkaliśmy to ja nawet spać nie potrafiłam z facetem w jednym łóżku,  a teraz  nie mogę  zasnąć  jeśli  mnie nie obejmujesz. Jeśli wyjedziesz  gdzieś  w jakąś  delegację to ja będę miała bezsenne noce.   Maleństwo, nie  zamierzam nigdzie  jechać w  jakąkolwiek  delegację. Już jestem nieszczęśliwy, że nie będziemy  pracować  w jednym pokoju. Będę musiał często "wyciekać"  z  pracy  do Urzędu. Mam nadzieję, że nie mówiłaś nikomu dokąd  odchodzisz?  No pewnie , że nie! I naczelnemu i kadrówce wciąż wciskam ciemnotę, że idę do kancelarii prawniczej. A poza nimi to ja tu niemal z nikim  nie  rozmawiam.

Adela gładziła  dłoń Emila mówiąc - masz piękne  ręce i uwielbiam gdy  mnie dotykasz. Popatrz kochany- masz  szczupłą dłoń i  długie palce i nie masz zbyt chudych palców, w których sterczą stawy paliczkowe. I jak widzę bez trudu obejmiesz oktawę, masz ręce pianisty. Uczyłeś  się kiedyś gry na pianinie? 

Nie, nigdy nie miałem na tyle  dobrego  słuchu by uczyć  się muzyki. Do chóru też mnie nie ciągnęli. A mnie się   z chórem udało, bo często miałam  w czasach  szkolnych  anginy. Nawet   nie masz pojęcia jak  mi koleżanki  zazdrościły z tego powodu. Mnie  bolało gardło,  a one  mi tego  zazdrościły.

                                                                         c.d.n.


czwartek, 16 czerwca 2022

Trudny wybór - 43

 W Szczawnicy już czekał na nich pan Tomek. Poprosili go by dał  się zaprosić na kawę lub  czekoladę. Poza tym  chcieli zakupić nieco  wody mineralnej ze źródła  Helena, więc przy  okazji zobaczyliby tutejszą  Pijalnię  Wód  Mineralnych. Nie  reflektują  natomiast na  rozrywkę przewidzianą jako "Park  Miniatur". Och, to świetnie - ucieszył się  Tomek- bo prawdę mówiąc ten park  miniatur to chyba  tylko dla  dzieci może być rozrywką.  Jak mówią potem- "głowy  nie urywa"- ani  dzieciom ani dorosłym.

Pijalnia wód  mineralnych i kawiarnia,  w której oprócz kawy  można się  było napić  czekolady były niemal obok siebie. Co do  zaproszenia  do kawiarni to Tomek miał obiekcje, które mu zaraz  wybił  z głowy Emil mówiąc - od tej  chwili nie jesteśmy klientami tylko twoimi znajomymi-  ja mam na imię  Emil, to jest moja żona Adela, a to są moi  rodzice. A ze znajomymi przecież  masz prawo iść na kawę lub  czekoladę. No chyba, że ci  nasze  towarzystwo  nie odpowiada, no to powiedz. Na takie  dictum "młodziak" w  wieku  Adeli "wymiękł" i dał  się  zaprosić.

W czasie pobytu w kawiarni powiedział im  nieco o kościele  w Dębnie. Był to kościół calutki  drewniany, z drewna  modrzewiowego i jodłowego, wybudowany bez użycia gwoździ, wszystkie  elementy  były łączone techniką "na zrąb". Kościół jest  zgłoszony do światowej  listy UNESCO ochrony  zabytków i podobno lada  moment będzie  na tej  liście. Ma unikatową , doskonale  zachowaną polichromię, która powstała na przełomie  XV i XVI  wieku. Malowidła są na  wszystkich stropach i ścianach, poza  tym malowidła  są na parapetach okien, na  ambonie, ławy też  są  malowane. Wyróżniono 77 motywów w 12 układach i w 33 wariantach  kolorystycznych. Obok  ornamentu  roślinnego i geometrycznego są typowe gotyckie  formy- łuki, iglice.  Ołtarz  główny to malowany w XV i XVI wieku tryptyk. Wszystko jest malowane  na  złoconym tle. A z zewnątrz ściany i dach  są kryte gontem.  W tym kościółku kręcono sceny do filmu  "Janosik". Ale jak to na filmach- ten kościółek jest pokazany  tylko w scenie samego ślubu, a sceny wchodzących i wychodzących   z kościoła  ludzi były filmowane  w dwóch innych, ale też  drewnianych  kościołach. A że  drewniane kościoły są do siebie dość podobne, to raczej  nikt  tego z  widzów nie  zauważył.  

Adela uśmiechnęła  się - ja na pewno tego  nie  zauważyłam, bo nie pamiętam bym oglądała taki  film o Janosiku.  Nie  często chodzę  do kina, wolę jednak poczytać książkę. Poza tym zawsze miałam za mało wolnego czasu bo pracowałam i  studiowałam jednocześnie.

Warszawiakom   bardzo podobały  się  stare, zabytkowe  domy w Szczawnicy.  Ale ja jednak  wolę   Zakopane- stwierdziła  Adela. Może po prostu  dlatego, że już je  znam od  dawna. Z tym, że teraz ogromnie się  Zakopane   zmieniło. Zakopane  dziś  a  pięć lat  wcześniej to spora różnica.  

To zasługa  funduszy z UE- stwierdził Tomek. No i  Zakopane  zawsze było "zimową  stolicą  Polski, " przyciągało turystów i  zawsze wyciągało z ich  kieszeni  pieniądze.  Zupełnie  nie  wiem  czemu, ale  moi rodzice nie lubili i nadal  nie lubią   Zakopanego. Dlaczego przedtem nie lubili to  nie  wiem, ale teraz  nie lubią bo ożeniłem  się z "góralką" zamiast z  "krakowianką". Ledwo raczyli  przyjechać na  chrzciny Eluni. No i  są obrażeni, że zamiast, jak Bóg przykazał, pójść na medycynę to poszedłem  na AWF na  fizjoterapię, bo dla  nich absolwent AWF to "pan od  gimnastyki".  Kolejny powód do obrazy  to fakt, że w przyszłości  będę  mieszkać i pracować  w  Zakopanem a nie  w Krakowie. 

A twoi rodzice  mieszkają  w Krakowie? Nie, w Ojcowie.  Kiedyś mieszkali  w Krakowie, ale mama  miała kłopoty zdrowotne i wynieśli  się  z Krakowa. Kraków miał i nadal ma zbyt zanieczyszczone powietrze. A ojciec dojeżdża do pracy w Krakowie, jest stomatologiem. Tyle  tylko, że nie jestem pewien  czy w odległości  25  kilometrów od  Krakowa powietrze jest  naprawdę czyściejsze.  Ja nawet nie jestem pewien czy nad Zakopanem mamy naprawdę czyste powietrze, zwłaszcza w okresach  grzewczych. Kiedyś późną  jesienią popatrzyłem  o zmierzchu na  Zakopane z Gubałówki to aż mnie  zatkało - wszystko zasnute  dymami z kominów. I to takimi  ciemnymi dymami.

A wiecie  co? Tak  się na  was patrzę i  wam  zazdroszczę - spędzacie  razem z rodzicami  wakacje i widać, że jest Wam  dobrze razem - stwierdził Tomek.  

Emil  roześmiał  się - bo my, Tomku, jesteśmy w pojęciu  wielu osób strasznymi  dziwakami - Adela i ja chcieliśmy nawet w jednym  domu   mieszkać  z rodzicami do końca  świata, ale w samej Warszawie coraz  trudniej jest  znaleźć odpowiedni dom na dwie  rodziny, poza tym nowe  domy jednorodzinne  są budowane coraz  dalej od Warszawy i  są coraz  mniejsze, bo szalenie  zdrożały  grunty.  Gdy przeglądaliśmy  projekty to trochę  nas  "zatkało" bo te  domy to takie jak  dla lalek. Poza tym gdy  budują jakieś osiedle domków  jednorodzinnych to są na początku tylko same  domy,  żadnych  sklepów, żadnego  zaplecza typu przychodnia  lekarska no i kłopoty z komunikacją do centrum  miasta. I wtedy koniecznością jest  samochód i  codzienne dojazdy i powroty w korkach. Nie ma też na  takim osiedlu domków jednorodzinnych szkół i przedszkoli, więc przez kilka  lat wozisz  dzieciaka gdzieś  do szkoły lub przedszkola. My mieszkamy na bardzo dużym miejskim osiedlu w jednym bloku, więc mamy do siebie  niedaleko. To osiedle już jest  wielkości całkiem sporego  miasteczka i jest  w nim  wszystko co potrzebne  człowiekowi  do funkcjonowania. Ale gdy tylko powstało to pierwsi mieszkańcy też nie mieli lekko. Ale  była to inwestycja finansowana przez  państwo  a nie prywatna. Nasze  mieszkania  w bloku rozdziela  przychodnia lekarska. I jest  jeszcze  coś  bardziej dziwnego - oczywiście  nie dla nas -  mój ojciec ożenił się  z  ciocią  Adeli, którą  Adela kocha  znacznie  więcej niż  rodzoną matkę. Więc nas  nie  dziwi, że masz - jak to mówią - "krzywe kluski" w swoich  stosunkach   z rodzicami. Mój ojciec  pokochał Adelę odkąd ją pierwszy raz zobaczył. To chyba  rodzinne, bo ja też dziwnie szybko się  w tym Maleństwie  zakochałem. Tomek  zaśmiał  się - moja też  nie  wielkolud, te   małe to jakoś  chyba  głębiej w  serce wpadają. I  z nimi jak  z drzazgami - dużą to wyciągniesz bez trudu, a małą to  ciężko wydłubać.

Tomek nagle  przypomniał  sobie, że jest jednak  w pracy i  powiedział - mam  wam jeszcze  do  pokazania nową  zaporę - jest to największa  w Polsce zapora ziemna. Jej  wysokość to 56 metrów, długość to 400 metrów, szerokość  w koronie 7 metrów. A 40 metrów pod  ziemią, 7 pięter w głąb, jest  elektrownia, której  kubatura  wynosi 171 tysięcy metrów  sześciennych, a podziemny tunel kontrolny jest  wykuty w  skale na głębokości 45 metrów od lustra  wody. Wydaje  mi się, że niewiele osób zdaje  sobie  sprawę z tego ile pracy wymagała ta inwestycja. A była planowana jeszcze w latach  sześćdziesiątych. Trzeba  było przenieść w inne miejsce  całą wieś. Z 385 domów musiano  przenieść 363. I teraz  stara  wieś  Maniowy leży  na  dnie  zbiornika a nowa wieś jest na południowych stokach  Gorców. Przez  wieś przebiega teraz  droga  wojewódzka z Nowego  Targu do Nowego  Sącza.

Tomku, a może ty się kiedyś wybierzesz na któryś weekend z  żoną do  Warszawy. Możecie  u nas nocować, jakby  nie było mamy trzy  pokoje, rodzice tak  samo. Jeśli przyjedziecie  z dzieciną to  my na  weekend wyniesiemy  się  do mieszkania  rodziców, żebyście  się  czuli  swobodnie. Tyle  tylko, że ona  jeszcze jest  malutka,  to niewiele użyje  w  Warszawie. Już  sama   podróż ją zmęczy  i  znudzi. Już od kilku osób nie  mieszkających w  Warszawie  słyszałem, że  Warszawa jest  męczącym  miastem, że  za dużo  samochodów i ludzi i  za duże odległości.  Ja przez  kilka lat  mieszkałem w Mexico City i gdy wróciłem  do Warszawy to wydała  mi  się malutką,  prowincjonalną  dziurą. Więc jeśli  ktoś mieszka w niedużej  miejscowości to Warszawa   może wydawać mu się ogromnym   miastem. Zapisz  sobie mój numer telefonu i może daj  mi kontakt na siebie. Na twojego teścia  mam, ale nie na  ciebie. 

Tomek ucieszył  się - to bardzo mila propozycja, tyle  tylko, że ja mógłbym przyjechać dopiero  na któryś październikowy  weekend. Małą zostawilibyśmy w domu. Wrzesień mam  zajęty praktyką w szpitalu. No moja to byłaby szczęśliwa, ona to chciałaby  wręcz  mieszkać stale w  Warszawie.   Tylko teściowie nie byliby  z tego  powodu  szczęśliwi. Na razie to ja  muszę  skończyć studia, to najważniejsza  sprawa  teraz  dla mnie.  Fizjoterapeuci po pełnych pięcioletnich  studiach  są teraz w cenie, większość jest tylko po trzyletnich. Oczywiście  już wiele wiem i umiem, no ale to trochę jeszcze  za mało na dobrą  pracę. A może wy  zimą zjedziecie  do Zakopanego?  

Tej  zimy na pewno nie, bo oboje  zmieniamy  pracę i  nie  sądzę byśmy  mogli wziąć urlop w marcu - odpowiedział Emil. Trochę  się  nam wszystko komplikuje, bo  zmieniają  się przepisy  dotyczące naszego  zawodu. Teoretycznie ma być lepiej,  ale chyba ja mam wzrok kiepski,  bo jakoś to co słyszę nie bardzo pozwala  mi spojrzeć z optymizmem na kwestię naszej pracy.  Wiesz jak to jest w praktyce - jak ci władza  tłumaczy, że coś będzie  lepiej to należy  uważać, bo to  "lepiej"  jest  z  reguły wrogiem  dobrego.

Przepraszam  za wścibstwo, ale  czym  się  zajmujecie? - spytał Tomek. Ja jestem inżynierem, a Adela  mgr prawa  i oboje jesteśmy  rzecznikami patentowymi. Z tym, że ja tym rzecznikiem  to jestem od kilku lat, a Adela dopiero  co uzyskała te  uprawnienia. Ona jest  niesamowita, niemal jednocześnie  zrobiła  magisterkę na prawie i kurs na rzecznika  patentowego.

Uuuu, to się dziewczyna solidnie  napracowała- jestem pełen  podziwu- stwierdził Tomek.  Szczerze mówiąc to ja też- stwierdził Emil.  Adela odstawiła pusty kubek po  czekoladzie i powiedziała -  zejdźcie panowie  ze mnie bo mi duszno się robi.  Musiałam to zrobiłam, nie miałam innego wyjścia.  Ja bym się  napiła jeszcze  soku z czarnej porzeczki . Ciociu, a wy z tatuniem  też  się napijecie jeszcze  czegoś? 

Ja bym się napił espresso powiedział Piotr, a ty Helenko? Ja też tego soku co Adelka. A Wam co zamówić- spytała Tomka i Emila.  Cappuccino - odpowiedzieli obaj. Ale ty siedź Maleństwo, ja  zamówię - powiedział Emil i ruszył do lady  bufetu. W chwilę później przyszła kelnerka, zabrała  puste  naczynia, przyniosła  soki i  świeże  szklanki a potem espresso i cappuccino.

Zapora rzeczywiście zrobiła na  nich  wrażenie, ale nie  mieli ochoty na  zwiedzanie   elektrowni. Adelę bardziej  interesował ewentualny rejs  stateczkiem po Zalewie  Czorsztyńskim, ale  nie była pewna, czy będzie jej  się chciało jeszcze raz  w te strony  przyjeżdżać. Mieli  jeszcze  w planie odwiedzenie  Doliny Chochołowskiej i wypad  na Słowację, którą Adela też  znała  głównie  z  zimowych pobytów.

                                                                            c.d.n.



środa, 15 czerwca 2022

Trudny wybór- 42

Na obiad  wybrali się do  pobliskiej  restauracji  serwującej kuchnię  włoską. Emil wybrał pizzę białą, co oznaczało, że  nie będzie  na  niej wszechobecnego  sosu  pomidorowego, za to była mozzarella, orzechy, gruszka, szynka  parmeńska, ser gorgonzola. Adela wybrała sałatkę z  szynką  parmeńską, gorgonzolą,  gruszką, jabłkiem, brzoskwinią,  grzanką i  sosem  vinegret. Piotr poczuł ochotę  na pierś z kaczki w sosie demi-glace, do niej polenta, zielone  jabłko, puree z marchwi, pomarańczy i pistacji, a Helena wybrała  domowe ravioli z cielęciną w sosie pomidorowo- maślanym. Tanio  nie było,  za to wszyscy się  zachwycali  smakiem oraz sposobem  podania. Dali się jeszcze  namówić  na deser w postaci  tiramisu. Helena wyciągnęła  swój  notesik i  pilnie  coś  w nim notowała. Na pytające  spojrzenie Adeli powiedziała - po powrocie  będzie u nas kuchnia włoska- gnocci to wszak odpowiednik  naszych  kopytek w nieco innym  formacie, ravioli- to zminiaturyzowane  nasze pierogi i będę  się  musiała  wybrać do nowego  sklepu  serowarskiego, może będzie tam gorgonzola,  a jak  nie  to jego   francuski odpowiednik.

W czasie  obiadu Piotr  zaproponował, by wybrać  się z Zakopanego na  spływ  Dunajcem i obejrzeć  z rzeki  Pieniny. Firm proponujących tę  formę  rozrywki namnożyło się  sporo. Organizacja była  niezła bo klient  był  niemal   noszony na rękach - zabierano  go spod miejsca  zamieszkania i po imprezie w to samo miejsce odstawiano.  

Piotr co prawda już kiedyś  był razem z Emilem i jego mamą na takim  spływie, ale było to niesamowicie  dawno, bo Emil miał wtedy  chyba  z dziesięć lat, albo nawet nieco  mniej.  Emil zupełnie  nie pamiętał tego spływu. Przed powrotem do  domu wstąpili jeszcze do pobliskiego  biura podróży "niedalekich" by dowiedzieć  się kiedy  można  skorzystać  z ich usług w kwestii spływu. Okazało się, że mogą wybrać  się nawet następnego  dnia.  Rano o 9,00 przyjedzie po nich "pracownik", a tak naprawdę to zięć właściciela owego  "biura", świetny, odpowiedzialny  młodziak, jak  zapewniał właściciel, zabierze ich spod  domu, zawiezie do Sromowców Wyżnich, potem odbierze w Szczawnicy, pojadą do  Dębna by obejrzeć drewniany zabytkowy kościółek i potem wrócą do Zakopanego. Zamek w  Niedzicy  obejrzą  głównie  z  zewnątrz, bo chociaż  jego część jest muzealna, to ciągle  jeszcze coś jest  w remoncie i praktycznie się go nie  zwiedza. No a  z Dębna powrócą  do Zakopanego.

I rzeczywiście następnego dnia o godzinie 9,00 rano stanęło pod domem porządne BMW. Okazało się, że tego  dnia oni są jedynymi  klientami tego  biura i  nie  będzie  potrzeby  zabierania z  Zakopanego innych turystów,  więc  zamiast  busikiem  pojadą "zwykłym" samochodem. "Młodziak" okazał się bardzo sympatycznym i kontaktowym człowiekiem.

W czasie drogi dowiedzieli  się, że jest  studentem krakowskiej  AWF, że ma jeszcze  rok do skończenia studiów na wydziale  fizjoterapii, że ma trzyletnią córeczkę, którą ubóstwia. Bo mała jest prześmieszna i jest pod  względem psychiki odbiciem jego żony - zawsze dopnie  swego. A robi to w rozkoszny sposób, bo wpierw do niego przyjdzie, przytuli się, da  buzi a dopiero  potem powie co od niego chce. Emil go pocieszył, że większość kobiet potrafi postawić na swoim, a spora  ich  część przeprowadza to  w sposób  zupełnie   bezbolesny i taki, że facet ma przekonanie, że sam na to wpadł, a nie  że to był pomysł kobiety.

Och, ma pan rację - nie planowałem żeby  mieszkać  razem  z teściami i co? - mieszkamy  z nimi. Po prostu ja tu mieszkam od piątku wieczorem do poniedziałku rano i we wszystkie  dni gdy  nie muszę  być na uczelni. Przecież gdybyśmy mieszkali  sami, to przez  cały  tydzień moje  dziewczyny  byłyby same. Żona jest zatrudniona w firmie  teścia na pełnym  etacie- oczywiście nie jeździ z turystami ale i tak  ma sporo pracy i może ją wykonywać  nawet w pokoju  małej, bo tu jest  sporo  papierkowej  roboty. Teściowie oboje  uwielbiają małą, jest ich oczkiem  w głowie. Ja jestem  spokojny, bo wiem, że obie  są pod  dobrą opieką. Teściowa nie należy  do babć, które rozwydrzają dzieciaki.  Teściowa już ją przygotowuje na pójście  do przedszkola, mała już była kilka razy z wizytą w przedszkolu i nawet raz została  tam na  godzinę sama z dziećmi i wychowawczynią. Nie bała się,  nie płakała,  a potem w domu opowiadała  dziadkowi jak jest  w przedszkolu. I bardzo  się jej podobało w Krakowie bo tam  spała  razem z nami w jednym łóżku i raz  się mogła przytulać  do mamy a raz do taty. A we wrześniu będzie na pewno  szczęśliwa, bo "tata będzie w domu"- po prostu będę cały wrzesień na praktyce w tutejszym szpitalu ortopedycznym. Najbardziej mnie zawsze  rozbawia gdy  dostaje  jakiś  nowy ciuszek, zaraz go przymierza i  przybiega do każdego w domu i pyta się , czy ładnie w tym wygląda- zupełnie jak jej mama. Jedyny kłopot, to pamiętanie cały czas o tym, że to dziecko ma  niestety  uszy i wszystko łapie, więc trzeba  bardzo uważać co  się mówi na głos.  Ostatnio zapytała  się babci co to jest  cholera. Babcia  tłumaczyła, że to bardzo niemiła  choroba, uciążliwa  dla  człowieka i czasem gdy człowiek dorosły  jest bardzo zdenerwowany, to mówiąc "cholera" podkreśla, że jakaś  sytuacja jest dla niego taka ciężka i przykra  jak ta choroba. Mała  wysłuchała a potem przyniosła zepsuty śrubokręt z którego ze starości odpadł drewniany uchwyt i powiedziała: "ta  cholera się dziadkowi  zepsuła". Obiecałem jej, że gdy będę miał czas to postaram  się naprawić dziadkowi ten śrubokręt. Ale ta  "cholera" nieźle jej utkwiła  w  główce, bo któregoś dnia  niosła  klocki w tych  małych łapkach i jej wypadły, więc stwierdziła: cholera, wszystko mi się rozsypało. I znów  się musiała treściowa  natłumaczyć, że nie powinna tak mówić, bo to nie jest  ładnie. I wyobrażam  sobie  co się potem nasłuchał teść od teściowej.

Gdy zajechali do Sromowców Wyżnych pan Tomek ( bo tak  miał ich  opiekun  na imię) oddał ich  w ręce jednego z flisaków. Powiedział, że będzie na  nich czekał w Szczawnicy.

Adela stała na brzegu wpatrując  się w stojącą przy brzegu tratwę. W końcu powiedziała do Emila - nie podobają  mi się te tratwy - wyglądają niczym  niedokończone  trumny, nie wiem, czy mam ochotę  tym czymś płynąć. Poza tym w moim odczuciu taka  tratwa to mało sterowna  jest a one nawet żadnego steru  nie mają. Emil przytulił ją- widzę, że moje Maleństwo boi  się płynąć czymś  mniejszym niż Batory. Nie bój  się, flisacy pływają   "tym czymś" od lat i jak na razie nic nikomu się  złego nie stało. A ster nie jest na takiej jednostce potrzebny- woda jest  tu płytka,  na każdej tratwie  jest dwóch flisaków z długimi wiosłami, którymi się odpychają od  dna.  A sterowanie polega na zanurzeniu tegoż wiosła pod odpowiednim kątem  w  wodzie- wtedy pełni ono  rolę steru.Weź pod uwagę  fakt, że oni tak pływają  cały dzień. 

Mogę  ci zacząć opowiadać o Zamku Dunajec. Bo ten  zamek w Niedzicy ma nazwę Dunajec i został ukończony w XIV wieku. Nazwa Zamek Dunajec jest  zapisana w dokumentach z 1325 roku jako własność rodu Berzeviczych, panów na Brzozowej, wnuków Komesa spiskiego Rudygera z Tyrolu. Początkowo był węgierską strażnicą na  granicy  z Polską.  Jest opowieść, że pod koniec XVIII wieku na  zamku rezydowali Inkowie, potomkowie Tupaca Amaru II oraz  część arystokracji inkaskiej, chroniąc się przed hiszpańskimi prześladowaniami i na terenie  zamku ukryli część  skarbu przeznaczonego na sfinansowanie powstania  przeciw Hiszpanii. I do dziś ludzie  wierzą w tę opowieść i  co jakiś czas  szukają skarbu. A wszystko przez  to, że zaraz po drugiej wojnie światowej  znaleziono tu inkaskie "kipu", które ponoć wskazywało na to, że tu są ukryte  skarby. 

A kipu  było trójwymiarowym  sposobem  zapisu danych  liczbowych w prekolumbijskich  cywilizacjach. Wiem, że w pewnej chwili poddano  'kipu" analizie komputerowej i wykazała ona, że były to jakieś  dane  liczbowe, ale do dziś nie wiadomo, jak zapisywane inne, słowne  dane. Być może, że były one przekazywane  tylko ustnie przez  zaufanych posłańców. Tych "kipu" jest po prostu zbyt mało, żeby  można to dobrze  zanalizować. To były poziome liny utrzymujące szereg pionowych  zwisających  sznurków, na których były węzełki, różnej wielkości,  w różnych odstępach i te pionowe  sznurki były też w różnych kolorach.

Do Adeli i Emila  podszedł Piotr - chodźcie, już mamy na  naszej tratwie komplet. My usiądziemy na zewnętrznych końcach ławek,  dziewczyny będą  w środku.  Bardzo sympatyczny ten flisak, któremu nas przekazał pan Tomek. Teraz  to tu jest porządek, wiadomo kto czyich klientów  wozi. I turystom  tak jest wygodniej i flisakom. No i dobrze, że to jest  jeszcze przed  sezonem. Będziemy płynąć około 2 godzin. Wniosek z tego taki, że tratwa będzie płynęła  z obłędną  wręcz szybkością 9 kilometrów na godzinę - do pokonania jest wszystkiego 18 kilometrów.

A co Maleństwu jest, że takie jakieś  zgaszone  dzisiaj - dopytywał się Piotr. Bo Maleństwu nie podobają  się te tratwy - odpowiedział  Emil. Córeczko,  to nie są klasyczne tratwy, to są łódki razem połączone. I każda taka jedna  łódka najzwyczajniej  w świecie  może pływać po wodzie. A poza tym Dunajec to nie Jukon, ani nie jest  tak szeroki  ani głęboki. A poza tym nie wiem czy wiecie,  ale firma nas ubezpieczyła. Taka mała cywilizacja i  tu  dotarła.

Emil  z Piotrem usadowili swe panie , Emil od  razu otoczył swe maleństwo silnym , męskim  ramieniem i szepnął jej  do ucha - już wiem co jest grane, dziś jest 26 dzień i dlatego jesteś  taka nieco rozbita i w marnym nastroju. Jesteś niesamowity- stwierdziła Adela. Wyciągnęła notesik i zerknęła w niego- masz rację, mój panie  wszystko wiedzący. Emil zerknął w zapiski i spytał-a co to za czarne  serduszka ja tu widzę? To są oznaczone  dni, kiedy się nie kochaliśmy. Bo mój pan doktor każe zaznaczać  dni w których para  się kocha, no ale wtedy miałabym  za dużo serduszek  do rysowania,  więc ja  oznaczam  czarnymi serduszkami dni bez seksu- przynajmniej  mam mniej rysowania. I to jak widzisz bardzo  dużo  mniej. Ależ  z ciebie cwaniutkie  stworzenie! - śmiał  się  Emil. Świetnie to wymyśliłaś. Uwielbiam cię, wiesz? Adela pokiwała głową - wierzę  ci, inaczej byś  ze mną  nie wytrzymał nawet jednego  miesiąca. Ciągle mi ciebie mało. Już  się martwię, że nie  będziemy pracować  w jednym pokoju.

To znaczy, że mamy ten  sam problem, tylko obiekty nam  się  różnią. Tak  bardzo  się przyzwyczaiłem by  zerkać  na ciebie w pracy, że  nie  wiem jak ja bez ciebie  wysiedzę w pokoju. No właśnie, mamy teraz  problem. No ale pomyśl, że nadal będziemy razem rano jeździć do pracy i razem  wracać, będziemy  mogli sobie  razem wypijać kawę w barku. Ale to wszystko dopiero od października, bo ty Maleństwo przechodzisz od pierwszego sierpnia  a ja dopiero od października, czyli dwa miesiące będziemy daleko od  siebie. Ale będę po ciebie przyjeżdżał. Będziemy  mieli dobrze  gdy oddadzą pierwszą  nitkę metra. Zobacz Maleństwo, kaczki słowackie. A  skąd wiesz, że one  są  słowackie? No bo są przy  słowackim brzegu my płyniemy środkiem  a granica  jest na  środku rzeki.  Zobacz  maleństwo, jak tu jest płytko i jaka  czyściutka jest tu  woda! A Pieniny ci  się podobają? Podobają,  a najważniejsze, że nie  muszę  się tam  wcale  wdrapywać.  Kościelec wyczerpał mój tegoroczny limit na  łażenie po górach. Bo chodzenie po  dolinach tatrzańskich jest poza moim limitem wysokogórskim. I jakaś   strasznie  zimna ta woda - stwierdził po chwili  Emil wyciągając rękę  z wody.

                                                             c.d.n.

poniedziałek, 13 czerwca 2022

Trudny wybór- 41

 W domu czekała na Adelę i Emila  zapiekanka makaronowa, którą  zjedli w czwórkę. Adela gdy  usiadła do  stołu zaczęła dopiero wtedy odczuwać  trudy tej  wycieczki. Była tak  zmęczona, że nie  miała  siły jeść. Zjadła mniej niż jedną  czwartą  swej porcji i odstawiła talerz mówiąc - nie mam  siły jeść chociaż mi bardzo  smakuje. Muszę jeszcze  zostawić  trochę  siły by wypić sporo, bo  za mało  dziś piłam, zaczynają mnie  chwytać kurcze w podbiciu stóp. Przeniosła  się na  kanapę i pomału piła  wodę z sokiem z  cytryny. Emil szybko zjadł i też  przeniósł  się na kanapę by pomasować  jej stopy. Ale Adela stwierdziła, że raczej  zrobi sobie kąpiel z olejkiem sosnowym i  w czasie kąpieli będzie  piła. 

Maleństwo,  a dlaczego nie piłaś w drodze, przecież mieliśmy  ze sobą picie?- dopytywał  się Emil.  Adela popatrzyła  na niego z politowaniem- po prostu  dlatego, że jak  się pije  to trzeba potem ten płyn  z siebie  wydalić,  a ja  bardzo nie lubię  sikać w krzakach. No ale przecież   było cały czas pusto,  nie musiałaś wchodzić  w jakieś  krzaczory.  Mileczku, ale za każdym razem muszę niestety w tym celu się co nieco  rozebrać. Zauważyłeś  chyba że  nie mam poręcznego wyposażenia do  sikania, a do tego  muszę ukucnąć  z gołą pupą w trawie, która nie jest skoszonym równiutko trawnikiem. No fakt, nie pomyślałem o tym. To pójdę i natoczę  ci wody, dobrze? 

Ciepła kąpiel z olejkiem sosnowym pomogły nieco Adeli. Po kąpieli siedziała w objęciach Emila  i lekko przysypiała, a on oglądał jakiś mecz tenisowy, co jakiś  czas podstawiając Adeli szklankę  z  piciem. Około 10,00 wieczorem Adela stwierdziła, że teraz to już by mogla  coś  zjeść, więc Emil odgrzał jej porcję zapiekanki. Gdy jadła powiedział - podziwiam  cię Maleństwo- zrobiliśmy  dziś około 20 a może i trochę ponad 20 kilometrów. Nieźle jak na takie  nieduże  stópki jak  twoje! I jak twój kontuzjowany paluszek, pokaż. A co on taki żółty- zdziwił się Emil. Adela  - uśmiechnęła  się - pewnie ma żółtaczkę od maści propolisowej. To świetna  maść, ma tylko jeden feler - kolorek dość paskudny,  a na dodatek dość trwały.

 Milek, ja już pójdę  spać, a ty? No przecież jasne, że ja też, muszę cię przecież do snu utulić. Utulona, wycałowana i wygłaskana  Adela przespała całą  noc  w objęciach Emila. 

Obudzili  się około 9 rano, Adela sprawdziła  czy ją już nic  nie boli i stwierdziła, że skoro pogoda nadal ładna, a ona w całkiem dobrej kondycji, to nie ma co się lenić i trzeba się gdzieś wybrać. A ponieważ już o 9 rano były 24 stopnie, to mogą się wybrać do Doliny Olczyskiej. Oczywiście będzie  fajnie, jeżeli i  rodzice  z nimi  się wybiorą.  Nie będzie tam z całą pewnością tłumów, wezmą swój turystyczny koc z impregnowanym spodem i będzie  się można trochę poopalać. Od razu, póki "świeżo  w głowie" Adela  naszykowała koc i słoik kremu i dwie cienkie czapeczki bawełniane  z  daszkiem, żeby osłonić  głowy od  słońca. W czasie  śniadania rodzice podjęli decyzję, że chętnie  wybiorą  się wraz  z nimi, więc wezmą samochód, podjadą na Jaszczurówkę skąd  się  zaczyna  szlak do Doliny Olczyskiej a samochód  zostawią na parkingu w pobliżu kaplicy.  Na hasło "poopalamy  się trochę" obaj panowie zrobili dziwne  miny, no ale jedyne  co mogli zrobić to zostać  w domu i wypuścić  swe panie by same wędrowały Doliną Olczyską a potem same się opalały. Ale takie  rozwiązanie  żadnemu z nich  nie podobało się. Obaj dostatecznie  długo byli  sami, bo jak określał to Emil - nie lubili się  "rozdrabniać".

Dolina Olczyska jest świetna na  słoneczne  dni, bo droga biegnie cały  czas lasem, jej  dnem płynie potok, który się kilka  razy przekracza. Poza tym nie jest to wielokilometrowa  droga.  Blisko wejścia do Doliny zauważyli na jednym   z drzew tabliczkę z informacją, że w stojącej w pobliżu willi można skonsumować truskawki z bitą śmietaną. Panowie mieli ochotę by zaraz przeprowadzić  degustację,  ale Adela stwierdziła, że jeśli to będzie śmietana zbierana z mleka  od "prawdziwej krowy" a nie z mleka  z mleczarni, to lepiej by zjedli to tuż przed powrotem  do  domu, bo nie  wiadomo jak ich wątroby zniosą taką prawdziwą, wiejską, pełnotłustą  śmietanę, a  na Polanie  Pod  Kopieńcami nie ma toalet.

Zgodnie   z przewidywaniami Adeli na Polanie  pod  Kopieńcami nie było turystów. Nic  dziwnego, bo widokowo hala nie jest ciekawa, a Kopieńce nie są tak atrakcyjnymi  szczytami jak  Kościelec czy Granaty lub chociażby  Koszysta. Było cicho, pusto, nieco sennie i tylko brzęczały różne owady.  Adela  była tu  kiedyś  zimą i teraz  stwierdziła, że  zimą było tu znacznie   ładniej - zabytkowe  szałasy pasterskie były zasypane  śniegiem i nie było ich  wcale widać- wyglądały po prostu jak kopce śniegu. Było jeszcze  ciszej niż teraz, bo nie brzęczały jakiekolwiek owady. Po dwóch  godzinach plażowania  wszyscy mieli dosyć  słońca i podjęli decyzję o odwrocie. Niestety truskawek z bitą śmietaną już nie było - widać ten  punkt  był znany okolicznym wczasowiczom.

Wracając obejrzeli dokładnie kaplicę, którą  zaprojektował Witkiewicz, propagator  stylu  zakopiańskiego, którego był  gorącym orędownikiem.  Budowa kaplicy rozpoczęła  się w 1904 roku, a jej ukończenie i poświęcenie  w 1907 roku. Jest ona typowym przykładem stylu  zakopiańskiego, jej konstrukcja  zrębowa jest na wysokiej,  kamiennej podmurówce a dach  jest kryty  gontem.

Gdy oglądali ów obiekt  Adela stwierdziła - tacy ludzie  jak Witkiewicz powinni  żyć  wiecznie. Był po prostu niezwykłym człowiekiem o bardzo  wielu  zdolnościach. Był malarzem, rysownikiem,  fotografikiem, dramaturgiem, powieściopisarzem, filozofem, teoretykiem i krytykiem  sztuki. I w gruncie rzeczy bardzo nieszczęśliwym  człowiekiem, który widział i odczuwał  więcej niż inni. Więc nic  dziwnego, że często wpadał w stany  depresyjne. W wieku 54 lat popełnił  samobójstwo na wieść, że Armia Czerwona zaatakowała  zbrojnie  Polskę. Podoba  mi się jedna  z jego myśli, która  staje  się coraz  bardziej  aktualna. "W świecie, który staje  się  globalną  wioską szaleństwo jest  zaraźliwe i powszechne".

Niewiele  wiem o Witkiewiczu - stwierdził Emil, ale  zawsze  słyszałem, że tworzył pod  wpływem narkotyków.

A wiesz o tym, że wszystkie jego seanse narkotyczne odbywały  się pod kontrolą lekarską? Czy któryś z ćpunów ćpa pod kontrolą  lekarską? Owszem,  chciał się sam przekonać co człowiek odczuwa po różnych substancjach halucynogennych. A wiele jego dzieł powstawało właśnie  w okresie ścisłej  abstynencji nawet od  alkoholu a zwykłej kawie  lub herbacie  dorabiał sam Witkiewicz "wyrazu" zmieniając  jej nazwę na bardziej intrygującą.

Emil przyciągnął Adelę do siebie i wyszeptał jej do ucha - dobrze, że nie żyję z nim równolegle - nie miałbym zapewne  wtedy u  ciebie żadnych  szans - przewyższałby mnie o kilka głów.  Adela roześmiała  się - no jasne, był wysoki,  dobrze  zbudowany i  ciemnowłosy. Ale ty kochanie, też nietuzinkowo myślisz i zapewne  dlatego udało nam  się w sobie  wzajemnie  zakochać.

No ale nie umiem ani malować,  ani rysować, nie piszę powieści ani dramatów - brnął dalej Emil. Już nawet od konstrukcji odszedłem. No ale  robisz coś innego, jesteś po prostu  dobry w innej dziedzinie, o której Witkiewicz nie miał pojęcia. Umiesz niezwykle  jasno i  zrozumiale  formułować  swoje  myśli, a wbrew pozorom  to wcale nie jest łatwe w tekstach  stricte  technicznych, które mają służyć również osobom nie związanym zawodowym  doświadczeniem  z techniką. Dla mnie jesteś pod  każdym względem najlepszym facetem  pod  słońcem.

Gdy wsiadali do samochodu Emil zapytał - no to co teraz  robimy? Ja to bym chętnie  coś zjadła - stwierdziła Adela. O Boże - cud! cud! Moja żona  jest głodna! - stwierdził Emil.  Musimy  z tego  skorzystać! Jedziemy  w takim razie na jakiś przyzwoity  lunch. Gdzie, kochanie, chcesz  dziś jeść? Może w tym hotelu co jest niedaleko od naszej  kwatery? Oczywiście, możemy tam, jeśli i  rodzicom  to odpowiada. To ja jakąś pizzę dziś  zjem -stwierdził Emil. Strasznie dawno pizzy nie jadłem. Adela  roześmiała  się - jeszcze chwila a  dowiem  się, że przestałeś  zajadać  się pizzą od dnia  w którym   mnie przywiozłeś uprzejmie do pracy, bo  ci  apetyt odebrałam.  A skądże! już  wcześniej przestałem bo nie mogłem nigdzie   znaleźć dobrej pizzy. Mam wrażenie, że to kwestia mąki, w końcu najwięcej  w pizzy to jest  ciasta. Te na cienkim cieście  były twarde jak  karton, a te na grubym były szalenie mocno traktowane pieprzem. A jak wiesz nie jestem  amatorem tej przyprawy sypanej  bez umiaru. A ty Maleństwo kiedyś zrobiłaś coś,  co nazwałaś , że to jest  prawie  pizza i to było pyszne. Adela wpadła w głęboki namysł - a pamiętasz co było na wierzchu?  Pamiętam - paski szynki i kawałki ananasa. I to było świetne! 

No to wiem co to  było - to było ciasto z gotowanych kartofli. Wpierw podpiekłam samo  ciasto a potem dołożyłam  szynkę i osączone  plastry ananasa z puszki i ponownie wstawiłam  do  piekarnika. I naprawdę udało się nadspodziewanie   dobrze. Ktoś mi kiedyś mówił, że w Polsce  szkodzi  mu każde pieczywo, a we Włoszech zajada się tamtejszymi chlebami, bułkami i  nic mu nie jest. I ten ktoś wysnuł teorię, że to kwestia  mąki, a tak  dokładnie  warunków uprawy pszenicy. Prawdopodobnie u nas stosuje  się  zbyt dużo środków ochrony  roślin. A przecież  część tego paskudztwa wnika do roślin, które uprawiamy. 

Maleństwo, a zróbmy któregoś  dnia taką niby pizzę. Obiorę kartofle, ugotuję a ty potem mi powiesz co  dalej.

Adela pokiwała głową- nie ma problemu- ugotujemy  kartofle, potem je rozgnieciesz na miazgę, dodamy jajko całe i pianę z jednego jajka, upieczemy ten spód, a potem go jeszcze podpieczemy z  jakimi będziesz  chciał dodatkami. Ogólnie rzecz ujmując to gotowanie  nie jest takie  strasznie trudne - najważniejsze to  nauczyć się  gotować to co  domownicy  lubią.  A co lubiłeś z meksykańskiej  kuchni? 

Gdyby nie  walili  do  wszystkiego tej pasty fasolowej i tej  piekielnie  ostrej  papryki to pewnie  bym lubił wszystko. Bo zasadniczo to były fajne główne  składniki, czyli mięso  albo  mielone  albo drobno krojone, tylko piekielnie  dużo  chili walili w to wszystko.Pod  koniec pobytu to najczęściej jadłem bataty w różnej  postaci, na tortille to się już  patrzeć nie mogłem. No ale nasze  naleśniki jakoś zjadałeś bez problemu. Po pierwsze to nasze naleśniki a ich to są dwie różne  bajki, tamte są z mąki kukurydzianej z b. małą  domieszką mąki pszennej.  No i pod  koniec to sam  sobie gotowałem. Dusiłem kawałki kurczaka i dodawałem do tego różne warzywka. A jak byłem  głodny to się opychałem  słodyczami. Dziwnym trafem do ciasta  nie pchali chili. A ty Maleństwo gotujesz wszystko co lubię i  wszystko mi smakuje  co zrobisz. No i pamiętaj, że nie mam oporów by w kuchni coś podziałać.

                                                                 c.d.n.