sobota, 11 grudnia 2021

Spóźnione uczucia - 10

Jesień  nadal zachowywała się zdaniem Heleny całkiem przyzwoicie. Ostatnie 3 dni października były tak ciepłe, że Helena chodziła po ogrodzie w  samym T-shircie. Ale pieca nie wyłączali, noce jednak były chłodne, poza tym piec na  najniższych "obrotach" spalał mało oleju. 
Pierwszego listopada, gdy odwiedzali groby swych  bliskich oboje z  Mietkiem zdjęli płaszcze a z jednego z cmentarzy szybko wręcz uciekli, bo Helena była  bliska omdlenia- było bardzo ciepło, bo aż 15 stopni, powietrze stało nieruchome, zero przewiewu, cmentarz  mały, niesamowicie zatłoczony grobami, groby na gęsto obłożone  zniczami i tłum odwiedzających, do tego dookoła cmentarza był dość wysoki mur a zaraz za nim otaczające cmentarz z dwóch stron potężne biurowce i bloki osiedla  mieszkaniowego. Z ulgą wrócili do swego azylu pod lasem. 
Sami siebie chwalili za to, że wcześniej odwiedzili dwa olbrzymie  cmentarze - Cmentarz Północny, który jest w granicach Warszawy na Wólce Węglowej, która ongiś była już poza miastem, oraz  Cmentarz na Bródnie. Oczy im niemal wyszły z orbit, gdy w domu obejrzeli w wiadomościach telewizyjnych   co się działo na drogach dojazdowych do tych miejsc.
Ich  życie płynęło spokojnie, sprawy własnościowe  mieszkania i domu Heleny zostały już uregulowane, a że oboje nie mieli żadnych spadkobierców w postaci dzieci, rodziców, rodzeństwa - spokojnie czekali aż  apartamentowiec, w którym  mieli zamieszkać ich nowi znajomi zostanie  wreszcie ukończony. Gdy już tamci dostaną  termin zasiedlania tego budynku wtedy Pierre i  Mietek  stawią się u notariusza by podpisać umowę kupna-sprzedaży.  Spółdzielnia, w której było  mieszkanie Pierre'a już wyraziła  zgodę na tę transakcję, mieszkanie było wykupione, własnościowe, spłacone. Obydwaj  panowie  nie bardzo mogli zrozumieć co spółdzielnia ma do tego by pozwalać lub  nie pozwalać na sprzedanie  mieszkania już wykupionego i w pełni spłaconego. 
Gdy Mietek usiłował się dowiedzieć od Heleny czemu są takie idiotyczne przepisy ta  mu powiedziała - jeśli cię to dręczy to idź do prezesa tej spółdzielni i poproś o wyjaśnienie. Przecież w tym kraju  zawsze od czasu  zakończenia wojny były same durne przepisy. 
Któregoś dnia, przed południem  Helena postanowiła  zmierzyć spodnium, w którym  zamierzała  brać  ślub. Ale nim zmierzyła wyjęła też z szafy nowy garnitur  Mietka, potem obydwie rzeczy położyła obok siebie, obejrzała w świetle  sztucznym, obejrzała w świetle dziennym i........stwierdziła, że nie ma w czym iść do ślubu. Doszła do wniosku, że kolor tego spodnium w jakiś sposób przytłacza kolor garnituru Mietka - wyraźnie było zbyt wiele tego królewskiego błękitu . Poza tym stwierdziła, że skoro na co dzień chodzi w spodniach, to do ślubu mogłaby przecież pójść w sukience. Nogi wszak miała niezłe, figurę też całkiem, całkiem.
No to będą miały dziewczyny radochę - pomyślała. Na razie  wpuszczę im  sprawę materiału, głównie dobrania koloru. Dobrze, że Niedźwiecki dał  Mietkowi spory kawałek materiału, a nie  skrawek 5 x 5 centymetrów. Dam im i poproszę  by poszukały w hurtowniach coś pasującego na kostium. Dołączę też od razu fason. No i żeby to była może  żorżeta wełniana?  W każdym razie coś dość miękkiego i ciepłego, żebym w tym nie zamarzła na  śmierć. W połowie lutego może być jeszcze  całkiem zimno. 
A może- myślała wpatrzona w ogród - zrobić sukienkę bez rękawów,  koktajlową i do tego bolerko z długim lub 3/4 rękawem? To praktyczniejsze niż kostium.  A może być przecież też bolerko z czegoś
puszystego, albo tylko oblamowane  jakimś sztucznym futerkiem? Przyglądając się swej figurze w lustrze wniosła poprawkę do swych rozmyślań - nie, nie, puszyste bolerko dla mnie odpada, mam za duży biust, będę wyglądać niczym matka  karmiąca.
I będę musiała do tego dokupić jakieś jasne kozaczki na szpilce, no ale to dopiero gdy  znajdą mi materiał.
Z rozmyślań z gatunku "ja nie mam co na siebie włożyć" przeszła do  rozważań na temat samego Mietka. Zawsze się jej podobał- brunet o bardzo mocno niebieskich oczach. Zgrabny. Wysportowany. Wiecznie otoczony wianuszkiem ładnych dziewczyn, które wyraźnie traktował z  lekceważeniem, 
nawet wtedy, gdy prawił im  na głos komplementy. Najczęściej brzmiało to tak jakby mówił: piękna jesteś ale głupia, tyle tylko że fragment "ale głupia" był przemilczany, choć Helena w jakiś sposób go wyczuwała.
Jej nigdy  nie powiedział, że mu się podoba, albo że jest piękna. Tylko kilka razy usłyszała o sobie, że jest "fajną babką". Ale wiele razy łapała jego spojrzenie. Od kilku koleżanek słyszała, że jest facetem "dobrym w  łóżku", ale z żadną się nie wiązał na dłużej. Helena śmiała się gdy wyjechał, bo ciągle  była  zasypywana  pytaniami, czy Mietek pisze do nich listy, ale twierdziła, że Mietek pisze tylko do Wojtka, co było nieprawdą. Wojtek nie lubił pisać listów, więc  zawsze prosił by to ona  odpisywała na   listy Mietka, on się tylko na końcu dopisywał, zresztą dość zdawkowo. 
W końcu  to Helena  prowadziła z Mietkiem regularną dość korespondencję. To jej napisał, że chce się ożenić ze sporo młodszą dziewczyną, "bajeczną w łóżku" i nieco się obruszył, gdy Helena bez ogródek mu napisała, że skoro ona jest taka młoda a tak "bajeczna w łóżku" to może by się jednak zastanowił skąd dziewczę ma tyle wprawy w tak młodym wieku. Przez kilka miesięcy urażony Mietek milczał,
potem napisał tylko, że jedzie na daleką  północ, bo tam są o wiele lepsze zarobki. Nie pisał czy jedzie tam sam czy też z żoną. Przez wiele miesięcy nic nie pisał, oboje z Wojtkiem się zastanawiali co na tej
dalekiej północy robi.
Gdy nagle umarł Wojtek Helena  nie napisała o tym do Mietka -  nie miała głowy do pisania listów, poza tym była niemal pewna, że Mietkowi coś  złego się przydarzyło, skoro nie ma od niego od wielu miesięcy ani jednego listu. Spotkani na pogrzebie Wojtka  koledzy też mówili, że Mietek do nikogo nie pisze, któryś z nich dostał nawet  zwrot  swego listu wysłanego na tę daleką  północ.
Nic dziwnego, że widok Mietka przed drzwiami jej domu mocno wstrząsnął Heleną. A wspomnienie ich
pierwszej wspólnej nocy wciąż przyprawiało  Helenę o nieco szybsze bicie  serca. Połączenie czułości, wielkiej delikatności i nie ukrywanego pożądania, zachwyt nią i wszystkim co robiła i wspólne przeżywanie rozkoszy doprowadziło Helenę niemal do  łez. Nie wyobrażała sobie, by mogła wieczorem
zasnąć sama, nie wtulona w jego ramiona i rano budzić się sama a nie w efekcie delikatnych jego pieszczot i pocałunków. Któregoś wieczoru zapytała się Mietka czy on, mając w swym życiu tak wiele
kobiet nie czuje się  aby nieco rozczarowany jej osobą. 
Popatrzył się na nią z wielkim wyrzutem, ujął w dłonie jej twarz i wolno, wyraźnie powiedział - jestem tobą oczarowany a nie rozczarowany. Ciebie kocham, tamtych nie kochałem, były dla mnie jak te plastikowe lalki dla  facetów, lub wibratory dla  kobiet, były zastępstwem. To co powiem zabrzmi okropnie, ale gdy tylko dowiedziałem się o śmierci Wojtka, moją pierwszą myślą było to, że teraz mogę do ciebie  wystartować a dopiero potem myśl, że szkoda chłopaka. Naprawdę chciałem byśmy się pobrali natychmiast, żebyś się nie rozmyśliła i by wszyscy wiedzieli że cię kocham. Nigdy, przenigdy nie doświadczyłem z inną tego co z tobą, choć jak sama powiedziałaś było dużo tego towaru w moim życiu. Może dlatego, że żadnej nie oddałem siebie, tak jak tobie, żadnej tak nie pieściłem, nie interesowały mnie ich odczucia. One były tylko po to żeby zaspokoić moje chucie. Ożeniłem się w Kanadzie tylko po to, żeby mieć kogoś na stałe "pod ręką". I nic dziwnego, że odeszła z innym  bo praktycznie przestałem się sprawdzać. Im się więcej starała tym mnie  bardziej od niej oddalało. 
Kto wie, może popełniłem błąd, że nie "wyrwałem" cię Wojtkowi kierując się zasadą, że nie zabiera się
swojemu przyjacielowi żony.
Rozmyślania Heleny przerwała melodyjka wygrywana przez jej komórkę - telefonował Mietek z zapytaniem, czy aby nie trzeba czegoś kupić po drodze, bo on już na dzień dzisiejszy zakończył pracę i wraca do domu. 
Oj to dobrze, że już wracasz, bo ja się za tobą bardzo stęskniłam, a po drodze możesz kupić tylko jakieś owoce, jakie wybierzesz będzie dobrze. Bo ja to wszystkie  lubię, więc kup to co ty lubisz. A co tak wcześnie wracasz? Mietek roześmiał się - dowiesz się w domu. Napiję się w domu tylko kawy i zaraz wyjedziemy z powrotem.
Pół godziny później Mietek już był w domu. Jak wykazał ostatni miesiąc jeden samochód na rodzinę to było zdecydowanie zbyt mało i Mietek już od dość dawna rozglądał się za jakimś  samochodem. Dziś jeden ze znajomych Pierre'a, Polak zresztą,  przyjechał do Polski swoim dwuletnim fiatem UNO, który był robiony przez Włochów na eksport do Francji - przywiózł go w ubiegłym roku do Polski, zarejestrował na siebie a teraz chce kupić większy samochód, więc ten chce sprzedać.  
Pierre wiedząc,  że Mietek chce kupić jakiś  samochód dla siebie, bo jednak 1 samochód dla rodziny  mieszkającej stale pod Warszawą to stanowczo za mało, powiedział o tym fiaciku Mietkowi. 
Więc zaraz  pojadą go obejrzeć.
Samochód jeśli idzie o lakier to jest to biel włoska (cokolwiek to znaczy), tapicerka ciemny  granat, przebieg to tyle co z Francji do Polski, bo on go kupował we Francji, ale nim w Polsce nie jeździł, bo miał złamaną  nogę która  mu się kilka miesięcy paprała i samochód głównie garażował. 
Gdy Helena z Mietkiem jechali by obejrzeć ten samochód Helena powiedziała- jeśli go kupisz, to ja będę nim jeździła, mam wielki sentyment do fiatów, a ty będziesz jeździł tym moim, bo ja za nim nie przepadałam- za duży dla mnie. A w lutym przerejestrujemy tego opla na ciebie, fiacika na mnie i to wszystko zrobimy gdy ja będę  zmieniała prawo jazdy z racji zmiany nazwiska. Zajmie nam to cały dzień w Wydziale Komunikacji, ale będzie porządek w papierach.
Mietek uśmiechnął się - pamiętam, prawo jazdy robiłaś na  "maluchu", wtedy polubiłaś fiaciki.


                                                               c.d.n.

piątek, 10 grudnia 2021

Spóźnione uczucia - 9

 Dni, tak jak to  mają we  zwyczaju , mijały niepostrzeżenie i wrzesień przemienił się w październik. Jesień  zaczęła coraz szybciej  złocić las,  trawa w ogrodzie już nie błyszczała szmaragdową zielenią, coraz częściej Helena  znajdowała w domu pająki. Oszklenie werandy i stale  zamknięte  szklane drzwi sprawiły, że jak na razie do domu nie trafiła  żadna mysz. Każde  z nich wchodząc do domu odczyniało na wycieraczce dziwne  "tańce indiańskie" jak je nazywał Mietek, by odstraszyć ewentualnych dzikich lokatorów, bo jak mówiła Helena - wolę potupać na wycieraczce przed  wejściem do domu niż potem nastawiać pułapki na myszy i rozsypywać zatrute  ziarno i wyprawiać myszkom pogrzeby lub żywe wynosić do lasu.

"Pan od ogrzewania", jak mówiła o nim Helena przeszkolił i ją i Mietka w obsłudze pieca, podał numer swego prywatnego telefonu, co po jego wyjściu Mietek skwitował krótkim- "no i dobrze, będziemy bardziej zadbani". Piec już mieli włączony, na razie na "małych obrotach" i wieczorami Helena już nie   musiała zakładać ciepłych kapci i  swetra. 
Sprawy "administracyjne", jak je nazywała Helena, pomału posuwały się do przodu.  Ślub był wyznaczony na połowę lutego.
Obejrzeli mieszkanie  kolegi Mietka, które im obojgu się spodobało. Budynek był czteropiętrowy a mieszkanie zamiast balkonu miało wyjście na mały ogródek- zresztą wszystkie  mieszkania  na parterze miały ogródki. Co ciekawe - ogródki od  strony biegnącej wzdłuż budynku ulicy były odgrodzone
od niej   wysokim i gęstym żywopłotem. Jak niosła "wieść gminna" kiedyś ten żywopłot wyznaczał granicę wielkiego ogrodu dawnego właściciela tych gruntów. Widać z tego było, że projektant wykorzystał w swym projekcie ten stary, piękny  żywopłot.  I chwała mu za to, że wykorzystał go a nie  zniszczył - pochwaliła Helena nieznanego jej projektanta. Poza tym dawnym żywopłotem ostały się w wielu miejscach  bardzo stare drzewa, różniące się swym wiekiem bardzo mocno od  nowych nasadzeń. Po drugiej stronie budynku były tereny zielone, a za nimi różne krzewy i "mini wąwóz" z  tak zwaną drogą "bitą",  a o  "rzut  beretem" dalej poletka doświadczalne  SGGW (Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego). Mniej więcej  200 metrów od tego budynku, w którym mieli  ewentualnie  zamieszkać, niemal w centrum osiedla,  znajdował się duży, dobrze  zaopatrzony  market znanej sieciówki i jak się śmiał Mietek- jego bliskość miała  decydujące  znaczenie w kwestii atrakcyjności miejsca. 
Osiedle składało się tylko z czteropiętrowych budynków, w jego dalszej części była przychodnia lekarska, apteka i kilka różnych punktów usługowych łącznie z fryzjerem dla płci obojga, były nawet dwa kioski ruchu i 2 kioski z .....Toto-lotkiem. No żyć- nie umierać jak to określiła Helena. Nieco dalej od tego bloku powstawał, na życzenie  mieszkańców, ogrodzony plac zabaw dla dzieci. Na szczęście dostatecznie  daleko od tego bloku, jak zauważyła z zadowoleniem Helena.
Nieco rozbestwiona  mieszkaniem w wolno stojącym domu Helena bardzo dokładnie wypytywała się o  sąsiadów  mieszkających  w tym bloku. Uspokoiła się, gdy się dowiedziała, że nad tym mieszkaniem  mieszkają  starsi ludzie a w tej klatce  małe dzieci mieszkają w innym pionie. Ten blok miał zaledwie  sześć klatek schodowych, na każdym piętrze były tylko dwa mieszkania. Mietek jej cały czas przypominał, że przecież  latem to będą mieszkać głównie w letnim domu. 
W trakcie tej wizyty Mietek bardzo uważnie przypatrywał się Helenie, która podobno bardzo nie lubiła dzieci i nigdy się nie zdecydowała na dziecko.  Śmiać mu się chciało, gdy młodsza z dziewczynek wpakowała się Helenie na kolana z pudełkiem kredek i małym blokiem rysunkowym i prosiła  Helenę by ta coś jej narysowała.  W krótkim czasie kilka  kartek było całkiem pokrytych rysunkami.  Prawie  już czterolatka była bardzo dobrze rozwinięta intelektualnie, a Helena bardzo jej przypadła do gustu. Bardzo grzecznie  zapytała się, czy może do Heleny mówić "ciociu  Eleno" i oczywiście  Helena wyraziła zgodę.  Obydwie dziewczynki były dwujęzyczne, bowiem mama mówiła do nich tylko po polsku, tata tylko po francusku. A między sobą mówiły dziwną mieszaniną, przeplatając oba języki nawet w jednym zdaniu.
Były bardzo ciekawe jakiej płci będzie dziecko, które przyjdzie na świat. Płeć dzieci  rodzice już znali, a tak naprawdę to znali płeć tylko jednego dziecka, ale nie chcieli dziewczynkom nic mówić. Nie mówili nawet, że to będą dwojaczki,  żeby nie było traumy, gdyby tylko jedno zniosło dobrze ciężar i trudy ewentualnego przedwczesnego porodu. Jak na szósty  miesiąc ciąży podwójnej to pani domu miała  nieduży brzuszek. Ale podobno gdy była w poprzednich ciążach to niemal do końca siódmego miesiąca  ciąży nikt nie wiedział "tak na oko", że jest w ciąży.
Po wizycie, która trwała aż trzy godziny, w  czasie których Helena nie tylko rysowała ale i dobrze poznawała  zalety i wady tego mieszkania, umówili się, że w ciągu najdalej 2 dni Mietek przekaże Pierrowi ich zdanie, czy kupią to mieszkanie, czy dalej będą czegoś szukać.
W apartamentowcu, w którym Krystyna i Pierre mieli zamieszkać ciągle jeszcze trwały prace wykończeniowe i miały szanse jeszcze potrwać, bo jakiś debil  zapomniał w którymś  z mieszkań zakręcić kran w pionie i niemal dobę woda  zalewała część mieszkań.  Obydwie panie były zdania, że to "normalka"- przecież wiadomo, że gdy facet cokolwiek robi to trzeba mu patrzeć na ręce i pilnować go by o czymś nie  zapomniał. Na koniec wizyty Helena  miała w osobie Krystyny (pani domu) koleżankę i dwie  małe wielbicielki- cztero i sześciolatkę. 
Przy pożegnaniu zaprosili  Pierre'a i Krystynę na  najbliższą sobotę do swego "domu pod lasem" a Helena została wycałowana i wyściskana przez obie  dziewczynki.
Gdy wsiedli do samochodu Mietek stwierdził, że całe szczęście, że Helena nie lubi dzieci i ich nie ma, bo wtedy musiałby bardzo walczyć o to, by Helena  zwróciła na niego uwagę.
Wracając do domu  cały czas roztrząsali zalety mieszkania, które właśnie oglądali. Wiadomo było, że osiedle już się  bardziej nie rozbuduje, może co najwyżej będą jeszcze  jakieś pawilony handlowo-usługowe. 
Komunikacyjnie było dobrze połączone z resztą miasta i, co ważne - miało parkingi- ogrodzone i strzeżone. Dwa kilometry  dalej w stronę Wilanowa powstawało nowe  osiedle, ale z dużo wyższymi domami, nieco bardziej wyszukanymi w kształcie zewnętrznym. A w Wilanowie zaczynały "wychodzić
z ziemi" nowe domy - powstawało osiedle "Miasteczko Wilanów" na części terenów, które  kiedyś otrzymała uczelnia SGGW. Teraz te  tereny wykupiła  spółdzielnia mieszkaniowa. W stolicy zaczęły się mnożyć, niczym grzyby po deszczu, różne spółdzielnie mieszkaniowe. Służewiec przemysłowy, dotąd nie  najciekawsza dzielnica  miasta zaczęła "zarastać" nowymi osiedlami mieszkaniowymi.
Skoro mieszkanie obojgu się podobało uzgodnili,  że je kupią. Helena była zdania, że "w dzisiejszych czasach"  lepiej jest kupować mieszkanie z drugiego obiegu niż nowo wybudowane -  łatwiej wyłapać wszystkie wady i niedogodności. Bardzo dobrze pamiętała czas, gdy zamieszkała z Wojtkiem na  świeżutko wybudowanym osiedlu, na którym był jeden sklep na kilkanaście  tysięcy  mieszkańców, nie było telefonów, jedyna budka telefoniczna była wiecznie  uszkodzona, "do miasta" kursował jeden  autobus,  pobliska teraz trasa  przelotowa dopiero powstawała,  a teren koło ich bloku wyglądał niczym powierzchnia Marsa. I wyglądał tak całe trzy lata. Z okna ich dziennego pokoju mogła obserwować jak przebiega niwelowanie terenu pod nową drogę, odległą od ich bloku zaledwie o 170 metrów. Na trawnikach osiedlowych (było ich nawet sporo) kicały zające a bażanty  dostojnie  spacerowały. Po tych doświadczeniach nie chciała drugi raz wpakować się w taką sytuację. Nie chciała też by Mietek kupił mieszkanie w starym budownictwie, tym przedwojennym, bo choć były z reguły interesujące  metraże to budynki miały starą instalację wod.-kan. i potem były cyrki z wymianą  armatury, bo rozstaw starych rur  nie  pasował do nowej armatury. I każda awaria którejś z rur wymagała kucia ścian, czasem  na dwóch lub więcej pietrach. Dobrze  zapamiętała kłopoty swej ciotki, gdy  ta musiała wymieniać armaturę nad wanną. W końcu znajomy hydraulik  zastosował jakieś robione na  zamówienie "sztukowania", co nie wyglądało ładnie. 
Na sobotę, w którą mieli przyjechać Krystyna i Pierre z dziećmi,  Helena przygotowała  całą masę drobnych kruchych ciasteczek, dla dziewczynek, oprócz tego dla wszystkich galaretkę z malinami, a w ramach drugiego śniadania, ewentualnie lunchu była terrina drobiowa. Był też placek ze śliwkami z wiadomej cukierni i paluszki z makiem. Oprócz tego zajrzała do księgarni i kupiła dla dziewczynek wycinanki  i kolorowanki  oraz dwa pudełka kredek i dwa nieduże szkicowniki.
Sobota powitała wszystkich nawet słońcem, chociaż nie rozpieszczała temperaturą. Piec został więc "podkręcony"na wyższe obroty. Dla dziewczynek Helena przygotowała miejsce do rysowania na werandzie, wiedząc dobrze, że będzie to atrakcją. 
Goście zjechali około południa.  Dziewczynki szybko obiegły cały ogród i w ich mniemaniu wszystko było wspaniałe, nawet grządki na tyłach domu, które już były skopane i nic na nich już nie rosło. Ponieważ pogoda była ładna, postanowili pójść kawałek drogą, która "nie wiadomo dokąd " prowadziła i wrócić lasem.  Dziewczynki niczym  psiaki biegały w tę  i z powrotem, ale w lesie, w którym dawno nie były trzymały się blisko dorosłych a młodsza szybko wzięła za rękę ojca.
Spacer wszystkim się podobał, Krystyna  stwierdziła, że fajnie jest  mieszkać tak blisko lasu. Pierre zaczął się dopytywać czy są tu jeszcze jakieś  wolne działki, bo dobrze  byłoby mieć takie  lokum pod miastem, zwłaszcza, że to tylko  dwadzieścia kilka  kilometrów od Warszawy. Mietek od razu obiecał, że się dowie, a Helena powiedziała, że owszem, miło się tu mieszka, tyle tylko, że nie ma tu żadnych atrakcji dla dzieciaków, więc będą musieli sporo  atrakcji dla nich sprawić w ogrodzie. Ale to nie przerażało Pierre'a, w końcu istnieją całkiem dobre baseny ogrodowe,  nadmuchiwane. 
Tak jak podejrzewała Helena dziewczynki z pełnym entuzjazmem  zaanektowały werandę. Były całkiem pochłonięte wycinankami - bo były to nieco inne wycinanki - była to lalka, dla której należało wyciąć różne   ubranka, które przed wycięciem musiały pokolorować.
Terrina wszystkim bez wyjątku smakowała, a Krystyna  dostała od swego męża "polecenie" by koniecznie wzięła od Heleny przepis. Pomysł zaraz oprotestował Mietek mówiąc, że przez to  branie przepisów potem w każdym  domu je się to samo. Przypomniał Helenie jak to było z ciastem o wdzięcznej nazwie  "murzynek"- jak wszedł w  modę to przez rok u każdego wjeżdżał na stół ów wypiek. No a przecież znacznie  fajniej jest jeść u każdego coś innego. Rozbawiona tym Krystyna obiecała Mietkowi, że nigdy u siebie  nie poda terriny gdy oni będą u niej jedli. A terrina bardzo zasmakowała dziewczynkom, które za zwykłym, pieczonym kurczakiem nie przepadają, więc będzie im co jakiś czas robić terrinę z kurczaka.
Gdy po czterech godzinach goście wyszli, Helena i Mietek podsumowali, że wszystko poszło bardzo dobrze.


                                                                     c.d.n.

czwartek, 9 grudnia 2021

Spóźnione uczucia - 8

 Nie da się ukryć, że po wyjściu gości z domu  Helena i Mietek odetchnęli. Pierwsze  słowa Mietka brzmiały: no nareszcie, myślałem, że coś palnę pani Wandeczce! 
Helena  śmiała się serdecznie- oj, oj, widać, że szanowny pan  długo  już nie mieszkał w Polsce! Przecież  pani Wandeczka jak  coś plecie to tylko z wielkiej serdeczności.  Ma jedną, niesamowicie  cenną zasadę- nigdy nikomu nie  spadnie  niespodziewanie na głowę , czyli nie  wpadnie z wizytą na  zasadzie "deszczu z czystego  nieba". Pod tym względem jest lepsza niż wielu naszych warszawskich znajomych. Jest ciutkę  wścibska, bo należy do osób, które cenią sobie informacje z pierwszego źródła, natomiast zupełnie nie roznosi plotek z gatunku co, kto ,  z kim i co kto ma. To bardzo dobra cecha i niestety dość rzadka. Bardzo  ceniła Wojtka, bo on  zawsze z nią rozmawiał, często wypytywał  o okolicę, o to jak tu kiedyś wyglądało. A kiedyś to nawet poprosiła Wojtka czy mógłby coś wytłumaczyć jej córce z fizyki, bo ona ma do rozwiązania zadanie i nie może sobie poradzić.Wojtek potem powiedział Wandeczce, że jej córka miała po prostu  kiepskiego nauczyciela  fizyki w podstawówce i ma braki. Wiesz przecież, jaki był Wojtek - każdego potrafił rozgrzeszyć.
Wyciągnięcie metryki z  archiwum zajęło Helenie wiele dni i kosztowało kilka wizyt osobistych w Archiwum USC. Gdy za pierwszym razem dostała numerek "56"  i zobaczyła jak długo trwa obsługa jednej osoby ze  wściekłością cisnęła numerek obok automatu wydającego numerki. Do tego wszystkiego miała  problem z zaparkowaniem samochodu w pobliżu Archiwum.  Następnym razem przyjechała na godzinę 8 rano - tym razem podrzucił ją  Mietek.  Była 32, ale odpis metryki miała otrzymać dopiero za dwa tygodnie.     
Skontaktowała się z prawnikiem, który stwierdził, że najlepiej będzie jeśli ona  zamelduje Mietka u siebie, ale niech wpierw przeprowadzi przez sąd sprawę spadku po Wojtku, bo przecież nie było sporządzonego żadnego testamentu. Na szczęście zgodził się poprowadzić tę sprawę tak, by wszystko odbyło się  stosunkowo szybko. Trochę się Helena pośmiała,  bo pan prawnik bardzo się ucieszył, że zmarły nie miał ani dzieci ani rodzeństwa i był już całkowitym sierotą w dniu śmierci. Oczywiście  sprawa odbyła się niemal błyskawicznie, ale - na wydruk orzeczenia trzeba było poczekać dwa tygodnie. Pan prawnik  bardzo się tłumaczył, że wszystkie  sądy cierpią na niedobór pracowników. Po prostu są tak marne wynagrodzenia, że nie ma chętnych do pracy. I że dobrze się złożyło, że mieszkanie było już własnościowe, spłacone, a domek współwłasnością obojga małżonków.
Z tego wszystkiego wyszło, że ślub może być najprędzej w pierwszych dniach lutego. Mietek narzekał, aż w końcu Helena  powiedziała - ja ciebie nie rozumiem- jakby na to nie popatrzeć krzywdy nie masz, z konsumpcją związku nie  musisz czekać do dnia ślubu, więc  o co chodzi.? Masz po prostu więcej czasu do namysłu czy aby dobrze robisz biorąc mnie za żonę. Więc skup się może na poznawaniu moich złych i dobrych stron, bo lepiej nie  wziąć  ślubu niż go wziąć i potem się rozwodzić. 
Mietek delikatnie wziął ją w ramiona i powiedział cichutko - bo ja się kochanie moje  boję, że to ty się rozmyślisz, bo w porównaniu do Wojtka to jestem kiepskim facetem.
Helena  wpierw się roześmiała, potem bardzo spoważniała i powiedziała - może nie wyglądam na osobę poważnie myślącą, ale nim powiem  "tak"  lub "nie"  mam wszystko przemyślane. Po prostu szybko myślę, taka  moja uroda. Znam cię bardzo długo, decyzja moja by wyjść za ciebie to nie chwilowe  zauroczenie. Zawsze mnie do ciebie  ciągnęło i myślę, że gdyby Wojtek nie  zmarł kto wie, czy byśmy się nie rozeszli. Bo coraz częściej nie mogliśmy dojść do porozumienia.  Te oddzielne sypialnie to były wynikiem nie tylko mocno odmiennego trybu naszego życia  ale i temperamentów. Od wielu lat nie współżyliśmy. Jesteś pierwszą osobą i ostatnią, która się o tym dowiaduje. Dajesz mi wszystko to, czego nie dostałam nigdy od Wojtka. Po prostu dla niego seks był sprawą zupełnie bez znaczenia. Ważne były dla niego inne wartości - mądrość, zrównoważenie, zgodność poglądów, lojalność, podobne  zainteresowania.  Podejrzewam, że gdyby ustawić mnie w rzędzie innych nagich kobiet i wszystkie  miałybyśmy zakryte twarze i milczały,   to nie  rozpoznałby mnie, nawet gdy byliśmy niedługo po ślubie. Ale wtedy mi to odpowiadało i sądziłam, że tak pozostanie do końca małżeństwa. No   w pewnym  sensie tak się stało, bo odszedł i małżeństwo ustało.  Dopiero po jego śmierci zdałam sobie  sprawę z wielu rzeczy. Tylko nie wysnuj z tego co powiedziałam błędnych wniosków-  bo dla mnie oprócz seksu ważne są i inne zalety, które ty posiadasz i o których wiem od  dawna. Wiem też, że miałeś mnóstwo kobiet, snuły się za tobą zawsze całe tabuny. 
A te które znałam nie szczędziły mi szczegółów   o tobie z poziomu materaca.  I każda z nich liczyła na małżeństwo z tobą a ty po prostu wyjechałeś.
Mietek tulił ją w objęciach i......dziwne, ale miał wyraźnie łzy w oczach. Wtulił głowę w jej szyję i  wyszeptał - późno, stanowczo zbyt późno los pozwolił się nam połączyć. Ale wykorzystamy ten czas jak najlepiej nam się uda. Kocham cię i to tak,  aż do bólu. Najchętniej tkwiłbym przy tobie dzień i noc. Gdy tylko dowiedziałem się, że Wojtek umarł, postanowiłem wracać do Polski. Tyle tylko,   że wpierw  musiałem jednak zakończyć kilka spraw służbowych, dokończyć temat, który  miałem rozgrzebany.  Byłem zdecydowany odbić cię każdemu, kto by z tobą był.  Pisałem nawet do Milka by cię  trochę śledził czy jesteś sama czy może z kimś. Oczywiście było to pod hasłem  "sprawdź stary, czy nie trzeba jej w czymś pomóc, przecież Wojtek był naszym kumplem".
No i co? Podesłał ci jakieś informacje? Bo ja to go ostatni raz widziałam na pogrzebie Wojtka.
Nie wiedział gdzie cię ma szukać, ale stwierdził, że nie mieszkasz już w Warszawie tylko gdzieś poza Warszawą. Nawet  nad Bug pojechał, ale ci nowi nie wiedzieli nic na wasz, ani na twój temat. Był też u tych, którym wynajmujesz, ale oni mu nie powiedzieli gdzie  mieszkasz, tylko powiedzieli, że  są z tobą w kontakcie i gdybyś ty coś potrzebowała to oni ci pomogą. Numeru komórki twojej też mu chcieli podać, mówiąc, że nie  są do tego upoważnieni. Jedynie  powiedzieli, że mieszkasz w domu pod  Warszawą, ale oni  nie znają adresu. Naciskani powiedzieli, że to gdzieś za Wilanowem. No to cię potem szukał w Powsinie  i na Zawodziu. W końcu mi pięknie napisał, żebym sobie sam szukał, bo on już wyczerpał wszystkie  swoje w tej materii możliwości. Całkiem dobrze  zarąbałaś  wszystkie ślady po sobie, wiesz? 
No popatrz kochany, jak łatwo jednak jest się ukryć! A coś ty naopowiadał tym moim lokatorom, że jednak dali ci mój  adres?
Powiedziałem im prawdę - pokazałem swoje  dokumenty, pokazałem wasze zdjęcie ślubne, na którym widać mnie całkiem nieźle, wysłuchałem setkę  zachwytów pod adresem twoim i Wojtka, dostałem też numer twojej komórki. Ale  postanowiłem nie dzwonić. Bałem się, że  może nie będziesz chciała się ze mną zobaczyć i znów gdzieś się zaszyjesz. 
A jak ty otworzyłeś furtkę? Nie dzwoniłeś do furtki, tylko od razu do drzwi, co sobie uświadomiłam właściwie dopiero teraz. 
Zwyczajnie, mam długie  łapska, oparłem jedną stopę na zawiasie furtki, trochę się wspiąłem, przechyliłem się do środka i od góry dosięgnąłem klamki. To słaby punkt tej furtki, chyba  zmienimy klamkę od wewnątrz na gałkę obrotową.
Kiciu Malutka, a może jednak rozejrzymy się za jakimś mieszkaniem w Warszawie? Ten domek to byśmy sobie  zachowali  jako domek na  weekendy i lato. Pomyślałem, że może kupiłbym jakieś trzypokojowe mieszkanie np. na Ursynowie. Tam niektóre miejsca są naprawdę dobre do mieszkania, na przykład te w okolicy Natolina. Mieszkanie nie w jakimś wieżowcu, ale w domu o ludzkim wymiarze, np. czteropiętrowym. Widziałem plan zagospodarowania Ursynowa, np. za tymi bloczyskami wzdłuż głównej ulicy są fajne domy  nieduże, tworzące tak jakby małe osiedla 3,  do 5 bloków, Może udałoby się  załapać na  mieszkanie  parterowe z ogródkiem. Jest jeszcze jedno całkiem ciekawe miejsce- tyły Alei Wilanowskiej. Jeden z pracowników ambasady tam mieszka, ma 3 pokoje, z ogródkiem, ale jego żona jest aktualnie  w ciąży i będą bliźniaki, a oni już mają dwójkę dzieci, więc trzy pokoje z kuchnią to dla nich zbyt mało i chcą to mieszkanie  sprzedać . Umówiłem się z nimi, że wpadniemy do nich i obejrzymy. Sklep mają na wyciągnięcie ręki, chociaż nie jest tuż pod oknami. I mają stałe miejsce parkingowe. Z tym, że musimy się dość szybko zdecydować, bo to już 6 miesiąc, a wiesz, z bliźniakami to może być i tak, że nie doczekają grzecznie do 9 miesięcy. Oni już mają upatrzone  mieszkanie, ale tam jeszcze  niemal plac budowy, więc urządzają ich tacy kupcy jak my, którzy  mogą spokojnie poczekać po dokonaniu transakcji. A potem się będziemy gimnastykować z tym twoim mieszkaniem i naszym domkiem letniskowym. To bardzo mili ludzie, on jest  Francuzem, ona Polką. Co o tym myślisz?
No dobrze myślę, możemy je  zobaczyć. A jeśli tobie się będzie podobało a mnie nie za bardzo to też je kupisz?
Nie kochanie, musi się Tobie podobać, bo byśmy przecież tam mieszkali  zimą. Nie jest dobrze mieszkać w mieszkaniu które się jednej ze  stron związku nie podoba.
A dokąd się oni przeprowadzają? Do apartamentowca na Dolnym Mokotowie, ale tam jeszcze coś w tym budynku jest  niegotowe. Tak szczerze mówiąc to ja bym tam nie chciał mieszkać, choć stamtąd jest kilka kroków do Łazienek.  I masz rację drogie te  mieszkania jak jasny piorun! No ale mają recepcję na dole. Jej się podobało mieszkanie na ostatnim piętrze, z tarasem, ale się podłamała, gdy on jej uświadomił, że to zbyt mało bezpieczne dla małych dzieci. A między nami mówiąc to miejsce paskudne, niemal na samym skrzyżowaniu dwóch ruchliwych ulic i jedną z nich jeździ tramwaj.


                                                              c.d.n.

środa, 8 grudnia 2021

Spóźnione uczucia - 7

 Pani Wandeczka wraz ze swym małżonkiem wkroczyła do domu Heleny równo 3 minuty po godzinie szesnastej. 
Nastąpiła obustronna prezentacja i w pierwszej kolejności Helena poprowadziła przybyłych na werandę, na której  już wcześniej Mietek ustawił na pomocniczym stoliku ekspres do kawy , filiżanki oraz  inne potrzebne akcesoria oraz piętrową paterę z ciastami. 
Helena zaraz na wstępie powiedziała, jaką to propozycję zagospodarowania bocznych  ścian werandy złożył syn pani Wandeczki i że teraz to tylko trzeba spokojnie  zaczekać co młody człowiek wybierze z roślin pnących, bo pewnie trzeba  będzie  zrobić jakąś kratownicę by pnącza  miały się czego trzymać. Mąż pani Wandeczki całkiem przytomnie  zauważył, że chyba nie  byłoby dobrze, by boczne ściany miały pnącze aż pod sam sufit, że tak naprawdę wystarczy by kratownica kończyła się na wysokości  półtora do dwóch  metrów- tyle wystarczy by nikt  spoza ogrodzenia  nie zaglądał na werandę, a ten metr  wolnej od pnączy przestrzeni będzie dawał światło. I w takim razie  najlepiej się sprawdzą skrzynki od razu z kratownicą. I on zna człowieka, który produkuje takie skrzynki, to jego kolega jeszcze z liceum. 
Więc gdy Helena zdecyduje się jakie pnącze będzie jej zdaniem tu pasowało, to zaraz on zamówi u swego kolegi te skrzynki, bo na pewno muszą to być pnącza całoroczne, zimozielone, więc sadzić się je będzie jesienią. Na zimę pomiędzy szybę a skrzynki i kratownicę da się włókninę, taką ogrodniczą, żeby roślinki nie przeziębiły się. W każdym razie trzeba zacząć od wybrania  roślin. A "młody" musi przy  prezentowaniu roślin wziąć pod uwagę usytuowanie geograficzne   werandy i do niego wybierać rośliny.
A może- nieśmiało zauważył Mietek- dać te pnącza tylko na ściankę od strony drogi a tą drugą ścianę  zagospodarować inaczej? Ja bym pod nią ustawił coś w donicy na kółkach, może fikus a może palmę? A może nic a tylko na rozporowym karniszu rozepnie się jakąś ozdobną cieniutką tkaninę? Na tej ścianie od  drogi to pnącze bezsprzecznie  będzie najlepsze. Mamy jeszcze trochę czasu do namysłu co do tej drugiej ściany.
Gdy Helena kroiła placek  ze śliwkami, pani Wandeczka  zauważyła na jej palcu obrączkę i powiedziała- macie państwo  bardzo ładne i  modne teraz obrączki ślubne. Ma pani na niej sporo tych brylantowych  drobinek. 
Helena uśmiechnęła się i powiedziała - na razie to są obrączki zaręczynowe,  a po ślubie dopiero będą ślubne.  Na razie to trzeba dopiero złożyć dokumenty w  Urzędzie  Stanu Cywilnego. I pewnie będę  musiała zacząć od wizyty w archiwum, bo już nie mam  ani jednego aktu swego urodzenia. W ogóle muszę tam zatelefonować i dowiedzieć się jakie papiórki tam trzeba złożyć i jakie  mają wolne terminy.
Och, pani Helenko, oni teraz powariowali- do każdej sprawy chcą aktualnej metryki urodzenia a nie tej, którą  się ma w domu od lat.  A w którym urzędzie będzie  pani brała metrykę?
Na Mokotowie.
No to wyrazy współczucia - teraz już na Wiśniowej nie wydają metryk a w  archiwum, które jest na  Służewcu i zawsze są tam straszne kolejki. O ile  jeszcze są na tym Służewcu, bo podobno mają się gdzieś przenieść - pan Wandeczka pokiwała głową z  dezaprobatą. I za każdym razem pytają do czego ta metryka, bo do niektórych spraw  pobierają opłatę za wydanie  tego druczku, a najgorsze, że niczego nie dostanie pani od pierwszego podejścia. Jeśli jest wyjątkowo mało osób to wtedy  wydadzą metrykę za dwie godziny i można dostać świra, bo gdzieś ten czas trzeba wytracić a tam w okolicy nie ma żadnych sklepów ani kawiarni. Można co najwyżej dostać odcisków na siedzeniu korzystając z tych twardych krzeseł.
Przepraszam, że pytam, a pan znał męża pani Helenki, pana Wojtka? - zwróciła się  do Mietka. Mietek posłał jej  pełen wyrozumiałości uśmiech i powiedział  - oczywiście, że znałem, byliśmy przyjaciółmi.
Wiele lat się przyjaźniliśmy. Nie mogłem uwierzyć w to, że zmarł tak młodo, bo co to za wiek dla mężczyzny 55 lat? Ale nie mogłem wtedy przyjechać do Polski, pracowałem  przy bardzo ważnym projekcie w Kanadzie. 
Pani Wandeczka wyraźnie nabrała wiatru w żagle i popłynęła tekstem wysławiającym  pierwszego męża Heleny niemal pod niebiosa. Jaki to był miły i delikatny człowiek, taki kulturalny i taki mądry. O wszystkim można było z panem Wojtkiem porozmawiać,  nawet i o ogrodnictwie.
Helena słuchała i oczy się jej otwierały szeroko, no ale  znając zamiłowanie  swego zmarłego męża do rozmów pojęła,  że Wojtek miał w pani Wandeczce wdzięczną słuchaczkę. I taki oczytany był, tyle rzeczy z historii znał - zachwycała się  Wandeczka.
Helena widząc niemą udrękę w oczach Mietka szybko ruszyła po tratwę ratunkową i poszła do kuchni po lody.  
Gdy wkroczyła na  werandę z tacą załadowaną miseczkami, łyżeczkami i kilkoma pojemnikami z lodami powiedział z wyrzutem - a czemu Ty mnie nie  zawołałaś tylko sama wszystko ciągniesz z zamrażarki ?
Przecież bym to wszystko przyniósł. A  może jeszcze ktoś ma ochotę na kawę, to zaraz dorobię. A może na gorącą czekoladę? Też potrafię zrobić. Pani Wandeczka pozostała wierna kawie, jej mąż i Helena  wybrali czekoladę.
Gdy Mietek zniknął w kuchni pani Wandeczka  zapytała zniżonym głosem- a pan Mietek to jest  wdowcem?
Nie - odpowiedziała Helena- nie  jest wdowcem ale rozwodnikiem. I jego  była żona była Kanadyjką?- pani Wandeczka drążyła temat.
Tego nie wiem - w Kanadzie jest mnóstwo różnych narodowości- Polaków, Rosjan, Ukraińców, Francuzów, Anglików i różnych tak zwanie "kolorowych"- nawet się nie  pytałam jakiej była narodowości, nigdy mnie to nie interesowało. Żenił się w Kanadzie, nie tutaj.
A nie boi się pani wychodzić za rozwodnika? 
No jakoś nie boję się,  bo ja Mietka znam tylko nieco krócej niż znałam swego męża, czyli ponad 30 lat.
Zdążyłam go dobrze poznać. 
No to dobrze, stwierdziła  pani Wandeczka. A  ślub będziecie  państwo brali w  Pałacu Ślubów czy  w tym Pałacyku Szustra? A wesele też będzie?
Pani Wando, na ślub w Pałacu Ślubów to nie ma co liczyć, tam się trzeba  zapisywać ze 3 miesiące  wcześniej, podobnie jest z  Pałacykiem Szustra. Weźmiemy kameralny ślub, tylko my i świadkowie, obojętnie w którym Urzędzie.Wesela też żadnego nie robimy, może pojedziemy gdzieś na  kilka dni, tak niemal wprost z USC. Na razie to jeszcze nie złożyliśmy przecież dokumentów.  A ślub można wziąć przecież dopiero w 30 dni po złożeniu dokumentów. To nie Las Vegas, gdzie ślub dadzą od ręki. Z tego co widzę, to albo ślub będzie pod koniec października albo w listopadzie.  Ale równie dobrze może być dopiero w styczniu lub w lutym. A wie  pani- za progiem już Boże Narodzenie i w firmie będzie urwanie głowy, bo zawsze  albo coś trzeba będzie nagle  zaprojektować albo coś przeprojektować, bo się jakiejś pannie  młodej coś ubzdura, potem zaraz  Sylwester i sukienki balowe już właściwie się zaczynają i zaraz potem  Studniówki. Jakieś wariactwo z tym sukienkami na studniówkę- gdy ja chodziłam do szkoły to miałyśmy białe bluzki i czarne lub  granatowe spódnice. Jedyny luksus polegał na tym, że  bluzki mogły być nieco bardziej ozdobne i spódnice mogły być  dość szerokie i na przykład z  falbaną. No i nie musiały być  z wełny, ale z jedwabiu lub czarnej tafty. A teraz  jakiś wyścig , czyja kiecka będzie bardziej modna, a właściwie czyja droższa.
Ostatnio się uśmiałam, bo panna młoda tak się odchudziła, że sukienka wisiała na  niej jak na haku. Krawcowe włosy rwały z głowy, bo właściwie  lepszym rozwiązaniem było uszyć  całą suknię od nowa niż tę dopasowywać.
A ja do ślubu pójdę w.... wełnianym spodnium. Mam fajne długie spódnico-spodnie i żakiet, wszystko w tak zwanym "błękicie królewskim", pod  żakiet  założę cienki golfik w kremowym kolorze. I jeśli nie będzie mrozu to będę w zwykłych  szpilkach a w razie  mrozu to w kozakach na  wysokim obcasie. A Mietek już sobie zafundował garnitur szyty na  miarę, "setka  wełna" w jasno-stalowym kolorze. 
A ile lat ma pan Mietek?- panią Wandeczkę nadal rozpierała  ciekawość.  
Tyle samiutko co ja, bo jesteśmy z tego samego rocznika  i nawet z tego samego  miesiąca, dzieli nas raptem chyba mniej niż 10 dni.  A Wojtek był od nas 2 lata starszy.
I będziecie państwo tu po ślubie mieszkać czy w Warszawie? 
Raczej tutaj, bo moje warszawskie mieszkanie  odstąpiłam  na jakiś czas znajomym, którzy się budują.  Na razie jakoś im to kiepsko idzie i będziemy mieszkać tutaj. Ten dom był budowany jako całoroczny.
No chyba, że  mojemu narzeczonemu szajba odbije i kupi jakieś  mieszkanie. Swoje  sprzedał gdy wyjeżdżał do Kanady, myślał, że nigdy nie wróci do Polski. Ale wtedy i tak raczej tu będziemy mieszkać.
Ale  zeszłej zimy nie mieszkała pani tutaj- zauważyła Wandeczka.
No nie, mieszkałam u przyjaciółki, której mąż wyjechał do pracy w Wielkiej Brytanii. Po prostu bałam się tu nocować sama.  Tej zimy nie będę sama to raz, a dwa - będą już  tej zimy  mieszkać w trzech domkach na pewno. Muszę na dniach wypróbować to centralne ogrzewanie. Na  uruchomienie to przyjedzie spec i ma  mnie nauczyć jak ten piec obsługiwać.  On jest na olej opałowy. Tankuje się raz do roku. Na razie jest  zatankowany. Podobno to jest bezobsługowy model  Wolf, to znaczy raz w roku przyjeżdża fachman i wszystko przegląda, ustawia , sprawdza itd.  
I gdzie on jest- dopytywała się Wandeczka. 
W piwnicy, pod  budynkiem. I ponoć to bardzo ekologiczne urządzenie, bo ten olej spala się w stu procentach. No ale wie pani, pani Wando- coś za coś- eksploatacja jest droższa niż piec na paliwo stałe.
Więc omija mnie radocha z czyszczeniem pieca, usuwaniem  popiołu i kupowaniem paliwa stałego. Raz do roku przyjeżdża cysterna z pojemnikami oleju, zabiera stare, zostawia nowe.
No to będę się musiała tym zainteresować bliżej- stwierdziła pani Wandeczka.

                                                                     c.d.n.

wtorek, 7 grudnia 2021

Spóźnione uczucia - 6

Helena wstała i wzięła Mietka za rękę  mówiąc - no to chodź, ściągniesz mi pościel i ręczniki, potem pomożesz mi przy nawlekaniu tych szmat na kołdry i poduszki. Będziemy spać w gościnnej sypialni, bo tylko w niej jest podwójne łóżko i przylegająca do sypialni łazienka z dużą kabiną a nie z taką  małą jak ta na górze. 
 Mietkowi lekuchno opadła ze  zdziwienia szczęka ,  w końcu wyjąkał- ja przepraszam, to jak wyście  spali?
No jak ?- zwyczajnie spaliśmy, każde miało własną sypialnię i to od wielu lat. Ale nie uważaliśmy tego za coś tak dziwnego żeby aż o tym podawać informację do prasy krajowej lub jakiegoś biuletynu towarzyskiego. W Warszawie też każde spało w innym pokoju. Wojtek oglądał TV do późnej nocy, zwłaszcza sport,  czasem pracował,  ja wieczorem z kolei czytałam. On wstawał wcześnie, ja,  mając nienormowany czas pracy i pracując głównie w  domu podsypiałam do oporu, czyli na ogół do 9 rano. Poza tym jeśli miałam zrobić jakiś pilny projekt to  zarywałam noc kończąc  działanie około 4 nad ranem, więc rano lepiej było do  mego łóżka nie podchodzić bez kija. Nie dość, że nie wiedziałam jak mam na imię to wrzeszczałam na niego, że  mnie  budzi. Więc po jakimś czasie rozdzieliliśmy sypialnie i to zdawało egzamin. A że mieszkanie było w sumie  nieduże to przejście z sypialni do sypialni nie było żadnym wysiłkiem, nawet  w środku nocy.  Nie  wiem czy  zauważyłeś, że gdyby się ktoś uparł, to tu mogłyby być drzwi między sypialniami na górze. Planując wnętrze tego domu kilka razy ostro się starłam z projektantem, raz tylko mu ubliżyłam mówiąc, że wcześniej to chyba tylko stodoły projektował. Ten dom to ma tylko metraż typowy, reszta to Wojtka i moje "widzimisię". Rozkład piwnicy to projektował Wojtek, tak żeby wszystko współgrało z kuchnią. Kuchnię "wymodziliśmy" wspólnie, tzn. wpierw wypisałam co chcę w niej mieć i potem razem sprawdzaliśmy jaki ma być "ciąg" urządzeń i mebli, żeby była ergonomicznie urządzona. 
Ergonomicznie? - zdziwił się Mietek.  
Ergonomicznie, to znaczy tak, żeby działanie w niej wymagało jak najmniej wysiłku na chodzenie, schylanie się lub wspinanie. Czyli wpierw trzeba prześledzić  co się w jakiej kolejności robi szykując posiłki a potem dopiero planować rozmieszczenie mebli kuchennych i innych urządzeń. Uwielbiam  patent Wojtka w postaci drzwi do piwnicy. I tę równię pochyłą zamiast schodów. Ja mam uraz do schodów. Gdy wychodzę rano z sypialni od razu znoszę na dół to co może mi być potrzebne  w ciągu dnia, żeby jak najmniej chodzić po schodach. Najchętniej miałabym domową windę.  Nawet nie wyobrażasz sobie ile ja się naprzeglądałam różnych czasopism niemieckich na temat urządzania wnętrz domków jednorodzinnych. I ile się naklęłam, że tego tu nie ma. I wiesz? - masz w tej chwili szansę  wycofania się zarówno w kwestii małżeństwa jak i spania w jednym pokoju. Niczego to nie zmieni w naszych układach, nie ucierpi na tym nasza przyjaźń.
Mietek dość brutalnie ją do siebie przyciągnął mówiąc : nie udało ci się mnie przestraszyć, kocham cię- to raz, a dwa- każdy związek jest inny. Chodź, przygotujemy sobie  spanko, a potem cię wykąpię i zajmiemy się miłością, będziemy ją pielęgnować.
To była bardzo długa noc, pełna zupełnie nowych doznań dla obojga. Padało wiele pytań,  na każde pytanie była wyczerpująca odpowiedź, nic nie zostawało zawieszone w próżni milczenia. Byli sobą wzajemnie nieco zaskoczeni i nawet zachwyceni. To była noc dużych i małych  zadziwień i odkryć.
Nad ranem doszli do wniosku, że to będzie ich sypialnia a nie  jakiś pokój gościnny.
Świtkiem, koło południa, Helena spojrzała na zegarek i jęknęła- za cztery godziny przyjdzie  do nas pani Wandeczka, ta od  malin. I może nawet przyjdzie z własnym mężem. Muszę szybko coś upiec. 
Daj spokój - stwierdził Mietek - zaraz się ubiorę i pojadę po coś słodkiego do Warszawy. Tylko kawę wypiję, żeby nieco otrzeźwieć. No dobrze, zgodziła się Helena, pojadę z tobą. Szybko to obskoczymy, wpadniemy do "Cukierni  Wiedeńskiej". Co prawda taka ona wiedeńska jak ja dziewica, ale  zawsze jest kilka rodzajów ciasta. I ma tę zaletę, że jest stosunkowo blisko, nie trzeba jechać aż do centrum.
Mietek zaczął się  śmiać- zapewniam cię, że po tej nocy nie ma śladu po twoim  dziewictwie, a  gdy tylko ta  pani Wandeczka opuści nasze progi mam zamiar kontynuować. Jutro mam wolny dzień. Zapiąć ci może staniczek?  Jeżeli zajmiesz się tylko samymi haftkami a nie zawartością stanika, to możesz zapiąć. Kochanie, nie całuj tylko zapinaj, musimy napić się kawy albo czekolady. To nas wzmocni i postawi na nogi.
No to ja zrobię kawę, a ty czekoladę i pomieszamy wszystko razem i będzie  niemal jak  ten tort, którego już nie ma. Czy mogłabyś robić go przynajmniej raz na dwa tygodnie?
Wiesz co -stwierdziła Helena po krótkim namyśle - pojedziemy twoim samochodem, bo mój tu wszyscy znają. Ja usiądę z tyłu bo są szyby przyciemnione, więc będzie wyglądało, że jedziesz sam. Bo jakby pani Wandeczka  zauważyła, że jedziemy oboje to potem musiałaby wypatrywać, czy  wracamy przed czwartą. Popatrz, ja tu mało z kim się widuję, a oni i tak wszystko widzą i wiedzą. Wywiad ławeczkowy działa non stop, nawet gdy leje deszcz i nikt na  ławeczce nie siedzi.
Tak jak Helena  zaplanowała pojechali do cukierni. Kupili placek ze śliwkami, bo wyglądał niezwykle apetycznie i miał naprawdę dużo śliwek, a co najważniejsze, jak stwierdziła Helena- wyglądał na wyrób domowy. No a skoro była to Cukiernia Wiedeńska kupili też sernik wiedeński oblewany czekoladą.
Helena wypatrzyła też kruche  paluszki z makiem, idealne do pogryzania przy kawie. Oboje je  bardzo lubili, więc Mietek zażyczył sobie by kupić ich więcej , więc kupili ich aż pół kilograma. Ekspedientka ważyła je bardzo ostrożnie,żeby nie połamały się i starannie układała  je w pudełku. Gdy już opuścili cukiernię Mietek zaczął się skręcać  ze śmiechu- rozbawiła go swego rodzaju bezmyślność tej ekspedientki, która zamiast wpierw postawić na wadze puste pudełko i zapisać sobie jego wagę  układała na szalce z wielkim trudem same  paluszki, które  jej co jakiś czas spadały z szalki i łamały się, więc brała następne i to ważenie  zdawało się nie mieć końca, bo potem te paluszki z pietyzmem układała w pudełku.
W drodze do  domu Helena uprzedziła Mietka, że pani Wandeczka to wielce bystrooka osoba i zaraz zauważy ich obrączki, więc niech się Mietek nie zakrztusi kawą lub  ciastem, gdy pani Wandeczka wprost  się zapyta albo kiedy był ślub albo kiedy będzie. 
No i dobrze- stwierdził  Mietek- niech się pyta, jestem  dumny z tego, że będę twoim mężem. A na pytanie, kiedy będzie ślub to jeszcze nie umiem odpowiedzieć, ale na pewno najwcześniej w  miesiąc po złożeniu przez nas dokumentów.
Lenko, a  kiedy złożymy dokumenty i w którym urzędzie? 
No właśnie, muszę się porozumieć z jakimś prawnikiem, bo wprawdzie jesteś obywatelem polskim , ale nie masz chyba  zameldowania w Polsce, więc może powinnam cię zameldować albo w tym domu albo w swoim  mieszkaniu na Mokotowie. Bo jeśli podasz swój kanadyjski adres to będą, jak mur/beton,  same komplikacje. I będziesz jeszcze musiał dać do tłumacza przysięgłego orzeczenie o ustaniu  twego małżeństwa w Kanadzie. Syn mojej  koleżanki ma  kancelarię  adwokacką, więc wpuszczę jej  sprawę i jak znam życie- fakt, że sprawa  dotyczy mnie, bo się  za ciebie chcę wydać sprawi, że   bez problemu i szybko dowiem się jak to bezboleśnie załatwić. Wiesz, tu zawsze znajomości mają kolosalne znaczenie.
Popatrz- dzięki znajomości z panią  Wandeczką mam zawsze  zapewnione dobrej jakości produkty spożywcze od tutejszych gospodarzy.
Gdy zamawiam kurę na rosół, to wiem, że nie  zdechła bo miała jakąś infekcję, ale została zarżnięta w pełni zdrowia a na dodatek oskubana z pierza. A to skubanie wcale nie jest fajnym zajęciem. Jak zamawiam kartofle to wiem, że będą wszystkie  jednego gatunku, a nie jakaś  zbieranina. Gdy zamawiam ogórki do kwaszenia to wiem, że będą zebrane po okresie karencji i nie będą  gorzkie lub zwiędnięte.  To takie śmieszne trochę udogodnienia, ale takie jest właśnie życie   poza  miastem. A pani Wandeczka aż piszczy by cię poznać osobiście. Co prawda odwiedzi  nas pod  hasłem, że chce obejrzeć werandę, ale wiem, że  jest ciekawa jaki jesteś z bliska.
No to może  poprosimy na świadków pana Wacława i panią Wandeczkę? - zaproponował  ze śmiechem
Mietek.
No nie wiem, czy żona pana Wacława byłaby szczęśliwa, gdyby świadkową była pani Wandeczka. Bo pani Wandeczka gdy się odpowiednio przyodzieje jest całkiem  atrakcyjną  kobietą. I  wydała się za naprawdę bogatego chłopaka, którego ojciec miał duże  gospodarstwo - miał ksywkę król kalafiorów. Gdy teść pani Wandeczki sprzedawał pierwsze w sezonie kalafiory to za zawartość jednej przyczepy mógł bez problemu kupić sobie mercedesa, tzw. beczkę. Nie wiem co prawda co to za model, ale  wiem, że był kiedyś bardzo lubianym modelem. A mąż pani Wandeczki to do liceum jeździł własnym motocyklem, oczywiście nie polskiej produkcji i brylował. Niestety  nie na lekcjach, bo był święcie przekonany, że kalafiory tatusia zawsze będą w większej cenie niż wyniesiona  ze szkoły wiedza. Na szczęście dzieci pani Wandeczki mają więcej oleju w głowie, a zwłaszcza  syn pani Wandeczki.  Pani Wandeczka to też całkiem niegłupia  kobieta, zafundowała sobie tylko dwójkę dzieci i postarała się by ich więcej nie mieć. Bo wie doskonale, że każde  dziecko kosztuje, a  PanBóg dziwnym trafem nie daje pieniędzy na dzieci. Jest  stałą pacjentką jednego ze znanych warszawskich ginekologów - i stosuje antykoncepcję.
Ooo, sporo wiesz o  tych ludziach - zauważył Mietek.
No wiem, ale tak jakoś jest, że sami  mi się z tego wszystkiego "spowiadają", ja nie pytam. 

                                                       c.d.n.


poniedziałek, 6 grudnia 2021

Spóźnione uczucia - 5

 Helena patrzyła na  Mietka uważnie i w końcu powiedziała: ten garnitur  to chyba nie jest "gotowiec", zbyt dobrze na  tobie leży, chyba szyłeś go u Niedźwieckiego.  Mietek uśmiechnął się  i stwierdził- nooo, nic się przed tobą nie ukryje. Tak, masz rację to jego dzieło. To wielce skrupulatny  facet, poza tym gdy byłem u niego składając  zamówienie sam brał miarę, co zapewne też miało znaczenie. I wiesz, miałem tylko jedną miarę, już wtedy wszystko leżało na mnie świetnie.
Helena wzruszyła lekko ramionami - nic w tym dziwnego, jesteś bardzo harmonijnie  zbudowany, nie jesteś zapasiony i wcale   a wcale jakoś nie widać  po tobie upływu lat. I wiesz, daj mi te róże, zaraz 
je wstawię do wody, są przecudne! No i powiedz wreszcie, z jakiej to okazji je przyniosłeś, bo mam wrażenie, że za chwilę padniemy z głodu.
Mietek stał nadal z tym bukietem w ręce i miał dość  zakłopotaną minę, wreszcie przestępując z nogi na nogę niczym czterolatek  wystękał - bo ja, bo ja.....pragnę, chcę, chcę cię prosić byś została moją żoną.
Nie jestem ideałem,  nie powiem, że jestem w tobie śmiertelnie  zadurzony, bo już z tego wyrosłem, ale wiem, czuję to, że jesteś jedyną kobietą, z którą chcę być stale i wszędzie. Znamy się jak łyse konie w jednym zaprzęgu, ty znasz doskonale moje wady, więc proszę cię - pobierzmy się. 
Będę o ciebie  dbał,  a twoja bliskość jest mi wprost niezbędna do życia, jak tlen do oddychania. Nie musisz mnie nawet kochać, wystarczy, że będziesz  ze mną i będziesz mnie tolerować. No powiedz coś, proszę, ja nie umiem się oświadczać, pewnie mam w tym zbyt małą wprawę. W końcu zdesperowany objął ją w dalszym ciągu dzierżąc w lewej ręce bukiet. 
Helena wyszeptała - wtykasz mi te biedne róże we włosy, szkoda róż. I jesteś trzeźwy, chociaż nieco bredzisz. Daj te róże, zdejmij ten zielony wazon z kredensu, nalej wody i przynieś go tu. Tylko  go nie stłucz bo się ledwo mieści pod kranem. Mietek  rzucił się niczym maratończyk  na taśmę finiszu w stronę kredensu, z jego najwyższej półki ściągnął wazon i niemal pobiegł z nim do kuchni by go napełnić wodą. Wrócił, prawie wyrwał Helenie róże z ręki, wcisnął je do wazonu i bardzo szybko wziął ją  w objęcia wzdychając z wyraźną ulgą.
Z lekka przyduszona Helena wyszeptała - zaskoczyłeś mnie całkowicie. Chodź do kuchni, zamienimy obiad z kolacją, a teraz  napijemy się kawy, zjemy tort urodzinowy i porozmawiamy jak bardzo dorośli ludzie.  Mieciu, ale tak objęci to daleko nie dojdziemy. Zdejmij ten śliczny garnitur, wskocz w dżinsy lub zostań w tych swoich   świetnie leżących na tobie  bokserkach w gwiazdeczki, tylko wpierw  zasuń zasłony w oknach. A potem włącz ekspres i  zrób kawę,  a ja w tym czasie pokroję tort. I nim zdążył cokolwiek   odpowiedzieć pocałowała go i pobiegła do kuchni.
Nieomal z ulgą wsadziła całą  głowę do lodówki, czuła, że skoczyło jej ciśnienie. Była nieco zdumiona, bo Mietek tak naprawdę zawsze ją trochę uwodził, ale on miał właśnie taki stosunek do kobiet. Pokroiła  tort, przesypała maliny do pucharków i dołożyła do nich lody. Ustawiła wszystko na tacy i zaniosła do saloniku. 
Zasłony we wszystkich oknach były zasunięte. W pokoju panował zielony, łagodny półmrok. Helena postawiła tacę na stoliku przy  sofie, na której siedział Mietek, teraz już w dżinsach i t-shircie. Helena wyjęła z barku butelkę wina i podała ją Mietkowi mówiąc - okazja w sam raz na tokaj-aszu. Korkociąg jest w szufladce stolika. Z kredensu wyciągnęła jeszcze  kryształowe kieliszki i zaświeciła połowę kinkietów. Zrobiło się nastrojowo i nieco odświętnie.
Lena, nie dałaś mi odpowiedzi - zaczął Mietek. 
Ale chyba  zauważyłeś, że nie dałam ci odmownej odpowiedzi- chcę byśmy teraz, wspólnie,  zastanowili się nad twoją pochlebiającą mi propozycją. Bo ja ją w pełni doceniam, pochlebia  mi, że jeszcze się komuś podobam, że ktoś chce  ze mną spędzić resztę życia.  Jest w tym wszystkim tylko jedno ale - wierz mi, szalenie mi  daleko do mistrzostwa świata w  łóżku a nie chciałabym się z kimś dzielić tobą. Zawsze  miałeś bardzo ładne i atrakcyjne dziewczyny i wszyscy faceci z  naszej paczki zazdrościli ci tych dziewczyn.
Tylko twój Wojtek mi nie zazdrościł - przerwał jej Mietek. Zawsze mi tobą oczy wykłuwał - tym jaka jesteś świetna, mądra- mógł  cały dzień wyliczać twoje zalety. A to co nazywasz mistrzostwem świata w łóżku nie zależy tylko od kobiety- zależy w dużej mierze od partnera. Póki co fortepian sam z siebie nie zagra, potrzebny jest pianista by instrument wydał z siebie nie tylko dźwięk ale konkretną melodię. Od dawna inaczej spoglądam na kobiety. Zawsze mi się podobałaś, czego nie ukrywałem, Wojtek też o tym wiedział.  I nadal mi się podobasz. Nie dlatego się wprosiłem na mieszkanie u Ciebie, że nie miałem gdzie mieszkać- mogłem nawet rok mieszkać w tym pensjonacie, lub wynająć sobie mieszkanie, bo teraz masa osób w Polsce , a zwłaszcza w dużych miastach kupuje mieszkania z myślą o ich wynajmowaniu, ale chciałem być blisko ciebie. Nawet nie wiesz,  jak się ucieszyłem, że nadal jesteś sama, że z nikim się nie związałaś. Chcę przy tobie zasypiać i przy tobie rano się budzić, mieć cię blisko, na wyciągnięcie ręki. Będziemy mieszkać gdzie  ty zechcesz, najchętniej kupiłbym dla nas mieszkanie w którymś z apartamentowców, takie, które ty zaakceptujesz. Kocham cię i nie jest to dla mnie nic nowego, podkochiwałem się w tobie od lat, ale ty miałaś męża, z którym się przyjaźniłem. Gdyby nie to, wyszedłbym ze skóry by cię jemu odbić. Lenko, nie musisz mi dawać natychmiast odpowiedzi na moje pytanie. Przemyśl to, proszę.
Właśnie cały czas o tym myślę- cicho powiedziała Helena wpatrując mu się w oczy. A co zrobisz jeśli powiem  - Helena dramatycznie zawiesiła głos- jeśli powiem, że - znów zamilkła na  kilka sekund -wyjdę za ciebie?  
Mietek zerwał się z sofy i wybiegł z salonu, po chwili usłyszała, że jest w pokoju na górze i zaraz potem wrócił z małym pudełeczkiem, w którym były właśnie wchodzące w modę dwie obrączki z białego złota, - mniejsza z sześcioma malutkimi  brylancikami, większa z trzema. Wziął jej rękę, ucałował i wsunął na jej palec mniejszą z obrączek, większą umieścił na swoim palcu.  
O, nawet rozmiar pasuje - zdziwiła się Helena. 
Mietek zaczął się śmiać - dziecino, ty wszędzie siejesz swoje pierścionki, więc nie miałem problemu by dobrać rozmiar. Najwięcej ich jest w tym hinduskim wazoniku. I znalazłem tam też ten pierścionek, który ci kiedyś z Elką kupiliśmy na twoje imieniny. 
Helena oglądała obrączkę na swoim palcu i zastanawiała się głośno, czy brylanciki nie wypadną np. podczas zmywania naczyń. 
Nie wypadną- poza tym przecież jest tu zmywarka, przytomnie  zauważył Mietek. A od wstawiania naczyń do zmywarki na pewno nie wypadną. Przejedź po nich paluszkiem - nie wystają. Zrobić ci  jeszcze kawy, a może zrobić herbatę lub czekoladę na gorąco -zapytał. Ten tort, który zrobiłaś  jest niesamowicie pyszny , chyba  zjemy go do końca.  
No właśnie dlatego zrobiłam taki mały, żebyśmy go dziś wykończyli. Jutro już nie będzie taki pyszny.
Ale wiesz co - pan Wacław dziś przyniósł świeżo złowionego szczupaka, muszę go sprawić i albo go zrobię dziś na kolację albo wrzucę do zamrażarki  przygotowanego do smażenia. Jak wolisz?
Dziś na kolację to ja chcę ciebie  a nie szczupaka - stwierdził Mietek. A ten szczupak jest żywy czy już martwy?
Martwy i nawet wypatroszony, bo pan Wacław od razu pozbawił go wnętrzności. I wyobraź sobie, że  zapytał się mnie czy ty jesteś moim narzeczonym.
I co powiedziałaś?
No prawdę powiedziałam, że nie wiem. Więc mi powiedział, że powinnam wyjść za ciebie, bo według niego to my pasujemy do siebie a poza tym życie jest zbyt ciężkie by iść przez nie  samotnie.
A to ciekawe, stwierdził Mietek- filozof z pana Wacława. Możemy go wziąć na świadka. A on kawaler czy żonaty?  Jeśli żonaty to mogą nam razem świadkować. Wolę by to byli nowi znajomi niż starzy znajomi. Starzy  nie mogą  mi wybaczyć, że nikogo do  Kanady  nie ściągnąłem, tylko sam się "pławiłem w dostatku". Dopiero teraz do mnie  dotarło, że bardzo dobrze  zrobiłem, bo gdyby tylko któremuś się tam nie powiodło  to wszystko zwaliłby na mnie. Mnie też się na początku nie układało. Nigdy nie jest różowo, gdy się jedzie do obcego kraju, nawet gdy się dobrze  zna język i ma się tam kogoś  znajomego. Ja tam mam bardzo dalekiego kuzyna. Jedyna  jego pomoc polegała na tym, że  mi przysłał  zaproszenie i uprzedził, że dobrze płatna, ale ciężka pod wieloma  względami praca jest na dalekiej północy. Nie pracowałem tam fizycznie, pracowałem w swoim  zawodzie, ale było ciężko, bo ta daleka  północ wysysa z człowieka życie. Jeśli masz przez 24 godziny na dobę  ciemność i właściwie żyjesz jak pod  ziemią, to fajnie nie jest.  No ale  nie mówmy już o mnie, było, minęło, załatwiłem sobie, że wszystkie moje  dokumenty prześlą mi pocztą dyplomatyczną na ambasadę. Zastanówmy się nad tym gdzie będziemy mieszkać, nie mam pojęcia  jak ty sobie Lenko to wyobrażasz.
Hmmm, zadumała się Helena- tak prawdę mówiąc to trochę mi szkoda by się pozbywać tej działki. Włożyliśmy z Wojtkiem tu sporo pracy i w weekendy jest tu całkiem nieźle bywać. Z drugiej strony , jeśli  ty jeszcze pracujesz  i  będziesz musiał bywać codziennie w  Warszawie to może być zbyt uciążliwe. Do granic  miasta jest tylko 25 km, no ale potem to jest jeszcze nieco  drogi do  centrum. Umowę z ludźmi, którzy  mieszkają w moim mieszkaniu mam podpisaną jeszcze na rok- mają nadzieję, że w tym czasie  na tyle ukończą budowę swego domu, że będą mogli się tam wprowadzić. To moje warszawskie mieszkanie jest jednak w sumie w niezłym miejscu, teraz już jest tam dobra komunikacja, osiedle dobrze  zagospodarowane, tyle tylko, że to blok. Pamiętasz je  chyba jeszcze?   Mieszkanie w apartamentowcu- po pierwsze to bardzo drogie  mieszkania i trudno jest trafić na naprawdę  dobrą lokalizację. Nie wiem kto te  mieszkania projektuje, ale z reguły to są duże metraże i mocno wydumane rozkłady mieszkań. Oglądaliśmy, tak dla sportu, jedno z takich mieszkań - duże, ale nieustawne pokoje, kuchnie  klitki, zapewne dlatego, że ktoś kto  mieszka w  apartamencie stołuje  się tylko na mieście. Tu mam garaż i wiatę , w Warszawie trudno nawet o miejsce  parkingowe. Może nie podejmujmy jeszcze  żadnych decyzji co do mieszkania.  Pomieszkajmy razem , sprawdźmy jakie są nasze oczekiwania i penetrujmy wtórny rynek mieszkań i domków w granicach  miasta. Ludzie się budują, potem się okazuje, że trzeba się  domu pozbyć, bo za drogi w utrzymaniu lub drogi im się rozchodzą i żadne  nie chce już strupa na głowę w postaci domu. Bo tak naprawdę własny dom to strup na głowie, wiecznie coś się dzieje. Może przeczekamy  ten czas do chwili, gdy wygaśnie umowa najmu na moje  mieszkanie, w umowie jest  napisane, że oni muszą je przed opuszczeniem oddać w takim stanie, w  jakim je zastali, czyli odmalowane i wszystko bez uszkodzeń. W chwili gdy się pobierzemy automatycznie masz pół tego domu i pół mieszkania w Warszawie, no chyba, że nie chcesz i wtedy możemy zrobić notarialnie rozdzielność majątkową. Wszystko na co zezwala prawo możemy przeprowadzić notarialnie. Zakładam, że nie masz żadnych dzieci? Bo jak wiesz i widzisz,  ja nie mam i z całą pewnością my też ich nie będziemy mieli. Więc  połowa wszystkiego, dopóki ja żyję jest z mocy prawa  twoja a potem ty wszystko po mnie dziedziczysz.
Ja też nie mam żadnych dzieci- bardzo dbałem o to, by ich  nie było - stwierdził Mietek.
A zrobiłbyś  dla nas herbatkę ? Coś mnie suszy, może po tym winie? Dobre było, ale zakręciło mi się po nim w głowie.
To będzie lepiej gdy się napijesz  czystej wody mineralnej, bo może ci po tym winie  podskoczyło ciśnienie?  Masz ciśnieniomierz w domu? 
Mam, na górze w mojej sypialni w nocnej szafce.
Mietek szybko się podniósł i poszedł po ciśnieniomierz. Po  chwili z wielką powagą mierzył Helenie ciśnienie, ale było w granicach  normy, tętno również.
To może w takim razie dziś wcześniej się wybierzemy w objęcia Morfeusza? Idź pierwsza do łazienki,  ja tymczasem posprzątam.


                                                                           c.d.n.






Spóźnione uczucia - 4

Na początku października Helena  zrealizowała swój projekt oszklenia werandy. Dwa węższe boki były oszklone  "na stałe", od podłogi do sufitu. Trzeci, długi bok  miał cztery szyby przesuwane. Montaż trwał aż 3 dni, bo wpierw trzeba było zamontować szyny,  w których przesuwały się szyby. Przy montażu  Helena doceniła projekt tej werandy, dzięki któremu nie było problemu z jej oszkleniem. Szyby były grube i od razu można było docenić  korzyści z oszklenia tej werandy. Kilka dni przed przyjazdem montażystów Helena wraz z Mietkiem malowali balustradę werandy.  Gdy montaż się skończył "ochrzcili" nowy wystrój jedząc na werandzie  kolację. Wreszcie w trakcie posiłku nic nie  fruwało  nad talerzami. Dotychczas nawet  wypicie kawy na tej werandzie było problemem, bo ciągle coś bzykało i latało. 
Następnego dnia dwóch sąsiadów przyszło obejrzeć z  bliska "to cudo" i jeden z nich wziął nawet namiary na firmę, która to wszystko instalowała.
W sobotę przed południem Mietek zniknął z domu zaraz po śniadaniu - zapytał się tylko Helenę, czy aby nie będzie jej do czegoś niezbędny, bo ma kilka spraw do załatwienia w Warszawie. I tak dokładnie to nie wie o której wróci. No i jeśli Helenie coś jest potrzebne "z miasta", to on przywiezie. Ale ona stwierdziła, że  wszystko co niezbędne   to jest w domu i na końcu zażartowała:  przywieź tylko z tej Warszawy siebie, albo daj znać, jeśli utkniesz w ramionach  jakiejś młódki. 
Mietek się wyraźnie  zapowietrzył, otworzył nawet usta by coś odpowiedzieć, ale jednak nic nie  powiedział. Obrzucił tylko Helenę długim spojrzeniem, jakby chciał zapamiętać jej wygląd i wyszedł. W chwilę potem Helena "ruszyła do boju". Dziś były jej  urodziny, więc postanowiła  zrobić  mały tort, taki by można go w dwie osoby zjeść na  jedno posiedzenie. Pomysł na obiad zmienił się jej przez  sąsiada, który właśnie wrócił ze skutecznego połowu ryb (których nigdy nie jadał) i przyniósł Helenie dorodnego szczupaka,  za którego Helena odwdzięczyła się butelką wina, bo sąsiad nigdy nie chciał wziąć pieniędzy. Sąsiad, zdaniem Heleny, powinien był zostać  zawodowym rybakiem - nigdy nie konsumował  ryb, bo jak twierdził "ryba to nie mięso, mięso to  wieprzek albo krówka".  Żona sąsiada podejrzewała go, że to łowienie ryb, to było "takie zwykłe wyciekanie z domu, żeby nic w nim nie robić, a nocne połowy to zapewne  miały coś  wspólnego z jakąś amatorką nocnego życia". 
Sąsiad wręczając Helenie rybę bezpardonowo zapytał - "a ten przystojniak u pani to kandydat na męża? Bo na moje oko to bardzo do siebie pasujecie, to porządny facet. Gdybym widział, że jest nie taki jak należy, zaraz bym pani powiedział, pani Heleno. Bo ja to jestem szczerym człowiekiem". 
Helena czym prędzej przywołała na twarz minę  nr 6 i powstrzymując się od śmiechu powiedziała - wiem panie Wacławie, to porządny facet, ale jeszcze nie wiem czy jest mną zainteresowany  jako kandydatką na żonę.  To bliski przyjaciel mój i był też przyjacielem mego,  świętej pamięci, męża.  Pan Wacław wyszczerzył się w uśmiechu i dodał - miło byłoby mieć takiego sąsiada tutaj. Oboje z żoną uważamy, że powinna pani wyjść za mąż po raz drugi. Życie jest za ciężkie by iść przez nie samemu.  A "szczupcia" sama pani oprawi czy pomóc? Helena podziękowała za ewentualną pomoc, sama  sobie poradzi, to tylko jedna  sztuka a nie kilka. Na koniec usłyszała, że gdyby coś potrzebowała, to "do nas  może pani zawsze przyjść po pomoc, żona i ja bardzo panią lubimy, pani męża też bardzo lubiliśmy". 
Gdy wreszcie sąsiad znalazł się za furtką  i pomaszerował dziarsko w stronę swojego domu Helena odetchnęła - nadmiar troski o jej osobę wykazywany co jakiś  czas przez sąsiadów nieco ją przytłaczał.
Zdecydowanie wolała  większą  anonimowość życia w wielkim mieście. 
W czasie robienia  tortu zaczęła się  zastanawiać nad tym, co jej powiedział sąsiad odnośnie osoby Mietka. Znali się z Mietkiem  już przynajmniej dwadzieścia lat, ale nigdy nie  zastanawiała się nad jego osobą jako kandydatem na swego męża.  Poznała go, gdy on był w roli "niedoszłego męża" jej koleżanki z pracy. Był bardzo przystojnym chłopakiem i jeśli idzie o urodę  to na głowę bił Wojtka, z którym Helena już wtedy była po  ślubie.  Też był inżynierem, miał niemal czarne włosy, takąż oprawę oczu i był czarującym facetem -  zawsze wiedział co i jak powiedzieć kobiecie by ją oczarować. Wielbicielek miał multum, Helena zastanawiała się nawet nad tym, czy one mu się nie mylą. Wojtek i Mietek szybko się  zaprzyjaźnili, chociaż w oczach Wojtka to Mietek był " babiarzem" i nie mógł zrozumieć czemu za Mietkiem snuje się tyle dziewczyn.  Helena wytłumaczyła wtedy mężowi, że Mietek zawsze wie, co należy powiedzieć kobiecie by sprawić jej przyjemność. Poza tym bardziej go  fascynuje uroda  kobiet niż ich intelekt, co zapewne też ma znaczenie. Trochę zaskoczył wszystkich wyjazd Mietka do Kanady, ale on nie ukrywał, że po prostu chce  zarobić pieniądze i na pewno nie osiedli się tam na stałe, no chyba, że tam znajdzie "kobietę swego życia". Jak się okazało to znalezienie kobiety swego życia skończyło się rozwodem. Teraz nie palił się do powrotu do Kanady.
Ukończywszy swe tortowe dzieło umieściła je w lodówce i wybrała się "do wsi", do właścicielki plantacji  malin. Co prawda wolała leśne maliny, ale te z tej plantacji owocowały bardzo długo,  aż do przymrozków. Stosunki z właścicielką plantacji miała Helena bardzo  dobre,  niemal serdeczne, odkąd zaprojektowała dla jej córki suknię ślubną i nie wzięła od niej ani złotówki za projekt, a na dodatek sprawiła, że pracownia,  dla której projektowała suknie ( nie tylko ślubne) dała jej  zniżkę. Właścicielka plantacji "napędziła" pracowni sporo klientek, a Helena miała zapewnione maliny w czasie całego sezonu ich owocowania. Oczywiście Helena zawsze za nie płaciła, ale dla "pani Helenki" cena była taka, jakby sama sobie je zrywała, choć zrywał je syn lub mąż  właścicielki. Poza tym Helena dostała "namiary" gdzie znajdzie najlepsze ogórki do kwaszenia, kto ma bardzo  dobre kartofelki i dobre kury na zdrowotny rosół. Wystarczyło, że trafiwszy pod wskazany  adres powiedziała, kto jej podał ten adres i zawsze  towar był świeży, prosto z grządki. Wprawdzie do wsi był "kawałek szosy" do pokonania, ale Helena postanowiła się przejść a nie jechać samochodem. 
Wieś ciągnęła się wzdłuż szosy, zabudowania były po obu stronach tuż przy jezdni i przed niemal  każdym domem stała ławka, na której zawsze ktoś wysiadywał pośladki, traktując widok z ławeczki jak czytanie kroniki towarzyskiej - jak mawiał Wojtek. Idąc teraz Helena się nieźle "napozdrawiała i naspowiadała" do kogo i po co idzie. 
Plantatorka,  pani Wandeczka, doskonale wiedziała już, że Helena gości u siebie przyjaciela, wiedziała, że weranda w jej domu została obudowana i pani Wandeczka  wprosiła się do Heleny na obejrzenie tej obudowanej werandy, która zdaniem pani Wandeczki była jak z "amerykańskiego filmu" no a oszklona zapewne  nie będzie już  taka jak z tych starych, amerykańskich filmów.
Pani Wandeczka namówiła Helenę na dwie  łubianki malin, do zrywania ich angażując swego syna, przypominając, by robił to delikatnie, bo maliny  będą zamrożone, więc nie mogą być "wymęczone". I oczywiście syn został zaangażowany do  zaniesienia ich do domu Heleny. W czasie gdy łubianki były napełniane  malinami panie piły "kawę- plujkę" przygotowaną przez  panią domu. Kawa była "po arabsku", jak mówiła pani Wandeczka, czyli zagotowana przez minutę i pełna  przypraw, łącznie z kardamonem. 
Pani Wandeczka pałała tak wielką chęcią obejrzenia oszklonej werandy ( a tak naprawdę to obejrzenia lokatora  Heleny, którego pani Wandeczka nazywała  "taki przystojny ten pani lokator, pani Helenko"), że Helena  zaprosiła ją do siebie na następny dzień, na niedzielne popołudnie. Wypiją razem kawusię na tej oszklonej werandzie, no i oczywiście jeśli mąż pani Wandeczki będzie miał ochotę zobaczyć tę werandę, to niech go pani Wandeczka weźmie  ze sobą.
Gdy łubianki zostały napełnione malinami a Helena wypiła kawę zagryzając ją kruchymi ciasteczkami roboty  pani domu i uregulowała  rachunek, syn pani Wandeczki dostał polecenie odniesienia malin do domu  Heleny, żeby pani  Helenka nie dźwigała łubianek. Gdy Helena tłumaczyła, że da radę sama zanieść te łubianki, pani Wandeczka powiedziała stanowczym tonem, że po prostu "nie wypada, żeby pani Helenka sama niosła te łubianki do domu".
Wracając wymieniała z obserwatorami  szosy już tylko uśmiechy lub  pozdrowienia z gatunku "szczęść Boże". W domu obdarowała młodzieńca  książką o historii jednej z niemieckich łodzi podwodnych i kilkoma  batonikami snickersów. Ucieszył się  szczerze z jednego i drugiego prezentu. Niedługo miał rozpocząć studia na wyższej uczelni rolniczej w Warszawie i Helena szczerze pogratulowała, bo dobrze wiedziała, że na 1 miejsce na tej uczelni było naprawdę sporo kandydatów.
Obejrzał dokładnie tę oszkloną werandę, bystro zauważył, że dzięki oszkleniu będzie można nieco zaoszczędzić na ogrzewaniu,  z zaciekawieniem obejrzał jeszcze  inne książki, które ostatnio kupiła Helena i dwie z nich wypożyczył. Obiecał Helenie, że poszuka w jednej z nich jakie pnącza można by posadzić wewnątrz przy bocznych ścianach werandy, tych oszklonych na stałe. I jeśli Helena  zaakceptuje jego pomysł, to on to zrealizuje. Helena  zgodziła  się, zaproponowała młodemu jeszcze kawę i lody, co zostało przyjęte z wielkim entuzjazmem. W czasie rozmowy dowiedziała się, że wybrał wydział "architektura  krajobrazu" a w czasie studiów chciałby wziąć udział w programie Erasmus.
Gdy tak siedzieli przy kawie i rozmawiali wrócił do domu Mietek, a że siedzieli na werandzie,  zorientował się, że  Helena nie jest sama, więc to, co miał wziąć z samochodu do domu, zostawił  chwilowo w samochodzie.
Pojawienie się Mietka w pewnym sensie "wymiotło"  młodego z miłej pogawędki z Heleną, a ta przedstawiła młodego Mietkowi, mówiąc mu o tym, że to przyszły  architekt krajobrazu i że wyraził chęć zagospodarowania dwóch ścian werandy pnączami, więc ona już nie będzie  musiała zastanawiać się  nad zasłonami na boczne  ściany, żeby nie  czuli się jak w  akwarium.
Mietek czuł się w obowiązku pogratulowania młodemu tego, że się dostał na uczelnię, zapraszał, by jeszcze  posiedział u nich, ale młody stwierdził, że już jednak pójdzie, bo musi jeszcze pomóc ojcu w ogrodzie. Mietek wyszedł z domu razem z nim, chwilę jeszcze rozmawiał z nim przy furtce, potem poszedł do samochodu.
Gdy wszedł do domu trzymał w ręce olbrzymi bukiet, autentycznie pąsowych róż, które wręczył Helenie. 
Ojej, a skąd wiedziałeś, że dziś są moje urodziny?
Nie  wiedziałem, te są z innej okazji, więc muszę pojechać po  róże urodzinowe - roześmiał się Mietek i zawrócił w stronę drzwi, ale Helena zatrzymała go. 
No coś ty, jest ich w tym bukiecie tyle, że może być jeden bukiet z dwóch okazji. I w ogóle - coś ty taki elegancki nagle- pojechałeś w dżinsach, a wracasz w nowym garniturze!Wyglądasz super!

                                                           c.d.n.