poniedziałek, 13 lutego 2023

Lek na wszystko -55.

Pan Jacek był zachwycony konsultacją z Krystianem, z kolei Krystian był zachwycony tym,  że pan Jacek miał wszystkie dokumenty starannie posegregowane, pochowane w oddzielne "żelatynki", podzielone tematycznie. W segregatorze był wykaz dokumentów które się w nim znajdują. Poza tym pan Jacek bardzo rzeczowo zwerbalizował na  czym mu zależy.

Gdy skończyli rozmowę pan Jacek powiedział, że chce od razu uregulować należność za poradę, czym bardzo rozśmieszył Krystiana.  Przecież ja w niczym panu nie doradziłem, ma pan nadzwyczajny porządek we wszystkich dokumentach - to rzadko  spotykane, proszę mi  wierzyć. Poza tym ja tu nic nie będę miał do roboty. Myślę, że będzie lepiej gdy pan akty notarialne załatwi u któregoś notariusza w Warszawie, niż u siebie. Jeśli pana żona wystąpi o rozwód to jej adwokat tu przyjedzie. Osobiście wątpię, by chciała prowadzić sprawę na odległość, poza tym będzie taniej gdy sama tu w tym celu zjedzie. Mimo wszystko w złotówkach wypada  taka atrakcja taniej. Panu, jak pan twierdzi  nie  zależy na rozwodzie, zresztą macie państwo rozdzielność majątkową. A gdy się pana żonie zamarzy rozwód tak bardzo, że tu przyjedzie to wtedy panem zajmie  się mój kolega - ja się nie bawię w rozwody. Może kiedyś będę. Teresę rozwodził mój kolega, stawał zamiast niej w sądzie.

No ale przecież czas panu zabrałem - tłumaczył pan Jacek - a czas to pieniądz. Nie każdy czas to pieniądz- tłumaczył Krystian. A poza tym jest pan przyjacielem mego brata, a to jest pierwszy przypadek, że udzielam komuś z jego przyjaciół jakiejś porady. Tak dokładnie to drugi - moja pomoc przyjaciółce Tesi skończyła  się moim małżeństwem  z nią. No ale tam to były nerwy, bo nie było wiadomo gdzie  są dokumenty - a były cały czas  pod naszym nosem, w ukrytym sprytnie sejfie. A gdyby się nie znalazły to bym się setnie nabiegał i "nagłówkował".

Muszę panu powiedzieć, powiedział pan Jacek, że tworzycie razem zupełnie nie dzisiejszą rodzinę i bardzo się cieszę, że pana brat ma tak mądrą, ładną i dobrą kobietę za żonę.  To jego pierwsze małżeństwo to była  katastrofa na  miarę Titanica. A junior jest super dzieciaczkiem. A kiedy pani Alina ma termin? Za pełne trzy miesiące. Chcemy by rodziła  w tej samej klinice co Tesia. To był poród z komplikacjami, ale  podjęto decyzję o operacji i jak  widać była to  właściwa decyzja. Bo mój bratanek wymyślił sobie, że wyjdzie nóżkami do przodu i potem okazało się, że miał pętlę z pępowiny wokół szyjki. Ale na  szczęście tylko jedną, luźną i nie był przyduszony nią. 

Pan Jacek pokiwał  głową - no tak, dobrze, że lekarz miał duże  doświadczenie i w porę podjął właściwą  decyzję. A pan  też chce  być przy narodzinach  dziecka?  Ja  chcę, ale  moja żona nie  chce żebym był, bo jej zdaniem nie jest to "estetyczny  widok", zwłaszcza  gdyby poród  był całkiem prawidłowy bez komplikacji, a do tego ze znieczuleniem zewnątrzoponowym. Na próżno jej tłumaczę, że szpital sam dba o ową "estetykę" i partner przebywa w strefie od talii od głowy, reszta się dzieje za zasłoną- taki jest standard, nie tylko na sali zabiegowej ale i w pokoju rodzącej. Nie wiem jak jest w innych klinikach, w tej jest  właśnie tak.  Ja na razie mówię jej, że to wszak ona  rodzi, nie ja, więc będzie tak, jak ona to sobie  wymyśli. Ale jestem przekonany, że będzie tak, jak jej Tesia nakaże - ona jest bardzo przywiązana do Tesi, zupełnie jakby Tesia  była jej matką lub starszą  siostrą. A są z tego samego rocznika i nie  są spokrewnione, ale przyjaźnią  się od szkoły licealnej.

Pan Jacek chwilę milczał a potem powiedział - mam wrażenie, że obie wasze rodziny są zgodne głównie dlatego, że wy wszyscy nie jesteście pod wpływem swoich rodziców. Bo ojciec pana bratowej zupełnie nie ingeruje w  wasze życie, jak to niestety robi wielu rodziców.

Tak, to prawda - potwierdził Krystian. To bardzo kochany i wyrozumiały człowiek. Bratu i  mnie zastępuje rodziców, jak się śmieje Tesia to jej ojciec zaadoptował nas  wszystkich. A poproszony o radę wpierw zawsze wysłucha naszego zdania, potem nas nieco mobilizuje byśmy się bardziej  wczuli w sytuację i obejrzeli  wszystko z różnych stron, nie tylko z własnego punktu widzenia. Ja się z nim lepiej dogaduję niż kiedyś z własnym ojcem. A nasi rodzice przyjaźnili  się z rodzicami Tesi.

Prawdę mówiąc to ja- powiedział pan Jacek - już zdążyłem polubić ojca pana bratowej. A pana bratową to jestem  wręcz  zachwycony! I szalenie  cieszę  się, że Kazik ma teraz tak udany  związek. No i mają zupełnie nadzwyczajnego synka! 

Od kilku lat wiem, że mam syna. Bo przedtem nie  miałem pojęcia, że on istnieje. To już dorosły człowiek. Historia nieomal filmowa - miałem romans, dość długi, trzyletni. Mówiłem dziewczynie, że nie mam zamiaru się żenić. W pewnej chwili "czar prysł", nie przyszła na kolejne spotkanie, stała się nieuchwytna, dostałem list, że to koniec naszej znajomości, że wyjeżdża, bo jest kimś innym zainteresowana. 

Po wielu latach od tamtego czasu pojawił się u mnie chłopak mówiąc, że jest prawdopodobnie  moim synem. Moje dane  znalazł w listach, które były w domu i w pamiętniku pisanym przez jego matkę, która zmarła na złośliwą postać nowotworu. Dał mi ten pamiętnik do przeczytania. Przeżyłem  szok, bo pisała  w pamiętniku, że ogromnie  mnie  kocha,  że w pewnym  sensie  rozumie, że ja nie chcę się wiązać na stałe, ale ona chce mieć  dziecko, moje, więc je urodzi, ale zniknie z mojego życia  razem z dzieckiem. Omal nie umarłem z rozpaczy gdy to czytałem. Zrobiliśmy badania genetyczne, które rozwiały wszelkie wątpliwości. Byłem już wtedy żonaty, nic nie powiedziałem mojej żonie, która  z kolei za nic  w świecie  nie chciała  mieć  dziecka. 

W tajemnicy przed  żoną finansowałem jego studia, choć on wcale o to nie prosił, kupiłem mu w Gdańsku mieszkanie.  I dlatego jakoś wcale mi nie tęskno do powrotu żony z Kanady. Mam zamiar ją poinformować o tym, że mam syna. Ciekawe co zrobi gdy jej o tym napiszę. Syn ma nazwisko matki, ale może je zmienić gdy przedstawimy w urzędzie wyniki badań genetycznych i moje oświadczenie, że w tamtym okresie współżyłem z jego matką. Nie potrzebny jest do tego żaden sąd, dostanie nową metrykę. I dlatego chciałem by pan przejrzał wszystkie  dokumenty, bym mógł swobodnie manewrować własnym majątkiem.

Krystian słuchał opowieści pana Jacka i jakoś trudno mu było ukryć zdumienie- ojej, to rzeczywiście nadaje się na filmowy scenariusz - powiedział. A pana żona zapewne wyzwie pana od oszustów i zażąda rozwodu. Ale z drugiej strony każde z was ma własny majątek chroniony intercyzą.  No właśnie - roześmiał się pan Jacek - wspólne to mamy służbowe mieszkanie, którego dotąd nie wykupiliśmy. Ona ma jakiś kawałek gruntu w Warszawie, po swoich rodzicach. Co prawda wspólny z siostrą, ale całkiem spory, dwa domy jednorodzinne z ogródkami można tam wybudować. Na razie stoi tam garaż na dwa  samochody, w który obie  zainwestowały i teraz  go wynajmują. Co zabawniejsze to ani moja  żona  ani jej siostra nie potrafią prowadzić samochodu.  Ale wpadły na pomysł wybudowania  garażu.

To chyba już wszystko co powinien pan wiedzieć. Patrząc się na  maluśkiego Aleksandra szalenie żałuję, że nie widziałem swego  syna  wtedy, gdy był w jego wieku. I mam żal do jego matki, że zafundowała  sobie dziecko nic  mi o tym nie mówiąc. Ale mój żal nie  wskrzesi jej, nie przywróci tamtych lat. Pytałem się syna, czy zostały jakieś zdjęcia, bo jego mama bardzo lubiła  się fotografować.Twierdzi, że nic nie znalazł, ma tylko jej zdjęcia w dokumentach - w dowodzie osobistym i paszporcie oraz w jakiejś legitymacji. Nie da  się ukryć, że skrzywdziliśmy się wzajemnie. Ja bo jeszcze  nie byłem gotowy do małżeństwa i uczciwie o tym jej powiedziałem, ona w rewanżu ukryła przede mną fakt, że jest w ciąży. Przecież mogła mi powiedzieć, że ona bardzo pragnie  dziecka. Mogliśmy mieć to dziecko nawet bez  ślubu i pobrać się nieco później. Całe szczęście, że pisała ten pamiętnik i nie zdążyła go zniszczyć przed śmiercią. Paweł mówił, że ona umarła  w szpitalu, więc pewnie  tylko dlatego ten pamiętnik przetrwał. On dość długo się zastanawiał nad tym, czy ma się ze mną kontaktować. Jak mi powiedział to sprawdzał wpierw jakim jestem człowiekiem, skoro jego matka postanowiła być "samotną matką". On też nie  może zrozumieć dlaczego matka nie pisnęła mu ani słowa o mnie.

Do pokoju "wtargnął", wpierw zapukawszy, Kazik. Ja tylko chcę się dowiedzieć czy mam was obu uwzględnić robiąc kawę - powiedział. Chodź Kaziku, chodź - właśnie  się skończyłem spowiadać u twego brata-  powiedział  szef. Zaraz się będę żegnał, chociaż  dziś jeszcze nie  wracam do jednostki. Przenocuję w Warszawie. Mam tu przecież  mieszkanie. 

 A   ma pan tam coś do jedzenia, picia itp? Może będzie lepiej gdy pan przenocuje w naszym drugim mieszkaniu, 10 minut spacerkiem stąd?  Albo wręcz u nas, w tym właśnie pokoju. Ta sofa jest rozkładana i całkiem nieźle  się na  niej śpi. Na pewno przed dziewiątą rano nikt pana w tym domu nie obudzi. Aleks otwiera jedno oko przed siódmą, dostaje mleko i śpi dalej z reguły do dziewiątej. Ja jutro jeszcze nie jadę do Instytutu, tata nawet jeśli wstanie to wychodzi  "na pokoje" dopiero między  dziewiątą  a dziesiątą. Tu jednak jest pięć pokoi - jak na trzy i pół osoby to jest jeszcze luz. Co prawda jeden pokój  jest bardzo mały, no ale jest  i mamy tam sporo szaf- praktycznie dwie  ściany obudowane tak jak tu. Aleks śpi w  naszej sypialni i nie płacze w nocy. W drugim mieszkaniu są trzy pokoje, pełna lodówka i zamrażarka i jest ono na pierwszym piętrze. Tylko może nie być miejsca  do zaparkowania, więc byłoby lepiej przemieścić się tam bez  samochodu. Poza tym nie  wie pan, czy w pana mieszkaniu wszystko działa aktualnie jak należy.  Jest zima, okres świąteczny, proszę zostać u nas, ewentualnie  w naszym  drugim mieszkaniu. To naprawdę żaden kłopot dla nas. 

No ale co powie pani Teresa? - sumitował  się szef. Tesia i ja myślimy jednakowo - zapewnił szefa Kazik. Tata też na 100% jest  zdania, że powinien  pan u nas  zanocować. Poflirtuje pan jeszcze  trochę z Aleksem, to bardzo towarzyskie dziecko. On już o całkiem kulturalnych porach chodzi spać, najczęściej o godzinie 20,00 któreś z nas go  utula  do snu - nie da  się ukryć, że najszybciej usypia przytulony do serca. Sprawdziliśmy to doświadczalnie. U każdego z nas-  taty, Tesi lub  u  mnie zasypia szybko ułożony na  lewej ręce- słyszy wtedy bicie  serca gdy jest przytulony. Gdy leży na prawej ręce to trwa to znacznie  dłużej.  Może powinno  się  mieć pozytywkę z nagraniem bicia serca człowieka  w stanie  spoczynku i ją zamknąć w jakiejś miękkiej zabawce którą by  się kładło dziecku tak, by to słyszało.

No dobrze, dobrze -zostanę u was. No to ja będę się już z Aliną gubił- stwierdził Krystian. Muszę jeszcze ją wziąć na spacer. I proszę mi  wierzyć - ma pan niesamowity porządek w dokumentach i wszystko jest  jak należy. Może pan śmiało omawiać teraz sprawy z notariuszem a pan Paweł zmieniać nazwisko. No i dobrze będzie spokojnie poczekać z poinformowaniem o wszystkim żony - wasz rozwód nie ma już na  nic  wpływu. Niech się kobieta spokojnie zastanowi gdzie chce być,  z kim  chce  być. Przy rozdzielności majątkowej ma pan wolną rękę w kwestii zarządzania  swoim majątkiem, a syn nie  zapłaci ani grosza od  darowizny. Zwłaszcza gdy będzie się to działo po zmianie jego nazwiska. I dobrze będzie przeprowadzić zmianę nim obroni dyplom - wtedy będzie miał ten  dokument już z pana nazwiskiem.  Z tego co wiem to przy sprawach nie budzących  żadnych kontrowersji można to załatwić w jeden dzień.  Zajmie wam to zapewne kilka godzin. I weźcie kilka odpisów.  A co do notariusza - tego osobnika znam, on mnie też- jeśli powie  mu pan, że sprawa,  z którą pan przychodzi jest pilna a pan jest moim klientem to da dobry termin. Pokaże mu pan tę jego wizytówkę z moim podpisem. Czasy takie  dziwne, że często ludzie powołują się na kogoś, kogo nawet na oczy  nie widzieli i wizytówka z podpisem jest świadectwem, że  my się znamy.

                                                                      c.d.n.



czwartek, 9 lutego 2023

Lek na wszystko -54

 Sylwestrowa noc dała wszystkim nieco w kość. W efekcie tę noc Kazik, Teresa i Aleks spędzili w jednym łóżku. Od godziny 23,00 do 2,00 osiedlowi entuzjaści fajerwerków zrobili własny pokaz sztucznych ogni. I chociaż to było 8 piętro i okno  sypialni nie wychodziło na teren, na którym jedni mieszkańcy znęcali się nad drugimi, dochodził do nich hałas. W końcu Kazik z Teresą zasłonili okno od środka wszystkimi posiadanymi  kocami i na tę noc wzięli małego do swego łóżka. Tata ze swego pokoju przeniósł się na noc do gabinetu Kazika na  sofę. Odnalazł w  swoich przyborach  medycznych stopery do uszu i stwierdził, że to jednak pomaga.  Kazik  chciał zatkać uszka  małemu stoperami  z waty, ale "ten  numer" nie przeszedł. Najlepszym sposobem okazało się ułożenie małego pomiędzy rodzicami i dodatkowo objęcie go ciasno.  Rano oboje  byli niewyspani i Teresa  cieszyła  się, że lunch miał być dopiero o godzinie 15,00. Aleks zaraz po  regularnym  śniadaniu zapadł spokojnie w drzemkę, w czym towarzyszył mu Kazik, a  Teresa poszła  do kuchni. 

Prędko zamarynowała  mięso w mieszance miodu i  musztardy i ugotowała na  sypko ryż. Przygotowała  też  mieszankę przypraw, którymi   potem będzie  potraktowane  mięso. Zamiast tradycyjnej  mieszanki czerwonej fasoli i kukurydzy zrobiła  mieszankę zielonego groszku  z kukurydzą.  By nie sterczeć przy garnkach postanowiła  zrobić tym  razem zapiekankę,  zamiast smażenia wszystkiego na patelni. Do "popitki" miała już przygotowany barszcz czerwony.  Nie szykowała  tym razem żadnej warzywnej sałatki- postanowiła podać po prostu zieloną  sałatę z koperkiem.  Na deser była "fałszywa Pawlowa", czyli małe bezy pokryte bitą śmietaną i kawałkami mandarynek i pomarańczy. 

Punktualnie o godz. 15,00 do bramy na dole zadzwonił szef. Kazik tylko się uśmiechnął  i powiedział- punktualność  jest grzecznością królów. Znam go jeszcze  z moich czasów  studenckich - uosobienie super punktualności. Ale ma jeszcze jedną  zaletę - nie czepia się tych  mniej punktualnych. W dziesięć minut później dotarli Alina i Krystian. Rzut oka na Krystiana uświadomił Kazikowi, że się zapewne pokłócił z Aliną. Teresa szybko zabrała Alinę do kuchni mówiąc, że właśnie jest jej potrzebna podkuchenna i w salonie pozostali sami mężczyźni. W kuchni Alina żaliła  się, że Krystian  dopiero niemal przed  domem Kazików powiedział jej, że będzie  jeszcze jeden gość, a ona nie jest na ten fakt przygotowana, ubrałaby się lepiej gdyby wiedziała, że będzie ktoś obcy. 

Teresa popatrzyła się na nią i powiedziała- muszę  sobie to zanotować - właśnie odkryłam, że ciąża nie tylko niszczy kobiecie  sylwetkę ale i niszczy mózg obniżając jej poziom intelektu. Zgłupiałaś chyba doszczętnie - to nie jest żadne ekskluzywne przyjęcie! Jesteś w  ciąży, co nawet bez okularów  widać i  czy będziesz w tym stroju czy w innym to tego faktu nie ukryjesz, nie ma  mowy. Kobiety  w ciąży chodzą w tym, w czym jest im wygodnie i nikogo to ani nie  dziwi ani nie gorszy. Poza tym jest to spotkanie  w pewnym sensie robocze i dzięki  niemu Kris oszczędzi ci jednego popołudnia  jego nieobecności w domu. Ale jak on mógł zaprosić tego faceta do was na lunch!- nie odpuszczała Alina.  Mógł, bo Kazik   go poprosił by się zajął sprawą tego faceta. To przemiły facet, bardzo kulturalny,  zna Kazika jeszcze od  czasu gdy Kazik studiował. Zjemy razem lunch, więc stań przed lustrem i poćwicz uśmiech, a po lunchu Kris i szef pójdą do gabinetu Kazika i tam będą rozmawiać.  Wychodząc za mąż  za adwokata chyba sobie  zdawałaś  sprawę z tego, że jego praca to permanentny kontakt  z ludźmi, bo on pracuje sam, nie na jakimś  etacie , więc ma tak zwany "nienormowany czas pracy". 

A teraz słuchaj - dziś jest zapiekanka, coś jakby gyros, w środku jest groszek zielony i kukurydza. Mając na  względzie twoją ciążę oddzieliłam kawałek zapiekanki bez tych wzdymających dodatków, więc się  zastanów co będziesz jadła- czy tylko ryż z mięsem czy i z groszkiem i kukurydzą. A na deser są beziki z bitą śmietaną i owocami południowymi.

Idź teraz  do nich i podeślij mi Kazika. Po chwili zamiast Kazika przyszedł  Krystian, mówiąc - Kazik nie może przyjść, bo dzierży na kolanach Alka, który  wyraźnie rośnie na gwiazdę popołudnia. Facet w pięć minut stał  się fanem małego, a  mały nawet na  jedną minutę pozwolił  się wziąć panu  Jackowi na ręce, czym omotał go wokół swego małego palca. Masz bratowa  cygańskie  dziecko! A czemu ta  moja taka nabzdyczona?- spytał. No bo ją opieprzyłam. A opieprzyłam, bo się jej należało.  Mówiłam  ci przecież, że jestem  wredna baba. 

Wiesz, to jedzenie jest na dużej  blasze w piekarniku, więc się ciut zastanawiam jak to podać. Byłoby najlepiej, gdyby każdy przyszedł do mnie i tu by dostał talerz z jedzeniem do ręki. Możecie  parami. No pewnie- stwierdził Kris. Ja teraz  to tylko wezmę tę wazę z barszczem. I powiem, żeby sobie  przynosili. Bardzo dobrze, zrobi  się mniej oficjalny  nastrój- stwierdził Kris. Do barszczu to weź tę chochelkę z dzióbkiem, żeby  się dobrze nalewało do kubków- poinstruowała go Teresa. Jak zapewne zauważyłeś obrus jest bardzo kolorowy, plam  nie będzie widać. A Aleksa niech Kazik wsadzi do kojca. Ja go wezmę na kolana, trochę na pewno zje, bo mam dla niego ryż z mięsem i marchewką, potem pójdzie  spać.

Pierwsi przyszli najstarsi - tata i pan Jacek. Cudowny jest ten wasz synek, pani Tereso! Nie dość, że takie ładne dziecko to i grzeczne i towarzyskie! I nawet się nie skrzywił na mój widok, a przecież mnie nie zna! Śliczny chłopaczek! Hmm, jak pięknie pachnie zawartość tej  blachy, jak się to nazywa? 

To coś w rodzaju greckiego gyrosu, ale  zapiekane a nie smażone. I trochę inaczej jest przyrządzone mięso, bo było wpierw marynowane. A da mi pani przepis?  Dam. Na końcu przyszedł  Kazik z Aleksem, wręczył Aleksa Teresie, nałożył porcje  dla  niej i dla siebie, a Teresa wzięła jeszcze  miseczkę z jedzeniem dziecka.

Aleks rzeczywiście stał się "gwiazdą"- pięknie jadł siedząc na swoim foteliku. Był wyraźnie  zachwycony, że wokół ma całą rodzinę. Kazik się śmiał, że pan Jacek został przez dziecko adoptowany do grona  rodzinnego. Okazało się, że Aleks też ma "do popitki" barszczyk, co bardzo się gościowi podobało. Co prawda pił ten barszczyk z butelki przez  smoczek .Teresa wyjaśniła gościowi, że ona gotuje tak, żeby i  dziecko mogło jeść z nimi z jednego garnka. On dziś to miał tylko nieco inaczej przyrządzone mięso, ale w swojej porcji ryżu miał też groszek zielony, tak  z 10 ziaren przetartych przez sitko.  Alina powiedziała, że Teresa to znajduje jakiś przepis, potem  się długo  w niego wpatruje i....teoretycznie gotuje według niego a w praktyce wychodzi coś innego, o wiele lepszego i bardziej dietetycznego. I Teresa ma cały zeszyt z przepisami. A czasem to Teresa łączy dwa przepisy  w jeden i Alinę to zadziwia, że Teresa  wie, że to wyjdzie  bardzo smaczne.

Pewnie mamusia nauczyła panią gotować - zgadywał pan Jacek. Tata  roześmiał  się - żona nie  wpuszczała nikogo do kuchni - zupełnie jakby to była pracownia  jubilerska. Tesia eksperymentowała na swoim pierwszym mężu , który jakoś te  eksperymenty przetrzymał, ale  w niczym jej nie pomagał, więc potem on jadał u swojej mamusi a Tesia w czasie pracy w jakiejś knajpce. Naprawdę nie wiem gdzie  się nauczyła gotować. Ale i Kazik i Krystian też potrafią dobrze gotować. Przepisów jest masa, po prostu trzeba zacząć gotować i zapisać to co najbardziej wszystkim  smakowało.

Deser w postaci maleńkich bez pokrytych bitą śmietaną i udekorowanych  kawałeczkami pomarańczy i mandarynki bardzo  wszystkim przypadł do gustu. Aleks zamiast tego "cudeńka" dostał  biszkopcik. Pan Jacek był naprawdę zachwycony dzieckiem. Po deserze  Krystian i pan Jacek przeprosili towarzystwo i poszli do gabinetu Kazika by omówić dokładnie sprawy, które sprowadziły pana  Jacka  do Krystiana. Tata zajął się wnuczkiem, który w przeciwieństwie do swych  rodziców był w świetnej kondycji. Kazik mimo wszystko pospał więcej  niż Teresa, która teraz po obiedzie zasypiała  niemal na  stojąco.  Kazik nalegał by się położyła, ale Teresa  była  zdania, że to kiepski pomysł, bo jeśli się teraz położy i zaśnie to będzie  miała problem  z  zaśnięciem wieczorem.  Z tego  wszystkiego w ramach "wybudzenia  się" napiła  się kawy, do której dodała kawałek czekolady. Kazik spróbował i stwierdził, że on też  się takiej kawy napije.

Aleks buszował w kojcu a w pewnej chwili stanął na nóżki i chwiejnym krokiem ruszył do przodu. Zrobił nie więcej niż pięć kroczków i  klapnął pupą na podłogę. Świadkami temu wyczynu byli Kazik i tata, Teresa  z Aliną w kuchni zapełniały  zmywarkę. Kazik prędko do niej poszedł mówiąc- Aleks  zrobił w kojcu kilka kroków, chyba już zacznie  chodzić. No ma prawo - trzeźwo zauważyła Teresa - przecież skończył rok. Ale nie wypuść go z kojca. Wypuścimy go z kojca jak się nauczy dobrze  chodzić. W kojcu jest bezpieczny. Trzeba będzie przejrzeć w mieszkaniu gdzie  są kanty i je pozabezpieczać i pozakładać  zabezpieczenia  na gniazdka elektryczne. No to się nam dziecko starzeje -trzeba też sprawdzić wszystkie  szafki i  szuflady dolne i je  dobrze przed  tym smykiem  zabezpieczyć. I nie  stawiaj go już nigdy na  stole, bo głupol może sobie  wykombinować, że to dobre  miejsce do chodzenia,  siedzenia i  zabawy i potem , gdy już będzie  się swobodnie poruszać mogą być kłopoty. 

Oj, to prawda- odezwał się tata- Teresa gdy  miała już dwa lata wdrapała się na stół w kuchni i z niego zleciała. Na szczęście spadając zawadziła o taboret i rozcięła sobie skórę przy końcu brwi. Gdyby z tego stołu zleciała wprost głową na posadzkę to chyba by nie żyła. No i fart, że nie uszkodziła sobie oka o ten kant stołka.  Omal nie  zemdlałem gdy jej krew leciała z tej końcówki łuku brwiowego.  A była tak wystraszona, że nawet nie płakała. Wezwaliśmy pogotowie i na  miejscu jej to opatrzono i kazano lód przykładać. Ha- a ja się zawsze zastanawiałam  skąd mam tę blizenkę - powiedziała  zdziwiona Teresa.

No niestety przy  dziecku to trzeba  wciąż  mieć oczy dookoła głowy i pamiętać, że to długo nie ma za wiele rozumu. Z opowieści moich koleżanek w pracy wygląda na to, że dziewczynki są mniej kontuzjogenne - powiedziała Alina. Chociaż..... koleżanka opowiadała, że jej starsza  córka, pięciolatka obcięła młodszej włosy przy samej skórze. Dobrze, że się koleżanka zainteresowała czemu tak cicho jest  w pokoju - bo jej córeczki  zawsze  się kłócą i drą, więc cisza wskazuje na to, że robią  coś, czego nie wolno.  Tak prawdę mówiąc jak  się posłucha co robią  małe  dzieci to aż się człowiek  zastanawia czy jest sens  się w te  dzieci  bawić. Ostatnio słyszałam horror z przedszkola.  Dzieciak jest pierwszy rok w przedszkolu i nagle oświadczył, że nie  pójdzie więcej do przedszkola. W końcu wydobyli  z niego, że pani w przedszkolu okładała wieszakiem dzieci, które nie  chciały spać po obiedzie. No i w ogóle  dzieci najbardziej  nie lubią tego leżakowania po obiedzie. I teraz płaci jakiejś starszej pani za to by zabierała małego z przedszkola po obiedzie i albo szła z nim na spacer, albo  siedziała z nim  w domu.

                                                              c.d.n.



środa, 8 lutego 2023

Lek na wszystko?- 53

 Nie wiadomo dlaczego,  ale tak jakoś jest, że wszystkie urlopy i inne dni  wolne od pracy mijają szybko, przelatują niczym pociąg expresowy koło przejazdu kolejowego. Minęły  święta, pogoda nadal była zupełnie niemiła,  Warszawa nie prezentowała  się ładnie w okrywie brudnego śniegu - tata dostał "zakaz opuszczania  koszar indywidualnie", bo nocą wszystko podmarzało i było na ulicach ślisko, chociaż osoby zatrudnione  na etatach dozorców  bardzo starały się, by chodniki były dobrze oczyszczone. 

 Postanowiono, że w sylwestrowy wieczór  nie spotkają się , zobaczą  się dopiero w Nowy Rok na  lunchu  i najwygodniej  będzie, gdy to Alina i Kris przyjdą  bo, jak powiedziała Teresa, znacznie łatwiej jest spolaryzować  Aleksa w domu - jeżeli nie  będzie spał, to będzie po prostu siedział a tak  dokładnie to przemieszczał się  w kojcu. 

Kris zauważył, że można  przecież przenieść kojec w częściach do nich, ale Teresa spojrzała  się na niego takim wzrokiem, że zaraz zamilkł,  a Kazik powiedział - jeszcze  trochę bracie a zrozumiesz dobrze co to znaczy małe  dziecko w domu. Chyba zbyt rzadko u nas  bywasz, skoro jeszcze tego nie  zrozumiałeś. Minął czas gdy można go było wszędzie w wózku lub w nosidełku ustawić, zatkać dziób smoczkiem i mieć święty spokój. Przygotuj się psychicznie na to, że już nic nie będzie takie jak przed urodzeniem się dziecka. 

To swoiste trzęsienie ziemi, które niemal wszystko w domu zmienia.  Po prostu nagle priorytetem staje się "bobo".  Gdy słucham opowieści kolegów w pracy, dochodzę  do wniosku, że Aleks jest super grzecznym i spokojnym dzieckiem. Nie wiemy co to jest nieprzespana noc z powodu płaczu  dziecka. My nawet nie wiemy tak naprawdę jak on płacze. Jego płacz to słyszałem tylko gdy go wyjęli z brzucha Tesi. I chyba raz u pediatry na rejonie, bo go obudziła  badaniem i się wystraszył. Teraz mamy prywatnego pediatrę i mały nigdy u niego nie płacze. A  jeżdżę z nimi do niego na każde badanie. Facet jakoś tak go szczepi, że mały nawet nie  wie, że go kłuje. Wie która szczepionka boli w chwili wprowadzania i wtedy bardzo pomału wstrzykuje. Nie rzuca go na  zimną szalkę wagi, zawsze na  niej jest gąbka i cienka pieluszka tetrowa. I zawsze do małego przemawia i zagaduje i chyba Aleks uważa go kawałek rodziny. I będzie  się małym opiekował do ukończenia przez niego siedmiu lat. Bo według niego wtedy już dziecko nie podlega opiece pediatry. Tyle  tylko, że teraz w Polsce pediatrzy mają się opiekować dzieckiem aż do pełnoletności. A zdaniem naszego lekarza niemowlę a dziecko powyżej 7 roku życia to dwie  różne bajki.

A nas też by wziął pod opiekę? - zapytał Kris. Zadzwonisz do niego, powiesz, że ma już pod opieką dziecko nasze i czy w takim razie wziąłby i twoje dziecko- poinformował brata  Kazik. Tylko może zaczekaj aż się dziecko urodzi. Do noworodków to on przyjeżdża do domu. A wagę to weźmiesz od nas- wpierw ją tylko wypożyczyłem a potem ją kupiłem. Wypisała wam chyba Tesia co dostaniecie dla swego niemowlaka. 

Ona nie  tylko nam wypisała, ona już się pozbyła tego, co dla Aleksa za małe - powiedział Kris. I nie mogę  się oprzeć wrażeniu, że niemal niczego nie trzeba będzie dokupować.  Smoczki  dokupicie - powiedziała Tesia. Tylko weźmiesz sobie  na  wzór jakie to mają być.  Małe butelki macie, sobie  zostawiłam  jedną, możesz dokupić ze 3 lub cztery większe, ale też nie od razu. Podgrzewacz trzeba kupić, on się  długo przydaje. Spisz  sobie producenta - ten już jest sprawdzony. Pierwsze łóżeczko też już możecie od nas wziąć. Jest spakowane, tylko trzeba je wyciągnąć z piwnicy.  I mała  wanienka z wmontowanym leżaczkiem do kąpieli też jest. Aleks, gdy już będzie sam wędrował na nóżkach, to będzie się kąpał w kabinie pod prysznicem. Teraz się kąpie w szwedzkiej składanej wanience - kupiliśmy ją tam gdzie  wózek, razem ze stelażem- też składanym.

Możecie się ze mnie  śmiać, ale mam wrażenie, że dopiero co Aleksa urodziłam a dziś doznałam niemal szoku, bo on dziś rano  stał w  swoim łóżeczku i niczego się nie trzymał - mało tego usiłował wydłubać oczy zabawce. No i stąd wniosek, że kupując jakąś zabawkę z oczami trzeba sprawdzić, czy aby dzieciak jej nie rozmontuje.

Fotelik samochodowy razem z osprzętem i wózek dostaniecie w styczniu - my już musimy kupić dla Aleksa nowy fotelik. I nowy wózek, typu spacerówka. I chyba też zamówimy w tym samym sklepie, w którym kupowaliśmy wtedy- oni od  razu montują wtedy w  samochodzie uchwyt do fotelika. Ja  sam nie  będę tego montował- dają nawet gwarancję na montaż  - powiedział Kazik. Możemy wtedy pojechać w dwa samochody i wtedy ci od razu zamontują ten uchwyt w samochodzie.

Coś mi się wydaje, że trzeba będzie nieco przemeblować nasze  mieszkanie i "graciarnię" przerobić, czyli zamówić szafy i będę musiał zrobić remanent i ani chybi część zawartości graciarni zlikwidować ewentualnie przenieść do piwnicy. Bo, wstyd  się przyznać, nawet nie bardzo wiem co tam jest. Mam podejrzenie, że część z tego co się miała kiedyś przydać nigdy  się nie przydała, bo  po prostu zapomniałem o  tym, co tam zostawiłem.

Oooo, to super! - ucieszył się Kazik.  Przejrzyj  braciszku, przejrzyj, może  znajdziesz  moją rakietę tenisową- kiedyś ją u ciebie zostawiłem i też o niej  zapomniałem. Ma na uchwycie naklejkę z napisem KAZ.  Swoją drogą nie wiem skąd ten pomysł, byśmy obaj  mieli imiona zaczynające  się tą samą literą. Przez  to mamy identyczne inicjały. 

To przez ciebie - powiedział Krystian - pytałem  się kiedyś o to mamy. To przez  to, że chciałeś mieć siostrę a nie brata i miała to być Krystynka. No a urodził się  chłopak, więc chyba na otarcie twoich łez nazwali mnie Krystianem.  Teraz to mi to imię nie przeszkadza,  ale w szkole to mi dokuczali bo mówili albo "Krystek z Warszawy" albo "Krysiak". A "Krystek z Warszawy" to nawet była książka. Napisała  ją żona Władysława Broniewskiego, która była pedagogiem i autorką książek dla  dzieci i młodzieży. Ale nie bardzo wiem o czym była ta książka, bo jej nie czytałem. Bo lektury szkolne jakoś kiepsko mi wchodziły do głowy. W moim odczuciu to były straszne te lektury. Mdliło mnie gdy je czytałem, a rodzice mnie tylko pocieszali mówiąc, że ty też te same książki czytałeś. W "Chłopach" znalazłem twoją notatkę, z której jasno wynikało, że nie  byłeś zwolennikiem kochania się pod stogiem-  "ani to ładne,  ani wygodne" napisałeś. Dopisałem do tego "racja, słoma w tyłek drapie i mrówki gryzą". Gdy  się przeprowadzałem książkę dałem do jakiejś biblioteki. Ciekawe  czy ktoś  się do naszych notatek dopisał.

Nooo, dobrze  wiedzieć, że byłeś Ziku chłopakiem dbającym o wygodę partnerki i o estetykę - śmiała  się Teresa. Wyobrażam  sobie  minę pani bibliotekarki gdy  zobaczyła te  notatki. Ołówkiem były napisane? Tak, ołówkiem, tyle że kopiowym. Ale nie wiem, czy widziała to jakaś bibliotekarka.  Jeśli to była dobra bibliotekarka, to raczej  wpadła na pomysł, by książkę przejrzeć  nim trafi na półkę- twierdziła Teresa.  Zwłaszcza, że była to książka z darowizny. Kiedyś chciałam oddać do biblioteki sporo swoich książek i panie w bibliotece  nie chciały tej darowizny, bo mają wtedy sporo pracy, muszą każdą książkę dokładnie przejrzeć , wycenić ile ona  kosztuje  aktualnie, spisać protokół, założyć kartę książki no i kartę katalogową. A ja przywiozłam wtedy ze trzy walizki książek, czyli tyle, ile one w roku dostają na stan  nowych. No to zgarnęłam wszystko z powrotem i zawiozłam na zbiórkę książek dla Polaków na Litwie. Nie wiem co się z nimi potem stało, ktoś twierdził, że były wysyłane  na Litwę ale nie do bibliotek a na.....rozpałkę. I teraz   raz na jakiś czas, gdy już nie mam miejsca na półce to część książek pakuję w pudła i wynoszę do piwnicy. Mój były mąż gdy go wyrzucałam z domu to nie  miał do zabrania ani jednej książki- on książek nie kupował, tylko korzystał z biblioteki. I na mnie  się wydzierał, że ja ciągle kupuję książki. Zresztą on nie miał zwyczaju czytania książek - preferował kolorowe czasopisma. Ze mnie to się śmiał, że ciągle coś czytam. Ja czytałam, a on siedział wciąż  z nosem w telewizorze i ciągle oglądał filmy z serii "zabili go i uciekł".

Krystian uśmiechnął się- szczerze mówiąc, to nie bardzo mogłem zrozumieć dlaczego za niego się wydałaś. To był wredny facet - w mojej ocenie.  Powiem ci - sprawa była prosta-  był ode  mnie te niemal 9 lat  starszy i mi imponowało, że taki tyle ode  mnie  starszy facet gada mi same  fajne  rzeczy a na dodatek się mną zachwyca jaka jestem śliczna itp. Jego rówieśnik co prawda bardziej mi się podobał, ale obskakiwał inną, a na dodatek  się z nią ożenił, więc nie przeanalizowałam solidnie  sprawy i się za debila wydałam. Na szczęście byłam na tyle mądra, że nie dałam sobie  zrobić dzieciaka i byłam na tyle podła, że nie wiedział, że  cały czas brałam tabletki. Był pewny, że to jego  zasługa, bo on "uważa". Bo widzisz Kris, ja jestem z tych bab wrednych.  Cały czas  się przyjaźniłam z Kazikiem, nawet mu "świadkowałam" na  sprawie rozwodowej. Od początku wiedziałam, że moje małżeństwo było nieudane i miałam zamiar się rozejść gdy Robercik wyjedzie na placówkę, bo ja nie chciałam wyjeżdżać. Byłby trwały rozpad związku z uwagi na odległość pomiędzy Moskwą a Warszawą i rozwód przeszedłby jak burza. Ale pan wszystkowiedzący podłożył się i jeszcze  zapłacił za rozwód.  Nie mam pojęcia co on powiedział swojej matce, ale pewnie głównie to, że ja nie  chciałam jechać do Moskwy na cztery lata. Moja była teściowa mi powiedziała kiedyś, że po to się jej synek ożenił, żeby miał mu kto obiady gotować, w  związku z tym on jadł u  niej  a ja w restauracyjnym barze. Na początku to nawet gotowałam, ale  szybko się znarowiłam. Jemu moje  gotowanie odpowiadało, no ale skoro nawet palcem nie kiwnął by mi pomóc, no to przestałam gotować. Zresztą ja naprawdę byłam po ośmiu godzinach pracy kompletnie wykończona. Dobrze, że  w pobliżu był ten barek i zawsze około  czternastej  "wyskakiwałam" z pracy na jakiś lunch.  Z reguły  sama, a czasem razem z Frankiem, a czasem do Wedla na gorącą  czekoladę. To dawało "kopa" - jednak dobra  czekolada działa  cuda. 

Do którego Wedla- zainteresował  się  Kris. No to do tego głównego, który jest od lat na rogu Szpitalnej i Górskiego. Tam jest malutka  pijalnia czekolady. I ja nic o tym nie wiem? - zdumiał się Krystian. Uwielbiam gorącą  czekoladę! Muszę zabrać tam  Alinę - Teresa skrzywiła  się - to raczej kiepski pomysł- wybierzesz  się tam  z nią, gdy już urodzi i przestanie  karmić. Możesz oczywiście  kupić dla  niej dobrą, gorzką  czekoladę, ale może jej zjeść jednorazowo jedną kosteczkę na kilka  dni. Jest bardzo  zdrowa, ale czekolada powoduje  zaparcia, a ciężarna i tak ma już kłopoty z jelitami, bo małe rośnie i na  wszystko uciska. Możesz wpaść na czekoladę razem z Kazikiem. 

Nie może wpaść ze mną na  czekoladę, bo ja nigdzie  nie  wpadam bez ciebie. Co najwyżej to mogę kupić czekoladę do picia i możemy ją sobie zrobić w domu- zaprotestował Kazik. I jeszcze  małe  sprostowanie do tego co ty powiedziałaś - największym idiotą w tym towarzystwie to byłem ja, bo cię po prostu  nie  doceniłem- nie podejrzewałem, że  to ty jesteś mi przeznaczona, poza tym nie planowałem  się wiązać  małżeństwem, a wg mnie  byłaś  za porządną dziewczyną byś była tylko do łóżka. Znałem  cię przecież, bo nasi  rodzice  się znali. Wiedziałem, że  jesteś porządną  dziewczyną z dobrego domu, że masz dobrze poukładane  w głowie, że jesteś  mądra. Nie miałem śmiałości  by ci zawrócić w głowie i wykorzystać cię.  Nie wiem  czemu  zakładałem, że byłby to tylko przelotny romansik, a ty zasługiwałaś  w moim odczuciu na poważniejszy związek.  I przez moją durnotę straciliśmy tyle czasu!  Ale jak widać jak coś komu pisane tak być musi. Wycierpiałem  się kochając  cię i nie mogąc być z tobą. A teraz  to jestem tak zupełnie  zwyczajnie  szczęśliwy, bo jesteśmy razem.  Był i jest nadal jeden ogromny plus tego  wszystkiego - dzięki temu, że  się przyjaźniliśmy tak bardzo długo to dobrze poznaliśmy  się wzajemnie. I zapewne dzięki temu tak dobrze  się rozumiemy. Jesteś całym moim światem... Dalszy  ciąg wyznań przerwał dźwięk  telefonu Kazika.  Spojrzał na ekran i  szybko się zgłosił- to telefonował "szef". Chciał by  Kazik umówił go ze swym bratem. Możliwie dość szybko na początku roku. Nie ma problemu - mój  brat właśnie obok mnie  stoi, więc on z panem sam porozmawia. A pan jest może w Warszawie? Przypominam, że zaproszenie do nas jest nadal aktualne. No to oddaję telefon  bratu, na  razie szefie. Kris wziął telefon i wyszedł z nim do kuchni. W chwilę po nim wyszedł do kuchni Kazik z kartką w ręce, na której napisał - nie podawaj mu kosztów, ja wszystkie pokryję. Krystian pokiwał głową, że rozumie i oddał mu kartkę z powrotem. W kwadrans potem wrócił do pokoju mówiąc - pozwoliłem  sobie zaprosić twego szefa na nasz rodzinny lunch w Nowy Rok. Przywiezie wtedy papiery jakie ma. Wygląda mi facet na rzeczowego faceta, który już przebolał rozpad związku. Ale sam nie  zamierza występować o rozwód- jemu nie przeszkadza nieobecność szanownej małżonki, niech ona wnosi sprawę rozwodową, jeśli oczywiście chce rozwodu. Z tym, że ona nawet nie szepnęła nic o rozwodzie. A on nie  zamierza się z jakąś nową panią wiązać małżeństwem i mu rozwód nie jest potrzebny. Sprawa  raczej nie jest skomplikowana, dzieci  nie mają, za to mają rozdzielność majątkową no i on chce trochę tego posprzedawać, tylko muszę sprawdzić jego papiery czy  wszystko tam jest w porządku i  nie budzi żadnych wątpliwości. Przyjedzie przed godziną 14,00, no bo go zaprosiłem na lunch. Po lunchu z nim zrobię  wywiad i przejrzę papiery. Bardzo dobrze - stwierdził Kazik - możecie  sobie siedzieć w moim gabinecie, my będziemy  w dziennym pokoju i nikt  wam nie będzie  przeszkadzał.  Twój szef twierdzi,  że gdy tylko mu przyszło na  myśl, żeby skasować tę rozdzielność majątkową to przyszedł list od jej siostry by ona  do niej przyjechała i trochę jej pomogła, bo ona jest po operacji. W związku z tym się wstrzymał, bo nie widzi powodu, by jej siostra miała korzystać z tego, co on odziedziczył po swoich rodzicach.  Bardzo mi się podobało bo powiedział, że ta  siostra to wykończyła  swego męża Kanadyjczyka- wyszła za  niego naga i bosa i już zdążyła owdowieć i wszystko po nim odziedziczyła. A twój szef ma jakieś dziecko, dorosłe, nieślubne, ale je uznał bo musiał - badania genetyczne były robione dwukrotnie i wykazały, że to jego dziecko. No i chce to dziecko zabezpieczyć nim szanowna żona ewentualnie  wróci z Kanady, bo on nie  wierzy, że ona nigdy nie  wróci. No chyba, że wyjdzie tam za jakiegoś faceta. No ale do tego musiałaby mieć wszak rozwód.

                                                                   c.d.n.

Lek na wszystko? -52

 Po tym trochę "rozpustnym" lunchu  Alina z Krystianem postanowili pospacerować nieco, bo pogoda  była nawet  całkiem znośna, a Teresa  zabrała  się za szykowanie dla maluszka  obiadu.  Kazik siedział z małym w kojcu - tym razem uczył syna zabawy piłką, nieco  tylko większą od piłki tenisowej. Zabawa bardzo  się Aleksowi podobała, ale  gdy maluch kolejny raz wyrzucił piłkę z kojca a Kazik po nią kolejny  raz  wyszedł  z kojca, stwierdził, że chyba jednak nie jest to dobra  zabawa. Teresa się z niego cichutko podśmiewała mówiąc, że jeszcze  długo każda zabawa z małym piłką  tak właśnie  będzie  wyglądała.

Kazik pokazał Teresie i tacie pismo z ministerstwa, przyznające mu nagrodę - trzyletnie stypendium za jego osiągnięcia  zawodowe . Nagrodą była kwota netto jego wynagrodzenia miesięcznego, która będzie  mu wypłacana co miesiąc przez trzy kolejne lata, oprócz normalnej jego pensji. Oczywiście było jasne jak  słońce, że jest to metoda na przetrzymanie  go przez kolejne trzy lata w  instytucie. No i fajnie - podsumował Kazik - będę robił doktorat. Całkiem ładnie  się "wstrzelili" czasowo i moja ukochana  żona przestanie  się zamartwiać, że nie  zarabia. Masa osób od  nas odeszła, zostali  sami "entuzjaści" co i za darmo potrafią  pracować.

Tata był zachwycony, głównie  tym, że dostrzeżono potencjał Kazika. Wyściskał  swego zięcia mówiąc, że pieniądze pieniędzmi,  ale najważniejsze, że doceniono jego osiągnięcia. Bo w gruncie rzeczy byłoby marnowaniem  potencjału, gdyby Kazik przeszedł do warsztatu naprawiającego  samochody, choćby był  to najnowocześniejszy pod  słońcem  zakład. A Kazik powiedział tacie, że nie powiedział o tym stypendium ani słowa swemu bratu i zrobił to celowo a nie przez  zapomnienie.  Bo chociaż Krystian naprawdę dobrze  stoi finansowo  to zawsze, od  dzieciństwa już, wszystkiego starszemu bratu  zazdrości. I nie idzie tu o pieniądze, ale właśnie o to "docenienie potencjału Kazika".  Och,  nie ma  sprawy - nic  mu  nie  powiem, zresztą  nie da  się ukryć, że na każdym spotkaniu to Krystian głównie mówi - ja  nie mam mu o  czym opowiadać.

Kazik, tak jak planował  przygotował na Mikołaja koperty z gotówką. Koperty udekorował naklejkami z choinką i  Mikołajem i  6 grudnia gdy Aliny i Krystiana  nie było w domu, zaniósł im  do mieszkania koperty z gotówką i dwa czekoladowe Mikołaje i wszystko zostawił na stole w ich kuchni.

W  domu  tata po spacerze znalazł w jednym kapciu czekoladowego Mikołaja a w drugim  gotówkę. Teresa "wypłatę" od Mikołaja dostała w nowym, eleganckim portfeliku, który był włożony  w jej cieplusie  kapcie. A Kazik  w swoich klapkach znalazł ciepluteńkie, puchate skarpetki i nowe rękawiczki "samochodowe". Prezent bardzo na  czasie, bo ostatnio gdzieś mu się jedna rękawiczka "zapodziała". A tak naprawdę to się wcale nie  zapodziała, tylko Teresa ją zabrała gdy wybierała  się po nowe rękawiczki, bo te już były "mocno nieświeże" jak to określiła Teresa. Maluszek dostał kolejne zwierzątko - tym razem pluszowego misia, który nim trafił w ręce Aleksa przeszedł  operację usunięcia urządzenia  wydającego dźwięki. Nie  była to na szczęście skomplikowana operacja i "ranę po operacji"  niemal artystycznie zaszyła Teresa. Zastanawiali  się z Kazikiem jak można  było taką ładną  zabawkę wyposażyć w tak bardzo brzydki dźwięk - coś pośredniego pomiędzy charkotem kogoś  duszonego a terkotem traktora. Cała reszta  misia  była w porządku, był lekki, nie  za duży dla roczniaka i miał całkiem ładną mordkę. Oczywiście był z importu, teoretycznie z jednego z krajów europejskich, a praktycznie był Chińczykiem. Kazik  się  śmiał, że ten miś ryczał po chińsku.

Przed  świętami  zatelefonował do Teresy Franek z życzeniami. Plany wyjazdowe zostały odłożone na plan dalszy, bo ojciec Franka musiał się poddać operacji przepukliny. I, co bardzo  Franka zdenerwowało, to niewiele  brakowało to uwięźnięcia przepukliny, bo szanowny tata od dwóch lat hodował z wielką czułością ową dolegliwość.  W związku z tym zamiast nieomal kosmetycznego zabiegu pod znieczuleniem zewnątrzoponowym  była operacja w pełnej narkozie, więc mowy nie ma żeby go samego po tej operacji zostawić ani też nie można go wziąć  ze sobą.   I jeszcze  go trzeba  wciąż pilnować by czegoś nie dźwignął. Joanna siedzi z nim   w domu, bo się uczy do sesji, a tata narzeka, że ona  go strasznie pilnuje. Poza tym pełna  narkoza w pewnym wieku coniebądź szkodzi na mózg. Jak dojdzie nieco bardziej  do siebie fizycznie, to trzeba  będzie pewnie jakieś badania porobić- wszak tata nie jest młody.

Zaraz po "mikołajkach" Kazik zapowiedział rodzinie, że w tym roku  nie ma prezentów pod  choinkę no i święta będą oczywiście u  nich z uwagi na Aleksa. Mimo wszystko wygodniej  jest z nim we własnym domu, więc wigilia, obiad rodzinny w pierwszy dzień świąt to będą u Kazików.  A w drugi  dzień  świąt to po prostu będą odpoczywać.

Choinka w tym roku będzie  sztuczna, po świętach zostanie razem z ozdobami zawinięta w foliowy worek i wyniesiona do piwnicy by podrzemać tam  sobie do następnych świąt.

I co z tego, że Kazik zapowiedział, że w tym roku nie ma prezentów pod choinkę - w wigilię rano zjawił się......Franek. Oczywiście z prezentami. Daktyle świeże dla Teresy, dla juniora domowej roboty kompoty i  dżemiki z owoców z hodowli BIO- dzieło Joanny. Dla taty - suszone boczniaki i grzybki shitake. Bo super  zdrowe dla osób starszych. A oprócz tego susz rumiankowy i miętowy - wszystko dzieło Joanny. Przywiózł też dopiero co złowione, ale już wypatroszone pstrągi - oczywiście  z hodowli, ale hodowla też BIO. I można je śmiało ugotować dla juniora. A na końcu  była prośba, by albo wszyscy przyjechali do nich w drugi dzień świąt albo by choć "wypożyczyli"  tatę. W razie  czego to Franek po tatę przyjedzie  i go potem odwiezie do domu. W efekcie szybkiej narady "w delegację" zostali wydelegowani tata, Alina i Krystian. Tym sposobem rozwiązany był problem transportu taty.

Po wyjściu Franka Teresa szybko ruszyła na zakupy do księgarni i do otwartego jeszcze  marketu, razem z nią wybrał się tata.  Tata zakupił dla ojca Franka szachy i książkę o grze  w szachy, Teresa w stoisku kosmetycznym  zakupiła kosmetyki  dla Joanny i obu panów.

No właśnie tak wygląda planowanie - powiedziała  do taty. Przy okazji w księgarni zagarnęła jeszcze kolejną książeczkę dla Aleksa. Zajrzała też na  dział z wyposażeniem  dla dzieci i......kupiła wysokie krzesełko dla synka. Tym razem będzie z nimi siedział  przy stole nie na kolanach mamy lub taty,  ale na własnym krzesełku między nimi.

Ten zakup okazał się przysłowiowym  "strzałem  w dziesiątkę"- krzesełko było składane i było poza  tym bardzo stabilne. No a na następną wiosnę będzie dla dziecka Aliny i Krystiana. Gdy dotarli do domu to Kazik powiedział - już chciałem was  szukać! Zik, przecież my poszliśmy piechotką, bez  samochodu, a my chodzimy statecznie, nie biegamy, no więc trochę to trwało. No a czemu nie wzięłaś samochodu? No bo nie pomyślałam, żeby wziąć twój  samochód, nie podpowiedziałeś, a ja nie noszę przy sobie kluczyków do  niego. Poza tym było sporo ludzi i pewnie  byłby kłopot z parkowaniem. Jeśli  się tak martwiłeś to było zatelefonować. Ja się nie martwiłem, ja po prostu tęsknię za tobą. Tak jakoś mało jesteśmy razem. No ale przecież nie będziemy siedzieć na wigilii do północy - zjemy kolację, deserki po kolacji i pójdziemy spatuńki razem z Aleksem. Alina też nie nadaje  się do siedzenia nocą. Za trzy miesiące będzie rodzić, to już nie  czas na siedzenie po nocy. Fajnie, że pojutrze pojadą razem z tatą do Franka. Alina pewnie tak po cichu trochę tęskni  za tamtym  domem. W końcu mieszkała tam wiele  lat. A o której oni przyjdą na tę kolację? - na 17, 30. No to dobrze  to wymyśliłaś  - najdalej o dziewiątej będziemy już w łóżeczku. Tak bardzo, bardzo lubię cię tulić  -wiesz?   Tylko będziesz tulił? -zapytała. No na początku tylko tulił i całował, a potem - no a potem będę sprawdzał jak w wigilię smakuje każdy kawalątek twego ciałka.  No to może ja się czymś wysmaruję, żebym  była dla ciebie smaczniejsza - śmiała  się  Teresa.

Krzesełko zostało przez tatę i Kazika umyte, na dodatek  wyłożone dziecięcym kocykiem, ale Teresa nie  chciała by mały już  w nim  siedział - obawiała  się, że jak mu się pokaże, że można w nim siedzieć nie tylko z racji jedzenia to malec nie będzie chciał siedzieć w kojcu. A według dołączonej "instrukcji użycia" krzesełko było dla dzieci od lat 1 -  3. Krzesełko miało własny blat, który skutecznie blokował malucha. Podpórka pod nóżki dla nieco starszych  dzieci miała regulację wysokości. No popatrz- Włosi jak zwykle są bezbłędni z tą produkcją sprzętu dla dzieci - stwierdził tata. U nich dziecko to pełnoprawny obywatel.

Wigilia została "wzmocniona" smażonymi pstrągami. Teresa "podziabała"  kawałeczek ryby widelcem na bardzo maleńkie kawałki, wymieszała z rozdrobnionym kartofelkiem i Aleks bardzo sprawnie zjadł tak ze 3 centymetry pstrąga - szło mu to bardzo sprawnie. Butelkę z piciem już sam sobie trzymał i bardzo mu  się podobało siedzenie pomiędzy rodzicami. Oczywiście dziadek od razu uwiecznił ów fakt na  zdjęciu.

Po kolacji Alina z Teresą popakowały prezenty, karteczki opatrzył imionami tata, bo tata bardzo ładnie robił napisy, Teresa wszystko spakowała w koszyk.  Kwadrans po ósmej Teresa wydobyła  Alka z fotelika, pięknie zrobił rączką pa,pa  i Teresa wyniosła  dziecko do sypialni.  Alina i Krystian też się podnieśli, Alina zamarzyła  sobie jeszcze pójście na spacer, więc się pożegnali. Wychodząc dyskutowali czy przejdą się koło domu Kazików czy podjadą pod swój dom i tam pospacerują.  Alinko, przecież to wszystko jedno, możemy teraz  podreptać, a możemy za chwilę, gdy dojedziemy pod nasz dom. Koło nas jest  mniej samochodów, tylko taka różnica.

Pierwszy dzień świąt upłynął dość leniwie. Pogoda była niestety marniutka, padał deszcz  ze śniegiem i Teresie i Kazikowi wcale się nie spieszyło rano do wstawania. Teresa zrobiła małemu  mleko, zmieniła  mu pampersa i Aleksa przytulił do siebie tata.  Tata był jak  zwykle śpiący,  a że nie musiał dziś jechać do pracy trwał w półśnie czekając na Teresę. No i wtedy nastąpiło to, co Aleks ogromnie  lubił - leżał pomiędzy tatą i mamą i po kilku minutach kręcenia się spokojnie zasnął. Kazik też zasnął. Teresa patrzyła z wielkim  rozczuleniem na  swoich mężczyzn. Pierwsze włoski Aleks już stracił, te "nowe" były jeszcze bardzo krótkie i znacznie jaśniejsze niż te, z którymi przyszedł na  świat.  Kazik przebudził się na moment i bardzo delikatnie przeniósł małego  otulonego kocykiem do jego łóżeczka. Nakrył go jeszcze  jednym kocykiem, sprawdził, czy się mały  nie przebudził i wrócił do małżeńskiego łóżka. Przytulił się mocno do Teresy i szepnął jej do ucha - pośpijmy jeszcze trochę. No jasne, zgodziła się. Po dwóch godzinach obudził ich świergot ptaków - ów świergot ptaków był z pozytywki, która wisiała w łóżeczku Aleksa. Teresa zerknęła i szybko wyszeptała do Kazika - zobacz, on stoi i  udało mu się dlatego uruchomić pozytywkę. Oboje popatrzyli w stronę łóżeczka - rzeczywiście Aleks stał i usiłował wydłubać oczy pozytywce, która imitowała głowę misia. 

No, całe szczęście, że już obniżyliśmy mu "podłogę" w łóżeczku- stwierdził Kazik. Wypadł by gdy była tak wysoko jak przedtem. Popatrzmy jeszcze na niego - powiedział Teresie do ucha.   Mały był odwrócony do nich bokiem,  ale był szalenie zajęty oczkami  misia- na szczęście oczka tego misia były dobrze umocowane. A bardzo go interesowały-  może dlatego, że były wielkości oka dorosłej osoby. Może szkoda, że te oczka nie mają powiek - pomyślała Teresa. Byłyby wtedy jeszcze bardziej interesujące.  Mały był bardzo zainteresowany tymi oczkami. Stał w łóżeczku już co najmniej kwadrans. W końcu, chyba już zmęczony klapnął na pupę. Wtedy Kazik  wstał, co zostało powitane uśmiechem i przemieszczeniem  się małego w stronę taty. Kazik wziął dziecko i razem z nim ułożył się obok Teresy. W nagrodę tata zaraz został obśliniony, mama z lekka skopana i sprawdzono czy jej włosy nadal się mocno trzymają głowy. Słodziak został przebrany w dzienne ciuszki, przy okazji znów zmieniono mu pampersa a z tej radości nóżki fikały nieprzerwanie. Na czas ubierania się rodziców wylądował w swoim łóżeczku a potem został "spacyfikowany", czyli trafił do kojca.

                                                                             c.d.n.


niedziela, 5 lutego 2023

Lek na wszystko? - 51

 Wygłupiasz się - stwierdziła Teresa. Nie wygłupiam! Staniemy  na parkingu po drodze, to wtedy wyjmę wszystko z bagażnika  i poczytasz  sobie, że ja nie  żartuję. Słyszałem coś o tych nagrodach-stypendiach od ministerstwa,  ale w to nie  wierzyłem. Najbardziej mnie ubawiła ta kupka pieniędzy. O tym, że to będzie 20 tysięcy to już wiedziałem - rozśmieszyło mnie to, że  kilkuletni wysiłek  wyceniono na  taką  kwotę i że dają do ręki, a nie na przykład czek do realizacji w  banku. No ale  to komuś  się widocznie  wydało chwytem propagandowym. Jeszcze bardziej mnie zdziwiła ta  nagroda, bo mnie jakiś czas w  kraju nie było, a gdy to wszystko robiłem to nikt mi nic nie ułatwiał, o wszystko toczyłem  boje. Tak to wszystko wyglądało jakbym to wszystko wymyślał dla siebie,  a póki co samolotów nie  produkuję i ich  nie sprzedaję. Jedno co jest pewne - nie odejdę teraz z Instytutu, muszę tu te  trzy lata posiedzieć. No i tym sposobem tu będę robił doktorat. To już teraz  wiem dlaczego "stary" tak pochwalał mój plan. Będzie  Instytut  miał doktoranta, to zawsze ponoć podnosi prestiż placówki. No i co ty kochanie  na to? 

Cieszę się, bo wygląda na to, że teraz będziesz bardziej  zadowolony z  faktu, że pracujesz  w Instytucie. A dodatkowo, to się  cieszę, że nie  musieliśmy być na tej uroczystości. Widziałam po twojej minie, że nie  czujesz  się w tym  miejscu dobrze. Miło ze strony twego "szefa", że  nie  musieliśmy zostać na tej uroczystości.

A ja się cieszę, że szef cię poznał. Widział Ankę ze trzy razy i po ostatnim moim  tu Sylwestrze miałem  z nim rozmowę - niezbyt miłą, ale ja już wtedy  byłem w trakcie rozwodu. Szef mi wtedy powiedział, że choć nie jest  zwolennikiem rozwodów to w tym wypadku wręcz cieszy  się, że wreszcie przejrzałem na oczy i się rozwodzę i że nie może się nadziwić, że się z Anką ożeniłem. Dość brutalnie  mi wtedy powiedział kim jest  w jego mniemaniu Anka. A ja  mu powiedziałem dlaczego się z nią ożeniłem. Podejrzewam, że sobie z kumplami od  kieliszka nieźle pohulała.  Wiem, mogłem tu dziś przyjechać  sam, ale chciałem by wiedział i  zobaczył, że normalna, mądra i kulturalna kobieta zgodziła  się być moją żoną i mieć ze mną dziecko. Jestem  dumny z tego  powodu, że jesteś moją  żoną.

Zik, kocham cię, wiem jaki jesteś i według mnie postąpiłeś  wobec Anki jak dżentelmen. Szkoda  tylko, że twój ojciec wtedy głupio ci doradził, ale on zapewne  nic  nie  wiedział o Ance. I choć byliście już pełnoletni powinien był z nią i jej rodzicami porozmawiać i powiedzieć, że uznasz  dziecko jeśli się okaże po badaniach genetycznych, że jest twoim produktem.  Nie  wykluczam, że jestem podejrzliwą babą, ale nie  wiem dlaczego nie wydało ci się dziwne, że zaszła przy prawidłowo stosowanej barierze "anty" i że "poroniła" akurat wtedy gdy ty byłeś na Targach i ze szpitala wyszła po  jednym  dniu. Wyjątkowo dziwny zbieg okoliczności. Niemal jak tłumaczenia Robercika, że on to tylko  tak tylko do fotografii pozował.

Nie  da się ukryć, że i twoje i  moje pierwsze małżeństwo  było wynikiem naszej  niedojrzałości emocjonalnej, może też pokłosiem  głoszonych przez  rodziców ideałów. Oboje  dostaliśmy bolesną  lekcję. Ale najważniejsze, że jesteśmy razem, że się  w tym całym galimatiasie  odnaleźliśmy. Reszta się nie liczy. Nie stawajmy na parkingu, jedźmy  już do  domu. Może tylko wstąpimy po drodze do cukierni, trzeba  jakoś uczcić ten sukces. W domu poczytam ten dyplom i to pismo z ministerstwa.No, nasi to będą  zdziwieni, gdy tak  wcześnie wrócimy. Ja stawiałam, że wrócimy  najwcześniej  około siódmej  wieczorem.

Zrobiło mi się trochę smutno, gdy twój szef opowiadał o tym, że właściwie małżeństwo  mu się sypnęło. Ciekawe czy pani sekretarka ugra z nim  coś, skoro szef powiedział, że ona  nie jest w jego typie jako kobieta. A żona szefa była  ładna? Bo ja  wiem?- w głosie Kazika było słychać dużo wątpliwości. Była bardzo sympatyczna, dość pulchna blondynka, mówiąca do męża per  skarbie. Ale nie  miałem  bladego pojęcia, że była od  niego 15 lat młodsza,  nie  wyglądała na młodszą od niego, a już w  żadnym  wypadku na młodszą o piętnaście lat. 

Skoro mówisz, że była pulchna to może warstewka tłuszczyku dodawała jej optycznie lat - stwierdziła Teresa. Przecież nie  wszystkie  młode kobiety są bardzo  szczupłe i  wiotkie. Pamiętam, że w podstawówce to były ze dwie takie bardziej pulchne a w liceum w mojej klasie jedna. Ona to była wręcz ogromna, wszystkiego miała  w nadmiarze - i wzrostu i objętości. Ale  była  całkiem  równa  z niej  dziewczyna i nie  mizdrzyła  się do chłopaków, którzy do nas przychodzili z męskiego liceum na  szkolne zabawy. Nie lubiłam tych  zabaw i byłam  tylko na jednej. Ci chłopcy z Reytana byli jacyś z lekka porąbani.   

Kazik zaśmiał  się -Krystian chodził do Reytana i zapewne dlatego skończył prawo, bo tam co drugi szedł studiować  prawo, ale często po pierwszym roku zmieniali kierunek. A on twardo ukończył. On bardzo pasuje do tego zawodu, wygadany  jak licho. I wszystko ma u niego bardzo  wiele aspektów. Ojciec kiedyś powiedział, że według Krisa to kij ma cztery a nie  dwa  końce. I, tak z ręką na  sercu, to nie  wiem jak on się dogaduje z Aliną, bo według jej filozofii to kij ma tylko jeden koniec - ten do bicia, a ten  drugi to uchwyt. A przy tym  wszystkim to ona jest bardzo uczynna, chętnie innym pomaga, naszego tatę na  spacery wyprowadzała. 

No wyprowadzała, bo z własnym ojcem  to się nie  za bardzo dogadywała, a z tatą to się nawet  niemowa  dogada - stwierdziła Teresa. Sam widzisz jak tata zawsze  wie co zrobić żeby  mały był cały w skowronkach. I wiesz , jesteś naprawdę  cudownym facetem, że zgodziłeś  się by tata z nami mieszkał. Zauważyłeś  chyba jak bardzo mu się poprawiło zdrowie odkąd z nami jest stale. Jakiś cud się  zrobił- lepiej  widzi,  lepiej  słyszy, jakiś taki dziarski się  zrobił. Ostatnio uśmiałam  się, bo siedział z małym na loggii i cały czas mu opowiadał co widać. W pewnej chwili  słyszę: "o i pani sąsiadka z psem idzie ale mam nadzieję, że nie do nas. Mam nadzieję, że nie zna numeru  mieszkania." A po chwili : "przepraszam  cię Aleczku, pomyliłem  się, to inna pani szła, tylko piesek był podobny". Myślałam, że się rozpadnę ze śmiechu.

Gdy już dojechali  do Warszawy i odwiedzili ulubioną cukiernię zakupując  w niej całkiem spore pudełko różnych ciastek, Kazik zatelefonował do brata i poinformował go, że będą   w domu najdalej za 15 minut, a na pytanie Krisa co tak wcześnie wrócili odpowiedział - no cóż, nie podobało się nam, więc wyszliśmy wcześniej. A co u was? Och, wszystko jest w porządku, Alkowi jeden ząb już wyszedł, a drugi pewnie  wyjdzie jutro, bo prześwituje. No to fajnie, kupiliśmy właśnie ciacha, były jeszcze  twoje ulubione  "sokoły". Oj to super, przyjeżdżajcie szybko. W 17 minut  później wchodzili już do mieszkania. W windzie Kazik powiedział - tę gotówkę to ja mam zamiar rozdzielić na cztery części -  dla taty, Krisa, Aliny i Ciebie. Jeżeli mamy w domu koperty, to  zrobię to jeszcze  dziś. Ale....zaczęła Teresa- nie ma żadnych "ale" tak to sobie umyśliłem. Ja będę miał tę drugą pensję. Ale o niej to powiemy tylko tacie.  A może będzie lepiej dać im to na Mikołaja albo pod choinkę?- zaproponowała Teresa. No to może na Mikołaja, ale tak naprawdę to mam ochotę dziś się tym podzielić. No to zrobisz jak  zechcesz - stwierdziła.To przecież twoja forsa. Nasza, nasza- nie tylko moja- sprostował Kazik. Wszystko kochanie  mamy wspólne. No ale może masz rację, że będzie zabawniej, gdy dostaną w tym  roku zamiast prezentów rzeczowych gotówkę na  Mikołaja lub pod  choinkę. Odpadnie  nam czaszkowanie co komu kupić. No to w takim razie damy im to na  Mikołaja i zarządzimy, że w tym  roku nie robimy prezentów pod  choinkę. Zgadzasz się?- zapytał Kazik. No pewnie, że  się zgadzam. Zgadzam  się ze wszystkim co zarządzisz, bo ja tu tylko sprzątam - powiedziała  ze śmiechem.

Główną atrakcją dnia  było oglądanie pierwszego ząbka. No to ja jestem cała w nerwach jak to będzie z tym karmieniem piersią - zastanawiała  się na głos Teresa. Jeśli mnie dziabnie tym zębem to chyba mu dam klapa. Nie mam pojęcia jak można karmić piersią dziecko, które już ma zęby. Chyba jednak przejdę już tylko na karmienie butelką, najwyżej będzie dostawał więcej picia. Zresztą ja mam coraz mniej pokarmu - mówiła  do Kazika. Zadzwonię do poradni laktacyjnej i posłucham  co oni powiedzą. Mogę też przed porą karmienia ściągnąć pokarm i dać mu z butelki. Zobaczę jak to będzie dziś wieczorem. 

Tej  soboty zamiast lunchu z prawdziwego zdarzenia dorośli objadali się ciastkami. Kris nieomal piał z zachwytu nad mądrością swego bratanka, który cały dzień był grzeczny, a na dodatek miał już całkiem dobrze widoczny pierwszy ząbek. I wcale nie marudził z okazji wykluwania się ząbka. I gdyby mu nie  dali  skórki z chleba to pewnie by nie  zauważyli tego zęba, bo gdy mały zagryzł z  całej siły skórkę to zauważyli na  niej ślady krwi. Tata ich uspokajał, że to przecież normalne,  że to nic groźnego, że nawet go to nie bolało, skoro nie  płakał, ale Kris i Alina  byli wystraszeni. No to sobie oboje zapamiętajcie ten fakt, żebyście nie dostali oboje zawału gdy wasze  dziecko zacznie ząbkować - powiedziała  Alina. 

Ponieważ wszyscy wypytywali się o "imprezę" Kazik opowiedział tylko smętną historię swego szefa oraz nadał "otwartym tekstem" że zupełnie nie  czuł jakiejkolwiek  więzi z tym miejscem, w którym przecież  przez jakiś  czas często bywał, że nie  miał ochoty spotkać się z którymkolwiek  z dawnych kolegów, że nie czuje już pociągu do latania i w związku z tym odebrał nagrodę, odznaczenia, dyplomy itd i poprosił szefa by  zwolnił go z obowiązku odbierania tego wszystkiego osobiście na oczach widzów, a  szef, z którym  zawsze miał dobre układy zgodził się -bo go rozumiał.  Powiedział też, że zaprosił szefa by koniecznie  do nich wpadł gdy będzie  w Warszawie, a poza  tym to jest wielce prawdopodobne, że  szef będzie w  związku ze swoją sytuacją rodzinną potrzebować porady prawnej i wtedy zapewne zwróci się do Krisa. Oczywiście wie, że Kris nie zajmuje się rozwodami, ale on  ma  jakieś zawirowania z prawami własności i chciałby to wszystko powyjaśniać z prawnikiem. No a jak Kazik zna  szefa, to on na pewno ma wszystkie papiery w jednym miejscu i  zapewne będzie miał zrobioną listę pytań do  Krisa. Bo to jest wielce "uporządkowany" człowiek - zapewnił Krisa  Kazik.

No patrzcie państwo - wydziwiał Kris- przestał lubić latanie! Myślałem, że przyjedziesz i będziesz  się cały czas zachwycał nowym lotniskiem, marzył o jakimś locie, lub wręcz skorzystasz z okazji i  sobie polatasz. Kazik wzruszył ramionami - człowiek się po prostu zmienia i zmieniają  się jego upodobania. Ty kiedyś uwielbiałeś cukierki miętowe  i albo żarłeś wciąż miętówki albo żułeś  gumę o smaku miętowym a teraz to już zapach mięty ci przeszkadza i  nie zajadasz  się miętówkami.  Miałeś kiedyś świra na punkcie kwiatków doniczkowych i co? jakoś  nie widać u was w  mieszkaniu kwiatów doniczkowych.

Mnie nadal interesują nowe konstrukcje samolotów - wchodzą nowe materiały, można  więcej  rzeczy przebadać. Nie odchodzę od  konstrukcji, po prostu już mnie nie bawi prowadzenie samolotu- mam licencję pilota , gdybym musiał to bym poleciał, ale już nie mam z tej okazji frajdy. Dostatecznie  dużo adrenaliny mam często w zatłoczonej Warszawie w godzinach  szczytu. Mam żonę, mam dziecko, które przecież  musimy wychować. Nigdy nie  chciałem zostać zawodowym pilotem,  latanie to była dla mnie rozrywka. Robiłem uprawnienia, bo musiałem wiedzieć "namacalnie" o pewnych niuansach w trakcie  lotu- to trzeba  poznać  doświadczalnie a nie tylko z opowieści tych, którzy siedzieli za sterami. Miałem kolegę, który był "oblatywaczem". W pewnym  momencie stwierdził, że już musi przestać, bo zaczyna go ta praca męczyć. Ale ktoś, z kim latał na  zmianę nie przyszedł bo zachorował i on poleciał, tak trochę na przekór sobie. Żyje, ale jest wrakiem człowieka bo samolot się rozbił a on marzy by wreszcie umrzeć. Więc ja nie latam, bo nie jestem przekonany o celowości dla  mnie takiej rozrywki. Dla mnie rozrywką jest teraz zabawa z Aleksem, obserwowanie jak się rozwija i  zmienia.Najmilszym zajęciem - bycie  razem z Tesią i Małym. Najlepszym wypoczynkiem -bycie  z wami wszystkimi pod jednym dachem.

                                                                             c.d.n.

Lek na wszystko? - 50

 Po kilku godzinach narad i namysłu Teresa stwierdziła, że właściwie niczego nie musi kupować. Przymierzyła swój "garnitur" czyli uszyty na  miarę komplet z wełny - spodnie i żakiet. Gdy przymierzyła,  to Kazik wpadł w zachwyt i wielkie zdziwienie, że jeszcze  ani razu jej w tym nie widział. A czemu ty tego nigdy nie nosisz?- dopytywał się. Wyglądasz w tym super. No bo nie mam właściwie  gdzie tego nosić - to taki bardzo oficjalny strój. A poza tym to muszę do żakietu kupić guziki,  bo mi jeden odleciał i za nic  w świecie nie mogę znaleźć zapasowych, a dałabym sobie głowę uciąć , że miałam. To są normalne  skutki przeprowadzek. Muszę tylko kupić nowe guziki i może kupię takie  bardziej ozdobne, żeby nie był to taki bardzo oficjalny, biurowy  ubiór. Albo kupię masę fimo i  sama sobie zrobię. A pod  spód założę  półgolf, jasny, niebieski. On jest "śliski", więc  się będzie na  nim żakiet dobrze układał. Zresztą  był z myślą o tym garniturku kupiony. I wezmę krótkie  botki, bo są wygodniejsze i cieplejsze. I nie  wezmę tureckiego kożuszka bo mi kłaki z niego oblepią garniturek. Mam ładną kurtkę futrzaną z królika farbowanego na  czarno. Sięga mi tak z 10 centymetrów nad  kolana. I bardzo ją lubię, a jeszcze jej po ślubie  nie nosiłam, po prostu o niej zapomniałam no i nie  zapięłabym się w niej gdy byłam w ciąży. 

A ty, kochany, w czym pojedziesz? No nie wiem, musisz  mi doradzić.  Będziesz  wyglądała  szałowo, więc nie mogę  pojechać w byle czym. Garniturów  ci u  mnie  dostatek.  Tylko ja  nie lubię garniturów. Wolałbym  grube  dżinsy i ciepły  sweter na  ładną koszulę. Po prostu niefart, że to jednak zima. Mam taki granatowy, w kratkę z cienkich nitek o ton jaśniejszych. Made in Germany. No i wezmę cieplejszy płaszcz, też niemiecki.  I założę niebieską koszulę. Czapkę wezmę z opuszczanymi w  razie  wiatru nausznikami- bardzo nie  lubię gdy  mi coś  wieje w uszy.

Wieczorem przyszedł Kris i powiedział, że on tak sobie poustawia sprawy na dzień ich  nieobecności, że będzie mógł być cały dzień z tatą i Aleksem, zwłaszcza, że to będzie  sobota, więc nie będzie miał na ten dzień umówionych klientów. A jakieś notatki to przecież i u  nich może sobie  robić. No i Alina też pewnie będzie, ma tylko przed południem zamówione strzyżenie u  fryzjera. Prosił by Teresa tylko napisała co ma  mały zjeść i ile.  Kazik stwierdził, że on umówił się, że zjadą do Modlina około 12,00, o godz. 14,00 ma być ta uroczystość i on planuje, że najpóźniej w pół godziny po  jej zakończeniu ruszą z powrotem do Warszawy. Więc najpóźniej powinni być w domu około godz. 19,00, może 19,30. Teresa z kolei  powiedziała, że ona wszystko dla  małego przygotuje, poporcjuje i opatrzy kartką o której to  dziecku zaserwować. Wystarczy to wtedy wstawić na moment do mikrofalówki. Poza tym niech piszą sms-y, w razie  czego.

Tata się  trochę  z nich podśmiewał, bo w dzień imprezy oboje  mieli tak smętny nastrój, jakby  się wybierali na pogrzeb a nie na miłą  w końcu imprezę. Aleks został przez oboje  wyściskany i  wycałowany, w lodówce  stał cały zestaw różnej wielkości pojemników z karteczkami i szczegółowymi opisami. 

Wy to chyba  macie nas  za nieco  niedorozwiniętych umysłowo - stwierdził tata. Wyjeżdżacie raptem na kilka  godzin a przygotowaliście  dla  małego tyle  jedzenia,  jakby do wyżywienia  była trójka  dzieci a nie jeden Aleks. Zadzwońcie  koniecznie  gdy już dojedziecie na  miejsce. 

Do przejechania  mieli około 40 kilometrów,  ruchu  dużego na  drodze nie  było, nie  było też złych warunków  atmosferycznych, czyli  jak na  razie  prognoza   "meteoludkow" się  sprawdzała. Dobrze, że nie ma   ani śniegu ani  deszczu - cieszył się Kazik.  Wiesz, czuję  się tak  samo jak  wtedy, gdy pierwszy raz jechałem  do pracy gdy wróciłaś  z Aleksem  ze szpitala.  Cały czas się zastanawiałem jak  sobie  sama dasz radę, chociaż tak naprawdę nie  byłaś  sama, bo był z tobą tata.

A nie cieszysz  się na  spotkanie z różnymi  swoimi kolegami? Kazik  skrzywił  się-  nie mam pojęcia kto będzie. Wiesz- czas płynie, wszystko i  wszyscy  się zmieniają. Tak  w ogóle to jestem zdumiony tą nagrodą, bo nie  bardzo wiem czym  sobie  na  nią  zarobiłem. Nie  mniej jest kilku facetów z którymi  chętnie  się zobaczę. No i pochwalę się tobą. Tak ogromnie  się różnisz od  Anki, która była tu ze mną raz na Sylwestrze, że  chyba im  szczęki powypadają. Nim sama padła zapita w trupa wykończyła ze trzech, którym  się  wydawało, że mogą  dużo wypić. I ona  miała tu kumpli, nie ja. Ja się  nie nadaję do takiego towarzystwa, które każdy stres odreagowuje alkoholem. Nie rozumiem tego.

A nie  ciągnie  cię do latania?  Nie. Wystarcza mi prowadzenie  samochodu po Warszawie w godzinach szczytu. Gdy byłem jeszcze  w liceum to mnie to szalenie pociągało. I pierwszy lot szybowcem. Ale potem to jest tak jak z prowadzeniem  samochodu - "naumiesz  się" i tyle. A teraz to już nie mam ochoty na latanie. Nie marzy  mi się latanie z turystami na pokładzie. Marzy  mi się natomiast, żebyśmy razem pojeździli po Europie, jest sporo pięknych miejsc do odwiedzenia. Moglibyśmy pojechać do Włoch lub do Francji, a wcześniej pokręcić się chociażby po Niemczech. Oczywiście  mam na myśli  jeżdżenie  nie autostradami, tylko różnymi krajowymi szosami, żeby  zobaczyć , zwiedzić różne  miejsca. Jak nam  Aleks nieco podrośnie to sobie z nim pojeździmy.

"Impreza" była nie  tyle w samym Modlinie, ale w okolicy, w jednostce. Na bramie już czekała na nich przepustka i jakiś umundurowany  młodziak się nimi zaopiekował i zaprowadził "do  szefa". Szef wyściskał Kazika, szarmancko powitał Teresę, ucieszył się  z faktu, że Kazik ma  syna, przepytał czy  może mają ochotę się "przelecieć", a Teresa stwierdziła, że ona to raczej  z tych chodzących  po ziemi i co najwyżej  poruszających się samochodami. Chodźcie w takim razie trochę na  spacerek, przewietrzymy  się. Dawno tu  nie byłeś, zmieniło się tu trochę. Wyszli z budynku i gdy odeszli kawałek szef powiedział- tu wszędzie ściany mają uszy. Jak się chce  szczerze pogadać to najzdrowiej wyjść na  spacerek i ważne  rzeczy mówić ze spuszczoną  w dół głową.  A drzewa też podsłuchują? - zdziwiła  się Teresa.  Nie , one podglądają a specjalista od ruchu ust rozszyfruje o  czym się mówiło.  Opowiedz mi Kazik coś o  swoim synku  - chodzi już? Ile on ma lat?  Niedługo skończy  rok, ale sam jeszcze  nie chodzi, stoi w kojcu i raz na jakiś czas trzymając  się kojca kuca i wstaje, czasem jedną nóżkę odstawia. Oooo, to on lada moment zacznie  chodzić, wpierw trzymając się kojca. Szalenie słodkie są takie maluchy. On teraz to sobie ćwiczy i wzmacnia  mięśnie nóg. I nie pomagajcie mu czasem prowadząc za rączki- jak mu się mięśnie wzmocnią to sam ruszy w drogę. Dobrze, że go trzymacie  w kojcu. I żadnych "chodzików" nie dawajcie dziecku. Bardzo, bardzo się cieszę, że cię widzę. Gdy ostatni raz  się widzieliśmy wyglądałeś mocno nieszczególnie. Byłeś po rozwodzie - to był najlepszy wtedy krok w twoim życiu. A potem ponoć wyjechałeś z kraju.  Tak, pracowałem w Niemczech. Pozbierałem  się jakoś w  całość, poznałem bardzo fajnych ludzi, nawiązałem nowe przyjaźnie. I tam poznałeś żonę?  Nie, my się znamy od  bardzo wielu lat, była  żoną mego kolegi. Wpierw mnie się sypnęło małżeństwo, a  potem jej. A pani pracuje? - spytał Teresę- nie, jestem na bezpłatnym trzyletnim urlopie wychowawczym. Nawet gdybym pracowała  i nie  miała dziecka to i tak bym  musiała szukać pracy, bo pracowałam w CHZ. Po tym wychowawczym  będę  musiała szukać pracy. Nie jestem jedyna w takiej  sytuacji - transformacja systemowa nie jest łatwa i wszyscy ponosimy jej koszty. Ale przynajmniej dziecko będzie zadbane i mąż - stwierdziła Teresa. Nooo, Kazik to wygląda kwitnąco, co nie  znaczy, że się roztył. Ale wygląda na  faceta  zadowolonego z życia.

Jak się pani skończy urlop i będzie  pani szukała pracy to wtedy nie  zapomnijcie o mnie - ma się jeszcze trochę znajomych  w różnych  resortach. W wojskowości nie jest  źle, choć znacznie  gorzej niż kiedyś. Ale zatrudniamy całkiem sporo cywilnych pracowników. I niekoniecznie  są to żony i córki wojskowych.

Szefie, a co to za nagroda, bo ja naprawdę nie mogę się dokapować  za co - spytał Kazik. Nooo, za - no po prostu za  całokształt - byłeś i nadal jesteś dobrym konstruktorem lotniczym. Podobno doktorat zaczynasz- to prawda  czy plotka?  Prawda- chcę zrobić doktorat i przenieść się na  Politechnikę, bo jak na  razie to zawodowo tu  durnieję. Ale płacą, więc nie  narzekam. I słusznie - pochwalił szef.  A macie zdjęcie swego synka?  Ja mam i to nie jedno - od pierwszych godzin jego życia do teraz - pochwalił się Kazik. To chodźcie, wrócimy, bo chyba coraz  zimniej  się robi. Pani nie  zmarzła? Nie, jestem ciepło ubrana.  Obejrzę  sobie zdjęcia  waszego maluszka. A do kogo podobny? Aleks? - do nikogo, do siebie-  powiedziała  Teresa.  Jest jeszcze  za mały by określić czy podobny do Kazika czy do mnie. 

A czy twój  brat  Kaziu już jest adwokatem? O tak, zapracowany jest  po uszy. Ale  dziś został u nas by pomóc w opiece nad Aleksandrem. A pan ma jakiś problem z dziedziny prawa?  Jeśli nawet nie on sam by się zajął to ma  mnóstwo kolegów, którzy pomogą. Tesię nie on rozwodził,  a jego kolega. Bo on niezbyt chętnie  się zajmuje  rozwodami. Gdy będzie pan potrzebował prawnika to wtedy panów  skontaktuję. Nie  ma problemu.  A on już żonaty?  Tak i nawet spodziewają się na przełomie marca i kwietnia dziecka.  A żeby  było zabawniej, to jego żona jest przyjaciółką i to wieloletnią - mojej żony.  I teraz oboje czerpią od nas wiedzę o wychowie niemowląt.

Gdy wrócili sekretarka zrobiła kawę, do której były wyraźnie domowe ciasteczka. Szef spojrzał na  nie i powiedział - ona  mi  się wyraźnie podlizuje. Kazałem by kupiła w cukierni, to jak widać sama upiekła w domu, bo jak mówi te z cukierni to nie wiadomo  jaki tłuszcz mają w środku, a jej ciastka to nawet chory może  zjeść.   No fakt, domowe ciastka to zawsze są lepsze niż kupne - poparła tezę sekretarki Teresa.  No ale mnie to krępuje, bo ona  za nic w świecie nie chce wziąć za nie pieniędzy.  To nie  zostaje panu nic innego niż porozmawiać z tą panią poważnie, że przecież nie zwraca pan  za robociznę a tylko za składniki. Może  wtedy przyjmie te  pieniądze.  A wie pani, pani Tereniu- chyba tak  właśnie  jej to przedstawię. 

A jak się czuje pani Helena?- spytał Kazik. Helena- powtórzył szef- Heleny nie ma, wyjechała do swojej siostry do Kanady. I jak mi napisała w czerwcu, to ona już tu nie wróci. Bo jej się tam świetnie żyje. A tu nic i nikt jej nie trzyma. Bo według niej  dla mnie praca jest wszystkim i ona  się czuje niepotrzebna, a niepotrzebni mogą odejść. No i  właśnie z tego powodu jest mi potrzebny prawnik, bo są poplątane kwestie własnościowe. Po prostu pewnie się rozejdziemy po ponad dwudziestu latach małżeństwa. Oj, to przykre  - powiedział Kazik.  Eee, już się jakoś z tym pogodziłem. Ona jest ode mnie 15 lat młodsza, więc być może już ktoś inny obok niej leży. No ale nikogo  się na  siłę w małżeństwie nie utrzyma.  A pani sekretarka o tym wie? - spytała  cicho Teresa.  Chyba  się domyśla co jest grane. To miła  kobieta, ale ja już nie reflektuję na  kolejny związek. Dobre ciastka  to za mały atut , nie interesuje mnie jako kobieta, jako kucharka też nie, umiem nieźle gotować. Jeszcze trochę a "góra" nade mną zacznie się interesować moim życiem, więc muszę się zorientować na  czym stoję. Oczywiście na spotkanie z prawnikiem pojadę do Warszawy, ja mam tam kawalerkę, często nocuję w Warszawie. Dzieci nie mamy. Kiedyś  mieliśmy psa, ale już się przeniósł za Tęczowy Most.

No to pokażcie mi teraz zdjęcia  waszego synusia. Piękne imię wybraliście dla niego. To po moim ojcu- Teresa tak wymyśliła- wyjaśnił Kazik. Mam nawet dwa zdjęcia maluszka jeszcze z sali porodowej- jedno jeszcze z pępowiną i drugie gdy już odcięty,  ale jeszcze  nie "obrobiony" ale ssie. Bo to był trudny poród, trzeba było ciąć Tesię.  I ty byłeś przy porodzie? zdumiał się szef.  Byłem, ale nie zemdlałem, tylko się cholernie bałem o nią i dziecko. Byłem przy niej cały czas, trzymałem za rękę i głaskałem po twarzy. No tak, czytałem, że teraz  mężowie  mogą być na  sali porodowej- przypomniał  sobie  szef. To trudne chwile - powiedział Kazik- momentami miałem wrażenie, że to nie  dzieje  się naprawdę, że to tylko sen. I cieszę  się, że mogłem w tym  wszystkim brać udział. Wszyscy byliśmy zmordowani - i lekarz odbierający poród i chirurg i my oboje  z Tesią.

A teraz z kim zostawiliście małego?  Z moim tatą, bratem Kazika i bratową. Aleks ich  wszystkich świetnie zna, bo widujemy się niemal codziennie. Mój tata  mieszka z nami i mały jest do niego bardzo przyzwyczajony, zasypia u niego na rękach- wyjaśniła Teresa. A brat Kazika mieszka ze 2 kilometry od nas. 

Szefie, a nie mógłbym odebrać tej nagrody po cichu - tak szczerze mówiąc jakoś nie palę się do spotkania z byłymi kolegami. Nie miałem z nimi od  dawna kontaktu. I gdybym teraz  odebrał to wrócilibyśmy do Warszawy za dnia, a nie po ciemku. Szef zrobił "wielkie oczy" i cicho powiedział- mam do ciebie słabość- mogę ci to dać teraz, ale napisz mi oświadczenie, że z przyczyn rodzinnych  nie możesz wziąć udziału w tej uroczystości  i wszystko mi pokwitujesz. Oczywiście - już to piszę - odpowiedział Kazik.

Kazik zasiadł do pisania a szef  wyszedł do sąsiedniego pokoju i po chwili wrócił z  teczką, w której był dyplom, pismo z ministerstwa, jakaś odznaka i gotówka. Kazik w tym  czasie wydłubał z portfela swoją wizytówkę prywatną by ją dać szefowi. Szef wręczył mu teczkę mówiąc - przelicz gotówkę. Jeśli pan ją liczył to ja  już nie muszę - powiedział Kazik. I gdy pan się następnym razem wybierze do Warszawy, to proszę koniecznie  umieścić w  swoim planie  dnia pobyt w naszym domu. Aleks w naturze jest znacznie zabawniejszy niż na  zdjęciu. I pozna pan mego teścia, który jest dla mnie ojcem na pełny etat.

Gdy Teresa i Kazik ubierali  się szef wezwał dyżurnego i kazał odprowadzić gości do samochodu. Gdy wyjechali  już za bramę Kazik powiedział do  Teresy - gotówki jest niedużo,  ale zobacz co jest w  tym piśmie - mamy sfinansowany twój bezpłatny urlop - mam przez trzy lata drugą pensję.

                                                               c.d.n.


sobota, 4 lutego 2023

Lek na wszystko?- 49

 W końcu listopada zatelefonował Franek. Żalił się, że ojciec nie chce razem z nimi polecieć na Djerbę. A to taki czas, że wreszcie  można bez  omdlenia  z gorąca trochę po całej wyspie pojeździć. Trochę jest wtedy deszczowo, ale temperatury "przystępne" na ogół w  dzień to jest 18 stopni a w nocy o stopień niżej. I Franek wymyślił, żeby w takim razie pojechać  całą "kupą" - Kaziki z juniorem i seniorem oraz oni z ojcem Franka i wtedy starsi panowie będą się razem raźniej czuli. Kazik wysłuchał wszystkiego cierpliwie, na kartce napisał zdanie "ja się na to nie piszę" i powiedział do Franka - tak naprawdę to nie jestem za wyjazdem z tak malutkim  dzieckiem poza  Polskę, ale jeśli Tesia będzie bardzo  chciała jechać to być może pojedziemy, dam ci ją teraz  do telefonu. 

Teresa stwierdziła, że absolutnie nie pojedzie zimą z dzieckiem "w świat daleki", a jeśli Franek nie chce by ojciec  był sam w święta, to żaden problem - na czas nieobecności Franka i Joanny ojciec Franka  może bez  problemu zamieszkać w Warszawie, w mieszkaniu ich taty i wtedy spędzi też z nimi święta i Sylwestra. Starsi panowie  się lubią, świetnie dogadują no więc to tylko kwestia dogadania szczegółów. W końcu Otrębusy  nie są na drugiej półkuli i co kilka dni Kazik albo Krystian mogą podjechać z jego tatą by sprawdzić, czy " w domu i  zagrodzie" jest wszystko w porządku. Po tej rozmowie entuzjazm Franka odnośnie zimowego wyjazdu na Djerbę spadł w okolice 0. Dodatkowo Teresa poinformowała, że Alina jest w odmiennym  stanie, dziecko powinno się urodzić na przełomie marca i kwietnia, więc oni wolą nie wyjeżdżać z Polski, żeby być na  miejscu i w razie jakichś zawirowań wspomóc oboje. Na razie co prawda wszystko przebiega jak trzeba, no ale  ciąża to "rzecz nabyta" i może być różnie. No nie  miałem pojęcia, że taka u was jest sytuacja- oczywiście masz rację i dobrze, że tak podchodzicie do tej sprawy.

Po skończonej rozmowie Teresa powiedziała  do męża - myślałam, że jego starokawalerskie nawyki już mu minęły. Ale miło z jego strony, że planował byśmy wszyscy razem gdzieś się wybrali. Jak znam Franka i życie, to za kilka dni, najwyżej za tydzień stwierdzi, że w tym układzie wigilia ewentualnie pierwszy dzień świąt będzie u nich.  I w tym układzie zastanówmy się co wolimy by było u nas - wigilia  czy świąteczny obiad w pierwszy  dzień świąt. Ja myślę, że może by wigilię zrobić u nas, by po nocy nie tłuc się do tych Otrębusów.  Jeśli się w  wigilię zasiedzą to przenocują w mieszkaniu taty. Ale  nie  wykluczam, że pojadą na Djerbę  sami a Franek załatwi ojcu jakieś wczasy lecznicze. Nie mam pojęcia jakie są układy rodzinne Joanny, bo może jest bardziej związana z rodzicami niż to postrzega Franek. Jak nasz ślicznotek będzie  miał z 5 latek, to wtedy będziemy z nim wyjeżdżać na  zagraniczne wojaże. Z wielką przykrością  zauważyłam, że dalekowzroczne planowanie  nie jest w  tym kraju dobrą rzeczą - zupełnie jakby się żyło w pobliżu  wulkanu. Pewnie znów pojedziemy do Sophie i  Kurta - bardzo polubiłam oboje - bardzo mili, życzliwi i przytomni ludzie. Czułam się z nimi tak, jakbym  znała ich "od  zawsze". Sophie mi bardziej odpowiada psychicznie niż Alina bo zawsze  szuka  jakiegoś logicznego i dobrego rozwiązania a nie  wpada w panikę. Alina jej do pięt  nie dorasta. I myślę, że to nie tylko kwestia  wieku- bo wszak jest ode mnie  starsza- ale i usposobienia. 

Kazik uśmiechnął się - obaj  z Kurtem wiedzieliśmy, że się polubicie, bo macie ogromnie  dużo punktów stycznych. Z kolei my z Kurtem też  się świetnie  zawsze dogadujemy - i na linii służbowej i w życiu  prywatnym. Poza tym jeśli Kurt wie coś znacznie  lepiej ode  mnie to tak pokieruje rozmową, że mam szansę by  samemu na to wpaść i wtedy on jest w przysłowiowym  siódmym niebie, że na to wpadłem. To facet, który niczego ludziom nie  zazdrości i jak  zauważyłem to dość rzadka  cecha obecnie. Mam żywy przykład jak  być dobrym i mądrym ojcem. Gdy się dowiedział, że będziesz miała cesarkę to chciał byśmy do nich przyjechali i byś była tam operowana. I powiedział, że 80% szans, że druga ciąża  może  nie być taka jak pierwsza to za mało by ryzykować drugie dziecko i tylko teoretycznie cesarka to teraz "pestka". I tak fajnie  powiedział -wiesz, pestka jest malutka  ale też się można  nią udławić. I jest pełen podziwu dla ciebie, że wzięłaś ten trzyletni urlop, bo z góry wiadomo, że zawsze po takiej trzyletniej przerwie jest kłopot z powrotem  do pracy. A teraz tym bardziej. Ale na razie to nie ma problemu. My też  się hodowaliśmy w domu aż do chwili pójścia do szkoły i jakoś nam  to nie zaszkodziło.

Mnie  chyba jednak w jakiś  sposób  zaszkodziło chodzenie do szkoły - bardzo nie lubiłam chodzenia do szkoły. Nudziłam się tam straszliwie, bo już umiałam czytać i dostawałam  drgawek gdy  dzieci dopiero uczyły się liter. I potem te lekcje z tym dukaniem i składaniem liter w  wyraz. No normalnie roznosiło mnie. Oni gryzmolili  z trudem literę "a" a ja w tym czasie wyrysowałam pół strony literek i pół strony szlaczków. A i tak poszłam rok wcześniej do szkoły. W drugiej klasie to się nieco mniej nudziłam, ale chodziłam na ósmą do szkoły, więc musiałam wcześnie  wstawać by przed wyjściem  z domu zjeść śniadanie, co  mnie przyprawiało o mdłości. Dopiero wtedy mama wpadła na pomysł, bym rano jadła zupę z dnia poprzedniego- bo zupy to mi jakoś wchodziły, ale mleko i kakao to nigdy. A jajka to tylko w postaci kogla-mogla utartego z jedną łyżeczką kakao. A nie  miałam żadnej alergii pokarmowej czy też "skazy białkowej"- cokolwiek  to znaczy. Mama była przeze mnie wciąż nieszczęśliwa - miodu,dżemu do ust nie wzięłam, już sam widok ich na stole był mi niemiły. Każde mięso na talerzu podlegało u mnie rozkładowi na  czynniki pierwsze - najmniejszy skrawek tłuszczu lub jakaś żyłko czy też innego rodzaju włókienko było starannie wydłubane i odsunięte na brzeg talerza. Zresztą wolałam mięso  na  zimno. Na ciepło to pożerałam tylko serdelki. Nienawidziłam ryżu na  słodko, który  mama uwielbiała, więc ryżu nie  jadłam. Zupy pomidorowej  też nie jadałam -wg mnie to była trucizna. Ryby- tylko sardynki z puszki, żadnej  ryby smażonej lub gotowanej lub, nie daj Boże, w  galarecie. Raz jedyny w życiu byłam na koloniach letnich- przez miesiąc jedyne co tam jadłam to był razowy ,  bardzo świeży chleb z twarogiem doprawionym  cebulą. Chleb przyjeżdżał do nas prosto z piekarni i był często jeszcze  ciepławy. Dzieciaki po tym  chorowały, ale mnie nic  nie było. Schudłam wtedy 3 kilo- 3  kilo w 4 tygodnie u siedmiolatki to był chyba jakiś rekord. Dożywiałam  się  czarnymi jagodami, bo były w pobliskim lesie, do którego codziennie  chodziliśmy na  spacery. Nie  lubiłam  makaronów, wolałam   kartofle. Naleśniki też były trucizną, bo były z serem i dżemem.

Kazik wpatrywał się w Teresę z wielkim zdumieniem, w końcu powiedział - słucham tego jak  bajki o żelaznym wilku!  Co cię tak odmieniło?  Teresa  zaśmiała  się głośno - zdziwisz się, ale wyjście z domu rodzinnego. Mama była bardzo kochana, ale jakoś nie  wpadła na myśl, że kiedyś będę przecież  musiała coś  sama ugotować.  Zaczęłam kursować po księgarniach i kupiłam  sobie książeczkę o kuchni indyjskiej.

Przepisy  były głównie wegetariańskie. Wypróbowałam  wszystkie, tyle  tylko, że nie  waliłam do  wszystkiego ani tak dużo pieprzu ani cukru jak w przepisach. Zrobiłam z tego "kuchnię  indyjską w polskiej wersji i do dziś wiele przepisów nadal stosuję. Pokochałam łagodne curry i wiele innych przypraw w ich łagodnej  wersji. Potem połączyłam te przepisy z przepisami z "normalnej" książki kucharskiej i to jak teraz  gotuję to mariaż polskiej kuchni z różnymi  innymi narodowymi kuchniami- mam podejrzenie, że jedyne  czego Robercik do dziś żałuje, to właśnie moje gotowanie. Mamie i tacie też to moje  gotowanie  pasowało, tyle tylko, że  na ogół nie mówiłam nigdy "co jest w środku". A ja często robię i meksykańskie   jedzonko i chińskie i indyjskie. Dopóki sama nie zaczęłam pichcić to kurczaka nie  jadłam, a teraz sam widzisz - 80% mięsa u nas to drób. Jeden z naszych  znajomych, który miał okrutny pociąg do pichcenia zrobił "kurs gospodnika" i marzyło mu  się,byśmy razem otworzyli jakąś knajpkę. Ale ponieważ mu się nie tylko to marzyło, a mnie się nie marzyło w 100% to co jemu, no to "naszej knajpki" nie ma.

Kazik słuchał z wielkim  zainteresowaniem- w końcu zapytał- a ten facet ma jakąś restauracyjkę? A w ogóle co to za nazwa "gospodnik"?  Teresa  zaśmiewała  się - no tak naprawdę to nie wiem- tak  się ten kurs nazywał i dawał uprawnienia do otwarcia własnej niedużej knajpki lub baru. Widocznie  wyraz
"gospodnik" dobrze  się kojarzył poprzednim władzom. Bo słowo "restaurator" brzmi  zapewne zbyt burżuazyjnie czy też kapitalistycznie. Zapewne ów "gospodnik" to mógł założyć gospodę, czyli lokal o wiele niższej  randze niż restauracja. Po rosyjsku "gospoda" to pan, więc  chyba  nie tu trzeba  szukać pochodzenia nazwy  "gospodnik".  

Ja to  się nie nadaję do takiego biznesu i zapewne splajtowałabym po kilku miesiącach, bo wiem, że nie  da  się smacznie gotować z marnych surowców.  Sprawdzałam wtedy z tym facetem  - trzeba  mieć  niezłe  zaplecze finansowe na początek, żeby w końcu coś zarobić. W dwie osoby to byśmy nie  wyrobili - to musiałby być biznes rodzinny , zwłaszcza na początku.Poza tym jest tyle przy tym biznesie przepisów sanitarnych, że aż strach. I wcale  mnie nie  dziwią ceny w Europejskim, bo cena jedzenia  nie bierze się tylko z ceny produktów i ich obróbki cieplnej- jest cały sznureczek wydatków nim podasz  jedzenie na stół.  Facet twierdził, że mam naturę eksperymentatora i szalenie  mu moja kuchnia  odpowiadała. Bo ja ciągle mam ciągoty do wypróbowywania  kuchni innych narodów. Najmniej mi odpowiada kuchnia azjatycka. Obejrzałam  w życiu sporo filmów stricte kulinarnych i  zawsze  coś mi w głowie  z tego zostaje i mieszam naszą kuchnię z innymi . Na pewno moje risotto jest nieco inne niż prawdziwe  włoskie, ale moja paella i meksykańska różnią  się głównie ostrością. No i moje chili con  carne też  zapewne jest mało meksykańskie, bo ja nie lubię ostrego chili, ale połączenie fasoli, kukurydzy, mielonego mięsa i ryżu w mojej wersji jakoś wszystkim  smakuje. 

Wiesz kochany, każdy jeden biznes prywatny to jest jak włożenie głowy w pętlę sznura szubienicy - może się pętla zacisnąć w najmniej oczekiwanym momencie, a ja nie mam zacięcia ryzykantki. Poza tym życie mnie nauczyło, że rzadko można polegać w 100% na personelu, a wszystkiego nikt sam nie upilnuje. Poza tym już  się  ostatnio  "naszefowałam" i wcale  mnie nie ciągnie by być czyimś szefem. Zapewne jestem po prostu za mało ambitna.

Rozumiem  cię w pełni- mnie też  nie ciągnie  do szefowania. Na razie zbieram materiały do doktoratu a  potem  chyba się zatrudnię na  Politechnice. Wolę uczyć niż pilnować pracy dorosłych. I być może będzie to strzał w dziesiątkę. Na razie zbieram materiały. Czy pojechałabyś ze mną na jeden  dzień do Modlina? Jeden dzień to może  tata z Aleksem zostać. No ale po co ja mam tam z tobą jechać? - zdumiała  się Teresa. Co ja będę tam robić? Nie znam  się na  samolotach, za lataniem  to zbytnio  nie przepadam.

Nic tam  nie będziesz musiała  robić, po prostu będziesz  ze mną. Możemy  się nawet dla przyjemności przelecieć helikopterem, tam jest dobry sprzęt. A ty będziesz go pilotował?  Nie, będę siedział obok  ciebie i szeptał ci do ucha  czułe słówka -  jak wiesz umiem ci szeptać do uszka w różnych okolicznościach. Po prostu będzie  mi milej gdy będziesz ze mną, po drugie - uniknę w ten  sposób przyjęcia, bo powiemy, że musimy pędzić do dziecka. Poznasz kilku moich kolegów, którzy umierają z ciekawości z kim to się ten  totalny abstynent ożenił. A totalny dlatego, że nie tankuje i nie wodzi za sobą ze trzech, czterech panienek.

Ale, skoro nie chcesz byśmy polatali nad ziemią, to polatamy w kabinie symulatora. Powinno ci  się spodobać . I może pojedzie też z nami Kris. Tata powiedział, że spokojnie poradzi sobie z Aleksem- wyjedziemy z Warszawy rano, wrócimy około czwartej po południu. Będziemy  cały czas w kontakcie z tatą, w razie  czego wsiadamy w helikopter, a samochód ktoś dostarczy do Warszawy.

A kiedy to będzie? I co to za przyjęcie, na którym nie chcesz być? No  na cześć kilku nagrodzonych osób, wśród których i ja jestem. To będzie w przyszłą sobotę. Podobno ma być dobra pogoda wg ludków z meteo. Ojej, to powinnam się przelecieć do fryzjera i do kosmetyczki żeby ci wstydu nie  zrobić swym wyglądem. Ale po co? Wyglądasz pięknie bez makijażu, a ja ci tylko wyszczotkuję przez  dwa wieczory włosy. Nie  musisz sobie dodawać urody makijażem lub jakąś fryzurą. To powinnam  sobie coś szybko kupić na grzbiet. Oczywiście, jeżeli odczuwasz chęć kupienia  czegoś to oczywiście możemy się wybrać na  zakupy. Ale jak  widzę to wróciłaś już do dawnego rozmiaru. I możesz spokojnie ubrać  się pół -sportowo - jest zima i upału nie ma, więc pomyśl o  czymś cieplejszym. Możesz spokojnie pojechać w spodniach , kozaczkach na obcasie , jakimś ciepłym sweterku i  weźmiesz swój kożuszek turecki - wyglądasz w nim extra!  Tam jest zimny wychów, nigdzie się nie  zgrzejesz. I koniecznie czapkę na głowę- to jest lotnisko, wieje zewsząd. Na sali, jak  znam życie też nie będzie  ciepło. A ponieważ jedziemy tam  samochodem, to nie będzie problemu by  mieć jakieś zapasowe rzeczy. Ja to chyba nawet założę rajstopy, te  "termiczne", które kupiliśmy w Niemczech. Ty też je załóż pod  spodnie. Bo ma być pogodnie, ale niestety zimno.

                                                                     c.d.n.